E-book
20.48
drukowana A5
35.29
Pozorant

Bezpłatny fragment - Pozorant


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8155-824-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 35.29

Początek

Byłem właśnie w drodze do domu, kiedy zadzwonił telefon. Harmonijny dźwięk wyrwał mnie z otchłani myśli. Sięgnąłem po komórkę i spojrzałem na wyświetlacz. Kamil.

— Niech to szlag! — wykrzyknąłem sam do siebie. Ten niesforny kretyn zawsze wie kiedy zadzwonić. Całe życie siedział mi na ogonie. Nim jeszcze się urodził, już wiadome było, kto zostanie czarną owcą w rodzinie. Różnica lat jaka nas dzieli jest prawie niezauważalna. Mimo to, rodzice zawsze widzieli w nim maleńkie dziecko, które nie potrafi samo jeść czy się ubrać.

— Halo. — rzuciłem oschle. W międzyczasie zauważyłem, że samochód, który jechał przede mną nagle zaczął hamować. O mały włos udało mi się uniknąć uderzenia swoich fordem w jego zielony, rażący w oczy zderzak. Przekląłem w myślach.

— Halo! — powtórzyłem nerwowo.

— Jesteś tam? — Dodałem, kiedy po drugiej stronie aparatu słychać było jedynie głuchy szum.

Cisza. Nic. Pomyślałem sobie, że po raz kolejny mój kochany braciszek robi sobie ze mnie żarty. Odłożyłem telefon na fotel pasażera i skupiłem się na drodze. Kilkanaście aut znajdujących się przede mną utworzyło korek. Musiałem zwolnić i z prędkości pięćdziesięciu kilometrów na godzinę zredukować do zaledwie dziesięciu. Kątem oka ujrzałem, że zbliżam się do skrzyżowania. Ze względu na ograniczony czas uznałem, że o wiele szybciej dotrę do domu, jeżeli skręcę w lewo. Co prawda, droga jest wówczas dłuższa o kilka kilometrów, ale pokonując ją odpowiednią prędkością na pewno zaoszczędzę sobie paręnaście minut niż gdybym czekał aż sznur poustawianych jeden za drugim aut przemieni się w oddzielne jednostki, które łączyć będzie jedynie identyczna prędkość jazdy. Przez CB-radio jakiś mężczyzna informował dołączających się do korka kierowców o tym, że całe zamieszanie zostało spowodowane przez wypadek. Podobno właściciel zmasakrowanego samochodu stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w przydrożne drzewo. Inny użytkownik nadajnika twierdził, że pechowiec zmarł na miejscu.

— Heh. — Parsknąłem jednoznacznie. Skąd osoba rozgłaszająca takie plotki, zupełnie niczym nie poparte, mogła mieć takie informacje? Wypadek musiał zdarzyć się nie dawno. W oddali nie rzucały się w oczy policyjne światła, nie było też słychać syreny karetki pogotowia, nie wypominając już o straży pożarnej. Jedyne co podrażniało moje uszy to klaksony niecierpliwych uczestników trasy. Dostosowując się do zasad ruchu drogowego zatrzymałem się przed skrzyżowaniem. Nie było ono w żaden sposób oznakowane. Najwyraźniej władzom żal było przeznaczyć jakąś część ofiarowanych przez państwo funduszy na postawienie sygnalizacji świetlnej, bądź jakiegoś chociażby lustra drogowego. Widoczność była ograniczona. Zdecydowanie się na manewr skrętu zawsze wiązało się z niepewnością. Miasteczko przez które przejeżdżałem liczyło sobie około dziesięciu tysięcy mieszkańców. Przez to, że lokalizowane było ono po środku głównej trasy do miasta będącego stolicą województwa, zawsze około ósmej rano i piętnastej po południu panował tutaj tłok. Ludzie jechali do szkół czy prac, później z nich wracali, burząc w ten sposób ciszę jaka zazwyczaj towarzyszyła temu miejscu. To tak jakby przez spokojną, oddaloną od cywilizacji wioskę, codziennie w określonych godzinach przebiegało stado rozwścieczonego bydła. Wszystkie budynki, sprawiające wrażenie opuszczonych i zaniedbanych, usytuowane były ciasno obok siebie. Nawet odrestaurowanie obiektów i nadanie im błyskotliwych, barwnych kolorów nie sprawiło, że było ono piękniejsze. Spacer nocą po tym terenie, można by porównać do sceny z jakiegoś kiepskiego thrillera, kiedy to główny bohater idzie przez zaklęte ulice. Przerażająca atmosfera i efekty dźwiękowe dają odbiorcy do zrozumienia, że za kilka chwil aktor zostanie zaatakowany nożem przez zamaskowanego sprawcę. Jednak ku zdziwieniu wszystkich, zza rogu ulic nic się nie pojawia, a kiepskie manipulacje dźwiękowe jedynie trzymały widza w bezsensownym napięciu. Rozejrzałem się w lewo, potem w prawo, następnie znowuż w lewo. Nie spostrzegłem, aby ktokolwiek miał zamiar przejeżdżać, przycinając mi tym samym drogę, więc nacisnąłem pedał gazu i lekkim ruchem obracałem okrągłym kółkiem w zaplanowaną stronę. Minąłem kilka sklepów odzieżowych, z daleka na poziomie horyzontu zarysowywał się wyraźnie kształt kościoła. Został on wzniesiony na wzgórzu, co tylko potęgowało jego rozmiary. Nieliczni przechodnie uważnie mi się przyglądali. Czułem się przez to skrępowany. Irytowało mnie, kiedy ktoś się aż tak szczegółowo przypatrywał. Odwróciłem pośpiesznie głowę i po raz kolejny zwiększyłem prędkość. Przede mną nie znajdowało się żadne auto, dlatego też mogłem pozwolić sobie na nie przepisową jazdę. W najgorszym przypadku dostałbym mandat od policji za przekroczenie prędkości o jakieś trzydzieści kilometrów na godzinę. Udało mi się nareszcie rozwiązać labirynt uliczek i znalazłem się na trasie, której koniec zlewał się z jasnoniebieskim niebem. Uchyliłem szybę, by do wnętrza mojego auta, po brzegi wypełnionego wonią dymu papierosowego wpełzło nieco świeżości. Sięgnąłem prawą ręką po miętową gumę do żucia i włączyłem radio z nadzieją odsłuchania kilku standardowych piosenek. Miałem dosyć urywków słów innych kierowców, które formowały się w jeden wielki, niezrozumiały szum. Promienie słońca raziły w oczy z taką zawziętością, jakby chciały dać mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziany na polu ich zasięgu. Zlekceważyłem je, uchylając osłonę przeciwsłoneczną.

Przed oczami malował mi się dość pokaźny, zbudowany z białej cegły dom. Czerwona blacho-dachówka kontrastowała z przeważającym odcieniem. Patrząc z daleka na budowlę, śmiało można było stwierdzić, że nie różni się ona niczym od sąsiadujących domów. Brama wjazdowa, którą wyjeżdżając zostawiłem otwartą, była nienaruszona. Ostrożnie zaparkowałem przed garażem. Podwórze, pomimo tego iż nie było najmniejsze, nie pozwalało na gwałtowne manewry autem. Większą część terenu zajmowały drzewa owocowe. Po prawej stronie od drewnianego garażu zauważyć można było ogródek, którym z zamiłowania zajmował się mój ojciec. Skrupulatnie dbał o każdą roślinkę, która choć w niewielkim stopniu dawała oznaki życia. Na przeciwko niego stała zrobiona niegdyś przeze mnie i założyciela rodziny huśtawka — chyba jedyna rzecz, którą wykonaliśmy razem. To właśnie tamtego dnia ojciec poświęcił mi najwięcej uwagi. Celebrowałem każdą chwilę z nim spędzoną. Moje zadowolenie z jego towarzystwa mieszało się z równie silnym gniewem i nienawiścią. Skupisko kolorowych kwiatów ozdabiające teren wokół domu to tylko iluzja, która miała dawać do zrozumienia, że mieszkająca tu rodzina niczym nie wyróżnia się od pozostałych. Wysiadłem z auta, zabierając ze sobą zakupy zrobione w drodze powrotnej i kierowałem się do drzwi frontowych. Nim jeszcze zdołałem do nich dotrzeć, poczułem ścisk w żołądku. Stres, który zawładnął moim ciałem spowolnił ruchy. Mimowolnie zacząłem się zastanawiać nad tym, czy powinienem wchodzić do środka. Oczami wyobraźni widziałem czarny obłok, który unosi się nad budynkiem. Jakby nadprzyrodzone zjawisko sygnalizowało, że czas beztroski i dobrego nastroju dobiegł końca. Postanowiłem jednak wejść do wnętrza domu, by przekonać się, czy to co podpowiadał mój umysł miało jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Chwyciłem za klamkę. Drzwi uchylone zaledwie na kilkanaście centymetrów uwolniły dźwięk kobiecego płaczu i tłumione emocje. Odniosłem wrażenie, jakby wszystko to, co niewidoczne dla oka zostało na siłę wepchnięte do przedsionka i zamknięte na wszelkie możliwe sposoby. Atmosfera przytłaczała na tyle, że racjonalne myślenie nie było możliwe. Ciekawość wzięła górę nad wszystkim, co do tej pory zawsze robiłem przekraczając próg domu. Pośpiesznie skierowałem się do salonu, skąd jak mi się wydawało, dobiegały niepokojące szlochy mojej matki i przytłumiony męski głos, próbujący podnieść ją na duchu. Torbę z zakupami niestarannie upuściłem w progu. Dzięki sztucznemu oświetleniu i poszczególnym promieniom zachodzącego już mozolnie słońca, wyraźnie ujrzałem postać swojej matki wtulonej w ojca. Miała ona ponad pięćdziesiąt lat. Jej niechlujnie ułożone włosy i rozpływający się makijaż oczu dawał do zrozumienia, że pogrążona jest w otchłani rozpaczy. Ubrana była w szary sweter, kilka rozmiarów za duży. Przez to nie podkreślał on kruchej figury, a jedynie pozorował ochronę przed wiatrem. Materiał granatowych spodni na wysokości kolan był mokry, od spadających na niego łez. Jej ciało drżało, a słowa były nie wyraźne.

— Co się stało? — zapytałem zdumiony widokiem, który miałem przed oczami. Odkąd mieszkam z tymi ludźmi, nigdy nie miałem okazji być świadkiem takiej sytuacji. Gdy pojawiały się problemy, bądź nadmiar emocji uformował tykającą bombę, rodzice wychodzili by porozmawiać i w swojej tylko obecności poddać się chwilom załamania.

— Kamil nie żyje. — wykrztusił mężczyzna, tulący do piersi swoją żonę. Jego niebieskie oczy patrzyły na mnie ze wściekłością. Czerwona koszula tylko podkreślała piekielny wyraz twarzy.

Opadłem na fotel stojący na przeciwko. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w to co nie dawno usłyszałem. Wiadomość o śmierci młodszego brata brzmiała równie niewiarygodnie jak całe wydarzenie, którego byłem świadkiem.

— Ale… jak to? — z trudem wykrztusiłem z siebie. Czułem jak coś zaciska sznur na moim gardle, nie pozwalając przełknąć nadmiaru śliny, który zawsze pojawiał się gdy byłem zdenerwowany.

— Pół godziny temu otrzymaliśmy telefon z policji. Jechał naszym samochodem. Prawdopodobnie stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w drzewo.- Wyjaśnił ojciec. Mama, słysząc te słowa wybuchnęła kolejną lawiną płaczu.

Zbladłem. Patrzyłem na ich łzy, na cierpienie. Zachowywali się, jakby stracili wszystko co mieli. Poczułem ukłucie w sercu. Zrobiło mi się przykro, choć nie wszystkie informacje jeszcze przebrnęły przez oporną ścianę świadomości. Postanowiłem, że zostawię ich samych. Spacerowanie zawsze pozwalało mi się odprężyć. Miałem okazję, aby przeanalizować to, co teraz zwiastowało wywrócenie mojego życia do góry nogami. Wstałem i powolnym krokiem wyszedłem na schody. Wyjąłem z kieszeni spodni paczkę mocnych papierosów. Osłaniając iskrę przed wiatrem, odpaliłem jednego. Ruszyłem w stronę stawu, który oddalony był ode mnie o jakieś osiemset metrów.

Mijałem ludzi, którzy sprawiali wrażenie, jakby panicznie bali się kropel wody spadających z nieba. Pojedyncze, płynne punkciki uderzały o jezdnię, nie wydając przy tym prawie żadnego dźwięku. Gałęzie drzew delikatnie poruszały się, sprawiając, że z mojej perspektywy wyglądało to tak, jakby muskały koniuszkami nadęte, szare chmury. Od czasu do czasu można było usłyszeć szczekanie psa. Jego ochrypły głos kontrastował ze świstem wiatru, przeciskającego się między budynkami. Dźwięk, jaki wydawał przejeżdżający obok mnie samochód wydał mi się nadzwyczaj cichy. Wszystko stało się nagle jednostajne, inne, dziwne, obojętne.

Usiadłem na trawie, skupiając swój wzrok na nie dużym zbiorniku wodnym. Odpaliłem kolejnego papierosa. Próbowałem delektować się smakiem dymu, któremu bez obaw pozwalałem krążyć po płucach. Moje ubranie z minuty na minutę było coraz bardziej mokre. Dreszcze, które przyszywały moje plecy i ramiona próbowały wymusić na mnie odruch, jaki wykonuje pies, gdy chce się otrzepać. Nie udało im się to. Siedziałem nieruchomo, jakby ktoś bez mojej zgody zabetonował moje stopy w ziemi. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to on był tym,,pechowcem” o którym mówili kierowcy na CB-radiu. Myśl, że już nigdy nie zobaczę swojego brata sprawiała, że moja twarz nie była mokra tylko z powodu padającego deszczu. Otaczająca mnie cisza idealnie przyczyniała się do tego, aby wspomnienia znęcały się nade mną, wywierając niepotrzebne poczucie winy. Zawsze uważałem, że ludzie postępują zbyt stereotypowo. W momencie, kiedy uświadamiają sobie, że bliska im osoba już nie wróci, zaczynają mówić o niej w samych superlatywach. Pojawia się żal, współczucie. To tak cholernie sztuczne. Każdy przecież jest świadomy tego, że wypita filiżanka kawy w towarzystwie męża czy żony może być tą ostatnią. Pozostawione na placu zabaw akcesoria nie oznaczają, że dziecko sąsiadów po nie wróci. Ludzie boją się prawdy, nie akceptują jej.

Na siłę próbowałem zahamować napływające wspomnienia, jednak bez rezultatu. Oczami wyobraźni widzę jego, kiedy próbuje ukraść mi pierwszą paczkę fajek. Te wszystkie sprzeczki z rodzicami, gdy błagałem ich, abym nie musiał brać go ze sobą na domówkę mojego przyjaciela. Miliardy przepychanek, kiedy próbował być moją kopią. Nienawidziłem go, zarazem kochając. Rodzice słali mu różami każdą ścieżkę po której kroczył, zabierając ostatnie płatki spod moich stóp. Jego niewielka postura i drobiazgowe ciało, potrafiło przyćmić mnie w każdej sytuacji. Czułem się samotny, do dzisiaj. Dzisiaj cierpienie połączyło nas wszystkich. I jego, kiedy umierał. Chciałbym, aby ten ból ustąpił. Jakaś niewielka część mojego serca straciła sens, wraz z jego odejściem. We wszystkich wspomnieniach z dzieciństwa nagle zrobiła się przezroczysta dziura. Łudzę się nadziejami, że gdy wrócę z powrotem do domu, ujrzę mamę gotującą obiad, tatę oglądającego mecz i Kamila, który spłoszony moim przyjściem, wybiegnie z mojego pokoju. Będzie znowu kłamać, że wcale nie grzebał w moich rzeczach i nie korzystał z mojego komputera. Chłodne ubranie przykleja się do mojego ciała. Czarna bluza z kapturem przesiąknięta wodą, przypomina mi pierwszego kwietnia, kiedy to śmigus-dyngus skończył się dla Kamila nad wymiar nie przyjemnie. Koledzy z jego klasy postanowili dla żartu wepchnąć go właśnie do tego stawu, przed którym przesiaduję od kilkudziesięciu minut. Gdyby nie fakt, że brat nie umiał pływać i mało brakowały, by się utopił, sytuacja miałaby charakter żartobliwy. Jeżeli istniałaby możliwość przyśpieszenia upływu czasu, z pewnością skorzystałbym z niej. Kalendarz wskazywałby właśnie teraz piętnastego kwietnia za dwadzieścia lat. Zmierzch, który sprawiał, że widoczność była coraz słabsza uświadomił mnie, że pora wrócić do domu. Rodzice potrzebowali wsparcia, które byłem w stanie dać im tylko ja.

Cisza, która panowała w bezdusznym pomieszczeniu, skutkowała głośnym piskiem w uszach, słyszalnym tylko dla mnie. Zdziwiłem się. Płacz co prawda ustał, aczkolwiek grobowa atmosfera nadal przypierała z całej siły do ściany. Spojrzałem na ojca, który palił papierosa i pił kawę. Telewizor był włączony, jednakże dźwięk całkowicie wyciszony. Wyglądał jak zahipnotyzowany. Wzdrygnąłbym się, gdybym tylko nie był przyzwyczajony do jego ledwo zauważalnej odmienności.

— Jestem. — oznajmiłem prawie szeptem, by nie zakłócać nadmiernego spokoju, który zapewne nie trwał bez powodu.

— Widzę. Bądź cicho, matka śpi na górze. — odpowiedział nie spoglądając na mnie. Zauważyłem, że rzadko mruga, co przekonało mnie tylko w tym iż jest pogrążony w myślach. Zapewne analizuje teraz całe życie, by tylko stwierdzić ostatecznie, że nic nie mógł poradzić na zaistniałą sytuację, ani tym bardziej cofnąć czasu.

— Chcesz coś do jedzenia? — zapytałem, starając się nawiązać jakiś dialog. Chciałem, aby zwierzył mi się, żeby powiedział co go boli. Odwrócił głowę w moją stronę. Przez dłuższą chwilę nie odpowiedział nic, jakby zastanawiał się jakie sformułowanie będzie najbardziej adekwatne.

— Czy ty kurwa jesteś normalny? Twój brat martwy leży w kostnicy, a ty mnie pytasz czy jestem głodny?! — wykrzyczał, zupełnie zapominając o rozkazie, który całkiem niedawno skierował w moją stronę. Nie odezwałem się. Byłem świadomy tego, że musi wyładować na kimś swoją wściekłość. Rozumiałem to. Odwróciłem się w stronę kuchni, by przygotować sobie cokolwiek do jedzenia. Mój żołądek przez cały dzień nie dostał tego, czego od wczoraj się domagał. Odgłos, który wydobywał się z mojego wnętrza był nie do wytrzymania. Wprowadzał mnie w zakłopotanie kiedy robiłem zakupy i gdy szedłem ulicą. Wyjąłem dwie kromki chleba, posmarowałem je masłem orzechowym i nalałem szklankę mleka. Kamil zawsze jadł taką porcję na śniadanie, choć to nie z tego powodu zdecydowałem się na taką kolację. Poczułem woń palącego się tytoniu.

Każda godzina dzisiejszego dnia niosła ze sobą nowe emocje. Czułem jak resztki energii ulatniają się ze mnie niczym zapach niedomkniętych perfum. Happiness lasts only a moment or two — słowa podsumowujące ostatnie dwadzieścia cztery godziny mojego życia zostały starannie zapisane w dzienniku. Czułem, że zrobiłem już wszystko, czego oczekiwał ode mnie los. Pragnąłem oddać się w ramiona snu.

Rozdział I

— Cześć, Michał. — ochrypniętym głosem powiedziała mama. Siedziała przy stole, pijąc herbatę. Jej czerwone, przekrwione oczy mówiły, że nie przespała więcej niż cztery godziny. Były tak suche, jakby wczorajszego dnia wypłakała cały zasób łez.

— Witaj, mamo. — odrzekłem. Chwilę wcześniej głośny, na pozór radosny śpiew ptaków wyrwał mnie ze snu. Do przyzwoitego funkcjonowania brakowało mi jedynie mocnej kawy i papierosa. Odważyłem się odpalić go w kuchni, gdzie nigdy wcześniej tego nie robiłem. Uznałem jednak, że w zaistniałych okolicznościach nikt nie będzie miał mi tego za złe. Nasypałem trzy łyżeczki zmielonej kawy do czarnego kubka i czekając na zagotowanie się wody, zapytałem:

— Wiadomo już cokolwiek w sprawie śmierci Kamila? — nie byłem pewien czy pytanie jest na miejscu, w końcu wypadek wydarzył się wczoraj. Zdziwiłbym się, gdybym otrzymał jakąś wyczerpującą odpowiedź.

— Nie wiem. Tata pojechał na policję, aby wypytać o okoliczności wypadku. Zwłoki Kamila zostały zabrane na sekcje zwłok… — urwała, po czym wzięła kilka głębokich wdechów, jakby każde wypowiadane słowo kosztowało ją multum siły.

— Prawdopodobnie chcą sprawdzić, czy był pod wpływem narkotyków, bądź alkoholu. — zaobserwowałem jak łza opada powoli po jej policzku. Wyraz twarzy wskazywał na to, że wcale nie miała ochoty, aby jej syn był rozcinany.

— Mogę wam jakoś pomóc? — zapytałem, chociaż byłem pewien, że zostanę zlekceważony, a możliwość jakiejkolwiek pomocy z mojej strony nie zostanie nawet rozważona.

Woda w czajniku osiągnęła już maksymalny poziom temperatury o czym poinformował mnie głośny dźwięk, który wytwarzała para wydostająca się przez skromną dziurkę w gwizdku. Szybko zdjąłem go z palnika, po czym zalałem wrzątkiem kubek kawy i czekałem cierpliwie aż się zaparzy.

— Nie. Tata dziś pozałatwia wszelkie formalności. Nie wiem jakbym sobie bez niego poradziła. On jest taki silny…

To prawda. Ojciec zawsze miał niezłomną psychikę, potrafił zapanować nad każdą sytuacją. Domyślam się, że wróci późnym wieczorem. Musi skonfrontować się z prokuraturą, odebrać zezwolenie na wydanie ciała Kamila. Później, po skończonej sekcji zwłok, załatwić od Zakładu Medycyny Sądowej kartę zgonu. W następstwie udać się do Urzędu Stanu Cywilnego po akt i zatrudnić firmę pogrzebową. Cieszyłem się wprawdzie, że nie musiałem tego robić za niego.

— Cały czas mam go przed oczami… Widzę jak robi sobie śniadanie, jak wychodzi do szkoły. Mimo, że to dorosły mężczyzna, w moich oczach zawsze był maleńkim, nieporadnym Kamilkiem… — Jej drżący głos nie brzmiał wiarygodnie. Gdybym nie znał swojej matki i nic nie wiedział o sytuacji w której się znalazła, miałbym wątpliwości czy jej uwierzyć. Czarny ubiór, mina pozbawiona jakichkolwiek pozytywnych emocji i dłonie, które bez chwili przerwy mimowolnie poruszały się nieznacznie w górę i w dół nie pozostawiały cienia wątpliwości, co do autentyczności jej słów.

— Mamo… — odrzekłem. Chciałem jej powiedzieć cokolwiek, co choć w małym stopniu podniosłoby ją na duchu. Nie znalazłem jednak nic adekwatnego. Użycie stwierdzenia mówiącego, że być może Kamilowi lepiej jest po drugiej stronie, byłoby bezsensem. Zaczęłaby wówczas pewnie wymieniać listę rzeczy, które były robione z myślą o szczęściu jej młodszego syna.

Do zaparzonej kawy dolałem mleka i posłodziłem całość dwiema łyżeczkami białych kryształków cukru. Odpaliłem kolejnego papierosa i usiadłem w salonie, włączając telewizję. Spojrzałem jeszcze kątem oka na rodzicielkę. Próbowałem zorientować się, czy na jej twarzy pojawił się grymas spowodowany nieprzestrzeganiem przeze mnie zasad obowiązujących do tej pory w domu. Najwyraźniej wszystko stało się dla niej obojętne. Poniekąd, nic w tym dziwnego. Skupienie się na programach, które emitowane były w telewizji nie przyszło mi z taką łatwością jak się spodziewałem. Wciąż czułem toczącą się we mnie wojnę między wspomnieniami i wyrzutami sumienia a zdrowym rozsądkiem. Nie chciałem zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Równocześnie nie wyobrażałem sobie, aby paranoja zaburzała jakkolwiek racjonalne myślenie.

Czas upływał nad wymiar wolno, a natłok wizualizujących się chwil skutkował pulsującym bólem głowy. Sięgnąłem wgłąb drewnianej komody po tabletkę, której zadaniem było uśmierzenie nieprzyjemnego uczucia. Doszedłem do wniosku, że bezczynne siedzenie na kanapie nie działa na mnie najlepiej. Pragnąłem oderwać się od rzeczywistości, nie widzieć już tej czarnej, ogromnej, wciąż rosnącej chmury czarnego dymu, który po obtuleniu swej ofiary sprawiał, że było jej źle. Przypomniałem sobie o planowanym tydzień temu sprzątaniu pokoju i auta. Skierowałem się ku drewnianym schodom, które prowadziły na pierwsze piętro domu. Za trzecimi drzwiami po prawej stronie kryła się moja oaza. Otworzyłem je delikatnie. Rozejrzałem się w zwolnionym tempie, dzięki czemu udało mi się dostrzec bałagan, który wcześniej nie chciał być zauważony. Wróciłem do łazienki, by wyciągnąć z białej szafki znajdującej się pod umywalką detergenty i papierowe ręczniki. Porządki zacząłem od wytrzepania i ułożenia pościeli. Na przeciwko łóżka stało dość pokaźnych rozmiarów biurko, na którym znajdował się komputer, telefon i kilka książek. Cztery lata temu skończyłem liceum ogólnokształcące. Kamil natomiast, był teraz w ostatniej klasie technikum, miał w planach przystąpienie do matury. Marzył o tym, aby zostać w przyszłości geniuszem informatyki. Rodzice byli niesamowicie dumni ze swojego młodszego syna. Starszy, nie charakteryzuje się obszernymi planami na życie, nie ma żadnych ambicji. Ktoś, kto odpowiedzialny jest za obdarowywanie ludzi talentami zupełnie zapomniał o takim kimś, jak Michał. Przez roztargnienie nie pomyślałem o workach na śmieci. Zszedłem więc na dół. W telewizji w dalszym ciągu emitowane były kiepskie produkcje, opowiadające o niekończących się problemach rodzinnych. Spojrzałem na mamę siedzącą w tym samym miejscu, w którym przebywała już od pełnych trzech godzin. Wyglądała tak, jakby ani na minutę nie opuszczała wybranego krzesła. Wydawałoby się, że z ogromnym zaciekawieniem przygląda się krajobrazowi, który można było zauważyć przez okno. Jednak każdy obserwator zgodziłby się ze mną, gdybym stwierdził, że garaż, huśtawka, kilka drzew i skupisko kwiatów to mało interesujący widok. Podchodząc bliżej, wszystko stawało się jasne. Jej oczy przepełnione były otchłanią, lekko zeszklone, nie miały szans na to, aby cokolwiek zobaczyć w odpowiedniej ostrości. Całokształt przedstawiał raczej posąg, ustawiony w kuchni dla ozdoby. Postanowiłem nie wyrywać jej z tego pewnego rodzaju transu. Sięgnąłem jedynie po worki na śmieci i wróciłem tam, skąd przyszedłem.

— Czas pozbyć się tych gratów — powiedziałem sam do siebie, tak cicho, że przez moment zastanawiałem się, czy aby na pewno nie był to głos, rozlegający się w mojej głowie.

Chwyciłem za książki, notatki i wszystkie inne karteczki, walające się bezsensownie po meblu. Nie czytałem nawet tego, co było na nich zapisane. Wsadziłem je niestarannie do dużego, czarnego wora. Spojrzałem na meblościankę, której wyposażenia nie jestem w stanie opisać. Wszystko co się na niej znajdywało było stertą niepotrzebnych nikomu przedmiotów. Wór w ciągu kilku minut stał się prawie pełny. Szafa, obfita w t-shirty, spodnie i bluzy z kapturem wołała wręcz o uporządkowanie ubrań. Niedomykające się drzwiczki sugerowały, że jest tego po prostu za dużo. Wybrałem kilkanaście rzeczy, które z pewnością nie znajdą się już na moim ciele. Kończąc dość ekstremalne porządki, sięgnąłem ręką po odkurzacz. Schowany był za dużą, dwuskrzydłową szafą. Między nią, a ścianą można było dostrzec sporą przestrzeń. Wszystko to przez zakamuflowany płytą kartonowo-gipsową piecyk, nieużywany przez nikogo. Przez swoją obecność zniekształcał kształt prawie idealnego sześcianu. Podłączyłem kabel do gniazdka, po czym uruchomiłem sprzęt. Czyszczenie dywanu chyba jeszcze nigdy nie trwało tak długo. Robiłem to z nadmierną uwagą. Straciłem poczucie czasu. W głowie miałem najzwyklejszą w świecie pustkę. Nie byłem w stanie rozpoznać żadnej myśli. Brązowy dywan, będący prezentem od rodziców, lśnił. Doszedłem do wniosku, że mycie podłogi jest niepotrzebne. Mimo to, popryskałem detergentami panele, w kolorze pnia sosny obdartego z kory. Roztarłem je mopem, tak aby pozorowało to, iż pofatygowałem się podnieść dywan i pod nim również wysprzątać.

Zegarki pracowały o wiele szybciej, kiedy na nie nie patrzyłem. Dzięki temu udało mi się przeżyć kolejne godziny, nie dając się schwytać w całości niewyjaśnionemu zjawisku rozpaczy, które usilnie chciało przejąć nade mną kontrolę. Promienie słońca przestały wdzierać się niezaproszone do mojego pokoju. Usłyszałem męski głos na dole. Domyśliłem się, że to ojciec. Doszedłem do wniosku, że zachowam się o tyle godnie, że zaproponuję mu zrobienie herbaty bądź kawy. Złapałem mocno za worek, wypełniony prawie po brzegi. Wbrew pozorom, był dość ciężki. Zwlokłem się mozolnie schodami na dół, tachając go na plecach. Przy każdym kroku czułem, jak jakaś rzecz z ostrymi kątami, wbija mi się w skórę, powodując przy tym mało przyjemne ukłucia. Zostawiłem bagaż niedaleko schodów, po czym pokierowałem się do kuchni. Słuch mnie nie mylił. Ujrzałem ojca, siedzącego na przeciwko swojej żony.

— Cześć, tato. — rzekłem ostrożnie. Nie byłem przekonany, czy jego odpowiedź będzie w miarę sympatyczna, czy też w dalszym ciągu ma zamiar przelewać swoją wściekłość na mnie.

— Cześć, synu. — powiedział, po czym odwrócił głowę w moją stronę. Wyglądał na na prawdę wykończonego.

Stanąłem, opierając się o ścianę. Wrodzona cecha ciekawości nie pozwoliła mi oddalić się od nich. Chciałem wiedzieć czy dowiedział się czegokolwiek na temat wypadku Kamila.

— Nie uwierzysz, jakie oni zadawali mi pytania.

— Jakie? — zapytała z wyrazem zainteresowania na twarzy mama.

— Wszyscy patrzyli się na mnie jak na jakiegoś wyrodnego ojca, który nie potrafi upilnować własnego dziecka. Miałem wrażenie, że policjant z którym rozmawiałem ledwo się powstrzymał, żeby nie rzucić,,Po co pan dawał auto swojemu dziecku, które ledwo co zdało prawo jazdy” albo,,Pański samochód, pańska wina”. — Kontynuował, nie zważając tak na prawdę na ciekawość mamy, która powoli przeradzała się w gniew i zniecierpliwienie.

— Pytali czy Kamil miał myśli samobójcze, czy coś wskazywało na to, że chciałby się zabić. Po tym jak powiedziałem, że jest to absurdalną bzdurą, chcieli wiedzieć czy miał wrogów, albo kogoś kto chciałby się go, powiedzmy, pozbyć. — uzupełnił swoją poprzednią wypowiedź. Słyszałem, że głos mu się łamał. Ton jakiego używał mówiąc to, wskazywał, że ledwo co powstrzymuje się od przeklinania, czy innych efektów wybuchu złości.

— I co odpowiedziałeś? — spytała mama, wstając ostrożnie z krzesła. Westchnęła, co wskazywało, że faktycznie nie ruszała się z kuchni zbyt często.

— Jak to co?! — rzucił oburzony; Oczywiście, że zaprzeczyłem wszystkiemu — dodał po chwili już nieco spokojniej.

Miałem zaproponować ojcu ciepły napój, ale właśnie mama, zgromadzoną siłę, postanowiła wykorzystać do tego celu. Wrzuciła torebkę herbaty do kubka z napisem,,Najlepszy tata na świecie”, który ojciec dostał na urodziny od Kamila. Domyślam się, że wybór tego akurat naczynia nie był przypadkowy. Nie rozumiałem, co prawda, jaki był w tym sens, ale postanowiłem nie komentować jej zachowania.

— Uważają, że ktoś chciał zabić naszego Kamilka? — zapytała. Spojrzała wówczas ojcu prosto w oczy, błagając jednocześnie, aby nie odpowiedział jej niczego potwierdzającego. Prawda jest taka, że gdyby okazało się, że na prawdę mój młodszy brat narobiłby sobie kłopotów bądź miał wrogów, rodzice nie wybaczyliby sobie, że niczego nie zauważyli. Poza tym połowa winy za ewentualną głupotę zmarłego dwudziestolatka spadłaby na mnie. Przecież jako starszy brat powinienem opiekować się dorosłym, młodszym rodzeństwem do usranej śmierci.

Wyszedłem. Skierowałem się w stronę schodów, by zabrać stojący wór, zapełniony śmieciami. Zamin wypełniłem nim kontener znajdujący się przy garażu, odpaliłem papierosa. Przyglądałem się rzeczom z którymi postanowiłem się rozstać.

Sporo tego. — pomyślałem.

Sprzątanie bywa wyczerpujące, szczególnie jeżeli nie ma się w tej dziedzinie żadnego treningu. Poziom melatoniny wzrósł w moim organizmie niespodziewanie. Nie wiedziałem czy to przez wysiłek fizyczny, co prawda nie wielki, czy też z innego powodu. Z takiej sytuacji są dwa wyjścia: albo naładować się sztuczną energią, czyli kawa lub energy drinki, albo poddać się radom własnego mózgu i iść spać. Tym razem zdecydowałem się na drzemkę. Przemierzając dom, z kuchni usłyszałem:

— Jutro o siedemnastej pożegnanie ciała Kamila. Poinformuj wszystkich, proszę. Ja jestem już wyczerpany. — Chwilę po tym jak zrozumiałem sens słów, dzięki odgłosom kroków, można było przewidzieć, że ojciec kieruje się do sypialni z takim samym zamiarem jak ja do swojej.

Nie zapadł zmierzch, gdy mama zapukała do pokoju. Wiadomości z jakimi do mnie przyszła, były potwierdzeniem tego, że bezbłędnie zrozumiałem słowa ojca.

Rozdział II

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 35.29