To, co poza kadrem, nie zawsze znika. Czasem po prostu czeka, aż ktoś wyłączy światło, żeby w końcu móc swobodnie oddychać.
I
SZARY DYM
Słodki jad
Zaczęło się od tego, że przestałam patrzeć na świat,
a zaczęłam na Ciebie.
Wypełniłeś każdą przestrzeń tak gęsto,
że powietrze wokół nas nabrało Twojego zapachu.
Wchodziłam w to bez żadnych zabezpieczeń,
jakbyś był jedynym możliwym kierunkiem.
Słuchałam Twoich słów, które sączyły się jak miód,
lepiły się do ścian mojej świadomości,
aż stały się jedyną prawdą, w którą chciałam wierzyć.
To było takie łatwe — dać się wkręcić,
oddać klucze do pokoju, którego jeszcze dobrze nie znałam.
Nie zauważyłam, kiedy w naszych rozmowach
pojawił się ten dziwny, szary dym.
Był taki subtelny, prawie niedostrzegalny,
wypełniał kąty, zasłaniał drobne znaki,
które teraz widzę tak wyraźnie.
Dozowałeś mi siebie — chwilę ciepła, chwilę dystansu.
Piłam to jak eliksir, nie wiedząc, że to jad.
Najgorsze, że ten dym był taki znajomy,
taki bezpieczny w swojej duszącej obecności.
Nie chciałam się bronić.
Chciałam po prostu być częścią Twojego ognia,
nawet jeśli miało mnie to spalić od środka.
Daleko stąd
Czwarty raz dzwonisz w letnią, duszną noc,
A ja nie bronię się, choć powinnam być silna.
Patrzę w szybę, gdzie miasto traci swą moc,
A w mojej głowie cisza staje się zbyt winna.
Twoje dłonie na sukience — wspomnienie ostre,
Chciałam mniej, lecz poczułam, jak serce wybucha.
Przy tobie wszystko stało się tak proste,
Że nawet nie słyszę, jak świat wokół mnie słucha.
„Daleko stąd” — powtarzasz jak refren zaklęty,
Jakbyśmy grali w filmie, co nie ma końca.
Drugi dzień, a ja już spakowałam wszystkie sprzęty
,By gubić się z tobą, z dala od ramion słońca.
Lubię twój wzrok, gdy szukasz w nim miejsca,
W którym moje lęki wreszcie się wyciszą.
Wybierzmy drogę, niech to będzie nasza kwestia,
Niech tylko nasze serca najgłośniej słyszą.
Daleko stąd…
Zatrzymam ten kadr, gdzie światło się zmienia.
Nie pytaj o jutro, niech trwa ta noc krótka.
Znalazłeś miejsce.
Wśród cieni, w milczeniu,
Zostawiam za sobą wszystko,
Co było tylko jutrem.
Kolejny odcień szarości
W Twoich oczach odbijam się niewyraźnie,
jak postać w oknie, za którym zbiera się burza.
Nie wiem, czy to jeszcze ja, czy już tylko szkic,
który wyrysowałeś, zanim zdążyłam powiedzieć,
jak bardzo boli mnie to niebo.
Wszystko staje się gęste.
Słowa, które rzucasz od niechcenia,
osiadają na moich ubraniach jak kurz,
którego nie da się strzepnąć jednym ruchem.
Zaczynam się przyzwyczajać do tego cienia, do tego,
że w naszym wspólnym pokoju światło zawsze pada z tej
samej, fałszywej strony.
Nie pytaj, dlaczego milczę.
Właśnie uczę się czytać między wierszami Twoich obietnic,
które mają smak słodki,
a zostawiają w gardle piekący ślad
To jeszcze nie koniec.
To dopiero początek dymu,
który wkrótce zasłoni mi wszystko,
co kiedyś było dla mnie oczywiste.
Nie da się wrócić
Noc nigdy nie jest taka sama.
To światło na ścianie,
ten układ cieni, ten jeden moment,
kiedy dłoń dotyka dłoni — to dzieje się teraz i już się
nie zmieni.
Możesz próbować zamknąć to w pamięci,
nazywać, porównywać, szukać śladów.
Ale nawet ten sam pocałunek — z każdym oddechem jest
inny, w innym układzie.
Nie ma dwóch tych samych spojrzeń.
Wczorajsze było ciekawe, dzisiejsze jest inne.
Wszystko jest jak woda w rzece: nieustannie nowe, wiecznie
niewinne.
II
ZDEJMOWANIE MASKI
Bez kompasu
Już nie rysuję linii na piasku,
nie sprawdzam, czy wiatr wieje zgodnie z planem.
Przez tyle lat żyłam w strachu przed „nie wiem”,
że nie zauważyłam, jak samo „wiem” stało się więzieniem.
Teraz po prostu idę.
Może w lewo, może w prawo, może prosto w nieznane.
Nie szukam w Twoim spojrzeniu potwierdzenia,
że to, co robię, jest „w porządku”.
Nie boję się, że jutro może nas tu nie być,
bo w końcu zrozumiałam, że najbardziej przerażające
było trwanie w czymś, co nie miało przyszłości.
To dziwne uczucie — ta moja nowa beztroska.
Nie jest jak wybuch fajerwerków,
to raczej cisza po wielkim huraganie.
Nie wiem, co przyniesie kolejny dzień,
i pierwszy raz w życiu…
w ogóle mnie to nie przeraża.
Zgubić się? Proszę bardzo.
Błądzić? Czemu nie.
Wreszcie nie muszę wiedzieć, gdzie prowadzi ta droga.
Wystarczy, że wreszcie — po raz pierwszy —
to ja wybieram kierunek,
nawet jeśli nie mam pojęcia,
gdzie jest meta
Ostatni akt kontroli
już nie czuję potrzeby, żeby poprawiać rąbek spódnicy,
gdy świat patrzy na mnie oczami pełnymi ocen.
dawniej byłam jak aktorka,
która nie zna swojej roli na pamięć,
więc improwizowała pewność siebie,
ścierając paznokcie o szorstkie krawędzie cudzych oczekiwań.
dziś pozwalam, by kurz osiadał na moich ramionach,
by wiatr rozczochrał włosy, które kiedyś musiały być idealne.
to niesamowite, jak lekko robi się w płucach,
kiedy rezygnujesz z bycia główną ozdobą własnego życia,
a zaczynasz być tylko obserwatorem,
który wreszcie przestał kurczowo trzymać się scenariusza.
pamiętam te wieczory,
gdy układałam każde słowo, jakby od tego zależało przetrwanie
całego świata.
teraz słowa płyną jak woda w strumieniu — niektóre są przejrzyste,
inne niosą ze sobą trochę mułu,
ale żadne nie jest już wyrokiem,
przed którym musiałabym klękać.