E-book
15.75
drukowana A5
32.18
Powieść cz. I i II

Bezpłatny fragment - Powieść cz. I i II

Płomiennym korytarzem


Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-8467-836-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.18

Dawid Motyka — powieść (trylogia w jednym) część I

Obraz dramatyczny: Czysta dusza (Wiersz Syna)


Boso przez białe trawy stąpa, spija rosę,

Zanim krew wysuszy białe chodniki.

Białe liście dorzucają swój los do puli,

Srebrzystosiwe świece płoną, niosąc ciepło,

Choć nagle wyrwał je podmuch z żałobnego wieńca.


Biel puszystych plaż i twarde masy skał,

Czuły dotyk ścieżek ostrzega nas w ciszy

Przed pustymi kopertami, co czekają na nowe życie.

Bo On kocha to, co zdoła przetrwać z białych łąk

W uścisku bezimiennych, czystych rąk.


Kwieciście roześmiane, nim staną się tkliwie kpiące,

Słowa wygnały Boga Najgłębszego, wygnały nawet Jezusa.

Króć.


—


Do diabła, co za cholery!


Czterej muszkieterzy


Zalałem betonem to, co zgrzytało; ogniem i życiem.

Ty, Dionizosie, co krążysz po sosie — puściły mi nerwy, za to ty bez przerwy mi tu stoisz.

A na poprzecznym flecie grało się wyżej.

Ufamy, zanim zdążymy włożyć to w gardziel — wielka etykieta, czas nagradzać.

Do bon appétit! W pościeli bez umowy, a ustami żądnymi żegnać się za kły. Jam w oazach częstować gotów z umęczonej podkowy. Teraz ty!


A z Idyllą karawan mamy tu u bramy, niechciany, może dożyła swego.

Mozaika dusiciela poiła, moja przepustka nabroiła, spust otyły.

Spod mongolskiego nasypu wrósł tu pogrzebany archaizm.

Brudziec, od rozciągniętego Dunajca, po cichu, bez żadnego „nie ma mowy”, prosto z różańca. Tylko kilka kamieni zlicza po kryjomu ten cały syrop.

Zapełnia pianą brzegi, chmary win za rany na skrzydłach motyla.

Tobie na próżno szukać tu u krokodyla pały.


Byłem w komarach, byście ujrzeć musieli, jak za warkot Rabarbary w samowoli dźwignęli tę belkę.


I co teraz? Wykona się. To on tu był.


Z muszelką w dłoni proś chromosomy, proś jej córę, homofony, proś nawet wrony. Czek załatwi sprawy, czas ruszać w wyprawy.

I roztocze pędni! Wskoczę aż na trzy półki, wliż mi się w pamięć. A Jaskółka? A wiewiórki i złoty liść za bury kiść? Poznasz moje chmury, teraz naprawdę warto iść.


Czemu dłonie aż za skały sięgały? Boś ty Dionizos, co ze światła uczynił króla, a u nas ta jasność wcale nie jest mała. Pij to, co wyniosłeś, i twórz, bo twoje miejsce jest pośród róż.

Ukraszałaś to w grzybie, głupawym, celnym ciosem prosto w zgony.

Ale dyrdymały! Brony pojąłeś, a w dupku aż się spieniło.

Puść! Chcę donieść!

Nie złość się, dotrzymam kroku pietruszce i Kopciuszkowi, a wianki zamoczę w wodzie. Każdy litr z odmówionej „Zdrowaś Maryjo” napełnia dzbanki.

W żeglugę odpłynę, gdy w szybowcu kminki odkryją się wraz z winem.


A jemu przypisano taką zabawę: nałapał pereł ze stawu, w którym wcześniej nastukali stosy ciał. Ał! I teraz wisi nad nim rada, by jak najszybciej zwiał.


Nie rozumiem tej zgody u Zagłoby, postacie z książek zbyt często zaglądają do budowy naszego życia.

Nic nie widzę, jedynie wygodne parasolki, a miotełki chowam w worki i perki.


I spójrz, co tkwi w ich oku…

A oczy widziałeś?

Migdały nadłubały w tej kofejce, osra… ś się, coś ty zrobił?


Spójrz w mą duszę, osiołku!

Matołku, sami siebie tu graliśmy. Mongołku w misztali, och, jak oni się ciebie bali!


To dalej nie ma sensu! Niech czas zwleka, ile chce — a Dawid i tak to odpali!


I nadszedł Bóg, sam wspaniały. Trzasnął wiele lin, pękły skały, pękło morze. Rozłożyło się to zboże i trzciny, a w kałuży widać jedyne miny. Jedziemy do wiecznej skamieliny, napełnić moje gliny po brzeg szeroki, nim upłyną wszem i wobec mu światem głębokim.


Chrystus woła: mój bezpieczny lód, lecz wieczny, obdarty ze skóry za własnych ludzi z mułu. Bóg jedynie widział wtedy buły.


Krach na giełdzie idzie w nas. Wpierw to wyje u lekarzy, następnym to mu uwarzy. Kaprys w niebie prysł, zmywa wszystko.


Cholewa mi tu płynie, z czyjej winy? Sto głów. Sto nóg zniknęło.


Kto mu pomógł? Mój Bóg Wspaniały wzniesie go do chwał nieba. Nigdy więcej, Chrystusie!!!


—


I dzięciółka (wiersz) — I Kochasz


Czy wytrwałeś, gdy ku chwale spadły

Pszeniczne sandały?

Czy widać stąd moją Jaskółkę?

Pod nosem skrywa się bliźniąt kres.

Nie chciano dotykać kamieni i rosy,

Wiadro zanosi się płaczem, o pomoc czym prędzej prosi.


Przerysowały wszystkie doliny,

Dotykając korali swojej Karoliny.

Banknoty budzą uśpioną cnotę,

Wiecznie wilgotne, wiecznie mokre.

Niech rytm w powietrzu nagle zabłyśnie,

To serum przecież działa wiecznie.


Mąki nie dali, a ciasto wyrosło,

Pij, skowroneczku, za masło wiosną!

Pij, brytfanno, co nosisz naszą młodą krówkę,

Pij rzadko, bo za ciasno poszło.

Niech głośno powie się wreszcie za Leszno.


Przepływał świat, stając się wiewiórem,

Stale dodaje otuchy, nim dreszczu podaje.

Chciałem cię wybawić wraz z kangurem,

Mój słowiczku — zależnie, pod którym.

Brzeżnie, w ciszy, ani mru-mruk.


—


Moja (wiersz) — Dół


O czym marzył ten przepyszny ptaszyna?

Podnosi się główka w niczyim fartuszku.

Czy mógł się zlitować nad tym, co wywróży z wianuszka?

Czterolistna puszka.


Czy sosna jest długa jak rzeka?

Zaprowadź swoje kroki prosto w kozaka.

Błądzi się, chwytając okruchy z orzeszka,

W tej jednej, ulotnej chwili.


—


Do szkół czas ułomnych ról (wyłóż się) — to, co ze słów | powieść część I, i trylogia jak ze snu.


Bez śladu, krokiem za marmur, ponosisz to wstecz i wszerz. Wkładasz w rękę sygnet, płótno marazmu, a następny będziesz ty… Płoń, wyj i ujdź z moich stron.

Chamie, cholera, w potarganych podłościach.


Nie wejdę drugi raz do tej samej wody. Syntetyczny byłby to papier.

I wody ubłagały. Nie będziesz idiotą, pod jednym tylko warunkiem:

że pieska postawisz wyżej, gdy tak się miota w tym swoim podarunku.


Teraz będziesz najmądrzejszym,

niczym król, niczym taniec, by cały świat w jeden uścisk zamknąć.

Najpiękniejszy, jaki zrzucić byś chciał.

Kto kocha, ten nigdy nie nazwie się prostakiem.

— Bo co zjeść, to mama wie, co więcej — czekaj w niej.


Ela, ale moknę! Krwiopijca w nihiliźmie, za całun w Turynie! Krwi ubywaj w sednie ćmy, kochaj go na całego! W muchach konaj, zmyj to.

Cichaczem zaspokoiłbym swój kraj, ale gaj rozpościera się szeroko.

Czasem wystarczy ulec władczemu nakazowi,

tak jak leżeć w nim i pachnieć.

Choćbyście były najwyżej, bez tego pana nie pojmiecie życia w pełni.


Pokutnym czułem się zwierzęciem tutaj. Boga nie ma! Hola w dole!


Nigdy w życiu nie pomyślę, że marzeń można nie próbować.

Całkowicie szukałem dróg bez powrotu, napędzany do przodu.

Najdroższy, zrobimy wielki krzyk |

pomnożymy twój grób o huk |

Tchórzliwy władca się znalazł, kaczki mu głowę pozamiatały za ten jego kij.

— W cholerę, nikt nikomu nie napisałby takich wróżb.


A jakim to wzmógł się bohaterem!!! Lekko mi w życiu pływało, gdy komuś powiodło się lepiej, od razu mu łeb cieleśnie osłabł, oh! Nic mi tu po matce, jedynie wiele chłost bym dopisał, co najwyżej tutaj, od tego orania przy lichtarzu. Komu droga za wcześnie zgasła, temu zgasła na zawsze…


Płacz mi tu, dziecię —

właź mi w ten wór, w szeroki świat obrócony w nicość;

buuum…


Ryczy rycerz, wielki niczym cesarz, co zliczy połowę porodu dwojga za kilka kół.

Och, mój… Gumek za cnotę, ciałem stu chłopa mi tu widać, co rychło trzeba nadać. Strasz! Wygląda na to, jakby stały się tu twoje chwały. Ogryzę kilka, łakomo wyznaje twój duch. Śledź ich tutaj, zobacz, co może wydać się w tym łowie. Czekam na wynik. Ależ proszę pana, on będzie dopiero rano! To niech wejdzie w mój grób!!! Ho, ho, on z ozdób kamiennych na obrazie. Rumcajs zapada się w mojej głowie. Ciałem wygrywał. Hu, hu, tom ja jemu się tu objawił w ten dzień!!!! Ołówek pęka, a on woli pisać dalej na kiju!!!!! No to żem mu dołożył, jak wołowi!!!!! Co tobie do mojego człowieka!!! Napełnię misę do pełna. Klucz do inżyniera leży na moim talerzu!!! Hau, hau! Czuwaj tu, Rozamundo. Okrutna tu nuda!!!


Czy z tego widoku można wzbić się w obłoki…

Choćbyśmy wleźli w gitarę, i tak nałożymy na niego karę. Łosiem mi tu wjedziemy!!!

Rambara… to niech mu się wreszcie przydarzy!!


Często wydaje się, jakby grała cała ta miła melodia w wyniosłym czekaniu, w moim wydaniu nie skłamała. Czy to jest właściwy ton?


To tylko chwila, sekunda.

Właź do swojej muzyki…


Po cóż był i jest tak wytrwały? Cholera jasna! Własna matka niszczy go za cały ten trud. Nie pomogłem nic, choć mogłem skończyć w worze… Nie, nie! Płomieniem leży mi tu cały rów aż po Czchów! Możliwie szybko należy oddać mu wszystko. Jak to? Nie ma mowy! O co ci chodzi? Król królem, a jednak zawiódł…


Czas dokonać podsumowań tych wszystkich czynów! Ruski w lewo, w cudze drzewo. Włościanie za kary do litych czeluści! Pomyje wylej do gitary, a stary niech liże kury!


Za czerstwego się nie uważałem, lecz Pompeje donosiłem swej własnej żonie!


Za co mi to wszystko uczynił? Do kogo ty się doliczyłeś w tym cieniu moich własnych zgliszcz? Cień Puszczy Niepołomickiej nad nim zawisł!


Chrystus pomoże dopić, wcześniej był w zbożu, później w narodzie, następnym razem w chmurce, a potem obrócił się w gbura!


Często wstaję, by poczuć własny ból. Moje są własne litery! Ćpać.


Wysoko mierzy, za kogo on się uważa? Warto dodać go do Hitlerów i sprostać matce za pomocą dwóch liter.


Czy sto złotych komuś da w ryj? Wolimy chwycić za kij. Raz, dwa, trzy, co swoje, to w pełni robię! Włochatym ramieniem za mój lód.


Wejdź w tę czystość, oddasz mi swoją wolę.


Chodzę tutaj, tam i z powrotem, a mojej woli nie chcą. Dlaczego? Nie wiem, w czym sobie dopomogłeś, lecz we własnych rolach lepiej byś pomógł, co?


Wreszcie nadarzy się ktoś, kto parzy, może doda parę słodkich słów lub kilka stówek.


Cham i chamidło, tyle doproszę. Wlej w dziób, aż nakaz podnoszę. Tylko mi tu tykać proszę! Wykidajłę rzuca się o stół, chłop i prosto w ból!


Czułem ciebie jak nigdy, wiecznie! Chamie, bierz tę prostytucję, właź i siedź grzecznie. Nikt nie pokona mnie.

Często zaglądam tutaj. Chołota chce tu wygrać!!! Kij w rzyć każdemu… Poziom nigdy nie obniży się z mojej winy…


Patrz pan, jak ujedzie… Właź i przestań w kółko chlać, po co on w ogóle jedzie??? Miłosny klucz do sakramentu…


Staremu się nie przyznaję. Możliwe, że chleje, ale lepiej niech król leje. Ledwo go widzą, wystaje mu tylko… i chuj. Palnij się w łeb.


Można się wyznać… Kurwa.


Możliwe, że wyjedzie. Zanim pastuch go zwiedzie… To król niech wejdzie w mój ból… aż chuj nadejdzie wraz z wiosną!


Ram-pa-pam, co ważne, tom ja! I tylko to mi się udaje!! Chaje? Wokoło mnie stu chłopa. Liczby nie kłamią, to za mój własny lód.


Rycerze, powstać mi tu!! Kochać, nie wydalać. Płomień zabrzmi soczyście. Właściwie jak w liście.


Mojemu miastu wydam się, w mój Lwów. Niech nikt nie dogania moich stałych krów. Bo właściwy człowiek wlecze się za własne ciecze —


Cham, ten to tylko mógł pogrywać w moim kredensie. A psik!!


Raz, dwa i moje stały się te panie, co za dnia odmawiają litanie…


Kochanie, nie wyjeżdżaj. Możliwe, że Bóg ci pomoże i pojedziesz właściwym torem, tak jak ja i mój partner w tańcu.


Czekam na tę chwilę!!! Czy wzbiłem się niczym motyl? Właściwie kocham wszystko, co wyższe i wieczne!!


Robię, com mógł, byś pomstę wzmógł!!


Król wjechał królikiem w ciągnik i pyta, dlaczego nie ma tu chłosty.

No to… dostąpiłem chwały i nastały krzyki!!! Nie wracaj tu nigdy więcej…


Polej tylko i ssij.


har — Mi — der! (wiersz) — czyta lektor


Dwudziestu pisarzy doglądało racuchów, które sypały się gęsto,

Stu dygnitarzy próbuje ostudzić zapał.

I piętnastu słabeuszy, z brzuchem pustym, zasysanym przez wzgórze,

Choć to, co usłyszą z kuszy, wolą w pudło wkładać wraz z papirusem.


Louis… a on uczy kameleonem, jak widmo oświecić w delfinie,

Tak świątecznie, pożytecznie. „De Funès” pozwala ci płynąć, byle się przytulić.


I tak rodzi się gwóźdź rodzeństwu, poukładanemu w harmonijki, pod linijkę cyrkla w cierpieniu.

Boleć ma bolec za nic, więc puść kosmosy Armagedonu prosto w chrust.


Gwóźdź do Kuty, koń trojański, a abstynent dopływa na czas do czaszki.

W czekoladach — ani brązowemu, lecz twemu rzeczowemu olejowi.

Pik! W rozsypanym po orzechu serum, by żyć bez grzechów.


Wyśnię szerszenia w złocie, wyciągniesz mi go z ust,

I w chrupkich stawach, co w ustawach swego gońca pociągniesz.

Zakrapianemu słońcem pozwolisz odejść w zgliszcza i ani rusz!

Moim Mistrzem bądź! Wróć!!! Afrodyzjakiem, orientalnie, z wielkim smakiem…


…


Wy, fikuski, a my — nakazy. Ja najmilszy, gdy brud służy nagi, za dwa razy.


Ruski skazaniec (wierszyk). Zatańcz Rosja


Bądź silna, ja jestem silny,

Bądź piękna, ja jestem inny.

Bądź ładna, wszak jesteś zgrabna,

Bądź miła, bo jesteś żywa.


Bądź spragniona, dam ci wianek,

Bądź naga, dam ci siano na posłanie.

Bądź wesoła, dodam kota…


Kto tam?…


Tak nasmaży, gdym i ja był już duży i wykorzystany przez zbrodniarzy.

Wprowadza panienkę w chmiel, pełen błagalnego dojenia, jagód w dzbanach i kaczeńców.

I ochoczo dodajemy to, co czuje: dym galaktycznej ropuchy wpół ustaje w baletnicy.

[Na scenę wchodzą 3 baletnice, proszę o 3 minuty tańca]

I uszko, nóżki i brzuszki ciut wystają w pomarańcze, w ponurym kasztanie. Nie tańczymy.


I kochać się miał, a w moim świecie, gdy ktoś mu coś dał, dolewajmy w gardziele Żyrafy i do samej skóry — za te fruwające oligarchie.

I brudnym się ktoś okazał, naprostuje to, nim do fauli, kapusty i fur wbuduje. Jam wydostał piękne fiołki, maki w wekach i czerwone pastele z plasteliny, a Józefem bielę ściany…

Wiosną rzucę gdzieś w kościele poczęstunki i pionki, jakby prosto w sagany.

Aż bałby się pan wysoki, za co w wiosło naćpał tak szorstko i szeroko. I taki kram żegna się sam, a do baletu w skowronkach płatki różowym świtem przelatuje.


Prosto zaś w roztocza powędruje, u mego podnóża z kocy. W chwałę wtłacza go proca, aż bagnet ujedzie z wolą liry — sto koni w moc!

To aż tak! Czy to tych trzech króli pozwoliło przechować i przechadzać się po śpiącym królewiczu z uli?!!!


…I pomyślał — ałć. W sobót kilka nagrodzić i nim policzyć, co im zostało z wilka — cisza pusta tkwi.

A gdy kadzić, to do uszka, w ciuchcię wsadzić i ujechać aż do chomika wujka.

Nie! Poraziłbym się ostatni raz za ten właz w narody — trójkątna chmurka kpiąca z natury i histeria w chuju… A baran jednak daje radę!!!


I w nim cylinder w bieli rwąco płynie w fioletowym winie. Pełne szafki ubrań, kosze dopełnione, skazy dziś owocnie umocnione. Jak za dawnych zagród, zataczane plony. W pocieszenie lej olej, zamiast lenistwa w wielu.

Za włoskim balsamem, na liściu cielca, mym dotknięciem onieśmiela lejący się zgrzyt. Piłka nożna, tu stukanie, kuka wróg.

I wolą się tak wznieść wyżej w mojej matce, w pędzlu… Na płótnie malowane orchidee kapią dogryzaniem. —

U progu oszukiwania, co bym w was widział, i u progu zwodzenia. Lecz wciąż trwa czekanie na księdza, na kler… i bum, wjedzie mi!


Niczym jeden rok (wiersz) — Duch


Alejami zatłoczonych gwiazd,

Ulicami zapomnianych samochodów,

Pistacjowych wizerunków i radosnych pocałunków —

Pędzić przed siebie niczym konik słomiany.


Z każdym słowem skrycie przebrani,

Mijamy korytarze opuszczonych zdarzeń,

Ścieżki niedospanych nocy i porozrzucanych,

Nieosiągalnych celów.


Zamęczeni kuciem od igły, z lalki wodą,

Zanieść pragnę to wszystko dla ciebie.

Doczekam się.


—


Odpoczywaj, nim z wód ubędzie,

Dodaję cię, Skarbie, wszędzie.


Kolego, w ogóle mi tu nic nie idzie, często łakomo spoglądam w te wszystkie moje łuny. Ale jakżeż mógłbym wziąć swoje wodze? Wiedz jednak, że są mi teraz bardzo potrzebne. —

Postaraj się pomóc mi najlepiej, jak tylko potrafisz!!!


Ach, te panie…!


Ma droga (wiersz) — czyta lektor


Dla szumu morza rozdarli cię od góry wzwyż,

Zanim powstała gładka tafla, a flaga wyznaczyła krok.

Niczym fioletową różą malowane usta, twój klucz,

Co szmaragdy zbóż, za Sokratesa głosem, niesie wszem i wzdłuż.


Oto komnata Hibiskusa, cielesny strój,

Na widok skały, co ma oko, zyskały swą moc.

Wyniosłe uczty, indycza taca w pełnej krasie,

Idylla, w której uczeń samym dotykiem trawy nie budzi.


Krople syropu i czary-mary, umiem cię uwieść choć trochę.

Ze znakiem syna na czole przywędrowała,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.18