E-book
15.75
drukowana A5
31.78
Praetoriae Cohortes

Bezpłatny fragment - Praetoriae Cohortes


Objętość:
25 str.
ISBN:
978-83-8455-107-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.78

Rozdział 1

Syn Romy

Portal zamknął się niemal natychmiast.

— A więc tak wygląda Rzym. — Zygfryd przyjrzał się uważnie byli na Via Appia.

— Mój dom. — Mariusz podszedł do jednego z murali. — Dawniej miasto Marsa, teraz stolica chrześcijaństwa.

— Z tego co mi wiadomo chcieliście się zmienić. — rzekła Brunhilda/

— Tak… nie jesteśmy dawnymi Rzymianami… wyznajemy Sol Invictus.

— Słońce Niezwyciężone… ciekawe.

Mariusz odwrócił się do nich.

— Rzym zawsze potrzebował jednego światła. Kiedyś był nim Mars, potem Chrystus, teraz znów słońce. Ludzie potrzebują symbolu, który prowadzi ich przez mrok.

— Brzmi znajomo. — Zygfryd dotknął Hakenkreuza na mundurze.

Brunhilda spojrzała na miasto.

— Rzym pachnie inaczej niż Grecja.

— Kadzidłem, kamieniem i krwią. — odparł Mariusz.

Ledwie to powiedział, usłyszeli tętent butów o bruk.

Z bocznej ulicy wyszedł oddział żołnierzy.

Nie byli legionistami.

Ich pancerze były nowoczesne, lecz stylizowane na antyczne kirysy.

Na hełmach mieli czerwone grzebienie, a na naramiennikach złote wilczyce.

Pretorianie.

Na ich czele szedł wysoki mężczyzna o ostrej twarzy i siwych skroniach.

— Mariuszu Valeriusie. — powiedział chłodno. — Syn marnotrawny wraca do domu.

Rzymianin zamarł.

— Kwintus.

— Więc jednak żyjesz. — dowódca kohort spojrzał na pozostałych. — A przyprowadziłeś barbarzyńców.

— Waż słowa. — syknęła Brunhilda.

Kwintus zmrużył oczy widząc jej spojrzenie.

— Kobieta w niemieckim mundurze… i ten drugi też. Watykan będzie zachwycony.

Zygfryd odbezpieczył karabin.

— Nie przyszliśmy do Watykanu.

— Ale Watykan już przyszedł po was.

Za pretorianami rozległ się dźwięk dzwonów bazyliki.

Z uliczek zaczęli wychodzić kolejni uzbrojeni ludzie.

Jedni z symbolami wilczycy Romy.

Drudzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach.

Mariusz pobladł.

— Inkwizycja… — wyszeptał.

Kwintus uśmiechnął się lodowato.

— Rzym ma dziś dwa oblicza.

Jedno należy do cesarzy.

Drugie do Boga.

— I obydwa chcą twojej krwi, kuzynie.

— Nie jesteśmy barbarzyńcami. — Zygfryd.

— Teraz nie jesteście? — Kwintus spojrzał na Niemca. — Władze Europy pozwalają na swobodne działanie Watykanu a wiemy kto rządzi Europą.

— Powiedz jeszcze jedno słowo. — Niemiec przyłożył bagnet do żył. — A zabiję cię własnymi rękami.

Pretorianin spojrzał najpierw na bagnet, potem prosto w oczy Zygfryda.

— I właśnie dlatego wciąż jesteś barbarzyńcą. — odparł spokojnie. — Nie przez krew, lecz przez gniew.

Brunhilda momentalnie zrobiła krok naprzód.

— Uważaj, Rzymianinie. — jej głos był chłodny jak stal. — On naprawdę to zrobi.

Kwintus przeniósł wzrok na nią.

— W to akurat wierzę. Widać po nim szał, który ledwie trzyma na łańcuchu.

Mariusz wszedł między nich, wyciągając rękę.

— Dość. Jeśli zaczniemy walczyć tutaj, pół miasta będzie o tym wiedziało.

Kwintus westchnął.

— Więc posłuchajcie, zanim zrobicie coś głupiego. — wskazał w stronę miasta. — Watykan urządził dziś polowanie.

— Na Wandę. — domyśliła się Brunhilda.

— I na dziewczynkę, która nosi cień Erebu. — dodał ponuro Kwintus.

Zygfryd momentalnie opuścił ostrze.

— Nadia…

— Tak. — potwierdził Pretorianin. — Czarny papież nazwał ją filia tenebrarum — córką ciemności. Dla nich jest znakiem końca czasów.

Mariusz zacisnął pięści.

— Wiedziałem, że posuną się za daleko.

Kwintus spojrzał na kuzyna.

— Nie „posuną się”. Oni już to zrobili. Wanda została pojmana przy murach Leonina.

Zapadła cisza.

Twarz Zygfryda stwardniała.

— Gdzie ją trzymają?

— W podziemiach pod Bazyliką. Dawnych katakumbach, jeszcze starszych niż chrześcijaństwo. — Kwintus zawahał się na moment. — Miejscu, które wasi nordyccy bogowie nazwaliby wejściem do własnego Helheimu.

Brunhilda dotknęła rękojeści miecza.

— Więc idziemy tam teraz.

Kwintus pokręcił głową.

— Jeśli wejdziecie tam siłą, zginiecie.

— To co proponujesz? — spytał Mariusz.

Pretorianin odwrócił się i skinął na swoich ludzi.

— Pretorianie nadal pamiętają, komu naprawdę służyli. Nie bogu z Watykanu, lecz Rzymowi.

Spojrzał na Zygfryda.

— Możemy was wprowadzić do środka.

— A dlaczego mielibyśmy ci ufać? — spytał Niemiec.

Kwintus spojrzał na kopułę bazyliki.

— Bo jeśli Watykan dopadnie dziecko Erebu… nie upadnie tylko Italia.

Odwrócił głowę.

— Upadnie cała Europa.

— No super, musimy ratować państwo, bardzo rzymskie. — rzekł Mariusz z uśmiechem.

— Puśćcie ją! — krzyknął Kazimierz. — Moja córka nic nie zrobiła.

Krzyk Kazimierza odbił się echem od wilgotnych ścian katakumb.

Płomienie pochodni zatańczyły gwałtowniej, jakby sam gniew ojca poruszył powietrze.

Na kamiennym podwyższeniu, pomiędzy kolumnami pamiętającymi jeszcze czasy pogańskiego Rzymu, stała Wanda.

Skuta łańcuchami z czarnego żelaza.

Nadgarstki miała poranione, lecz wzrok wciąż dumny.

Obok niej stała Nadia, otoczona kręgiem kapłanów w białych szatach z czarnymi krzyżami.

Najwyższy z kapłanów odwrócił się powoli.

Jego twarz skrywała złota maska przedstawiająca spokojne oblicze świętego.

— Nic? — spytał lodowato. — Twoja córka chodzi pomiędzy światami żywych i umarłych. Nosi na sobie piętno bogów, których ten kontynent dawno powinien zapomnieć.

— To dziecko! — warknął Kazimierz, szarpiąc kajdany.

— To zagrożenie. — poprawił kapłan.

Nadia uniosła głowę.

— Nie jestem zagrożeniem.

Kapłan spojrzał na nią z czymś na kształt fascynacji.

— Jeszcze nie. Ale Erebus już cię dotknął. Czarnobóg już zostawił na tobie ślad.

Dziewczyna zacisnęła pięści.

— Więc dlatego się boicie.

Wokół rozległ się pomruk niezadowolenia.

Kapłan zrobił krok bliżej.

— Nie boimy się, dziecko. My rozumiemy, czym możesz się stać.

Wanda szarpnęła łańcuchami.

— Zostaw ją, słyszysz?!

Jeden z inkwizytorów uderzył ją kolbą włóczni w bok.

Kazimierz ryknął z wściekłości.

— TKNIJ JĄ JESZCZE RAZ!

W tym samym momencie gdzieś w ciemnym korytarzu katakumb rozległ się stłumiony trzask wystrzału.

Kapłani zamarli.

Drugi strzał.

Potem krzyk.

Kapłan w masce uniósł głowę.

— Co to ma znaczyć?

Z mroku korytarza dobiegł znajomy głos, twardy i zimny.

— To znaczy, że przyszliśmy po swoje.

Z cienia wyłonił się Zygfryd z karabinem gotowym do strzału, obok niego Brunhilda z mieczem, a za nimi Mariusz i pretorianie.

Na widok Wandy oczy Niemca pociemniały.

— Zły dzień na proces, padre.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.78