drukowana A5
36.9
Pragnienie zemsty

Bezpłatny fragment - Pragnienie zemsty

część II Ofiara


5
Objętość:
190 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8189-444-9

Czarodziejce władającej magią optymizmu.

Prolog

Kapral pospiesznie zmierzał do siedziby straży miejskiej, a jego podekscytowanie rosło z każdym krokiem. Wiedział, że zasłużył na nagrodę za sprawnie przeprowadzone trudne śledztwo i spodziewał się upragnionego awansu. Ten dzień niewątpliwie należał do niego.

Gdy dotarł na miejsce, wbiegł po schodach na piętro, witając się po drodze z kolegami. Zatrzymał się pod jednym z gabinetów i po raz kolejny sprawdził, czy mundur, który miał na sobie, wyglądał nienagannie. Prezentował się bez zarzutu, więc zapukał.

— Wejść — usłyszał nieprzyjemny męski głos.

Bez wahania nacisnął klamkę i otworzył drzwi.

— Dzień dobry — powiedział, z trudem powstrzymując uśmiech.

— Się okaże — mruknął siedzący za biurkiem sierżant. — Wejdź. — Odczekał, aż młody śledczy stanie przed nim na baczność, po czym popatrzył na niego krytycznie. — Przeczytałem twój raport — oznajmił tonem jednoznacznie wskazującym na niezadowolenie.

— Czy coś jest nie tak? — zapytał nieco zdezorientowany kapral. — Wydaje mi się, że opisałem wszystko ze szczegółami, jednak mogę to przejrzeć ponownie i uzupełnić ewentualne braki.

— Nie o to chodzi. — Przełożony pokręcił głową z marsową miną. — Kapitan Schwalb chce cię widzieć.

— Teraz?

— Tak — potwierdził sierżant, przesuwając w stronę rozmówcy skórzaną teczkę z dokumentami. — Zabierz to ze sobą.

— Tak jest. — Kapral wziął z blatu swój raport i natychmiast skierował się do wyjścia.


— Usiądź. — Kapitan wskazał miejsce podwładnemu, gdy tylko ten dotarł do jego gabinetu.

Młody śledczy niepewnie przysiadł na krześle, zerkając na Schwalba, który bez słowa wziął od niego teczkę. Potem przespacerował się z nią po pomieszczeniu, sprawiając wrażenie głęboko zamyślonego.

— Musimy poważnie porozmawiać — zaczął i odwrócił się w stronę kaprala.

Mężczyzna popatrzył na niego w skupieniu.

— Chodzi o twoje śledztwo… — zamilkł, wpatrując się w podwładnego przenikliwym wzrokiem. — Niestety nie mogę tego zaakceptować. — Nieznacznie pomachał dokumentami, które nadal trzymał w dłoni. — Domyślasz się chyba dlaczego?

— Szczerze mówiąc, nie — przyznał otwarcie.

— Napisałeś, że tę dziewczynę zamordował sędzia.

— Tak, ale to prawda — zapewnił kapral. — Nigdy bym się na to nie odważył, gdybym nie zdobył niezbitych dowodów. Udało mi się nawet dotrzeć do świadka tego zabójstwa. Tam jest wszystko. — Wskazał na raport.

— Wiem, co tu napisałeś — oświadczył oficer. — Właśnie dlatego tu jesteś. — Podszedł do biurka i usiadł na swoim krześle. — Powiem wprost… — oparł łokcie na blacie, splótł palce dłoni i pochylił się nieco do przodu — ta wersja jest nie do przyjęcia.

— Ale to nie jest żadna wersja. To prawda. Ten sędzia jest mordercą.

— Rozmawiałeś z kimś o tym? — zapytał Schwalb, uważnie obserwując każdy gest podwładnego.

— Nie, oczywiście, że nie — zaprzeczył od razu. — To by było złamaniem zasad, a…

— Dobrze — przerwał mu kapitan, który wyraźnie rozluźnił się po słowach, jakie usłyszał. — Wobec tego mam dla ciebie propozycję. — Uśmiechnął się przyjacielsko. — Co powiesz na awans, podwyżkę, własny gabinet i podległą tobie grupę śledczych? — Z zadowoleniem założył ręce na piersiach.

Choć kapral właśnie o tym marzył, to pytanie go nie ucieszyło. Domyślał się, że nie jest to nagroda za jego nienaganną służbę. Nie odezwał się.

— Wydawało mi się, że należysz do ludzi z ambicjami i moja propozycja ci się spodoba — powiedział Schwalb. — To jest wynik twojego śledztwa. — Sięgnął do szuflady po kilka zapisanych kartek, po czym podał je podwładnemu. — Zapoznaj się z tym, podpisz, a wtedy będę mógł cię awansować.

Kapral przez chwilę wahał się, lecz w końcu zaczął czytać. Każde kolejne zdanie wywoływało u niego coraz większe zdumienie. W pewnym momencie wierzchem dłoni otarł pot z czoła i z niedowierzaniem zerknął na przełożonego. Gdy skończył, wiedział już, że nie zrobi kariery w straży miejskiej.

— Nie podpiszę się pod tym — oznajmił, odkładając dokumenty na biurku.

— Chyba nie zdajesz sobie sprawy, z jakimi konsekwencjami wiąże się twoja odmowa. — Kapitan emanował spokojem i pewnością siebie.

— Podejrzewam, że zostanę zwolniony… Mimo to nie mogę tego podpisać. — Spojrzał Schwalbowi prosto w oczy.

— To na początek. Zaraz po tym zostaniesz aresztowany za zabójstwo.

— Co? — Poruszony gwałtownie podniósł się z krzesła. — Ja przecież nigdy…

— Siadaj! — rozkazał oficer i kontynuował, gdy tylko kapral wykonał jego polecenie: — Dotarłem do dwóch świadków o nieposzlakowanej opinii, gotowych zeznać, że widzieli, jak katowałeś tę dziewczynę.

Młody śledczy nagle zbladł.

— Sprawą zajmie się sędzia, którego usiłowałeś wrobić w to morderstwo — ciągnął Schwalb. — Chyba się domyślasz, że po tym wszystkim nie możesz liczyć na jego litość? — zapytał, jednak nie czekał na odpowiedź. — Podpisz to, a od jutra twoje życie zmieni się na lepsze. — Przesunął w jego stronę pióro i kałamarz z inkaustem.

Rozdział 1

Sierżant Albrecht Delfholt podniósł wzrok znad raportu, z którego pisaniem męczył się od rana, gdy niespodziewanie otworzyły się drzwi do jego gabinetu.

— Jest sprawa — poinformował go kapitan Schwalb, zamykając za sobą. — Pięć dni temu bezdomni znaleźli ciało nierządnicy… — urwał i badawczo przyjrzał się podwładnemu.

— Co z tego? — zapytał obojętnym tonem Delfholt.

— Masz znaleźć mordercę. — Oficer rzucił na biurko plik dokumentów w skórzanej teczce.

— Od kiedy to szukamy zabójców dziwek? — Albrecht oparł się i założył ręce na piersiach.

— Nie denerwuj mnie — warknął Schwalb.

— Nie zamierzałem — zapewnił go Delfholt z drwiną w głosie. — Dobrze wiesz, że to pytanie jest jak najbardziej zasadne.

— Radzę ci czym prędzej wziąć się za robotę — powiedział kapitan, omiótł pomieszczenie wzrokiem i ruszył do wyjścia. — Przewietrz tu, bo śmierdzi gorzej niż w podrzędnej karczmie.

— Jasne — burknął Albrecht, patrząc z obrzydzeniem na plecy oficera opuszczającego gabinet.

Gdy tylko został sam, otworzył szufladę, w której zazwyczaj trzymał gorzałkę. Wyjął butelkę, odkorkował ją i upił duży łyk. Skrzywił się, syknął, po czym postawił flaszkę przy nodze krzesła, by była pod ręką. Odsunął nieskończony raport, przeklął cicho i z niechęcią sięgnął po teczkę. Położył ją przed sobą, jednak nie zajrzał do środka od razu. Jego uwagę przykuły odgłosy dochodzące z korytarza. Jakaś rozhisteryzowana kobieta błagała strażników, żeby wypuścili jej męża.

— Pewnie niewinny — mruknął. — Jak wszyscy. — Pokręcił głową i z niezadowoleniem zaczął przeglądać notatki przyniesione przez Schwalba.

Z zapisków wynikało, że strażnik prowadzący dotąd sprawę numer 127/58 nie przyłożył się do swojej pracy. Nie umieścił w sprawozdaniu niczego poza danymi ofiary, obrażeniami oraz opisem miejsca znalezienia zwłok.

Zirytowany Albrecht zamknął teczkę i rzucił ją na stertę dokumentów, a potem w bałaganie panującym na biurku odnalazł notatkę z zadaniami, którymi aktualnie zajmowali się jego podwładni. Jak na złość wszyscy byli zajęci.

— Świetnie — burknął, ponownie się napił, schował butelkę do szuflady, po czym leniwie podniósł się z krzesła.


Niespiesznym krokiem ruszył do karczmy mieszczącej się w połowie drogi między siedzibą straży miejskiej a jego domem. Z jakiegoś powodu, choć nie potrafił go określić, lubił ten lokal i właśnie w nim zazwyczaj się stołował.

Gdy znalazł się w środku, od razu podszedł do szynkwasu, nie rozglądając się po zadymionym wnętrzu. Przywitał się z pracującym tam od lat, otyłym mężczyzną w średnim wieku i zamówił obiad. Potem zajął miejsce w rogu izby.

Po chwili służąca przyniosła mu piwo.

— Jedzenie zaraz będzie gotowe — powiedziała z uśmiechem, stawiając przed nim kufel.

Skinął tylko głową i skupił się na ruchu jej krągłych bioder, kiedy udała się w stronę zaplecza. Wkrótce zniknęła za drzwiami, a wtedy on napił się, podparł dłonią brodę i zamknął oczy. Zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze na spłatę swoich karcianych długów.

Po niezbyt smacznym posiłku wychylił kolejny kufel piwa i, lekko się zataczając, skierował się do Komnat Radości. Zamtuz ten, prowadzony przez znaną w pewnych kręgach Marget, umiejscowiony był niedaleko centrum miasta, więc Albrecht nie miał przed sobą zbyt długiej drogi.


Przed drzwiami trzypiętrowego budynku stały dwie młode, wyjątkowo atrakcyjne dziewczyny. Ich wyzywające stroje przyciągały spojrzenia wszystkich przechodzących w pobliżu mężczyzn, jednak Delfholt tym razem je zignorował i bez słowa wszedł do środka.

Gdy tylko przestąpił próg, uderzyły go wymieszane zapachy: alkoholu, tytoniu, tanich perfum oraz seksu. Częściowo roznegliżowane kobiety towarzyszyły grupie klientów, którzy popijali dość drogą gorzałkę, głośno przy tym dyskutując.

— Witaj! — odezwał się radośnie młody mężczyzna siedzący za szynkwasem.

Albrecht posłał znajomemu chmurne spojrzenie i zbliżył się do lady, by podać mu rękę.

— To samo, co zwykle? — zapytał sługa, sięgając po flaszkę.

Śledczy przytaknął po chwili wahania, a potem oparł łokcie o blat.

— Mamy kilka nowych dziewczyn — zaczął pracownik zamtuza.

— Nie dziś, Karl — mruknął Delfholt. — Muszę się widzieć z Marget. Jest w pracy?

— Tak — potwierdził. — Myślę, że powinna być u siebie. Nie zauważyłem, żeby wychodziła. Coś się stało?

— Ktoś zamordował waszą Salinę — odparł Albrecht, przyglądając się rozmówcy.

— Słyszałem o tym. — Mężczyzna pokiwał głową z wyrazem żalu na twarzy. — Strażnicy byli tu dwa, może trzy dni temu. Dziewczyny powiedziały im wszystko, ale niewiele wniosły do sprawy.

— Jasne. — Sierżant wypił gorzałkę i odwrócił się w stronę drzwi wejściowych, gdy pojawiło się w nich dwóch nietrzeźwych, elegancko ubranych ludzi.

— Przyszliśmy się zabawić! — wykrzyknął wesoło jeden z nich. — Chłopcze — zwrócił się do Karla — nalej nam czegoś mocnego i przyślij tu cztery młodziutkie panny! — Zatrzymał wzrok na mundurze Delfholta, wyszeptał kilka słów do swojego towarzysza, po czym obaj zajęli miejsca przy stole pośrodku izby.

— Idę do Marget — oznajmił śledczy, ruszając w kierunku schodów.


Albrecht zatrzymał się na piętrze przed drzwiami oddzielającymi prywatne komnaty właścicielki od reszty przybytku. Tej części budynku strzegły dwa rosłe krasnoludy. Delfholt dobrze znał tych strażników. Przywitał się z nimi i już po chwili został wpuszczony do środka.

— Witaj, mój drogi — powiedziała Marget na widok sierżanta. — Co cię do mnie sprowadza? — Posłała mu serdeczny uśmiech, nie podnosząc się z szezlonga.

— Witaj. — Podszedł do niej i pochylił się, by pocałować ją w policzek. — Nie mam pojęcia, jak to robisz, ale z każdym dniem jesteś coraz piękniejsza. — Westchnął, patrząc na jej wydatny biust tylko częściowo zasłonięty bogato zdobioną suknią.

— Chyba czegoś ode mnie chcesz — zauważyła z rozbawieniem. — Usiądź. — Skinęła w stronę fotela stojącego nieopodal.

Albrecht rozejrzał się od niechcenia po salonie urządzonym z przepychem, po czym zajął wskazane miejsce.

— Przydzielono mi sprawę Saliny — oznajmił.

— Udało ci się coś ustalić? — zapytała kobieta.

— Nie, dopiero się za to wziąłem. Kto był jej ostatnim klientem?

— Przykro mi, ale tego nie wiem.

— Jak to? — zdziwił się. — Jesteś znana z tego, że zawsze wiesz, gdzie i z kim są twoje dziewczyny.

— Zazwyczaj — poprawiła go Marget. — Wygląda na to, że tym razem Salina chciała dorobić po cichu. — Zachichotała. — To chyba kiepskie określenie, nie uważasz?

Delfholt uśmiechnął się krzywo.

— Może któraś z jej koleżanek ma…

— Gdyby tak było — przerwała mu — już bym ci o tym powiedziała. Tu niczego nie ustalisz. Wypytywanie dziewczyn to strata czasu.

— Rozumiem. — Śledczy pokiwał głową. — Mam jeszcze jedną sprawę… — zaczął niepewnie, spuszczając wzrok. — Potrzebuję trochę pieniędzy. Chodzi o pożyczkę — dodał szybko.

— O ile mnie pamięć nie myli, dotąd nie oddałeś…

— Tak — wszedł jej w słowo i podniósł się z fotela. — Jakbyś się czegoś dowiedziała w sprawie Saliny, daj znać — poprosił, kierując się do wyjścia.

— Oczywiście. Zapewniam cię, że bardzo mi zależy na tym, by mordercy ponieśli karę.

— Mordercy? — Przystanął i obrócił się przodem do Marget.

— Mordercy albo morderca. — Uśmiechem nieudolnie starała się ukryć zakłopotanie. — Tak mi się powiedziało. — Ostentacyjnie poprawiła dekolt swojej sukni.

— Jasne — mruknął Albrecht, opuszczając salon.

Kiedy tylko znalazł się na schodach, usłyszał nieartykułowane krzyki kobiety dochodzące z góry. Zerknął w tamtą stronę bez większego zainteresowania i zszedł do głównej izby, w której zrobiło się dość gwarno za sprawą nowych klientów. Delfholt popatrzył z niesmakiem na jednego z nich, gdy ten próbował zmusić dziewczynę, by położyła się na stole. Kobieta usiłowała przekonać go, żeby udali się na piętro, jednak on nie ustępował.

— Do zobaczenia! — usłyszał za sobą, zanim otworzył drzwi.

Spojrzał na Karla i skinął mu głową, po czym obejrzał atrakcyjną, przyzwoicie ubraną blondynkę stojącą przy szynkwasie. Pomyślał, że nie pasowała do tego otoczenia.


— Zaczekaj! — doszedł go kobiecy głos, ale nie odwrócił się.

Postawił kołnierz płaszcza, by choć w minimalnym stopniu ochronić się przed zimnym wiatrem, i szedł dość szybko, wbijając wzrok w ziemię.

— Zaczekaj! — Poczuł, że ktoś chwycił go za przedramię.

Przystanął gwałtownie, wyszarpnął rękę ze słabego uścisku i popatrzył gniewnie na kobietę, która go zaczepiła. Rozpoznał ją. Chwilę wcześniej przykuła jego uwagę w Komnatach Radości. Z bliska wyglądała na dwadzieścia kilka lat i była jeszcze ładniejsza.

— Dziś nie mam ochoty. Znajdź sobie innego klienta — wymamrotał i ruszył przed siebie.

— Musimy porozmawiać — powiedziała, dotrzymując mu kroku.

Spojrzał na nią z niechęcią, jednak w jego oczach pojawiło się także zaciekawienie.

— Słyszałam, że zajmuje się pan sprawą Saliny — ciągnęła. — Mam informacje, które mogą pana zainteresować.

Delfholt przeklął w myślach i wszedł w zaułek pomiędzy dwiema kamienicami. Nieznajoma podążyła za nim.

— Mów — rzucił, zatrzymując się. — Tylko szybko, bo nie mam czasu.

— Wiem, gdzie Salina pracowała tuż przed śmiercią — oznajmiła.

Albrecht przestąpił z nogi na nogę, a jego twarz wykrzywił grymas zniecierpliwienia.

— Tamtą noc spędziła u Harmana Breuera… — urwała, przyglądając się sierżantowi. — Wie pan, kto to? — zapytała.

— Tak — potwierdził po chwili. — Coś jeszcze?

— Nie była tam sama. Podejrzewam, że towarzyszyła jej któraś z dziewczyn z Komnat Radości. Nie ustaliłam jeszcze która. Przyszłam właśnie o to podpytać, ale Karl mi powiedział, że pan…

— Daj znać, jak się czegoś dowiesz — przerwał jej.

— Słucham? — Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. — Czy to przypadkiem nie jest pańskie zadanie?

Delfholt parsknął i zmierzył ją wzrokiem.

— Zmieniłem zdanie. — Przechylił lekko głowę. — Możesz mi umilić dzisiejszy wieczór.

— Dziś nie mam ochoty — odparła lekko. — Znajdź sobie inną dziwkę. — Odwróciła się i pewnym krokiem wyszła z zaułka.

Na ustach sierżanta zagościł łobuzerski uśmiech.

Rozdział 2

Delfholt usiłował włożyć klucz do zamka swojego gabinetu, gdy zatrzymał się przy nim podwładny.

— Schwalb cię szuka od rana — powiedział półgłosem kapral Eckel. — Znów ma zły dzień — dodał konspiracyjnie, po czym rozejrzał się po korytarzu.

— Wiesz, co mnie to obchodzi? — mruknął Albrecht, podejmując kolejną próbę otwarcia drzwi.

— Może zostaw to i idź do niego — zasugerował Eckel.

Sierżant przeklął siarczyście, wyprostował się i przeniósł mętny wzrok na kaprala.

— Właściwie czym ty się teraz zajmujesz? — zapytał.

— Szukam tych trzech, którzy okradli kowala i porwali jego córkę — odparł młody mężczyzna.

— To co tu robisz? — Delfholt popatrzył na niego krytycznie.

— Miałem coś do załatwienia i…

Albrecht machnął ręką, a potem chwiejnym krokiem ruszył w stronę gabinetu przełożonego.

Stanął przed drzwiami opatrzonymi tabliczką z napisem: „Kapitan Wydziału Śledczego Josef Schwalb”. Spojrzał na swój mundur, poślinił palec i spróbował zetrzeć plamę z rękawa, jednak ten zabieg przyniósł odwrotny efekt. Mężczyzna wymamrotał kilka przekleństw, zapiął dwa guziki, dłońmi wygładził wygniecione ubranie, po czym zapukał. Nie czekając na zaproszenie, z nieskrywaną niechęcią nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Kapitan siedział za biurkiem, na którym piętrzyły się rozmaite dokumenty.

— Cóż za niespodzianka! — wykrzyknął z udawanym entuzjazmem. — Pańska wizyta to dla mnie zaszczyt.

— Daruj sobie — burknął Delfholt, podchodząc do krzesła. Odsunął je nieco od ściany i usiadł ciężko.

— Jak chcesz. — Schwalb uśmiechnął się złośliwie. — Dostałeś sprawę cztery dni temu, dwa dni nie było cię w pracy. Zakładam, że już wiesz, kto zamordował tę dziewkę. — Utkwił w podwładnym nieprzyjemne spojrzenie.

— Jeszcze nie — założył ręce na piersiach — ale zbliżam się do rozwiązania tej zagadki.

— Świetnie. W takim razie przynieś mi sprawozdanie z działań, jakie podjąłeś do tej pory.

— Nie masz dość tych papierów? — zapytał Albrecht, zerkając w okno.

— Nie irytuj mnie — warknął kapitan.

— Uspokój się… Byłem zbyt zajęty prowadzeniem śledztwa, by zajmować się robieniem notatek — skłamał Delfholt.

— Czy ty jesteś pijany? — Schwalb nieznacznie pochylił się do przodu i głęboko wciągnął powietrze przez nos. — Człowieku, zrób coś ze sobą! Cuchniesz, jakby twoim mundurem wycierano nad ranem stoły w karczmie krasnoludzkiej, a do tego wyglądasz…

— Nie zaczynaj — przerwał mu sierżant, podnosząc się z krzesła. — Muszę wracać do roboty. — Skierował się do wyjścia.

— Stój, gdy do ciebie mówię! — zażądał wzburzony kapitan.

Albrecht, zupełnie go ignorując, opuścił gabinet bez słowa.


„Niech ten dzień już się skończy” — myślał śledczy, zmierzając w stronę posiadłości należącej do Lothara Breuera. Zakładał, że tam pewnie spotka jego syna, Harmana.

Gdy dotarł na miejsce, przystanął w szeroko otwartej bramie i rozejrzał się po zadbanej posesji. Zauważył osiodłane rumaki pod pałacem, ale nie dostrzegł nikogo, kto by ich pilnował. Powoli ruszył przed siebie.

Po chwili w drzwiach pojawiło się trzech młodych mężczyzn. Tylko jeden z nich zatrzymał się na widok sierżanta.

— Chcę się widzieć z Harmanem Breuerem! — oznajmił głośno Delfholt.

— W jakiej sprawie? — zapytał ten, który został na szczycie schodów.

Jego kompani dosiedli wierzchowców i z zainteresowaniem obserwowali rozwój sytuacji.

— To ty? — Śledczy zmrużył oczy, przyglądając się rozmówcy.

— Ty?! — oburzył się szlachcic. — Jak śmiesz zwracać się do mnie w ten sposób?! — Zerknął na kolegów, chcąc się upewnić, czy zaimponował im swoją postawą. — Trochę więcej szacunku, bo inaczej złożę skargę do twojego przełożonego i resztę życia spędzisz, pilnując bramy miasta! Zrozumieliśmy się?!

Delfholt uśmiechnął się ironicznie, energicznym krokiem pokonał schody i zatrzymał się tuż przed młodym mężczyzną.

— Nie podskakuj mi, gówniarzu — wysyczał przez zaciśnięte zęby.

Szlachcic odruchowo cofnął się i plecami przywarł do zamkniętych drzwi.

— Zakładam, że to ciebie szukam — ciągnął sierżant szorstkim tonem. — Właź do środka i nie marnuj więcej mojego cennego czasu.

— O co właściwie chodzi? — zapytał Breuer, ale w jego głosie brakowało już wcześniejszej pewności.

— Chcesz wiedzieć, o co chodzi? Dobrze. — Śledczy wyprostował się, przez co stał się jeszcze wyższy. — Jesteś podejrzany o morderstwo.

— Słucham? — Harman momentalnie zbladł. — To jakieś nieporozumienie. — Ponownie zerknął w stronę kolegów, tym razem oczekując od nich jakiejkolwiek pomocy.

— Skoro nie możesz jechać, zobaczymy się jutro — rzucił jeden z nich i obaj natychmiast skierowali się do bramy.

Delfholt odprowadził ich pogardliwym wzrokiem.

— To jakieś nieporozumienie — powtórzył chłopak, przenosząc spojrzenie na sierżanta.

— Okaże się — burknął Albrecht. — Prowadź do salonu.


— Nie zaproponujesz mi czegoś do picia? — zapytał śledczy, rozsiadając się w fotelu.

— Przepraszam. — Harman natychmiast podniósł się z miejsca i ruszył do barku. — Na co ma pan ochotę?

Albrecht skinął głową z zadowoleniem i rozejrzał się po pomieszczeniu, które urządzono tak, by goście nie mieli żadnych wątpliwości co do zasobności sakiewki gospodarza.

— Może być gorzałka. Tylko nie byle jaka — dodał szybko.

— Oczywiście. — Breuer sięgnął po karafkę, ale odstawił ją na miejsce i nalał trunek z drugiej, po czym podszedł do śledczego, by podać mu pucharek.

— Dziękuję — powiedział sierżant. — Usiądź. — Gestem wskazał fotel.

Gdy szlachcic wykonał polecenie, Delfholt zaczął mu się przyglądać.

— Na początku muszę zaznaczyć, że chcę usłyszeć od ciebie prawdę. Kłamstwa jedynie pogorszą twoją nieciekawą sytuację.

Młody mężczyzna energicznie pokiwał głową.

— Dobrze… — Albrecht powąchał trunek i upił spory łyk. — Od kilku dni prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa. — Oparł się wygodnie. — Wszystkie ślady prowadzą do ciebie, więc…

— Nikogo nie zabiłem — zapewnił Harman.

— I pewnie nie znasz Saliny z Komnat Radości, co? — Wbił nieprzyjemny wzrok w rozmówcę.

— Znam, ale ja naprawdę nikogo nie zabiłem.

— Znasz… — mruknął śledczy. — Dobrze… Kiedy widziałeś ją po raz ostatni?

Breuer na moment zamknął oczy, a na jego twarzy pojawiło się skupienie.

— Dziesięć dni temu — odparł po chwili. — W nocy, widziałem się z nią w nocy.

— Opowiedz mi o tym spotkaniu.

— Ze szczegółami? — zdziwił się szlachcic.

— Tak — potwierdził Delfholt.

— Wie pan, czym ona się zajmuje — wymamrotał speszony. — Wolałbym jednak nie…

— Zajmowała — przerwał mu sierżant, wyraźnie akcentując końcówkę słowa. — Nie interesuje mnie, co byś wolał, a czego nie. Czy to jest jasne? — Pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach.

— Oczywiście. Przepraszam — wyszeptał Harman. — Dziesięć dni temu chodziłem ze znajomymi po mieście i tak jakoś wyszło, że znaleźliśmy się przed Komnatami Radości — zaczął, wpatrując się w podłogę. — Nie pamiętam, który z nas wpadł na ten pomysł, ale postanowiliśmy wynająć tam kilka dziewczyn i zabrać je tutaj.

— Ile konkretnie? — zapytał śledczy, błądząc wzrokiem po salonie.

— Pięć… Wśród nich była Salina.

— Kim były pozostałe dziewczyny? — Sięgnął za pazuchę płaszcza i wyjął notatnik oraz ołówek. — Podaj mi też nazwiska swoich kompanów.

— Lotta, Silvia, Josie i Karin. Towarzyszyli mi Igor Widmer i Ulfred Guth.

Szlachcic patrzył na kartkę, gdy Albrecht zapisywał te informacje.

— Moi rodzice nie mogą się o niczym dowiedzieć — powiedział drżącym głosem.

— Obawiam się, że to nieuniknione.

— My naprawdę nie zrobiliśmy nic złego. Zabawiliśmy się, zapłaciliśmy im i nad ranem wszystkie stąd wyszły. My byliśmy już zmęczeni i położyliśmy się spać. Niech pan zapyta którąś z nich — zasugerował. — Z pewnością to potwierdzi.

— Nie pouczaj mnie, jak prowadzić śledztwo — upomniał go Delfholt. — Gdzie w tym czasie byli twoi rodzice?

— Wyjechali z miasta na miesiąc. Brat ojca znów się żeni, więc…

— Dobrze. — Sierżant uniósł dłoń, by go uciszyć. — Widmera znam — spojrzał na przesłuchiwanego — a gdzie znajdę tego drugiego?

— Wybieraliśmy się do karczmy U Gisberta.

— Yhm… Właściwie to nie zamierzam biegać po mieście i ich szukać — oznajmił Albrecht. — Poślij po nich służącego. Tylko niech im nie mówi, o co chodzi — zaznaczył.

— Oczywiście. — Breuer poderwał się z miejsca i pospiesznie opuścił salon.

Śledczy rzucił notatnik na stół, oparł się i położył ręce na poręczach fotela. Na moment zamknął oczy i odetchnął głęboko. Był zadowolony, ponieważ znalazł winnych, a co za tym idzie, wkrótce miał odzyskać spokój. Wiedział, że minie sporo czasu, zanim dostanie kolejną sprawę.

Harman wrócił po chwili.

— Myślę, że to długo nie potrwa. Może ma pan ochotę coś zjeść? — zapytał niepewnie.

— Chętnie — odparł Delfholt, a wkrótce po tym młodziutka służąca rozstawiła przed nim kilka dań do wyboru.


Albrecht zdążył zjeść obiad i wypić dwa pucharki gorzałki, zanim w pałacu zjawili się młodzi szlachcice. Zaskoczeni obecnością sierżanta zatrzymali się w drzwiach salonu.

— Wejdźcie. — Breuer zachęcająco machnął do nich ręką.

— Co się dzieje? — zapytał jeden z przybyłych.

— Domyśl się, Widmer. — Sierżant posłał mu nieżyczliwe spojrzenie.

— Chodzi o te dziewczyny z Komnat Radości. Jedna z nich, Salina, została zamordowana — wyjaśnił Harman.

— A co mnie to obchodzi? — Igor popatrzył pewnie na Albrechta, zakładając ręce na piersiach.

— Może nic, ale wydaje mi się, że jednak powinno — powiedział śledczy. — Jesteście ostatnimi osobami, z którymi miała styczność, więc… — urwał i uniósł brwi, wpatrując się w rozmówcę.

Guth przeklął cicho i pokręcił głową, skupiając tym na sobie uwagę stróża prawa.

— Chcesz mi o czymś powiedzieć? — Delfholt utkwił w nim wzrok.

— Nie — zaprzeczył szybko. — My nic nie zrobiliśmy. Ona wyszła stąd cała i zdrowa.

— Jasne — mruknął sierżant.

— Rodzice mnie zabiją — jęknął Breuer i schował twarz w dłoniach.

Widmer westchnął przeciągle.

— Zostawcie nas — nakazał kolegom.

Zaskoczeni mężczyźni nie ruszyli się z miejsc.

— Zostawcie nas — powtórzył. — Muszę porozmawiać z panem Delfholtem na osobności. — Usiadł w wolnym fotelu.

Harman i Ulfred niepewnie skierowali się do wyjścia. Przyspieszyli, gdy tylko zorientowali się, że sierżant nie zamierza ich zatrzymywać.

— Zamknijcie drzwi — polecił im Igor i przeniósł spojrzenie na Albrechta. — Wiesz doskonale, że nie mamy z tym nic wspólnego, prawda? Dziewczyny z Komnat Radości mogą potwierdzić naszą wersję.

— Jesteś pewien? — Śledczy pochylił się do przodu. — Ustaliłem, że żadna z nich nie towarzyszyła Salinie tej feralnej nocy.

— Bzdura! — uniósł się Widmer. — O co ci chodzi?!

— Grzeczniej — upomniał go ostro Delfholt.

— Chcesz pieniędzy, tak?

Sierżant nie zareagował.

— Tyle, co ostatnio? — ciągnął szlachcic.

Albrecht roześmiał się głośno.

— Nie żartuj — powiedział z rozbawieniem. — Wtedy chodziło o pobicie, a teraz jesteś zamieszany w morderstwo.

— Wtedy byłem winny, a teraz nie.

— Udowodnisz to przed sądem? — zapytał zupełnie poważnie śledczy.

— W porządku. — Igor pokiwał głową. — Podaj kwotę.

Delfholt milczał przez chwilę. W pośpiechu analizował możliwe odpowiedzi i ich konsekwencje.

— Trudno to dokładnie oszacować… — odezwał się w końcu — ale wydaje mi się, że ta sprawa jest pięciokrotnie poważniejsza od naszej poprzedniej.

— Oszalałeś?! — Widmer poderwał się z fotela i przeszedł się po salonie.

Sierżant z uwagą śledził go wzrokiem.

— W porządku. — Zatrzymał się dwa kroki od Albrechta. — Dostaniesz te pieniądze, jeśli zostawisz w spokoju także moich przyjaciół. W innym wypadku nie mamy o czym rozmawiać. Te warunki ani kwota nie podlegają negocjacjom — zaznaczył stanowczo.

Śledczy zabrał ze stołu swój notatnik i wstał.

— Na pieniądze czekam dziś wieczorem w domu — oznajmił. — Pamiętasz adres?

— Tak — potwierdził Igor.

— Jeśli nie przyjdziesz, jutro rano wszyscy trzej traficie do aresztu.


Widmer zjawił się u Delfholta zgodnie z umową. Gdy sierżant został sam, usiadł przy stole w swojej niewielkiej, zapuszczonej kuchni i przez jakiś czas wpatrywał się w sakiewki, które położył na blacie. Nie czuł się dobrze z tym, co zrobił. Takie chwile przypominały mu boleśnie o jego upadku, a także o tym, że kiedyś był zupełnie innym człowiekiem, śledczym z prawdziwego zdarzenia, stróżem prawa pełnym ideałów. Odruchowo sięgnął po flaszkę gorzałki. Ten trunek zawsze skutecznie zagłuszał wszelkie wątpliwości i sprawiał, że dylematy znikały, a życie stawało się znośniejsze.

Rozdział 3

Delfholta obudziły promienie słońca padające wprost na jego twarz. Spróbował się podnieść, by zasłonić okno, ale ból głowy skłonił go do pozostania w łóżku. Przewrócił się na drugi bok i naciągnął na siebie koc.

Walenie do drzwi przerwało sen sierżanta. Starał się zignorować ten hałas, jednak on co chwilę się powtarzał i nic nie wskazywało na to, że nieproszony gość zamierza zrezygnować ze spotkania.

Albrecht z wysiłkiem usiadł na brzegu łóżka i dopiero wtedy zorientował się, że nastał już wieczór.

— Świetnie — mruknął, podnosząc się powoli.

Ktoś ponownie załomotał w drzwi i szarpnął za klamkę.

— Uspokój się tam! — krzyknął Delfholt.

W drodze na korytarz sięgnął po koszulę, która leżała zmięta na podłodze. Zanim otworzył, zarzucił ją na siebie.

— Co się tak dobijasz? — zapytał, patrząc z niechęcią na swojego podwładnego.

— Schwalb mnie przysłał — odparł podenerwowany Eckel. — Już myślałem, że cię nie…

— Czego znowu chce? — przerwał mu Albrecht, kierując się do kuchni.

— Wściekł się, że od kilku dni nie przychodzisz do pracy — wyjaśnił kapral, podążając za przełożonym. — Powiedziałem mu, że pewnie jesteś chory, ale nie uwierzył. — Zatrzymał się w progu i omiótł wzrokiem pomieszczenie, w którym panował bałagan większy niż zazwyczaj. Mimowolnie skrzywił się, gdy doszedł go smród zepsutych resztek jedzenia znajdujących się na jednej z szafek.

Delfholt podniósł butelkę stojącą na stole, poruszył nią, po czym odstawił, by od razu chwycić drugą. Upił solidny łyk gorzałki, a potem ciężko usiadł na krześle i spojrzał na Eckela.

— Prowadzę śledztwo w terenie — oznajmił. — Przekaż mu to.

— Albrecht, wiesz, że cię lubię… — zaczął kapral.

Przełożony, słysząc w jego głosie coś, co skojarzyło mu się z troską, popatrzył na rozmówcę ze zdziwieniem i cieniem obrzydzenia.

— Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale Schwalbowi bardzo zależy na rozwiązaniu tej sprawy — ciągnął strażnik. — Obawiam się, że cię wywali, jeśli szybko nie doprowadzisz jej do końca… — zamilkł na moment. — Jeśli… — zawahał się — nie radzisz sobie z tym śledztwem, mogę pomóc — dodał niepewnie, wpatrując się w brudną podłogę.

Delfholt parsknął.

— Już znalazłem winnego.

— Dlaczego jeszcze go nie zatrzymałeś? — zainteresował się Eckel.

— Za długo musiałbym ci to tłumaczyć. — Albrecht wymownie skinął w stronę wyjścia.

Nieco zmieszany kapral pokiwał głową i bez słowa ruszył we wskazanym kierunku.

— Do jutra — pożegnał się, zanim przełożony zatrzasnął drzwi.

Śledczy wrócił do kuchni. Ponownie usiadł przy stole i zatrzymał wzrok na niepełnej sakiewce. Tyle mu zostało po tym, jak uregulował swoje długi.

Przez myśl przemknęło mu pytanie: „Czy było warto?”. Nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią. Znał ją. Był wręcz boleśnie świadomy zasad, jakimi rządził się świat. Gdyby on nie wziął tych pieniędzy od morderców, z pewnością zrobiłby to Schwalb. Przestępcy i tak zostaliby na wolności, więc podjął słuszną decyzję.


***


Kolejnego ranka Delfholt wyszedł z domu. Zatrzymał się przy furtce i przez chwilę rozważał, jak zakończyć sprawę Saliny. Jedyny pomysł, jaki przychodził mu do głowy, nie nadawał się do realizacji. Tak daleko nawet on nie mógł się posunąć.

Rozejrzał się po ulicy, nie dostrzegając piękna budzącej się do życia przyrody. Od dawna nie widział kolorowych kwiatów w ogródku sąsiadki ani intensywnie zielonych, młodych listków na drzewie, które sam posadził. Nie słyszał już świergotu ptaków, choć niegdyś bardzo lubił wyśpiewywane przez nie melodie.

Ze spojrzeniem wbitym w ziemię ruszył powoli w stronę siedziby straży miejskiej. Miejsca, którego szczerze nienawidził.


Niedbale rzucił płaszcz na wolne krzesło, usiadł za biurkiem, a potem z niechęcią popatrzył na dokumenty zajmujące większość blatu. Wtedy drzwi gwałtownie się otworzyły i do jego gabinetu wkroczył Schwalb.

— Kapral Eckel poinformował mnie, że znalazłeś już mordercę — zaczął chłodno.

— Kultura wymaga zapukać — rzucił Albrecht.

— Ty mnie kultury nie ucz — odciął się kapitan. — Co z tym mordercą?

Śledczy w milczeniu utkwił wzrok w wypolerowanych butach przełożonego.

— Nie znalazłeś winnego? — zapytał Schwalb. — Oczywiście, to było do przewidzenia. Pewnie przez ten cały czas chlałeś! — uniósł się. — Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz — oparł dłonie na blacie i pochylił się do przodu — ale do jutra sprawa ma być zamknięta! Daję ci czas do południa, a na biurku chcę widzieć szczegółowy raport! — Zirytowany skierował się do wyjścia. — I tym razem daruj sobie kleksy i plamy! Rozczytam i bez tego! — Trzasnął drzwiami.

Delfholt zamknął oczy, zacisnął szczęki, po czym głęboko odetchnął.


***


Sierżant obrał za cel dzielnicę zrujnowaną w czasie czwartej wielkiej wojny z Mrokiem, jednak po drodze wstąpił do podrzędnej karczmy. Musiał się napić. Nie poprzestał na jednym kubku. W pośpiechu opróżnił dwa, przez co dopiero na zewnątrz odczuł działanie gorzałki. Trunek sprawił, że otaczająca rzeczywistość straciła ostrość, a myśli przestały go dręczyć. Lubił ten stan.

Chwiejnym krokiem dotarł na miejsce i zatrzymał się u wlotu najdłuższej z ulic. Rozejrzał się po okolicy. Zniszczone, nienadające się do odbudowy kamienice dominowały krajobraz. Na hałdach gruzu kręcili się bezdomni. Ludzie, którzy nie marzyli nawet o butach, odziani w łachmany, szukali czegokolwiek, co mogliby sprzedać, a za zdobyte w ten sposób pieniądze kupić choć kawałek chleba.

Albrecht powoli ruszył przed siebie. Z niezwykłą dla niego uwagą przyglądał się mijanym mężczyznom, natomiast kobiety zupełnie ignorował. W końcu zatrzymał się przy grupie otaczającej niewysokiego, wychudzonego człowieka, który energicznie kręcił głową i machał rękoma, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki.

— Oddawaj mój nóż, złodzieju! — wrzeszczał na niego jeden z bezdomnych, a pozostali mu wtórowali. — Jak zaraz go nie dostanę, policzę się z tobą! Połamię ci wszystkie kości! Nikomu już nic nie ukradniesz, ty kobyli zadzie!

— Przywal mu! Pokaż mu! — zachęcali go kompani.

— Co tu się dzieje?! — ryknął śledczy.

Zebrani dopiero wtedy go zauważyli. Momentalnie zamilkli i popatrzyli po sobie, najwyraźniej usiłując porozumieć się w ten sposób.

— Co tu się dzieje?! — powtórzył Delfholt równie głośno.

— Nic takiego, panie władzo — odparł niepewnie najodważniejszy z agresorów.

— Czego chcecie od tego człowieka? — Sierżant skinął w stronę wychudzonego mężczyzny powoli odsuwającego się od reszty.

— Niczego — wymamrotał ten, który już wcześniej ośmielił się odezwać.

— To złodziej — wybełkotał inny. — Ukradł mu nóż. — Brudną ręką wskazał swojego towarzysza.

Pozostali pokiwali głowami na potwierdzenie tych słów.

— Ukradłeś mu nóż? — zapytał Albrecht, patrząc na przestraszonego człowieka stojącego na uboczu.

— Yyyee eyy — usłyszał w odpowiedzi.

Śledczy zmarszczył brwi i skrzywił się, próbując go zrozumieć.

— Eyyye yyy eaa yy. — Zaczął machać rękoma.

— To niemowa — wyjaśnił jeden z zebranych. — Niech pan strażnik go aresztuje. Za to powinni mu obciąć dłoń, a nawet… — urwał, gdy Delfholt posłał mu wrogie spojrzenie.

— Chodź tu — rozkazał sierżant oskarżonemu o kradzież.

Mężczyzna ostrożnie zszedł z gruzowiska i zbliżył się do Albrechta. Obserwujący to bezdomni z nieskrywaną ekscytacją czekali na rozwój zdarzeń.

— Pójdziesz ze mną — oznajmił śledczy, po czym ruszył w drogę powrotną.

Po kilku krokach upewnił się, czy niemowa za nim podążał. Choć utykał na prawą nogę, dotrzymywał tempa znacznie młodszemu od siebie strażnikowi.


— Siadaj — polecił mężczyźnie Delfholt, wskazując krzesło. Odwiesił swój płaszcz i zajął miejsce za biurkiem. — Masz rodzinę? — zapytał, szukając czystej kartki.

— Yyyee. — Pokręcił głową.

— A dom?

— Yyyee.

Albrecht zanotował kilka zdań.

— Potrafisz czytać? — Zerknął na przesłuchiwanego.

— Yyyee — zaprzeczył i spuścił wzrok na brudną szmatę, którą bez przerwy ściskał w dłoniach.

— Dobrze… — powiedział do siebie śledczy i wrócił do pisania.

Kiedy skończył, popatrzył na zgarbionego, drżącego niemowę, a potem sięgnął do szuflady po gorzałkę. Z niezadowoleniem stwierdził, że zostało mu niewiele trunku, upił łyk, po czym odłożył flaszkę na miejsce. Oparł się i przez pewien czas w milczeniu przyglądał się bezdomnemu.

W końcu pokręcił głową i chwycił zapisaną kartkę. Zamierzał ją zmiąć, gdy w progu stanął jego przełożony.

— Przewietrz tu — rzucił, krzywiąc się. — Masz już dla mnie raport? — zapytał, zupełnie ignorując człowieka siedzącego na środku pomieszczenia.

— A jeśli nie mam? — Sierżant śmiało spojrzał Schwalbowi w oczy.

— Jeśli nie masz, utrata pracy będzie twoim najmniejszym problemem — odparł kapitan ze złośliwym uśmiechem.

— Ciekawe, co mi zrobisz — parsknął Albrecht.

— Przekonaj się.

W gabinecie zapadła zupełna cisza. Bezdomny skulił się jeszcze bardziej.

— Pytam po raz ostatni… — zaczął Schwalb.

— Jak przestaniesz mi przeszkadzać — przerwał mu śledczy — dostaniesz raport w południe.

Ta deklaracja tak zaskoczyła kapitana, że dopiero po chwili opuścił gabinet podwładnego, nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa.

Delfholt położył na blacie zapisaną wcześniej kartkę. Powoli przesunął ją w stronę niemowy, zanurzył pióro w inkauście, a następnie z wahaniem wręczył je przesłuchiwanemu.

— Podpisz. — Palcem wskazał miejsce pod tekstem.

— Eyyyee. — Mężczyzna pokręcił głową.

— Postaw „x” — polecił mu sierżant.

Bezdomny natychmiast wykonał polecenie, po czym podniósł na strażnika wzrok pełen obawy.

— Zaczekaj tu. — Albrecht sięgnął po flaszkę z gorzałką i podał ją niemowie. — Masz, napij się. Do dna — powiedział, wstając.


Śledczy wszedł do gabinetu przełożonego bez pukania, zatrzymał się tuż przy nim i niemal wcisnął mu w rękę zapisaną kartkę.

— Masz, czego chciałeś — rzucił, posyłając kapitanowi pogardliwe spojrzenie. — A raport dostaniesz później. — Skierował się do drzwi. — Zatrzymany jest u mnie. Niech ktoś odprowadzi go do aresztu.

— Chyba żartujesz?! — usłyszał za sobą, ale zupełnie to zlekceważył.

Zbiegł po schodach, co jakiś czas chwytając za poręcz, by nie stracić równowagi. Gdy znalazł się na zewnątrz, głęboko odetchnął. Rekruci, którzy go mijali, przyglądali mu się z zainteresowaniem. Nie obchodziło go, co takiego ciekawego dostrzegli. Ignorując wszystkich, ruszył prosto do swojej ulubionej karczmy. Potrzebował alkoholu, ogromnej ilości porządnej gorzałki.

Rozdział 4

W ciepłe wiosenne przedpołudnie Delfholt przez okno swojego gabinetu obserwował, jak mieszkańcy Gustov zbierali się na placu, by obejrzeć egzekucję. Młodzi przybyli, licząc na darmową rozrywkę. Matki przyprowadziły dzieci, a mężczyźni przerwali swoje zajęcia, żeby popatrzeć na sprawiedliwość. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby przyszli na festyn. Podekscytowani czekali na rozpoczęcie przedstawienia.

Wreszcie, ku uciesze zgromadzonych, na podwyższenie przy szubienicy wszedł kat, postawny człowiek z zasłoniętą twarzą. Gdy tylko zajął swoje miejsce, tłum jeszcze bardziej się ożywił. W tym samym czasie kilkunastu strażników miejskich torowało drogę czterem zbrojnym, którzy prowadzili skutego ciężkimi kajdanami, szczupłego więźnia odzianego w łachmany. Brutalnie popychany szedł ze spuszczoną głową, utykając na prawą nogę.

— Morderca! Morderca! Powiesić go! Sprawiedliwość! Chwała Thremisowi! Śmierć! Śmierć! Morderca! — wrzeszczeli ludzie.

Sierżant kilkakrotnie głęboko odetchnął i na moment zamknął oczy. Energicznie pokręcił głową, jak gdyby chciał z niej coś zrzucić, po czym podszedł do krzesła, schylił się i chwycił za flaszkę stojącą koło nogi. Drżącą dłonią otworzył ją i napił się. Odczekał chwilę, aż palenie w gardle ustało, a ciepło rozeszło się po jego ciele. Potem wypił kolejny spory łyk.

Głośne wiwaty sprawiły, że spojrzał w stronę okna. Z butelką w ręku podszedł bliżej i wtedy zobaczył niemowę, na którego natknął się kilkanaście dni temu. Stał już z pętlą na szyi. Chyba krzyczał, ale nikt nie słuchał tych nieartykułowanych dźwięków.

Tłum szalał z radości.

Nagle kat szarpnął za dźwignię otwierającą zapadnię. Lina gwałtownie się naprężyła i skazany na śmierć zawisł.

Na placu zapanowała zupełna cisza, jednak po chwili przerwały ją oklaski i okrzyki wznoszone na cześć Thremisa.

Albrecht poczuł silne ukłucie w piersi. Ucisnął to miejsce prawą dłonią, upuszczając flaszkę. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, a zimny pot oblał jego ciało. Słyszał przyspieszone bicie serca i z trudem łapał oddech. Lewą ręką oparł się parapet, by nie upaść na podłogę.

„Zabierz mnie stąd” — zwrócił się w myślach do Enbirra. „Błagam…”

Kiedy doszedł do siebie, na placu pozostali nieliczni.

Pustym wzrokiem patrzył, jak odcinano linę i bez szacunku przenoszono ciało bezdomnego. Gdy na koniec niedbale wrzucono je na wóz, z oczu sierżanta popłynęły łzy. Nawet nie próbował ich powstrzymać. Ukrył twarz w dłoniach, osunął się na kolana i zaczął szlochać.


***


Albrecht zerwał się z łóżka zlany potem. Kolejny raz obraz bezwładnego ciała niemowy wiszącego na szubienicy zmusił go do pobudki w środku nocy. Wiedział, że nie zdoła już zasnąć, więc wstał i, powłócząc nogami, poszedł do kuchni.

Usiadł ciężko przy stole, sięgnął po przedwczorajszy placek i oderwał kawałek. Zjadł go, po czym chwycił otwartą flaszkę. Wypił duszkiem kilka łyków, ramieniem oparł się o ścianę i utkwił wzrok w brudnym dzbanku leżącym na szafce.

Tak dotrwał do rana.


Sierżant dotarł do siedziby straży miejskiej około południa. Ignorując ciekawskie spojrzenia kolegów, skierował się prosto do swojego gabinetu.

Zaskoczony widokiem dokumentów porozrzucanych na podłodze zatrzymał się w progu. Dopiero po chwili intensywnego skupienia dotarły do niego wspomnienia fragmentów minionego dnia. Jak przez mgłę pamiętał moment, gdy wściekły zrzucił wszystko z biurka. Na co tak się zdenerwował, nie był w stanie sobie przypomnieć.

Zamknął drzwi i zaczął zbierać papiery. Na blacie układał kolejne stosy. Gdy skończył, przysiadł na krześle i spojrzał na szufladę, w której trzymał gorzałkę. Wyciągnął rękę w tamtą stronę, a wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

Albrecht podniósł wzrok, zakładając, że zaraz ktoś wejdzie. Tak się jednak nie stało.

Pukanie powtórzyło się.

— Proszę — powiedział głośno nieco zaskoczony.

Do gabinetu weszła atrakcyjna blondynka. Śledczy od razu ją rozpoznał.

— Dzień dobry — przywitała się dość chłodnym tonem. — Nie przeszkadzam?

— Skoro już się tu pofatygowałaś… — Gestem wskazał krzesło stojące pod ścianą.

Kobieta skinęła głową i usiadła, wpatrując się w sierżanta.

— Co cię tu sprowadza? — zapytał, choć sprawiał wrażenie, jakby odpowiedź w ogóle go nie interesowała.

— Śledztwo w sprawie zamordowania Saliny — odparła.

— Sprawa jest zamknięta — poinformował ją Albrecht, błądząc wzrokiem po dokumentach, które miał przed sobą.

— Chyba żartujesz — rzuciła wyraźnie oburzona.

Śledczy spojrzał na nią z autentycznym zdziwieniem. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, po czym oparł łokcie na blacie i splótł palce dłoni.

— Nie pamiętam, jak się nazywasz… — Zmrużył oczy, próbując przypomnieć sobie jej imię.

— Nie przedstawiałam ci się, więc nie możesz pamiętać.

— Więc jak się nazywasz? — Przechylił lekko głowę.

— Valeria. Nie przyszłam tu, by…

— Ładne imię — przerwał jej. — A jak dalej?

— Nie ma dalej — w jej głosie dźwięczała irytacja. — Nie zmieniaj tematu. Chcę wiedzieć, co zamierzasz zrobić w sprawie Saliny.

— Nic. Jak już wspomniałem, sprawa jest zamknięta. Jeśli nie wiesz, winny… — zawahał się, czując ucisk w gardle — został powieszony kilka dni temu.

— Bzdura! — uniosła się. — Nie dość, że skazaliście na śmierć niewinnego człowieka, to jeszcze zamierzacie pobłażać mordercom?!

— Uważaj na to, co mówisz — ostrzegł ją sierżant.

— To prawda i ty z pewnością dobrze o tym wiesz. — Podniosła się z miejsca. — Skoro mnie udało się to ustalić… — zamilkła, patrząc z niechęcią na Albrechta. — Jeśli zdecydujesz się poprowadzić tę sprawę, jak należy, zapraszam. Mieszkam na ulicy Piekarzy, czwarta kamienica, pierwsze piętro. Zaczekam trzy dni, a potem zgłoszę się do kogoś, kto ma jeszcze choć odrobinę przyzwoitości. — Ruszyła do wyjścia.

— Ty chyba nie powinnaś się wypowiadać na temat przyzwoitości — rzucił za nią zirytowany.

Zupełnie to zignorowała, żegnając go spojrzeniem pełnym pogardy i niedbałym machnięciem ręki.

— Głupia dziwka — warknął Albrecht, otwierając szufladę.

Znów musiał się napić.


***


Delfholta obudził hałas dochodzący z korytarza. Wkrótce dotarł do niego sens słów wykrzykiwanych przez jakiegoś mężczyznę. Nawoływał do buntu i wzywał do wystąpienia przeciw miejscowym władzom. Strażnicy, co słyszał już wyraźnie, mieli problem, by pochwycić i uciszyć podżegacza, jednak w końcu to im się udało.

Sierżant z trudem podniósł głowę z biurka i skrzywił się, gdy poczuł przeszywający ból w skroniach. Światło raziło go do tego stopnia, że musiał mrużyć oczy, a i to niezbyt mu pomagało. Przez to nie od razu zauważył notatkę, która leżała na środku blatu, wprost naprzeciw niego. Sięgnął po nią, gdyż był niemal pewny, że nie on ją napisał.

— Przyjdź do mnie, jak tylko doprowadzisz się do porządku. Kapitan Schwalb — przeczytał półgłosem, po czym przeklął siarczyście.

Rzucił kartkę na biurko, przeczesał dłonią włosy, z wysiłkiem podniósł się z krzesła i popatrzył na swój wygnieciony, niedopięty mundur. Wygładził go oraz zapiął guziki, ale nic nie mógł zrobić z nowymi plamami, które dostrzegł przez przypadek. Tęsknie spojrzał na wpół otwartą szufladę. Flaszki nie było w środku, w związku z czym rozejrzał się po pomieszczeniu i dopiero po chwili znalazł ją pod ścianą w pobliżu okna. Schował butelkę na miejsce, a potem chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.

Opustoszałym, słabo oświetlonym korytarzem dotarł do gabinetu przełożonego. Zatrzymał się przed drzwiami, głęboko odetchnął, następnie zapukał i bez zaproszenia wszedł do środka.

Schwalb stał przy oknie z kubkiem w dłoni. Odwrócił się w stronę Albrechta, a gdy ten zatrzymał się mniej więcej pośrodku pomieszczenia, zmierzył go wzrokiem.

Przez pewien czas żaden z nich się nie odzywał.

— Wezwałeś mnie — wymamrotał Delfholt, przerywając ciszę, która z każdą chwilą ciążyła mu coraz bardziej. Chciał mieć jak najszybciej za sobą tę, jak zakładał, kłopotliwą rozmowę.

— Zgadza się — potwierdził kapitan.

Przyjazny ton głosu oficera zaskoczył i nieco zbił z tropu sierżanta.

— Siadaj. — Schwalb gestem wskazał krzesło ustawione naprzeciwko biurka, a sam zajął swoje miejsce. Odstawił kubek na blacie, nieprzerwanie obserwując podwładnego. — Musimy poważnie porozmawiać — zaczął, gdy tylko Albrecht usiadł. — Zauważyłem, że dzieje się z tobą coś złego… Sporo pijesz… Gdybyś to robił po służbie, nie stanowiłoby to takiego problemu, ale ostatnio notorycznie przychodzisz pijany do pracy.

Delfholt przyglądał mu się w milczeniu. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że słowa przełożonego były mu zupełnie obojętne.

— Przykro mi, ale dłużej nie mogę tego tolerować — kontynuował. — Swoim zachowaniem hańbisz mundur…

— Słucham?! — przerwał mu wyraźnie poruszony sierżant. — Hańbię mundur swoim zachowaniem?! — Poderwał się z miejsca. — Dziwne, bo ja myślałem, że hańbię go tym, do czego zmuszacie mnie ty i ten niby-sędzia Dajmiwłapę.

— Nikt do niczego cię nie zmusza — powiedział, tym razem ostro, kapitan. — Wszystko robisz z własnej woli. To twój — podniósł głos, by ostatni wyraz wybrzmiał jeszcze wyraźniej — wybór.

— Faktycznie — parsknął Albrecht. — Albo będziesz miał w dupie prawo i wszelkie zasady, albo… Tak — pokiwał głową — miałem wybór. A potem było jeszcze lepiej…

— Przestań! — wrzasnął Schwalb. — Zamilcz natychmiast!

— Bo co?! — Delfholt oparł dłonie na biurku, pochylił się i posłał swojemu rozmówcy wyzywające spojrzenie. — Zwolnisz mnie? Aresztujesz?

— Nie, ale twoje zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że przyda ci się przerwa — odparł kapitan znacznie spokojniej. — Dostaniesz wolne. Wykorzystaj dobrze ten czas, poukładaj sobie wszystko, doprowadź się do porządku.

Sierżant zamierzał rzucić ciętą ripostę okraszoną kilkoma przekleństwami, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Szybko doszedł do wniosku, że ta propozycja wcale nie była taka zła. Dość miał już wstawania rano i przesiadywania w gabinecie, nie wspominając o prowadzeniu śledztw, z których i tak niewiele wynikało.

Wyprostował się, patrząc wrogo na oficera, po czym odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.

— Masz dwa tygodnie — usłyszał za sobą, gdy przekraczał próg.

Trzasnął drzwiami i poszedł w kierunku schodów, pragnąc jak najszybciej opuścić budynek straży miejskiej.

Rozdział 5

Delfholt z wysiłkiem otworzył oczy i po chwili stwierdził, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Izba, w której leżał, wydawała mu się zupełnie obca. Aromat przypraw i gotowanego mięsa dostawał się przez uchylone drzwi, a pościel wyglądała na czystą i pachniała mydłem, więc nie mógł się znajdować w zamtuzie. Duża szafa oraz toaletka także to wykluczały.

Zdezorientowany usiadł i popatrzył na siebie. Był kompletnie ubrany, tylko buty stały obok łóżka. Z pewnością nie on je zdjął, bo stały jeden obok drugiego. Wsunął w nie stopy, pomagając sobie dłońmi, po czym wstał i po cichu podszedł do drzwi. Zatrzymał się przy nich, a gdy wyjrzał przez szparę, zobaczył pusty, dość wąski korytarz. Wtedy usłyszał trudne do określenia, niezbyt głośne dźwięki. Zaintrygowany opuścił sypialnię i potwierdził swoje przypuszczenia, że jest w kamienicy. Świadczył o tym rozkład pomieszczeń, typowy dla dwupokojowych mieszkań.

Powoli ruszył w stronę kuchni, gdzie najwyraźniej ktoś zajmował się gotowaniem. Stanął w progu i obrzucił wzrokiem krzątającą się kobietę o zgrabnej sylwetce. Zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, więc po prostu głośno chrząknął, by w ten sposób poinformować o swojej obecności.

Gospodyni natychmiast się odwróciła, ale, ku zaskoczeniu sierżanta, nie wyglądała na przestraszoną.

— Wyspałeś się? — zapytała z uśmiechem Valeria.

— Yhm — mruknął niepewnie.

— Łaźnia jest na końcu korytarza. — Gestem wskazała kierunek i wytarła dłonie o fartuszek. — Pewnie chcesz się odświeżyć — dodała, gdy pozostał w bezruchu.

— Tak. — Pokiwał głową i przed wyjściem omiótł pomieszczenie podejrzliwym spojrzeniem.

— Pospiesz się. Zaraz będzie obiad — usłyszał za sobą.

— W co ja się znowu wpakowałem? — burknął pod nosem.


— Widzę, że kąpiel dobrze ci zrobiła — powiedziała Valeria, stawiając przed Albrechtem talerz ze smakowicie wyglądającym daniem.

Mężczyzna zerknął na nią i zabrał się do jedzenia.

— Jesteś dziś wyjątkowo małomówny — stwierdziła, siadając ze swoją porcją naprzeciwko niego.

— Wyjątkowo? — zapytał z pełnymi ustami.

— Wczoraj zachowywałeś się zupełnie inaczej.

— Wczoraj — przełknął kolejny kęs — byłem pijany. — Odłożył widelec i wyprostował się. — To chyba odpowiedni moment, by coś ci wyjaśnić — zaczął dość chłodno.

Valeria skupiła uwagę na swoim rozmówcy.

— Niezależnie od tego, co się wydarzyło, musisz wiedzieć, że nie jestem zainteresowany żadnymi związkami…

— Lepiej skończ ten wywód w tym momencie — przerwała mu wyraźnie rozbawiona — bo za chwilę możesz się poczuć bardzo niezręcznie.

Śledczy popatrzył na nią zaskoczony.

— Zakładam, że nie pamiętasz, co zaszło minionej nocy — kontynuowała. — Przyszedłeś do mnie kompletnie pijany i bełkotałeś coś o powieszonym niemowie, wyrzutach sumienia oraz konieczności doprowadzenia do końca sprawy Saliny…

— Chyba żartujesz — wtrącił z miną świadczącą o przekonaniu, że w tym, co właśnie usłyszał, nie było nawet odrobiny prawdy.

— Nie — Valeria z powagą pokręciła głową — nie żartuję. Wspominałeś też o jakimś Schwalbie, który zmusza cię do łamania prawa… — zamilkła na moment. — Tego do końca nie zrozumiałam. Żaliłeś się dość nieskładnie.

— Wystarczy. — Gestem dłoni zasugerował, by na tym skończyła. — Czyli między nami do niczego nie doszło? Nie jestem ci nic winien?

— Oczywiście, że nie. Nawet gdybym chciała, nie byłbyś w stanie.

— Świetnie — mruknął i wrócił do jedzenia.

Valeria przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym w zamyśleniu zaczęła rozdrabniać porcję mięsa na swoim talerzu.

— Mam nadzieję, że się nie wycofasz — odezwała się po pewnym czasie.

Delfholt ponownie na nią zerknął.

— Z czego miałbym się wycofać? — wymamrotał, gdy zorientował się, że nie zamierzała powiedzieć nic więcej.

— W nocy obiecałeś, że znajdziesz tych, którzy zabili Salinę… — urwała, wpatrując się w drewniany blat stołu. — Wiem, że dla ciebie to jedna z wielu spraw, ale ona była moją najlepszą przyjaciółką, więc…

— Z niczego się nie wycofuję — oznajmił, czym sam siebie zaskoczył.

Twarz Valerii rozpromienił szeroki, szczery uśmiech, a błękitne oczy zalśniły. Wyglądała tak zjawiskowo, że z trudem oderwał od niej wzrok. Nerwowo rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu jakiegokolwiek alkoholu, jednak nie dostrzegł żadnej flaszki.

— Dziękuję. — W przypływie radości odruchowo dotknęła jego dłoni i niemal natychmiast cofnęła rękę.

Gest ten sprawił, że sierżant na moment znieruchomiał.

— Masz jakiś pomysł, czy realizujemy mój? — zapytała podekscytowana.

— Ja już nie mam pomysłu na tę sprawę — przyznał z westchnieniem — i, szczerze mówiąc, nie wiem, jaki jest twój, więc ciężko mi teraz stwierdzić…

— Faktycznie — weszła mu w słowo — przecież nic nie pamiętasz. — Odsunęła od siebie talerz i sięgnęła po kubek z aromatycznym ziołowym naparem. — Podejrzewam, że Salina została zamordowana przez czterech mężczyzn.

— Przez młodego Breuera i jego kompanów — wtrącił. — Czwartego nie… — zamilkł, żałując, że w ogóle się odezwał.

— Nie — zaprzeczyła z przekonaniem. — Mężczyźni, z którymi spotkała się po wyjściu od Breuera, najprawdopodobniej nie są z Gustov, a na pewno nie należą do żadnej z gildii przestępców.

— Yhm… — mruknął. — Coś jeszcze?

— Mają około trzydziestu, może czterdziestu lat. Jeden z nich to elf.

— Elf? — zdziwił się sierżant.

— Tak — potwierdziła. — A najciekawsze jest to, że ponoć dowodził tą grupą…

— Chwileczkę. — Wyprostował się i założył ręce na piersiach. — A skąd ty właściwie masz te wszystkie informacje?

— Nie mogę powiedzieć — odparła od razu. — Nie dociekaj, proszę. Naprawdę nie mogę o tym mówić.

Albrecht przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, po czym powoli skinął głową.

— Jeśli mamy ich znaleźć, potrzebujemy więcej szczegółów — stwierdził.

— Niestety z tym jest problem, ale chyba wiem, jak można go rozwiązać. — W jej oczach pojawił się błysk.

— Słucham — zachęcił ją śledczy.

— W naszym mieście rezyduje czarodziej z Kolegium Śmierci — oznajmiła z zapałem. — Nie domyślasz się, do czego zmierzam?

— Wybacz, trochę boli mnie głowa, a to zawsze odbiera mi zdolność jasnowidzenia. — Po twarzy Albrechta przemknął lekki uśmiech.

Valeria zaśmiała się dźwięcznie.

— Słyszałam, że potrafi kontaktować się z duchami. Gdyby udało się porozmawiać z Saliną, dokładnie opisałaby tych zwyrodnialców.

— Czy ja dobrze cię zrozumiałem? Chcesz przesłuchać ducha? — zapytał z niedowierzaniem.

— „Przesłuchać” to chyba niewłaściwe słowo, ale tak — potwierdziła, patrząc na niego w taki sposób, że przez moment ta koncepcja wydawała mu się genialna.

— Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś — odezwał się po chwili zamyślenia, oparł łokcie na stole i lekko pochylił się w stronę Valerii. — Czy te informacje na temat napastników masz od żywych?

— Tak, ale nie pytaj o nic więcej — poprosiła ponownie. — To naprawdę dobry pomysł — zapewniła, dostrzegając jego sceptycyzm. — Co nam szkodzi spróbować? Jeśli się nie uda, poszukamy innego rozwiązania.

— Sam nie wiem… Muszę się zastanowić. — Znów rozejrzał się po pomieszczeniu. — Masz może coś do picia?

— Oczywiście. — Z uśmiechem podsunęła mu kubek z ciepłym naparem, który stał obok jego talerza. — Proszę. Pomoże na ból głowy.

— Tak… — Westchnął, sięgając po napój. — Dziękuję.

— Więc jak? Idziemy do czarodzieja?

— Chcesz to zrobić dzisiaj? — Odstawił pusty kubek i przetarł usta wierzchem dłoni.

— Pewnie — odparła z entuzjazmem. — Chyba nie ma na co czekać. Domyślam się, że w takich sprawach liczy się każdy dzień. Niestety już straciliśmy mnóstwo czasu.

— Jeśli oni nie mieszkają w Gustov, mogą być daleko — zauważył. — Zdajesz sobie sprawę, że w takim wypadku nie będzie szans na ich znalezienie?

— Nie — zaprzeczyła, kręcąc przy tym głową.

— Nie? — Spojrzał na nią zaskoczony.

— Oczywiście, że nie. Nawet jeśli opuścili miasto, nie rozpłynęli się przecież za murem. Dokądś pojechali, z pewnością z kimś się spotkali. To chyba da się ustalić?

— Niby tak, ale… — zawahał się — to się wiąże z podróżą, być może daleką.

— Coś cię trzyma w mieście? — zapytała, wyraźnie obawiając się potwierdzenia. — Mówiłeś, że masz wolne, więc to raczej nie praca.

Delfholt przez chwilę wpatrywał się w opróżniony kubek. W końcu podniósł wzrok na Valerię.

— Chyba za wcześnie na tę rozmowę. Spotkajmy się najpierw z tym czarodziejem — zdecydował. — Później zastanowimy się, co dalej.


Gdy tylko opuścili kamienicę, Valeria dość nerwowo rozejrzała się dookoła. Choć sierżant to zauważył, powstrzymał się od komentarza.

W milczeniu przemierzali kolejne wąskie uliczki, aż dotarli do jednej z głównych dróg Gustov. Zanim na nią weszli, kobieta chwyciła Albrechta za rękę i wciągnęła go w zaułek. Popatrzył na nią zdziwiony, a wtedy przyłożyła palec do ust, po czym wyjrzała zza budynku na niewielki plac, który przed chwilą opuścili.

— Co się dzieje? — wyszeptał śledczy.

— Nie wiem. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi.

— To tylko wrażenie, czy może kogoś widziałaś? — Zaniepokojony podążył za jej spojrzeniem.

— Wydaje mi się, że widziałam.

— Nie rozumiem.

— Kilka razy szedł za mną mężczyzna. Ukrywał twarz pod kapturem, więc nawet nie wiem, czy to była ta sama osoba. — Wzruszyła ramionami. — Być może to zbieg okoliczności.

— Masz jakichś wrogów, ktoś ci groził? — dociekał.

— Nie, raczej nie. — Ponownie popatrzyła na plac. — Chyba mi się wydawało… Chodźmy do tego czarodzieja.


Valeria zatrzymała się w pobliżu cmentarza, naprzeciwko zaniedbanego, dość dużego domu.

— To tu? — zapytał Delfholt, przyglądając się częściowo pousychanym drzewom rosnącym w ogrodzie.

— Ten adres mi podano — odparła.

— Zawsze sądziłem, że magowie sporo zarabiają i lubią przepych, a ten budynek wygląda, jakby wkrótce miał się rozsypać. Dziwne…

— Jeśli to pomyłka, zaraz się tego dowiemy. — Śmiało ruszyła przed siebie.

Podeszła do dwuskrzydłowych drzwi i chwyciła za ciężką, metalową kołatkę w kształcie czaszki. Niemal w tym samym momencie wrota otworzyły się, skrzypiąc przy tym niezwykle głośno.

Przestraszona kobieta gwałtownie się cofnęła, przez co wpadła na sierżanta. Ten z trudem zachował równowagę i odruchowo objął ją ramieniem.

— Zapraszam… — usłyszeli złowrogi głos dochodzący ze środka.

Brzmiał tak nieprzyjemnie, że Valeria zadrżała. Pełna obaw spojrzała na Albrechta, który ogromnie żałował, że nie wziął ze sobą broni.

— Zaczekaj — polecił towarzyszce. — Sprawdzę, co tu się dzieje. — Puścił ją i, rozglądając się, powoli przekroczył próg domu.

Dopiero po chwili jego wzrok przyzwyczaił się do nienaturalnej ciemności i dostrzegł bladego, wychudzonego człowieka odzianego w czarne, obszerne szaty. Stał z lśniącą kosą w ręku kilkanaście kroków od wejścia.

— Czemu zawdzięczam tę wizytę? — zapytał beznamiętnie mężczyzna.

— Szukamy czarodzieja z Kolegium Śmierci — wyjaśnił śledczy, nawet na moment nie tracąc czujności.

— Czego ode mnie chcecie? — Poruszył się nieznacznie, a na korytarzu zrobiło się nieco jaśniej.

— Słyszeliśmy, że potrafi pan rozmawiać ze zmarłymi — powiedziała Valeria.

Zaskoczony jej obecnością Delfholt obejrzał się za siebie, po czym błyskawicznie odwrócił się w stronę budzącego grozę maga.

— Potrafię — oznajmił czarodziej, z umiarkowanym zaciekawieniem przyglądając się gościom. — Podejdź bliżej — zwrócił się do kobiety.

Sierżant wyciągnął rękę, by ją powstrzymać, gdy przechodziła obok niego, ale w ostatniej chwili zrezygnował i ledwie musnął jej ramię. Nawet tego nie zauważyła, skupiając swoją uwagę na magu.

— Nazywam się Velhor. — Wyciągnął kościstą dłoń.

— Valeria. — Podała mu rękę i poczuła chłód jego ciała. — Moja przyjaciółka została zamordowana. Niestety nie wiemy, kto to zrobił. Pomyślałam, że pan mógłby zapytać ją o morderców.

Czarodziej pokiwał głową i przez chwilę wpatrywał się w kobietę. Jego dziwne spojrzenie nieco ją peszyło, jednak nie spuściła wzroku.

— Masz jakiś przedmiot należący do zmarłej? — zapytał.

— Tak — potwierdziła. — Ale nie przy sobie — dodała niemal od razu.

— Bez tego nie będę w stanie nic zrobić. Przynieś go jak najszybciej. Jeśli macie dość pieniędzy, zajmę się tym jeszcze dziś w nocy — zadeklarował.

— Ile to będzie kosztowało? — zainteresował się Albrecht.

— Piętnaście sztuk złota — oznajmił Velhor.

— To przecież majątek! — uniósł się śledczy.

— Jeżeli cena wydaje się wam zbyt wygórowana… — zaczął czarodziej.

— Nie — zapewniła Valeria. — Jeszcze dziś przyniosę pieniądze i coś, co należało do Saliny.

— Będę na ciebie czekał. — Mag uśmiechnął się, co w jego wykonaniu wyglądało dość groteskowo.


— Potrafisz otwierać zamki? — zapytała Valeria, gdy tylko wraz z Delfholtem opuścili dom czarodzieja.

— Zależy jakie. — Obejrzał się na budynek.

— Chodzi o drzwi.

— Wystarczy porządnie kopnąć. — Spojrzał na nią.

— Chyba nie, bo potem nie da się ich zamknąć. Myślałam raczej o wytrychach czy czymś podobnym — wyjaśniła.

— W tym ci nie pomogę. A właściwie gdzie ty chcesz się włamywać?

— Do mieszkania Saliny.

— I mówisz o tym strażnikowi miejskiemu? — Pokręcił głową z lekkim rozbawieniem.

— Zdaje się, że masz teraz wolne, więc mogę. — Puściła do niego oko. — Ale skoro nie jesteś w stanie mi pomóc, powinniśmy się teraz pożegnać.

Popatrzył na nią nieco zaskoczony.

— Muszę znaleźć jakiegoś włamywacza, a on z pewnością nie chciałby popisywać się swoimi umiejętnościami przed stróżem prawa. Zrobiło się późno, więc przyjdę do ciebie jutro rano, dobrze?

— Chcesz iść sama do tego czarodzieja? — zapytał. — Nie wiem, czy to dobry pomysł. Ten facet wygląda podejrzanie.

— Spokojnie, poradzę sobie — zapewniła. — Do zobaczenia. — Uśmiechnęła się na pożegnanie i skręciła w boczną uliczkę.

Sierżant przystanął, by popatrzeć, jak odchodziła. Dopiero gdy zniknęła mu z pola widzenia, ruszył w kierunku karczmy.

Rozdział 6

Zirytowana Valeria po raz kolejny pukała do drzwi domu Delfholta. Nasłuchiwała, jednak, podobnie jak poprzedniego dnia, ze środka nie dochodziły żadne odgłosy.

Nie zamierzała tracić więcej czasu. Odeszła kilka kroków od budynku, by popatrzeć kolejno na wszystkie frontowe okna, które niezmiennie pozostawały zamknięte. W końcu dosiadła pożyczonego wierzchowca i skierowała się w stronę północnej bramy Gustov.


Późnym popołudniem zbliżała się do celu. Z każdą chwilą coraz wyraźniej widziała ludzi krzątających się po posiadłości należącej do hrabiego Leopolda Bischofa. Kilku z nich przerwało swoją pracę i zaczęło przyglądać się kobiecie, gdy zorientowali się, że zmierzała w ich kierunku.

Valeria minęła wszystkich, nie poświęcając im uwagi. Zatrzymała się dopiero pod okazałym domem i tam zsiadła z konia. Zanim ruszyła do drzwi, pojawił się w nich mężczyzna w średnim wieku, w uniformie typowym dla sługi.

— Dzień dobry. — Wyszedł jej naprzeciw.

— Dzień dobry — odpowiedziała z uśmiechem. — Chciałabym spotkać się z hrabią Bischofem. Zastałam go?

— Tak — potwierdził. — Hrabia obecnie przebywa w ogrodzie. Zaprowadzę panią — zaproponował uprzejmie.

— Dziękuję — dotknęła dłonią jego ramienia — trafię. — Nie czekając na reakcję służącego, poszła na tyły domu.

Po chwili dostrzegła Leopolda siedzącego na ławce w pobliżu niewysokiego drzewa obsypanego jasnoróżowymi kwiatami. Popijał wino z eleganckiego kielicha i w zamyśleniu spoglądał w dal. Poczuła, że jej serce zaczęło mocniej bić. Na moment przystanęła, zerknęła na swoją koszulę i palcami przeczesała blond loki, które nieco się zmierzwiły podczas podróży. Wtedy sługa ją wyprzedził, pospiesznie zmierzając w stronę pana. Dopiero gdy zostało mu zaledwie kilka kroków do ławki, Bischof zwrócił na niego uwagę. Prawie natychmiast przeniósł wzrok na zbliżającą się kobietę, wstał i oddał służącemu puchar. Powiedział coś do pracownika, po czym ten nieznacznie się skłonił i ruszył w kierunku domu.

Hrabia uśmiechnął się, gdy rozpromieniona Valeria zatrzymała się przed nim.

— Ogród wyraźnie wypiękniał od mojej ostatniej wizyty — stwierdziła.

Leopold rozejrzał się odruchowo.

— Zarządca w końcu zatrudnił ogrodnika, który zna się na rzeczy. — Zmierzył ją wzrokiem. — Wyglądasz jak zwykle olśniewająco. Co cię…

— Dziękuję — przerwała mu, postąpiła krok do przodu i stanęła na palcach, by go pocałować.

Nieznacznie odwrócił głowę, przez co jej usta dotknęły policzka.

— Nic się nie zmieniłeś — wyszeptała niezrażona, delektując się zapachem drogich perfum Bischofa.

— Minęło zbyt wiele lat, bym mógł uwierzyć w te słowa. — Odsunął się od niej. — Co cię do mnie sprowadza? — Gestem wskazał ławkę, a gdy Valeria usiadła, zajął miejsce obok.

— Wiem, że dawno się nie widzieliśmy i jest mi trochę niezręcznie… — przyznała. — Potrzebuję pomocy. — Spojrzała w jego szarobłękitne oczy, uśmiechając się przy tym uroczo.

— Chętnie pomogę, jeśli tylko będę w stanie — zapewnił. — Czego ci trzeba?

— Muszę wyjechać i ta podróż prawdopodobnie trochę potrwa… Potrzebuję wierzchowca — powiedziała nieśmiało. — Nie znam nikogo, kto mógłby pożyczyć mi konia na dłużej, a…

— Nie ma problemu.

— Naprawdę? — Wyraźnie się ucieszyła. — Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. — Przysunęła się bliżej, by go pocałować, a wtedy on chwycił ją za ramiona i odchylił się nieco do tyłu, tym samym zwiększając dystans między nimi.

W jej lśniących oczach dostrzegł niezrozumienie.

— Sporo się zmieniło. — Uwolnił ją z uścisku. — Ożeniłem się.

— Rozumiem… — Spuściła wzrok. — Wybacz, nie wiedziałam… — tłumaczyła zmieszana. — Nie chciałam… — Wstała, nie patrząc na niego. — Chyba nie powinnam była tu przyjeżdżać… — Zamierzała ruszyć w stronę domu, jednak w ostatniej chwili złapał ją za rękę i delikatnie pociągnął, sugerując tym samym, by z powrotem usiadła.

— Nie zachowuj się, jakbym ci oznajmił, że zostałem wampirem. Mam żonę, ale to nie znaczy, że ci nie pomogę. Co to za podróż? — zapytał. — Dokąd się wybierasz?

Spojrzała na niego niepewnie, a on zachęcił ją do odpowiedzi skinieniem głowy i uśmiechem, któremu nigdy nie potrafiła się oprzeć. Jej serce znów mocniej zabiło.

— Jeszcze nie wiem — odparła. — Ktoś dopiero ma mi wskazać kierunek. Na razie wiem tylko tyle, że to może być długa podróż.

— Przyznam, że brzmi to dość dziwnie. Jeśli nie chcesz mówić o szczegółach…

— Nie, nie o to chodzi. Chętnie ci o wszystkim opowiem. Może słyszałeś o tym, że Salina, ta moja przyjaciółka, została zamordowana?

— Nie — zaprzeczył — nic mi o tym nie wiadomo. Przykro mi.

— Śledczy ze straży nie znaleźli zabójców, a ja nie mogę tak zostawić tej sprawy.

— Chcesz ich szukać na własną rękę? — zdziwił się.

— Tak. — Pokiwała głową. — Wiesz, jak była mi bliska, jak bardzo mi pomogła… — zamilkła na moment, wpatrując się w ziemię. — Po prostu muszę to zrobić.

— Rozumiem. — Chwycił ją za dłoń i uścisnął delikatnie. — Mam tylko nadzieję, że nie zamierzasz robić tego sama. Jeśli potrzebujesz pieniędzy na najemników, możesz na mnie liczyć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.