E-book
7.88
drukowana A5
61.25
Prawo własności

Bezpłatny fragment - Prawo własności


Objętość:
378 str.
ISBN:
978-83-8467-928-9
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 61.25

Rozdział 1. Parasolka

Mediolan był tego dnia zbyt jasny. Słońce odbijało się od kamiennych fasad, dorożki ciągnęły za sobą kurz, a ludzie szukali cienia pod arkadami i markizami kawiarń. Rivelii wyszedł od bankiera z teczką pod pachą i poczuciem, że zapłacił za przywilej korzystania z pieniędzy. Zobaczył ją przy końcu ulicy. Najpierw parasolkę — jasną, obracającą się powoli nad ramieniem. Potem suknię przesuwającą się przy kostkach i dwie młode służące idące pół kroku za nią. Kobieta zatrzymała się przed witryną księgarni, pochyliła głowę i chwilę czytała tytuły wystawione za szkłem.

Rivelii zwolnił, patrząc na kobietę, której dawał dwadzieścia cztery, może dwadzieścia pięć lat. Była piękna i poruszała się z miękką swobodą kogoś, kto nie musi zastanawiać się nad własnym ciałem. Przy każdym kroku suknia układała się na piersiach i biodrach, pokazując mniej, niż podpowiadała wyobraźnia. Podziwiał. Od zawsze uważał, że spośród wszystkich dzieł Pana Boga najlepiej udały Mu się te rodzaju żeńskiego.

Po pewnym czasie zrozumiał, co poza jej ruchem tak mocno przyciągnęło jego uwagę. Skóra nieznajomej była niemal nieskazitelnie jasna. Pośród opalonych twarzy i ramion, do których przywykł w Mediolanie i nad Como, ta bladość wydawała się czymś niemal nie na miejscu i nie pozwalała od niej oderwać wzrok. Urodę dostrzegł od razu, lecz uroda sama w sobie nie wystarczała, by odebrać mu rozsądek. Pięknych kobiet znał wiele. Zatrzymał go dopiero sposób, w jaki patrzyła na książki: uważnie, z lekką niecierpliwością, jakby miała pretensję do autorów, że napisali ich zbyt wiele.

Przez kilka minut Rivelii szedł po przeciwnej stronie ulicy, pozwalając sobie na luksus obserwacji. Parasolka przesuwała się nad tłumem jak jasny punkt, raz ginęła za kapeluszami, raz pojawiała się między witrynami. Po księgarni piękność zatrzymała się przy straganie z kwiatami. Nie kupiła niczego; dotknęła tylko płatka róży końcem rękawiczki, z podejrzliwością należną sprzedawcy, który mógłby oszukiwać nawet w kwestii miękkości.

Rivelii miał zwyczaj ufać pierwszej obserwacji. W interesach nauczył się, że człowiek najwięcej zdradza o sobie, kiedy nie wie, czy ktoś na niego patrzy. Przy kobiecie z parasolką ta metoda również zadziałała. Z daleka wyglądała jak panna z dobrego domu, której największym problemem było słońce na policzkach. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył drobne rozdarcie na brzegu parasolki i pył na noskach butów. Jej rzeczy wyraźnie służyły do używania, a nie do oglądania.

Mała, jasnowłosa pokojówka zauważyła go pierwsza i powiedziała coś półgłosem. Druga służąca obejrzała się bez skrępowania, po czym obie zachichotały. Ich pani nadal szła spokojnie. Dopiero kiedy znalazł się kilka kroków od niej, uniosła parasolkę odrobinę wyżej i spojrzała prosto na niego. Wtedy zrozumiał, że zauważyła go znacznie wcześniej. Ukłonił się i sięgnął po komplement, który dotąd rzadko go zawodził. Na kobiety zwykle działał.

— Proszę wybaczyć moim myślom, że dotykają panią bez zgody. Zwyczajnie chciały się tylko przywitać. One takie niesforne, że zerwały się ze smyczy.

Ale o dziwo, kobieta nie zareagowała i poszła dalej bez słowa. Złapał się ostatniej szansy i wypalił.

— Czy napije się pani ze mną kawy?

Tym razem pani z parasolką odwróciła głowę. Spod kapelusza wymknął się jasny kosmyk. Miała szare oczy i spojrzenie, które przez sekundę oceniło jego kapelusz, rękawiczki, buty, teczkę i zapewne charakter.

— Nie.

Pokojówki spuściły głowy. Ramiona jednej zadrżały od tłumionego śmiechu.

— Aż tak źle wyglądam?

— Wygląda pan wystarczająco dobrze, żeby moja babcia miała rację.

— W czym?

— Zabroniła mi pić kawę z nieznajomymi mężczyznami.

— Surowa kobieta.

— Rozsądna. Twierdziła, że później będę czuła się zobowiązana.

Rivelii przyłożył dłoń do piersi.

— Nie chciałbym obciążać pani sumienia.

— Doceniam.

Ruszyła dalej, a on po paru krokach zrównał się z nią, bardziej rozbawiony odmową kawy niż urażony. Pokojówki starały się zachować powagę, lecz jedna co chwilę zerkała na niego z miną widza czekającego na kolejne przedstawienie. Nieznajoma poruszała się spokojnie; mężczyzna próbujący ją zaczepiać najwyraźniej nie zasługiwał jeszcze na więcej uwagi niż dorożki i witryny.

— A gdybym się przedstawił? — zapytał.

— Wtedy byłby pan znanym mężczyzną, z którym nadal nie piję kawy.

— Surowe zasady.

— Bardzo wygodne.

— A wódki?

Parasolka zatrzymała się, a ona, tym razem zaskoczona, odwróciła się powoli. Zanim to zrobiła, drgnęła od tłumionego śmiechu.

— Słucham?

— Wódki. Napije się pani ze mną wódki?

Spojrzała na swoje towarzyszki. Jedna zakryła usta dłonią.

— Babcia o wódce nic nie mówiła.

Rivelii po raz pierwszy tego dnia stracił gotową odpowiedź.

— Czyli?

— Chętnie. Na końcu tej ulicy jest odpowiednie miejsce — powiedziała i ruszyła w kierunku widocznego z daleka szyldu jakiejś restauracji.

I wtedy pokojówki roześmiały się już bez żadnej dyskrecji. Rivelii miał jeszcze dwie godziny do spotkania z agentem kolejowym i żadnego powodu, żeby iść tą ulicą. Mógł skręcić pod arkady, znaleźć chłodną kawiarnię i przejrzeć rachunki. Zamiast tego szedł obok kobiety z jasną parasolką, próbując przed samym sobą udawać, że znalazł się tam przypadkiem. Po bruku turkotały koła powozów. Z rozgrzanych kamieni biło ciepło, a kobiety niosące zakupy poruszały wachlarzami szybciej niż zwykle.

Kobieta z parasolką nie spieszyła się. Zatrzymała się jeszcze przy straganie z morelami, wzięła jedną, powąchała i odłożyła. Sprzedawca zaczął zachwalać towar, ale ona powiedziała coś, czego Rivelii nie usłyszał. Mężczyzna roześmiał się i wybrał dla niej inną sztukę spod spodu. To drobne zdarzenie zainteresowało go bardziej niż powinno. Ta kobieta nie tylko przyjmowała świat, ale przesuwała go odrobinę tak, żeby był po jej myśli.

Pokojówki obserwowały go i chichotały co chwilę, jedna z nich — drobna brunetka z zadartym nosem — zerknęła na niego bez cienia współczucia, szepcząc do ucha blondwłosej koleżanki jakieś uwagi. Rivelii zrozumiał, że od tej chwili nie uwodzi jednej kobiety. Został oceniony również przez jej mały dwór.

Rozdział 2. Wódka

Restaurację wybrała nieznajoma. Kelner przywitał ją skinieniem, zanim zdążyła wskazać stolik, a właściciel uśmiechnął się z głębi sali jak do stałej klientki. Rivelii odnotował, że znała to miejsce i była w nim znana. Powinno go to było ostrzec: wszedł na jej teren, choć nadal wyobrażał sobie, że to on prowadzi spotkanie.

Miejsce, w którym usiedli, było chłodniejsze od ulicy. Grube mury trzymały resztkę porannego cienia, ciężkie zielone zasłony tłumiły światło, a wentylatory obracające się pod sufitem, napędzane systemem pasów, pracowały wolniej niż upał. Kelner przesuwał się między stolikami z miną człowieka, który widział już wszystkie rodzaje zalotów i żadnego nie uważał za oryginalny. Przy sąsiednim stole dwóch przemysłowców rozmawiało o cenach jedwabiu. Kiedy jeden z nich podał absurdalną kwotę za transport, kącik jej ust drgnął. Rivelii zauważył.

— Nie wierzy pani? — zapytał.

— W co?

— W tę cenę.

— Wierzę, że człowiek potrafi ją powiedzieć. To nie to samo, co uznać ją za prawdziwą.

— Handluje pani?

— Każdy właściciel ziemski handluje. Nawet jeśli potem opowiada, że tylko pielęgnuje tradycję.

— Dwie zimne wódki — powiedziała pierwsza, zanim zdążył złożyć zamówienie.

Kelner skinął głową.

— Tak po prostu? — zapytał Rivelii.

— Sam pan proponował.

— Spodziewałem się oporu.

— To źle pan zaczął.

Kelner postawił przed nimi małe kieliszki na srebrnej tacce. Szkło było zimne i lekko zaszronione. Nieznajoma podniosła swój kieliszek do światła z uwagą bardziej stosowną do oceny pracy człowieka, który nalał alkohol, niż do samego trunku. Rivelii czekał, czy skrzywi się po pierwszym łyku. Uniósł się chłód kieliszka. Małgorzata wypiła niewielki łyk bez grymasu, którego oczekiwał od salonowej damy, odstawiła szkło i poprosiła o wodę.

— Zawiedziony? — zapytała.

— Czym?

— Że nie kaszlę i nie rumienię się jak pensjonarka.

— Trochę.

— Będzie pan musiał poszukać innego rodzaju rozrywki.

— Jak mam się do pani zwracać?

— Małgorzata.

— Tylko?

— Na pierwszą wódkę wystarczy.

— Chciałbym się również przedstawić. — Rivelii zaczął wstawać od stołu, żeby się ukłonić.

— Pan jest tym człowiekiem, który zaczepia kobiety na ulicy.

— Fiodor. Fiodor Rivelii.

— Dobrze wiedzieć, że ma pan także nazwisko.

Fiodor się roześmiał. Rozmawiali o Mediolanie, książkach i upale. Przez kwadrans nie dowiedział się o niej niczego, czego sama nie chciała powiedzieć. On natomiast zdążył wspomnieć o fabryce, bankierze, planowanych nowych krosnach i o tym, że coraz bardziej nie cierpi ludzi, którzy nazywają odsetki „warunkami współpracy”.

— Tekstylia? — zapytała.

— Przędzalnia i tkalnia pod Como.

— Bawełna?

— Głównie. Trochę lnu.

— Woda z kanału czy para?

Przyjrzał jej się uważniej.

— Jedno i drugie.

— Stare krosna?

— Część.

— Stąd bankier.

— To niesprawiedliwe — powiedział.

— Co?

— Pani prowadzi przesłuchanie.

— To pan zaprosił nieznajomą kobietę na wódkę. Trzeba było przewidzieć konsekwencje.

— Pani dużo wie o fabrykach jak na kobietę, której babka pilnowała kawy.

Małgorzata oparła palec o brzeg kieliszka.

— Babka pilnowała obyczajów, a ojciec pilnował majątku. Kiedy umarł, ktoś musiał nauczyć się liczyć.

— Pani ojciec prowadził fabrykę?

— Winnicę. Pola. Konie. Kilku ludzi, którzy stale tłumaczyli mu, dlaczego czegoś nie da się zrobić.

— A teraz?

— Teraz tłumaczą mnie.

Rivelii przestał się uśmiechać.

— Majątkiem zajmuje się pani?

— Tak.

— Sama?

— Z zarządcą. On ma tę przewagę, że zna ziemię lepiej. Ja tę, że jest moja.

Drugi kieliszek wypili za przypadek i po nim dopiero Fiodor dowiedział się, że jej winnica ma dwa różne zbocza i że jedno dojrzewa wcześniej, bo kamienne murki oddają nocą ciepło. Małgorzata mówiła o tym z takim skupieniem, że przez chwilę całkiem zapomniał o flirtowaniu.

Po trzecim kieliszku nie zrobiła się bardziej miękka ani bardziej rozmowna. Za to zdjęła rękawiczkę i położyła dłoń na chłodnym marmurze. Zamyśliła się i ponownie wzięła kieliszek. Przesunęła palcem po mokrym brzegu, a jego uwaga wróciła do jej dłoni. Rivelii zobaczył na palcu drobne zgrubienie, zbyt praktyczne jak na kobietę, którą przed chwilą wziął za salonową damę. Ślad po wodzach albo pracy z nożem do winorośli. Chciał zapytać, ale powstrzymał się. Odkąd usiadł naprzeciwko niej, uznał, że ciekawość nie musi natychmiast dostać odpowiedzi.

Wtedy dotarło do niego, że od początku pytał nie o to, co naprawdę chciał wiedzieć.

— A wino?

— Też moje.

— Dobre?

— Nie piję złego.

— Rzuca mi pani wyzwanie?

— Pan wszędzie słyszy wyzwania?

— Tylko tam, gdzie chciałbym wrócić.

Małgorzata odstawiła kieliszek.

— To może być kosztowna wada.

— Znowu pan patrzy.

— Próbuję się dowiedzieć.

— Czego?

— Jeszcze nie potrafię tego nazwać.

Kiedy zapłacił rachunek, zauważył, że Małgorzata zostawiła na stole monetę dla kelnera. Zrobiła to odruchowo, bez sprawdzania, czy wypada i czy ktoś patrzy. Ten gest zapamiętał równie dobrze jak jej usta przy kieliszku. Kiedy wychodzili, zapytał:

— Zobaczę panią jeszcze?

— Mediolan nie jest aż tak duży.

— To odpowiedź?

— Geografia.

Pokojówka stojąca przy drzwiach parsknęła śmiechem. Małgorzata rozłożyła parasolkę i odeszła, zostawiając lekki zapach jaśminu. Rivelii został pod markizą z poczuciem, że zaprosił kobietę na wódkę, a po rozmowie miał więcej pytań niż przed nią. Jeszcze tego samego dnia, już po rozstaniu, Rivelii próbował wrócić do interesów. Agent kolejowy mówił o terminach, taryfach i opóźnionych wagonach, ale w pamięci wracał mu sposób, w jaki nieznajoma powiedziała „chętnie”, jakby propozycja wódki była najbardziej naturalnym rozwiązaniem problemu nieznajomego mężczyzny. Zorientował się, że zapamiętał również pokojówki. Ich śmiech drażnił go, tym bardziej, że był zasłużony.


Wieczorem w hotelu znalazł na mankiecie maleńką plamę po moreli. Musiała powstać, kiedy przy straganie przesunął dłonią po owocach, stojąc za nią. Patrzył na tę głupią plamę chwilę za długo. Potem rzucił koszulę służącemu i zakazał sobie myślenia o kobiecie, którą dopiero co poznał. Zakaz wytrzymał mniej więcej do zgaszenia lampy.


Po powrocie do hotelu służąca o imieniu Marysia pomagała Małgorzacie zdjąć miejską suknię.

— Ładny — powiedziała.

Małgorzata zerknęła w lustro.

— Kto?

— Pan od wódki.

— Nie pytałam.

— Ale pani myślała.

Małgorzata rzuciła w nią rękawiczką. Później, leżąc przy otwartym oknie, sama przyznała przed sobą, że zainteresowała ją nie śmiałość zaczepki, lecz to, co stało się po pierwszym „nie”. Mężczyźni często traktowali odmowę jak przeszkodę do obejścia albo osobistą zniewagę. Rivelii zmienił kierunek rozmowy i pozwolił jej wybrać. Nie wiedziała jeszcze, czy naprawdę go lubi, lecz bawił ją i chciała usłyszeć, co powie następnym razem.

Rozdział 3. Sto butelek

Spotkał ją następnego dnia w miejscu, w którym nie spodziewał się zobaczyć ani parasolki, ani kobiet zainteresowanych książkami. W kantorze domu handlowego Bernasconiego trwała kłótnia o cenę wina. Rivelii czekał na spotkanie w sprawie dostaw bawełny, kiedy z gabinetu obok dobiegła go rozmowa prowadzona o ton za głośno.

— Jeżeli mój rocznik stracił według pana piętnaście procent wartości, proszę kupić osiemdziesiąt pięć procent beczki.

Znał ten głos. Po paru minutach drzwi się otworzyły i pierwsza wyszła Małgorzata, a za nią Bernasconi, czerwony na twarzy.

— Signorina Cappelli, próbuję być rozsądny.

— Proszę więc zacząć od rozsądnej ceny.

Kiedy zobaczyła Rivelii, przez ułamek sekundy wyglądała na zaskoczoną, po czym wrócił znajomy uśmiech.

— Kawa? — zapytał.

— Nadal nie.

— Wódka?

— Jest jedenasta rano.

— Czyli?

— Prosecco.

Bernasconi spojrzał na nich jak człowiek, który przegapił ważną część transakcji. Nieopodal była mała kawiarnia, gdzie usiedli w cieniu przy stoliku. Drugie spotkanie trwało krócej, ale tym razem dowiedział się o niej więcej. Małgorzata mieszkała kilka mil od Como, w rodzinnym dworku na zboczu schodzącym ku jezioru. Miała winnicę o nazwie Vigneto dell’Aurora, niewielką posiadłość i małą stadninę. Wspomniała też o wuju Vittoriu, który pojawiał się bez zapowiedzi i najwyraźniej uważał, że samo pokrewieństwo daje mu prawo do jej wina.

— Brzmi jak człowiek, którego chciałbym poznać.

— Po pierwszej godzinie zmieni pan zdanie.

— A po drugiej?

— Będzie za późno.

Małgorzata miała tego dnia wracać do swojego majątku. Rivelii, zamiast zapytać o kolejne spotkanie, powiedział:

— Potrzebuję dobrego wina na kolację dla kontrahentów.

— Ile?

— Dwanaście butelek.

— To za mało, żeby przyjechać osobiście.

— Mogę kupić sto.

— To za dużo, żeby wypić rozsądnie.

— Znajdę pomoc.

Małgorzata przyjrzała mu się chwilę.

— Proszę przyjechać w piątek. O dziesiątej. Jeżeli się pan spóźni, sprzedam panu gorsze.

— Pani zaprosiła nieznajomego mężczyznę do domu.

— Nie. Zaprosiłam klienta.

— To boli.

— Powinno.

Kiedy wyszła, Fiodor przypomniał sobie, że Bernasconi i magazyn nadal czekali. Wrócił do składu, lecz między regałami zatrzymał się jeszcze na moment, zanim podszedł do niego kupiec.

— Zna ją pan?

— Powoli. Znam ją za krótko, żeby udawać pewność.

Kupiec pokręcił głową.

— Uparta kobieta.

Rivelii milczał, jeszcze nie całkiem wróciwszy myślami do magazynu.

— Nareszcie ktoś rozsądny.

Bernasconi narzekał na Małgorzatę jeszcze kwadrans. Rivelii słuchał z rosnącym rozbawieniem, ponieważ z każdą pretensją kupiec dodawał jej nową cechę: pamięta ceny z trzech poprzednich sezonów, potrafi rozpoznać rozcieńczone wino, nie daje się zastraszyć opowieścią o konkurencji z Piemontu, a kiedy ktoś próbuje mówić do niej jak do naiwnej dziedziczki, zaczyna zadawać pytania o transport i straty magazynowe.

— Kłopotliwa kobieta — podsumował Bernasconi.

— Brzmi jak dobra kontrahentka.

— Pan się śmieje, bo jeszcze pan z nią nie handlował.

Rivelii pomyślał o stu butelkach.

— Zacząłem.


W piątek wcześnie rano kazał woźnicy przygotować powóz wcześniej. Sam wybrał surdut, po czym zirytował się na siebie i zmienił go na pierwszy z brzegu. Po dziesięciu minutach założył jednak poprzedni. Służący obserwował to bez komentarza, ale z wyrazem twarzy, który Rivelii postanowił zapamiętać przy najbliższych negocjacjach płacowych.

Rozdział 4. Pani od wina

Do dworku prowadziła droga wspinająca się łagodnie ponad jezioro. Po jednej stronie ciągnęły się winnice, po drugiej kasztanowce i kamienny mur. Im dalej od miasta, tym ciszej robiło się na drodze; przy rowach pachniały zioła. Rivelii przyjechał piętnaście minut przed czasem i przez pierwszych pięć udawał przed samym sobą, że chodziło o interes. Przy bramie, na kamiennym słupku, widniała niewielka tablica: „Villa Cappelli”. Marysia otworzyła mu drzwi.

— Pan od wódki?

Fiodor zdjął kapelusz.

— Wieść niesie się szybko.

— Pani Małgosia wróciła bardzo rozbawiona.

— To dobrze czy źle?

— Dla pana jeszcze nie wiem.

Kamienny hall trzymał chłód mimo upału. Czuć było świeżo woskowaną posadzkę. Na ścianach wisiały rodzinne portrety; żaden z jej przodków nie wyglądał na człowieka, który aprobowałby picie wódki z nieznajomymi. Właścicielka winnicy czekała na tarasie. Tego dnia nie miała parasolki ani miejskiej sukni. Jasna koszula, ciemna spódnica do jazdy, włosy upięte prościej. Obok stał mężczyzna po sześćdziesiątce z kieliszkiem przed południem.

— To Vittorio — powiedziała. — Mój wuj.

— Hrabia Vittorio — poprawił mężczyzna.

— Mówię Vittorio.

Hrabia podał Rivelii rękę.

— To pan?

— Zależy od zarzutu.

— Małgosia wróciła z Mediolanu i przez dwa dni opowiadała o człowieku, który zaproponował jej wódkę.

Małgorzata odwróciła głowę.

— Wuju.

— Co? W rodzinie obowiązuje szczerość.

Rivelii zerknął na Małgorzatę, czekając, czy zaprzeczy wujowi.

— Dwa dni?

— Wuj cierpi na pamięć wybiórczą.

— Doskonałą — powiedział Hrabia.

Wino degustowali w piwnicy. Kamienne sklepienie trzymało chłód nawet w upał, a beczki stały w dwóch równych rzędach, każda z kredowym oznaczeniem parceli i roku. Małgorzata znała każdą z nich. Przesuwała dłonią po drewnie z przyzwyczajeniem kogoś, kto zna przedmiot również przez dotyk; o ziemi mówiła bez romantyzmu. Deszcz był wodą, woda plonem, plon pieniądzem, a dobre wino rezultatem pracy ludzi, których nazwiska pamiętała. Podała mu próbkę młodego rocznika. Smak był cierpki.

— Niedobre — powiedział.

— Szczere.

— To nowa kategoria wina?

— Najważniejsza. Niedobre wino może dojrzeć. Kłamliwe pozostanie kłamliwe.

Rivelii patrzył na nią coraz uważniej. Kobieta z parasolką ustępowała miejsca właścicielce i gospodyni, człowiekowi, którego życie ważyło więcej niż salonowa rozmowa.

— Rozczarowany? — zapytała.

— Przeciwnie.

— Myślał pan, że produkuję wino przez wyglądanie przez okno?

— Myślałem, że niewiele o pani wiem.

— To pierwsza rozsądna rzecz, którą pan powiedział.

— Zamierzam ją powtarzać.

Po degustacji Fiodor wybrał wytrawne Verdese z górnej parceli, a Vittorio zaprosił go na obiad. Przy stole opowiedział trzy historie, z których każda miała udowodnić, że Małgorzata już jako dziecko była niebezpieczna. W jednej, mając dziewięć lat, uwolniła konia należącego do gościa, ponieważ uznała, że zwierzę zbyt długo stoi na słońcu. W drugiej sprzedała kuzynowi jego własny scyzoryk. W trzeciej obraziła miejscowego proboszcza, twierdząc, że Bóg stworzył winorośl po to, żeby ludzie przestali być ponurzy.

— Połowa jest zmyślona — powiedziała Małgorzata.

— Która połowa? — spytał Rivelii.

— To problem z rodziną. Nigdy nie wiadomo.

Po obiedzie Vittorio kazał przynieść szachownicę, a Fiodor zgodził się na jedną partię. Skończyło się na rewanżu; kiedy służący bez pytania zapalił świece, Rivelii spojrzał ku oknom i dopiero wtedy zauważył granatowy zmierzch nad jeziorem. Zasiedział się.

— Powinienem ruszać — powiedział strapiony.

Vittorio nawet nie podniósł głowy znad figur.

— Po ciemku? Tą drogą? Nie będzie pan robił z mojego sumienia wdowy.

— Wuju — odezwała się Małgorzata. — Pan Rivelii potrafi sam zdecydować, kiedy chce wyjechać.

— Doskonale. Niech zdecyduje, czy woli pokój gościnny, czy nocą szukać rowu przy drodze.

Małgorzata zastanowiła się chwilę. Fiodor spojrzał na nią. W jej oczach była irytacja na wuja i coś jeszcze, znacznie mniej pomocnego jego rozsądkowi.

— Pokój jest wolny — powiedziała już spokojniej. — Jeśli pan zechce zostać.

— Zechcę.

Vittorio przesunął skoczka.

— Wspaniale. Teraz może pan wreszcie przegrać bez pośpiechu.


Wieczorem Małgorzata sprawdziła drzwi piwnicy, zapytała Marysię o chorą kucharkę i zajrzała do stajni. Fiodor obserwował ją z korytarza. Dom po prostu pracował wokół niej; zatrzymywała się tam, gdzie ktoś czekał z pytaniem albo sprawą do rozstrzygnięcia. Przed snem otworzył okno pokoju gościnnego. Z ogrodu dochodził jednostajny śpiew świerszczy. Na ścieżce poniżej przechodziła Małgorzata z lampą. Spojrzała w górę.

— Dobranoc, panie od wódki.

— Dobranoc, pani od wina.

Jej śmiech został w ogrodzie jeszcze chwilę po tym, jak zniknęła. Po kilku minutach od strony podjazdu skrzypnęła brama. Zaraz potem po żwirze przetoczyły się koła powozu. Ktoś przyjechał do posiadłości o zmroku. Fiodor odwrócił głowę, próbując dostrzec nocnego gościa między drzewami, ale z miejsca, w którym stał, widział tylko fragment podjazdu. Dobiegły go przytłumione kobiece głosy, potem krótki wybuch śmiechu. Ktoś odpowiedział coś ciszej. Po chwili trzasnęły drzwi domu i wszystko ucichło.

Rozdział 5. O piątej rano

Rivelii obudził dźwięk, którego przez pierwszą chwilę nie potrafił umieścić ani w śnie, ani w domu. Niski ton przeszedł przez ścianę pokoju gościnnego, zatrzymał się gdzieś pod żebrami i rozpłynął po korytarzu. Po nim przyszedł drugi, dłuższy, a potem kilka szybkich, prawie gniewnych pociągnięć smyczka. Otworzył oczy. Za oknem nie było jeszcze pełnego dnia. Jezioro miało kolor ołowiu, ogród tonął w niebieskawym półmroku. Zegarek na stoliku wskazywał kilka minut po piątej.

— To niemożliwe — mruknął. — Co za dziwne zwyczaje.

Muzyka odpowiedziała mu kolejną frazą. Dom o tej porze był chłodny i cichy. Przez niedomkniętą okiennicę wpadało powietrze od jeziora. W Mediolanie świt kojarzył mu się z pierwszymi wozami na ulicy; tutaj dzień zaczął się od dźwięku, który przechodził człowiekowi przez kości. Rivelii usiadł na brzegu łóżka i rozważył rozwiązanie rozsądne: przykryć głowę poduszką. Kolejna fraza upewniła go, że instrument musi być bardzo blisko, a ciekawość — jak zwykle — okazała się silniejsza od rozsądku. O piątej rano trudno było wzbudzić w nim wdzięczność dla sztuki. Narzucił koszulę, wsunął spodnie, kamizelkę zostawił na krześle i wyszedł boso na korytarz, bardziej zaspany niż zirytowany.

Dźwięk prowadził go przez dom, obok schodów i biblioteki, aż do bocznego skrzydła, którego poprzedniego wieczoru nie oglądał. Tam znajdował się niewielki pokój muzyczny otwarty na oranżerię, z uchylonymi drzwiami. Rivelii chciał zapukać, lecz dłoń zawisła przy drzwiach i opadła. Małgorzata siedziała do niego plecami. Przez kilka sekund nie rozumiał, co właściwie widzi. Ciemne drewno wiolonczeli przecinało jej sylwetkę i odbierało obrazowi oczywistą nagość. Dopiero gdy smyczek przeszedł wysoko nad strunami, zobaczył jasne ramię i nagie plecy schodzące łagodnym łukiem ku talii. Pierwsza smuga słońca przesunęła się po zarysie biodra, zanim zniknęła w czerni instrumentu.

Poza jasnymi pantoflami na wysokim obcasie była naga. Obcasy unosiły pięty, podkreślając smukłość kostek. Przy mocniejszej frazie jedna stopa przesunęła się nieznacznie, a zarys łydki na moment stał się wyraźniejszy. Długie włosy, których w mieście prawie nigdy nie widział całkiem rozpuszczonych, spływały po plecach chłodnym, popielatym blondem. O świcie traciły złoto i stawały się niemal srebrne. Część pasm zsunęła się na jedno ramię, odsłaniając smukłą szyję.

Siedziała bardzo prosto. Rozchylone uda obejmowały wiolonczelę mocno i pewnie, przytrzymując ciemne pudło blisko ciała, a stopy opierały się o dywan. Dopiero po chwili Rivelii uświadomił sobie, że patrzy na nagą kobietę niemal ukrytą za instrumentem. Mimo nagości nie straciła nic ze swojej zwykłej pewności ruchów. Była tak piękna, że po wszystkim wypadało powiedzieć: amen. O piątej rano, w pantoflach, grająca przed śniadaniem. Pasowało do niej bardziej, niż powinno.

Grała wyłącznie dla siebie i to czyniło ten widok bardziej intymnym niż jakikolwiek świadomy gest. Włosy zostawiła własnemu ciężarowi, sama oddała się muzyce. Smyczek prowadził nie tylko dźwięk — z każdym jego ruchem zmieniała się linia jej pleców, ciało na moment się napinało, po czym znów miękło w cichszej frazie. Z bliska słychać było szorstki kontakt włosia ze struną. Od wiolonczeli ciągnął lekki, żywiczny zapach kalafonii. W świetle wschodzącego słońca Rivelii dostrzegł jej pył na ciemnym drewnie instrumentu.

Małgorzata nie wyglądała przy tym na kruchą. Delikatność jej jasnej skóry kłóciła się z pewnością ruchów, z siłą ukrytą w sposobie, w jaki prowadziła smyczek i obejmowała instrument, utrzymując długą frazę bez utraty tonu. Na lewym łokciu miała małe zadrapanie. Rivelii pomyślał bez sensu, że wczoraj tego nie zauważył. W tej chwili oglądał ją bez roli, którą zwykle zakładała razem z suknią. Nie właścicielkę majątku, nie kobietę przy stole, nie rozmówczynię świadomą jego spojrzenia. Nawet nagość schodziła na drugi plan wobec skupienia.

Fraza dobiegła końca. Małgorzata opuściła smyczek, lecz nie poruszyła się od razu. Przez moment słuchała ciszy po ostatnim dźwięku. Potem spojrzała gdzieś w głąb oranżerii, poza pole widzenia Rivelii. Usłyszał miękki stuk obcasa. Z drugiej strony pokoju pojawiła się wysoka, szczupła kobieta z kruczoczarnymi włosami zebranymi wysoko. Skóra miała cieplejszy, oliwkowy odcień. Nosiła ciemną, lekką narzutę, a na szyi wąską aksamitkę z długą czarną wstążką. Weszła bez pukania. To było pierwsze, co Rivelii uznał za naprawdę znaczące.

Deska pod jego stopą odezwała się cichym trzaskiem. Małgorzata uniosła głowę. Przez sekundę był pewien, że spojrzała dokładnie na szczelinę w drzwiach. Nie zawołała go i nie zasłoniła się. Odłożyła smyczek i ostrożnie wysunęła wiolonczelę spomiędzy kolan, po czym oparła ją o stojak. Czarnowłosa kobieta podeszła bliżej i powiedziała coś tak cicho, że usłyszał tylko końcówkę zdania. Małgorzata odpowiedziała jednym słowem. Tamta roześmiała się cicho. Pochyliła się i odgarnęła jasne włosy Małgorzaty na bok. Jej palce pozostały na odsłoniętej skórze odrobinę za długo, by gest dało się nazwać zwykłym poprawieniem fryzury.

Ukłucie zazdrości przyszło tak nagle, że prawie rozzłościł się na samego siebie. Nie miał do niej żadnych praw. Pierwszy raz spał pod tym dachem, a już próbował w myślach porządkować miejsca, w których nie był gospodarzem. Tamta uklękła przy instrumencie, jakby chciała podnieść smyczek, który zsunął się na dywan. Kiedy jednak poprawiła pozycję i podwinęła pod siebie nogi, znalazły się bardzo blisko. Za blisko dla przypadkowej znajomej. Małgorzata położyła dłoń na jej głowie. Ten gest nie miał w sobie niczego salonowego.

Z miejsca przy drzwiach widział plecy kobiety, krawędź ławy i ciemne pudło wiolonczeli stojące pod kątem. Raz zasłaniało prawie wszystko, raz odsłaniało fragment jasnego uda Małgorzaty. Policzek tamtej przesunął się po jej kolanie. Potem podniosła twarz. Małgorzata nachyliła się do niej, ale Fiodor nie widział, czy się pocałowały. Widział tylko, że ich oddechy spotkały się bardzo blisko. Wstążka przy szyi kobiety zsunęła się na kolano Małgorzaty. Małgorzata podniosła jej koniec i owinęła raz wokół palców. Zwyczajny kawałek czarnego jedwabiu nagle wyglądał jak część rozmowy, której on nie znał.

Kobieta przesunęła się bliżej. Jedną ręką przeszła po swojej szyi i rozpuściła swoje ciemne włosy, które teraz opadły do przodu. Wiolonczela zasłoniła Fiodorowi niemal cały widok. Przez chwilę widział przede wszystkim ich dłonie. Jedna spoczęła na kolanie Małgorzaty, druga oparła się o krawędź ławy, a palce Małgorzaty wsunęły się w czarne włosy i lekko zacisnęły. Wstążka naprężyła się na chwilę, potem opadła. Rivelii słyszał przede wszystkim własny oddech. Resztę dopowiadała mu wyobraźnia, znacznie mniej przyzwoita niż to, co widział.

Powinien był odejść. Gorąco uderzyło mu do głowy, a własne tętno nagle wydało się zbyt głośne. Wiedział, że nie powinien patrzeć. Cofnął nawet ciężar ciała na piętę, lecz wtedy Małgorzata uniosła głowę w stronę drzwi. Nie mogła widzieć go dokładnie w półmroku korytarza, chyba że wiedziała, gdzie patrzeć. Znieruchomiał. Jej twarz była spokojna. Zbyt spokojna jak na historię, którą dopowiadał sobie w głowie. Przełknęła ślinę; ledwie widoczny ruch zdradził to, czego nie chciała ujawnić, a palce zacisnęły się mocniej w ciemnych włosach. Mogła przeżywać coś bardzo intensywnie. Mogła jedynie słuchać czegoś szeptanego jej do kolana. Rivelii nie potrafił rozstrzygnąć nawet tego.

Ta niepewność została z nim najmocniej. Kobieta będąca na kolanach podniosła się pierwsza. Narzuta zsunęła się z jednego ramienia; poprawiła ją bez pośpiechu. Małgorzata wstała chwilę później, uchwyciła w palce niesforny kosmyk włosów i przez moment stały naprzeciw siebie: jedna niemal biała w chłodnym świcie, druga ciemniejsza, ogrzana innym kolorem skóry. Czarnowłosa powiedziała coś, na co druga prychnęła. To nagłe, zupełnie zwyczajne prychnięcie rozbiło całą tajemniczość sceny. Potem Małgorzata pogładziła ją czule po policzku, a tamta pocałowała wnętrze jej dłoni. Rivelii wiedział już przynajmniej jedno: nie patrzył na przypadkową znajomą.

Zanim jednak czarnowłosa odwróciła się do Małgorzaty, spojrzała ponad jej ramieniem wprost ku uchylonym drzwiom. Na sekundę uniosła brew. Fiodor nie miał wątpliwości, że go zobaczyła. Kobieta wzięła Małgorzatę za rękę i pociągnęła ku bocznemu korytarzowi. Po dwóch krokach Małgorzata zatrzymała się i odwróciła również głowę ku drzwiom. Cofnął się odruchowo, zanim zdążył rozstrzygnąć, czy patrzyła wprost na niego, czy tylko w ciemność korytarza. Nie czekał, aż się przekona. Wsunął się głębiej w cień z nieprzyjemną pewnością, że naruszył jakąś tajemnicę. Nie zobaczył już ich twarzy. Obie kobiety zniknęły w bocznym korytarzu.

Pozostał sam z wiolonczelą i obrazem, któremu brakowało najważniejszych szczegółów. Przez dłuższą chwilę patrzył na instrument, próbując zrozumieć, co właściwie zobaczył. Wrócił do pokoju, położył się i nie zasnął. Pół godziny później z prawego skrzydła domu dobiegł go śmiech. Najpierw odezwała się jedna z kobiet, po chwili dołączyła druga. Za ścianą plusnęła woda, a później znów usłyszał ich śmiech. Brzmiały jak dwie dziewczyny opowiadające sobie coś głupiego w szkolnej łaźni.

Głos niósł się przez ciszę jeszcze śpiącego domu. Ktoś syknął, zapewne od zbyt gorącej wody. Druga powiedziała coś tak cicho, że odpowiedzią był kolejny wybuch śmiechu. Ta zwyczajność rozbroiła obraz z pokoju muzycznego bardziej niż cokolwiek innego. Rivelii trudno było pogodzić kobietę, która przed chwilą wyglądała jak chłodny posąg, z dziewczyną chichoczącą za ścianą z powodu czegoś najwidoczniej zupełnie głupiego. O ósmej zszedł na śniadanie niewyspany. Małgorzata siedziała już przy stole w jasnej sukni, z włosami splecionymi i upiętymi. Czytała list, popijając kawę, i wyglądała jak kobieta, która od piątej rano zajmuje się wyłącznie rachunkami.

— Dobrze pan spał? — zapytała.

Rivelii usiadł naprzeciw.

— Znakomicie.

— Kłamie pan.

— W tym domu hałasuje się o świcie.

— Konie?

— Wiolonczela.

Małgorzata uniosła oczy znad listu.

— Ach.

To „ach” miało zdecydowanie zbyt wiele niewinności. Marysia postawiła przed nim kawę i zniknęła w kuchni szybciej niż zwykle.

— Pięknie pani gra — powiedział.

— Dziękuję.

— Nie wiedziałem, że pani gra.

— Jest wiele rzeczy, których pan o mnie nie wie.

— Zauważyłem.

Małgorzata złożyła list.

— I?

— Widziałem również piękną czarnowłosą kobietę.

Jej szare oczy zwęziły się odrobinę.

— W tym domu?

— Przez chwilę. Nie chciałem być niedyskretny.

— To dobrze.

Rivelii zawahał się.

— Odniosłem wrażenie, że dobrze pani ją zna.

— Z wieloma ludźmi dobrze się znam.

— Pani Małgorzato…

Pierwszy raz użył jej imienia zamiast bezpiecznego „proszę pani”. Popatrzyła na niego uważnie, lecz nie zaprotestowała.

— Nie powinienem pytać.

— A jednak pan chce.

Uśmiechnął się bezradnie.

— Przyznaję.

— Może pan być ciekawy. Odpowiedzi i tak wybieram sama.

— Wiem.

— Dobrze, że przynajmniej tyle pan wie.

— Pani ma szczególny talent do odpowiadania w taki sposób, żeby człowiek wiedział mniej niż przed pytaniem.

— Czasem wystarczy zostawić rzecz w spokoju.

— Ja tylko próbowałem zrozumieć.

— A sen jakoś panu uciekł.

Małgorzata odstawiła filiżankę.

— Ten dom jest stary. Wszystko w nim słychać.

Rivelii spuścił wzrok.

— Obawiam się, że mogłem zobaczyć coś, czego nie powinienem.

Małgorzata zatrzymała na nim wzrok ponad filiżanką. Tym razem bez uśmiechu.

— To zależy od tego, co pan zobaczył, a co sobie dopowiedział. Proszę nie drążyć rzeczy, których pan nie rozumie.

Spokojny ton uciął temat, więc Rivelii tylko skinął głową.

— Rozumiem.

Po chwili Małgorzata sama dodała:

— Elena zna mnie od dawna.

— Elena?

— Conti.

Rivelii powtórzył nazwisko ciszej, jakby chciał je zapamiętać.

— Dziękuję.

Małgorzata uniosła brew.

— Za co?

— Za to, że powiedziała pani tyle, ile chciała powiedzieć.

— To bardzo rozsądne podejście. Proszę go nie zepsuć następnym pytaniem.

Rivelii zawahał się.

— A ona… wyjechała już?

— Rivelii!

Urwał. Małgorzata odstawiła filiżankę.

— Jeśli kiedyś będę chciała, żeby pan wiedział więcej, powiem. Jeżeli nie powiem, proszę nie wyciągać ze mnie odpowiedzi po kawałku.

— Ma pani rację.

— Tak łatwo?

— Nie. Po prostu próbuję nie zachowywać się jak idiota przed śniadaniem.

Parsknęła śmiechem.

— To ambitny plan.

Marysia przyniosła pieczywo, a Małgorzata wróciła do listu, ale po chwili powiedziała, już bez patrzenia na niego:

— I jeszcze jedno. To mój dom.

— Wiem.

— Nie. Dopiero zaczyna pan wiedzieć.

Rivelii rozejrzał się po wysokich oknach, starym kredensie, kamiennej posadzce i drzwiach prowadzących ku ogrodowi. Wszystko należało do jej świata na długo przed jego przyjazdem — wraz z poranną muzyką, ludźmi, których nie znał, i odpowiedziami, których nie miał prawa żądać. Małgorzata wróciła do listu.

— A teraz proszę jeść. O dziewiątej jedziemy na południowe pole.

— Po tej nocy?

— Co jest nie tak z nocą?

Rivelii podniósł na nią wzrok. Ona jedynie odpowiedziała ledwie widocznym ruchem ust, zbyt krótkim, by nazwać go uśmiechem.

Rozdział 6. Atrybuty władzy

O dziewiątej Rivelii zobaczył Małgorzatę w siodle. Zarządca Valenti czekał przy południowym polu z miną człowieka, który już wiedział, że rozmowa nie będzie przyjemna. Małgorzata zeskoczyła z konia, weszła między źdźbła i przykucnęła.

— Tutaj było mokro tydzień temu.

— Po burzy.

— Rów miał odprowadzić wodę.

— Ludzie byli przy sianie.

Małgorzata wstała i otrzepała dłonie.

— Ernesto, pańskie wyjaśnienia są coraz droższe.

— Signora…

— Proszę czyścić przed wieczorem.

Pejcz, który trzymała, wskazał tylko kierunek rowu. Valenti mimo to poprawił kapelusz i odszedł szybciej, niż przyszedł. Rivelii obserwował z drogi.

— Atrybut władzy? — zapytał, kiedy podeszła.

— To? Dla konia.

— A dla zarządcy?

— Księgi płac. Znacznie skuteczniejsze.

— Czy wszystkie kobiety mają podobny talent?

— Do czego?

— Osiągania tego, czego chcą.

— Mam swoje. Tyle że mężczyźni zwykle zaczynają je liczyć od dekoltu.

Rivelii roześmiał się.

— A pani?

— Co ja?

— Jakich używa?

Małgorzata podeszła bliżej. Słońce ogrzewało skórę odsłoniętą nad kołnierzem; przy twarzy przykleił się cienki kosmyk włosów.

— Gdybym panu powiedziała, przestałyby działać.

Minęła go.

— Drugie śniadanie za pół godziny.

— To polecenie?

— Zaproszenie.

— Różnica?

Odwróciła się.

— Przy poleceniu nie pytam, czy pan przyjdzie.

Znowu został krok za nią. Po drugim śniadaniu, które okazało się bardziej degustacją lokalnych owoców i ciasta przy kawie niż prawdziwym posiłkiem, Małgorzata zabrała go do stajni. Wierzchowiec, którego mu przydzieliła, był spokojny tylko do chwili, gdy Rivelii wsadził stopę w strzemię. Koń odsunął zad i spróbował obrócić się bokiem. Małgorzata patrzyła z rozbawieniem.

— Wybrała go pani specjalnie.

— Oczywiście.

— Dlaczego?

— Chciałam zobaczyć, czy znawca kobiet ma równie dobre podejście do koni.

Po godzinie jazdy jego elegancki surdut zebrał kurz, a Małgorzata wyglądała coraz swobodniej. W mieście każdy ruch sukni miał własną etykietę. Tutaj podciągała spódnicę do jazdy, przytrzymała wodze zębami i przeklinała cicho, kiedy gałąź zahaczyła o rękaw. Rivelii poczuł, że ta niewygładzona wersja interesuje go bardziej. Kiedy wracali, zatrzymała konia na wzgórzu. Jezioro leżało poniżej gładkie i jasne, dom był częściowo schowany w zieleni.

— Zawsze pani tyle jeździ? — przerwał milczenie Rivelii, poprawiając się w siodle. Jego ciało nie było przyzwyczajone do tak intensywnego poranka i wszystko go już bolało.

— Wcześnie zaczynam dzień i mam dużo obowiązków. To moja praca.

— To wszystko jest pani? — zapytał.

— Odpowiedzialność jest moja. Własność to przyjemniejsze słowo.

— Duża różnica.

— Ogromna. Własność można wpisać do księgi. Odpowiedzialność budzi o piątej rano, kiedy koń ma kolkę.

Chciał rzucić uwagę, że jak widać, nie tylko koń z kolką potrafi obudzić człowieka przed piątą, ale ugryzł się w język. Pomyślał, że Małgorzaty nie dałoby się zatrzymać przy sobie samą obecnością mężczyzny. Miała ziemię, pracę, ludzi, konie i własny porządek dnia — całe życie, które istniało przed nim i bez niego. Fascynowała go bardziej niż inne kobiety — fizycznością, sposobem, w jaki mówiła, jak myślała i jak patrzyła na rzeczy, które dla innych były oczywiste. Budziła w nim również respekt. Żyła po swojemu i rzadko potrzebowała cudzej zgody. Zamiast trzymać dystans, coraz częściej szukał pretekstu, żeby zostać blisko.

Małgorzata prowadziła go między rzędami winorośli bez pośpiechu. Co kilka kroków zatrzymywała się, odwracała liść, sprawdzała ziemię pod krzewem albo wołała Carla. Rivelii początkowo próbował zapamiętywać nazwy odmian. W końcu przestał. Bardziej interesowało go, jak zmieniał się jej głos. W Mediolanie był miękki i ironiczny; tutaj stawał się krótki, konkretny, pozbawiony ozdobników. Słońce stało wysoko. Tuż nad kołnierzem skóra Małgorzaty lekko lśniła od gorąca, a pojedyncze kosmyki włosów przywarły do niej. Zdjęła rękawiczki i wsunęła je za pasek. Paznokciem rozkruszyła grudkę ziemi.

— Za sucho — mruknęła.

— Wygląda dobrze.

— Pan ma fabrykę, a ja winnicę.

Rivelii roześmiał się. Nie wiedział dlaczego, ale czuł się tutaj zaskakująco dobrze. Przyjechał poprzedniego dnia wyłącznie po wino; został na obiad, potem na kolację i noc, a teraz dochodziło południe następnego dnia. Przemknęło mu przez myśl, że może nadużywać gościny. Małgorzata najwyraźniej zauważyła jego wahanie, bo tonem nieznoszącym sprzeciwu kazała mu jechać za sobą i poprowadziła go na górną parcelę. Droga była stroma i kamienista. W pewnym momencie musieli zsiąść z koni, żeby iść dalej. Rivelii, w miejskich butach, poślizgnął się dwa razy. Za drugim razem Małgorzata podała mu rękę, lecz nie ukrywała uśmiechu.

— To pani sposób na pozbywanie się zalotników?

— Zalotników? Myślałam, że przyjechał pan po wino. Gdybym znała bardziej skuteczny sposób, nie musiałabym pić z nimi wódki.

Na szczycie nie było nikogo. Winnica schodziła ku jezioru równymi pasami zieleni, a między rzędami widać było białe kamienie nagrzane słońcem. Małgorzata zdjęła kapelusz. Włosy miała spłaszczone pod rondem, a kilka kosmyków przykleiło się do wilgotnego policzka. Powietrze było duszne, a ciszę rozpraszały tylko owady brzęczące nad polnymi kwiatami. Usiadła na murku i podała mu manierkę. Pili z tego samego metalowego kubka. Ten zwykły gest wydał mu się bardziej intymny niż restauracja.

Odebrała kubek, ale zanim go odłożyła, zauważyła kroplę wody przy jego dolnej wardze. Zamiast podać chustkę, starła ją palcem. Gest był krótki i praktyczny tylko przez pierwszą sekundę; jej palec został przy jego ustach, a żadne z nich się nie poruszyło.

— To też należy do obsługi klienta?

— Sto butelek daje pewne przywileje.

— Powinienem był kupić dwieście.

— Przy dwustu dostałby pan serwetkę.

Uśmiechnęła się, ale palec nadal spoczywał przy jego ustach. Fiodor zobaczył szybszy puls tuż nad kołnierzem i tym razem nie próbował udawać, że go nie zauważył.

— Patrzy pan.

— Trudno nie.

— To kiepska odpowiedź człowieka, który przyjechał po wino.

— Od wczoraj coraz gorzej udaję klienta.

Małgorzata przyjrzała mu się uważnie. Potem odstawiła kubek na kamień.

— To proszę przez chwilę nie udawać.

Pochyliła się pierwsza. Pocałunek był krótki, ciepły i całkowicie świadomy. Nie musnął jej przypadkiem; dostał dokładnie tyle, ile sama postanowiła mu dać. Kiedy chciał się odsunąć, Małgorzata zatrzymała go dłonią na karku i pocałowała drugi raz, wolniej. Fiodor położył rękę na jej talii. Materiał sukni był nagrzany od słońca, pod nim czuł napięcie ciała. Nie uciekła od dotyku. Przeciwnie, przysunęła się o ten niewielki krok, którego brakowało. Oderwała usta dopiero po chwili. Przez sekundę oboje oddychali zbyt szybko jak na ludzi, którzy przed momentem dyskutowali o winie.

— Dwieście butelek byłoby przesadą — powiedziała.

— Zaczynam uważać, że nie.

Małgorzata roześmiała się i usiadła z powrotem na murku. Tym razem, kiedy podała mu kubek, ich palce spotkały się bez udawania przypadku.

— Lubi pani to wszystko? — zapytał.

Opuściła wzrok, poprawiając dłonią niesforne włosy z czoła.

— Nie codziennie.

— Szczera odpowiedź.

— Czasem nienawidzę pogody, ludzi, podatków i własnego ojca za to, że zostawił mi tyle ziemi.

— Ale zostaje pani.

— Bo następnego dnia coś kwitnie i znowu jestem głupia.

Rivelii usłyszał w jej głosie zmęczenie. Do tej pory widział kobietę, która zawsze miała ripostę, teraz zaś na murku siedziała po prostu właścicielka majątku zmęczona pracą. Pociągnęło go to mocniej niż jej zwykła pewność siebie.


Po powrocie do dworku Fiodor zobaczył na dziedzińcu swoje zamówienie. Osiem pełnych skrzynek i jedna niepełna — razem sto butelek — stały już wyłożone słomą. Służący mocowali je na tylnej platformie solidnego czterokołowego powozu w części bagażowej, tak żeby szkło nie tłukło się na kamienistej drodze. Na bokach skrzynek wypalono prosty napis: „Vigneto dell’Aurora”. Konie były już wyprowadzone, kiedy na podwórze wszedł Valenti. Nie miał miny człowieka, który przynosi dobrą wiadomość.

— Signora, na drodze do Como zeszły kamienie. Na dwóch zakrętach całkiem zamknęły przejazd.

— Duże? — zapytała Małgorzata.

— Takie, że bez ludzi, lin, koni i wozu nic nie zrobimy. Gmina zwołuje ludzi na rano. Przed niedzielą nie obiecam przejazdu.

Fiodor spojrzał ku stajni.

— Jest objazd?

— Jest — powiedział Valenti. — Przez wzgórza.

Vittorio, który wyszedł na schody, zainteresował się rozmową.

— Zna pan tę drogę, panie Rivelii?

— Nie.

— No tak. To zajmie kilka godzin, a po zmroku nawet człowiek, który ją zna, potrafi znaleźć cudzą winnicę zamiast własnego domu albo i skręcić kark. Chcąc nie chcąc, zostaje pan jeszcze jedną noc.

— Wuju — powiedziała Małgorzata. — Nie rozporządzaj moimi gośćmi.

— Nie rozporządzam. Ratuję fabrykanta przed spektakularną śmiercią w rowie. Bardzo niekorzystną dla miejscowego handlu winem.

Fiodor roześmiał się, lecz spojrzał na Małgorzatę.

— Jeśli to nie kłopot…

— Nie nadużywa pan gościny — odpowiedziała. — A skoro kucharka przygotowała jedzenie dla pół armii, byłoby mi nawet miło, gdyby został pan do kolacji.

— Poddaję się geografii.

— Rozsądnie.

Rozdział 7. Biblioteka

Kolacja rzeczywiście była obfita, a spojrzenie kucharki — marsowe. Skrzynki z winem wróciły pod dach wozowni, konie do stajni, a Valenti przysłał wiadomość, że ludzi do głazów zbiorą dopiero o świcie. Fiodor miał więc przed sobą drugą noc w dworku i, ku własnemu zdziwieniu, ani trochę nad tym nie ubolewał. Po kolacji Hrabia zasnął w fotelu z kieliszkiem na brzuchu, Marysia zgasiła większość lamp, a Fiodor poszedł poszukać czegoś do czytania. Bibliotekę znalazł bez trudu. Małgorzata siedziała na szerokim fotelu z książką na kolanach i nogami podwiniętymi pod siebie. Buty stały na dywanie.

— Poczuł się pan samotny, czy też pan mnie śledzi?

— Szukam książki.

— Oczywiście.

— Ma pani coś o kobietach?

— Cała biblioteka jest o kobietach. Mężczyźni od wieków piszą głównie po to, żeby nam coś wyjaśnić.

Usiadł naprzeciw.

— Mogę zostać?

— Jeśli potrafi pan milczeć.

— Jest pani surowa.

— Mam to po mamie.

Czytali przez kilka minut. Ogień w kominku trzaskał cicho. Małgorzata przysunęła świecę bliżej siebie i przewracała strony, przytrzymując papier palcem. Rivelii zorientował się, że od dłuższej chwili patrzy bardziej na jej dłoń niż na własną książkę.

Była ładna. Wąska, o smukłych palcach i delikatnych kostkach, bez pierścionków, jakby Małgorzata nie potrzebowała niczego, co miałoby zwracać na nią uwagę. Ta delikatność trochę go jednak oszukiwała. Widział już te palce rozcierające twardą grudę ziemi, widział, jak zaciskały się na wodzach, kiedy koń próbował postawić na swoim. Tą samą dłonią trzymała pejcz. Sądząc po tym, jak mówiła o zbiorach, zapewne potrafiła również przez pół dnia ścinać kiście winogron, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nią. Spojrzał jeszcze raz. Dłoń spoczywała teraz spokojnie na stronie książki i wyglądała, jakby nigdy nie robiła nic cięższego od jej przewracania.

To również do niej pasowało. Im dłużej ją poznawał, tym częściej coś, co wydawało się delikatne, okazywało się silniejsze, niż powinno.

— Pan nie czyta.

— Czytam.

— Jedną stronę od pięciu minut.

— Trudna.

Małgorzata wychyliła się i zobaczyła okładkę.

— Katalog map.

— Szczególnie trudny.

Roześmiała się. Potem spoważniała.

— Dlaczego pan naprawdę przyjechał?

— Po wino.

— Sto butelek?

— Wciąż mam wielu przyjaciół.

— Kłamie pan.

— Chciałem panią zobaczyć.

Tym razem odpowiedział bez żartu. Małgorzata zamknęła książkę.

— Dlaczego?

— Jeszcze się zastanawiam.

— Tym razem dobrze pan odpowiedział.

— Liczyłem na lepszą nagrodę.

— To błąd. Nagrody psują mężczyzn tak samo, jak cukierki psują dzieciom zęby.

Wstała i podeszła do półki. Kiedy mijała jego fotel, zapach jaśminu przesunął się razem z nią. Rivelii poczuł go wcześniej niż ciepło jej ramienia, które otarło się o jego rękaw. Małgorzata zatrzymała się przy książkach.

— Wyjedzie pan jutro od razu, jeśli droga będzie przejezdna?

— Jak tylko Valenti powie, że można.

— Ludzie ruszą o świcie, ale przed południem prawdopodobnie nie skończą — powiedziała.

— To problem?

— Przeciwnie.

Odwróciła głowę.

— Biblioteka będzie wolna.

Nie musiała nazywać tego zaproszeniem. Rozmowa w bibliotece trwała dłużej niż planowali. Od książek przeszli do podróży, potem do rozwoju przemysłowego, aż w końcu do teorii małżeństwa, choć żadne z nich później nie potrafiło powiedzieć, kto pierwszy skierował rozmowę w tę stronę. Małgorzata twierdziła, że większość małżeństw w jej otoczeniu jest kontraktem, o którym strony zaczynają rozmawiać dopiero po podpisaniu. Rivelii odpowiedział, że większość kontraktów ma tę przewagę, iż ktoś przynajmniej czyta warunki.

— A pan by przeczytał? — zapytała.

— Zależy od drobnego druku.

— Kobiety zawsze są drobnym drukiem.

— Nie. Mężczyźni zwykle czytają tylko tytuł.

Małgorzata uniosła nogi z dywanu i usiadła bokiem. Światło kominka przechodziło przez cienki materiał przy kostce. Rivelii zauważył ruch, poczuł natychmiastową reakcję własnego ciała i z irytującą jasnością zrozumiał, że rozmowa o kontraktach przestała być wyłącznie rozmową. Małgorzata opuściła jedną stopę z fotela. Nie miała buta; cienka pończocha kończyła się pod suknią, a kostka przez chwilę znalazła się w pełnym świetle kominka. Palcami stopy odsunęła leżącą na dywanie książkę, potem zatrzymała ją przy jego bucie.

— Pan zawsze siedzi tak sztywno, kiedy rozmawia o małżeństwie?

— Tylko kiedy rozmówczyni używa argumentów poniżej stołu.

Kącik jej ust drgnął. Tym razem nie cofnęła stopy. Czubek pantofla przesunął się po jego kostce i zatrzymał wyżej, przy łydce. Małgorzata podniosła oczy znad książki, zupełnie spokojna. Fiodor zamknął katalog map.

— Poddaję się. Geografia przegrała.

— Szybko.

Wstała, podeszła do jego fotela i wyjęła mu książkę z dłoni. Odłożyła ją na stolik, po czym została między nim a kominkiem, tak blisko, że brzeg jej sukni dotykał jego kolan.

— I co pan będzie robił bez książki?

— Ryzykował.

Położył dłoń na jej talii. Małgorzata przyjrzała się jego dłoni, potem podniosła wzrok. Nie odsunęła się. Oparła rękę na jego ramieniu i sama nachyliła się do pocałunku. Tym razem nie był krótki. Fiodor poczuł jej palce przy karku i miękkie ciepło ust; dłoń na talii przesunęła się nieco wyżej, obejmując ją mocniej. Małgorzata odpowiedziała naciskiem ciała, po czym odsunęła twarz tylko na tyle, by móc oddychać.

— Dwie strony na wieczór — powiedziała, wskazując katalog. — Nie chcę pana przemęczyć.

— To jest pani pojęcie czytania?

— Uczę pana drobnego druku.

Wróciła do fotela, ale już nie udawała, że nic się nie wydarzyło. Kiedy sięgała po książkę, uśmiechała się do własnych myśli. Później, leżąc w pokoju gościnnym, Rivelii słyszał zegar na dole i kroki służby gaszącej ostatnie lampy.


Następnego ranka biblioteka rzeczywiście była wolna. Zamiast czytać, przeglądali atlas. Małgorzata pokazywała mu miejsca, do których chciałaby pojechać: Konstantynopol, Wiedeń, wybrzeże francuskie. Rivelii wskazał północną Anglię, bo chciał zobaczyć tamtejsze fabryki. Małgorzata zrobiła minę, jakby zaproponował wspólne oglądanie rachunków.

— Pan naprawdę potrafi zepsuć mapę.

— A pani chce podróżować wyłącznie tam, gdzie podają dobre wino.

— W takim układzie świat sam się odsiewa.

Powiedziała to lekko, prawie żartem, ale Fiodor nagle pomyślał, że u Małgorzaty wszystko ma granicę. Jeśli kiedyś ją przekroczy, może nie dostać drugiej szansy. Przy atlasie ich ramiona zetknęły się na dłużej. Żadne nie odsunęło się. Po niedzielnym obiedzie, kiedy Valenti przysłał wiadomość, że droga jest już przejezdna, Fiodor wrócił do swojego domu w Como z głową pełną myśli. Samej drogi prawie nie pamiętał.

Rozdział 8. Stosunek myśli

Zaproszenie przyszło tydzień po jego niedzielnym powrocie do domu w Como, prosto do fabryki. Fiodor czytał je między zestawieniem dostaw bawełny a raportem o krosnach, które od rana zatrzymywały się częściej, niż powinny. Przy drzwiach gabinetu czekał goniec z okolic dworku, ocierając z butów zaschnięte błoto.

List był od Vittoria. „Podobno kupił pan sto butelek naszego wina. Człowiek uczciwy powinien poinformować producenta, czy przeżył. Jeśli tak, proszę przyjechać w piątek i zostać do niedzielnego obiadu. Pokój już pana zna, więc nie będziemy go rozczarowywać. Hrabia Vittorio.” Fiodor przeczytał list dwa razy. Tym razem nie było wątpliwości: nie zapraszano go na kolację, lecz od piątku do niedzieli.


W piątek pracował do południa, zostawił Belliniemu listę spraw na sobotę i ruszył do dworku dopiero wtedy, kiedy ostatni dokument przestał wymagać jego podpisu. Dotarł przed wieczorem. Małgorzata przywitała go na tarasie, zapytała, czy wino okazało się zdatne do picia, po czym niemal natychmiast pojawił się Giovanni ze stajni. Jedna z klaczy od rana zachowywała się niespokojnie.

— Muszę iść — powiedziała Małgorzata, odkładając kieliszek.

Fiodor również wstał.

— Pójdę z panią.

— Nie. Vittorio ma gościa. Niech się nim zajmie.

— Mam to rozumieć jako karę?

— Dla którego z was?

— Panie Fiodorze, koń jest dziś ważniejszy. Proszę sobie z tym poradzić.

Zniknęła ze stajennym za narożnikiem domu. Fiodor patrzył za nią odrobinę za długo.

— Drzwi już się zamknęły — zauważył Vittorio, próbując ukryć rozbawienie.

— Widzę.

— Nie wygląda pan.

— Człowiek, który przyjeżdża po wino, zwykle patrzy na butelkę — wyjaśnił Vittorio i nalał sobie z przesadną niewinnością.

Tej nocy Fiodor zasnął późno, ale zanim położył się do łóżka, usłyszał, że przed dom zajechał jakiś powóz. Szczeknął pies i dobiegło go kilka stłumionych głosów, potem wszystko ucichło. O piątej obudziła go wiolonczela. Tym razem otrzeźwiał od pierwszego dźwięku. Razem z nim wrócił obraz jasnych pleców, ciemnego drewna instrumentu i poranka, którego do tej pory nie potrafił porządnie nazwać. Nie wiedział, co dzieje się za drzwiami pokoju muzycznego. O tej godzinie jego wyobraźnia zrobiła się bezczelna. Przycisnął poduszkę do głowy. Muzyka bez trudu przeszła przez puch.

— Do diabła — mruknął.

Następna fraza była spokojniejsza. Fiodor odrzucił kołdrę, spojrzał na własne nocne spodnie i zaklął drugi raz.

— Przecież tak nie wyjdę.

Usiadł zgięty, opierając łokcie na kolanach.

— Boże, czy ona robi to specjalnie?

Nie miał żadnego dowodu. Miał za to coraz mniej rozsądku. W końcu narzucił koszulę i wyszedł na korytarz, zdecydowany przynajmniej sprawdzić, czy drzwi pokoju muzycznego znowu są uchylone. Nie doszedł nawet do połowy schodów. Wiolonczela umilkła. Fiodor zastygł. Z dołu dobiegł krótki stuk obcasów, potem drugi i zapanowała cisza. Wycofał się do pokoju z godnością człowieka uciekającego z miejsca zbrodni, której jeszcze nie popełnił. Godzinę później usłyszał terkot kół dorożki. Ktoś niespiesznie odjeżdżał. Tajemniczy gość najwyraźniej należał do tego samego gatunku ludzi co właścicielka domu — przed piątą rano już nie spał. Przy śniadaniu Małgorzata nie wspomniała ani o gościu, ani o muzyce.

Jej milczenie było znacznie bardziej podejrzane niż jakiekolwiek wyjaśnienie.

Sobotni ranek każde z nich spędziło przy własnej pracy. Małgorzata była w stajni i na dolnej parceli, Fiodor przez dwie godziny siedział nad papierami przywiezionymi z fabryki. Przed obiadem przyjechali Kazimierz z żoną, sąsiedzi z pobliskiego majątku oraz Roman, młodszy znajomy hrabiego. Kazimierzowie przed laty przenieśli się tu z Polski i byli dalekimi powinowatymi Vittoria. Vittorio przedstawił Romana jako buchaltera i pełnomocnika handlowego przy jednej z okolicznych przędzalni, ale Fiodor usłyszał z tego ledwie połowę; Małgorzata zdejmowała rękawiczki i patrzyła na niego z miną sugerującą, że o piątej rano wydarzyło się coś, o czym ona nie zamierzała rozmawiać. Imię „Roman” zapamiętał. Resztę musiał odtworzyć później.


Po południu Vittorio zarządził polowanie. Deszcz z poprzedniej nocy rozmiękczył pola, ale Hrabia uważał, że pogoda jest problemem ludzi, którzy nie mają dobrych butów. Kazimierz i Roman poszli po strzelby.

Małgorzata przyłożyła dwa palce do skroni.

— Ja zostanę. Migrena.

Vittorio uniósł brwi.

— Migrena?

— Kobieca. Straszliwa. Podobno wysiłek ją pogarsza.

Hrabia spojrzał na Fiodora, potem znowu na Małgorzatę.

— Pan Rivelii zapewne także woli zostać w domu.

Fiodor otworzył usta, ale Vittorio nie pozwolił mu odpowiedzieć.

— Rozumiem. Widzę, że migrena bywa zaraźliwa.

— Wuju — ostrzegła Małgorzata.

— Nic nie mówię. W rodzinie podobno obowiązuje dyskrecja.

Wyszedł pogwizdując, a z dziedzińca dobiegły głosy, szczekanie psów i stuk kopyt. Kiedy wszystko ucichło, Małgorzata odsunęła palce od skroni.

— Cudowne ozdrowienie — zauważył Fiodor.

— Medycyna robi postępy.

Biblioteka była chłodna od wilgoci wniesionej przez deszcz. Ogień w kominku dopiero się rozpalał. Małgorzata siedziała przy stole i przepisywała coś z książki do małego notesu. Miała związane włosy, na nosie cienkie okulary, których wcześniej u niej nie widział. Fiodor zatrzymał się przy drzwiach.

— To oszustwo.

— Co?

— Okulary.

Małgorzata zdjęła je powoli.

— Dlaczego?

— Dodają pani przewagę.

— Czyli bez nich mam jej za mało?

— Przeciwnie. To broń dodatkowa.

Założyła okulary z powrotem.

— Niech zostaną.

Usiadł naprzeciwko.

— Co pani zapisuje?

— Rzeczy, które chcę pamiętać.

— Cudze czy własne?

— Jedne i drugie.

— Mogę zobaczyć?

— Jeszcze nie.

— Bardzo pani chroni ten notes.

— Mam w nim rzeczy, których nie pokazuję każdemu.

Rivelii skinął głową.

— Szanuję.

— Pan naprawdę lubi, kiedy kobieta odmawia?

— Lubię, kiedy mówi jasno.

— To duża różnica.

— Ogromna.

Małgorzata zamknęła notes.

— A co pana najbardziej kręci?

Powiedziała to tak spokojnie, jakby pytała o ulubione danie. Rivelii oparł się wygodniej.

— Zależy, czy pyta pani ogólnie, czy konkretnie.

— Ogólnie.

— Inteligencja.

— Ładnie. Teraz poproszę odpowiedź, której nie przygotował pan do salonu.

— To zacząłem fatalnie.

— Proszę spróbować jeszcze raz.

Rivelii dał sobie chwilę na odpowiedź.

— Stosunek myśli.

Małgorzata uniosła brwi.

— O, to już brzmi ciekawiej.

— Dwoje ludzi zaczyna rozmowę gdzieś daleko od siebie. Jedno rzuca zdanie. Drugie odpowiada. Za chwilę okazuje się, że oboje stoją w miejscu, którego wcześniej nie planowali.

— I to pana podnieca?

— Bardzo.

— Bardziej niż nogi?

Rivelii spojrzał na jej nogi pod stołem, potem wrócił wzrokiem do twarzy.

— To nieuczciwe pytanie.

— Dlaczego?

— Bo używa pani argumentów w trakcie dyskusji.

Małgorzata roześmiała się tak swobodnie, że cała powaga rozmowy zniknęła.

— Czyli jednak nogi.

— Powiedziałem tylko, że dyskusja stała się trudniejsza.

— A ciało bez myśli?

— Bywa piękne. Szybko staje się znajome.

— A umysł?

— Jeśli jest dobry, ciągle potrafi zaskoczyć.

Małgorzata otworzyła notes i napisała jedno zdanie.

— Co pani zapisała?

— Że pan umie się ratować.

— To komplement?

— Zależy, co pan zrobi z odpowiedzią.

Cisza potrwała do chwili, gdy w kominku pękło drewno i jedna iskra wyskoczyła na kamienną płytę. Ogień nabrał siły.

— Wie pan, co mnie czasem bawi?

— Co takiego?

— Mężczyzna potrafi godzinami mówić, że lubi inteligentne kobiety. Gorzej, kiedy taka kobieta zaczyna mu odpowiadać.

— Brzmi, jakby mówiła pani z doświadczenia.

— A pan jak reaguje?

— Pewnie gorzej, niż chciałbym przyznać. Ale wolę usłyszeć prawdę.

— Nawet niewygodną?

— Zwłaszcza taką, po której wiem, z kim rozmawiam.

Małgorzata przyglądała mu się.

— Nie wierzę panu.

— Dlaczego?

— Bo mężczyźni lubią mówić o ryzyku w chwili, kiedy siedzą w fotelu.

Rivelii parsknął cicho, bo trafiła celniej, niż chciał przyznać.

— Proszę więc znaleźć dla mnie mniej wygodne miejsce.

— Jeszcze przyjdzie pora.

Małgorzata nie wróciła od razu do notesu. Oparła pióro o dolną wargę, zostawiając na skórze niemal niewidoczny ślad atramentu. Fiodor zauważył go i przestał słyszeć deszcz.

— Co? — zapytała.

— Nic.

— Kłamie pan coraz gorzej.

Wyciągnął rękę, ale zatrzymał ją w połowie drogi.

— Atrament.

Małgorzata przesunęła językiem po wardze. Ślad zniknął.

— Lepiej?

— Zdecydowanie gorzej.

Odwróciła notes w jego stronę. Na marginesie, obok kilku cudzych cytatów, dopisała: „Rivelii patrzy za długo, kiedy udaje, że niczego nie zauważa”. Pozwoliła mu przeczytać.

— To o mnie?

— Sprawdzam, czy umie się pan rozpoznać.

Niżej, drobniejszym pismem, widniało jeszcze jedno zdanie: „Po trzecim kieliszku Rivelii robi się zbyt pewny siebie”.

— To też obserwacja?

Małgorzata zamknęła notes.

— Na razie materiał badawczy mam skromny.

Pod stołem jej kostka oparła się na szczeblu krzesła. Suknia uniosła się o kilka centymetrów. Nie sprawdzała, czy zauważył. Fiodor wyciągnął szyję, próbując zobaczyć coś jeszcze, lecz notes zniknął pod jej dłonią. Małgorzata zamknęła notes i obeszła stół. Fiodor śledził ją wzrokiem, dopóki nie zatrzymała się tuż przed jego krzesłem.

— Skoro już rozmawiamy o praktyce — powiedziała — sprawdźmy, czy pańska teoria wytrzymuje doświadczenie.

— Która teoria?

— Ta, że im więcej szczegółów pan zna, tym bardziej chce pan znać następne.

Ujęła go za krawat i przyciągnęła do siebie. Pocałowała go bez pośpiechu, jakby naprawdę prowadziła doświadczenie, lecz po pierwszych sekundach cała naukowość zniknęła. Fiodor objął ją w talii, a Małgorzata oparła dłoń na jego policzku i pozwoliła pocałunkowi trwać. Kiedy jego ręka przesunęła się na jej biodro, nie zatrzymała jej. Sama zbliżyła się jeszcze odrobinę. Dopiero po chwili odsunęła usta i poprawiła mu krawat, który przed momentem sama zepsuła.

— Wynik? — zapytał.

— Hipoteza rokuje.

— Tylko rokuje?

— Nie psujmy badań nadmiarem pewności siebie.

Później, kiedy deszcz osłabł, otworzyli jedno z okien. Skórzane oprawy oddawały ciężką, suchą woń, a świeżo przyniesiona kawa parowała na brzegu stołu. Wiatr przewracał Małgorzacie kartki i co kilka minut musiała przytrzymywać je dłonią. Fiodor zauważył, że potrafi obserwować sam ruch jej palców dłużej, niż wypada człowiekowi wychowanemu w dobrym domu. Ich rozmowa o inteligencji kobiet przerodziła się w spór o to, czy pożądanie potrzebuje tajemnicy. Małgorzata uważała, że ludzie boją się poznania, bo wiedza odbiera im część fantazji. Rivelii twierdził odwrotnie: im więcej szczegółów znał, tym bardziej jedna osoba różniła się od wszystkich pozostałych.

— Czyli kataloguje pan kobiety? — zapytała.

— Raczej przestaję je mylić.

— Nisko pan tę poprzeczkę zawiesił.

— A jednak wielu ma z nią problem.

Małgorzata roześmiała się, a potem nagle spoważniała i po raz pierwszy zapytała go o kobietę, którą naprawdę wcześniej kochał. Rivelii odpowiedział krótko, bez dowcipu, a ona nie dopytywała.

Rozdział 9. Męski stół

Tego samego wieczoru Hrabia odzyskał humor. Polowanie zakończyło się jednym zającem, dwoma przemoczeniami i sporem z Romanem o to, kto pierwszy strzelił do czegoś, czego ostatecznie nikt nie znalazł. W jadalni ustawiono ciężką kolację. Małgorzata miała podobno pisać list, pani Kazimierzowa odpoczywała, a dwie dalsze sąsiadki, które przyjechały w ciągu dnia na plotki odjechały przed zmrokiem. Przy stole zostali Vittorio, Roman, Kazimierz i Fiodor. Kazimierz bywał w dworku od lat i pozwalał sobie wobec Hrabiego na swobodę człowieka, który był jednocześnie sąsiadem, dalekim krewnym i przyjacielem domu. Vittorio otworzył butelkę starego koniaku.

— Wreszcie można porozmawiać jak ludzie — oznajmił Vittorio, nalewając koniak. — Bez poprawiania każdego słowa.

— On uznał to za pozwolenie na katastrofę.

— Bez kobiet przy stole przynajmniej nie trzeba udawać — odparł Roman.

Kazimierz prychnął.

— Ty przy kobietach udajesz głównie, że myślisz.

Roman zignorował go i wrócił do Małgorzaty.

— Przyznajcie, robi wrażenie. Taka kobieta wie, kiedy spojrzeć, kiedy się odsunąć, kiedy człowieka zostawić z głupią miną. One wiedzą, co robią.

Rivelii obracał kieliszek w dłoni.

— Czasem. Czasem my tylko bardzo chcemy wierzyć, że wiedzą.

— Zawsze wiedzą.

— Gdyby tak było, Romanie, miałbyś znacznie mniej wspomnień, z których jesteś dumny wyłącznie ty.

Kazimierz roześmiał się pod nosem. Vittorio machnął dłonią.

— Problem nie w tym, co wiedzą. Problem, że teraz każda chce mieć własne zdanie, własne pieniądze i najlepiej jeszcze własnego adwokata.

— Straszne czasy — mruknął Roman. — Jeszcze zaczną czytać umowy przed podpisaniem.

Vittorio zmrużył oczy.

— Ja pamiętam czasy, kiedy dom miał jeden głos i było wiadomo, do kogo należy.

— Do tego, kto najgłośniej mówił? — zapytał Kazimierz.

Roman nalał sobie kolejny kieliszek.

— Ja wolę prosty układ. Kobieta wie, że jest piękna, ja wiem, że jest piękna, oboje wiemy, po co się spotykamy. Bez całej tej filozofii.

Kazimierz popatrzył na niego.

— A jeśli ona chce dokładnie tego samego?

— Tym lepiej.

— To wtedy przestań poprawiać ten układ za nią — powiedział Rivelii. — Jeśli sama go wybiera, to jej sprawa. Jeśli ty wybierasz za nią, zaczyna się kłopot.

Roman zmarszczył czoło.

— Czyli mam pytać?

— Najpierw słuchać. Pytanie nic nie daje, jeśli odpowiedź przygotowałeś sobie wcześniej.

Vittorio westchnął nad kieliszkiem.

— Wy młodzi nawet grzech potraficie zamienić w regulamin.

— A ty regulamin zaczynasz od słów „żona ma być posłuszna” — zauważył Kazimierz.

— I jakoś ludzie żyli.

— Ludzie przeżywają wiele rzeczy — powiedział Rivelii. — To jeszcze nie znaczy, że były rozsądne.

Hrabia machnął ręką.

— Wy z tą zgodą robicie z miłości dokument notarialny.

Kazimierz prychnął.

— A ty robisz z małżeństwa służbę wojskową.

— W moich czasach było prościej.

— W twoich czasach robili dokładnie te same głupoty. Tylko potem siadali do portretu i wyglądali na ludzi zasad — powiedział Rivelii.

Kazimierz uderzył dłonią w stół ze śmiechu. Hrabia sięgnął po koniak.

Roman pociągnął odrobinę z kieliszka.

— Zasadniczym plusem kobiety jest wygląd.

— Ja to jeszcze lubię, jak jest ładna — dodał Hrabia.

Kazimierz spojrzał na nich obu.

— Dobrze, że wymagania macie rozsądne.

Roman uznał, że pora odzyskać teren.

— My mężczyźni może i prześpimy się z tą czy tamtą, ale traktujemy to jako miły relaks albo i sport. Kobiety zaś przespanie się z kimś traktują jako rytuał wtajemniczenia albo przynajmniej jak mszę.

— Ilu kobiet pytałeś o tę mszę? — zapytał Kazimierz.

— To była metafora.

— Oczywiście — mruknął Rivelii.

— A ty, Rivelii? Jaka kobieta jest dla ciebie idealna?

Fiodor przez moment myślał o Małgorzacie: o okularach, bosych stopach na dywanie i sposobie, w jaki powiedziała „jeszcze przyjdzie pora”.

— Idealna kobieta nie istnieje.

— Uciekasz.

— Nie. Idealna kobieta byłaby strasznie nudna. Interesuje mnie prawdziwa.

Roman uśmiechnął się.

— Czyli Małgorzata.

— Powiedziałem „prawdziwa”.

— A ona taka nie jest?

— Jest. Nie zamierzam jej opisywać przy stole jak butelki koniaku.

Zapadła krótka cisza. Hrabia gwizdnął.

— Oho.

— Co?

— Nasz znawca zaczął pilnować jednego egzemplarza.

Rivelii uśmiechnął się, ale w środku coś go ukłuło. Sam dobór słowa — egzemplarz — nagle zabrzmiał paskudnie.

— Czasem dobrze posłuchać własnego gadania po dwóch kieliszkach — powiedział w końcu.

— Po co?

— Bo człowiek słyszy rzeczy, których na trzeźwo nie chciałby sobie przypisać.

Męska kolacja przeciągnęła się, a z każdą kolejną butelką wypowiedzi stawały się coraz bardziej szczere i coraz mniej godne autorów. Rivelii patrzył, jak pewność Romana rośnie wprost proporcjonalnie do ilości wina. Hrabia Vittorio przeciwnie — im więcej pił, tym bardziej odkrywał, że świat po prostu go bawi. Kazimierz opowiedział historię o własnej żonie, która przez dwa tygodnie nie odzywała się do niego po tym, jak sprzedał bez pytania jej klacz. Wszyscy śmiali się do chwili, gdy wyjaśnił, że odkupił konia za dwukrotnie wyższą cenę.

— I czego się nauczyłeś? — zapytał Rivelii.

Kazimierz wzruszył ramionami.

— Żeby najpierw pytać?

— Nie. Że taniej jest pytać.

Przy stole wybuchł śmiech. Rivelii był zadowolony z własnej odpowiedzi; przy cudzym problemie i koniaku zasady wydawały się proste. Kiedy wracał korytarzem, zobaczył na galerii cień sukni i zastanowił się, jak długo kobiety słuchały. Odpowiedź przyszła następnego ranka.

Rozdział 10. Kobiety słuchają

Następnego ranka Rivelii wszedł do saloniku śniadaniowego i od razu poczuł, że coś się wydarzyło. Małgorzata siedziała przy stole z panią Kazimierzową. Marysia stała przy kredensie i nalewała kawę. Wszystkie trzy spojrzały na niego w tej samej chwili.

— Dzień dobry — powiedział ostrożnie.

— Dzień dobry, panie znawco — odparła Małgorzata.

To „znawco” miało inną temperaturę niż wcześniej. Usiadł.

— Czuję proces.

Pani Kazimierzowa uśmiechnęła się.

— Tylko przesłuchanie.

Marysia postawiła przed nim filiżankę.

— Z cukrem czy bez?

— Bez.

— Rozsądnie. Dzisiaj słodyczy będzie pan miał pod dostatkiem.

Rivelii uniósł wzrok znad filiżanki; mina Małgorzaty zapowiadała, że pytanie nie jest niewinne.

— Co zrobiłem?

Małgorzata uniosła brwi.

— Pan? Nic.

— To najgorszy rodzaj odpowiedzi.

Pani Kazimierzowa odłożyła łyżeczkę.

— Panowie wczoraj rozmawiali.

— Panowie rozmawiają często.

— Głośno.

Rivelii zamknął oczy.

— Galeria nad jadalnią.

Uśmiech Małgorzaty pojawił się powoli.

— Tak.

Dworek miał starą galerię biegnącą nad częścią jadalni. Dawniej muzycy grywali tam podczas przyjęć. Teraz przechodziło się nią do dwóch pokoi gościnnych. Rivelii przypomniał sobie, że drzwi na galerię były wczoraj uchylone.

— Ile słyszałyście?

— Wystarczająco — powiedziała pani Kazimierzowa.

Marysia dodała:

— Pan Roman ma ciekawe poglądy.

— Roman ma wiele poglądów. Większość nie przeżywa pierwszego kontaktu z rzeczywistością.

Małgorzata oparła brodę na dłoni.

— A pańskie?

— Które?

— O roli i przymusie.

— Podtrzymuję.

— Dobrze. Przynajmniej wiem, że mówił pan serio.

— Liczyłem na gorszy wyrok.

— Spokojnie. Śniadanie jeszcze się nie skończyło.

Marysia zachichotała. Małgorzata sięgnęła po filiżankę.

— Bardziej zainteresowało mnie coś innego.

— Co?

— To, że nagle nie chciał pan o mnie rozmawiać.

Rivelii milczał.

— Powinienem?

— Mężczyźni lubią się chwalić.

— Czym miałbym się chwalić?

— Nie wiem. Tylko pytam.

— Nie jesteśmy w takiej relacji, żebym miał prawo opowiadać o pani przy stole.

Małgorzata nie odpowiedziała od razu. Trzymała na nim wzrok, aż żart stracił wygodne wyjście.

— A w jakiej jesteśmy?

Pani Kazimierzowa wstała.

— Marysiu, chodźmy zobaczyć, czy Hrabia nadal żyje.

— Spał, kiedy przechodziłam.

— Trzeba więc sprawdzić jeszcze raz.

Obie wyszły. Rivelii odczekał, aż zamkną się za nimi drzwi.

— Zostawiły nas specjalnie.

— Kobiety mają niezwykły dar osiągania tego, czego pragną — powiedziała Małgorzata.

— Pani szczególnie.

— Znowu te atrybuty?

— Dzisiaj użyła pani całej artylerii.

— Jakiej?

— Świadków.

Roześmiała się.

— Nie odpowiedział pan.

— Na co?

— W jakiej jesteśmy relacji.

Rivelii przyglądał się jej dłoni spoczywającej na stole. Miał w głowie kilka odpowiedzi. Wybrał tę, która dawała najmniej powodów do katastrofy.

— Poznajemy się.

— Bezpieczne słowo.

— Prawdziwe.

— A chciałby pan czegoś więcej?

Tym razem zapytała bez uśmiechu. Rivelii poczuł, jak rozmowa nagle przestaje być grą dla publiczności. Nie zostało już miejsca na obejście tematu.

— Tak.

Małgorzata skinęła głową i wyciągnęła dłoń ponad stołem. Zamiast dotknąć go przelotnie, splotła z nim palce.

— Ja też.

Fiodor patrzył na ich dłonie, jakby właśnie usłyszał coś znacznie bardziej skomplikowanego niż dwa krótkie słowa.

— To wszystko?

— Na razie.

— Ma pani talent do zostawiania człowieka z połową zdania.

— Pan podobno lubi pytania bardziej niż odpowiedzi.

Na twarzy Rivelii pojawił się uśmiech, choć wiedział już, że za chwilę zostanie użyty przeciwko niemu.

— Zaczynam żałować, że pani tak uważnie słucha.

— A ja dopiero zaczynam się dobrze bawić.

Mieszała kawę, choć od dawna nie miała w niej cukru. Rivelii znał już ten drobny ruch: pojawiał się, gdy zastanawiała się, czy powiedzieć coś wprost.

— Najbardziej spodobało mi się, że mężczyźni są przekonani, iż kobieta jest tajemnicą — powiedziała. — A później zamykają się sami w jadalni i opowiadają o nas tak głośno, że słyszy pół domu.

— To część badań naukowych?

— Wyniki są fatalne.

— A ile trwa diagnoza?

— U pana? Podejrzewam przewlekły przypadek.

Rivelii uśmiechnął się, lecz nie odpowiedział od razu.

— A co pani sądzi o miłości?

— Miłości? Hm… Mój wuj Vittorio ma teorię, że miłość to stan chorobowy wynikający ze zbiegu czysto przypadkowych, nikomu niepotrzebnych, aczkolwiek bardzo miłych zdarzeń.

Potem na moment dotknęła jego dłoni. Rozmowa o tym, w jakiej są relacji, nabrała później większego ciężaru. Rivelii przyznał, że nie lubi określenia „zabawa”, ponieważ od kilku dni myśli o niej również wtedy, gdy jej nie widzi. Rozsądek podpowiadał jednak, że jeden objaw to jeszcze za mało, by stawiać diagnozę miłości. Po niedzielnym obiedzie przed dworkiem czekał już powóz. Fiodor przeciągał pożegnanie o kilka minut, choć wiedział, że w poniedziałek rano musi być w fabryce. Małgorzata również miała od świtu objechać pola z Valentim.

— Fabryka? — zapytała, kiedy służący mocował jego niewielką walizkę.

— Niestety.

— Winnica — odpowiedziała. — Też niestety.

— Wygląda na to, że oboje wybraliśmy fatalne zawody.

— Albo przydatne. Inaczej mielibyśmy za dużo czasu na głupoty.

Fiodor spojrzał na nią z wyraźną niechęcią do rozsądku.

— Jeśli Vittorio znowu zacznie troszczyć się o jakość sprzedanego wina, proszę nie ignorować jego korespondencji — dodała Małgorzata.

— Oczywiście. Nigdy nie lekceważę spraw handlowych.

Uśmiechnęła się. Kiedy powóz ruszył, Fiodor obejrzał się przez okno. Małgorzata stała przy schodach tylko chwilę; zaraz potem podszedł do niej Valenti z księgą pod pachą. Zanim powóz minął bramę, już rozmawiała z nim o pracy.

Rozdział 11. Zapytaj ładnie

Dwa tygodnie później Fiodor znów przyjechał nad Como na kilka dni, od piątku do niedzieli. Tym razem nie potrzebował już pretekstu w postaci zakupu wina; zaproszenie Vittoria wystarczało, choć obaj wiedzieli, że Hrabia pełni funkcję oficjalnego autora cudzej inicjatywy. Marysia otworzyła mu drzwi i od razu zauważyła walizkę.

— Tym razem pan zostaje dłużej? Czy tylko coś zostawia na później?

W jej głosie była nuta uszczypliwości, na którą w innym domu pokojówka zapewne by sobie nie pozwoliła. Tutaj nikt nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego.

— To zależy.

— Od pani?

Marysia miała dwadzieścia trzy lata, od sześciu mieszkała i pracowała w dworku i potrafiła doprowadzić człowieka do czerwoności jednym zdaniem. Vittorio twierdził, że jest niesforna. Marysia uważała, że Hrabia ma za dużo czasu. Roman przyjechał tego samego piątkowego popołudnia i zainteresował się Marysią niemal od razu. Fiodor zauważył to przy kolacji, kiedy Roman zaczął pytać, o której kończy pracę.

— Kiedy skończę — odpowiedziała Marysia.

— A później?

— Zaczynam odpoczywać.

— Sama?

— Zależy, kto pyta.

Roman uznał to za sukces.


Później tego wieczoru, stojąc w hallu z książką w ręku, Fiodor zauważył Marysię przy schodach prowadzących do piwnicy. Roman nachylił się ku niej i coś powiedział; odpowiedziała ciszej, po czym na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech. Później, przy koniaku, pochwalił się Kazimierzowi.

— Mówiłem wam. Trzeba wiedzieć, jak rozmawiać z kobietą.

Rivelii przewrócił stronę książki.

— Roman, zanim zaczniesz pisać podręcznik, sprawdź spis treści.

— Zazdrościsz.

— Straszliwie.


W sobotę rano Roman pojawił się przy śniadaniu spóźniony, niewyspany i wyraźnie zdezorientowany. Marysia podawała pieczywo z niewinną twarzą. Małgorzata siedziała obok Rivelii i obserwowała oboje.

Roman spróbował odzyskać pewność siebie.

— Panno Marysiu, miałem piękny sen. Śniło mi się, że byliśmy razem.

Marysia nawet nie przerwała nalewania kawy.

— Panie Romanie, no cóż, mnie też czasami śnią się horrory.

Małgorzata opuściła wzrok na filiżankę. Fiodor kaszlnął, ukrywając śmiech.

— Dobrze pan spał? — zapytała Romana.

— Świetnie.

Marysia odwróciła się do kredensu. Rivelii zobaczył, jak jej pierś drży od tłumionego śmiechu. Po śniadaniu Małgorzata zatrzymała Marysię w korytarzu.

— Co zrobiłaś?

Marysia przybrała minę niewiniątka.

— Nic.

Rivelii stał obok.

— Znam to słowo. Nadal źle mi się kojarzy.

Marysia westchnęła.

— Pan Roman zaproponował mi spotkanie w oranżerii po północy.

— I poszłaś? — zapytała Małgorzata.

— Oczywiście.

Rivelii uniósł brwi.

— Oczywiście?

— Czemu miałabym nie iść? Byłam ciekawa.

— I?

Marysia uśmiechnęła się.

— Posiedział pół godziny sam.

Małgorzata wybuchnęła śmiechem, zanim zdążyła zganić Marysię.

— Marysiu.

— Co? Powiedziałam, że może na mnie zaczekać. Nie powiedziałam, że przyjdę.

Rivelii oparł się o framugę.

— To okrutne.

— Pan go żałuje?

— Trochę.

— To niech następnym razem lepiej słucha.

— Zna pan to uczucie?

— Coraz lepiej.

Marysia odwróciła się, lecz po dwóch krokach zatrzymała.

— A dzisiaj pójdę.

Małgorzata zmarszczyła brwi.

— Do oranżerii?

— Jeśli zapyta ładnie.

— Czyli jednak go lubisz.

Marysia wzruszyła ramionami.

— Może.

Rivelii patrzył za nią. Potem na Małgorzatę i znowu na Marysię.

— Ech, przestaję rozumieć cokolwiek.

Małgorzata odpowiedziała uśmiechem, który wcale nie wyglądał pocieszająco.

— No. Teraz pan rozumie.

— To miało być pocieszające?

— Nie.

Późnym sobotnim wieczorem Fiodor spotkał Romana na tarasie. Młody człowiek palił papierosa.

— Marysia powiedziała, że mam zapytać ładnie.

— Zapytaj.

— A jeśli znowu mnie wystawi?

— Przeżyjesz.

Roman patrzył w ciemność.

— Kobiety są skomplikowane.

Rivelii pomyślał o Małgorzacie.

— Czasem. Czasem po prostu słyszymy to, co chcemy usłyszeć.

Marysia pochodziła z wioski po drugiej stronie jeziora. Ojciec był stolarzem, matka prała dla kilku domów. Do dworku przyszła jako siedemnastoletnia dziewczyna i po miesiącu wiedziała o jego mieszkańcach więcej niż oni sami. Małgorzata ufała jej z powodu tego, że Marysia nigdy nie udawała, iż niczego nie widzi. Historia z Romanem była dla niej zabawą, ale również testem. Kiedy opowiadała Małgorzacie o oranżerii, mówiła lekko. Dopiero później, już sam na sam, Małgorzata zapytała:

— Gdyby nie odpuścił?

Marysia wzruszyła ramionami.

— Krzyknęłabym.

— I?

— I pół domu by go zabiło.

Małgorzata przyjrzała jej się uważnie.

— Najpierw ja.

Ta krótka wymiana została między nimi. Rivelii jeszcze wtedy nie widział, że dworek opiera się także na niewidocznych lojalnościach. Małgorzata była panią domu, ale Marysia należała do jego krwiobiegu.


W niedzielę po obiedzie Fiodor wrócił do swojego domu w Como, zostawiając w pokoju gościnnym walizkę z zapasowymi rzeczami, którą Marysia skrzętnie schowała „na później”. W poniedziałek o siódmej był już w fabryce.

Rozdział 12. Nie wypada

W następnych tygodniach niedzielne obiady u Vittoria zaczęły układać się w rytuał. Od poniedziałku do piątku Fiodor żył fabryką, dostawami i rachunkami; Małgorzata miała winnicę, pola, stajnię i ludzi, którzy nie zamierzali podporządkować swoich problemów jej życiu towarzyskiemu. Pod koniec tygodnia przychodziło krótkie zaproszenie. Oficjalnie pisał Hrabia. Fiodor coraz mniej wierzył, że Vittorio aż tak interesuje się jego opinią o winie.

Z czasem własny rytuał wykształciła również biblioteka. Podczas kolejnych wizyt nad jeziorem zaczęła pełnić w ich relacjach funkcję, której żadne nie nazwało. Była miejscem, w którym mogli być razem bez konieczności wymyślania powodu. Małgorzata czytała na kanapie, Rivelii przy stole rozkładał papiery z fabryki, choć częściej udawał pracę, niż rzeczywiście pracował. Czasem przez pół godziny nie zamieniali słowa. Potem jedno wypowiadało zdanie i rozmowa nagle trwała do północy. Małgorzata czytała powieść francuską i co kilka stron marszczyła brwi.

— Zła?

— Mężczyzna opisuje kobietę.

— To zbrodnia?

— Nie. Ale opisuje ją tak, jakby ciało było jej jedyną biografią.

Rivelii odłożył pióro.

— A nie jest ważne?

— Jest. Tylko człowiek ma również problemy, blizny, długi, głupie nawyki i rzeczy, których się wstydzi.

— Czyli erotyka powinna zawierać księgowość?

— W pańskim przypadku zapewne.

Śmiali się, ale rozmowa została z nim. Później, kiedy patrzył na jej odsłoniętą kostkę albo linię ramienia, coraz częściej widział równocześnie kobietę, która o świcie kłóciła się o rów, pamiętała ceny wina i znała choroby swoich koni. Pożądanie przestało oddzielać jej ciało od reszty życia. Zaczęło brać je w całości. Tego popołudnia Małgorzata zasnęła na kilka minut z książką na kolanach. Rivelii nie obudził jej. Patrzył, jak jej twarz traci czujność, jak usta rozchylają się odrobinę przy oddechu. Kiedy otworzyła oczy i przyłapała go na patrzeniu, nie zażartowała.

— Długo?

— Nie.

— Kłamie pan.

— Tak.

Przesunęła się, robiąc mu miejsce na kanapie. Gdy usiadł, ułożyła łydki na jego udach, jakby było to najzwyklejsze miejsce dla nóg. Cienka pończocha była ciepła od snu.

— Skoro już pan patrzy, proszę przynajmniej robić to wygodnie.

Fiodor położył dłoń na jej kostce. Małgorzata zerknęła na nią, potem wróciła wzrokiem do jego twarzy.

— Mogę?

— Już pan trzyma.

Przesunął palce wyżej po łydce, powoli, przez pończochę. Małgorzata nie cofnęła nogi. Zamknęła książkę, pochyliła się i pocałowała go, zanim zdążył zadać następne pytanie. Pocałunek był spokojny, ale dłuższy niż wszystkie wcześniejsze. Kiedy odsunęła twarz, zostawiła nogi na jego udach.

— Teraz może pan wrócić do swojej księgowości — powiedziała.

— Nie mam przy sobie żadnej.

— To pierwszy rozsądny błąd organizacyjny, jaki pan popełnił.

Biblioteka miała również swoje niewygodne chwile. Pewnego wieczoru Rivelii przypomniał sobie o liście z banku, który od rana nosił w kieszeni, i bezwiednie zaczął czytać go w trakcie rozmowy. Małgorzata zamilkła. Rivelii w końcu zauważył, że od kilku minut mówi sam.

— Przeszkadza pani list?

Małgorzata spojrzała na papier w jego dłoni.

— Mnie nie. Panu najwyraźniej bardziej niż moja obecność.

Odłożył list.

— Ma pani rację.

— Miałam przygotowaną całą awanturę.

— Proszę zostawić na później. Przy mojej pracy na pewno jeszcze się przyda.

Tym razem się uśmiechnęła.

— Jeśli jest pan ze mną, proszę być ze mną. Jak pan pracuje, proszę pracować. Nie zamierzam siedzieć obok jak lampa na biurku.

Jedna z takich niedziel przyciągnęła do dworku sąsiadów z dwóch pobliskich majątków. Przyjechały trzy rodziny, starsza hrabina z córką oraz doktor Szymon, który znał Hrabiego od studiów i traktował etykietę jak chorobę zakaźną. Małgorzata zeszła późno. Miała czarną suknię z odkrytymi ramionami. Prosta, niemal surowa w kroju, sprawiała, że każdy szczegół ciała nabierał większego znaczenia, bo niczego nie próbowała udowodnić. Rivelii zobaczył ją na schodach i urwał w pół zdania. Zauważyła to.

— Pan coś zgubił?

— Wątek.

— Proszę szukać później.

Podała mu rękę.

— Wygląda pani…

— Ostrożnie.

— Doskonale.

— Uratował się pan.

Przy stole starsza hrabina spojrzała na suknię gospodyni domu, później na odsłonięte ramiona.

— Dawniej kobiety wiedziały, co wypada.

Małgorzata odłożyła widelec.

— A kto ustalał?

Hrabina uniosła brwi.

— Co?

— Co wypada.

— Obyczaj.

— Obyczaj to ludzie.

— Przyzwoici ludzie.

Doktor Szymon kaszlnął, ukrywając śmiech. Hrabina kontynuowała:

— Kobieta powinna znać granice.

— Zgadzam się — powiedziała Małgorzata. — Własne.

Rivelii przyjrzał jej się z uznaniem. Starsza kobieta zacisnęła usta.

— Dzisiejsze kobiety mylą swobodę z brakiem wstydu.

— A dzisiejsi mężczyźni?

— Mężczyzna to co innego.

Małgorzata pozwoliła sobie na krótki, zadowolony uśmiech.

— Warto pytać, kto pisze przepisy.

Po obiedzie wyszli do ogrodu. Ziemia wreszcie wyschła, było ciepło, a Małgorzata szła obok Rivelii.

— Podobała się panu rozmowa?

— Bardzo.

— Hrabina już mnie nie zaprosi.

— To może być największa korzyść.

Roześmiała się, a przy altanie zatrzymała się i oparła dłoń o drewnianą poręcz.

— Pan też ma swoją listę rzeczy, których kobiecie nie wypada? — zapytała.

Rivelii spojrzał w stronę jadalni, gdzie starsza hrabina nadal siedziała przy stole.

— Mam jedną. Nie wypada jej zgadzać się ze strachu, że ktoś się obrazi.

— Tylko jedną?

— Na dziś. Nie chcę konkurować z hrabiną objętością przepisów.

Małgorzata przesunęła palcem po drewnie poręczy.

— A jeśli chce czegoś, czego ona nie wpisałaby do modlitewnika?

— Najpierw niech sprawdzi, czy chce tego naprawdę, czy tylko chce zrobić komuś na złość.

— A potem?

— Potem nie potrzebuje mojej zgody.

Przyjrzała mu się chwilę.

— Ładnie powiedziane. Teraz trudniejsze pytanie.

— Wiedziałem, że będzie dogrywka.

— Umie pan sobie odmawiać?

Fiodor popatrzył na nią, na odsłonięte ramiona i dłoń leżącą na poręczy.

— W tej chwili ćwiczę.

— I jak?

— Fatalnie.

Kącik jej ust drgnął.

— To już brzmi uczciwiej.

Zapadła pomiędzy nimi cisza. Małgorzata zerwała liść z żywopłotu i rozdarła go palcami.

— Przesadziłam? — zapytała.

Rivelii wskazał wzrokiem szczątki liścia.

— Z hrabiną czy rośliną?

— Z obojgiem.

— Roślina nie zasłużyła.

Westchnęła.

— Czasem jestem zmęczona tym, że każda rzecz ma być znakiem. Suknia mówi, czy jestem przyzwoita. Sposób siedzenia mówi, czy jestem dobrze wychowana. To, z kim rozmawiam, mówi, czy mam charakter. Mężczyzna może być po prostu człowiekiem w złym humorze. Kobieta reprezentuje od razu całą płeć.

— Przy mnie może pani mieć zły humor prywatnie.

— To najromantyczniejsza propozycja, jaką dziś dostałam.

Rozdział 13. Jeszcze nie

Kilka tygodni później Hrabia urządził bal bez powodu. Uważał, że najlepsze przyjęcia wymagają braku powodu, a ponieważ po przyjęciach zazwyczaj boli głowa, najlepiej bal zrobić w piątek wieczorem, żeby w sobotę i niedzielę pozbyć się tegoż bólu głowy. Przyjechali sąsiedzi, muzycy z miasteczka, kilka młodych par i ludzie, których Fiodor widział pierwszy raz i zapewne ostatni. Świece odbijały się w lustrach, a przez otwarte okna wpadało ciepłe powietrze. Wśród gości był również Leon Ruden. Fiodor nie znał go wcześniej. Zauważył tylko, że Vittorio przywitał mężczyznę bez ceremonii, Marysia odebrała mu płaszcz po imieniu, a Małgorzata na jego widok uśmiechnęła się swobodniej niż do większości przyjezdnych.

Leon powiedział jej coś po francusku. Małgorzata roześmiała się, zanim skończył. Fiodor odprowadził ich spojrzeniem, po czym zwrócił się do doktora Szymona.

— Kto to?

— Pan Leon Ruden. Stary znajomy domu.

— Nie pytałem z niepokoju.

— Oczywiście — odparł doktor, wyraźnie rozbawiony.

Małgorzata tańczyła z Romanem. Rivelii stał przy kolumnie i rozmawiał z doktorem Szymonem, choć słyszał z tej rozmowy może co trzecie zdanie.

— Patrzysz — powiedział doktor.

— Mam oczy.

— Od pół godziny w jednym kierunku.

— To oszczędność ruchu.

Doktor uśmiechnął się.

— Uważaj.

— Na co?

— Na siebie.

Kiedy muzyka ucichła, Roman odprowadził Małgorzatę na bok i powiedział jej coś do ucha. Odpowiedziała, po czym odwróciła głowę i zobaczyła Rivelii. Patrzyli na siebie ponad ludźmi. Małgorzata ruszyła w jego stronę.

— Pan nie tańczy?

— Tańczę.

— Nie widziałam.

— Czekałem na odpowiednią partnerkę.

— Jak długo?

— Za długo.

Wyciągnął rękę. Małgorzata spojrzała na nią, potem na niego.

— Proszę.

Tańczyła pewnie, bez popisywania się, pozwalając ciału podążać za muzyką. Rivelii trzymał jej dłoń, drugą położył na plecach. Przez materiał sukni czuł ciepło.

— Pan rzeczywiście tańczy — powiedziała.

— Hrabia jeszcze nie zdążył zepsuć mojej reputacji w tej dziedzinie.

— Ma pan reputację w wielu dziedzinach.

— Plotki rosną szybciej niż umiejętności.

Przysunęła się odrobinę bliżej, a jego dłoń na jej plecach zmieniła pozycję wraz z rytmem tańca o kilka centymetrów. Pod cienkim materiałem wyczuł napięcie ciała, a potem rozluźnienie. Małgorzata odpowiedziała lekkim naciskiem ciała, wystarczającym, by wiedział, że zauważyła.

— A które plotki są prawdziwe?

— To zależy, kto pyta.

— Ja.

— Chciałbym znać pytanie.

— Podobno potrafi pan doprowadzić kobietę do tego, że zapomina, co chciała powiedzieć.

Rivelii roześmiał się cicho.

— Kto pani to powiedział?

— Tajemnica.

— Marysia.

— Może.

— To pomówienie.

— Sprawdzimy?

Kiedy muzyka zwolniła, jej dłoń nadal spoczywała w jego dłoni, a twarz znalazła się bliżej.

— Teraz? — zapytał.

— Boi się pan?

— Bardzo.

— Nie widać.

— Wychowanie.

Małgorzata uśmiechnęła się. Taniec skończył się, lecz żadne z nich od razu się nie odsunęło.

— Chodźmy na taras — powiedziała.

Wyszli bocznymi drzwiami, gdzie było ciszej, a muzyka dochodziła przez ściany już tylko stłumionym rytmem. Od trawy szła wilgoć, drewniana balustrada oddawała ciepło całego dnia; Małgorzata oparła na niej dłonie.

— Za dużo ludzi. Mam wrażenie, że każdy patrzy.

Rivelii stanął obok.

— Sama ich pani zaprosiła?

— Vittorio. Ja tylko próbuję przeżyć ten wieczór.

— W takim razie skargę kierujemy do hrabiego.

Małgorzata odwróciła się.

— Pan zawsze żartuje, kiedy zaczyna panu zależeć?

— Czasem pomaga.

— Teraz?

— Teraz chyba przeszkadza.

Stała blisko. Z salonu dochodziła przytłumiona muzyka, a od trawy ciągnęła wilgoć. Fiodor czuł zapach wina na jej oddechu. Małgorzata podniosła wzrok.

— Chce mnie pan pocałować?

— Od kilku minut.

Kącik jej ust drgnął.

— A wygląda pan, jakby negocjował kredyt.

— Staram się zachować resztki dobrego wychowania.

— Szkoda czasu.

Złapała go za klapy marynarki i przyciągnęła. Pocałunek był mocniejszy od poprzednich, pewny od pierwszej chwili. Fiodor objął ją w talii; Małgorzata wsunęła dłoń pod jego kołnierz i zacisnęła palce na karku. Kiedy odsunęła usta, pocałował ją pod uchem. Odchyliła głowę, dając mu więcej miejsca. Jego dłoń zsunęła się z talii na biodro, a potem pod ciężką fałdę spódnicy. Dotknął uda przez pończochę. Małgorzata wciągnęła powietrze, lecz przyciągnęła go jeszcze bliżej. Fiodor pocałował ją w szyję. Palce przesunęły się wyżej i odnalazły nagą skórę nad pończochą. Wtedy Małgorzata objęła jego nadgarstek. Trzymała go tam przez chwilę, zanim powoli sprowadziła dłoń z powrotem na biodro.

— Fiodor. Na dziś wystarczy.

Spojrzał na nią z bliska.

— Powiedz mi tylko, gdzie jest granica.

Małgorzata przesunęła jego dłoń odrobinę wyżej, na talię.

— Tutaj.

Pocałowała go ponownie. Tym razem wolniej, ale bez dawnej ostrożności. Fiodor czuł, jak jej palce przesuwają się po karku, potem po włosach. Kiedy rozdzielili usta, nadal stała przy nim.

— I bez targowania? — zapytała.

— Jeśli zacznę się targować, wyrzucisz mnie z tarasu.

Roześmiała się i oparła czoło o jego policzek.

— Lepiej nie sprawdzaj.

Przez kilka sekund słuchali muzyki dochodzącej z salonu. Małgorzata pierwsza odsunęła się o pół kroku i poprawiła mu krawat.

— Fiodor.

— Małgorzata.

Uśmiechnęła się na dźwięk własnego imienia.

— Skoro już mnie całujesz, możemy chyba przestać mówić sobie „pan” i „pani”.

— To oficjalna zgoda?

— Oszczędność czasu. Z resztą się nie rozpędzaj.

Fiodor roześmiał się. Małgorzata pocałowała go krótko jeszcze raz, uniosła brzeg sukni i ruszyła ku drzwiom.

— Wracamy, zanim Vittorio wyśle za nami służbę.

Po powrocie z tarasu Małgorzata zatańczyła jeszcze dwa razy. Fiodor został przy ścianie z prawie pełnym kieliszkiem. Za każdym razem, gdy ich spojrzenia spotykały się ponad parkietem, wracało mu pod palce ciepło jej uda. Leon zatrzymał ją przy drzwiach salonu i powiedział coś po francusku. Małgorzata odpowiedziała śmiechem i klepnęła go wachlarzem w ramię. Fiodor zauważył ten gest, lecz zazdrość miała już konkurencję w pamięci tarasu. Później, w pustym korytarzu, Marysia dopadła Małgorzatę przy schodach.

— Pocałował?

Małgorzata poprawiła włosy przy karku.

— Skąd ten pomysł?

— Od pięciu minut patrzy pani w lustro, choć żadnego tu nie ma.

Małgorzata prychnęła.

— Za dobrze całuje.

— To brzmi jak kłopot.

— Dlatego sobie poradzę.

W pokoju Marysia wyjmowała później spinki z jej włosów, jedna po drugiej. Małgorzata siedziała przed lustrem spokojniej niż na tarasie, ale za każdym razem, gdy palce pokojówki dotykały karku, wracało wspomnienie dłoni Fiodora.

— Lubi go pani — powiedziała Marysia.

— Lubię wiele rzeczy.

— Wina też pani tyle nie całuje.

Małgorzata spojrzała na jej odbicie.

— Marysiu.

— Już kończę.

Kiedy została sama, otworzyła okno. Z ogrodu dochodziły głosy gości i stuk kół pierwszego odjeżdżającego powozu. Dotknęła palcami ust, potem szybko opuściła rękę i zgasiła lampę. Kilku przyjezdnych zostało na noc. Leon również; Vittorio uważał, że rozsądny człowiek po balu zostaje pod dachem do rana, a Leon miał zostać aż do niedzielnego obiadu. Fiodor przyjął tę wiadomość bez komentarza.

Rozdział 14. Tlen

W sobotę, następnego dnia po balu, Małgorzata zniknęła na pół dnia. Przy śniadaniu Fiodor dowiedział się, że pojechała z panią Kazimierzową do miasteczka załatwić sprawy u kupca i w banku. Przyjął wiadomość z obojętnością, której sam sobie nie uwierzył. Dworek nagle zrobił się większy. W bibliotece stał ten sam fotel, a w oranżerii mięta pachniała dokładnie tak samo. Brakowało jednego głosu i cały dom stracił właściwe proporcje.

Leon poruszał się po domu bez pytania o drogę. Wiedział, gdzie Marysia stawia dodatkową kawę, sam znalazł karafkę, a kiedy Vittorio zaczął narzekać na śniadaniowy ser, bez patrzenia przesunął mu talerz z tym, który Hrabia lubił. Fiodor zauważał te drobiazgi z niechęcią człowieka przekonanego, że wcale ich nie obserwuje.

— Źle wyglądasz — powiedział Kazimierz.

— Dziękuję.

— Kobieta?

— Pogoda.

Kazimierz wyjrzał przez okno. Świeciło słońce.

— Straszna.

Fiodor próbował zająć się dokumentami z fabryki. Po kwadransie zorientował się, że od trzech minut czyta tę samą kolumnę. Poszedł do biblioteki, potem do oranżerii, później wrócił po pióro, którego wcale nie zostawił. Sam przed sobą nazywał to ruchem. Kazimierz nazwał inaczej.

— Człowieku, ty krążysz po tym domu jak pies wokół kuchni.

— Pies przynajmniej dostaje kolację.

— Ty chyba liczysz na coś więcej.

Fiodor rzucił w niego gazetą. Kazimierz uchylił się za późno i roześmiał się tak głośno, że Leon zajrzał do biblioteki.

— Co się stało?

— Rivelii tęskni — wyjaśnił Kazimierz.

— Za pogodą — poprawił Fiodor.

Leon wyjrzał przez okno na bezchmurne niebo.

— Przyzwyczai się pan.

Fiodora zirytowało to zdanie. Leon wypowiedział je tonem człowieka, który znał ten dom wystarczająco długo, by udzielać instrukcji obsługi. Nic nie odpowiedział. Podniósł gazetę i tym razem naprawdę spróbował ją przeczytać. Nieobecność Małgorzaty odsłoniła jeszcze jedną rzecz: Fiodor przywykł do organizowania pobytu wokół możliwości spotkania jej „przypadkiem”. Śniadanie przeciągał, kiedy wiedział, że wraca ze stajni. Dokumenty z fabryki przynosił do biblioteki, choć równie dobrze mógł dopilnować ich w biurze przy zakładzie. Spacer przez park wybierał tak, by prowadził obok oranżerii. Dopiero kiedy jej zabrakło, zobaczył cały ten mały system.

Patrząc na pusty fotel Małgorzaty, pomyślał o tlenie. Człowiek prawie go nie zauważa, dopóki nie zaczyna brakować. Porównanie wydało mu się pretensjonalne. Mimo to nie znalazł lepszego. Kiedy powóz wreszcie zatrzymał się przed dworkiem, usłyszał koła na żwirze z drugiego końca domu. Nie ruszył od razu. Został przy oknie, jakby miał ważniejszą rzecz do zrobienia niż czekanie na kobietę. Dopiero jej głos w hallu sprawił, że odłożył pióro.

Małgorzata weszła do biblioteki bez kapelusza. Na czole miała cienki ślad po tasiemce, policzki zaczerwienione od słońca i drogi. Zsunęła narzutkę z ramion, a potem podała Fiodorowi kapelusz. Materiał był jeszcze ciepły od słońca i pachniał jej włosami. Fiodor poczuł ulgę tak silną, że zirytował się na samego siebie. Ulgę na widok czyjegoś powrotu uważał dotąd za uczucie ludzi od dawna uwikłanych w rodzinę. Pragnienie znał wcześniej. Tego, że cudza obecność zaczyna porządkować mu dzień, jeszcze nie.

— Co tak patrzysz? — zapytała.

— Sprawdzam, czy jesteś prawdziwa.

— I?

— Rozczarowująco.

Kiedy podawała mu szal, nie puściła materiału od razu. Zamiast trzymać go za koniec, położyła dłoń na jego dłoni. Palce przesunęły się po jego palcach i dopiero wtedy oddała tkaninę.

— Tęskniłeś.

— Za ciszą.

— Kłamiesz coraz gorzej.

— To przez towarzystwo.

Fiodor nadal trzymał kapelusz i szal. Przy ruchu rękawa odsłoniło się przedramię Małgorzaty, zadziwiająco jasne jak na kobietę, która większość lata spędzała na koniu.

— Po całym lecie naprawdę nic? — zapytał.

— Co „nic”?

— Słońce.

Małgorzata podwinęła rękaw wyżej, aż do łokcia, i obejrzała własną skórę z udawaną troską. Potem uniosła brzeg spódnicy o kilka palców nad kostkę. Łydka była równie jasna.

— Rodzina mojej matki przyszła z północy. Babka mówiła o mamie i o mnie „północne”. Mnie od dziecka nazywała „Tempesta”. Burza. I już zostało.

Fiodor zatrzymał wzrok na odsłoniętej skórze odrobinę za długo.

— Wszędzie?

Dopiero gdy pytanie wybrzmiało, sam usłyszał jego drugie znaczenie. Zarumienił się. Małgorzata widywała to tak rzadko, że nie zamierzała przepuścić okazji.

Zmarszczyła nos w charakterystyczny sposób, udając oburzenie.

— Tak. Wszędzie. Tam też.

Fiodor odchrząknął.

— Pytałem naukowo.

— Naturalnie. Proszę koniecznie opublikować wyniki.


Wieczorem siedzieli przy otwartym oknie. Małgorzata opowiadała o kupcu, który próbował zaniżyć cenę beczek, i o kobiecie w sklepie z kapeluszami, która rozpoznała ją po nazwisku ojca. Fiodor słuchał wszystkiego, nawet rzeczy błahych.

Przy kolacji Leon zaczął opowiadać historię sprzed lat.

— Tempesta, pamiętasz Gardę? — rzucił w pewnej chwili. Małgorzata posłała mu ostrzegawcze spojrzenie, lecz Fiodor znał już przezwisko i tym razem bardziej zainteresowała go łatwość, z jaką Leon się nim posługiwał. Małgorzata roześmiała się, zanim historia dotarła do puenty. Fiodor obserwował ich chwilę z kieliszkiem zatrzymanym przy ustach.

Pierwszy raz tego dnia zatęsknił za chwilą, kiedy problemem była wyłącznie jej nieobecność.

Rozdział 15. Cudzy śmiech

Leon Ruden rzeczywiście został do niedzielnego obiadu. Fiodor nadal uważał tę informację za całkowicie obojętną. Potem przez następne dwie godziny obserwował Leona znacznie częściej, niż obserwuje się ludzi całkowicie obojętnych. Leon znał Małgorzatę z czasu, do którego Fiodor nie miał dostępu. Przy późnym śniadaniu wrócił do historii rozpoczętej poprzedniego wieczoru. Chodziło o dawny wyjazd nad Gardę. Małgorzata roześmiała się, zanim opowieść dotarła do połowy. Leon rzucił dwa słowa po francusku i śmiech wrócił, swobodny, pozbawiony potrzeby wyjaśnienia czegokolwiek.

Fiodor nie wiedział, z czego się śmieją, i drażniło go to bardziej, niż chciał przyznać. Kiedy Leon dotknął Małgorzaty w ramię, przypominając jakiś szczegół, Fiodor odłożył kieliszek odrobinę za mocno. Małgorzata usłyszała ten dźwięk. Później znalazła go w bibliotece.

— Leon cię drażni.

— Skąd ten pomysł?

— Bo od dwóch godzin próbujesz przepalić go wzrokiem na popiół.

— Nie próbuję.

— Rzeczywiście. Teraz już patrzysz otwarcie.

Fiodor poczuł, że powinien powiedzieć coś rozsądnego. Nie powiedział.

— To wygląda jak zazdrość — powiedziała.

Skrzywił się na samo słowo.

— Zapewne.

— I?

— I nic. Wiem, że nie daje mi to żadnego prawa do ciebie.

Małgorzata przyglądała mu się.

— To rozsądne.

— Nie chwal mnie jeszcze za rozsądek. I tak czuję się wystarczająco głupio.

Odwrócił się do półki. Małgorzata zamilkła.

— Nie o dotyk chodzi — powiedział po czasie.

— To o co?

— O to, że on zna żarty, których ja nawet nie rozumiem. Wchodzi tutaj i wie, gdzie stoi wino. Wie, co powie Vittorio. Wie, jak cię rozśmieszyć, zanim skończy zdanie.

— Znamy się długo.

— Tak.

Małgorzata oparła się o biurko.

— Chcesz, żebym przeprosiła za to, że miałam życie przed tobą?

— Nie.

— Brzmi jak „tak”.

Fiodor zacisnął szczękę.

— Chciałbym czasem nie czuć się jak gość we fragmencie twojego życia.

To było prawdziwsze. Małgorzata złagodniała odrobinę.

— Mogłeś powiedzieć od razu.

— Nie lubię wyglądać głupio.

— Z takim warunkiem trudno przeżyć całe życie.

Zatrzymał na niej wzrok, próbując zgadnąć, czy mówi serio.

— Leon był kiedyś ważny? — zapytał.

— Jest ważny. Inaczej, niż sobie dopowiadasz.

— Kochanek?

— Nie. I nie każdy ważny człowiek musi wejść ze mną do łóżka.

Poczuł się głupio. Małgorzata nie spieszyła mu z pomocą.

— Nie musisz go lubić — dodała. — Ale nie będę wykreślać swojej przeszłości, żeby łatwiej było ci patrzeć na teraźniejszość.

— Tego nie chcę.

— Wiem.

Przed obiadem Fiodor wrócił do biblioteki po pozostawione tam dokumenty. Leon stał przy półce i wyjmował książkę, którą poprzedniego wieczoru wsunął między tomy.

— Nie przepada pan za mną — powiedział bez wstępu.

Fiodor uniósł brwi.

— Aż tak widać?

— Tylko człowiekowi, który kiedyś robił dokładnie to samo.

— To znaczy?

Leon zamknął książkę.

— Kiedy umarł jej ojciec, wszyscy tłumaczyli Małgorzacie, co powinna zrobić. Krewni radzili sprzedać ziemię. Zarządca był przekonany, że młoda kobieta nie utrzyma majątku. Bankierzy mówili do niej wolniej, jakby w ten sposób liczby miały stać się prostsze.

— A pan?

— Byłem niewiele lepszy. Chciałem jej pomóc tak bardzo, że zacząłem układać jej życie. Mówiłem, co sprzedać, komu oddać księgi, z czego zrezygnować. Kiedyś nawet powiedziałem, że gdybyśmy byli razem, nie musiałaby już zajmować się tym wszystkim sama.

Fiodor domyślił się reszty.

— I wtedy pana odrzuciła.

Leon uśmiechnął się bez urazy.

— Bardzo skutecznie. Nie byliśmy nawet razem. Przez chwilę jednak chciałem być kimś więcej niż przyjacielem i pomyliłem troskę z prawem do urządzania jej świata.

— Co pan zrobił?

— Nauczyłem się zbyt późno pytać, czego chce. Potem zostało jeszcze trudniejsze zadanie, któremu nie podołałem: słuchać odpowiedzi.

Przyjrzał się Fiodorowi i uśmiechnął się szerzej.

— Co? Jeszcze pan nie wie? Proszę poczekać, aż pana utemperuje.

— Zaczynam podejrzewać, że już próbuje.

— Jest pan na dobrej drodze.

Obaj milczeli.

— Byłem dla pana niesprawiedliwy — powiedział Fiodor.

— Był pan zazdrosny. To mniej eleganckie słowo, ale krótsze.

Fiodor pokręcił głową, ale tym razem nic już nie dodał. Leon roześmiał się. Po niedzielnym obiedzie Leon pierwszy zszedł do powozu. Pożegnał Vittoria, Marysię i Małgorzatę tak zwyczajnie, że Fiodor poczuł się niemal rozczarowany brakiem dramatu. Dopiero kiedy koń ruszył, Małgorzata spojrzała na niego.

— Chcesz wiedzieć, z czego się śmialiśmy?

— Tak.

— Zgubiłam spódnicę.

Odwrócił głowę zaskoczony.

— Słucham?

— Na jeziorze Garda. Próbowałam opalić te moje blade ramiona. Wiatr zabrał ją z łodzi. Zostałam w halce. Leon wskoczył po nią do wody i wrócił bez jednego buta.

Fiodor próbował zachować powagę.

— To z tego?

— Nie. But znaleziono następnego dnia przy przystani.

Roześmiał się. Opowieść nie usunęła zazdrości. Zrobiła coś lepszego: wpuściła go do jednego z dawnych pokojów jej pamięci.

— Rozmawiałem z nim — powiedział.

— O mnie?

— Mężczyźni nie mają innych tematów.

— I?

— Byłem dla niego niesprawiedliwy.

— Jemu to powiedz.

— Powiedziałem.

Małgorzata uniosła brwi, wyraźnie zdziwiona.

— Nie musisz zawsze być rozsądny.

— Wiem. Od wczoraj pracuję nad przeciwną reputacją.

— Idzie ci nieźle.

Przed własnym wyjazdem Fiodor zatrzymał się z nią na chwilę przy schodach.

— Dziękuję, że nie sprzedałaś winnicy.

— Za to mi dziękujesz?

— Za to, że miałem gdzie cię poznać.

Małgorzata milczała. Potem wsunęła dłoń pod jego ramię i przyciągnęła je na moment do siebie. Leon przestał być dla Fiodora mężczyzną, z którym trzeba rywalizować, a stał się częścią historii Małgorzaty. Po niedzielnym obiedzie odjechał do Como. Następny tydzień rozdzielił ich znowu na dwa osobne rytmy.

Rozdział 16. Jak mocno trzymać

Podczas kolejnego pobytu od piątku do niedzieli spotkali się w stajni. Małgorzata zapinała popręg swojej klaczy. Fiodor oparł się o drewnianą przegrodę.

— Marysia mówi, że jedziesz sama.

— Marysia powinna dostać pensję z wywiadu.

— Mogę jechać?

— Pytasz?

— Próbuję nie zgadywać za ciebie.

— Możesz.

Ruszyła od razu. Na polanie Małgorzata zwolniła i jechała obok niego bez słowa.

— Czy czekasz, aż skinę lub wyrażę pozwolenie? — powiedziała w końcu.

— Myślałem, że tego ode mnie chcesz.

— Czasem. A czasem chcę, żebyś przestał pytać o rzecz, na którą już odpowiedziałam.

Fiodor spojrzał na nią z ukosa.

— Mam wrażenie, że to pułapka. Raz jest „tak”, raz „nie”, a czasem odpowiedź zmienia się po drodze.

— Tak bywa.

Roześmiał się.

— Czyli kiedy już wiem, że mogę, mam przestać zachowywać się jak petent przed urzędem?

— Byłabym wdzięczna.

— Dobrze. Jak powiesz „tak”, nie będę potem przepraszał za każdy gest.

Małgorzata przyjrzała mu się uważnie.

— O ile nadal będziesz widział, kiedy to „tak” się kończy albo zmienia w „nie”.

— Cholera.

— Jesteś inteligentny. Dasz sobie radę.

W drodze powrotnej Małgorzata sprowadziła klacz do stępa. Ziemia przy lesie była miękka. Pachniało igliwiem. Przez pewien czas jechali spokojnie, zostawiając między końmi tyle miejsca, żeby rozmowa nie zamieniała się w kolejne ćwiczenie z przypadkowej bliskości.

— A ty? — zapytała. — Jaką masz granicę?

— W czym?

— W tym wszystkim, o czym tak pięknie mówisz. Pożądaniu, wolności, cudzych wyborach.

Rivelii długo nie odpowiadał.

— Nie wiem.

W oczach Małgorzaty pojawiło się wyraźne zadowolenie.

— Wreszcie.

— Co?

— Człowiek, który czegoś nie wie.

To „nie wiem” zostało między nimi na długo. Oboje byli ludźmi przyzwyczajonymi do stanowczych decyzji. Jechali dalej przez las. Na rozwidleniu Małgorzata zatrzymała klacz i wskazała podbródkiem dwie ścieżki.

— Dzisiaj ty wybierasz.

— Drogę?

— Zacznijmy od czegoś, czego nie da się zepsuć na całe życie.

Fiodor parsknął śmiechem i skręcił w węższą ścieżkę. Po kilkudziesięciu metrach gałęzie zeszły niżej, a konie musiały zwolnić.

— Chciałaś, żebym był mniej ostrożny — przypomniał.

— Chciałam, żebyś czasem podjął decyzję. Nie żebyś przestał patrzeć.

— To już rozumiem.

Wyciągnął rękę i ujął wodze jej konia tuż pod dłonią. Małgorzata spojrzała na jego palce, lecz nie odebrała skórzanego paska. Zatrzymał oba konie na kilka oddechów, nie ciągnąc jej ku sobie.

— Tak? — zapytał tylko raz.

Małgorzata nie odpowiedziała słowem. Pochyliła się, zatrzymała usta przy jego uchu i dopiero wtedy szepnęła:

— Tak.

Potem odjechała kilka metrów, zostawiając go z przeświadczeniem, że w tej relacji każda wygrana potrafiła zamienić się w kolejne zadanie. Las dawał cień, ale końskie grzbiety były ciepłe od drogi. Na węższym odcinku Małgorzata puściła klacz przodem. Nisko nad ścieżką wisiała mokra gałąź; Fiodor podjechał bokiem i uniósł ją własnym ramieniem, zamiast łapać za wodze jej konia. Dopiero za przeszkodą zrównali się ponownie.

— Tak — powiedziała.

— Jak?

— Można pomóc. Nie trzeba od razu przejmować konia.

Kilkaset metrów dalej zatrzymali się przy strumieniu. Małgorzata zsunęła rękawiczkę i zanurzyła palce w wodzie. Rivelii przykucnął obok. Ich ramiona zetknęły się na moment.

— Z ludźmi jest podobnie? — zapytał.

— Gorzej. Koń przynajmniej wyraźnie pokazuje, kiedy ma dość.

— A ty?

Spod ronda kapelusza przyjrzała mu się uważnie.

— Ja też. Trzeba tylko patrzeć.

Po powrocie znad strumienia nie od razu rozjechali się do swoich obowiązków. Konie szły stępem. Małgorzata co jakiś czas dotykała mokrymi palcami karku klaczy. Rivelii obserwował, jak łatwo zmienia nacisk dłoni, jak zwierzę reaguje na niemal niewidoczny ruch.

— Tego też trzeba się nauczyć? — zapytał.

— Czego?

— Jak mocno trzymać.

Małgorzata spojrzała na niego.

— Wszystkiego.

Przy bramie dworku Rivelii zeskoczył pierwszy i podał jej rękę. Mogła zejść sama. Zamiast tego oparła dłoń na jego ramieniu i pozwoliła mu pomóc. Przez chwilę znalazła się blisko, z twarzą na wysokości jego ust.

— Znowu jesteś ostrożny — szepnęła.

— Patrzę.

Małgorzata złapała go za klapę marynarki i pocałowała. Czuć było od niej konia. Fiodor objął ją w pasie, a ona pozwoliła mu przytrzymać się chwilę dłużej, zanim cofnęła twarz.

— I co widzisz?

— Że czasem mogę przestać pytać.

— Wreszcie.

W sieni Marysia odebrała kapelusz Małgorzaty i spojrzała z jednego na drugie.

— Dobrze się państwo bawili?

— Rivelii uczył się jeździć — powiedziała Małgorzata.

— Umiem jeździć.

— Na koniu. Z ludźmi nadal ćwiczysz.

Marysia parsknęła śmiechem, a Rivelii zdjął rękawiczki z przesadną godnością. Jeszcze tego dnia zrozumiał, że przy Małgorzacie jego dotychczasowe doświadczenie nie daje mu przewagi.


Nazajutrz, w niedzielę po obiedzie, do dworku przyjechała Elena. Miała zostać krótko, więc Fiodor przywitał się z nią w sieni, zostawił obie kobiety w małym salonie i poszedł spakować rzeczy przed powrotem do Como. Niespełna godzinę później przypomniał sobie o książce zostawionej na stoliku przy oknie. Wrócił po nią bez pośpiechu i nacisnął klamkę; mechanizm zaskrzypiał cicho. Kiedy podniósł głowę, Elena stała tuż przy Małgorzacie i jedną dłonią obejmowała jej policzek. Małgorzata patrzyła na nią z rozszerzonymi źrenicami; oddech miała głębszy, a pięść zaciśniętą na materiale sukni Eleny. Fiodor znał ten oddech.

Nie zobaczył pocałunku. Wystarczyło, że rozpoznał Małgorzatę w tej jednej chwili — ten drobny ubytek kontroli, którego nauczył się szukać przy sobie. Krew uderzyła mu do twarzy, nozdrza rozwarły się odruchowo, lecz nie było w tym podniecenia ani zawstydzenia. To była zazdrość, nagła i gorąca, a pod nią coś gorszego: poczucie niemal zdrady. Wiedział, że nie miał prawa tak tego nazywać. Mimo to tak piekło. Najdotkliwiej poczuł, że coś, co zaczął uważać za ich własny intymny język, istniało również bez niego. Elena pierwsza spojrzała ku drzwiom. Małgorzata odwróciła głowę. Przez moment nikt się nie poruszył.

— Przepraszam — powiedział Fiodor.

Puścił klamkę i odszedł, zanim którakolwiek zdążyła odpowiedzieć. Pół godziny później z dziedzińca dobiegł turkot kół. Małgorzata podniosła głowę. Elena spojrzała na nią. Koła przesunęły się po żwirze i ucichły za bramą. Fiodor nie przyszedł się pożegnać.

Rozdział 17. W rodzinie

W środę, po dwóch pełnych dniach ciszy, Małgorzata przysłała Fiodorowi krótką wiadomość: w piątek będzie w Como — bank, kupiec od beczek, dwa podpisy — i ma dla niego sprawę, której nie chce załatwiać listownie. Dodała jeszcze: „Jeśli masz rozsądek, zostaw sobie wolne dni do niedzieli”. To ostatnie zdanie wystarczyło, żeby w piątek rano jego niewielka torba podróżna czekała już spakowana w domu. Spotkali się w niewielkiej restauracji niedaleko jeziora. Fiodor przyszedł wcześniej i dla zachowania pozorów czytał gazetę. Kiedy zobaczył Małgorzatę w drzwiach, złożył ją, odłożył na krzesło obok i wstał.

— A jednak kawa? — zapytał.

— Obiad. Nie próbuj renegocjować.

— Dzisiaj nie zamierzam.

Usiadła naprzeciwko i zdjęła rękawiczki. Nie wyjęła od razu listu wsuniętego między notes a księgę rachunkową.

— Nadal chcesz ze mną rozmawiać?

Fiodor spoważniał.

— Jestem tutaj.

— Nie odpowiedziałeś.

— Tak.

— Nadal chcesz wiedzieć, co myślę? Nawet jeśli czasem nie spodoba ci się odpowiedź?

Zniknął z jego twarzy ślad dawnego żartu.

— Tak.

Małgorzata puściła materiał rękawiczki, który od chwili wejścia trzymała zbyt mocno.

— Dobrze.

Nie przeprosiła ani nie wspomniała Eleny. Fiodor również jej nie wymienił. Jego „tak” nie oznaczało, że niedziela przestała boleć; oznaczało tylko, że nadal chciał ją poznawać. Dopiero wtedy Małgorzata wyjęła złożony list i położyła go na stole.

— Przyszedł przedwczoraj.

— Zły?

— Od babki.

— Z babką zwykle jest poważniej.

Małgorzata rozłożyła kartkę i przesunęła ją w jego stronę. Na grubym papierze widniało kilka zdań zapisanych dużym, zdecydowanym pismem. „Urodziny w niedzielę. Przyjedź w piątek. Przywieź tego człowieka, o którym wszyscy mówią. Obecność obowiązkowa. Babka.” Fiodor przeczytał dwa razy.

— „Tego człowieka”?

— Nie ciesz się. W rodzinie długo będziesz funkcją, zanim zostaniesz osobą.

— A jeśli nie pojadę?

Małgorzata wzięła z powrotem list.

— Wtedy babka przyjedzie po ciebie sama. I prawdopodobnie uzna to za twoją winę.

— Dobrze, że się spakowałem.

Uniosła brwi.

— Tak łatwo?

— Dowiedziałem się, że istnieje kobieta, której boję się bardziej niż ciebie. Nie zamierzam sprawdzać, czy potrafi znaleźć mój dom.

— Jeszcze jej nie poznałeś.

Po obiedzie zatrzymali się tylko na chwilę przy domu Fiodora. Jego torba wylądowała obok kufra Małgorzaty na tylnej platformie powozu, służący podał mu płaszcz na chłodniejszy wieczór i po kilku minutach ruszyli ku wzgórzom. Małgorzata najwyraźniej przewidziała wszystko wcześniej; nawet kosz z winem dla babki czekał już pod siedzeniem. Posiadłość babki leżała kilka godzin drogi od Como, w dolinie oddalonej od jeziora, gdzie wzgórza robiły się ostrzejsze, a powietrze chłodniejsze. Przez większość podróży Małgorzata siedziała dziwnie spokojna.

— Denerwujesz się — powiedział.

— Znam cię już trochę.

— Skoro tak, wiesz też, że nie warto drążyć.

— To twoja babka.

— No tak,

Milczała przez pewien czas, spojrzała przez okno powozu i dodała:

— Powinny tam być moje trzy kuzynki. Dorota jest ruda i nosi okulary. Anna jest jasnowłosa. Elisabetta ma ciemne włosy i minę księgowej sprawdzającej twoją wypłacalność.

— Brzmi niewinnie.

— Trzymaj się blisko mnie, a żadna nie zrobi ci krzywdy.

Fiodor uniósł brwi.

— Aż tak są niebezpieczne?

— Przekonasz się.

Dom był stary, szeroki, z drewnianą werandą i kamiennym parterem. Przed nim stały trzy powozy, dwa konie siodłowe i tyle kufrów, że rodzinny pobyt wyglądał raczej na próbę generalną przeprowadzki. Jeszcze zanim zeszli z powozu, z otwartych okien kuchni doleciał kobiecy śmiech. Małgorzata zatrzymała Fiodora na schodach.

— Ostatnia szansa.

— Na co?

— Na ucieczkę.

— Myślałem, że to ja mam się bać.

— Myślisz za dużo.

W tej samej chwili jedna z klaczy stojących przy dyszlu postawiła nogę ostrożniej i szarpnęła łbem. Małgorzata zeszła ze stopnia, przykucnęła przy niej i przesunęła dłonią po pęcinie. Stajenny babki podbiegł od strony stajni.

— Poprowadź ją kawałek — powiedziała. — Chcę zobaczyć, czy kuleje, czy tylko otarła się od uprzęż.

Fiodor został z kapeluszem w dłoni.

— Mam czekać?

— Idź. Jeżeli będziemy stali przed domem jeszcze minutę, babka wyjdzie po nas osobiście, a wtedy oboje będziemy żałować. Zaraz dołączę.

Wszedł więc sam. W sieni uderzyło go ciepło, a z głębi domu dochodziły kobiece głosy. Kuchnia pracowała pełną parą i pachniała rozgniecionymi morelami. Na parapecie stygnęły dwa placki. Pod stołem spał stary pies, najwyraźniej jedyny mieszkaniec domu, którego rodzinny zjazd nie obchodził. Fiodor stanął w ciemniejszym przejściu i przez kilka sekund nikt go nie zauważył. Oczy po jasnym podwórzu potrzebowały chwili, żeby przywyknąć do półmroku. Kiedy przywykły, szybko przestał myśleć o jedzeniu.

Przy szerokim stole pracowały trzy młode kobiety. Rudowłosa w cienkich okularach musiała być Dorotą. Pochylała się nad ciastem, z rękawami podwiniętymi wysoko i domową koszulą rozpiętą z powodu gorąca. Głęboki dekolt zsunął się jej z jednego ramienia; przy mocniejszym ruchu wałka odsłaniał znacznie więcej niż tylko skrawek piersi. Dorota najwyraźniej wcale tego nie zauważała.

Jasnowłosa musiała być Anną. Mieszała w misce gęsty sos z moreli i co chwilę pochylała się nad stołem. Luźna koszula rozsunęła się przy jednym z tych ruchów tak głęboko, że Fiodor zobaczył niemal całe obie piersi, zanim odruchowo przeniósł wzrok na miskę. Anna podała Dorocie drewnianą łyżkę do spróbowania; kropla spłynęła kuzynce po brodzie. Roześmiała się, starła ją palcem i bez zastanowienia oblizała własny opuszek. Cały gest był niewinny. Przynajmniej dla kobiet przy stole. Fiodor poczuł, że jego wyobraźnia po raz kolejny nie dorasta do dobrego wychowania.

Ciemnowłosa musiała być Elisabettą. Wyglądała spośród nich najbardziej salonowo nawet wtedy, gdy stała przy kuchennym krześle i narzekała na upał. Oparła stopę o szczebel, podciągnęła spódnicę wysoko, prawie do górnej części uda, i zaczęła zsuwać czarną pończochę. Przez chwilę odsłonięta była niemal cała noga. Robiła to z całkowitą swobodą kobiety przekonanej, że w kuchni są wyłącznie krewni. Fiodor wiedział, że powinien oznajmić swoją obecność. Wiedział to bardzo wyraźnie. Mimo to został jeszcze jeden oddech, potem drugi.

— O Boże, to już nieuczciwe — wyszeptał pod nosem, nie odrywając wzroku.

Cisza zapadła. Zostało tylko bulgotanie garnka. Dorota znieruchomiała z wałkiem w dłoni, po czym poprawiła koszulę. Anna obróciła się z drewnianą łyżką jak z bronią i wycelowała w niego jak we wroga, a Elisabetta opuściła spódnicę, wygładziła ją jednym ruchem i dopiero wtedy spojrzała na niego od butów po twarz.

— Długo pan tam stoi? — zapytała.

— Wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że powinienem był wejść głośniej.

Anna zmrużyła oczy cały czas celując w niego łyżką.

— Nadal pan nie odpowiedział.

— Jest. Tylko rozsądnie sformułowana.

Dorota poprawiła okulary palcem oprószonym mąką.

— A ja myślałam, że mężczyźni z Como są odważniejsi.

— Są. A jednak jeszcze nie uciekłem.

Za jego plecami rozległ się znajomy śmiech. Małgorzata stała w drzwiach z rękawiczkami w jednej dłoni. Najpierw spojrzała na Fiodora, potem na trzy kuzynki, na wałek, łyżkę i czarną pończochę leżącą na krześle. Zrozumienie przyszło jej błyskawicznie.

— Widzę, że już się poznaliście.

— Jeszcze nie — powiedziała ciemnowłosa. — Pan tylko prowadzi obserwacje.

— Badania — poprawiła Anna.

Małgorzata uniosła brew w stronę Fiodora.

— Ostrzegałam cię przed babką. Mój błąd.

— Mogłaś wymienić wszystkie zagrożenia.

— Wtedy byś nie przyjechał.

Trzy kobiety roześmiały się niemal jednocześnie. Fiodor zrozumiał, że powstała między nimi jakaś wspólnota informacji, do której on nie miał dostępu i zapewne długo mieć nie będzie. Dopiero wtedy odezwał się spokojny głos.

— Małgorzato.

W środku całego kuchennego zamieszania stała drobna, bardzo stara kobieta w czerni. Była matką ojca Małgorzaty. Po jego śmierci stała się dla wnuczki jednocześnie ostatnim starszym autorytetem w rodzinie i osobą, której Małgorzata najchętniej sprzeciwiała się dla zasady. Kobieta, która potrafiła jednym spojrzeniem przestawić pięciu robotników i zarządcę, podeszła do babki. Babka objęła ją, pocałowała w oba policzki, odsunęła na długość ramion i zmarszczyła brwi.

— Za chuda.

— Nie jestem.

— Jest.

— Babciu.

— Nie dyskutuj.

Rivelii odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech. Babka zauważyła.

— A ty jesteś ten fabrykant?

— Rivelii.

— Nie pytałam o nazwisko. Pytałam, czy jesteś fabrykantem.

— Jestem.

— Dobrze. Umiesz nosić drewno?

Małgorzata wzruszyła ramionami.

— W rodzinie obowiązuje szczerość.

Pół godziny później niósł z dwoma kuzynami kosz polan do kuchni. Małgorzata siedziała już przy stole z kuzynkami i obierała morele, jakby scena przy drzwiach nigdy się nie wydarzyła. Tylko kiedy Fiodor wszedł z drewnem, Elisabetta spojrzała na niego, potem na własną nogę pod spódnicą i uśmiechnęła się ledwie widocznie. Tutaj zobaczył Małgorzatę całkowicie wciągniętą w kobiecy gwar. Jedna z kuzynek wypominała jej dziecięcą próbę ucieczki na koniu. Druga twierdziła, że Małgorzata w wieku dwunastu lat sprzedawała gościom własne konfitury babki i zatrzymywała połowę pieniędzy.

— To było przedsiębiorcze — powiedział Rivelii.

— To była kradzież — stwierdziła babka.

— Marża — poprawiła Małgorzata.

— Małgorzato Cappelli — powiedziała babka. — Widzicie? Nic się nie zmieniło.

Później do imion doszły szczegóły. Dorota uczyła się rysunku architektonicznego i zasad budownictwa w Mediolanie i przyjechała z tubą rysunków oraz atramentem na dwóch palcach. Anna pracowała przy lekarzu w Turynie i miała zwyczaj patrzenia na człowieka tak, jakby diagnozę postawiła jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. Elisabetta prowadziła rachunki rodzinnej spółki handlowej; nawet przy kuchennym stole zachowywała tę szczególną pewność ruchu, która sprawiała, że Fiodor bez trudu wyobrażał ją sobie nad księgami i cudzym bilansem. Razem nadal zamieniały się w dziewczęta.

Najmłodsza prawnuczka babci, córka jednego z kuzynów, wpadła do kuchni z rozdartym rękawem i kolanem ubrudzonym ziemią. Małgorzata bez namysłu posadziła ją na blacie, obejrzała zadrapanie, zabrała Dorocie ściereczkę i starła krew zwilżonym rogiem materiału. Dziecko skrzywiło się bardziej z godności niż z bólu.

— Nie patrz tak tragicznie. Noga jest na miejscu — powiedziała Małgorzata. Dziewczynka natychmiast przestała płakać, za to zażądała moreli. Małgorzata dała jej dwie i kazała zniknąć, zanim babka zobaczy brudną sukienkę.

Rivelii obserwował ją z drugiego końca stołu. Przy zarządcach mówiła krótko i ostro, przy dziecku użyła dokładnie tego samego tonu, tylko dłoń została na małym ramieniu sekundę dłużej. To był rodzaj czułości, którego wcześniej u niej nie widział: bez zdrobnień, bez przedstawienia, jakby troska była kolejną rzeczą do zrobienia porządnie. Fiodor po dwóch godzinach zrozumiał, dlaczego Małgorzata tak szybko odpowiada ironią. W tym domu brak riposty oznaczał śmierć społeczną. Kuzynki szybko przestały interesować się tym, że Fiodor patrzył na nie, a zaczęły sprawdzać, gdzie jego wzrok wraca najczęściej. Elisabetta pierwsza zauważyła, że śledzi Małgorzatę, kiedy ta przechodziła z kuchni do stołu z półmiskiem owoców.

— Małgosiu — odezwała się słodko. — Twój fabrykant patrzy, jakby nigdy wcześniej nie widział kobiety niosącej morele.

— To prawdopodobne — odpowiedziała Małgorzata. — Na co dzień widzi tylko krosna, bawełnę i różne maszyny. Jeszcze nie doszedł do siebie.

Vittorio, który słyszał ostatnie zdanie, podniósł kieliszek.

— Kobieta najpiękniejsza jest zawsze gdzieś pomiędzy słowami zakochanego w niej mężczyzny.

— Wuju, wypiłeś dopiero pierwszy kieliszek — zauważyła Małgorzata.

— Jeszcze mówię z sensem.

Fiodor odstawił kieliszek.

— W tej rodzinie wszyscy rozmawiają o człowieku, jakby nie siedział przy stole?

— Jeżeli siedzi wystarczająco długo, przestaje być gościem — wyjaśniła Dorota.

Małgorzata usiadła na chwilę przy stole, niby dla nabrania sił. Pod stołem odnalazła jego but czubkiem własnego. Fiodor spojrzał na nią. Rozmawiała z Anną o przepisie na konfiturę i nawet nie zmieniła tonu. Jej stopa przesunęła się powoli po jego kostce, zatrzymała na chwilę i zniknęła. Twarz Małgorzaty pozostała całkowicie niewinna.

— Coś się stało? — zapytała Elisabetta, która oczywiście zobaczyła wszystko.

— Nic — odpowiedział speszony Fiodor.

Trzy kuzynki roześmiały się jednocześnie. Małgorzata napiła się lemoniady stojącej w dzbanku na stole. Tylko lekki rumieniec przy szyi zdradzał, że rodzinny stół nie odbiera jej całej bezczelności. Później, kiedy przeciskali się obok siebie w wąskim korytarzu, Małgorzata zatrzymała go dłonią na piersi. Mogła przejść bez tego. Trzymała rękę odrobinę dłużej, czując pod palcami jego oddech.

— Przy kuzynkach oszczędź sobie odwagi — powiedziała.

— Myślałem, że to ich mam się bać.

— Słusznie myślałeś. Z jednego pocałunku zrobią opowieść na dziesięć lat.

Minęła go, muskając ramieniem jego pierś. Z salonu natychmiast dobiegł stłumiony chichot. Fiodor spojrzał za nią i uznał, że w tym domu ściany rzeczywiście muszą mieć uszy. Kilka minut później Elisabetta poprosiła Małgorzatę o drugą butelkę z małej spiżarni przy salonie. Spojrzenie, które rzuciła przy tym Fiodorowi, wyjaśniało zamiar lepiej niż słowa. Małgorzata zabrała go ze sobą. Spiżarnia była wąska i chłodna. Po zamknięciu drzwi stanęli prawie naprzeciw siebie. Małgorzata sięgnęła nad jego ramieniem po butelkę, ocierając biodrem o jego udo i piersiami o pierś. Została tak blisko, że poczuł jej oddech na szyi.

— Jeśli wrócimy za kwadrans, Elisabetta będzie opowiadała tę historię przez dziesięć lat.

— Ona i tak ją opowie. Możemy tylko ograniczyć szczegóły.

Odłożyła butelkę na półkę obok jego głowy i pocałowała go. Fiodor objął ją mocno w talii. Szkło za jej plecami zabrzęczało, kiedy oparła się o regał, a jej palce natychmiast znalazły drogę pod jego kołnierz. Pocałunek szybko stracił ostrożność. Małgorzata rozpięła dwa guziki jego koszuli i wsunęła dłoń na nagą pierś. Fiodor przesunął rękę z talii na biodro. Kiedy dotarł do brzegu spódnicy, Małgorzata uniosła materiał i sama naprowadziła jego dłoń na udo.

Spojrzał na nią, zaskoczony. Odpowiedziała kolejnym pocałunkiem. Jego palce przesunęły się wyżej po ciepłej skórze. Małgorzata wciągnęła powietrze i mocniej przycisnęła go do siebie, a potem odchyliła głowę, kiedy pocałował ją pod uchem i wzdłuż szyi. Kroki na korytarzu dotarły do nich dopiero po chwili. Małgorzata zastygła, nasłuchując. Fiodor oparł czoło o jej ramię i wypuścił powietrze.

— Elisabetta.

— Oczywiście.

Małgorzata stłumiła śmiech i opuściła spódnicę, odsuwając jego rękę z uda. Sama poprawiła mu rozpiętą koszulę, choć jeden guzik zostawiła otwarty. Za drzwiami rozległo się znaczące chrząknięcie.

— Małgosiu — zawołała Elisabetta. — Prosiłam o butelkę, nie o całą piwnicę.

Małgorzata wzięła wino i otworzyła drzwi. Na twarzy miała spokój gospodyni wykonującej zwykłe polecenie. Fiodor wyszedł za nią z rumieńcem na szyi i źle zapiętym kołnierzem. Elisabetta rzuciła mu jedno spojrzenie, po czym bez słowa zrobiła miejsce w przejściu. Przy kolacji babka posadziła go po swojej prawej stronie.

Vittorio sięgnął po kolejną porcję pieczeni.

— Kiedy zaczyna się pyszność? Kiedy prosisz dokładki.

Babka spojrzała na jego talerz.

— To się nazywa łakomstwo.

— W moim wieku różnice są czysto akademickie — odparł Hrabia.

— Jakie masz zamiary wobec mojej wnuczki?

Winem zakrztusiła się tym razem Małgorzata.

— Babciu.

— Rozmawiam z nim.

Rivelii odłożył widelec.

— Poważne.

— To nic nie znaczy.

— Hm.

— Lubisz ją?

— Bardzo.

— Też nic nie znaczy. Wielu lubi ładne kobiety.

Przewróciła oczami. Rivelii odpowiedział:

— Lubię ją również wtedy, kiedy jest nieprzyjemna.

Babka zastanowiła się.

— To już lepiej.

— Babciu!

— Jedz.

Po kolacji musiał jeszcze przeżyć rodzinne domino. Babka kazała przenieść stół, ciotka nie mogła znaleźć okularów, jedna z kuzynek oskarżyła drugą o kradzież szala sprzed piętnastu lat, a Małgorzata dostała do ręki miskę z jabłkami, bo stała najbliżej. Rivelii próbował pomóc przy talerzach, lecz został przepędzony przez trzy kobiety jednocześnie. Dopiero wtedy zrozumiał, że w tym domu jego nazwisko i majątek są kompletnie bezużyteczne. Małgorzata była w tym zamieszaniu lżejsza niż nad Como: równie stanowcza, lecz mniej samotna. Tutaj niczego nie musiała udowadniać. Ktoś ciągle jej przerywał, ktoś pamiętał ją sprzed śmierci ojca, ktoś nazywał ją Małgosią bez pytania o pozwolenie.


Wieczorem dom ucichł późno. Rivelii wyszedł na korytarz, żeby na chwilę znaleźć trochę chłodu, i zobaczył światło w małym salonie. Małgorzata była sama. Teraz widział ją jak stała przed starym portretem. Obraz przedstawiał kobietę w ciemnej sukni, z dłonią opartą na wysokim krześle i twarzą surową bardziej z niecierpliwości niż z wieku. Nie była podobna do Małgorzaty. Miała za to ten sam sposób patrzenia na malarza, jakby pozowanie było obowiązkiem, który należało skończyć przed obiadem.

— Kto to? — zapytał szeptem.

Małgorzata odczytała tabliczkę pod ramą.

— Prababka. Matka babki. To po tej stronie rodziny przyszła ziemia, nie uroda.

— Nie jesteście podobne.

— Na szczęście. Miała podobno charakter znacznie gorszy od mojego.

Fiodor podszedł bliżej. Na tabliczce widniało nazwisko, które znał już z ksiąg ojca Małgorzaty.

— To z jej strony jest ten majątek?

— Z części. Resztę dokupowali przez dwa pokolenia. Ojciec mawiał, że przodkowie najlepiej wyglądają na portretach, bo nie słychać, jak kłócą się o miedzę.

Z sąsiedniego salonu wyszła Elisabetta.

— Za to twoją matkę i ciebie babka zawsze zaliczała do „północnych”.

— Już wiem — powiedział Fiodor. — Przeszedłem odpowiednią lekcję.

Elisabetta uśmiechnęła się szeroko.

— Babka nazywała ją „Tempesta”. Brzmiało gorzej, kiedy wołała tak za nią przez pół ogrodu.

— Elisabetto.

— Co? W rodzinie obowiązuje szczerość.

— Wszyscy nagle polubili to zdanie.

Kuzynka odeszła z satysfakcją dobrze wykonanej pracy. Na stoliku leżały stare fotografie i listy. Wyjęła jeden z albumów. Pokazała mu siebie na kucu, kuzynki w identycznych letnich kapeluszach i Vittoria tak młodego, że Fiodor z niedowierzaniem sprawdził podpis pod zdjęciem.

— Byłaś grzecznym dzieckiem? — zapytał.

— Nie.

— Wreszcie odpowiedź, której byłem pewien.

— Babka twierdziła, że gdyby stanowczość można było butelkować, rodzina nie potrzebowałaby winnicy.

— Stanowczość jest atrakcyjna.

— W odpowiedniej dawce.

— To cytat?

— Ostrzeżenie.

Usiadła na parapecie. Za oknem świerszcze wypełniły ciszę na tyle długo, że żadne z nich nie musiało od razu mówić.

— Bałaś się przyjechać? — zapytał.

Małgorzata uniosła brew.

— Nie.

— Kłamczucha.

Zamilkła, a Rivelii nie naciskał. Po minucie powiedziała:

— Tutaj zawsze znowu mam dwanaście lat. Mogę zarządzać hektarami, negocjować ceny i zwalniać ludzi, a babka patrzy na mnie i widzi dziewczynę, która spadła z gruszy, bo chciała udowodnić, że umie wejść wyżej od chłopaków.

— Umiałaś?

— Weszłam wyżej.

— I spadłaś.

— Szczegół.

Uśmiechnął się. Małgorzata wróciła uwagą do portretu prababki.

— Czasem zazdroszczę ludziom, którzy mogą po prostu wyjechać i zacząć od nowa. Ja mam ziemię, dom, groby, nazwiska ludzi pracujących dla nas od pokoleń. To wszystko brzmi pięknie, dopóki nie zrozumiesz, że również wiąże.

Rivelii usiadł obok.

— Chcesz wyjechać?

— Nie.

— To po co zazdrościsz?

— Bo ciekawi ludzie są coś warci. A ludzie, którzy nigdy nie sprawdzili, czy potrafiliby żyć inaczej, czasem mylą przyzwyczajenie z wyborem.

To zdanie zapamiętał. W sobotę rano babka znalazła ich przy kawie. Spojrzała na Rivelii, potem na Małgorzatę.

— Nadal tu jesteś i do tego żyjesz.

— Tak — odpowiedział zmieszany.

— Dobrze.

Małgorzata oparła brodę na dłoni.

— To błogosławieństwo?

— Nie przesadzaj. To informacja.

Sobota zaczęła się od przygotowań do urodzin, lecz po południu Dorota uznała, że rodzina zdąży się jeszcze pokłócić o ciasto wieczorem. Dzień zrobił się niespodziewanie ciepły. Kuzynki zabrały Małgorzatę nad niewielkie jezioro w dolinie, używane przez rodzinę od lat jako kąpielisko, a Fiodora wciągnęły do wyprawy z niewinnymi minami ludzi, którzy od początku mieli plan.

Na brzegu Dorota zdjęła okulary i wręczyła mu je razem z trzema ręcznikami.

— Ma pan jedno zadanie. Nie zgubić niczego i zachowywać się przyzwoicie.

— Kolejność ma znaczenie?

— Ogromne — odpowiedziała Elisabetta.

Kobiety weszły do wody w lekkich koszulach kąpielowych. Materiał był skromniejszy niż wyobraźnia Fiodora, ale po namoczeniu okazał się znacznie mniej pomocny jego koncentracji. Kuzynki zauważyły to. Anna, która zwykle patrzyła jak lekarz, tym razem oceniła go jak przypadek kliniczny.

— Oddycha — stwierdziła.

— To już coś. Ciekawe jak długo pociągnie w tym stanie — odparła Dorota.

— Testujemy jego wstrzemięźliwość — wyjaśniła Elisabetta Małgorzacie.

— Nie przesadzajcie. Jeszcze mi zemdleje. Cała krew mu z mózgu odpłynie.

— Będziemy cucić — powiedziały dwie kuzynki naraz, śmiejąc się.

Fiodor zajął się końmi. Było to rozwiązanie godne i całkowicie nieskuteczne, bo po chwili usłyszał śmiech Małgorzaty i odwrócił się, kiedy wychodziła z wody. Mokra tkanina przylgnęła do ciała, włosy pociemniały i spływały po ramionach. Mokry materiał nie ukrywał już prawie niczego. Nabrał powietrza i zapomniał go wypuścić. Zauważyła jego wzrok.

— Nie gap się.

— Nie gapię się.

— Oczywiście. Tylko prowadzisz obserwacje naukowe.

Kuzynki zabrały ręczniki i ruszyły ku ścieżce, zostawiając ich kilka kroków z tyłu. Małgorzata wyciskała wodę z włosów. Fiodor próbował patrzeć na jezioro.

— Poza tym — dodała — przecież już mnie widziałeś.

Spojrzał na nią z miną przesadnie niewinną.

— Kiedy?

— Nie próbuj kombinować. Mam świadka.

— Świadka?

— Elenę. I przypomnij sobie wiolonczelę.

Fiodor zamilkł. Przez kilka sekund naprawdę nie miał przygotowanej odpowiedzi. Zaczerwienił się wyraźnie. Małgorzata zniknęła na chwilę za płótnem rozpiętym między wierzbami, które kuzynki przyniosły do przebierania. Kiedy wróciła w suchej koszuli i spódnicy do jazdy, zapinała ostatni guzik i nadal była rozbawiona jego twarzą.

— Pamiętasz rozmowę o stanowczości? Byłam przed chwilą prawie naga i stałam przed tobą, a ty nic nie zrobiłeś.

— Nie byliśmy sami.

— Wzruszająco przyzwoity. Twoja strata.

Zmarszczyła nos, wsunęła stopy w buty i z mokrymi jeszcze włosami podeszła do klaczy. W siodło weszła jednym ruchem.

— Małgorzato! — zawołał.

— Za późno.

Roześmiała się i puściła konia ścieżką. Fiodor został chwilę przy wodzie z ręcznikiem Doroty w ręku i bardzo silnym podejrzeniem, że kuzynki będą znały wynik „testu” przed kolacją.


Wieczorem dostał własne miejsce przy stole i własną porcję rodzinnych docinków. Nikt nie wspomniał o kąpieli wprost. Było to znacznie gorsze.


W niedzielę od rana było jasne, po co naprawdę zjechała się rodzina. Po mszy stół zapełnił się jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Babka przyjęła życzenia z miną osoby, która uważa urodziny za niezręczny zwyczaj wymyślony przez innych, lecz kiedy wnuki postawiły przed nią ciasto, pozwoliła sobie nalać drugi kieliszek wina. Małgorzata usiadła przy niej dłużej niż zwykle. Fiodor nie słyszał całej rozmowy. Zobaczył tylko, jak babka ściska wnuczkę za dłoń, a Małgorzata na chwilę przestaje odpowiadać ironią. Dopiero późnym popołudniem zaczęli szykować się do drogi. Przed wyjazdem babka wcisnęła Rivelii dwa słoiki konfitur i powiedziała, żeby pilnował, by Małgorzata jadła.

— Ona mnie nie słucha.

— Mnie też nie. Ale trzeba próbować.

Małgorzata stała już przy powozie.

— Słyszę was!

— To dobrze! — odkrzyknęła babka.

W drodze powrotnej przez pierwszą godzinę milczeli. Rivelii patrzył na profil Małgorzaty, na jasne włosy pod kapeluszem i ręce trzymające rękawiczki.

— Co? — zapytała w końcu.

— Poznałem cię trochę.

— To niebezpieczne przekonanie.

— Wiem.

— I?

— Nadal chcę więcej.

Spod ronda kapelusza zmierzyła go uważnym wzrokiem.

— Szczerość też potrafi być bezczelna.

— Mówi to właściwa osoba.

Uśmiechnęła się.

— To akurat prawda.

Rozdział 18. Rytm domu

W następnym tygodniu Małgorzata od rana wyglądała jak każda kobieta, która miała za dużo pracy i zbyt mało cierpliwości do upału. Włożyła luźną białą koszulę, szeroką spódnicę i słomiany kapelusz. Gorset został w szafie. Po dziesięciu minutach na podwórzu była z tego zadowolona, po godzinie uważała, że każdy człowiek, który wymyślił dodatkową warstwę ubrania na lato, powinien zostać skazany na pracę przy sianie. Słońce stało jeszcze nisko, a już grzało kamienie pod stajnią. Dwie klacze trzymano osobno. Stajenny Giovanni oparł widły o ścianę i zaczął tłumaczyć, że pierwsza może się oźrebić jeszcze przed końcem tygodnia, druga prawdopodobnie kilka dni później.

— Prawdopodobnie? — powtórzyła Małgorzata.

— Signora, konie nie czytają kalendarza.

— Hm. To by wiele ułatwiło.

Podeszła do kasztanki. Klacz odwróciła łeb i trąciła ją chrapami w ramię. Małgorzata przejechała dłonią po ciepłej szyi, wyczuła pod skórą drobne drżenie mięśni i dopiero wtedy zapytała o siano. Giovanni wskazał stryszek nad stajnią.

— Zostało więcej, niż pani myśli.

— Tym bardziej sprawdzę.

— Mogę przynieść próbkę.

— Nie. Sama zobaczę.

Giovanni znał upór właścicielki i przestał oponować. Wiedział, że i tak zrobi po swojemu. Drabina była stara i wąska. Weszła na trzeci szczebel, potem na czwarty. Na piątym zahaczyła kolanem o wystający kołek. Zaklęła krótko, bardzo nie po damsku, a z dołu dobiegło westchnienie człowieka, który od początku wiedział, jak skończy się ta historia.

— Ani słowa.

— Nic nie powiedziałem.

— Nie musiałeś.

Na stryszku było goręcej niż na podwórzu. Siano pachniało słodko, pył przyklejał się do spoconej szyi. Małgorzata rozgarnęła kopiec rękami, sprawdziła wilgoć przy belkach i zakaszlała, kiedy kurz wszedł jej do nosa. Zeszła po kilku minutach, z kolanem pulsującym bólem i z pewnością, że Giovanni miał rację. Nie powiedziała mu tego.

— Starczy? — zapytał.

— Starczy.

— Czyli miałem rację.

— Miałeś.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 61.25