Modlitwa pierwsza
Ja…, oddaję Ci dzisiaj rozum, ciało i wolę, abyś kierował moim życiem. Od tej chwili nie ja sam żyję, a Bóg mój w Trójcy Jedyny jest mieszkańcem mojego serca. Zawierzam Ci swoją przeszłość, zamknij ją i otwórz mi bramy miłosierdzia ku byciu Nowym Człowiekiem. Abym przechodząc przez nie już zawsze podejmował decyzje zgodne z Twoją wolą. Nie dopuść, abym ośmielił się w nowym życiu dopuszczać się ciężkich przewinień i zasmucał tym Twoje Boskie Serce. Zanurz Mnie w krwi wypływającej z Twego Boskiego Serca i umieść Mnie w nim już na zawsze.
Ja… pragnę, abyś wyrył me imię na obu swych dłoniach i miał wzgląd na wiernego swego sługę przy spotkaniu w wieczności.
Amen
Tydzień I
Najważniejszy jest wybór ławki,
to tak jak w życiu
wszystko zależy od decyzji.
Większość jest w porządku
ale ja zwykle trafiam do;
rezerwowych, oślich, ostatnich i w złym stanie.
I tym razem nie mogłam zawieść losu.
Pandemiczny strach powoduje zasiedzenie wiernego na dwie
wolne w przód i w tył.
Oczywiście zajmuję ostatnią,
po lewej stronie za kratami od wejścia.
Przede mną widzę czarne i siwe głowy.
Same kobiety,
choć w pewnym wieku starość wszystko zlewa w jedno,
nie mam pewności.
Usiadłam jednak po właściwej stronie,
choć czarne welony mnie kiedyś kusiły.
Niepotrzebnie spojrzałam w bok
Nie ma odwrotu
brudny palec wymierza sprawiedliwość,
wyrokiem jest srebrnik dla bezdomnego.
I wtedy zdaję sobie sprawę z kim jestem na równi.
Nie jestem chyba w pożądanej grupie;
matek, dziewic, sióstr służebnic, zasłużonych dla Kościoła.
Nagle zimny podmuch wyrywa mnie z letargu.
Ktoś otworzył drzwi, jeszcze nie wiem kim jest,
a już go nie lubię.
Spod półprzymkniętych powiek
widzę jakiś niewyraźny zarys postaci.
Kobieta, biblijnie nazwijmy ją chromą.
Nadal zawiedziona czekam na żywego Boga.
Ona coś do mnie mówi, chce pomocy.
Uśmiecham się,
po raz pierwszy od tygodnia.
Do niej.
To dla nas obydwu oznacza uzdrowienie.
I tak siedzę w tej skórzanej kurtce, rajstopach
z czarnym wzorkiem, zasysając cząsteczki Versace Crystal Noir,
bo kąpię się w nich obsesyjnie rano w 25 m2 mieszkania.
Szukam Boga,
po to tu przyszłam.
Miał być gdzieś wystawiony, ponoć prawdziwy.
Nie widzę zbyt dobrze z daleka,
ale pośrodku stoi w złotej monstrancji.
Odbija się blask od przyklejonej do ławki tablicy,
czuję rozlewające się na twarzy ciepło, jak od słońca na plaży,
prawie jak na dawno nie odbytych wakacjach.
Kolega z boku odpala świeczkę,
pieprzony śmieciarz, gnojek, brudas, złodziej, cwaniak.
Wszyscy ich mamy dosyć w społeczeństwie,
tylko polityczna poprawność każe nam pomagać.
Ale dlaczegoś siedzę z nim na równi.
Dobra, czas się temu przyjrzeć.
Spoglądam ostatni raz w bok.
I siedzi On, 30-letni,
grzejący się od świeczki za 2 zł. od sztuki,
ze smutnymi oczami, skulony, przesiąknięty ulicą.
A może to jest właśnie Jezus?
Tydzień II
Jak zwykle się spóźniłam
Chyba robię to celowo
W moim życiu nie ma miejsca na przypadki
Chyba że te beznadziejne.
Przemykam niepostrzeżenie do swojego kąta
Byle jak najdalej od spojrzeń
Boję się oceniających oczu
Chociaż jestem przezroczysta
Dawno już przestałam ukrywać emocje
Ostatnio sporo we mnie lęku
Wiesz, ile mnie kosztowało czytanie
O kolejnym zaginionym na Białorusi dziennikarzu?
Wiem, że kiedyś też tak skończę
Bo ciągle tańczę na krawędzi czyjegoś mroku
Boję się wspomnień
Boję się bliskości
Najbardziej boję się myśli
To absurd, ale boję się szczęścia
Wiesz ostatnio było wspomnienie Filipa Nereusza
Tego od radości.
Nie toczy mnie żadna depresja
A nie pamiętam, kiedy ostatnio w głębi duszy się ucieszyłam
Czuję się niezręcznie, kiedy są święta
Wszyscy uśmiechnięci idą w tłumie i śpiewają
Wspólnota
To są momenty, w których mam wrażenie że nie pasuję
Jestem zbędna
Stworzyłeś mnie w potrzebie ogromnej samotności
Za dużo hipokryzji, zranień, niedomowień.
Zbyt wiele człowieka w człowieku
Getsemani
Może tak ma być
A może tylko Ty mnie rozumiesz?
Tydzień III
Wpadam jak po ogień
Z marszu codzienności
Sacrum przenika profanum
Zderzam swój chaos z otaczającą Ciebie ciszą.
Siadam tym razem w oślej.
Ledwie ściągam płaszcz a z ust płynie litania
Mówię, opowiadam, zatracam się w sobie.
Ciągle tylko ja, ja, ja
Moja praca,
obgaduję w myślach tego i tamtego i jeszcze ją dorzucam.
Że Marcin to zrobił, a tamto by mógł,
że matka, że sąsiad,
wszyscy i wszystkie
Od złego zbaw mnie Panie.
Odchylam maskę, by zaczerpnąć tchu
i wyczuwam w tym samym momencie wzrok
czyjś skupiony na mnie.
Patrzę w przód, siedzą tylko dwie głowy,
Kolega z boku pewnie zaćpał,
bo na zamarznięcie jeszcze za wcześnie.
Patrzę w górę, choć kogo się tam mogłam spodziewać?
Może łaski spływającej dla mnie z nieba
W końcu jesteśmy w miejscu potencjalnych cudów
Miałam rację!
Są i patrzą się na mnie wymownie.
Muskularny niewolnik, aniołek z sześciopakiem
Umięśniona kobieta z wyciągniętą dłonią
Brodaty starzec, to chyba ten słynny Jan Boży
W wymalowanych medalionach z prawej zerka na mnie
inny zakonnik z czaszką i kobieta z młyńskim kołem
Najlepszy jest ziom, który siedzi pochylony nad zwojem
i uczy czytać woła.
On też patrzy jakoś nieprzychylnie.
Zaraz, zaraz
Że co?
Że wy tacy zrobieni, a ja siłownię olałam,
że może nie czytam tyle co kiedyś,
że memento mori, ale to najpierw pożyć trochę trzeba!
I wtedy schodząc z wysokości zobaczyłam jedyne oczy
skierowane w dół w tej świątyni
Oto i on
Nieruchomy, odziany w czerwień królewską
Z trzciną w splecionych dłoniach
W cierniowej koronie
Stoi i milczy.
Ale o co chodzi tamtym?
Zamykam oczy i wiem.
Nawet nie zapytałam co u ciebie dobrego słychać
wokół tłumy, a Ty jesteś samotny,
bo każdy przychodzi tylko ze swoim pieprzeniem.
Wyrzuci z siebie taki
że COVID, że daj pieniądze, zdrowie, dom, męża, dziecko
i tylko ja, ja, ja i ja
Umywa ręce, wychodzi spełniony
A Ty masz słuchać, bo od tego jesteś.
Zdobywam się na przepraszam.
Choć nic nie mówisz, dzisiaj chcę się wsłuchać w Ciebie.
Zanudź Mnie swoimi boskimi sprawami
W końcu to ja przyszłam do twojego domu.
Tydzień IV
Nie mam siły.
Pewnie często to słyszysz,
Ale pretensje możesz mieć tylko do siebie.
Trzeba było nie mówić
Przyjdźcie do mnie wszyscy,
którzy utrudzeni i obciążeni jesteście a ja was pokrzepię.
Duchowy stan błogosławiony zaczyna być powoli widoczny
Odczuwam mdłości na każdy nowy dzień
Z trudem wkładam spuchnięte łydki w czarne martensy.
Każdy krok jest kamieniem milowym,
ledwo doczołgałam się do oślej ławki
Zza krat wyłania się znajomy widok Ojca
Nie ma zbyt wielu dzieci.
Z roku na rok jest nas coraz mniej
(ale kazałeś się nie martwić o kościół,
wszak bramy piekielne go nie przemogą)
Lubię go, choć czasem się z nim nie zgadzam
ale na tym chyba polega wspólnota,
nie mam dzisiaj siły nawet na szukanie zaczepki
Źle ze mną
Jestem spłukana
Wyzuta totalnie
Zmęczona aż po zdradliwy pocałunek
Nawet odechciało mi się płakać
Czuję, jakbym to ja modliła się w Getsemani
Nie ma nikogo
Wszyscy posnęli
Nawet nie mam pewności, że Ty mnie jeszcze słuchasz.
To tak pewnie wygląda chwila, w której powinnam powiedzieć
Boże mój Boże czemuś mnie opuścił?
Tydzień V
Za chwilę moja kolej
Na dźwięk Módlmy się
Awansuję.
Jest 6.35.
Żółta wstążka wyznacza Rok C.
W kościele czas płynie w swoim rytmie.
Skupiam się na cudzołóstwie.
Dzisiaj jestem świętym Pawłem
Z listu do kilku osób na mszy.
Wpatrzone uszy
wyciągnęły ze mnie Alleluja w vibrato.
Kłaniam się,
odstępuję ambonę kolejnemu wcieleniu Jezusa
w tym momencie.
Wracam do codzienności bogatsza o cząstki istnień.
Każda historia żyje od nowa we mnie.
Napisałam setki listów, choć nie jestem autorem żadnego.
Byłam w brzuchu wieloryba
Cierpiałam z Hiobem
Trwoniłam z młodzieńcem
I zbierałam za Izajaszem
Czasem nie czytam przez miesiące, pytają, dlaczego?
Uśmiecham się tylko czerwonymi wargami
nr 105 z katalogu Avonu.
Jak im wytłumaczyć,
że potem zabieram bohaterów do domu?
Mąż ma już dość kolejnych opowieści,
wystarczy nam naszego dramatu powszedniego.
Czasem chwalą dykcję,
pytają o szkołę wokalną,
że tak czysto i wyraźnie,
że ładny ze mnie obrazek.
Jak mam wytłumaczyć, że to nie ja,
że to Słowo do nich przemawia,
ja tylko użyczam głosu,
ja tylko staram się sama choć trochę zrozumieć.
Tydzień VI — urodziny świątyni 12 XI 2020
Weszłam zdyszana i od razu coś mi nie pasowało.
Jakoś jaśniej albo ktoś tu ma nową fryzurę?
Więcej ludzi albo inna organistka?
Wszystkie świece zapalone
nawet te cieniutkie w krzywych złocieniach,
wyrastających ze ścian.
Ołtarz rozświetlony i wszyscy święci na nim.
Nie wiem, czy trafiłam na adorację szczególną
czy raczej mam szukać solenizanta.
Niech przynajmniej zdmuchnie te nade mną,
bo wosk na cielęcej skórze nie wygląda zbyt dobrze.
Głos z ambony
rozjaśnia mój umysł,
że dzisiaj święto powstania naszego kościoła.
Dziwne uczucie,
Niby to tylko budynek z cegły i kamienia
Nawet zbytnio mi się nie podoba
Zbyt dużo muskularnych aniołków, kolorowych fasad i postaci
Na początku przychodziłam, bo tu najbliżej, tuż za rogiem
Potem zauważyłam ludzi,
tak naprawdę czuje się tu bezpiecznie jak w domu.
Ile jedno moje istnienie wylało tu łez,
śmiało się, skarżyło, pisało.
A ile w przeciągu lat musiało tu być ślubów, pożegnań, chrzcin.
Ile uzdrowień, ile złorzeczeń, ile próśb
i zmodlonych paciorków
I siedzę tak w tej mojej ławce
W ciszy zastanawiając się kto tu wcześniej jak ja teraz.
I cieszę się że jestem
Przyszłam bez prezentu
Wiesz jak teraz u nas krucho
Ale w modlitwie wiernych wychwyciłam
że modlimy się za artystów,
którzy swymi talentami mogą uwielbić świątynię Boga
Zatem i niech ten zapis stanie się swoistym hymnem
radosnego uniesienia.
Kolejna karta w historii pisanej ludzkością
Tydzień VII
Wiesz obudziłam się dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze,
Słońce wstało razem ze mną i zerkało w nasze łoże
Kiedyś nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia
Małżeńskie
Z wiekiem chyba bardziej doceniam czystość intencji
Jestem dziwnie spokojna
Pewna twojej obecności
W moim wiecznym chaosie ten dzień staje się wyjątkowym
Niewiele było takich
Wiesz ten najpiękniejszy w życiu
marzenie każdej kobiety trochę mnie rozczarował
I tak jest z każdą sprawą u mnie
Ciągła odwrotność
Asymetria
To co ważne staje się głupstwem
A to co znikome urasta do najwyższej rangi
Potrzebuję tych naszych spotkań czwartkowych
Choć nie powiem czasem mógłbyś ugościć obiadem.
Cieszę się, że zgodziłeś się być moim przewodnikiem
Choć podobno to Ty mnie pierwszy wybrałeś
Niech i tak zostanie
mój mąż też tak myśli.
Czasem pozostać jest lepiej w błogiej nieświadomości
Dzisiaj mam ochotę usiąść w pierwszej ławce,
choć bezpieczniej pozostać przy swoich przyzwyczajeniach
Jedyną wadą radosnej postawy jest niemożność pisania
dobrych rzeczy
Przecież ten tekst pozornie jest o niczym
Choć może tylko tak mi się wydaje
Ale ja już nie mam siły na więcej dramatów w moim życiu
Odwieczny dylemat
Mieć spokój czy tworzyć
Tydzień VIII — zimowy
Zrobiło się adwentowo i zimno
Przesiadłam się do środkowej
Z onieśmielenia zaistniałą sytuacją
kompletnie nie wiedziałam o czym napisać
A przecież nie mogę zawieść czytelników
Poprosiłam o wenę Twego Ducha
i już miałam pisać co ślina na język przyniesie
A tu wpadł mi do głowy pomysł zwiadowczy
Pytanie nasunęło pierwsze;
Czy od dziecka chciałeś być Bogiem?
Co za głupota, pewnie, że tak
herezje same ostatnio krążą mi po głowie.
Jestem pracoholikiem
to pewnie stąd chęć ubrania Boga w słowa
Wyciągnięcia informacji
Ot, rutyna
Ale ilekroć na Ciebie nie spojrzę, myśl powraca
Więc może jednak chcesz ze mną w ten sposób porozmawiać?
Ok. Nie lubię się z Tobą kłócić
I tak zawsze wygrywasz
To jak, od dziecka chciałeś być Bogiem?