E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
11.96
Poznaniacy, tej! cz.1

Bezpłatny fragment - Poznaniacy, tej! cz.1


Objętość:
55 str.
ISBN:
978-83-8155-371-1
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 11.96

Pobierz bezpłatnie

Część I 
Poznaniacy

I

Zawody „Sokoła” to było wydarzenie. Na linii startu podnieceni chłopcy — w ich mniemaniu mężczyźni — z których każdy chciał zdobyć pierwsze miejsce. I ja, pośród nich niczym liliput, czy inne mniejsze i słabsze stworzenie, pragnące wszelako tego samego. Logika i statystyki kazały jednak przypuszczać, że zwycięstwo przypadnie Antoniemu — najsilniejszemu, a są i tacy, którzy twierdzą, że i najprzystojniejszemu spośród skautów.

Przystojny, czy nie, od kiedy sięgam pamięcią, to on zwyciężał zawsze w zawodach Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, gniazdo poznańskie. Ale dzisiaj miało się to zmienić.

Wrony poderwały się z krzykiem przerażenia, gdy major Kaleta wstrzelił z pistoletu startowego, a my wraz z nimi, ruszając co sił w nogach po zwycięstwo. Ich oburzone krakanie przekrzykiwało unoszące się jeszcze między drzewami echo wystrzału, zagłuszało nasze krzyki, kiedy łokcie wbijały się nam w żebra, kiedy jeden lub drugi podczas tej przepychanki na stracie przewracał się w błotnistą ziemię.

I mnie może ktoś potrącił, popchnął, wbił mi łokieć w żebra. Lecz nie pamiętam i nie miało to znaczenia. Całe moje skupienie było w nogach. A celem było zwycięstwo. Nogi miały przebierać jak najszybciej i tylko to się liczyło. Ani zmęczenie, ani ból nie miały znaczenia. Tylko wiatr we włosach. Dopingujące nas okrzyki. Mokry szelest żółtych liści pod stopami. Pluskanie błota. Ciężki, lecz równomierny oddech.

Kątem oka dostrzegam innych skautów, biegnących w swoich mundurach o kolorze zgniłej zieleni. Jedni mają zaciśnięte zęby, jak gdyby podnosili ciężary, inni wytrzeszczone oczy i wywalone języki. Lecz nie wolno mi się śmiać. Skupienie! Daję z siebie wszystko. Lewa noga, prawa! Znowu lewa i raz jeszcze prawa! Ale szybciej, rytmicznie i szybko. Ja niby wiem, że i tak nie wygram, ale zależy mi tylko na jednym: Nie chcę przegrać.

Oni są silniejsi — z natury. Są lepiej przygotowani — ze względu na kulturę. I bardziej żądni zwycięstwa — choć nie wiem, czy tu decyduje natura, czy kultura. Jednak ja, czy to w związku z moją naturą, czy też z wychowaniem, nie zamierzam przegrać. I głód zwycięstwa też nie jest mi obcy. Zatem przebieram nogami. Lewa, prawa. Tylko że szybciej.

Najbardziej zależy mi na tym, aby przebierać nogami nie szybciej od nich, ale szybciej od siebie. Szybciej od swojego umysłu. Szybciej od mojej woli. Aby zwyciężyć ze sobą! Aby nie stać się niewolnikiem własnych ograniczeń. Moje samopoczucie, moja niechęć, moje „nie-chce-mi-się” nie może być lepsze ode mnie. Jesteśmy niewolnikami Niemiec, nie możemy być niewolnikami własnych słabości. Zatem jeszcze szybciej, jeszcze mocniej i wyprzedzam kolejnego skauta.

Przede mną już tylko Antoni. Ale on ma tak samo silne zaparcie aby zwyciężyć jak ja. Słyszę już jego ciężki oddech. Widzę jego umięśnione ciało, pracujące na pełnych obrotach, przebierające nogami z całych sił, aby zwyciężyć. Jest co najmniej dziesięć centymetrów wyższy ode mnie i ma z pięć kilo mięśni więcej niż ja. Jest też zawzięty i, kiedy dojdzie wreszcie do powstania, o którym się szepce tu i ówdzie, będzie niewątpliwym bohaterem.

Ja zdecydowanie nie mam szans, aby stać się bohaterem, ale wciąż mogę wygrać ten bieg.

Przepraszam, kłamię. Wygrać go nie mogę. Ale mam szansę go nie przegrać. Mogę jeszcze się trochę przyłożyć. Mogę przyspieszyć, choć ledwo łapię oddech. Mogę jeszcze, choć odrobinkę, wydłużyć krok, aby stanąć na równi z Antonim. I może wtedy ktoś spojrzy na mnie z innej perspektywy i nie będzie mnie oceniał za to kim jestem z urodzenia, ale za to, co robię.

Oddech jest coraz cięższy, a nogi zdają się być workami z piaskiem. Jeszcze tylko kilka metrów i upragniona meta. Antoni przyspiesza. Przyspieszam i ja! Aż czapka spada mi z głowy. Ale on przebiega metę pierwszy. Ludzie podskakują, wiwatują i gratulują mu. A ja słyszę tylko jedno:

— Zofia! Na Boga, to bieg dla mężczyzn!

Major Kaleta podnosi moją czapkę i podchodzi do mnie. Stoję zdyszana przed nim, pochylona, z rękoma opartymi na kolanach. Warkocz opada mi na ramiona. Podnoszę wzrok i patrzę na niego. Widzę, że on widzi moją zgrzaną, spoconą twarz. Widzi mój uśmiech, kiedy zasapana podnoszę głowę ku niemu. Moje włosy opadają mokrymi kosmykami na czoło i czerwone policzki. A oczy śmieją się tak bardzo jak usta.

Major udaje oburzonego. Może ze względu na pełnioną funkcję musi być rzeczywiście oburzony. Choć w jego oczach dostrzegam rodzaj podziwu, śmieją się i aprobują mnie. Docenia mnie, nie mam wątpliwości — przecież przegoniłam cały jego zastęp. Poza Antonim oczywiście. Ale on jest niezmordowany.

— Zofio, macie przecież własne zawody w waszych kółkach — mówi major, stojąc wyprostowany, kładąc dłonie na biodrach, patrząc na mnie z góry tym swoim wzrokiem oburzonym a zachwyconym.

Tak, myślę sobie, wiązanie bandaży i tamowanie krwi. Też mi zabawa. Albo to uciążliwe dążenie wszystkich skautek, żeby zajmować się sierocińcem i uczyć polskie dzieci rodzimego języka. Banda piszczących panienek na widok mężczyzny w mundurze. Co to, to nie, panie majorze — myślę sobie.

— I tak pan wie — dyszę — że jestem lepsza od nich wszystkich — podnoszę się, prostuję. Też kładę dłonie na biodrach i wypinam pierś. — To jest niesprawiedliwe, że kobiety nie mają takich samych praw jak mężczyźni.

Major Kaleta się śmieje. Ale mi nie jest do śmiechu, a jego śmiech uważam za wulgarny i bezczelny. Jakbym powiedziała coś zabawnego!

— W cywilizowanych krajach skandynawskich kobiety mają prawa wyborcze — mówię, wchodząc mu w śmiech.

— W Rosji bolszewickiej mają, dziewczynko droga — dwa ciosy otwartą dłonią w twarz w jednym zdaniu! I to ze śmiechem na ustach. Że niby jestem socjalistką! I że niby małą dziewczynką!

Czuję, jak łzy napływają mi do oczu, ale zaciskam zęby. Nie dam mu tej satysfakcji. Nie rozpłaczę się.

— Widzę, że major nie wie, że w Polsce też już kobieta ma prawa wyborcze!

Ha! Widzę, że nie wie. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, zastanawia się, czy blefuję, czy mówię prawdę.

— Widocznie Piłsudski też jest bolszewikiem — mówię i odwracam się na pięcie.

— To socjalista, a nie bolszewik! — woła desperacko za mną, ale udaję, że go nie słyszę i idę przed siebie.

Udowodniłam mu, że kobieta jest lepsza od mężczyzn. I cokolwiek nie powie, i jak bardzo nie będzie się śmiał, i jak usilnie nie będzie próbował mnie lekceważyć, nazywając bolszewikiem i dziewczynką, ja udowodniłam swoje, a on to widział. I on to wie. Choć duma nie pozwala mu się do tego przyznać.

Duma jest przyczyną każdego zła — mawia moja babcia. Przez dumę nie można się porozumieć. Nie można nawiązać dialogu. Zwłaszcza przez zranioną dumę. Duma jest kuzynką pychy, a pycha jest grzechem.

Choć babcia, jak podejrzewam, jest ateistką.

Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak męska duma, ale jeśli tak, to ja chyba jestem nią skażona. Od zawsze czułam się trochę bardziej mężczyzną, niż kobietą. A być może byłam po prostu dumna?

Jak byłam małą dziewczynką, myślałam sobie, że Bogu musiało się coś pomylić. Że to mnie powinien był stworzyć chłopcem, a Hipolita dziewczynką. To Hipolitowi, mojemu starszemu o rok bratu, zwędziłam męski mundur skauta, aby wziąć udział w zawodach. Ale on, gdyby tylko mógł, chętnie by mi go podarował, bo nigdy nie ciągnęło go do skautingu. Brzydzi się brudem, nie lubi owadów i nie czuje się dobrze w dużych grupach ludzi, zwłaszcza męskich.

Ja od zawsze lubiłam się taplać w błocie, wspinać na drzewa, wymachiwać bronią. Nie potrafię usiedzieć na miejscu i robótki ręczne, czy gra na fortepianie, której rodzice chcieli mnie nauczyć, doprowadza mnie do pasji. A Hipolit zupełnie odwrotnie. On by czytał, grał na pianinie a nawet gotował. Nie raz mi powtarzał, że jedzenie to nie zagotowanie pyr i dodanie gzika, ale to wirtuozeria. To jak tworzenie muzyki albo pisanie poezji.

Co on w tym widział? Ja nie wiem. Nie ma chyba nic bardziej żenującego, niż facet w kuchni. A zwłaszcza taki, który nie robi tego za karę, ale z własnej woli.

Hipolit, zanim wyjdzie z domu, przejrzy się z siedem razy w lustrze, czy aby wszystko pasuje, czy wszystko jest idealnie wykrochmalone i wyprasowane. Jego dłonie są miękkie i delikatnie, a on sam pachnie jak perfumeria. A co mnie dziwi najbardziej — wszystkie dziewczęta się w nim kochają. W takim niemęskim typie. Który w dodatku jest moim bratem…

Wracając jednak do mojego największego problemu z dzieciństwa, a mianowicie, że nie urodziłam się chłopcem, a dziewczynką. Nie było to jakieś zwykłe chwilowe postradanie zmysłów, ale naprawdę nie chciałam być dziewczynką. Nie wiem, czy dziecko może chcieć umrzeć, ale jeśli tak, to ja z pewnością pragnęłam śmierci, jeśli nie miałabym mieć możliwości, aby zmienić się w chłopca, o co gorliwie się modliłam.

Któregoś dnia babcia Kazimiera wyczuła moją otchłań rozpaczy, w którą beznadziejnie wpadłam i wpadałam coraz głębiej. Przyszła do mnie do pokoju i usiadła na skraju mojego łóżka, na którym płakałam sobie bezgłośnie.

— Co się stało, córciu? — zapytała tym swoim łagodnym głosem, w którym wyczuwało się szczere zainteresowanie.

— Modliłam się do Pana Boga i Matki Boskiej, że nie chcę być już dziewczynką, tylko chłopcem, ale wciąż jestem dziewczynką — odparłam.

Babcia Kazimiera naturalnie zdziwiła się bardzo moją dziecięcą błyskotliwością, ale nie zaśmiała się. Nie wyśmiała mojej naiwności ani nawet jej nie zignorowała. Podeszła do mojego dziecięcego problemu jakby był to poważny, dorosły problem.

Oczywiście chciała wiedzieć, dlaczego nie chcę być dziewczynką. Powiedziałam jej wszystko zgodnie z prawdą. I że gniewają się na mnie rodzice, kiedy sukienkę sobie ubrudzę, i że zabraniają mi kopać w piłkę, i że każą szydełkować i haftować, a to takie nudne, że można pawia puścić. I że gra na fortepianie to mordęga największa! I że nie chcę nigdy zostać ani mamą, ani gospodynią domową, ani, broń Boże!, pielęgniarką czy freblanką w jakimś przytułku.

— Córciu, ale nie musisz zostać nikim takim — rzekła babcia, a ja poczułam, że zachodzi we mnie jakaś duchowa rewolucja. Nagle, jakby ktoś zakręcił kurek ze łzami, przestałam płakać. Spojrzałam z niedowierzaniem na babcię, a ona uśmiechała się do mnie łagodnie i ze zrozumieniem. — Możesz zostać kim tylko chcesz.

— Mogę być chłopcem? — zapytałam pełna nadziei, trzymając się kurczowo swojej naiwności, choć gdzieś głęboko w sobie czułam, że nie o to babci chodzi.

— Chłopcem może nie zostaniesz — odparła wyrozumiale. — Ale nie musisz być chłopcem, aby spełniać swoje marzenia. Kobieta może tyle samo, co mężczyzna, a czasem nawet więcej. Czy wiesz na przykład, kim jest największy naukowiec współczesnego świata?

Naturalnie nie wiedziałam, choć intuicja podpowiadała mi, że może to być kobieta. Pokręciłam zatem głową, oczekując w napięciu odpowiedzi.

— Maria Curie, z domu Skłodowska, polska chemiczka i laureatka Nagrody Nobla, a to najważniejsze wyróżnienie dla wszystkich naukowców!

To było jeszcze przed rokiem 1911 i babcia nie mogła wiedzieć, że pani Maria Curie otrzyma jeszcze jednego Nobla, stając się jedyną osobą na świecie, której udało się otrzymać to wyróżnienie dwukrotnie.

— A wiesz, córciu, kto jest największym politykiem na świecie?

W tamtym wieku nie wiedziałam jeszcze, co to polityka, niemniej byłam bardzo ciekawa odpowiedzi.

— Róża Luksemburg — odparła babcia, a ja dziś już wiem, że na potrzeby edukacyjne nagięła trochę rzeczywistość, choć w słusznej wierze i z dobrym skutkiem. — Także Polka i także kobieta, a całe Niemcy, a może i Europa, drżą przed jej imieniem.

— A wiesz, córciu moja najdroższa, jaka jest najwybitniejsza aktorka kinowa na całym świecie?

Wiedziałam, co to kino i co to aktorka! Kiwałam więc głową, jak piesek, oczekujący nagrody, z rozwartymi na oścież oczyma, głodna tej nowej wiedzy, którą karmiła mnie babcia.

— Helena Modrzejewska — odparła babcia, uradowana moją zmianą ducha. — Wybitna aktorka, a pochodząca oczywiście z Polski. No i kobieta, ma się rozumieć.

I ta maleńka Zosia sprzed lat ujrzała w sobie, w swoim serduszku, ziarenko zasiane przez babcię, które kiełkuje i rośnie, i rozwija się, jak na filmach przyrodniczych, które widziała z mamą w kinie. I poczuła wtedy, że dowiedziała się czegoś ważnego. Że oto pewna prawda, którą ukrywa się przed dziećmi, a znają ją tylko dorośli, dotarła do niej, robiąc i z niej dorosłą.

A co równie ważne: najwybitniejszymi kobietami naszych czasów były Polki!

I wtedy, kiedy tak rozpływałam się sentymentalnie w zamierzchłych czasach, wspominając swoje oświecenie, dzień w którym zaczęłam być dorosła, pojawił się przy mnie Antoni.

Musiał biec, bo był zasapany.

— Ach, to ty — powiedziałam zaskoczona i trochę rozdrażniona, że przerwał moje wspomnienia.

— Mogę odprowadzić cię do domu? — zapytał. A zabrzmiało to, jakby błagał mnie o zgodę, co bardzo mnie rozbawiło.

Jednak przy okazji zadałam sobie pytanie, którego wcześniej sobie nie zadawałam. Czy on naprawdę jest taki przystojny, jak mówią koleżanki ze szkoły? Skautki… Nasze matki…

Może mają trochę racji. Bo Antoni brzydki nie jest. Przyglądałam się jemu, kiedy szedł tak przy mnie, czekając na moją odpowiedź. Niby wyluzowany, ręce w kieszeniach spodni, a jednak spięty i niemogący się doczekać, co powiem.

Przed chwilą przebiegł pięćset metrów, ścigając się ze mną i z całym zastępem, a już miał poprawiony krawat i ułożone włosy. Z policzków znikał mu już powoli rumieniec i uśmiechał się niepewnie. Zauważyłam, że twarz ma kwadratową, prawie symetryczną. Nos nazwałabym kartoflowym, choć nie był wcale duży — taki mały kartofelek, bardzo uroczy. Oczy jak u błagającego pieska. Usta dość wąskie i… Czy chciałabym całować te usta? — pomyślałam.

— Oczywiście — odparłam, kiedy zniecierpliwiony Antoni zapytał raz jeszcze, czy może odprowadzić mnie do domu. I zażartowałam: Prawo nie zabrania odprowadzać kogoś do domu.

II

Dochodziła piąta i większość pracowników Oberpostdirektion poszła już do domu. W obszernym, pustym już gabinecie panował mrok prawie tak gęsty jak za oknami, a jedynymi źródłami światła, poza tlącym się węglem w kaflowym piecu, stojącym w rogu pokoju, była lampka na biurku postmeistra Günthera Zweiga oraz druga lampka na biurku jego młodego asystenta, Hipolita Ostrowskiego.

Postmeister Günther Zweig, pochylając się nad biurkiem pełnym papierów, oświetlonych zimnym światłem elektrycznym lampy bankierskiej z zielonym kloszem, ziewnął przeciągle, zdjął okulary i kciukiem oraz palcem wskazującym przetarł zmęczone oczy.

Rozejrzał się zdumiony po opustoszałym gabinecie i ujrzał jedynie Hipolita, który, podobnie jak on, zdawał się nie spostrzegać, że wszyscy już poszli. Studiował w ciszy sztaple papierów w świetle swojej lampki, z nosem przy samym blacie biurka, jakby tym nosem wciągał treść dokumentów. Brwi miał ściągnięte, czoło lekko zmarszczone — i tej niezwykłej powadze jego skupienia pewien humorystyczny element dodawał koniuszek języka, wysuwany co chwilę między wargami.

Postmeister Zweig, mimo woli, zaśmiał się w głos, a głowa Hipolita podniosła się natychmiast i jego żywe oczy, lekko oszołomione, wyrwane z hipnotycznej pracy, spoczęły na przełożonym.

— Przepraszam — rzekł postmeister, tłumiąc śmiech. — Przypomniał mi się stary dowcip.

— Ach — uśmiechnął się Hipolit z grzeczności i wrócił do studiowania dokumentów.

Hipolit przypominał Güntherowi Zweigowi najstarszego syna, Stephana, który był tak samo ambitny i pracowity jak on. Skupienie młodego asystenta przywodziło wspomnienia, kiedy Stephan uczył się wieczorami do matury. Siedział, podobnie jak teraz Hipolit, przy biurku i z wyciągniętym koniuszkiem języka przyswajał sobie wiedzę z biologii, chemii, a także nielubianej przez niego łaciny.

Stephan chciał iść na medycynę. A poszedł na front. Było to już ponad cztery lata temu, kiedy marzenia o studiowaniu zastąpił obowiązek wobec ojczyzny. I być może dlatego herr Zweig przywiązał się do swojego młodego asystenta i, jak tylko mógł, starał się dopomóc jemu w karierze.

Aby jednak młody i ambitny urzędnik nie spoczął na laurach, herr Zeig nie okazywał mu swoich ojcowskich uczuć, nie faworyzował go wobec innych, a nawet wymagał więcej, niż od reszty. Lecz wszystko to dla jego dobra, powtarzał sobie. Niemniej godzina była już późna, a Hipolit pracował ciężko już od siódmej rano i postmeister Zweig uznał, że czas wracać do domu.

— Hipolicie — zagaił zatem — nie sądzisz, że już czas wracać do domu? Prezenty na Święta już kupione? Choinka udekorowana? Czy będziecie ją stroić dopiero jutro?

Hipolit wyprostował się na krześle i znowu uśmiechnął się uprzejmie. Był bardzo elegancki i zadbany, zauważył nie po raz pierwszy postmeister. Koszulę miał zawsze białą, kołnierzyk czysty i wykrochmalony, a rękawy nigdy nie były poplamione atramentem. Jak nie Polak, pomyślał, choć zaraz zawstydził się swojej szowinistycznej oceny.

— Prezenty owszem, kupiłem — oznajmił Hipolit. — Ale choinki u nas nie będzie — dodał.

Günther Zweig pokiwał głową i mruknął ze zrozumieniem, ale kiedy tylko dotarł do niego sens słów, zmienił wyraz twarzy i spojrzał na Hipolita z niedowierzaniem.

— Jak to nie będzie choinki?

— Nasz ojciec chce być tradycjonalistą — stwierdził beznamiętnie Hipolit — i wszelkimi siłami próbuje walczyć z germanizacją świąt Bożego Narodzenia. Nie zdając sobie jednak sprawy z tego, że tak naprawdę walczy z postępem. Uważa, że choinka jest niepotrzebnym wymysłem protestanckich Niemców, z całym szacunkiem, i nie powinna znajdować się w polskim domu.

— Bardzo ciekawe — zadumał się postmeister Zweig, nie odczuwając przy tym urazy ze względu na uwagę o protestanckich Niemcach. — A wydawać by się mogło, że na Boże Narodzenie choinki stawiane są już w każdym domu na całym świecie.

— Sądzę, że tak — zgodził się Hipolit — jednak poza naszym domem. Świat nie będzie nam dyktował, co stawiamy na Boże Narodzenie, mawia mój ojciec. Choć babcia, jego rodzona matka, gani go co roku, że nie ma Świąt bez choinki. A ojciec dalej powtarza, że jesteśmy Polakami, niech inni robią sobie, co chcą, ale my zgermanizować się nie damy. Wieszamy zatem podłaźniczkę i też jest pięknie.

— Pot-uasch-nitsch-ke? — spróbował powtórzyć postmeister Zweig, ale natychmiast się poddał. — Co to takiego?

Hipolit się zaśmiał.

— W zasadzie to choinka. Ale nie cała, a tylko gałązki, czy też czubek. Też udekorowana kolorową bibułą, wycinankami, suszonymi owocami, jak normalna choinka, ale zamiast stać w kącie, wisi pod żyrandolem nad stołem wigilijnym.

— Ciekawe — pokręcił głową z niedowierzaniem Günther Zweig. — Ciekawe… — powtórzył, lecz zaraz dodał: — Żeby nie było, ja twojego tatę rozumiem i nawet popieram. Bo moja rodzina pochodzi z Köln i też jesteśmy katolikami i, mimo że choinkę na Święta stawiamy, ciężko nam było za Bismarcka i jego kulturkampfu. Uwierz mi, że nie tylko Polakom się dostało.

— Ja, herr Zweig, nie znam kulturkampfu, i żyje mi się z tym dobrze.

A ojca czasami nie rozumiem. On tęskni do jakiejś fantasmagorii, której nigdy nie zaznał, a naczytał się o niej w romantycznej literaturze. Ja wierzę w postęp i w cywilizację. W zjednoczoną Europę, jaka po tej wojnie musi nastąpić, jak pisał o tym Hermann Hesse, czy Friedrich Naumann. A choinka niczego tutaj nie zmienia.

Postmeister Zweig uśmiechnął się łagodnie ze zrozumieniem.

— Młodość — rzekł. — Jakie to niesamowite, że moje pokolenie pragnęło narodu, a wasze pokolenie chce jedności wszystkich narodów. Ciekawe do czego to dojdzie. Miesiąc temu marynarze strajkowali w Kiel, a dzisiaj, jak dowiedziałem się w gazecie, w Berlinie też jakaś rewolucja. Żeby tylko nic do Poznania nie doszło.

— Gdzie tam rewolucja w Poznaniu — zaśmiał się Hipolit. — Jeśli Niemcy będą chcieli wszcząć jakąś rewolucję, Polacy się obrażą i za wszelką cenę do niej nie dopuszczą. A jak Polakom przyjdzie do głowy rewolucja, postawią się Niemcy, żeby jej zapobiec. Nie mamy się czego obawiać.

— No tak, to prawda — zawtórował postmeister Zweig. — Nie widzę, abyśmy, Polacy i Niemcy, mieli wspierać się w rewolucjach. No ale dość na dzisiaj — zarządził, spojrzawszy na zegarek. — Myślę, że czas już kończyć i wracać do domu.

Hipolit także spojrzał na swój kieszonkowy zegarek i zdumiał się.

— Boże, to już po piątej. Pan też niech kończy, herr postmeister — dodał, chowając zegarek w wewnętrznej kieszeni marynarki.

— Tak, tak, ja też zbieram się do domu. Po drodze muszę jeszcze kupić choinkę — zaśmiał się i kręcąc głową mruknął pod nosem „potuaschitschke”.

Hipolit założył płaszcz, owinął szyję długim szalem i nałożył cylinder na głowę. Po wyłączeniu światła przy biurku ukłonił się postmeisterowi, życząc miłego wieczoru i wyszedł.

Günther Zweig, kiedy tylko został sam w gabinecie, wysunął krzesło do tyłu i rozciągnął się. Przechylił głowę do jednego barku, potem do drugiego, naciągając mięśnie grzbietu zmęczone od siedzenia i pochylania się cały dzień nad biurkiem. Już nie był młody, a organizm przypominał mu o tym coraz częściej. Coraz częściej myślał także o tym, czy nie pójść na emeryturę.

Ale przecież miał dzieci i żonę na utrzymaniu. Oskar skończył niedawno szesnaście lat i jego potrzeby wciąż rosły. Jak mówiło stare niemieckie porzekadło: Kleine Kinder — kleine Sorgen, große Kinder — große Sorgen.

A potrzeby Elisabeth! Ona staje się panienką i, jeśli choć trochę potrzeb odziedziczyła po swojej mamie, to nie będzie tania w utrzymaniu — zażartował w duszy herr Zweig.

A jeśli tak za kilka lat zechce wyjść za mąż…, pomyślał herr Zweig. Trzeba by wyprawić wesele, zostawić jej coś w posagu… I nagle przypomniała mu się poranna rozmowa z żoną, a ciarki przeszły mu po plecach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 11.96

Pobierz bezpłatnie