E-book
13.65
drukowana A5
59.6
Prawda owiana kłamstwami

Bezpłatny fragment - Prawda owiana kłamstwami

Część pierwsza


Objętość:
460 str.
ISBN:
978-83-8189-667-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.6

Książkę dedykuję oczywiście moim rodzicom, zwłaszcza mamie, która zawsze we mnie wierzyła. Ale także mojej siostrze Eli, poprzez swoje zachowanie i postawę zasłużyła na obecność w książce w postaci Catherine. Tak jak ona wspierała i pomagała Selene, Ela zawsze wspierała i wspiera mnie.

Dziękuję.

Prolog

Alaska to jeden ze stanów, a zarazem największy ze wszystkich wchodzących w skład najpiękniejszego i zarazem najwspanialszego kraju na kontynencie Ameryki Północnej, a nawet na całym świecie — Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki. To stan wiecznego zimna. W południowej części klimat jest umiarkowany, zaś na Dalekiej Północy — subpolarny. Zima trwa 9 miesięcy, a temperatury wahają się od -71°C do +5°C w lecie. I chociaż tutejsza pogoda jest oziębła to serca mieszkańców są gorące jak ogień, który potrafi przebić się przez największe zamiecie i śnieżyce.

Pogoda nie była nawet taka zła jak na ten śniegowy stan. Promienie słońca nie dawały rady przebić tak bardzo gęstych, puchowych chmur, ale mimo tego i tak nie było takiego przerażającego mrozu jak jeszcze parę dni temu. Po wydeptanej ścieżce na obrzeżach miasta szła jakaś para. Młoda, czarnowłosa dziewczyna trzymała się za rękę ze swoim chłopakiem. Jacy byli w sobie zakochani. Jacy szczęśliwi. Uczucia biły od nich pokonując zimno, śnieg i ciemne chmury. Miłość biła to wszystko na głowę, a radość i szczęście z posiadania kogoś bliskiego niemal roztapiały lód jaki pokrywał jeziora. Chłopak powiedział coś do niej, a ona uśmiechnęła się. W jej uśmiechu było coś magicznego, coś czego nie dało się zwyczajnie opisać, coś co zdolne pokonać było wszystkie przeciwności losu. Wyglądała tak młodziutko i na pewno nikt nie dał by jej więcej niż 18 lat, a jemu tak około 20. I kiedy młodzi spacerowali szczęśliwi w domu chłopaka toczyła się konwersacja na temat jego przyszłości. Przyszłości, która dostarczy mu nielada nieszczęść i łez.

W dworku na północy Alaski dwa rody prowadziły zawziętą rozmowę. Inna dziewczyna siedziała tylko i słuchała raz po raz śmiejąc się po cichu. Jej matka próbowała namówić najstarszego chłopaka z rodu, by przekonał swojego młodszego brata, że jej córka to dla niego idealna żona. Nie rozumiały, że nikt nie zgodzi się odrzucić miłości w imię czyjegoś życzenia, a raczej żądania. Chłopak krążył niecierpliwie po pokoju, a stukot butów obiegał cały zamek. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie i poczucie bezsilności. Kobieta nalegała uparcie, a on za każdym razem kiwał przecząco głową. Z jednej strony propozycja była bardzo dobra, bo gdyby młodzi wzięli ślub sytuacja dwóch rodów znacznie by się polepszyła i zyskała większą potęgę. Ale z drugiej kojarzono by ich, a to nie byłoby za dobrą stroną. Dziewczyna i jej matka pochodziły z rodu silnego, ale do wszystkiego, co zdobyli nie podchodzili sprawiedliwie — kradli, grozili i zmuszali.

Kobieta jednak nie dawała za wygraną i za wszelką cenę próbowała dobić targu. Jej upartość była tutaj akurat jeśli chodzi o tą sprawę zaletą, ale duma jaka od niej biła zniechęcała jeszcze bardziej.

— Nasz ród znaczy więcej niż wasz, a ślub twojego brata z moją córką sprawi, że zdobędziemy większą władzę. A poza tym z nikim nie będzie mu tak dobrze jak z moją księżniczką.

— A co jeśli jest taka osoba? Tu nie chodzi o samą władzę. Przyrzekłem rodzicom, że nie pozwolę, by moi bracia cierpieli i dla zwiększenia władzy robili wszystko, co ktoś im będzie kazał. Odmawiam.

Kobieta udała, że nie słyszała tego zdania i znowu zaczęła wychwalać przed chłopakiem jakie to zalety ma jej córka, która w rzeczywistości była tylko rozwydrzoną, bogatą dziewczynką z bogatego domu. Cierpliwość chłopaka miała pewne granice i właśnie teraz zostały one przekroczone. Spojrzał złowieszczo na rozkapryszoną dziewczynę i pokiwał głową.

— On ma inną! — wybuchnął w końcu chłopak widząc jak żadne argumenty nie docierały do kobiety.

Matka i córka wymieniły się spojrzeniami. Obie były zaskoczone. Przecież to nie mogło stać się tak z dnia na dzień. Niestety, ale musiały się z tym pogodzić. Jednak ani matka ani jej córka nie myślały o tym, by w pokoju odejść, ale już czuły w powietrzu zapach zemsty. Nikt nigdy nie odmówił im. Nikt nie sprzeciwił się. Nikt nie wyciągnął rąk po to, co należało do nich.

— Kto to? — zapytała dziewczyna odzywając się pierwszy raz odkąd tutaj obie przyszły.

— Ktoś kogo on kocha. — odparł normalnym głosem chłopak i uśmiechnął się.

— Odpowiedź mojej córce! Masz jej powiedzieć wszystko dokładnie! — zażądała ostrym tonem kobieta i poprawiła swój szal z norek.

Jednak najstarszy z braci nic nie odpowiedział. Wiedział, że w rzeczywistości kobieta i tak nic mu nie zrobi. Może sobie tylko pokrzyczeć.

— Nie odpowie! — młodszemu z braci puściły nerwy i zrzucił ze stołu złoty puchar pełen krwi.

— Nie tym… — zaczęła, ale przerwała.

Nagle drzwi otworzyły się przerywając zaciętą rozmowę gości i gospodarzy. Do środka weszła para, która spacerowała po parku. Chłopak nadal trzymał za rękę swoją dziewczynę. Nie wiedzieli, że ktoś będzie w domu. Dumna córka stanęła na korytarzu na górze schodów podczas gdy czarnowłosa była na ich dole. Ta spojrzała na dziewczynę. Jej wzrok był wręcz przeszywający, ale młodziutka dziewczyna nie bała się i nadal stała koło swojego ukochanego. Ten nie zwracał na nic uwagi i zwrócił się do braci wesołym tonem :

— Oświadczyłem się Selene, a ona się zgodziła.

Wszyscy oniemieli z wrażenia. Matka rzuciła dziewczynie pogardliwe spojrzenie. Córka zachowała się tak samo. Bracia uśmiechnęli się, a młodszy z pogardą spojrzał się na starszą kobietę ubraną w norki. Ta prychnęła tylko i z nienawiścią w głosie zaczęła mówić do dziewczyny stojącej obok chłopaka, którego miała poślubić jej córka.

— Ty zwykła dziewucho… — zaczęła dama, ale chłopak stanął przed swoją narzeczoną i popatrzył jej prosto w oczy.

— Nie powinnaś pani używać takich słów w moim zamku. Nie zapominaj, gdzie jesteś.

— Isabelle chodź tutaj. — krzyknęła, a dumna dziewczyna zeszła na dół i stanęła naprzeciwko pary.

— Możesz jeszcze zmienić zdanie. — szepnęła.

— Mam zostawić swoją ukochaną dla kogoś takiego jak ty? — zaśmiał się — Dla rozkapryszonej, chciwej i dumnej dziewczyny z rodziny zdrajców?

— Jeszcze zobaczymy. — powiedziała dumnie — Pewnego dnia będziesz żałował wyboru. Ale jeżeli chcesz upaść dla takiej hmm jak ona to trudno.

— Żegnam. — powiedziała obrażona dama w szalu z norek.

Kobieta wyszła z zamku, a po jego wnętrzu rozległ się stukot jej obcasów i szept przekleństw, które skierowane miały być do dziewczyny, ale nie zostały na głos wypowiedziane.

— Pożałujesz tego. Ty wywłoko. — syknęła do niej dziewczyna i wyszła za matką z wysoko podniesioną głową, a czerwień jej sukni kłócił się z marmurową podłogą.

Przez parę chwil nikt nic się nie odzywał, a czarnowłosa spojrzała na najstarszego z braci. Ten uśmiechnął się do niej po przyjacielsku i puścił oczko.

— Czemu one tutaj przylazły? — zapytał jej ukochany brata.

Kiedy tylko chłopak dowiedział się po co obie tu były wiedział, że nastał koniec jego szczęścia. Nie powiedział nic swojej narzeczonej, nie wyjaśnił. Za bardzo ją kochał i nie chciał, by cokolwiek jej się stało. Czasami ludzie wolą odejść nie wyjaśniając tej drugiej osobie, że robią to dla ich dobra. Gdy rodzice dziewczyny dowiedzieli się o tym, co się stało postanowili przeprowadzić się. Pewnej nocy chłopak pojawił się pod drzwiami swojej narzeczonej i wypowiedział krótkie zdanie :

— Musisz wyjechać, a o mnie zapomnij. Nasz związek i tak nie miał większej przyszłości.

Jego ton głosu był normalny, ale serce o mało co nie zostało rozerwane przez niemieszący się tam ból. Tak bardzo ją kochał, a musiał stracić. Kiedy tylko się odwrócił łzy popłynęły mu po policzkach.

Dziewczyna była zrozpaczona, że takie właśnie usłyszała pożegnanie i obiecała sobie, że nigdy więcej nie będzie go wspominać, a ten kawałek życia spędzony na Alasce wymarze z pamięci. Poczuła wtedy jak jej serce pęka. Chciała iść pożegnać się z jego braćmi, ale nie poszła. Za dużo by ją to kosztowało. Ta noc była dla niej najgorszą w całym życiu. Płakała i płakała. Jej rodzice widząc ból córki wyjechali nocą jeszcze szybciej niż planowali nie mówiąc nikomu gdzie. I kiedy dziewczyna wysiadła z samochodu po dosyć długiej podróży oślepiło ją słoneczne światło. Światło zapowiadające nowy początek. Nowe życie…

Rozdział 1

Dzieciństwo

Rodzina… Kiedy ma się na myśli to słowo w sercu pojawia się uczucie takie jak bezpieczeństwo, radość i miłość. Ale nie zawsze tak jest. Czasami w głowie pojawiają się uczucia strachu, smutku, wstydu. Nie zawsze rodzina jest taka jakbyśmy chcieli żeby była. Niektórzy wogóle jej nie mają, a inni nie potrafią docenić jej posiadania.

Rodzina… Każdemu z nas kojarzy się to głównie ze zrozumieniem ze strony rodziców. Z akceptacją przez nich każdej decyzji ich dziecka. Czasami z akceptacją nawet bardzo dziwnych i trudnych decyzji. Z pomocą w problemach. Ale na pewno nie z potępianiem i winieniem za wszystkie życiowe porażki. Niestety nie każdemu z nas pisane jest mieć szczęśliwy dom i kochających rodziców. Los bywa bardzo zmienny i niestety nic na to nie możemy poradzić. Gwiazdy napisały dla nas inną historię — czasem trudną, a czasem zbyt łatwą. Każdy dzień uczy nas czegoś. Uczy nas jak żyć. Uczy jak sobie radzić i pokonywać wszelkie trudności. Uczy nas pokory, szacunku, cierpliwości i daje szansę nabycia bardzo cennych umiejętności.

Państwo Walker od niepamiętnych czasów byli bogaci. Ogromny zamek wypełniony po brzegi złotem i drogocennymi kamieniami przekazywany była z pokolenia na pokolenie. Cofając się dużo lat wstecz można nawet dotrzeć do ich szlacheckich korzeni. Elizabeth Lana Pareloy i Antonio Enrique Walker poznali się w dosyć młodym wieku. Kiedy mieli po 19 lat postanowili, że się pobiorą. Niestety był pewien znaczący problem — a mianowicie to, że Elizabeth nie była tak bogata jak Walker’owie. Syn Carrolla Marvolo i Sylabe Lindsay za wszelką cenę chciał zatrzymać i narzeczoną i pieniądze. Kiedy po długich rozmowach, przekonywaniach i kłótniach państwo Walker zgodzili się na ślub, Antonio był w siódmym niebie. Parę lat później rodzice chłopaka zmarli w tajemniczych okolicznościach, a on zajął się prowadzeniem odziedziczonej po nich rodzinnej fortuny. Po 9 miesiącach urodził mu się syn, którego nazwali Gary Nicolas Walker. Chłopiec rósł. Kiedy miał 14 lat Antonio także w dziwnych okolicznościach zmarł, a Elizabeth kompletnie zaniedbała syna. Od zawsze nie przejmowała się jego życiem, ale teraz stało się to jeszcze gorsze. Całymi dniami siedziała tylko na werandzie i paliła cygara. Nie pytała syna jak mu minął dzień. Nie pytała czy ma jakieś kłopoty. Nie pytała o nic. Tak jakby jej dziecko było powietrzem, do którego nie trzeba mówić i któremu nie trzeba okazywać żadnych uczuć. Dlatego on z każdym dniem coraz to mocniej tęsknił za osobą, która potrafiła mu dać poczucie miłości i bezpieczeństwa. Chłopiec często myślał o swoim ojcu. Wiedział, że Antonio bardzo mocno i szczerze go kochał. Gdy był małym chłopcem jego ojciec nosił go na rękach i lubił, a wręcz uwielbiał razem z synem chodzić na długie, męskie spacery. Ale pewnego dnia całe szczęśliwe życie chłopca uległo drastycznej zmianie. Jego tata umarł, a Elizabeth wpadła w załamanie nerwowe. Gary pamiętał, że widział, że ojciec każdego dnia robił się chudszy i bledszy, aż w końcu pewnego dnia zniknął z jego życia na zawsze, a matka oznajmiła mu, że nie żyje. Nie był nawet na pogrzebie, który odbył się w ciszy i w małym gronie. I z racji tego, że syn tak bardzo przypominał jej ukochanego męża nie potrafiła przełamać się i być dla niego jak matka. Chłopak nie wiedział czy to dlatego, że tak bardzo go kochała czy tez może dlatego, że tak bardzo go nienawidziła. Niestety, teraz Gary musiał radzić sobie sam. Problemem dla Elizabeth było też to jaki charakter miał jej syn, który był zupełnie inny niż każdy Walker. Osoby pochodzące z tego szlachetnego rodu szczyciły się takimi cechami jak bogactwo, kamienne serce i brak szacunku dla biedniejszych. Gary pamiętał jak jego matka wielokrotnie rozmawiała z nim na temat jego zachowania. Chciała, żeby jej syn wyrósł na bezuczuciowego człowieka, ale on wrodził się do swojego ojca — Antonio Enrique, który był spokojnym, miłym i opanowanym mężczyzną. Jednak z czasem Antonio uległ żonie i stawał się taki jak jego ojciec. Gary odziedziczył jeszcze jedną cechę — zadawał się z biedniejszymi od siebie, co bardzo nie podobało się jego matce. Wiele razy powtarzała mu jakim wyrodnym jest synem i jaki wielki wstyd przynosi całej rodzinie. Wiele razy obrażała się na niego zupełnie bez powodu. Wiele razy kpiła z jego postanowień i ciągle powtarzała, że jest niczym.

Pewnego dnia zrobiła mu wielką awanturę, ponieważ zobaczyła go jak szedł po szkole na lody razem ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi, którzy żyli jak normalni ludzie. Nie byli oni za bardzo bogaci, ale też nie pochodzili z biednych przedmieści. Czekała na niego w domu i kiedy tylko wszedł do środka, nawet nie zdążył się rozebrać, bo matka zaczęła na niego krzyczeć.

— Taki wstyd rodzinie przynosisz!

— O co tym razem chodzi? — zapytał spokojnie i rozpiął kurtkę.

— Nie wypada komuś takiemu jak ty kolegować się z takimi ludźmi.

— Mamo dlaczego ich tak nie lubisz? — powiesił kurtkę na wieszaku i wrócił do salonu, w którym siedziała jego rozzłoszczona matka.

— W szkole są dzieci twojego pokroju. No weźmy chociaż syna Aldemay'ów czy bliźniaków Seters'ów. — powiedziała, a chłopak przewrócił oczami — Idealną dziewczyną dla ciebie jest przecież Marie Blumer.

— Bo jest bogata?

— Bo pochodzi z takiej samej rodziny jak my.

— Ale te czasy, gdzie liczyły się tytuły minął.

— Nie dla mnie.

Gary jeszcze przez długi czas starał się przekonać matkę, że jego koledzy również zasługują na szacunek.

Mimo jego starań każdego kolejnego dnia Elizabeth rozpoczynała rozmowę na ten temat. Przekonywała, na siłę próbowała go zmieniać, krzyczała, nie odzywała się do niego, innymi słowy próbowała wszystkich chwytów, by tylko jej syn jakoś się zmienił.

Innym razem, a dokładnie w rocznicę śmierci ojca chłopaka złość jaka emanowała z matki Gary’ego osiągnęła apogeum. Tego właśnie dnia poszła odwiedzić grób męża, który znajdował się w rodzinnym grobowcu rodu Walker, na cmentarzu i zastała go w opłakanym stanie. Bardzo zdenerwowało ją to, że dozorca, który zawsze sprzątał miejsce spoczynku jej męża tego dnia nie przyszedł i grób został zasypany piachem, liśćmi i jakimiś śmieciami. Płaciła za tą usługę grube pieniądze. Musiała na kimś wyładować nerwy i postanowiła, że odbierze syna ze szkoły, a w drodze powrotnej znowu trochę pokrzyczy na niego. Zatrzymała się na parkingu i gdy zobaczyła, że jej przekonywania nic nie dały zdenerwowała się jeszcze bardziej. Gary od razu zauważył samochód matki i pożegnawszy się z przyjaciółmi udał w tamtym kierunku.

— Żaden Walker nie poniżał się tak jak ty! — wykrzykiwała do syna, ale na nim nie robiło to już żadnego wrażenia, bo słyszał to prawie każdego dnia — Ta cała Ramis nie jest warta, by ktoś taki jak my, Walker’owie, ród tak szlachetny i tak szanowany, odzywali się do niej! Spójrz na naszą przeszłość!

— Nie znasz jej! Nie odzywaj się na ten temat! — odkrzykiwał jej chłopak — A nasza przeszłość nie jest taka kolorowa jak ci się wydaje! Nasza rodzina słynie z tego, że zdradzamy przyjaciół dla pieniędzy!

— Ja wcale nie chcę jej poznawać! Ta sierota nie zasługuje na żaden szacunek ani na żadne współczucie! Przeprowadziła się z nie wiadomo skąd. Skoro tam jej nie chcieli więc tu przyszła zaśmiecać to osiedle!

— Moi koledzy sądzą inaczej!

— Twoi koledzy? Jakiś Nowell i Weed? To fawele czy slumsy? — zapytała z ironią.

Gary nic już się nie odezwał. Wjechali na teren posiadłości Walker'ów i oboje wysiedli z samochodu nadal się kłócąc. Chłopak chciał zakończyć tą farsę i przepuścił matkę w drzwiach. Przez moment zobaczył w niej tą samą osobę jaką była przed śmiercią Antonio.

— Oni niczego nie są warci, a ty wkrótce sam taki będziesz. Jeżeli się nie nie zmienisz oddam nasz zamek w ręce Isabelle jak i kopalnię złota.

— Willy Newell i David Wood znaczą dla mnie więcej niż ty! I wcale nie pochodzą ze slumsów ani faweli! Ale ich rodzice mają pewną rzecz, której ty nigdy nie będziesz mieć. I nie interesuje mnie ta kopalnia i zamek!

— Wood. Newell. Phhh… Żałosne. — odpowiedziała tylko i uśmiechnęła się szyderczo do syna — Powiedz mi co takiego mają ci biedacy?

— Mają synów. Nie wiem dlaczego życie pokarało mnie taką matką. — szepnął chłopak.

— To samo ja mogę powiedzieć. Dlaczego życie pokarało mnie takim, jak to ty lubisz nazywać” synem”? Ojciec normalny, matka też, a dziecko. Och… Szkoda zaczynać tematu. — rzekła do syna sucho i wyszła dumnie z podniesiono wysoko głową.

— Szkoda to mi jest ciebie. — mruknął chłopiec, ale kobieta już tego nie usłyszała — A co do tej normalności matki to też był podyskutował.

Mijały lata, a z każdym dniem ich stosunki pogarszały się, a życie w domu powoli stawało się dla Gary’ego koszmarem. Matka starała się mu wpoić zasady, które nie były, według chłopaka, normalne. Matka nigdzie nie chciała go puszczać. Nie wychodził z kolegami, nie mógł chodzić do parku. Dobrze pamiętał jak pewnego dnia, gdy David Wood i Selene Ramis przyszli do jego domu i chcieli, by wyszedł z nimi do parku, Elizabeth powiedziała, że Gary nie ma zamiaru wychodzić z takimi osobami jak oni i zatrzasnęła im drzwi przed nosem. Chłopak czuł się okropnie i bardzo przepraszał przyjaciół za jej zachowanie. I takie właśnie zachowanie ze strony jego matki prowadziło do tragedii, która prędzej czy później i tak by się wydarzyła.

Pewnego razu znowu się kłócili. Tylko była to ostatnia i najpoważniejsza kłótnia jaką oboje mogli sobie wyobrazić.

— Jak ty nic nie rozumiesz. Tyle lat już żyjesz w tym domu i jeszcze nie nauczyłeś się jego zasad! — krzyknęła pani Walker na syna.

— O co ci znowu chodzi mamo?! Wiecznie się czepiasz. Odczep się. — szepnął wystarczająco cicho, by jego matka tego nie usłyszała.

— Byłam dzisiaj przed szkołą i… — zaśmiała się — Zobaczyłam coś co bardzo mną wstrząsnęło i zarazem ogromnie zdenerwowało.

— Niby co?

— Wpadłam na pomysł, żeby cię dzisiaj odebrać ze szkoły. Czekałam i czekałam, aż tu nagle widzę mojego jedynego, pierworodnego syna — Gary’ego Nicolasa Walkera, Walkera podkreślam Walkera — który wychodzi ze szkoły razem z bandą jakiś zwykłych… Yhh… Nie będę dalej kończyć. I jest roześmiany jak nigdy. Jak możesz kolegować się z tą hołotą! — krzyknęła i rzuciła szklanką o ścianę.

— Skończ wreszcie te kretyńskie kazania! Nie ty będziesz wybierać mi przyjaciół! — wybuchnął chłopak — Nie dziwię się, że w szkole nikogo nie miałaś! Dziwię się tacie, że wogóle cię pokochał!

— Wynoś się stąd ty niewdzięczny, głupi bachorze! Jak śmiesz się tak do mnie odzywać!?

— Mogę od razu się wyprowadzić! Będziesz miała problem z głowy! Mamusiu. — syknął ze złością i rzucił poduszką o ścianę.

— Wspaniale! Możesz już się pakować niewdzięczny pasożycie! — odkrzyknęła i wyszła trzaskając drzwiami.

— Tato. Tato czemu cię tu nie ma…? — szepnął cichutko i spojrzał na białe chmury za oknem płynące powolutku, pełne ciszy, spokoju i jakiejś dziwnej siły.

Gary siedział chwilę i nawet nie drgnął. Nagle wstał i szybko otworzył szafę. Wyjął z niej wielką, czarną torbę podróżną i jednym ruchem wrzucił do niej wszystkie swoje ubrania. Zszedł na dół i trzasnął drzwiami. Elizabeth podeszła do okna i zobaczyła jak jej syn wychodzi na ulicę razem z torbami. Gdy zniknął na końcu ulicy zasłoniła okno i poczuła, że jest sama. Sama — i jak sobie wmawiała codziennie rano przed lustrem — wolna.

Po paru minutach chłopak stanął przed drzwiami Willy’ego. Kiedy się otworzyły Gary nie musiał nic mówić. Mama Williama od razu poznała co się stało i tylko zapytała swoim ciepłym i pełnym miłości głosem :

— Chcesz u nas zamieszkać?

W dniu, w którym wyprowadził się z domu skończyły się też jego najgorsze problemy. Wszyscy, którzy znali Elizabeth Walker nie dziwili się, że pod koniec trzeciej klasy gimnazjum Gary nie wytrzymał, a wyprowadzka była po prostu konieczna. Jedyne wyjście z całej tej chorej sytuacji. Kiedy jego matka dowiedziała się o tym, że jej syn mieszka u biedniejszego kolegi ani razu nie przyjechała po niego. Nigdy też nie zadzwoniła, a kopalnie i interes rodzinny przepisała — jak później dowiedział się Gary — córce swojej siostry, a jego kuzynce — Isabelle Craig. Jednak nie odziedziczyła ona zamku, który należał do każdego mężczyzny w rodzie Walker.

Wiele razy Gary rozmyślał co sądzi o nim dalej jego matka. Pewnie wyrzekła się go i ma teraz upragniony i wymarzony spokój. Nie musi się już nim martwić ani dawać mu pieniędzy. Przecież i tak to je kochała bardziej niż własnego syna. Gary doskonale pamiętał dzień, w którym musiał raz na zawsze pożegnać się z matką — dzień jej śmierci. Nawet wtedy na łożu śmierci nie potrafiła powiedzieć do niego żadnego miłego słowa.

Mimo kłótni i wypowiedzianych słów chłopak miał ludzkie uczucia i gdy dowiedział się, że jego matka leży we szpitalu z poważnymi uszkodzeniami serca postanowił jednak iść i być z nią do samego końca. Czuł jakiś mały strach, że matka znowu go odrzuci, ale nie zastanawiając się długo otworzył drzwi do jej sali i usiadł koło łóżka. Selene czekała na zewnątrz.

— Mamo…? Warto było palić te cygara? Warto było sie tak denerwować?

— Gary jak dobrze, że tutaj jesteś. — powiedziała z lekkim uśmiechem i spojrzała się na szybę, a kiedy zobaczyła w niej twarz Selene dodała suchym tonem — Nic się nie zmieniłeś. A ja… Ja nie mam już syna. Nigdy nie miałam. — odwróciła głowę i puściła rękę syna.

— Jak możesz tak mówić? Jestem twoim dzieckiem…

— Właśnie nie jesteś. — wyznała, a chłopak był w szoku — Antonio mnie zdradził. Twoja matka zmarła przy porodzie i on wziął cię do siebie. Chciał, żebyśmy stworzyli udaną rodzinę.

— Więc dlatego mnie nienawidziłaś mamo?

— Nie chcę, żeby obcy dla mnie człowiek przebywał w tej sali. Żegnaj chłopcze. — odrzekła sucho.

— Nawet nie starałaś się mnie poznać. Od razu mnie skreśliłaś. — szepnął i wyszedł zostawiając ją samą.

Kiedy tylko zniknął za drzwiami z oczu Elizabeth popłynęły łzy. Wyrzuciła z siebie to, co tyle lat nie dawało jej żyć.

Chłopak nie odczuł zawodu ani przykrości. Przecież nigdy nie miał z nią dobrych kontaktów, a czasami przychodziły takie dni kiedy w głębi serca chciał, by jego matka w końcu odeszła. Gary wiedział, że gdy przyjdzie z Selene nie zrobi dobrze. Pomimo wszystko miał jednak tą malutką nadzieję, która chowała się w głębi jego serca, że matka wybaczy mu wszystko i zrozumie swój błąd. Jednak zawiódł się. Kolejny raz się na niej zawiódł. Chciał, by jego matka poznała dziewczynę, którą może kiedyś w dalekiej przyszłości poślubi i która będzie jej synową. Ale kobieta nie chciała nawet na nią spojrzeć. Nie pozwalała jej na to duma i uprzedzenie, ale także to, że nie była jego prawdziwą matką.

W domu państwa Newell'ów chłopiec miał wszystko, co tylko chciał. Miłość, bezpieczeństwo i zaufanie. Ich syn William Christopher był najlepszym przyjacielem Gary’ego. Lubili siedzieć w parku i spędzali tam niemal całe dnie. Grali w piłkę nożną i gdy pogoda pozwalała również w rakietki. Gary czasami dziwił się, że jego przyjaciel woli siedzieć w parku niż w domu, by nacieszyć się rodzicami. Ale dla Willy’ego było to zupełnie normalne, że rodzice rozmawiali z nim o szkole i jego problemach. Miał tak przez 16 lat, więc zdążył już się tym nacieszyć.

Pewnego razu parę miesięcy po pogrzebie pani Elizabeth Walker siedzieli jak zawsze na trawie i odbijali piłkę. Nagle zobaczyli chłopaka w ich wieku. Nazywał się David Ray Wood i niedawno sie tu przeprowadził. Początkowo nie zwrócili na niego żadnej uwagi, ale chłopak usiadł na „ich” ławce. Chłopcy zmęczeni po grze lubili się tam rozkładać i myśleć jak ich życie będzie wyglądało za kilkanaście lat. Nie czekając długo podeszli do chłopaka i spojrzeli się na siebie.

— Ej, to nasza ławka. — odezwał się Willy.

— Nie zauważyłem, żeby była podpisana. — odrzekł hardo chłopak, a Gary zaśmiał się.

Tak samo zareagował, kiedy parę lat temu Willy powiedział do niego to samo. Spojrzał na przyjaciela, a Willy od razu zrozumiał o co mu chodzi i również zaczął się śmiać. Nieznajomy siedział spokojnie i zerkał to na jednego to na drugiego.

— Co was tak bawi? — zapytał w końcu.

— Bo pamiętam jak pierwszy raz tu przyszedłem i Willy powiedział do mnie co samo co teraz do ciebie, a ja… — przerwał na widok rozbawionego kolegi — A ja zareagowałem jak ty. Identycznie.

— Tak? — nowy zaśmiał się i wstał z ławki — No, ale dobra jeśli to wasza ławka ja spadam. Cześć.

— Poczekaj. — powiedział Gary — Jak się nazywasz?

— David Wood. — wyciągnął rękę.

— A ja Gary Walker. — odpowiedział i uścisnął chłopakowi rękę.

— A ty? — David spojrzał na Willy’ego.

— Willy Newell. William, a dla przyjaciół Willy. — dokończył i uścisnął rękę Davida — Trochę głupio jest mi przedstawiać się William, bo to takie starożytne imię. — powiedział, a David uśmiechnął się.

— A gdzie mieszkasz? Gdzieś tu blisko?

— Tak, koło takiego niedużego siwego domu.

— O to tam, gdzie mieszka Modliszka. — rzucił Willy i skrzywił się na samo wspomnienie o starszej kobiecie.

— Modliszka?

— Tak, miała już trzech mężów i wszyscy nie żyją. Paru osobom wydało się to dziwne, ale nikt nic nie mówi. Wiesz wszystko zostaje tutaj w Olympii. A po drugie to ta kobieta jest tak niska i chuda, że nie dałaby rady nikogo zabić. Tylko my nazwaliśmy ją sobie tak żartobliwie — Modliszka. — wyjaśnił Gary.

— A za tym domem jest taki brązowy. I ja tam mieszkam, a właściwie to razem z Gary’m tam mieszkamy. — powiedział Willy.

— A wy jesteście braćmi, tak?

— Nie, ale to długa historia, na którą szkoda czasu. — uśmiechnął się chłopak i zakończył bolesny dla niego temat.

Chłopcy zapoznali się bardzo szybko i bardzo dobrze dogadywali się ze sobą. Czuli się w swoim towarzystwie bardzo dobrze i mogli sobie ufać. David potrafił docenić przyjaźń chłopaków dlatego, że nigdy przedtem nie spotkał takich właśnie osób.

Pewnego dnia, gdy siedzieli w parku na pamiętnej ławce przez park szła ciemnowłosa dziewczyna. Gary zerwał się z ławki i pobiegł w jej kierunku. To ona była powodem wyprowadzki Gary’ego z domu i wszystkich jego kłótni z matką, lecz nie ona dokonała takiego wyboru. Chłopak wytłumaczył jej coś i zaprowadził do swoich kolegów. Za chwilę cała czwórka stała już i rozmawiała.

— David? Ty tutaj? — zapytała dziewczyna zdziwiona.

— To wy się znacie? — zapytał Willy i Gary równocześnie.

— Tak. Bardzo dobrze. — odpowiedział Wood i zwrócił się do dziewczyny — Nie myślałem, że spotkam w Olympii kogoś takiego jak Selene Ramis. No, no, teraz to mnie pozytywnie zaskoczyłaś kochana.

— Skoro ty dajesz sobie radę dlaczego ja mam sobie nie poradzić? — zapytała i uśmiechnęła się promiennie.

— Daję, daję. Chociaż prawda jest taka, że na Alasce było dużo lepiej. Szczerze mówiąc to ciągle tęsknię za tymi niskimi temperaturami i pochmurnym niebem. Tutaj chociaż nie ma słońca, ale ten deszcz… — pokiwał głową — Ale gdy tylko Ramis’owie się wyprowadzili wiele innych rodzin zrobiło to samo. — odpowiedział i puścił jej oczko.

— O niebo lepiej jest tutaj Dav. Ramis’owie nikogo nie jednoczyli skoro już o tym mowa. Wiesz jak to z nami było. Ale ja muszę już iść. — odpowiedziała i pożegnała się z kolegami, a jej postać oddalała się powoli aż w końcu znikła za drzewami.

— Czemu nam nie powiedziałeś, że znasz Selene? — zapytał Gary.

— Jeśli znasz kogoś od dziecka to nie jest to takie niezwykłe, żeby się tym chwalić. Normalka. A poza tym Selene to nie prezydent, żeby publicznie rozgłaszać, że się ją zna. Teraz to mnie rozbawiliście. — wyjaśnił i rzucił piłkę do Willy’ego — Gramy?

Każdego dnia przyjaciele przychodzili do parku, a z każdym dniem ich przyjaźń pogłębiała. Byli dla siebie jak bracia. Wyglądali troszkę podobnie i cała trójka dobrze się ubierała, ale każdy miał swój odmienny, własny styl.

Gary miał brązowe, nieco kręcone i troszkę dłuższe włosy prawie sięgające do ramion. Od zawsze był chudy i ubierał się w taki sposób, że nie było dziewczyny, która by się w nim nie zakochała. Prześliczne oczy i zniewalający uśmiech czyniły go najładniejszym chłopakiem w całej szkole. Willy również był wysoki i szczupły, ale nie tak jak Gary. Lubił żartować i był typem, który niezbyt — jak jego dwaj przyjaciele — szanował ludzi biedniejszych od siebie. Miał krótkie, brązowe włosy i piwne oczy. Często się uśmiechał. David był identyczny jak chłopaki. Wielka gwiazda szkolnej drużyny futbolu, w której kochały się wszystkie cheerliderki. Jednak jego nie interesowały krótkie, przelotne miłości. Chciał mieć kogoś, kto zawsze będzie przy nim, za to jaki jest, a nie za to kim jest. Styl sportowca i pięknie umięśnione ciało sprawiało, że wszyscy chcieli, ale tylko nieliczni mogli się z nim przyjaźnić. David miał to do siebie, że w całym swoim życiu zaufał tylko czterem osobom. W szkole chłopcy nazywani byli synami Olympii — najładniejsi i najbogatsi porównywani do greckich bogów zamieszkujących Olimp.

Od pierwszej klasy gimnazjum nienawidzili się z Alanem Cravenem, Nathanem Drake’em i Ralphem Smithem. Nikt nie wiedział o co chodziło w tej” domowej wojnie”. Chłopaki kłócili się no i już.

Tak naprawdę to prawdziwym powodem całej nienawiści było to, że Alan przyjaźnił się z Selene, dziewczyną, która od zawsze podobała się Gary’emu. Tak to już jest, że gdy nie chodzi o pieniądze to chodzi o miłość. Nathan i Ralph stawali zawsze po jego stronie, a Willy i David po stronie Gary’ego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.6