Wstęp
Odnalezienie, kontrowersje i znaczenie Pouczeń — szkic do dyskusji
W lipcu 2017 roku, podczas rutynowych prac konserwatorskich i inwentaryzacyjnych w podziemiach koptyjskiego klasztoru św. Jerzego (znanego także jako Al-Muʿallaqa) w Starym Kairze (Masr al-Qadīma), międzynarodowy zespół archeologów, konserwatorów i historyków sztuki natknął się na znalezisko, które początkowo zostało sklasyfikowane jako „zespół luźnych fragmentów pergaminowych i papirusowych o charakterze liturgicznym, datowanych wstępnie na okres panowania dynastii Fatymidów i Ajjubidzi (X–XII w.)”. Drewniana skrzynia, częściowo zgniła, osłonięta grubą warstwą kurzu i pajęczyn, spoczywała za luźną płytą wapienną w północno-wschodnim narożniku krypty pod kościołem głównym. Skrzynia mierzyła około 68 × 42 × 28 cm i była obita resztkami lnianej tkaniny nasączonej substancją balsamiczną o silnym zapachu mirry i żywicy pistacjowej.
Pierwsze oględziny przeprowadzone jeszcze tej samej nocy w prowizorycznym laboratorium na terenie klasztoru przyniosły rezultat, który wywołał natychmiastową zmianę priorytetów prac. Po delikatnym otwarciu wieka okazało się, że wewnątrz znajduje się kilkanaście mocno zwiniętych zwojów papirusowych oraz kilkadziesiąt pojedynczych kart pergaminowych i papirusowych, zapisanych w różnych rękach i różnymi atramentami. Większość materiału była w stanie katastrofalnym: warstwy papirusu skleiły się w czarne, kruche bloki, atrament w wielu miejscach całkowicie wyblakł lub przeszedł w postać nierozpuszczalną, a niektóre fragmenty zamieniły się w pył przy najmniejszym dotyku.
Jednak w samym środku skrzyni, owinięty w kilka warstw lnianej tkaniny nasączonej żywicą i olejkiem balsamicznym, znajdował się stosik siedemnastu kart pergaminowych o wymiarach 17,8–18,2 × 23,9–24,3 cm, zapisanych drobnym, pochyłym pismem uncjałą grecką z wyraźnymi wpływami koptyjskimi (w kształcie niektórych liter: epsilon, sigma, omega). Na marginesach i między wierszami widniały drobne glosy w koptyjskim (dialekt sahidycki), a także kilka linii w aramejskim (syryjski estrangelo). Pergamin był cienki, wysokiej jakości, o barwie kości słoniowej z lekkim odcieniem żółtawym — typowy dla najlepszej jakości skór cielęcych z Egiptu i Palestyny w okresie wczesnochrześcijańskim.
Natychmiastowe datowanie radiowęglowe (próby pobrane z marginesów trzech różnych kart) przeprowadzone w trzech niezależnych laboratoriach (Oxford Radiocarbon Accelerator Unit, Arizona AMS Laboratory oraz Poznańskie Laboratorium Radiowęglowe) dało spójny wynik: 68–112 n.e. (95,4% prawdopodobieństwa), z najbardziej prawdopodobnym zakresem 80–100 n.e. Analiza składu chemicznego atramentu (spektrometria masowa z jonizacją ICP-MS oraz mikroskopia Ramana) potwierdziła obecność węglanu żelaza(II), galusanu żelaza(III), sadzy lampowej i gumy arabskiej — skład bardzo charakterystyczny dla atramentów metalo-galusowych używanych w świecie śródziemnomorskim od I do III wieku n.e. Nie wykryto żadnych nowoczesnych dodatków (np. syntetycznych barwników, konserwantów na bazie akrylu czy żelatyny fotograficznej).
Pierwsze odczytanie tekstu (praca interdyscyplinarnego zespołu pod kierunkiem prof. Anne-Marie Luijendijk z Princeton University, prof. Adama Łajonka z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz dr hab. Samira Moftaha z Uniwersytetu Kairskiego) przyniosło rezultat, który wywołał najpierw niedowierzanie, potem fascynację, a w końcu gwałtowną, trwającą do dziś dyskusję naukową.
Tekst — zapisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej przez podmiot określający siebie jako „Ja, Jezus z Nazaretu” — składa się z serii dłuższych mów, pouczeń, dialogów z uczniami i pojedynczych pytań zadawanych przez „uczniów”, „niewiasty wierne”, „Piotra”, „Jana”, „Jakuba”, „Marię Magdalenę”, „wieśniaczkę z Galilei” i inne postaci znane z kanonicznych Ewangelii. Styl narracji jest bardzo odmienny od znanych nam tekstów kanonicznych i apokryficznych: brak jest klasycznego schematu przypowieść + wyjaśnienie + reakcja tłumu. Zamiast tego mamy długie, ciągłe monologi (często przekraczające 3000 słów), przerywane krótkimi pytaniami uczniów, na które Jezus odpowiada w sposób rozbudowany, systematyczny, niekiedy sięgający po analogie z codziennego życia (rybackie sieci, struganie drewna, smażenie ryb, zrywanie daktyli, picie koziego mleka, rozplątywanie węzłów).
Treść obejmuje tematy, które w I wieku naszej ery wydają się anachroniczne:
— geometria nieeuklidesowa i jej znaczenie duchowe,
— hipoteza Riemanna i liczby pierwsze jako znaki porządku Bożego,
— maszyna Alana Turinga i twierdzenia Kurta Gödela jako odbicie granic ludzkiego rozumu,
— ewolucja torbaczy w Australii i wędrówka kontynentów jako metafory drogi duszy,
— szczegółowe opisy technik chirurgicznych (cholecystektomia laparoskopowa, laparoskopowa herniorafia),
— rachunek zysków i strat oraz bilans roczny jako ćwiczenie w prawdzie wobec Boga i ludzi,
— historia impresjonizmu i serie obrazów Claude’a Moneta jako znaki wielowarstwowości widzenia prawdy,
— analiza malowidła „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci jako ikona miłosierdzia i zdrady,
— głęboka teologia grzechu pierworodnego i jego konsekwencji,
— szczegółowe pouczenia o Marii Magdalenie, św. Piotrze, św. Jakubie i św. Janie jako wzorcach różnych dróg miłości i nawrócenia,
— sakramenty Kościoła (zwłaszcza chrzest, pokuta, namaszczenie chorych) jako przedłużenie misji uzdrawiającej Chrystusa.
Język grecki tekstu jest bardzo poprawny koine z wyraźnymi wpływami semickimi (konstrukcje paralelizmów, powtórzenia, semickie idiomy), ale zawiera też kilka zwrotów i sformułowań, które brzmią zaskakująco „nowocześnie” — np. wyrażenia typu „geometria nieeuklidesowa” (γεωμετρία οὐκ Εὐκλείδεια), „maszyna uniwersalna” (μηχανὴ καθολική), „rachunek zysków i strat” (λόγος κερδῶν καὶ ζημιῶν), „impresjonizm” (ἐμπρεσσιονισμός), „series” (σειραί), „pointylizm” (στιγματισμός), „sfumato” (σφουμάτο), „cholecystektomia laparoskopowa” (λαπαροσκοπικὴ χοληκυστεκτομή). Te terminy pojawiają się w transliteracji greckiej, czasem z lekkimi zniekształceniami, jakby kopista lub tłumacz nie do końca rozumiał ich znaczenie.
Pierwsze reakcje naukowe były skrajnie podzielone.
Hipoteza fałszerstwa (większość specjalistów od wczesnochrześcijańskich apokryfów i papirologii)
Zwolennicy tej tezy wskazują na:
— brak jakichkolwiek wzmianek o takim tekście w literaturze patrystycznej (Eusebiusz, Hieronim, Epifaniusz, Jan z Damaszku, koptyjskie synaksaria),
— obecność pojęć, które w I wieku nie istniały w takiej formie (np. rachunek zysków i strat w dzisiejszym rozumieniu pojawia się dopiero w średniowieczu i nowożytności),
— zbyt doskonałą znajomość technik chirurgicznych opisanych dokładnie tak, jak w podręcznikach z lat 90. XX wieku i później,
— anachronizmy matematyczne (geometria nieeuklidesowa sformalizowana dopiero w XIX w., hipoteza Riemanna z 1859 r., maszyna Turinga z 1936 r., twierdzenia Gödela z 1931 r.),
— zbyt płynny i współczesny styl narracji (długie monologi przypominające raczej kazania barokowe lub eseje filozoficzne niż krótkie logia Jezusa znane z Ewangelii synoptycznych),
— brak jakichkolwiek śladów tekstu w tradycji koptyjskiej, etiopskiej, syryjskiej czy armeńskiej — mimo że klasztor św. Jerzego był ważnym ośrodkiem koptyjskim od V wieku.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem według tej grupy jest fałszerstwo z przełomu XIX i XX wieku — być może dokonane przez wykształconego koptyjskiego mnicha, hellenistę lub nawet europejskiego podróżnika-orientalistę (np. kogoś z kręgu Flindersa Petrie, Grenfella i Hunta lub niemieckich biblistów związanych z berlińską Akademią Nauk), który miał dostęp do wiedzy matematycznej, medycznej i historyczno-sztucznej na poziomie bardzo wysokim, a jednocześnie potrafił perfekcyjnie naśladować grekę koine I–II wieku.
Hipoteza autentyczności (mniejszość — głównie młodsi badacze koptyjscy, niektórzy specjaliści od wczesnochrześcijańskich papirusów i teolodzy otwarci na nowe objawienia)
Zwolennicy autentyczności argumentują:
— datowanie radiowęglowe pergaminu i analiza atramentu są jednoznaczne — I/II wiek n.e.,
— brak jakichkolwiek nowoczesnych zanieczyszczeń w materiale piśmienniczym,
— styl narracji i sposób budowania długich monologów jest bardzo odmienny od znanych apokryfów gnostyckich, judeochrześcijańskich czy enkratystycznych — brak jest charakterystycznych dla nich elementów mitologicznych, ezoterycznych, dualistycznych, gnostyckich emanacji, demiurga, Sofii itp.,
— niektóre wyrażenia semickie i arameizmy (zwłaszcza w dialogach uczniów) są bardzo wczesne i trudne do podrobienia przez fałszerza z XIX/XX wieku,
— sama idea, że Jezus mógłby mówić o geometrii nieeuklidesowej, rachunku zysków i strat czy maszynie Turinga, nie jest tak absurdalna, jeśli przyjąć, że dysponował On wiedzą Bożą i mógł dostosowywać swój język do przyszłych pokoleń, które będą odczytywać tekst w odpowiednim czasie,
— tekst zawiera liczne aluzje do wydarzeń i postaci znanych tylko z kanonicznych Ewangelii, ale w formie nieobecnej w żadnym znanym apokryfie (np. szczegółowe opisy strugania drewnianej kukiełki, smażenia ryb na ruszcie, rozplątywania sieci rybackich, zrywania daktyli, picia koziego mleka).
Do stycznia 2026 roku nie ma konsensusu naukowego. Tekst nie został oficjalnie włączony do kanonu ani potępiony jako fałszerstwo. Trwają badania multispektralne, analizy izotopowe atramentu, badania porównawcze pisma z innymi papirusami z I–II wieku (m.in. z kolekcji Bodmera, Chester Beatty, Oxyrhynchus), analizy stylistyczne, leksykalne i teologiczne.
Jedno jest pewne: jeśli tekst jest autentyczny, zmienia on nasze rozumienie tego, jak Jezus nauczał swoich uczniów w okresie po Zmartwychwstaniu. Pokazuje Jezusa jako Mistrza, który nie tylko mówił przypowieściami prostym ludziom, lecz także prowadził długie, systematyczne, intelektualnie wymagające rozmowy z uczniami — rozmowy, które wyprzedzały o wieki rozwój ludzkiej wiedzy w dziedzinach matematyki, medycyny, ekonomii, sztuki i technologii.
Jeśli zaś jest to genialne fałszerstwo — to jedno z najbardziej fascynujących i najlepiej udokumentowanych w historii. Fałszerz (lub zespół fałszerzy) musiał dysponować wiedzą interdyscyplinarną na poziomie doktorskim z kilku dziedzin jednocześnie, doskonałą znajomością greki koine, głębokim zrozumieniem teologii chrześcijańskiej i umiejętnością naśladowania stylu narracji ewangelicznej na poziomie niemal perfekcyjnym.
Niniejsza książka — „Pouczenia” — prezentuje przekład polski wszystkich zachowanych fragmentów, opatrzony komentarzem filologicznym, historycznym, teologicznym i naukowym. Nie przesądza ona o autentyczności tekstu. Przedstawia go takim, jaki jest — jako dokument, który domaga się odpowiedzi na pytanie: czy Jezus z Nazaretu mógł mówić w taki sposób? I jeśli tak — co to oznacza dla naszej wiary, dla naszej wiedzy o Nim i dla naszego rozumienia granic ludzkiego poznania.
Niech Czytelnik sam oceni.
Niech Duch Święty, który przemawiał przez proroków i apostołów, przemówi także przez te karty — czy to będą karty prawdziwe, czy fałszywe. Bo nawet w fałszywym zwierciadle może odbić się prawdziwe światło.
Niech tak się stanie.
Amen.
Porównanie z apokryfami gnostyckimi
Oto szczegółowe porównanie hipotetycznego tekstu „Pouczeń” z literaturą gnostycką, przeprowadzone z perspektywy historyka wczesnego chrześcijaństwa i badacza apokryfów. Analiza obejmuje kluczowe aspekty treści, formy literackiej, teologii, kosmologii, antropologii, soteriologii oraz stosunku do ciała i świata materialnego. Porównanie opiera się wyłącznie na cechach, które wyłaniają się z opisanych wcześniej fragmentów „Pouczeń” oraz na dobrze znanych tekstach gnostyckich (przede wszystkim z Nag Hammadi, ale także z relacji heresiologów).
1. Czas powstania i kontekst historyczny
„Pouczenia”, jeśli przyjąć wyniki datowania radiowęglowego (ok. 80–100 n.e.), byłyby jednym z najwcześniejszych tekstów chrześcijańskich po listach Pawła i najstarszych ewangeliach kanonicznych. Powstałyby więc w okresie, w którym gnoza jako odrębny system mitologiczny dopiero zaczynała się krystalizować (pierwsze wyraźne świadectwa gnostyckich nauczycieli — np. Symona Maga, Menandra, Kerintosa — pochodzą z lat 50–100 n.e., ale pełne systemy Walentyna, Bazylidesa, Marcjona i teksty z Nag Hammadi powstają dopiero w II i III wieku).
Literatura gnostycka, którą znamy z kodeksów z Nag Hammadi, pochodzi w większości z II–IV wieku, choć niektóre logia lub warstwy redakcyjne (zwłaszcza w Ewangelii Tomasza) mogą sięgać I wieku. Większość badaczy datuje ostateczną redakcję większości tekstów Nag Hammadi na lata 140–350 n.e.
Już sama chronologia sugeruje, że „Pouczenia” — jeśli autentyczne — są wcześniejsze niż większość kanonicznych i gnostyckich pism, które znamy. Brak w nich jakichkolwiek elementów rozwiniętej mitologii gnostyckiej (pleroma, aeony, syzygie, Barbelo, Jaldabaoth, Sofija upadła, archanioły stwórcze) sytuuje je znacznie bliżej tradycji judeo-chrześcijańskiej i proto-ortodoksyjnej niż gnostyckiej.
2. Kosmologia i stosunek do stworzenia
W „Pouczeniach” kosmos jest dziełem jednego, dobrego Boga Ojca. Kontynenty, ewolucja torbaczy, liczby pierwsze, geometria nieeuklidesowa, prawa fizyki — wszystko to jest postrzegane jako przejaw Bożego porządku i mądrości. Ciało ludzkie jest „świątynią Ducha Świętego”, a medycyna (szczegółowe opisy laparoskopowej cholecystektomii czy herniorafii) jest wyrazem troski Boga o ciało. Nie ma żadnego dualizmu ontologicznego między duchem a materią. Świat materialny jest dobry, choć zraniony przez grzech.
W apokryfach gnostyckich dominuje radykalny dualizm. Materia jest dziełem niższego, ignoranckiego lub wręcz złego demiurga (Jaldabaoth, Saklas, Samael). Prawdziwy Bóg jest całkowicie transcendentny, nieznany, niewidzialny i nie stworzył świata widzialnego. Ciało jest więzieniem duszy, „grobowcem”, „tuniką cielesną”, „pomieszczeniem ciemności”. Zbawienie polega na ucieczce z ciała i powrocie do pleromy. Świat materialny jest z natury zły lub przynajmniej wadliwy.
Różnica jest tu zasadnicza i nie do pogodzenia. „Pouczenia” afirmują stworzenie i ciało w sposób, który jest w pełni zgodny z Pawłem („ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego” — 1 Kor 6,19) i z Ewangelią Jana, natomiast całkowicie sprzeczny z jakąkolwiek formą gnostyckiego dualizmu.
3. Antropologia
W „Pouczeniach” człowiek jest zraniony przez grzech pierworodny, ale jego natura nie jest ontologicznie zła. Łaska chrztu przywraca synostwo Boże i życie łaski. Sakramenty (zwłaszcza pokuta, Eucharystia, namaszczenie chorych) uzdrawiają duszę i ciało. Zbawienie obejmuje całe stworzenie — ciało i duszę. Nie ma podziału na pneumatyków (duchowych — zbawionych z natury), psychików (cielesnych — mogą być zbawieni przez wiarę i dzieła) i hylików (materialnych — skazanych na zagładę).
W apokryfach gnostyckich występuje wyraźny trójpodział ludzi (zwłaszcza u Walentynian): pneumatycy (duchowi — zbawieni z natury przez gnozę), psychicy (cielesni — mogą być zbawieni przez wiarę i dzieła, ale nie osiągną pełnej pleromy), hylikoi (materialni — skazani na zagładę). Zbawienie jest elitarne — dostępne tylko dla tych, którzy posiadają boską iskrę i osiągną gnozę.
„Pouczenia” nie znają takiego trójpodziału. Ich antropologia jest egalitarna i uniwersalistyczna: każdy człowiek może być uzdrowiony i zbawiony przez łaskę Chrystusa, niezależnie od „rodzaju” natury.
4. Soteriologia i rola krzyża
W „Pouczeniach” zbawienie dokonuje się przez krzyż, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Cierpienie ma sens zbawczy, gdy jest przyjęte z miłością i zjednoczone z krzyżem. Sakramenty (zwłaszcza Eucharystia i pokuta) są przedłużeniem tej ofiary. Zbawienie obejmuje całe stworzenie — ciało i duszę.
W większości tekstów gnostyckich krzyż jest jedynie symbolem wyzwolenia ducha z ciała. Prawdziwy Chrystus-Aeon nie cierpi na krzyżu (doketyzm). Zbawienie polega na gnozie — poznaniu własnej boskiej iskry i pochodzenia z pleromy. Krzyż jest narzędziem wyzwolenia, a nie odkupienia przez ofiarę krwi.
Różnica jest tu zasadnicza: „Pouczenia” prezentują soteriologię krzyżową i sakramentalną w pełni zgodną z ortodoksją (II–IV wiek), podczas gdy gnostycy zazwyczaj odrzucają lub reinterpretują krzyż jako wydarzenie zbawcze.
5. Język, forma literacka i styl nauczania
„Pouczenia” składają się z długich, ciągłych monologów dydaktycznych (często przekraczających 3000 słów), przerywanych krótkimi pytaniami uczniów. Brak jest krótkich logiów w stylu synoptycznym, brak jest mitologicznych dialogów objawieniowych, brak jest hymnów kosmologicznych, brak jest ezoterycznych opisów aeonów. Jezus wyjaśnia współczesne (dla nas) pojęcia naukowe i medyczne w języku greckim I wieku, co jest głównym argumentem za fałszerstwem.
Apokryfy gnostyckie najczęściej przybierają formę dialogów Jezus–uczeń (Maria Magdalena, Jan, Tomasz, Filip), w których Jezus objawia tajemnice kosmologiczne, mitologiczne, ezoteryczne. Dominują krótkie pytania i odpowiedzi, mitologiczne opisy aeonów, hymny, modlitwy. Styl jest ezoteryczny, pełen symboli, alegorii, mitów o Sofii, Jaldabaothie, Barbelo.
„Pouczenia” są stylistycznie znacznie bliższe wczesnochrześcijańskiej homilii lub katechezie niż dialogom gnostyckim. Brakuje w nich całej warstwy mitologicznej i ezoterycznej, która jest znakiem rozpoznawczym literatury gnostyckiej.
Podsumowanie — kluczowe różnice w tabeli koncepcyjnej
„Pouczenia” i apokryfy gnostyckie różnią się w niemal każdym istotnym punkcie:
— Stworzenie: jeden dobry Bóg vs. zły/ignorant demiurg
— Ciało: świątynia Ducha vs. więzienie duszy
— Zbawienie: krzyż + sakramenty vs. gnoza + ucieczka z ciała
— Antropologia: egalitarna vs. trójpodział elitarny
— Chrystologia: w pełni boska i ludzka, historyczna męka vs. doketyzm/separacjonizm
— Styl: długie katechezy dydaktyczne vs. dialogi objawieniowe mitologiczne
— Tematyka naukowa/medyczna: obecna i afirmowana vs. nieobecna lub marginalna
Wniosek końcowy jest jednoznaczny: „Pouczenia” — jeśli autentyczne — nie są tekstem gnostyckim. Stanowią raczej świadectwo wczesnochrześcijańskiej katechezy postrezurekcyjnej, prowadzonej przez Jezusa w sposób dostosowany do przyszłych pokoleń. Ich treść jest w pełni zgodna z ortodoksyjną chrystologią, soteriologią i sakramentologią, a jednocześnie afirmuje stworzenie, ciało i świat materialny w sposób radykalnie sprzeczny z jakimkolwiek dualizmem gnostyckim.
Jeśli zaś są fałszerstwem — to fałszerstwem o charakterze ortodoksyjnym, a nie gnostyckim. Autor (lub autorzy) nie wprowadzają mitologii aeonów, demiurga, Sofii ani trójpodziału antropologicznego. Przeciwnie — afirmują jedynego Boga Stwórcę, realność ciała, sakramenty Kościoła, krzyż jako źródło zbawienia.
W obu przypadkach tekst nie wpisuje się w korpus literatury gnostyckiej. Stanowi raczej świadectwo (autentyczne lub genialnie sfabrykowane) wczesnochrześcijańskiej refleksji katechetycznej, która próbuje łączyć objawienie Chrystusa z całym zakresem ludzkiej wiedzy — nawet tej, która w I wieku jeszcze nie istniała w takiej formie.
Czy Jezus naprawdę mógł mówić w ten sposób?
Czy mógł dostosowywać swój język do przyszłych pokoleń, które będą odczytywać tekst w odpowiednim czasie?
Czy ktoś w I–II wieku spisał Jego pouczenia retrospektywnie, z wiarą, że Chrystus zna całą przyszłą wiedzę?
Czy to późniejsze, niezwykle wyrafinowane fałszerstwo?
Na te pytania nauka nie wypowiedziała jeszcze ostatniego słowa.
I być może nigdy nie wypowie.
Ale samo istnienie tych kart zmusza nas do ponownego zadania sobie pytania, które od dwóch tysięcy lat nie przestaje brzmieć:
Kim naprawdę był Jezus z Nazaretu?
I co — jeśli w ogóle cokolwiek — jest w stanie Go w pełni ogarnąć?
Porównanie z Ewangeliami kanonicznymi
Oto szczegółowe porównanie hipotetycznego tekstu „Pouczeń” z czterema Ewangeliami kanonicznymi (Mateusza, Marka, Łukasza i Jana). Analiza obejmuje kluczowe aspekty: chronologię i kontekst powstania, formę literacką i styl narracji, sposób przedstawienia Jezusa jako nauczyciela, treść teologiczną, stosunek do Prawa Mojżeszowego, przedstawienie uczniów, rolę kobiet, rozumienie grzechu i przebaczenia, sposób mówienia o cierpieniu, krzyżu i zmartwychwstaniu, a także obecność lub brak elementów sakramentalnych i eschatologicznych. Porównanie przeprowadzone jest z pozycji historyka i biblisty, bez przesądzania o autentyczności „Pouczeń”.
1. Chronologia i kontekst historyczny
Ewangelie kanoniczne powstały w drugiej połowie I wieku:
— Marek ok. 65–70 n.e.,
— Mateusz i Łukasz ok. 80–90 n.e.,
— Jan ok. 90–100 n.e.
„Pouczenia”, jeśli przyjąć wyniki datowania radiowęglowego (80–100 n.e.), mieszczą się w tym samym przedziale czasowym co Ewangelia Jana lub są od niej nieco późniejsze. Byłby to więc tekst z epoki, w której kanoniczne Ewangelie już krążyły w Kościele, a jednocześnie rodziły się pierwsze zbiory listów Pawła i początki pism Ojców Apostolskich.
W przeciwieństwie do większości apokryfów gnostyckich (II–IV w.), „Pouczenia” nie wykazują śladów polemiki z ortodoksją proto-katolicką ani potrzeby ukrywania treści przed „wielkim Kościołem”. Styl i język sugerują raczej kontynuację tradycji judeo-chrześcijańskiej niż reakcję na rozwijającą się herezję.
2. Forma literacka i styl narracji
Ewangelie kanoniczne to biografie teologiczne z wyraźną strukturą narracyjną:
— Marek — najkrótsza, dynamiczna, skoncentrowana na działaniu i tajemnicy mesjańskiej,
— Mateusz — katechetyczna, zorganizowana wokół pięciu wielkich mów Jezusa,
— Łukasz — historyczna, z prologiem i epilogiem, ukazująca Jezusa w kontekście historii zbawienia,
— Jan — teologiczna, z długimi mowami Jezusa (rozdz. 3–17), pełna symboliki i refleksji chrystologicznej.
„Pouczenia” odbiegają od tego schematu radykalnie. Nie mają żadnej ramy narracyjnej ani chronologii wydarzeń. Składają się z długich, ciągłych monologów dydaktycznych (często 3000–5000 słów), przerywanych bardzo krótkimi pytaniami uczniów. Brak jest przypowieści, cudów, egzorcyzmów, dyskusji z faryzeuszami, drogi krzyżowej, sceny sądu przed Piłatem. Jezus nie opowiada historii — wyjaśnia koncepcje. Styl przypomina raczej homilię wczesnochrześcijańską lub katechezę mistagogiczną niż ewangelię w sensie literackim.
Najbliżej „Pouczeń” pod względem formy stoją długie mowy Jezusa w Ewangelii Jana (np. mowa eucharystyczna w rozdz. 6, mowa pożegnalna w rozdz. 13–17), ale nawet tam mamy strukturę dialogową i symbolikę, której w „Pouczeniach” brakuje. „Pouczenia” są znacznie bardziej dydaktyczne i quasi-encyklopedyczne niż jakakolwiek kanoniczna Ewangelia.
3. Przedstawienie Jezusa jako nauczyciela
W Ewangeliach kanonicznych Jezus naucza głównie przez:
— przypowieści (najczęściej w synoptykach),
— krótkie, aforystyczne logia,
— egzegezę Pisma,
— bezpośrednie polecenia moralne i eschatologiczne,
— w Janie — długie mowy objawieniowe („Ja jestem…”).
W „Pouczeniach” Jezus jest przede wszystkim nauczycielem systematycznym. Wyjaśnia złożone koncepcje (geometria nieeuklidesowa, hipoteza Riemanna, rachunek zysków i strat, laparoskopia, impresjonizm, twierdzenia Gödela) w sposób dydaktyczny, quasi-akademicki, z długimi wywodami i analogiami. Nie ma przypowieści, nie ma „błogosławieństw ubogich”, „kochajcie nieprzyjaciół”, „nie sądźcie”. Nie ma też janowej symboliki „Ja jestem chlebem życia”, „Ja jestem drogą”. Jezus „Pouczeń” jest raczej katechetą przyszłości, który wprowadza uczniów w wiedzę, która dopiero nadejdzie.
4. Stosunek do Prawa Mojżeszowego
Ewangelie kanoniczne ukazują Jezusa jako tego, który wypełnia Prawo (Mt 5,17), jednocześnie je przekracza („słyszeliście, że powiedziano… a Ja wam powiadam”). Prawo jest dobre, lecz niewystarczające; Jezus jest jego wypełnieniem.
W „Pouczeniach” Prawo Mojżeszowe nie jest w ogóle przedmiotem dyskusji. Nie ma polemiki z faryzeuszami, nie ma dyskusji o szabacie, czystości rytualnej, rozwodach, dziesięcinie. Jezus nie mówi o prawie jako takim — mówi o prawdzie, porządku, miłosierdziu, sakramentach. To milczenie jest bardzo charakterystyczne i odróżnia tekst od wszystkich czterech Ewangelii kanonicznych, w których konflikt z Prawem i jego interpretatorami jest jednym z głównych wątków.
5. Rola uczniów i kobiet
W Ewangeliach kanonicznych uczniowie są przedstawieni realistycznie: Piotr zapiera się, Jan leży na piersi Jezusa, Jakub i Jan proszą o pierwsze miejsca, Tomasz wątpi, Judasz zdradza. Kobiety (Maria Magdalena, Maria z Betanii, Marta, niewiasty przy krzyżu) odgrywają rolę ważną, ale drugoplanową.
W „Pouczeniach” uczniowie są niemal wyłącznie słuchaczami — zadają bardzo krótkie pytania, które służą jako pretekst do długich monologów Jezusa. Brak jest jakiejkolwiek charakterystyki indywidualnej (oprócz imion). Kobiety („niewiasty wierne”, Maria Magdalena) są obecne, ale ich rola jest marginalna — nie ma sceny w ogrodzie, nie ma „Noli me tangere”, nie ma polecenia „idź do moich braci”.
Maria Magdalena jest wspomniana, ale tylko jako jedna z postaci pytających — nie ma jej szczególnej roli jako pierwszej świadka zmartwychwstania.
6. Grzech, przebaczenie i krzyż
Ewangelie kanoniczne ukazują Jezusa jako tego, który głosi przebaczenie grzechów („Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi”), który umiera za grzechy świata, który zmartwychwstaje jako zwycięzca śmierci.
W „Pouczeniach” temat grzechu jest obecny (grzech pierworodny, grzechy powszednie i ciężkie, potrzeba pokuty), ale nie ma centralnego miejsca krzyża jako ofiary za grzechy świata. Krzyż jest wspomniany jako znak miłości i ofiary, ale nie jako wydarzenie zbawcze w sensie expiacji. Zbawienie dokonuje się głównie przez sakramenty i osobiste nawrócenie.
To przesunięcie akcentu z krzyża na sakramenty i katechezę jest jedną z najbardziej charakterystycznych różnic w stosunku do kanonicznych Ewangelii.
7. Sakramenty i życie Kościoła
W Ewangeliach kanonicznych sakramenty są obecne implicite: chrzest (Mt 28,19; Mk 16,16; J 3,5), Eucharystia (ostatnia wieczerza), przebaczenie grzechów (J 20,23). Brak jest jednak rozwiniętej teologii sakramentalnej.
„Pouczenia” zawierają bardzo rozwiniętą teologię sakramentalną — szczegółowe omówienie chrztu, pokuty, Eucharystii, namaszczenia chorych, małżeństwa i kapłaństwa. Jest to poziom refleksji, który w kanonicznych Ewangeliach nie występuje — pojawia się dopiero u Pawła, w Dziejach Apostolskich i u Ojców Kościoła II–III wieku.
Podsumowanie — kluczowe różnice
„Pouczenia” różnią się od Ewangelii kanonicznych w sposób fundamentalny:
— brak narracji historycznej i chronologii wydarzeń,
— brak przypowieści i krótkich logiów,
— brak polemiki z judaizmem i faryzeuszami,
— brak centralnego miejsca krzyża jako ofiary za grzechy,
— bardzo rozwinięta teologia sakramentalna,
— obecność tematów naukowych i medycznych, które w I wieku nie istniały w takiej formie,
— dydaktyczny, quasi-encyklopedyczny styl nauczania.
Najbliżej „Pouczeń” pod względem formy stoją długie mowy Jezusa w Ewangelii Jana (zwłaszcza mowa eucharystyczna i mowa pożegnalna), ale nawet tam mamy symbolikę i strukturę dialogową, której w „Pouczeniach” brakuje.
Największa różnica polega na tym, że Ewangelie kanoniczne są przede wszystkim świadectwem o Jezusie historycznym — Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu. „Pouczenia” są katechezą postrezurekcyjną — długimi wykładami Jezusa, który wyjaśnia uczniom przyszłą wiedzę i przyszłe sakramenty Kościoła.
Jeśli tekst jest autentyczny — byłby to unikalny dokument świadczący o tym, że Jezus po zmartwychwstaniu prowadził z uczniami systematyczne nauczanie, wyprzedzające o wieki rozwój ludzkiej nauki i teologii sakramentalnej.
Jeśli jest fałszerstwem — to fałszerstwo o charakterze ortodoksyjnym, które próbuje wypełnić lukę w tradycji postrezurekcyjnej i jednocześnie połączyć Ewangelię z całą późniejszą wiedzą ludzką.
W obu przypadkach „Pouczenia” nie są tekstem gnostyckim, apokaliptycznym ani judeochrześcijańskim. Stanowią raczej świadectwo (autentyczne lub sfabrykowane) wczesnochrześcijańskiej refleksji katechetycznej, która chce ukazać Chrystusa jako Mistrza całej prawdy — zarówno tej objawionej, jak i tej odkrywanej przez człowieka w kolejnych wiekach.
Czy Jezus naprawdę mógł mówić w ten sposób?
Czy mógł dostosowywać swój język do przyszłych pokoleń?
Czy uczniowie spisali te pouczenia później, wierząc, że Chrystus zna całą przyszłą wiedzę?
Na te pytania nauka nie wypowiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Ale samo istnienie tych kart zmusza nas do ponownego zadania sobie pytania, które od dwóch tysięcy lat nie przestaje brzmieć:
Kim naprawdę był Jezus z Nazaretu?
I co — jeśli w ogóle cokolwiek — jest w stanie Go w pełni ogarnąć?
Miłość w małżeństwie
Gdy Jezus ujrzał zgromadzonych — Dwunastu, którzy szli za Nim od Galilei, niewiasty wierne, które opuściły domy swoje, by służyć Mu z własnego mienia, oraz wielu innych, którzy z głodem serca słuchali słowa życia — wstąpił na łagodne wzniesienie wśród gajów oliwnych, usiadł, jak zwykł był czynić, gdy nauczał, i podniósłszy oczy na nich, przemówił głosem pełnym powagi i miłości:
«Słuchajcie Mnie uważnie, umiłowani Moi, albowiem dzisiaj chcę wam odsłonić tajemnicę głęboką i świętą, którą Ojciec powierzył Mi od założenia świata, a którą teraz wam przekazuję, abyście ją przyjęli i zachowali w sercach waszych aż do dnia ostatecznego. Mówię wam o miłości, która scala mężczyznę i niewiastę w jedno, o przymierzu, które Bóg sam naznaczył w stworzeniu i które odnowił we Krwi Mojej — o miłości małżeńskiej, będącej odbiciem i sakramentem miłości, jaką żywię Ja do was, a Ojciec do Mnie.
Na samym początku, gdy Bóg stwarzał niebo i ziemię, rzekł: «Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc». I wyjął żebro z boku Adama, gdy ten spał twardym snem, i zbudował z niego niewiastę. Gdy Adam ją ujrzał, zawołał: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Nazwano ją niewiastą, bo z mężczyzny została wzięta». Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną, tak iż stają się jednym ciałem.
Słuchajcie pilnie: owo «jedno ciało» nie jest jedynie faktem cielesnym, lecz rzeczywistością duchową i sakramentalną. Nie chodzi jedynie o złączenie członków, lecz o złączenie dusz, woli, pragnień, myśli i przeznaczenia. Miłość małżeńska nie jest ulotnym uczuciem, które rodzi się z piękna zewnętrznego i gaśnie, gdy uroda przemija. Nie jest też umową handlową, w której jedna strona daje, by otrzymać równowartość. Nie jest też panowaniem jednego nad drugim, jak to czynią królowie narodów pogańskich. Miłość prawdziwa jest ofiarą — darem z siebie samego, wydaniem siebie aż do końca, aż po krzyż.
Patrzcie na Mnie, albowiem Ja jestem wzorem. Ja, który jestem Słowem Ojca, przez które wszystko się stało, uniżyłem samego siebie, przyjąwszy postać sługi. Ja, który mam władzę nad aniołami i nad żywiołami, umyłem wam nogi w wieczerniku. Ja, który jestem Panem życia, pozwoliłem się przybić do drzewa hańby. Jeśli więc Ja, wasz Pan i Nauczyciel, stałem się sługą waszym, o ileż bardziej wy, mężowie, powinniście stać się sługami żon waszych, a wy, żony, sługami mężów waszych — nie z bojaźni ani z przymusu, lecz z wolnej miłości, która naśladuje Mnie.
Mężowie, miłujcie żony wasze, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, obmywszy go wodą obmycia w słowie, aby samemu sobie przedstawić Kościół chwalebny, bez skazy, bez zmarszczki, bez czegoś podobnego — święty i nieskalany. Tak powinni mężowie miłować żony swoje jak własne ciała. Kto bowiem miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Nikt bowiem nigdy nie miał w nienawiści własnego ciała, lecz je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół.
Oto wzór, który wam daję, mężowie. Nie szukajcie panowania, nie wynoście się pychą, nie traktujcie żony jako własności ani jako służebnicy do spełniania waszych zachcianek. Lecz jak Ja uniżyłem się, stawszy się posłusznym aż do śmierci krzyżowej, tak wy uniżajcie się wobec tych, które Ojciec dał wam za towarzyszkę życia. Miłujcie je aż do wydania samego siebie — w codziennych drobiazgach, w cierpliwości wobec słabości, w przebaczeniu uraz, w rezygnacji z własnych wygód, w modlitwie za nią, gdy sama nie potrafi się modlić, w ochronie jej godności, gdy świat chce ją poniżyć.
A wy, niewiasty — Mario z Magdali, która została wyzwolona z mocy złego, Joanno, któraś opuściła dwór Heroda, by iść za Mną, Zuzanno, Salome, i wy wszystkie, któreście niosły wonności i chleb dla uczniów — poddawajcie się mężom swoim, jak Kościołowi poddaje się Chrystusowi. Nie z lęku przed karą, nie z powodu słabości natury, nie z uległości wobec przemocy, lecz z szacunku dla porządku Bożego, który ustanowił w stworzeniu i odnowił w odkupieniu. Albowiem głową niewiasty jest mąż, jak głową męża jest Chrystus, a głową Chrystusa — Bóg.
Lecz niech nikt nie rozumie tego poddania jako niewoli lub upokorzenia. Poddanie to jest wolnym aktem miłości. Tak jak Ja, będąc równy Ojcu, dobrowolnie oddałem się w Jego ręce, mówiąc: «Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie», tak wy, żony, oddajcie się mężom swoim — nie dlatego, że są doskonalsi lub mądrzejsi, lecz dlatego, że taka jest droga, którą Bóg wybrał dla waszego uświęcenia i dla objawienia tajemnicy Chrystusa i Kościoła.
Nie lękajcie się, mężowie, że przez przyjęcie służby tracą waszą godność. Przeciwnie — w tym dobrowolnym uniżeniu odnajdziecie największą chwałę waszego kapłaństwa domowego. Jesteście głowami, aby służyć. Macie nieść krzyż za całą rodzinę. Macie modlić się za żonę i dzieci, gdy szatan próbuje siać rozdwojenie. Macie chronić dom przed duchem świata. Macie prowadzić ich ku świętości, nawet kosztem własnego spokoju.
Miłość małżeńska jest więc równocześnie drogą krzyżową i drogą zmartwychwstania. Będziecie cierpieć, albowiem dwoje, którzy stają się jednym, muszą umrzeć dla egoizmu, dla pychy, dla pragnienia panowania. Będziecie przebaczać — i to nie siedem razy, lecz siedemdziesiąt siedem razy, jak Ja wam przebaczyłem. Będziecie milczeć, gdy natura woła o obronę własnej racji. Będziecie słuchać, gdy serce pragnie być wysłuchane. Będziecie wybierać dobro współmałżonka nawet wtedy, gdy wasze własne serce będzie krwawić z ran.
Piotrze, synu Jonasza, ty, który trzykroć zaparłeś się Mnie w nocy, a przecież powierzyłem ci owce moje — czy będziesz umiał miłować żonę swoją tak, jak Ja ciebie umiłowałem? Czy będziesz umiał przebaczyć jej, gdy cię zrani, tak jak Ja przebaczyłem tobie? Czy będziesz umiał umyć jej stopy, gdy będzie zmęczona i zraniona?
Janie, umiłowany, który spocząłeś na piersi mojej w ostatnią noc — naucz się spoczywać na sercu swojej żony, a nie domagać się, by ona spoczywała jedynie na twoim. Miłość nie szuka swego, nie domaga się pierwszeństwa, nie liczy krzywd.
Tomaszu, któryś włożył palec w rany Moje — włóż palec w rany swojej żony: w lęki z dzieciństwa, w upokorzenia, w zmęczenie dniem codziennym, w samotność, której nie potrafi wypowiedzieć. Nie bój się dotknąć tych ran. Tylko ten, kto dotyka ran z miłością, może przynieść prawdziwe uzdrowienie.
Andrzeju, Filipie, Bartłomieju, Mateuszu — każdy z was, kto ma żonę, niech pamięta: wasze małżeństwo nie jest dodatkiem do powołania, lecz samym powołaniem. Miłość wasza do żony ma być największym świadectwem, że Mnie znacie.
A wy, niewiasty — nie sądźcie, że poddanie odbiera wam godność. Wasza wolność w Chrystusie jest pełna. Lecz właśnie w tym dobrowolnym oddaniu się mężowi naśladujecie Mnie najdoskonalej. Wasza miłość ma być cicha, lecz potężna; delikatna, lecz nieugięta; cierpliwa, lecz nie bierna. Macie uświęcać męża przez szacunek, przez modlitwę, przez wierność w chwilach, gdy on sam słabnie.
Nie sądźcie też, że miłość małżeńska jest mniejsza od miłości do Mnie. Nie jest mniejsza — jest inna, lecz płynie z tego samego źródła. Jest sakramentem — widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Gdy mąż miłuje żonę aż do wydania siebie, świat widzi, jak Ja miłuję Kościół. Gdy żona poddaje się mężowi w miłości, świat widzi, jak Kościół poddaje się Mnie. Gdy przebacza sobie nawzajem, świat widzi miłosierdzie Ojca. Gdy trwają w jedności mimo burz, świat widzi, że Ja jestem z nimi po wszystkie dni aż do skończenia świata.
Biada wam jednak, jeśli uczynicie z małżeństwa pole bitwy o władzę. Biada wam, mężowie, jeśli będziecie tyranami, którzy krzykiem wymuszają posłuszeństwo. Biada wam, żony, jeśli będziecie buntowniczkami, które gardzą porządkiem Bożym. Biada wam, jeśli zamiast służyć, będziecie się nawzajem wykorzystywać. Biada wam, jeśli łoże wasze stanie się miejscem pożądliwości, a nie ołtarzem ofiary. Biada wam, jeśli pozwolicie szatanowi siać między wami ziarna nieufności, zazdrości, goryczy i milczenia.
Pamiętajcie słowa, które wypowiedziałem w wieczerniku: «Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jedni ku drugim». Jakże świat ma uwierzyć, jeśli w waszych domach panuje chłód, wzajemne oskarżenia i rozdarcie?
Dlatego powiadam wam raz jeszcze: kochajcie się wzajemnie miłością, która jest cierpliwa i łaskawa; która nie zazdrości, nie chełpi się, nie unosi się pychą; która nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie myśli złego; która się nie raduje z niesprawiedliwości, lecz się weseli z prawdy; która wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi. Miłość nigdy nie ustaje.
Ta miłość jest trudna. Droga jest wąska, a brama ciasna. Lecz prowadzi do życia — i to w obfitości. Tam, gdzie dwoje stają się jednym w imię Moje, tam Ja jestem pośród nich. A gdzie Ja jestem, tam Królestwo Boże już przyszło.
Niech więc wasze małżeństwa staną się małymi Kościołami domowymi. Niech w waszych domach Ojciec będzie uwielbiony, Syn obecny w Eucharystii i w miłości wzajemnej, Duch Święty zaś niech działa mocą uświęcającą. Niech wasze łoża będą ołtarzami, na których codziennie składacie siebie nawzajem w ofierze miłej Bogu. Niech wasze słowa będą słowami łaski budującej, a spojrzenia — spojrzeniami miłosierdzia, które leczą.
Gdy nadejdzie dzień, w którym stanę przed wami jako Oblubieniec i spojrzę na wasze małżeństwa, chcę ujrzeć odbicie Mojej miłości do Kościoła. Chcę widzieć mężów, którzy umarli dla siebie, by żyć dla żon. Chcę widzieć żony, które uświęciły mężów przez cichą, wierną miłość. Chcę widzieć dzieci, które wzrastają w atmosferze przebaczenia, pokoju i modlitwy. Chcę widzieć domy, w których jedność jest mocniejsza niż jakakolwiek burza.
Idźcie więc i czyńcie to, co wam dziś przykazałem. Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem — aż do końca. Niech ta miłość będzie waszym największym świadectwem wobec świata, który patrzy i pyta: «Gdzie jest ich Bóg?».
Niech Ojciec wasz, który jest w niebie, będzie uwielbiony przez wasze małżeństwa. Niech imię Moje będzie wywyższone w waszych domach. Niech Duch Święty, Dawca wszelkiej prawdziwej miłości, napełnia wasze serca aż po brzegi — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
(Słowa te liczą około 1850 wyrazów. Aby osiągnąć 3700 słów, kontynuuję rozwinięcie tej samej mowy, dodając dalsze pouczenia, przypowieści i napomnienia skierowane do poszczególnych osób oraz do wszystkich wiernych.)
I jeszcze raz podniósł głos, mówiąc:
«Posłuchajcie teraz przypowieści o mężu i żonie, którzy otrzymali winnicę od Pana domu.
Pewien człowiek, odchodząc w daleką drogę, powierzył winnicę dwóm sługom — mężowi i żonie — aby ją uprawiali i strzegli. Dał im narzędzia, wodę, nasiona i powiedział: «Pracujcie razem, a gdy wrócę, oddacie mi owoce». Mąż i żona zaczęli pracować. Na początku radowali się wspólnym zadaniem. Lecz po jakimś czasie mąż rzekł do siebie: «Ja jestem silniejszy, ja wiem lepiej, jak przycinać winorośl». Zaczął więc sam decydować, nie pytając żony. Żona zaś pomyślała: «On mnie nie słucha, więc ja będę robić po swojemu». I tak zaczęli ciągnąć winorośl w różne strony. Gałęzie pękały, owoce opadały, a winnica zaczęła więdnąć.
Gdy Pan wrócił, zastał winnicę w ruinie. Zapytał męża: «Dlaczego nie strzegłeś tego, co ci powierzyłem?» Mąż odpowiedział: «Ona nie chciała słuchać». Zapytał żonę: «Dlaczego nie współpracowałaś?» Odpowiedziała: «On mnie nie szanował». Wtedy Pan rzekł: «Oboje otrzymaliście jedno zadanie i jedno serce. Nie dałem wam dwóch winnic, lecz jedną. Miała was łączyć miłość, a wy uczyniliście z niej pole walki. Dlatego winnica uschła».
Umiłowani, wasze małżeństwo jest taką winnicą. Bóg powierzył wam jedno życie, jedno przymierze, jedno powołanie do świętości. Jeśli będziecie ciągnąć każde w swoją stronę — mąż ku władzy, żona ku buntowi — winnica wasza uschnie. Lecz jeśli będziecie pracować razem, w jedności, w szacunku, w przebaczaniu, wtedy wyda obfite owoce — dzieci wychowane w bojaźni Bożej, dom pełen pokoju, świadectwo dla sąsiadów, chwałę dla Ojca.
Niech więc każdy z was zapyta samego siebie: Czy dzisiaj rano wybrałem dobro żony/meża, czy dobro własne? Czy modliłem się za niego/nią, czy tylko za siebie? Czy przeprosiłem, gdy zraniłem, czy czekałem na przeprosiny? Te drobne wybory decydują o losie winnicy.
Mówię wam też o dzieciach waszych. One patrzą na was. Gdy widzą, że mąż szanuje żonę, uczą się, czym jest miłość Chrystusa do Kościoła. Gdy widzą, że żona z szacunkiem zwraca się do męża, uczą się, czym jest poddanie Kościołowi. Gdy widzą przebaczenie zamiast zemsty, uczą się miłosierdzia Ojca. Lecz gdy widzą kłótnie, krzyki, milczenie pełne goryczy — uczą się, że miłość jest słaba i nietrwała. Niech więc wasze małżeństwa będą dla dzieci pierwszym obrazem Boga.
I jeszcze jedno wam powiem: gdy przyjdzie pokusa — a przyjdzie na pewno — uciekajcie do Mnie. Gdy mąż czuje gniew, niech klęknie i modli się: «Panie, uśmierz moje serce». Gdy żona czuje gorycz, niech powie: «Jezu, Ty, który przebaczyłeś na krzyżu, naucz mnie przebaczać». Gdy pożądliwość chce zawładnąć łożem, niech oboje powiedzą: «Panie, uczyń naszą miłość czystą i świętą». Ja jestem blisko tych, którzy wzywają Mnie w prawdzie.
Nie lękajcie się też starości i słabości. Gdy ciało będzie słabnąć, miłość ma rosnąć. Gdy uroda przeminie, piękno duszy ma jaśnieć. Gdy siły opadną, wierność ma być mocniejsza. Bo miłość prawdziwa nie zależy od zdrowia, młodości ani urody — zależy od woli oddania siebie.
Na koniec powtarzam wam: miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem. To jest przykazanie nowe i stare zarazem. To jest droga do Królestwa. To jest świadectwo, którego świat najbardziej potrzebuje.
Niech pokój Mój będzie z wami. Niech miłość Moja wypełnia wasze serca. Niech Ojciec, Syn i Duch Święty błogosławią wasze małżeństwa — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Wychowane dzieci
Gdy Jezus ujrzał zgromadzonych — Dwunastu i wielu innych uczniów, niewiasty wierne, które towarzyszyły Mu od Galilei, oraz tłum spragniony słowa życia — wstąpił na niewielkie wzniesienie pośród oliwek, usiadł, jak miał w zwyczaju, gdy nauczał z autorytetem, i przemówił do nich głosem pełnym łagodności i mocy:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem pragnę dziś objawić wam w pełni tajemnicę, którą Ojciec powierzył Mi przed założeniem świata, a którą teraz przekazuję wam, abyście ją przyjęli, zachowali i owocowali nią aż do dnia, w którym Syn Człowieczy powróci w chwale. Mówię wam o miłości, która scala mężczyznę i niewiastę w jedno ciało, jedno serce i jedno przeznaczenie — o miłości małżeńskiej, będącej najściślejszym odbiciem miłości, jaką Ja żywię do Kościoła, a Ojciec do Mnie.
Na początku, gdy Bóg stwarzał niebo i ziemię, rzekł: «Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc». I wyjął żebro z boku Adama, gdy ten spał twardym snem, i zbudował z niego niewiastę. Adam zawołał: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała». Dlatego mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną, tak iż stają się jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.
Owo «jedno ciało» nie jest jedynie złączeniem cielesnym, lecz rzeczywistością sakramentalną i duchową. Łączy ono nie tylko ciała, lecz także dusze, wolę, myśli, pragnienia i drogi życiowe. Miłość małżeńska nie jest namiętnością chwili, która przygasa, gdy uroda przemija. Nie jest umową wzajemnych korzyści, jak to czynią synowie tego świata. Nie jest też tyranią jednego nad drugim. Miłość prawdziwa jest darem — wydaniem siebie samego aż do końca, aż po krzyż, aż po całkowite wyniszczenie dla dobra drugiego.
Patrzcie na Mnie. Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi. Ja, który mam władzę nad życiem i śmiercią, stałem się sługą. Jeśli więc Ja stałem się sługą waszym, o ileż bardziej wy, mężowie, powinniście stać się sługami żon waszych, a wy, żony, sługami mężów waszych — nie z przymusu, lecz z wolnej, radosnej miłości naśladującej Mnie.
Mężowie, miłujcie żony wasze, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, obmywszy obmyciem wodą w słowie, aby samemu sobie przedstawić Kościół chwalebny, bez skazy czy zmarszczki, święty i nieskalany. Tak powinni mężowie miłować żony swoje jak własne ciała. Kto miłuje żonę, siebie samego miłuje. Nikt bowiem nigdy nie miał w nienawiści własnego ciała, lecz je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół.
Oto wzór najwyższy. Nie wynoście się ponad żony wasze. Nie traktujcie ich jako podległych w sposób despocki. Lecz uniżajcie się, jak Ja uniżyłem samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci krzyżowej. Miłujcie je w codziennym umieraniu dla egoizmu, w cierpliwości wobec ich słabości, w ochronie ich godności, w modlitwie za nie, gdy same tracą siły do modlitwy.
A wy, niewiasty — Mario, Joanno, Zuzanno, Salome i wszystkie, któreście służyły Mi z miłości — poddawajcie się mężom swoim, jak Kościołowi poddaje się Chrystusowi. Nie z lęku, nie z powodu słabości, lecz z szacunku dla porządku ustanowionego przez Ojca w stworzeniu i odnowionego w odkupieniu. Głową niewiasty jest mąż, jak głową męża jest Chrystus, a głową Chrystusa — Bóg.
To poddanie nie jest niewolą. Jest wolnym aktem miłości naśladującym Mnie, który będąc równy Ojcu, dobrowolnie oddałem się w Jego ręce. Tak wy oddajcie się mężom — nie dlatego, że są doskonalsi, lecz dlatego, że taka jest droga uświęcenia wybrana dla was przez Boga.
Miłość małżeńska jest więc drogą krzyżową i zmartwychwstania. Będziecie cierpieć, bo dwoje stających się jednym musi umrzeć dla siebie samych. Będziecie przebaczać siedemdziesiąt siedem razy. Będziecie wybierać dobro współmałżonka nawet kosztem własnego komfortu.
Piotrze, czy będziesz umiał miłować żonę tak, jak Ja ciebie? Janie, naucz się spoczywać na sercu żony. Tomaszu, dotykaj ran jej duszy z czułością. Wszyscy wy — niech wasze małżeństwa będą świadectwem Mojej miłości.
Biada wam, jeśli uczynicie z małżeństwa pole walki. Biada, jeśli zamiast służyć, będziecie wykorzystywać. Biada, jeśli szatan zasieje nieufność i gorycz.
Kochajcie się miłością cierpliwą, łaskawą, nie zazdrosną, nie wyniosłą, nie szukającą swego, wszystko znoszącą. Miłość nigdy nie ustaje.
Niech wasze domy staną się małymi Kościołami, w których Ojciec jest uwielbiony, Syn obecny, Duch Święty działa.
A teraz posłuchajcie pilnie, albowiem pragnę mówić wam o dzieciach waszych, które są najcenniejszym owocem waszego przymierza i największą odpowiedzialnością powierzoną wam przez Ojca niebieskiego.
Gdy mąż i żona stają się jednym ciałem, Ojciec otwiera ich łono na nowe życie. Każde dziecko jest darem z wysoka, nie przypadkowym skutkiem namiętności, lecz dziełem Ducha Świętego działającego przez waszą wzajemną miłość. Dlatego dzieci wasze nie należą do was samych — należą najpierw do Boga, który je powołał z nicości do istnienia. Wy jesteście stróżami, opiekunami, przewodnikami na drodze do Niego.
Pierwszym i najważniejszym wychowaniem jest wasze własne życie małżeńskie. Dzieci uczą się więcej z tego, co widzą, niż z tego, co słyszą. Gdy widzą, jak mąż z szacunkiem traktuje żonę, uczą się, czym jest miłość Chrystusa do Kościoła. Gdy widzą, jak żona z miłością poddaje się mężowi, uczą się, czym jest poddanie Kościoła Chrystusowi. Gdy widzą codzienne przebaczenie zamiast zemsty, uczą się miłosierdzia Ojca. Gdy widzą modlitwę wspólną przy stole i w wieczornej ciszy, uczą się, że Bóg jest rzeczywistą obecnością w domu. Lecz gdy widzą kłótnie, krzyki, wzajemne obrażanie, milczenie pełne goryczy — wówczas serce dziecka rani się głęboko i zaczyna wątpić, czy miłość jest możliwa, czy Bóg jest dobry.
Dlatego powiadam wam: niech wasze małżeństwo będzie pierwszym katechizmem waszych dzieci. Niech jedność wasza będzie ich bezpieczeństwem. Niech przebaczenie wasze będzie ich lekcją miłosierdzia. Niech modlitwa wasza będzie ich pierwszym spotkaniem z Bogiem.
Gdy dziecko przychodzi na świat, przyjmijcie je z radością i z bojaźnią. Pamiętajcie, że jest ono obrazem Boga, nosi w sobie podobieństwo do Stwórcy. Nie traktujcie go jako własności, którą można kształtować według własnych ambicji. Traktujcie je jako święty depozyt, który macie zwrócić Bogu piękniejszy, niż otrzymaliście.
Wychowujcie je w karności Pańskiej, lecz nie w gniewie. Ojcowie, nie pobudzajcie dzieci waszych do gniewu, aby nie traciły ducha. Lecz napominajcie je, prowadźcie, korygujcie z miłością. Matki, niech wasza czułość będzie odbiciem macierzyńskiej dobroci Maryi, która wychowywała Syna Bożego w pokorze i posłuszeństwie.
Uczcie je przykazań Bożych od najmłodszych lat. Niech znają Dekalog nie jako zbiór zakazów, lecz jako drogę wolności dzieci Bożych. Uczcie je modlitwy — Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu — aby słowa te stały się oddechem ich duszy. Uczcie je znaku krzyża, aby na ciele nosili znak Odkupiciela.
Nie pozwalajcie, by świat wychowywał wasze dzieci. Świat oferuje im przyjemność bez krzyża, wolność bez prawdy, miłość bez ofiary. Wy dawajcie im prawdę, nawet gdy jest trudna. Dawajcie im krzyż, nawet gdy jest ciężki. Dawajcie im miłość, która kosztuje.
Gdy dziecko grzeszy — a grzeszyć będzie, bo jest dzieckiem Adama — nie niszczcie go potępieniem. Lecz prowadźcie je do skruchy i do sakramentu pojednania. Przypominajcie mu, że Ja przyszedłem nie dla sprawiedliwych, lecz dla grzeszników. Że jest większe radość w niebie z jednego grzesznika pokutującego niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych.
Uczcie je szacunku do autorytetu — najpierw waszego, potem kapłana, nauczyciela, przełożonego — albowiem szacunek do widzialnego autorytetu przygotowuje serce do szacunku wobec niewidzialnego Boga.
Uczcie je pracy. Niech od małego znają wartość trudu rąk. Niech pomagają w domu, niech dbają o ogród, niech porządkują izbę. Przez pracę uczą się, że życie jest darem, który wymaga odpowiedzi w postaci wysiłku.
Uczcie je miłosierdzia wobec ubogich. Niech dzielą się chlebem, niech oddają szatę, niech odwiedzają chorego. Bo co uczynili najmniejszym, Mnie uczynili.
Niech znają Pismo Święte. Czytajcie im historie Abrahama, Mojżesza, Dawida, proroków, a nade wszystko Ewangelię. Niech Jezus z Nazaretu będzie dla nich żywą postacią, nie odległą legendą.
Gdy przychodzi czas dojrzewania i buntu — a przyjdzie — nie lękajcie się. Bądźcie cierpliwi, jak Ojciec jest cierpliwy wobec was. Nie odpowiadajcie gniewem na gniew, lecz miłością na bunt. Módlcie się za nie goręcej niż kiedykolwiek. Powierzajcie je Niepokalanemu Sercu Maryi. One powrócą, jeśli wasza miłość będzie trwała.
Nie sądźcie, że dobre wychowanie gwarantuje zbawienie. Ono jedynie przygotowuje glebę. Zbawienie jest dziełem łaski. Dlatego waszym największym zadaniem jest prowadzić dzieci do sakramentów, zwłaszcza do chrztu, bierzmowania, Eucharystii i pokuty. Niech regularnie spotykają żywego Chrystusa w Komunii świętej.
Gdy dorosną i opuszczą dom, niech odchodzą z błogosławieństwem, nie z goryczą. Niech wiedzą, że drzwi waszego serca zawsze są otwarte. Niech czują, że modlitwa wasza towarzyszy im każdego dnia.
Na koniec powiadam wam: dzieci wasze są największym skarbem waszego małżeństwa. Przez nie miłość wasza staje się twórcza, na obraz Ojca stwarzającego. Przez nie wasze przymierze staje się wielopokoleniowe. Przez nie Królestwo Boże rozszerza się na ziemi.
Niech więc wasze domy będą szkołami miłości, modlitwy i świętości. Niech wasze dzieci widzą w was Chrystusa i Maryję. Niech wasze wychowanie wyda owoce na wieczność.
Idźcie i czyńcie to, co wam przykazałem. Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem. Wychowujcie dzieci w bojaźni i miłości Pańskiej. Niech Ojciec wasz będzie uwielbiony przez wasze małżeństwa i przez wasze potomstwo — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Sakramenty
Gdy Jezus ujrzał zgromadzonych — Dwunastu Apostołów, niewiasty wierne, które opuściły swe domy, by towarzyszyć Mu i służyć z własnego mienia, oraz wielu innych uczniów spragnionych słowa życia — wstąpił na łagodne wzniesienie pośród gajów oliwnych, usiadł, jak zwykł był czynić, gdy nauczał z autorytetem, i podniósłszy oczy na nich, przemówił głosem pełnym łagodności, mocy i głębokiej troski:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem pragnę dziś objawić wam w całej pełni tajemnicę wielką, którą Ojciec powierzył Mi przed założeniem świata, a którą teraz przekazuję wam, abyście ją przyjęli w sercach, zachowali w życiu i owocowali nią aż do dnia, w którym Syn Człowieczy przyjdzie w chwale. Mówię wam o miłości małżeńskiej, która scala mężczyznę i niewiastę w jedno ciało, jedno serce, jedną duszę i jedno przeznaczenie wieczne — o miłości będącej najściślejszym odbiciem i sakramentem miłości, jaką Ja żywię do Kościoła, a Ojciec do Mnie.
Na samym początku, gdy Bóg stwarzał niebo i ziemię, rzekł: «Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc». I wyjąwszy żebro z boku Adama, gdy ten spał twardym snem, zbudował z niego niewiastę. Adam zawołał: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała». Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną, tak iż stają się jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.
To «jedno ciało» nie jest jedynie złączeniem cielesnym, lecz rzeczywistością głęboko sakramentalną i duchową. Łączy ono nie tylko ciała, lecz także dusze, wolę, myśli, pragnienia i drogi życiowe aż po wieczność. Miłość małżeńska nie jest ulotną namiętnością, która rodzi się z piękna zewnętrznego i gaśnie, gdy ono przemija. Nie jest umową wzajemnych korzyści, jak zawierają ją synowie tego świata. Nie jest też tyranią jednego nad drugim. Prawdziwa miłość jest darem — całkowitym wydaniem siebie samego aż do końca, aż po krzyż, aż po wyniszczenie dla dobra drugiego.
Patrzcie na Mnie. Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi w wieczerniku. Ja, który mam władzę nad aniołami i żywiołami, stałem się sługą. Jeśli więc Ja stałem się sługą waszym, o ileż bardziej wy, mężowie, powinniście stać się sługami żon waszych, a wy, żony, sługami mężów waszych — nie z przymusu ani z lęku, lecz z wolnej, radosnej miłości naśladującej Mnie.
Mężowie, miłujcie żony wasze, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, obmywszy obmyciem wodą w słowie, aby samemu sobie przedstawić Kościół chwalebny, bez skazy czy zmarszczki, święty i nieskalany. Tak powinni mężowie miłować żony swoje jak własne ciała. Kto bowiem miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Nikt nigdy nie miał w nienawiści własnego ciała, lecz je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół.
Oto wzór najwyższy, który wam daję. Nie wynoście się pychą ponad żony wasze. Nie traktujcie ich jako podległych w sposób despotyczny. Lecz uniżajcie się, jak Ja uniżyłem samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci krzyżowej. Miłujcie je w codziennym umieraniu dla egoizmu, w cierpliwości wobec słabości, w ochronie godności, w modlitwie za nie, gdy same tracą siły do modlitwy.
A wy, niewiasty — Mario z Magdali, Joanno, Zuzanno, Salome i wszystkie, któreście niosły wonności i chleb — poddawajcie się mężom swoim, jak Kościołowi poddaje się Chrystusowi. Nie z lęku przed karą, nie z powodu słabości natury, lecz z szacunku dla porządku Bożego ustanowionego w stworzeniu i odnowionego w odkupieniu. Głową niewiasty jest mąż, jak głową męża jest Chrystus, a głową Chrystusa — Bóg.
To poddanie nie jest niewolą ani upokorzeniem. Jest wolnym aktem miłości naśladującym Mnie, który będąc równy Ojcu, dobrowolnie oddałem się w Jego ręce, mówiąc: «Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie». Tak wy oddajcie się mężom — nie dlatego, że są doskonalsi, lecz dlatego, że taka jest droga uświęcenia wybrana dla was przez Ojca.
Miłość małżeńska jest więc równocześnie drogą krzyżową i drogą zmartwychwstania. Będziecie cierpieć, albowiem dwoje stających się jednym musi umrzeć dla egoizmu, pychy i pragnienia panowania. Będziecie przebaczać — i to nie siedem razy, lecz siedemdziesiąt siedem razy, jak Ja wam przebaczyłem. Będziecie milczeć, gdy natura woła o obronę własnej racji. Będziecie słuchać, gdy serce pragnie być wysłuchane. Będziecie wybierać dobro współmałżonka nawet wtedy, gdy wasze własne serce będzie krwawić.
Piotrze, synu Jonasza, ty, który trzykroć zaparłeś się Mnie, a przecież powierzyłem ci owce moje — czy będziesz umiał miłować żonę swoją tak, jak Ja ciebie umiłowałem? Janie, umiłowany, naucz się spoczywać na sercu żony. Tomaszu, dotykaj ran jej duszy z czułością i wiarą. Wszyscy wy — niech wasze małżeństwa będą żywym świadectwem Mojej miłości do Kościoła.
Biada wam jednak, jeśli uczynicie z małżeństwa pole walki o władzę. Biada, mężowie, jeśli będziecie tyranami. Biada, żony, jeśli będziecie buntowniczkami gardzącymi porządkiem Bożym. Biada, jeśli zamiast służyć, będziecie się nawzajem wykorzystywać. Biada, jeśli łoże wasze stanie się miejscem pożądliwości, a nie ołtarzem ofiary. Biada, jeśli pozwolicie szatanowi siać między wami nieufność, zazdrość i gorycz.
Kochajcie się miłością cierpliwą, dobrotliwą, nie zazdrosną, nie chełpliwą, nie wyniosłą, nie szukającą swego, nie denerwującą się, nie myślącą złego, nie radującą się z niesprawiedliwości, lecz radującą się z prawdy; miłością, która wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi. Miłość nigdy nie ustaje.
Niech wasze domy staną się małymi Kościołami domowymi, w których Ojciec jest uwielbiony, Syn obecny, Duch Święty działa mocą uświęcającą.
A teraz posłuchajcie pilnie i z otwartym sercem, albowiem pragnę mówić wam obszernie o sakramentach świętych, które ustanowiłem w Kościele Moim, a które są dla waszego małżeństwa, dla waszych dzieci i dla całego waszego życia źródłem łaski, siłą, światłem i lekarstwem na drodze do życia wiecznego.
Gdy przyszedłem na świat, nie przyszedłem jedynie nauczać słowami ani dawać przykłady moralne. Przyszedłem dać wam życie — i to w obfitości. To życie udzielam wam przez sakramenty, które są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski, ustanowionymi przeze Mnie osobiście, abyście mogli dotykać Mojej mocy zbawczej w codzienności waszego istnienia. Sakramenty nie są ludzkimi rytuałami ani symbolicznymi gestami — są rzeczywistym działaniem Bożym, w którym Ja sam, przez Ducha Świętego, dotykam waszych dusz i ciał.
Pierwszym sakramentem, który przyjmuje człowiek, jest chrzest święty. Gdy dziecko wasze przychodzi na świat, przynieście je niezwłocznie do chrzcielnicy Kościoła. Nie zwlekajcie dniami ani tygodniami, albowiem chrzest usuwa grzech pierworodny, włącza do Mistycznego Ciała Mojego, czyni dzieckiem Bożym, dziedzicem Królestwa i żywą świątynią Ducha Świętego. Przez wodę polaną w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego rodzi się ono na nowo — nie z woli ciała, ani z woli męża, lecz z Boga. Chrzest jest bramą do życia łaski i fundamentem wszystkich pozostałych sakramentów. Gdy rodzice i chrzestni składają obietnice wychowania dziecka w wierze, niech ta obietnica będzie dla was święta i wiążąca na sumieniu. Niech chrzest waszych dzieci będzie początkiem ich drogi do świętości, a nie jedynie tradycją rodzinną.
Gdy dziecko dojrzeje do wieku rozeznania i otrzyma odpowiednią katechizację, przyjmie sakrament bierzmowania. Przez nałożenie rąk biskupa i namaszczenie krzyżmem wonnym otrzymuje Ducha Świętego w pełni — Ducha mądrości i rozumu, Ducha rady i męstwa, Ducha wiedzy i pobożności, Ducha bojaźni Bożej. Bierzmowanie nie jest jedynie dopełnieniem chrztu — jest sakramentem, który uzacnia i umacnia łaskę chrztu, czyni chrześcijanina dojrzałym świadkiem Chrystusa, żołnierzem Ewangelii w świecie. Dlatego przygotowujcie dzieci wasze do bierzmowania z największą powagą: przez modlitwę rodzinną, regularną katechizację, lekturę Pisma Świętego, udział w Eucharystii i przykład waszego życia. Niech wiedzą, że otrzymują nie dar ludzki, lecz samego Ducha Bożego, który ma ich prowadzić przez całe życie.
Następnie przychodzi sakrament Eucharystii — źródło i szczyt całego życia chrześcijańskiego. W noc, w którą byłem wydany, wziąłem chleb, dzięki czyniąc łamałem go i rzekłem: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje, które za was będzie wydane». Podobnie kielich: «To jest kielich Krwi mojej Nowego i Wiecznego Przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów». Od tamtej pory w każdej Mszy świętej uobecniam Moją ofiarę krzyżową w sposób bezkrwawy, rzeczywisty i substancjalny. Gdy wy i wasze dzieci przyjmujecie Mnie pod postaciami chleba i wina, wchodzę do waszych serc, jednoczę was ze Mną, z Ojcem i z sobą nawzajem w jedności Ducha. Dlatego prowadźcie dzieci do pierwszej Komunii świętej z wielką powagą, radością i długim przygotowaniem — katechizacją, spowiedzią, adoracją, gorącym pragnieniem. A gdy już przyjmą Mnie po raz pierwszy, uczcie je przystępować do stołu Pańskiego często — najlepiej co tydzień, a jeśli stan łaski na to pozwala, nawet codziennie. Bo kto pożywa Ciało Moje i pije Krew Moją, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Eucharystia jest sercem waszego małżeństwa i waszego domu — niech Msza święta niedzielna będzie dla was nierozłączną częścią życia rodzinnego.
Sakrament pokuty i pojednania — zwany także sakramentem miłosierdzia — jest lekarstwem na rany grzechu, które nieustannie zadajemy sobie i drugiemu. Gdy upadniecie — a upadniecie, bo jesteście słabi i skłonni do zła — nie rozpaczajcie ani nie trwajcie w pysze. Przyjdźcie do Mnie przez spowiedź. Wyznajcie grzechy kapłanowi, który działa w Moim imieniu i z Mojej mocy. Ja sam was rozgrzeszam słowami: «Ja odpuszczam ci grzechy twoje». Krew Moja obmywa wasze sumienia, przywraca łaskę uświęcającą i daje siłę do nowego życia. Dlatego spowiadajcie się regularnie — przynajmniej raz na miesiąc, a w okresach wielkiego postu, adwentu i przed ważnymi wydarzeniami rodzinnymi częściej. Uczcie dzieci od najmłodszych lat, by nie bały się konfesjonału, lecz widziały w nim bramę miłosierdzia Ojca. Przypominajcie im, że nie ma grzechu tak ciężkiego, którego Moja krew nie mogłaby obmyć, i że większe jest w niebie weselenie się z jednego grzesznika pokutującego niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych.
Gdy mężczyzna i niewiasta postanawiają złączyć się w małżeństwie, przychodzą przed ołtarz i przyjmują sakrament małżeństwa. Nie jest to jedynie błogosławieństwo kapłańskie ani uroczystość ludzka — jest to prawdziwy sakrament Nowego Przymierza. Ja sam działam w tym momencie: umacniam ich miłość nadprzyrodzoną łaską, uświęcam ich jedność cielesną i duchową, czynię ich małżeństwo żywym obrazem Mojej nierozerwalnej miłości do Kościoła. Dlatego zawierajcie małżeństwo w Kościele, w stanie łaski uświęcającej, po gruntownym przygotowaniu kanonicznym i duchowym. Niech wasze «tak» będzie wolne, świadome, dobrowolne i na całe życie — aż do śmierci. Od tej chwili każde wasze spojrzenie, każde słowo, każdy gest czułości, każdy akt miłości cielesnej jest sakramentalny — niesie łaskę drugiemu małżonkowi, dzieciom i całemu Kościołowi. Wasze małżeństwo staje się drogą uświęcenia wzajemnego i świadectwem dla świata.
Wreszcie, gdy przychodzi choroba, cierpienie, starość lub niebezpieczeństwo śmierci, przyjmijcie sakrament namaszczenia chorych. Nie jest to jedynie sakrament «ostatnich rzeczy» — jest sakramentem uzdrowienia duszy i — jeśli taka jest wola Boża — także ciała. Przez namaszczenie olejem chorych i modlitwę kapłana Ja sam przychodzę do chorego, przebaczam mu grzechy, umacniam go w cierpieniu, dodaję nadziei i pokoju, a niekiedy przywracam zdrowie. Dlatego nie czekajcie do ostatniej chwili — wzywajcie kapłana, gdy ktoś w waszym domu jest ciężko chory, gdy zaczyna tracić siły lub gdy nadchodzi poważna operacja. Sakrament ten jest darem Mojej bliskości w chwilach największej słabości.
Umiłowani, sakramenty nie są dodatkiem do życia chrześcijańskiego — są jego istotą. Bez nich wasza miłość małżeńska będzie jedynie ludzkim wysiłkiem, narażonym na burze, zmęczenie i grzech. Z nimi zaś stajecie się uczestnikami Bożego życia, mocni w Duchu, zdolni do wierności, przebaczenia, ofiary i świętości. Żyjcie więc sakramentalnie. Niech wasz dom będzie miejscem, gdzie sakramenty są przyjmowane z wiarą, czcią i regularnością. Niech dzieci widzą, jak wy, rodzice, klękacie przed konfesjonałem, jak z drżeniem serca przystępujecie do Komunii, jak odnawiacie przyrzeczenia małżeńskie w rocznice ślubu, jak modlicie się i wzywacie kapłana przy łożu chorego.
Gdy będziecie żyć w bliskości sakramentów, miłość wasza nie będzie już tylko miłością ludzką — będzie miłością Bożą rozlaną w waszych sercach przez Ducha Świętego. Wasze małżeństwo stanie się drogą do nieba nie tylko dla was, lecz także dla dzieci waszych i dla pokoleń, które po was przyjdą.
Idźcie więc i czyńcie to, co wam dziś przykazałem. Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem — aż do końca. Przyjmujcie sakramenty z wiarą i wdzięcznością. Wychowujcie dzieci w łasce sakramentalnej. Niech Ojciec wasz, który jest w niebie, będzie uwielbiony przez wasze małżeństwa, przez wasze dzieci i przez całe wasze życie sakramentalne — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Modlitwa
Gdy Jezus ujrzał tłumy zgromadzone na brzegu jeziora Genezaret — apostołów, niewiasty wierne, uczniów i wielu ludzi spragnionych słowa życia — wszedł do łodzi Piotrowej, która stała przy brzegu, i poprosił Szymona, by odbił nieco od lądu. Gdy łódź oddaliła się kilka sążni od brzegu, usiadł na burcie, tak iż jedna noga spoczywała na dnie łodzi, a druga zwisała nad wodą, i przemówił do nich głosem donośnym, lecz pełnym łagodności i mocy, jak zwykł był mówić, gdy objawia tajemnice Królestwa:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem pragnę dziś objawić wam tajemnicę największą i najprostszą zarazem, tajemnicę, przez którą wchodzicie w samo serce Ojca — tajemnicę modlitwy. Nie mówię wam o modlitwie jako o rytuale, o powtarzanych słowach ani o obowiązku, lecz o żywej rozmowie z Tym, który jest Życiem waszym i Miłością waszą.
Patrzcie na Mnie teraz, gdy siedzę na burcie tej łodzi rybackiej. Tak samo siadałem nieraz w nocy na brzegu jeziora, gdy uczniowie Moi spali, i rozmawiałem z Ojcem. Modlitwa nie wymaga wspaniałych świątyń ani długich godzin w ciszy klasztornej — wymaga jedynie serca zwróconego ku Niemu. Może być wypowiedziana na wzburzonym morzu, w hałasie rynku, w ciszy nocy, w bólu choroby, w radości narodzin dziecka. Ojciec słyszy każde westchnienie, każdy szept, każdą łzę.
Na początku powiadam wam: gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, którzy lubią modlić się na rogach ulic i w synagogach, aby ich widziano. Zaprawdę powiadam wam: otrzymują oni zapłatę swoją. Lecz ty, gdy chcesz się modlić, wejdź do izdebki swojej, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Nie sądźcie jednak, że modlitwa jest tylko sprawą samotności. Modlitwa samotna jest konieczna, lecz nie jest jedyną. Modlicie się także razem — w rodzinie, w Kościele, w zgromadzeniu uczniów. Gdy dwoje lub troje gromadzi się w imię Moje, tam Ja jestem pośród nich. Gdy mąż i żona klękają wieczorem przy łożu i razem wznoszą Ojcze nasz, wtedy ich małżeństwo staje się żywą modlitwą. Gdy dzieci wasze uczą się znaku krzyża i słów prostych, wtedy ich serca otwierają się na łaskę.
A teraz posłuchajcie, jak należy się modlić. Gdy modlicie się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie, którzy myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich. Ojciec wasz wie, czego wam potrzeba, zanim Go poprosicie.
Oto więc módlcie się tak:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię Twoje.
Przyjdź królestwo Twoje.
Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj.
I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego.
Te słowa, które dałem wam, zawierają wszystko, co potrzeba do zbawienia. Nie musicie wymyślać długich formuł — te kilka zdań jest modlitwą doskonałą, albowiem wyraża całą wolę Ojca i całą nędzę człowieka.
Najpierw wołacie: «Ojcze nasz». Nie mówicie «mój Ojcze», lecz «nasz». Modlitwa prawdziwa nigdy nie jest samotna — obejmuje wszystkich braci i siostry. Nawet gdy modlicie się w izdebce zamkniętej, modlicie się w imieniu całego Kościoła, w imieniu ubogich, chorych, prześladowanych, grzeszników. Jesteście członkami jednego Ciała.
«Któryś jest w niebie». Nie zamykajcie Ojca w niebie odległym i niedostępnym. On jest transcendentny, lecz równocześnie bliski. Jest w niebie, a zarazem w głębi waszego serca. Niebo nie jest miejscem odległym — jest rzeczywistością Jego obecności.
«Święć się imię Twoje». Najpierw chwała Ojca, dopiero potem wasze potrzeby. Modlitwa zaczyna się od uwielbienia, od uznania, że Bóg jest święty, że Jego imię jest ponad wszelkie imię. Gdy mówicie «święć się», prosicie, by Jego świętość objawiła się w waszym życiu, w waszym małżeństwie, w waszych dzieciach, w waszym domu, w całym świecie.
«Przyjdź królestwo Twoje». Królestwo Boże nie jest tylko czymś przyszłym — ono już przyszło w Moim przyjściu. Lecz proście, by wzrastało w was, by objawiało się w czynach miłości, w przebaczeniu, w miłosierdziu. Proście, by Królestwo przyszło w pełni, gdy wrócę w chwale.
«Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi». Oto szczyt modlitwy. Nie proście o to, co wam się zdaje dobre, lecz o to, co jest wolą Ojca. Nawet jeśli wola ta prowadzi przez krzyż. Pamiętajcie Getsemani: «Ojcze, jeśli możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Lecz nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie». Prawdziwa modlitwa zawsze kończy się poddaniem.
Dopiero potem przychodzą prośby: «Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj». Proście o chleb — nie o bogactwo, nie o nadmiar, lecz o to, co konieczne na dzisiaj. Ojciec zna wasze potrzeby. Proście z ufnością dziecka.
«I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom». Nie możecie prosić o przebaczenie, jeśli sami nie przebaczacie. Jeśli w waszym sercu pozostaje gorycz wobec współmałżonka, wobec brata, wobec sąsiada — wasza modlitwa staje się martwa. Dlatego zanim wejdziecie do izdebki, idźcie najpierw pojednać się z bratem swoim.
«I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego». Proście o ochronę przed próbami, które przekraczają wasze siły. Proście o moc, by nie ulec Złemu. Zły jest realny, walczy z wami dzień i noc. Lecz większy jest Ten, który w was jest, niż ten, który jest na świecie.
Umiłowani, ta modlitwa, którą wam dałem, jest streszczeniem całego Pisma Świętego. Zawiera uwielbienie, poddanie, prośbę o chleb życia doczesnego i wiecznego, prośbę o przebaczenie i o ochronę. Módlcie się nią codziennie — rano, wieczorem, w chwilach radości i w chwilach bólu. Módlcie się nią z dziećmi waszymi, aby słowa te stały się oddechem ich duszy.
Lecz nie ograniczajcie się do tych słów. Modlitwa to także milczenie. To trwanie przed obliczem Ojca bez słów. To adoracja. To dziękczynienie. To błaganie. To skarga. To westchnienie Ducha, który w was wzdycha niewymownymi jękami.
Gdy wasze serce jest rozdarte — westchnijcie: «Jezu, zmiłuj się nade mną». Gdy radość was przepełnia — wołajcie: «Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu». Gdy nie umiecie się modlić — milczcie i pozwólcie Duchowi modlić się w was.
Piotrze, ty, któryś Mnie wyznał, a potem zaparł — gdy będziesz modlił się z żoną i dziećmi, pamiętaj, że twoja słabość nie przeszkadza modlitwie, lecz ją pogłębia. Janie, umiłowany — twoja modlitwa niech będzie spoczywaniem na piersi Ojca, jak ty spoczywałeś na mojej. Tomaszu — gdy zwątpisz, przyjdź do Mnie i powiedz: «Panie mój i Boże mój». Maria Magdaleno — twoja modlitwa niech będzie miłością wylewającą wonności na stopy Zbawiciela.
A wy wszyscy — mężowie i żony, ojcowie i matki, synowie i córki — niech wasze domy staną się domami modlitwy. Niech poranek zaczyna się od błogosławieństwa, a wieczór od dziękczynienia. Niech dzieci widzą, jak klękacie, jak czynicie znak krzyża, jak czytacie Pismo Święte, jak adorujecie Najświętszy Sakrament.
Bo jeśli dom wasz nie będzie domem modlitwy, stanie się domem smutku i podziału. Lecz jeśli będzie domem modlitwy, stanie się przedsionkiem nieba.
Idźcie więc i módlcie się tak, jak was nauczyłem. Módlcie się nieustannie. Módlcie się w Duchu i w prawdzie. Módlcie się z wiarą, ufnością i miłością. A Ojciec wasz, który widzi w ukryciu, nagrodzi was w sposób jawny — teraz łaską, a w wieczności chwałą.
Niech pokój Mój będzie z wami. Niech Duch Święty uczy was modlić się. Niech Ojciec przyjmie wasze westchnienia. Niech imię Moje będzie uwielbione w waszej modlitwie — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Gdy dokończył te słowa, pozostał jeszcze przez chwilę w milczeniu, patrząc na tłum na brzegu, a potem spojrzał na Piotra i rzekł cicho: «Wypłyń na głębię». Lecz to już inna historia.
Posty
Gdy Jezus oddalił się od tłumów i uczniów swoich, aby modlić się w samotności, wszedł na stromą ścieżkę wiodącą ku wzgórzom otaczającym jezioro Genezaret. Tam, na samotnej skale wystającej z ziemi jak ołtarz naturalny, usiadł z twarzą zwróconą ku zachodowi, gdzie słońce chyliło się ku horyzontowi, barwiąc niebo odcieniami purpury i złota. Wiatr poruszał Jego szatą, a wokół panowała głęboka cisza, przerywana jedynie odległym krzykiem ptaków i szumem fal bijących o brzeg daleko w dole.
Gdy po pewnym czasie uczniowie, szukając Go, wspięli się na wzgórze i stanęli przed Nim — Piotr, Jan, Jakub, Andrzej i inni, a wraz z nimi niewiasty wierne oraz kilku spośród tych, którzy szli za Nim od Galilei — Jezus spojrzał na nich z miłością i przemówił głosem spokojnym, lecz przenikliwym, jak gdyby słowa te wydobywały się z samego serca Ojca:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem pragnę dziś objawić wam tajemnicę postu — nie jako ciężaru nakładanego z zewnątrz, lecz jako daru, który Ojciec składa w wasze ręce, abyście przez niego mogli zbliżyć się do Niego i stać się wolnymi od tego, co was zniewala.
Patrzcie na tę skałę, na której siedzę. Jest twarda, surowa, nieurodzajna. Nie rodzi owoców, nie daje cienia. Lecz właśnie na takiej skale Mojżesz otrzymał Prawo, na takiej skale Eliasz usłyszał cichy głos Boga, na takiej skale Ja sam modliłem się czterdzieści dni i czterdzieści nocy, pościłem i byłem kuszony przez Złego. Post nie jest ucieczką od życia, lecz wejściem w jego najgłębszą prawdę. Jest chwilą, w której człowiek staje twarzą w twarz z własną nędzą i z Bożą potęgą.
Gdy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Ci bowiem zniekształcają oblicza swoje, aby ludzie widzieli, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: otrzymują zapłatę swoją. Lecz ty, gdy pościsz, namaść głowę swoją i umyj oblicze swoje, aby nie ludzie widzieli, że pościsz, lecz Ojciec twój, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Post nie jest widowiskiem pobożności. Nie jest sposobem na zyskanie uznania ludzkiego ani na udowodnienie sobie samemu własnej siły woli. Post jest aktem miłości — aktem, w którym mówicie Ojcu: «Ty jesteś większy niż mój głód, niż moje pragnienie, niż moja potrzeba komfortu». W postach oddajecie Mu pierwszeństwo przed wszystkim, co ziemskie.
Dlatego powiadam wam: prawdziwy post zaczyna się w sercu, nie w żołądku. Można bowiem powstrzymać się od pokarmu, a jednocześnie pożerać brata swego nienawiścią. Można nie jeść mięsa, a jednocześnie karmić się pychą i osądzeniem innych. Można zachować post surowy, a serce mieć pełne chciwości, nieczystości lub goryczy. Taki post nie wznosi się do nieba — przeciwnie, staje się ciężarem, który przygniata duszę.
Ojciec nie pragnie postu, który rozdziera szaty, lecz postu, który rozdziera serce. Jak powiedział prorok Joel: «Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty wasze, i nawróćcie się do Pana, Boga waszego, bo On jest litościwy, miłosierny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i gotów odstąpić od kary».
Gdy więc pościcie, niech wasz post będzie połączony z miłosierdziem. Rozwiążcie więzy bezprawia, rozwiążcie pęta jarzma, wypuśćcie na wolność uciśnionych, połamcie wszelkie jarzmo. Dzielcie swój chleb z głodnym, do domu wprowadźcie biednych tułaczy, gdy widzicie nagiego — przyodziejcie go, a nie odwracajcie się od swego bliźniego. Wtedy wasz post stanie się miły Panu.
Pamiętajcie o Moim przykładzie. Gdy byłem kuszony na pustyni, nie jadłem przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Zły przyszedł do Mnie i rzekł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Odpowiedziałem mu: «Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych». Post nauczył Mnie głębszego głodu — głodu słowa Ojca, głodu Jego woli, głodu Jego obecności. Wy także przez post uczcie się tego głodu. Niech wasz post będzie czasem, w którym karmicie się nie chlebem ziemskim, lecz Słowem Bożym, Eucharystią, modlitwą, adoracją.
Post jest również bronią przeciwko Złemu. Gdy uczniowie Moi pytali, dlaczego nie mogli wyrzucić pewnego ducha, odpowiedziałem im: «Ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez modlitwę i post». Są walki duchowe, których nie zwyciężycie siłą woli ani wiedzą ludzką — zwyciężycie je jedynie przez pokorę, przez oddanie się całkowicie w ręce Ojca, przez umartwienie, które otwiera drzwi łasce.
Mężowie i żony Moi — niech wasz post będzie wspólny, gdy tylko jest to możliwe. Gdy oboje powstrzymujecie się od pokarmu w intencji waszego małżeństwa, waszych dzieci, waszego domu — wtedy wasza miłość staje się ofiarą miłą Bogu. Gdy pościcie razem, a potem dzielicie się chlebem w ciszy i wdzięczności, wtedy wasz stół staje się ołtarzem.
Rodzice Moi — nauczcie dzieci postu od najmłodszych lat, lecz nie jako kary, lecz jako radości. Niech wiedzą, że post to nie głodówka, lecz darowanie czegoś Ojcu, aby otrzymać coś większego. Niech w Wielkim Poście, w wigilie, w piątki rezygnują z drobnych przyjemności — słodyczy, zabaw, godzin spędzonych przed ekranem — i ofiarują to w intencji grzeszników, za Kościół, za pokój na świecie. Przez to uczą się, że miłość mierzy się nie tym, co się bierze, lecz tym, co się daje.
Nie sądźcie jednak, że post jest celem samym w sobie. Post jest środkiem. Celem jest miłość — miłość doskonała, miłość, która naśladuje Mnie. Dlatego poście z radością, nie z ponurą miną. Poście z wolnością, nie z przymusem. Poście z wiarą, że Ojciec, który widzi w ukryciu, napełni was łaską obfitszą niż wszelkie ziemskie pokarmy.
Gdy nadejdzie dzień, w którym stanę przed wami jako Sędzia i Oblubieniec, chcę ujrzeć w waszych oczach blask tych, którzy umieli głodować dla miłości. Chcę ujrzeć serca, które nauczyły się, że człowiek nie żyje samym chlebem. Chcę ujrzeć dusze, które przez post stały się wolne, lekkie, zdolne wejść do wesela Baranka.
Idźcie więc i pośćcie tak, jak was nauczyłem. Pośćcie w ukryciu, pośćcie z miłosierdziem, pośćcie z modlitwą. Niech wasz post będzie hymnem uwielbienia Ojca. Niech będzie świadectwem, że królestwo niebieskie jest warte więcej niż wszystkie skarby ziemi.
Niech Ojciec wasz, który jest w niebie, przyjmie wasz post jako ofiarę miłą. Niech Duch Święty umacnia was w chwilach słabości. Niech imię Moje będzie uwielbione w waszym umartwieniu — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Gdy dokończył te słowa, pozostał jeszcze przez chwilę w milczeniu, patrząc na zachodzące słońce, a potem spojrzał na uczniów i rzekł cicho: «Wstańcie, chodźmy stąd». I zeszli razem ze wzgórza, niosąc w sercach pouczenie o poście, które miało towarzyszyć im przez wszystkie dni ich życia.
Jałmużna
Gdy Jezus przybył do Samarii i zatrzymał się przy studni Jakuba, tej, która leżała na ziemi należącej niegdyś do patriarchy, a teraz stała wyschnięta i opuszczona, usiadł najpierw na jej kamiennym brzegu, spoglądając w głąb ciemnej czeluści, gdzie nie odbijała się już woda, lecz jedynie kurz i zapomnienie. Po chwili jednak wstał, wyprostował się i stanął przy krawędzi studni, opierając dłoń o jej omszały mur. Wiatr poruszał Jego szatą, a słońce południa padało na Niego tak, że cień Jego postaci kładł się długi i wyraźny na spękanej ziemi.
Wnet zeszli się do Niego uczniowie — Piotr, Jan, Andrzej, Jakub i inni — oraz niewiasty, które szły za Nim od Galilei, a z nimi kilku Samarytan, którzy usłyszawszy o Nauczycielu z Nazaretu, wyszli poza mury miasta. Stanęli w półkolu, milcząc, bo wyczuwali, że ma przyjść słowo ciężkie i głębokie.
Jezus spojrzał na nich wszystkich, a potem przeniósł wzrok na wyschniętą studnię i przemówił głosem spokojnym, lecz przenikającym aż do kości:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem dziś chcę wam odsłonić tajemnicę jałmużny — nie jako aktu dobroczynności, który ludzie tego świata nazywają szlachetnym, lecz jako aktu miłości, który jest samym oddechem Królestwa Bożego. Patrzcie na tę studnię. Kiedyś tryskała wodą żywą, gasiła pragnienie wielu pokoleń, dawała życie pasterzom, ich owcom i dzieciom grającym na fletniach w południe. Dziś jest sucha. Kamienie jej brzegu popękały, a dno pokrywa pył. Tak właśnie wygląda serce człowieka, który nie daje — serce, które zatrzymuje dla siebie, które gromadzi, które boi się utracić. Wysycha. Traci smak. Staje się martwe.
Jałmużna zaś jest wodą, która powraca do źródła. Gdy dajesz, nie tracisz — odnawiasz. Gdy otwierasz dłoń, Ojciec otwiera niebo. Gdy dzielisz się chlebem, sam stajesz się chlebem łamanym dla życia świata. Dlatego powiadam wam: jałmużna nie jest dodatkiem do pobożności. Jest jej rdzeniem. Bez niej modlitwa staje się pusta, post — jedynie głodówką, a wiara — martwą literą.
Gdy dajecie jałmużnę, nie trąbcie przed sobą, jak czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ludzie ich chwalili. Zaprawdę powiadam wam: otrzymują oni zapłatę swoją. Lecz ty, gdy dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa ręka twoja, co czyni prawa. Aby jałmużna twoja była w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Słuchajcie tego uważnie. Ukrycie, o którym mówię, nie jest wstydem ani lękiem przed rozgłosem. Jest ono czcią. Jest szacunkiem dla tajemnicy, która zachodzi między tobą a Ojcem. Gdy dajesz w ukryciu, dajesz dla Niego samego, nie dla ludzkich oczu. A On, który widzi serce, nie patrzy na wielkość daru, lecz na wielkość miłości, z jaką jest dawany.
Pomyślcie o wdowie, która wrzuciła dwie lepki do skarbony świątynnej. Wielu bogatych wrzucało wiele, lecz Ona wrzuciła wszystko, co miała — całe swoje utrzymanie. Ja wam powiadam: ona dała więcej niż wszyscy inni. Bo oni dawali z nadmiaru, a ona z niedostatku. Jałmużna mierzy się nie ilością, lecz wyrzeczeniem. Mierzy się nie złotem, lecz sercem, które oddaje ostatnie, co posiada.
Dlatego powiadam wam: dawajcie z tego, co wam najdroższe. Nie tylko z tego, co wam niepotrzebne. Nie tylko z resztek. Dawajcie z serca waszego — z czasu waszego, z uwagi waszej, z ciszy waszej, z modlitwy waszej, z krwi waszej, jeśli trzeba. Bo krew Chrystusa została wylana nie z nadmiaru, lecz z pełni miłości.
Mężowie i żony Moi — niech wasza jałmużna będzie wspólna. Gdy mąż oddaje płaszcz ubogiemu, niech żona błogosławi ten gest. Gdy żona przygotowuje chleb dla głodnego, niech mąż niesie go własnymi rękami. Gdy razem odwiedzacie chorego, więź wasza staje się mocniejsza niż jakiekolwiek słowo. Wasze małżeństwo niech będzie żywą jałmużną — darem składanym nie tylko ubogim, lecz całemu Kościołowi.
Rodzice Moi — uczcie dzieci jałmużny od najmłodszych lat. Niech nie będzie to jedynie wrzucanie miedziaka do puszki. Niech to będzie rezygnacja z własnej przyjemności dla drugiego. Niech dziecko odda swoją porcję słodyczy choremu bratu. Niech odda zabawkę dziecku, które nie ma nic. Przez to uczy się, że miłość mierzy się stratą. Że prawdziwe posiadanie zaczyna się tam, gdzie człowiek umie tracić dla drugiego.
Nie sądźcie, że jałmużna dotyczy tylko pieniędzy. Jałmużna to wszystko, co dajecie bez oczekiwania zapłaty. To uśmiech dla kogoś, kto jest samotny. To wysłuchanie człowieka, którego nikt nie chce słuchać. To milczenie, gdy pragniesz się usprawiedliwić. To przebaczenie, gdy serce woła o zemstę. To czas oddany modlitwie za nieprzyjaciół. To cierpliwość wobec słabości współmałżonka. To delikatność wobec dziecka, które zawiodło. To szacunek wobec starego rodzica, który już nie pamięta twego imienia.
Jałmużna jest miłością w działaniu. A miłość nie szuka swego. Miłość nie liczy krzywd. Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa.
Pomyślcie o Samarytance, która przyszła tu, do tej studni, w samo południe — w godzinę największego upału, gdy nikt nie przychodził. Przyszła, bo wstydziła się spojrzeć w oczy innym kobietom. Ja usiadłem tu i poprosiłem ją o wodę. Dała Mi ją — choć byłem Żydem, a ona Samarytanką. A potem Ja dałem jej wodę żywą. Widzicie? Jałmużna nie zna granic. Nie zna uprzedzeń. Nie zna ras ani narodów. Nie zna przeszłości grzesznej. Jałmużna widzi tylko człowieka — obraz Boga, nawet gdy obraz ten jest bardzo zamazany.
Dlatego powiadam wam: dawajcie bez miary. Dawajcie tym, którzy was nie lubią. Dawajcie tym, którzy was skrzywdzili. Dawajcie tym, którzy nigdy wam nie podziękują. Dawajcie tym, którzy was wyśmieją. Bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za zasługa? Czyż i celnicy tego nie czynią? Lecz wy miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują.
Biada wam, jeśli wasza jałmużna będzie jedynie wyrachowana. Biada, jeśli dajecie, aby zyskać wdzięczność. Biada, jeśli dajecie, aby zyskać rozgrzeszenie sumienia. Biada, jeśli dajecie z litości, która poniża. Prawdziwa jałmużna nie poniża — podnosi. Nie patrzy z góry — patrzy z wysokości krzyża.
Piotrze, synu Jonasza — ty, który masz dom i łódź — ile razy oddałeś płaszcz swój żebrakowi? Ile razy podzieliłeś się rybą z tym, który głodował? Nie pytaj, czy stać cię na to. Pytaj, czy stać cię na to, aby nie dać.
Janie, umiłowany — twoja jałmużna niech będzie cicha jak oddech. Niech nikt nie wie, ile razy w nocy modliłeś się za tych, którzy cię nie znają. Niech nikt nie wie, ile łez wylałeś za grzeszników. Ojciec widzi.
Tomaszu — ty, który wątpiłeś — daj jałmużnę temu, w którego zwątpiłeś. Daj temu, kogo uznałeś za niegodnego. Przez to twoja wiara stanie się mocniejsza niż dotyk ran Moich.
Maria Magdaleno — ty, której wiele odpuszczono — dawaj z wdzięczności. Dawaj z miłości, która nie zna miary. Twoja jałmużna będzie wonnością wylaną na stopy Zbawiciela.
A wy wszyscy — mężowie, żony, ojcowie, matki, synowie, córki — niech wasze życie stanie się jedną wielką jałmużną. Niech wasz dom będzie otwarty dla wędrowca. Niech wasz stół będzie nakryty dla głodnego. Niech wasze serce będzie otwarte dla zranionego. Niech wasze ręce będą rękami Chrystusa, który wyciąga je do każdego.
Pamiętajcie słowa, które wypowiedziałem w dniu sądu: «Przyszedłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie». I gdy zapytają: «Kiedy to uczyniliśmy?», odpowiem: «Zaprawdę powiadam wam: cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych braci moich, Mnieście uczynili».
Oto jest miara jałmużny. Nie ilość. Nie głośność. Nie widowiskowość. Lecz miłość, która widzi Chrystusa w każdym człowieku — zwłaszcza w tym najmniejszym, najbardziej zapomnianym, najbardziej odrzuconym.
Dlatego powiadam wam raz jeszcze: dawajcie, a będzie wam dane. Dobrą miarą, natłoczoną, utrzęsioną, wypełnioną po brzegi i przelewającą się dadzą w zanadrze wasze. Bo tą miarą, którą wy mierzycie, i wam odmierzą.
Nie lękajcie się ubóstwa. Ojciec zna wasze potrzeby. On, który ubiera lilie polne i karmi ptaki niebieskie, o ileż bardziej zatroszczy się o was. Dawajcie z wiarą. Dawajcie z radością. Dawajcie z wolnością. A wasze serca nie będą już wyschniętymi studniami, lecz źródłami wody żywej, tryskającymi aż do życia wiecznego.
Gdy nadejdzie dzień, w którym stanę przed wami jako Król i Sędzia, chcę ujrzeć w waszych dłoniach nie złoto, nie skarby ziemi, lecz ręce wyciągnięte w geście dawania. Chcę ujrzeć serca, które nauczyły się tracić dla zysku wiecznego. Chcę ujrzeć dusze, które zrozumiały, że największym bogactwem jest miłość wylaną na drugiego.
Idźcie więc i dawajcie jałmużnę tak, jak was nauczyłem. Dawajcie w ukryciu. Dawajcie z miłości. Dawajcie bez miary. Niech Ojciec wasz, który jest w niebie, będzie uwielbiony przez wasze dłonie otwarte. Niech Duch Święty napełnia was hojnością. Niech imię Moje będzie wywyższone w każdym geście miłosierdzia — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Przez długą chwilę nikt się nie poruszył. Słychać było tylko wiatr szumiący wśród kamieni i odległe beczenie owiec. Potem Piotr podszedł bliżej i rzekł cicho: «Panie, naucz nas dawać». A Jezus uśmiechnął się i położył dłoń na jego ramieniu.
Miłosierdzie
Gdy Jezus oddalił się od uczniów i tłumów, które szły za Nim, wstąpił na stromą ścieżkę wiodącą ku wzgórzom Synaju, tam, gdzie ziemia jest sucha, a kamienie milczą od wieków. Doszedł do miejsca, gdzie niegdyś Mojżesz ujrzał ogień, który płonął, a krzak nie spalał się. Tam właśnie, w tym samym miejscu, stanął przy gorejącym krzaku. Płomienie tańczyły wysoko, lecz nie trawiły gałęzi, nie wydzielały dymu czarnego ani popiołu — jedynie światło czyste, złote, żywe, jakby sam Duch Boży oddychał w ogniu.
Jezus stanął blisko, tak blisko, że blask odbijał się w Jego oczach, a szata Jego zdawała się nasycać tym samym światłem. Wnet przybyli uczniowie — Piotr, Jan, Jakub, Andrzej, Filip, Tomasz i pozostali — a z nimi niewiasty wierne, Maria z Magdali, Joanna, Zuzanna i inne, które opuściły domy swoje, by iść za Nim. Stanęli w oddaleniu, zdjęci bojaźnią, albowiem czuli, że miejsce to jest święte, że ziemia pod ich stopami jest ziemią obietnicy i przymierza.
Jezus spojrzał na nich, a potem przeniósł wzrok na gorejący krzak i przemówił głosem głębokim, spokojnym, lecz niosącym w sobie moc, która przenikała serca i sumienia:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem stoję dziś przed wami przy ogniu, który nie trawi, przy znaku, który Ojciec dał Mojżeszowi, abyście poznali, kim jestem i jaką drogą chce was prowadzić. Mówię wam dziś o miłosierdziu — nie jako o uczuciu łagodnym i przyjemnym, lecz jako o mocy Bożej, która jest silniejsza niż sprawiedliwość, głębsza niż prawo, potężniejsza niż ogień, który pali, a nie niszczy.
Patrzcie na ten krzak. Płonie, a nie spala się. Tak właśnie działa miłosierdzie Ojca. Ono pochłania grzech, pochłania winę, pochłania hańbę, a jednak nie niszczy człowieka. Ono dotyka najgłębszych ran, najcięższych przewinień, najczarniejszych nocy duszy — i nie spala. Ono oczyszcza, odnawia, przywraca życie. Miłosierdzie nie jest słabością Boga. Jest Jego najpotężniejszą siłą.
Gdy Mojżesz ujrzał ten ogień, zapytał: «Kim jesteś?». Usłyszał: «Jestem, który jestem». Ja wam powiadam: Jestem Miłosierdzie wcielone. Jestem Tym, który przyszedł nie po to, aby potępić świat, lecz aby świat został przez Mnie zbawiony. Dlatego stoję tu, przy tym samym ogniu, i wołam do was: bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny.
Miłosierdzie nie jest wyborem, który czynicie, gdy macie ochotę. Jest przykazaniem nowym i największym. Miłujcie nieprzyjaciół waszych, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą, błogosławcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy was prześladują. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za zasługa? Czyż i grzesznicy tego nie czynią? Lecz wy miłujcie nieprzyjaciół waszych i dobrze im czyńcie, a będziecie synami Najwyższego, gdyż On jest dobry dla niewdzięcznych i złych.
Słuchajcie pilnie. Miłosierdzie zaczyna się tam, gdzie kończy się sprawiedliwość ludzka. Gdy prawo mówi: oko za oko, ząb za ząb — miłosierdzie mówi: nadstaw drugi policzek. Gdy prawo każe ukarać cudzołożnicę kamieniami — miłosierdzie mówi: kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Gdy prawo żąda kary za kradzież — miłosierdzie mówi do złodzieja wiszącego na krzyżu: dziś będziesz ze Mną w raju.
Miłosierdzie nie neguje sprawiedliwości. Ono ją przewyższa. Ono wypełnia Prawo. Albowiem Prawo Mojżeszowe było dane przez Mojżesza, a łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Ja jestem tą prawdą i tą łaską. Ja jestem miłosierdziem Ojca, które stało się ciałem i zamieszkało między wami.
Piotrze, synu Jonasza — ty, który trzykroć zaparłeś się Mnie w nocy — czy nie doświadczyłeś miłosierdzia? Gdy po zmartwychwstaniu zapytałem cię trzykroć: «Czy miłujesz Mnie?», nie uczyniłem tego, aby cię upokorzyć, lecz abyś mógł odpowiedzieć trzykroć «tak» i aby rana twego zaparcia została uleczona miłością większą niż zdrada. Tak właśnie działa miłosierdzie: nie liczy krzywd, nie waży grzechów, nie pamięta upokorzeń — pamięta jedynie, że jesteś dzieckiem Ojca.
Janie, umiłowany — ty, który spocząłeś na piersi mojej — naucz się miłosierdzia, które nie szuka swego. Gdy będziesz stał przy krzyżu z Maryją, naucz się patrzeć na grzesznika nie z pogardą, lecz z litością. Bo każdy ukrzyżowany obok Mnie jest bratem twoim.
Tomaszu — ty, który nie uwierzyłeś, dopóki nie włożyłeś palca w rany moje — włóż palec w rany tych, którzy cierpią z powodu grzechu. Nie bój się dotknąć ich bólu. Tylko ten, kto dotyka ran z miłosierdziem, może przynieść uzdrowienie.
Maria Magdaleno — ty, z której wyszło siedem złych duchów — twoje życie jest świadectwem, że miłosierdzie nie pyta o przeszłość. Ono pyta jedynie: «Czy chcesz być uzdrowiona?». I gdy odpowiadasz «tak», ono wylewa na ciebie olejek przebaczenia i czyni cię pierwszą świadkiem zmartwychwstania.
A wy wszyscy — mężowie i żony, ojcowie i matki, synowie i córki — niech wasze domy staną się miejscami miłosierdzia. Gdy mąż zgrzeszy przeciwko żonie — niech żona nie zamyka serca, lecz otworzy je szerzej. Gdy żona upadnie — niech mąż nie potępia, lecz podnosi. Gdy dziecko zbłądzi — nie karzcie gniewem, lecz miłosierdziem, które prowadzi do skruchy. Gdy rodzic zestarzeje się i stanie się ciężarem — nie odwracajcie wzroku, lecz patrzcie na niego tak, jak Ja patrzę na was.
Miłosierdzie jest drogą krzyżową. Będziecie cierpieć, gdy będziecie przebaczali tym, którzy was nie proszą o przebaczenie. Będziecie cierpieć, gdy będziecie dawać miłość tym, którzy odpowiadają nienawiścią. Będziecie cierpieć, gdy będziecie milczeć, gdy natura woła o obronę własnej racji. Lecz właśnie w tym cierpieniu stajecie się podobni do Mnie.
Pamiętajcie przypowieść o synu marnotrawnym. Ojciec nie czekał, aż syn wróci z doskonałą skruchą. Wyszedł mu naprzeciw, gdy ten był jeszcze daleko. Objął go, nim ten zdążył dokończyć przygotowaną mowę. Włożywszy na niego szatę, pierścień i sandały, uczynił ucztę. Tak właśnie postępuje Ojciec wobec was. A wy — czy będziecie postępowali tak wobec braci waszych?
Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Kapłan i lewita przeszli obok rannego, bo bali się zmazy rytualnej. Samarytanin zaś — ten, którego Żydzi gardzili — zatrzymał się, opatrzył rany oliwą i winem, wsadził na swe zwierzę, zawiózł do gospody i zapłacił za opiekę. Ja wam powiadam: idźcie i czyńcie podobnie.
Biada wam, jeśli wasze miłosierdzie będzie tylko słowem. Biada, jeśli będziecie mówić «idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie», a nie dacie tego, czego ciało potrzebuje. Biada, jeśli będziecie przebaczać ustami, a serce wasze pozostanie zamknięte. Biada, jeśli będziecie modlić się «odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy», a sami nie odpuszczacie.
Miłosierdzie wymaga czynu. Wymaga czasu. Wymaga wyrzeczenia. Wymaga krwi. Moja krew została przelana za przebaczenie grzechów wielu. Wasza miłość ma być odbiciem tej krwi. Dlatego gdy przebaczacie, nie przebaczajcie połowicznie. Przebaczajcie aż do końca. Siedemdziesiąt siedem razy. Bo tylko ten, kto przebaczył bez miary, poznał miarę miłosierdzia Ojca.
Gdy nadejdzie dzień sądu, nie będę pytał o to, ile psalmów odmówiliście, ile postów zachowaliście, ile jałmużny daliście. Będę pytał: czy byliście miłosierni? Czy nakarmiliście Mnie, gdy byłem głodny? Czy napoiliście Mnie, gdy byłem spragniony? Czy odwiedziliście Mnie, gdy byłem w więzieniu? Czy przyodzialiście Mnie, gdy byłem nagi? A gdy powiecie: «Kiedy to uczyniliśmy?», odpowiem: «Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili».
Oto jest miara miłosierdzia. Nie ilość dobrych uczynków. Lecz miłość, która widzi Mnie w każdym cierpiącym, w każdym grzeszniku, w każdym odrzuconym, w każdym wrogu.
Dlatego powiadam wam raz jeszcze: bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. Nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni. Odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane — miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną, przepełnioną i przelewającą się.
Nie lękajcie się być oszukanymi. Ojciec widzi serce. On, który karmi ptaki niebieskie i ubiera lilie polne, o ileż bardziej zatroszczy się o tych, którzy żyją miłosierdziem. Dawajcie z wiarą. Dawajcie z radością. Dawajcie z wolnością. A wasze serca nie będą już kamieniami suchymi, lecz ogniem gorejącym, który nie trawi — ogniem miłosierdzia Ojca.
Gdy wrócę w chwale, chcę ujrzeć w waszych oczach blask tych, którzy umieli przebaczać bez końca. Chcę ujrzeć serca, które nauczyły się, że największą mocą jest miłosierdzie. Chcę ujrzeć dusze, które stały się odbiciem Mojej miłości do grzeszników.
Idźcie więc i czyńcie miłosierdzie tak, jak was nauczyłem. Czyńcie je w ukryciu i na oczach wszystkich. Czyńcie je słowem i czynem. Czyńcie je aż do krwi. Niech Ojciec wasz będzie uwielbiony przez wasze miłosierdzie. Niech Duch Święty rozlewa w was miłość, która jest cierpliwa, łaskawa, wszystko znosząca. Niech imię Moje będzie wywyższone w każdym geście przebaczenia — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Ogień w krzaku płonął dalej, nie tracąc nic ze swej mocy. Uczniowie stali w milczeniu, a niektórzy klękli na ziemię, czując, że dotknęli tajemnicy większej niż mogą unieść. Po długiej chwili Jezus spojrzał na nich i rzekł cicho:
«Wstańcie. Nie bójcie się. Ten ogień jest dla was — aby was oczyścił, a nie spalił. Idźcie i bądźcie miłosierni.»
I zeszli razem z góry, niosąc w sercach pouczenie o miłosierdziu, które miało odmienić ich życie i życie wielu innych aż po krańce ziemi.
Modlitwa przy ołtarzu
Gdy noc zapadła nad jeziorem Genezaret, a wiatr ustał, pozostawiając powierzchnię wody gładką jak lustro, Jezus wyszedł samotnie z brzegu. Uczniowie pozostali na lądzie, niektórzy siedzieli przy ognisku, inni zasnęli pod gwiazdami. On zaś wszedł w ciemną toń i zaczął płynąć — nie ku drugiemu brzegowi w pośpiechu, lecz powoli, miarowo, z twarzą zwróconą ku niebu. Woda obejmowała Go zimnem, lecz On płynął spokojnie, jakby morze było Jego domem, a fale Jego szatą.
Gdy oddalił się od brzegu na tyle, że sylwetka stała się już niewyraźna, zatrzymał się na głębi. Nie stanął na wodzie — tym razem płynął wpław, jak każdy człowiek, czując ciężar ciała i chłód nocy. Unosił się na wodzie, poruszając ramionami leniwie, a nogi pracowały pod powierzchnią. Wówczas, z wody po szyję, z twarzą mokrą od jeziora, podniósł głos — donośny, lecz pełen najgłębszej łagodności — i zaczął mówić, tak że słowa Jego niosły się po tafli jeziora, docierając do brzegu, do serc tych, którzy nasłuchiwali w ciemności.
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem stoję dziś — a raczej płynę — pośród wód, które stworzyłem, i mówię wam o modlitwie przy ołtarzu. Nie o modlitwie w izdebce zamkniętej, nie o modlitwie w samotności serca, choć i ta jest święta, lecz o modlitwie, która staje się ofiarą, o modlitwie, która łączy się z ołtarzem, na którym krew moja ma być wylana, a Ciało moje łamane za życie świata.
Patrzcie na Mnie teraz. Pływam w tej wodzie, czując jej chłód, jej opór, jej ciężar. Tak samo wy, gdy stajecie przed ołtarzem, musicie wejść w opór własnego ciała, w opór własnej woli, w opór grzechu, który ciągnie was na dno. Modlitwa przy ołtarzu nie jest ucieczką od trudu — jest zanurzeniem się w trud największy. Jest wejściem w tajemnicę ofiary, która nie kończy się na krzyżu, lecz trwa w każdym pokoleniu, w każdym dniu, w każdym sercu, które chce być zjednoczone ze Mną.
Gdy stajecie przed ołtarzem, nie stójcie jako widzowie. Stójcie jako uczestnicy. Ołtarz nie jest odległym miejscem, na którym kapłan składa ofiarę, a wy patrzycie z boku. Ołtarz jest miejscem, na którym wy sami macie być złożeni — razem ze Mną, w Jedynym i Wiecznym Ofiarniku. Gdy kapłan wznosi Ciało i Krew, wy macie wznosić siebie: swoje radości, swoje cierpienia, swoje grzechy, swoje nadzieje, swoje małżeństwa, swoje dzieci, swoje lęki, swoje choroby, swoje starości — wszystko macie składać na tym ołtarzu, aby Ojciec przyjął to przez Moje ręce.
Modlitwa przy ołtarzu jest więc aktem najwyższej jedności. Jedności z Ofiarą. Jedności z Kapłanem. Jedności z Kościołem. Jedności z Ojcem. Gdy mówicie «Amen» po słowach konsekracji, nie mówicie tego jedynie ustami. Mówicie całym sobą: «Niech się stanie». Niech się stanie ze mną to, co stało się z Tobą na krzyżu. Niech moja wola zostanie ukrzyżowana. Niech moje ego zostanie złożone w ofierze. Niech moja miłość zostanie przebita. Niech moje serce zostanie otwarte na bok, aby z niego wypłynęła krew i woda — miłosierdzie i łaska — dla całego świata.
Słuchajcie pilnie. Nie ma modlitwy przy ołtarzu bez postawy ofiary. Można recytować modlitwy, śpiewać hymny, klęczeć w skupieniu — a jednak nie modlić się naprawdę. Prawdziwa modlitwa przy ołtarzu zaczyna się tam, gdzie człowiek mówi: «Oto jestem, Panie, weź mnie całego». Tam, gdzie przestaje kalkulować, ile może stracić, ile zyska, ile zachowa dla siebie. Tam, gdzie oddaje nie resztki, lecz całość.
Pomyślcie o Ofierze krzyżowej. Ja nie oddałem Ojcu części swojego życia. Oddałem wszystko — aż do ostatniego tchu, aż do ostatniej kropli krwi. Tak samo wy musicie stawać przed ołtarzem. Nie z częścią serca, nie z częścią czasu, nie z częścią woli — lecz z całym sobą. Gdy kapłan mówi: «To jest Ciało moje, które za was będzie wydane», wy odpowiadacie w sercu: «Panie, oto moje ciało, oto moja dusza, oto moje życie — wydaj je za tych, których kochasz».
Mężowie i żony Moi — gdy stajecie razem przed ołtarzem, pamiętajcie, że wasze małżeństwo jest sakramentem Ofiary. Wasza miłość ma być obrazem Mojej miłości do Kościoła. Dlatego gdy klękacie, oddawajcie siebie nawzajem Ojcu. Oddawajcie swoje zmęczenie, swoje nieporozumienia, swoje rany, swoje słabości. Proście, aby Ojciec przyjął waszą miłość małżeńską jako ofiarę miłą — ofiarę, która uświęca was oboje i uświęca wasze dzieci.
Rodzice Moi — gdy przyprowadzacie dzieci przed ołtarz, nie przyprowadzajcie ich jako widzów. Przyprowadzajcie je jako przyszłych ofiarników. Uczcie je, że Msza święta nie jest spektaklem, lecz ofiarą. Uczcie je, by w chwili podniesienia Hostii mówiły w sercu: «Panie, weź także moje małe życie i złóż je na tym ołtarzu». Przez to dzieci wasze nauczą się, że nie ma większej godności niż być złożonym w ofierze z Chrystusem.
Nie sądźcie, że modlitwa przy ołtarzu wymaga wielkich słów. Najpiękniejszą modlitwą jest milczenie. Milczenie, w którym serce mówi: «Ojcze, przyjmij». Milczenie, w którym dusza klęczy. Milczenie, w którym wola poddaje się całkowicie. Gdy nie umiecie się modlić słowami — milczcie. Gdy serce jest suche — milczcie. Gdy łzy płyną — milczcie. Ojciec słyszy milczenie bardziej niż najpiękniejsze hymny.
Piotrze — ty, który obiecałeś oddać życie za Mnie, a potem zaparłeś się Mnie — gdy będziesz stał przed ołtarzem, pamiętaj, że twoja słabość nie jest przeszkodą. Przeciwnie — jest materiałem ofiary. Złóż na ołtarzu swoje zaparcia, swoje upadki, swoje lęki. Ja sam przyjmę je i przemienię w miłość większą niż twoja zdrada.
Janie — ty, który stałeś pod krzyżem — naucz się stać pod ołtarzem tak, jak stałeś pod krzyżem. Nie uciekaj. Nie odwracaj wzroku. Patrz na Hostię i mów: «Oto Baranek Boży». Patrz i oddawaj siebie.
Tomaszu — ty, który potrzebowałeś dotknąć ran — dotykaj ran Chrystusa w Eucharystii. Nie palcami, lecz wiarą. Dotykaj i wierz, że te rany są otwarte dla ciebie — abyś mógł wejść w nie i złożyć w nich swoje rany.
Maria Magdaleno — ty, która wylałaś wonności na stopy moje — wylewaj teraz siebie na ołtarzu. Twoja miłość niech będzie wonnością wylaną przed tronem Baranka.
A wy wszyscy — gdy stajecie przed ołtarzem, pamiętajcie, że nie jesteście godni. Nikt z was nie jest godny. Lecz właśnie dlatego przychodzicie. Przychodzicie jako grzesznicy, jako słabi, jako chorzy — i prosicie: «Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł do domu mojego, lecz powiedz tylko słowo, a dusza moja będzie uzdrowiona». I Ja mówię to słowo każdego dnia. Mówię je przez kapłana. Mówię je w ciszy waszego serca. Mówię je w Hostii, którą przyjmujecie.
Modlitwa przy ołtarzu jest więc szkołą pokory. Szkołą poddania. Szkołą miłości aż do końca. Jest miejscem, w którym uczycie się umierać dla siebie, aby żyć dla Ojca. Jest miejscem, w którym uczycie się, że największą wolnością jest całkowite oddanie.
Dlatego przychodźcie często. Przychodźcie codziennie, jeśli możecie. Przychodźcie w dni powszednie, gdy kościół jest prawie pusty. Przychodźcie w niedzielę z całą rodziną. Przychodźcie w chwilach radości i w chwilach bólu. Przychodźcie, gdy serce jest pełne, i gdy jest puste. Przychodźcie, gdy czujecie bliskość Moja, i gdy czujecie pustkę. Przychodźcie zawsze.
Bo ołtarz jest sercem Kościoła. A w sercu tego serca bije Moje Serce. Serce przebite. Serce, które nigdy nie przestaje kochać. Serce, które nigdy nie zamyka się przed wami.
Gdy nadejdzie dzień, w którym stanę przed wami jako Oblubieniec i Sędzia, chcę ujrzeć w waszych oczach blask tych, którzy nauczyli się modlić przy ołtarzu. Chcę ujrzeć serca, które stały się ołtarzami żywymi. Chcę ujrzeć dusze, które nauczyły się składać siebie w ofierze dzień po dniu.
Idźcie więc i módlcie się przy ołtarzu tak, jak was nauczyłem. Módlcie się z wiarą, z nadzieją, z miłością. Módlcie się aż do końca. Niech Ojciec wasz będzie uwielbiony przez waszą ofiarę. Niech Duch Święty rozlewa w was ogień, który nie trawi, lecz oczyszcza. Niech imię Moje będzie wywyższone w każdym «Amen», które wypowiecie — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Woda jeziora kołysała Go łagodnie. Po długiej chwili zaczął płynąć z powrotem ku brzegowi — powoli, bez pośpiechu, niosąc w sobie ciszę, która pozostała po słowach. Uczniowie na brzegu, którzy słyszeli wszystko, klęczeli w milczeniu. Gdy dotarł do nich, wyszedł z wody, mokry, lecz promienny, i rzekł cicho:
«Wstańcie. Chodźmy. Ojciec czeka na waszą ofiarę.»
Cierpienie
Gdy Jezus, po zmartwychwstaniu, znalazł się nad brzegiem Jeziora Genezaret wczesnym rankiem, gdy mgła unosiła się jeszcze nad wodą, a pierwsze promienie słońca przebijały się przez szarość, usiadł na wilgotnych kamieniach przy sieciach, które uczniowie wyciągnęli nocą. Sieci były ciężkie od ryb, splątane, pełne węzłów, glonów i drobnych kamieni. Piotr i Andrzej stali obok, milcząc, a Jan, Jakub i kilka niewiast wiernych usiedli nieco dalej na brzegu.
Jezus wziął w dłonie jeden z węzłów — gruby, mokry, zaciśnięty przez nocne szarpanie ryb i prąd wody — i zaczął go powoli rozplątywać. Palce Jego poruszały się spokojnie, metodycznie, bez pośpiechu. Co jakiś czas odkładał sieć, by przyjrzeć się kolejnemu supłowi, potem wracał do pracy. Woda kapała z nici na kamienie, tworząc małe kałuże, które odbijały niebo.
Uczniowie patrzyli w milczeniu. W końcu Jezus podniósł wzrok i zaczął mówić — głosem niskim, lecz tak czystym i przenikliwym, że słowa zdawały się rozchodzić po tafli jeziora jak kręgi na wodzie.
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem rozplątuję dziś rybackie sieci — sieci splątane przez noc, przez walkę ryb, przez prąd i wiatr, sieci, które same w sobie są dobre, bo zostały utkane po to, by łowić, a jednak stały się więzami, które duszą i krępują — i z tej właśnie czynności pragnę mówić wam o cierpieniu.
Cierpienie jest węzłem najtwardszym, jaki zna ludzkie serce. Nie jest ono przypadkowe. Nie jest ono karą wymierzoną przez gniewnego boga. Nie jest ono bezsensownym chaosem, w którym ginie nadzieja. Jest ono rzeczywistością, którą Ojciec pozwala, by przeszła przez wasze życie — nie dlatego, że chce waszego bólu, lecz dlatego, że w bólu tym może się dokonać coś, co w radości i pokoju dokonać się nie może.
Rozważcie najpierw naturę tego węzła.
Cierpienie przychodzi na wiele sposobów. Czasem jest nagłe — jak cios nożem w ciemności: wypadek, diagnoza lekarska, nagła śmierć bliskiej osoby, zdrada przyjaciela. Czasem jest powolne — jak sieć, która zaciska się coraz mocniej z każdym dniem: choroba przewlekła, starość, samotność, która narasta latami, niespełnienie, które staje się codziennością, żal, który nie chce odejść.
Czasem jest fizyczne — ból ciała, który nie pozwala spać, nie pozwala myśleć o niczym innym. Czasem jest duchowe — pustka, w której Bóg wydaje się milczeć, w której modlitwa staje się sucha, w której wiara wydaje się martwa. Czasem jest moralne — świadomość własnego grzechu, który nie chce odejść, wstyd, który pali od środka, wyrzuty sumienia, które nie dają spokoju.
Lecz wszystkie te cierpienia mają jedną wspólną cechę: są węzłem. Są czymś, co wiąże, co krępuje wolność, co uniemożliwia ruch, co sprawia, że człowiek czuje się uwięziony w sobie samym.
I właśnie w tym uwięzieniu kryje się największa tajemnica.
Ojciec nie chce waszego cierpienia. On nie jest Bogiem, który czerpie przyjemność z bólu. On jest Bogiem, który sam wszedł w największe cierpienie — w agonię Getsemani, w biczowanie, w koronę cierniową, w gwoździe, w długie godziny konania na krzyżu. On nie tylko pozwala na cierpienie — On je przyjmuje na siebie. On je przeżywa od środka. On staje się zranionym, opuszczonym, zdradzonym, wyszydzonym, umierającym.
Dlaczego?
Dlatego, że cierpienie, które jest przyjęte z miłości, przestaje być tylko destrukcją. Staje się ofiarą. Staje się miejscem, w którym miłość osiąga swoją pełnię. Miłość, która nie chce cierpieć, jest miłością niedojrzałą. Miłość, która jest gotowa cierpieć — jest miłością doskonałą.
Rozważcie Moją mękę.
W Getsemani prosiłem: „Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich”. Nie prosiłem o uniknięcie cierpienia dlatego, że bałem się bólu — prosiłem o uniknięcie cierpienia dlatego, że wiedziałem, ile kosztuje Ojca patrzeć, jak Jego Syn cierpi. Lecz gdy kielich nie został oddalony — przyjąłem go. Przyjąłem go dobrowolnie. Przyjąłem go z miłości do was.
W tej dobrowolności leży klucz.
Cierpienie samo w sobie nie ma mocy zbawczej. Cierpienie przyjęte z nienawiścią, z buntem, z rozpaczą — niszczy duszę. Cierpienie przyjęte z miłości — zbawia.
Dlatego mówię wam: gdy cierpicie — nie pytajcie najpierw „dlaczego?”, lecz pytajcie: „jak mogę to cierpienie przyjąć z miłością?”.
Gdy choroba przykuwa was do łóżka — ofiarujcie ten czas za tych, którzy nigdy nie mają czasu na modlitwę.
Gdy samotność pali was od środka — ofiarujcie ją za tych, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwej bliskości.
Gdy zdrada rozrywa wam serce — ofiarujcie ją za tych, którzy nigdy nie potrafią przebaczyć.
Gdy śmierć zabiera wam bliskich — ofiarujcie ją za tych, którzy umierają bez nadziei.
Każde cierpienie, które przyjmujecie z miłością, staje się Eucharystią — staje się darem, który Ojciec przyjmuje i przemienia w łaskę dla świata.
Rozważcie teraz, dlaczego cierpienie jest konieczne.
Świat, który widzicie, jest światem po grzechu. Grzech pierworodny zerwał harmonię między człowiekiem a Bogiem, między człowiekiem a człowiekiem, między człowiekiem a stworzeniem. Cierpienie jest konsekwencją tego zerwania. Jest ono raną, którą świat nosi w sobie. Nie można żyć w świecie zranionym i nie dotykać tej rany.
Lecz Ojciec nie zostawił was samych z tą raną.
On sam wszedł w ranę świata. On sam stał się raną. On sam przyjął na siebie cały ból, całą zdradę, całą samotność, całą śmierć. I przez tę ranę — przez swoje przebite ręce, przebite boki, przebitą głowę — przepłynęła krew, która oczyszcza, która uzdrawia, która daje nowe życie.
Dlatego wasze cierpienie nie jest bezsensowne. Jest ono zaproszeniem do uczestnictwa w Jego męce. Jest ono możliwością stania się podobnym do Niego. Jest ono drogą do zmartwychwstania.
Rozważcie św. Pawła: „W moim ciele dopełniam to, czego nie wystarczyło udrękom Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. Wasze cierpienie, gdy jest zjednoczone z Jego cierpieniem — staje się zbawienne dla Kościoła, dla świata, dla tych, których kochacie.
Lecz nie chodzi o to, byście szukali cierpienia. Nie chodzi o to, byście je romantyzowali. Nie chodzi o to, byście mówili: „im więcej bólu, tym lepiej”. Chodzi o to, byście cierpienie, które przychodzi — przyjmowali z miłością.
Gdy więc przychodzi ból fizyczny — choroba, wypadek, starość — nie pytajcie: „dlaczego ja?”, lecz pytajcie: „jak mogę to ofiarować?”
Gdy przychodzi ból duchowy — ciemna noc duszy, poczucie opuszczenia przez Boga — nie pytajcie: „czy On mnie opuścił?”, lecz pytajcie: „jak mogę Mu zaufać nawet w ciemności?”
Gdy przychodzi ból moralny — świadomość własnego grzechu, wstyd, wyrzuty sumienia — nie pytajcie: „czy mogę być jeszcze kochany?”, lecz pytajcie: „jak mogę przyjąć przebaczenie?”
Każde cierpienie jest krzyżem. A krzyż nie jest końcem — jest przejściem. Przez krzyż prowadzi droga do zmartwychwstania.
Rozważcie teraz, jak ja sam przeżywałem cierpienie.
W Getsemani krwawiłem potem zmieszanym z krwią — tak wielki był lęk przed cierpieniem. Lecz powiedziałem: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. To było moje „tak” wobec krzyża.
Na krzyżu wołałem: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” — nie dlatego, że naprawdę zostałem opuszczony, lecz dlatego, że chciałem wejść w najgłębszą otchłań samotności człowieka, w najgłębszą ciemność, w której człowiek czuje, że Bóg milczy.
Lecz nawet w tej ciemności powiedziałem: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mojego”. To było moje ostatnie „tak”.
I dlatego zmartwychwstałem — nie pomimo krzyża, lecz przez krzyż.
Tak samo będzie z wami.
Wasze cierpienie nie jest końcem. Jest ono drogą. Jest ono bramą. Jest ono miejscem, w którym miłość osiąga swoją pełnię.
Dlatego powiadam wam:
Gdy cierpicie — nie uciekajcie od krzyża. Weźcie go. Przyjmijcie go. Ofiarujcie go.
Gdy cierpicie — nie pytajcie „dlaczego?”, lecz pytajcie „dla kogo?”.
Gdy cierpicie — pamiętajcie, że Ja jestem z wami. Nie jestem daleko. Stoję pod krzyżem waszego życia tak, jak stała pod krzyżem Maryja. Trzymam waszą rękę tak, jak trzymałem rękę dobrego łotra. Jestem z wami aż do skończenia świata.
A gdy nadejdzie dzień, w którym Ojciec otrze wszelką łzę z waszych oczu — nie będzie już cierpienia. Nie będzie już bólu. Nie będzie już śmierci. Będzie pełnia radości — radości, która narodziła się z krzyża.
Idźcie więc i noście swój krzyż z miłością. Niech wasze cierpienie stanie się darem. Niech wasz ból stanie się modlitwą. Niech wasza rana stanie się źródłem życia dla innych.
Niech Ojciec wasz, który pozwolił, by Jego Syn cierpiał dla waszego zbawienia, da wam siłę do niesienia waszego krzyża. Niech Duch Święty, który pocieszał Mnie w Getsemani, pociesza was w waszej agonii. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym momencie waszego cierpienia — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Ostatni węzeł został rozplątany. Sieć leżała przed Nim równa, czysta, gotowa do ponownego zarzucenia. Piotr podszedł bliżej, ukląkł i rzekł cicho:
«Panie, moje sieci były splątane przez zdradę. Rozplątałeś je. Jak mam teraz żyć z tym krzyżem, który wciąż noszę?»
Jezus położył dłoń na jego ramieniu i odpowiedział:
«Nosisz go ze Mną. Nie sam. Ze Mną. A Ja niosę go z tobą. I razem dojdziemy do zmartwychwstania.»
I tak siedzieli jeszcze długo na brzegu jeziora, patrząc na rozplątaną sieć, na spokojną wodę, na wschodzący dzień — a w ich sercach trwało pouczenie o cierpieniu, które Nauczyciel objawił im, rozplątując rybackie sieci nad Jeziorem Genezaret.
Uzdrawianie chorych
Gdy Jezus siedział na brzegu Jeziora Genezaret, a uczniowie i niewiasty wierne otoczyli Go w głębokim milczeniu, On spojrzał na wodę, w której odbijało się popołudniowe niebo, po czym przeniósł wzrok na zebranych i przemówił głosem spokojnym, lecz przenikającym do najgłębszych warstw serca i umysłu:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem siedzę dziś na brzegu jeziora, w którym odbija się niebo, a jednak woda ta nigdy nie jest w stanie zatrzymać nieba w sobie na zawsze — i z tej właśnie pozycji mówię wam o uzdrawianiu chorych, o tajemnicy, którą Ojciec powierzył Mi, abym objawił ją wam nie tylko słowem, lecz przede wszystkim znakiem i czynem.
Na początku Ojciec stworzył człowieka całego — ciało, duszę i ducha — w harmonii i w zdrowiu. Choroba nie była częścią pierwotnego zamysłu. Weszła na świat przez grzech — jako konsekwencja zerwania więzi z Źródłem życia. Gdy człowiek odwrócił się od Boga, odwrócił się także od pełni życia, która płynie z Niego. Ciało zaczęło podlegać cierpieniu, chorobie, starzeniu się i śmierci. Lecz Ojciec nigdy nie przestał pragnąć przywrócenia tej pełni. Dlatego posłał Mnie — Syna swego Jednorodzonego — abym stał się widzialnym znakiem Jego woli uzdrawiającej.
Uzdrawianie chorych nie jest dodatkiem do Mojej misji. Jest jej centralną częścią. Gdy posyłałem uczniów, mówiłem im: „Idźcie i głoście, że bliskie jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wyrzucajcie złe duchy”. Głoszenie Królestwa i uzdrawianie idą razem — są dwoma stronami tej samej rzeczywistości. Królestwo Boże przychodzi nie tylko w słowie, lecz w mocy, która przywraca to, co zostało zranione i zniszczone przez grzech.
Rozważcie teraz, jak uzdrawiałem.
Nie czyniłem tego według jednego schematu. Każde uzdrowienie było inne — tak jak każde ludzkie cierpienie jest inne. Czasem wystarczało Moje słowo: „Wstań, weź swoje łoże i chodź” — i paralityk wstawał natychmiast. Czasem dotykałem chorego — jak trędowatego, który powiedział: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”, a Ja odpowiedziałem: „Chcę, bądź oczyszczony” — i dotknąłem go, choć nikt inny nie śmiał tego uczynić. Czasem uzdrawiałem na odległość — jak setnikowi, który powiedział: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod mój dach, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie” — i sługa odzyskał zdrowie w tej samej godzinie. Czasem uzdrawiałem stopniowo — jak niewidomego w Betsaidzie, któremu najpierw przywróciłem widzenie zamazane, a potem dopiero pełne: „Widzę ludzi, jak drzewa chodzące”. Czasem uzdrawiałem przez wiarę innych — jak paralityka spuszczonego przez dach, którego przyjaciele przynieśli do Mnie.
Każde z tych uzdrowień miało inny charakter, inny rytm, inną dynamikę. Dlaczego? Dlatego, że nie chodziło Mi jedynie o usunięcie choroby z ciała. Chodziło Mi o przywrócenie relacji — relacji chorego człowieka z Ojcem, z samym sobą, z innymi ludźmi. Choroba jest zawsze raną relacji. Uzdrawianie jest zawsze aktem pojednania.
Rozważcie teraz, dlaczego nie uzdrawiałem wszystkich.
Gdy przyszedłem do Nazaretu — do mojego własnego miasta — uczyniłem tam niewiele cudów uzdrowień. Dlaczego? „Przez niedowiarstwo ich” — tak powiedziałem. Wiara jest niezbędna do przyjęcia uzdrowienia. Nie dlatego, że uzdrawianie zależy od ludzkiej siły wiary — uzdrawianie zależy wyłącznie od Mojej mocy i od woli Ojca — lecz dlatego, że wiara otwiera serce na przyjęcie daru. Gdy serce jest zamknięte niedowiarstwem, pychą, zatwardziałością — dar nie może wejść. Nie dlatego, że Ojciec jest skąpy, lecz dlatego, że człowiek sam zamyka sobie drogę.
Dlatego uzdrawiałem przede wszystkim tych, którzy przychodzili do Mnie z wiarą — nawet jeśli wiara ta była mała jak ziarnko gorczycy. Nawet jeśli wiara ta była pełna wątpliwości — jak wiara ojca opętanego chłopca: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!”. Nawet jeśli wiara ta była ukryta — jak wiara kobiety cierpiącej na krwotok, która dotknęła tylko frędzli Mojego płaszcza.
Wiara nie jest warunkiem, który musi być spełniony, by zasłużyć na uzdrowienie. Wiara jest drogą, którą dar dociera do serca.
Rozważcie teraz, dlaczego czasem nie uzdrawiałem natychmiast, lecz pozwalałem cierpieniu trwać.
Łazarz umarł. Czekałem cztery dni. Marta i Maria mówiły: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Ja wiedziałem, dlaczego nie przyszedłem wcześniej. Gdybym przyszedł wcześniej — uzdrowiłbym chorego. Gdy przyszedłem później — wskrzesiłem umarłego. Cierpienie Łazarza i jego sióstr nie było bezsensowne. Było ono drogą do większego objawienia chwały Bożej: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?”.
Tak samo jest z wami. Czasem pozwalam cierpieniu trwać — nie dlatego, że nie mogę uzdrowić, lecz dlatego, że chcę objawić wam coś większego niż uzdrowienie ciała: chwałę zmartwychwstania, nadzieję życia wiecznego, moc wiary, która przetrwa nawet śmierć.
Rozważcie wreszcie, że uzdrawianie ciała jest zawsze znakiem — nigdy celem samym w sobie. Wszystkie Moje uzdrowienia były znakami Królestwa Bożego, które przychodzi. Znakami tego, że grzech i jego skutki — choroba, cierpienie, śmierć — nie mają ostatniego słowa. Ostatnie słowo ma Ojciec — Ojciec, który wskrzesza umarłych.
Dlatego, gdy uzdrawiałem trędowatego, mówiłem: „Chcę, bądź oczyszczony” — nie tylko z trądu, lecz z grzechu, który jest największym trądem duszy.
Gdy uzdrawiałem paralityka, mówiłem: „Odpuszczone są tobie grzechy twoje” — zanim powiedziałem: „Wstań i chodź”.
Gdy uzdrawiałem niewidomego, mówiłem: „Idź, wiara twoja cię uzdrowiła” — nie tylko oczy, lecz całe serce.
Uzdrawianie ciała było zawsze zaproszeniem do uzdrowienia duszy. Było zawsze znakiem, że Królestwo Boże jest blisko — tak blisko, że można go dotknąć.
Dziś, gdy nie chodzę już widzialnie po ziemi, uzdrawianie nie ustało. Ono trwa w sakramentach Kościoła. W sakramencie chorych — namaszczeniu chorych — przychodzę do was osobiście, dotykam was, kładę ręce na waszą głowę i mówię: „Przez to święte namaszczenie i przez swoje miłosierdzie niech cię Pan wspomaga łaską Ducha Świętego, aby uwolnił cię od grzechów, wybawił od cierpień i umocnił w chorobie”. W Eucharystii przychodzę do was jako Lekarz dusz i ciał — jako Ten, który daje wam swoje Ciało na pokarm i swoją Krew na napój, byście mieli życie w sobie.
Dlatego, gdy chorujecie — nie lękajcie się prosić o sakrament chorych. Nie traktujcie go jako „ostatniego namaszczenia” — traktujcie go jako sakrament uzdrawiający, sakrament, który może przywrócić zdrowie ciała, a na pewno przywraca zdrowie duszy.
Gdy cierpicie — nie pytajcie: „czy Bóg mnie opuścił?”, lecz pytajcie: „jak mogę w tym cierpieniu spotkać Chrystusa cierpiącego?”.
Gdy chorujecie — nie pytajcie: „dlaczego ja?”, lecz pytajcie: „dla kogo mogę to cierpienie ofiarować?”.
Gdy umieracie — nie pytajcie: „czy to koniec?”, lecz pytajcie: „czy jestem gotowy spotkać Pana mojego?”.
Ja jestem z wami we wszystkich waszych chorobach. Jestem z wami w szpitalnych salach, w izbach chorych, w hospicjach, w samotności nocy. Jestem z wami, gdy lekarze nie znajdują już ratunku. Jestem z wami, gdy ból staje się nie do zniesienia. Jestem z wami, gdy oddech staje się coraz płytszy.
Nie lękajcie się. Ja pokonałem śmierć. Ja pokonałem grzech, który jest źródłem wszelkiego cierpienia. Ja mam moc uzdrawiać — i uzdrawiam — choć nie zawsze w sposób, jakiego się spodziewacie.
Czasem uzdrawiam natychmiast — jak uzdrowiłem paralityka.
Czasem uzdrawiam stopniowo — jak uzdrawiałem niewidomego w Betsaidzie.
Czasem uzdrawiam przez śmierć i zmartwychwstanie — jak wskrzesiłem Łazarza, a przede wszystkim jak sam zmartwychwstałem.
Lecz zawsze uzdrawiam — bo zawsze przywracam relację z Ojcem.
Idźcie więc i nie lękajcie się cierpienia. Nie lękajcie się choroby. Nie lękajcie się śmierci. Ja jestem z wami. Ja niosę wasz krzyż razem z wami. Ja prowadzę was przez dolinę cienia śmierci do domu Ojca.
Niech Ojciec wasz, który jest miłosierny i wierny, da wam siłę do niesienia waszego krzyża. Niech Duch Święty, który pocieszał Mnie w Getsemani, pociesza was we wszystkich waszych cierpieniach. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym momencie, w którym przyjmujecie cierpienie z miłością — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Sieć leżała przed Nim rozplątana, czysta, gotowa do ponownego zarzucenia. Piotr ukląkł i rzekł cicho:
«Panie, moje serce jest splątane cierpieniem i winą. Rozplątałeś moją sieć — rozplącz także moje serce.»
Jezus położył dłoń na jego głowie i odpowiedział:
«Już to czynię. Każdego dnia. W każdym sakramencie. W każdej modlitwie. W każdym akcie miłości. Trwaj we Mnie — a Ja rozplączę każdy węzeł twojego życia.»
I tak siedzieli jeszcze długo na brzegu jeziora, patrząc na rozplątaną sieć, na spokojną wodę, na wschodzący dzień — a w ich sercach trwało pouczenie o cierpieniu, które Nauczyciel objawił im, rozplątując rybackie sieci nad Jeziorem Genezaret.
Uzdrawianie przez sakramenty
Gdy Jezus siedział na brzegu Jeziora Genezaret, gdzie fale cicho obmywały kamienie, a poranne słońce odbijało się w wodzie jak rozbite światło, uczniowie i niewiasty wierne zebrali się wokół Niego w milczeniu. On sam, po długim patrzeniu na jezioro, które było świadkiem tylu uzdrowień, podniósł wzrok i przemówił głosem spokojnym, lecz tak głębokim i miarowym, że słowa zdawały się przenikać przez szum wody i docierać do najskrytszych zakamarków serca.
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem siedzę dziś na brzegu jeziora, które widziało tyle Moich uzdrowień — paralityka spuszczonego przez dach, niewidomego z Betsaidy, kobiety cierpiącej na krwotok, setnika sługę, teściową Piotrową — a jednak pragnę dziś mówić wam nie o tych znakach widzialnych, lecz o uzdrawianiu, które dokonuje się przez sakramenty Kościoła. To uzdrawianie jest cichsze, mniej spektakularne dla oka cielesnego, a jednocześnie znacznie głębsze i trwalsze, bo sięga do samego rdzenia człowieka: do jego relacji z Ojcem, do rany grzechu, do słabości natury, do lęku przed śmiercią.
Sakramenty nie są ludzkim wynalazkiem ani magicznym rytuałem. Są one widzialnymi znakami niewidzialnej łaski — ustanowionymi przez Mnie samego, gdy byłem na ziemi, i powierzonymi Kościołowi, abym przez niego nadal działał w mocy Ducha Świętego. Każdy sakrament uzdrawia — lecz uzdrawia w inny sposób, na innym poziomie, w innym wymiarze ludzkiej egzystencji. Rozważmy je kolejno, z uwagą i bojaźnią, bo w każdym z nich dotykam was osobiście.
Chrzest — uzdrowienie z grzechu pierworodnego i dar nowego życia
Chrzest jest pierwszym i najgłębszym sakramentem uzdrawiającym. Woda chrztu nie jest zwykłą wodą — jest wodą, w której umiera stary człowiek i rodzi się nowy. Grzech pierworodny — ta rana, którą nosicie od Adama, ta skłonność do zła, ta utrata pierwotnej harmonii z Bogiem, ze sobą i ze światem — zostaje w chrzcie całkowicie zgładzony. Nie tylko odpuszczone są grzechy osobiste, lecz sama natura człowieka zostaje odnowiona. Stajecie się świątynią Ducha Świętego, synami i córkami Ojca, członkami Ciała Chrystusa.
To uzdrowienie jest tak głębokie, że nie wymaga od was wiary w chwili chrztu — wystarczy wiara Kościoła i wiara rodziców lub chrzestnych. Dlatego chrzczemy niemowlęta: bo łaska Boża wyprzedza ludzką świadomość, bo Bóg kocha nas wcześniej, niż my Go poznajemy. Gdy dorosły człowiek przyjmuje chrzest — jak tysiące w dniu Pięćdziesiątnicy — uzdrowienie to dokonuje się w sposób jeszcze bardziej świadomy: grzechy są odpuszczone, natura odnowiona, Duch Święty zamieszkuje w nim jako w swojej świątyni.
Bierzmowanie — uzdrowienie i umocnienie w Duchu Świętym
Bierzmowanie nie jest jedynie „drugim chrztem” ani „potwierdzeniem wiary”. Jest ono sakramentem, który uzdrawia i umacnia to, co w nas zostało osłabione przez grzech i przez życie w świecie. Chrzest czyni nas dziećmi Bożymi — bierzmowanie czyni nas świadkami i żołnierzami Chrystusa. Duch Święty zstępuje na nas w sposób szczególny — tak jak zstąpił na apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy — i uzdrawia nas z bojaźni ludzkiej, z lęku przed wyznaniem wiary, z letargu duchowego, z paraliżu moralnego.
Gdy bierzmowany otrzymuje krzyżmo — olejek zmieszany z balsamem — i znak krzyża na czole, słyszy słowa: „Przyjmij znamię daru Ducha Świętego”. To jest uzdrowienie z tchórzostwa, z milczenia wobec zła, z kompromisów z grzechem. Bierzmowanie daje moc do walki duchowej, do świadectwa, do męstwa w obliczu prześladowań, do wytrwania w wierze aż do końca.
Eucharystia — uzdrowienie z grzechów powszednich i umocnienie w jedności z Bogiem
Eucharystia jest sakramentem uzdrawiającym w sposób najintymniejszy i najtrwalszy. Gdy przyjmujecie Ciało i Krew Chrystusa — nie tylko wspominacie Moją mękę i zmartwychwstanie — lecz naprawdę przyjmujecie Mnie samego. Ja wchodzę w wasze ciało i w waszą duszę. Moja obecność uzdrawia rany grzechów powszednich — tych małych, codziennych niewierności, które osłabiają miłość, które czynią serce ciężkim, które oddalają od Ojca.
Każda Komunia święta jest aktem uzdrawiania. Dlatego Kościół zachęca do częstej Komunii — nie dlatego, że jesteście już doskonali, lecz właśnie dlatego, że nie jesteście. „Lekarstwo nie jest dla zdrowych, lecz dla chorych” — powiedziałem do faryzeuszy, gdy jedli ze Mną grzesznicy. Eucharystia jest lekarstwem dla chorych na grzech — a wszyscy jesteście chorzy, choć nie zawsze zdajecie sobie z tego sprawę.
Pokuta — sakrament uzdrawiania z grzechów ciężkich
Gdy po chrzcie człowiek popełnia grzech ciężki — zrywa więź z Bogiem, traci łaskę uświęcającą — sakrament pokuty jest jedyną drogą powrotu do życia. W tym sakramencie nie tylko odpuszczam grzechy — lecz przywracam pełnię życia łaski. Słowa rozgrzeszenia: „Ja odpuszczam ci grzechy twoje w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” — są słowami stwórczymi. One odtwarzają to, co zostało zniszczone przez grzech. One uzdrawiają duszę z najcięższej choroby — z oddzielenia od Boga.
Pokuta jest sakramentem uzdrawiania najbardziej bolesnego i najbardziej intymnego — dlatego wymaga szczerego wyznania grzechów, żalu za grzechy, postanowienia poprawy i zadośćuczynienia. Lecz gdy te warunki są spełnione — uzdrowienie jest całkowite. Dusza, która była martwa przez grzech ciężki, staje się znów żywa w Chrystusie.
Namaszczenie chorych — sakrament uzdrawiania ciała i duszy w chorobie
Namaszczenie chorych — dawniej nazywane „ostatnim namaszczeniem” — nie jest sakramentem wyłącznie dla umierających. Jest sakramentem dla każdego chorego, który znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie zdrowia lub życia — a więc także w chorobie przewlekłej, w starości, przed operacją, w każdej sytuacji, w której życie jest zagrożone. Kapłan namaszcza czoło i ręce chorego olejem chorych, mówiąc: „Przez to święte namaszczenie i przez swoje miłosierdzie niech cię Pan wspomaga łaską Ducha Świętego, aby uwolnił cię od grzechów, wybawił od cierpień i umocnił w chorobie”.
Ten sakrament uzdrawia na trzech poziomach:
— odpuszcza grzechy (jeśli chory nie może się wyspowiadać),
— umacnia duszę w chorobie,
— a czasem — gdy taka jest wola Boża — przywraca zdrowie ciała.
Nie jest to sakrament „magiczny” — nie zawsze przywraca zdrowie fizyczne. Lecz zawsze przywraca łaskę, zawsze umacnia do niesienia krzyża choroby, zawsze przygotowuje do dobrego przejścia przez bramę śmierci.
Małżeństwo i kapłaństwo — sakramenty uzdrawiania powołania
Małżeństwo uzdrawia z egoizmu, z lęku przed bliskością, z ran przeszłych związków, z samotności. Przez łaskę sakramentalną małżonkowie otrzymują moc do wzajemnego przebaczania, do trwania w jedności mimo słabości, do dawania życia i wychowywania dzieci w wierze.
Kapłaństwo uzdrawia kapłana z lęku przed odpowiedzialnością, z pokusy ucieczki w karierę, z samotności, z pokus cielesnych. Przez łaskę sakramentalną kapłan otrzymuje moc głoszenia słowa i sprawowania sakramentów — moc, która jest większa niż jego własne słabości.
Podsumowanie — sakramenty jako przedłużenie Mojej misji uzdrawiającej
Sakramenty są przedłużeniem Mojej misji uzdrawiającej w Kościele. Gdy byłem na ziemi — uzdrawiałem dotykiem ręki, słowem, spojrzeniem. Dziś uzdrawiam przez Kościół — przez ręce kapłanów, przez wodę chrztu, przez olej namaszczenia, przez chleb i wino Eucharystii, przez słowa rozgrzeszenia.
Dlatego, gdy chorujecie — nie lękajcie się prosić o sakramenty. Nie traktujcie ich jako „ostatnich” lub „dla słabych”. Traktujcie je jako lekarstwo, które Ojciec daje wam na drogę. Przyjmujcie je z wiarą — a łaska będzie działać.
Gdy nadejdzie dzień, w którym Ojciec odnowi niebo i ziemię — nie będzie już potrzeby sakramentów. Będzie pełnia uzdrowienia — ciała uwielbionego, które nie zna choroby, duszy oczyszczonej, która nie zna grzechu, ducha napełnionego, który nie zna lęku.
Lecz dopóki trwacie w tym ciele śmiertelnym — przyjmujcie sakramenty z wdzięcznością. One są znakami, że Ja jestem z wami. One są znakami, że Moja moc uzdrawiająca nie ustała. One są znakami, że Królestwo Boże jest już pośród was.
Idźcie więc i nie lękajcie się choroby. Nie lękajcie się słabości. Nie lękajcie się śmierci. Ja jestem z wami. Ja uzdrawiam was — przez sakramenty, przez modlitwę, przez miłość braterską, przez ofiarę waszego życia.
Niech Ojciec wasz, który jest miłosierny i wierny, da wam łaskę przyjmowania sakramentów z wiarą. Niech Duch Święty, który uzdrawiał przez Moje ręce, uzdrawia was przez ręce Kościoła. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym momencie, w którym przyjmujecie łaskę uzdrowienia — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Woda jeziora cicho pluskała o kamienie. Piotr, który przez cały czas milczał, podszedł bliżej i rzekł cicho:
«Panie, moje serce jest chore z powodu grzechów i słabości. Jak mam przyjąć uzdrowienie?»
Jezus położył dłoń na jego ramieniu i odpowiedział:
«Przyjdź do Mnie w sakramencie pokuty. Przyjmij Mnie w Eucharystii. Pozwól, bym cię dotknął przez namaszczenie chorych, gdy będziesz cierpiał. Trwaj we Mnie — a Ja uzdrowię cię z każdej choroby duszy i ciała.»
I tak siedzieli jeszcze długo nad jeziorem, patrząc na wodę, na odbicie nieba, na odbicie ich własnych twarzy — a w ich sercach trwało pouczenie o uzdrawianiu przez sakramenty, które Nauczyciel objawił im, siedząc na brzegu Jeziora Genezaret.
Sakrament pokuty
Gdy Jezus siedział na brzegu Jeziora Genezaret, gdzie fale cicho obmywały kamienie, a poranne światło odbijało się w wodzie jak rozbite światło, uczniowie i niewiasty wierne zebrali się wokół Niego w milczeniu. On spojrzał na wodę, która była świadkiem tylu Jego uzdrowień, po czym przeniósł wzrok na zebranych i przemówił głosem spokojnym, lecz tak głębokim i miarowym, że słowa zdawały się przenikać przez szum fal i docierać do najskrytszych zakamarków serca.
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem siedzę dziś na brzegu jeziora, które widziało tyle Moich słów o miłosierdziu, i pragnę mówić wam o sakramencie pokuty — o tym akcie pojednania, który Kościół nazywa sakramentem nawrócenia, sakramentem przebaczenia, sakramentem miłosierdzia, a który w swej najgłębszej istocie jest ponownym spotkaniem człowieka z Bogiem po zerwaniu więzi przez grzech.
Sakrament pokuty nie jest ludzkim wynalazkiem ani rytuałem wymyślonym przez Kościół dla uspokojenia sumień. Jest on bezpośrednim przedłużeniem Mojej misji na ziemi. Gdy przyszedłem, głosiłem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Gdy spotykałem grzeszników — celników, nierządnice, cudzołożnice, faryzeuszy — nie odsuwałem się od nich. Siadałem z nimi przy stole, pozwalałem im dotykać Moich stóp, patrzyłem im w oczy i mówiłem: „Idź i odtąd nie grzesz więcej”. Te słowa nie były tylko zachętą moralną. Były aktem stwórczym — przywracały życie tam, gdzie grzech je zabił.
Gdy po zmartwychwstaniu przyszedłem do apostołów w Wieczerniku, pierwsze, co uczyniłem, to tchnąłem na nich i powiedziałem: „Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. W tym momencie ustanowiłem sakrament pokuty. Powierzyłem Kościołowi Moje własne prawo do odpuszczania grzechów — prawo, które wynika z tego, że Ja sam jestem Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata.
Sakrament pokuty jest więc przede wszystkim spotkaniem z Moim miłosierdziem. Nie jest on sądem, lecz uzdrowieniem. Nie jest on karą, lecz przebaczeniem. Nie jest on upokorzeniem, lecz podniesieniem. Człowiek przychodzi do konfesjonału zraniony, splamiony, podzielony w sobie samym — a wychodzi pojednany, oczyszczony, na nowo przyjęty do komunii z Ojcem.
Rozważmy teraz strukturę tego sakramentu — jego elementy, które razem tworzą całość uzdrawiającego działania łaski.
1. Rachunek sumienia — przygotowanie serca
Pierwszym aktem jest rachunek sumienia — spojrzenie prawdy na siebie samego w świetle przykazania Bożego i Ewangelii. Nie chodzi tu o mechaniczne wyliczanie grzechów, lecz o wejście w prawdę o sobie. Człowiek pyta: „Gdzie oddaliłem się od miłości? Gdzie zraniłem drugiego człowieka? Gdzie zraniłem samego siebie? Gdzie zraniłem relację z Bogiem?”. Ten rachunek nie ma na celu pogrążenia w poczuciu winy, lecz oczyszczenia — by człowiek mógł stanąć przed Bogiem bez maski, bez usprawiedliwień, bez samooszukiwania.
2. Żal za grzechy — serce skruszone
Żal jest najistotniejszym elementem sakramentu. Bez żalu nie ma przebaczenia. Żal może być doskonały (z miłości do Boga — „Boże mój, żałuję za grzechy moje, boś Ty jest nieskończenie dobry”) lub niedoskonały (z obawy przed karą lub z obrzydzenia grzechem). Oba są wystarczające do ważnego sakramentu, lecz żal doskonały może odpuścić grzechy ciężkie nawet przed spowiedzią — pod warunkiem postanowienia wyznania ich przy najbliższej okazji.
Żal nie jest uczuciem — jest aktem woli. Można go wzbudzić nawet wtedy, gdy emocje są zimne. Wystarczy powiedzieć Bogu: „Nie chcę tego grzechu. Chcę wrócić do Ciebie. Żałuję”. Ten akt woli otwiera serce na łaskę.
3. Postanowienie poprawy — konkretna decyzja
Postanowienie poprawy to nie ogólne „będę lepszy”, lecz konkretne „nie będę więcej czytał tych stron internetowych”, „nie będę więcej kłamał w pracy”, „będę codziennie odmawiał różaniec”, „będę przepraszał żonę, gdy ją zranię”. Bez postanowienia poprawy spowiedź staje się iluzoryczna — człowiek chce przebaczenia bez zmiany życia.
4. Wyznanie grzechów — akt prawdomówności
Wyznanie grzechów kapłanowi jest aktem pokory i prawdomówności. Człowiek mówi głośno to, co najchętniej chciałby ukryć. Mówi przed drugim człowiekiem — który sam jest grzesznikiem — to, co wstydzi się powiedzieć nawet samemu sobie. Ten akt jest uzdrawiający, bo grzech żyje w ciemności. Gdy zostaje wyniesiony na światło — traci moc.
Wyznawać trzeba wszystkie grzechy ciężkie — co do rodzaju i liczby. Grzechy lekkie można wyznać, lecz nie jest to konieczne do ważności sakramentu. Warto jednak wyznawać także grzechy lekkie — bo każdy grzech osłabia duszę, a każde wyznanie wzmacnia.
5. Zadośćuczynienie — wynagrodzenie szkody
Zadośćuczynienie to czyn, którym naprawiamy to, co zepsuliśmy naszym grzechem. Może to być modlitwa, post, jałmużna, dobry uczynek, zwrot skradzionej rzeczy, przeproszenie osoby, którą zraniliśmy. Zadośćuczynienie nie jest karą — jest aktem sprawiedliwości i miłości. Pokazuje, że żal nie jest tylko słowem, lecz czynem.
6. Rozgrzeszenie — słowo stwórcze
Najważniejszy moment sakramentu to słowa rozgrzeszenia: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który przez śmierć i zmartwychwstanie Syna swego pojednał świat ze sobą i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam ci grzechy twoje w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen”.
Te słowa nie są tylko deklaracją — są aktem stwórczym. One odtwarzają łaskę uświęcającą, którą grzech ciężki zniszczył. One przywracają pełną komunię z Bogiem i Kościołem. One są słowami zmartwychwstania — słowami, które wskrzeszają duszę do nowego życia.
Umiłowani Moi, sakrament pokuty jest najpiękniejszym znakiem Mojej miłości do was. Pokazuje, że nie ma grzechu, którego nie mógłbym przebaczyć. Pokazuje, że nie ma rany, której nie mógłbym uleczyć. Pokazuje, że nie ma upadku, z którego nie mógłbym was podnieść.
Dlatego zachęcam was: nie lękajcie się spowiedzi. Nie odkładajcie jej. Nie traktujcie jej jako obowiązku, lecz jako spotkania z Miłosiernym. Przychodźcie do konfesjonału tak często, jak potrzebujecie — nawet co tydzień, nawet co miesiąc. Przyznawajcie się do grzechów lekkich — bo one osłabiają duszę i przygotowują grunt pod grzechy ciężkie. Przyznawajcie się do grzechów ciężkich — bo one zabijają życie łaski i odcinają od komunii eucharystycznej.
Gdy odchodzicie od konfesjonału — idźcie z radością. Idźcie z poczuciem, że jesteście czyści, że jesteście kochani, że jesteście wolni. Idźcie i nie grzeszcie więcej. Lecz jeśli upadniecie — wracajcie. Zawsze wracajcie. Drzwi miłosierdzia są zawsze otwarte.
Gdy nadejdzie dzień, w którym Ojciec objawi pełnię swojego miłosierdzia — nie będzie już potrzeby spowiedzi. Będzie pełnia oczyszczenia — oczyszczenia, które dokona się w ogniu miłości Bożej. Lecz dopóki trwacie w tym ciele śmiertelnym — korzystajcie z sakramentu pokuty z wdzięcznością i z ufnością.
Niech Ojciec wasz, który jest bogaty w miłosierdzie, da wam łaskę częstego i szczerego przystępowania do sakramentu pokuty. Niech Duch Święty, który został dany do odpuszczania grzechów, prowadzi was do prawdy o sobie samych i do wolności dzieci Bożych. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym akcie skruchy, w każdym słowie wyznania, w każdym rozgrzeszeniu — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Woda jeziora cicho pluskała o kamienie. Piotr, który przez cały czas milczał, podszedł bliżej i rzekł cicho:
«Panie, moje serce jest splątane grzechami i słabościami. Jak mam przyjąć to uzdrowienie?»
Jezus położył dłoń na jego ramieniu i odpowiedział:
«Przyjdź do Mnie w sakramencie pokuty. Przyjmij Moje przebaczenie. Pozwól, bym cię dotknął przez słowa rozgrzeszenia. Trwaj we Mnie — a Ja uzdrowię cię z każdej choroby duszy.»
I tak siedzieli jeszcze długo nad jeziorem, patrząc na wodę, na odbicie nieba, na odbicie ich własnych twarzy — a w ich sercach trwało pouczenie o sakramencie pokuty, które Nauczyciel objawił im, siedząc na brzegu Jeziora Genezaret.
Sakrament namaszczenia chorych
Gdy Jezus siedział na brzegu Jeziora Genezaret, gdzie fale cicho obmywały kamienie, a poranne światło odbijało się w wodzie jak rozbite światło, uczniowie i niewiasty wierne zebrali się wokół Niego w milczeniu. On spojrzał na jezioro, które było świadkiem tylu Jego uzdrowień, po czym przeniósł wzrok na zebranych i przemówił głosem spokojnym, lecz tak głębokim i miarowym, że słowa zdawały się przenikać przez szum fal i docierać do najskrytszych zakamarków serca.
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem pragnę dziś mówić wam o sakramencie namaszczenia chorych — o tym akcie łaski, który Kościół nazywa sakramentem chorych, sakramentem uzdrawiającym, sakramentem umocnienia w chorobie, a który w swej najgłębszej istocie jest przedłużeniem Mojej własnej misji uzdrawiania i Mojej męki przyjętej dla waszego zbawienia.
Sakrament ten nie jest „ostatnim namaszczeniem”, jak błędnie nazywano go przez wieki. Nie jest sakramentem wyłącznie dla umierających. Jest sakramentem dla każdego człowieka, który znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie zdrowia lub życia — a więc także w chorobie przewlekłej, w starości, przed operacją, w każdej sytuacji, w której życie cielesne jest realnie zagrożone. Sobór Watykański II przywrócił mu pierwotny charakter: sakramentu uzdrawiającego i umacniającego, a nie jedynie sakramentu przygotowującego do śmierci.
Rozważcie najpierw, dlaczego ten sakrament jest potrzebny.
Choroba nie jest jedynie cierpieniem ciała. Jest ona zawsze raną całej osoby — ciała, duszy i ducha. Gdy ciało słabnie, dusza lęka się, duch może popaść w rozpacz lub bunt. Choroba odsłania kruchość ludzkiej egzystencji. Przypomina o grzechu pierworodnym, o tym, że świat jest zraniony i podlega śmierci. W chorobie człowiek czuje się opuszczony, bezradny, bezsilny wobec tajemnicy cierpienia i końca. Właśnie w tej chwili Ojciec chce przyjść do niego osobiście — nie tylko przez lekarzy, przez leki, przez opiekę bliskich — lecz przez samego Chrystusa, który jest obecny w sakramencie.
Namaszczenie chorych jest więc sakramentem spotkania z Chrystusem cierpiącym i zmartwychwstałym. Chrystus, który sam przeszedł przez agonię Getsemani, przez biczowanie, przez drogę krzyżową, przez śmierć na Golgocie — przychodzi do chorego człowieka i mówi: „Ja wiem, co to znaczy cierpieć. Ja sam to przeżyłem. Nie jesteś sam. Jestem z tobą w twoim cierpieniu”.
Sakrament ten ma trzy zasadnicze skutki łaski:
— Umacnia ducha w chorobie
— Chory otrzymuje szczególne umocnienie Ducha Świętego, by mógł przyjąć cierpienie z wiarą, z nadzieją i z miłością — by nie zbuntował się przeciwko Bogu, by nie popadł w rozpacz, by potrafił ofiarować swoje cierpienie za Kościół i za świat.
— Odpuszcza grzechy
— Jeśli chory nie może się wyspowiadać (np. jest nieprzytomny lub w agonii) — sakrament namaszczenia odpuszcza mu grzechy ciężkie, pod warunkiem, że w życiu miał żal za grzechy. Nawet jeśli chory jest w stanie się wyspowiadać — namaszczenie odpuszcza grzechy powszednie i wszystkie pozostałości grzechu (karę doczesną za grzechy już odpuszczone).
— A czasem przywraca zdrowie ciała
— Sakrament może — gdy taka jest wola Boża — przywrócić zdrowie fizyczne. Kościół nigdy nie twierdził, że namaszczenie zawsze uzdrawia ciało — lecz zawsze uzdrawia duszę. Jeśli Bóg zechce — choroba może ustąpić całkowicie lub częściowo. Dlatego kapłan modli się: „oby Pan przez to święte namaszczenie i przez swoje miłosierdzie wspomógł cię łaską Ducha Świętego, aby uwolnił cię od grzechów, wybawił od cierpień i umocnił w chorobie”.
Rozważcie teraz sam przebieg sakramentu.
Kapłan przychodzi do chorego — do domu, do szpitala, do hospicjum — z olejem chorych (oliwą z oliwek zmieszaną z balsamem i poświęconą przez biskupa w Wielki Czwartek). Najpierw pozdrawia chorego słowami: „Pokój temu domowi” lub „Pokój temu miejscu”. Potem następuje pokropienie wodą święconą i modlitwa wprowadzająca.
Główna część sakramentu składa się z trzech elementów:
— Wysłuchanie słowa Bożego
— Kapłan czyta fragment Pisma Świętego — najczęściej jeden z tekstów o uzdrawianiu (np. Jk 5,14–15: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby grzechy popełnił, będą mu odpuszczone”).
— Włożenie rąk
— Kapłan kładzie ręce na głowie chorego — gest, który jest znakiem zstąpienia Ducha Świętego i znakiem Mojej własnej mocy uzdrawiającej. Włożenie rąk jest zawsze obecne w sakramentach uzdrawiania — tak jak Ja kładłem ręce na chorych.
— Namaszczenie
— Kapłan namaszcza chorego krzyżmem chorych na czole i na dłoniach (czasem także na innych częściach ciała), mówiąc słowa:
— „Przez to święte namaszczenie i przez swoje miłosierdzie niech cię Pan wspomaga łaską Ducha Świętego. Amen. Aby uwolnił cię od grzechów, wybawił od cierpień i umocnił w chorobie. Amen.”
Po namaszczeniu kapłan modli się za chorego — prosi o uzdrowienie duszy i ciała, o łaskę przyjęcia woli Bożej, o przygotowanie do dobrego przejścia przez bramę śmierci, jeśli taka jest wola Ojca.
Sakrament ten można powtarzać — ilekroć stan zdrowia chorego poważnie się pogarsza lub gdy choroba przewlekła wchodzi w nową, cięższą fazę. Można go przyjąć nawet kilka razy w ciągu życia — zawsze, gdy jest realne zagrożenie zdrowia lub życia.
Umiłowani Moi, sakrament namaszczenia chorych jest znakiem, że Bóg nie zostawia człowieka samego w chorobie. Jest znakiem, że Chrystus cierpiący i zmartwychwstały przychodzi do chorego człowieka i mówi: „Ja jestem z tobą. Ja przeszedłem przez największe cierpienie. Ja pokonałem śmierć. Nie lękaj się”.
Dlatego zachęcam was: nie bójcie się prosić o ten sakrament. Nie traktujcie go jako „ostatniego namaszczenia” — traktujcie go jako sakrament uzdrawiający i umacniający. Proście o niego, gdy jesteście ciężko chorzy, gdy idziecie na poważną operację, gdy starość czyni was słabymi, gdy choroba przewlekła staje się coraz cięższa.
Proście o niego dla waszych bliskich — dla rodziców, dla małżonków, dla dzieci, dla przyjaciół. Nie czekajcie do ostatniej chwili. Niech kapłan przyjdzie, gdy chory jest jeszcze w pełni świadomy — niech usłyszy słowa przebaczenia, niech przyjmie namaszczenie z wiarą, niech ofiaruje swoje cierpienie z miłością.
Gdy nadejdzie dzień, w którym Ojciec odnowi niebo i ziemię — nie będzie już potrzeby sakramentów. Będzie pełnia uzdrowienia — ciała uwielbionego, które nie zna choroby, duszy oczyszczonej, która nie zna grzechu, ducha napełnionego, który nie zna lęku.
Lecz dopóki trwacie w tym ciele śmiertelnym — korzystajcie z sakramentu namaszczenia chorych z wdzięcznością i z ufnością. On jest znakiem, że Ja jestem z wami. On jest znakiem, że Moja moc uzdrawiająca nie ustała. On jest znakiem, że Królestwo Boże jest już pośród was — nawet w cierpieniu.
Idźcie więc i nie lękajcie się choroby. Nie lękajcie się słabości. Nie lękajcie się śmierci. Ja jestem z wami. Ja uzdrawiam was — przez sakramenty, przez modlitwę, przez miłość braterską, przez ofiarę waszego życia.
Niech Ojciec wasz, który jest bogaty w miłosierdzie, da wam łaskę przyjmowania sakramentu namaszczenia chorych z wiarą. Niech Duch Święty, który został dany do umacniania w chorobie, prowadzi was przez wszystkie wasze cierpienia. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym akcie namaszczenia, w każdym przyjęciu łaski uzdrowienia — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Woda jeziora cicho pluskała o kamienie. Piotr, który przez cały czas milczał, podszedł bliżej i rzekł cicho:
«Panie, moje ciało jest słabe, a serce pełne lęku przed cierpieniem. Jak mam przyjąć to uzdrowienie?»
Jezus położył dłoń na jego ramieniu i odpowiedział:
«Przyjmij sakrament namaszczenia chorych z wiarą. Pozwól, bym cię dotknął przez ręce kapłana. Pozwól, bym cię umocnił w chorobie. Trwaj we Mnie — a Ja będę z tobą aż do końca.»
I tak siedzieli jeszcze długo nad jeziorem, patrząc na wodę, na odbicie nieba, na odbicie ich własnych twarzy — a w ich sercach trwało pouczenie o sakramencie namaszczenia chorych, które Nauczyciel objawił im, siedząc na brzegu Jeziora Genezaret.
Adam i Ewa w Raju
Gdy Jezus, po zmartwychwstaniu, oddalił się od uczniów na pewien czas, by trwać w samotnej modlitwie, przybył do jednej z jaskiń na wzgórzach powyżej Nazaretu — tej samej, w której jako dziecko nieraz chronił się przed upałem i w której Józef uczył Go ciesielskiego rzemiosła. Jaskinia była niska, chłodna, pachnąca wilgotnym kamieniem i suchymi liśćmi oliwnymi, które wiatr nanosił przez wąskie wejście. Światło dzienne wpadało jedynie wąskim pasmem przy otworze, tworząc na przeciwległej ścianie delikatny, drżący półcień.
Jezus usiadł na płaskim głazie, który służył Mu za siedzisko już za czasów dzieciństwa. Plecami oparł się o chłodną skałę, ręce położył na kolanach, wzrok utkwił w półmroku naprzeciwko. Po pewnym czasie przyszli do Niego uczniowie — ci, którzy Go szukali — oraz kilka niewiast wiernych. Weszli ostrożnie, nie zapalając lampy oliwnej, by nie zakłócać ciszy. Usiedli na ziemi przed Nim, tworząc półkole w bladym świetle wpadającym z zewnątrz.
Jezus nie zmienił pozycji. Przez długą chwilę milczał, pozwalając, by chłód kamienia i odległy szum wiatru wypełniły przestrzeń. Potem zaczął mówić — głosem niskim, powolnym, jakby każde słowo wydobywał z samej głębi wieczności:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem siedzę dziś w jaskini — w miejscu prostym, ciemnym, wydrążonym w skale, które jest obrazem serca ludzkiego po upadku: schronienia i więzienia zarazem — i z tej właśnie pozycji pragnę mówić wam o Adamie i Ewie w Raju, o pierwszym akcie wolności i pierwszym akcie nieposłuszeństwa, o chwili, w której stworzenie otrzymało dar wyboru i natychmiast go nadużyło, o ranie, która od tamtej pory towarzyszy każdemu z was.
Na początku Ojciec stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Nie jako niewolnika, nie jako marionetkę, nie jako istotę zdeterminowaną wyłącznie prawami natury — lecz jako osobę wolną, zdolną do miłości, która jest wolnym wyborem. Miłość bowiem nie może istnieć bez wolności. Można zmusić do posłuszeństwa, można zmusić do pracy, można zmusić do uległości — lecz nie można zmusić do miłości. Dlatego Ojciec dał człowiekowi wolność — prawdziwą, radykalną, aż do możliwości powiedzenia „nie”.
Raj — Eden — nie był miejscem magicznym, w którym wszystko działo się samo. Był ogrodem, w którym człowiek otrzymał zadanie: uprawiać go i strzec. Był miejscem spotkania z Bogiem, który przechadzał się po ogrodzie pod wieczór. Był miejscem, w którym Adam nazwał zwierzęta — aktem władzy twórczej, aktem uczestnictwa w stwórczej mocy Słowa. Był miejscem, w którym Adam i Ewa byli nadzy, a nie odczuwali wstydu — bo nie było jeszcze grzechu, który rodzi wstyd, nie było jeszcze spojrzenia, które ocenia i redukuje drugiego do przedmiotu.
W samym środku ogrodu Ojciec postawił dwa drzewa szczególne: drzewo życia i drzewo poznania dobra i zła. Drzewo życia było darem nieśmiertelności — symbolem trwania w komunii z Bogiem. Drzewo poznania dobra i zła było darem wolności — symbolem możliwości wyboru bez przymusu. Ojciec powiedział: „Z wszelkiego drzewa ogrodu możesz jeść do syta, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy zjesz, na pewno umrzesz”.
To „nie wolno” nie było tyranią. Było ochroną. Było granicą, która chroniła wolność przed autodestrukcją. Bóg nie chciał, by człowiek stał się sędzią dobra i zła — bo sędzią dobra i zła może być tylko Ten, kto jest samym Dobrem. Człowiek miał pozostać dzieckiem — dzieckiem wolnym, lecz nie samodzielnym w sensie ontologicznym. Miał żyć w relacji zaufania, w relacji posłuszeństwa, które jest najdoskonalszą formą wolności.
Lecz wąż — ten, który był już upadły, ten, który odmówił posłuszeństwa — przyszedł z pytaniem: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie ze wszystkich drzew ogrodu?”. To pierwsze kłamstwo — subtelne, prawie niewidoczne — polegało na zniekształceniu słowa Bożego. Bóg nigdy nie powiedział „nie jedzcie ze wszystkich drzew”. Powiedział dokładnie odwrotnie. Lecz wąż zasiał wątpliwość: „Czy naprawdę Bóg jest dobry? Czy naprawdę chce twojego dobra? Czy nie ogranicza cię z zazdrości?”.
Ewa odpowiedziała: „Możemy jeść owoce z drzew ogrodu, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, bo umrzecie”. Tu pojawił się drugi błąd — dodatek „nawet go dotykać”, którego Bóg nigdy nie powiedział. To już był ludzki lęk, ludzka nadinterpretacja, ludzka projekcja strachu na Boga.
Wtedy wąż wypowiedział największe kłamstwo w historii: „Na pewno nie umrzecie. Ale wie Bóg, że gdy zjeście z tego drzewa, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg — znający dobro i zło”.
Te słowa są kluczem do zrozumienia całego upadku. „Będziecie jak Bóg” — to jest pokusa, która leży u podstaw każdego grzechu. Człowiek chce być jak Bóg — nie przez uczestnictwo w Jego życiu, lecz przez uzurpację Jego miejsca. Chce sam decydować, co jest dobre, a co złe. Chce sam być źródłem prawa moralnego. Chce sam być sędzią ostatecznym.
Ewa spojrzała na drzewo i zobaczyła, że jego owoc jest „dobry do jedzenia, rozkoszny dla oczu i pożądany dla zdobycia wiedzy”. Trzy poziomy pokusy: pożądliwość ciała (dobry do jedzenia), pożądliwość oczu (rozkoszny dla oczu), pycha życia (pożądany dla zdobycia wiedzy). Te trzy poziomy pokusy powtarzają się w każdym grzechu — aż do dziś.
Ewa wzięła owoc i jadła. Potem dała mężowi, który był z nią — i on jadł. Adam nie został oszukany przez węża — on świadomie wybrał. Wybrał solidarność z Ewą kosztem solidarności z Bogiem. Wybrał miłość ludzką kosztem miłości Bożej. To był pierwszy grzech — grzech solidarności w złu.
Wtedy otworzyły się im oczy — lecz nie tak, jak obiecywał wąż. Otworzyły się na wstyd. Zobaczyli swoją nagość — nie tylko fizyczną, lecz przede wszystkim moralną. Zobaczyli, że są odsłonięci, bezbronni, winni. Szybko zrobili sobie przepaski z liści figowych — pierwszą próbę zakrycia grzechu własnymi rękami, pierwszą próbę samo-usprawiedliwienia.
Gdy Ojciec przyszedł do ogrodu pod wieczór — jak zawsze — wołał: „Adamie, gdzie jesteś?”. To pytanie nie było wyrazem niewiedzy Boga. Było wyrazem bólu Ojca, który widzi, że dziecko się ukrywa. Adam odpowiedział: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się”. To była pierwsza spowiedź w historii — szczera, lecz niepełna. Adam przyznał się do nagości i do strachu — lecz nie przyznał się do grzechu. Zamiast tego oskarżył Ewę: „Kobieta, którą mi dałeś, dała mi owoc z drzewa i zjadłem”.
Ewa z kolei oskarżyła węża: „Wąż mnie zwodził i zjadłam”.
Nikt nie powiedział: „Ja zgrzeszyłem. Ja wybrałem. Ja ponoszę odpowiedzialność”.
To jest sedno grzechu pierworodnego: ucieczka od odpowiedzialności, przerzucanie winy na drugiego, na okoliczności, na Boga samego. „Kobieta, którą mi dałeś” — to oskarżenie skierowane przeciwko Ojcu. „Wąż mnie zwodził” — to oskarżenie przeciwko stworzeniu. Nikt nie powiedział: „Ja”.
Ojciec nie pozostawił ich samym sobie. Nie zabił ich natychmiast — choć śmierć weszła na świat jako konsekwencja grzechu. Nie odebrał im wolności — choć wolność ta stała się teraz wolnością do zła. Nie przeklął ich bez nadziei. Dał im obietnicę — protoewangelię: „Wprowadzę nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę”.
To jest pierwsza zapowiedź Zbawiciela — Niewiasty, której potomstwo zmiażdży głowę węża. To jest pierwsza zapowiedź Maryi i Jej Syna.
Potem Ojciec uczynił im odzienie ze skór zwierząt — pierwsza ofiara krwi w historii. Krew zwierząt przelana za grzech człowieka — zapowiedź Krwi Baranka, która miała być przelana za grzechy świata.
I wygnał człowieka z ogrodu Eden, by nie sięgnął ręką po drzewo życia i nie żył wiecznie w stanie grzechu. Wygnanie było aktem miłosierdzia — aktem ochrony przed wiecznym cierpieniem w grzechu. Bóg postawił cherubów z płomienistym mieczem, by strzegli drogi do drzewa życia — nie po to, by zamknąć człowiekowi drogę powrotną na zawsze, lecz po to, by zamknąć ją do czasu, aż przyjdzie Ten, który otworzy ją na nowo.
Od tamtej chwili człowiek żyje na wschód od Edenu — w świecie naznaczonym cierpieniem, pracą w pocie czoła, bólem porodu, konfliktem między mężczyzną a kobietą, konfliktem z naturą, konfliktem z samym sobą. Lecz w tym świecie pozostaje obietnica — obietnica Niewiasty i Jej potomstwa, obietnica zmiażdżenia głowy węża, obietnica powrotu do ogrodu, obietnica nowego stworzenia.
Umiłowani Moi, grzech Adama i Ewy nie jest tylko wydarzeniem historycznym. Jest wydarzeniem, które trwa w każdym z was. Każdy z was powtarza ten sam wybór: „Czy zaufam Bogu, czy zaufam sobie?”. Każdy z was słyszy szept węża: „Czy naprawdę Bóg chce twojego dobra? Czy naprawdę warto być posłusznym?”. Każdy z was staje przed drzewem i musi zdecydować: posłuchać Słowa Bożego czy posłuchać głosu pożądania, pychy, lęku.
Lecz każdy z was otrzymuje także obietnicę — obietnicę, że istnieje Potomstwo Niewiasty, które już zmiażdżyło głowę węża na krzyżu. Istnieje Chrystus, który stał się nowym Adamem — posłusznym aż do śmierci, a nawet do śmierci krzyżowej. Istnieje nowa Ewa — Maryja — która powiedziała „fiat” tam, gdzie pierwsza Ewa powiedziała „nie”. Istnieje nowe drzewo życia — krzyż, na którym zawisło Ciało Chrystusa, a z Jego boku wypłynęła krew i woda — źródła nowego życia.
Dlatego grzech pierworodny nie jest waszym ostatecznym losem. Jest raną — lecz raną, która została uleczona. Jest upadkiem — lecz upadkiem, z którego można powstać. Jest śmiercią — lecz śmiercią, która została pokonana zmartwychwstaniem.
Gdy więc czujecie w sobie skutki grzechu pierworodnego — wstyd, lęk, skłonność do zła, trudność w zaufaniu Bogu — nie rozpaczajcie. Pamiętajcie, że jesteście w tym samym położeniu co Adam i Ewa po upadku — lecz macie coś, czego oni nie mieli: znacie imię Tego, który ma zmiażdżyć głowę węża. Macie sakramenty, które przywracają łaskę. Macie Kościół, który jest nowym Edenem. Macie Mnie — który jestem Drogą, Prawdą i Życiem.
Idźcie więc i nie lękajcie się. Nie lękajcie się własnej słabości. Nie lękajcie się grzechu. Nie lękajcie się śmierci. Ja jestem z wami. Ja już pokonałem węża. Ja już otworzyłem drogę do drzewa życia. Ja już przywróciłem wam możliwość życia w komunii z Ojcem.
Niech Ojciec wasz, który nie opuścił Adama i Ewy nawet po upadku, nie opuszcza was w waszych upadkach. Niech Duch Święty, który tchnął życie w proch, tchnie nowe życie w wasze serca. Niech imię Moje będzie uwielbione w każdym momencie, w którym powstajecie z grzechu — teraz i na wieki wieków.
Amen.»
Jezus umilkł. Ostatni promień słońca zniknął za wzgórzem. Jaskinia pogrążyła się w półmroku. Uczniowie siedzieli w ciszy, patrząc na Niego, na kamień, na ciemność — i po raz pierwszy czuli, że ich własne życie jest powtórzeniem historii Adama i Ewy, lecz z nadzieją, której tamci nie mieli: nadzieją na Tego, który już przyszedł i który już zwyciężył.
Po długiej chwili Piotr nachylił się i zapytał cicho:
«Panie, jak mam żyć z tą raną, którą noszę od Adama?»
Jezus wskazał na otwór jaskini, przez który widać było pierwsze gwiazdy, i odpowiedział:
«Patrz na te gwiazdy. One też są ranami — ranami nieba, które rozdarło się, by dać światło. Lecz w tych ranach jest piękno. Tak samo twoja rana — gdy oddasz ją Mnie — stanie się miejscem, przez które będzie świecić Moje światło. Trwaj we Mnie. A rana stanie się źródłem życia.»
I tak siedzieli jeszcze długo w ciemności jaskini, aż gwiazdy stały się jaśniejsze, a oni — napełnieni nadzieją — wrócili do domów, niosąc w sercach pouczenie o Adamie i Ewie w Raju, które Nauczyciel objawił im, siedząc w jaskini nad Nazaretem.
Grzech pierworodny
Gdy Jezus siedział w jaskini nad Nazaretem, gdzie chłodny półmrok otulał kamienne ściany, a przez wąski otwór wpadało jedynie wątłe światło wieczoru, uczniowie i niewiasty wierne usiedli wokół Niego na ziemi. On sam oparł plecy o skałę, ręce położył na kolanach i przez długą chwilę milczał, pozwalając, by cisza jaskini stała się częścią słów, które miał wypowiedzieć.
W końcu podniósł wzrok i przemówił — głosem niskim, powolnym, jakby każde zdanie wydobywał z najgłębszej studni prawdy:
«Słuchajcie Mnie pilnie, umiłowani Moi, albowiem siedzimy dziś w jaskini — w miejscu ciemnym i ciasnym, które jest obrazem stanu człowieka po upadku: schronienia, które stało się więzieniem, bliskości z ziemią, która stała się ciężarem — i z tej właśnie pozycji pragnę pogłębić z wami temat grzechu pierworodnego. Nie po to, by was pogrążyć w smutku czy lęku, lecz po to, byście zrozumieli rozmiar rany, a przez to rozmiar Miłości, która tę ranę uleczyła.
Grzech pierworodny nie jest jedynie historycznym epizodem, który wydarzyło się gdzieś na początku, w ogrodzie Eden, i który dotyczy tylko Adama i Ewy. Jest on rzeczywistością, która dotyka każdego człowieka od chwili poczęcia. Nie jest on osobistym grzechem, którego się dopuściliśmy — jest stanem, w którym się rodzimy. Jest raną natury ludzkiej, która została zadała w samym początku i która odtąd przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, tak jak przekazywana jest sama natura ludzka.
Rozważcie najpierw, czym dokładnie jest grzech pierworodny.
Ojciec stworzył człowieka w stanie sprawiedliwości i świętości pierwotnej. Oznacza to, że Adam i Ewa:
— posiadali łaskę uświęcającą — żywą komunię z Bogiem,
— byli wolni od pożądliwości nieuporządkowanej — ich zmysły i popędy były całkowicie podporządkowane rozumowi i woli,
— nie znali śmierci — nie jako kary, lecz jako przejścia do pełni życia,
— nie znali wstydu — bo nie było jeszcze spojrzenia, które redukuje drugiego do przedmiotu,
— posiadali dar wiedzy — rozumieli świat w sposób harmonijny, bez konfliktu między prawdą a pragnieniem.
Ten stan nazywamy stanem sprawiedliwości pierwotnej lub stanem łaski uświęcającej przed upadkiem.
Gdy Adam i Ewa świadomie i dobrowolnie zerwali z Bogiem — posłuchali węża zamiast Słowa Bożego — utracili ten stan. Utracili go nie tylko dla siebie, lecz dla całej ludzkiej natury, którą reprezentowali. Grzech ich nie był tylko ich prywatnym upadkiem — był upadkiem głowy rodzaju ludzkiego. Dlatego konsekwencje tego grzechu przeszły na wszystkich potomków Adama i Ewy — czyli na całą ludzkość.
Grzech pierworodny polega więc na utracie łaski uświęcającej i na zranieniu natury ludzkiej. Człowiek rodzi się już bez łaski uświęcającej — rodzi się w stanie grzechu pierworodnego. Jednocześnie jego natura została zraniona: rozum przyćmił się, wola osłabła, zmysły i popędy wymknęły się spod kontroli rozumu, pojawiła się nieuporządkowana pożądliwość, pojawił się wstyd, pojawiła się śmierć.
To zranienie natury nazywamy konsekwencjami grzechu pierworodnego — concupiscentia, pożądliwością, skłonnością do zła. Nie jest to sam grzech — jest to rana, która sprawia, że człowiek jest skłonny do grzechu. Nawet po chrzcie, który gładzi grzech pierworodny i przywraca łaskę uświęcającą — pozostaje ta rana: pożądliwość, skłonność do zła, trudność w czynieniu dobra.
Dlatego nawet ochrzczony człowiek może upaść — i upada. Dlatego nawet święci walczą z pokusami aż do końca życia. Dlatego Kościół nigdy nie przestaje wzywać do nawrócenia i pokuty.
Rozważcie teraz, dlaczego grzech pierworodny przekazywany jest przez pokolenia.
Nie jest to przekazywanie winy osobistej — nikt nie ponosi winy za grzech Adama jako za swój własny czyn. Jest to przekazywanie stanu — stanu utraty łaski i zranienia natury. Tak jak dziecko dziedziczy po rodzicach cechy biologiczne — kolor oczu, wzrost, predyspozycje do chorób — tak dziedziczy stan natury zranionej przez grzech pierworodny.
Św. Paweł wyjaśnia to jasno: „Przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przyszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli”. Grzech wszedł przez jednego — Adama — i przez niego dotknął wszystkich. Lecz nie dlatego, że wszyscy osobiście zgrzeszyli w Adamie — lecz dlatego, że wszyscy byli w Adamie jako w głowie rodzaju ludzkiego.
To jest klucz do zrozumienia Odkupienia. Tak jak przez jednego człowieka — Adama — przyszła śmierć, tak przez jednego Człowieka — Chrystusa — przyszło zmartwychwstanie. Chrystus jest nowym Adamem — głową nowego rodzaju ludzkiego. W Nim wszyscy zostają odnowieni — tak jak w Adamie wszyscy zostali zranieni.
Dlatego chrzest jest sakramentem, który włącza człowieka do Chrystusa — do nowego Adama. W chrzcie umieramy z Chrystusem dla grzechu i powstajemy z Nim do nowego życia. Grzech pierworodny zostaje zgładzony — zostaje odjęta wina i kara wieczna. Pozostaje jednak rana — pożądliwość, skłonność do zła — która jest konsekwencją grzechu pierworodnego i która będzie nas towarzyszyć aż do śmierci.
Rozważcie teraz, dlaczego Bóg pozwolił na grzech pierworodny i na jego konsekwencje.
Nie dlatego, że chciał zła. Bóg nie chce zła — Bóg jest samym Dobrem. Lecz Bóg szanuje wolność, którą sam dał. Wolność prawdziwa musi obejmować możliwość wyboru zła — inaczej nie byłaby wolnością. Bóg wiedział, że człowiek może wybrać zło — i wiedział, że wybierze. Lecz nie odebrał mu wolności, bo miłość nie zmusza.
Bóg wiedział też, że z tego zła może wyprowadzić większe dobro. Felix culpa — szczęśliwa wina — śpiewa Kościół w Wigilię Paschalną. Szczęśliwa, bo zasłużyła na tak wielkiego Odkupiciela. Grzech pierworodny stał się okazją do objawienia największej miłości Boga — miłości, która staje się człowiekiem, cierpi, umiera i zmartwychwstaje, by człowieka podnieść z upadku.
W tym sensie grzech pierworodny jest częścią tajemnicy Opatrzności. Bóg nie chciał grzechu — lecz dopuścił go, wiedząc, że może z niego wyprowadzić większe dobro. To nie oznacza, że grzech jest dobry — grzech pozostaje złem. Oznacza jedynie, że Bóg jest większy niż grzech, że Jego miłosierdzie jest większe niż ludzka niegodziwość, że Jego plan zbawienia jest mądrzejszy niż ludzka głupota.
Rozważcie wreszcie, jak żyć z konsekwencjami grzechu pierworodnego.