E-book
15.75
drukowana A5
29.66
drukowana A5
Kolorowa
52.52
Prezja

Bezpłatny fragment - Prezja

Objętość:
59 str.
ISBN:
978-83-8273-015-9
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 29.66
drukowana A5
Kolorowa
za 52.52

Modlitwa pierwsza

Ja…, oddaję Ci dzisiaj rozum, ciało i wolę, abyś kierował moim życiem. Od tej chwili nie ja sam żyję, a Bóg mój w Trójcy Jedyny jest mieszkańcem mojego serca. Zawierzam Ci swoją przeszłość, zamknij ją i otwórz mi bramy miłosierdzia ku byciu Nowym Człowiekiem. Abym przechodząc przez nie już zawsze podejmował decyzje zgodne z Twoją wolą. Nie dopuść, abym ośmielił się w nowym życiu dopuszczać się ciężkich przewinień i zasmucał tym Twoje Boskie Serce. Zanurz Mnie w krwi wypływającej z Twego Boskiego Serca i umieść Mnie w nim już na zawsze.

Ja… pragnę, abyś wyrył me imię na obu swych dłoniach i miał wzgląd na wiernego swego sługę przy spotkaniu w wieczności.

Amen

Tydzień I

Najważniejszy jest wybór ławki,

to tak jak w życiu

wszystko zależy od decyzji.

Większość jest w porządku

ale ja zwykle trafiam do;

rezerwowych, oślich, ostatnich i w złym stanie.

I tym razem nie mogłam zawieść losu.

Pandemiczny strach powoduje zasiedzenie wiernego na dwie

wolne w przód i w tył.

Oczywiście zajmuję ostatnią,

po lewej stronie za kratami od wejścia.

Przede mną widzę czarne i siwe głowy.

Same kobiety,

choć w pewnym wieku starość wszystko zlewa w jedno,

nie mam pewności.

Usiadłam jednak po właściwej stronie,

choć czarne welony mnie kiedyś kusiły.

Niepotrzebnie spojrzałam w bok

Nie ma odwrotu

brudny palec wymierza sprawiedliwość,

wyrokiem jest srebrnik dla bezdomnego.

I wtedy zdaję sobie sprawę z kim jestem na równi.

Nie jestem chyba w pożądanej grupie;

matek, dziewic, sióstr służebnic, zasłużonych dla Kościoła.

Nagle zimny podmuch wyrywa mnie z letargu.

Ktoś otworzył drzwi, jeszcze nie wiem kim jest,

a już go nie lubię.

Spod półprzymkniętych powiek

widzę jakiś niewyraźny zarys postaci.

Kobieta, biblijnie nazwijmy ją chromą.

Nadal zawiedziona czekam na żywego Boga.

Ona coś do mnie mówi, chce pomocy.

Uśmiecham się,

po raz pierwszy od tygodnia.

Do niej.

To dla nas obydwu oznacza uzdrowienie.

I tak siedzę w tej skórzanej kurtce, rajstopach

z czarnym wzorkiem, zasysając cząsteczki Versace Crystal Noir,

bo kąpię się w nich obsesyjnie rano w 25 m2 mieszkania.

Szukam Boga,

po to tu przyszłam.

Miał być gdzieś wystawiony, ponoć prawdziwy.

Nie widzę zbyt dobrze z daleka,

ale pośrodku stoi w złotej monstrancji.

Odbija się blask od przyklejonej do ławki tablicy,

czuję rozlewające się na twarzy ciepło, jak od słońca na plaży,

prawie jak na dawno nie odbytych wakacjach.

Kolega z boku odpala świeczkę,

pieprzony śmieciarz, gnojek, brudas, złodziej, cwaniak.

Wszyscy ich mamy dosyć w społeczeństwie,

tylko polityczna poprawność każe nam pomagać.

Ale dlaczegoś siedzę z nim na równi.

Dobra, czas się temu przyjrzeć.

Spoglądam ostatni raz w bok.

I siedzi On, 30-letni,

grzejący się od świeczki za 2 zł. od sztuki,

ze smutnymi oczami, skulony, przesiąknięty ulicą.

A może to jest właśnie Jezus?

fot. Andrzej Raś
Krakowskie Atelier Fotografii

Tydzień II

Jak zwykle się spóźniłam

Chyba robię to celowo

W moim życiu nie ma miejsca na przypadki

Chyba że te beznadziejne.

Przemykam niepostrzeżenie do swojego kąta

Byle jak najdalej od spojrzeń

Boję się oceniających oczu

Chociaż jestem przezroczysta

Dawno już przestałam ukrywać emocje

Ostatnio sporo we mnie lęku

Wiesz, ile mnie kosztowało czytanie

O kolejnym zaginionym na Białorusi dziennikarzu?

Wiem, że kiedyś też tak skończę

Bo ciągle tańczę na krawędzi czyjegoś mroku

Boję się wspomnień

Boję się bliskości

Najbardziej boję się myśli

To absurd, ale boję się szczęścia

Wiesz ostatnio było wspomnienie Filipa Nereusza

Tego od radości.

Nie toczy mnie żadna depresja

A nie pamiętam, kiedy ostatnio w głębi duszy się ucieszyłam

Czuję się niezręcznie, kiedy są święta

Wszyscy uśmiechnięci idą w tłumie i śpiewają

Wspólnota

To są momenty, w których mam wrażenie że nie pasuję

Jestem zbędna

Stworzyłeś mnie w potrzebie ogromnej samotności

Za dużo hipokryzji, zranień, niedomowień.

Zbyt wiele człowieka w człowieku

Getsemani

Może tak ma być

A może tylko Ty mnie rozumiesz?

Tydzień III

Wpadam jak po ogień

Z marszu codzienności

Sacrum przenika profanum

Zderzam swój chaos z otaczającą Ciebie ciszą.

Siadam tym razem w oślej.

Ledwie ściągam płaszcz a z ust płynie litania

Mówię, opowiadam, zatracam się w sobie.

Ciągle tylko ja, ja, ja

Moja praca,

obgaduję w myślach tego i tamtego i jeszcze ją dorzucam.

Że Marcin to zrobił, a tamto by mógł,

że matka, że sąsiad,

wszyscy i wszystkie

Od złego zbaw mnie Panie.

Odchylam maskę, by zaczerpnąć tchu

i wyczuwam w tym samym momencie wzrok

czyjś skupiony na mnie.

Patrzę w przód, siedzą tylko dwie głowy,

Kolega z boku pewnie zaćpał,

bo na zamarznięcie jeszcze za wcześnie.

Patrzę w górę, choć kogo się tam mogłam spodziewać?

Może łaski spływającej dla mnie z nieba

W końcu jesteśmy w miejscu potencjalnych cudów

Miałam rację!

Są i patrzą się na mnie wymownie.

Muskularny niewolnik, aniołek z sześciopakiem

Umięśniona kobieta z wyciągniętą dłonią

Brodaty starzec, to chyba ten słynny Jan Boży

W wymalowanych medalionach z prawej zerka na mnie

inny zakonnik z czaszką i kobieta z młyńskim kołem

Najlepszy jest ziom, który siedzi pochylony nad zwojem

i uczy czytać woła.

On też patrzy jakoś nieprzychylnie.

Zaraz, zaraz

Że co?

Że wy tacy zrobieni, a ja siłownię olałam,

że może nie czytam tyle co kiedyś,

że memento mori, ale to najpierw pożyć trochę trzeba!

I wtedy schodząc z wysokości zobaczyłam jedyne oczy

skierowane w dół w tej świątyni

Oto i on

Nieruchomy, odziany w czerwień królewską

Z trzciną w splecionych dłoniach

W cierniowej koronie

Stoi i milczy.

Ale o co chodzi tamtym?

Zamykam oczy i wiem.

Nawet nie zapytałam co u ciebie dobrego słychać

wokół tłumy, a Ty jesteś samotny,

bo każdy przychodzi tylko ze swoim pieprzeniem.

Wyrzuci z siebie taki

że COVID, że daj pieniądze, zdrowie, dom, męża, dziecko

i tylko ja, ja, ja i ja

Umywa ręce, wychodzi spełniony

A Ty masz słuchać, bo od tego jesteś.

Zdobywam się na przepraszam.

Choć nic nie mówisz, dzisiaj chcę się wsłuchać w Ciebie.

Zanudź Mnie swoimi boskimi sprawami

W końcu to ja przyszłam do twojego domu.

fot. Andrzej Raś
Krakowskie Atelier Fotografii

Tydzień IV

Nie mam siły.

Pewnie często to słyszysz,

Ale pretensje możesz mieć tylko do siebie.

Trzeba było nie mówić

Przyjdźcie do mnie wszyscy,

którzy utrudzeni i obciążeni jesteście a ja was pokrzepię.

Duchowy stan błogosławiony zaczyna być powoli widoczny

Odczuwam mdłości na każdy nowy dzień

Z trudem wkładam spuchnięte łydki w czarne martensy.

Każdy krok jest kamieniem milowym,

ledwo doczołgałam się do oślej ławki

Zza krat wyłania się znajomy widok Ojca

Nie ma zbyt wielu dzieci.

Z roku na rok jest nas coraz mniej

(ale kazałeś się nie martwić o kościół,

wszak bramy piekielne go nie przemogą)

Lubię go, choć czasem się z nim nie zgadzam

ale na tym chyba polega wspólnota,

nie mam dzisiaj siły nawet na szukanie zaczepki

Źle ze mną

Jestem spłukana

Wyzuta totalnie

Zmęczona aż po zdradliwy pocałunek

Nawet odechciało mi się płakać

Czuję, jakbym to ja modliła się w Getsemani

Nie ma nikogo

Wszyscy posnęli

Nawet nie mam pewności, że Ty mnie jeszcze słuchasz.

To tak pewnie wygląda chwila, w której powinnam powiedzieć

Boże mój Boże czemuś mnie opuścił?

Tydzień V

Za chwilę moja kolej

Na dźwięk Módlmy się

Awansuję.

Jest 6.35.

Żółta wstążka wyznacza Rok C.

W kościele czas płynie w swoim rytmie.

Skupiam się na cudzołóstwie.

Dzisiaj jestem świętym Pawłem

Z listu do kilku osób na mszy.

Wpatrzone uszy

wyciągnęły ze mnie Alleluja w vibrato.

Kłaniam się,

odstępuję ambonę kolejnemu wcieleniu Jezusa

w tym momencie.

Wracam do codzienności bogatsza o cząstki istnień.

Każda historia żyje od nowa we mnie.

Napisałam setki listów, choć nie jestem autorem żadnego.

Byłam w brzuchu wieloryba

Cierpiałam z Hiobem

Trwoniłam z młodzieńcem

I zbierałam za Izajaszem

Czasem nie czytam przez miesiące, pytają, dlaczego?

Uśmiecham się tylko czerwonymi wargami

nr 105 z katalogu Avonu.

Jak im wytłumaczyć,

że potem zabieram bohaterów do domu?

Mąż ma już dość kolejnych opowieści,

wystarczy nam naszego dramatu powszedniego.

Czasem chwalą dykcję,

pytają o szkołę wokalną,

że tak czysto i wyraźnie,

że ładny ze mnie obrazek.

Jak mam wytłumaczyć, że to nie ja,

że to Słowo do nich przemawia,

ja tylko użyczam głosu,

ja tylko staram się sama choć trochę zrozumieć.

Tydzień VI — urodziny świątyni 12 XI 2020

Weszłam zdyszana i od razu coś mi nie pasowało.

Jakoś jaśniej albo ktoś tu ma nową fryzurę?

Więcej ludzi albo inna organistka?

Wszystkie świece zapalone

nawet te cieniutkie w krzywych złocieniach,

wyrastających ze ścian.

Ołtarz rozświetlony i wszyscy święci na nim.

Nie wiem, czy trafiłam na adorację szczególną

czy raczej mam szukać solenizanta.

Niech przynajmniej zdmuchnie te nade mną,

bo wosk na cielęcej skórze nie wygląda zbyt dobrze.

Głos z ambony

rozjaśnia mój umysł,

że dzisiaj święto powstania naszego kościoła.

Dziwne uczucie,

Niby to tylko budynek z cegły i kamienia

Nawet zbytnio mi się nie podoba

Zbyt dużo muskularnych aniołków, kolorowych fasad i postaci

Na początku przychodziłam, bo tu najbliżej, tuż za rogiem

Potem zauważyłam ludzi,

tak naprawdę czuje się tu bezpiecznie jak w domu.

Ile jedno moje istnienie wylało tu łez,

śmiało się, skarżyło, pisało.

A ile w przeciągu lat musiało tu być ślubów, pożegnań, chrzcin.

Ile uzdrowień, ile złorzeczeń, ile próśb

i zmodlonych paciorków

I siedzę tak w tej mojej ławce

W ciszy zastanawiając się kto tu wcześniej jak ja teraz.

I cieszę się że jestem

Przyszłam bez prezentu

Wiesz jak teraz u nas krucho

Ale w modlitwie wiernych wychwyciłam

że modlimy się za artystów,

którzy swymi talentami mogą uwielbić świątynię Boga

Zatem i niech ten zapis stanie się swoistym hymnem

radosnego uniesienia.

Kolejna karta w historii pisanej ludzkością

fot. Andrzej Raś
Krakowskie Atelier Fotografii

Tydzień VII

Wiesz obudziłam się dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze,

Słońce wstało razem ze mną i zerkało w nasze łoże

Kiedyś nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia

Małżeńskie

Z wiekiem chyba bardziej doceniam czystość intencji

Jestem dziwnie spokojna

Pewna twojej obecności

W moim wiecznym chaosie ten dzień staje się wyjątkowym

Niewiele było takich

Wiesz ten najpiękniejszy w życiu

marzenie każdej kobiety trochę mnie rozczarował

I tak jest z każdą sprawą u mnie

Ciągła odwrotność

Asymetria

To co ważne staje się głupstwem

A to co znikome urasta do najwyższej rangi

Potrzebuję tych naszych spotkań czwartkowych

Choć nie powiem czasem mógłbyś ugościć obiadem.

Cieszę się, że zgodziłeś się być moim przewodnikiem

Choć podobno to Ty mnie pierwszy wybrałeś

Niech i tak zostanie

mój mąż też tak myśli.

Czasem pozostać jest lepiej w błogiej nieświadomości

Dzisiaj mam ochotę usiąść w pierwszej ławce,

choć bezpieczniej pozostać przy swoich przyzwyczajeniach

Jedyną wadą radosnej postawy jest niemożność pisania

dobrych rzeczy

Przecież ten tekst pozornie jest o niczym

Choć może tylko tak mi się wydaje

Ale ja już nie mam siły na więcej dramatów w moim życiu

Odwieczny dylemat

Mieć spokój czy tworzyć

Tydzień VIII — zimowy

Zrobiło się adwentowo i zimno

Przesiadłam się do środkowej

Z onieśmielenia zaistniałą sytuacją

kompletnie nie wiedziałam o czym napisać

A przecież nie mogę zawieść czytelników

Poprosiłam o wenę Twego Ducha

i już miałam pisać co ślina na język przyniesie

A tu wpadł mi do głowy pomysł zwiadowczy

Pytanie nasunęło pierwsze;

Czy od dziecka chciałeś być Bogiem?

Co za głupota, pewnie, że tak

herezje same ostatnio krążą mi po głowie.

Jestem pracoholikiem

to pewnie stąd chęć ubrania Boga w słowa

Wyciągnięcia informacji

Ot, rutyna

Ale ilekroć na Ciebie nie spojrzę, myśl powraca

Więc może jednak chcesz ze mną w ten sposób porozmawiać?

Ok. Nie lubię się z Tobą kłócić

I tak zawsze wygrywasz

To jak, od dziecka chciałeś być Bogiem?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 29.66
drukowana A5
Kolorowa
za 52.52