E-book
11.03
drukowana A5
21.04
drukowana A5
Kolorowa
43.37
Praskie Zwierzątkowo

Bezpłatny fragment - Praskie Zwierzątkowo

Bajkoterapia wierszem i kolorowanką, czyli jak oswoić emocje i codzienność.


Objętość:
52 str.
ISBN:
978-83-8467-003-3
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 21.04
drukowana A5
Kolorowa
za 43.37

LOKATOR

To wam wyznam bez ogródek:

— w moim domu, gdzieś pod stołem,

mieszka sobie Krasnoludek.

Skoro mówić już zacząłem,

to dokończyć mi wypada :

jest malutki, całkiem miły,

okruszkami się objada,

które dzieci zostawiły.

Siada sobie czasem cicho

na podłodze lub kanapie,

niby jakieś dobre licho,

zanim człowiek się połapie

już jest cały w jego mocy;

gdy on zacznie opowiadać

słońce może świecić w nocy,

a deszcz na pustyni padać…

Tak ciekawie umie prawić,

że gdy tylko go spotykam,

wszystko zaraz chcę zostawić,

cały świat mój w bajce znika.


A ja za nim się udaję

w czarodziejskie dziwne strony;

czasem jadę w obce kraje,

to znów — jestem przerażony,

bo pokonać pragnę smoka,

albo górę muszę minąć,

bo do wejścia zbyt wysoka…

i tak czas nam może płynąć…

Co on mówi — ja przeżywam.

W końcu szuka gwiazd na niebie:

— Strasznie późno — głową kiwa

i odchodzi gdzieś do siebie.

Wiem, że przyjdzie, więc nie wzywam,

chociaż chciałbym, by już wracał;

słuchać mógłbym go bez końca

ale czeka na mnie praca,

więc pracuję zamyślony

i wspominam słowa Skrzata.

Chciałbym płynąć w tamte strony

— w mroźne zimy w ciepłe lata…

Chciałbym, kiedy przyjdzie pora,

zabrać z sobą w te podróże

maleńkiego lokatora,

mieć go blisko i na dłużej;

żeby mógł od rana prawić,

piękne bajki opowiadać,

by mnie nie mógł pozostawić

— lecz to mrzonki, trudna rada…


Wiem niestety, że nadejdzie

taka chwila dniem lub nocą,

Krasnoludek mój odejdzie

— nie wiem kiedy, nie wiem po co.

I nie wyjdzie, gdy przybędę,

i nie będzie snuł powieści;

sam w mym domu wtedy będę

choćby gości tłum się mieścił.


Będzie pusto, będzie cicho,

choćby wszystko wokół grzmiało;

bo odejdzie z domu Licho,

co pod stołem gdzieś mieszkało…

SPACER WAŁEM MIIEDZESZYŃSKIM

Gdy Wałem pójdziesz nad Wisłę,

późnym wieczorem lub nocą,

zobaczysz światła, które rozbłysły

nagle i dziwnie, lecz — po co?

Przyjrzyj się fali, co drga leciutko,

gdy księżyc się w niej odbija.

Zobacz, jak z niej się w dali wynurza postać.

Czy zgadłeś już czyja?

Nie, nie kobiety, popatrz uważnie

— przecież to chłopak jest młody.

Wygląda, jakby stąpał po fali.

Wcale nie boi się wody.

Co on tu robi, czego tu szuka,

jaka przygoda go kusi?

Dlaczego przybył tu właśnie w nocy,

może z kimś spotkać się musi?

Wtem zaszumiało, księżyc się ukrył,

a Wisła dziwnie wzburzona.

Koło młodzieńca, także na wodzie,

zjawiła się jakaś — ona.

Piękna kobieta, lecz do połowy

— od pasa z łuską jak ryba,

w ręku miecz trzyma, a w drugim tarczę…

toż to Syrenka jest chyba.


Zawsze gotowa bronić stolicy

i zawsze piękna, i młoda.

Czasem z wiślanej wynurza się fali

(spotkanie z nią to przygoda).

Kim jednak chłopak? Czemu tu przybył?

Może Syrenka go wzywa?

Może ją kiedyś Sawą nazwano,

a chłopak Wars się nazywa?

Może to oni, znani z legendy, dali imiona stolicy.

Teraz mieszkają bardzo daleko,

 tam, gdzie się czasu nie liczy.

W każdej legendzie jest trochę prawdy,

więc może kiedyś tak będzie,

że późną nocą na fale Wisły

tych dwoje znowu przybędzie.

I jeśli wtedy na Wał Miedzeszyński

pójdziesz, wieczorem lub nocą,

zobaczysz światła, które rozbłysły,

i już nie zdziwisz się — po co?

SPOTKANIE W PARKU SKARYSZEWSKIM

Już był taki, co opisał,

jak lis spotkał kiedyś kruka.

Jak go mamił i mu schlebiał,

i jak w końcu go oszukał.

Kruk ser puścił, choć go trzymał

bardzo mocno swoim dziobem.

Lis swój spryt pokazał wszystkim

— ser odebrał mu sposobem.


Lis zwierzęciem jest niezwykłym,

znany jest ze sprytu wielce,

chciał pokazać wszystkim w parku,

że kruk ma zbyt dobre serce,

albo może doświadczenie

w życiu nic mu nie zmieniło.


Postanowił po raz drugi ser odebrać.

Cicho było w całym parku, gdy go znalazł,

więc zawołał:

— Witaj Kruku, pięknie śpiewasz,

pewnie to jest mistrzów szkoła.

Twoje pieśni, gdy ktoś chory,

wnet przynoszą ukojenie.

A ja słaby, bardzo słaby…

Chyba niskie mam ciśnienie.

Proszę, ulecz mnie swym głosem

i niech długo nie ustanie,

bo nad wszelkie czułe brzmienia

 jeszcze milsze twe krakanie.

Kruk już raz uwierzył słowom

i wypuścił przysmak z dzioba.

Nie zapomniał o zdarzeniu,

lecz wzruszyła go choroba.

I choć nie był pewien wcale,

czy choroba jest prawdziwa,

postanowił dobrze sprawdzić,

czy lis szczerze go przyzywa.

Sfrunął niżej, ser odłożył

i do lisa tak zawoła:

— Tak mój lisie, moje śpiewy

to jest wielkich mistrzów szkoła

i za chwilę z wielką chęcią

będę śpiewał Ci dzień cały;

trochę, by w chorobie ulżyć

troszkę — dla mej własnej chwały.


— Stój, nie trzeba! — lis zawołał

— Już Twe śpiewy nie pomogą,

jestem już na tamtym świecie

dwoma, albo jedną nogą.

Może sera kawałeczek

mógłby pomóc mej niedoli.

Może z głodu tak mnie głowa, serce…

wszystko boli.

Kruk odkrywszy lisa karty.

Widząc, że zwyczajnie kręci

postanowił tę nauczkę pozostawić mu w pamięci:

(spryt i zwinność, gdy uczciwie z nich korzystasz

— dobrze będzie, — lecz fałszywie — zło przynoszą

— Tobie, innym; zawsze, wszędzie),

więc zawołał — Ser zostawiam,

niech przyjaciel mój przybędzie

poczęstować się nim trochę,

uszczknąć małą odrobinę.

Jest tu, nisko, tu, gdzie kiedyś

pozostawił ktoś drabinę.

Wejdź tu, Lisie, bardzo proszę

i weź sera kawałeczek.

Ja w tym czasie Ci zaśpiewam

kilka moich pioseneczek.


Wierzy Lis w ptaka krakanie,

na drabinę chce się wdrapać.

Myśli, że sera dostanie,

lecz choć sprytny — dał się złapać.

Gdy już był w połowie drogi

psów usłyszał ujadanie.

Kruk odleciał z serem w dziobie

i poleciał na spotkanie.

A gdy przybył, każdy chętnie słuchał jego opowieści,

bo o lisie już słyszano bajki bardzo różnej treści,

że zły, sprytny, rzadziej dobry

— zresztą to już pewnie wiecie…

Bohaterem jest tym razem

najdziwniejszej bajki w świecie.

GOŚĆ ZNAD WISŁY

Bocian w okno dziobem stuka.

— Czyżby tutaj żabki szukał?

/Chyba nie mam żabek w domu;

może przyszły pokryjomu

i ja o tym nie wiem teraz/.

Przed bocianem drzwi otwieram.

Wpuszczam gościa, grzecznie witam.

On o żabki — czy są — pyta.

Właśnie jednej poszukuje.

Dziobem wokół postukuje.


— Oj, nie stukaj mój bocianie!

Tutaj moje jest mieszkanie.

Jeśli nawet żabka mała

gdzieś pod łóżkiem się schowała

to jest gościem w moim domu

i nie wydam jej nikomu.

Szukaj sobie żab na łące

/ tam ich przecież są tysiące/.

Tu, bezpieczny, kto przychodzi,

nawet z wrogiem się pogodzi.


Obowiązkiem gospodarza

przyjąć gości i uważać,

by nic złego się nie stało,

by im nic nie brakowało,

aby chcieli wracać chętnie

i mówili — „jak tu pięknie,

jak tu miło i bezpiecznie,

powrócimy znów koniecznie,

by się poczuć dobrze, miło,

by przyjemnie się zrobiło

i nic nie spotkało złego…”


A więc, Boćku, mój kolego,

rozgość się, napij herbaty,

pooglądaj moje kwiaty

i zapomnij o szukaniu…

póki w tym jesteś mieszkaniu.

NAD WISŁĄ

Żabka skoczna jest, wesoła,

gdy ją druga żabka woła

chętnie z nią się bawi w berka,

lecz na boki często zerka,

czy przypadkiem nie zobaczy

boćka Kle-Kle, co inaczej

lubi bawić się na łące,

gdy przygrzewa wielkie słońce.


Bociek godnie spaceruje,

czasem chwilę odpoczywa;

w trawie żabek wypatruje

— żabka mu przekąską bywa.

Żabki bardzo uważają,

nie chcą być obiadem ptaka,

gdy go widzą, to kumkają

(to ich żabia mowa taka).

Słychać wtedy „kle-kle” w trawie,

co ma znaczyć — „ja was złapię”.

Żabki wówczas pełne trwogi

— „kum, kum” — krzyczą

— ślinka kapie z twego dzioba,

ale nogi nie dogonią, dziób nie złapie.

Możesz z nami pograć w berka,

„kle-kle” robić wielkim dziobem,

ale musiałbyś być mniejszy,

by nas złapać tym sposobem,

bo gdy tylko cię widzimy,

to nic z twego polowania;

z oczu szybko ci schodzimy

i nic nie masz z twego stania.


Bociek myśli:

— Rację mają żabki małe i zielone.

Bardzo w trawie uważają

i nie biegną w moją stronę.

Może racja, że żywienia

sposób musi ulec zmianie.

Od tej chwili chyba będę

ser jeść z bułką na śniadanie.

Potem obiad –naleśniki,

może placki lub racuszki.

Na kolację zaś w syropie

 bardzo smaczne wielkie gruszki.

Taki obiad nie ucieknie,

nie odpowie „kum, kum” w trawie.


Teraz cieknie tylko ślinka,

w brzuszku prawie dziura wielka,

jak głód wielki — żegnaj łąko miła.

Idę do restauracji, tam urośnie moja siła.


Poszedł bocian, żabki skaczą,

śmieją się z pomysłu ptaka,

że smak zmienił, żab nie jada…

— Dziwna jego wola taka,

aby jeść, co ludzie jedzą:

co za cuda, co za dziwy?

Chętnie komuś to powiedzą,

lecz ten bocian… Czy prawdziwy?

PIES

Nie wyszedł z budy, może śpi zmęczony,

a może tylko udaje uśpienie?

Może sił nie ma, taki utrudzony,

lub tylko nie chce szczekać, bo… jest leniem?


— Hej, piesku, wyjdź i nas przywitaj,

szczeknij „dzień dobry”, zamerdaj ogonem.

Niechaj widzimy, że nas lubisz trochę.

Wyjdź z budy, szybko przybiegnij w tę stronę.


A piesek myśli — Jacy dziwni ludzie;

oni, gdy zechcą mogą siedzieć w domu,

czemu mnie wolno wtedy siedzieć w budzie,

kiedy ich nie ma? Co to szkodzi komu,

że ja czas wolny spędzę tak jak chciałbym,

że szczeknę wtedy, gdy ochota taka,

lub, że radośnie zamerdam ogonem

na widok państwa, lub też ich dzieciaka?

Czemu mam robić to, co nakazane?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 21.04
drukowana A5
Kolorowa
za 43.37