drukowana A5
41.57
Pozdrowienia z Petersburga!

Bezpłatny fragment - Pozdrowienia z Petersburga!

Objętość:
337 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8155-081-9

Jedna historia się skończyła

Inna dopiero zaczęła

Lecz oby przyjemność z czytania
Wciąż pozostała niezmienna

Ab ovo

***

Poranki zdecydowanie nie stanowiły domeny Yuuriego.

O świcie w mieszkaniu niezmiennie królował Viktor, podczas gdy Katsuki mniej lub jeszcze mniej świadomie korzystał z okazji i pozwalał się rozpieszczać narzeczonemu na wiele różnych sposobów, z kawą podawaną do łóżka przede wszystkim. Ale nie tym razem. Bo tym razem już od kilku minut myśli w głowie budzącego się łyżwiarza dzielnie toczyły bój o dominację. Po jakimś czasie na czoło stawki wysunęły się trzy konkluzje: „zimno”, „jeść” oraz „Viktor”. Napędzany podstawowymi potrzebami Yuuri wyczołgał się więc z łóżka i zygzakiem wyszedł z sypialni, wciąż nie potrafiąc zdecydować się na jeden kierunek marszu. Co chwila ulotna koncepcja zmieniała się, przez co na wpół przytomny mężczyzna obijał się o praktycznie każdą rzecz stojącą mu na drodze niczym kulka w automacie do gry. Trasę spaceru porannego zombie znaczyła cała gama różnorakich artefaktów: kołdra skończyła rozwleczona na pół pokoju, czekający przy komodzie plecak treningowy padł jak długi, gdy Japończyk trącił go kolanem, a tuż przed progiem trafił się zabłąkany klapek Viktora, który po uderzeniu przez mały palec Katsukiego wylądował ślizgiem aż na przeciwległej ścianie korytarza.

Yuuri burknął w bliżej niezrozumiałym narzeczu i odbił w bok ku drzwiom łazienki. Z pomocą boskiej interwencji (albo instynktu, jaki naturalną koleją rzeczy ukształtował się w nowym lokum) Japończyk w końcu dotarł do upragnionego prysznica, a walkę o zaspokajanie potrzeb ostatecznie wygrała konieczność ogrzania się w gorącym strumieniu wody. Kiedy więc tylko Yuuri pozbył się pidżamy i wtarabanił się do wnętrza kabiny, skupił ostatnie resztki przytomności, żeby wymacać kran.

Katsuki odkręcił zawór i niemal od razu zaczął siarczyście kląć, kiedy zamiast ciepłej wody z baterii trysnęła zupełnie lodowata. Jasny gwint! No tak! Viktor mył się przed nim i jak to Ruskie miało w zwyczaju, wzorem Eskimosów kąpał się dla orzeźwienia w spływającym z lodowca strumieniu. A tyle razy prosił go, żeby nie zostawiał na koniec zimnego kranu. Tyle razy!

Kiedy woda wreszcie przybrała o wiele przyjaźniejszą normalnym ludziom temperaturę, złorzeczący pod nosem Yuuri odkleił się od prysznicowej szyby, po czym stanął pod ciepłym deszczem, moknąc od stóp do głów. Wraz z parą z głowy mężczyzny powoli zaczęła ulatniać się złość, zastępowana odprężającym uczuciem spokoju. Yuuri mógł tam po prostu stać i istnieć, a gorąca woda spływająca po włosach, karku oraz piersi mogła lecieć i lecieć w nieskończoność… Japończyk westchnął ciężko. Ych, nie, nie, bo znowu wywindują rachunki w kosmos jak po ostatnim razie. A przecież w zupełności wystarczało, że jego serce zajmował jeden kosmita. Innych bytów nadnaturalnych — jak nadnaturalnie wysokie opłaty — nie przewidywał.

Po skończonej kąpieli Yuuri niezdarnie wytarł się z wody, założył jedynie czarne bokserki (bo, niestety bądź stety, zapomniał wziąć z sypialni jakichkolwiek rzeczy na przebranie) i poszedł szukać szczęścia w dalszej części mieszkania. Potrzeba ogrzania została zaspokojona w stopniu względnie wystarczającym, dlatego Katsuki ruszył do kuchni zająć się pozostałymi problemami, a w szczególności zdobywaniem pożywienia oraz mężczyzny swego życia, który mógłby ciepłotę ciała utrzymać na pożądanym poziomie.

Cokolwiek jednak Yuuri spodziewał się zastać, raczej nie przeczuwał, że zamiast kubka kawy i śniadania znajdzie pobojowisko sugerujące regularną bitkę z co najmniej żywym kurczakiem, a nie z… z jajkami.

— Co tu się dzieje? — wypalił wreszcie Yuuri, kiedy starał się ogarnąć wzrokiem, z jaką katastrofą naturalną przyszło im się mierzyć tym razem.

A najbardziej trudny w pojęciu okazał się widok rozbebeszonego jajka, które w sposób iście bombowy przypłaciło życiem swoje pierwsze i ostatnie spotkanie z Nikiforovem Gotującym. Jednocześnie Viktor z miną tak śmiertelnie poważną, jakby co najmniej został przyłapany na zdradzie, obejrzał się za siebie i usilnie starał się odnaleźć wzrokiem punkt zaczepienia, od którego mógłby zacząć wyjaśnianie Yuuriemu całej sytuacji, ale… nie dało się. Panujący w kuchni chaos niebezpiecznie przypominał bowiem pracownię artysty malarstwa nowoczesnego: niezidentyfikowany glut dyndał z okapu niczym wahadło, wrzątek w garnku niemal kipiał, a pół kuchennego blatu ociekało wodą, bo w jego centrum taplało się jajko z żółtym afro.

Wreszcie wymowne i pełne napięcia milczenie przerwał odgłos odrywającego się od okapu gluta, który plasnął o kuchenkę, kończąc swoją i tak nieciekawą egzystencję. Tuż potem jęk przemieszany z westchnieniem wydostał się z gardła Yuuriego. No tak. Ostatnio szło im całkiem dobrze. Zdecydowanie za dobrze. A kiedy Yuuri spuścił gardę, w najmniej oczekiwanym momencie fatum znów zebrało śniadaniowe żniwo, z nawiązką zwracając im za wszystkie odpowiednio ścięte sadzone oraz kanapki rozsądnej grubości i logicznego składu.

— To się po prostu stało — wyjaśnił Viktor niczym dziecko, które tłumaczyło dorosłemu, że coś „samo się zepsuło”. Tylko że to dziecko miało dwadzieścia osiem lat, kilkanaście mistrzowskich tytułów na koncie i stanowiło dla wielu wzór do naśladowania.

I on niby sądził kiedyś tak samo…?

— Jak ty to zrobiłeś? — zapytał Yuuri, siląc się na neutralny ton. Po cichu liczył na to, że narzeczony przez przypadek się wsypie.

Ale Nikiforov chyba sam do końca nie wiedział, co i jak wykombinował, bo wpatrywał się tępo w Katsukiego, aż w końcu spojrzał na swoje ręce i sarknął z frustracją. Odrzucił od siebie gąbkę, po czym zaczął spłukiwać z brudnych dłoni resztki niedogotowanego jajka, które roztarł na praktycznie całej kuchence oraz swoich palcach.

— Nijak nie zrobiłem! — zawołał obronnie przez ramię. — Przysięgam! To się samo stało! Po prostu… eksplodowało!

Yuuri oczywiście mu nie uwierzył. Nie po tych wszystkich cudach, jakie Viktor zdołał uczynić w trakcie swojej krótkiej, acz intensywnej kariery kulinarnej, począwszy od robienia bitej śmietany z osiemnastki, po rozbryzgany sos do spaghetti. Może gdyby chodziło o kogokolwiek innego — w porządku, istniała ewentualność, że to akurat był pech albo niedopatrzenie. Ale nie w tym przypadku. Przecież Viktor sam na drugie imię dał sobie „Niedopatrzenie”.

— Trzymałeś je za długo? — spróbował jeszcze raz Yuuri, spokojnie i rzeczowo. Gdy tylko Viktor zaczynał szaleć, w Japończyku jakoś tak naturalnie uruchamiał się tryb trzeźwego myślenia. Ktoś z nich dwóch przecież musiał zachowywać zimną krew w takich wymykających się spod kontroli sytuacjach. A nawet jeśli kryzys zostałby już zażegnany, to przecież wypadało jeszcze postawić z powrotem do pionu taką panikującą post factum osobę.

— Nie, naprawdę, tylko ze dwie minuty od kiedy woda się zagotowała, popatrz, nawet minutnik jeszcze nie dzwonił… — oponował Rosjanin.

„Ma rację” przyznał w myślach Yuuri, patrząc ze zdziwieniem na dzwoniący w tym momencie czasomierz. Chyba zaczynało mu być coraz bardziej głupio, że w ogóle podejrzewał narzeczonego o najczarniejsze scenariusze. A co jeśli jakimś fantastycznym zbiegiem okoliczności Viktor faktycznie wszystkiego dopilnował…?

— No to może wrzuciłeś do wrzątku jajka z lodówki? — upewnił się, ale Nikiforov od razu nerwowo pokręcił głową. Spojrzał na Yuuriego ze smutkiem w oczach, a zmarszczka między brwiami jeszcze trochę się pogłębiła, gdy ujrzał niepewną minę Japończyka.

— Nie wrzuciłem — odparł Viktor na tyle spokojnie, na ile umiał, jakby zamiast przepisu podawał kolejność elementów technicznych w programie. — Zrobiłem dokładnie tak, jak mnie uczyłeś. Jajka do garnka, zalać zimną wodą i postawić.

Widok absolutnie zawiedzionego i uwalanego resztkami żółtka narzeczonego wzbudził w Yuurim nagły przypływ czułości. Podręcznikowe odpowiedzi na wszystkie pytania nie pozostawiały złudzeń, że tym razem Viktor naprawdę wiedział, co robił, a cokolwiek nie wypaliło (tudzież wypaliło — w górę i na boki), nie było jego winą. I kiedy wydawało się już, że zdruzgotany Rosjanin w milczeniu wróci do ratowania honoru resztek śniadania, Japończyk wreszcie ruszył z miejsca. Zaszedł mężczyznę od tyłu i objął go rękami w pasie, przyciskając mokrą głowę do szyi Viktora. Ot, na znak akceptacji jego linii obrony.

— Czyli chcesz mi powiedzieć, że jaja ci tak po prostu eksplodowały? — zapytał cicho Yuuri, trochę ze śmiechem, a trochę prowokacyjnie, jakby chciał lekko pieprznym dowcipem zmienić kierunek myśli Viktora na lepszy tor.

I chyba nawet mu się to udało, bo już po chwili Viktor odpowiedział równie zaczepnie:

— Przy tobie to nie jest takie dziwne.

Yuuri przytulił się do narzeczonego jeszcze bardziej, chcąc zdusić cisnący się na usta śmiech. Co jak co, ale zawsze mógł liczyć na idealnie suchy dowcip Viktora, który zamiast podsycić pikantną atmosferę — w jakiś przecudowny sposób ją rozbrajał. Ale właśnie dla takich beztroskich momentów wszystkie jajka świata mogły sobie wybuchać niczym gejzery w parku Yellowstone, przejrzałe pomidory dostawać nóg, a łosoś stawać okoniem. Dla dwóch łyżwiarzy liczyła się jedynie ulotna aura wariackiego zakochania, co zamiast mijać, tylko się wzmagała, przesiąkając mury petersburskiego mieszkania na wskroś.

Ale niestety, nie mijał również głód, który tak mocno ściskał żołądek Japończyka, że wreszcie dał o sobie znać dość potężnym burczeniem, przywodzącym na myśl odległe echo burzy. Yuuri drgnął i rozluźnił chwyt, zawstydzony, że Viktor mógł przez przypadek odczuć rezonans, w jaki wpadł jego brzuch. Jednocześnie Rosjanin wykorzystał moment, kiedy Japończyk rozsunął nieco ręce, żeby obrócić się i stanąć twarzą w twarz z ukochanym. Kiszki jakby tylko na to czekały, bo odgłos się powtórzył (Yuuri przysiągłby, że tym razem nawet głośniej), a Nikiforov uniósł wyżej brwi.

— O matko! — podsumował, bardzo trafnie zresztą, a Yuuri mimowolnie skrył twarz w szyi obejmowanego partnera. No ładnie. Wyszło na to, że jeden koncertowo zepsuł śniadanie, a drugi koncert dawał. Żołądkowy.

Yuuri już zupełnie nie wiedział, jak przerwać krępującą ciszę, choć zarazem wcale nie chciał tego robić. Ogrzane pod prysznicem ciało zdążyło się już wyziębić i teraz poczucie bezpieczeństwa zapewniała prawie nagiemu Yuuriemu okryta koszulką pierś narzeczonego oraz zapach jego ciała. Łyżwiarz przymknął oczy i zaczął miarowo oddychać, napawając się bliskością. W końcu to również chęć odszukania Viktora kazała mu w ogóle wyjść z sypialni, więc nic dziwnego, że gdy już odnalazł swoją brakującą poduszkę, mógł na jeszcze kilka cennych minut zapaść w krótką, niewinną… drzemkę…

W tym momencie żołądek zaburczał żałośnie, nie zgadzając się na pomijanie jego roli w całym poranku.

— To co? Ty pijesz kawę, a ja nie ustaję w wysiłkach, aby usatysfakcjonować twój biedny, wygłodzony brzuch? — zaproponował wreszcie Viktor, a palce delikatnie przesunęły się po odkrytych przedramionach Yuuriego.

Chcąc nie chcąc, mężczyzna oderwał się od Viktora i spojrzał na niego z niemą wdzięcznością. Nie mógł się nie zgodzić z podobną sugestią, szczególnie kiedy narzeczony wpatrywał się w niego tym absolutnie szczerym, niewinnym, rozmiłowanym wzrokiem, który od jednego do dziesięciu w skali zakochania prawdopodobnie plasował się gdzieś przy solidnej dwunastce… Ale zaledwie chwilę potem, kiedy to pomyślał, Rosjanin uniósł dłoń i ostrożnie, niemal z nabożnym podziwem przyłożył ją do rozgrzanej twarzy Japończyka.

No dobra. Teraz już czternastce.

— Brzmi jak dobry plan — zgodził się Yuuri, po czym niespodziewanie dla Viktora oraz samego siebie stanął na palcach i przycisnął usta do policzka ukochanego w subtelnym, porannym całusie. Viktor wyglądał jak rażony piorunem, a beznadziejność jego stanu wskazywała na to, że na wspomnianej wcześniej skali już dawno skończył się zakres.

— Tylko nie daj mi na siebie zbyt długo czekać — dorzucił z uśmiechem Yuuri, ruszając po obiecany napój.

Nie wiedział, czy Viktor na pewno zarejestrował tę wypowiedź, jednak sądząc po tym, że kiedy nalewał sobie kawy do kubka, Rosjanin zdecydowanie lżejszym krokiem ruszył do walki z kuchennym chaosem, wszystko było w najlepszym porządku. Yuuri zgarnął z blatu jeszcze sałatkę oraz grahamki i poszedł zasiąść do stołu, by z dalszej perspektywy pooglądać krzątającego się po kuchni ukochanego.

Jak na nieudane śniadanie złożone póki co tylko z kubka mocnej kawy, był to widok prawdziwie satysfakcjonujący i wynagradzający wszelkie dotychczasowe niedogodności. Nie szkodzi, że po spacerze z Makkachinem Viktor był ubrany w dresowe spodnie i miał narzuconą na siebie bluzę — swoim wewnętrznym okiem zawodowego łyżwiarza Yuuri nawet pod osłoną stroju dostrzegał wszystkie subtelne ruchy ciała. Wyraźnie widział pracujące pod materiałem uda, tę apetyczną linię bioder, zmysłowo poruszający się tyłek… Tylko że w porównaniu do Nikiforova, który często pozwalał sobie wygłaszać mało przystojne pochwały, Katsuki był cichym koneserem urody swojego narzeczonego i nawet jeśli nie dawał po sobie niczego poznać, w duchu nie raz i nie dwa kładł dłonie na tych idealnych pośladkach. Tak po prawdzie to nie raz i nie dwa na serio zachodził Viktora od tyłu i robił mu energetyzujące przywitanie w postaci buziaka w szyję, ale pewne fantazje… cóż… One pozostawały jego małą tajemnicą.

Yuuri mimowolnie oblizał usta, przytknął do nich kubek i zaczerpnął łyk porannego nektaru bogów. O tak. Kawa, którą przygotowywała żywa legenda łyżwiarstwa figurowego, była naprawdę najlepsza na świecie.

— Viktor? — zagadnął, na co Rosjanin drgnął i obejrzał się za siebie. Yuuri rzucił mu czułe spojrzenie znad obejmowanego naczynia. — Pewnie cię to zdziwi, ale naprawdę doceniam twoje starania. Dzięki temu każdy dzień jest wielką niespodzianką. Jak dziś. Wprost uwielbiam fakt, że jesteś taki ekstra, że nawet zwykłe jajko nie wytrzymuje presji bycia z tobą.

Niemal widział, jak Viktor puchnie z dumy i lewituje nad kuchenną podłogą, czując przypływ natchnienia spowodowany słowami narzeczonego. Yuuri całkiem dobrze umiał już w instrukcję obsługi ukochanego i gdyby spróbował, pewnie byłby w stanie owinąć go sobie wokół palca… tylko że nie chciał. Żaden był z niego Casanova. Tak naprawdę o wiele bardziej cenił sobie przypadkowe, wariackie momenty, zupełnie jak te, w których Viktor wyciągnął komórkę i zaczął obfotografowywać afro-jajko „ku potomności”. Albo na Instagrama, jak mógłby się założyć o kolejne bombowe śniadanie.

Po kilku minutach kontemplacji ponętnej sylwetki (hm, jaką można by z tego ładną sesję zdjęciową zro… O nie, nie, nie, za dużo wpływów Phichita, za dużo!) oraz urody rosyjskiego łyżwiarza, co to chyba nawet w zgrzebnym worku po ziemniakach wyglądałby niczym bóg płodów rolnych, Yuuri wreszcie doczekał się ostatniego, brakującego składnika śniadania. Kiedy tylko jajko z sukcesem wylądowało na pokrojonej grahamce, a wygłodzony Japończyk wgryzł się w nią z prawdziwym apetytem, rozległ się wymowny pomruk aprobaty. Jak to mówili w takich momentach — perfecto.

— Ale wiesz co? — Viktor skończył wreszcie porządkować blat i dołączył do Yuuriego wraz ze swoim talerzem. — Rozumiem, że nie jesteś temu przeciwny, ale może jednak unikajmy sytuacji, w których witałbym cię na dzień dobry płomieniem na dwa metry?

Katsuki odłożył kanapkę na stół i zamyślił się. A gdyby tak zamiast tego wstrętnego, zimnego prysznica…

— Bo ja wiem… — stwierdził z wahaniem Yuuri, po czym przemknął palcami po grzbiecie dłoni Viktora. — Przynajmniej byłoby nam cieplej.

Droczył się. No oczywiście, że się droczył i mało tego — liczył na dokładnie to samo. Nie zawiódł się.

— Czyli mam rozumieć, że wciąż mogę ci robić takie nieprzewidywalne śniadania? — rzucił Viktor tym lekko kuszącym tonem, który Yuuri dobrze znał z wszystkich barwnych wyznań, począwszy od dwuznacznego grania w bierki po aluzje o kolacji na ostro. — Nawet jeśli ryzykuję to życiem i zdrowiem mieszkańców planety Ziemia?

Katsuki nie mógł dłużej powstrzymać uśmiechu.

— Tylko takie chcę — wyznał, a potem ułożył głowę na dłoni, odchylił się w bok i zmrużył oczy, z radością obserwując, jak kanapka Viktora ulega dramatycznemu rozpadowi. — W końcu kocham życie na krawędzi.

A nawet na dwóch krawędziach. Łyżew.

Plecy

***

Plecy. Znajome ciało o wystających łopatkach i wyraźnie zaznaczonych kręgach. Szerokie w ramionach, łagodnie zwężające się aż ku hipnotycznie wąskiej talii. Kończące się biodrami, ukrytymi za czarną bielizną i otulającą mężczyznę białą pościelą. Blada skóra, zwykle obleczona w połyskujący materiał konkursowych kostiumów lub bawełnianych koszulek, teraz naga i pokryta nieregularnymi, lekko różowymi śladami pocałunków. Niekończąca się przestrzeń, do której przylegały złaknione kontaktu usta. Miejsce, gdzie palce raz za razem ponawiały swą wędrówkę, odkrywając topografię chętnego ciała.

Plecy. Pochylone. Przygarbione. Pragnące ukryć postać przed całym światem. Schować głowę między ramionami, łzy wcisnąć z powrotem do oczu. Zniknąć, stać się nikim. Pozostać jedynie samotnym parawanem ludzkiej słabości. Ostatnia tarcza i zarazem scena, na której widać było wszelkie drżenie oraz lęk przed przegraną. Poznaczone nie tylko pocałunkami, ale i blednącymi siniakami, zdobytymi podczas nieudanych skoków. Tak bardzo nieudanych skoków… A wewnątrz tego pięknego i kruchego ciała krył się człowiek: bojaźliwy, pełen wątpliwości, pozbawiony pewności siebie. Zbyt często widywał te plecy, gdy skulony, ubrany w czarno-niebieską bluzę mężczyzna chciał je skryć przed wzrokiem innych. Ale przed nim umknąć nie mogły, jego spojrzenia oszukać nie zdołały, nieważne, czy były okryte, czy całkowicie gołe. W końcu absolutnie je kochał.

Wpatrzony w nie łyżwiarz był zarazem urzeczony i śmiertelnie zaniepokojony tym widokiem. Dualizm sceny podpowiadał oba zakończenia. Niedopowiedzenie czające się w trwającej w bezruchu sylwetce nadawało sytuacji wrażenia lekkiej nierealności. Musiał wiedzieć. Musiał zrozumieć, czy mu się to śni, czy…

— Yuuri?

Łagodny głos. Naturalna odpowiedź na wygięte w łuk, zgarbione plecy.

— Yuuri… — Viktor podniósł się z łóżka i przysiadł tuż obok pochylającego się ukochanego.

Spojrzał na Yuuriego. Na mężczyznę, który siedział, opierając splecione przedramiona na kolanach, a na nich podtrzymując głowę. Wpatrywał się przed siebie z nieodgadnioną miną, zawieszony na cienkiej linie między nostalgią a depresją.

— Yuuri… — szepnął po raz trzeci Viktor, tym razem na tyle blisko, że narzeczony zareagował.

— Viktor? — Japończyk jakby się ocknął. Dopiero. A może nareszcie. — Dlaczego nie śpisz?

— Jak mogę spać, kiedy moje wiecznie zaspane kochanie siedzi o… o prawie czwartej nad ranem w takiej pozycji? — Viktor rzucił okiem na zegar ścienny i ponownie zwrócił się ku Yuuriemu. Wtedy też otarł się ramieniem o jego ramię, delikatnie, jakby bał się spłoszyć ukochanego jakimś śmielszym gestem. — Przecież mógłbym zapytać cię o dokładnie to samo. Czy coś się stało?

— Będziesz się śmiał. — Katsuki uśmiechnął się nieznacznie, choć zmarszczone brwi wciąż nadawały mu lekko zaniepokojonego wyrazu.

— Powiedz mi. Proszę. — Viktor odwzajemnił uśmiech.

Yuuri nie mógł odmówić prośbie. Nie kiedy Viktor znajdował się zaraz obok, zgarbiony, pochylony i milczący jak… jak nie on. Wystawił nagie plecy na chłód powietrza i po prostu siedział zamiast przytulić go w najtrywialniejszym geście pocieszenia lub spróbować zaciągnąć narzeczonego z powrotem pod kołdrę przy akompaniamencie żartów o uroczych świnkach. Nie, nie szalał o tej godzinie. Nie silił się na romantyzmy. Rozumiał. I czekał.

— Ja… Po prostu nagle się obudziłem — odpowiedział Yuuri. — Nawet nie jestem pewien, czy śniło mi się coś złego, czy to tak zwyczajnie… Nie, to akurat nieważne. Nie aż tak ważne. Bo kiedy otworzyłem oczy, poczułem, że śpisz tuż obok, z nosem wtulonym w moją szyję i ręką przerzuconą nade mną. Tak jak lubisz. Pewnie dlatego się ocknąłeś? Twój termofor gdzieś sobie poszedł — stwierdził z cichym śmiechem. — Ale to nic. Zaraz potem zauważyłem twoją obrączkę połyskującą w świetle księżyca, jak jakaś tandetna gwiazdka z nieba, co zleciała na łóżko… Nasze łóżko. Rozumiesz? I nagle wszystko wydało mi się niesamowicie nierealne. Jakbyś był jakimś… elfem czy coś, który zaraz zniknie i…

— Elfem? — Viktor nie mógł powstrzymać się przed parsknięciem oraz uniesieniem brwi.

— No co? Pasuje do tandetnej gwiazdki — zażartował lekko Yuuri, ale potem wyraz jego twarzy złagodniał. — Przytłoczyło mnie to. Za dużo szczęścia naraz. Nie wierzyłem, że mogę po prostu obrócić się na drugi bok i się do ciebie przytulić. Nie do pierwszego lepszego kogoś, ale do Viktora Nikiforova. Do człowieka, który jest dla mnie całym życiem. Którego uwielbiam za to, jakim jest łyżwiarzem, trenerem, narzeczonym, jaki jest cierpliwy, troskliwy, jak jego wady są dla mnie równie ważne co zalety… Właściwie wciąż nie wierzę, że teraz ze sobą rozmawiamy. Że ze sobą jesteśmy.

Yuuri zrobił pauzę, zawahał się, a potem przeniósł wzrok z Viktora na okna, z okien na ściany, na drzwi, na skąpaną w nikłym blasku księżyca komodę i szafę, i kraniec łóżka, i okryte kołdrą kolana… Objął wszystko niedowidzącym spojrzeniem, aż wreszcie znów skupił się na Rosjaninie.

— Jest prawie środek nocy, prawda? Przecież uwielbiam spać, więc to niemożliwe, żebym tu był. To wszystko powinno mi się śnić. Na pewno — szepnął. — Tak, na pewno. Rano obudzę się w Yu-topii albo w Detroit i okaże się, że tak naprawdę niczego nie-

Palec położony na ustach nakazał milczenie. Płochliwe słowa były bezbronne wobec kojącego dotyku. Chwilę potem dłoń przesunęła się w kierunku policzka, a Yuuri zatopił się w niebieskich oczach, błyszczących delikatnie jak falujące nocą morze.

Viktor westchnął, głaskając ukochanego po twarzy.

— Więc… aż tak mocno mnie kochasz? — upewnił się.

Yuuri powoli skinął głową.

— Bardzo — przyznał.

— „Bardzo”. W twoich ustach brzmi to cudownie. „Bardzo”… A czy wiesz, co ja „bardzo” w tobie kocham? — zapytał Viktor, opuszczając rękę, by spleść lewą dłoń z prawą Yuuriego. Japończyk rzucił pytające spojrzenie. — Że mnie potrzebujesz. Że nie zamykasz mnie w złotej klatce, tylko traktujesz jak ostatnią deskę ratunku. Że masz w sobie tyle niewiary, że mogę cię nieustannie obsypywać komplementami, a kiedy wreszcie się otwierasz, każda rzecz, którą mi dajesz, jest od razu milion razy cenniejsza. Że to nie ty zabiegasz o mnie, tylko ja o ciebie. Że wybudziłeś mnie z poprzedniego życia, żeby w tym nowym dać mi tak niesamowicie dużo miłości. Dziękuję ci, Yuuri. Za uczynienie mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie oraz za to, że mogę dzielić z tobą ten sen.

Katsuki nic nie odpowiedział. Nie umiał. Kiwał tylko głową na znak, że słucha, ale z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez Nikiforova stopniowo zamierał, aż wreszcie znów siedział bez ruchu, wpatrując się w ukochanego. Wydawało się, że niepokój trochę zelżał, jednak ściągnięte brwi wciąż wskazywały na to, że dopóki ciemność nie odejdzie, nie odejdą również wątpliwości, które męczyły Yuuriego. Ale Viktor miał na to sposób. Jedyny i najlepszy w swoim rodzaju.

— Więc jeśli boisz się, że to wszystko zniknie — dodał po chwili, zbliżając się do Yuuriego — zaczekajmy wspólnie do rana. Aż okaże się, że to jak najbardziej rzeczywistość, a ja zedrę sobie gardło od mówienia, co jeszcze kocham w Katsukim Yuurim. A jest tego tak strasznie, strasznie dużo…

Siedzieli, jeden człowiek obok drugiego, ramię w ramię, głowa zetknięta z głową, dłonie splecione palcami. Dwie sylwetki pochylające się ku sobie. Łagodny uśmiech przekazywany między sobą. Czuły szept o poranku.

Plecy. Teraz już dwoje.

Pogaduchy

***

Chociaż pobudka okazała się istną mieszanką wybuchową pieprzno-ciętych tekstów, rozmaślonych spojrzeń, zimnego prysznica i eksplodujących jajek, samo śniadanie stanowiło już o wiele spokojniejszy przerywnik dnia. Zagłębieni w cichej rozmowie Viktor i Yuuri siedzieli bowiem przy kuchennym stole, podając sobie wzajemnie sól, dolewając kawy albo przypadkowo muskając się ramionami. Tworzyli jedyną w swoim rodzaju choreografię posiłku, w której obaj starali się uwieść tego drugiego, by móc zgarnąć z talerza kolejną kanapkę lub by płynnym ruchem przechwycić widelec z wyjątkowo smacznie wyglądającym kawałkiem pomidora. W efekcie wyszło jednak na to, że jedli sobie z rąk, racząc się przygotowaną sałatką oraz jajkami na twardo, które wcale nie były takie złe, jak się na początku obawiali. Całego wesołego rozgardiaszu dopełniał Makkachin, który pilnował porządku z poziomu swojego posłania, gdzie zajmował się miską z karmą.

Lecz wszystko, co dobre, szybko się kończyło. W pewnym momencie śniadanie pełne czułych gestów i oblepionych kawałkami szczypiorku uśmiechów przerwała znajoma, monofoniczna melodia. Mężczyźni szybko spojrzeli po sobie. Telefon? Yuuriego? O tej porze? W samym Petersburgu nie było jeszcze siódmej, a ponieważ grono ich znajomych obfitowało w łyżwiarzy z praktycznie całego świata, raczej nie mieli w zwyczaju korzystać z telefonów dopóty, dopóki obie zainteresowane strony nie znalazły się w tym samym kraju. Od pogaduch był Skype i multum mediów społecznościowych.

A jednak ktoś dzwonił, ośmielając się tym samym przeszkodzić narzeczeństwu we wspólnym celebrowaniu śniadania.

— Zignoruj — stwierdził jako pierwszy Viktor, wracając do łaszenia się do Yuuriego, ale ten sprawnie wyswobodził się z objęć.

— A jeśli to coś ważnego? — zauważył. — Przecież nikt nie próbowałby normalnie dzwonić z samego rana. Zobaczę.

Dzwonek dochodził aż z sypialni, więc Japończyk pospiesznie otrzepał ręce z okruszków i poszedł po pozostawioną komórkę. Gdy wrócił, zamiast odebrać połączenie lub oznajmić „e, to jednak była pomyłka”, wpatrywał się w urządzenie niczym w zjawę.

— No i kto to? — spytał Viktor, który pozostawiony przez Yuuriego akurat szykował się do randki z kanapką.

— Phichit. — Katsuki oderwał wzrok od telefonu i z lekkim niepokojem zerknął na Nikiforova. — Zwykle woli pisać miliony wiadomości na Messengerze, ale wtedy zawsze chodzi tylko o jakieś głupoty albo linki do zdjęć śmiesznych chomików… Wiesz co? Chyba lepiej odbiorę.

Viktor uniósł kciuk do góry na znak, że zgadza się z decyzją Yuuriego, na co Japończyk przeciągnął przycisk odbierania i przyłożył telefon do ucha.

— Halo? — zaczął niepewnie, na co po drugiej stronie połączenia rozległo się coś w rodzaju zduszonego sapnięcia.

— Yuuri? Wszystko w porządku? Żyjecie? — padły pospieszne pytania.

— Phichit, ale o co cho-

— Jesteście cali? Makkachin nie ucierpiał? Macie gdzie mieszkać? Konstrukcja nie jest naruszona? Co z wtórnymi wstrząsami? — wyrzucał z siebie Taj i to tak szybko, że groźba połamania języka stanowiła w tym przypadku całkiem realną możliwość. — We wiadomościach jeszcze nic nie podawali, ale to pewnie przez rosyjską cenzurę. Jak mateczkę kocham, nigdy nie ufałem tej telewizji. Zawsze coś przekręcą, zawsze! Wolą puszczać jakieś dwugodzinne reportaże o pandach na… Chociaż okej, pandy są zabawne, kto by nie chciał oglądać pand. Na przykład tę małą, kichającą, ta to dopiero była zaba… Khem! W każdym razie zamiast pokazywać pandy ci dranie z telewizji powinni czym prędzej poinformować człowieka, czy ich najlepszy przyjaciel skończył gdzieś pod mostem i czy już zaczyna żebrać na nowe łyżwy!

— Phichit, opanuj się! — Yuuri podniósł głos, na co Viktor w połowie gryzu kanapki posłał mu zaskoczone spojrzenie. — Jakie cali? Jakie wiadomości? Co cię opętało?

— Mnie opętało? To chyba wasze śniadanie opętało! — zaperzył się Chulanont. — I to coś strasznego! Cioteczka Duangkamol zawsze ostrzegała…

— Nie cioteczkuj mi tutaj. — Katsuki odetchnął i pomasował nasadę nosa. Ten dzień był stanowczo zbyt… zbyt… Po prostu zbyt. — Chcesz mi powiedzieć, że postanowiłeś do nas zadzwonić, bo uznałeś, że nawiedziły nas jakieś siły nieczyste?

— To, kosmici, mafia, krasnoludki, feng-shui albo katastrofa naturalna. Ewentualnie jakiś wybuch gazu — wyliczył usłużnie Phichit. — Ale skoro aż tak się temu dziwisz, to rozumiem, że to tylko sprawka twojego osobistego Jeźdźca Apokalipsy? No przecież. Obok Wojny, Zarazy, Głodu i Śmierci pojawił się pan Zaskakiwanie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.