E-book
13.65
drukowana A5
43.26
Powrót Diabła z Camarro

Bezpłatny fragment - Powrót Diabła z Camarro


5
Objętość:
193 str.
ISBN:
978-83-8104-166-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.26

Rozdział 1

Burza rozpętała się wczesnym popołudniem. Zegar na pustej ścianie wskazywał szóstą dwadzieścia pięć, a porywisty wiatr niosący obfite opady deszczu nie ustawał ani na chwilę. W pokoju słychać było jedynie świst uderzającego o szyby powietrza oraz dźwięk rozbijających się o parapet kropli. Posępna melodia jesiennej burzy rozbrzmiewała w całej swej okazałości. Na wąskiej, ociekającej wodą Via Quattro Novembre nie widać było żywej duszy. Dzielnica Gardolo tonęła w smutku i kroplach jesiennego deszczu.

Foyer della Gioventù, położony na samym końcu jednej z bocznych ulic, nie różnił się niczym od innych, stojących tuż obok domów. Był to skromny, dwupiętrowy budynek o dużej ilości okien. Mało kto wiedział, że właśnie tutaj mieszkało trzydziestu afrykańskich imigrantów, którzy dzięki stypendiom naukowym przyznawanym corocznie przez włoski rząd, mogli rozpocząć studia w europejskim kraju. Oprócz obywateli Republiki Kongo, Etiopii oraz Wybrzeża Kości Słoniowej, grono hostelu zasilał mongolski chemik Undrakh oraz kolumbijska pasjonatka historii sztuki Lorena Velázquez. Ci ostatni zdecydowali się na takie, a nie inne zakwaterowanie z kilku prostych powodów.

Po pierwsze, dzielnica Gardolo miała doskonałe połączenie komunikacyjne z samym centrum Trydentu. Po drugie, okolica pełna była cudzoziemców pochodzących z najbardziej odległych części świata, dzięki czemu nie czuli się zupełnie wyobcowani. Co więcej, Foyer della Gioventù oferował przyzwoite warunki po bardzo przystępnej cenie. W związku z tym, bez chwili wahania postanowili wynająć dwuosobowy pokój z przynależną do niego łazienką i niewielkim aneksem kuchennym.

Ostatnie dwa lata swojego życia Lorena Velázquez spędziła w niespokojnym, przeludnionym i wiecznie zakorkowanym Bangkoku. Przez jakiś czas pracowała jako przewodnik w Muzeum Kamieni Rzadkich w prowincji Pathum Thani. To właśnie tam poznała młodego, ambitnego chemika, który przybył do Tajlandii w celach naukowych. Przypadkowe spotkanie bardzo szybko przerodziło się w zażyłą znajomość, a ta z kolei w płomienny romans. Żadne z nich nie przypuszczało, iż związek ten przetrwa tak długo. Inne spojrzenie na świat oraz niezbiegające się w żadnym punkcie plany na przyszłość nie mogły stanowić fundamentu do stworzenia czegoś bardziej stabilnego. Seks jednak zrobił swoje i ku zaskoczeniu obojga, kwitnące życie erotyczne było wystarczającym powodem do tego, aby spakować walizki i razem szukać szczęścia gdzie indziej. Tym oto sposobem dwudziestego czwartego października o piątej po południu wylądowali na lotnisku w Weronie.

— Byłaś tu kiedyś? — zapytał Undrakh, wsiadając do taksówki.

— Tak — rzekła Lorena.

— To dziwne — stwierdził. — Nigdy o tym nie mówiłaś.

Dla niej jednak nie było w tym nic dziwnego. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiali. Jeżeli akurat nie uprawiali seksu, każde z nich zajmowało się własnymi sprawami. Wiedzieli o sobie niewiele i może właśnie dlatego ich namiętność płonęła równie intensywnie, co pierwszego dnia.

— Jedźmy już — nalegała.

Samochód ruszył z miejsca. Taksówkarz dyskretnie spojrzał w lusterko, instynktownie kierując wzrok na ponętne usta siedzącej z tyłu pasażerki.


Port lotniczy Fiumicino przeżywał prawdziwe oblężenie. Pomimo iż nie był to środek sezonu, wszystkie terminale pękały w szwach. Ludzie niczym mrówki biegali od jednej bramki do drugiej, ciągnąc za sobą wypchane po brzegi walizki, które jakimś cudem musieli później wepchnąć do schowka umieszczonego nad głową pasażera. Dziesięć kilogramów zwiniętych w rulonik ciuchów mogło być idealnym rozwiązaniem dla zwiedzających Watykan turystów, ale na pewno nie dla kogoś, kto przyleciał do Rzymu w interesach.

Charles van der Sar miał ze sobą starannie spakowany bagaż, który podczas każdej podróży zawierał dokładnie to samo: gazety na temat ostatnich skandali politycznych, poufne raporty dotyczące funkcjonowania największych domów aukcyjnych we Włoszech, 20-calowy tablet oraz paczkę herbatników. Pozostałe kilkanaście kilogramów rzeczy nie zawsze osobistych pakował do dużej, czarnej walizki, którą oddawał w ręce wypudrowanych i wymalowanych niczym modelki na wybiegu pań przy stanowisku check-in. Pomimo że linie lotnicze All`Italia wydawały się działać dla dobra pasażerów, nikt nie był w stanie zagwarantować, że jego bagaż bezpiecznie dotrze do celu. Patrząc na niezbyt rozgarnięte twarze pracowników naziemnych, van der Sar nie miał wątpliwości, iż jego walizkę przerzucali ludzie nieodpowiedzialni i zupełnie nieświadomi rzeczywistości, w jakiej żyli. Był to jednak jedyny sposób na dyskretne przemycenie kilku wartościowych dzieł sztuki, które tuż po zakupieniu zwijał w rulonik, a następnie upychał pod bardziej obszernymi swetrami.

Jako właściciel kilkunastu galerii oraz największego na Sycylii domu aukcyjnego Lesotho, dbał o interesy najlepiej, jak potrafił. Doskonała znajomość rynku historii sztuki oraz niebywałe zdolności negocjacyjne wystarczyły, aby rozpocząć współpracę z najbardziej wpływowymi kolekcjonerami we Włoszech.

Pomimo że praca pochłaniała zdecydowanie większą część jego życia, na bieżąco śledził posunięcia militarne w zaangażowanych w wojnę krajach, jak również skandale oraz wydarzenia polityczne mające większy lub mniejszy wpływ na kształtowanie się nowej władzy przemysłowej na świecie. Pośród niezliczonych obowiązków i zainteresowań, Charles van der Sar znajdował jednak czas, aby być człowiekiem i otoczyć opieką małego, wiecznie głodnego kundla o imieniu Shadow.

Obaj mieszkali w dużej, otoczonej bujną roślinnością willi przy Via Bernini 56 w Palermo, którą na co dzień zajmowały się dwie spokrewnione ze sobą kobiety niewiadomego pochodzenia. Zgodnie podawały się za żony marokańskich biznesmenów, którzy handlowali na Sycylii afrykańskimi tkaninami. Wszystko jednak wskazywało na to, iż kobiety wraz z innymi, nielegalnymi imigrantami przypłynęły z Tunezji na uginającej się pod ludzkim ciężarem łodzi, cudem dobiły do brzegu Lampedusy, a następnie z pomocą od lat działającego na wyspie tunezyjskiego gangu zostały przetransportowane do Palermo. Tam z kolei w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach dostały się pod skrzydła jednej z bardziej zamożnych rodzin w mieście, która zatrudniła je w roli gospodyń na ponad cztery lata. Niespodziewany wyjazd do Argentyny zmusił rodzinę do porzucenia kilkupiętrowej willi przy Via Vittorio Emanuele i opuszczenia kraju na bliżej nieokreślony czas. Jedyne, co mogli zrobić, to zarekomendować gospodynie komuś takiemu jak Charles van der Sar, który był legendą samą w sobie.

Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy pojawił się w Palermo, nikt nawet nie przypuszczał, że ten nieznany nikomu historyk z Kapsztadu osiągnie jakikolwiek sukces. Wiara we własne możliwości, ale przede wszystkim w ludzką głupotę sprawiła, że w przeciągu czterech lat dorobił się fortuny, której nawet najbardziej wpływowi ludzie interesu mogli mu pozazdrościć. Handlując dziełami sztuki najwyżej notowanych artystów na rynku, wzmacniał swoją pozycję z każdym mijającym rokiem. Po Sycylii krążyły głosy, że to on napędzał handel dziełami sztuki, wychowując nowe pokolenie kolekcjonerów. Jego wybrańcami stawali się głównie młodzi, zadufani w sobie ludzie interesu, którzy byli gotowi wydać fortunę po to tylko, aby zabłysnąć w towarzystwie i pochwalić się kolejnym, wartym miliony obrazem zdobytym na ostatniej aukcji. Podczas gdy mocno rozbudowane już grono klientów wzbogacało swoje kolekcje, on polował na coraz większe ryby. Sięgając do kieszeni urzędujących w Rzymie polityków, zyskiwał nie tylko kolejnych wielbicieli własnego talentu, ale również pośredników, którzy nieświadomie otwierali mu wrota do innych, niewyobrażalnie większych interesów.

Pasażerowie podróżujący do Palermo zaczęli ustawiać się przy bramce. Van der Sar skorzystał z wejścia dla klientów biznesowych i szybkim krokiem wszedł na pokład samolotu. Za niecałą godzinę miał wylądować na lotnisku Punta Raisi. Jak dotąd, wszystko przebiegało zgodnie z planem.


Contrada Fulgatore, położona w prowincji Trapani w pobliżu autostrady A29, nie różniła się niczym szczególnym od innych, sycylijskich miasteczek. Liczyła niewiele ponad tysiąc mieszkańców, których głównym źródłem utrzymania były coroczne zbiory winogron, oliwek oraz owoców cytrusowych. Praca w pocie czoła stanowiła tu podstawowy element codziennej egzystencji. Miejscowa ludność, tak bardzo pochłonięta licznymi obowiązkami, nie przywiązywała zbyt dużej wagi do przyjeżdżających z zewnątrz mieszkańców wielkich miast, którzy coraz częściej nabywali porzucone niegdyś domostwa, by w krótkim czasie przeistoczyć je w opływające luksusem wille.

Nikt zatem nie był specjalnie zaskoczony, kiedy dwa lata temu jeden z porzuconych domów w Contrada Fulgatore trafił w ręce człowieka, o którym wiedziano tylko tyle, że prowadził hodowlę dzików. Zakupiona przez niego posiadłość znajdowała się daleko od głównej drogi, a dotarcie tam było bardziej skomplikowane, niż dojazd do samego Trapani.

Nikt z miejscowej ludności tak naprawdę nie wnikał, w jaki sposób odmienił ten duży, od dawna porzucony dom ukryty na wzniesieniu pośród drzew oliwkowych. Posiadłość była otoczona wysokim murem, który szczelnie odgradzał ją od świata zewnętrznego. Jedynie miejscowi pastuszkowie słyszeli, jak wczesnym rankiem z wnętrza dobiegały męskie głosy, a wieczorem rozbrzmiewała muzyka. Żaden z nich jednak nie był na tyle ciekawy, aby podejść bliżej i zobaczyć, co kryło się za wiecznie zamkniętą bramą. Wiele już w swoim życiu widzieli, ale bez względu na okoliczności, wierzyli w prawdziwość sycylijskiego przysłowia: “Cu k surdu, orbu e ta‘ci, campa cent’anni ‘mpaci.”

Tej samej zasady trzymała się również grupa mężczyzn pilnujących posiadłości po drugiej stronie bramy. Uzbrojeni w karabiny maszynowe, dzień i noc krążyli po dużym, pustym placu otaczającym dom. Kilku z nich, należących do najbardziej zaufanych ludzi, poruszało się po terenie posiadłości jedynie z berettą w kaburze. To oni pilnowali porządku, przyjmowali polecenia z góry i wydawali rozkazy podległym sobie żołnierzom. Wszyscy jednak, bez względu na funkcję pełnioną w rodzinie, byli podporządkowani woli jednego człowieka. Człowieka, który po wydarzeniach sprzed dwóch lat awansował z pozycji nieznanego nikomu asa na stanowisko przywódcy kolumny, a niewiele ponad rok później wszyscy zwracali się do niego per generale. Był to dowód uznania za wierność, odwagę i posłuszeństwo. Dzisiaj Vito Basile posiadał własną armię, którą po odpowiednim przygotowaniu oddawał do dyspozycji Wielkiej Rodziny. Contrada Fulgatore stała się więc ukrytą bazą, działającą wyłącznie na jego zasadach.

Nie ulegało wątpliwości, iż był on jednym z najmocniejszych i najbardziej obiecujących ogniw w prowincji Trapani. Zupełnie nieznany przedstawicielom prawa, funkcjonujący pod własnym imieniem i nazwiskiem jako właściciel jednej z największych w okolicy hodowli dzików, stanowił idealną przykrywkę dla dynamicznie rozwijających się interesów. Dyskrecja i sprawność działania, które były widoczne przy każdej realizowanej przez niego akcji, stworzyły z niego człowieka o najwyższym poziomie zaufania.

Vito Basile znał swoją rolę jak mało kto. Większość poleceń przychodzących z góry trzymał wyłącznie dla siebie, a wykonującym rozkazy żołnierzom przekazywał tyle, ile uważał za słuszne. Wiedzieli o tym wszyscy i w bardzo krótkim czasie przestali zadawać pytania, na które i tak nie otrzymaliby odpowiedzi.

Dnia dwudziestego pierwszego listopada o czwartej piętnaście nad ranem Vito Basile niespodziewanie opuścił dom. Kiedy wsiadł do stojącej na podwórzu czarnej hondy accord, strzegący posiadłości żołnierze bez słowa otworzyli bramę. Większość z nich jeszcze długo patrzyła, jak pędzący wśród tumanów kurzu samochód zmierzał w kierunku lotniska.


Valerio Montesano siedział za biurkiem w małym, zadymionym pomieszczeniu i nie odrywał wzroku od leżącego na blacie kilkunastostronicowego raportu. Był to wynik wielu nieprzespanych nocy oraz ciężkiej pracy, którą on, początkujący agent Antymafijnego Centrum Dowodzenia, wykonał wraz z komisarzem Antonio Ferrante. Obaj dołożyli wszelkich starań, aby ustalić tożsamość nowego przywódcy jednej z panujących na Sycylii organizacji mafijnych.

Po tragicznej śmierci dotychczasowego bossa — Vincenzo Bellomo, rodzina sprawująca rządy w prowincjach Enna i Caltanissetta borykała się z wieloma problemami. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jak potoczą się jej dalsze losy, jako że Vincenzo Bellomo nie zostawił godnego siebie następcy. Ojcowie Wielkiej Rodziny intensywnie przymierzali się do podziału terytorium, aby jak najszybciej ustalić nowy porządek i stłumić pierwsze bunty wśród żołnierzy. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że być albo nie być rodziny Bellomo zostało niemalże przesądzone. Wierni swoim zasadom generałowie do ostatniej chwili walczyli o to, aby przetrwać. Dniami i nocami szukali rozwiązania, które byłoby w stanie zagwarantować im jeszcze jedną szansę. Szansę na utrzymanie dotychczasowej pozycji oraz sprawowanie władzy na niezmienionym terytorium. Tego typu żądania byłyby całkowicie niedorzeczne, gdyby nie fakt, że generałowie rodziny Bellomo mieli w rękawie niepodważalną kartę. Tą kartą był nikt inny jak sam Francesco di Salvo.

Czterdziestosiedmioletni chemik z Mazara del Vallo, od lat będący prawą ręką Vincenzo Bellomo, wtajemniczony we wszystkie interesy prowadzone na terenie obu prowincji, wydawał się być kandydatem wartym poważnego rozpatrzenia. Przez wielu uważany za nieudacznika i skończonego idiotę, miał do zaoferowania coś, obok czego żaden szanujący się boss nie przeszedłby obojętnie. Lata spędzone przy boku Bellomo nauczyły go nie tylko prowadzenia interesów, ale również, a może przede wszystkim, bycia człowiekiem honoru. Pomimo wielu dolegliwości, na jakie cierpiał przez całe swoje życie, rozum i język miał zawsze na właściwym miejscu. Co więcej, był niewątpliwie najlepszym i najbardziej doświadczonym chemikiem na wyspie, obok czego, bez względu na wszystkie za i przeciw, Wielka Rodzina nie mogła przejść obojętnie.

Dwa tygodnie po śmierci Vincenza Bellomo miała zostać podjęta ostateczna decyzja. Decyzja wydająca wyrok na osieroconą rodzinę Enny i Caltanissety. Decyzja, na którą czekali wszyscy.

Kto krew niewinną przelewa, własną krwią za nią płaci. A kto umiera, umiera na zawsze, by żywi mogli działać w spokoju. Kiedy jedna rodzina traci honor, traci go bezpowrotnie. W jej miejsce może wejść druga po to tylko, by błędy przeszłości naprawić — głosiło czwarte przykazanie Wielkiej Rodziny.

Francesco di Salvo wiedział, że teraz wszystko zależało od niego. Przedstawiwszy niezwykle racjonalny plan swoich działań, złożywszy przysięgę wierności i posłuszeństwa, w milczeniu czekał na werdykt. Po długich i burzliwych obradach w opuszczonej chacie przy wjeździe do Montevago, została podjęta decyzja o przyjęciu di Salvo do kręgu wybranych. Jako nowy, samodzielnie działający przywódca wziął na swoje barki odpowiedzialność za wszystkie winy przeszłości. Winy, za które sam jeden musiał odpokutować. Zrobienie czystki we własnej rodzinie należało do zadań najtrudniejszych. Wyrok śmierci, jaki wydał na ponad czterdziestu najbardziej zaufanych ludziach, był niezbitym dowodem na to, że przeszłość pozostała przeszłością, a życie rozpoczynało się na nowo. Otrzymał pozwolenie na stworzenie własnej, samodzielnie działającej rodziny na terenie Enny i Caltanisetty. Wszystkie podejmowane przez niego decyzje miały jednak pozostać pod kontrolą Wielkiej Rodziny, która bacznie przyglądała się jego najmniejszym nawet ruchom.

— O czym tak myślisz, Vale? — zapytał komisarz Ferrante, znienacka wchodząc do biura.

Agente Montesano poderwał się z miejsca i stanął niemalże na baczność.

— Komisarzu — powiedział z szacunkiem.

— Jakieś wieści? — zapytał Ferrante.

— Jeszcze nie. Marineve przypływa za pół godziny.

— Port obstawiony?

— Tak. Wszyscy na swoich miejscach.

— Ja też tam jadę. Ty obserwuj nagrania z kamer i nie przeocz żadnego szczegółu — powiedział Ferrante, w pośpiechu opuszczając biuro.

Znany ze swojej wysokiej klasy, transportujący samochody pasażerskie w obrębie Morza Śródziemnego statek Marineve, miał przybić do portu w Palermo kwadrans po godzinie osiemnastej. Sześcioosobowa squadra komisarza Ferrante zajęła wyznaczone wcześniej stanowiska, szykując się do planowanej od kilku godzin akcji. Wiadomość o znajdującym się na pokładzie pokaźnym arsenale broni dotarła do Antymafijnego Centrum Dowodzenia na krótko przed zakończeniem pory obiadowej. Działający w ukryciu informator komisarza Ferrante doniósł, że ponad dwieście sztuk broni krótkiej ukryto w drewnianych ramach przewożonej na statku kolekcji dzieł sztuki. Pomimo że z początku wiadomość ta została przyjęta dość sceptycznie, potraktowano ją tak samo poważnie jak wszystkie inne informacje przychodzące w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka minut po godzinie osiemnastej Marineve powoli zaczął wpływać do portu. Podczas gdy sześciu członków squadry komisarza Ferrante bacznie obserwowało, jak kilkadziesiąt ton stali płynęło w ich kierunku, agent Montesano uważnie śledził obraz rejestrowany przez pięć zamontowanych na terenie portu kamer. Jeden podejrzany ruch kogokolwiek znajdującego się w obrębie statku mógł doprowadzić do nagłej interwencji oraz niepotrzebnego rozlewu krwi. Stawka była wysoka.

— Okolica czysta — przekazał Montesano.

— Biały fiat ducato — powiedział Ferrante. — Gdy tylko opuści statek, wkraczamy do akcji.

Po dwóch minutach oczom wszystkich ukazała się duża, biała furgonetka wyjeżdżająca z promu.

— Teraz! — krzyknął komisarz.

Squadra Antymafijnego Centrum Dowodzenia w jednej sekundzie znalazła się przy rampie, uniemożliwiając kierowcy wjazd na teren portu.

— Fermo, polizia! — krzyczał Ferrante.

Zgodnie z przewidywaniami, furgonetka gwałtownie przyspieszyła, planując szaleńczą ucieczkę w kierunku Via Messina Marine. Wystarczyły jednak dwa strzały w tylne opony, by całkowicie unieruchomić zataczający się pojazd. Oszołomiony kierowca furgonetki poddał się bez podejmowania kolejnych prób ucieczki, co umożliwiło zakończenie akcji w przeciągu kilku następnych sekund.

— Nie ma rannych — przekazał Montesano. — Żadnych podejrzanych ruchów w okolicy.

Trzymając pistolet tuż przy karku kierowcy, komisarz Ferrante nakazał natychmiastowe otwarcie tylnych drzwi furgonetki. Pozostali członkowie squadry asekurowali akcję, spodziewając się kolejnych, nieprzewidywalnych ruchów mężczyzny. Istniało również ryzyko, że w środku, oprócz pokaźnej kolekcji dzieł sztuki oraz ukrytej w niej broni krótkiej, mogła znajdować się niespodzianka w postaci uzbrojonych po zęby współorganizatorów przemytu. Ku zaskoczeniu wszystkich, wewnątrz samochodu nie było nikogo. Komisarz Ferrante niezwłocznie przystąpił do kontroli opartych o ściany i zabezpieczonych specjalną folią dzieł sztuki. Rzeczywiście, wszystkie obrazy posiadały duże, drewniane ramy.

— Co w nich jest? — zapytał Montesano.

 Un cazzo — odparł Ferrante. — Non c`è un cazzo!

Rozdział 2

Castello del Buonconsiglio był niewątpliwie jedną z największych atrakcji turystycznych Trydentu. Usytuowany przy Via Bernardo Clesio, otwarty we wszystkie dni tygodnia z wyjątkiem poniedziałków, przyciągał tłumy wypoczywających w okolicy gości. Wśród nich niejednokrotnie znajdowali się prawdziwi pasjonaci historii, gotowi zapłacić każdą cenę za obejrzenie kamiennych murów tej trzynastowiecznej budowli. Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się najstarsza część zamku — Castelvecchio, zdominowana przez wysoką, cylindryczną wieżę.

To właśnie tam Lorena Velázquez miała swój skromny, wyposażony w jedno biurko i jedno krzesło pokój, w którym spędzała nieliczne, kilkuminutowe przerwy w ciągu dnia. Kiedy trzy tygodnie temu została przyjęta do zamku w roli przewodnika, ani przez chwilę nie miała wątpliwości, iż praca ta przyniesie jej upragniony spokój. Nerwowe życie w Bangkoku powoli i skutecznie wysysało z niej ostatnie pokłady energii, tłumiąc ten silny, nieposkromiony charakter, który kształtowała przez całe swoje życie. Wszystko jednak wskazywało na to, że nadeszły chwile wytchnienia. Chwile pozbawione lęku, niepewności i walki o przetrwanie. Chwile, które pozwalały zaczerpnąć oddech i cieszyć się nim od początku do końca. Zarówno ona jak i Undrakh, zasługiwali na drugą szansę od życia. Życia razem lub osobno. To bez znaczenia.

— Stoi przy wschodniej ścianie — powiedział nagle kobiecy głos.

Lorena uniosła głowę.

— Che dici? — zapytała.

Wysoka, szczupła kobieta o długich, ciemnych włosach i niezwykle znudzonym wyrazie twarzy wykonała dziwny ruch głową, po czym odezwała się niechętnie:

— Jakiś facet. Stoi przy wschodniej ścianie. Chce, żebyś oprowadziła go po zamku.

— Ja? — zapytała Lorena zaskoczona.

— Tak, ty. Idź już.

Kobieta najwyraźniej nie miała ochoty na dalsze wyjaśnienia. Korzystając z okazji, usiadła na stojącym przy biurku krześle, wyjęła z kieszeni lusterko i zaczęła obserwować swój długi, wypudrowany nos, który drgał podejrzanie za każdym razem, kiedy mu się przyglądano. Nie chcąc wprawiać nosa koleżanki w jeszcze większe zakłopotanie, Lorena oddaliła się, zmierzając ku wschodniej ścianie zamku. To dziwne, że ktoś zapytał właśnie o nią. W przeciągu trzech tygodni oprowadziła już wielu turystów, ale nie sądziła, by którykolwiek z nich wrócił po to, by zobaczyć to samo miejsce raz jeszcze. Przez chwilę myślała, że to Undrakh zrobił jej niespodziankę. Skorzystał z przerwy obiadowej i przejechał pół Trydentu, aby dotrzymać jej towarzystwa.

„Miło z jego strony”, pomyślała.

Rzadko kiedy robili sobie niespodzianki. Bo niby po co? Żadne z nich nie miało ochoty bawić się w romantyczne podchody, które tak naprawdę do niczego nie prowadziły, a jedynie nasilały irytację i utwierdzały w przekonaniu jak beznadziejny jest świat zakochanych. Oboje woleli bardziej praktyczne rozwiązania. Potrzeby seksualne zaspokajali wtedy, gdy mieli na to ochotę, nie domagając się czułych słówek ani zapewnień o wiecznej miłości. Każde z nich żyło w swoim własnym świecie, tworząc wokół niego powłokę, do której mieli dostęp tylko nieliczni.

Jak na koniec listopada, dzień był ciepły i przyjemny. Promienie słońca intensywnie ogrzewały zamkowe podwórze, które od rana do wieczora wypełniali zmęczeni zwiedzaniem turyści. Lorena wyszła na zewnątrz, kierując się ku wschodniej ścianie. Ubrana w białą, muślinową bluzkę, długą do kolan spódnicę i czarną, skórzaną marynarkę, pewnym krokiem mijała grupy rozentuzjazmowanych turystów robiących sobie zdjęcia na tle cylindrycznej wieży. Już z oddali dostrzegła postać opartego o ścianę mężczyzny, który odwrócony do niej plecami patrzył na przybitą do muru tablicę.

— Buongiorno — powiedziała z uśmiechem. — Lorena Velázquez, do usług.

Nieznajomy odwrócił się. Nie mówiąc ani słowa patrzył, jak stojąca przed nim kobieta ze zdziwienia rozchyliła usta i w stanie bardzo dalekim od opanowania przyglądała się jego surowej, spalonej słońcem twarzy. Ona z kolei czuła, jak zimny dreszcz powoli, lecz intensywnie przeszywał jej ciało, paraliżując wszystkie nerwy po kolei. Pośród oblewających jej twarz promieni słońca starała się ukryć strach, który całkowicie zdominował jej umysł.

Nie przypuszczała, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie. Że jeszcze kiedyś stanie przed obliczem człowieka tak bardzo powiązanego z tą ciemną, lecz ani na chwilę nie zapomnianą częścią jej życia. Życia pełnego błędów, impulsów i nieprzemyślanych decyzji. Do tej pory trzymała się myśli, że ich potajemne spotkania były niczym innym jak tylko krótkim epizodem, który rozpoczął się i zakończył niezależnie od ich woli. Tymczasem Vito Basile stał tutaj, naprzeciw niej. Oziębły, niedostępny, przepełniony tą samą nieufnością, co dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy spotkali się na ulicach Palermo.

— Denise Filippi Ferreira — powiedział ostrym, wręcz zastraszającym tonem.

Lorena czuła, jak jej nogi uginały się pod ciężarem własnego imienia. Imienia, które raz na zawsze powinna była wymazać z pamięci po to, aby przeżyć. Pamiętała, jak w blasku zachodzącego słońca przyjmowała swoją nową tożsamość, gwarantującą jej życie bezpieczne, spokojne, nieskażone jakimikolwiek powiązaniami ze światem przestępczym.

— Denise Filippi Ferreira morta è — powiedział tamtego dnia poszukiwany przez pół Sycylii Diabeł z Camarro, przekazując jej plik zaklejonych w kopercie dokumentów.

To miał być sekret. Ich sekret. Sekret, którego oboje zobowiązali się dochować aż do śmierci. Niedługo potem jego słowa okazały się wyrocznią. Nikomu nieznana dziennikarka Denise Filippi Ferreira odeszła ze świata jako ofiara morderstwa dokonanego z zimną krwią w Faraglioni di Scopello. Morderstwa, które było wyrokiem za jej upór, odwagę i chęć ujawnienia prawdy. Przyjmując z rąk Diabła paszport Loreny Velázquez, kartę kredytową ze stoma tysiącami euro oraz bilet lotniczy do Tajlandii, zdołała uciec przed wyrokiem, jaki wydali na nią członkowie pedofilskiego klubu Cappuccetto Rosso.

Niedługo po przylocie do Bangkoku dowiedziała się o rzeźni, jakiej dokonał Diabeł z Camarro na cmentarzu w Partannie, jak również o jego natychmiastowym zatrzymaniu przez grupę uzbrojonych policjantów. Kilka tygodni później całe Włochy dobiegła szokująca wiadomość o tragicznym pożarze w więzieniu Ucciardone, w którym największy sycylijski boss spłonął żywcem wraz z kilkunastoma innymi skazańcami.

— To zemsta familii Bellomo — krążyły głosy.

Wiadomość ta dotarła do Denise poprzez internetową wersję Corriere della Sera. Stało się to w dniu, kiedy o mały włos sama nie straciła życia pod kołami rozpędzonej motorikszy. Wtedy właśnie odniosła wrażenie, jak gdyby wszystko to, co robiła do tej pory, straciło jakikolwiek sens. Jej życie w Tajlandii nagle wydało się absurdem, a świadomość ukrywania się przed zboczeńcami z Cappuccetto Rosso sprawiła, że czuła odrazę do samej siebie. Zrozumiała, jak wielkim była tchórzem i jak wielki błąd popełniła. Niemalże natychmiast spakowała walizki, by zaraz potem wsiąść do taksówki i pojechać na lotnisko Suvarnabhumi. Ściskając w ręku bilet do Palermo wiedziała, że czas powrócić do gry. Że jej miejsce nie było gdzieś na drugim końcu świata w Azji, lecz na niespokojnych, tryskających krwią ulicach Sycylii. To tam pragnęła wrócić i na nowo stać się kimś, kim była naprawdę. Dziennikarką. Dziennikarką odważną, nie znającą żadnych granic i gotową do największych poświęceń. Pragnienie to stało się tak żywe i tak silne, że nic nie było w stanie jej powstrzymać.

Dopiero gdy stojąca przy bramce Tajka przedarła kartę pokładową i poprosiła o przejście w głąb korytarza, Denise ogarnęło jakieś dziwne przeczucie. Przeczucie, które kazało jej zrobić krok wstecz i nie wchodzić na pokład samolotu. Głęboko w jej umyśle głośno i wyraźnie rozbrzmiewały ostatnie słowa Diabła:

— Z piekła możesz wyjść tylko raz. Kiedy tu wrócisz, najpierw cię zabiją, a potem będą sądzić. Wybierając dzień powrotu, wybierz go mądrze, by nie był on twoim ostatnim.

Czas, jaki spędziła z Diabłem z Camarro, nauczył jej jednej, ważnej rzeczy: jakkolwiek absurdalne mogłoby wydawać się to wszystko, co mówił, należało tego słuchać. Słuchać uważnie i ze zrozumieniem. Życie bowiem nieraz pokazało, że miał rację. Gdyby posłuchała go wtedy, kiedy był na to czas, jej życie dzisiaj wyglądałoby inaczej. Nadal byłaby robiącą karierę dziennikarką Denise Filippi Ferreira, widywałaby matkę dwa razy w roku i jeździłaby po świecie z własnym paszportem w kieszeni. Tymczasem tkwiła w Bangkoku pod fałszywym nazwiskiem, pracowała jako przewodnik w Muzeum Kamieni Rzadkich i miała się na baczności za każdym razem, gdy widziała faceta ze spluwą. A on… Skończył jeszcze gorzej niż ona. Ścigany niczym zwierz, a potem spalony żywcem we własnej celi, został pochowany na jakimś pustkowiu, które Corriere della Sera nazwało po prostu un secco pezzo di terra.

— Sà-baai dee măi? — zapytała Tajka, patrząc na pasażerkę.

— Sà-baai dee — rzekła Denise, oddalając się od bramki.

Zaraz potem zmieszała się z tłumem biegających po terminalu Azjatów, a kwadrans później siedziała już w taksówce zmierzającej do dzielnicy Dusit. Był to jedyny moment słabości, który zawładnął jej umysłem do tego stopnia, że straciła kontrolę nad własnymi czynami. Nigdy później nie myślała już o tym, by powrócić na Sycylię. Los jednak sam zadbał o to, aby ta część jej życia przypadkiem nie została zapomniana.

Vito Basile nieruchomym wzrokiem patrzył, jak stojąca przed nim dziewczyna biła się z własnymi emocjami, próbując ukryć strach, niepewność i bezradność wobec zaistniałej sytuacji.

— Znów się spotykamy — powiedział chłodno, jak gdyby była to największa kara w jego w życiu.

— Che vuoi? — zapytała Denise, najwyraźniej podzielając jego odczucia.

— Przyjechałem po ciebie — wyjaśnił.

Nastała cisza. Oboje stali w bezruchu i patrzyli na siebie, jak gdyby za chwilę mieli stoczyć pojedynek na śmierć i życie.

— Co to znaczy? — zapytała.

— To znaczy, że pojedziesz ze mną.

— Niby dokąd?

— Dowiesz się po drodze.

Denise zdobyła się na skąpy, ironiczny uśmiech. Nie miała ochoty na żarty, a już na pewno nie w obecności kogoś, kto najchętniej zabiłby ją na miejscu. Bo przecież tego chciał. Dwa lata temu to on najbardziej domagał się jej śmierci, nieustannie podkreślając zagrożenie, jakie stanowiła dla Diabła i całej rodziny Lo Presti.

— Idziemy — powiedział ostro.

Nie wyglądał na kogoś, kto żartował.

— Zamierzasz mnie porwać? — zapytała, patrząc na wystającą zza paska berettę.

— To nie jest konieczne. Pojedziesz z własnej woli.

— Bo ty mnie o to prosisz?

— Bo on o to prosił — odparł Basile.

Denise zamilkła. Analizowała w myślach to, co przed chwilą usłyszała, lecz nie dochodząc do żadnych, logicznych wniosków, zapytała wprost:

— O czym ty mówisz?

Basile po raz pierwszy ruszył się z miejsca i stanął tak blisko niej, że czuła na twarzy jego oddech.

— Przed pożarem w Ucciardone napisał, że jeżeli cokolwiek mu się stanie, mam cię sprowadzić do Camarro.

— Mnie? — zapytała zdziwiona. — Po co?

— Na jego grób.

Denise czuła, jak zimny dreszcz, którego doznała na początku rozmowy z Basile, przemienił się nagle w oszalałą falę ciepła. Ciepła, które niosło ze sobą strach, zwątpienie, ale i jakąś dziwną, wyraźnie odczuwalną tęsknotę. Tęsknotę za człowiekiem, o którym zapomnieć nie mogła i który odszedł z jej życia tak samo niespodziewanie, jak się w nim pojawił. Stojąc naprzeciw Vito Basile i patrząc w jego zimne, pozbawione jakichkolwiek emocji oczy, była niemalże pewna, iż zastawiono na nią pułapkę. Pułapkę, w którą miała wejść z własnej, nieprzymuszonej woli. Z drugiej jednak strony, jeżeli rzeczywiście takie było ostatnie życzenie Diabła? Jeżeli rzeczywiście chciał, aby choć raz pojawiła się na jego grobie?

— Jedźmy — powiedziała w końcu.

Mężczyzna nie odpowiedział.

— Wezmę dokumenty i za dziesięć minut spotkamy się przy bramie — dodała.

— Poczekam tutaj — powiedział chłodno.

Nie przywiązując wagi ani do jego słów, ani tym bardziej do tego, co wkładał do prawej kieszeni, Denise odgarnęła do tyłu włosy i mijając roześmianych turystów, udała się w stronę cylindrycznej wieży.


Restauracja Lo Strascino, usytuowana w Palermo przy Viale Regione Siciliana, była niewątpliwie ulubionym miejscem spotkań jednego z najbardziej wpływowych biznesmenów w prowincji, Simone Luigi Finocchiaro. Działający od lat na rzecz familii Lo Presti, ściśle współpracujący przy transporcie broni i narkotyków, służył jako przykrywka do wszelkich interesów większego ryzyka prowadzonych w północnej części wyspy. Jako człowiek żyjący na określonym poziomie, lubił wszystko to, co wiązało się z luksusem: rozrywkę, kobiety i wykwintne jedzenie. Restauracja Lo Strascino zapewniała co prawda wykwintne jedzenie, jednak rozrywka i piękne kobiety musiały tymczasowo odejść na drugi plan. Nic tak bowiem nie podnosiło ciśnienia jak filiżanka espresso w towarzystwie pewnego siebie i gotowego do rozmowy na każdym poziomie Charlesa van der Sar. Krążyły głosy, że wrócił do Palermo kilka godzin temu. Nie było więc zaskoczeniem, iż pierwsze swoje kroki skierował tutaj, aby w wielkim stylu odebrać to, co do niego należało.

— Trzysta tysięcy euro — powiedział Finocchiaro, kładąc na stole walizkę.

Van der Sar błyskawicznie oszacował jej zawartość, po czym wyjął z kieszeni kawałek papieru i zapisał na nim szereg cyfr.

— Tutaj przelejesz resztę — powiedział, rzucając kartkę na stół.

— Jaką u diabła resztę? — zapytał Finocchiaro.

— Pozostałe sto tysięcy.

Van der Sar miał do siebie to, iż nigdy nie liczył się z nikim. Postępował wbrew jakimkolwiek normom prowadzenia interesów, nie respektował wcześniej ustalonych zasad, a końcową cenę wyznaczał według własnego uznania. Pomimo że większość działających na terenie Palermo biznesmenów najchętniej omijałaby go szerokim łukiem, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, iż lepiej stać po jego stronie, niż po przeciwnej. Człowiek ten był nieobliczalny, gotowy do podejmowania najbardziej brutalnych kroków. Być może właśnie dlatego w bardzo krótkim czasie stał się głównym celem familii Lo Presti, która takich ludzi jak on wciągała w swe szeregi niemalże natychmiast. Ścisła współpraca z Vito Basile umożliwiała mu poruszanie się po rynku z niekontrolowaną swobodą. Miał przyzwolenie na podejmowanie wszelkich, niezbędnych kroków, mających na celu pomyślne zakończenie wspólnych interesów. Nic więc dziwnego, że siedzący naprzeciw niego Finocchiaro kipiał niczym wulkan szykujący się do wyplucia potężnych pokładów lawy.

— Nie dam czterystu tysięcy — powiedział oburzony. — Te obrazy są nic nie warte.

— Doprawdy? — zapytał van der Sar. — A od kiedy to jesteś znawcą sztuki?

— Nie taka była umowa. Kazałeś mi kupić ciężarówkę z gromadą falsyfikatów. Zrobiłem to, aby chronić twój tyłek i żeby gliny dostały przynętę.

— Poszło według planu. Jak zawsze. Gliny rzuciły się na obrazy, a broń przeszła niezauważona.

— Gdzie ją schowałeś?

— W skrzynkach z rybami. Kilku naszych rozładowało kutry i zabrali, co potrzeba.

— Śmierdząca sprawa. Ty zrobiłeś swoje, a ja lada dzień będę miał na karku gliny. Muszę jeszcze zrobić coś z tymi obrazami.

— Sprzedasz je i zarobisz drugie tyle. A teraz rób przelew, bo nie mam czasu.

— Sei impazzito? Mam go zrobić teraz?

Van der Sar nie odpowiedział. Zdjął okulary i powolnym ruchem zaczął je przecierać dolną częścią koszuli. Finocchiaro wiedział, że musi się spieszyć. Że miał zaledwie kilka sekund na podjęcie ostatecznej decyzji. Że milczący van der Sar był bardziej niebezpieczny od jakichkolwiek pogróżek i że wyrok praktycznie wisiał w powietrzu. Wszyscy bowiem wiedzieli, że jego decyzje były tożsame z decyzjami familii Lo Presti. A z tymi, rzecz jasna, nikt już nie zamierzał dyskutować. Ostudzony takim obrotem sprawy Finocchiaro wyjął z kieszeni telefon i zaczął wprowadzać zapisane na kartce cyfry.

— Poszło — powiedział z grymasem niezadowolenia.

Otrzymawszy potwierdzenie dokonanej operacji, van der Sar wyłączył tablet i zrobił pierwszy łyk gorącego jeszcze espresso.

— Możesz iść — odezwał się po chwili.

Finocchiaro odetchnął z ulgą. Najwyraźniej podjął właściwą decyzję i tym samym ocalił skórę. Z ludźmi takimi jak on należało postępować ostrożnie. Nie mieli bowiem żadnych skrupułów, żadnych zasad moralnych, a już na pewno żadnej odpowiedzialności wobec danego wcześniej słowa. Finocchiaro dziwił się, że Vito Basile tolerował w swoim otoczeniu człowieka, który panoszył się po wyspie bez żadnej kontroli i decydował o wszystkim di testa sua. Familia Lo Presti zawsze bowiem otaczała się ludźmi, dla których wartość słowa była wartością najwyższą. Ludźmi, którzy od lat prowadzili interesy wysokiego ryzyka bez konieczności wchodzenia w relacje z kimś takim jak Charles van der Sar.

Finocchiaro podniósł się z miejsca i otrzepał z pyłu dolną część marynarki.

— Salutamo — dodał, a następnie ruszył w kierunku wyjścia.

Nie zauważył, jak chwilę później siedzący przy stole mężczyzna wykonał twierdzący ruch głową, ani jak dwóch podejrzanie wyglądających typów znalazło się tuż za jego plecami. Gdy tylko opuścili lokal, dał się słyszeć przeraźliwy, męski krzyk, który zaraz potem ucichł wśród kilkunastu wystrzałów z broni dużego kalibru.

— Nie znoszę widoku krwi na posadzce — skomentował van der Sar, dopijając espresso.

Rozdział 3

W biurze komisarza Antonio Ferrante już od godziny siódmej rano toczyła się zażarta dyskusja na bardzo delikatne tematy. Agente Montesano najwyraźniej nie przyjmował do wiadomości faktu, że każdy dzień powinien rozpoczynać się filiżanką kawy, krótkiego odprężenia przy biurku oraz sprowadzenia myśli na spokojne tory. Wszystkie inne kwestie, nawet te najbardziej niecierpiące zwłoki, należało rozpatrywać nie wcześniej, niż od siódmej trzydzieści. Lata spędzone w Antymafijnym Centrum Dowodzenia uczyniły z komisarza Ferrante niewolnika tejże zasady, której trzymał się nieprzerwanie bez względu na okoliczności. Nadgorliwość i zbyt wygórowane ambicje Valerio Montesano działały mu na nerwy, w wyniku czego sobotni poranek przerodził się w niepotrzebną eksplozję emocji.

— Stai calmo! — nalegał Ferrante, gasząc papierosa.

Montensano był jednak tak nakręcony, że nawet uwagi komisarza nie powstrzymały go przed wyrażeniem opinii w tak drażliwej kwestii, jaką była wczorajsza Operacja Marineve.

— Coś poszło nie tak — tłumaczył, chodząc nerwowo od jednej ściany do drugiej. — Ktoś celowo wprowadził nas w błąd.

Raport rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Wszystko wskazywało na to, że akcja została przeprowadzona zupełnie bezpodstawnie. Informacje, jakie dostarczono na kilka godzin przed wpłynięciem Marineve do portu, uznano za niewystarczające do podejmowania aż tak daleko idących kroków. Komisarz Ferrante zaciekle bronił swej decyzji, uzasadniając ją powagą zaistniałej sytuacji oraz brakiem czasu na jakiekolwiek konsultacje.

— Moim zdaniem, ktoś chciał się nas pozbyć — kontynuował Montesano. — Rzucono nam ducato na przynętę, a cała akcja była zaledwie przykrywką.

— Przykrywką do czego? — zapytał Ferrante.

— Do tego, aby przemycić broń w innym miejscu.

Nie takiej odpowiedzi spodziewał się komisarz. A już na pewno nie od kogoś, kto pojawił się w Antymafijnym Centrum Dowodzenia zaledwie pół roku temu i nie miał żadnego doświadczenia w walce z przestępczością.

— Skąd ty jesteś, Montesano? — zapytał Ferrante.

— Z północy — odparł.

— Skąd dokładnie?

— Emilia Romagna.

— Posłuchaj mnie — zaczął komisarz, nachylając się nad biurkiem. — Teorie wyssane z palca możesz wygłaszać u siebie. Możesz upiększać je do woli i łudzić się, że tak właśnie jest. Ale tu żyjemy według innych zasad. Zasad, które dyktuje nam rzeczywistość. A rzeczywistość tu jest brutalna i bezlitosna. Jeżeli chcesz przetrwać, musisz ją zaakceptować. Musisz być taki jak ona. Albo i gorszy. Musisz myśleć logicznie i odpowiadać z rozsądkiem. Musisz słuchać tych, którzy żyjąc tutaj, zdołali zachować swój tyłek w całości. A mój tyłek nie utracił ani kawałka. Co więcej, jest coraz większy i twardszy. Dlatego kiedy mówię, że masz się zamknąć, oznacza, że masz się zamknąć. Lu capisti?

Montesano nie odpowiedział. Zacisnął zęby i powrócił do swoich obowiązków.


Samolot linii lotniczych Volotea wylądował na lotnisku Birgi kilka minut przed zaplanowanym czasem. Opuszczający pokład pasażerowie z zamkniętymi oczami wdychali powietrze przepełnione zapachem morza i sycylijskiej ziemi. Ziemi suchej, popękanej, jednak rodzącej najwspanialsze owoce na świecie. Za to kochali ją wszyscy. Ci, którzy mogli poczuć jej zapach od pierwszej chwili swojego życia, jak i ci, którzy przybyli tu zupełnie przypadkowo w poszukiwaniu wrażeń i tak bardzo upragnionego słońca. Wszyscy jednak w ten sam sposób zostali oczarowani jej pięknem bijącym po oczach praktycznie na każdym kroku.

Zachwyt, szczęście, zdumienie. To właśnie czuła Denise, kiedy dwa lata temu po raz pierwszy dotknęła stopami sycylijskiej ziemi. I wiele by dała, aby przeżyć tę chwilę raz jeszcze. Aby ciałem i duszą odtworzyć to błogie uczucie, które wówczas przepełniało ją całkowicie. Niestety, dwugodzinna podróż w towarzystwie Vito Basile uśmierciła w niej wszystko to, co miało jakikolwiek związek z przyjemnością.

Tuż przed wejściem na teren lotniska Werona-Villafranca zorientowała się, że w jej torebce nie było telefonu. Zdenerwowana zaczęła przeszukiwać kieszenie marynarki, której nie zdejmowała od momentu opuszczenia zamku.

— Dostaniesz go w swoim czasie — powiedział Basile.

Denise stanęła w bezruchu. Nie przypuszczała, że sprawy mogły przybrać aż tak niespodziewany obrót.

— Zabrałeś mi telefon? — zapytała.

Mężczyzna nie odpowiedział. Chwycił ją mocno za przegub ręki i zaczął prowadzić w kierunku bramki.

— Muszę zadzwonić — nalegała.

Basile był jak z kamienia. Przypominał żołnierza prowadzącego jeńca wojennego przed oblicze sprawiedliwości. Nie odpowiadał na żadne pytania, nie reagował na jej prośby, nie wzruszyły go nawet jej ostre słowa, które coraz częściej wypowiadała pod wpływem wzburzenia. Tylko co jakiś czas spoglądał w jej kierunku. Zupełnie tak, jakby zadawał sobie pytanie, dlaczego ta niekontrolująca emocji istota w ogóle pozostała przy życiu.

Tym razem jednak Denise odgadła jego myśli. Tym razem wiedziała, co kryło się za tym zimnym, bezdusznym spojrzeniem, którym przeszywał ją już wtedy, gdy po raz pierwszy spotkali się w Palermo.

— Na co czekasz? — zapytała, gdy zajęli miejsca w samolocie. — Ammazzami!

Basile zapiął pas bezpieczeństwa i odwrócił się w stronę okna.

— Jego już nie ma — kontynuowała Denise. — Teraz już nikt nie może cię powstrzymać.

Samolot wystartował. Dwugodzinny lot z Werony do Trapani odbył się w całkowitym milczeniu zarówno z jego, jak i z jej strony. Każdy pogrążony był we własnym myślach, które pomimo tego, że miały tak różny charakter, dotyczyły jednego i tego samego człowieka. Emocji nie brakowało. Denise była kłębkiem nerwów, które mniej lub bardziej skutecznie starała się kontrolować. Nie wiedziała, dokąd zmierzali ani co ten człowiek zamierzał z nią zrobić. Diabła z Camarro już nie było. Nie było więc nikogo, kto mógł ją chronić przed ludźmi takimi jak Vito Basile.

Co więcej, nie miała telefonu. Pozbawiono ją jakiejkolwiek możliwości kontaktu z Undrakhiem, który przez kolejne kilka godzin na pewno nie zorientuje się, że coś poszło nie tak. Wielokrotnie przecież wracała do domu późno bez informowania go o tym, co robiła, z kim była ani dlaczego nie zadzwoniła. Na tym polegał ich związek. Pomimo że mieszkali pod jednym dachem, każde z nich żyło na własną rękę. Łączył ich wieczorny seks i rozmowy przy porannej kawie. Oznaczało to, że przez kolejne siedem-osiem godzin Undrakh nie zauważy nic podejrzanego. Może zaniepokoić się dopiero przed północą, ale nawet wtedy nie ma gwarancji, że zacznie jej szukać. Bo niby dlaczego? Dlaczego miałby ingerować w jej prywatne życie? Jeżeli zdecydowała się zostać na noc poza domem, miała do tego prawo. Tak samo jak on. Problem polegał na tym, że po północy mogła być już martwa.

Caralho”, pomyślała.

Basile nie zwracał na nią uwagi. Przez cały czas gapił się w okno i krążył myślami nie wiadomo, gdzie. Denise nie miała wątpliwości co do tego, że dokładnie zaplanował, kiedy i w jaki sposób się jej pozbędzie. Jeżeli rzeczywiście zamierzał ją zabrać na grób Diabła z Camarro, morderstwa dokona zaraz potem. W najlepszym wypadku da jej kulkę w łeb. W najgorszym poderżnie gardło albo udusi plastikową torbą. Sama nie wiedziała, czego się spodziewać. Była jednak pewna, że ktoś taki jak on, nie będzie tracił czasu na tortury, by wydobyć z niej informacje, których i tak nie posiadała. Była to w sumie jedyna pozytywna myśl, jaka w owym momencie przychodziła jej do głowy.

Nie zmieniało to jednak faktu, że tuż po wylądowaniu na lotnisku Birgi czuła, jak strach i niepokój zżerały ją od środka. Nie tak wyobrażała sobie powrót na Sycylię. Nie tak to wszystko miało wyglądać.

Zaraz po opuszczeniu budynku lotniska wsiedli do czarnej hondy accord zaparkowanej wśród setek innych samochodów i bez słowa zajęli miejsca na przednich siedzeniach. Vito Basile przekręcił kluczyk w stacyjce, rozejrzał się po parkingu i na pełnym gazie ruszył w nieznanym kierunku.


Charles van der Sar siedział wygodnie na bujanym krześle w domu aukcyjnym Lesotho i z nogami opartymi o blat biurka oraz telefonem przy uchu prowadził niezwykle emocjonującą rozmowę. Czterysta tysięcy euro, które zarobił na sprzedaży falsyfikatów, poprawiło mu humor do tego stopnia, że od czasu do czasu dzielił się jakimś starym, południowoafrykańskim żartem.

— Non c`è un cazzo da ridere — zauważył głos po drugiej stronie. — Jesteśmy w czarnej dupie.

Van der Sar zaśmiał się.

— W furgonetce mieliśmy znaleźć broń — kontynuował głos. — A tymczasem nie było tam nic oprócz sterty bezwartościowych płócien.

— Przywieź je do mnie i obaj na tym zarobimy.

— Nie żartuj sobie, van der Sar. Zawarliśmy umowę, której jak zwykle nie dotrzymałeś. Mam już po dziurki w nosie ciebie i twoich interesów. Prędzej czy później doigrasz się i skończysz jako filar przy moście.

— Dopilnuj tylko, żeby stał po prawej stronie. Bo prawa strona to strona rozsądku, intelektu. Czegoś, co ja mam w nadmiarze, a ty na nawet odrobiny.

— Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyjesz. Ale bądź pewien, że nie potrwa to długo. Bo jeśli oni cię nie wykończą, to zrobię to osobiście.

Po tych słowach rozmówca przerwał połączenie. Emocje najwyraźniej wzięły górę nad rozsądkiem, co dla Charlesa van der Sara było oznaką największej słabości. O ludziach nie potrafiących myśleć w sposób logiczny i powściągliwy miał bardzo niskie mniemanie. Komisarz Ferrante niewątpliwie należał do grona tych, którzy kierowali się, jakby to nazwać… Wiarą. Wiarą w Bóg jeden wie, co. W jakieś zasady, układy, porozumienia… W coś, co tworzą jedynie ci, którzy sami nie są w stanie wyegzekwować niczego. Najważniejsze w interesach jest bowiem myślenie. Myślenie trzeźwe, logiczne. Obejmujące nie tylko to, co znajduje się wokół, ale sięgające znacznie dalej. Tam, gdzie najwięksi wrogowie snują plany, intrygi, gdzie rodzi się chęć posiadania tego, co zakazane. Charles van der Sar był ekspertem w tej dziedzinie. Zanim komukolwiek zaświtała w głowie myśl o próbie przechytrzenia go, on już wiedział, jakie kroki należało podjąć, aby uniknąć zagrożenia. Komisarz Ferrante myślał w sposób ograniczony. Interesowały go tylko rzeczy przyziemne, związane z gonitwą po świecie mafijnym i uzyskiwaniem miernych efektów, na które otrzymywał pozwolenie. Fakt, że ktoś taki w ogóle miał dostęp do Wielkiej Rodziny, napawał van der Sara odrazą. Ludziom pokroju Ferrante nie można było ufać.

Cu nasci sbirro, sbirro more — mówiło dziesiąte przykazanie mafii.

A on nadal miał prawo węszyć po ich terytorium w zamian za złudną protekcję, jaką oferował po tej drugiej stronie. Van der Sar uważał, że obecność kogoś takiego jak on była całkowicie zbędna. Równie dobrze mogliby wypełnić kolejną studnię na pustych ziemiach w Rampinzeri i zastąpić go kimś bardziej ogarniętym, kto robiłby swoje bez zadawania zbędnych pytań.

Swoboda, na jaką pozwalały sobie co poniektóre „pionki” była wręcz zatrważająca. Nie ulegało wątpliwości, że grono Wielkiej Rodziny wymagało porządnej czystki. Dolną częścią piramidy zajmowali się specjalnie szkoleni do tych celów żołnierze. Częścią środkową, obejmującą mało skutecznych generałów i przywódców kolumn, zajmowali się killerzy Cuccù. Wierzchołek piramidy pozostał nietknięty, niemniej jednak należało przyjrzeć się bliżej wybranym „wtyczkom” ze świata zewnętrznego. To właśnie zadanie przydzielono jemu, Charlesowi van der Sar.

Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy zetknął się ze światem Wielkiej Rodziny, nie miał absolutnie żadnych oporów, aby podjąć ryzyko, które mogło mu zapewnić milionowe zyski. Wyniki, jakie wówczas osiągnął, przeszły najśmielsze oczekiwania. Kolejne zadania przyjmował bez słowa, nie prosząc o pomoc ani wsparcie kogokolwiek. Zarabiał grube miliony, kierując się własnym doświadczeniem i wyczuciem w prowadzeniu interesów. Samodzielność, skuteczność i trzymanie gęby na kłódkę w bardzo krótkim czasie otworzyły mu drogę do świata, który okazał się prawdziwą żyłą złota. Czuł się w nim dobrze. Zupełnie tak, jak gdyby po raz pierwszy odnalazł swoje miejsce w życiu. Po dwóch latach ciężkiej, lecz jakże lukratywnej pracy, stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi familii Lo Presti. I nikt nie miał wątpliwości, że na tę pozycję zasłużył. Teraz również on miał prawo decydować o tym, komu można ufać, a komu nie. Kto miał zginąć, a kto miał pozostać przy życiu. Groźby komisarza Ferrante robiły na nim takie samo wrażenie jak mucha, która przelatywała z jednej ściany na drugą. Jej odgłos czasami działał na nerwy, ale nadal pozostawała tylko muchą. Małym, czarnym insektem, którego w każdej chwili można było zmiażdżyć.

Rozdział 4

Znaleźli się na autostradzie A29. Czarna honda accord jechała szybko, wyprzedzając kolejne ciężarówki z białym napisem Despar. Lotnisko Birgi pozostało kilka kilometrów w tyle, a przed nimi rozciągała się droga prowadząca do samego serca wyspy. Jadąc pośród pól gęsto usłanych na przemian winnicami i drzewami oliwnymi, Vito Basile wpatrywał się w jeden i ten sam punkt znajdujący się na przedniej szybie. Odkąd wsiedli do samochodu, nawet nie spojrzał na siedzącą obok Denise, która od momentu opuszczenia Werony starała się nawiązać rozmowę.

— Dokąd jedziemy? — zapytała.

Nie mogła się jednak spodziewać, że Basile udzieli odpowiedzi, nie mówiąc już o rozwianiu kilku wątpliwości, które zrodziły się w jej głowie podczas lotu.

— Mam prawo wiedzieć, dokąd mnie zabierasz — nalegała.

Odzywała się nie dlatego, że miała ochotę na jakąkolwiek wymianę zdań z tym zimnym, niedostępnym typem, ale dlatego, aby choć na chwilę przerwać tę piekielną ciszę, która jeszcze bardziej potęgowała jej zdenerwowanie. Denise czekała na moment, kiedy Basile zatrzyma samochód, rzuci na jej kolana czarną opaskę i każe zawiązać oczy. Tak właśnie zrobił Domenico Rizzo, kiedy rozpoczynali swą pierwszą podróż do Cappuccetto Rosso. Ci ludzie mieli obsesję na punkcie pewnych miejsc i strzegli ich tajemnicy bardziej, niż własnego tyłka. Basile na pewno nie był wyjątkiem. Człowiek dostawał gęsiej skórki na sam jego widok, nie mówiąc już o przebywaniu w jego towarzystwie dłużej niż pięć minut. Po przejechaniu kolejnych kilkunastu kilometrów samochód zwolnił i zjechał z autostrady na drogę prowadzącą do Dattilo.

„Co u diabła…”, pomyślała Denise.

Nie minęło dziesięć minut, odkąd opuścili lotnisko. Czyżby chciał kontynuować podróż drogami wewnętrznymi? Jeśli tak, to dlaczego? Przecież autostrada to najszybszy sposób, aby dostać się gdziekolwiek. Drogi prowadzące przez wsie są wąskie i pełne niebezpiecznych zakrętów. To zmusza do jazdy wolniejszej, a tym samym naraża na częstsze spotkania z miejscową ludnością. Jeżeli ten cały Basile jest poszukiwany przez policję tak samo intensywnie, jak pozostali członkowie familii Lo Presti, tego typu manewr nie miał najmniejszego sensu. Narażał nie tyle ją, co jego.

Wokół nie było nic oprócz pojedynczych domów i ciągnących się za nimi pól oliwkowych. Całe wiejskie życie rozgrywało się przy jednej, wąskiej drodze, po której teraz jechali ze znacznie zredukowaną prędkością. Denise próbowała zrozumieć, w jakim celu przyjechali do tak odizolowanego miejsca jak Dattilo. Nie sądziła, aby grób Diabła z Camarro znajdował się właśnie tutaj. Corriere della Sera wyraźnie napisało, że został pochowany na cmentarzu w swoim rodzinnym mieście. A Partanna znajdowała się minimum pięćdziesiąt minut jazdy stąd. Wszystko wskazywało więc na to, że oto Vito Basile dopiął swego. Podstępem zwabił ją na Sycylię, aby dokonać czynu, o którym marzył już od dawna: pozbyć się niewygodnej dziennikarki będącej naocznym świadkiem poczynań świętej pamięci il capo dei capi.

Zdziwiła się jednak, kiedy zupełnie niespodziewanie opuścili Dattilo, a ich oczom ukazała się duża, biała tablica z czarnym napisem Fulgatore. Czyżby Basile rzeczywiście zamierzał jechać drogami wewnętrznymi? A może jednak nie zamierzał jej zabić.

Samochód zwolnił. Zupełnie tak, jak gdyby za chwilę miał się zatrzymać. Pojedyncze domki usytuowane po obu stronach drogi były stare i raczej zaniedbane. Kiedy przejeżdżali obok małego, pomalowanego na biało supermarketu o krótkiej nazwie Max, dostrzegli starszego mężczyznę stojącego tuż przy wejściu. Zdjął z głowy czapkę i ukłonił się na znak szacunku. Nie ulegało wątpliwości, że kierowca został rozpoznany.

— Znasz tego człowieka? — zapytała Denise zaniepokojona.

Basile nie odpowiedział. Znacznie zredukował prędkość i skręcił w lewo. Momentalnie znaleźli się na małej, wąskiej drodze prowadzącej w kierunku winnic. Minęli kilka jednopiętrowych domków i stadninę koni. Po kilkunastu metrach widzieli już jedynie polną drogę zmierzającą ku górze. Czy to nadal było Fulgatore? Trudno powiedzieć. Kiedy wszelkie zabudowania zupełnie znikły im z oczu, Denise dostrzegła coś w rodzaju pagórka obrośniętego ze wszystkich stron drzewami oliwnymi. To właśnie tam zmierzali.

Im bardziej przybliżali się do celu, tym więcej szczegółów Denise była w stanie dostrzec. Po chwili jej oczom ukazał się brązowy mur. Mur wysoki, potężny, wzbudzający respekt. Wokół niego spacerowało kilku mężczyzn, jak gdyby strzegli dostępu do jakiejś wielkiej tajemnicy. Samochód toczył się dalej, mijając kolejne drzewa i zbliżając się do muru jak gdyby od drugiej strony. Niedługo potem zatrzymali się przy bramie, która w jednej chwili została otwarta przez dwóch wysokich mężczyzn. Denise miała wrażenie, jak gdyby ona i Vito Basile szykowali się na spotkanie ze śmiercią. Jak gdyby po przekroczeniu tej bramy mieli zostać rozstrzelani albo wysadzeni w powietrze. Zdenerwowanie najwyraźniej już mocno dawało się jej we znaki.

Samochód zatrzymał się na dużym, opustoszałym terenie pełniącym najprawdopodobniej funkcję podwórza. Kilkanaście metrów dalej stał dom. Potężny, kamienny dom o niezliczonej ilości okien. Przypominał jeden z tych opustoszałych zamków, które Denise widziała w oddali z autostrady A29. Ten dom wyglądał tak samo. Był ponury, tajemniczy, ale i piękny. Miał w sobie coś, co wzbudzało zachwyt. Co sprawiało, że serce jej rosło na sam jego widok.

Basile otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Ona zrobiła to samo. Powietrze na zewnątrz było o wiele cieplejsze niż to na północy. Sycylijski listopad niewątpliwie bardziej przypominał jej wiosnę, pomimo że zewsząd otaczały ją zimne, niedostępne typy ze spluwą. Basile podszedł do grupy mężczyzn, wypowiedział kilka słów, a następnie wrócił i chwycił ją za przegub ręki.

— Idziemy! — rozkazał.

Nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdyż ten pociągnął ją mocno za sobą i zaczął prowadzić w kierunku domu. Dopiero gdy znaleźli się na dużych, kamiennych schodach, Denise próbowała uwolnić się z jego uścisku. Trzymał ją jednak tak mocno, że im bardziej się szarpała, tym większy ból jej to sprawiało. Zaczęła więc używać słów. Ostrych i nieprzyjemnych. Czuła się poniżona do tego stopnia, że emocje wzięły górę nad strachem. Było jej wszystko jedno. Jeżeli miał zamiar ją zabić, niech zrobi to jak najszybciej. Tu i teraz. Bez poniżania jej i wleczenia za sobą jak worek cukinii.

W końcu weszli do środka. Znaleźli się w dużym, przestronnym holu wypełnionym światłem. Kamienna podłoga tonęła w promieniach słońca, ukazując swe lata w całej okazałości. W zasięgu wzroku widać było zaledwie dwie pary dużych, drewnianych drzwi prowadzących do kolejnych pomieszczeń. Po lewej stronie korytarza znajdowały się szerokie, kamienne schody, wskazujące drogę na wyższe piętra domu.

Denise chwyciła za jedną z wystających klamek i szarpnęła ręką tak mocno, że aż krzyknęła z bólu. Basile nadal ściskał w dłoni jej nadgarstek, ale widząc coraz większy opór zatrzymał się i lewą ręką chwycił ją za gardło. Nie był to uścisk niebezpieczny, lecz na tyle mocny i nieprzyjemny, że lepiej niż jakiekolwiek słowa wyrażał jego niechęć do niej i utratę ostatnich pokładów cierpliwości.

— Jeżeli natychmiast nie przestaniesz, zaprowadzę cię prosto do twojego grobu — powiedział, zwalniając uścisk.

Denise próbowała złapać oddech. Miała już tak dosyć nieustannego szarpania i przepychania się z nim, że najchętniej sama by ze sobą skończyła. Prędzej czy później i tak by to nastąpiło, lecz w tej sytuacji byłoby wręcz wybawieniem. Już miała wyskoczyć z kolejną porcją mocniejszych słów, kiedy nagle opamiętała się i spojrzała w kierunku schodów. Stała na nich młoda, szczupła dziewczyna o ciemnych, kręconych włosach upiętych wysoko w kucyka. Miała duże, smutne oczy i wąskie, lekko zaciśnięte usta. Była ubrana w ciemnozielone spodnie o zwężonych nogawkach oraz żółty sweter sięgający niemalże do kolan. Wszystko to nieco maskowało jej zgrabną, kobiecą figurę, którą najwidoczniej starała się ukryć pod kiepskiej jakości ubraniami. Niepewnym krokiem zaczęła schodzić, trzymając w obu dłoniach coś, co przypominało zwinięty koc. Im bardziej zbliżała się do holu, z tym większą uwagą przypatrywała się Denise. Ciężko jej było ukryć zainteresowanie kimś, kto pojawił się w domu tak nagle, i kto w dodatku był kobietą.

— Zabierz ją na górę — nakazał Basile.

Dziewczyna podeszła bliżej i z jeszcze większą uwagą zaczęła przyglądać się Denise. Patrzyła na jej ubiór, figurę, włosy. Nie dało się ukryć faktu, że była pod wielkim wrażeniem. Zapewne już dawno nie widziała kogoś tak ładnego.

— Proszę za mną — powiedziała, ponownie wchodząc na stopnie.

Denise znieruchomiała. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego. Od dawna miała przeczucie, że Vito Basile był skończonym draniem, ale nigdy by nie przypuszczała, że posunie się do czegoś takiego. Że za kamiennymi murami będzie więził tak młodą, niewinną dziewczynę i wykorzystywał w najgorszy z możliwych sposobów. W jednej chwili zrobiło jej się niedobrze. Poczuła tak wielkie obrzydzenie, że miała ochotę splunąć mu prosto w twarz. Tego jednak nie uczyniła. Zrobiła za to krok w kierunku stojącej na schodach dziewczyny i kiedy poczuła, że poluzował uścisk na jej ręku, odwróciła się do niego plecami.

Filho da puta”, pomyślała.

Chwilę później była już na piętrze. Dziewczyna jednak szła dalej. Coraz wyżej i wyżej. Zupełnie tak, jakby chciała zaprowadzić Denise w najbardziej odległy kąt tego domu. Tam, gdzie nie ma nikogo i skąd nie będzie w stanie uciec. Tylko po co to wszystko? Przecież ludzie tacy jak Vito Basile nie tracą czasu na przetrzymywanie kogoś, kogo i tak zamierzają się pozbyć. To nie w ich stylu.

W końcu dziewczyna zatrzymała się. Nie ulegało wątpliwości, że było to najwyższe piętro domu. Z wbudowanych w ścianę okien Denise dostrzegła podwórko, a na nim kilkunastu mężczyzn strzegących wejścia do tego dziwnego i jakże tajemniczego miejsca.

— Mam na imię Tania — rzekła dziewczyna, otwierając kluczem duże, drewniane drzwi na końcu korytarza. — Tutaj możesz spędzić noc.

Denise uniosła wysoko brwi.

— Noc? — zapytała.

— Tak — odparła Tania. — Przed wyjazdem.

Wszystko wskazywało na to, że ta niepozorna dziewczyna wiedziała więcej, niż można było przypuszczać. Denise nie zamierzała stać z założonymi rękami, gdyż taka okazja już więcej mogła się nie powtórzyć.

— O której planowany jest wyjazd? — zapytała.

— Rano — odparła Tania.

— A dlaczego Basile nie zabrał mnie tam od razu?

— O tej porze cmentarz jest zamknięty.

Dziewczyna weszła do środka. Denise podążyła za nią. Wszystko wskazywało na to, że jakimś cudem mogły znaleźć wspólny język. Przynajmniej na ten krótki czas, kiedy Basile więził ją w swoim domu.

Tania podeszła do dużej, drewnianej szafy i zaczęła z niej coś wyciągać. Denise uważnie rozglądała się po pokoju, w którym miała spędzić najbliższą noc. Było to puste, przestronne pomieszczenie o grubych, solidnych ścianach i zimnej, kamiennej podłodze. Znajdujące się po lewej stronie okna wychodziły na podwórze, a niewielkie drzwi po prawej prowadziły do schludnej, całkiem przyzwoicie urządzonej łazienki. Na środku pokoju stało olbrzymie łóżko mogące pomieścić nawet trzy osoby. Oprócz tego, przy jednej ze ścian znajdowała się obszerna szafa, z której Tania wyjęła właśnie górę porządnie wyprasowanych ubrań.

— Przyda ci się kilka rzeczy — stwierdziła, kładąc wszystko na łóżku. — Na pewno coś z tego wybierzesz.

Denise rzuciła okiem na starannie złożone swetry, koszulki, spodnie, a nawet bieliznę. Wszystko było czyste i pachnące. Nie ulegało wątpliwości, że Tania doskonale wywiązywała się z roli gospodyni, którą najprawdopodobniej w tym domu pełniła. Basile miał widocznie na tyle zdrowego rozsądku, aby pośród tego całego męskiego spędu znaleźć miejsce dla jednej, myślącej kobiety. I była to niewątpliwie jedna z najlepszych decyzji, jaką mógł podjąć.

— W łazience jest szlafrok i kilka ręczników — dodała Tania. — A piecyki są już włączone. Za chwilę powietrze powinno się nagrzać.

Denise spojrzała na nią w sposób, w jaki już dawno na nikogo nie patrzyła. W jednej chwili poczuła do tej dziewczyny nie tylko wdzięczność, ale i sympatię. Była to bowiem pierwsza od bardzo długiego czasu osoba, która okazywała jej swoją troskę. Nawet Undrakh nie dbał o nią w taki sposób. Wręcz przeciwnie. To zawsze ona pilnowała, aby nie zabrakło mu tak podstawowych rzeczy, jak mydło czy szczoteczka do zębów. On nigdy nie przejmował się domem ani tym, co w nim być powinno. Denise już dawno odzwyczaiła się od myśli, że ktokolwiek choć raz mógłby zatroszczyć się o nią. Aż do tego momentu.

Patrzyła na Tanię w milczeniu, dziwiąc się ogromnej życzliwości, jakiej od niej doświadczała. Nie ulegało wątpliwości, że była to wspaniała, wrażliwa i serdeczna dziewczyna, która na pewno nie z własnej woli znalazła się w takim, a nie innym miejscu. Przy boku tego drania. I tych innych, wulgarnych facetów, którzy krążyli pod domem jak psy. Ciekawe jak znosiła to wszystko. Jak ją traktowali. Jak się do niej zwracali. Jak tolerowała to stado dzikich samców, które miało w głowie tylko przemoc i Bóg jeden wie, co jeszcze.

— Dlaczego tutaj jesteś? — zapytała Denise, podchodząc bliżej.

— Che?odparła Tania, nie bardzo rozumiejąc.

— Dlaczego pracujesz dla kogoś takiego jak Vito Basile? Dlaczego wykonujesz polecenia tego skończonego drania?

Dziewczyna, milcząc, zaczęła iść w kierunku drzwi.

— To mój brat — rzekła.

I chwilę później opuściła pokój.


Wybiła północ. Na zewnątrz było ciemno, deszczowo, zimno i nieprzyjemnie. Wiatr dął z niewyobrażalną prędkością, poruszając drzewami niczym papierową dekoracją. Ludzie już dawno pochowali się w domach, nie wychylając z nich nawet małego palca. Psy również zaszyły się gdzieś głęboko w budach, unikając konfrontacji z tym mało inspirującym zjawiskiem pogodowym.

Podczas gdy wszyscy mieszkańcy Via Quattro Novembre pogrążeni byli w głębokim śnie, Undrakh krążył od ściany do ściany, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Był niespokojny, zestresowany, pogrążony w myślach o bardzo negatywnym zabarwieniu. Już dawno nie czuł się tak dziwnie, tak źle. Być może dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat zajrzał w głąb siebie, zadając sobie to jedno, ważne pytanie, które mogło wyjaśnić zaistniałą sytuację. Mianowicie: co zrobił nie tak? Gdzie popełnił błąd? Co powiedział lub czego nie powiedział? Jak zareagował lub jak nie powinien był zareagować? Czy zrobił coś na tyle głupiego, że Denise postanowiła odejść? Czy może chciała go ukarać, spędzając noc poza domem? Jeśli to drugie, to gdzie i z kim? Czy zamierzała wrócić jeszcze tej nocy, czy dopiero nad ranem? Postanowił czekać. Nieważne, jak długo. I tak nie byłby w stanie zmrużyć oka. Zdenerwowany, próbował opanować emocje. Nie wiedział, dlaczego reagował w taki, a nie inny sposób. Przecież rozmawiali o tym milion razy. Ustalili, że nie łączyło ich nic poza bliskością fizyczną, której oboje mieli również prawo szukać gdzie indziej. Może właśnie nadszedł ten moment. Ale dlaczego w ogóle nadszedł? Undrakh nie wiedział, jaki błąd popełnił. Przecież zachowywał się dokładnie tak, jak wtedy, gdy się poznali. Jego stosunek do Denise nie zmienił się ani trochę. Dlaczego więc tak nagle postanowiła odejść? I to w dodatku z innym…

W zamku powiedzieli mu, że spotkała się z jakimś mężczyzną. Wyszła w porze obiadowej i potem już nie wróciła. Takie zachowanie nie było w jej stylu. Denise poważnie traktowała pracę i nigdy nie postąpiłaby w tak mało odpowiedzialny sposób. Chyba że ten koleś zaślepił ją do tego stopnia, że zupełnie straciła poczucie rzeczywistości. Kto wie, jak długo się spotykali. Może od dawna.

— Cazzo! — wykrzyknął Undrakh, uderzając pięścią w stół.

A wiatr był coraz silniejszy.

Rozdział 5

Chłodne powietrze przedostawało się do wnętrza pokoju przez lekko uchylone okno. Z podwórza dobiegały grube, męskie głosy. Ustawione na murze lampy oświetlały teren posesji, pozostawiając jednak w cieniu najwyższe piętra domu. Noc była cicha, spokojna, przepełniona jedynie szeptem przedzierającego się przez drzewa oliwne wiatru.

Denise leżała na pościeli owinięta w biały, wełniany szlafrok. Po wyjściu z kąpieli była tak senna, że nie miała już siły nałożyć na siebie koszuli, którą wieczorem Tania zostawiła dla niej na łóżku. Zasnęła niemalże natychmiast. Miała wrażenie, jak gdyby w jednej chwili przeniosła się do rodzinnego domu w São João da Boa Vista. Siedziała na ganku w towarzystwie trzech owczarków niemieckich, które nie odstępowały jej ani na krok. Jednego delikatnie drapała za uchem, drugiego masowała po brzuchu, a trzeci leżał tuż przy jej nogach, jak gdyby bał się, że zaraz odejdzie.

— Tudo bem — uspokajała, ocierając stopę o jego grzbiet.

Kochała swoje psy. Najbardziej na świecie. Były to jedyne bratnie dusze, jakie posiadała. Kiedy dwa lata temu opuszczała rodzinny dom, serce o mały włos nie pękło jej z rozpaczy. Wiedziała, że jej przyjaciele pozostali w dobrych rękach, niemniej jednak rozłąka z nimi dotknęła ją bardziej, niż mogła się tego spodziewać.

Obraz ich czwórki siedzącej na ganku był prawdziwym ukojeniem. Szczęściem tak wielkim i tak prawdziwym, że nie sposób go było opisać. Szczególnie wtedy, kiedy jedna z jej pociech wskoczyła na łóżko i zaczęła wtulać się w jej ramiona. Denise wyraźnie czuła ciepło zwierzęcia na swojej skórze. Okazywana przez niego czułość była wyjątkowa, w każdym tego słowa znaczeniu. Miała wrażenie, że słyszała nawet jego głos szepczący do jej ucha:

— Denise…

A ona śmiała się.

— Denise… — powtarzał głos.

A ona śmiała się głośniej.

— Denise…

Czując obcy dotyk na swym ciele, gwałtownie otworzyła oczy. Była zdezorientowana. Zamiast ganku i kwitnących pelargonii widziała jedynie ciemność. Dopiero po dłuższej chwili zdała sobie sprawę z tego, gdzie się znajdowała. Tuż obok niej na łóżku siedział ktoś jeszcze. Siedział i dotykał jej dłoni. Czule i delikatnie. To była Tania.

— Już czas — powiedziała szeptem.

— Jaki czas? — zapytała Denise.

— Wyjeżdżacie za pięć minut. Vito czeka na dole.

W tym momencie wszystko stało się jasne. Denise zerwała się z łóżka i w panice zaczęła szukać ubrań. Nałożyła na siebie pierwsze lepsze rzeczy, jakie wpadły jej w ręce. Czarne dżinsowe spodnie pasowały jak ulał, ale szeroki, wełniany sweter był co najmniej o dwa rozmiary za duży. Czarne, sportowe buty nieco ją uwierały. Włosy uniosła wysoko, zawiązując je na czubku głowy gumką.

— Idziemy — powiedziała Denise.

Tania otworzyła drzwi i obie zaczęły zbiegać po schodach. Vito czekał na dole. Czarny seat leon stał zaparkowany przed główną bramą, gotowy do przyjęcia pasażerów. Na podwórzu znajdowało się czterech młodych mężczyzn siedzących przy dużym, drewnianym stole. Dwóch innych stało przy bramie, po zewnętrznej stronie muru. Wszyscy przyglądali się Denise w sposób dziwny, złowrogi i nadzwyczaj podejrzliwy. Nikt z nich nie wiedział, jakim cudem znalazła się na terenie posesji i jaki miała związek z kimś tak wysoko postawionym jak generale. Do głowy im jednak nie przyszło, aby prosić o jakiekolwiek wyjaśnienia. Byli tu po to, by służyć i nie zadawać pytań.

— Amunì! — powiedział Vito, wsiadając do samochodu.

Denise zrobiła, jak jej kazał. Raz jeszcze spojrzała zza szyby na stojącą tuż obok Tanię, która uniosła prawą dłoń, jak gdyby w geście pożegnania. To było dziwne, wręcz zastanawiające. Jechali przecież na cmentarz, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów stąd. Powinni wrócić za dwie, maksymalnie trzy godziny. Zegar na desce rozdzielczej wskazywał pierwszą trzydzieści pięć.

— Dlaczego jedziemy na cmentarz o tej porze? — zapytała Denise.

— O tej porze trupy są bardziej przytomne — odparł Basile, dodając gazu.

Człowiek ten nie miał żadnego wyczucia. Nawet zmarłym nie potrafił okazać szacunku. Traktował wszystkich z góry, jak gdyby cały świat miał mu służyć za życia i za śmierci.

— Jak dostaniemy się do środka?

Basile nawet na nią nie spojrzał. Patrzył przed siebie i jechał ciemnymi, nieoświetlonymi drogami prowadzącymi do autostrady.

— Słyszałeś? — powtórzyła Denise. — Jak dostaniemy się do środka?

— Głównymi drzwiami — powiedział obojętnie.

— Czy ludzie z waszych stron nawiedzają zmarłych w nocy? — zapytała przekornie. — A może boisz się o własną skórę? Może w Partannie aż roi się od carabinierów, którzy tylko czekają, aby dobrać ci się do tyłka?

Basile gwałtownie nacisnął na hamulce i zjechał na pobocze. Wokół było tak ciemno, że nie wiadomo czy znajdowali się na terenie zabudowanym, czy gdzieś pośród winnic.

— Wysiadaj! — powiedział ostro.

— Chyba nie zostawisz mnie tutaj — odparła zdenerwowana.

— Wysiadaj!!! — powtórzył jeszcze ostrzej.

Denise zrobiła, jak jej kazał. Najwyraźniej rozdrażniła go do tego stopnia, że postanowił pozbyć się jej natychmiast. Problem tylko w tym, że nie wiedziała, gdzie się znajdowali. Kiedy opuścili Fulgatore, zupełnie straciła orientację. Wysiadła z samochodu i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Była przekonana, że Basile natychmiast wciśnie pedał gazu i z piskiem opon wyruszy w dalszą drogę. Tego jednak nie zrobił. Wyjął z kieszeni telefon i zaczął prowadzić rozmowę.

Denise nie słyszała ani słowa. Basile i tak rzadko kiedy się odzywał, więc przez telefon zapewne mówił jeszcze mniej. W oczekiwaniu na jego dalszą reakcję odwróciła się i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że stali przy jakiejś siatce. Siatce zawieszonej na skale, ciągnącej się od ziemi przez około piętnaście metrów w górę. Siatce, która chroniła drogę przed opadającymi odłamkami skalnymi. Gdzieś na wysokości trzech metrów od ziemi, pomiędzy metalowymi drutami okalającymi skałę rosły przepiękne, różowe kwiaty bugenwilli. Były dzikie, ale jakże okazałe i pachnące. Bez większego zastanowienia Denise wdrapała się na siatkę i zaczęła zrywać jeden po drugim. Ich intensywny zapach wypełniał oczyszczone wieczornym deszczem powietrze, a ciepły, różowy kolor przebijał się przez zimne, metalowe druty.

— Wsiadaj! — krzyknął Basile przez szybę otwartą od strony pasażera.

Rozmowa najwidoczniej dobiegła końca. Denise zeskoczyła z siatki i energicznie weszła do samochodu. Dalsza droga minęła w całkowitym milczeniu. Oboje byli pogrążeni we własnych myślach i jedno nie wtrącało się do drugiego. Dopiero kiedy przejechali tuż obok białej tablicy z napisem Partanna, Denise poczuła lekkie napięcie. Nigdy wcześniej nie była w tym miejscu. Wiedziała tylko, że tutaj urodził się Diabeł z Camarro, że tutaj dokonał krwawego morderstwa na Vincenzo Bellomo i że tutaj znajduje się jego grób. Z mocno bijącym sercem patrzyła na wszystko, co mijali po drodze. Ogrodzone płotami domy, stację benzynową, ostre zakręty… Aż w końcu zatrzymali się na małej, asfaltowej drodze pod starym drzewem o rozłożystej koronie. Wszystko wskazywało na to, że cmentarz był gdzieś tutaj.

Basile opuścił samochód i zaczął kierować się w stronę dużych, żelaznych drzwi znajdujących się kilkanaście metrów dalej. Denise pobiegła za nim. Ściskając w dłoni bukiet różowych kwiatów, uważnie obserwowała okolicę. Kiedy stanęli przy czarnej tablicy z wyrytym na niej białym napisem Cimitero Comunale Partanna, Basile zaczął uderzać o drzwi przytwierdzoną do niego kołatką.

„Chyba nie sądzi, że ktoś mu otworzy”, pomyślała Denise.

Pomyliła się jednak. Kilka sekund później ogromne drzwi zostały uchylone, a w nich ukazał się wysoki, krępy mężczyzna o dziwnym wyrazie twarzy.

— Jesteśmy — powiedział Basile i gwałtownie popchnął drzwi.

Mężczyzna skinął głową i nie powiedział ani słowa. Był jakiś dziwny. Denise miała wrażenie, że kuśtykał. Nie zadawał żadnych pytań ani nawet nie okazał zdziwienia. Najwyraźniej spodziewał się ich przybycia o tak późnej porze.

Cmentarz tonął w całkowitej ciemności. Nie było ani jednej latarni, która choć minimalnie oświetliłaby im drogę. Denise wyczuła, że znajdowali się na głównym korytarzu cmentarnym. Basile brnął przed siebie energicznie, jak gdyby znał drogę na pamięć. Dookoła znajdowały się wysokie, marmurowe pomniki, chowające w swym wnętrzu kilkuosobowe rodziny. W blasku księżyca można było dostrzec ich smutne, zadumane twarze patrzące na wprost z czarnobiałych fotografii.

Basile zatrzymał się przed wysokim, kamiennym murem prowadzącym do innej części cmentarza, po czym niespodziewanie skręcił w prawo. Zaraz potem minęli wrośnięte w chodnik drzewo, przeszli przez dość szeroką szparę w murze i znaleźli się w jakimś dziwnym miejscu. Denise poczuła niepokój. Stali bowiem na czymś, co przypominało zwykłą, polną ziemię. Była święcie przekonana, że jakimś cudem wydostali się poza główny teren cmentarza. Po chwili jednak jej oczom ukazały się groby. Groby stare, zaniedbane, najwyraźniej już dawno opuszczone. O wiele mniejsze i skromniejsze, niż te, które mijali dotychczas. Tak naprawdę były to zwykłe, kamienne płyty wstawione do ziemi. Na większości z nich nie było nawet napisów. Pomiędzy nimi stały miniaturowej wielkości krzyże świadczące niewątpliwie o tym, że wszędzie spoczywali umarli.

Basile ostrożnie mijał groby i szedł przed siebie. Po kilkunastu metrach dotarli do wysokiego, kamiennego muru, przy którym stały drzewa o bujnych koronach, lecz dosyć cienkich pniach. Denise nie bardzo rozumiała, dlaczego zatrzymali się właśnie tutaj. Wszystko wskazywało na to, że nie było tam nic poza przesiąkniętą deszczem ziemią. Już miała zapytać, w jakim celu ją tutaj przyprowadził, kiedy nagle, zupełnie przypadkowo, dostrzegła niewielki, kamienny krzyż, niedbale wbity do ziemi. Był tak mały i tak niepozorny, że ledwo dostrzegalny. Nie miał żadnego zdjęcia, żadnego napisu i żadnej informacji. Przerażona tym widokiem zaczęła podchodzić coraz bliżej. Ze ściśniętym sercem ukucnęła na ziemi i zaczęła dotykać krzyża. Doznała tak silnych emocji, że nie była w stanie nad nimi zapanować. Trzęsła się. Nie z zimna, lecz z poruszenia. Czując przechodzące przez jej ciało dreszcze, upuściła na ziemię kwiaty. Bukiet rozpadł się i nie zostało po nim ani śladu. Zdenerwowana zaczęła tworzyć go na nowo, a kiedy w końcu jej się to udało, wykopała w ziemi dołek i wsadziła go do środka, tuż przed krzyżem. Nie miała siły się podnieść. Klęcząc i patrząc na ten mizerny kawałek kamienia czuła, jak łzy wypływały jej z oczu. Całe szczęście, że Basile stał za nią i nie był świadkiem jej słabości. Tkwiła w tej pozycji przez kolejne kilka minut, patrząc i rozmyślając. Aż w końcu wstała. Otarła rękawem cieknące łzy i próbowała zebrać się w sobie. Wiedziała, że za chwilę stąd odejdzie i prawdopodobnie już nigdy nie wróci. Że dziś albo jutro Basile zawiezie ją na lotnisko i że nigdy więcej nie spojrzy na grób człowieka zwanego przez wszystkich Diabłem z Camarro.

— Chodźmy już — powiedziała, odwracając się od krzyża.

— Nie możemy — odparł Basile. — Najpierw musisz zabrać kwiaty.

— Dlaczego? — zapytała, przecierając zaczerwienione oczy.

— Bo ja nie lubię kwiatów — powiedział głos za plecami.

Denise znieruchomiała. Wiedziała, że wszystkie cmentarze mają w sobie to coś, co sprawia, że zmysły ludzkie pracują na wyższych obrotach, ale jej osobiście nigdy się to nie zdarzyło. Czyżby akurat tutaj miała doświadczyć tego po raz pierwszy? Czyżby emocje, jakich doznała przy grobie, miały na nią tak ogromny wpływ, że zaczęły do niej przemawiać? Wstrzymując powietrze, odwróciła się i jeszcze raz spojrzała na grób. Wyglądał tak samo. Tak samo źle i mizernie jak przed kilkoma sekundami. Ale po chwili dostrzegła coś jeszcze. Tuż przed nią, z kamiennego muru zwisały nogi… Otworzywszy szerzej oczy uniosła głowę i z przerażeniem dostrzegła męską sylwetkę siedzącą pomiędzy drzewami. Zrobiła krok do tyłu, ale niewiele jej to pomogło. Ciemna postać zeskoczyła z muru i po chwili stanęła naprzeciw niej. Jedyne, co zdążyła zobaczyć, to czarne, diabelskie oczy pożerające ją niczym ofiarę. Zaraz potem osunęła się na ziemię i widziała już tylko ciemność.

Rozdział 6

Historyczny targ rybny w Catanii, znajdujący się na południowy zachód od głównego placu miasta tuż przy fontannie dell`Amenano, należał niewątpliwie do jednych z najbarwniejszych i najbardziej spektakularnych na Sycylii. Labirynt potężnych stołów uginających się pod ciężarem najświeższych i najwspanialszych okazów rybnych sprawiał, że serce ludzkie rosło w zatrważającym tempie. Miejscowi sprzedawcy dumnie wygłaszali sycylijskie powiedzenie: „Qui per strada con qualche moneta puoi mangiare il mare”. Praca tutaj rozpoczynała się o świcie, gdy pierwsze promienie słoneczne nieśmiało dotykały schodów z kamienia lawowego. Najpierw przybywali rybacy, zaraz potem rzeźnicy, aż w końcu wszystkie uliczki wypełniały się nadchodzącym tłumem gospodyń domowych, zawsze chętnych do pogawędek starców oraz turystów przybyłych z różnych części Europy. Pośród tych jakże rozentuzjazmowanych klientów nie mogło zabraknąć Franco Busacca, znanego w kręgach mafijnych jako Barbaredda.

Sprawując opiekę w prowincji Catania, nie tylko kontrolował podległe mu terytorium, ale również, a ostatnio raczej przede wszystkim, oddawał się licznym przyjemnościom w swoim rodzinnym mieście. Poranna przechadzka po targu rybnym należała do stałych punktów dnia. To tutaj rozkoszował się smakiem i zapachem morza, słuchał problemów miejscowych ludzi i otrzymywał najświeższe wiadomości ze wszystkich rejonów prowincji. Jedna godzina spędzona w tym rajskim labiryncie dostarczała mu informacji, których nigdy by nie zdobył, czytając zaledwie Giornale di Sicilia. W jego przypadku informacje oznaczały pieniądze, a pieniądze wpływy. Wpływy olbrzymie, zapewniające nietykalność jemu i całej Wielkiej Rodzinie.

Los jednak chciał, że dzisiejszy poranek musiał spędzić w towarzystwie Francesco di Salvo, który przyjechał z Enny o szóstej nad ranem. Spotkanie to zaaranżowali kilka dni temu, kiedy Barbaredda postanowił skonsultować się ze wszystkimi ojcami prowincji z osobna. Wielka Rodzina szykowała się bowiem do niezwykle ważnego wydarzenia, które miało mieć miejsce za kilka tygodni. Niepewność, podejrzliwość i brak jakiegokolwiek zaufania sprawiły, że powoli zaczynało wrzeć. Nawet Barbaredda był w tej sprawie bezsilny. Doświadczenie jednak nauczyło go, że trzeba być otwartym na nowe możliwości. Obiecał, że w przeciągu dwóch tygodni zbierze niezbędne informacje i przekaże je wszystkim na specjalnie zorganizowanym spotkaniu. W międzyczasie jednak chciał się upewnić, że ojcowie poszczególnych prowincji nie tracą gruntu pod nogami i spełniają swoje obowiązki, jak na ludzi honoru przystało.

— Wszystko jest pod kontrolą — zapewniał di Salvo.

Przechodzili właśnie obok stołu po brzegi wypełnionego gigantycznymi krewetkami, małżami i mięczakami typowymi dla Playa di Catania.

— Un chilo — powiedział Barbaredda, wskazując palcem na krewetki.

Zaraz potem odwrócił się i powiedział do odurzonego rybim zapachem di Salvo:

— Nie chcemy żadnych komplikacji. Żadnych skandali. I żadnych glin na karku. Lu capisti?

— Capive — odparł chemik.

Potrafił zająć się tym, co do niego należało. Nikt go nie musiał pouczać ani pilnować. Sam najlepiej dbał o interesy we własnych prowincjach i nikt nie miał wątpliwości, że Enna i Caltanissetta były pionierem w rafinerii dostarczanej z Tajlandii heroiny. A czyja to była zasługa? Na pewno nie tego idioty Cuccù, który biegał ze spluwą po Siracusie ani tego ważniaka Siccu panoszącego się po Messinie. San Calò i Barbaredda nie byli wcale lepsi. Mocne mieli tylko gęby, a to nie przynosiło żadnych, namacalnych korzyści. Największe źródło dochodów stanowiła dystrybucja oczyszczonej heroiny, czym zajmował się nie kto inny, jak właśnie on, Francesco di Salvo. Dlatego kiedy ktoś zadawał mu durne pytania co do wydajności pracy i bezpieczeństwa w obu prowincjach, dostawał skrętu jelit, które swoją drogą i tak były nadwrażliwe.

— Nie ma żadnych komplikacji — zapewnił po raz kolejny. — Rafinerie pracują dzień i noc. Utrzymujemy płynność finansową. Żołnierze i kolumny pod kontrolą. Nabór wciąż trwa.

— Dobrze — powiedział Barbaredda, pokazując mu duży, mięsisty palec. — I tak ma być.

Zaraz potem przeszli do straganu z sardynkami, przy którym di Salvo dostał silnych mdłości.

— Przywiozłem raporty z ostatniego miesiąca — kontynuował.

— Jak wypadły?

— Zadowalająco. Tylko w jednej kwestii pojawił się problem.

Barbaredda wziął do ręki kolejną reklamówkę i poklepując di Salvo po ramieniu, powiedział:

— „Dissi Santa Chiara: sbagghiannu s’impara”.

Próbując uciec od intensywnego zapachu ryb, udali się w stronę Piazza del Duomo.


Dom aukcyjny Lesotho pracował prężnie od rana do wieczora. Już o godzinie siódmej piętnaście młoda, wiecznie roześmiana dziewczyna o imieniu Giusy wyciągała z torby pęk metalowych kluczy i energicznym ruchem dłoni otwierała po kolei wszystkie zamki. Zaraz potem wbiegała po dużych, kamiennych schodach, wyłączała alarm, naciskała na klamkę zdobiącą wysokie, drewniane drzwi i z głową uniesioną do góry wkraczała do królestwa Charlesa van der Sara. Tak rozpoczynały się wszystkie dni od poniedziałku do soboty. Giusy Biondo była młodą, niską dziewczyną o pięknej, ciemnej karnacji i krótkich, kruczoczarnych włosach. Miała duże, rozmarzone oczy i czarujący uśmiech. Doskonale znała się na sztuce, a wiedzą i umiejętnościami nie odbiegała wiele od samego szefa. Jej styl negocjacyjny był co prawda inny, lecz na pewno nie mniej skuteczny. Miała w sobie tyle wdzięku, tyle radości i tyle profesjonalizmu, że przybywający do domu aukcyjnego klienci natychmiast popadali w zachwyt. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, stawali się niewolnikami jej uroku, a podpisanie umowy sprzedaży często należało tylko do formalności.

Giusy Biondo była niewątpliwie doskonałym pracownikiem, której Charles van der Sar powierzał wszystkie zawodowe tajemnice. Wiedziała o każdej, najmniejszej transakcji, jaka została dokonana, o każdym obrazie, który opuścił miejsce na ścianie i o każdym kliencie, z którym dom aukcyjny prowadził jakiekolwiek negocjacje. Wiedziała również o innych, nie do końca przejrzystych interesach prowadzonych za pośrednictwem Lesotho, niemniej jednak zawsze potrafiła wykazać się taktem, przyjmując do wiadomości tylko to, co jej przekazywano. Życie nauczyło ją, aby nie wsadzać nosa tam, skąd nie można go było wyjąć. Dlatego też wszystkie przypadki wiążące się z tym lub podobnym ryzykiem pozostawiała na barkach swojego pracodawcy.

Charles van der Sar pojawiał się w domu aukcyjnym przynajmniej raz dziennie. Było to miejsce, do którego przychodził chętnie i które miało na niego wyjątkowo kojący wpływ. Kiedy cztery lata temu przyjechał do Palermo i zaczął osiągać pierwsze sukcesy w handlu dziełami sztuki, stworzenie własnego miejsca na ziemi stało się jego największym marzeniem. Marzeniem, które zrealizował niedługo potem, zakładając największy i najprężniej rozwijający się dom aukcyjny w Palermo. Niezwykle dogodna lokalizacja przy Via Vittorio Emanuele sprawiała, że przychodzący do niego klienci z uznaniem kiwali głowami. Jedyną niedogodnością, według van der Sara, była obecność sąsiadującego z domem aukcyjnym sex shopu o rzekomo kuszącej nazwie Sexy Planet.

— Każdy ma prawo zarabiać na chleb, jak chce — twierdziła Giusy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.26