E-book
9.56
drukowana A5
28.82
PRL Moja Młodość

Bezpłatny fragment - PRL Moja Młodość

Wspomnienia


4.2
Objętość:
167 str.
ISBN:
978-83-8126-319-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 28.82

Dawno, dawno temu w podlaskiej wsi.

Wiatr ciskał grubymi kroplami deszczu o szyby a chwiejny płomień lampy naftowej powodując, że cienie na ścianach poruszały się dodawał wieczornej atmosferze niesamowitości.

Wędrowiec opowiadał o jakiejś Jasnej Górze. Opowiadał o cudach tam dziejących się. Że ludzie z całej Polski idą tam na piechotę bez nóg a wracają na własnych zdrowych nogach! Na dowód swoich niesamowitych opowieści pokazał figurkę Matki Boskiej we wnętrzu, której znajdowała się woda ze źródełka płynącego na owej jasnej górze.

Rodzice bardzo zapragnęli taka cudowną wodę posiąść, bo podobno wystarczy kropelkę dodać do normalnej wody i można taka wodą święcić zakątki całego obejścia gospodarskiego

Franciszek Cwalina

PRL Moja Młodość

Podobno mężczyzna powinien w swoim życiu zrobić trzy rzeczy. -Zbudować dom, zasadzić drzewo i mieć syna.

Do tego wyzwania dorzucam jeszcze /wyłącznie tylko wobec samego siebie/ kilka innych wyzwań:

— Pisać wiersze i książki.

Wiersze — bo wokół nas jest tyle piękna wciąż nie opisanego.

Książki — bo z każdą chwilą, każdy z nas, tworzy swoją własną historię którą warto utrwalić.

O czym jest ta książka?

O zwykłym chłopaku co postanowił wsiąść w odpowiedniej chwili do podstawionego pociągu i w czasie podróży, obserwować mijające, zmieniające się jak w kalejdoskopie — krajobrazy…

Jeżeli ktoś z czytelników powie, że to jest o nim; to jest w błędzie, wszak wszelkie podobieństwa osób i zdarzeń w tej książce są przypadkowe.

W Czarnobylu nastąpił wybuch i cisza. Tylko narastająca z godziny na godzinę plotka o jakiejś wielkiej katastrofie jądrowej, na terenach bratniego narodu, skutecznie mąciła błogi dobrobyt mojej, twojej ojczyzny.

Nad placem, priorytetowej, bo socjalistycznej, budowy szpitala w Łomży, świeciło owego dnia pięknie słoneczko. Wysoko na niebie wisiało sobie, i jak zwykle przygrzewało już dość dobrze o tej porze roku. Rozleniwieni trochę tym kwietniowym słońcem, a trochę szarą codziennością budowlańca, łaziliśmy za dupą kierownika żebrząc o nową parę rękawic, bo te z przed tygodnia rozpadły się i zostały z nich tylko strzępy. Co prawda te strzępy w jakimś tam stopniu chroniły ręce przed ostrymi kantami cegły i chropowatością pustaka, które tonami trzeba było przenosić z miejsca na miejsce, aby w końcu wylądowały na ścianie gdzie będą stanowiły jednolity blok co już na wieki mają w nim pozostać niewzruszenie…

Tak jak ten jedynie słuszny blok.

Niewątpliwie rozrywką owego dnia pracy było zdenerwowanie się Jasia Dupy, który z racji tego, że kilkanaście lat przesiedział w więzieniu miał prawo uważać się za CZŁOWIEKA. Na stopie koleżeńskiej był z nielicznymi na tej budowie i tylko ci mieli prawo tak się do niego zwracać: „Jasiu Dupa”. Ale gdy Jasiu zauważył na betonowej ścianie wznoszonego szpitala wygrawerowany odłamkiem czerwonej cegły wielki napis „JASIU DUPA”, wpadł on we wściekłość i swoją furię wyładował na pierwszym napotkanym budowlańcu, który rozgrzewał w wielkim kotle smołę niezbędną do wykonania izolacji na kolejnych fundamentach. Mimo swojej suchości ciała, Jasiu Dupa jednym ruchem powalił na ziemię, tuż przy palącym się ognisku i gotującej się smole, upatrzoną ofiarę. Nogą obutą w gumowy but umazany ludzkimi odchodami, a to z tej racji, że Jasiu akurat oprzątał pomieszczenia z zanieczyszczeń tam uskładanych przez wielki proletariat, co miast do bardaszki lecieć, wygodniej mu było spodnie zdjąć w zacisznym zakamarku pośród setek pomieszczeń wznoszonej budowli. Otóż wnerwiony Jasiu przycisnął głowę powalonego do gliniastej ziemi smolorza i nakazał aby ten błagał o litość, o darowanie życia. I nieszczęśnik skamlał o litość. Reszta skupiona wokół ogniska, w milczeniu przyglądała się zajściu czy ofiara będzie wrzucona do smoły.

O tak, to był ekscytujący dzień. A reszta, reszta to była szarzyzna.

Narastał we mnie bunt. Bunt przeciw porwanym, ochlapanym wapnem watówkom w, których wiatr poczyniał — w zależności od pór roku i niezapowiadanej na to miejsce pogodzie — dobrze. Wiatr nadwerężał moje biedne korzonki, podsycał rozwój rwy kulszowej, a w ogóle to drwił ze mnie kiedy tylko sobie zamarzył.

Narastał we mnie bunt przeciwko cwanemu majstrowi, który to poruszał się w robocie jak żółw ale wypłatę to miał największą. Bunt przeciwko temu, że trzeba uważać aby nie podpaść wspomnianemu Jasiowi bo to on był CZŁOWIEKIEM.

Zastanawiałem się co zrobić, aby się wyrwać z tego bagna budowlanego.

Czy do końca moich, czynnych zawodowo dni, miałem wznosić w ten sposób socjalistyczną ojczyznę?

Pewnego dnia podczas biadolenia nad własnym losem, mój budowlany kolega powiedział, że jego brat jest milicjantem i, że w zasadzie to nic ten brat nie robi. Czasem tylko motocyklem przejedzie się po wsiach.

A cóż to za robota?

No pewnie, cóż to za robota przejechać się z nudów motocyklem?!

Przyprawdziłem koledze. Kolega powiedział też, że i on by został milicjantem gdyby nie to, że trzeba uciskać biednych ludzi, wypisywać im mandaty.

— Milicjantem może zostać każdy.

Rzucił lekceważąco mój budowlany kolega Krzysiu.

Coś mi zaczęło świtać.

Po skończonej dniówce, jak co dnia, wlokłem się ulicami Łomży w stronę ulicy Wesołej, do mojego „domu” czyli hotelu robotniczego, w którym w raz z innymi dwoma reprezentantami inteligencji budowlanej miałem szczęście budować swoją przyszłość.

Wlokąc się przez jakiś czas obserwowałem patrol MO; młodzi chłopcy w nowiutkich mundurach. Wolnym krokiem szli przed siebie i wyglądało, że tak idą bez celu żadnego, wlokąc się tak samo jak i ja.

To jest ich praca? Czy nie lepsza to praca od tej na budowie?

To nie było moje pierwsze spotykanie z milicją. Ot chociażby przed kilkoma dniami kiedy to mój kolega hotelowy sprowadził do pokoju panienkę żądną przygód. Koledzy pobili się o nią. W amoku zalotów wyważyli do pokoju — w którym owa panienka się znajdowała — drzwi. Obsługa hotelu wezwała patrol. Przyjechali w długich płaszczach, z pałkami u boku. Jeden z nich zapytał mojego kolegę czy doszło do spółkowania z tą panią? Pani usłyszawszy pytanie, zaczęła się histerycznie śmiać, powtarzając przez spazmatyczny śmiech, że tak, ten pan Panie władzo chciał mnie zgwałcić! Kolega zaczerwieniony na gębie jak burak odparł, że nic nie było...Panowie w płaszczach dali wiarę mojemu koledze.

Zabrali panienkę. O jak się ona do nich lepiła. Oni ją odpychali, a ona lgnęła do milicjantów jak rzep do psiego ogona. Załadowali ją do UAZA, w śniegu umyli ręce i odjechali.

Albo przed kilkoma miesiącami kiedy to w ramach szukania dobrze płatnej roboty włóczyłem się po Polsce, i noc zastała mnie w budynku szumnie nazwanym dworcem PKP w Ostrołęce. Bez grosza, bez biletu ważnego, z kawałkiem suchej bułki w kieszeni. Zajechali UAZEM, zapytali się co ja tu robię. Powiedziałem, że czekam na pociąg. Kiedy poprosili o ważny bilet, nie mogłem im takowego biletu okazać. Jeden z nich zajechał mnie w mordę aż gwiazdy w oczach zamigotały i odjechali.

8

Albo 3 maja 1983 r w Gdańsku. Łaziłem po ulicach starówki. Patroli mundurowych gęsto, jeden za drugim. Zapytali się co robię, skąd jestem. O, z łomżyńskiego, podejrzana sprawa. Więc mnie do suki i na Komisariat. Na Komisariacie uzbierała się grupka zatrzymanych. Wśród nich wyróżniał się z rudą brodą który w kółko się kręcił i powtarzał, że tym razem to chyba się nie uda.

Puścili. Jak strzała udałem się na pobliski dworzec PKP i w pociąg, do domu!

Więcej do Gdańska prywatnie nie przyjechałem.

Takie to były moje kontakty z milicją.

Chociaż nie. Zapomniałem o jednym istotnym zdarzeniu. Gdzieś tak w połowie lat 70- tych, w porze rozwijającego się dobrobytu, który chyba już sięgnął najwyższej poprzeczki, moi rodzice po długich przymiarkach kupili używane radio. Takie duże, w drewnianej obudowie z zielonym oczkiem, które to oczko najpierw zaczynało świecić, a dopiero później po rozwiniętej antenie, spływał chyba z nieba, normalny ludzki głos.

A jednak z tym dobrobytem to prawda bo oto w moim domu też jest radio. Dość szybko się zorientowałem, że w takim radiu można słuchać Wolnej Europy. Nie wiem jak na to wpadłem. Pewnie to przez ciągłe kręcenie tym radiem mimo, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, darli się, że popsuję ten ich epokowy nabytek co zapowiadał prognozę pogody na jutro. A przecież wystarczyło przed zachodem słońca popatrzeć na niebo.

Jak tylko wpadłem na trop rozgłośni która produkowała traktory, moja świadomość obróciła się o 360 stopni. Coś mnie podkusiło aby napisać list do jedynie słusznego źródła informacji, mianowicie do Polskiego Radia. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Napisałem do Fali ileś tam, bo chyba z roku na rok ta Fala wzrastała, że gdy byłem w lesie to podsłuchałem rozmowę kilkunastu mężczyzn, którzy rozprawiali o przewrocie w Polsce. List wysłałem z miejscowej poczty. Po jakimś czasie przychodzi wezwanie abym się razem z rodzicem wstawił do najbliższego Posterunku MO. Rodzice bardzo chcieli wiedzieć co ja takiego poważnego nabroiłem, że mnie wzywają. Bardzo byli zdziwieni ponieważ przez całe swoje dorosłe życie nie byli ciągani przez Milicję, a ja mając 11-naście lat już jestem ciągany. Pewnego zimowego dnia ojciec założył do sań konika i truchtem zmierzaliśmy do tego domu sprawiedliwości jedynie słusznej. Tam już czekali jacyś panowie ubrani dość dobrze, w garniturach i pod krawatami. Wypytywali się o wszystko, a najbardziej chcieli wiedzieć kto mnie namówił do napisania tego listu. Powiedziałem im prawdę, że sam te głupoty wymyśliłem. Jednocześnie wyraziłem skruchę i obiecałem, że już nigdy w życiu żadnych głupot nie napiszę. Zakomunikowali mi, że gdy zechcą to mnie nigdzie nie przyjmą do żadnej szkoły.

Po powrocie do domu rodzeństwo nazwało mnie partyzantem. W szkole pani też chciała wiedzieć po co mnie wzywali na milicję. Nie zaspokoiłem ciekawości mojej pani wychowawczyni, nie powiedziałem jej o liście uczniaka z podstawówki, który to list postawił na nogi centralne Służby Bezpieczeństwa

Teraz to już na prawdę wyznałem moje wszystkie kontakty z komunistyczną MO.

Kiedy postanowiłem wstąpić do gmachu WUSW w Łomży aby się zapytać o możliwość przyjęcia się do pracy w MO pomimo, że tak wiele razy przechodziłem koło tej okazałej budowli w Łomży, to podchodziłem do wejścia i się wracałem. Brakowało mi odwagi. Coś mnie blokowało co nie pozwalało znaleźć się po drugiej stronie szklanych drzwi. Ale w końcu się odważyłem, pokonałem blokadę i któregoś dnia wszedłem, i się zapytałem. I nikt mnie nie zjadł. Miła pani z uśmiechem na twarzy odpowiedziała, że owszem są przyjęcia, i wręczyła mi plik papierzysk do wypełnienia.

Zaczęło się.

Żegnajcie porwane drelichy, śmierdzące potem onuce.

Wręczone mi papierzyska zacząłem mozolnie wypełniać. Część rubryk które wymagały jasnego samookreślenia się, podczas wypełniania przyprawiały o szybsze bicie serca. Ale co tam. Zwróciłem wypełnioną dokumentację, która miała sprawić, że zacznę pracę w nowym fachu i spoczęła ona, w już mojej, teczce.

Po jakimś czasie udałem się do Białegostoku do psychologa. Podobno od jego decyzji zależy czy będę pracował, czy nie. O, jaka ta pani psycholog była przemądra. Pokazywała mi na kartkach papieru takie proste rysunki, nawet nie pokolorowane, i pytała się co one przedstawiają.

Jestem ze wsi i jak to? Mogłem nie wiedzieć jak wygląda jabłko, poduszka albo twarz pajaca? Chciałem wygarnąć co myślę o jej głupich pytaniach, ale się powstrzymałem i grzecznie odpowiadałem na wielce uczone pytania. Podziękowała mi za współpracę i powiedziała, że moje papiery odeśle do Łomży.

Pozostało mi nic nie robić tylko czekać. Komfortowa sytuacja. Lato, do pracy nie muszę chodzić. Wakacje.

Tak było przez pierwsze kilkanaście dni. Później oczekiwanie na odpowiedź wydłużało się niemiłosiernie. Już zacząłem powątpiewać w uczciwość pani psycholog.

Długi, wolny letni czas spędzałem na obijaniu się w rodzinnym domu. A to na łażeniu do pobliskiego lasu co szczelnie okrywał okoliczne pagórki. W lesie na licznych, tylko mi znanych słonecznych polanach, pełno poziomek. Cudowny ich smak — pełne lata, słońca — zżerałem ich garściami. Ale ile można jeść poziomki? No ile? Oprócz zjadania leśnych jagód, udawałem się na ojcowski zagon, a na nim tak ładnie żyta falują. Gdy popatrzysz z wierzchołka wzgórza, to widzisz jak w twoją stronę biegnie tysiące zielonych fal.

Zacząłem się już rozglądać za nową pracą. Za nowymi firmami wysyłającymi budowlańców do pracy za granicę. Wyczytałem w gazecie o takowej firmie w Poznaniu. Pojechałem w tym celu do Poznania. Ale gdy zatrudniony, w wybranej przeze mnie firmie, budowlaniec powiedział mi, że już pięć lat czeka na wyjazd do Libii, zrezygnowałem i wróciłam do domu. I znowu przejechane bez celu pieniądze. Ojciec zaczyna pomrukiwać, że nierób jestem, że rzuciłem porządną robotę jaka jest w/g niego robota murarza na państwowej budowie.

Chłop koło trzydziestki cholera, a w domu siedzi, roboty swojej nie ma. Trzeba go utrzymywać. Co? Z bratem masz zamiar wojować o kawałek swojej schedy?

Ma rację, pomyślałam.

W końcu przyjechali. Przywieźli wezwanie do WUSW w sprawie własnej. Nic nie mówiłem w domu, ale w moim wnętrzu nastąpiła zmiana o cały obrót zegara.

W kilka dni później szedłem, miedzami przez pola na skróty, cztery kilometry do przystanku PKS. Jakoś inaczej, jakby z odległej perspektywy, patrzyłem na mijany zagon ojca, zagony sąsiadów. Na zagonach dojrzałe żyto skoszone. Ustawione w dziesiątkach dochodziło do tego aby spełnić swoją powinność w stodole chłopa i w ostateczności zapachnieć na stole chlebem. Pagórki z, których gdy się na nie wchodziło, to widać było jak na dłoni całą wieś i jeszcze dalej. Las do, którego chodziło się na na cały dzień zbierać jagody, a w tym lesie rosły dzwonki alpejskie z dużymi błękitnymi kielichami. Do tych kielichów nakładało się jagody i się zjadało. Paprocie tak wielkie, że gdy deszcz padał to się w nich skrywało ale to i tak nic nie dało, i tak się zmokło.

Patrzyłem na to wszystko w drodze do autobusu i jakby podświadomie żegnałem się z tymi ukochanymi miejscami pośród, których wyrosłem i dzięki, którym widokom powstawały w moim wnętrzu wartości nieprzemijające, bogactwo duchowe.

W tym tak szacownym urzędzie, zaprowadzono mnie do gabinetu gdzie za wielkim stołem siedział pokaźnych rozmiarów pan w mundurze, z dwiema belkami i z gwiazdką na ramionach. Musiał on być ważny bo ten, który mnie do niego przyprowadził, zameldował się w sposób wyuczony. Ten “ważny” powiedział mi, że jest to praca ciężka i niebezpieczna. Ale pogratulował mi wyboru i zapytał się jeszcze czemu akurat w MO chcę pracować? Nie lubię tego rodzaju pytań. Odpowiedziałem, że gdzieś trzeba pracować.

O nie była to ideologicznie podbudowana odpowiedź. Z kłopotliwej sytuacji wyratował mnie telefon, który w tym momencie zatrajkotał i ten “ważny” zajął się telefonem, a ja dyskretnie zostałem wyprowadzony z gabinetu “Ważnego”.

Zostałem wysłany do RUSW. Tu znowu powitał mnie pan w mundurze z gwiazdkami na ramionach. Ten pan popatrzył na mnie takim jakimś miłosiernym wzrokiem i bardziej do siebie niż do mnie rzekł

— Towarzysz chce u nas pracować?

O, tak. Towarzysz chce pracować.

Powstał problem mojego aktualnego zdjęcia w mundurze, niezbędnego do legitymacji funkcjonariusza MO. Ale, że fotograf w Komendzie był na miejscu przeto problem zdjęcia rozwiązany został w trzy minuty — nałożono na mnie pożyczony mundur, krawat /koszulę miałem swoją w kolorze niebieskim/ i milicjant gotowy, fotka również.

Skierowany zostałem do kasy. Jako, że był to 3 listopad zainkasowałem pobory na cały miesiąc z góry. Trzykrotnie więcej niż wypłaty na budowie. O tak to rozumiem. Jeszcze miesiąca nie przepracowałem, a już mam pobory. Z kasą w kieszeni, w cywilnych ciuchach, wyszedłem z gmachu RUSW i mogłem /a przecież jechałem do nowego miejsca pracy/ dalej się włóczyć po kraju co uwielbiam. Mam dotrzeć do m — ści o, której nigdy w życiu nie słyszałem. Zabita dechami wieś? Co ja tam będę robił?.

Z RUSW na najbliższe krzyżówki Szepietowo — Ciechanowiec wywiózł mnie służbowym UAZ — em stary wąsaty, przepity bo z czerwonym nosem, weteran.

Czy o coś tego weterana zapytałem? Ależ tak. Zapytałem o to co by każdy w tej sytuacji zapytał.

— Jak to jest być milicjantem?

Stary wyjadacz patrząc przed siebie na pustą drogę, odpowiedział krótko

— Popracujesz to zobaczysz. Po czym w najmniej spodziewanym miejscu, na zupełnym odludziu rzekł;

— Tutaj wysiadaj, bo ja jadę do siebie. Zatrzymasz jakąś okazję i podjedziesz do Ciechanowca a stamtąd do siebie. Masz łeb i chuj to kombinuj. Powodzenia stary.

No cóż, stanąłem sam, pośród olszynowych zarośli, na drodze prowadzącej podobno do jakiegoś Ciechanowca. W oddali telepał się po nierównościach asfaltu UAZ. Poczułem się jakoś dziwnie. Znikający uaz zmierzał do znanego celu, może do domu gdzie jest ciepło, można się położyć na swoim łóżku, przymknąć oczy i podrzemać sobie. A ja? A ja sterczę w zupełnej niepewności. I co z tego, że z wypłatą w kieszeni? Co, te kępy olch przygarną mnie do siebie? dadzą mi bezpieczne schronienie? Stąd i pewnie pojawił się we mnie wisielczy nastrój.

Jakoś po kilkudziesięciu minutach na horyzoncie pojawił się pojazd. Zaiskrzyła nadzieja, że coś mnie wyrwie z tej samotni. Zacząłem machać ręką natrętnie, jakbym się obawiał, że kierowca zbliżającego się pojazdu może mnie nie zobaczyć, nie załapać o co mi biega. Poczułem, że moje wnętrze wypełnia się jakimś ciepłem widząc, że furgon zwalnia i się zatrzymuje.

— Jedzie może pan do Ciechanowca?

Kierowca odpowiedział twierdząco.

— Wsiadaj młody!

Wskoczyłem na cudownie wygodne, „wysiedziałe” przez setki użytkowników, siedzenie. Zamykając drzwi uważałem aby zbyt mocno nimi nie uderzyć ale nie poskutkowało, drzwi się nie zamknęły.

— Mocno, mocno! Jak u teściowej! Z tym gruchotem inaczej się nie da!

Przekrzykując silnik, zakomunikował mi kierowca. Rzeczywiście kiedy trzasnąłem drzwiami z całych sił, aż na przedniej półce papiery pospadały, drzwi pojazdu się zamknęły i pojazd ruszył.

W milczeniu obserwowałem mijane pola, wsie. Na łąkach wypasające się krowy.

Lubię podróżować i gdy gdzieś się pojawiam pierwszy raz, zawsze widziane przeze mnie miejsca urzekają swoim pięknem. Jak to jest, że to piękno dostrzegamy na początku, a później ono ginie zasypane zwykłymi, codziennymi problemami?

Tu pewnie koło dworca zechce pan wysiąść, bo ja jadę za miasto w kierunku Siemiatycz.
Zakomunikował mi kierowca jednocześnie usilnie patrząc mi na ręce. Może bał się, że nie zapłacę mu za kurs? Podałem do jego rąk dychę. Bilet pewnie mniej kosztuje, ale tam. Ważne, że w końcu dotarłem do jakiegoś środka lokomocji.

Udałem się na pobliski dworzec autobusowy. Długa wiata bez ścian. Co prawda na głowę nie padało ale po reszcie ciała wiało solidnie. W małym zadymionym pomieszczeniu zwanym poczekalnia dworca PKS -u kilka drewnianych ławek zazdrośnie było okupywane przez objuczone w torby kobiety i kilku mężczyzn w watówkach.

Odszukałem godzinę odjazdu mojego autobusu i wykupiłem bilet. Nie cierpię dymu tytoniowego więc żeby się nim nie krztusić, mimo zimna na dworze, opuściłem poczekalnię. Schroniłem się od wiatru za budką kiosku RUCH — u.


Po przejechaniu sosnowego lasu, kilku przystanków, zakrętów i drogowych łuków niebezpiecznych, autobus wjechał do jakiejś miejscowości. Zawrócił na kwadratowym, wyłożonym kocimi łbami ryneczku i kierowca obwieścił, że kończy trasę.

Wyszedłem z w miarę wygodnego pojazdu.

Wokół placu drewniane chałupy, ciasno jedna obok drugiej, jakby im miejsca brakowało, wskutek starości przysiadywały bliżej gruntu coraz

bardziej. Miejscowość wyglądała sennie. Może to dżdżysta listopadowa pogoda tak nastrajała. Od rynku w różne strony rozchodziło się kilka ulic też brukiem wyłożone, a od strony wschodniej nad miejscowością górował dach i wieża kościoła. Tuż, zaraz obok przystanku, bar gastronomiczny pod ścianą którego, nie zważając na wysiadających z autobusu ludzi, jakiś smakosz barowy oddawał z siebie nadmiar moczu, a po przeciwnej stronie, na w prost tegoż baru, przedszkole.

Przez chwilę się zastanawiałem w, którą stronę ruszyć by trafić do Posterunku MO, celu mojej podróży. Zapytałem o to zmierzającego w moją stronę chłopaka. Wskazał mi ręką gdzie mam się udać. Po przejściu kilkuset metrów w dół wskazaną ulicą, zauważyłem na ścianie kamienicy czerwoną tablicę informującą o tym, że w tym budynku mieści się Posterunek Milicji Obywatelskiej. Trochę z bijącym sercem wszedłem po krętych, drewnianych schodach na piętro budynku. Za obitymi blachą drzwiami puste pomieszczenie. Z sąsiedniego pomieszczenia wyłonił się tęgiej postury, łysiejący, z zaczesanymi do tyłu włosami, milicjant. Po zorientowaniu się w jakim celu przybyłem, trochę się zakłopotał. Bo jakże to nie miał się kłopotać kiedy to za kilkanaście minut kończy służbę, odjeżdża jego autobus, a tu przybywa ktoś kim trzeba się zająć bo sam nic sobie nie zaradzi. Po chwilowym namyśle powiedział, że przenocuję w Posterunku, a

jutro coś mi się poszuka do noclegu. Zostawił klucze od Posterunku i poszedł sobie z teczką w ręku.

Ja również wyszedłem zamykając przedtem drzwi na wszystkie zamki. Wyszedłem zwiedzić miejscowość w, której będę pracować.

Ciekawe jak długo ta moja nowa praca potrwa? Jak do tej pory to najdłużej przepracowałem rok /nie licząc wojska/, Przeważnie bywało tak, że po przyjęciu się do pracy, z chwilą pobrania z magazynu nowych roboczych ciuchów, szło się z tym na bazar i była świeża kasa.

W tym przypadku jako funkcjonariusz MO? No nie, w tej roli nie ma nudnych dni — robota tu rozrywkowa bez względu na to co by się działo. Rezygnować z takiej pracy? Absurd.

Kilka małych uliczek przy, których przykucnęło od pokoleń po kilka chałup. W tych chałupach rozgrywają się dziejowe w danych rodzinach wydarzenia: narodziny, śmierć, zdrady, kłótnie małżeńskie, choroby. Co w tak sennej wsi może mieć do roboty milicja?

Ulicą Brokowską /skąd ta nazwa — od bruku?/ wszedłem na Rynek wokół, którego prawie same drewniane domy. Z jednej strony do Rynku przylgnął park, w parku fontanna. Stanąłem na brzegu wysokiej skarpy — w dole sennie płynęły wody rzeki Bug. Od kiedy tu zakoczowały ludy — odtąd ich losy nierozerwalnie związane były z tą rzeką. I żywiła i zabijała.

Chciałem coś kupić na kolację. Jedyny sklep mięsny świecił pustakami, a wsparta o blat lady sklepowej tłusta pani sprzedawczyni na moje pytanie czy coś dostanę, nie odrywając oczu od krzyżówki odburknęła, że jutro mają coś rzucić.

Wracając w stronę posterunku, kilku przechodniów ukłoniło mi się i powiedziało dzień dobry panie władzo. Zaskoczyło to mnie zupełnie. Nikt mnie tu przecież nie zna, nikomu o moim przybyciu nie mówiłem. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to ten chłopak którego pytałem o drogę na posterunek rozpowiedział we wsi, że na miejsce odchodzącego, przybył nowy, młody milicjant w stopniu porucznika.

Po powrocie do posterunku rozsiadłem się na krześle z nogami założonymi na blacie biurka. W tej pozycji można się bujać i na krzesełku. To nic, że w ten sposób szybko załatwiamy siedzenia zwłaszcza te ze sklejonymi nogami, ale w takiej pozycji świetnie się odpoczywa, rozmyśla, odpływa.

Przypomniały mi się lata służby wojskowej w Iwicznej, w Radiówku i w końcu prawie dwa lata w Juracie gdzie poranna zaprawa odbywała się na dzikiej plaży nad Zatoką Pucką, a podczas odpływów wód zatoki na odsłoniętych piaskach graliśmy w piłkę nożną. Nocne alarmy obwieszczane zazwyczaj za karę, kończyły się długim marszem plażą od strony morza, że niby idziemy odpierać desant nieprzyjaciela /Szwedów?/. Ech to były czasy.

Rozejrzałem się po kątach za czymś co by mi posłużyło za posłanie na nocleg. Krzesło z wybijanym oparciem posłużyło za poduszkę, dwie wiszące na ścianie panterki za kołderkę, i można było drzemać. Przez sen odczuwałem bóle kości w plecach, odczuwałem bóle mięśni w pośladkach, ale tam.

Jakoś przetłukłem się tą pierwszą noc.

Ludzie od razu biorą na języki. Wystawiają ocenę bez troski o to, czy ta ich ocena długo się utrzyma. Liczy się u nich pierwszy efekt. Później najwyżej będą się dziwić, że bardzo się zmienił. To chyba normalne. Temat do dyskusji musi być. Taki temat, co to w tak małej miejscowości potrafi oderwać jej mieszkańców od szarej rzeczywistości. Przedmiotem plotek, przekazywanych z ust do ust, nie może być jakiś tam chłop, chociaż i nim nie gardzą. Musi to być ktoś, co tutaj coś znaczy. O, taki milicjant, jest ciekawym obiektem do obserwacji. Więc uważaj funkcjonariuszu na siebie, bo patrzą, chytrym wzrokiem cię przenikają. Czasem ta chytrość i przebiegłość jest maskowana przemiłym uśmiechem. Iluzoryczny to uśmiech. To pułapka. Uśmiechający się do ciebie, będzie dopiero zadowolony, gdy tobie podwinie się noga. Wtedy tamci, między sobą powiedzą, że dobrze mu tak. Musisz być twardy, kiedy trzeba, bo część ludzi to potwory, wampiry — wyssą z ciebie wszystko co jest zdatne do wyssania i cię porzucą.

Kończyłem dopijanie porannej herbaty, przeżuwając ostatnie kęsy świeżego, nabytego w miejscowej piekarni, rogala. Pieczywo takie prosto z pieca, co po przełamaniu jeszcze paruje, jest w swoim smaku cudowne.

Rozległo się łomotanie do drzwi Posterunku. Otwierać, nie otwierać? Muszę? Otworzyłem. W drzwiach stanął mężczyzna i zaczął wykrzykiwać, żebym wziął pałę i szedł z nim bo zostawił otwarty bar a tam się leją! Zaraz, a skąd ja wezmę pałę? Swojej jeszcze nie mam! Nic, pobiegliśmy. Wchodzimy do baru a tam okładają się pięściami po łbach. Ten, który po mnie przybiegł, donośnym głosem krzyczy.

Poruczniku, temu trzeba zrobić kolegium, dość tego, nie 

daruję tym dziadom! Niechaj pan porucznik zapisze tego o, to jest Bogdan, a ten Heniek. Im trzeba wniochy do kolegium, ja stanę na świadka!
Okładający się pięściami spojrzeli na nas. Wysoki szczupły blondas z porwanym rękawem u kufajki krzyknął; 
— Uwaga ten nowy!

Po czym uczestnicy burdy bez słowa opuszczają wnętrze baru i gdzieś się ulatniają.
No, po awanturze. Wracam do Posterunku. Po kilkunastu minutach wchodzi gość i bez żadnego wstępu zaczyna mnie prosić abym nie robił kolegium, że to się więcej nie powtórzy. Patrzę ja na niego, a on klęka i przysięga, że to się nie powtórzy. Pytam ja się jego co się nie powtórzy? A on na to. 
No, porucznik wie, tam w barze. Niechaj porucznik będzie taki dobry, mam dzieci, żona jak się dowie to mnie z domu wyrzuci. Jestem miesiąc po ślubie, powiem coś porucznikowi na ucho.

Po ósmej zjawił się pan Komendant. Zapytał jak się spało, i zaczął wykręcać korbką czarnego aparatu, zamawiać rozmowy miejscowe Szukał dla mnie kwaterunku. W końcu ktoś się zgodził przyjąć pod swój dach młodego milicjanta.

Po pierwszej, już „na linii frontu”, dniówce w nowym fachu, ale jeszcze na luzaka wszak bez munduru, zabrałem torbę na ramię /cały mój dobytek/ i udałem się na moją kwaterę.

Drewniana chałupa, drewniana stodoła, drewniana szopa. W chałupie samotny wdowiec Stachu i wszechobecna w mieszkaniu woń nie wietrzonych od dawien dawna pomieszczeń.

Gospodarz — starszy pan co to wierzy jeszcze w swoją młodość — pierwsze co uczynił to przedstawił mi Kropkę, swoją ulubioną suczkę — rozkazując jej.

— Pokaż Kropka panu, co dziewczyny na wyspie robią?!

Kropka zamerdała przyciętym ogonkiem. Małymi, czarnymi jak guziki błyszczącymi ślepiami, chwilę popatrzyła na swojego pana jakby w swoim psim mózgu rozgryzała tego co nad nią, czy tym razem też musi wykonać jego polecenie i położyła się na grzbiecie wymachując wszystkimi łapkami na raz.

Stachu roześmiał się głośno, gardłowo, mówiąc.

— Szczwana bestia, więcej rozumie niż nie jeden obszczymurek. Pogłaskaj ją, to cię zapamięta i nie będzie na ciebie szczekać. Acha, mów mi Gachu moi koledzy tak do mnie się zwracają.

Wzrokowo oceniłem Gacha na kilkakrotnie starszego ode mnie i mam do niego się zwracać po imieniu...hm…

Po przespanej /w miarę wygodnie bo na łóżku z materacem na sprężynach/ nocy, budzę się i słyszę zza ściany mojego pokoju pijackie paplania. W lot połapałem o czym świadczą takie rozmowy. O tej porze? Szósta rano? Nic to, wchodzę do pomieszczenia kuchennego, a tam przy stole Gachu urzęduje sobie z kolesiami w najlepsze. Na stole butelka żytniówki z Peku, na trybunie ludu kawałki salcesonu. U Gacha gęba roześmiana od ucha do ucha, przedstawia mnie swoim kompanom od butelki jako nowego milicjanta mieszkającego właśnie u niego co zakomunikował, niejako z dumą dodając, że teraz jest najbezpieczniejszy bo ma własną ochronę. Kompani Gacha gruchnęli śmiechem, jeden z nich prawie krzycząc powiada, że to mnie trzeba będzie pilnować jak i pozostałym co przede mną byli a już ich nie ma.

Nalewają mi setę.

Panie władzo no to zdrowia, na zapoznanie aby władza mniejsze mandaty nam pisał.
Wypada odmówić? Biorę do rąk lepiącą się szklankę po musztardówce i zmuszając się łykam. Pochwalają mój sposób picia, że nie ciągnę jak to czynią niektórzy, tylko łykam. Mówią ze znawstwem, że to jest dobry sposób picia wódki, że jest ona niedobra i temu ją w mordę. Takie tam pijackie dyrdymały. Chcę już wychodzić, a oni powiadają, że na drugą nogę jeszcze, bo źle się będzie władzy chodzić.
Gachu wskazując na jednego z kompanów co na twarzy wyglądał jak nazbyt zasmażony kotlet mówi, żebym się zapoznał bo on ma córkę na wydaniu i ja krótko tu będę kawalerem. Kotletowi to się spodobało. Podając mi rękę szarmancko niemalże wyśpiewał. 
— Jestem zimny chirurg, inaczej rakarz jeśli nie wiesz. Zapraszam cię

mój synu do mojego domu!

Zakwaterowano mnie na pijackiej melinie? Marny mój żywot.

Zakołowało mi w łepetynie i ległem na powrót na swoim wygodnym wyrku, obserwując jak sufit nade mną wiruje z ukosa. Przekręciłem się na bok i całą zawartość alkoholu z dodatkami zwróciłem Gachowi między ścianą jego domu a łóżkiem na którym ległem.

Od dzieciństwa marzyłem o tym aby być nad prawdziwą rzeką. Koło mojego rodzinnego domu, podczas większych opadów deszczu, płynął strumyk przez łąki. Paplałem się w nim w wykopanych dołkach, ale gdy słońce dłużej przygrzewało strumyk zamieniał się w lepiastą maź i stawał się królestwem pijawek i kijanek które z czasem zamieniały się w małe skaczące żabki.

Marzenia się spełniają bo oto jestem nad wielką rzeką Bugiem. Nad rzeką o której uczono mnie, o której czytałem w podręcznikach geografii i historii.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 28.82