© Copyright by Emilia Skowron
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
Dedykacja
Mojej Mamie najlepszej za to,
co uczyniła, bym była
człowiekiem, jakim jestem
Prolog
— Wystrzeliłeś? — rzucił zaintrygowany, bo twarz Szejmy zacięła się i zamknęła w sobie. Ściskał w dłoniach Dagona, jakby zasłaniał mu usta, siłą wymuszając milczenie. — Ooo, tak… Widać ten strzał w twoich oczach — rzekł zafascynowany Cipri. Kręcił się w fotelu. Nie mógł usiedzieć na miejscu, jakby dostał nagłej gorączki. — Tego nie wie o tobie ani profesor, ani S., ani Abel.
Szejma patrzył na niego z odrazą. Podniecenie, jakie wzbudził w nim ten temat, było paskudne i chore.
Cipri próbował opanować natłok myśli. Poprzekładał kilka rzeczy na biurku, udając, że sprząta. Potem chrząknął, przywołał na twarz obojętność i znieruchomiał.
— Był ważniejszy niż ci Filistyni, których skazywałeś na zsyłkę? — zapytał na pozór beznamiętnie.
„Doktorze Lancelot. Dzięki uprzejmości Instytutu Antropometrii zostałem pańskim nowym asystentem”, Hugon stał przed fotelem Szejmy jak żywy.
— Nie — odpowiedział Szejma.
— Był — poprawił go Cipri, dopatrzywszy się prawdy w jego oczach.
Część pierwsza
[1]
Anastazja lubiła słuchać muzyki przy obiedzie.
Zgodnie z jej życzeniem, zanim podano do stołu, Bea codziennie nastawiała gramofon zniesiony z gabinetu dzień po śmierci Dawida. Być może bajroniczne ballady miały uzdrawiający wpływ na duszę Anastazji.
Prawdopodobnie właśnie muzyki brakowało Suzanne podczas obiadu tamtego dnia, gdy do dworu przybył Heron ze swym wojskiem. Odkąd zasiadła do stołu, czuła dotkliwą pustkę. Początkowo nie potrafiła odnaleźć jej przyczyny. Gdy w końcu uświadomiła sobie, że tym razem Bea nie nastawiła płyty, dziwny niepokój nie ustał. Nie chodziło tylko o muzykę.
S. miała złe przeczucia. Szukała ich źródła, lecz nie potrafiła skupić myśli. Rozmazywały się w przestrzeni, wnikały w otchłań. Momentami pragnęła sama zniknąć, przekształcić swoje istnienie w suchy powiew. Zawsze znajdowała powód, by pozostawić życie takim, jakim było — powód często ten sam, równie banalny, co wyjątkowy. Przyrzekała sobie: czekać.
Czuła się niezręcznie, jak zawsze w obecności Herona. Ten człowiek zakłócał jej wewnętrzną równowagę. Był jak choroba morska, uciążliwa i niespodziewana na stałym lądzie. Dziwiła się Anastazji, która nigdy nie traciła nad sobą kontroli. Ale Anastazja posiadała silny organizm niepodatny na choroby i skamieniałą, brzydzącą się skargą dumę. Oba te czynniki czasem wiązały jej usta, a czasem je otwierały, aby wyswobodzić właściwe, zręczne słowa — słowa niekiedy potężne i niepodważalne.
S. nie potrafiła sobie przypomnieć, jak dawniej wyglądały wspólne obiady z Heronem. Była prawie pewna, że między nim a Dawidem toczyła się nieuchwytna dżentelmeńska rywalizacja, lecz nie odnajdywała w swej pamięci żadnego symbolicznego obrazu, który by to potwierdzał. Jak na dyplomatów przystało, obaj odznaczali się wyborową dyskrecją.
Z drugiej strony byli również żołnierzami — żaden z nich nie bałby się pobrudzić, chociaż po tylu latach doświadczeń dobrze wiedzieli, jak zręcznie i kryształowo unikać osmarowywania sobie rąk. Heron korzystał z tego aż nadto, lecz może właśnie to uczyniło go zwycięzcą w każdej postaci tego słowa, podczas gdy Dawid był tylko jednym z wielu za wcześnie pochowanych wiarusów.
Nikt we dworze nie wątpił, jak bardzo zależało Heronowi na władzy. Niewykluczone, że po śmierci kuzyna próbował niezauważalnie podkraść rolę gospodarza Rybianki, by zarządzać nie swoim majątkiem, uznając to za naturalną kolej rzeczy. Jego zachowanie było zanadto sugestywne, lecz jedyne, co udało mu się zająć, to honorowe miejsce Dawida u szczytu stołu. Dla S. to i tak było za dużo, nasuwało zbyt wiele domysłów. Anastazja zdawała się tego nie dostrzegać. S. zagryzała wargi ze zgryzoty, lecz nie śmiała podsuwać aluzji. Była tu obca.
Siedząc sztywno przy stole ze wzrokiem wbitym w nietknięty posiłek, S. rozmyślała nad zmianami, jakie zachodziły, gdy w Rybiance pojawiał się Heron. Jego przyjazd wprowadzał zawsze pewną dezorganizację, chociaż rzadko się zdarzało, aby pojawiał się bez zapowiedzi. Gdy stawiał swój pierwszy krok na dziedzińcu, powietrze robiło się cięższe, słońce paliło zbyt mocno, woda wysychała zbyt szybko. Owady zagłuszały nawet skargi więźniów pracujących na plantacji, zapach środków do pastowania podłóg zbyt nachalnie wdzierał się w nozdrza, słowa nie układały się w logiczną całość, cisza ciągnęła się bez końca, muzyka umierała, a sen nadchodził za późno.
S. wiedziała, że nie tylko ona odczuwała ten zamęt. Heron zniekształcał ich świat, odbierał mu harmonię. Był jak drzazga w palcu — bardzo podobna do tej, która doprowadziła rodaków S. do ostateczności, a jej ojczysty kraj do ruiny.
Podczas gdy S. tonęła w mętnych, paranoicznych myślach, Heron swobodnie dyskutował o polityce z Anastazją zasiadającą po jego lewicy.
Nie tylko S. miejsce pani domu przy stole wydawało się niewłaściwe, ukazujące jej uległość względem mężczyzny, wyolbrzymiające dodatkowy dyshonor, jakby nie była warta nawet tego pustego krzesła po prawej stronie gościa, lecz Anastazja obracała w ruinę wszelkie konwenanse i absolutnie nie traktowała tego jako obelgi. Lubiła siadać plecami do drzwi, jakby w ten sposób dając innym do zrozumienia, że nawet niespodziewane najście wroga nie może wytrącić jej z równowagi i nakłonić do przerwania obiadu.
Lubiła to miejsce z jeszcze jednego powodu. Idealnie przed jej oczami na przeciwległej ścianie wisiał obraz wykonany ręką Dawida. Przedstawiał pełne morze, kilka drobnych fal i zagubione w tej mieszaninie granatu, turkusu i bieli skrzące się, migotliwe błyski. Może właśnie taki widok miewał przed swoimi oczami młody Dawid w czasie swoich służbowych morskich podróży. Morze było najważniejsze, ale na obrazie znajdował się również klasyczny statek z majestatycznymi, rozdętymi, białymi żaglami — nie różnił się w zasadzie niczym od tysiąca takich samych przestarzałych statków, co dzień przybijających do portów Scypionu, lecz równie dobrze po tym właśnie pokładzie mógł kiedyś spacerować jej mąż, spoglądając w daleki horyzont stęsknionymi oczyma i wyobrażając sobie zamiast tej bezkresnej, monotonnej tafli wody aksamitną, pachnącą, błękitną pościel zaścielającą ich opustoszałe małżeńskie łoże.
W lewym rogu płótna Dawid umieścił afrykańskie przysłowie — litery wypisane szarawą farbą prawie znikały w morskiej poczerniałej głębinie: Spokojne wody nie kształtują dobrych żeglarzy.
Anastazja wolała myśleć, iż Dawid był bardziej artystą niż żołnierzem. Trudno byłoby postronnemu świadkowi ocenić, czy miała rację, skoro sam Dawid wielokrotnie wątpił w autentyczność swojego powołania. Skoro była kobietą, która nigdy nie myliła się w swoich osądach, może i tym razem jej przeczucie było słuszne. Czyż wojskowym nie stawał się tylko na służbie, a artystą nie był przez całe swoje życie?
— Polityka jest sztuką, moja najdroższa Anastazjo.
Do świadomości S. dotarł łagodny, lecz podszyty nutą wyniosłości głos Herona. Uznała, że niezwykły gość Anastazji musiał być mężczyzną o wyjątkowym tupecie, skoro do silnej, niezależnej kobiety — ewenementu obecnych czasów — przemawiał w tak niewybredny sposób. W relacjach między Heronem a Anastazją było jednak coś niejasnego, co nie pozwalało przypisać im konkretnych ról. S. nie potrafiła jednak dotrzeć do tej tajemnicy, odkryć intrygującej więzi, jaka ich łączyła i nie pozwalała Anastazji potraktować Herona tak jak każdego innego napuszonego mężczyzny próbującego przejąć dominację. S. nie mogła pojąć, dlaczego. To, że niejako byli rodziną, nie miało nic do rzeczy. Pani domu nie szalała za sentymentami i podtrzymywaniem za wszelką cenę kontaktów rodzinnych.
Bez względu na to, czy chodziło o interesy, dwór, okupację czy o cokolwiek innego, mimo pełnego zaufania do rozsądnej, zrównoważonej Anastazji i jej przenikliwych, zazwyczaj logicznych działań, krew S. burzyła się na myśl, jak bardzo urąga ona świętej pamięci Dawidowi, wdając się w zażyłość z jego bliskim kuzynem i bądź co bądź największym rywalem. Podobne zmartwienia zaprzątały głowy wielu innych osób z najbliższego otoczenia Anastazji. Od zawsze źródłem niepokoju była sama osoba Herona, jakby nieustannie sypał on piachem po ich oczach.
— Polityka jest sztuką, ale nie byle jaką — powtórzył Heron, opierając potężne ramiona na podłokietnikach. — To męska sztuka, Anastazjo. Potrzeba jej męskiej fantazji. Pewnego męskiego porządku — przemawiając, Heron mrużył oczy. — Polityka i wojna to zarozumiałe siostrzyczki, które nie znoszą kobiet.
Anastazja przypatrywała mu się z niewzruszonym spokojem.
— Kobiety mogą podziwiać tę sztukę. Mogą przyglądać się do woli i delektować nią, ale tworzenie jej należy do mężczyzn. To w umysłach mężczyzn rodzą się najdoskonalsze strategie, to my kierujemy przeznaczeniem. Ulepiliśmy z cholernej gliny cały ten świat, w którym teraz możemy wszyscy wspólnie egzystować. Pomyśl o wszystkim, co zrobiłem, kochanie, do czego doszedłem, co poświęciłem dla tego kraju, ile zburzyłem, aby teraz budować. Czyż nie należę do jednych z najznakomitszych rzemieślników? Kobieta nigdy by tego nie dokonała. To nie wasza wina! Nie jesteście przystosowane do takich wyzwań. — Przy następnych słowach na szorstkiej twarzy Herona pojawił się leciutki, przebiegły uśmieszek. — Ale w tobie, moja droga, dostrzegam jakiś męski pierwiastek. Niewiarygodne, prawda? Kobieta z krwi i kości, o ciele i spojrzeniu bogini, z takim umysłem jak ty, Anastazjo, stanowi niebywały okaz. Dlatego z tobą mogę rozmawiać o polityce godzinami, snuć teorie spiskowe i rozważać nad zarządzeniami konstytucji. Nigdy mi się nie znudzisz.
Na prośbę Herona Anastazja podała mu swoją dłoń. Uścisnął ją, przyglądając się charyzmatycznej kobiecej twarzy z wyraźną sympatią. Przez chwilę gładził zewnętrzną stronę jej pozornie słabej dłoni o nienagannych paznokciach. Gładka skóra nieskalana pracą była tak odmienna i nieprzywykła do szorstkiego dotyku stwardniałych palców Herona. Anastazja nigdy nie zaznała fizycznego zmęczenia, więc nigdy nie zrozumiałaby znaczenia jego wysiłku, był tego pewien. On jednak swoje już zrobił, a te ręce były tylko dowodem na to, że nie zawsze korzystał z siły cudzych mięśni.
Oboje nie spuszczali z siebie oka. Toczyli niemą dysputę, której słowa nie mogły dopłynąć do uszu reszty obecnych. Gdy wzrok Herona zaczął ziębnąć, Anastazja nie wykazała ani grama niepokoju.
— Ale nie baw się w wojnę, Anastazjo.
Olbrzymia, zdobiona złotymi pierścieniami dłoń Herona na moment zakryła szczupłą dłoń Anastazji i przycisnęła ją do stołu; nieboleśnie, lecz dostatecznie wymownie.
— Nie wysługuj się moimi ludźmi. Ci równie groźni, co przystojni panowie mają swoje zadania. Jedno z nich to pilnowanie porządku w obozie. Drugie to dbanie o bezpieczeństwo dworu. Teraz już wiesz, że wszystkie decyzje i zarządzenia, jakie im wydajesz, konsultują ze mną. Więc powstrzymaj się przed wykorzystywaniem nadaremnie ich cennego czasu i jeszcze cenniejszego wysiłku… — Ręka Herona uniosła się do gładko ogolonego męskiego policzka, ale nim go dotknęła, palec wskazujący poruszył się nieznacznie w ostrzegawczym geście. — Nie zaprzątaj sobie głowy moją wojną. To niebezpieczna zabawa, a mi na niczym innym nie zależy tak jak na waszym bezpieczeństwie.
S. nieśpiesznie podniosła wzrok i napotkała pogodne spojrzenie Nadii. Uroda dziewczynki zachwycała ją niezmiennie każdego dnia, tak jak i odziedziczona po matce niezłomność ducha. Była rozpieszczona do granic możliwości jak każde bogate dziecko, które kochają wszyscy bez wyjątku, ale różniła się od innych dziewięcioletnich, arystokratycznych dziewczynek. Dawid zaszczepił w niej jakieś ziarenko prostoduszności, które uczyniło z niej wyjątkową, miłościwą młodą damę ze szlachetnym sercem i niekończącym się zapałem do działania.
Wszyscy wokół starali się ją chronić, trzymać z dala od przemocy i zniszczenia. W kraju panował względny spokój, mimo ziejących pustką luk po mężczyznach wysłanych na front albo przeniesionych decyzją sztabu generalnego do dalekich obcych miast za przesuwającą się wciąż granicą. Heron starał się zapełnić te luki wojennymi łupami, sądząc, że można przekupić ludzką pamięć. Lecz do dworu co rusz napływały nie zawsze korzystne wieści niesione przez chłodny wschodni wiatr — wieści o krzywdzie, jaką oprawcom zadała wskrzeszona przez nich bestia.
Niektórzy wciąż wierzyli, iż Rybianka jest idealnym miejscem na azyl, mimo znajdującego się tuż obok obozu przymusowej pracy dla Filistynów. Fantazyjne wymówki i tłumaczenia, jakie wymyślali dla obrony nieskalanej duszy Nadii przed kurzem brutalnej rzeczywistości zadziwiłyby niejednego bajkopisarza. Jeśli ktokolwiek mógł pozostać nieskazitelnie czysty — to tylko mała Nadia.
Obie siedziały przy tym samym stole, lecz S. wydawało się, że znajdują się bardzo daleko od przyziemnych spraw tak bliskich Heronowi i Anastazji. Słowa toczącej się obok rozmowy zupełnie mimochodem przenikały do ich wymiaru pozbawionego zwyczajowej szarości.
— Wybacz, Marco — odparła Anastazja taktownie, bez śladu urazy. Wysiliła się nawet na pokorny, elegancki uśmiech. — Nie będę już gnębić twoich ludzi. Powinni skupić się wyłącznie na obowiązkach, jakie im wyznaczyłeś.
Heron nie był zaskoczony. Nie spodziewał się innego obrotu sprawy. Mimo wszystko domyślał się, iż Anastazja potraktuje jego słowa jako atak, nawet jeśli nie wspomni o tym wprost, dlatego, chcąc ją ugłaskać, dodał lojalnie:
— To nie przygana, moja miła, lecz prośba. Liczę, że nie zrozumiałaś nieopacznie moich intencji.
— Nie obawiaj się, Marco.
S. nie mieszała się w sprawy Anastazji, dlatego też nie miała pojęcia, o co gniewał się Heron. Magnatka nieskora była do zwierzeń, w dodatku stanowczo tępiła wścibstwo. Nie były przyjaciółkami. W zasadzie wiedziały o sobie niewiele, nienaturalnie mało jak na dwie kobiety mieszkające pod jednym dachem od miesięcy. Swoim pobytem we dworze S. naruszała świętą przestrzeń Anastazji, choć z ust pani domu nie padło ani jedno słowo skargi. S. jednak wiedziała swoje i w chłodnej, lecz gościnnej postawie gospodyni odnajdywała przebłyski dyskomfortu i skrzętnie skrywanej niechęci wynikającej nie z czyjejś winy, lecz ze zbiegu niezręcznych okoliczności.
Heron i Anastazja powrócili do rozmowy o gospodarce, suszy, uprawie tytoniu i ostatnich zbiorach. Heron pytał o Filistynów w taki sposób, jakby próbował się dowiedzieć, czy pozostawione na odchów stadko niesfornych jałówek nie narobiło zbyt wielkich szkód, jednak Anastazja nie była w stanie udzielić mu stosownej odpowiedzi. Interesowała ją ziemia i plony, nie pracownicy, szczególnie ci, których musiano trzymać tu siłą. Nie odpowiadała za nich. Zarządzaniem obozem zajmowali się wojskowi Herona na czele z porucznikiem Dizerem.
Dopiero gdy Nadia za pozwoleniem matki wstała od stołu, głównym tematem rozmowy stała się wojna. Niezależnie od tego, jak bardzo starali się mówić o czymś innym, wojna wciąż była obecna, choć milcząca, nachalnie wdzierała się na języki i zaćmiewała umysły. Można było plewić chwasty, oporządzać konie albo pić herbatę na słonecznej werandzie przy lekturze ulubionego poematu — wojna pozostawała żywa, silna i nieprzejęta. Dla Anastazji była polityczną grą, dla S. szeregiem okrutnych, choć odległych śmierci; gdy kurz opadał, pozostawały tylko puste łóżka, nieobsiane pola i zawodzenie matek. Dla Herona wojna była obiecującym koniem wyścigowym, dzięki któremu mógł zaistnieć w światowej historii, dla jego ludzi rutyną — wszystko jedno, czy przyjmowała formę światowego kataklizmu czy dobrze prosperującego biznesu, zawsze wymykała się spod kontroli.
— Cieszę się z twojej wizyty, Marco. Dziwię się tylko, że mimo napiętej sytuacji w Kartaginie zdecydowałeś się na odpoczynek.
Na opanowanej twarzy Herona pojawił się ślad podejrzliwości.
— Mimo napiętej sytuacji…? Co masz na myśli? — zdziwił się wielce, trudno byłoby stwierdzić, czy szczerze.
Anastazja uśmiechnęła się lekko, jakby rzeczywiście ją rozbawił.
— Czytam gazety, Marco. Wydają je w różnych językach, wiesz? — S. widziała, jak Anastazja unosi kieliszek wina do ust i mruży oczy, jakby chciała tym ukryć sarkazm. — Wszystkie piszą o tym samym. — Skóry Herona dotknął przenikliwy, wyzywający wzrok. — Nie powiedziałeś, że w Kartaginie wybuchło powstanie.
Heron uniósł nonszalancko brwi, jakby nie było to niczym istotnym.
— Znając ciebie, sądziłam — kontynuowała Anastazja z ledwo dostrzegalnym naciskiem — że będziesz osobiście koordynował działania wojsk i zadbasz o to, by Kartagińczycy nie doprowadzili do przewrotu.
— Gazety zmyślają, Anastazjo — odparł Heron, ale jego głos nie brzmiał tak lekko i swobodnie jak powinien w takim przypadku. — Przekłamują prawdę. Kilku zapaleńców z podziemia wznieciło bunt w jednym z niewielkich, w zasadzie nie liczących się w tej wojnie miast. Ideologia i zapał tych nierozważnych, hałaśliwych wichrzycieli nie porwały za sobą monstrualnej liczby ludności. Stłumienie oporu nie potrwa długo. Moi ludzie czuwają nad tym.
— Nie tak dawno temu kilku twoich posłów wróżyło ci rychły upadek.
— Tamci dżentelmeni już nie są moimi posłami.
Anastazja patrzyła na niego w zamyśleniu.
— Uwiera mnie twój brak wiary we mnie, moja najdroższa Anastazjo — rzekł Heron sucho. Wyglądał na zmartwionego brakiem zaufania ze strony przyjaciółki. Jednocześnie w jego oczach zapłonął złowrogi ognik, ale zbyt cenił i szanował Anastazję, aby wyraźniej dać jej do zrozumienia, jak bardzo jest niezadowolony.
— Nie pozwól, aby zyskali przewagę, Marco. Jeśli utracisz władzę w Kartaginie…
— Jesteś dziś doprawdy nieznośna! — zawołał żywiołowo, uderzając dłonią w stół. Patrząc na Beę porządkującą półmiski przy drugim końcu stołu, tam, gdzie siedział pułkownik Long, jego najbliższy współpracownik, wskazał palcem pusty kieliszek. Obecność Longa, S. i służby kładła na Herona duży ciężar.
Anastazja przetarła chusteczką usta. Czuła na nich dziwną lepkość i próbowała się jej pozbyć. Heron nachylił się do niej i szepnął impulsywnie:
— Nie pouczaj mnie, proszę, w towarzystwie, to mi ubliża.
Pani domu odwróciła wzrok od twarzy mężczyzny i patrzyła, jak Beatrycze fachowym gestem nalewa wina do kieliszka. Przyjrzała się ciemnym włosom dziewczyny mocno spiętym w schludny kok tuż nad karkiem i szarej twarzy niewyrażającej żadnych emocji. Czekała, aż zadrży jej ręka i kilka kropli wina skapnie na zdobiony obrus, aby mogła ją skarcić, ale nic takiego się nie wydarzyło. To niemożliwe, wszyscy musieli odczuć złość Herona, a jednak nawet Bea zachowywała pełną dyskrecję! Anastazja nie spodziewała się po niej tak zręcznego obejścia, chociaż lata spędzone na służbie we dworze wyrobiły w niej pewne towarzyskie wyczucie.
— Szczerze cię przepraszam, nie chciałam cię obrazić. Ufam twoim słowom. — Anastazja czuła się zmuszona do złagodzenia atmosfery. — Wiem, że jesteś profesjonalistą. Nigdy w to nie wątpiłam.
— Prasa tobą manipuluje, kochanie.
Heron przez chwilę przypominał S. drapieżną rybę wyrzuconą na brzeg. Bezbronną, zagubioną, lecz nadal agresywną i żarłoczną.
— Dziękuję, Beo — mruknął, co zmusiło brwi służki do wygięcia się w dwa niewinne, zdumione łuczki. Heron był najgrzeczniejszym despotą, jakiego miała okazję obsługiwać w swym niedługim życiu. — Nie mówmy więcej o wojnie. To niezdrowy temat, szczególnie przy tak wykwintnym obiedzie. — Heron z wyrazem uznania uniósł kieliszek jak do toastu.
Anastazja nieznacznie skinęła głową.
— Przyjdzie czas na dokończenie naszej rozmowy, moja piękna.
S. czuła sprężysty ból ramion, które wciąż trzymała nienaturalnie sztywno. Bała się, że ktoś zauważy, iż nie przełknęła ani kęsa. Marzyła o tym, aby zniknąć w swojej alkowie. Nie lubiła, gdy po posiadłości kręcili się żołnierze — obcy, niebezpieczni mężczyźni o lubieżnych spojrzeniach, prostackich gestach i niewyrafinowanym języku. Nachodziło ją poczucie osaczenia, które zmuszało do nerwowego oglądania się za siebie. Nie mogła o to oskarżyć wojennej traumy, której przecież nie przeżyła, ani nieszczęśliwego dzieciństwa, które w gruncie rzeczy przebiegło całkiem spokojnie. To, że nie widziała na oczy żadnych okrucieństw, nie przeszkadzało jej organizmowi instynktownie bronić się przed wydumanym zagrożeniem.
Heron zdążył się już rozluźnić i zapomnieć o niewielkim rozdrażnieniu, które jeszcze przed momentem przypominało szczypiącego, rozdrapanego strupa. Znów czuł się jak u siebie.
— Sue… nasza słodka, egzotyczna Sue…
Żołądek S. zwinął się w ciasną, pulsującą bólem kulkę. Nikt z obecnych w jadalni nie wiedział, jak wiele kosztowało ją skierowanie wzroku na mężczyznę zasiadającego u szczytu stołu.
Policzki Herona poorały zmarszczki, gdy szelmowski uśmiech rozjaśnił jego twarz. Uwielbiał używać znienawidzonego przez nią zdrobnienia, świadomie ignorując fakt, że w przeszłości śmiano go poprosić, aby tego nie robił.
— Jak się masz, Sue? — przemawiał do niej czule, z niewielką zgryzotą marszcząc brwi, jakby naprawdę obawiał się o jej samopoczucie. — Anastazja wspominała, że musisz się tu okropnie nudzić.
Zaskoczona S. przerzuciła swoje spojrzenie na spokojną twarz Anastazji zajętej konsumowaniem deseru. Nie była pewna, jak miała to rozumieć. Czy naprawdę rozmawiali o niej? Czy Anastazja uważała, że jest rozpieszczoną, pruderyjną panienką z metropolii, z cesarstwa niekończących się jarmarków i festynów?
— Skądże. Uwielbiam wieś — odparła, starając się brzmieć prawdomównie. Zacisnęła dłonie na spływających po bokach stołu fałdach obrusa. — Jestem wdzięczna za gościnę, tym bardziej, że jej nadużywam.
Anastazja obrzuciła ją beznamiętnym spojrzeniem, Heron za to wydawał się być oczarowany.
— Również uwielbiam wieś, Sue. Dlatego chętnie tu wracam. Chętniej niż do własnego majątku. Fascynujące, ilu rzeczy można się nauczyć na wsi. I jeszcze ta cisza, spokój, powietrze… Właśnie! — Rysy Herona na moment zastygły, po czym skurczyły się jakby z trwogą, gdy współczująco zapytał: — Chyba nie służy ci tutejszy klimat, mam rację? Na pewno musisz czuć bardzo nieswojo tak daleko od domu.
S. nie miała wątpliwości, iż Heron miał na myśli jej ojczyznę, a nie miejską posiadłość w górach na południu Scypionu, w której tak naprawdę nie zdążyła osiąść.
— Mieszkam tu wystarczająco długo, zdążyłam przywyknąć, panie Botti. — Sama nie wiedziała, jak to możliwe, że odważyła się zwrócić bezpośrednio do Herona, używając osobistego zwrotu „panie Botti”. Zwykle starała się tego unikać, w jej ustach brzmiało to sztucznie i nieco wymownie, jakby nieświadomie próbowała przekazać rozmówcy coś więcej, robiąc to jedynie odświętnie.
— To prawda, moja wyjątkowa Sue. Nie posiadasz już cienia akcentu. — Być może w innych ustach zabrzmiałoby to serdecznie i ciepło, ale nie w ustach Herona.
S. miała nadzieję, że to koniec i Heron przeniesie teraz swoje zainteresowanie na kogoś innego, on jednak zwlekał z zadaniem najważniejszego pytania. Jego palec błądził z namysłem po górnej wardze, a gdy się od niej oderwał, S. wiedziała, że nie miała szans na uniknięcie tej rozmowy.
— Suzanne… — wypowiedział jej imię z powagą. Potem jego ton uległ gwałtownej zmianie, znów brzmiał ciepło i przymilnie: — Powiedz mi, Sue… Jak się miewa nasz przyjaciel Szejma?
S. starała się zaczerpnąć trochę więcej powietrza, ale nagle go dla niej zabrakło. Wiedziała, że to złudzenie i że potrafiła nad nim zapanować.
— Od dwunastu tygodni nie dał znaku życia.
Anastazja wtrąciła uprzejmie:
— Oficjalnie wiemy, że osiemnaście tygodni temu zajmował się wciąż badaniem kwestii filistyńskiej w Noryndzie sto sześćdziesiąt kilometrów od zachodniej granicy Kartaginy. Wtedy zaproponowano mu… urlop wypoczynkowy. Pisał o tym w liście, który dotarł tutaj po czterech tygodniach. Nie wiemy, gdzie miał go spędzić. — Heron słuchał uważnie, a Anastazja nie zapomniała dodać: — Jako głowa państwa powinieneś lepiej orientować się w tej sytuacji.
Heron nie wyglądał na zaniepokojonego, choć z ubolewaniem załamał ręce.
— Widzicie, drogie panie, jakby to ująć… Ten nasz nieposkromiony Samson jest bardzo samodzielny i nad wyraz ambitny, przez co nie zawsze melduje o swoich następnych krokach odpowiednim osobom. Czy mówię nieprawdę, pułkowniku Long? — Heron podniósł nieco głos, choć nie było to konieczne. Long, mimo tak naprawdę ledwo przekroczonego pięćdziesiątego roku życia, wyglądał jak stare próchno, lecz słuch miał nadal doskonały. — Wiecie, że Long zna Szejmę jak nikt inny.
Pułkownik siedział na drugim końcu długiego na dwadzieścia cztery osoby stołu, odmawiając zajęcia miejsca bliżej domowników. Nie przysłuchiwał się rozmowie. Wydawał się być odizolowanym od rzeczywistości, ale w nieco odmienny sposób niż S. czy Nadia.
S. bała się go bardziej niż Herona. Na pierwszy rzut oka wydawał się może bardziej ludzki niż upajający się werbalnym okrucieństwem generał-gubernator Marcus Botti, ale po bliższym poznaniu jego przyzwyczajeń nie przypominał już zdrowego na umyśle człowieka. Z obsesją służbisty czyścił mundur niemal codziennie, zawsze osobiście, nosił ciasno upięty kołnierzyk, który nie pozwalał mu na wygięcie szyi, unikał muzyki i instrumentów — kiedyś w niewyjaśnionym ataku furii niemalże na śmierć pobił nucącego pod nosem żołnierza, który przechodził zagajnikiem. Służbę traktował jak powietrze całkiem dosłownie — nieraz wpadał na Beę lub Bernarda, idąc prosto na nich. Czasem S. wydawało się, że Long miewa lepsze dni i próbuje wtedy nawiązać kontakt z ludźmi, a nawet zmusić wargi do uśmiechu. Ale potem działo się coś zupełnie nieistotnego — wiatr szarpnął okiennicą, z obozu dobiegł wrogi krzyk żołnierza — i Long powracał do swojej dawnej postaci. Tajemniczy, milczący o posępnym, mętnym spojrzeniu, podejrzanego pochodzenia bliznach i kroku wojownika wzbudzał ciarki na plecach. S. była przekonana, że podwładni Longa boją się go tak samo jak ona, mimo że śmiali się z niego i wymyślali o nim prostackie dowcipy.
Szejma tylko raz napomknął o jego niemoralnych skłonnościach, o tym, jak nakrył go sam na sam z wystraszonym chłopcem i obaj nie potrafili powiedzieć, po co się spotkali. Ale wszystko to były tylko domysły i Szejma nie chciał więcej o tym mówić. Żałował go, bo uważał, że przemoc, jakiej doświadczył, namieszała mu w głowie. Słowa Szejmy były cenne, bo znał Longa od dzieciństwa, chociaż ich kontakty oziębły nieco kilka lat przed objęciem władzy przez Herona, wybuchem wojny i śmiercią Dawida.
S. nie rozumiała jak ktoś tak operatywny i energiczny, a na dodatek szarmancki i wielkoświatowy jak Heron mógł sprawnie współpracować z kimś tak oderwanym od świata jak pułkownik Long. Może łączyła ich tylko bezwzględność w działaniu, ale tego S. nie mogła być pewna. Heron musiał mieć ważny powód, aby właśnie Longa uczynić swoją prawą ręką. Nie mógł tego zrobić jedynie na złość Szejmie.
Pułkownik podniósł głowę, ale nie zareagował na pytanie Herona, jakby uznał, że nie warte było jego wysiłku. Heron nie nalegał, widocznie należycie znał zwyczaje Longa i jego awersję do publicznych wypowiedzi na tematy przyziemne i błahe.
— Wiecie, jaki jest Szejma, to diabeł wcielony. Nie znam większego hultaja. Nie mam na niego wpływu i przez to nie mogę go chronić — oznajmił Heron, patrząc wprost na zmieszaną S. — Przyznaję, mógł się wpakować w kłopoty. Dlatego, Sue, szepnij mu kilka słów dla upomnienia… Oczywiście, jak tylko się zjawi.
S. nieśmiało uniosła wzrok. Heron pił wino i uśmiechał się, zdrowy i czysty, wypoczęty i syty. Najpotężniejszy człowiek w kraju siedział przy tym samym stole, co ona, zabłąkana emigrantka na łasce dalekiej krewnej zaginionego męża, i był przekonany, że Szejma nie wróci do domu. Podświadomie czuła, że Heron wiedział coś jeszcze. Nie musiało to oznaczać najgorszego. Po prostu sądził, że Szejma się nie odnajdzie, że wciągnął go wir bez dna, który pochłonął już miliony winnych i niewinnych ludzi. Tylko nie chciał wyznać tego głośno.
— Dobrze, powiem mu — odparła S. cicho, lecz zdecydowanie. Anastazja i Heron patrzyli na nią z mieszaniną pobłażania i szyderstwa, co bolało ją, lecz nie onieśmieliło na tyle, by zamilkła. — Powiem Szejmie, co tylko pan sobie życzy, panie Botti, gdy tylko do mnie wróci.
Heron skinął głową, po czym lekceważąco wzruszył ramionami.
— Świetnie, Sue. — Następnie zwrócił się do Anastazji, nie zwracając już na S. najmniejszej uwagi, tak jak zapomina się o istnieniu spalonej przed momentem zapałki: — Moja droga, a gdzie to podziewa się ten psotnik i hulajdusza, twój bratanek Abel?
S. poczuła się niczym gwałtownie przebudzona tuż przed świtem. Myślała, że wstanie teraz i wyjdzie, lecz obiad trwał dalej. Musiała ochłonąć, potrzebowała więcej przestrzeni, więcej powietrza, przy Heronie wciąż było duszno i parno, szczególnie teraz, gdy brak obecności Szejmy zaczął ją uwierać na nowo. Nie mogła usiedzieć na miejscu. Czuła, jak pot spływał jej po plecach.
Obrzuciła zdezorientowanym spojrzeniem nienapoczęty posiłek. Bea nadal nie zabrała jej talerza. Gdzie się podziała Bea?
— Trudne pytania dzisiaj zadajesz, Marco — odpowiedziała Anastazja z delikatnym uśmiechem. — Zapewne zdobywa teraz jakieś szczyty, trenuje taekwondo, ujeżdża byki albo przepija spadek po ojcu. W każdym razie zjawi się we dworze za góra dwa, trzy dni.
— W tym ferworze zajęć i z charakterem człowieka, który z trudem nie zapomina własnej głowy, pamiętał o zapowiedzeniu się kilka dni przed złożeniem wizyty?
Śmiech Anastazji był niespodziewany i brzmiał nieco złowieszczo w grobowej, poobiedniej ciszy. Zbił z tropu Herona, wstrząsnął S.
— Nie, Marco, nie posądziłabym go o taką sztukę taktowności — wyjaśniła magnatka. — Z raportu mojego informatora wynika, że niebawem skończą mu się pieniądze.
[2]
Drzwi do małżeńskiej alkowy Anastazji i Dawida były uchylone. Dręczona przez bezsenność S. przystanęła w korytarzu niepewna, co powinna zrobić.
Zadziwiający to był widok, gdyż sądziła, że główna sypialnia — zgodnie z wolą pani domu — od ośmiu miesięcy zamknięta jest na klucz i nie wątpiła, iż podobnego przekonania byli wszyscy domownicy.
Gdy Dawid wyjeżdżał, Anastazja przenosiła się do mniejszej, jednoosobowej alkowy na drugim końcu korytarza z oknami na zachodnią stronę nieba — tam, gdzie obecnie znajdowała się rozległa plantacja tytoniu i chroniące ją przed wiatrem pole słonecznika. Okna małżeńskiej sypialni wychodziły na dziedziniec i główną bramę, lecz Anastazja nie należała do tych żon, które godzinami stoją w oknie, użalają się nad sobą i z utęsknieniem wyglądają powracających z daleka mężczyzn. Być może we wspólnym pokoju trudno było wytrzymać Anastazji samotnie. A może bardziej wolała oglądać zachody słońca w cichej, bezludnej części domu niż co rano budzić się przy natarczywych odgłosach dobiegających z podwórza: stukaniu końskich kopyt o bruk, trzeszczeniu dyszla i nawoływaniach stajennego. Nie wszystko, co kochał Dawid, kochała również Anastazja.
Wtedy sypialnia stała pusta i odżywała zawsze po powrocie gospodarza. Gdy Dawida wysłano na front, Anastazja przeniosła wszystkie swoje rzeczy do zastępczej alkowy. Nadworny kucharz Magik paplał, że to zły omen, że jej nieprzemyślany czyn przesądził o wszystkim, nim doszło do najgorszego, ale to było tylko głupie gadanie obłąkanego chłopa.
Decyzja o zamknięciu drzwi na klucz zapadła dopiero po śmierci Dawida jako zapieczętowanie definitywnego końca. Anastazja potraktowała małżeńską alkowę jak naznaczone zarazą, skazane na wycięcie drzewo, mimo iż nie wydarzyło się w niej nic strasznego. Dawid zmarł w sypialni kamerdynera. Był słaby i chory. Gdy żołnierze wnosili go do domu, przelewał im się przez ręce. Majaczył. Od sypialni dzieliło ich wiele schodów i zakrętów, a im zależało na jak najszybszym pozostawieniu go w spokoju. Przeczuwali, że ich wysiłek i jego cierpienie na nic, skoro niebawem i tak będą go wynosić — położyli go więc w łóżku kamerdynera, tam go doglądano, tam półprzytomny żegnał się z żoną i córką, i tam zmarł w ciągu kilku dni.
Tydzień później kamerdyner został zwolniony i wyrzucony z dworu za błahostkę. Jego pokój nie został zamknięty na klucz, lecz przerobiony na dodatkową spiżarnię.
Nikt w zachowaniu wdowy nie doszukiwał się głębszych znaczeń, nie posądzał o przewrażliwienie, nie starano się wyjaśniać, nie szeptano po kątach. Jej decyzji nie należało podważać.
Klucz do sypialni gospodarzy posiadała jedynie Bea, która z polecenia Anastazji wchodziła tam od czasu do czasu, aby zetrzeć kurze i przemyć szyby. Teraz jednak Bea została odprawiona i zgodnie z wieczornym niedzielnym zwyczajem grała wraz z Magikiem i chłopcem kredensowym w bierki w pomieszczeniu dla służby na tyłach domu. Nikt nie podejrzewał Anastazji o posiadanie drugiego klucza.
S. przeszyły dreszcze. Ostrożnie zbliżyła się do uchylonych drzwi. Podłoga pod jej stopami milczała, jakby naprawdę nie chciała zdradzić jej obecności w pobliżu tego niedostępnego dla obcych pokoju.
Nie spodziewała się zobaczyć Dawida, broń Boże!, lecz i tak poczuła rozczarowanie, gdy ujrzała jedynie Anastazję w cienkiej koszuli nocnej wyciągniętą w zgrabnej pozie na szezlongu. Miała odsłonięte kolana i bose stopy. Paliła męskiego papierosa. Nie pierwszego, wnioskując po ilości dymu tytoniowego, jaki unosił się wokół. S. może dwa razy w życiu widziała, jak Anastazja pali — zawsze odbywało się to w towarzystwie innych arystokratek. Paliły lufki bardziej dla ulepszenia smaku spotkania, dodania sobie kokieterii czy też w formie buntu wobec schematu ustalonego przez mężczyzn niż z powodu nałogu.
To, że Anastazja przychodziła tutaj, aby wyciszyć się i zapalić, nie byłoby niczym dziwnym. Może palenie męskich papierosów można by uznać za niestosowne, gdyby miało ono miejsce podczas uroczystego obiadu, ale przecież była teraz u siebie, nikt jej nie widział, nie musiała udawać dobrych manier, gdy w rzeczywistości chciała nieco nagiąć zasady.
S. zamierzała już odejść, gdy usłyszała z głębi pokoju delikatny dźwięk szkła uderzającego o szkło i zdała sobie sprawę, że Anastazja nie była sama.
Przylgnęła do futryny, aby widzieć więcej, przekonana, że to, co właśnie robiła, było niegrzeczne i karygodne.
Przy szafce z alkoholem stał Heron. Był odwrócony plecami do wejścia, ale S. poznałaby go nawet w absolutnych ciemnościach. Na jego widok poczuła ostry niesmak, jakby ten człowiek nie mógł już wzbudzać w niej żadnych lepszych uczuć, chociaż przez moment miała wrażenie, że wszystkiemu winna jest wyłącznie Anastazja i to ona jest źródłem niepokoju, który dręczył S. podczas obiadu.
Kazała Bei schować gramofon przed Heronem, ale czymże on mógł zaszkodzić muzyce? A może to muzyka zmieniłaby coś w Heronie? Może liryczne utwory wcale nie pomagała duszy Anastazji, lecz pozwalała jej zatracać się w obłędzie?
Szafka wydawała się pusta, gdyż w gruncie rzeczy Dawid nigdy z niej nie korzystał, lecz Heron sięgnął ręką głębiej i wyjął dobrze napoczętą butelkę koniaku. Zaczął rozlewać alkohol do dwóch kryształowych kieliszków ustawionych na blacie. W drugiej dłoni trzymał żarzącego się papierosa.
— Myślisz, że jestem potworem, Anastazjo?
S. drgnęła na dźwięk jego głosu. Jej serce przyśpieszyło panicznie.
Marco nalewał alkohol, cicho nucąc. W jego pozie była jakaś doza melancholii i czegoś niecodziennego, co zazwyczaj ukrywał przed wzrokiem innych.
— Dlatego nadali mi ten przydomek? Bo skrywa w sobie potwora? — pytał beznamiętnie, jakby błądził myślami gdzieś daleko i nie zależało mu na prawdziwej odpowiedzi. — Może nawet niejednego?
S. była zaskoczona, jak bardzo zmieniał się człowiek, gdy ściągał z siebie etykietę, zrzucał zbroję noszoną na pokaz, dla chwały i autorytetu. Bez kruczoczarnego munduru Heron nie przypominał bezkarnego dyktatora. Z niechlujnie rozpiętym kołnierzem i podciągniętymi rękawami koszuli jak prosty chłop mógł wzbudzić zaufanie przypadkowej osoby, która nie znałaby jego prawdziwej natury. Jednak sposób, w jaki zaciągał się papierosem albo kroczył w stronę sofy z kieliszkiem w dłoni, nie nasuwał wątpliwości, iż miało się do czynienia z człowiekiem pełnym bezwzględności.
Twarz Anastazji zionęła obojętnością. Sięgnęła po kieliszek, nie patrząc na Herona.
— Wiesz, czytam te kartagińskie ulotki, które mąciwody rozrzucają po ulicach — mówił dalej, wracając po swój kieliszek. — Piszą o mojej śmierci w tylu różnych wersjach, że chyba sami się w tym pogubili… To śmieszne, tym bardziej, że nie odważyli się na ani jeden zamach… Nieważne, nie o tym chciałem. — Upił łyk z kieliszka, wetknął papierosa do ust i stanął przed Anastazją z jedną ręką w kieszeni spodni. — Nawet Long ma mnie za potwora. Dewiant, który wsadza małym, biednym chłopcom ma MNIE za potwora.
S. widziała, jak Anastazja unosi lekko podbródek. Przeniosła swoje spojrzenie na Herona, nie mrugnąwszy powiekami ani razu od samego początku.
S. zastanawiała się, czy oboje często się tu spotykali i czy czas mijał im wyłącznie na piciu i pogaduszkach. Dlaczego odbywało się to właśnie w tym pokoju? Czy zależało im na szczególnej prywatności? Anastazja chroniła przed innymi wszystko, co łączyło ją z Dawidem, dlaczego więc zaprosiła Herona akurat do głównej sypialni, do samego serca posiadłości?
— Dla mnie zawsze będziesz Marco Bottim — powiedziała Anastazja. — Mężczyzną, który na moim przyjęciu weselnym upił się jak świnia i opowiadał wszystkim starszym ciotkom najbardziej rubaszne dowcipy, jakich już nigdy więcej w życiu nie miały okazji usłyszeć, zostając tym samym największym skandalistą w rodzinie.
Wyglądało na to, że Heronowi wcale nie podobało się to, co powiedziała. Przez moment S. miała wrażenie, że między tym dwojgiem dojdzie do kłótni, może szarpaniny. Nagle jednak Heron roześmiał się jak wariat, a i na twarzy Anastazji pojawił się bezkształtny uśmiech, który miał być prawdopodobnie wyrazem sympatii.
— Tak się bawi prawdziwa arystokracja, moja droga — oświadczył Heron figlarnie, po czym odszedł w stronę kominka. S. nie mogła go zobaczyć z miejsca, w którym stała, usłyszała jednak niegłośne nucenie:
— Żyła sobie raz królewna, pokochała grajka — intonował Marco, aż przez ciało S. przebiegły dreszcze. — Król wyprawił im wesele i skończona bajka.
Anastazja zaciągnęła się głęboko dymem i oznajmiła ciszej, spuszczając wzrok na kieliszek, który trzymała w dłoni:
— Dawid ostrzegał mnie przed tobą.
S. była równie zaintrygowana tymi słowami, jak i Heron.
— Doprawdy? — Głos Bottiego dobiegał wyraźnie z głębi pokoju. Brzmiała w nim stanowcza nuta arogancji wobec zmarłego kuzyna. — Co mówił?
Anastazja zmarszczyła brwi. S. nie była pewna, czy dobrze interpretowała wyraz jej twarzy jako litość, czy może to tylko grymas, reakcja na gorzki smak koniaku.
— Że nie znasz umiaru.
— Umiaru?
— W piciu — odparła Anastazja czysto, śpiewnie. Uniosła kieliszek do twarzy i przechyliła go lekko. — Nie masz podejścia do alkoholu, Marco. Ale przynajmniej wyrosłeś z nieprzyzwoitych dowcipów.
Heron pojawił się w zasięgu wzroku S. Nie miał już kieliszka ani papierosa.
— Pamiętam jeszcze kilka. Opowiem je na ślubnej uroczystości Abla, jeśli ten chłopak kiedykolwiek zechce się ożenić — oświadczył wyzywająco, po czym zaparł się rękoma o oparcie sofy i zawisł nad Anastazją jak sęp. — W każdej rodzinie potrzebny jest ktoś do niszczenia eleganckich przyjęć, droga pani.
— Pogoniłby cię na cztery wiatry. — Anastazja paliła swojego papierosa, spokojnie, z namysłem. — Nie ma tak miłosiernego serca jak Dawid.
— Zapracowałem na jego zaufanie. Nosi na szyi mój herb, gardząc własnym. Nigdy nie potrafiłby ze mnie zrezygnować — szepnął Heron zachłannie, ale S. nie mogła dosłyszeć jego słów.
— Tylko tak mu się wydaje — odparła dziarsko Anastazja, spoglądając prosto w zimne oczy Herona. — Spróbuj popełnić jeden błąd, a rozwieją się wszystkie jego fantazje…
— Pragniesz w to wierzyć, Anastazjo.
S. nie nadążała za nimi, dekoncentrowały ją wszystkie — nawet najcichsze — dźwięki za jej plecami, bała się, że ktoś może ją zdemaskować i nie potrafiła pojąć, co działo się między tym dwojgiem. Byli wspólnikami, kochankami czy przeciwnikami? Dążyli do wspólnego celu czy znaleźli się w takiej sytuacji tylko przypadkiem? Czy ich interesy polegały na szantażu czy na lojalności?
— Masz rację. Jego rodzice nie żyją, mnie nie słucha, Witold daleko stąd… Abla trudno jest od siebie uzależnić, ale tobie się udało. Nie mam cię za potwora, Marco, bo wiem o tobie wszystko i nikt nie zna cię równie dobrze, ale jeśli teraz nie upadniesz, w przyszłości Abel będzie taki jak ty — Anastazja mówiła powoli, bez pośpiechu, jak człowiek, który nie ma nic do ukrycia i któremu nie można nic zarzucić. — I świat będzie go nienawidził.
Splunęła tymi słowami Heronowi prosto w twarz. On jednak tylko się uśmiechnął.
— Masz szczęście, że cię cenię, Anastazjo — powiedział. — Inaczej szybko oduczyłbym cię pyskowania, tak jak oduczyłem tego wszystkie swoje kobiety.
— Nie jestem twoja, Marco. — Anastazja gwałtownie wstała. Heron zmuszony był się odsunąć, choć nawet go nie dotknęła. — Zbyt szybko przywłaszczasz sobie pewne rzeczy na własność.
Stali teraz naprzeciwko siebie i mierzyli się czujnymi spojrzeniami. S. była coraz bardziej poddenerwowana. Żadne z nich by jej nie pochwaliło, gdyby zdecydowała się wtrącić. S. przekonywała siebie, że Anastazja nie potrzebowała przyzwoitki ani adwokata, Heron jednak przepełniał ją strachem i była pewna, że w chwili napadu szału może — nawet nieumyślnie — zrobić komuś krzywdę.
Teraz jednak wyglądało na to, że skapitulował. Wykonał dłońmi gest bezsilności, obrócił się i wolno przemierzył dwa kroki, po czym nieoczekiwanie się zatrzymał.
— Jeśli ja jestem potworem… — zaczął nieprzejednanym tonem człowieka w mundurze z czerwoną naszywką, a magnatka wbijała przeszywające spojrzenie w jego plecy — ...to kim ty jesteś, Anastazjo?
Zdaniem S. Anastazja wyglądała na wściekłą, tak jak wtedy, gdy Bernard niemalże spalił stajnię, zasypiając po ciężkim dniu z papierosem w dłoni, albo gdy dowiedziała się o problemach z organizacją pogrzebu Dawida i nie chciała przyznać, że ją to przerosło.
S. ze ściśniętym żołądkiem czekała na jej ruch, na jej słowa, jednak cisza przedłużała się, atmosfera gęstniała, zmrok zapadał coraz głębszy, a gdy w końcu Heron odwrócił się do niej z nieodgadnionym spojrzeniem, Anastazja zmieszała się jak dziecko. Chwilę krążyła po pokoju, paląc i pijąc na zmianę, śledzona przez przytłaczający wzrok Gubernatora, aż w końcu odstawiła kieliszek na niski stolik, zgasiła jednego papierosa, zapaliła drugiego, po czym rzuciła Heronowi opanowane, pewne siebie spojrzenie. Mężczyzna rozpogodził się nieco, jakby właśnie takiej Anastazji oczekiwał. A ona oświadczyła głośno i zdecydowanie, nie wiedząc o niedomkniętych drzwiach:
— Szejma musi wrócić.
S. natychmiast zesztywniała. Przywarła czołem do chłodnej ściany, napięła mięśnie i czekała. Nie zastanowiła się nawet, dlaczego rozmawiają o nim za jej plecami. Czy nie miała prawa być przy tym obecna? Przywykła, że wszyscy w tym domu mają przed nią tajemnice, a tajemnice tej dwójki były niezaprzeczalnie wyjątkowe.
— To nie zależy ode mnie — odpowiedział Heron niewzruszenie.
— Cofnij to — rzekła Anastazja kategorycznie, lecz bez grama złości.
— Nie mogę, Anastazjo. — Po tonie Herona S. zorientowała się, że musieli już o tym rozmawiać. Marco był zirytowany i najprawdopodobniej odrobinę znudzony. — Jest sam sobie winien.
S. Odsunęła się odrobinę od drzwi, prawie bezwładnie. A więc jej przeczucie było trafne: Heron wiedział więcej.
Anastazja dała za wygraną, przynajmniej na razie. Znów siedziała na sofie z papierosem między palcami i nieobecnym wyrazem twarzy. Herona nie było w zasięgu wzroku, ale jego głos doleciał do uszu S. i ugodził ją boleśnie jak cios pięścią:
— Pogubił się w tej farsie jak niedouczony smarkacz.
[3]
— Jak daleko jest stąd do nieba, Suzanne? — spytała cicho Nadia podczas słonecznego, leniwego spaceru wśród pól.
S. mimowolnie uniosła twarz ku górze ku kojącej, orzeźwiającej jasności. Odnosiła wrażenie, że odkąd Anastazja kierowana dziwnym instynktem obronnym zmieniła prywatną guwernantkę i odcięła córkę od środowiska rówieśników, o które zabiegał Dawid, dziewczynka opuściła się w nauce. Zastanawiała się, ile Nadia wie o kosmosie, planetach i latach świetlnych. Mała nieraz zaskakiwała ją swoim obyciem w świecie nauki i literatury. Czasem zazdrościła jej tego aż zanadto. S. nigdy nie podarowano szansy kształcenia się. Wszystko, co wiedziała o świecie, zawdzięczała Szejmie. W jej stronach ludzie posiadali inne priorytety, ważniejsze niż filozofia i astronomia, co nie znaczy, że byli prymitywnym ludem i nie posiadali własnej kultury.
Jak daleko było tam, do nieba? Jak długo musieliby unosić się w powietrzu, by trafić w bezpieczne miejsce?
Przypuszczała, że jej wiedza jest niczym w porównaniu z tym, co mógłby na ten temat powiedzieć Dawid lub Szejma. Ich nieobecność nigdy nie była bardziej bolesna niż w takich chwilach jak ta, gdy ożywiona pamięć podsuwała brakujący element oczom, które nie mogły go dojrzeć tu na tej pustej, rozgrzanej, piaszczystej dróżce między polami chylącego się słonecznika.
Ale Nadii nie zależało na teoriach ze szkolnego podręcznika. Pozbawiona zwykłej dziecięcej naiwności nawet nie spojrzała w czyste niebo nad ich głowami. Nadia pytała o wieczność i w S. szukała odpowiedzi, których nie zdołała uzyskać od nikogo innego.
— Pytasz o niebo, do którego idą ludzkie dusze? — S. poczuła się nagle bardzo niepewnie. Umyślnie nie dodała słów „po śmierci”, jakby mogła połamać sobie na nich zęby jak na kromce suchego chleba. Bała się, że wypowiadając je na głos, złamałaby jakaś niepisaną zasadę panującą w domu Anastazji Za wszelką cenę chciała uniknąć jej gniewu. Nieprzestrzeganie reguł nie leżało w naturze S.
— Tata trochę mi o nim opowiadał — odparła spokojnie Nadia, zaplatając ze sobą dwie łodyżki ziela. — Był już wtedy chory i mieszały mu się sny… Ale ostatnio Bea powiedziała mi kilka miłych rzeczy.
Szły nieśpiesznie dalej. S. walczyła z wątpliwościami, słuchając z uwagą zwierzeń dziewczynki.
— Skoro Bea mówi, że on tam teraz jest, to chciałabym wiedzieć, jak to daleko stąd. Czy dalej niż z Rybianki do Mariówki? To przecież rodzinna posiadłość mamy, na tyle daleko, że ona wcale tam nie jeździ. Czy twój kraj jest jeszcze dalej?
— Jeszcze dalej. Bardzo daleko, słoneczko.
— Jak coś jest zbyt daleko, to tak jakby nie istniało, prawda?
S. spojrzała na nią zaskoczona. Jej samej trudno było się odpędzić od podobnego przeczucia.
— Bea mówiła, że to niebo, to z Bogiem i z tatą, że ono jest wszędzie, w każdym miejscu. Zawsze blisko, na wyciągnięcie ręki, chociaż niewidoczne. Ale to przecież niemożliwe. To brzmi jak bajka. — Dziewczynka rzuciła okiem na swoją towarzyszkę i coś w twarzy S. musiało wzbudzić jej podejrzliwość. — Ty nie wierzysz w Boga, prawda? I w życie duszy po śmierci ciała? Myślisz, że skoro każdy człowiek ma swój kształt, to nie może żyć w miejscu, które tego kształtu nie posiada?
Nim S. zdołała się obronić, Nadia rzuciła nieporuszona swoimi odkryciem:
— To tak jak mama. Pamiętam, jak kiedyś powiedziała, że nudzą ją bajki.
— To smutne — wykrztusiła S.
— To dziwne — odparła Nadia, uśmiechając się na wspomnienie czegoś osobliwego. — Nawet wuj Marco nosi na piersi różaniec, ten sam, który nosił tata, a przecież on chyba nigdy się nie modli.
— Tego przecież nie możemy być pewne — zauważyła S. mimo nagłej goryczy wyczuwalnej na języku.
— Ale on jest taki… — Dziewczynka chwyciła swoją sukienkę i zakołysała się energicznie na boki, wyrażając gestem słowo, którego nie potrafiła odszukać. — ...nie do zatrzymania. Ma tyle pomysłów! Dużo pije i czasem brzydko klnie, niekiedy ma takie straszne oczy i powtarza poważnym tonem, że sentymenty to mordercy rozsądku… ale potem znowu się śmieje i jest zabawny, i całkiem fajny, mimo że ciągle dużo pracuje i ma mało cierpliwości, i nie lubię, jak wydaje innym polecenia. Ale wierzy w to samo, co tata.
Jest nieprzewidywalny, szepnęła S. w myślach.
— Pokręcony, prawda? — zawołała Nadia i wybiegła do przodu, śmiejąc się głośno.
S. nie potrafiła wyobrazić sobie Herona wypowiadającego słowa jakiejkolwiek modlitwy. Był zbyt pyszny, by wierzyć, że stoi nad nim ktoś jeszcze i zbyt podporządkowany swojej ideologii, aby dopuścić do siebie myśl o piekle. Ale czy cokolwiek zabraniało mu posiadać teorię dotyczącą życia wiecznego, nawet jeśli nie do końca pokrywała się z wierzeniami chrześcijan? Przecież i on musiał na coś liczyć, na coś bardziej prawdopodobnego niż nieśmiertelne ciało. Co mu pozostawało oprócz tej samej nadziei, jaką żywił się Dawid? W obliczu śmierci każdy szuka dla siebie innych rozwiązań niż ciemna otchłań. Nawet Marco Botti. O ile tego S. mogła być prawie całkowicie pewna, tak nie śmiała wysnuwać żadnych domysłów na temat przekonań skrytej, niedostępnej Anastazji.
Jeśli ja jestem potworem, to kim ty jesteś, Anastazjo?
Słowa Herona rozbrzmiewały w uszach S. wciąż na nowo, jakby zagościły w jej głowie już na dobre.
Jakim jesteś człowiekiem, Anastazjo, skoro nie wierzysz w Nic i w łapy nieskończonej Nicości oddałaś duszę męża? Jakim jesteś człowiekiem, Suzanne, skoro nie posiadasz własnej tożsamości, przez co wiecznie gubisz się w swoich tezach? Wszystkie części, które cię tworzą, podarowano ci z zewnątrz, jakbyś nie potrafiła zbudować w sobie nic od środka…
S. zamrugała z roztargnieniem. Pozwoliła, by obraz dziewczynki powoli nabrał ostrości. Nadia stała w miejscu kilka metrów przed nią, nieruchoma. Ścieżka zwijała się przed nimi w niepokojąco długi łuk. W jednej chwili S. pojęła, że zaszły za daleko.
Mała już się nie śmiała. Z oddali dobiegały przytłumione krzyki.
S. podbiegła do dziewczynki i ułożyła swoje dłonie na jej spiętych ramionach, ciągnąc ją lekko w tył, w kierunku domu, lecz ciało Nadii stawiało opór. Bała się spojrzeć na jej twarz, aby nie ujrzeć czegoś, co można by porównać tylko do skalistej grani. Przez jeden wstrząsający moment obie przyglądały się tej samej scenie, jakby powtarzała się ona wciąż i wciąż od początku.
Grupa filistyńskich robotników z obozu Herona stała w polu w jednym ciasnym rzędzie. W podobnych pozach i ubraniach z daleka przypominali fragment poszczerbionego muru. Kilku pilnujących ich żołnierzy zajęło strategiczne miejsca w niewidzialnym okręgu, w środku którego leżał człowiek, przyjmując brutalne ciosy zadawane kolbami karabinów przez porucznika Dizera i dwóch innych żołnierzy. Wyglądało na to, że żaden z nich nie zamierzał przestać.
Nadia nie potrafiła oderwać od nich wzroku.
— Czemu go biją? — szepnęła zaniepokojona.
Dizer wywrzaskiwał pojedyncze słowa, ale S. ich nie rozumiała.
— Nie powinnyśmy tego oglądać. — Szarpnęła dziewczynkę mocniej, nagle zdecydowana zabrać ją stąd siłą. — Nie wolno nam tu przychodzić. — Musiały czym prędzej oddalić się od obozu, póki nikt nie zauważył, że tu w ogóle były.
Nadia uniosła głowę i spojrzała na S. dużymi, przejętymi oczyma, nie ruszając się z miejsca.
— Czemu inni mu nie pomogą?
S. Odniosła wrażenie, że dziewczynka nie czuła się tyle przestraszona, co bezradna i zdezorientowana.
— To kara — powiedziała S. Złapała małą za rękę i stanowczo pociągnęła za sobą. — Musiał zrobić coś… złego. — Przy ostatnim słowie głos S. nagle zmiękł, choć starała się, by brzmiał niepobłażliwie.
— Byli niezadowoleni z jego pracy? — spytała niepewnie Nadia. — Może nie za bardzo się starał?
— Możliwe, skarbie. Nie mówmy nikomu, że ich widziałyśmy, dobrze? — S. łagodnie uścisnęła kruchą, dziewczęcą rączkę. — Oni na pewno dojdą do porozumienia. Są dorośli, prawda?
Nadia odpowiedziała uśmiechem pełnym dziecięcej delikatności, ale S. wcale nie poczuła się uspokojona.
[4]
Wspomnienie bitego Filistyna szumiało w głowie S. i krążyło w jej żyłach jak trucizna. Jak Anastazja mogła tolerować takie praktyki wobec robotników na swojej ziemi? Czy w ogóle miała o nich pojęcie? S. nie mogła się zbyt długo oszukiwać: skoro stanowiły chleb powszedni, a tego każdy w Rybiance był świadom, Anastazja musiała wiedzieć. Wrażliwa na krzywdę innych S. mogła to sobie tłumaczyć na wiele sposobów, ale nie to ją teraz martwiło. Najważniejsze pytanie brzmiało: czy powinna jej wspomnieć o Nadii? Przemilczenie tego, co widziały, nie wydawało jej się nagle dobrym rozwiązaniem.
Przed południem S. zeszła do holu, gdzie napotkała zarumienioną Beatrycze oddającą w ręce scypiońskiego oficera świeżo wykrochmalony mundur i kilka czystych białych koszul. Pani domu dbała o swoich gości, a nadto szczególnie rozpieszczała ludzi Herona.
— Anastazja? — spytała bezgłośnie S., uchwyciwszy spojrzenie Bei ponad męskim ramieniem.
— Przed domem — odparła dziewczyna, po czym obie wymieniły się dyskretnymi uśmiechami.
S. zdawała sobie sprawę, że służba nie traktowała jej poważnie. Zamiast autorytetu wolała zdobyć ich sympatię, a to czyniło ją słabszą i podporządkowaną. Bea nigdy nie pozwoliłaby sobie na taką zażyłość z kimś innym. Spoufalanie się gawiedzi z arystokracją niszczy system, niszczy kulturę i zaciera etyczne granice, mawiał nieraz Heron. Inni kiwali z zadumą głowami, choć pewnie rzadko kto pojmował, co naprawdę znaczyły jego słowa.
Anastazja piła herbatę na werandzie usadowiona wygodnie w wiklinowym fotelu z naręczem miękkich poduszek. S. wiedziała, że nie należało przeszkadzać jej w wypoczynku, a mimo to postanowiła naruszyć tę zasadę.
— Przepraszam. Możemy porozmawiać? O Nadii.
Anastazja wyglądała na zaskoczoną, jakby do tej pory S. z własnej, nieprzymuszonej woli nie wypowiedziała do niej ani słowa. A może zdziwiło ją nagłe wspomnienie o córce. Tylko tyle zdążyła zauważyć S., gdy zza jej pleców Heron spytał:
— Co się stało, Sue?
Obróciła się do niego tak gwałtownie, że nie mógł nie zauważyć jej nagłego speszenia. Oparty o balustradę na drugim końcu werandy przyglądał jej się z widocznym rozbawieniem.
Nie przygotowała się na ewentualność jego towarzystwa. Chciała mówić o jego podwładnych katujących więźniów i nieszczęśliwym przypadku, przez który ich najdroższa dziewięcioletnia dziewczynka musiała to oglądać. Może chciała nawet wspomnieć o Szejmie, spróbować coś zdziałać, ale nie mogła wyprosić Herona, a przy nim nic się nie mogło udać — w jego obecności Anastazja nigdy nie przyznałaby jej racji. Gdy to sobie uświadomiła, na jej twarzy musiało pojawić się coś nowego, może jakiś wyraz irytacji, bo spojrzenie Herona nagle zlodowaciało, jakby przeczuwał, że tym razem rozdrażnił ją w sposób inny niż dotychczas.
— Posłuchajmy — mruknął. Wtedy jednak przed główną bramą wjazdową rozległ się dziwny hałas, który od jakiegoś czasu stopniowo narastał niczym nadchodząca wichura, aż w końcu eksplodował mieszaniną coraz lepiej rozpoznawalnych dźwięków przekształcających się powoli w wizję nowych gości.
Nad drogą do Rybianki unosiły się tumany kurzu wzniecone przez dwa gnające karosze. Towarzystwo na werandzie wstrzymało oddech, gdy podczas gwałtownego wchodzenia w ostry zakręt dorożka niebezpiecznie przechyliła się na jedną stronę. Głośnemu skrzypieniu kół, trzaskaniu bicza i pokrzykiwaniom nierozsądnego powożącego zawtórował nieprzyjemny zgrzyt, gdy burta nadwozia otarła się o żelazne wrota. Wstrzeliwszy się w otwartą bramę, powóz szczęśliwie opadł na cztery koła i z rumorem wjechał na dziedziniec.
— O! — powiedział Heron z triumfem.
Nim Bernard zdołał pochwycić dyszące, rozognione konie, woźnica porzucił lejce i zwinnie zeskoczył z kozła.
— ANASTAZJA! — wrzasnął z zapałem młodzieniec, rozłożywszy ręce jak do olbrzymiego uścisku, w którym mógłby zmieścić całą Rybiankę.
Gdy stał tak na środku dziedzińca z wyrzuconymi na bok ramionami, plecami wygiętymi w łuk i uśmiechem szerszym niż cholewy jego oficerek, przypominał S. szlachetnego, eleganckiego ptaka wzbijającego się ochoczo do pierwszego lotu. Jednakże w tym przypadku nieokrzesany bratanek Anastazji nie opuszczał gniazda, lecz do niego powracał.
Za jego plecami z wnętrza dorożki wytoczył się roztrzęsiony stangret.
— Na Boga, Abel — rzekła poważnie Anastazja, krocząc przez słoneczny dziedziniec. — Jak zawsze lekkomyślny i nieodpowiedzialny.
— Anastazja, jak zawsze piękna i cyniczna — odparł szlachcic w głębokim ukłonie. Złożył oficjalny pocałunek na dłoni ciotki, po czym wyprostował się i pozwolił, by po matczynemu ucałowała go w oba policzki.
— Czy jestem wybitnie naiwna, wierząc, że kiedykolwiek dorośniesz?
— Czy powinienem być bardziej zdziwiony, widząc, jak cieszy cię mój przyjazd?
Anastazja zmrużyła srogo oczy, jakby właśnie miała zamiar go skarcić.
— Chłopcze, zmizerniałeś — oświadczyła, kryjąc uśmiech. Zawsze, gdy się pojawiał po długiej nieobecności, powtarzała mu tylko to jedno jak nawiedzona, nadopiekuńcza piastunka. Jedynie w ten sposób potrafiła okazać mu swoją troskę.
Oboje wiedzieli, że nie mówiła szczerze. W tamtej chwili było to doskonale widoczne: stał przed nią rozchwytywany przez niezamężne arystokratki, atrakcyjny dwudziestojednoletni mężczyzna: wykształcony, dobrze ułożony, z dużym bagażem światowych przygód i duszą żartownisia, zdrowy, choć trochę za chudy przez to, że ciągle gdzieś go nosiło i rzadko kiedy odnajdywał czas na posiłki; wytwornie i jednocześnie wygodnie ubrany — Abel lubił obnosić się ze swoją zamożnością i dbał o nienaganną prezencję, lecz nad wszystko cenił własny komfort. Niższy i wątlejszy niż Heron czy Szejma, za to zwinniejszy i wytrwalszy, chociaż czasem zbyt szybko się poddawał, jakby psychika nie mogła udźwignąć tego, co bez problemu znosiło ciało. Brak solidnej postury nadrabiał nadmiarem energii.
Anastazja dostrzegała w nim ślady swojego brata z czasów, gdy podobnie jak Abel brał od życia, co tylko się dało. Niestety obu cechowała ta sama wada: brak wyższego celu, celu innego niż nieustanne dążenie do przyjemności. Jego ojciec długo zwlekał, nim postanowił się ustatkować. Anastazja obawiała się, że podobne skłonności zgubią również Abla, który tymczasem odparł zadziornie na przytyk ciotki:
— Pozbyłem się jedynie niemowlęcych krągłości.
Pisk radości poinformował wszystkich zebranych, iż mała Nadia zauważyła przyjazd ukochanego kuzyna. Wszyscy oprócz Abla obserwowali, jak żwawo biegnie do niego przez dziedziniec, o mały włos nie łamiąc nóg. Wciąż zdawał się jej nie zauważać, gdy zawisła u jego pasa.
— Nie wspominałaś nic o tym, że ciągle hodujesz jednorożce — śmiertelnie poważny zwracał się wyłącznie do Anastazji, jakby kontynuowali przerwaną rozmowę. Anastazja uniosła brwi i z wyrazem znużenia na twarzy obserwowała jego teatralną gestykulację. — Myślałem, że wyginęły — rzekł z niedowierzaniem.
— Hej, co ty mówisz! — wołała Nadia, próbując ściągnąć na siebie jego uwagę.
— Miła zabawa — powiedział pod nosem Heron, przyglądając im się ze swojego miejsca na werandzie. — Czy Dawid nie wymyślił czegoś podobnego?
Stojąca w pobliżu S. zerknęła na niego nieufnie. Nie podobał jej się ton, jakiego użył. On też na nią spojrzał, a jego wargi uniosły się w chłodnym, napastliwym uśmiechu, zmuszając ją do odwrócenia wzroku.
— A jednak zachował się ostatni źrebak — Abel spojrzał w dół, udając zaskoczenie: — Niebywały okaz, Anastazjo.
Nadia wbijała boleśnie podbródek w jego biodro, więc uznał, że należy położyć temu kres.
— Nie wygłupiaj się, Abi! — Dziewczynka wiła się i chichotała, gdy uniósł ją do góry.
— Abelardzie, jest za ciężka — mruknęła karcąco Anastazja.
— Lekka jak piórko — odparł z nonszalancją. Przez chwilę pozwolił jej dyndać głową w dole, a potem podciągnął ją i ułożył na swoich rękach. Nadia objęła go za szyję i oświadczyła, żartobliwie ciągnąc go za ucho:
— Masz krótkie włosy.
— Ściąłem je, bo na mój widok lustra pękały ze śmiechu.
— Nie nosisz kapelusza, którym cię obdarowałam z okazji twoich ostatnich urodzin? — spytała Anastazja jedynie prowokacyjnie, nikt wszakże nie śmiałby się spodziewać, że Abel cokolwiek założy na głowę jak przystoi na szanującego się dżentelmena z wyższych sfer.
— Kapelusze pragną nosić jedynie mężczyźni z brzydkim czołem. A kaszkiety robotnicy i dorożkarze. Nie nadążasz za modą, ciotuniu.
— Co robiłeś? Jeździłeś na wielbłądach? — Nadia z wszelkich sił starała się skupić na sobie całą uwagę upragnionego gościa. — Widziałeś rafę koralową? Nauczysz mnie grać w polo?
— W polo? — prychnął z rozbawieniem. — Ale masz pomysły. Przywiozłem ci prezent. A nawet kilka… — Abel rozejrzał się wkoło. — Ale musimy poczekać, aż dormeza z furgonem tu dojedzie.
— Pokażę ci, co mi przywiózł stryjek Marco! — zawołała nagle Nadia, przypominając sobie o nowo nabytym szczeniaku wyżła, ozdobnej puderniczce i eleganckich skrzypcach, na których nigdy nie będzie potrafiła zagrać. Gdy tylko Abel odstawił ją na ziemię, czmychnęła do domu, aż się za nią kurzyło.
— Szykuj konia, Bernard — polecił Abel stajennemu, krocząc tyłem w stronę werandy. — Muszę obejrzeć okolicę. Wieczorem wybierzemy się z Marco na polowanie, a jutro urządzimy przyjęcie. — Zatrzymał się tuż przed schodami, na których stała S. Uśmiechnęła się do niego ciepło, gdy na baczność wyprostował ramiona i ostentacyjnie przygładził poły kamizelki. — Suzanne wciąż tutaj. Miło cię widzieć — mrugnął do niej, dotknąwszy ustami jej dłoni. Wciąż miała uśmiech na twarzy, gdy wszedł na werandę i minąwszy Beę, zaciągnął się głęboko powietrzem, mrucząc: — Beo, twój zapach przypomina mi, że nie jadłem śniadania. Przynieś coś migiem, bo będą ofiary w ludziach.
Nim którakolwiek z kobiet zdołała się spostrzec, Abel już wymieniał uścisk dłoni z Heronem.
— Szabla? — Heron otaksował wzrokiem oryginalną pochwę przy lewym biodrze młodzieńca. — Nowy nabytek? — Powstrzymał się przed użyciem słowa „zachcianka”.
— Japońska katana — Abel wysunął nową zdobycz jedynie na kilka centymetrów, jakby nie chciał przedwcześnie się nią chwalić. Szybko zmienił temat: — Miałem nadzieję się z tobą zobaczyć. Chyba nie wyjeżdżasz?
— Nie. A ty? — odrzekł Heron z zadziornym błyskiem w oku i niemalże niezauważalnym napięciem w głosie. Aby go ukryć, przywołał na twarz zaintrygowany uśmiech. — Niezmiernie jestem ciekaw, po których to zakątkach świata się włóczyłeś.
— Głównie po Zachodzie. Tu i tam.
Heron poklepał go zachęcająco po plecach, drugą dłonią wskazując tak znajome dwuskrzydłowe drzwi do wnętrza domu.
— Opowiesz nam wszystko przy kieliszku brandy. Drogie panie, za pozwoleniem…
Anastazja z gracją ruszyła przodem. Nim S. podążyła za nią, kątem oka dostrzegła, jak za jej plecami Abel i Heron nachylają się ku sobie w konspiracji. Gdy zniknęła im z oczu, Abel zapytał odrobinę za wcześnie:
— ...nie pisał? Nie przyjechał?
Przystanęła z wahaniem w głębi holu. Nie słyszała, żeby Heron odpowiedział mu cokolwiek, lecz Abel chrząknął nerwowo, nim wyburczał:
— Niech go szlag.
Wtedy do jej uszu doleciał aksamitny, beztroski głos Herona:
— Dajmy mu trochę czasu.
[5]
Popołudnia S. coraz częściej spędzała w bibliotece Anastazji. Tylko tu miała szansę nie napotkać żadnego z żołnierzy Herona, oblegających stajnie, wozownię i dziedziniec jak chmary natrętnych, hałaśliwych much. Siedziała w fotelu z otwartą książką podróżniczą na kolanach, jednak nie potrafiłaby określić, w którym momencie skończyła czytać. W palcach obracała ozdobny sygnet, nad którym w czasie nieobecności męża sprawowała sumienną opiekę. Mogła wpatrywać się godzinami w zamyśleniu w wygrawerowany na oczku herb przedstawiający brodatego mężczyznę rozdzierającego rękami paszczę złotego lwa. Zazwyczaj bliskość sygnetu podnosiła ją na duchu, tym razem spotęgowała niepokój i wydobyła na wierzch wszelkie złe przeczucia, jakie kryły się w jej sercu.
W gabinecie obok rozległy się kroki i po chwili w drzwiach łączących oba pomieszczenia mignęła sylwetka Abla.
— Jak się miewasz, Suzanne? — rzucił uprzejmościowo.
Niedostępnym dla większości gości kluczykiem otworzył szafę na broń i rozpoczął przygotowania do wieczornego polowania.
Być może był to odpowiedni moment, by spytać go o Szejmę, ale S. nie potrafiła się na to zdobyć, tym samym skazując się na dalsze wyczerpujące trwanie w nieświadomości. Nie chodziło o strach przed wiedzą. Po prostu czuła się tak, jakby wiedza ta była dla niej zakazana.
Niedługo później do gabinetu weszła Anastazja. Tuż za progiem bezceremonialnie, nie zawracając sobie głowy konwenansami, zadała najważniejsze dla niej pytanie:
— Przyjechałeś po pieniądze?
Abel nie odpowiedział od razu, jakby rozważał tę możliwość i dopasowywał ją do swoich prawdziwych intencji.
— Sądzisz, że zmarnotrawiłem całą fortunę ojca?
Anastazja milczała, czekając, aż sam udzieli sobie właściwej odpowiedzi i przy okazji poinformuje ją, jaka jest prawda. Następne słowa Abla były bardziej zaskakujące dla obu kobiet niż gdyby oświadczył, że cały spadek przekazał na cele charytatywne.
— Ten skąpy dziadyga… — Panicz żachnął się, powstrzymując cisnące mu się na język epitety. — Nie wiem, co zrobił z większością majątku. Nie dostałem nawet połowy.
— Nie mów tak o moim bracie.
Abel spojrzał na ciotkę, jakby nie mógł uwierzyć, że jeszcze miała czelność go bronić.
— Doprowadził Mariówkę do ruiny. Czy to niewystarczający powód, abym otrzymał prawo do skargi? Przynajmniej z tobą mogę być szczery. — Nie dostrzegłszy poparcia na twarzy krewnej, zasępił się, spuścił głowę i oznajmił sucho i zwięźle: — Zbyt wiele we mnie zainwestowałaś, bym śmiał cię prosić o coś jeszcze. Nie jestem aż tak bezwstydny.
Anastazja przemierzyła gabinet tam i z powrotem z rękami skrzyżowanymi na piersi. S. ze swojego miejsca widziała, jak zaciska usta w wąską, złowrogą linię. To znak, że mu nie wierzyła.
— Chciałeś widzieć Marco.
Stanęła blisko Abla, próbowała wywrzeć na nim presję. Patrzyła mu na ręce, obserwowała wyraz twarzy. Nie lubiła, gdy ktoś ją oszukiwał — szczególnie on — choć była zbyt dumna, by przyznać, że się tym przejmowała. Nigdy jednak nie naciskała za bardzo. Wytyczała sobie granice i trzymała się ich uporczywie. Tym razem jednak zdawała się tego nie kontrolować.
— Nie sczeznąłbym, gdybym go nie spotkał — odparł spokojnie Abel skoncentrowany na broni. — Ale prawdą jest, że mam do niego kilka spraw.
— Interesy?
— Błahostki. — Wzruszył ramieniem i dorzucił z pozorną nonszalancją: — Nic pilnego.
— To dobrze. Nie należy wyszukiwać mu teraz zajęć, które pochłonęłyby zbyt dużo jego sił i czasu. Chodzi rozdrażniony i nadęty.
— Dziwi cię to, Anastazjo? Wziął na siebie odpowiedzialność za cały kraj, a niektórzy… — Abel uniósł strzelbę i sprawdził ustawienie muszki, przymykając jedno oko — ...nadal nie potrafią tego docenić.
Twarz Anastazji skurczyła się nagle, jakby spodziewała się bolesnego spoliczkowania.
— Myślę, że ma problemy.
Oboje wymienili między sobą poważne spojrzenia, ale ich poglądy na tę sprawę znacząco się różniły.
— Mówiłem z nim już. Panuje nad wszystkim, jak zawsze.
— Zaczął bujać w obłokach, to zły znak. Nie zliczę, ile razy widziałam, jak siedzi i patrzy…
— Pozwól mu myśleć — przerwał jej zirytowany. — Przestałaś w niego wierzyć, a on niczego tak nie potrzebuje jak naszej wiary. Co to za naród, co nie wspiera swojego przywódcy? Co z nas za rodzina…
— Staram się nie być całkiem bezkrytyczna. — Nie ustępowała Anastazja.
Abel westchnął i zniecierpliwiony pokręcił głową, mówiąc:
— Jest na wakacjach wśród przyjaciół. Nie zadręczaj go swoimi wątpliwościami.
S. czekała w napięciu, aż zbulwersowana Anastazja wybuchnie, ona jednak pohamowała narastające oburzenie i oznajmiła stanowczo:
— Heron nie miewa wakacji.
S. wstrzymała oddech pewna, że użycie przez Anastazję upokarzającego przydomka nie przejdzie bez głośnego echa. Nigdy wcześniej nie ośmieliła się go wymówić i prawdopodobnie nikt, kto choć raz go użył, choćby tylko w żartach, nie zostałby powitany przez generała Bottiego z otwartymi ramionami — i z całą pewnością nie chciałby się w nich znaleźć. To było piętno nadane mu przez opozycjonistów, a rozsławione przez pałających nienawiścią Południowców — prosty, ciemny lud z najbiedniejszych warstw Scypionu. Nie wszyscy należeli do zwolenników tej wojny — szczególnie jeśli rosnące wciąż koszty wojenne podnosiły ich podatki — a Heron czasem zapominał, przeciw komu kierował swe działa.
Abel odwrócił się do ciotki, spojrzał jej w oczy, wskazał na starą strzelbę i powiedział głosem wypranym z emocji:
— Oderwany cyngiel.
Chciał wyjść i oddać ją Bernardowi do naprawy, ale wtedy Anastazja zaproponowała:
— Weź strzelbę Dawida.
Zatrzymał się w pół kroku zaskoczony, niepewny. Do niedawna podczas pobytów w Rybiance bał się go wspominać, a każda wzmianka o Dawidzie ciążyła mu na sumieniu, jakby był choć w połowie winny jego śmierci. Być może wciąż wstydził się tamtych absurdalnie dziecinnych wymówek, które pozwalały mu nie zbliżać się zbyt często do łoża konającego wuja. Choroby i cierpienie w żadnym aspekcie nie interesowały pełnego witalności chłopca.
— Rzadko jej używał. Nie znosił polowań.
Anastazja machnęła ręką, jakby było jej już wszystko jedno i może właśnie ten gest rezygnacji skłonił Abla do kilku ciepłych słów:
— Skubaniec miał artystyczną duszę i wytrwałe palce. Brzydził się przemocą, lecz fortepian katował całymi dniami — zażartował, po czym wymienił broń.
[6]
— Beo, co tu jeszcze robisz?
S. natknęła się na nią przy wejściu dla służby, z którego zwykle sama korzystała, gdy we dworze stacjonowało wojsko Bottiego. Zapadał zmierzch, a dziewczyna wyglądała tak, jakby szykowała się na wyczerpującą wyprawę, mimo iż w dłoniach dzierżyła jedynie tacę z posiłkiem. Jej przejęta mina i niezdecydowane ruchy świadczyły o olbrzymim lęku, lecz Bea nigdy nie bała się ciemności. Stała tam jednak, nie mogąc zrobić kroku, najprawdopodobniej od dłuższej chwili.
— Pułkownik Long poczuł się gorzej — wyjaśniła cicho.
— Co zrobił? — S. martwiła się, że we dworze mogło zdarzyć się coś naprawdę strasznego.
Bea otworzyła szeroko oczy ze wciąż żywym przerażeniem.
— Wpadł w szał. Tak po prostu, bez powodu. Wybiegł z alkowy i zaczął chodzić po schodach. Tam i z powrotem, tam i z powrotem, i tak ze sto razy! — opowiadała rozgorączkowana. — Łapał się za głowę, krzyczał coś o kryzysie, brudzie, rozpuście, o wrogach mordujących jego ojczyznę, groził, że rozstrzela wszystkich wykolejeńców, a ich żonom odetnie dłonie, aby nie mogły nikomu prać ani gotować, ani pracować w polu. — Brwi Bei uniosły się w bezkresnym zdumieniu jako wyraz kompletnej dezorientacji. — W pewnym momencie nawet płakał, bił się w pierś i jęczał, że to jego wina i że powinien odejść. Nie mieliśmy pojęcia, o czym on mówi! Magik powiedział, że to chyba te jego zmory z przeszłości znowu powróciły. To było potworne, był cały siny, wciąż wymachiwał bronią, targał mundur, roztrzaskał jeden z obrazów, myślałam, że w końcu się na kogoś rzuci! Potem wmówił sobie, że ktoś będzie próbował otruć jego konie, więc poszedł do stajni, zwyzywał stajennych i wysypał owies ze żłobów. Próbował okulbaczyć te biedne, przerażone zwierzęta, jakby zamierzał odjechać, a po chwili wściekł się i powiedział, że się stąd nigdzie nie wyniesie. Nikomu nie pozwala tam wchodzić, chyba nie wróci na noc do dworu. Został z nim tylko Bernard, będzie nad nim czuwał, więc pani Anastazja kazała zanieść mu kolację, ale ja nawet nie chcę się zbliżać do tej stajni, pani Suzanne.
Bea była bliska histerii. Sumienie nie pozwoliłoby S. zostawić jej samej.
— Pójdziemy razem — zdecydowała, zwalczając własne zwątpienie. Nie wahając się ani chwili dłużej, ruszyła przed siebie. Wiedziała, że już sama deklaracja pomocy doda Bei otuchy, choć we dwie nie zdziałałyby wiele więcej niż każda z nich osobno, w razie gdyby Long okazał się bardziej niebezpieczny, niż był do tej pory. — Myślałam, że pułkownik wybrał się na polowanie wraz z Ablem i Marco — zagaiła, gdy kroczyły obok siebie w kierunku dworskich stajni.
— Och, od wypadku pułkownik Long nie jeździ na polowania — odrzekła otwarcie Bea.
— Od wypadku?
W zasięgu wzroku nie było żywej duszy, dzięki czemu mogły rozmawiać bez skrępowania, i nie przeszkadzała im nawet świadomość, iż tuż za rogiem, gdzieś tam w ciemnościach, w namiotach, na strychach i w szopach nocuje cały oddział scypiońskiego wojska. To były tylko nocne mary, tajemnicze szmery i widma oddechów, tym nierealniejsze, im gęstszy zapadał zmrok.
— Kilka lat temu, długo przed wojną, podczas jednego z dużych, elitarnych polowań w tutejszym borze pułkownik Long postrzelił pewnego hrabiego. Biedaczek zmarł, nim pan Dawid zdążył ściągnąć medyka. Czasem tak się zdarzało. Ot, nieszczęście. Nazwali to wypadkiem, ale dobrze pamiętam wyraz twarzy pana Dawida po powrocie do dworu i jego słowa do pani Anastazji. Powiedział „Pięć metrów, nie więcej.” Rozumie pani? Hrabia był jednym z uczestników. Stał tuż obok pułkownika.
— Rozumiem, Beo — przerwała jej S., obawiając się, że dziewczyna może się zbytnio zapędzić w swej opowieści. — Pułkownik Long od czasu do czasu miewa nawroty choroby.
— Mieli go sądzić za zabójstwo, a od pana Dawida oczekiwano złożenia oficjalnego zeznania, ale któregoś wieczoru on i generał Botti długo nad czymś dyskutowali… Prawdę mówiąc, pół nocy się spierali, a rano sprawy miały się już inaczej. Generał Botti wykorzystał swoje wpływy i pułkownik Long został uznany za niewinnego.
— Ponieważ już wtedy Marco i Long przygotowywali się do wojny — dodała S. z przekonaniem, choć nawet nie miała prawa zgadywać, czym kierował się Heron w chwili, gdy decydował się wyjąć spod prawa człowieka niepoczytalnego, zdolnego do pociągnięcia za spust pod wpływem impulsu.
— Dostałam wczoraj — oświadczyła nagle Beatrycze głosem poważnym i drżącym — list od mojego brata.
S. przyjrzała jej się zaintrygowana, przeczuwając, iż Bea postanowiła właśnie podzielić się z nią jakimś intymnym wyznaniem.
— List z domu?
— Z frontu. Jego batalion walczy w Kartaginie na wybrzeżu.
Bea zamilkła, jakby zakłopotana, a potem westchnęła głośno i rzekła:
— Pisał o kartagińskiej armii. Najpierw widział statki z Zachodu. Nie jakieś wojskowe, tylko te zwyczajne, z towarem, ale płynęły nocą, bez świateł. Dwa tygodnie później Kartagińczycy przepuścili szturm na miasto i zmusili naszych do wycofania się.
— Przejęli kawałek terenu, to wszystko, nie martw się — S. starała się zapanować nad rosnącą rozpaczą Bei.
— Boją się oblężenia. — Bea wciągnęła powietrze ze świstem. Prawie dotarły do zabudowań, wśród których znajdowała się stajnia z końmi Longa, więc mówiła coraz szybciej, jakby nigdy więcej nie miały już mieć okazji do szczerej rozmowy. — Najgorzej, że jego listy docierają do mnie zbyt późno i nie wiem, czy w chwili, gdy czytam jego słowa, on nadal…
W tamtym momencie weszły w krąg światła, jakie rzucała naftowa lampa zawieszona na zadaszonym ganku przed spichlerzem, i stanęły oko w oko z ciemną postacią, która właśnie niefortunnie wybiegła zza zaparkowanego obok wozu.
S. poczuła się jak zegar z kukułką, któremu tuż przed wybiciem pełnej godziny popsuł się mechanizm — szok był na tyle silny, że głos uwiązł jej w gardle i z jej ust nie wydobywało się nawet westchnięcie. Znieruchomiała na widok brzytwy w owiniętej kawałkiem materiału dłoni napastnika i niepewna, czy jej towarzyszka również ją dostrzegła, machinalnie przytrzymała Beę za ramię, aby nie podchodziła bliżej.
Człowiek, którego spotkały, również się zatrzymał — w rozkroku, na zgiętych kolanach, z wyciągniętymi asekuracyjnie rękoma, zgarbiony i posapujący jak zwierzę szykujące się do skoku. Zdziwiona S. spostrzegła, że to młody chłopak. Ubrany był w zwykłe łachmany, a jego oczy przypominały ślepia spętanego cielaka. Nie spodziewał się ich, a może wydawało mu się, że w odpowiednim momencie będzie wiedział, co robić, a teraz zdał sobie sprawę, że się pomylił. Na jego poobdzieranej do krwi twarzy lśniła czysta panika. Był równie groźny, co zagubiony.
Przepowiednia, pomyślała. Jego widok jak odbicie lustrzane wydał się S. znajomy i znaczący. Objawił się przed nią jak wizja przyszłości.
Nim w głowie S. zdążyła się uformować jakakolwiek teoria, rozległ się głuchy szczęk, po czym Filistyn otworzył usta i bezwładnie opadł na ziemię.
Bea zadławiła się przytłumionym okrzykiem.
Oniemiała S. chwilę przyglądała się ciału leżącemu u jej stóp, a potem uniosła głowę i napotkała rozbiegany wzrok Bernarda, który — nadal ściskając w dłoniach łopatę gotową do kolejnego ciosu — starał się zapanować nad własnym oddechem.
— Już go szukają — wychrypiał. W mizernym świetle naftowej lampy S. spostrzegła, że chłopak nie nosił butów i nagle pojęła, że nie był przypadkowym rzezimieszkiem, jednym z tych łupieżców, którzy czasem zjawiali się we dworze i kradli kury lub narzędzia. — Jak go nie znajdą, ukarzą trzydziestu innych — mruczał Bernard, obszukując dokładnie ogłuszonego Filistyna, który oprócz skradzionej brzytwy z urwaną rękojeścią nie miał przy sobie nic więcej.
S. zaczerpnęła głęboko powietrza i chwyciła się za brzuch zdumiona, że znowu może normalnie oddychać.
— Nie mogą krzywdzić tych ludzi — oznajmiła delikatnie. Odniosła wrażenie, że jej głos brzmi inaczej niż zwykle. — Potrzebują ich do pracy na plantacji.
— Ściągną tu nowych. — Bernard odwrócił uciekiniera na plecy i trzasnął go w policzek, aby sprawdzić, czy nadal jest nieprzytomny.
Zanim zalecił kobietom powrót do domu, wyprostował się, chrząknął i orzekł niedbale:
— Filistyni mnożą się w tym kraju jak malaria.
[7]
— Obozowe baraki w pobliżu mojego domu to był najgorszy z wszelkich pomysłów — Anastazja drżała z wściekłości. — Uciekinierzy! Mogłam się tego spodziewać, ale zaufałam twoim słowom… To nie robotnicy, tylko więźniowie, chorzy, niebezpieczni, niepoczytalni, a twoi ludzie chyba nie traktują swojej pracy zbyt poważnie! Podnieś im żołd albo morale, albo wyznacz codzienną serię karnych batów, byleby w końcu pojęli, na czym polega służba dla tego kraju!
Heron wolno rozmasowywał prawą skroń.
— Popadasz w histerię, moja najmilejsza. To tylko jeden nędzny chłoptaś.
Dotychczas przemierzająca salon w te i we wte Anastazja gwałtownie przystanęła. Mimo tradycyjnej nienagannej prezencji w jej statyczną mimikę i gesty wkradł się pewien nieład, który nad wyraz drażnił wyjątkowo dziś małomównego Herona.
Obserwująca ich spod okna S. była zaskoczona nieoczekiwaną przemianą gospodyni. Jej rozjuszenie, choć uzasadnione w zaistniałej sytuacji, przez swą niecodzienność wydawało się S. nie na miejscu. Nie miała jeszcze okazji ujrzeć Anastazji tak wzburzonej i napastniczej w stosunku do Herona — mężczyzny od lat darzonego w Rybiance szczególnymi względami, mężczyzny wręcz nietykalnego.
— Mógł zasztyletować dwie kobiety, ale dla ciebie to tyko jeden nędzny chłoptaś. Zmieniłbyś zdanie, gdyby to tobie przeciął drogę.
Abel doskonalący przed lustrem różne techniki wiązania muszki, odchrząknął wymownie.
— Wtedy byłby to tylko jeden martwy chłoptaś.
Marco błądził od rana gdzieś myślami. Odseparowany od bieżących spraw, wedle wszelkich norm arogancki i nietaktowny, nieświadomie unikając kontaktu wzrokowego, wzbudzał w Anastazji tym większy niesmak i poczucie zlekceważenia.
— Nie zamierzał dokonać zamachu stanu, tylko uciec od swoich obowiązków — orzekł sucho, walcząc z narastającą irytacją.
— Na Boga, próbuję tutaj wychowywać dziecko!
Okrzyk Anastazji przypominał trzaśnięcie okiennicy w bezwietrzny dzień. Ramiona S. drgnęły ze zgrozą. Samowystarczalna, odważna Anastazja nigdy nie wzywała Boga nadaremno, nigdy też nie użalała się nad sobą. Abel rzucił dyskretnym okiem w głąb korytarza, jakby i on przeczuwał, że ta wersja Anastazji nie jest tą, którą powinna oglądać dworska służba.
Wyraźnie wyczuwalne napięcie, presja, do jakiej świadomie, bądź nie uciekła się zdesperowana Anastazja, nie zrobiła na Heronie wrażenia, dodała więc spokojniej, pojednawczo:
— Za chwilę wolności mógł zamordować każdego we dworze.
— Ręczę słowem, Anastazjo, że zostanie za to solidnie ukarany. — Spojrzenie generała, którym zaszczycił swą przyjaciółkę po raz pierwszy, odkąd zebrali się w salonie, było wyniosłe i martwe, a jego głos pozbawiony śladu tradycyjnej, rozdmuchanej teatralności. — Uwierz, proszę, że ostatnią rzeczą jakiej chciałem, było sprawienie, byś czuła się niekomfortowo we własnym domu.
To, co dla S. wydawało się być kunsztem gry aktorskiej, Anastazja uznała za skruchę.
— Nie życzę sobie — orzekła twardo i nieustępliwie, powoli odzyskując kontrolę nad ciałem i tonem głosu — by moja Nadia uczestniczyła w jakimkolwiek akcie przedstawienia, które sobie wyreżyserowałeś. Nie potrzebuję twoich statystów i ich zepsutych zabawek.
Zapewne nie na tym zamierzała poprzestać, lecz właśnie wtedy do ich towarzystwa dołączył jeden z oficerów Herona i zasalutowawszy, zdał dowódcy krótki raport z dwudniowego pobytu w miasteczku.
Interesy, polityka, interesy… Do uszu S. dotarło jakby bolesne westchnienie, które nie mogło narodzić się w tym pokoju z niczyich ust, wiedziała o tym doskonale, i myśl, że to sam Pan Bóg, o którym mówiła Nadia, westchnął sobie żałośnie nad duszami, które pogubiły się tak beznadziejnie w tym bezkresie, napełniła ją równocześnie strachem i optymizmem.
— Wieśniacy skarżą się na głód i suszę. — Tak brzmiało według S. najważniejsze zdanie, które wśród tylu interesujących Herona kwestii padło zbyt późno i wypadło zbyt blado.
— Otoczyli was i pokrzykiwali. Grozili, szarpali za mankiety i próbowali odebrać wam konie. — Marco przymknął powieki i wyglądał tak, jakby ostatkiem sił powstrzymywał się przed ziewnięciem. — Czy nie było tak, panie podporuczniku?
— Tak było, panie generale.
— Czy nie wspominałem, na co macie być przygotowani, panie podporuczniku?
— Tak, panie generale.
— Czy nie skarżyli się, że dostawy zapasów dostarczane przez wojsko zostały wstrzymane?
— Skarżyli się, panie generale.
— I nie przyjęli do wiadomości, że synowie walczący za ich kraj potrzebują równie dużo chleba i wody, co ich oczadziałe południowe bękarty?
— Nie wydaje się, panie generale.
Heron znów stał się ironicznym, ostentacyjnym przecherą.
— Więc przekaż wszelkie zażalenia ich Najwyższemu, a z każdą kolejną wytworną delegacją niezadowolonego ludu, która dopadnie twych drzwi, postąp jak z zaciążoną praczką liczącą na zyskowny ożenek… — Umilkł na moment, spoważniał, po czym odczekawszy chwilę, aby przyciągnąć spojrzenia wszystkich obecnych, wysyczał przez zaciśnięte usta: — …Każ odprawić.
Po wyjściu oficera atmosfera w salonie uległa radykalnej zmianie i tylko Abel pochłonięty przygotowaniami do wieczornego przyjęcia tworzył złudzenie odosobnienia; głuchy na każde wojownicze słowo, jakie padło dziś w Rybiance i uodporniony na rozgrywające się od wczorajszego wieczora awantury, wciąż krzątał się przed lustrem, to zapinając muszkę, to układając plastron. Jego obojętność nawet Anastazję przyprawiała o mdłości.
Marco obrzucił łaskawym spojrzeniem stojącą przed nim panią domu, ponownie opanowaną i chłodną niczym starożytny posąg. Wciąż czekała na jego ostatnie słowo, nie mógł więc jej zawieść.
— Mówiłaś coś jeszcze, moja piękna? — zagaił swobodnie. Jesteś dziś doprawdy nieznośna, Anastazjo. — Coś o zabawkach i teatrze?
S. przyglądała się, jak Anastazja szpiluje Herona tym zamyślonym wzrokiem, którym raczyła go również podczas obiadu, i zastanawiała, jak wielką ci dwoje stanowią dla siebie — i dla niej — zagadkę.
— Nie chcę oglądać tych ludzi na swojej ziemi — oświadczyła Anastazja, przypieczętowując tym samym los kilkuset istnień nieinteresujących ją za grosz.
Marcus zawahał się po raz pierwszy w życiu, a potem stwierdził niewzruszenie:
— Nie ulega wątpliwości, że mogę rozwiązać ten problem.
Jeśli ja jestem potworem, to kim ty jesteś, Anastazjo?, kruczoczarna barwa tamtego głosu ogłuszyła nagle S. Jakim jesteś człowiekiem, Anastazjo, iż świadomie wybierasz ignorancję, przekonana, że nie posiadając munduru, nie posiadasz też winy? Jakim jesteś człowiekiem, Suzanne, że tak chętnie czerpiesz ze złudzenia Abla, korzystasz z przyzwyczajenia innych do twojej nic niewnoszącej obecności?
— Lecz kto wtedy zajmie się ziemią, Anastazjo? — kontynuował Marco troskliwie. — Bez Dawida i jego morskich podróży napełniających sakwy nie opłacisz ludzi, beze mnie i mojej pomocy nie zdobędziesz plonów… I powoli, lecz nieubłaganie popadniesz w ruinę.
Pod oknem było parno, żar lał się z nieba i wdzierał między mury bezpiecznej, pożądanej przez wszystkich Rybianki. S. znów słyszała umykające z czyichś ust powietrze, ale tym razem był to jej własny oddech, nienaturalnie głośny, odpychający, szkaradny.
Abel odwrócił się gwałtownie od lustra, strzelając palcami.
— Koniec z tymi smutasami — zawołał z werwą. — Mamy bajeczny dzień, nie czas na spory. Niebawem będziemy wspominać wczorajszy nieprzyjemny incydent z uśmiechem. — Anastazja i Marco słuchali jego wyliczeń, przyglądając się sobie w milczeniu: — Uciekinier został złapany, panie odespały wczorajsze przeżycia, a ponad wszystko najważniejsze, że Long czuje się już lepiej.
Wspomnienie Longa przemknęło przez salon, objawiając się falą zimnych dreszczy na ciałach kobiet i kwaśnym grymasem na twarzach panów. Zniszczony przez pułkownika obraz Dawida spoczywał w palarni, wyczekując ostatecznego wyroku, lecz Anastazja zwlekała.
— Rozchmurzcie się, dziś wieczorem czeka nas przyjęcie, wrócił wasz ukochany Abel. — Młodzieniec zgrywał się przez chwilę, żartobliwym gestem przygładzając włosy, a gdy wygłupy nie pomogły odpędzić od starszych posępnych myśli, Abel godnie skapitulował. Zmierzając powściągliwym krokiem do wyjścia, oświadczył: — A teraz wybaczcie: muszę dobrać kamizelkę do fraka.
[8]
— Bernardzie?
Odnalazła go za maszynownią, gdzie rozstawił stół z narzędziami stolarskimi. Gdzieniegdzie podziewały się jeszcze wióra i odpadki z poprzednich robót, lecz części drewnianej oprawy morskiego obrazu wciąż oczekiwały egzekucji lub ułaskawienia. Pod stołem wśród zbutwiałych resztek i spalonej słońcem trawy leżało roztargane płótno.
Bernard bezradnie drapał się po karku. A więc Anastazja przekazała prawo do decyzji bardziej fachowemu oku — a może po prostu pozbyła się odpowiedzialności i poczucia winy z powodu kolejnej utraconej, zbrukanej przez obcych pamiątki po Dawidzie.
— Bernardzie. — Oczy stajennego zwróciły się ku niej życzliwie, z zachętą, nie wyczuwając w łagodnym, cudzoziemskich głosie żadnego podstępu, i natychmiast zmartwiały, gdy dokończyła półszeptem: — Co się stało z chłopcem?
— Nie wiem, pani Suzanne — odparł, z zadumą pochylając się nad kawałkiem drewnianej ramy. Prawdopodobnie wpędziła go w niezręczność swym wścibskim, nietaktownym pytaniem, lecz wiedziała, że nie jest na nią zły. Chłodna obojętność, którą sobie narzucił, nie wynikała z niechęci do niej, lecz z konwenansu i niepisanego prawa, że o obozie w Rybiance nie wolno dyskutować głośno.
S. westchnęła cicho, nie potrafiąc ukryć rozczarowania. Pół nocy roztrząsała tę sprawę, co rusz wspominając bose stopy chłopca i zdziczałe spojrzenie pary niestarych jeszcze, lecz tak zmęczonych oczu. Co się stanie z chłopcem? Co się stało z chłopcem? Jej zainteresowanie wynikało z prostej dobroci serca. Czemu go biją?, pytał dziewczęcy głosik w jej głowie od czasu do czasu na mgliste wspomnienie innego człowieka Za każdym razem czuła dreszcze.
Cała ta sytuacja z filistyńskim zbiegiem mocno nadszarpnęła wszystkim nerwy. S. nie chciała popsuć Bernardowi dnia, lecz nie mogła się powstrzymać, by nie spytać:
— Dlaczego Marco nie lubi Filistynów? Co mu zrobili?
Instynktownie czuła, że tylko poczciwy stajenny może szczerze odpowiedzieć jej na to pytanie, nie koloryzując, nie spławiając, nie wpadając w patos lub histerię i — co najważniejsze — nie posądzając o utratę rozumu i dobrych manier.
Bernard wstał i otarł dłonie o nogawki roboczych spodni.
— Dlaczego Marco Botti ich nie lubi? — Obrzucił ją spojrzeniem pełnym ojcowskiej łaskawości. — Żaden Scypiończyk ich nie lubi. To pasożyty. Robactwo w naszym zbożu. Larwy w naszej wodzie.
Nie spodziewała się takiego wybuchu, a aktorką była raczej marną, by zatuszować wstrząs, jakiego doznała, więc świadomy niezręczności Bernard zapragnął złagodzić ich wspólne zmieszanie:
— Niech mnie pani źle nie zrozumie, Suzanne — kontynuował już spokojniej. Nie powinien się na niej wyżywać. Nie tylko z powodu klasy społecznej czy pozycji we dworze; darzył ją prawdziwą sympatią i serce mu się krajało, gdy stała przed nim taka zagubiona, nie rozumiejąca kultury tego kraju, osierocona podróżniczka znikąd. — Nie będę się nad tym roztrząsał. Ja krzywdy nikomu nie robię. Cudze portki to nie moja rzecz, ale spotkałem w życiu kilku Filistynów i nic dobrego z tego nie wynikło. To krętacze…
— Lud koczujący.
Oboje zdębieli, gdy męski głos wdarł się w ich rozmowę. Przez chwilę brzmiał jak Heron i niekontrolowany, ogłuszający strach podtrzymywał tę iluzję, dopóki nie ujrzeli kroczącego w ich stronę Abla z małą Nadią u boku.
— Taki z nich naród. — Abel śmiał się z czegoś i puszczał do dziewczynki oczka, ale swe słowa niewątpliwie kierował do nich.
Za Nadią na puszczonej luzem smyczy biegł szczeniak wyżła weimarskiego przywieziony przez Herona. Anastazja sprzedała myśliwskie psy Dawida, a nieoczekiwany prezent był tylko marną próbą dominacji nad jej porządkiem wszechświata, choć Botti zarzekał się, że to tylko domowy pupil; oczekiwał radości dziewczynki, nie rekonstruowania hodowli.
— Bez ojczyzny, bez przywódcy, bez konstytucji i sądów. Małpują nasze zwyczaje, rozgrabiają naszą gospodarkę, wyzyskują naszych obywateli. — Abel stanął przy nich, dumny i uśmiechnięty, lecz jego wypowiedź emanowała chłodem i impertynencją: — Tak samo postępują z każdym krajem, do którego ich licho przywiedzie. Roznoszą choroby, szerzą przestępczość, znieważają naszą religię. A nade wszystko bałamucą nasze kobiety, naiwnie sądząc, że w ten sposób oczyszczą swoją rasę i ich kolejni potomkowie staną się w końcu pełnoprawnymi Scypiończykami albo Kartagińczykami. Ale to dość błędne myślenie, prawda, Bernardzie? Bernard zna się na polityce lepiej niż ja.
Stajenny w milczeniu przyglądał się małej Nadii, która bezskutecznie próbowała przywołać do swojej nogi krnąbrnego psiaka. Abel przykucnął przy niej i zagwizdał. Zdekoncentrowany wyżeł stracił zainteresowanie kawałkiem obwąchiwanego terenu i wpadł z ochotą w jego objęcia, potrącając swym cielskiem drobne ciałko dziewczynki. Echo dziecięcego chichotu zawirowała nad rozgrzanym dachem maszynowni.
— Najzdrowsze potomstwo rodzi się z dwóch osobników tego samego gatunku. — Abel przewrócił psa na plecy i bezboleśnie przytrzymał mu łapy, aby zwierzę nie zadrapało garnących się do niego rączek Nadii. Spojrzał ponad jej głową na S. i dorzucił z zawadiackim uśmiechem towarzyszącym każdej przywoływanej anegdocie o zmarłym wuju: — Dawid potrafił przegadać na ten temat cały lunch.
Przywoływane przez młodzieńca fakty kreujące nowy obraz Dawida, nagle wzbudziły w S. chęć oporu. Pamiętała tysiące rozmówek Dawida o hodowli, o rozrodzie i przekazywaniu dobrych genów.
— Mówił o psach — rzuciła hardo, zaskakując samą siebie.
— Nie, Suzanne. — Westchnięcie Abla było pełne dobroci, jakby naprawdę starał się wyjaśnić wszystko tak, jak należało. — Mówił o odwiecznych prawach natury. Natura wszędzie działa tak samo. Wśród psów, koni, ludzi…
S. przerwała mu wpół słowa z bijącym wściekle sercem.
— Szejma nie dzieli ludzi na kategorie. Na gatunki.
— Szejma… — Abel przygryzł wargę. Wyglądał teraz młodo, nieporadnie, prawie bezbronnie, jak kłócący się z dorosłymi dzieciak strącony nagle z pantałyku. Pozwolił Nadii odejść z psem ku dziedzińcowi i teraz patrzył w ślad za nimi, myśląc. Gdy się odezwał, S. zauważyła, że uważniej dobiera słowa: — Gdybyśmy wszyscy byli wobec siebie równi, Szejma nudziłby się podczas tych swoich naukowych wojaży. Nie miałby o czym pisać. Tacy jak Szejma nadali tym kategoriom nazwy i przypasowali do nich naukowe definicje, ot co.
— Więc ja też jestem obca.
Abel wstał i przyjrzał się jej.
— Ale nie jesteś naszym wrogiem — rzekł poważnie i szczerze. — Nie chciałem cię przestraszyć, Suzanne. Szejma zawsze był dość ekscentryczny i wszyscy wiedzieliśmy, że pojmie za żonę nie byle kogo. Bernardzie — gdy zwracał się do sługi, znów mówił jak zaborczy jedynowładca: — Musisz pozbyć się dymówek ze stajni. Przyszedłem, aby ci powiedzieć, że te cholerniki znów uwiły sobie gniazdko.
[9]
Zaproszona na przyjęcie okoliczna śmietanka towarzyska nigdy nie odmawiała sobie tej formy rozrywki bez względu na czasy, w jakich przyszło im żyć. Zagubiona w towarzystwie S. drążyła szlaki pomiędzy eleganckimi, pięknie pachnącymi ciałami oficerów, magnatów, inwestorów, polityków i ich nieskazitelnie czystych, doskonałych żon, udając, że jest zbyt zajęta doglądaniem pracy w kuchni i poprawianiem ułożenia obrusów, by przystanąć przy którejś z grup i zająć gości rozmową. Coraz częściej wyłapywała protekcjonalne lub zaintrygowane spojrzenia rzucane w jej kierunku ze wszech stron. Wydawało jej się, że wiedziała, co szeptali między sobą ci ludzie, od których tak bardzo odstawała obcą urodą, skromniejszym strojem, mniejszą ogładą. Kto to jest i co tu robi? Czy nie roznosi chorób, nie trwoni naszych pieniędzy, nie demoralizuje naszych dzieci? Jak każdy samotnik pośród członków jednej watahy, czuła się wystawiona na pośmiewisko.
Nie oczekiwała, że jedyną osobą, która przybędzie jej z pomocą będzie sam Marco Botti. Gdy nadstawił swe ramię, bezwolnie ujęła go za nie, czując coś na kształt wdzięczności, i pozwoliła wprowadzić się w krąg dżentelmenów i towarzyszących im dam, gdzie została przedstawiona bez śladu uszczypliwości i dwuznacznych komentarzy. S. stała przy boku Herona nieco oniemiała, podziwiając sztukę dyplomacji i lekkość, z jaką prowadził nic nieznaczące dyskusje o giełdzie, kursie walut i zagranicznym wyżu demograficznym. Zaskoczona nie tylko jego niecodziennym zachowaniem pozbawionym wrogości i drwin, jak i faktem, że dotyk munduru nie parzył jej ani nie brzydził, uporczywie doszukiwała się pułapki. To tylko skrawek materiału, a to tylko człowiek, Suzanne, przemknęło jej nagle przez głowę, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszała te słowa z cudzych ust. Może zaczynała tworzyć nową wersję swojego anioła stróża, który przemawiał do niej poprzez jej własną wyobraźnię.
Pozwoliwszy Heronowi roztoczyć nad sobą namiot bezpieczeństwa, wtopiona w szmery nieinteresujących ją rozmów i dźwięki muzyki klasycznej odgrywanej na żywo przez czteroosobową orkiestrę, obserwowała, jak Abel gładko dryluje w towarzystwie, zaszczycając zaproszonych swą uwagą, zwinnym tanecznym krokiem przemykając to tu, to tam. Przyglądała się, jak beztrosko uwodzi młode, pożądające szybkiego zamążpójścia arystokratki, a następnie je porzuca, aby nieco szybszym, mniej cierpliwym krokiem w ślad za którymś wojskowym udać się w miejsce odosobnione, gdzie, minimalizując ryzyko podsłuchania, dobija targów: wymienia banknoty i papierosy na zrolowane dokumenty i pakunki z tajemniczą zawartością.
— Doprawdy, Generale… — szczebiotała żona znanego w Scypionie sędziego. — Rozumiem, że prowadzimy działania wojenne i że przez te wszystkie śmiesznie absurdalne zamieszki w kraju panuje stopień podwyższonego ryzyka, ale czy zajęcie mojego przygranicznego majątku przez wojsko było doprawdy środkiem koniecznym? Z całym szacunkiem dla naszych dzielnych żołnierzy, tworzą oni wokół siebie takie pandemonium, że musiałam się wyprowadzić — opowiadała rozżalona. — Moja wiejska posiadłość jest, zapewniam, doprawdy urocza, ależ ile można przedłużać wakacje. Zaczynam się tu nudzić, a nudząca się kobieta to katastrofa, generale. Ileż mój mąż mógłby panu o tym opowiedzieć. — S. nie była pewna, czy ich rozćwierkana rozmówczyni naprawdę czuła do Herona jakąś urazę, czy próbowała go jedynie uwieść. — Wyrażam doprawdy szczerą nadzieję, że razem dojdziemy do porozumienia.
Ale Heron wcale jej nie słuchał, mimo że po jego twarzy błądził wyrozumiały, szelmowski uśmieszek. Od dłuższej chwili S. czuła, jak materiał pod jej dłonią usztywnia się pod wpływem napiętych mięśni, a gdy spóźniony na przyjęcie senator, jeden z ważniejszych osób w rządzie Bottiego, podszedł wystarczająco blisko, Heron przestał udawać zainteresowanego rozmową z sędziną.
— Pani wybaczy — mruknął zupełnie nieskruszonym tonem do rozczarowanej sędziny, ale to S. rzucił przelotnie zagadkowe spojrzenie.
Nie zamieniwszy z nikim słowa udał się na górę, a za nim, zachowując pozory dyskrecji, senator, pułkownik Long, ministrowie i wyżej postawieni wojskowi.
Wzrok S. przeciął salę i natrafił na przypadkowe, niekierowane do niej gniewne spojrzenie Anastazji. Pani domu stała pośród swych dobrych, gadatliwych znajomych, z którymi zwykła palić lufki podczas prywatnych spotkań, w milczeniu sączyła drinka i — z tego co zdążyła zauważyć S.- mimo pięknej twarzy, błyszczących loków i lśniącej sukni, wszystkich tych rzeczy, które czyniły ją najjaśniejszym punktem w Rybiance, od początku przyjęcia straszyła gości pochmurnością gradowej chmury.
S. nie była pewna, co szykował Heron i jego ludzie, ale cokolwiek to było, mogło zepsuć przyjęcie Abla i dobry nastrój Anastazji.
Nie baw się w wojnę, Anastazjo.
Była wściekła, gdy wychodził z sali. Wiedziała, że idzie do gabinetu, do świątyni zmarłego, że będą obradować, i byłaby wściekła równie mocno, gdyby szedł z nimi Dawid i również wtedy, gdyby on sam był Dawidem.
Dawid Gubernatorem!, absurdalna wizja przez moment usiłowała wsunąć uśmiech na jego zastygłą w powadze twarz. Przyjemnie było wzbudzić w tej kobiecie jakieś emocje, pomyślał raz jeszcze, sunąc palcem wskazującym po górnej wardze, jak to miał w zwyczaju, gdy jego myśli zaprzątało coś ważnego, z czym wiązał nie do końca sformułowane plany. Nawet przed samym sobą nie próbował ukryć, że z chęcią ujrzałby ją pośród tych inteligentnych, wpatrzonych we własną kieszeń dżentelmenów debatujących wraz z nim nad losem ojczyzny i nie mógł odżałować, że jest tylko kobietą. Tańczyliby tak, jakby im zagrała, ale żadna siła nie mogła jej do nich dopuścić; byli ponad nią, należeli do tego sektora w publicznej przestrzeni, który nie tolerował kobiet, a to doprowadzało Anastazję do szaleństwa — świadomość tego wywoływała rozkoszne ciarki na jego skórze, więc zapadł się w skórzanym fotelu Dawida jeszcze bardziej, aby zaognić rozchodzące się po kręgosłupie ciepło.
Wtedy siedzący naprzeciwko senator Marlen zapalił papierosa. Oczy Herona zwęziły się niebezpiecznie wpatrzone w rodzący się z wolna błękitnawy dymek.
— Ostatnie działania Kartagińczyków przyniosły nam poważne straty — przemawiał w tym czasie minister obrony. Cherlawy, starszy pan przekartkowywał dokumenty, bardziej dla zrobienia odpowiedniego wrażenia niż w celu wyszukania informacji. — Ekonomiczne, gospodarcze, militarne… nie wspominając o zasobach ludzkich i… — recytował bez śladu jakiejkolwiek intonacji, wzbudzając w towarzyszach coraz silniejszą chęć działania, chęć zemsty, chęć przydatności, jałową chęć, która zagaśnie, wyda ostatnie tchnienie, jak tylko skończy mówić, a Marco patrzył, jak Marlen pali w pomieszczeniu, którego ściany nigdy nie miały okazji wdychać tytoniowego dymu. Nie pal nad papierami, gnębił kuzyna Dawid, gdy podczas wspólnych rozrachunków zdarzało mu się zapomnieć i jego ręka bezwolnie sięgała po ogień. Zapominał o dumie i gasił każdą fajkę bez słowa sprzeciwu. Nie pal nad papierami, to przynosi nieszczęście.
— Skapitulowali. Dowódca odmówił współpracy… — Rozgrzmiał kolejny męski głos, gdy gryzący zapach dotarł do znieczulonych przez nałóg nozdrzy Herona. Spokojne wody nie kształtują dobrych żeglarzy.
Gramofon oszalałego ze strachu Dawida słuchał ich i milczał.
— W kraju szerzy się głód. To nie nasze dzieci miały głodować… — zauważył któryś z posłów, zmartwiony i odrobinę odważniejszy niż reszta.
Chciał powiedzieć, że to moja wina, spostrzegł się Heron, ale nie wywołało to w nim najmniejszych emocji. Przyniosłem im pecha, rzekłby, gdyby bał się trochę mniej. Cholernie dobry tytoń, Marlen. Drogi, zza granicy. W Scypionie w tym roku nieurodzaj.
Gabinet szarzał powoli. Marco zastanawiał się, jak duży wpływ miał na to ten jeden papieros, a ile szarości zrodziły słowa padające ze wszech stron, wiszące w powietrzu, wyczekujące. Narada wojenna we dworze Anastazji była absolutnie konieczna dla dobra ich wszystkich, była potrzebna Heronowi zażywającemu polityki jak narkotyku, była potrzebna walczącemu Scypionowi i zaszkodzić mogła jedynie tkaninom w gabinecie Dawida, które niezauważalnie nasiąkały obrzydliwym zapachem obcej fajki w niemile widzianej ręce.
— Wzrosła liczba dezerterów, a samobójstwa...To odwraca uwagę od…
— …odnotowano nowe incydenty. Sabotażyści…
— Cel, do którego dążymy… Nie możemy dać się omamić własnej propagandzie, generale…
— Spustoszenie na naszym zapleczu…?
— Mieli tylko pokrzyczeć, lecz krzyknęli odrobinę za głośno i z Zachodu przysłano…
— ...przerwać łańcuch dostaw? Braki w fabrykach…
— Obiecywał pan moc wrażeń, generale. Moc wrażeń i korzyści. Śmiem zauważyć, że nie takie wrażenia mieliśmy na myśli. A i korzyści znacząco zmalały. Z całym szacunkiem, do tej pory najlepiej wyszli na tej wojnie producenci leków opioidowych…
— A Południowcy? Obawiam się, że o zamach stanu nietrudno, szczególnie gdy generał Botti…
— Nie znacie życia? — Gdy zabrał głos, przerywając gwałtownie jednemu z doradców, wiedzieli już, że ich kwestie zostały na tę chwilę wyczerpane. — To wasza pierwsza, dziewicza wojenka, panowie?
Heron uniósł się w fotelu i przesunął wzrokiem po twarzach rozmówców.
— Nikt z was nigdy nie robił sumy zysków i strat? Piszczycie jak małe, strachliwe panienki.
Debatujący poruszyli się niespokojnie na swoich pozycjach i tylko pułkownik Long pozostał niewzruszony, jakby usłyszał każde zdanie Herona jeszcze przed naradą, jakby pomagał mu w przygotowaniu przemówienia, w doborze słów, jakby tkwił w jego głowie jak starożytny mag albo współczesny telepata. Pułkownik Long był zagadką nawet dla generała Bottiego.
— Boicie się Filistynów? Co mogą nam zrobić? — pytał Heron z drwiącym uśmieszkiem. Jego przemowy nie były sztuczkami wyćwiczonymi przed lustrem. — Są jak konie pociągowe, oswojeni, ujarzmieni, posłuszni. Silni, prawda. Ale my potrafimy tą siłą pokierować. Przydatni na lewo, problemowi na prawo. — Uderzył pięściami w obicie fotela.
Bawił się jak dziecko, a oni słuchali go zaczarowani, nie patrząc na siebie nawzajem, jakby porozumiewawcze spojrzenia między nimi mogły odebrać mu godność, wytrącić z równowagi. Tego by nie zniósł. Każde słowo nawodniało jego organizm. Wokół panowała susza, ale nie w nim.
Wstał i przechadzał się pośród nich zygzakiem.
— Boicie się Południowców? Tych hałaśliwych wieśniaków? Co mogą wam odebrać? Konie? Chleb? Buty, senatorze? — Trącił swoją nogą błyszczące oficerki jednego z dygnitarzy. — Mamy tego aż nadto. Nie prowadzimy tu wolnych wyborów, nie przeprowadzamy głosowań wśród pospólstwa, nie mogą nas dotknąć swoimi parszywymi językami. My jesteśmy głową tego narodu, wy żywicie Południowców, a ja żywię was.
Mówił coraz żywiej, coraz dosadniej, a w jego oczach szalała burza. Sztyletowany przez dłuższą chwilę lodowatym spojrzeniem Marlen znieruchomiał z papierosem uczepionym dolnej wargi.
— Zadbam o wasze szczęście, wasz dostatek, tylko, do diaska, zamknijcie już usta. Albo stańcie pośród nich, wesprzyjcie bunt, odbierzcie mi władzę! — Heron okrążył fortepian, wykonał kilka żywszych kroków i już, bezszelestnie prawie, urzeczywistnił się za plecami pobladłego palacza. — Który z was zajmie moje miejsce? — zamruczał tuż nad jego uchem. — Podejmie się tego wyzwania? Wyda na siebie wyrok, skaże się na to wieczne piekło podejmowania decyzji za was, za tych idiotów, którzy nic nie wiedzą o Scypionie, o jego woli walki, potrzebach i marzeniach? Jest wśród was któryś tak zdolny do poświęceń? Tracę zdrowie przez wasze troski i fanaberie. Ile krwi mi napsuli ci wszyscy krytycy, tylko jeden Bóg wie, więc gdy tylko odnajdę wśród nas najmniejszego prowodyra… — Ułożył swoje dłonie na zesztywniałych ramionach Marlena i zacisnął je lekko, jakby bezmyślnie, jakby z przypadku dodając tylko: — Zleci ze stołka w inny sposób niż przypuszczacie… Pułkowniku Long? — zawołał nagle uroczyście, radośnie, tracąc cały swój złowrogi urok.
— Kartagina — odrzekł Long.
— Tak. Kartagina. — Heron przycisnął do skroni dwa palce. Zmierzając z powrotem do fortepianu, mamrotał pod nosem: — Przyznaję, nieco mnie zaskoczyli. Zależało mi na czasie, a tu taka niespodzianka… Kartagińczycy się bronią. Psotniki! Dobrze więc… — Zabębnił palcami po ramie, po czym, upewniwszy się, że zebrani słuchają go uważnie, wydał zalecenia: — Przeorać miasta. Na powstałe pola rozsypać sól. Nic tam więcej nie urośnie. To dosyć zabawne, biorąc pod uwagę, jakie nadzieje wiązałem z tamtą ziemią…
Skrzypnęła podłoga, jęknęła rama krzesła, czyjś łokieć stuknął o blat biurka.
— Generale Botti…? — Minister obrony posłał kolegom szybkie, zdezorientowane spojrzenie, lecz nie śmiał dodać nic więcej. Dokumenty w jego rękach zadrżały nieznacznie.
— O czym dokładnie mówimy, generale? — wybawił go z opresji ktoś inny.
— Nie znacie ani ziarna historii, przyjaciele? — odparł beztrosko Heron, przyglądając się olbrzymiemu instrumentowi. Wyglądał tak, jakby rozmyślając nad kupnem, szukał na jego powierzchni najmniejszej ryski. Nie musiał jednak wydawać żadnych pieniędzy, by go mieć, i to sprawiało, że przeklęty fortepian stawał się równie atrakcyjny, co bezwartościowy. Czuwał nad dworem Dawida, sprawował pieczę nad jego rodziną i wykorzystywał jego statki. Pozwalał palić w jego gabinecie, ale przyzwyczajenie narzucone mu przez kuzyna sprawiało, że nigdy nie śmiał wyciągnąć papierosa przy pracy nad jakimikolwiek dokumentami. To przynosi pecha, prześmiewczo przewrócił oczami. Znów był tym znajomym, irytująco zarozumiałym krewnym pana Rybianki o niebezpiecznie przejaskrawionych dowcipach, lecz gdy odwrócił głowę do swych doradców, patrzył oczami Herona. Głos Bottiego oświadczył z czułością: — Nie znacie historii, a przecież „Kartagina musi zginąć”.
Lecz żaden z mężczyzn nie zrozumiał aluzji.
— Co się dzieje, Beo?
Poczerwieniałe oczy służki nie wróżyły niczego dobrego. Żaden powód, dla którego S. znalazła się w kuchni po raz kolejny w trakcie tego wieczoru, nie był na tyle mocny, by utrzymać swoją pozycję w jej pamięci po zderzeniu z roztrzęsioną Beatrycze.
Lecz tym razem dziewczyna nie była skora do zwierzeń. Być może onieśmielali ją kręcący się wokół kuchciki i pomywacze, być może przykrość była zbyt świeża, by mówić o niej głośno, nawet w kuchennym, piekącym w policzki i uszy gwarze, albo po prostu sprawa była o wiele poważniejsza, by zwierzyć się z niej komuś tak bezradnemu i pogubionemu w obcym świecie jak S. Cóż mogła dla niej zrobić? S. potrafiła słuchać, potrafiła pocieszać i ukołysać do snu, lecz nie potrafiła działać solidnie, po męsku, skutecznie jak niezawodna Anastazja czy zaradny, fachowy Bernard.
Spojrzenie rzucone przez Magika ponad ramieniem zmieszanej dziewczyny tylko utwierdziło S. w przekonaniu, że każdy w tym pomieszczeniu rozumiał Beę znacznie lepiej niż niedomyślająca się niczego, nierozumiejąca ich trosk i nienadążająca za zmieniającymi się we dworze nastrojami cudzoziemka.
— Powiedz, co się dzieje — szepnęła jeszcze raz, a wtedy Magik odrzekł „To, co zawsze, pani” i temat został zamknięty.
— W sadzie ktoś na panią czeka — powiedziała Bea, unosząc nagle głowę z przejęciem. — To chłopiec, przybiegł ze wsi, ma coś dla pani.
Przebrnąwszy przez pierwszy grom zaskoczenia, S. zorientowała się, że Bea przekazuje jej wiadomość półszeptem, w tajemnicy, poddenerwowana bliską obecnością wścibskich uszu. Zgodziła się na bycie jej wspólnikiem, spiskowcem na śmierć i życie, i przyjęła tę rolę z pełną odpowiedzialnością.
Nagle S. również to pojęła: zdarzyło się coś niecodziennego.
— Dziękuję, Beo — tyle zdołała z siebie wydobyć. Konieczność wyjścia na spotkanie z nieznajomym przybyszem wznieciła w niej niepokój, lecz również podekscytowanie.
Walcząc z gęsią skórką i trzęsącymi się kolanami, zadbała, by nikt nie zauważył jej wyjścia. Gości Abla obchodziła niewiele, lecz czujne oko Anastazji śledziło jej poczynania nie tylko od święta. Wymknęła się przez pomieszczenia dla służby na tyłach dworu i w kilka minut pokonała dystans między domem a dworskim sadem. Na zewnątrz panował półmrok i właśnie on przypominał jej co krok, że to, co robiła, było głupie i niebezpieczne. Rozglądała się za niewinnym, wiejskim chłopcem, jednocześnie poszukując wśród drzew groźnego napastnika. Napotkanie któregokolwiek z gości Abla również nie było pożądaną niespodzianką. Na szczęście biesiadnicy nie zapuszczali się w ciemne, zalesione rejony nieobfitujące w alkohol i przekąski, woleli brylować w świetle.
Chłopiec rzeczywiście na nią czekał. Musiał stać gdzieś za jej plecami, lecz obszedł sad wokół, by nie wystraszyć jej zanadto. Nasłuchiwała, jak się przemieszcza, przez moment tylko sądząc, że to jedynie dzikie zwierzę. Potem, dygocząc wśród parnego powietrza z nerwów i podekscytowania, nigdy bowiem nie przydarzyło się w jej życiu nic podobnego, żadnego wymykania się, żadnych tajemniczych spotkań w sadzie Anastazji, żadnych niespodziewanych gości, czekała, aż się ujawni. Nie miała w Rybiance żadnych znajomych oprócz domowników, a nawet w domu, w górach, niespecjalnie zajmowała się utrzymywaniem jakichkolwiek kontaktów z sąsiadami, ograniczając je do minimum, o które prosił Szejma. Żyła inaczej, nie potrzebowała ludzi, rozrywek i gier towarzyskich, tak istotnych dla Abla, Herona czy Anastazji. Oni czerpali z ludzi energię, a z S. to ludzie wyciskali ostatnie krople psychofizycznych sił. Kim więc był chłopczyk, który tak bardzo starał się jej nie wystraszyć? Zachował się jak prawdziwy dżentelmen albo tak go pouczono; w końcu przyszedł tu z misją.
Nie opuszczało jej poczucie, że dzieje się coś ważnego, coś ważniejszego niż wojenne posiedzenia Herona, filistyński obóz, spowite tytoniowym dymem spotkania Anastazji za zamkniętymi drzwiami głównej sypialni czy zagadkowe machlojki Abla.
Stało się: pojawił się w zasięgu jej wzroku, a ona zesztywniała, nagle zlękniona, że to całe spotkanie okaże się farsą, opadnie zasłona i pojawi się Nadia, mówiąc, że to żart, że to jej zabawa, i wtedy znowu każdy we dworze będzie miał swoje tajemnice, oprócz niej: nudnej, przewidywalnej S. bez talentów, przyjaciół i barwnej przeszłości. S. z kilkoma rysami tożsamości nakreślonymi kijem na piasku.
Tymczasem małoletni nieznajomy, nabrawszy przekonania, że S. w żaden sposób nie uznaje go za zagrożenie — kilkuletni, kościsty, niewyrośnięty fąfel na nikim nie wywarłby podobnego wrażenia — podszedł i wręczył jej skrawek papieru. Potem odszedł bez słowa. S. nie wołała i nie zamierzała go zatrzymywać. Co robił w Rybiance sam w nocy i kto go przysłał? Na odpowiedź nie oczekiwała zbyt długo, wystarczyło rozłożyć kartkę, odnaleźć ostatnie drobiny światła wiszących nad gankiem naftowych lamp i z zapartym tchem przeczytać:
Nie wierzy serce twoje w nic, nim oczy nie ukażą ci
W ludzkości blasku ujrzał piękno, ducha życia
Pośrodku cieni światła moc, najświętsza pośród tajnych ksiąg
Zapisał ją wśród pieśni przeznaczenia
Wszechświata królem byłeś, nim wybrałeś krzesło w domu, gdy…
Liścik nie był podpisany, ale tych kilka słów znajomej pieśni nakreślonych ręką męża sprawiło, że tej nocy S. płakała.
[10]
W gnieździe pod stropem stajni nadal znajdowały się pisklęta i to sprawiło, że pozbycie się niechcianego jaskółczego domostwa kosztowało Bernarda więcej czasu i nerwów niż należało przypuszczać. Wciąż stał na drabinie i dokonywał ostatnich porządków, gdy z ziemi dobiegł go rozgniewany głos:
— Co wy wyprawiacie, stary? Do cholery.
Porucznik Dizer zauważył porzucone w słomie gniazdo z wciąż żywymi ptaszętami i przez moment Bernardowi wydawało się, że to jego nieetyczna ingerencja w naturę wzbudziła w nim taką wściekłość.
Franklin Dizer pojawił się w Rybiance zaraz po wybuchu wojny i zabawił tu dłużej niż głosiły obietnice Herona. Mimo młodzieńczej barwy głosu i chłopięcych dłoni, wyglądał na trzydzieści parę lat i nie mógł poszczycić się dużym doświadczeniem wojskowym. Prawdopodobnie nigdy nie był na froncie i nigdy nie wydał w swoim życiu żadnego rozkazu, a jednak z jakiegoś powodu Marcus uczynił go dowódcą. Mimo przedłużającej się służby w filistyńskim obozie, mieszkańcy dworu nie wiedzieli o nim zbyt wiele: nie znali jego personaliów, nie poinformowano ich, skąd pochodził ani tego, jak żył przed wojną. Wszystkie informacje o poruczniku napływały do dworu wraz z hulającym w polach wiatrem: mówiono o Dizerze, że bywa hałaśliwy i dobrze strzela, zna się na rolnictwie, ale nie na uprawie tytoniu, nie toleruje nieróbstwa wśród swoich podwładnych, choć przede wszystkim lubi mieć spokój i niewyszukuje powodów do pisania dodatkowych raportów. Nade wszystko jednak nienawidzi obcych i jako zapalony ksenofob tępi wszystko to, co wydaje się zbyt mało scypiońskie jak na jego gust: muzykę, modę, jedzenie, ludzi.
— Jaskółki zniszczyły strop — wyjaśnił Bernard, nieśpiesznie schodząc po drabinie — Panicz Abel kazał…
— Jasne! — gromko oznajmił porucznik, nie musiał bowiem wiedzieć więcej, choć rozkrzyczane pisklaki przyciągały jego spojrzenie; obrzydzały go równie mocno, co intrygowały. — Co oni robią, do diabła. Odpowiedzcie mi, stary, co oni robią, do cholery. — Dizer bez grama dyskrecji wskazał palcem wyjątkowo dziś zatłoczony stajenny korytarz i jednego z żołnierzy Herona szykującego kulbakę do drogi. Bernard też to zauważył: od rana wśród wojskowych panowało niezaprzeczalne poruszenie: pastowano buty, sprawdzano broń i czyszczono konie, choć wszyscy wyglądali na sennych i nieprzejętych, poruszali się z ociąganiem i zaprzeczali, jakoby szykowali się do jakiejkolwiek podróży. Ich działania nie mogły jednak pozostać niezauważone i im dziwniejsza wydawała się ich powściągliwość, tym bardziej niepokoiła domowników.
— Nic mi o tym nie wiadomo, poruczniku — Bernard bezradnie wzruszył ramionami.
— Mieszkasz we dworze, a nic nigdy nie wiesz — żachnął się Dizer.
Wtedy w progu stajni pojawił się Heron w towarzystwie pułkownika Longa. Salutujący podwładni oblegli brzegi korytarza jak resztki słomy zamiecione przez sprawnego stajennego.
— Spocznij — mruknął Botti po przyjęciu honorów. Przy pomocy kilku potężnych kroków znalazł się przy uciszonym i spokorniałym poruczniku. — Słuchajcie, Dizer — zaczął surowo, lecz dostrzegł Bernarda i jego ton przybrał o stopień cieplejszą nutę, gdy odprawiał go do domu. Po wyjściu sługi dłuższy moment myślał nad tym, co chciał powiedzieć, jakby zgubił wątek. W końcu rzekł: — Dizer. Zamykamy obóz. Spalcie dokumenty, oczyśćcie baraki.
— Rozkaz, generale. — Dizer wiedział, że koniec obozu jest bliski. Susza zniszczyła uprawy, obdarowała folwark przymusowym gospodarczym marazmem i setką obcych darmozjadów, którzy nie mogli przydać się do niczego więcej niż kopanie w ziemi. — A robotnicy?
— Robotnicy? — Heron zmarszczył surowo brwi, jakby nie mógł przypomnieć sobie, co dokładnie postanowił. Spoglądał wrogo na cierpliwego i usłużnego Dizera, niegdyś najlepszy, najelastyczniejszy materiał, jaki wpadł mu w ręce, marząc, aby ten wyprostowany i płaski jak drewniana decha nieudacznik wreszcie zniknął mu z oczu. Zauważył, jak z twarzy porucznika powoli odpływa cała senna pewność siebie, gdy powtórzył nieprzejednanie: — Powiedziałem: zlikwidować obóz.
— Tak jest, generale! — odkrzyknął Dizer, salutując, ale Herona nie wzruszał ani jego entuzjazm, ani wojskowa lojalność i nienaganne maniery. Chciał już zawrócić, gdy do stajni ze śmiechem na ustach wpadła Nadia, ciągnięta przez silnego, niesfornego szczeniaka. Przeskoczywszy wysoki próg, wpadła wprost w objęcia szczerze rozpromienionego na jej widok stryja.
— Nie daj mu rządzić, śliczna — przestrzegł ją Marco, patrząc dziewczynce prosto w jaśniejące radością oczy. — Z każdym dniem będzie coraz silniejszy i w końcu połamie ci kończyny.
— Stryju… — Mała dostrzegła za luźno zapiętym kołnierzykiem paciorki różańca ukrytego pod koszulą, lecz Heron pochwycił jej dłoń, nim zdążyła pomyśleć o wyciągnięciu go na wierzch. — Stryju, czemu mama nie wierzy w twojego boga? Czy to dlatego, że on chroni ciebie, ale nie ochronił taty?
Heron nie dał po sobie poznać, jak bardzo zaskoczyła go tą myślą.
— Zaprzątasz sobie śliczną głowę zbyt sentymentalnymi rzeczami, moja panno — odparł, udając zagniewanie. — Biegnij za swoim psem, nim rozniesie pół Rybianki. Pułkownik pomoże ci go złapać. — Pozwolił dziewczynce uciec ze stajni, a potem zdecydowanym krokiem ruszył za nią. Dopiero wtedy Dizer obserwujący tę scenę w pozycji na baczność obrócił głowę, by odszukać pułkownika. Przyprawiający niejednego twardziela o przyśpieszone bicie serca pułkownik Long stał przy ściągniętym przez Bernarda gnieździe i po kolei, jeden po drugim, brał w swoje wielkie, nieczułe dłonie niewinne, hałaśliwe pisklęta, przyglądał się im uważnie, po czym z największą delikatnością, na jaką stać było jego stępione zmysły, odkładał je do gniazda.
Porucznik Dizer odetchnął z ulgą, gdy przywołany przez Bottiego Long po prostu zostawił je w spokoju.
Lecz gdy tamtego dnia wracał rozpaloną, złotą dróżką do obozu, odpinając w pośpiechu spocone mankiety, z naprzeciwka wybiegł ku niemu młody wyżeł. Pozbawiony obroży rozkoszował się wolnością, nieśpiesznie okrążając dwór.
W pysku niósł martwe pisklę.
[11]
W ciszy dworskiej jadalni odpiął koszulę i ściągnął z szyi chrześcijański totem Dawida. Przez chwilę ważył go w dłoni. Ledwo pamiętał ten moment, gdy po pogrzebie Anastazja przekazała mu różaniec. Ostatnie życzenie zmarłego, uszanuj to, napominali go zgromadzeni wokół krewni, wykwintnie zarozumiała, wykwintnie dwulicowa hołota, która pochowawszy gospodarza, zabawiła w Rybiance nieco dłużej, niż wymagał tego obyczaj.
Anastazja umyślnie obdarowała go tym zaskakującym prezentem przy świadkach. Chciała zagrać mu na nerwach. Wszyscy wiedzieli, że ten mały, tak wymowny przedmiot jest ostatnią rzeczą, którą mógłby się przejąć. Nikt nie przeszkodziłby mu w zachowaniu się tak, jak nie należało, w końcu nie bez powodu nieoficjalnie przypisano mu tytuł największego skandalisty, lecz w przypływie dziwnego impulsu postanowił zatrzymać różaniec. Ot, przewrotność Bottiego znowu namiesza w waszych głowach, uśmiechał się do siebie w duchu, jednocześnie bijąc się z myślami: kto by przypuszczał, że tuż przed wyzionięciem ducha zakochany w mitach i symbolach religijnych Dawid przekaże swój najcenniejszy atrybut komuś tak bezbożnemu i obojętnemu jak Marco. W ostatnich chwilach życia zapewne całkiem postradał zmysły, skoro już wcześniej, podczas oblężenia, nie radził sobie najlepiej.
Co ojciec pozostawił małej Nadii? Dylematy na podłożu religijnym, wątpliwości, problematyczne pytania. Heron uśmiechnął się kpiąco: Dawidzie, mogłeś postarać się bardziej. Zawsze taki dokładny, tym razem coś przeoczyłeś, przemawiał do kuzyna w głębi serca, po części pastwiąc się nad nim, po części przekomarzając, i tak jak odziedziczyłem ten różaniec, tak i mi przypadło w udziale odczarowywanie legend o tobie.
— Nie będę umierał za twoje grzechy — wyszeptał w szczerym gniewie, ściskając w pięści drewniany krzyżyk.
Usłyszał ten niewyraźny odgłos jak cień dźwięku z innego życia, to nie całkiem fizyczne skrzypnięcie przed progiem jadalni, za plecami, gdy luźniejsza deska w podłodze ugięła się pod czyimś ciężarem i w ułamku sekundy owinął różaniec wokół nadgarstka, by ukryć go pod mankietem, zanim Abel stanął w drzwiach.
— Marco, chcę się zaciągnąć.
Heron spojrzał na jego zaciętą twarz i wiedział już, że chłopak przyszedł gotów stoczyć bój.
— Gdzie? — spytał dla jasności.
— Na służbę. Do twojej armii.
— Nigdy nie interesowało cię wojsko — odrzekł spokojnie, nienamolnie, rozpoczynając beztroską przechadzkę wokół stołu. Potrzebował dystansu, bezpiecznej odległości.
— Mówiłem z oficerami, wiem, gdzie posyłasz drugi batalion — rzekł Abel twardo, zaczepnie. Powieki nie drgnęły mu nawet o milimetr. Ledwo odrośnięty od ziemi chłoptaś udający… mężczyznę, ba!, udający żołnierza. Taki widok zapewne w innych okolicznościach nieziemsko rozbawiłby Herona; w obecnej sytuacji wzbudził jedynie litość. — Chcę jechać z nimi.
Heron z pogardą uniósł jedną brew.
— Bez przeszkolenia?
— Dobrze wiesz, że połowę z nich wzięto z ulicy — walczył o swoje Abel. — A ja umiem strzelać.
— Nie, Abel. Oto moja odpowiedź. — Twarz Herona zastygła beznamiętnie, gdy zdał sobie sprawę, że chłopak nie zrezygnuje tak po prostu z najświeższego pomysłu. Perspektywa męczącej, przeciągającej się dyskusji zmusiła Marco do bezwzględności. — Zostaniesz w domu ciotki. Pomożesz Anastazji z folwarkiem.
— To nie jest jakiś tam kaprys! — Panicz czuł, że przegrywa, czuł, jak stłamszone zostają jego patriotyczne pobudki, jak przez zlekceważenie i brak wiary człowieka, którego darzył tak wielkim zaufaniem, traci zimną krew.
— Tam się toczą naprawdę ciężkie walki — oznajmił miękko Botti, zmieniając taktykę. Przypominanie Ablowi, że ktokolwiek może sprawować nad nim kontrolę, było posunięciem nie do wybaczenia, nie do wybaczenia nawet Heronowi. — To doświadczeni żołnierze, zdolni do poświęceń dla kraju…
Abel jednak nastawiony był na kontratak.
— Uważasz, że sobie nie poradzę? że nie jestem zdolny do poświęceń? — drążył z uporem, nie kryjąc urazy.
— Od ciebie nigdy nie zażyczyłbym sobie — odrzekł Heron przez zaciśnięte z rozeźlenia zęby — tak wielkich poświęceń.
— Jak wielkich? — Nie kapitulował Abel. — Dawid mógł walczyć! Czemu ja nie…
— Dawid NIE BYŁ żołnierzem! — huknął Heron, tracąc panowanie. — Co to za żołnierz, którego trzeba wyprowadzać z domu siłą? — syczał, przyśpieszając kroku. Obszedł stół raz i drugi, świdrując oniemiałego Abla spojrzeniem pełnym ognia: — Co to za żołnierz, który słabnie ze strachu podczas oblężenia, któremu miesza się w głowie w pierwszych dniach bitwy z powodu kilku straconych ludzi? Co to za dowódca, którego trzeba przywiązać do łóżka, by nie oddał swojego oddziału do niewoli? — Marco zatrzymał się przy jednym z krzeseł, zacisnął dłonie na oparciu Za jego plecami tkwiła pusta ściana, ściana bez widoku na spokojne morze, ściana ogołocona z symboli. — Dawid był człowiekiem biznesu. Prekursorem — kontynuował, cichnąc, lecz im ciszej mówił, tym głębiej zagrzebywał swe słowa we wnętrzu Abla: — Znał się na handlu, uprawach, eksporcie. Malował obrazki. Ale nie miał pojęcia o wojnie. I ty też go nie masz.
[12]
Zapadający nad Rybianką zmierzch, nie schłodził ziemi, nie nawodnił rzecznych koryt i nie przyniósł zmartwionym ukojenia. Wyciszył jedynie dźwięki tętniące we dworze za dnia, uśpił służbę i dzieci, nakrył minione wydarzenia warstewką srebrzystego kurzu.
Przez otwarte drzwi gabinetu Dawida sączyło się pożółkłe światło. Drgało nieco wraz z podrygującym płomieniem świec, gdy od czasu do czasu ktoś wciskał fortepianowe klawisze. Partie były krótkie, przerywane i rozpoczynane od nowa, albo wraz z ostatnim dźwiękiem szły natychmiast w zapomnienie, klawisze nieruchomiały na moment i rozbudzały się, by rozbrzmieć znów inną melodią, od środka, jakby muzyk nie przejmował się ani dobrym stylem, ani płynnością kompozycji.
Dyskretna S. przystanęła w progu. Bea stała za zasiadającą przy fortepianie Anastazją i rozczesywała jej długie, ciemne włosy wolnymi, posuwistymi ruchami. Rozmawiały ze sobą przyciszonymi głosami, gdy pieśni fortepianu zamierały, choć głównie to Beatrycze mówiła. Wyglądały przy tym obie tak swobodnie, że S. nie miała żadnych wątpliwości: odgrywały tę scenę często; co wieczór wspólnie szykowały się do snu i korzystały z przyjemności, jakie niosła możliwość wyciszenia się po całym dniu przy dobrodusznych strzępach niegdyś rodzącej się tu muzyki.
Anastazja pochyliła głowę, zwiesiła ramiona i delikatnie przesunęła dłońmi po klawiszach.
— Królewskie berło Dawid miał, głosem sumienia jego gra, sekretną wiedzą Stwórcy spowita jego muza — recytowała bardziej niż śpiewała, lecz niewinność bijącą z niej w takiej chwili chwyciła S. za serce i zasznurowała usta. — Wątpliwe ziarno w glebie win, jutrzenką twoją pośród zim… — Przerwała, dźwignęła ramiona w górę i bez śladu skrępowania spojrzała S. prosto w oczy. — Suzanne — kiwnęła głową z galanterią. Zrelaksowana i ciepła Anastazja rozpłynęła się w migotliwym świetle świec niczym pustynna fatamorgana.
— Anastazjo — S. Odpowiedziała jej równie szykownym skinieniem.
— Zauważyłam, że całkiem dobrze bawiłaś się wczoraj na przyjęciu. — Fakt, że Anastazja w ten sposób rozpoczęła rozmowę zdziwił S., lecz zachęcona brakiem jakiejkolwiek pogardy w głosie pani domu, śmiało weszła do środka. Bea rzuciła jej spojrzenie pełne sympatii, a Anastazja kontynuowała bez cienia zazdrości: — Marco wziął cię pod swe skrzydła. Jak to przed chwilą zauważyła moja usłużna Bea: czasem potrafi być przydatny.
— Nic takiego nie mówiłam, pani — odrzekła spokojnie służka, rozczesując kolejne pasma włosów.
Nim gospodyni odwróciła głowę, S. dostrzegła drgnienie na jej twarzy i zorientowała się nagle, że Anastazja żartowała.
— Marco zawsze musi coś znaczyć — rzekła, sięgając po popielniczkę i papierosa. Chwilę obracała go w palcach, nie mogąc zmusić się do odpalenia. W gabinecie pachniało inaczej niż zwykle. Starością, myślała S., kurzem i zmęczeniem, ale zdroworozsądkowa Anastazja wiedziała, że to pozostałości po naradzie Herona. — Musi być w centrum, potrzebny, niezastąpiony, skarbiec wszelkiej wiedzy i trafnych rozwiązań.
Rozgadana, uzewnętrzniająca się przed obcymi Anastazja nie była czymś, obok czego można przejść obojętnie, S. stała więc i słuchała, rozważając ewentualną pułapkę, nagłą słabość czy też szumiący w głowie alkohol:
— Long i Szejma uwielbiali konie. Układali je pod siodło, Long szkolił je dla wojska. Czasem zajmowali się też końmi Dawida i tamtego dnia jeden odsadek przyuczany do wozu zerwał się z uwięzi i wraz z całą uprzężą wpadł w rozwieszone w sadzie sznurki z suszącą się bielizną. Dokonał tej okrutnej zbrodni na oczach samego Bottiego, nim ten zdążył rozprostować nogi po długiej podróży. Pamiętam, jak spytał: „Cóż to za łajdak zniszczył twoje pranie?” i nie miał na myśli wystraszonego zwierzęcia. „Kaprala Longa już znasz”, odpowiedziałam, gdy pierwszy z nich pojawił się na dziedzińcu. Łączyły ich sprawy zawodowe i przypadkowe spotkania przy służbowym brydżu. Long nie miewał wtedy jeszcze swoich problematycznych ataków i mało kto spodziewał się po nim obecnego niezrównoważenia. „A to mój przyjaciel”, rzekł Long, poganiając nadchodzącego aroganckim krokiem Witolda. Tak rzekł. Mnie również ogarnia pusta śmieszność, Suzanne, nie musisz się z nią kryć.
„Marcus Ambroży Botti herbu Scypio”, przedstawił się Marco tradycyjnie.
„Szejma”.
„Szejma?”
„Prosto: Szejma”.
Marco był urażony, ale jeszcze nie chciał tego okazywać. Nie wiedział jeszcze, nie rozumiał, że nazwiska nie miały dla Witolda żadnego znaczenia, że to nie gburowatość ani brak szacunku, ale prostota ducha zmuszała go do oszczędności słów. Uścisnął Witoldowi dłoń, siląc się na elegancki uśmiech.
„Dobrze. Moje uszanowanie, panie Szejma”.
Dawid i ja cieszyliśmy się, że nie będą mieli wielu okazji do spotkań. Z ich bliższej relacji nie mogło wyniknąć nic dobrego, zatem niezachłanna, okazjonalna znajomość była jedyną bezpieczną opcją.
Przy stole Marco przewodniczył dyspucie i zachwycał nas opowieściami pełnymi barw i dźwięków. Od zawsze był wyśmienitym mówcą.
„Od dziecka marzyłem o tym, by dokończyć dzieło pradziadka i podnieść ten kraj z kolan… Odkąd zaoferowano mi pracę w naczelnym gubernatorstwie, czuję, że moje pragnienie ma szansę się ziścić. A pan czym się zajmuje, panie Szejma?”. Nieudzielający się w rozmowie Witold był świetnym, choć mimowolnym prowokatorem.
„Badam sens rasy ludzkiej”, odpowiedział wtedy bez zastanowienia, gibając się na krześle jak niewychowany młokos.
„Witold jest antropologiem”, pośpieszył z wyjaśnieniem Dawid.
Marco potarł górną wargę, obserwując przeciwnika spod zmrużonych powiek.
„To chyba niezbyt korzystna finansowo praca, jak mniemam? Humanistyczny kierunek, którym nie interesuje się żadna społeczność — oprócz uniwersyteckich wykładowców, rzecz jasna, bo ich studentów już nie zawsze — wieczne podróże, dużo pisaniny. Służba historii i przyrodzie nie może nieść ze sobą satysfakcjonującego zastrzyku środków do życia”.
Szejma jednak nie był z tych, co łatwo dają się podejść.
„Przynależenie jedynie do słonecznej szlachty jest jeszcze mniej satysfakcjonujące”, Szejma słoneczną szlachtą nazywał arystokratów żyjących z majątków po przodkach, fortunatów, niesionych falą znanego nazwiska, „Ja przynajmniej nie muszę troszczyć się o ogródek”.
Wraz z Dawidem obserwowaliśmy, jak Marco gubi nagle ścieżkę i w myślach pośpiesznie analizuje przebieg rozmowy. Nie był wtedy jeszcze tak skamieniałym aktorem jak dziś.
„Jestem z tych bezdomnych”, mieszał dalej Szejma. Żartowniś.
„Szejma pochodzi z Samsonów”, dorzucił miłosierny Dawid. Ród zamożnych, wędrownych naukowców, biologów i historyków charakteryzujących się słabością do inwestowania w naukę i antyki, nie w posiadłości ziemskie, wystarczająco tłumaczył fakt, iż Szejma nie osiadł jeszcze nigdzie na stałe.
Na twarzy Marco zagościł leciutki uśmiech. Nikt z nas niewiedział, co mógł oznaczać, jednakże Botii odzyskał pewność siebie i nie zamierzał odpuścić Szejmie ani jednej bolesnej minuty dezorientacji, która odebrała mu kontrolę, która spowodowała, że nie był już u siebie, nie był w centrum, nie był naszą niezastąpioną skarbnicą.
„Nieposkromiony Samson”, Marco przez chwilę mielił te słowa w ustach jak gorzką pestkę, „Bóg wyznaczył pański koniec jeszcze przed pańskim narodzeniem”.
Szejma przejechał dłonią po głowie, mrugając do Dawida porozumiewawczo.
„Samson utracił moc dopiero wtedy, gdy Dalila ścięła mu włosy”.
„Pewnie dlatego żadna kobieta nie posiada do ciebie praw”, orzekł Dawid, kończąc ten temat.
Anastazja wyrzuciła nietkniętego papierosa i ponownie uderzyła w klawisze.
— Szejma nie wróciłby do kraju, gdyby nie ty, Suzanne — powiedziała. Wtedy S. odgadła, że opowiedziana przez Anastazję historia nie miała dodać jej otuchy. — Chciał stworzyć ci dom w najbezpieczniejszym miejscu, jakie znał. Chciał dać ci coś, czego, jak się domyślam, w swojej ojczyźnie nigdy nie miałaś. Pechowy traf, że tuż po waszym przyjeździe wybuchła wojna. Służbę światu porzucił dla służby Scypionowi. Scypionowi należącemu do Herona. — Anastazja uniosła w zamyśleniu jedną brew. Wciąż nie patrzyła na S., w oczach której błysnęły łzy wstydu i żalu. Nie potrafiła ich powstrzymać. Anastazja miała rację i nawet jeśli mówiła to wszystko na głos tylko po to, aby S. poczuła się źle, była to niezaprzeczalna prawda. — Szejma to honorowy człowiek. Przypuszczałam, że prędzej czy później wpadnie przez to w kłopoty.
— Szejma wróci — wychrypiała S. przez ściśnięte gardło.
— Wierzę w to równie mocno, Suz…
— Szejma wróci — powtórzyła Suzanne zdecydowanie. Wyciągnęła dłoń i ułożyła na fortepianie skrawek papieru z utajnioną wiadomością. Anastazja uniosła głowę, Bea znieruchomiała.
Dziś rano przeczucie nakazało jej przyjść do Anastazji i wyznać sekret. Zaszyfrowany liścik przekazany jej nocą przez tajemniczego posłańca niewątpliwie był sekretem. Szejma wiedział, co robić. Pieśń o biblijnym królu nie należała tylko do nich. Należała też do Anastazji. Mogła być kochanką czy wspólniczką Herona, mogła traktować S. z najwyższym chłodem i nie chcieć jej w swym domu, lecz przede wszystkim była kobietą, której ufał Szejma.
Anastazja przeczytała kilka krótkich wersów i jej twarz nagle zmieniła odcień.
— Co to znaczy? — spytała trochę za ostro. S. milczała. Anastazja gwałtownie zatrzasnęła klapę fortepianu. Cienie na ścianach podskoczyły nerwowo, szarpnięte nagłym podmuchem. Po zmęczonej, niewinnej Anastazji nie było już śladu. Zza fortepianem zasiadała żona Dawida nagle objuczona poważnym zmartwieniem. Jak się miewa nasz przyjaciel Szejma?
Uniosła kartkę do góry i na oczach S. zgniotła ją w pięści:
— Wraca? Jeśli wysłano za nim gońce, Marco już o tym wie. I czeka na niego.
[13]
Anastazja nigdy nie pomyliła się równie mocno.
Nim słońce wzeszło, gwardia Herona opuściła Rybiankę w pośpiechu, bez ostrzeżenia, tak że nawet wstający o świcie parobkowie doglądający bydła nie stali się świadkami ich wyjazdu. Po przebudzeniu niepoinformowani o niczym mieszkańcy dworu przeżyli szok, zastawszy puste stajnie, w połowie ogołoconą spiżarnię i porzucone gdzieniegdzie zużyte elementy wojskowego ekwipunku. Nie wyjeżdżali w panice, a mimo to nie mieli czasu na pożegnania.
Powietrze tamtego ranka było całkiem rześkie, co zwróciło uwagę wyjątkowo rozluźnionej S. Kobieta rozglądała się po twarzach innych osób stojących wraz z nią na werandzie, chcąc sprawdzić, czy ktoś jeszcze to zauważył, lecz wszyscy byli zbyt przejęci i nie do końca przebudzeni, by dostrzec nagłą zmianę pogody.
Wszyscy zamarli, gdy echo rozniosło po placu nierówny stukot końskich kopyt. Ich oczom ukazał się ostatni zbłąkany oficer w niedopiętym mundurze i przekrzywionej furażerce. Jedną ręką próbował ujarzmić zniecierpliwionego wierzchowca, drugą walczył ze splątanymi szlufkami wojskowego plecaka. Na jego widok Abel pierwszy ruszył z furią przez opuszczony dziedziniec. Zarówno koń, jak i jeździec wyraźnie gotowali się do ucieczki, jednak rozgniewany Abel był szybszy. Dopiero gdy z wrzaskiem dopadł końskiego boku i chwycił żołnierza za mundur, zmuszając go do pochylenia się, S. rozpoznała w nim porucznika z filistyńskiego obozu.
— DOKĄD? — krzyczał Abel, szarpiąc broniącego się Dizera za poły i umykające przed nim zwierzę za wodze. — Dokąd się wybierasz, ty tchórzliwy psie?!
— Puście, paniczu! — wydzierał się Dizer. — Puście, do diabła, bo broni sięgnę!
Abel z uporem starał się strącić go z siodła, ich wzajemne krzyki płoszyły konia. Szamocząc się, krążyli wokół dziedzińca, pierwszy raz od dawna tworząc w Rybiance tak wielki harmider. Zebrani na werandzie przyglądali się tej scenie w niemym przerażeniu.
— Gdzie jest Marcus?! GDZIE JEST MARCO? Pojechał za drugim batalionem? Mów! — Nie ustępował Abel, zaciskając pięści na pogniecionym materiale. Guziki munduru bezgłośnie spadały na bruk, ziemia drżała od uderzeń podkutych końskich nóg.
— Nie wiem! Nie wiem, to nie mój oddział! Swoje zrobiłem! Ja swoje zrobiłem!
Trudno ocenić, czy Abel pierwszy zrezygnował, czy też Dizer zwinnie wywinął się z jego uścisku, nim jednak S. zdołała się spostrzec, pogonione nerwowym kopnięciem zwierzę ruszyło prędko w stronę bramy. Porucznik trzymał się w siodle dość niezgrabnie i przez moment wydawało się, że spadnie z grzbietu na pierwszym zakręcie, wolność jednak była zbyt blisko, by móc ją tak łatwo utracić.
Abel został na placu sam, zdyszany i czerwony z wściekłości.
— Drań — parsknął pod nosem, odwlekając moment powrotu na werandę.
[14]
Tamtego dnia podczas obiadu znowu słuchali muzyki, lecz nikt nie cieszył się nią równie mocno jak kiedyś. Siedzieli wspólnie przy jednym stole, walcząc z narastającym napięciem. Wisiał nad nimi ponury, czarniejący chłód. Na dworze powietrze gęstniało i wrzało, lecz pomiędzy dworskimi murami zrobiło się krystalicznie czyste jak diament, a jego niemalże namacalne krańce raniły języki i palce.
— To jego prywatna świta — Abel wiercił się na swoim krześle. — Nie pojechali nikomu z odsieczą. Nic się nie stało.
Anastazja jadła obiad z nieobecnym spojrzeniem utkwionym w przeciwległej ścianie. S. co rusz spoglądała na nią z niepokojem. Wydawała się bajecznie odprężona, jakby odurzona. Nie zwracała na nic uwagi, od rana nie rzekła ani słowa. Abel za to przemawiał bez przerwy, w gruncie rzeczy — do siebie, nikt bowiem nie potrafił mu odpowiedzieć.
— To do niego niepodobne, że wyjechał bez słowa. Zaplanował to, musiał to zaplanować. Może decyzja zapadła na naradzie? — Hałasował sztućcami tak bardzo, że w innych okolicznościach dawno temu zostałby odesłany od stołu. Nawet litościwa mała Nadia rzucała mu karcące spojrzenia, on jednak nikogo nie zauważał, tak jak i jego nie zauważano. — Nic nie wspominał, Anastazjo? Może go zlekceważyłaś, nieumyślnie choćby?
Przeszyta gwałtownym zimnem S. uniosła dyskretnie głowę, by ponownie zbadać nastrój pani domu; jej wyraz twarzy jednak pozostał niezmieniony, nie usłyszała przytyku, nie słyszała być może nawet grającego gramofonu. S. miała złe przeczucia, ale różniły się one od tych, które nękały ją podczas obiadów z Heronem. Te obecne były o wiele konkretniejsze, nie rozpływały się w niekształtne fale, nie gubiły w ciasnych zakątkach wytężonego umysłu, nie szeptały do niej — one krzyczały i gryzły. Czyżby niepodatna na wpływy dusza Anastazji zachorowała nieodwracalnie? Mimo nieustającego monologu Abla, odkąd Anastazja przestała mówić, Rybiankę nakrył ciasny całun ciszy.
Bei trzęsły się ręce, gdy stawiała na stole dzban z wodą. S. z niedowierzaniem patrzyła na te jej niespokojne dłonie, tak bliskie i zarazem tak dalekie, tak wyczekiwane, gaszące pragnienie, i wtedy usłyszała słowa Anastazji:
— Beo, usiądź z nami.
Nie tylko S. przebiegły ciarki. Służka wpół pochylona znieruchomiała, wstrzymując oddech, Abel zamilkł, rzucając ciotce spojrzenie pełne konsternacji.
— Przynieś dla siebie talerz i zjedz z nami — ponowiła zaproszenie Anastazja z takim spokojem, jakby jadała ze służbą przy jednym stole od lat i nie mogła zrozumieć ich zdziwienia.
Z dworu dobiegły ich odgłosy rozmowy. Abel z rumorem wstał od stołu, nie zważając na dżentelmeńskie obyczaje, i wyjrzał przez okno na frontowy dziedziniec.
— Co oni tu robią? — zezłościł się na widok dwójki przechadzających się beztroskim krokiem żołnierzy z oddziału porucznika Dizera. Z karabinami niechlujnie przewieszonymi przez ramię śmiali się w głos i zajadali coś ze smakiem, po drodze gubiąc papierowe opakowania. — Krowy, łażą jak po swoim. Nie powinni pilnować robotników?
S. posłała Anastazji jedno z tych swoich zatroskanych spojrzeń i nieoczekiwanie napotkała jej całkiem już wyraziste, nachalne spojrzenie.
— Tam już nie ma żadnych robotników, kochanie.
I choć trudno to wytłumaczyć, właśnie S. poczuła największy wstyd za całe to zamieszanie, jakby to ona posłała brata Bei na wojnę, skrzywdziła Longa i nie ochroniła gabinetu Dawida przed oszpeceniem.
Część druga
[1]
Kilkadziesiąt godzin pozornego spokoju zaburzył przywieziony przez Bottiego wyżeł. Podczas jednego ze spacerów pomiędzy polami więdnącego słonecznika zerwał się małej Nadii ze smyczy i pognał piaszczystą ścieżką wprost do opuszczonego filistyńskiego obozu, pozostawiając dziewczynkę sam na sam ze swoją bezradnością i parzącym w plecy słońcem. Od czasu pamiętnego incydentu Nadia nie chciała już tam chodzić, tym większa spadła na nią krzywda, że psiak nijak nie słuchał nawoływań i rzadko sam wracał do dworu. Zapłakana, wróciwszy do domu, natknęła się na S., która przejęta nieszczęściem dziecka, natychmiast wyruszyła na poszukiwania.
Odkąd obóz został zamknięty, był już tylko zbiorowiskiem drewnianych zabudowań służących za śmietnisko i wylęgarnię szczurów. W ciągu jednego dnia stracił na znaczeniu i nie wzbudzał już grozy. Gdzieniegdzie kręcił się jeszcze jakiś żołnierz z rozwiązanego oddziału porucznika Dizera, ale tamtego dnia, gdy S. podążała za umykającym szczeniakiem, wokół było pusto i głucho. W innych okolicznościach S. nie śmiałaby zapuszczać się tak daleko — nie tylko przez nieformalne reguły panujące we dworze.
W ślad za psem dotarła do opuszczonych kwater dla żołnierzy. Najczystsza część filistyńskiego obozu należała do dowódców, ale po ucieczce Dizera musiano urządzić tu sobie małą biesiadę albo bijatykę. S. dziwiła się, że porucznik porzucił swoich żołnierzy tak po prostu; a może to oni zdradzili jego i zaczęli zagrażać sobie nawzajem. Dizer musiał wiedzieć o wyjeździe Herona coś więcej, chociaż z drugiej strony mógł jedynie skorzystać z okazji i pokusić się na dezercję. S. nie była do końca przekonana, czy Dizer rzeczywiście był tak zapalonym faszystą, na jakiego się kreował.
Widok psiaka Nadii skrobiącego pazurami ścianę jednego z wojskowych baraków mieszkalnych nie wzbudził w S. tak uwierającej w trzewia podejrzliwości jak zaryglowane deskami drzwi i okna — w odróżnieniu od tego budynku, inne otwarte były na oścież i ograbione z wszelkich dóbr. W powietrzu wciąż unosił się odór spalenizny.
S. przystanęła. Obserwowała zachowanie psa, nieco tylko lekceważąc jego podekscytowanie: był myśliwym, młodym i niesfornym. Zainteresowany każdą dziwnie pachnącą błahostką uczył się sztuki polowania, przeprowadzając obławy na kury i motyle. Zamknięty barak był jednak zamkniętym od zewnątrz barakiem. Niechlujnie przybite deski nie przylegały ściśle do siebie, a mimo to wystarczająco ograniczały dostęp światła i powietrza.
S. nasłuchiwała z oddali. Pies drapał w drzwi, od czasu do czasu popatrując na nią z wyczekiwaniem. Był uradowany nowym odkryciem.
Tam już nie ma żadnych robotników.
Sparaliżowana strachem S. nie czuła ani krztyny radości. Sama niewiele mogę, chciała mu powiedzieć, ale nagle bez żadnego konkretnego celu odwróciła się na pięcie i wróciła do dworu.
Ostatnie metry pokonała biegiem. U podnóża schodów nie rozmyśliła się jeszcze. Chwyciwszy się poręczy, zaczerpnęła oddechu i krzyknęła:
— Anastazjo!
Anastazja zatrzymała się w połowie drogi na górę i odwróciła nieśpiesznie, bez śladu niepokoju w eleganckim, przemyślanym ruchu ciała, choć na jej twarzy malowało się głębokie niedowierzanie. Krzycząca S. sprawiała równie piorunujące wrażenie jak milczący Heron.
Zdyszana, oblepiona polnym kurzem S. zdawała sobie sprawę, jak żałośnie to zabrzmi i przez chwilę patrzyła na dumną, kobiecą Anastazję, delikatnie ściskającą w dłoniach poły swojej drogiej sukni. Każdy czułby się lepiej obramowany taką etykietą. To tylko człowiek, Suzanne, a to tylko skrawek materiału…
Anastazja stała na szerokich pięknych schodach, nad nią, na wysokości, oderwana nagle od tej zwykłej czynności, od wspinaczki na górę w celu zakosztowania przedobiedniej drzemki czy zagłębienia się w rozkoszy lektury. Wydawała się taka… na swoim miejscu. Dbała o to, by wszystko w jej świecie przynależało do niej, by nikt nie mącił w jej kolejności rzeczy. Pilnowała równowagi. Tylko jej pragnęła, niczego więcej, równowagi w bilansie zysków i strat. Była taka jak trzeba. S. patrzyła jej w oczy i przez moment obawiała się tylko szyderstwa. Ale zaraz potem uświadomiła sobie, że tego oczekiwałby od niej Szejma: ucieknięcia się do mądrości i doświadczenia Anastazji. Dlatego też nie powiedziała „pomóż mi”, jak zamierzała wcześniej.
— Potrzebuję cię — rzekła, a Anastazja patrzyła uważnie i chciwie, jakby ujrzała ją i oceniała po raz pierwszy.
[2]
S. zajęła miejsce z tyłu i patrzyła, jak zwlekają.
Stali tam odrobinę zbyt długo, więc słońce zaczynało im doskwierać: zraszało czoła i moczyło koszule, szumiało w głowach niczym mocne wino, z uporem próbując przegonić ich z tego opuszczonego, potwornego miejsca. Bernard ściskał w jednej ręce skrzynkę z narzędziami, a w drugiej łom i wyglądał, jakby miał się zaraz rozmyślić i odejść. S. nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że zarówno on, jak i towarzyszący im parobek, co jakiś czas posyłali jej pełne pretensji spojrzenia. Magik, wysunięty na czoło ich grupy jak nie do końca świadomy swej roli ochotnik, trzymał siekierę opartą o bark i ze zmarszczonymi brwiami lustrował wzrokiem zamknięty barak, powtarzając, że musi pomyśleć. Nie takich zadań oczekiwał, najmując się na dworskiego kucharza. Anastazja po prostu czekała.
— Otwórzcie drzwi — nakazała w pewnym momencie. Upał znosiła najlepiej z nich wszystkich.
— Tam są ludzie — Magik był nieprzekonany.
S. poczuła mrowienie w opuszkach palców. Mężczyzna musiał ulec jej sugestii, a przecież ze środka nie dochodziły żadne dźwięki. Żadnych szeptów, nawoływań, żadnego skrobania, ani jednego stuknięcia. Jeśli okaże się, że barak jest pusty, wyjdzie na kompletną wariatkę. Lecz jeśli zrezygnują, nigdy nie okaże się, czy w istocie nią była.
Zlękła się, że Anastazja wzruszy ramionami i odprawi służbę do domu, jakby nie dokonywali właśnie niczego ważnego. Jak wiele musiało ją kosztować zaburzenie świętej równowagi panującej w Rybiance, przywróconej na tak krótko po nagłym wyjeździe Herona. Oderwanie życia od sklejonej codzienności musiało boleć jak gwałtowne oderwanie przesiąkniętego ropą opatrunku.
— Otworzyć, powiedziałam.
Magik pokręcił głową nieznacznie i mruknął coś do Bernarda. Gdy odrywali gwoździe i łamali deski, S. wzdrygała się z każdym tąpnięciem siekiery. Może to nie był dobry pomysł, przemknęło jej przez głowę. Teraz już nie było odwrotu, ale to ona ich tu ściągnęła i była za nich odpowiedzialna. Któż mógł przypuszczać, kto czeka na nich w środku; żywy czy martwy?
Anastazja jako pierwsza weszła do środka i cofnęła się niemal natychmiast obrzydzona okropnym smrodem.
S. nie do końca posiadała kontrolę nad własnym ciałem, gdy tak po prostu minęła starszą szlachciankę i dyskretnie zakrywszy usta, przekroczyła próg baraku.
Najpierw ujrzała manekina. Kościstą, niemal łysą tanią kukłę podobną do tych samodzielnie skonstruowanych, na których dawno temu jej niezamożna, lecz zaradna matka dokonywała ostatnich krawieckich poprawek. Nie przestraszyła się, gdy manekinowi zadrżały gołe nogi, nie przeraził jej widok wielkich, wyłupiastych oczu oślepianych nadbiegającym z zewnątrz rozgrzanym, niemal płynnym blaskiem.
To nie był koszmar senny, lecz rzeczywistość — zaatakowała ją, gdy tylko odwróciła głowę: kilkadziesiąt prowizorycznych posłań rozłożonych w dawnej kwaterze wyższego rangą żołnierza, a na nich ludzkie ciała, drżące lub sparaliżowane, napuchnięte lub zmiażdżone, nagie kończyny, wilgotne, ociekające czarnym, lepkim brudem twarze. Kilkadziesiąt par oczu patrzyło na nią z ciasnej, cuchnącej ciemności, kilkadziesiąt par bydlęcych oczu tamtego napotkanego przypadkiem bosego chłopca. Jednak właściciele tych oczu nie próbowali uciekać.
— Otwórzcie okna — usłyszała głos Anastazji tuż obok i rozbawił ją fakt, że Anastazja w naturalnym odruchu typowej pani domu po pierwsze chciała tu wywietrzyć. A zaraz potem zadrżała na myśl, że Anastazja po prostu nie zechce ich stąd wypuścić. — Ilu was jest?
— Dwudziestu czterech — odpowiedział wolno, niemal sylabizując, czyjś zachrypnięty głos. Trudno było ocenić, czy należał do kobiety, czy do mężczyzny. S. widziała, jak człowiek przypominający wyniszczoną, krawiecką kukłę porusza wargami, więc to jego utożsamiła z rozmówcą Anastazji.
— Trzech — poprawił go ktoś.
S. zawirowało w głowie, gdy manekin wstał i zbliżył się do pasma padającego przez drzwi światła.
— Dwudziestu trzech. — Z głowy manekina patrzyły na nich oczy kobiety. Trzymała się pewnie na chudych, ale wciąż sprawnych nogach. Chyba sprawowała tu pieczę. Przemawiała, a to dużo znaczyło. Patrzyła na nich nieufnie, ale bez strachu. Może potrafiła go ukryć, a może nie byli w stanie jej wystarczająco przerazić. — Oni są z lazaretu.
S. poczuła, że mówi wprost do niej. Zagubiona odszukała wzrokiem Anastazję, pragnąc prosić ją o wyjaśnienia, nie potrafiła bowiem myśleć teraz o tym, co to znaczy i dlaczego się tutaj znaleźli, kto ich do tego przekonał albo zmusił, jak mogli dać się zamknąć w wojskowym baraku? Anastazja jednak była już dwa kroki przed nią, pokonała obrzydzenie i otrząsnęła się z szoku, a teraz analizowała i działała, jak to miała w zwyczaju, a Magik z Bernardem słuchali jej posłusznie, a S. poczuła, że znów zawodzi, że jak zwykle pozostaje nieobecna, robi krok szybciej, a potem wycofuje się chyłkiem jak to szczenię Nadii tracące zainteresowanie zmęczonym, niepotrafiącym już unieść się w powietrze motylem.
— Czego potrzebujecie? — spytała Anastazja. Panowała nad wszystkim i nie wyglądała, jakby cokolwiek tutaj poruszyło jej sercem, jakby nigdy nie żądała pozbycia się tych ludzi ze swej ziemi, jakby nie obrzydził jej na wskroś widok prawdziwej wylęgarni chorób i robactwa.
— Wody — odparł długi, chudy mężczyzna ze szpakowatym nosem i raną na policzku klęczący przy jednym z łóżek. Patrzył przy tym na Anastazję tak zachłannie, że S. wystraszyła się, iż kobieta poczuje się upodlona i odmówi, robiąc mu na złość, a wtedy nikt już nie zdoła utrzymać nerwów na wodzy.
— Jedzenia, opatrunków, lekarstw — oznajmiła przewodząca Filistynom kobieta. Obrzuciła niespokojnym spojrzeniem przestępującego z nogi na nogę, uzbrojonego w łom Bernarda. — Tu są sami chorzy — dodała z nutą arogancji. Była waleczna i miała tupet kpić z tych, którzy przybyli im z pomocą. — Resztę zabrali.
Anastazja nie poczuła się jednak ani winna, ani atakowana.
— Przynieście coś, Bernardzie — rozkazała, kiwając palcem. Przystanęła przy zawiniątku leżącym na podłodze pomiędzy posłaniami i spytała spokojnie: — Czy to jest niemowlę?
— Martwe, pani — odpowiedział tamten klęczący mężczyzna. — Od niej — wskazał palcem kogoś pod ścianą odwróconego do nich plecami. Anastazja spojrzała na niego poważnie, jak na istotę z krwi i kości, nie tylko wibrujący w przestrzeni anonimowy głos, i przez chwilę mierzyli się wzrokiem w kompletnej ciszy.
Jeśli ja… to kim ty jesteś, Anastazjo?
S. nie potrafiła odgadnąć, co Filistyn dojrzał na jej twarzy, ale gdy tylko Anastazja wyszła, mężczyzna potrząsnął za ramię chorego, przy którym klęczał:
— Będziesz żył, młody — oświadczył gromko, radośnie, jakby do tej chwili nie był tego całkiem pewien, głosem pozbawionym tego dziwnego prymitywnego akcentu, jaki rozbrzmiewał z jego ust przed chwilą, powodując tym samym eksplozję jęków i łkań umykających nagle z kilkunastu gardeł. Jego przyjaciel jednak milczał.
W całym tym hałasie S. podeszła do tego łóżka, na którym w ciszy cierpiał młody chłopak o ustach trupio bladych i wilgotnych, niemal przezroczystych włosach. Mimo upału dygotał z zimna, zaciskał palce na swoim nadgarstku, jakby ściskał nimi nakrycie, którego dla niego zabrakło. Gest ten przypominał S. desperacką próbę utrzymania siebie w całości, na ziemi, przy tej ludzkiej mizernej powłoce, próbę oporu przeciw upokorzeniu i chorobie, i na tyle wzruszył S., że śmiało, bez wstydu przyłożyła dłoń do rozpalonego czoła, jakby w ramach okazania podziwu i szacunku. Gdy stanęła nad nim, jego błyszczące gorączką, niemrugające oczy drgnęły nieznacznie, przemknął spojrzeniem po suficie, po oknie z zaciętą zasuwą, w którym Magik właśnie wybijał szyby, po przemykających pod ścianą ludziach jak cienie, ale to twarz S. była pierwszą rzeczą, którą świadomie zobaczył w świetle i jego oczy zapłonęły jaśniej, już nie przez chorobę, ale dzięki uldze i jakiejś głupiej myśli: gdyby był odrobinę zdrowszy, może i uśmiechnąłby się z przekorą.
[3]
Mimo że wszystko odbyło się — przypadkiem czy też celowo — bez udziału Abla, nijak nie mogliby utrzymać tego przed nim w tajemnicy. Wieść o porzuconej grupie Filistynów dotarła do dworu, nim kobiety wróciły z obozu przed zmrokiem. S. napotkała panicza w gabinecie, gdy oszalały i zły wyciągał z szafy broń.
— To szaleństwo, totalne szaleństwo — rzekł z furią, ładując pierwszą strzelbę, gdy tylko S. stanęła w drzwiach. Dla bezpieczeństwa nie ośmieliła się wejść dalej. Mimo nierozbudowanej postury i twarzy cherubina, w porywach gniewu Abel potrafił wyglądać naprawdę przerażająco. — Nie wiesz, co narobiłyście — sapał, walcząc ze łzami wściekłości i narastającą trwogą. Pośpiesznie zbierał rozrzucone przez przypadek naboje. — Jak Anastazja mogła się na to zgodzić, nie jestem w stanie pojąć.
— Wstrzymaj się z tym, mój drogi — ton przywołanej pani dworu ociekał chłodną nonszalancją. Tym razem nie sprawiała jej ona co prawda żadnej przyjemności, jak zwykle to bywało przy protekcjonalnym, nieco okrutnym matkowaniu bratankowi.
— Anastazjo. Na Boga — Abel patrzył na obie kobiety zagradzające mu przejście i z trudem panował nad ogarniającym go szokiem. — Gdzie się podział twój życiowy rozsądek?
— Nie wydawaj dziś zbyt pochopnie swych wyroków.
— Nie dostrzegasz niebezpieczeństwa? Żadnego? Już nie? Nie tak dawno wpadłaś w furię z powodu jednego nieuzbrojonego chłopca, a teraz karmisz jego pobratymców. Zaraz ściągną nam na kark żandarmerię albo, co gorsza, Urząd Bezpieczeństwa! Nie poznaję cię, ostatnio tak często zmieniasz zdanie.
Anastazja zmrużyła powieki i nieoczekiwanie wydała się S. stara i bardzo zmęczona.
— Potrzebuję czasu — odparła już nie tak kategorycznie, jak S. tego oczekiwała. — Marco też go potrzebował, prawda? Wspierałeś go z całego serca, więc czy i mnie nie wesprzesz?
— To nieuczciwa zagrywka, Anastazjo — odparł Abel ponuro. Wyciągnął rozdygotaną dłoń i wsypał wyzbierane ze stołu naboje do pudełka. — Rób, jak uważasz, ale pozwól mi zabrać broń.
— Z rozwagą, Abel. Z rozwagą.
[4]
Anastazja zaopatrzyła odnalezionych Filistynów w większość potrzebnych do przeżycia rzeczy i nie pojawiła się w obozie już więcej. Pozostawieni sami sobie za namową ich mentorki, kobiety-kukły zwanej Karą, przenieśli się do sąsiednich czystych baraków, pozostawiając w tym pierwszym trupy, fekalia i większość robactwa.
W przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców Rybianki S. pojawiała się w obozie co dzień i z rosnącym zdziwieniem obserwowała, jak początkowa euforia niezmiernie szybko ustępuje miejsca dawnej apatii i zaszczuciu. Mimo tak wielu dróg odzyskanej przypadkiem wolności, Filistyni nie ruszyli się stamtąd na krok i wbrew obawom Abla nie wyglądali na łaknących zemsty barbarzyńców. Kara, pielęgniarka z obozowego lazaretu — chyba jedyna osoba naprawdę świadoma traconego czasu — zaradna, empatyczna kobieta, która z jakiegoś powodu, mimo fizycznego i psychicznego wycieńczenia, czuwała nad wszystkimi, pielęgnując chorych, karmiąc i przebierając osłabionych, motywując maruderów. S. nie śmiała pytać jej o powody tak wielkiego przywiązania, poniekąd nawet rozumiała ich kompletny brak — sama, wiedziona współczuciem i chęcią przydania się, po prostu zaczęła pomagać, przynosząc im ciepłe posiłki, troszcząc się o czystą wodę i miękkie posłania. Czuła, że zawarła z Karą niemy sojusz — nie musiały ze sobą rozmawiać, by wiedzieć, że działały wspólnie w imię czegoś, co prawdopodobnie mogło nadać wartość ich życiom.
Tak się złożyło, że największą opieką otoczyła S. tamtego umierającego chłopca, nad którym na klęczkach czuwał wysoki mężczyzna z ropiejącą raną na policzku. Nie byli spokrewnieni, o czym zdążyła się dowiedzieć już pierwszego razu, gdy zaproponowała, że pomoże choremu podać ofiarowane przez Anastazję zioła na gorączkę. Jego przyjaciel — Klisza, jak kazał na siebie wołać — nie wyraził ani sprzeciwu, ani entuzjazmu, lecz S. była przekonana, że jej towarzystwo podczas posiłków dodawało mu otuchy i pozwalało powrócić do normalności: mógł do niej mówić non-stop o rzeczach nieistotnych i błahych, wymagających jedynie bezmyślnego potakiwania i korzystał z tej możliwości za każdym razem, gdy się dosiadała. Pozornie uszczypliwy i nieufny Klisza okazał się troskliwym, niegroźnym, doświadczonym przez los gawędziarzem-bawidamkiem, wysoce zaawansowanym zrzędą i niezmiernie wiernym kompanem.
Czasem na sąsiednim łóżku siadał Wasyl — drobny, wąski człowieczek o dłoniach górnika, który — w przeciwieństwie do wielu Filistynów obżerających się na zapas i zwracających posiłki chwilę później — nie tykał z przyniesionych z dworu zapasów prawie nic. Klisza chętnie wybierał go na drugiego słuchacza. Wasyl nie mówił w ich języku, a może nie mówił w żadnym, i dlatego jego głos pozostał dla S. zagadką. Uśmiechał się jednak czasem i pomagał Kliszy przy przenoszeniu ich wspólnego kolegi.
Nie wiadomo, co skłaniało S. do codziennych odwiedzin. Być może próbowała odnaleźć w przyjacielu Kliszy ślady tamtego chłopca, na którego wpadły wraz z Beą pamiętnej nocy.
Co o wyprawach S. do filistyńskiego obozu sądziła niejednoznaczna Anastazja i przełykający gorzki gniew Abel? Kwestia ta nie mogła ująć nic z rosnącej radości S., gdy z dnia na dzień przygarnięty pod jej ciepłe skrzydła chłopak odzyskiwał siły.
— Jest młody i waleczny, i nie leży aż tak długo — powtarzał Klisza, gdy tylko stawała w progu baraku. W istocie chłopak nie wyglądał na tak wyniszczonego jak inni, mógł więc przebywać w obozie jedynie kilka tygodni. — Patrz, jakie mięśnie, nawet ramiona nie zwiotczały. Będzie fikał za dzień, najwyżej dwa. — Spokój Kliszy udzielał się i jej, bo wyglądało na to, że zna swojego młodego kompana lepiej niż samego siebie. Choć gdy nadciągał temat ich znajomości Klisza stawał się zaskakująco małomówny, tylko głupiec nie zauważyłby więzi, jaka ich łączyła, mimo że jego przyjaciel jedynie milczał albo majaczył.
Mimo braku fachowej pomocy medycznej — Anastazja nie pozwoliła na posłanie po medyka, bojąc się skandalu, problemów z prawem i gniewu wieśniaków — gorączka spadała, dreszcze ustępowały, chłopak odzyskiwał sprawność ciała i jasność umysłu, aż któregoś dnia S. ujrzała zdrowe, przenikliwe spojrzenie zrodzone przez bystre oczy, które od jakiegoś czasu przywodziły jej na myśl leniwą, kwitnącą łąkę budzoną przez poranne słońce. Pamiętała jednak, jak gorzały w zastygłej twarzy osaczone śmiercią i smrodem, i było w tym wspomnieniu coś zawstydzającego, co nie pozwalało jej spojrzeć prosto w dwa punkty odradzającej się energii. Wszyscy trzej mężczyźni czekali jednak na nią co dzień i z jakiegoś powodu oczekiwała jej też Kara, dlatego nie chciała, a może bała się ich opuścić.
Czasem czuła się głupio, bo wyobrażała sobie, jak ocenią ją inni. Nikt w Rybiance nie pochwaliłby jej poczynań. Znudzona panna z miasta znalazła sobie rozrywkę, drwiłby Heron, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Taki z niej misjonarz, wtórowałaby mu Anastazja przy kieliszku wina i papierosie, oto nowy wymiar filantropii, Łaskę Pańską we własnej osobie pod swój dach przyjęłam.
Niech pani na siebie uważa, Suzanne, ostrzegłby ją Bernard w tkliwej chwili ojcowskiej serdeczności, oni zawsze chcą czegoś w zamian, wykorzystają panią bez skrupułów.
Pytanie brzmiało, jak bardzo dotknęłyby ją te opinie. A co zrobiłby Szejma? Czy skrytykowałby jej pomysł zaopiekowania się chorym chłopcem? Nie kosztowało to wiele, a dzięki jej pomocy — wierzyła — po kilku dniach chłopak uniósł się do pozycji siedzącej i przeszywał ją słonecznym spojrzeniem na wylot, gdy pomału, cierpliwie karmiła go ciepłą zupą.
— Przepraszam, że się tak gapię — wymamrotał, gdy spostrzegł, że ją zawstydza. Tak naprawdę jednak oboje wiedzieli, że nie czuł żadnej skruchy. W jego głosie gdzieś pośród dźwięków słodkiego łobuza pobrzmiewała męska, drapieżna nuta. — Miło zobaczyć kogoś innego. Kogoś, kto nie nosi ani munduru, ani pokutnego worka. — Zamilkł, czekając na jej reakcję, a gdy nie nadeszła, podpowiedział: — Nie jesteś stąd. — Rozmawiali już wcześniej, gdy akurat Kliszy i Wasyla nie było w pobliżu, wymieniając między sobą kilka pokrzepiających i dziękczynnych zdań, wiedział więc, jak trudno do niej dotrzeć i zachęcić do mówienia o sobie.
— Wiem, że to widać — odparła i zadrżała. Moja wyjątkowa Sue. Nie posiadasz już cienia akcentu.
— Co tutaj robisz? — spytał bez pardonu, a potem zmrużył oczy, uświadamiając sobie swój nietakt. — Nie tu dokładnie. Tu ratujesz mi życie. A oprócz tego? W tym kraju?
— Mieszkam. Z mężem.
Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdziwienia.
— Jesteś mężatką? Nigdy bym się nie domyślił.
Zerknęła wymownie na obrączkę, a potem na wzdychającego pod nosem Kliszę.
— Gdzie jest twój mąż?
S. nie mogła powstrzymać uśmiechu.
— Niebawem wróci. — A potem dodała zmartwiona i spłoszona: — Był na wojnie. — Spróbowała spojrzeć na świat cudzymi oczami i to wyobrażenie ścisnęło jej żołądek w pulsującą bólem piłeczkę: — Wiem, że przez to wszystko wyobrażasz sobie kogoś okropnego, ale Szejma jest dobrym człowiekiem.
Chłopak jednak zdawał się jej nie słyszeć.
— Macie dzieci?
— Rany, człowieku — sapnął Klisza z przesadną zgryźliwością. — Jesz tę zupę czy mam za ciebie dokończyć?
Za zgodą chorego chłopca S. przekazała Kliszy talerz.
Wtedy jej uwagę przykuła grupa Filistynów. Zdawało się, że chcą opuścić barak. Rozprawiali o czymś podniesionymi głosami i kłócili się o odnalezione w obozie fanty.
— Gdzie oni idą? — spytała S, nie kryjąc niepokoju. To, co zamierzali tamci, mogło nie spodobać się Anastazji.
— Chcą spać na zewnątrz — odpowiedział Klisza, lekko wzruszając ramieniem. — Na powietrzu.
Powinna się cieszyć. Czy nie chęci do działania oczekiwały wraz z Karą, czy nie o wzbudzenie woli podejmowania decyzji walczyły?
Jak na szpilkach przesiedziała w obozie jeszcze kilka minut, czując się nagle zupełnie nie na miejscu.
— Muszę wracać do dworu — oświadczyła, nie mogąc dłużej wytrzymać.
— Poczekaj. — Półnuta strachu w głosie chłopca zatrzymała ją w miejscu. — Jak masz na imię?
— Suzanne.
Patrzyła z lękiem, jak niezgrabnie unosi się na łokciu, walcząc z zawrotami głowy, aby być bliżej niej.
— Dziękuję za wszystko, Suzanne. — Jego oczy prosiły ją o jedną dodatkową wspólną chwilę, prosiły i gniewały się jednocześnie. Naprawdę chciał okazać swą wdzięczność, chciał powiedzieć, jak ważna stała się przypadkiem dla kogoś obcego, ale nie był wielkim mówcą, był prostym, nieskomplikowanym człowiekiem i miał problem z odnajdywaniem właściwych słów w obcym dla siebie języku. — Nie mogłem trafić na nikogo lepszego. Mam na imię Cipri. Wiem, że wyglądam teraz mizernie jak ranna łania, ale wkrótce… od dzisiaj możesz na mnie liczyć, Suzanne. Przyrzekam. Przyjdziesz jeszcze?
Rozpromienił się, gdy przytaknęła, a w takich chwilach, gdy jego twarz jaśniała radością, jeszcze wyraźniej dostrzegało się na niej przebyte zmęczenie.
Obdarowała go dobrodusznym uśmiechem i jak anioł zniknęła w świetle dnia, a wtedy Cipri, ignorując ból odrętwiałego ciała, odwrócił głowę i posłał przyjacielowi jedno ze swoich zaczepnych spojrzeń.
— Nie dla psa kiełbasa. Nie dla knura szlachecki próg — odmruknął Klisza, oblizując palce.
[5]
Koszule Szejmy wisiały w szafie nieruszane, jakby wyszedł z domu tylko na chwilę. Po długim namyśle S. wyciągnęła dwie z nich — tak na próbę, by poczuć je w dłoniach, a wtedy w otwartych drzwiach jej alkowy stanęła Anastazja.
— To dla chłopca? — spytała, unosząc w górę brew. — Utonie w nich.
Miała rację: sylwetka Cipriego nijak nie pasowała do postawnego, szerokiego Szejmy, za to rzeczy Dawida leżałyby na nim jak ulał. S. wiedziała jednak, że poproszenie Anastazji o tak wielką przysługę, to było zbyt wiele jak na nerwy ich obu. Zrobiły dla tych obcych ludzi wystarczająco dużo.
— Nie rób takich oczu — Anastazja cmoknęła z niesmakiem, dostrzegając nagłe zawstydzenie S. — Wiem, że chodzisz do obozu dla jednego z tych… robotników.
S. miała obawy, że było to oskarżenie, bardzo niesprawiedliwe, ale jakże oczywiste. Wystraszyła się, że Anastazja będzie domagała się wyjaśnień, których nie potrafiłaby udzielić, nim jednak zdołały wymienić między sobą dwa tak odmienne spojrzenia, na korytarzu rozległy się ciężkie, letargiczne kroki Bernarda.
— Zostało dziewiętnastu — powiedział Bernard beznamiętnie i wtedy S. domyśliła się, że codziennie składał Anastazji raport. — Dwóch uciekło, dwoje zmarło. Kazałem ich pochować. Nie wiemy, kim są, skąd pochodzą. W obozie nie uchowały się żadne dokumenty, a oni nie chcą mówić. Podają fałszywe imiona. Śmieją się z nas. Nie możemy ich ciągle żywić. — Ostatnie zdanie było zupełnie nie na miejscu i kryło w sobie wiele urazy, ale Anastazja nie zwróciła na to uwagi.
— Wkrótce odejdą — odparła znudzona powtarzającymi się strofami skarg.
Spławiała go, ale Bernard wiedział swoje.
— Mówią, że nie mają dokąd — rzekł.
W zatęchłej jak pośmiertna pościel ciszy S. odwiesiła do szafy obie koszule. Nie śmiała podnieść wzroku.
[6]
Z biegiem dni Filistyni coraz śmielej podchodzili do dworu. Upatrzyli nieczynną fontannę tuż za północnym murem Rybianki i spędzali tam większość czasu. Na skraju pobliskiego młodnika rozbili obóz. Lekceważąc przepędzającą ich stamtąd służbę obawiającą się pożaru, rozpalali ogniska, przy których gotowali posiłki. Bernard podejrzewał, że odkąd Anastazja odcięła dostawy żywności, Filistyni zaczęli okradać pobliskie wsie albo chodzić do lasu kłusować. Ziemia drży, mruczał zabobonny Magik, to Południowcy, czuję ich gniew.
Obawiający się napadu Abel nie spuszczał niechcianych gości z oka, całymi dniami patrolując okolice północnego muru. Starał się poznać ich zwyczaje i wypatrzeć potencjalnych prowokatorów. Wiedział, że pokojowo nastawiona Kara nie ma przeważającej siły głosu w grupie kilkunastu mężczyzn, a ci czuli się coraz pewniej.
Abel obserwował zza muru, jak jeden z tych młodszych i zdrowszych przesiaduje godzinami przy fontannie w towarzystwie S. i pokazuje jej karciane sztuczki nadszarpniętą zębem czasu talią.
— Jesteś prawdziwym sztukmistrzem — powiedziała S., uśmiechając się urokliwie do popisującego się chłopaka. Magiczne tricki nie zrobiły na niej takiego wrażenia, jak jego niemalże dziecięca nadzieja, że uda mu się ją rozweselić.
— Nazwałaś widowiskowe bałamuty sztuką — Cipri zamachał przed jej twarzą wachlarzem kart, jakby uważał, że poczuła się gorzej. — Nieźle, S.
— Kto twierdzi, że to tylko bałamuty?
Cipri wzruszył ramionami i zaczął tasować karty.
— Wszyscy. Na salonach się tego nie pokazuje.
Patrzyła przez chwilę na szybkie ruchy jego rąk. Tuż pod kostkami prawej dłoni — wyraźnie słabszej, o palcach chudszych i mniej zwinnych — przebiegały podłużne blizny jak po głębokich, źle wygojonych nacięciach. Nie była pewna, czy znają się na tyle dobrze, by spytać o wspomnienie z tym związane. Nie odważyła się nawet spytać, dlaczego zamknięto ich w tamtych baraku. I co zrobiono z resztą.
— Kto cię tego nauczył?
— Starszy brat — Cipri uśmiechnął się jakoś dziwnie, kwaśno i serdecznie zarazem. — Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. W zasadzie mnie wychowywał. Matka była cwana i wygodna, więc wolała gdy włóczyliśmy się po kartagińskich ulicach całymi dniami i nocami.
— To smutne — orzekła S., wspominając własny ciepły, rodzinny dom, w którym zawsze czekali na nią zatroskani rodzice.
— Nie bardzo. Nawet mi to pasowało. — Cipri spojrzał na nią poważnie. — A tobie? Tobie pasuje życie we dworze? Surowa szlachcianka i jej hałaśliwy bratanek?
— To rodzina mojego męża. Gdy wyjeżdżał, zależało mu na tym, żebym nie została sama. Nikogo innego nie mam. — S. pojęła, jak w podobnej znajdowali się sytuacji. — Gdzie jest teraz twój brat?
— Pędzi po świecie za pieniędzmi. Od granicy do granicy. Może nawet nie wie, że w Kartaginie wybuchła wojna. Tak czy siak, chyba by po mnie nie wrócił… On chciał zapracować, stworzyć coś w swoim życiu pewnego. A ja… Ja się bujam tu i tam, niczego nie planując, od czasu do czasu przeganiany, gonię za chmurami i odwalam fuszerkę. Taki jestem. Obdarty i znoszony.
— Co robiłeś w życiu do tej pory?
— Różne rzeczy — odrzekł Cipri bardzo wolno, patrząc w przestrzeń i wydawało się S., że odleci myślą już na dobre, aż nagle mrugnął do niej żartobliwie. — Czasem wydaje mi się, że przeżyłem więcej żyć niż pierwszy lepszy katatonik.
— A gdy zaczęła się okupacja?
Cipri odłożył karty na bok i potarł dłonie z roztargnieniem. S. wyczuła, jak traci nagle rezon, jak doskwiera mu pustka nie tylko w dłoniach, ale również ta w głowie.
— Chciałem iść do wojska. Nie, żebym uważał się za patriotę, po prostu… tak jakoś, miało wtedy to sens… Ale Kartagińczycy odkryli moje pochodzenie, a to był problem, więc… było getto, a potem… potem transportem z Rudna dotarłem tutaj.
— Getto?
— Tak. Kilka zamkniętych ulic i tysiące ludzi. Wyobraź sobie…
— Wiem — szepnęła S. z mocą. Rozmawiali już wcześniej o wojnie domowej, która zgubiła jej kraj.
— Nie, takiego getta nie widziałaś. Palone żywcem staruszki, gwałcone niemowlęta. Getta pilnowali hycle. To taka grupa, formacja złożona z najgorszych świrów. Ten wasz Botti wiedział, co robi, gdy kilka lat temu zniósł kilkaset kar śmierci niby w duchu humanitarności…
— Nie słuchaj go, Suzanne, to brednie — Abel zaskoczył ich oboje, mimo świadomości, że wciąż kręcił się w pobliżu. Wyglądał jak przybysz z innej bajki. — Nie istnieją żadni hycle, nie ma ich w żadnych dokumentach i nikt nie zabija ludzi na pokaz.
W jednej chwili z twarzy Cipriego zniknęło całe przygnębienie, a głos, jakim przemówił, brzmiał hardo i nieustępliwie.
— Nie było cię tam.
S. spojrzała na Abla i dostrzegła, że za plecami trzyma zabezpieczoną strzelbę.
— Próbujesz uwieść naiwną dziewczynę na chorego, zagubionego chłopca, ale ja cię widzę nawet wtedy, gdy Suzanne tu nie ma, słucham tego, co mówisz i śmiem przypuszczać, że jesteś zwykłym mitomanem. Masz polot do fantazjowania. Lubisz robić wrażenie, dlatego nieco podkoloryzowujesz swoje życie, prawda?
Dopiero gdy Cipri wstał, a pozostali Filistyni jak na znak otoczyli ich łukiem, S. poczuła prawdziwy strach.
— Mówisz, że zmyślam? że łżę, by się nade mną litowano? Ćwierkałbyś inaczej, gdybyś, mówiąc twoim językiem, zwalczył nieco swoją ignorancję. Zmanipulowali cię, czyścioszku. Żyjesz w mydlanej bańce. I robisz tylko z siebie idiotę, gdy się tak prujesz. Spójrz na nich. No spójrz!
Tego w broszurach nie zobaczysz, rozległy się prześmiewcze szepty z szorstkich, spękanych, często bezzębnych ust, pokażemy mu, żeby uwierzył. Sam przyszedł taki odważny, a teraz co… Z daleka to każdy jest niewinny.
S. widziała, jak w otoczeniu napierających Filistynów, Abel traci pewność siebie i miała nadzieję, że czym prędzej postanowi się wycofać. Tymczasem gniew Cipriego przybierał na sile.
— Nic nie wiesz o życiu, a zarzucasz mi kłamstwo. Gdzie byłeś? Ile widziałeś? Tam ginęły dzieci, ja żarłem własne wszy, żeby nie zdechnąć, a ty dupczyłeś zachodnie panny!
— Nie mam z tym nic wspólnego — zająknął się Abel w próbie desperackiej obrony.
Cipri roześmiał się z pogardą i nie było w nim już nic przyjemnego, żadnej słabości, żadnej wyrozumiałości, tylko ten zimny, bezwzględny mężczyzna w ciele nieszkodliwego dziewiętnastolatka. S. poczuła do niego nagłe obrzydzenie. Tłum mu wtórował, a on, choć mógł już odpuścić dawno temu, dobrze się bawił.
— Czyżby? To nie ty jadasz obiadki z Gubernatorem?
Abel ściskał w dłoniach strzelbę, ale wyglądał tak, jakby zapomniał, jak się jej używa. S. zastanawiała się, czy to nie lepiej. Wymierzenie do któregoś z Filistynów, mogło ich tylko dodatkowo rozjuszyć.
— Marco jest politykiem — opluł się Abel.
Cipri poważny i groźny stanął kilka centymetrów przed nim i spojrzał mu głęboko w oczy.
— Jest ludobójcą. Nie piernicz, że nie wiedziałeś.
Odwrócił się i uniósł dłoń, a wtedy Filistyni rozpierzchli się jak wystraszone szczury. Cipri zatrzymał się na moment przy rozdygotanej S. Patrzył znowu jak chłopiec nękany gorączką i wyrzutami sumienia, być może chciał poprosić, by nie odchodziła, ale zabrakło mu tego wyrachowania, którym przed minutą tak przerażał, pozostawił więc ją przy fontannie bez pożegnania, a wraz z nią i Abla bezbronnego i ośmieszonego, jakby za pomocą jednego spojrzenia i kilku prostych słów pozbawił go ubrań.
[7]
Cały wieczór S. spędziła w bibliotece. Czytała. Chłonęła słowa i obrazy strona po stronie, a ciepło okładki namaszczonej nazwiskiem męża otulało jej zmartwienia i smutki, pozwalając unieść się lżejszej głowie nad powierzchnię choć trochę.
Wybiła północ, gdy dosiadł się do niej Abel. Patrzyła znad książki, jak skryty w półmroku, poza krawędzią światła, rozwija wydobyty z kieszeni pakunek. Napełnił bibułkę pokruszonym ziołem i pochylił się nad stolikiem, by zapałką dosięgnąć płomienia świecy, a wtedy kawałek pergaminu sfrunął z jego kolan tuż pod nogi S.
— F.A.D? — przeczytała, przechwyciwszy zgubę. W pierwszej chwili przenikające się litery tworzyły coś na kształt skomplikowanego herbu, ale po przyjrzeniu wyraźnie układały się w inicjały.
— Franklin Amadeusz Dizer — odmruknął Abel niewyraźnie, odpalając papierosa.
— Znałeś go chyba lepiej niż my wszyscy — zauważyła S. z wyczuwalną nutą niepokoju.
— To nie był mój przyjaciel, jeśli o to pytasz — oświadczył Abel sucho, rozciągając się wygodnie w fotelu. — Odróżniam bliskość od interesu.
S. zamilkła obrażona, wyczuwając przytyk. Pokój powoli wypełniał się słodko-kwaśnym zapachem, więc pomyślała, że najlepiej będzie, jeśli zostawi go samego, ale wtedy młodzieniec poruszył się nerwowo.
— Przepraszam. Wyżywam się na tobie.
Usłyszała, jak Abel ciężko wzdycha, przesuwa się na skraj siedziska i z cichym jękiem zwiesza głowę.
— Mam przed oczami takie wspomnienie. Od rana błąka się po mojej głowie.
Cichy i zrezygnowany Abel nie oznaczał niczego dobrego, ale S. postanowiła wysłuchać go cierpliwie.
— Miałem może trzynaście lat. Co roku zjeżdżaliśmy się tu na wakacje. Każdego poranka ja, Marco i Dawid chodziliśmy na łowy. Łapaliśmy raki albo polowaliśmy na kuropatwy.
Oczami wyobraźni S. widziała unoszącą się nad polami mgłę, buszującą w krzewinie psią sforę i kroczących przez podmokłe łąki dwóch mężczyzn w białych, letnich koszulach i wiejskich kaloszach. Widziała biegnącego przez wysokie trzciny chłopca, wymachującego kijem jak szablą i słyszała plusk umykających przed nim wodnych jaszczurek.
— Oni rozmawiali wtedy inaczej niż w domu. Byli tacy… swobodni. Wygłupiali się. Gawędzili. Pogwizdywali. Myślałem, że to taka tajemnica, że należy do nas trzech. Ale dotyczyła tylko ich.
S. pomyślała o tych wszystkich domowych debatach, w czasie których Dawid i Heron zachowywali się jak odwieczni wrogowie. Wydawali się tak odmienni, tak krytyczni i niepochlebni wobec siebie nawzajem. Czy wszystko było tylko grą?
— Więc teraz… jak ktoś tam daleko w świecie może go nienawidzić, nic o nim nie wiedząc? Nie wiedząc tyle, co ja? Nie wiedząc tyle, co Dawid? — Ostatnie słowa Abel wysyczał przez ściśnięte gardło. S. bała się, że chłopak rozsypie się na jej oczach, a ona nie miała pojęcia, co w takiej sytuacji powinna zrobić. Na szczęście Abel odchrząknął szybko, przetarł oczy i zupełnie normalnym głosem zapytał, zmieniając temat: — Co czytasz? To książka Szejmy?
S. uniosła okładkę do światła, odsłaniając autora.
Abel pokiwał wolno głową.
— Wybacz mi to, co powiedziałem przy Bernardzie. Nie jesteś dla Szejmy żadnym przyrodniczym eksperymentem. Tak myśli tylko Marco.
S. musiała przyznać, że zaskoczył ją tym wyznaniem.
— Nie przejmuj się Szejmą. — Abel uśmiechnął się półgębkiem. — On zawsze spada na cztery łapy. Poza tym… Marco nie da mu zrobić krzywdy.
Lodowy szpikulec wcisnął się w jej kark. Zacisnęła zęby.
— Dla Marca ten gość liczy się bardziej niż statki ze zbrojnym zaopatrzeniem… Suzanne? Dobrze się czujesz?
Książka wyślizgnęła się z jej rąk i upadła na podłogę. S. nie poruszyła się ani o milimetr, wciągając nosem powietrze.
— Późno już. Połóż się — nalegał Abel, patrząc na nią bacznie.
S. pokiwała głową, walcząc ze sztywnym kołkiem strachu wbitym w kręgosłup. Obawiała się, że jeden zły ruch sparaliżuje ją do końca.
[8]
— Narozrabialiśmy, nie uważasz?
Wyżeł uniósł zakurzony łeb i nieśmiało poruszył ogonem. Spędził z nią cały poranek, a teraz warował u jej stóp przy ławce w dworskim ogrodzie, jakby przeczuwał, że potrzebuje spowiednika.
— Prawda? — powtórzyła S. nagląco, pies jednak patrzył przed siebie i zdała sobie sprawę, że zainteresowanie, które okazał, nie było skierowane do niej.
— Mówisz do zwierząt? — spytał Cipri, nim zdążyła się odwrócić. — To urocze.
Nie zamierzała udawać niezaskoczonej. Jak dotąd nie widziała żadnego Filistyna w tak bliskiej okolicy dworu.
— Przeszedłeś przez mur — powiedziała wbrew samej sobie.
Cipri przekrzywił głowę i pokazał jej wnętrza dłoni na znak bezbronności.
— Przez bramę. Była otwarta.
Pies uznał to za sygnał do zabawy i z radością podbiegł do nieznajomego. S. obserwowała przez chwilę, jak Cipri z błyskiem triumfu w oczach głaszcze go po niemądrym łbie. Gdy się wyprostował, jego twarz wyrażała szczerą skruchę.
— Wczoraj nie wszystko wyszło tak, jak zaplanowałem. Wiem, że przez to się mnie boisz. Rozumiem. Jestem przecież obcy.
— Jak ja — wtrąciła S. cicho, niedosłyszalnie.
— I dziki — mówił dalej Cipri z nasilającą się ironią: — I nie mam siły podciągnąć kolana do klatki piersiowej, nie mówiąc o podniesieniu siekiery.
S. westchnęła bezsilnie. W osądach Abla mogło kryć się trochę racji: cyniczna część Cipriego lubiła przedstawienia.
— Wybacz, to nie było śmieszne — dorzucił szybko, nim zdążyła się naprawdę oburzyć. — Chętnie bym się dosiadł, ale nie chcę byś czuła się niekomfortowo.
Oboje równocześnie spojrzeli na odłożoną na brzeg ławki książkę Szejmy. Nim S. zdążyła zareagować, Cipri pochylił się nad nią nieco nachalnie, aby dojrzeć tytuł. Nie spodziewała się, że sięgnie po jej własność bez pytania i nagle ogród zrobił się zbyt mały jak na nich dwoje.
— Lubisz podróże? — spytał Cipri, nieco brutalnie wertując strony. — Dalekie kraje? Obce języki?
— To książka mojego męża — odpowiedziała szczerze. — Sięgam po nią, gdy mi go brakuje.
Cipri zamarł bez ruchu, pojmując swój nietakt.
— Napisał ją? — Przez chwilę przygryzał wargę śmiertelnie zakłopotany i w tamtej chwili wydał się S. naprawdę zabawny. — Podziwiam. — Oddał jej książkę z przesadnym ukłonem. — Nie zrozumiałem ani jednego zdania.
— Jego publikacje wiele mnie nauczyły. Żadna szkoła by tego nie dokonała — przyznała S., gładząc delikatnie okładkę, jakby obmywała ją z niewidzialnego brudu. — Szejma dużo wie o świecie.
— Twoją ojczyznę też tam opisał?
S. uniosła gwałtownie głowę przekonana, że Cipri znowu drwi, ale on tylko spoglądał na nią z niezrozumiałym smutkiem.
— Tak się poznaliśmy — rzekła, zdziwiona nagłą potrzebą zwierzeń. — Słyszałam, jak mówią o nim ludzie. To było małe miasteczko, wszyscy wiedzieli, że kręci się po nim cudzoziemiec. Nazywali go omyłkowo reporterem wojennym. — S. uśmiechnęła się z zażenowaniem do własnych wspomnień. — Zobaczyłam go którejś nocy przez witrynę sklepu mojego ojca. Księżyc świecił jasno, śnieg pokrył miasto, wszystko było kryształowe. Widziałam, jak spaceruje naszą uliczką. Po zmierzchu nikt już nie chodził ulicami, zakazano wszelkich zabaw, był tam tylko on. Zamyślony wędrowiec. Przyglądał się budynkom, patrzył w okna. Jakby fotografował całe miasto własnymi oczami. — S. zamrugała intensywnie, odganiając wilgotną mgiełkę nakrywającą źrenicę. — Wiedział, że niebawem zostaną tam tylko zgliszcza. Czasem chciałabym móc przejrzeć te albumy ukryte w jego głowie.
Cipri słuchał uważnie.
— On też cię wtedy dostrzegł?
— Tak, ale powiedział mi o tym dopiero później. Sądziłam, że to przypadek, gdy następnego ranka przyszedł do sklepu.
— Wykształcony, inteligentny, wrażliwy na uroki architektury — powiedział Cipri bezbarwnym głosem. — Musiał urządzić wam niesamowity ślub.
— To była skromna ceremonia. A po niej zaprosił mnie do teatru na musical, mój pierwszy w życiu. Nigdy nawet nie marzyłam, by usłyszeć coś tak wzruszającego jak „Para bellum”. To był jeden z utworów…
Cipri nie dopytywał i przez chwilę wydawało się S., że zanadto oszołomiła go swą wylewnością.
— Jak dawno stąd wyjechał? — odezwał się po długiej chwili milczenia.
S. zawahała się delikatnie, podejrzewając, że Cipri zaraz sprawi jej przykrość nasuwającą się sugestią.
— Prawie dwa lata temu.
— Nie znacie się wiele dłużej, prawda?
W pierwszej chwili nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Nie podważaj prawdziwości moich uczuć, proszę.
Szukała w jego oczach zrozumienia, cienia wiary, wiedziała, że potrafiłby jej to okazać, gdyby zechciał, wyskrobałby z głębi, wyciągnął z którejś przegródki, ale tym razem oczy Cipriego były wyblakłe, niedostępne.
— S. — Kiwnął głową na pożegnanie i odszedł z rękoma w kieszeniach.
[9]
Odgłosy kłótni wywabiły S. z dworu. Pod stajnią dostrzegła grupę mężczyzn: Bernarda w towarzystwie kilku zdenerwowanych parobków i trzech znajomych Filistynów.
— Wara od koni! — krzyczał Bernard, wymachując widłami w stronę Cipriego i jego kolegów. — Trzymajcie się z daleka!
Cipri wyglądał na przestraszonego: unosił dłonie w obronnym geście i starał się uspokoić wzburzonego stajennego. Klisza jednak — nieprzejęty, wyzywający — stał z jedną ręką w kieszeni spodni i ironizował.
— Po co te nerwy, staruszku? — marudził, garbiąc plecy w karykaturalnym ukłonie, aby z widoczną drwiną zademonstrować Bernardowi poczucie własnej przewagi. Był od wszystkich o głowę wyższy.
S. podbiegła do nich czym prędzej, obawiając się niepotrzebnej szarpaniny.
— Co się dzieje?
Cipri i Wasyl przyjęli jej najście z wyraźnym zadowoleniem.
— Chcieliśmy pomóc — powiedział do niej Cipri, po czym zmierzył Bernarda surowym wzrokiem. — W ramach podzięki.
— Nie zbliżać się do zagrody! — charczał Bernard czerwony i zdyszany. Rozdrażnieni parobkowie dreptali za nim, zaciskając pięści.
— Powtarzam, zamierzaliśmy…
Abel wpadł między nich jak wicher, zmuszając wszystkich do odsunięcia się o krok. W dłoni dzierżył najcenniejszą pamiątkę z ostatnich podróży: japońską katanę. S. utkwiła wzrok w połyskującym w słońcu ostrzu, a tuż nad nim napotkała dzikie, nieugięte spojrzenie Cipriego i przeklęła w duchu.
— Wracaj do swojego kąta — wysyczał Abel. Katana dodawała mu więcej odwagi niż strzelba.
Klisza stracił nieco rodzonego tupetu i czekał na ruch Cipriego. Ten wahał się jedynie przez krótką chwilę, potem opuścił dłonie, oblizał usta i uniósł głowę bez pardonu. Nie patrzył jednak na Abla; śledził ruch jego ramienia, wiedząc, że to w nim najwcześniej zauważy rodzącą się chęć wymierzenia ciosu. Przygotowany zaszydził bez mrugnięcia okiem:
— Tym sobie, paniczu, przedłużasz dumę?
S. nie mogła uwierzyć, jak od momentu wtargnięcia Abla zmieniły się nastroje.
— Twoją zaraz ukrócę, jeśli chcesz. Przecież lubicie cierpieć, Cipri. męczenniku?
— Abel! — S. rzuciła Bernardowi błagalne spojrzenie: stary stajenny absolutnie nie pragnął rozlewu krwi.
— Nie chcemy was tu, nikt was nie zapraszał — wtrącił zdecydowanie, już nie grożąc i nie złorzecząc. Liczył, że chęć przeżycia będzie dla Filistynów silniejsza niż chęć wygrania z Ablem, choć podejrzewał, że ich przywódcą częściej kierowała pycha, nie rozsądek.
Klisza i Wasyl czekali na decyzję Cipriego, zniecierpliwieni i nieprzekonani ani do odejścia, ani do pozostania. Abel powoli przesuwał się naprzód, milimetr po milimetrze, na przemian unosząc i opuszczając broń, z uśmiechem dobrotliwego wujka, aż w końcu Klisza bez słowa pstryknął zamarłego Cipriego w rękę, jakby chciał rzec: Nie łam zasad, Cipri. To szlachcic.
Nie wymówiwszy do siebie słowa, trzech Filistynów zaczęło wycofywać się nieśpiesznie jak niechętni do odjazdu goście, którym przyszło wrócić do domu po miłych wakacjach u krewnych. Gdy S. sądziła, że spór został zażegnany i wszyscy bezpiecznie doczekają końca dnia, Cipri z zaciętą miną mruknął odpowiednio głośno:
— Wyszczekane paniczysko.
I to wystarczyło, by rozjuszyć Abla.
Kilka osób krzyknęło naraz i S. zagubiła własny głos w tej wrzawie.
— Rzuć to wpierw!
Nieoczekiwanie Klisza wyskoczył przed młodszego przyjaciela. Mięśnie jego twarzy drgały nerwowo, gdy podążał spojrzeniem za napierającym Ablem. Przez chwilę krążyli w czwórkę po kole. Klisza wypuszczał powietrze nosem ze świstem i błyskał zębami jak drapieżnik. Nie był człowiekiem, którego S. poznała w oficerskim baraku.
— Rzuć zabaweczkę, to pogadamy, chłopcze.
Ku zdumieniu wszystkich Abel wyrzucił broń. Szczęk uderzającego o bruk ostrza poniósł się echem po obszernym dziedzińcu.
Panicz jednak zignorował Kliszę i łukiem postanowił ruszyć na najmłodszego Filistyna. Wtedy jednak na jego barkach zacisnęły się silne dłonie Bernarda.
Cipri z zachętą rozłożył ramiona. Śmiał się, a jego śmiech przywodził na myśl S. odrażającą, kleistą maź, którą Dawid opatrywał przestrzeloną łapę swojego psa.
— Dalej! — Prowokował Cipri wyszarpującego się z uścisku Abla. — Pokaż, jak się bije szlachta, a pokażę ci, jak biją Filistynów w getcie.
— DOSYĆ.
Jedno słowo Anastazji spadło na nich jak magiczne zaklęcie. Mężczyźni znieruchomieli. Anastazja stała w drzwiach stajni z Nadią wtuloną w jej biodra i piorunowała ich wzrokiem.
— Wy — powiedziała do Filistynów, mierząc wzrokiem zawziętego, bezwstydnego Cipriego — macie wynieść się z mojej ziemi.
Klisza maniakalnie potarł ranę na policzku i wzdychając, rzucił okiem na kolegów.
S. obserwowała, jak gniewny głaz opada z twarzy Cipriego. Jego spojrzenie, nieco mniej natarczywe i bezwzględne, zjechało niżej i dotknęło twarzy Nadii. Dziewczynka wyglądała na przelękniętą. Patrzyła na nich nie do końca pewna, co się wydarzyło. S. wystraszyła się, że swoimi decyzjami i chęcią bezinteresownej pomocy obcym całkiem nieumyślnie przyczyniła się do krzywdy dziewczynki.
Powieki Cipriego opadły ciężko, a potem uniosły się równie opornie, odsłaniając chłopca trapionego gorączką.
— A ty — przemawiała dalej Anastazja, tym razem karcąc obrażonego Abla — przestań wszczynać burdy w moim domu albo każę służbie spakować twoje rzeczy.
Filistyni odeszli, a Anastazja odprawiła służbę. Pozostali w czwórkę na dziedzińcu pogrążonym w wymuszonej ciszy. S. na próżno próbowała odszukać spojrzenie Nadii, chowającej twarz w połach matczynej sukni.
Abel długo patrzył na mur, za którym zniknął Cipri i jego koledzy. Nie zaszczycając kobiet ani jednym słowem przeprosin, podniósł z ziemi katanę i ruszył do domu. Nie chodziło o urażoną dumę, idealizm S. czy złudzenia Anastazji.
Instynkt nakazywał mu nie dopuszczać obcych do dworu.
[10]
Cipri nigdy nie spodziewałby się, że S. wyjdzie za mur tuż przed zmierzchem z garnuszkiem malin.
— Ostatnie — wyjaśniła S., spoglądając ze wstydem na skromny podarunek. — Przyniosłabym więcej, ale w tym roku nie obrodziły.
Cipri siedział z Karą przy ognisku. Kobieta zajmowała się przygotowaniem zupy, a on nieśpiesznie ogołacał młode drzewko z kolejnych gałązek. S. nie wydawało się, by przerwała im jakąkolwiek rozmowę.
— Rozdaj innym — Cipri wspaniałomyślnie przekazał garnuszek wdzięcznej Karze. — Dzięki, S. Ja się poczęstuję następnym razem.
Odeszli dwa kroki dalej, ale obecność Kary tak naprawdę wcale nie wzbudzała w nich zakłopotania. S. błądziła spojrzeniem po sylwetkach zasiadających między drzewami Filistynów i milczała na tyle długo, że Cipri postanowił odezwać się pierwszy.
— Przepraszam cię, S.
Spojrzała na niego, ale on przywierał czołem do drzewa i odrywał brudnym paznokciem skrawki suchej kory, tak smutny i zawstydzony, że S. łamało się serce.
— Żal ci mnie? Bo wykorzystywali mnie w obozie i widziałem tyle okrutnych rzeczy? — mówił cicho, bez grama energii, którą zwykle okazywał. — Dlatego tu przychodzisz? Bo ci nas szkoda?
— Przychodzę do przypadkiem napotkanego człowieka, któremu ofiarowałam pomoc. Nie wycofam się w połowie, to byłoby niesprawiedliwe. — Uznała, że była to najwłaściwsza prawda.
— Rozczarowałem cię — biadolił dalej chłopiec. — Tyle czasu mi poświęciłaś, gdy byłem chory. Nie chciałem przestraszyć tej dziewczynki ani jej matki. Ani ciebie, S. Nie chcę drażnić Abla, jeśli ma to szkodzić innym.
— Wierzę, że nie miałeś złych zamiarów.
— Dziękuję. Gdy się ocknąłem, ujrzałem twoją twarz. To… To było jak ofiarowany z niebios znak. — Spojrzał na nią przelotnie, lecz zdążyła wychwycić tę tajemniczą iskierkę w jego oczach, która przypominała jej przebijające się przez gałęzie drzew poranne słońce; małą, roztańczoną kuleczkę światła rozpalającą się pod kawałkiem czystego szkła. — Trzymam się ciebie, S. Jak brzytwy.
Ostrze katany Abla błyszczało w promieniach równie mocno i cięło powietrze jak spojrzenie Cipriego.
Wracała do dworu, czując na plecach dreszcze.
[11]
Abel nie czekał długo.
— Mam propozycję. Tym razem zupełnie nieszkodliwą — rzekł głośno, zjawiając się przy fontannie któregoś dnia bez wsparcia, broni i szczypty rozsądku. Roztropność nigdy nie była jego mocną stroną, za to chęci prowokowania posiadał za dwóch. Nie zdawał się też pamiętać o niedoszłej bijatyce i prośbie Anastazji. Z wysoko uniesionym czołem minął rzucających mu groźne spojrzenia Filistynów i stanął nad zdziwionym Kliszą i siedzącym naprzeciwko niego Ciprianem.
Cipri wolno zbierał karty po zakończonej rozgrywce.
— Dlaczego wciąż do mnie przybiegasz? — spytał spokojnie.
— Bo dostarczasz mi dobrej rozrywki — odparł Abel hardo. — Tylko chłopstwo rozwiązuje konflikty pięścią — orzekł ze zmyślnie ukrytą złośliwością, kątem oka obserwując odsuwającego się na bok Kliszę. — Od tygodni przyglądam się, jak grasz. Zmierzmy się.
Przysłuchujący się im Filistyni zachichotali. Oparty o marmurową rzeźbę Klisza przekrzywił głowę zaintrygowany.
— Jesteś albo bardzo głupi, albo naćpany. — Cipri jako jedyny nie okazał Ablowi grama zainteresowania, rozczarowując współtowarzyszy.
— Zagrajmy o koszulę — Abel wypiął pierś i z ostentacyjną nonszalancją zaczął odpinać mankiety. — Twoja jest już nieco przetarta.
S. nie zdołała wymienić brudnej, rozszarpanej koszuli Cipriego na coś porządniejszego i zapewne gdyby była świadkiem tej rozmowy, jej dobre serce pożałowałoby tego srodze.
Cipri patrzył spode łba, jak panicz demonstracyjnie pozbywa się odzienia i wiesza na uniesionym, zaklętym w marmur mieczu kamizelkę, plastron, a na nich śnieżnobiały skrawek materiału wart niemalże tyle, co kartagiński dom jego matki.
— Spod ręki znanego francuskiego projektanta. Nazwiska nie jestem w stanie wymówić, wybacz — rzekł Abel, zasiadając okrakiem na porośniętym mchem murku. — Moja ulubiona, szyta na zamówienie. Materiał nie do zdarcia. Na dodatek twój rozmiar. Jeśli wygrasz, oddam ci ją. Z żalem, ale jednak.
Cipri i Klisza otwarcie wymienili między sobą spojrzenia. Na salonach w dobrym tonie było pozwolić możnemu wygrać w karty, jeśli nie chciano zakończyć gry skandalem i obrazą. Ale nie gościli na salonach, lecz w dziczy.
— A jeśli przegram?
Abel udał, że się zastanawia.
— Nie poproszę cię o opuszczenie Rybianki. To ma być zabawa. — Zmusił się do figlarnego puszczenia oczka i ze ściśniętym w supeł żołądkiem czekał na reakcję rywala.
Karty umykały w dłoniach Cipriego z jednych palców do drugich, zupełnie jak żywe, spłoszone zwierzątka, gdy przez dłuższą chwilę siedział ze spuszczoną głową i myślał. Potem zebrał je w talię i zastukał w murek, rzucając Kliszy porozumiewawcze spojrzenie.
— Jeśli tak, to chcę czegoś jeszcze oprócz koszuli.
Jego przyjaciel nie posiadał się z radości.
— Konia. Najlepszego — podpowiedział.
Abel nachylił się ku Cipriemu konspiracyjnie i szepnął:
— I co z nim zrobisz? Zjesz go?
— Chcę twojej szabli.
Cipri widział, jak strącony z pantałyku Abel z bólem prostuje ramiona.
— To japońska katana — odpowiedział sztywno. — Niech będzie.
Gdy jednak Cipri rozpoczął tasowanie kart, Abel zrobił coś nieoczekiwanego.
— Zagrajmy moimi. — Sięgnął do powieszonej obok kamizelki i z kieszonki na piersi wyjął małe pudełeczko z wygrawerowanym na wieczku herbem. Spostrzegł, że Klisza w okamgnieniu stracił cały entuzjazm, i to dodało mu pewności siebie.
Cipri przeliczył karty, a potem równie teatralnym gestem, co wcześniej Abel, schował swoją podniszczoną talię do przedniej kieszeni kamizelki rywala.
Podczas gdy Filistyn tasował karty profesjonalnymi ruchami, Abel bez zwłoki rozpoczął swoją grę.
— Koszmarne blizny — mruknął współczująco, wbijając spojrzenie w niesprawne filistyńskie palce. — Prawa ręka, fatalnie. Nie działa tak jak należy, co? Ludzie Dizera bywali nieprzyjemni.
— Nie przypisuj im dzieła, które do nich nie należy — odparł Cipri bez mrugnięcia okiem.
— Dość świeże, jeszcze z tej wojny. Dziewczyna cię oszpeciła? — żartował sobie Abel, ignorując nieprzychylne szepty oblegających ich Filistynów. — Pewnie pchałeś łapy, gdzie nie trzeba. Ostatnio przez te wszystkie antyfilistyńskie burze musiałeś stracić powodzenie, a krew nie woda.
Cipri otworzył usta, pragnąc odszczeknąć coś równie prostackiego, ale jego wzrok spoczął na szyi Abla i ozdabiającym ją złotym medalionie. Uważnie przyjrzał się widniejącemu na nim herbowi: siedzącemu na hełmie ptakowi w srebrnej koronie. Herbowi rodu Marco.
— Pelikan? — zagadnął, nieznacznie poruszywszy głową.
— Symbol poświęcenia — powiedział Abel z dumą, nie dając się rozproszyć.
— Kurwa. Kochasz Bottiego bardziej niż własną matkę.
— Bardziej niż ojca, zapewne — odrzekł Abel szczerze. — Niech nie stoją za moimi plecami — nakazał, przeganiając Filistynów, nim rozpoczęli rozgrywkę.
Z każdą kolejną minutą powietrze przy fontannie gęstniało, a cisza chrzęściła Kliszy w zębach jak piach z kradzionych kartofli, gdy w napięciu obserwował dwóch zasiadających naprzeciwko siebie mężczyzn. Cipri skupiony był na kartach jak nigdy i ten odskok od normy mógł go łatwo zgubić. Być może stawka okazała się za duża jak na jego nerwy, a może postanowił zastawić na Abla zasadzkę. Klisza zazgrzytał znacząco zębami na tę myśl: Cipri nie był głupi — skoro Abel obserwował ich od tygodni, dobrze znał jego zagrywki i nie dałby się podejść tak tanią, drętwą iluzją. Cipri wydawał się tak przejęty, obcy, jakby zwycięstwo darowało mu nie tylko magnacką koszulę, ale i prawo własności całego dworu.
Abel, młody szlachciura, zwiedzający za granicą wytworne teatry równie często jak piwniczne szulernie, być może posiadał umiejętności, o których nie śniło się Anastazji i miał taktykę, której nie przewidziałby Cipri, jednak podczas gry o Rybiankę częściej spoglądał na przeciwnika niż we własne karty.
— Co to za tatuaż? — spytał w pewnym momencie, wpędzając Cipriego w dezorientację.
Spojrzenia ich obu spoczęły na odkrytej piersi Filistyna. Odpięta koszula odsłaniała wytatuowany fragment tuż nad sercem: kilka nic nieznaczących liter i cyfr. Klisza poruszył się nerwowo.
— Z getta — odburknął Cipri, nieświadomie sięgając do piersi ręką.
Abel pragnął zarzucić mu kłamstwo, ale tym razem zmienił plan.
— Jesteś z Kartaginy, tak?
— Ta.
— Całkiem dobrze się trzymasz, Cipri — drążył z łagodnym półuśmieszkiem. — Przeżyłeś tygodnie ciężkiej pracy, suszę i męczącą chorobę, ale nie wyglądasz jak twoi przyjaciele.
— Nie byłem tam aż tak długo.
— A wcześniej? Getto potraktowało cię przychylnie. Wojna też cię nie zmęczyła. Suzanne mówiła, że byłeś w wojsku.
— Nie byłem. Wyrzucili mnie.
Abel z satysfakcją przyjął wymierzone w niego nienawistne spojrzenie. — Myślisz, że jestem kartagińskim szpiegiem? — sarknął Cipri, z rozmachem rzucając na murek swoje karty. — Kończmy to.
— Chyba mam lepszą wyobraźnię niż ty, co? — westchnął groteskowo Abel.
Cipri nie spuszczając z niego wzroku, oświadczył:
— Ale za to gorsze karty.
Abel odsłonił swój zestaw i zamarł. Nagle zrobiło się głośno: Filistyni śmiali się i klaskali, Klisza gwizdnął przeciągle.
Cipri triumfował w milczeniu.
— Kamizelkę możesz zabrać. — Wskazał głową na wymierzony w ich stronę marmurowy miecz. Abel ze złością ściągnął z niego swoją własność. — Czekam na rewanż — oświadczył Cipri, oddając mu karty. — I na szablę.
Abel ruszył do dworu półnagi, potykając się i złorzecząc.
Czuł na sobie pogardliwe spojrzenia i to nie pozwoliło mu pohamować złośliwego uśmiechu, który rósł, im bardziej oddalał się od fontanny.
[12]
— Suzanne!
Abel zauważył, jak próbowała przemknąć przez bibliotekę niezauważenie. Spędził tu sam prawie dwie doby i mimo że wzbudzał tym różne podejrzenia wśród domowników, nikt nie odważył się mu przeszkodzić. Jedynie S. przychodziła czasem po książki, nie przysiadała się jednak i nie dopytywała, a gdy odnajdywała wybraną pozycję, po prostu znikała, zostawiając go w spokoju.
Ucieszył się, gdy pojawiła się w tamtej chwili, jakby przywołał ją samą myślą.
— Odkryłem coś i muszę się z tobą tym podzielić — oświadczył. Na stole przed nim leżały dwa równe stosy kart do gry. Do S. zdążyła już dotrzeć wieść o przegranej koszuli i szabli i bezkreśnie bała się każdego kolejnego pomysłu Abla. Nie przemawiały do niego żadne kategoryczne polecenia Anastazji. — Myślałem o grze, Suzanne — zaczął, ledwo panując nad rozsadzającą go euforią. — Cipri nie znał wartości moich kart, nawet na nie nie spojrzał, ale wiedział, że przegrałem. Wiedział od początku, od pierwszego rozdania. Skąd? Może dlatego, że sam posiadał najwyższy możliwy zestaw. To nie był szczęśliwy traf, więc jak to zrobił? Nie liczył kart, nikt mu nie podpowiadał.
Wiedział, że S. nie chciała tego słuchać i miała dość zabawy w przeciąganie jej jak liny w którąkolwiek ze stron, lecz nie sprzeciwiła się jeszcze, dlatego szybko kontynuował:
— Spójrz. — Uniósł jedną z talii i rozłożył ją w wachlarz. — To karty Dizera. Miał je Cipri, pewnie znalazł w obozie. Żołnierze oznaczali swoje rzeczy, aby uniknąć kradzieży: buty, noże, ołówki, talie. Karty Dizera są nacięte. — Abel zaprezentował kilka przypadkowych kart, odginając w nich prawe górne rogi tak, aby powstała niewidoczna gołym okiem szczelina. — Graliśmy moją talią. To moje karty. — Abel uniósł w górę drugi stosik, ale tym razem oddzielił od niego dwa przybrudzone kartoniki: — A to dwie zabłąkane karty z talii Dizera.
S. podeszła bliżej, aby przyjrzeć się uważniej identycznym nacięciom.
— Jak je wyciągnął? Były w kamizelce. A może cały czas trzymał je przy sobie? Obserwowałem jego ręce. — Abel gestykulował gorąco, imitując ruchy Cipriego wykonane podczas gry. — Tylko raz uniósł rękę do piersi, ale to niemożliwe, by wtedy je podłożył, nie mógł przewidzieć, że spytam o tatuaż. A może mógł? Może pytanie o mój medalion miało zachęcić mnie do kontrataku. To mało prawdopodobne. Od początku musiały być w grze, zaplanował całą rozgrywkę, wiedział, kiedy dobrać. Spryciarz.
S. otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale Abel ciągnął bez oddechu:
— To nie wszystko. W talii Dizera w istocie brakuje dwóch kart. — Młodzieniec zawiesił głos, gdy pochylał się nad stołem, by sięgnąć po pudełko zapałek. — Ale o mniejszych wartościach. Patrz teraz, Suzanne.
S. zaniemówiła, gdy Abel przyłożył czarnego króla do rozpalonej zapałki, aby rozgrzać tekturę, a potem zdrapał paznokciem jeden z rogów. Cieniutki papier oderwał się od podstawy i odkrył przed nimi schowaną dwójkę pik.
Abel wyglądał na zadowolonego. Sztuczka z ogniem robiła wrażenie. Udało mu się.
— Dwa tygodnie temu Cipri zaczepił Nadię i poprosił ją o zestaw do rysunku. Nie chwalił ci się, kim jest z zawodu? Raczej nie piekarzem.
S. w milczeniu przyglądała się upokorzonemu fałszywemu królowi, porzuconemu wśród prawdziwych kart.
— Ciekawe, czy rzekomy numer z getta też sobie dorobił. — Abel kipiał radością, ale wychodząca w pośpiechu S. nie dosłyszała żadnej z jego następnych drwin.
[13]
Zmierzchało się, gdy Anastazja wysłała Beę do sadu po zapomniane pranie. Planowała spędzić ten wieczór samotnie, po raz kolejny, aby pomyśleć o nadchodzącym dniu jak o fatalnym, nudnym przyjęciu, które należy zachwalać z konieczności w imię szacunku wobec gospodarzy. Przeszukiwała biblioteczkę, złorzecząc na zawadzający staroświecki świecznik, posag dawno zmarłej babci Dawida, który zasłaniał tytuły ułożonych w równym rzędzie ksiąg.
We dworze panowała błoga, kojąca cisza zakłócana od czasu do czasu nieznaczącym szeptem ścian i szemraniem podłogowych desek. Jakby nic poważnego nie działo się teraz na świecie.
— Beo, gdzie odłożyłaś mitologię grecką? — spytała Anastazja z nutą wyważonej pretensji, dostrzegając kątem oka zbliżającą się sylwetkę.
Beatrycze nie odpowiedziała, a wzrok Anastazji wolno opadł na leżący nieopodal nożyk do papieru. Serce niemalże zamarło w bezruchu, gdy dotarło do niej jasno: Bea nie wróciła z sadu.
Anastazja patrzyła na swoją dłoń opartą o regał i nożyk spoczywający milimetry od jej paznokci. Tylko gwałtowna myśl o córce, bezpiecznej jeszcze w dziecięcym pokoju na piętrze, pozwoliłaby jej na wykonanie zamachu, ale przed jej oczyma nie uformował się żaden obraz ukochanej Nadii.
Pomyślała za to o wykrwawiającym się gdzieś na pustkowiu Heronie, zapomnianym i wyszydzonym. Wyobraziła sobie brunatną krew wsiąkającą w czerwone pagony, brudzącą niemal niezauważalnie czarny mundur obsypany ciepłym piaskiem. Poczuła tamten zapach, zapach ziemi we włosach i wiatru na ubraniach, zapach z polowań, którym przesiąkał niegdyś Dawid, nim nakrył go smród ropy i zgnilizny.
Odwróciła głowę.
Tajemniczy przybysz nie zrobił kroku.
[14]
Usłyszała odgłos podkutych butów na schodach. Stąpały nieśpiesznie i ciężko. Były już prawie na szczycie, gdy odłożyła szczotkę do włosów i odwróciła się ku zamkniętym drzwiom. Mężczyzna wspinał się tu z trudem i strachem.
Buty. Obce, głośne, mocarne wojskowe buty. Zniekształcały jego kroki. Może dlatego nie była do końca pewna, kogo ujrzy, gdy otworzą się drzwi. Wystraszyła się, że będzie potrzebowała więcej dowodów. Czy to nie świadczyłoby o niej wystarczająco źle? Może czekanie odebrało jej więcej, niż przypuszczała, może rozczaruje go swoją niepewnością.
Wstrzymała oddech, gdy stanął w drzwiach znajomy, bliski, własny. Mimo obcego zarostu i czarnego munduru z poodrywanymi emblematami, mimo żołnierskich butów i przekrzywionej czapki pozbawionej scypiońskiego godła. Nie spodziewała się zobaczyć go takim.
Zatrzymał się, zdjął czapkę, a ona nie wstała. Patrzyli sobie w oczy z daleka, lękając się oszustwa.
— Czekasz na mnie jeszcze? — spytał Szejma ciepło, zawadiacko, z ufnością. Wtedy S. zorientowała się, że oboje płaczą, choć na własnych policzkach nie czuła żadnej wilgoci.
Mężczyzna na chwilę opuścił wzrok, a potem rzekł pośpiesznie, jakby tylko to powstrzymywało ją przed padnięciem mu w ramiona:
— To nie mój mundur. Miałem problem z przedostaniem się… z powrotem.
S. pokręciła gorączkowo głową.
— To tylko skrawek materiału — szepnęła, a potem ruszyła ku niemu w tym samym momencie, w którym i on nie mógł już dłużej wytrzymać.
Objęła go mocno, żywego i rzeczywistego, po niemal dwóch latach samych snów. Pachniał inaczej i chwiał się na nogach, jakby zamroczony, ale nie dał jej powodu do żadnych wątpliwości: to był wciąż ten sam człowiek — te same oczy i usta, te same dłonie i barki, ten oddech, ten wyczekiwany w cierpieniu dźwięk jego głosu.
— Jesteś. — Słyszał, jak szeptała mu do ucha, słodka i drżąca, słabnąca w jego ramionach. — Wreszcie. Cieszę się. Bo dalej tu jesteś.
Część trzecia
[1]
Szejma był w Rybiance tylko gościem i w przeciwieństwie do łaknącego nawet najmniejszych ziaren władzy Herona nigdy nie czuł się powołany do sprawowania tu jakichkolwiek rządów, a mimo to jego powrót obdarował domowników pewnym poczuciem stabilizacji. Z niewielkim zakłopotaniem Szejma przyjął fakt, iż służba, a nawet Abel, w naturalnym odruchu uznali go za tymczasowego przywódcę: człowieka, który zajmie się nachodzącymi ich żebrakami, zatroszczy się o dwór i zaradzi suszy. Chyba nawet niepokorna Anastazja odczuła ulgę.
S. opowiadała o tym ze skromnym, rozmarzonym uśmiechem.
Cipri przyglądał jej się z dystansem.
— Więc wszyscy czekaliście tylko na niego — orzekł nieco burkliwie. — Anastazja pewnie przeżywa to bardzo.
S. zamrugała zdezorientowana.
— Co masz na myśli?
— No wiesz, S. — Cipri odchrząknął. Wiercił się na swoim miejscu spięty i niewyraźny. — Tobie dopisało szczęście i doczekałaś powrotu męża, a jej…
— Och, ona tak tego nie postrzega — odparła S., nie do końca wierząc własnym słowom. — Wiem, że strata Dawida… że musiała to przeżyć. Anastazja bywa nieprzyjemna. Ale nie odczuwa zawiści. Nie wobec Szejmy.
— Wobec Szejmy nie, ale… — Cipri pochylił się ku niej i szepnął konspiracyjnie: — Wiesz, o kogo się martwię. — Spojrzał prosto w jej oczy, pragnąc zaczepić nić, wzmocnić przekaz, ale zatroskana i piękna S. patrząca tylko na niego, jakby był wyjątkowy i bezcenny, stała się jedynie wspomnieniem z obozowego baraku. Nie był już nawet pewien, na ile prawdziwe są jego wspomnienia i to, co dla niego zrobiła, gdy wydawało jej się, że umiera. Bo teraz S. patrzyła ponad nim, w dal, na dwór i wydawała się zupełnie nieobecna. Raziła go w oczy.
Odwrócił się, by nie oślepnąć całkiem od tego jej wewnętrznego, zachwycającego blasku, i podążył za jej wzrokiem. Na dziedzińcu Abel i dwóch stajennych rozmawiało z czwartym mężczyzną; postawnym, barczystym, wystukującym jedną nogą sobie znany rytm. Wskazywał im kierunki i prawdopodobnie mówił, co mają robić — po bratersku, nie jak pan — od czasu do czasu w chwilach namysłu przejeżdżając dłonią po włosach. W jego pozie i gestach kryło się coś hultajskiego, odważnego, jakaś doza nieszkodliwej pychy, a jego twarz momentami obrastał serdeczny, wzbudzający zaufanie uśmiech odmładzający go o kilka lat, odwracający uwagę od kurzych łapek w kącikach oczu; uśmiech tak świeży i czysty, jakby ten mężczyzna nigdy nie był na żadnej wojnie.
Cipri próbował wyobrazić go sobie przy biurku, przy tworzeniu kolejnej pracy naukowej, zagubionego w autorskich notatkach, skupionego i nieruchomego, ale sprawiło mu to nie lada trudność. Z łatwością jednak oczami wyobraźni ujrzał go w chłodnej piwnicy, w pokoju z jedną żarówką i jednym krzesłem, pochylającego się nad zakrwawionym ciałem. Wstrząsnęły nim dziwne dreszcze i aby je odpędzić, musiał zająć czymś głowę.
— To on? — upewnił się i sarknął z rozbawieniem: — Jest stary.
Spojrzał na minę S. i ostatkiem sił powstrzymał się od śmiechu.
— Nie jest stary.
— Wiem, że stoi daleko, ale nie mam problemów ze wzrokiem — droczył się z nią. — Ile może mieć lat? Ja mam dziewiętnaście, jesteś niewiele ode mnie starsza. A on? Ma z dwadzieścia więcej.
— To nieistotne.
— Postarzał się przez te dwa lata?
S. przygryzła wargę, wcale nieubawiona.
— Niezbyt.
— Szczęściarz. Nic go nie doścignie. Nawet czas. — Cipri zamilkł na chwilę. Miał szansę, by zauważyć, jak zmienił się nastrój S., ale przegapił ją i zamiast się wycofać, spytał nieoczekiwanie: — Dlaczego za niego wyszłaś?
— Zwykle to jego pytają, czemu się ożenił.
Usłyszała z tyłu głowy głos Abla mówiący: Nie jesteś dla Szejmy żadnym przyrodniczym eksperymentem. Tak myśli tylko Marco.
Cipri westchnął ciężko.
— Znam odpowiedź. Pytam ciebie, dlaczego się zgodziłaś. Bo musiałaś uciekać?
— Nie.
Wiedział, że mówiła szczerze, ale nie potrafił tego zrozumieć.
— Przecież go nie znałaś. Po to trzeba lat.
S. spojrzała na niego badawczo, troskliwie. Nie mógł znieść tego spojrzenia, bo domyślał się, że widzi ofiarę, obłąkańca z wypaczoną zdolnością rozumowania, dzieciaka pozbawionego wyższych instynktów, a on po prostu próbował odnaleźć źródło jej miłości, tę całą magię przywiązania, która wymagała od niej niemal nadludzkiej, chorej cierpliwości.
— To dobry człowiek — usłyszał po raz kolejny i skrzywił się bezwolnie. — Nie myślisz o nim tak, bo był wśród tych, którzy zrobili ci krzywdę. A on jest dobry.
— Klisza też jest dobrym człowiekiem, ale nie chcę się z nim żenić — sarknął żartobliwie na widok przechodzącego obok przyjaciela.
— Ważne, że moja żona chciała! — odkrzyknął Klisza z daleka.
— Kliszy żona umarła podczas epidemii cholery — wyjaśnił Cipri ciszej. — Klisza przebaczył Scypiończykom, bo twierdzi, że to nie oni zesłali na nas choroby. Czuje się też dłużny wobec Kartagińczyków, bo jedna rodzina ukrywała go w swoim gospodarstwie przez osiem miesięcy. Myślę, że Klisza zostanie błogosławionym.
S. poczuła żal wobec tego biednego chłopaka, choć może nie było to najlepsze uczucie, jakim mogła go obdarzyć. Pozbawiony opieki brata, wywieziony z dala od domu, nauczony jedynie gniewu i oszukiwania w kartach, potrzebował dużo więcej niż jej niebudująca niczego, niepodnosząca na duchu litość.
Wiedziona nagłą chęcią zaspokojenia chłopięcej potrzeby bliskości, dotknęła jego policzka. Z bólem dostrzegła, jak zaokrąglają mu się oczy.
— Trzymaj się go, Cipri — szepnęła. — Trzymaj się Kliszy i nie pozwól go sobie odebrać.
A potem odeszła, nie pożegnawszy się, zostawiając go samego i rozczarowanego.
[2]
Szejma potrafił pisać, ale nie potrafił przemawiać. Może dlatego nie byli do końca przekonani. Robił, co mógł, by zwalczyć lawinę ich zastrzeżeń. Chociaż był z zewnątrz i wiedział więcej, nie dawali mu wiary.
— Kartagińczycy sforsowali granicę. Lada dzień przekroczą rzekę. Heron wysadził mosty, ale to ich nie powstrzyma. — Próbował przekonać ich do myślenia, ale nie całkiem go słuchali. — W zeszłym tygodniu powieszono naszego pierwszego sekretarza.
— Kto? — spytał Abel tępo, zajmując się przygładzaniem mankietów. Zachowywał się tak, jakby posiadał dużo czasu, jak uczeń, któremu wydaje się, że całe lata nauki może odłożyć na później, ale Szejma był świadom, że tak nie jest.
Przemierzał salon w tę i z powrotem. Ruch pozwalał mu mówić i myśleć. Pocierał przy tym wnętrza dłoni, raz jednej, raz drugiej, próbując przegnać podskórne świerzbienie. Nabawił się tego nawyku podczas pobytu w Kartaginie, gdy porzucał pracę nad notatkami, by jeszcze raz stawić czoło wszystkim sprzecznym myślom. Mimowolnie łapał się za dłonie, próbując powstrzymać je przed uderzaniem w klawisze. Na niewiele się to zdawało, wszakże każdy akapit musiał ostatecznie zakończyć kropką, mógł jednak robić sobie przerwy i spacerować po pokoju, odsuwając w czasie każdy niepożądany wydruk.
Skóra świerzbiła go tak, jakby spędził chłodną noc w śnieżnej zaspie, a potem wrócił na śniadanie do nagrzanej górskiej chaty.
— Kto? Rewolucja — odrzekł krótko, próbując pozbyć się wrażenia powracającego krążenia w dłoniach i zaraz potem relacjonował dalej: — Mój dobry przyjaciel z czasów dzieciństwa, ojciec Ignacy twierdzi, że okolica huczy od plotek. Ludzie przeczuwają… przygotowują się… Kartagińczycy zaleją nasz kraj lada dzień, a wtedy Marco podpisze akt kapitulacji i odda rządy w ręce niemalże unicestwionego przez siebie samego Trybunału. Południowcy wzniecą bunt, ale to już nie będzie jego problem. Zmieni nazwisko i porzuci kraj, ucieknie na Zachód, byle tylko ocalić głowę. Przed tym zlikwiduje wszystkich współpracowników, którzy będą w stanie mu zagrozić.
Spojrzał z napięciem na Anastazję, czekając na jej reakcję. Kobieta spuściła na moment wzrok, bynajmniej nie dlatego, że poczuła się niepewnie. Marco nigdy nie śmiałby wydać na nią wyroku, ba! ten szowinistyczny, arogancki Marco nigdy nie uznałby jej za wspólniczkę. Niewiele też obchodziły ją losy scypiońskich polityków, których niejednokrotnie miewała serdecznie dosyć.
Sięgnęła po popielniczkę i zgrabnie strzepnęła do niej popiół z tlącego się w jej dłoni papierosa. Potem znowu spojrzała na Szejmę, rozchylając usta i wtykając w nie końcówkę cygaretki. Nie rzekła ani słowa, ale jej oczy — równie taktownie, co kategorycznie — żądały od Szejmy kilku minut do namysłu. W salonie zapadła cisza przerywana jedynie pstrykaniem palców Abla, który począł nerwowo wykręcać je sobie ze stawów.
Szejma podszedł do lustra, lecz w nie nie patrzył. Chciał, aby to była ta chwila, w której wszyscy dobrowolnie podejmą właściwą decyzję. Nie mógłby jednak spojrzeć na siebie i odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy właściwa. Nie był już pewny żadnej definicji.
Być może, gdyby podniósł głowę, dostrzegłby lustrzane odbicie S. siedzącej na skraju tego samego fotela, w którym nie tak dawno temu zasiadał Heron podczas podobnej narady rodzinnej. Być może, gdyby wyłapał dobroduszne spojrzenie żony, poczułby odrobinę ulgi, a może oprócz dobra i troski dostrzegłby w niej tę, rozwiniętą przez ostatnie miesiące niepewności, bystrość zmysłów, dzięki której nauczyła się zauważać rzeczy niewidzialne dla innych.
Szejma nie domyśliłby się nigdy, z jaką łatwością S. spostrzegła, że między nim a Anastazją pojawiła się ledwo wyczuwalna oschłość, która nasuwała podejrzenia, jakoby rozmawiali już wcześniej na osobności i nie doszli podczas tej rozmowy do porozumienia. Gdy emocje towarzyszące pojawieniu się Szejmy we dworze zmalały, pomiędzy tym dwojgiem pojawił się nowy rodzaj napięcia, które Anastazja nonszalancko ignorowała, poświęcając się swym codziennym zajęciom, a Szejma z uporem umacniał. Gdyby S. miała opisać w prostych słowach ten stan, powiedziałaby: Szejma Anastazję kocha, ale już jej nie ufa.
Ciszę, ku zaskoczeniu wszystkich obecnych, przerwał Abel.
— A ty? — zapytał nagle wzburzony, kierując oskarżycielski palec w plecy Szejmy. — Gdzie się podziewałeś, do cholery, tyle czasu?
Po twarzy Anastazji przemknęło coś, co S. odważnie nazwałaby wstydem. Nie miała jednak czasu dywagować nad tym niespotykanym dotąd zjawiskiem, ponieważ pytanie Abla było jak rzut kamieniem w środek lustra, przed którym stał jej zabłąkany mąż. Jedno pytanie szlachcica rozpadło się na setki ostrych, kaleczących skórę kawałków.
Szejma do tej pory, oprócz wielu słów przeprosin, nie zająknął się o tych dwóch latach nieobecności ani razu. Nie naciskała. Rozumiała. Ale Abel nie miał w sobie tyle taktu i delikatności. Abel, w gruncie rzeczy, niewiele przeżył w swoim dwudziestojednoletnim, zawadiackim życiu pełnym słońca, dziewcząt, wina i nadmorskiego listowia.
Szejma odwrócił się do nich i wydawał się gotowy, by podzielić się z nimi swoją historię. Jednak kiedy zaczerpnął oddechu, S. wiedziała już, że zdanie, które padnie z jego ust, będzie brzmiało:
— Musimy wyjechać.
— Dokąd? — spytała S. głośno, ale równocześnie jej usta ułożyły się w słowa: „Kolejny raz?”.
Szejma mówił teraz tylko do niej i widziała po nim, jak mu przykro. Bez oszpecającego munduru, w którym ujrzała go pierwszy raz po powrocie, z twarzą uwolnioną od posiwiałej brody i na nowo zadbanymi dłońmi, znowu był sobą. Mimo iż bardziej niż zwykle tajemniczy, trochę osowiały i wyczulony, znowu był tym samym mężczyzną, który pojawił się w jej rodzinnym mieście i otworzył przed nią skrzynię możliwości. Był sobą i robił to, co do niego należało: nieustannie wręczał jej w prezencie nowe życie, jakby tylko po to się urodził.
— Na Zachód. Albo nawet za ocean. Jak najszybciej, póki nie zamknęli tamtych granic. Gdy zrobi się goręcej, sąsiedzi mogą nie zechcieć nas przyjąć.
Rozczarowany i oburzony Abel wiercił się na swoim miejscu.
— Ja się stąd nie ruszę. Żaden sąd nie skazał mnie jeszcze na banicję! Nie dam się wygnać ani Kartagińczykom, ani zadzierającym nosa rewolucjonistom, ani rozeźlonym wieśniakom…
— Jeśli uda wam się dotrzeć na wybrzeże… — Głęboki, opanowany ton Anastazji zabrzmiał we dworze jak gong. — ...Pytajcie o byłych wspólników Dawida.
— Anastazjo! — zawołał Abel bezczelnie, jakby dopuściła się czegoś niemoralnego. Zignorowała go jak dzieciaka przeszkadzającego dorosłym w rozmowie.
— Niektóre statki wciąż pływają pod jego banderą.
S. zapatrzyła się w nią, w tę kobietę, która podzieliła się z nią swym najcenniejszym miejscem — domem, jak kobieco, nienachalnie zaciąga się tytoniem, z nogą założoną na nogę, z kokieteryjnie odsłoniętą łydką i władczym, lecz nieco sennym wzrokiem przygląda się widokowi za oknem.
Spod tego samego okna przyglądała się jej, gdy walczyła z Heronem o bezpieczeństwo dworu. Wybuchła wtedy jak wulkan. S. poczuła do niej nagły przypływ ciepła, choć nie otrzymała go od tej kobiety ani ziarna przez długi, długi czas.
— Chryste! Mówicie poważnie? — Abel uniósł się z miejsca. — Zamierzacie wziąć nogi za pas? Wierzycie, że Marco tak po prostu to wszystko zostawił? Zbyt długo na to pracował! Co ze Scypionem? Może tobie, Szejma, łatwo przyjdzie go porzucić, bo nigdy nie zaznałeś uczucia posiadania czegoś, co my nazywamy domem. Boicie się Kartagińczyków? Hej, mamy olbrzymią armię! Nie dotrą tu. A wieśniacy? Nie są tak bezczelni, by podnieść rękę na dwór, który ich żywi! Anastazjo! Co z domem, z folwarkiem, z Rybianką? Marco tak o nią dbał, żeby teraz nas porzucić? Żebyś ty ją porzuciła? Bo księżulo z wioski słyszał plotki? Wybacz, Szejma — Abel nie pamiętał, czy kiedykolwiek w życiu czuł większą powagę niż teraz. — Wiem, że między tobą a Marco doszło do nieporozumienia. Ale są w tym domu jeszcze ludzie, którzy w niego wierzą. To, że nie ma go teraz z nami, nic nie znaczy. Ciebie także nie było, ale wszyscy nie traciliśmy nadziei, że wrócisz i okażesz się tym samym człowiekiem, co zawsze. Czy się pomyliliśmy?
Słowa Abla rozbijały się o ściany. S. wydawało się, że Anastazja przebywa gdzieś indziej. Może wróciła myślami do Mariówki, do domu dzieciństwa, do nieżyjących rodziców i często wspominanego brata, którego mniejszą kopię trzymała tuż obok pod niedużymi, opiekuńczymi skrzydłami, spod których wymykał się raz po raz.
A może zawędrowała duszą do pokoju córki, do małej, słodkiej Nadii, odizolowanej od radości i smutków świata w budynku o chłodnych, grubych murach pośrodku pól tytoniu i słonecznika, które tak kochał Dawid. Nie wszystko, co kochał Dawid, kochała również Anastazja. Może dlatego udało im się wydać na świat tak cudowną dziewczynkę: dzięki jego miłości i jej poświęceniom.
A może ukryta w cieniu nieznanych S. drzew kolejny raz obserwowała, jak jej ukochany, młody Dawid i równie młody Marco przekomarzają się radośnie, nieświadomi swego przeznaczenia, stojąc po kolana w przejrzystym, rwącym potoku gdzieś pośrodku urodzajnej krainy, której S. nie było dane poznać.
To mogła wiedzieć tylko Anastazja, a znając jej niechęć do zwierzeń — nie wyjawiłaby swoich wspomnień nikomu.
A może wprost przeciwnie? Może czarna dusza Anastazji, tak niepodatna na choroby z zewnątrz, sama była dla siebie trucizną? Może zamiast głosu Abla, do jej uszu docierały dźwięki fortepianu — muzyki rodzącej się pod palcami Dawida, podpisanej jego umysłem, tak jak podpisane były jego obrazy… Spokojne wody nie kształtują dobrych żeglarzy.
Legenda Dawida dogorywała pośród murów Rybianki, tak jak umierały jego symbole rozkradane przez wrogie ręce. Najcenniejszy obraz zniszczony przez demona w ciele dawnego towarzysza, różaniec Dawida oddany Heronowi pod wpływem przekornego impulsu…
Może we wspomnieniach Anastazji główną rolę odgrywały palce Dawida zaciskające się na prześcieradle, gdy wstrząsany falą bólu, próbował pochwycić umykającą rzeczywistość. Palce Marco przyciskające jej dłoń do stołu podczas obiadu pozbawionego tradycyjnych dźwięków gramofonu i jego głos: Nie zaprzątaj sobie głowy moją wojną, Anastazjo. I wśród tych obrazów jej własne palce oparte o półkę, tuż obok nożyka do papieru, gdy wyczuła czyjąś obecność — i nie wiedząc, że to Szejma — poczuła się zagrożona, a to uczucie zrodziło wyobrażenie umierającego w samotności Marco. Owładnął ją wtedy strach — strach, że sama tak będzie umierać.
Wszystko trwało sekundę: gdy spojrzenia obu kobiet się spotkały, w głowie S. rozbrzmiały znajome, lecz zniekształcone głosy, ludzkie głosy dobiegające gdzieś z piekielnej otchłani: Jak się miewa nasz przyjaciel, Szejma, Szejma musi wrócić, pogubił się w tej farsie jak niedouczony smarkacz, Samson stracił moc, gdy Dalila ścięła mu włosy… Marco już o tym wie…
Gwałtowny przypływ paniki sprawił, że S. chciała biec. Nie miała jednakże dokąd, ponieważ Szejma był tuż obok, cały i zdrowy, mogła wyciągnąć rękę, by go dotknąć, chwycić go za nadgarstek i zatrzymać, by nigdy więcej nie zniknął jej z oczu.
Tymczasem Anastazja powoli, bardzo zadbanym, przemyślanym gestem uniosła podróbek ku kuzynowi i spojrzała na niego z prośbą. Tak jak nigdy nie patrzyła na Herona.
— Wedle twojego sumienia, Anastazjo — odrzekł Szejma spokojnie, lecz twardo, z charakterystycznym dystansem, jakby za wszelką cenę chciał okazać swój zawód, nie mówiąc wprost, o co chodziło. S. zdziwiła ta niemalże nieuchwytna uraza — była pewna, że nie dotyczyła niechęci do wyjazdu z kraju.
— Beo! — Anastazja sięgnęła po kolejną lufkę. Wydawało się, że pod Beą drży podłoga, gdy sunęła holem ku salonowi. Rumieńce na jej policzkach świadczyły o tym, że zdawała sobie sprawę, iż w Rybiance rozgrywało się coś ostatecznego. Bea czekała, aż Anastazja zaciągnie się kilkukrotnie, by w końcu wydać polecenie, nie patrząc przy tym nikomu w oczy: — Beo, odpraw służbę. Niech wracają do rodzin.
— Ale dwór… — Bea niepewnie przestąpiła z nogi na nogę.
— To tylko budynki, do cholery — syknęła Anastazja. Rozdrażnienie wystrzeliło z niej jak gorące powietrze z otwartego gwałtownie pieca.
— A bydło i trzoda?
Anastazja machnęła dłonią z papierosem w geście pełnym irytacji.
— Zostawcie.
— Jezu — Abel złapawszy się za głowę, odszedł w stronę okna. Sądził, że Anastazja podjęła już decyzję, ale Szejma mimo wszystko znał ją lepiej: on wiedział, że Anastazja nie poddawała się tak łatwo. Nigdy nie traciła kontroli.
Mężczyzna podał dłoń S. i wspólnie skierowali się do wyjścia. Mijając Anastazję, zawahał się jednak i dorzucił półszeptem, pochyliwszy się nad jej fotelem:
— Przyjdą tu po niego.
Anastazja prostacko dmuchnęła dymem w jego twarz, nieprzejęta, zuchwała.
— Scypiończycy to twój najmniejszy problem, ale nie jedyny — dodał.
— Za to twój największy — odparła arogancko, choć w jej oczach tliła się wieczna, wierna miłość. — Zrób mi tę przyjemność, Witoldzie, i nie daj się złamać.
Szejma wyprostował się z grymasem bólu na twarzy. Zaciśnięta szczęka nie pozwoliła mu przed wyjściem wydusić z siebie nic więcej, a S. udawała, że tego nie widzi.
[3]
Jak coś jest zbyt daleko, to tak jakby nie istniało, prawda?, powiedziała niegdyś Nadia podczas pamiętnego spaceru wśród pól. S. poddała się rozmyślaniom, chłonąc przez skórę żywe, namacalne ciepło wtulonego w nią Szejmy. To, że mógł leżeć tuż obok niej — w łóżku, w którym spędziła prawie siedemset samotnych nocy — było tak nieprawdopodobne i cudowne, że od czasu do czasu unosiła dłoń, by dotknąć jego twarzy — poczuć na opuszkach palców jego oddech, wilgoć warg, wgłębienie na podbródku — wszystkiego tego, co świadczyło o prawdziwości tej chwili.
Na dworze było już jasno, ale nie mogli się powstrzymać, by spędzić ze sobą tych kilka dodatkowych chwil w ciszy, wspólnocie, bliskości. S. wydawało się, że półsen, w którym się znajdowali, posiadał magiczną moc zatrzymywania zegara, że teraz mogli nadrobić wszystko to, co im odebrano.
Ale gdzieś w głębi siebie, mimo tej całej gamy pozytywnych emocji związanych z powrotem męża, S. czuła wycieńczenie jak po przebytej chorobie. Heron był daleko, ale posucha, jaką na nich sprowadził, wciąż dręczyła Rybiankę. Czuła jego obecność w żyłach Szejmy, w napięciu jego mięśni, w jego klatce piersiowej unoszącej się i opadającej miarowo.
Miał zamknięte oczy, ale wiedziała, że nie śpi. Martwił się. Nieustannie, minuta po minucie, i choć nie dopuszczał jej do tej części samego siebie, S. czuła nocami, jak obejmujące ją ramię dygocze.
— Gdyby Dawid tu był, wszystko byłoby w porządku, prawda? — szepnęła. — Anastazji musiało być naprawdę ciężko to wszystko znieść.
Szejma przygarnął ją ramieniem bliżej siebie, ale nie chciał mówić o Dawidzie.
— Przepraszam, że znowu musisz uciekać — powiedział za to. — Nie przewidziałem tego. Wybacz.
Z piersi S. wyrwało się głębokie westchnienie.
— Rozmawiałam o tym z Anastazją — przyznała po chwili zawahania. — Może gdyby nie ja… gdyby nie ślub… byłbyś teraz gdzieś indziej bez tych wszystkich zmartwień…
— Nie wiem tego, Suzanne — odrzekł Szejma hardo. — Anastazja też tego nie wie. Jestem pewny tylko jednego. — Spojrzał na nią z czułością. — Nigdy bym z ciebie nie zrezygnował.
S. opanowała drżenie i spytała:
— Co będzie dalej?
Od zarania dziejów Samsonowie wykazywali się zdrową zapobiegliwością i zdolnością przewidywania, do tego posiadali znakomicie rozwiniętą, rozsianą po całym świecie sieć bliskich przyjaciół. Dzięki temu Szejma był zawsze o trzy kroki w przód.
— Pojedziemy na stację do Krosiwna. Stamtąd pociągiem dotrzemy do granicy. Po drodze wstąpimy do moich dawnych przyjaciół, Walentyny i Herberta. Oni nam pomogą. Z biletami, z moim paszportem, ze wszystkim…
— Anastazja mówiła o statkach Dawida.
Szejma przetarł dłonią powieki.
— Dawid dziś już nic nie znaczy.
Po chwili namysłu S. zerwała się z łóżka i sięgnęła do szuflady z bielizną.
— Opiekowałam się nim, gdy cię nie było — oświadczyła z delikatnie figlarnym uśmiechem, podając mu sygnet ze złotym lwem. Była pewna, że ucieszy się na widok rodowej pamiątki, symbolu przynależności, którego strzegła jak własnego dziecięcia. Czekała, aż włoży go na palec, ale Szejma z szerokim uśmiechem ważył go w dłoni jak diament.
— Pomoże nam — wyjaśnił na widok jej nieco zdziwionej i zawiedzionej miny. — Zamknie usta komuś, kto zechce przysporzyć nam problemów.
A więc Szejma zdecydowany był zostawić tu wszystko i rozpocząć nowy rozdział. Gotowy był porzucić własną tożsamość dla swojego i jej bezpieczeństwa. W innych okolicznościach nigdy by tego nie zrobił. Podróżował całe życie, lecz nigdy nie uciekał. To musiało wstrząsnąć nim do głębi, tak jak S. wstrząsnęło jej osobiste odkrycie: nagle bowiem zdała sobie sprawę, że wyjazd z Rybianki przysporzy jej więcej bólu niż opuszczenie rodzinnego kraju. Teraz, gdy odnalazła własne ja, postawiła się Losowi i uratowała Filistynów, gdy stała się potrzebna, wniosła jakąś wartość do cudzego świata i nauczyła się definiować swoje potrzeby, właśnie teraz kazano jej z tego zrezygnować.
Lecz z drugiej strony: z miłości do męża mogła poświęcić wszystko, tak jak i on z miłości do niej stanąłby do walki, by dane jej było to wszystko zachować.
[4]
Cipri skrył się przed upałem w cieniu gospodarskich zabudowań. Oparty o kolumnę krużganku obserwował, jak córka magnatów prowadza po dziedzińcu niesfornego wyżła, wydając mu gromkie komendy i niegroźnie karcąc za złe zachowanie. Najwyraźniej próbowała nauczyć niemądrą psinę dreptania przy pańskiej nodze, lecz z całej tej nauki zrodziła się jedynie nieszkodliwa szarpanina. Ubawiony przedstawieniem Cipri śledził dziewczynkę wzrokiem i wnet z rozczarowaniem pojął, że mała, zrezygnowawszy z dalszych prób, podeszła do Bernarda, aby zasięgnąć rady.
Bernard siedział pod stajnią z osełką i pracował w skupieniu i determinacji. Cipri musiał wytężyć słuch, by dosłyszeć ich rozmowę. Chociaż przebywał w obrębie dworu za pozwoleniem Abla, nie śmiałby się zbliżyć do nieufnego stajennego.
— Dzień dobry. Czym się zajmujesz, Bernardzie? — zagadała go uprzejmie dziewczynka, mimo że widywała go przy tym zajęciu w każde żniwa.
— Ostrzę kosę, panienko — odpowiedział Bernard, ocierając pot z czoła rękawem koszuli.
— Dlaczego? — spytała zdziwiona Nadia. — Przecież w tym roku zboże nie urosło.
Abel z trzaskiem postawił krzesło tuż przy nodze Cipriego, próbując wytrącić go z równowagi. Filistyn jednak nawet się nie wzdrygnął. Wciąż oparty o kolumnę z niechęcią porzucił obserwację dziewczynki i Bernarda, poświęcając teraz uwagę poczynaniom szlachcica.
— Dlaczego tutaj? — rzucił obojętnym tonem, przyglądając się, jak Abel ustawia niewysoki stolik pod arkadą.
— Najpierw graliśmy na twoim terenie, teraz zagramy na moim. Tak będzie uczciwie. Co więcej, nieszczególnie przepadam za twoimi kamratami. — Ponieważ Cipri milczał, Abel pozwolił sobie dorzucić złośliwie: — Nie umrzesz chyba z tęsknoty za Kliszą? To nie pojedynek na szable, nie potrzebujesz sekundanta.
— A co powiedzą twoi przyjaciele… albo twoja służba… — Cipri nie mógł pozostać dłużny: odsunął wyścielane krzesło z terkotem i zasiadł na nim z wdziękiem i dostojnością króla — ...kiedy dowiedzą się, że nosiłeś krzesła dla niemytej filistyńskiej dupy?
— Później wypierzesz, żeby nam się do dworu żadna choroba nie przypałętała — mruknął Abel, rzucając na stół dwie talie kart. — Wybacz, ostatnio omyłkowo zabrałem obie.
Cipri jednak nie podchwycił tematu.
— Właśnie, gdzie jest służba? — Rozejrzał się z groteskowym zdziwieniem po dziedzińcu. — Pochowałeś wszystkie służki, abym którejś nie zhańbił?
— Dostali wychodne, ale to nieistotne. Ustalmy stawkę.
I tym razem wygrana w karty nie była głównym celem Abla, mimo to w pełni skupił się na grze. W przeciwieństwie do niego Cipri, jak to miał w zwyczaju, pozornie nie zwracał na rozgrywkę zbyt wielkiej uwagi. Pewny swojego talentu i oczywistego wyniku, z zaciekawieniem obserwował dziedziniec, traktując Abla jak dodatkową, osobliwą rozrywkę.
— Skoro pytałeś o służbę… — zagaił niewinnie Abel — …zapewne nie mówiłeś z Suzanne.
— Nie — Cipri obrzucił rywala podejrzliwym spojrzeniem. Abel wciąż stawał pomiędzy nim a dziewczyną jak nawiedzona przyzwoitka. — A powinna ze mną rozmawiać?
— Wyjeżdża wraz z mężem. Niebawem.
Abel z nieprzeniknioną miną dobrał kartę. Cipri był zaskoczony, ale nie dał nic po sobie poznać.
— Próbujesz mnie zdekoncentrować, asanie? Czy brak ci kompana do plotek?
— Pamiętasz porucznika Dizera? — mruknął od niechcenia Abel. — Gwizdnąłeś z obozu jego karty.
— Uhm — Cipri patrzył ponad jego głową na postawnego mężczyznę, który właśnie pojawił się na werandzie. — Będziesz mnie za to łajał, strażniku moralności?
— Znałem Dizera dosyć dobrze — mówił dalej Abel skoncentrowany i poważny. — Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, ale podczas jednego czy dwóch spotkań w sprawie interesów Dizer chlapnął trochę za dużo. Lubił wypić, szczególnie za cudze. Opowiadał mi wtedy o sobie. O tym, jak tuż przed wojną podczas służbowej delegacji trafił do kartagińskiego aresztu jako wróg polityczny.
Szejma szedł przez dziedziniec do Bernarda. Poruszał przy tym ramionami w sposób, który przywodził na myśl brodzenie w wodzie. Nie wyglądało to jednak ociężale. Miał lekki, rozbujany krok kowboja, kogoś, kto nie bał się stąpać po ziemi, kto widział na tyle dużo równin i nierówności, że ten kawałek brukowanego podjazdu nic dla niego nie znaczył. Cipri wyobraził sobie ostrogi przy jego butach i wywoływany przez nie brzęk przy każdym kroku. Echo niosłoby się po okolicy, zmuszając ludzi i zwierzęta do przerywania swych zajęć i podnoszenia wzroku. Sam nie mógł oderwać od niego spojrzenia.
— Nie traktowali go tam specjalnie źle, żadnej traumy nie uświadczył — opowiadał dalej Abel. Pochłonięty własną opowieścią nie patrzył na zmieniającą się twarz Filistyna. — Ale do czego zmierzam… Dizer dostał od nich coś na pamiątkę.
Szejma położył dłoń na ramieniu Nadii, powiedział do niej kilka serdecznych słów i pochylił się, by pogłaskać psa. Potem wyjął coś z kieszeni i podał Bernardowi, trzymając cienki przedmiot — kartkę czy kopertę — w dwóch palcach: środkowym i serdecznym.
Cipri wyczuł wzbierającą w nim falę. Wyprostował się, jakby planował wstać, ale karty umknęły spomiędzy jego nie w pełni sprawnych palców i spłynęły do stóp jak zestrzelone w locie jaskółki. Spojrzał na nie w szoku, a gdy podniósł głowę, Szejma akurat podnosił rękę, by starym, szelmowskim nawykiem przejechać dłonią po włosach.
— Tatuaż na piersi — Abel patrzył teraz na Filistyna spod wpółprzymkniętych powiek. — Taki sam jak twój. Z nieco inną numeracją.
— Znam go — wyszeptał chłopak. Widział tę samą rękę w wojskowym płaszczu podnoszoną w identycznym geście, widział kawałek papieru podawany strażnikowi w dwóch palcach. Macki wyobraźni podsunęły mu przed oczy widok Szejmy w eleganckim garniturze i chroniącym przed zimnem długim, czarnym płaszczu z czerwonymi naszyciami. Barczysta, postawna sylwetka majaczyła pośród mgły na peronie. Świszczący wiatr łomotał dokumentem w jego dłoni. Potem odwrócił się do nich tak wtedy, jak i teraz, do Cipriego niewidocznego wśród kilkudziesięciu szarych twarzy i do Cipriego grającego z Ablem w karty. — Widziałem go w Rudnie. Przy transporcie! — zawołał Filistyn, trochę jakby sam do siebie, a trochę, resztką czujnego umysłu, do S. ujrzanej kątem oka we wrotach stajni.
Abel spodziewał się innej reakcji, ale nie dał się zbić z pantałyku.
— Nie byłeś w gettcie. To tatuaż z odsiadki. Jesteś kanciarzem, Cipri. Nie tylko karcianym.
— Był z nimi! Pamiętam! Przywieźli jeszcze dwudziestu ludzi. — Cipri stał teraz na równych nogach. Jego okrzyki wzbudziły zainteresowanie S., Bernarda, Nadii, jak i samego Szejmy.
— Co ty gadasz? — Abel patrzył teraz na niego jak na szaleńca. — Masz urojenia?
— Słyszysz, S.? — wołał chłopiec nękany gorączką, którego S. poznała w obozowym baraku. — Przywiózł listę z nazwiskami!
— Do Rudna? — W Ablu rosła irytacja. — To druga strona Kartaginy. Szejma pracował w Noryndzie. Stamtąd wysyłał listy.
— Ja go widziałem! Widziałem go wśród Hycli!
Szejma ruszył w ich kierunku, ale w połowie drogi nagle się zatrzymał. Nie wyglądał ani na rozgniewanego, ani na zdziwionego. Milczał.
S. także milczała i to wprowadzało Cipriego w coraz gorętsze zakłopotanie.
— Szejma nie jest mundurowym, idioto! — Nie wytrzymał Abel. W gniewie trzasnął swymi kartami o stół na znak definitywnego końca. — To naukowiec! Grzebie w statystykach i rodowodach. A ty, podła łajzo? Co robiłeś na tamtej stacji? Jak się znalazłeś w transporcie do Rybianki?
Cipri spojrzał na Abla z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz zauważył, że był tu przez cały ten czas.
— Marco bardzo dokładnie wybierał robotników. — Słowa Abla uderzały w młodego Filistyna jak twarde pięści. — Dbał o bezpieczeństwo dworu. Nigdy nie pozwoliłby karanemu przestępcy znaleźć się w obozie. Prędzej wysadziłby pociąg niż pozwolił tu dojechać komuś z więzienną przeszłością. Wszakże, Cipri, moje pytanie brzmi: jak się tu znalazłeś?
Świat wokół wirował i tylko S. stała w miejscu. Oniemiała, smutna, zamyślona. Rozczarowanie widoczne na jej twarzy uderzyło go w sam żołądek. Omal nie zgiął się wpół.
— Jesteś cholernym kłamcą, Cipri — orzekł Abel, kręcąc głową, jakby naprawdę się na nim zawiódł. W gruncie rzeczy nie mógł czuć nic innego jak słodką, bezkresną satysfakcję.
Nienawiść huczała w uszach Filistyna, gdy uciekał z dworu jak przepędzony kundel. W tamtym dniu nie miał w rękawie żadnego asa, a to, co w emocjach wyznał, tylko go pogrążyło.
Abel bez słowa zbierał karty, a S. i Szejma patrzyli w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał młody Filistyn. Nie spojrzeli na siebie wprost. Nadia podeszła do Szejmy i wsunęła swoją małą rączkę w jego dłoń.
— Co się stało, wujku? — spytała, ale mężczyzna zwlekał z odpowiedzią.
Po kilku minutach po dziedzińcu Rybianki znów niosło się echo uderzeń osełki o ostrze bernardowej kosy.
[5]
Z pewnością nie Szejmę spodziewał się ujrzeć Cipri w leśnym filistyńskim koczowisku następnego poranka. Zdążył odłożyć na bok wygraną w karty koszulę Abla. Ściągnął ją z siebie z wyraźnym obrzydzeniem. Widział, jak Kara patrzy na niego. Karmiła otumanioną przeżyciami i lękami drugą sanitariuszkę z lazaretu, matkę zmarłego w obozie noworodka. Łyżka w jej ręce sama intuicyjnie trafiała do kobiecych ust. Jej oczy utkwione nieruchomo na jego klatce, brzuchu, ramionach, przewiercały tkanki i kości na wylot.
Nie podejrzewał jej o żadne cieplejsze uczucia. Po prostu była ciekawa, co się wydarzyło, ale nie miała na tyle odwagi, by spytać, a on nie czuł się szczególnie z nią związany, by samemu cokolwiek wyjaśniać.
Może zauważyła tatuaż i domyślała się jego pochodzenia. Czy nie dywagowała nad tym, jakie stanowi zagrożenie? A może od tak dawna pozbawiona intymności nie mogła powstrzymać się od przyjemności patrzenia na nagie, męskie ciało i przeszłość nie miała dla niej najmniejszego znaczenia.
Jakkolwiek było, Cipriego absolutnie to nie interesowało. Już nie czuł się ocalony. Ktokolwiek zamknął ich w tamtym baraku, chroniąc przed wywózką ze scypiońskiego obozu, nie uczynił ich zwycięzcami. Gdyby chciano ich ocalić, nie zabito by okien i nie zaryglowano drzwi. Cipri boleśnie odczuł tę zmianę w swej głowie: był Filistynem z lazaretu pozostawionym na śmierć.
Zanurzył dłonie w starej balii z wodą, przyglądając się im ze zdziwieniem. Przez moment uznał, że nie należą do niego. Tak nie mogły wyglądać dłonie dziewiętnastolatka. Mógłby próbować wymienić się z kimś, ale nikt tutaj nie posiadał lepszych. Potem poczuł chłód wody na skórze i podchwycił lekkie poruszenie się Kary. Gdy podniósł głowę, Szejma już był wśród nich i zmierzał wprost do niego. Przyszedł, aby wykłócać się o tę balię wody podarowaną im potajemnie przez Beę albo po prostu dać mu nauczkę za to, co wygadywał na dziedzińcu.
Nie mógłby przyznać, że wystraszył się nadchodzących problemów. Wprost przeciwnie: ze zdumieniem odkrył, że odczuwa jedynie obojętność.
— Musicie stąd odejść. We wsi już o was wiedzą — powiedział Szejma, zatrzymując się trzy metry przed; odpowiedni dystans, aby nie poczuć się zagrożonym ani nie wywoływać poczucia niebezpieczeństwa. Brzmiał rozważnie i łagodnie.
Nie mieli wcześniej okazji porozmawiać twarzą w twarz, lecz ta chwila nie wydała się Cipriemu szczególnie uroczysta. Wciąż trzymał dłonie w balii, gdy zdecydował się na wymijającą odpowiedź:
— Czemu mi to mówicie? Nie jestem tu szefem.
Szejma popatrzył na jawnie podglądającą ich Karę. Cień trwogi, który przemknął po jego twarzy, wydawał się wiarygodny, ale Cipri nie tracił czujności.
— Widzę grupę skołowanych, zagubionych ludzi i jednego zaradnego mężczyznę. Ktoś musi ich przekonać, że gdzieś indziej będzie wam lepiej.
— To ona tu decyduje. — Cipri czuł się jak dziecko. Szejma miał w sobie coś, co powstrzymywało go przed opryskliwością i był za to zły na siebie, i na niego. Odniósł wrażenie, że staje się coraz mniejszy, więc miał ochotę krzyknąć, by zostawiono go w spokoju. — Zresztą… tu każdy decyduje sam o sobie. Nie jesteśmy formacją wojskową — dodał. Nie był już przekonany, czy rozmawia ze Scypiończykiem z rudnickiej stacji. Pamiętał o zaufaniu, jakim S. darzyła męża, o wszystkich jej dobrych słowach. Obecny Szejma odpowiadał wizerunkowi, jaki mu wykreowała. Elegancki, podstarzały pisarz w niczym nie przypominał żołnierzy Dizera ani siejących jeszcze większą grozę Hycli Bottiego.
— Potrzebujecie przywódcy. Nie niańki — Szejma był opanowany i przygotowany na każdy możliwy kierunek, w jakim mogła potoczyć się ich rozmowa. Zdawał się nie zauważać, z jaką wrogością przygląda mu się młody Filistyn. — Mógłbym poprosić o to twojego kolegę, Kliszę, ale słyszałem, że jest dość… nieustępliwy. A ty…
Cipri pochwycił w dłonie koszulę Abla, czując nagłą niezręczność z powodu własnej nagości, lecz nie miał śmiałości przywdziać ją na oczach Szejmy.
— Wydaje mi się, że potrafisz się bronić — oznajmił szlachcic.
— A mnie, że bierzesz mnie za kogoś innego.
Cipri zastygł w bezruchu, gdy Szejma, zrobiwszy nieoczekiwane dwa kroki, znalazł się tuż przy nim, a jego palec ukłuł go w więzienny tatuaż nad sercem.
— Ty mnie też, Cipri — rzekł cicho. Potem jak gdyby nigdy nic cofnął się na poprzednie miejsce, spojrzał jeszcze na milczącą Karę, odwrócił się i odszedł bez pożegnania. Cipri jak ten posąg z nieczynnej dworskiej fontanny stał jeszcze kilkanaście minut, miętoląc koszulę w rękach i walcząc z kłębiącymi się jak wełniane nici myślami.
Kara nadal bujała w obłokach, przyglądając mu się z rosnącym zaciekawieniem.
[6]
W dzień ich wyjazdu Anastazja nie pojawiła się na śniadaniu. Ranek spędziła w gabinecie Dawida. Szejma odnalazł ją tam już przebrany i gotowy do drogi. Opierała się o zamknięty fortepian z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Przywdziała długą, pogrzebową suknię, ale Szejma wątpił, by miało to coś wspólnego z nadchodzącym momentem pożegnania. Anastazja pielęgnowała w sobie inny, bogaty w emocje świat, do którego nie dopuszczała nikogo. Na tle bijącego z południowych okien światła przypominała mroczną boginię, postać z obrazu — spętane w kobiecym ciele muzyczne natchnienie obezwładniające i finalnie niszczące każdego, kto śmiał zasiąść za instrumentem, którego strzegła.
Szejma przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na nią, pragnąc na stałe zachować ten widok w pamięci.
Łudził się, że go nie zauważyła. Szedł tu z postanowieniem, że powie jej wiele ważnych słów, że razem będą wspominać ze śmiechem życie, którym kiedyś żyli — te kilka współdzielonych urywków: zamglone wspomnienie z dzieciństwa, gdy jako dzieci razem ganiali po zaśnieżonych pastwiskach Mariówki; parę scen ze spontanicznego wyjazdu na włoski festiwal kultury, podczas którego większość czasu zmarnotrawili w winiarniach; wspólne świętowanie zdobytego przez Szejmę pierwszego naukowego tytułu; odrobinę uszczypliwych wspominek z bolesnych dla Dawida i Szejmy wakacyjnych rozgrywek w krykieta, do których przymuszali ich rodzice Anastazji; w końcu wspomnienie narodzin Nadii. Sądził, że ta rozmowa pokrzepi ich oboje. Nie znali się może zbyt dobrze, nie dane im było dzielić się sobą na co dzień — ona należała do słonecznej szlachty, on za słońcem podróżował — ale byli rodziną i miewali momenty, w których zachowywali się jak rodzina.
Anastazja wysunęła przed siebie dłoń i bezdźwięcznie poruszyła palcami po klapie fortepianu, jakby się niecierpliwiła.
— Rozmawiasz z nim? — spytał Szejma, wiedząc, że został zauważony.
Spojrzała na niego tak, że przeszyły go ciarki. Nie należało takiego pytania zadawać Anastazji.
— Pytasz o Boga? — odrzekła głosem cierpkim i nienaturalnym. — Czy o Dawida?
Szejma nie chciał odpowiadać. Anastazja wyprostowała się i zakręciła w górze palcem, jakby próbowała mu pogrozić, ale niechcący natrafiła na kosmyk swoich włosów.
— Szczerze powiedziawszy… — dodała, zakręcając na palcu loka, i Szejma zorientował się, że jest pijana. — Jestem obrażona na nich obu.
Patrzył, jak obchodzi dookoła fortepian, krok za krokiem, bezszelestnie, w rytm muzyki, której nie słyszał.
— Zapytasz, czy wierzę w Boga? Odpowiem ci zatem: wierzę w tego drania, co zabrał mi męża i mojemu dziecku ojca. Nie rozumiem tylko tych jego pism, które uczą moją córkę, że zrobił to dla jej dobra. O czym więc mam mówić z nim, skoro nasze poglądy znacznie się różnią?
Znów oparła się o fortepian, tym razem opierając głowę na dłoniach.
— A Dawid? — wybełkotała i zupełnie nieoczekiwanie rzuciła: — Do diabła z Dawidem! Do diabła z Goliatem!
— Ja i Suzanne właśnie wyjeżdżamy — oświadczył Szejma, próbując ją otrzeźwić. Wiedział, że to tylko chwila słabości, że Anastazja przebudzi się po poobiedniej drzemce i znowu będzie panią dworu, ale i tak nie umiał pozbyć się uczucia litości. — Chciałem cię jeszcze raz poprosić… Wybacz, jeśli… Myślę, że wiesz, co powinnaś zrobić… dla swojego dobra i dobra Nadii. Wierzę, że nie popełnisz błędu Dawida. Nadia musi być na pierwszym miejscu. Pamiętasz? Nadia, nie twoja duma.
— Ach, Witoldzie — Anastazja uśmiechnęła się beztrosko, promiennie jak usypiające dziecko szybujące wśród marzeń. — Obyście żyli w miłości i zdrowiu. — Po czym zaczęła cicho śpiewać: — Wątpliwe ziarno w glebie win jutrzenką twoją pośród zim, w nieczystym dźwięku tej harmonii próżno szukać…
Lech kiedy zrezygnowany Szejma stanął w progu gotowy do wyjścia, nagle ucichła. Gdy odwrócił głowę, patrzyła na niego przytomnie, wyprostowana i napięta jak struna. Niemal nie dostrzegał wyrazu jej twarzy przez oślepiające go światło. Słońce było coraz wyżej.
Uroczysta, dumna. Szejma pomyślał, że tak samo wyglądała podczas przyjmowania kondolencji po pogrzebaniu brata. Jakby dostępowała zaszczytu.
— Nie zwlekaj zbyt długo, Anastazjo — brzmiały jego ostatnie słowa.
[7]
S. patrzyła twardo przed siebie. Oboje spodziewali się łez i oglądania w tył, ale nic takiego nie nastąpiło. Postanowiła zdusić to w sobie, zmiażdżyć jak gorzkiego cukierka. Ale to coś wewnątrz niej było ogromne, rozlewało się i rozciągało pod naciskiem myśli jak błotnista breja. Myślała o zapłakanej twarzyczce Nadii, o dziecięcych ramionach zaciśniętych na jej talii; o przygaszonym uśmiechu Beatrycze, gdy wręczała jej w prezencie na drogę suszone liście pokrzywy — według wierzeń miały odpędzać złe moce — owinięte własnoręcznie haftowaną chusteczką; i o rzucającej się w oczy nieobecności Anastazji. Gdy wychodzili, z gramofonu Dawida wciąż sączyła się muzyka.
Gdy minęli ostatnie łąki Rybianki, Szejma poruszył się niespokojnie na koźle.
— Nie musisz przy mnie milczeć, Suzanne — rzekł łagodnie.
Być może w przyszłości będzie żałować, że nie pozwoliła swej rozpaczy narobić hałasu. Być może tą ciszą, tym uporem skazała się na wieloletnią torturę, która będzie do niej powracać raz po raz tuż przed zaśnięciem.
— Chodzi o to, że nie pożegnałaś się z przyjacielem? — drążył Szejma jak perfekcyjny lekarz nacinający bezboleśnie skórę. S. zastanawiała się i nad tym: czy nie byłoby to dla niego zbyt okrutne, gdyby teraz okazała swój żal? Czy nie pomyślałby, że płacze z tęsknoty za innym mężczyzną, opacznie rozumiejąc ich relację, a nie przez to całe zło, które ich spotkało i zmusiło do ucieczki?
Konie szły równo i powściągliwie, kręcąc gniadymi zadami w uspokajającym rytmie. Czekał je duży wysiłek, więc Szejma pozwolił, aby same wybrały tempo.
— Do domu Walentyny dotrzemy tuż po zmroku.
S. przyjrzała się prawemu profilowi męża, próbując spojrzeć na niego jak na kogoś nowego. Czasem po długim rozstaniu ludzie nie potrafią rozmawiać ze sobą jak dawniej, czasem zaczynają sobie nawzajem przeszkadzać, jakby łączące ich brzegi nagle stały się wyszczerbione i zdeformowane i przez to do siebie już niepasujące. Lecz to nie dotyczyło ich dwoje. Niesamowita była ich cierpliwość, uważała S. Wszystko polegało na odpowiedniej ilości cierpliwości w stosunku do dni, słów, pogody i drugiego człowieka.
Czy na tym opierała się miłość? Ich miłość? Każda miłość? Czy cierpliwość Anastazji pozwoliła jej dostrzec cień dawnego Dawida, Dawida-artysty, Dawida-ojca, Dawida-altruisty w bluźnierczej, ordynarnej szkaradzie, którą uczyniła go choroba?
S. wiedziała, że tylko z Szejmą może poruszyć ten temat.
— Czy Anastazja i Marco… Czy oni kiedyś mieli romans?
Jeśli była to najwyższej wagi tajemnica, oddalony od rodziny i kraju Szejma nie miałby szans się o niej dowiedzieć, on jednak odparł z całym przekonaniem:
— Nie. Anastazja kochała Dawida.
S. mogłaby zasiać w nim choć odrobinę wątpliwości, opowiadając mu o tych dwóch latach spędzonych w domu Anastazji; o śmierci Dawida w alkowie kamerdynera, o potajemnych, nocnych spotkaniach w głównej sypialni, o naradach wojennych we dworze i pośrednim udziale Anastazji w tej całej farsie. Zamiast tego, spytała:
— Ale Heron pożądał Anastazji?
— Pożądał władzy. Być może kiedyś posiadanie Anastazji oznaczało posiadanie władzy…
— Władzy?
— Nad tym drugim. — Szejma wyciągnął rękę i ułożył ją na kolanie S. delikatnie, jakby bał się, że go odtrąci. — Aż w końcu odnalazł dla siebie lepszy afrodyzjak.
— Jak myślisz, co się stanie ze Scypionem?
— Ktoś wprowadzi w nim nowy porządek.
— A Heron? Naprawdę zaplanował odwrót? Wiedział o klęsce już wtedy, gdy przebywał w Rybiance?
S. przypomniała sobie słowa Anastazji: Heron nie miewa wakacji… Nie zliczę, ile razy widziałam, jak siedzi i patrzy. I w zasadzie Szejma nie musiał już niczego tłumaczyć.
— Wydał rozkaz, Suzanne. Kartagina musi zginąć. Postawił wszystko na jedną kartę. Ale nie kierował się żadną strategią. Kierował się własnym strachem.
— Co zrobisz, jeśli go spotkamy?
S. wiedziała, że to mało prawdopodobne, ale samo pytanie — ku jej zaskoczeniu — wzbudziło w Szejmie coś, czego do tej pory u niego nie widziała. Zabrał rękę z jej nogi i zamachnął się batem, aż świsnęło.
— Nie zastanawiaj się nad tym, Suzanne i nigdy więcej nie każ mi o nim rozmawiać — powiedział lodowato, a S. poczuła, jak w jednej chwili dookoła mężczyzny wyrasta szorstki, twardy mur, za który pod żadnym pozorem nie powinna zaglądać.
Jeden, jedyny mur, który zdołałby ich podzielić.
[8]
Wszystko, co S. wiedziała o Walentynie, narzeczonej Szejmy z czasów młodości, mogłaby ująć w jednym zdaniu, ale wnętrze jej domostwa potrafiłoby napisać powieść. Tropikalne rośliny w doniczkach wymagające w tym klimacie szczególnej pielęgnacji, którą zapewne zajmowała się sama gospodyni, na ścianach w korytarzu zamiast rodzinnych zdjęć czarno-białe fotografie członków afrykańskich plemion w rytualnych maskach, w salonie kolekcja antycznych, niewspółgrających ze sobą mebli sprowadzonych za niemałe pieniądze z innej części globu oraz biblioteczka przepełniona w połowie przewodnikami turystycznymi, a w drugiej połowie podręcznikami do medycyny. S. potrafiła się domyślić, co takiego sprawiło, że Walentyna i Szejma planowali przed laty wspólne życie. Gdyby ktoś zapytał, mogłaby również nieśmiało wyrazić swoje podejrzenie, czemu oboje z tych planów zrezygnowali, sama Walentyna bowiem wyglądała jak ktoś, kto potrafił doprowadzić do małego zawrotu głowy.
Osobiście otworzyła im drzwi i niemal przemocą porwała do środka, ciągnąc za ręce jak dwoje spóźnionych dzieciątek, trajkocząc coś o brudnych dywanach i planach wspólnego przygotowywania kolacji. S. nie spodziewała się takiej poufałości. Nim zdążyła otrząsnąć się z pierwszego szoku i rozejrzeć po ekscentrycznym wnętrzu, Walentyna wyciągnęła ku niej ramiona i zamknęła ją w mocnym, serdecznym uścisku, zatapiając jej twarz w burzy ognistorudych loków pachnących dereniem — od razu też wyjaśniła, że przed momentem brała kąpiel z dodatkiem wywaru z tej rośliny, ponieważ przynosi ulgę osobom cierpiącym na podagrę. Mało kto bez wstydu przyznawał się do posiadania powyższej przypadłości, lecz dla Walentyny mówienie otwarcie o chorobie nie stanowiło w żadnym razie faux pas.
Anastazja i muzealny chłód Rybianki wydawały się znajdować lata świetlne stąd, ale energia i gościnność Walentyny sprawiały, że żołądek nieprzyzwyczajonej do takiej otwartości S. fikał koziołki. Mieli zostać tu tylko jedną noc, a potem ruszać dalej. Szejma zdawał sobie sprawę, że S. — mimo całej dobroci i ciepła gospodyni — nie czułaby się tu dobrze, gdyby mieli zostać dłużej.
Tymczasem po raz pierwszy od wielkiego powrotu Szejma wyglądał na zrelaksowanego. S. podejrzewała, iż Walentyna wśród swojego towarzystwa uważana była za najlepszy lek na poprawę humoru i poczuła nikłe ukłucie zazdrości, że ta magia działała również na Szejmę.
— Jak wskazują wszelkie znaki na niebie i ziemi… — Walentyna ściskała obie dłonie Szejmy żarliwie, podczas gdy jej oczy z fascynacją błądziły po sylwetce S. — …ty również gustujesz w mezaliansach, Witoldzie.
Skrępowana S. czuła się jak nieruchoma, oślizgła ściana pełna hieroglifów odczytywanych przez badacza, lecz Szejma nie uznał słów dawnej narzeczonej za przytyk. Rozbawiony posłał S. dodający otuchy uśmiech, oznaczający, że wszystko przebiega pomyślnie.
— Od zawsze wiedziałam, że przywieziesz coś niesamowitego z tych swoich dalekich wojaży. — Ku zaskoczeniu S. Walentyna puściła do niej łobuzerskie oczko. — Lecz obstawiałam egzotyczną chorobę, nie kobietę. Odkąd dowiedziałam się o ślubie, pragnęłam ją ujrzeć, lecz teraz lękam się o swoje oczy. Przysięgam, boję się oślepnąć z zazdrości.
S. musiała przyznać, że dowcipkowanie Walentyny zaczęło przynosić rezultaty i wkrótce sama poczuła, jak jej ciało zaczyna się rozluźniać. Lecz wtedy Walentyna żartobliwie rzuciła:
— Cóż za traf, że poszukując szczęścia, trafiłeś na wojnę. I to niejedną.
Szejma wyciągnął ramię i przygarnął S. do siebie jak tratwę ratunkową.
— Jak się miewa twój mąż? — spytał Walentyny, zwinnie zmieniając temat, na co ona wymownie przewróciła oczami.
— Niemalże go nie widuję. Pracuje dniami i nocami, często za pół pensji. Dyrekcja szpitala zarzeka się, że muszą ciąć koszta, już nie dostają dofinansowania od państwa. Sam wiesz jak jest — westchnienie Walentyny świadczyło o tym, że mogłaby długo opowiadać, ale w gruncie rzeczy tę historię każdy dobrze znał. — Coraz ciężej się tu żyje, szczególnie takim uczuciowym durniom jak Herbert. Mnie zresztą też. Ludzie nie mają ochoty na słuchanie musicali.
— Tym bardziej jesteśmy ci dozgonnie wdzięczni, że zgodziłaś się nas przyjąć.
— Trudno ci odmówić, Witoldzie. Posiadam wielu przyjaciół, ale ty przysyłasz najpiękniejsze pocztówki na święta.
Przerwało im zapalczywe łomotanie do drzwi. Całą trójką znieruchomieli, jakby oczekiwali fali uderzeniowej, ale drzwi nie ustąpiły. Po ich drugiej stronie ktoś krzyczał i tłukł pięściami. Walentyna w okamgnieniu straciła wdzięk kolorowego ptaka. Powaga na jej twarzy postarzyła ją i oszpeciła, i dopiero w takim stanie jej skóra ukazała ślady przeżytych lat.
— Zapomniałam zaryglować bramę — powiedziała w samooskarżeniu, a potem uniosła dłoń w uspokajającym geście. — To nie będzie potrzebne.
Jej słowa skierowane były do Szejmy. S. kątem oka zauważyła, jak jej mąż wyciągnął prawą dłoń spod marynarki. Nim zdążyła się nad tym zastanowić, Walentyna odważnie podeszła do wejścia, wymieniła kilka słów z przybyszem i otworzyła drzwi na oścież, a wtedy do środka wbiegł rozszalały mężczyzna w podartej koszuli, z przewieszonym przez ramię sztucerem i ruszył prosto na Szejmę. S. myślała, że zaatakuje, ale on upadł przed nim na kolana i wzniósł do góry drżące dłonie. Wtedy w tej roztrzęsionej, śmiertelnie przestraszonej postaci S. rozpoznała Bernarda.
Nie mógł złapać oddechu. Musiał gonić ich konno aż od Rybianki.
Szejma pochylił się i chwycił go za nadgarstki, aby go podnieść, ale jego wzrok przykuł brud na dłoniach. S. bardziej poczuła jej zapach niż ją zobaczyła: krew. Pierwszy raz czuła ją tak wyraźnie, jakby cudaczne mieszkanie Walentyny zalał ocean cudzej zakrzepłej krwi.
— Na dwór — wychrypiał Bernard z trudem…
Czas zwolnił. S. widziała, jak w ślimaczym tempie Szejma puszcza ręce Bernarda i prostuje plecy, niemal słyszała jego tętno i jakiś wewnętrzny, mechaniczny trzask, jakby był maszyną, w której nagle przestawiono trybiki.
— Wieśniacy — Bernard trząsł się i poruszał ustami, jakby wypowiadał bardzo wiele słów, choć powiedział tylko jedno.
Z ust Szejmy bezgłośnie uszło powietrze. Podczas gdy S. przed oczami miała jedynie rozhisteryzowanego Bernarda, on przed sobą widział zmęczone konie: jednego — którego nie miał jeszcze szansy ujrzeć — spienionego, porzuconego przed momentem przed domem Walentyny i dwa już odpoczywające w stajni po całodniowej podróży. S. widziała spoconą, potarganą na ramieniu koszulę, on z niechęcią przemierzał w myślach całą drogę powrotną do Rybianki: miejską uliczkę, wyjazd z miasteczka, trasę przez las, przez pola, w górę i w dół… Gdy S. przyglądała się brudnym dłoniom, on patrzył na ciemniejącą postać Anastazji opartą o fortepian Dawida.
— Wieśniacy napadli na dwór — usłyszał Szejma w pełni. Zmusił się, by spojrzeć na klęczącego przed nim chłopa i gdy wymienili spojrzenia, poczuł, jak adrenalina uderza mu do głowy.
Potem wszystko potoczyło się szybko. Decyzja zapadła, choć pozostała niewypowiedziana.
— Witoldzie, dam ci naboje i strzelbę, jest w pełni sprawna, choć w tym domu służy jedynie jako ozdoba. — Walentyna przystąpiła do działania. — Możecie wziąć moje konie. — Podawszy Szejmie broń, zwróciła się do wstającego z klęczek Bernarda: — I wody, na Boga! za chwilę dostaniesz wody, nieszczęśniku.
— Dotrzemy przed świtem — szepnął Szejma do siebie, a wtedy S. szarpnęła go za ramię.
— Chcę jechać z wami.
— Nie… — Sposób, w jaki na nią spojrzał, niemal roztopił jej serce.
— Muszę tam wrócić, nie zostanę tutaj — S. była nieugięta. Nie chciała robić mu na złość, ale nie wytrzymałaby kolejnego oczekiwania. — Pojadę, nawet jak mi zabronisz.
Przysłuchująca się im Walentyna chrząknęła.
— Mój sąsiad-dobrodziej użyczy trzeciego konia.
Szejma wolno skinął głową i rzekł:
— Prędko.
[9]
Mimo że pędzili na złamanie karku i nie oszczędzali końskich nóg i własnych płuc, droga zajęła im więcej czasu niż planowali. Szejma był wściekły, a to napędzało go jeszcze bardziej. Narzucił zabójcze tempo, mknąc na czele, ale S. zaciskała zęby, nie mając prawa do skargi. Zmęczony Bernard z ledwością trzymał się siodła, mimo to starał się opowiedzieć im jak najwięcej. Według jego słów, gdy Południowcy wdarli się do dworu, pokonując mizerny opór mieszkańców Rybianki, Bernard zraniwszy kilku agresorów i oceniwszy, że nie ma większych szans na obronę przed szarżującą grupą, postanowił wymknąć się stamtąd i poinformować o wszystkim Szejmę.
— Dobrze zrobiłeś — powiedział Szejma głosem głuchym jak wiatr wpychający się między okiennice. — Ocaliłeś życie.
Ani S., ani Szejma nie zdobyli się na odwagę, by spytać, co poczynili inni.
Szarzało, gdy zajechali na drogę wiodącą do głównej bramy. Znad budynków unosiła się resztka dymu. S. pamiętała ten zapach z przeszłości, zapach pożaru, zapach strawionych ogniem zgliszczy. Wpadał przez uchylone okno do przedziału pociągu, którym odjeżdżała wraz z Szejmą, ostatniego pociągu ruszającego ze stacji w jej mieście.
Zwolnili, by wyłapać dobiegające z dworu dźwięki, ale wokół panowała cisza. Zatrzymali się koło sadu, tuż przy pierwszych sztachetach ogrodzenia. Szejma kazał S. tu zostać. Przed odejściem wyjął spod surduta rewolwer i wręczył go jej bez słowa. S. nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła się głupia. Nie przypuszczała, że cały czas miał przy sobie broń. Teraz wydało jej się to oczywiste.
Wraz z Bernardem oddali jej wodze swych wierzchowców, przygotowali broń i bezszelestnie ruszyli do bramy. S. patrzyła, jak Szejma skrada się pod ogrodzeniem z nisko pochyloną głową i bronią Walentyny w gotowości. Nigdy go takim nie widziała, nigdy nie widziała go ze strzelbą w rękach. Wątpiła, czy w ogóle potrafił strzelać. Nie jeździł na polowania, nie strzelał nawet do rzutków. Człowiek, którego żegnała przed dwoma laty, nie interesował się tymi wszystkimi zajęciami, którymi z taką pasją oddawali się inni magnaci. Dawid udzielił jej kiedyś jednej lekcji trafiania do pustych butelek po winie, ale to była tylko zabawa, z której niewiele zapamiętała i która nijak nie wyjaśniła jej, jak można odczuwać radość z posyłania kuli w coś martwego czy żywego.
S. spojrzała na pistolet, ciężki, ciepły i nienaturalnie leżący w jej dłoni. Na rękojeści wykuto nazwę Dagon. Dawno temu Szejma czytał opowiadanie o marynarzu, który napotkał na Oceanie Spokojnym morskiego potwora, Boga-Rybę, Dagona, ale teraz S. mimo usilnych prób nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie tej historii.
Powietrze było ciężkie i brudne. S. wydawało się, że z każdym oddechem pochłania dawkę trucizny. Nie spodziewała się takiego powrotu do Rybianki. To uczucie przypominało chwilę po przebudzeniu, gdy jeszcze człowiek nie wstał z łóżka, ale podświadomość już mu podpowiadała, że dom jest pusty, choć nie dane mu było widzieć wychodzących domowników.
Konie zastrzygły uszami — pierwsze dostrzegły w oddali samotną, buszującą w polu perliczkę. Wyglądała na zagubioną. Nie chciała odejść daleko, lecz nie chciała też wrócić. Ujrzawszy ich, zaskrzeczała strachliwie, nieco zachrypnięta. Kontynuowała przechadzkę, wydając coraz cichsze odgłosy.
Mężczyźni długo nie wracali. S. chwyciła mocniej wszystkie trzy konie i zrobiła pierwszy krok w kierunku bramy. Potem drugi i trzeci, i była już pewna, że nie może tu tkwić sama jak w sennym koszmarze, w tej niewyjaśnionej ciszy.
Przed bramą konie zaparły się i nie chciały iść dalej. S. uwiązała je przy płocie i sama przekroczyła próg.
Dwór był splądrowany. Wybite okna, połamane okiennice, wyważone drzwi, osmalone ściany. Część stajni, stodoły i powozowni rozkradziono, drugą część strawił ogień. Pożar już dogorywał, zostawił po sobie przebite na wylot ściany, zawalone dachy i szkielety budynków.
Rybianka dogorywała w katuszach.
S. patrzyła na cmentarzysko, które niegdyś było szlacheckim dziedzińcem. Nie chciała tego widzieć, ale już nie było odwrotu. Wokół walały się puste skrzynie, roztrzaskane meble, naczynia, truchła przypadkiem ubitych zwierząt i zmieszane z kurzem ubrania. Przed dworem na niemalże wyjątkowym miejscu, pośród drobinek szkła błyszczącego w słońcu jak diamenty, leżał roztrzaskany fortepian. Kilka metrów nad nim w gołym balkonowym oknie gabinetu Dawida, porywana ciepłym wietrzykiem, nieśmiało tańczyła rozerwana w połowie firana.
S. przyglądała się tym strzępkom powiewającym żałośnie w górze niby chusteczka w dłoni wdowy. Nie potrafiła określić siły nienawiści, jaką poczuła do tych nierozumnych ludzi, tych okrutników, którzy wtargnęli do czyjegoś domu, by go zniszczyć i pogrzebać, którzy urządzili tu sobie bitkę i biesiadę, i dla bezsensownej rozrywki wyrzucili z okna na bruk niewinny instrument, tym samym bezczeszcząc pamięć po zmarłym gospodarzu, bezczeszcząc kulturę i ostatnie podrygi człowieczeństwa w samych sobie.
I gdy gnana niewyobrażalnym żalem zrobiła krok w tamtą stronę, pośród zgliszczy instrumentu dostrzegła włosy, skórę, rozwarte palce… Sama nie mogła pojąć, jak w tych okaleczonych, pokrytych krwią i ziemią szczątkach rozpoznała ludzkie ciało. Być może już patrząc w puste okno — w głębi duszy — wiedziała.
Nogi niosły ją w tamto miejsce, a Szejma zmierzał jej naprzeciw. Bezwiednie próbowała go minąć, ale on wyciągnął rękę i ją pochwycił.
— Anastazja — powiedział cicho, a gdy poczuł, jak jej ciało wciąż napiera, wykrzyczał: — NIE IDŹ TAM!
Znieruchomiała. Nie potrafiła na niego spojrzeć, nie chciała przejmować się też jego emocjami, a gdyby na niego spojrzała, to wszystko otworzyłoby się i wylało przed nią jak z niedokręconego słoika. Otworzyła usta, by przeprosić go za tę samolubność, ale nie wydusiła z siebie ani słowa, ani jęku.
ANASTAZJA! — krzyczał z zapałem Abel w żywych wspomnieniach S. — z rękami rozłożonymi jak do olbrzymiego uścisku, w którym mógłby zmieścić całą Rybiankę. Tuż po przyjeździe, tu na środku słonecznego, czystego dziedzińca. To się działo tak niedawno. Ze swego miejsca na werandzie widziała żywą, dumną Anastazję sunącą ku niemu.
— Nadia i Abel? — wyszeptała S., ściskając obejmujące ją męskie ramię jak ostatnią rzecz potrafiącą utrzymać ją w równowadze.
— Nie znalazłem ich. Bernard poszedł przeszukać obóz. Wczoraj widział, jak Nadia biegła polami w tamtym kierunku.
Jednak po kilku minutach Bernard wrócił do dworu sam.
— Tam jest tylko ta kobieta — rzekł zrozpaczony. — Filistynka w połogu. Porzucili ją. W lesie zostały ślady po ich koczowisku. Nic więcej. Nie ma dziewczynki. Nie ma panicza. — Nagle rozszerzył oczy, jakby przypomniał sobie o czymś ważnym. — Na kuchennych schodach… w sadzie i w alkowie dla gości… — Wskazał kierunek palcem. — Wybili wszystkich. Wszędzie są ciała… odcięte kończyny… I tyle krwi!
— Widziałem, Bernardzie — mruknął Szejma. Wykonał gest, jakby próbował chwycić starego sługę i usadzić go na ziemi, ale w ułamku sekundy zrezygnował. Jego uwagę i uwagę S. przykuł ruch we wnętrzu stajni.
Zwierzę zaskomlało.
— Szczeniak — szepnęła S. z nadzieją.
Podążali stajennym korytarzem z nową siłą, czujni i niecierpliwi, ich kroki niosły się bolesnym echem w pustym pomieszczeniu, a ich mały przewodnik, choć drżący i przestraszony, z radością pozwalał się śledzić.
Doszli do miejsca, w którym niegdyś Bernard ściągał spod stropu niechciane jaskółcze domostwo. Tam wyżeł wślizgnął się pomiędzy dwa stosy słomy, gdzie leżała półprzytomna Beatrycze. Jej stopy odziane w cienkie pończochy maczały się w kałuży krwi i przez dłuższą chwilę S. nie mogła oderwać od nich wzroku.
— Zabierz psa — rzucił Szejma do Bernarda, po czym sam kucnął przy dziewczynie. Otrząśnięta gwałtownymi ruchami mężczyzn i popiskiwaniem szczeniaka S. zajęła miejsce po drugiej stronie.
— Beo — wychrypiała zdziwiona trudem włożonym w wypowiedzenie tego jednego słowa. Zorientowała się, że płacze, ale nie pamiętała, od jak dawna. — O mój Boże.
Podarta sukienka niewiele zasłaniała, dlatego Bernard okrył ją własną koszulą.
— Nie bój się, Beo — rzekł uspokajająco Szejma, dotykając jej trzęsącego się podbródka. — Już nic ci nie grozi.
Sięgnął po jej dłoń, ale przyciskała ją tak silnie do podbrzusza, że nie był w stanie jej oderwać. Jej ciało było jak głaz. S. nie była pewna, czy czarna plama na piersi dziewczyny to oparzenie, czy tylko brud. Przejechała wzrokiem po siniakach na szyi, musnęła spojrzeniem zagryzione do krwi wargi, pozbawione zębów usta, zakrzepniętą smużkę pod nosem, spuchniętą skroń. Jej oczy, wielkie, wytrzeszczone oczy Beatrycze patrzyły wprost na nią, żarliwie, błagalnie.
S. położyła swoją dłoń na jej drugiej wolnej dłoni, ściśniętej, sparaliżowanej — i czule ją uścisnęła.
— Nie zostawisz mnie? — wyszeptała Bea niewyraźnie. — Nie?
— Nie, nie zostawię cię. Nigdzie stąd nie pójdę — odparła S. Wyciągnęła chusteczkę, podarowaną jej dzień wcześniej przez Beę, i delikatnie otarła jej okrągłą twarzyczkę. Pokruszone liście pokrzywy, które miały odpędzać złe moce, spadły tu i ówdzie.
Z jej piersi wyrwało się miażdżące stęknięcie, którego nie potrafiła powstrzymać. Zmroziła ją myśl, że wystraszy tym Beę, że w tej ważnej chwili nie doda jej otuchy, lecz katuszy. Przywdziała więc maskę i jeszcze raz pochyliła się nad służką:
— Moja piękna Beatrycze — szepnęła, walcząc z samą sobą. Było za późno, by spytać ją o brata na froncie, o listy do domu i przyczynę tych czerwonych napuchniętych oczu podczas przyjęcia we dworze. Nie chciała jej rozczarować, ale właśnie to się wydarzyło. Zawiodła i porzuciła najmilszą jej osobie duszyczkę.
— Robi się ciemno.
S. zmusiła wargi do dodającego odwagi uśmiechu.
— Ty nie boisz się ciemności.
Bea łkała i z trudem łapała powietrze.
— Wzięli ją… tamci… — rzęziła niewyraźne słowa. — Widziałam… panienkę… na rękach…
Szejma uniósł głowę.
— Zabrali Nadię? Południowcy porwali Nadię?
Wielkie, przerażone oczy Bei łypnęły na niego jak na wroga.
— Spokojnie, kochanie — powiedziała S., ale Bea odpłynęła gdzieś daleko i zaczęła mamrotać jak w transie:
— Nie zostawisz mnie? Mamo? Mamo! Mamo, mamo…
S. ukryła twarz w dłoniach, a głos Bei cichł, jej ciało drżało coraz mocniej, a ona pojękiwała i popłakiwała coraz ciszej, aż w końcu po kilku długich minutach wszystko się zatrzymało. Wtedy Bernard wychrypiał:
— Przepraszam, ja nie mogłem… Przepraszam, Beatrycze. Niech mi miłosierny Bóg przebaczy.
[10]
Było gorąco jak nigdy. Żar unosił się nad ziemią, raniąc nogi, i spadał z nieba, opiekając twarz; emanowały nim sztachety ogrodzenia — paliły S. w plecy. Kąsały ją rozpalonymi do czerwoności językami jak agresywne węże. Zostawiały rany. Czuła jak krew spływa w dół wraz z potem od łopatek aż do lędźwi. Niedługo zacznie skapywać na ziemię. Będzie brudzić jej pięty, tak jak zbrudziła pięty Bei.
Tata trochę mi o Nim opowiadał — odparła spokojnie Nadia, zaplatając ze sobą dwie łodyżki ziela. — Był już wtedy chory i mieszały mu się sny… Ale ostatnio Bea powiedziała mi kilka miłych rzeczy.
Głos Nadii śledził spacerującą rozgrzanym polem perliczkę. Błądziła tam od wielu godzin. Chodziła wokół Rybianki jak przywiązana za nogę do palika.
Powietrze falowało. Szczypało S. w powieki.
Skoro Bea mówi, że on tam teraz jest, to chciałabym wiedzieć, jak to daleko stąd. Czy dalej niż z Rybianki do Mariówki?
S. nie wiedziała, jak daleko jest z Rybianki do Mariówki. Dni drogi. Może tygodnie. Kilkaset kilometrów. Spojrzała na konie. Stały ze zwieszonymi łbami i umierały z wycieńczenia, z upału, z braku wody, spocone i zdyszane. Ich nogi powoli wtapiały się w żrący piasek, zapadały się w nim, zanikały.
Myślisz, że skoro każdy człowiek ma swój kształt, to nie może żyć w miejscu, które tego kształtu nie posiada?
S. wiedziała, że musi skupić myśli na koniach. Inaczej umrą. Stracą swój kształt, tak jak twarz Bei straciła swój. Zapadną się w sobie, tak jak zapadło się ciało Anastazji po katuszach i uderzeniu w ziemię. Musi zabrać konie do wodopoju. Głos dziewczynki napływał do niej znikąd, ale teraz konie były najważniejsze.
To tak jak mama. Pamiętam, jak kiedyś powiedziała, że nudzą ją bajki.
Lodowaty powiew uderzył w nią jak bicz. Dłoń Szejmy zacisnęła się na jej łokciu i nagle temperatura wokół powróciła do normalności.
— Jesteś ze mną, Suzanne? — usłyszała, gdy wykręcała głowę, by spojrzeć na konie pasące się przy drodze. Ich życiu nie groziło żadne niebezpieczeństwo. — Musisz być silna.
Pokiwała niemrawo głową, oszołomiona nagłą zmianą pogody. Poczuła na rękach gęsią skórkę i ze wstydem próbowała ją zakryć, pocierając skórę dłońmi.
— Bernardzie, pojedziesz z Suzanne do miasta — Szejma gorączkowo instruował stajennego i S. zorientowała się, że odbywają teraz swoistą naradę, której początek przeoczyła. — Zostaniecie u Walentyny, zajmie się wami, jak długo będzie trzeba.
— A pani Anastazja… i woźnica… i nasza słodka Bea — zaczął Bernard, błądząc wzrokiem po ziemi.
— Ojciec Ignacy zajmie się pochówkiem. Bernardzie, pojedziecie do niego, poprosicie… Czas nagli. Najpierw poszukam Nadii i Abla. Hołota, która napadła na dwór, to tutejsze pospólstwo. Sprawdzę wszystkie wsie Dawida.
— To zbyt niebezpieczne, byś jechał tam sam — zaoponowała S., jeszcze sama całkiem nieuświadomiona, jak wielki ogarnął ją strach.
— Panie, ich nikt nie powstrzyma… — dołączył się Bernard.
— Dajcie mi kilka dni. Gdyby coś się przedłużyło… U ojca Ignacego odnajdziesz pomoc, Suzanne. Jeśli będzie bardzo źle, Herbert i Walentyna zabiorą cię do Krosiwna. Z cudzoziemskim paszportem i złotym sygnetem nie będziesz mieć problemu z przekroczeniem granicy. Poprosisz o pomoc którąkolwiek zachodnią ambasadę, a potem…
— Bardzo źle? — przerwała mu S. Poczucie rozszarpywania na kawałki było druzgoczące. — Co ty mówisz?
Ale Szejma jakby jej nie słyszał:
— Postarajcie się na razie nie wychodzić na ulicę, omijajcie mundurowych. S., pod żadnym pozorem nie pokazuj im rewolweru. Może sprowadzić na ciebie nieszczęście.
Ponownie wręczył jej broń, tym razem wraz z kaburą, na której równie wyraźnie, co na rękojeści wyryto nazwę Dagon.
Uniosła do niego głowę z oczami pełnymi łez. Krzyczały do niego tak głośno, że niemal się ugiął.
— Znajdę cię — wyszeptał — Nie mogę się już doczekać, by znów do ciebie wrócić.
[11]
Szejma pamiętał ten rodzaj ciszy z dzieciństwa. Jego rodzice zmieniali majątki i przenosili się z miejsca na miejsce wraz z nadchodzącymi i odchodzącymi porami roku, w niekończącej się tułaczce za nauką i nowymi możliwościami. Chociaż ich życie opierało się głównie na pracy w mieście, często gościli u zaprzyjaźnionych gospodarzy, na plebaniach i w letnich posiadłościach uniwersyteckich przyjaciół. Szejma nie byłby w stanie zliczyć tych poranków, gdy budził się jako pierwszy, jeszcze przed pianiem koguta, i starając się jak najciszej szurać pantoflami, wymykał się na ten świeży, wilgotny, wspaniały świat, jeszcze niemuśnięty ani jednym promieniem słońca, ze zwierzyną dopiero co otwierającą zaspane ślepia, z ugiętą od rosy trawą i nastroszonym na płotach mchem. Ta szara, wiejska cisza wzbudzała w nim podekscytowanie — oto nastał nowy dzień. Pełen tajemnic, pełen wrażeń i nieodkrytych ścieżek. Wszystko mogło wydarzyć się właśnie teraz — aż dostawał od tego gęsiej skórki!
Ale teraz, gdy wkroczył do wsi — w tej grobowej, płytkiej ciszy — ciarki na jego rękach nie świadczyły o radości. Musiał mieć się na baczności. Wioska wydawała się wymarła. Zmęczeni nocnymi hulankami wieśniacy zaspali. W pierwszej zagrodzie dla trzody dostrzegł poruszającego się na kolanach pijanego chłopa.
— Idealne to dla ciebie miejsce, łajdaku — sapnął Szejma z niecodzienną dla siebie złością, nogą przewracając chłopa na plecy. Nie było to trudne, zamroczony kradzionym alkoholem Południowiec nie był w stanie stawić oporu. — Napadliście na dwór, głupcze! Wiesz, co zrobiliście?! — Szejma chwycił pewnie strzelbę Walentyny i wymierzył w jego twarz. Nie sprawiło mu to tyle trudu, ile się spodziewał. Czy to było jak nauka wiązania butów? za każdym razem wydawało się prostsze, aż w końcu przestawało wzbudzać jakiekolwiek emocje?
Oczy chłopa zaokrągliły się nieco, a z jego ust wraz ze śliną wypłynął niewyraźny bełkot.
— Gadaj, bo zabiję. Gdzie jest dziecko?! — Szejma powinien zachować większą ostrożność, ale nie mógł powstrzymać się od krzyku. Gniew rozsadzał go od środka. — Porwaliście dziecko. Gdzie jest panicz i dziewczynka?! Dokąd ich zabraliście?! Co im zrobiliście?! Mów!
— Bądźże łaskaw, panie! — usłyszał kobiecy głos, który wyrwał go z tej mętni. Wieśniaczka stała nieopodal, na śmierć przerażona, małżonka lub córka, nie mógł stwierdzić po twarzy spalonej słońcem i umęczonej życiem. Na pewno znała łachudrę, który leżał pod nim, śmierdzący, zasmarkany i rzężący. Ta jej zszarzała twarz i czerwone, przestraszone oczy spowodowały, że bezwiednie oddalił lufę od pijackiej gęby. — Toć on upity, słowa nie wydusi! Krzywdy, panie hrabio, nie rób, błagam, on niewinny.
— Niewinny? Splądrowaliście Rybiankę. Zabiliście gospodarzy i służbę! Czeka was sąd! A ten nażarł się i napił cudzego… Nosi nasze szlacheckie buty! — Szejma wymierzył silnego kopniaka w podeszwę kradzionych oficerek. Chłop wydał z siebie stęknięcie i zasłonił twarz ramionami. — Na domiar złego zabraliście ze sobą chłopca i Nadię!
— Przebacz, panie! To nie nasze chłopy, nie z naszej wioski… To z Solki, oni poszli na dwór, nasi tylko… brali, to wzięli… świętowali… — jęczała wieśniaczka, zalewając się łzami. — Myśmy nikogo nie wzięli, żadnego człeka, ani żadnego nie ubili, to tamci, panie hrabio, tamci z Solki, oni pojmali szlachciców, Boże dopomóż, u nas we wsi żadnego panicza, żadnej panienki, my biedni, nam trudno, okaż litość, panie, u nas głód, posucha, synkowie na wojnie, to chłopcy z Solki wzięli Rybiankę, nasi ostali, uwierz, ja na rany Chrystusa przysięgnę, mój niewinny…
— Z Solki? — Znajoma nazwa przyciągnęła Szejmy uwagę.
Zarzucił broń na ramię i jeszcze raz obrzucił pogardliwym spojrzeniem pijanego wieśniaka.
— Nie unikniecie kary, zapewniam was — odrzekł kobiecie. — A jeśliś mnie zwiodła i nie zdążę na czas… Wtedy wrócę z żandarmami i wybiję całe to pospólstwo.
[12]
W Solce odnalazł dom nauczyciela. Zaszedł wieś od tyłu, od strony lasu i pastwisk, więcej drogi pokonawszy na własnych nogach niż konno, i przez pewien czas z ukrycia obserwował domostwo. Nie dostrzegłszy niczego podejrzanego, przekradł się do starej huśtawki zwisającej z konaru topoli na rozległym, nieco wysuszonym pastwisku. To był stary numer, dziecinny żarcik z dawnych lat. Pień drzewa był pęknięty. Wystarczyło wsunąć stopę w szczelinę, złapać jeden łańcuch i zaczepić go o jedną z niższych gałęzi. Z perspektywy domu huśtawka w całej swej okazałości znikała za drzewem, jakby silniejszy podmuch wiatru przesunął ją zbyt daleko.
Potem zmienił kryjówkę i czekał. Tuż przed dziewiątą żona nauczyciela wyniosła do ogródka na tyłach domu dwie doniczki domowych kwiatów. Niebawem miał się pojawić nauczyciel ze szmatką i roztworem mleka i wody, aby nabłyszczyć liście…
[13]
— Wraz z Lidią ani przez moment nie wątpiliśmy, że wrócisz do kraju…
Nauczyciel wprowadził gościa do kuchni tylnym wejściem. Jego żona powitała Szejmę speszonym, lecz ciepłym uśmiechem. Kiedyś, gdy odwiedzał ich dom częściej, rzuciłaby się mu na szyję, ale teraz po tylu latach bez kontaktu nie mógłby mieć jej za złe, iż nie okazała należytej wylewności. Sam siebie odbierał nieco obco, a co dopiero ci wszyscy ludzie, którzy musieli poskładać jego głos, jego twarz i związane z nim uczucia w odpowiednie przegródki w mentalnym pokoju wspomnień sprzed pół dekady.
Obecna Lidia również różniła się od tej, jaką pamiętał. Zmizerniała, pomyślał, może chorowała. Odwróciła się ku kuchence, jakby nie chciała, by odczytywał z jej twarzy ślady poprzednich lat.
— Spodziewałem się, że nastąpi taki dzień, kiedy wyjrzę przez okno i dostrzegę sir Samsona przy topoli. — Jego wieloletni przyjaciel jeszcze z czasów akademickich, mało znany, lecz przyzwoity literat i językoznawca, działacz społeczny i niestrudzony wolontariusz, który porzucił swe starania na drodze naukowej kariery, aby osiąść na wsi i nauczać dzieci wieśniaków czytania, pisania i niedłubania w nosie, Gwidon Lastossa odstawił na półkę niepotrzebne mu już doniczki. One też były tylko umownym znakiem, jak schowana za drzewem huśtawka. — Byłbym sowicie rozczarowany, gdyby to nie nastąpiło.
Huśtawka była niemym pytaniem, kwiaty twierdzącą odpowiedzią. Szejma nie był pewny, skąd im się to wzięło. Najpewniej to Gwidon zaczerpnął inspiracji z zachowań swoich uczniów, którzy musieli nauczyć się różnych sztuczek, by nie używając słów, ostrzegać się przed nadchodzącym wychowawcą, a oni — dla żartu, a dziś zupełnie na poważnie — zaczęli porozumiewać się w podobny sposób.
Po pobycie w Kartaginie Szejma nie dostrzegał w tym już żadnej zabawy.
— Rozgość się, proszę. Czuj się swobodnie — Gwidon rozchylił ramiona w przyjaznym geście, ukazując wnętrza dłoni, ale żadnej z nich nie wyciągnął w stronę Szejmy. — Chodziły słuchy, że widziano cię nieopodal. Witaj z powrotem. Nie mogłem się doczekać, by to powiedzieć.
Miał rękawy koszuli zaciągnięte po same nadgarstki, ale przez ułamek sekundy Szejma dostrzegł pod nimi prześwitujące opatrunki.
— Lidia ugości cię śniadaniem i poda kawę. Usiądź.
Szejma wciągnął w nozdrza przyjazny zapach znajomej kuchni i niemal rozpłakał się z radości. W ostatnich godzinach jedzenie stało się tak nieistotnym elementem, że przypomnienie mu o głodzie, było jak brutalne uderzenie i słodki pocałunek jednocześnie.
Kuchnia przyjaciół nadal pachniała ziołami z ich przydomowego ogródka, choć jej wystrój — nigdy niespecjalnie wybujały — zubożał jeszcze nieco przez te lata konfliktu. Szejma domyślał się, jak mieli ciężko — wykształceni, lecz ograniczeni i zamknięci na nieucywilizowanej scypiońskiej wsi z pensją wiejskiego belfra, którą pożerały coraz to większe podatki, żyjąc prostym, niewywyższonym życiem cywila utrudnionym przez rządowe rozporządzenia w imię wyższego dobra, jakim była międzynarodowa potęga Scypionu.
Szejma zasiadł przy stole. Naprzeciwko niego stał zimny piec kaflowy obłożony wysuszonymi już ziołami. Lidia i Gwidon lubili florystykę i ziołoznawstwo. Pasjonaci zawsze cieszyli się w oczach Szejmy należytym szacunkiem, niezależnie od tego, na czym polegała ich wiedza. Choć Gwidon potrafił rozpoznać tysiąc różnych odmian, nie miał wystarczających umiejętności pedagogicznych, by cokolwiek z tego wbić do głowy Szejmie, a ten — w ramach pokuty czy też zwykłej sympatii — zwoził w prezencie z każdego zakątka świata, w którym miał okazję przebywać, po kilka tajemniczych, nieznanych mu roślin, które jego zdaniem ucieszyłyby tych dwoje zapaleńców.
Szejma, ogarnięty sentymentem, próbował rozszyfrować, jakie tym razem zioła spoczywały na piecu, ale zdołał jedynie dostrzec panujący wśród nich niecodzienny nieporządek, gdy Gwidon stanął w jego polu widzenia i rzekł:
— Mów.
Może to dzięki tej nieznacznej twardości w głosie przyjaciela, jego nozdrza rozwarły się szerzej jakby w stresie i poczuł unoszący się wciąż nad stołem, choć niknący, zdominowany przez rumianek, goździki i miętę, zapach tabaki.
— Mów, co się z tobą działo, co przeżyłeś — dopowiedział Gwidon łagodniej, widząc dezorientację na twarzy gościa. — Zawsze tyle opowiadałeś. Twoje opowieści zajmowały nam długie wieczory, pamiętasz? Brakowało nam tego. Prawda, Lidio?
Lidia gotowała właśnie wodę i nie odpowiedziała.
Pośrodku stołu stała czysta popielniczka. Nie pasowała do otoczenia. Oboje nie palili, przynajmniej dawniej.
— To nie będą podobne opowieści — odrzekł ostrożnie Szejma. Nie chciał ich urazić, ale nie przyszedł tu w odwiedziny. Chyba nie wiedzieli, co spotkało Rybiankę.
— Nie myśl, że przez ten czas nie zastanawiałem się, co się u ciebie dzieje. Może cię zaskoczę, ale i do naszej małej, zapomnianej przez Boga i diabła, Solki docierają czasem różne ciekawostki.
Podekscytowanie Gwidona niepokoiło Szejmę, a gdy wskazał ruchem ręki na komodę, za szybą której stał rząd zadbanych książek i podręczników — w tym wszystkie dzieła autorstwa samego Witolda — Szejma wiedział już, co tam zobaczy.
Nie mógł ukryć zaskoczenia. „O kwestii filistyńskiej” obiegło cały Scypion, nim jeszcze zdołał na dobre rozgościć się w Noryndzie, ale „Rzecz o dziejowej degradacji zbiorowości filistyńskiej” nigdy nie miało ujrzeć światła dziennego. Nie trafiło do druku. Nie wtedy, gdy jeszcze pracował dla Ministerstwa… Nie miał czasu przeanalizować tego teraz. Nie miał czasu pomyśleć, co tu robiła ta książka…
— Wyśmienite. Dosadne. Przejrzyste. — Gwidon stuknął krzesłem o podłogę dla podkreślenia swojego uznania. — Kategorycznie obalające wszelkie antytezy. — Ruszył ku komodzie, a Szejma bojąc się, że zmierza, aby pokazać mu obie książki z bliska, rzekł:
— Twoi chłopi spalili Rybiankę.
Nie wiedział, czemu powiedział „twoi”, jakby w tej właśnie chwili postanowił obarczyć Gwidona całą odpowiedzialnością.
— Chłopi z Solki. Zakatowali służbę. Rozkradli dwór. Anastazja nie żyje. Namawiałem ją na wyjazd, ale ona zwlekała…
Patrzyli teraz na niego oboje.
— Ludzie z Solki zabrali z sobą jej córeczkę i pojmali Abla.
Gdy wypowiedział to na głos, gdy podzielił się tym przeżyciem z dwojgiem zaufanych ludzi, opadło napięcie wbite w jego kark jak ostrze i mógł wreszcie schylić głowę.
— To niemożliwe. Nie ma ich we wsi. Wiedziałbym.
— Wydaje mi się… — wycedził Szejma, rzucając ukradkowe spojrzenie na komodę i wystawione w niej kartki traktowane tutaj jak relikwia — …że bardzo dużo o ludziach nie wiesz. — Posłał nauczycielowi spojrzenie, za które mógłby się później wstydzić.
— A wojsko? Generał…?
— Generał — Szejma wymówił to słowo z przekąsem, aż zaciął się w język — uciekł dawno temu. I będzie uciekał. Do śmierci.
Gwidon był wstrząśnięty.
Szejma westchnął. Wiedział już, czemu entuzjazm Gwidona tak go niepokoił. Skojarzył go ze swoim asystentem z Kartaginy, z Hugonem, młodym człowiekiem rwącym się do pracy, do badań, do odkrywania, człowiekiem z ksenofobiczną obsesją na punkcie czyszczenia, wydzielania, katalogowania, z zapaleńcem i maniakiem z wypranym przez politykę Herona mózgiem, który pewnego dnia przyniósł mu świeżą czaszkę filistyńskiego noworodka, aby ich analizy stały się bardziej wiarygodne.
— Pomóż mi, Gwidon. Pomóż mi ich znaleźć. Potem ci opowiem wszystko, jak było. Wszystko, czego nie przeczytasz w moich książkach.
Znał Gwidona Lastossę jak brata: był wiernym Scypionowi patriotą, nie fanatykiem. Lecz wiara w Herona prowadziła na manowce.
— Kartagińczycy nie są bezbronnymi głupcami, Gwidon. Musicie stąd wyjechać, nim stanie się to niemożliwe. Mam plan, zabiorę was ze sobą. Przekupiłem kolejarza. Wystarczy wsiąść do pociągu w Dolumenie, dwudziestego piątego odjeżdża stamtąd skład, w którym…
— A Filistyni? — przerwał mu nauczyciel. Miał tak duże oczy, jakich nigdy Szejma u niego nie widział.
— Filistyni? — Nie zrozumiał.
— Z obozu w Rybiance.
— Pomogliśmy im.
— Pomogłeś Filistynom?
Zamilkli obaj. Lidia pobrzękiwała naczyniami, szorując je jak w transie.
— Podaj mu wreszcie te jedzenie, kobieto — odezwał się Gwidon wyraźnie poddenerwowany. — Wyjdę na stronę. Dokończymy, jak wrócę.
Po jego wyjściu Szejma próbował uspokoić myśli, ale one z nagła zaczęły gnać jak szalone.
— Zdenerwowałem go? — spytał Lidii. Pluskanie wody i stukot naczyń wypełniały małą kuchnię. Tak jak ten zapach… Zwietrzały zapach papierosów z umytej popielniczki, której nigdy wcześniej w tym domu nie widział. Nie wybraliby jej na ozdobę.
Ku jego zaskoczeniu, Lidia przemówiła.
— W ostatnim czasie Gwidon miał wiele na głowie. Musisz mu wybaczyć.
Omiótł wzrokiem raz jeszcze zioła leżące na piecu w nieładzie. Być może, gdyby nie odezwała się do niego, nie przeniósłby spojrzenia na jej ramiona, poruszające się rytmicznie, i nie rzuciłyby mu się w oczy trzy brudne kieliszki na kuchennym blacie, czekające na swoją kolej.
— Mieliście gości?
Pytanie było niewinne i proste, lecz gdy je wymawiał, jeszcze nie wiedział, że brak odpowiedzi udzieli tej odpowiedzi wystarczająco. Patrzył na komodę, na dwa znajome, wymowne tytuły. W tej milisekundzie, w której nad wydarzeniami w kuchni nauczyciela nagle zapadła stop-klatka, wypuścił ustami ostatni spokojny oddech i pochwycił kolejny, już inny, już niewspółgrający z tą całą przyjacielską wizytą, tak jak nie współgrały opatrunki pod koszulą Gwidona i nie współgrała ich rozmowa. Nie podał mu ręki.
Umysł dotarł do rozwiązania pierwszy, ale wydawać by się mogło, że to ciało samo zareagowało. Rozgrzany gong uderzył w mięśnie, a wtedy Szejma zerwał się do biegu, przewracając krzesło, potrącając stół. Jakieś naczynie spadło na ziemię, ale po dźwięku nie mógł ocenić, czy to popielniczka, czy to przestraszoną Lidię zawiodły dłonie.
Był pewien, że wyrwał małe, kuchenne drzwi z futryny, gdy wypadał na zewnątrz jak zwierzę spłoszone wystrzałem. Nie mógł uciec do lasu, podejrzewając, że są już w miejscu, gdzie zostawił konia. Biegł przez ogródek nauczyciela, depcząc jego ukochane rośliny. Próbował okrążyć dom. Nie zauważył, gdy na wysokości jego klatki pojawiła się wysunięta nagle zza rogu chaty przeszkoda, w którą uderzył całym impetem. Siła była tak potworna, że ścięła go z nóg i odrzuciła na plecy.
Wił się na ziemi oszołomiony, nie mogąc złapać oddechu. Bez tlenu nie mógł myśleć. Bez tlenu nie był sobą, był tylko mięsną, ukrwioną powłoką walczącą o przetrwanie.
Zauważył, że go otoczyli, gdy któryś z nich swą potężną dłonią podniósł go za włosy. Nie potrafił zdusić w sobie okrzyku bólu. Kazali mu zostać na klęczkach. Znów poczuł szarpnięcie z tyłu głowy, które zmusiło go do uniesienia karku i otworzenia oczu.
Mężczyźni w granatowych kamizelkach wyglądali na zadowolonych. Jeden z nich postukiwał pałką o swoje kolano.
— Już go położyło? Szybko i efektownie.
— Może poprawić?
Dyszał i płakał, choć nieświadomie. Łapanie oddechu sprawiało ból. Wciąż czyjeś piekielne dłonie wbijały się bezlitośnie w jego ramiona i trzymały za włosy. Nie znał ich twarzy. Byli uzbrojeni. W kaburach chowali broń, nosili kusze.
Jak szybko sprawy przybrały inny obrót: nie tak dawno temu w mieszkaniu Walentyny mógł zdecydować się na inny los. On i S. mogli już być daleko stąd.
— To on? — usłyszał to pytanie wyraźnie mimo szumu rozsadzającego czaszkę. Spojrzał na granatowego — zapewne dowódcę — który pytał stojącego obok Gwidona, czy zatrzymali odpowiedniego człowieka.
Gwidon wyglądał na spanikowanego i nie był już tak wygadany jak u siebie w kuchni. Szejma może na chwilę stracił zdolność składania logicznych zdań, ale nie stracił umiejętności odczuwania gniewu. Wciąż miał wolne ręce. Próba poderwania się na równe nogi zaskoczyła strażników, ale tak czy siak byli silniejsi, szybsi i górowali nad nim. Sprowadzili go z powrotem na kolana, tym razem dla lepszego efektu wykręcając mu jedną rękę za plecami.
Szejma syczał jak opętany, nie wiedząc co prędzej rozsadzi to zawodne ciało od środka: ból, adrenalina czy poczucie niesprawiedliwości.
— Czego chcecie?! — wrzasnął na nich, co nie pozwoliło złapać mu tchu przez kolejne sekundy.
Dobrze wiedział, czego chcą granatowi.
— Urząd, kłaniamy się. — Dowódca w granatowym meloniku kucnął przed nim tak, że bez problemu mogli mierzyć się wzrokiem. — Jestem Rio.
Wsunął rękę za poły kamizelki i z wewnętrznej kieszonki wyciągnął papierosa.
Szejma zacisnął zęby, gdy znajomo pachnący dym owiał mu twarz. Wyczuł go w kuchni Gwidona.
— Jeśli nie wiesz, czym się zajmujemy, a jestem przekonany, że wiesz… ale jeśli nie domyślasz się, czym się zajmujemy… to zajmujemy się bezpieczeństwem. I przy okazji szukamy różnych ludzi.
Gdy Rio mówił, ręce jego podwładnych przeszukiwały każdy skrawek Szejmy, ale broń Walentyny ukrył zawczasu w lesie, a prawdziwych dokumentów pozbył się jeszcze przed przekroczeniem kartagińsko-scypiońskiej granicy.
— Takich, no wiesz… persona non grata — Rio miał uśmiech chochlika, niegroźnego zuchwałka, którym mógł oczarowywać nieletnie kobiety po kilku kieliszkach mocniejszego trunku, ale jego spojrzenie było bezwzględne i niezdrowo podniecone. — A teraz zajmujemy się zleceniem specjalnym.
Sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnął kartkę papieru, rozłożył ją i demonstracyjnie podsunął Szejmie pod nos. List gończy. A więc interesy między nim a Bottim stały się sprawą państwową…
— Zasugerowano nam, iż jeden naukowiec-podróżnik będzie bardzo zainteresowany okolicznym dworkiem. — Rio zaciągnął się papierosem, mrużąc z przyjemnością oczy. Tylko w tym momencie wydawał się nieco bardziej ludzki: gdy nie patrzył. — Moi koledzy sunęli za nim od samej Kartaginy, ale wymykał się ich paluszkom jak wesz na psim futrze… Jak się nazywacie?
Szejma milczał, ze świstem wypuszczając powietrze przez nos. Próbował myśleć. Przywołał do siebie to, co dobre, by się uspokoić: jego ukochana S. była bezpieczna. Walentyna obiecała, że wywiezie ją za granicę, do ambasady. Na Walentynie można polegać. Walentyna nigdy nie zawodzi.
— Przedstawcie się. Nie lubię się mylić. Musicie się przedstawić. Brak dokumentów nie działa na waszą korzyść.
Szejma poczuł przypływ złości do samego siebie: Jak się tu znalazł? Jak mógł nie wyczuć podstępu?
Rio wstał. Tylko się bawił. Odgrywał przedstawienie.
— Nauczycielu?
Szejma drgnął. Więc Gwidon wciąż tu był. Odnalazł go i osadził na nim ciężkie spojrzenie. Widział, jak barki Gwidona chylą się ku ziemi. Dwa ciężkie worki zboża.
— Podaj nazwisko — rozkazał Rio. To musiał być jego ulubiony moment. — Przecież je znasz. Znacie się dobrze, czyż nie? Nauczycielu, jak się nazywa ten człowiek?
Gwidon rozchylił wargi, lecz zamiast słów wyjaśnienia, padło oficjalne:
— Witold Lucjan Lancelot…
Patrzyli sobie w oczy.
Musisz mu wybaczyć, szeptał głos Lidii gdzieś w ciemniejących zakątkach umysłu.
— …herbu Samson — dokończył nie przyjaciel, lecz zdrajca.
[14]
Śniło mu się, że wpisał S. na listę. Jej nazwisko zajmowało każdą pozycję, od pierwszego numeru do setnego. Szarpała go za rękaw i prosiła, by tego nie robił, ale on odwrócił się do niej ze spokojem i rzekł „Badam sens rasy ludzkiej”, tak jak żartobliwie odpowiedział Heronowi podczas ich pierwszego spotkania. Jednak słowa, które wymawiał do S., były śmiertelnie poważne. Chwilę później jej ciało opadało na rozbity na bruku fortepian, raz za razem, jak zużyta podczas eksperymentu próbka materiału rzucana do pojemnika na odpady, ale on był zbyt zajęty dopisywaniem kolejnych numerów, by temu zaradzić.
Potem miał jeszcze jeden koszmar: Stał w gabinecie burmistrza przy biurku z wyłamanymi szufladami, przyłapany na gorącym uczynku, i powtarzał jak mantrę „Nie rób tego, nie rób tego”. Hugon z przestrzeloną skronią patrzył na niego, uśmiechnięty i dumny, tak pełny uniżenia, że Szejma miał ochotę go spoliczkować i rozkazać, by przestał zachowywać się jak podnóżek. Bał się, że Hugon zacznie krzyczeć, ale on zachowywał się tak, jakby niczego nie podejrzewał. Krew ściekała z rany na skroni po policzku, aż za kołnierz i umykała spomiędzy warg, tak że pluł nią przed siebie, gdy mówił: „Doktorze Lancelot. Dzięki uprzejmości Instytutu Antropometrii zostałem pańskim nowym asystentem”.
Ocknął się na koniu Walentyny, z dłońmi spętanymi przy siodle. Gdy oblizał wargi, poczuł smak krwi i kurzu. Piekący policzek, ból barku i rytmiczne pulsowanie pomiędzy żebrami przypomniały mu o ostatnim zajściu. Wesoły kordon granatowych wiózł go przed sąd, nucąc barowe przyśpiewki.
Nim wyruszyli, spędzili kilkanaście godzin w Solce w stodole Gwidona. Trudno było Szejmie nazwać ten czas spędzony z Rio przesłuchaniem, tak naprawdę bowiem Urząd nie żądał żadnych zeznań. Rio dobrze się bawił, czytając mu na głos fragmenty z „Rzeczy o dziejowej degradacji…”.
Społeczność nieprzystosowana do postępów cywilizacyjnych… Na podstawie szeregu gruntownych badań stwierdzono… Nie przejawiają skłonności do asymilacji kulturowej… Z załączonej dokumentacji wynika… wykazują tendencje pasożytnicze…
— Pożyczyłem od nauczyciela — podjudzał więźnia, gasząc papierosa na okładce. Kamienna twarz Szejmy nie była tym, czego sobie życzył. — Niezły z was pisarzyna. Musieliście być dumą narodu, doktorze.
— Bez tytułów — mruknął Szejma.
— A tak — Rio wstał i z wolna rozpoczął obchód wokół pomieszczenia. — Mieliście wielki dar, Samsonie — szepnął z pogardą. — Lekkomyślnie go zmarnotrawiliście. Scypion stracił dobrego naukowca. Powiedzcie mi, doktorze Lancelot — Rio objął Szejmę od tyłu jak dobry kompan podczas pijackich przekomarzanek i wyszeptał mu do ucha: — Warto było? Gdzie są teraz ci twoi Kartagińczycy? Myślisz, że przyjdą tu po ciebie? że uratują twój szlachecki kark przed hakiem? Nie, durniu. Przyjdą tu po twoją ziemię i po twoją żonę. A ty uznałeś ich za dobrych ludzi? Przeprowadziłeś weryfikację i uznałeś za lepszych od nas?
— To brednie — prychnął Szejma, wstrząsając ramionami, by go z siebie strącić. — Nie wiesz, o czym mówisz, Rio!
— Brednie? Jestem prostym urzędnikiem, nie zagłębiam się w te wasze naukowe odkrycia. — Rio uniósł wysoko brwi, wpatrzony w książkę z dziurą po papierosie. — Wygląda na to, że masz drastycznie zmienne poglądy dopasowywane do tego, z kim akurat robisz interesy. Wiesz co, Szejma? Nie lubię fałszywych ludzi. Nie lubię tanich ludzi. Jak mówi moje ulubione przysłowie: Jeśli ktoś jako człowiek jest niewiele wart, to i szlachectwo mu nie pomoże.
Nie było sposobu, aby Szejma uniknął obowiązkowych cięgów. Próbował co prawda jeszcze przekonać granatowych, iż ich najważniejszym zadaniem powinno być teraz odnalezienie rodziny generała Bottiego, któremu przecież służyli, lecz oni nie uwierzyli w ani jedno słowo o zagrożonym życiu Nadii i Abla.
Pojmali więc Szejmę i ruszyli do garnizonu w Maniuszce. Szejma pilnował trasy i szkicował w głowie mapę. Droga ta nijak nie prowadziła go do nadziei na lepszą przyszłość, ale nie pozwoliłby sobie zmarnować okazji na jeszcze jeden fortel. Miał cztery dni. Cztery dni drogi do Maniuszki. Cztery dni szansy, aby tam nie dotrzeć.
Było już późne popołudnie. Nieustanna jazda wzmagała napięcia w ciele. Głowa zaczęła mu opadać. Jechali od miejscowości do miejscowości, ale dopiero gdzieś wśród strawionych suszą pól napotkali grupę podróżujących cywili. Obłożeni walizkami musieli podążać na kolej lub przystań. Nieduża grupa przestraszona wieściami o nadchodzących Kartagińczykach i ich nieujarzmionym gniewie. Obtłuczony, otumaniony Szejma nie do końca był w stanie przywrócić jasność umysłu, ale zmusił się do dźwignięcia powiek, aby przyjrzeć się ustępującym z drogi ludziom.
Większość nie śmiała podnieść głów w stronę granatowych. Ci nieliczni śmielsi patrzyli na niego z niechęcią lub litością, w zależności od przypuszczeń, jakie podsunął im rozum w pierwszym odruchu. Bez względu na ich twarze, Szejma zazdrościł im tej wolności i szansy. Wędrowny tryb życia, który im narzucono, a tak bliski jego sercu… Ta jedna niesformułowana myśl… niewyraźna, pełzająca wśród kamieni jak zwinna jaszczurka… Z miejsca na miejsce. Podróżujące… lub przepędzane. Plemię koczujące.
I wtedy ją zobaczył. Ukryta pod chustą mimo wszystko wyróżniała się wśród nich — przystanęła i patrzyła wprost na niego, gdy przejeżdżał obok. Był pewien, że oczy go mylą, ale jej świdrujące, stróżujące spojrzenie przywoływało tylko jedno wspomnienie.
Widział ją zaledwie raz, może dwa. Nigdy nie słyszał jej głosu. A teraz oglądał się za nią z rosnącą falą gorąca.
Filistynka z grupy Cipriego. Kara.
Część czwarta
[1]
Bernard uparł się, by napisać list. List do rodziny Bei. Nie przekonała go, tłumacząc, iż niewielkie były szanse znalezienia kogoś, kto podjąłby się doręczenia, ani że całą sprawę utrudniał fakt, iż nie znali dokładnego adresu. Bernard twierdził, że Bea dostawała wiele listów z domu, więc gdzieś w zgliszczach Rybianki odnajdzie jej adres na jakiejś ocalonej kopercie.
Sam był niepiśmienny, a S. mimo doskonałej znajomości języka w mowie, robiła zbyt wiele błędów w piśmie, więc Walentyna ofiarowała im swą dobroczynną pomoc. Nie padło przy tym z jej ust ani jedno słowo krytyki czy zniecierpliwienia. Bernard pokracznie i drętwo składał zdania i często popadał w apatię. Walentyna delikatnie budziła go z letargu i podpowiadając trudniejsze słowa, prowadziła za rękę jak dziecko. S. postanowiła do końca życia nie zapomnieć jej tego wielkodusznego czynu. Ją samą krytyczny stan psychiczny Bernarda doprowadzał do gęsiej skórki.
Był już wieczór. Siedziała wraz z nim w urokliwej kuchni Walentyny. Bernard od kilku godzin zszywał potargany rękaw swojej koszuli. Było to zajęcie bezcelowe, sama koszula przepocona i skalana krwią jego i Bei skazana była na spalenie, a otępiały Bernard z trudem łączył igłę z nitką. Na tyle opanowało to jego umysł, że przestał odpowiadać na pytania, S. przypuszczała jednak, że przynosi mu to pewnego rodzaju ulgę. Choć mógł to być również efekt leków, które mu podali.
Przez uchylone drzwi widziała salon, a w nim Walentynę i Herberta, którzy kłócąc się po cichu, pakowali książki. S. nie wiedziała, co zamierzają z nimi zrobić. Wszystko wskazywało na to, że szykują się do wyjazdu. W jaki sposób mogliby zabrać ze sobą tyle książek? Czy kłócili się o nie?
Nie, raczej nie. Wyglądało na to, że Herbert nie przepadał za gośćmi.
— Muszę ją pochować.
S. gwałtownie odwróciła głowę. Bernard wyprostował dotąd skurczone plecy.
— Moją małą, śliczną Beatrycze. Posprzątać. Pozamiatać dziedziniec. Zmyć brud z werandy. Taki tam został bałagan.
Próbowała oponować:
— Bernardzie, Szejma obiecał, że…
Bernard wstał, a S. ogarnął lodowaty strach.
— Jestem jej to winien. Mojej małej, ślicznej Beatrycze…
— Nie, Bernardzie, zostań! To nie ma sensu. Szejma powiedział, że mamy nie wychodzić! Już jest ciemno i…
Ale Bernard już szedł do wyjścia z twarzą tępą i obumarłą. Nie zabrał ze sobą ani koszuli, ani broni.
Walentyna i Herbert zorientowali się, że coś się dzieje. S. chciała iść za nim, nawet nie po to, żeby go powstrzymać, lecz mu towarzyszyć, ale Walentyna bez słowa pochwyciła ją za dłoń.
— Lepiej będzie, jak pójdzie sam — rozgrzmiał ochrypły głos Herberta za ich plecami. — Jeśli sam tego nie zaleczy, narazi innych na niebezpieczeństwo.
S. nie zgadzała się z tym: Bernard potrzebował opieki! Nigdy nie zaznała z jego strony przykrości, czuła się więc odpowiedzialna za niego jak za własnego ojca. Bernard jednak już wyszedł w ciemną noc, a ją zatrzymano w środku, w przyjaznym domostwie Walentyny.
Spokojny, ciepły uchwyt gospodyni uzmysłowił S., że sama się trzęsie.
— Szejmy wciąż nie ma — powiedziała, choć bała się, że zaraz ją uciszą, strofując, że powinna czekać, postępować zgodnie z tym, co nakazał mąż. Tak zareagowałaby Anastazja. Wzrok Walentyny jednak wyrażał współczucie i zrozumienie. S. zdawało się, że sama zaraz pokocha tę kobietę. — Jeśli napotkał problemy… Może ojciec Ignacy, o którym wspominał…
Walentyna lekko skinęła głową. Obie spojrzały na Herberta: wyłysiałego, dystyngowanego mężczyznę, który mimo naturalnie pochylonych ramion i wrodzonej, karykaturalnej chudości swym jestestwem zajmował większość miejsca w progu drzwi.
Herbert wydął językiem policzek. Zwróciły się do niego jak do sędziego z niemą prośbą o ułaskawienie; o zrobienie czegoś problematycznego, co nie wpasowywało się w jego aktualne plany. Nie z przypadku jednak cały swój żywot poświęcił na chronienie ludzkiego życia.
— Rano — odrzekł, bawiąc się w dłoni swymi znoszonymi okularami.
[2]
— Powtórz — nakazał przekornie męski głos w pobliżu. Przebił się przez nachalny pisk igły z zepsutego gramofonu. Potem powiedział coś, co przypominało kilka przypadkowych sylab osadzonych na koniuszku języka i wyplutych jak pestki.
Głos dziecka wybełkotał coś w ślad za nim i zwieńczył swą nieudaną kwestię krótkim, nieszczęśliwym chichotem.
— To znaczy: przypalony — tłumaczył mężczyzna. — Co zrobimy z królikiem, jeśli okaże się przypalony?
Kojarzył ten akcent. Akcent człowieka, który nie władał ich językiem od dziecka, lecz uczył się go szybko i pobieżnie, na pewno nie w szkole, a mimo to posługiwał się nim na tyle dobrze, by w nim przeklinać i wygrażać.
Pokażę ci, jak biją Filistynów w getcie. Wyszczekane paniczysko. Ale to już było. Stali na dziedzińcu. Skakali sobie do gardeł. Kiedy? Ostatnio. Prawie niedawno. Na to wspomnienie niewidoczne brutalne dłonie ścisnęły jego żołądek jak przemoczoną szmatę do wyżymania.
Coś paliło się w okolicy. Zacisnął mocniej powieki, bo narastający pisk gramofonu rozsadzał czaszkę.
— Zjemy go? — spytała dziewczynka z rozbrajającą nadzieją.
Usłyszał szczery, beztroski, chłopięcy śmiech. Dopiero po chwili przypisał go do tamtego głosu, jakby z niedowierzaniem, że ten bezczelny, wrogi głos i ten niewinny śmiech mogły mieć tego samego właściciela.
— No a jak inaczej? Przypalony czy nie, co za różnica? — odparł ubawiony chłopak. — Teraz powtórz po fili… — Ale trzepnięty w ramię przez towarzysza gwałtownie zamilkł i spoważniał.
Piszczenie igły trącej o płytę osiągnęło apogeum, więc odsunięty od nich o trzy metry Abel widział tylko, jak Klisza poruszył bezgłośnie ustami. Ciało Cipriego napięło się jak cięciwa gotowa do wystrzału. Dopiero po dłuższej chwili, gdy gramofon w jego głowie umilkł i pozwolił zaistnieć w przestrzeni lasu rzeczywistym dźwiękom, dotarły do niego słowa starszego Filistyna:
— Patrzy na nas.
Przed nimi na małym, skrupulatnie przygotowanym ognisku przypiekało się mięso niewielkiego zwierzątka. Instynktownie Abel poczuł znów swąd palonej żywcem trzody, zapach, który do śmierci będzie powodował u niego nawracające torsje. Próbował zakląć, ale napuchnięty język wypełnił całą przestrzeń ust. Mrugał cholerycznie oczami, myśląc, że się udusi, a gdy zdał sobie sprawę, że leży pośrodku lasu, próbował się dźwignąć, co wywołało nową falę bólu biegnącą od barku aż po obojczyk i biodro.
— Głupiś? — zdenerwował się Klisza, podchodząc do niego z manierką wody. Zanim przystawił mu ją do ust, obejrzał się na Cipriego jakby z powątpiewaniem. — Pij i nie waż się skarżyć, że niepodana w kryształowej szklanicy.
Zakrztusił się, opluł i popłakał. Wokół latało pełno natarczywych much, które gryzły go po twarzy i rękach. Ból barku uderzający w niego przy każdym drgnięciu ciała doprowadzał do szaleństwa, tym bardziej, że nie pamiętał, co było jego przyczyną; musiał w coś uderzyć albo wykręcono mu rękę. Był bliski ataku histerii, łapał oddech z zawstydzającym jękiem. Zamrugał znów, gdy jego wzrok wyłapał nieostry obraz dziewczynki klęczącej tuż obok. Nie zauważył, kiedy pojawiła się tak blisko. Chciał zasłonić twarz, by nie musiała oglądać go w takim stanie, ale wtedy usłyszał jej przejęty głos:
— Abel? Hej, Abi, gamoniu. Uważaj na głowę.
Jego dłoń dotknęła materiału owiniętego wokół czaszki. Słyszał tylko na jedno ucho. Drugie zakrywał zwój opatrunku.
— Bardzo cię boli? — troszczyła się.
Skupił wszystkie siły, by jej sylwetka nabrała jasnych kształtów. Obszukiwał ją kawałek po kawałku, wypatrując ran i skaleczeń. Koronkę jej sukienki oblepiało leśne igliwie.
— Ani trochę, szczebiotko — wymamrotał, po mistrzowsku nastrajając głos na zwyczajowy ton. Miał nadzieję, że zabrzmiało to tak, jak miało brzmieć. — A ty? Jesteś cała?
Pokiwała głową energicznie, wręcz przesadnie.
— Dobrze, że się obudziłeś. Klisza powiedział, że jesteś zmęczony i musisz odespać. Już odespałeś?
Wyciągnął rękę i pochwycił ją za przedramię, może trochę zbyt mocno, ale właśnie wtedy uświadomił sobie całe sedno tragedii, jaka na nich spadła. Wyrwany z samego środka piekła i przebudzony nagle w lesie, trzymał Nadię mocno przy sobie, bo nie pamiętał, gdzie była, gdy Południowcy najechali dwór. Pamiętał ich twarze, pochodnie i krzyki, bluzgi i skowyt bramy, napastliwe echo kroków wśród murów, siekiery, którymi rozłupali ozdobne dwuskrzydłowe drzwi Rybianki i kosy, którymi przecięli woźnicę.
Nie wiedział, jak spytać o to Nadię. Przyglądał się jej twarzy, ale nie płakała. Nie wyglądała też na szczególnie smutną. Czy pamiętała cokolwiek z tamtej nocy? Czy przespała wszystko? Czy była w stanie pojąć, co się wydarzyło? Abel sam tego nie potrafił. Był jeszcze zbyt wstrząśnięty, by uświadomić sobie choćby brak kawałka lewego ucha.
Spojrzał na Filistynów siedzących nieopodal, czujnych, nieufnych, obserwujących go uważnie jak zainfekowane wścieklizną zwierzę.
— Skąd się wzięliście? — rzucił w ich stronę jak oskarżenie, ale tak naprawdę był tylko ciekawy.
— Nadio — odezwał się Cipri bez śladu dziecięcej przekory, z jaką zwracał się do niej wcześniej. — Pomóż Wasylowi sprawdzić pułapki. Postarajcie się, żeby nie uciekło nam jutrzejsze śniadanie.
Dopiero teraz Abel zdał sobie sprawę z obecności Wasyla ukrytego poza zasięgiem wzroku. Musiał oddać w jego łapy swoją ukochaną Nadię, ale tylko tak mogli swobodnie porozmawiać. Puścił ją więc z bólem, psychicznym i fizycznym, który na moment znów rozkołysał gramofonową igłę. Przymknął powieki, ale nie chciał, by pomyśleli, że znów zasypia.
— Gdzie jestem? Gadać, do jasnej cholery — wysyczał, ale wiedział, że się go nie boją. To on był na ich łasce. Na łasce trzech pałających do niego szczerą niechęcią Filistynów. — W środku pierdolonego lasu, to widzę. Konkrety?
— Wasi wieśniacy zniszczyli dwór… — powiedział Cipri, nie postawiwszy na końcu zdania kropki. Abel impulsywnie zacisnął zęby, tak że przegryzł sobie wargę. Nie chciał tego słuchać, nie z ust tego człowieka. Wszystko co z nich wychodziło mogło być równie prawdziwe, co zmyślone, perfidnie przeinaczone. Machnął ręką jak na lokaja.
— Zabraliście się z Rybianki i zniknęliście. Wcześniej! Więc co, do cholery…
— Odeszliśmy, prawda, tak jak chciałeś. — Klisza przejął pałeczkę narratora. — Wzięliśmy swoje wszy, niemyte kutasy i chude nogi i zniknęliśmy ci z oczu. Leźliśmy w swoim kierunku. Dokąd, mniejsza z tym. Po drodze natknęliśmy się na zgraję uzbrojonych wieśniaków. Widzieliśmy ich z daleka. Robili gwar jak na jarmarku, wkurwieni i podchmieleni. Nietrudno było się domyślić, że idą na dwór. Ja i Wasyl chcieliśmy iść dalej, bo nosa w nieswoje zatargi nie wtrącamy. No i nawet kawałek uszliśmy, ale Cipriano… — Klisza rzucił przyjacielowi znaczące spojrzenie. — Cipriano myślał, że ona tam jest.
— Nie było — dodał Cipri, lustrując Abla badawczo.
— Ona i Szejma zdążyli wyjechać — powiedział Abel cicho, bardziej do siebie samego niż dla oficjalnego wyjaśnienia.
— Zanim wróciliśmy do dworu, tam już… dużo się działo. Widziałem małą, jak biegnie polem do baraków… A Cipri widział ciebie i tych kilku rozhulanych łotrów.
— Pociąłem dwóch. — W oczach Cipriego odbiło się zuchwałe, psotne światełko.
Abel pośpiesznie obszukał wzrokiem okolicę. Na drzewie za ich plecami na jednej z niższych gałęzi wisiała owinięta ciemnym materiałem katana, pamiątka, którą przywiózł z dalekiej podróży i którą przegrał z Filistynem w karty.
Przeszyły go dreszcze. Nie mógł poradzić sobie z tym nieludzkim spojrzeniem Filistyna, tak obcym w tej chłopięcej twarzy, z tym cieniem drapieżnika, który gołymi rękami mógł rozszarpać jego tchawicę podczas kłótni przy fontannie. Klisza tego w sobie nie posiadał. Ten mroczny, niepokojący pobłysk niczym złota moneta błyszcząca w strumieniu tkwił tylko w Ciprim, a może to Abel uroił sobie Bóg wie co, odkrywszy tajemnicę jego tatuażu.
Abel nie pamiętał tego, kto obronił go przed Południowcami, ale jakiś przebłysk pamięci wysłał do jego mózgu sygnał o bólu w miejscu odciętego ucha. Skrzywił się i odruchowo chwycił opatrunek.
— A inni? Anastazja?
Żaden z nich nie wyrwał się do odpowiedzi.
— A Nadia? — spytał niemal błagalnie, strapiony i zdruzgotany. Był niemal pewny, że widział — lub słyszał — jak chłopi krzywdzą Anastazję, lecz w reakcji obronnej postanowił wymazać te sceny z pamięci.
— Wie, że was napadli — Cipri jakby zmalał, spokorniał i skruszał. — Nie wie o matce. Myśli, że to biwak Że w Rybiance trzeba tylko posprzątać. Pyta, kiedy wrócicie do domu.
— Nie mogliśmy się doczekać, aż oprzytomniejesz — dorzucił Klisza kąśliwie. — Bo w końcu musisz jej powiedzieć, że nie wrócicie.
[3]
Strażnik pilnujący Szejmy był niepocieszony. Musiał pełnić służbę, podczas gdy jego koledzy urządzali sobie popijawę na placu przed nieczynną drukarnią, którą Urząd przemianował na tymczasowy posterunek. Mieli spędzić tu noc.
Szejma obserwował otoczenie; ze swojego miejsca miał świetny widok na całą ferajnę. Usadzili go pod wiatą wśród tajemniczych skrzynek ze śmierdzącą zawartością. Nie był mistrzem chemii, ale jego podstawowa wiedza nabyta tu i ówdzie kazała mu podejrzewać, że dłuższe przebywanie w ich otoczeniu było toksyczne dla żywych organizmów, a ognisko rozpalone tuż obok mogło zapieczętować los całego oddziału jeszcze szybciej. Jego strażnik nie zdawał sobie z tego sprawy. Wyglądał na obrażonego. Koledzy nie poczęstowali go wódką.
Oddelegowanie tylko jednego człowieka do trzymania straży musiało być zamierzonym symbolicznym policzkiem dla więźnia albo przejawem nieopisanej, choć dotychczas skrytej, głupoty komendanta Rio.
— Nie gadaj z nim — rozkazał podwładnemu kilka godzin wcześniej. Rzucił Szejmie ostre spojrzenie, a ten, zaintrygowany, nie mógł powstrzymać się od ironicznego uniesienia lewej brwi. — Będzie nawijaj makaron na uszy. Melduj, gdy jęknie choć słowo. Zostaw. — Rio powstrzymał strażnika, gdy ten chciał podpiąć kajdany więźnia do stalowego łańcucha. — Nie trzeba. Przecież nigdzie tu nie znajdzie oślej szczęki, no nie? — Roześmiał się z własnego żartu, ale strażnik go nie zrozumiał. Rio sapnął z politowaniem. — Nieważne. Nie pięści ma silne, lecz usta. Nie daj się urobić. A ty, doktorze Lancelot… — Spojrzał na zdumionego Szejmę z góry. — ...jeśli dziś stąd czmychniesz… bo podejrzewam, że rozważasz taką możliwość… wiedz, że i tak cię znajdę. Jesteś na moim terenie. — Pochylił się nad więźniem, by wszystkie kolejne słowa wypluć mu w twarz. Szejma obserwował jego źrenice, dwa czarne punkciki gotowe pochłonąć go żywcem jak pożoga. — Jeśli wejdziesz na drzewo, ściągnę cię z niego. Jeśli zakopiesz się pod ziemię, wywęszę, w której norze dygoczesz. A jeśli przebierzesz się za babę, będę sprawdzał każdej napotkanej szlachciance i każdej ulicznicy, co skrywa pod spódnicą. Myślę, że się rozumiemy?
Odczekał moment, ale Szejma tylko zaciskał wargi.
— Nie jesteś byle plebejuszem, którego można wrzucić do wora i wyciągnąć nazajutrz. Z tego względu pozwalam ci nam potowarzyszyć. Niech to będzie dobry, spokojny wieczór. Wszyscy go potrzebujemy, prawda? Aby sobie przemyśleć to i owo.
Cóż za dobrodziejstwo, miał ochotę sapnąć Szejma, ale rozsądek nakazał mu nie reagować.
— Gdy skończymy, zabierz go do oficyny. — Usłyszał ostatnie słowa komendanta, nim ten oddalił się w kierunku widma przyjemności i odurzenia.
Zapadał zmierzch, a hulanka nabierała tempa. Granatowi zdzierali sobie gardła, wyśpiewując coraz to rubaszniejsze przyśpiewki, wlewali alkohol do ogniska, nieomal nie podpalając mniej czujnych kolegów, i trenowali na sobie samych chwyty podduszające, kotłując się po ziemi jak zwykła banda, która z dyscypliną Urzędu miała tyle wspólnego, co Szejma z rozmnażaniem bydła. Co wcale nie znaczyło, że byli mniej groźni niż w legendach.
Pilnujący go granatowy zabijał nudę, przekształcając znalezioną ryzę papieru na pułk lotniczy. Papierowe maszyny kończyły swój żywot po pierwszym locie, strawione przez płomienie albo ginęły z radaru, lądując wśród skrzynek z odpadami.
Szejma przełykał ostatnie kęsy zupy, którą dostał w niespodziewanym przydziale — nie warta była jednak dostąpienia zaszczytu, jakim byłoby nazwanie jej ostatnią wieczerzą — gdy kolorowy samolocik stuknął go w kolano, po czym spadł u jego stóp.
Ostrożnie odłożył na bok miskę, starając się, by szczęk kajdan nie zwrócił uwagi granatowego, po czym — upewniwszy się, że strażnik zajęty jest wyłącznie swoimi myślami — podniósł papier z ziemi. Rozprostował go na swoim kolanie i oto miał przed sobą kolorową ulotkę z reklamą sanatorium uzdrowiskowego, do którego po wybuchu wojny sztab kierował większość potrzebujących pomocy psychiatrycznej żołnierzy. Problemy ze snem? Ataki duszności? Napady szału? Złe myśli? Próby samobójcze? Nieprzydatność dla kraju?
Szejma niemal roześmiał się w głos. Jak głosiły zachęcające slogany: w osiemdziesięciu procentach przypadków już miesięczny pobyt gwarantował powrót do pełnej funkcjonalności życiowej.
Ten dodruk nie zdążył opuścić murów scypiońskiej drukarni, ale w Kartaginie Szejma trzymał w swych dłoniach identyczną ulotkę reklamową. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że znów tam jest — w kartagińskim mieszkaniu, w którym go zakwaterowano i urządzono najbardziej profesjonalny gabinet, w jakim miał okazję przebywać; idealne warunki do pracy, wszystko z myślą o pana określonych standardach, staraliśmy się, doktorze Lancelot!
Co prawda ręce miał wtedy wolne, a ci mężczyźni, których właśnie wpuścił do środka, byli jego gośćmi… Znał ich: profesor Gripper — przedstawiciel Ministerstwa i tym samym jego pośredni zwierzchnik, którego do tej pory darzył czymś w rodzaju zawodowego zaufania, oraz ten drugi: umundurowany oficer z wywiadu, który wyjątkowo często pojawiał się w tawernie po przeciwnej stronie ulicy, by co wieczór skarżyć się na braki kadrowe, chorobę wrzodową i strzykanie w stawach.
Nie przyszli tylko we dwóch. Ich ludzie obstawili klatkę. Wszystko mogło dać się łatwo wyjaśnić: po ostatnich partyzanckich atakach w Noryndzie, szczególnie po brutalnym napadzie na teatr, w czasie którego zginęło kilkoro scypiońskich osobistości, a jednocześnie okradziono siedzibę Ministerstwa, rząd ogłosił stan wzmożonej gotowości. Ktoś taki jak Gripper potrzebował ochrony.
Trzymał w dłoni ulotkę, którą mu wręczyli, nim zdążył zaproponować, by usiedli. Trzymał ją przed sobą. Stabilnie. Nieruchomo. Lecz mimo to litery dygotały i sunęły po kolorowym papierze w górę i w dół. Nie mógł nic wyczytać. Jego oczy świdrowały główne zdjęcie przedstawiające centralną ścianę sanatorium porośniętą winobluszczem.
A, jeszcze jedno! — zatrzymał go Kruk na koniec jednego z ich ostatnich spotkań sprzed tygodni. Szejma daleki był od obdarzenia go sympatią. Jego głos przemawiający po scypiońsku brzmiał jak wiertło i był zbyt charakterystyczny, by wymazać go z pamięci raz na zawsze. Gdy się zbliżył — a niemal nie zdarzało się, by aż tak skracał dystans — Szejma poczuł od niego zapach nafty, samogonu i gnijącego zęba. Ciężko było sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł mianować go w tym stanie „majorem”. — Dam ci ostatnią życiową radę. — Dalej mówił już swoim języku, jakby nie do końca zależało mu na pełnym porozumieniu: — Jeśli zaproponują ci powrót do domu albo kupią bilet nad morze, to znaczy, że jesteś spalony.
— Nie chcę, byś opacznie zrozumiał nasze intencje, Witoldzie — usłyszał Grippera i przestraszył się, że ten czyta mu w myślach. Uniósł wzrok i śledził, jak jego dłoń unosi się do góry i bezmyślnie poprawia zjeżdżające z nosa okulary. Potem znów wbił oczy w reklamę, a kwestia Kruka odtwarzała się w jego umyśle raz za razem. — Ministerstwo wie, jak zadbać o swoich współpracowników, szczególnie tych, którzy wyjątkowo ciężko pracowali na swoje osiągnięcia w tak gorącym czasie.
— Przeniesienie? — spytał ostrożnie Szejma, bojąc się, że wypowiedziane na głos słowo wywoła lawinę czegoś strasznego. Nie był pewien, czy wyczuwają napięcie, które w jego odczuciu niemal rozpychało ściany.
— Nazwałbym to urlopem zdrowotnym. Odbierz to jako wyraz naszej wdzięczności. — Gripper odchrząknął. — Oczywiście możesz odmówić, ale… Zdajemy sobie sprawę, że brutalna śmierć twojego asystenta musiała tobą wstrząsnąć…
Co pan robi, doktorze?
Szejma znieruchomiał pochylony nad otwartą szufladą, której zamek przed chwilą wyłamał. Hugon nie zamknął za sobą drzwi. Z piętra niżej dobiegały do nich pośpieszne kroki i przejęte głosy. Ktoś przebiegł tuż obok gabinetu, ale nie zajrzał do środka. Obaj równie zaskoczeni swoim widokiem lustrowali się nawzajem uważnie — mistrz i uczeń, którym nigdy wcześniej maniery nie pozwalały spojrzeć na siebie równie szczerze, co w tej chwili. Szejma nie miał wątpliwości, że Hugon celnie ocenił sytuację. Jego podbródek nieznacznie skierował się w stronę otwartego na oścież wejścia. Jeszcze nie zdecydował się na krzyk.
Serca waliły im jak młot. Dwa młoty, dwa rozhuśtane młoty wymijające się o milimetry.
Nie rób tego, nie rób tego.
Szejma drgnął niby uszczypnięty.
— Panowie wybaczą, gosposia dostała wychodne. — Podszedł do kuchennego kredensu, zostawiając gości w korytarzu. Rzucił ulotkę na blat. — Herbaty? — zawołał, otwierając szufladę z serwetkami. Wsunął pod nie rękę, by upewnić się, że przeszmuglowany z Zachodu Dagon spoczywa tam, gdzie go zostawił. Dotknięcie kabury spowodowało nowy zastrzyk adrenaliny. Miał nadzieję, że dzięki temu zacznie myśleć jaśniej.
— Dziękujemy, następnym razem skorzystamy, Witoldzie. — Gripper przyglądał mu się przez próg kuchennych drzwi. — Nie będziemy zabierać ci więcej czasu, musisz spakować rzeczy. Miłego wypoczynku.
Gripper nie miał pojęcia, że Szejma już był spakowany, choć gdy przyszli po niego nazajutrz bladym świtem wszystkie walizki w mieszkaniu odnaleźli puste. Nikt z lokatorów nie potrafił zeznać, kiedy opuścił budynek.
Tymczasem nachalny głos Rio wyrwał Szejmę z zamyślenia.
Możesz z bezsilności ronić łzy, Samsonie
Do gorliwej modły skute złożyć dłonie
Ten, co sam zagrażał, zrodził pożywienie
Ten, co najmocniejszy, stał się sam słodyczą.
Szejma uniósł głowę. Rio oddalił się od kompanów i zmierzał teraz w jego stronę nieśpiesznie, dopasowanym do melodii krokiem. W jednej ręce niósł butelkę, z której popijał pomiędzy wersami, w drugiej nóż myśliwski z nabitą ociekającą tłuszczem słoniną. Śpiewał, patrząc prosto na Szejmę.
Pokłada nadzieję wrogi lud w Dagonie
Księżycowa dziewka mądrość zmienia w nicość
Skuszony pragnieniem dążysz na stracenie
Zdrada wykarmiona Sędzi tajemnicą
Szejma poruszył się niespokojnie. Dyskretnie schował ulotkę w kieszeni kamizelki. Rio niczego nie zauważył. Był zbyt zajęty odśpiewywaniem gróźb. Poza tym był też krótkowidzem. Szejma zauważył jego wadę, gdy ten w stodole Gwidona odczytywał fragmenty „Rzeczy…”.
— Kabareciarz — mruknął pogardliwie Szejma, by wytrząsnąć z gardła to oślizgłe poczucie zagrożenia, które narastało z każdym krokiem granatowego.
Nie usłyszysz pieśni ze zbawczych ust, Samsonie
Już nie dotkną dziewek zniewolone dłonie
Z obliczem zdjętym grozą, zagubiony w nocy
Pohańbiony darem, gdy ci na myśl przyszło zboczyć
Z bożej ścieżki, którą miałeś dążyć
Gdy ci ziemskie żądze wypaliły oczy
Wciąż lew ryczący krąży…
Wśród granatowych nagle podniosła się radosna wrzawa.
— Komendancie! — krzyknął ktoś wśród gwizdów. Rio zawrócił i zniknął mu oczu. Serce Szejmy spowolniło bieg, a potem nagle zatrzymało, gdy Rio wrócił na plac, ciągnąc za sobą chudą jak upiór kobietę.
— Patrzcie, co się do nas przypałętało! — zawołał, a aplauz wśród mężczyzn wzmógł się. Próbował pchnąć ją na ziemię, ale ona utrzymała się na nogach i teraz stała tak nieruchoma, bezbronna, na szeroko rozstawionych kończynach jak strach na wróble wśród stada głodnych rozćwierkanych ptaszysk.
Rozejrzała się nieśpiesznie, wyszukując znajomej twarzy, jakby nieświadoma otaczającego ją niebezpieczeństwa.
Szejma czuł, jak krew uderza mu do głowy i nie mógł powstrzymać oddechu, który przyśpieszał coraz bardziej, jakby pędził z górki na złamanie karku. Oddychaj przez nos, to usuwa zanieczyszczenia, czyste powietrze, czyste myśli, powtarzał sobie tak, jak uczył go ojciec, przygotowując do szkolnych egzaminów… a może to był mnich w którejś z odwiedzonych świątyń podczas nauk medytacji. Wszystko mu się mieszało.
— To Filistynka! — zawołał ktoś. Ktoś splunął, ktoś parsknął śmiechem. Grupa otoczyła Karę i zaczęła brutalnie podawać ją sobie z rąk do rąk.
— Dzikuska!
— To one same przybiegają do światła?
Nie widział, co się dokładnie działo. Stracił ją z oczu. Ledwo powstrzymał się, by tam nie podbiec. Słuchał, czy nie woła, czy nie krzyczy, ale krew pulsująca w skroniach niemal zagłuszyła nawet słowa pilnującego go mundurowego:
— E, co z tobą? — Strażnik dla ocucenia lekko pchnął go w ramię pałką. — Lubisz popatrzeć?
Nie pamiętał jej głosu. Chyba nigdy go nie słyszał. Czy mógłby nie rozpoznać, że to jej krzyk nawet teraz, gdy byłby jedynym kobiecym krzykiem wśród tylu męskich głosów? Na chwilę zamknął oczy — utracenie jednego zmysłu, wyostrza drugi. Ale pod zamkniętymi powiekami ujrzał umierającą, obdartą z godności i sekretów Beę, i musiał otworzyć oczy.
— Chwila, chwila, chwila! — Rio przekrzyczał wszystkich. Granatowi rozstawili się w większy krąg i teraz Szejma znów mógł ją dostrzec. Ubranie, pod którym się skryła, gdy mijał ją na drodze, tak, że niemal jej nie poznał, ubranie, które stanowiło coś na kształt tarczy, ochrony przed niegodziwością i cudzym osądem, teraz zwisało z niej roztargane i pomięte. Głowę miała spuszczoną, nie próbowała się bronić. Rio uwiesił się na niej i wymachując nożem, uroczyście orzekł: — Dowódca ma pierwszeństwo.
I zabrał Karę do wnętrza drukarni.
Szejma nie czekał długo. Gdy tylko ciżba przy ognisku wyciszyła się nieco, zaczął pokasływać. Kasłał w rękaw nienachalnie, z przerwami. Później kaszel wzmógł się, aż całkiem go dusił, a strażnik porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i położył dłonie na pasie z bronią.
— Czujesz? — wycharczał Szejma, ostentacyjnie pocierając nos.
— Cicho — odwarknął granatowy, ważąc w dłoni pałkę.
— Nie czujesz tego w płucach?
— Co?
— W tych skrzynkach są odpadki z drukarni. — Szejma rozejrzał się z trwogą. — Toksyczne. Potrujemy się.
— Macie milczeć. — Granatowy mu nie wierzył, choć dwa razy pociągnął ostrożnie nosem.
— Wiem, co mówię. Jestem pisarzem, wiem, jak się drukuje książki. — Nie wiedzieć czemu, Szejma mimowolnie szeptał: — Musieli coś pomieszać. Widzisz te ulotki? Zobacz, jak płoną. To wina tuszu. Nie wyjechały stąd, bo poprodukcyjna kontrola wykazała, że jest szkodliwy.
Niedalekie to było od jego prawdziwych podejrzeń. Zawartość skrzynek naprawdę cuchnęła.
— Pierdolisz.
— Po zamknięciu drukarni nikt się już nie przejmował utylizacją chorobotwórczych odpadów i zostawili to, jak leżało. A to szumowiny!
Wydawało się Szejmie, że nic nie wskórał, że granatowy nie był głupcem, za to on sam się wygłupił. Ale po minucie głębokiego milczenia, strażnik spytał:
— Skąd wiesz?
Szejma spojrzał mu prosto w oczy. Nie spartacz tego, upomniał się w duchu.
Wzruszył ramieniem.
— Przypuszczam — odparł niepewnie. — Nie mogę dać głowy, ale…
Nie potrzeba było więcej. Strażnik stanął na równe nogi.
— Idziemy do środka. Izolatka czeka.
W drodze przez ciemną drukarnię Szejma paplał jak najęty o historii druku i piśmiennictwa. Choć granatowego niespecjalnie to interesowało, nie kazał mu zamknąć ust.
— Za wynalazcę ruchomej czcionki uznaje się Gutenberga, choć po prawdzie używano jej w Chinach długo przed tym, nim zajęli się nią Europejczycy. Prawdziwy twórca Bi Sheng był prostym człowiekiem. Kupcem albo kowalem… — Nigdy nie przepadał za wygłaszaniem ustnych rozprawek, nie był lotnym mówcą, więc cieszyli go równie nielotni słuchacze. Doszli chyba do miejsca, w którym miał być przetrzymywany przez noc, ponieważ strażnik otworzył jakieś drzwi i spojrzał na niego wymownie.
Szejma nie miał zamiaru wchodzić do środka. Drukarnia była pełna wygaszonych maszyn i porzuconych narzędzi, za pomocą których ściągnąłby kajdany.
— Wiesz, jaka książka nie ma sobie równych w ilości wydrukowanych egzemplarzy? — zagaił niewinnie, robiąc pół kroku w przeciwnym kierunku, ale wtedy głos za jego plecami odpowiedział:
— Biblia.
Rio w rozwichrzonej koszuli i niedopiętych spodniach stał na piętrze. Oparty o barierkę dopalał papierosa.
— Miałeś z nim nie gadać — rzucił cierpko do podwładnego, ale Szejma nie dałby sobie odebrać tej szansy:
— Lubisz historie biblijne? — To było zagranie na ostatnią kartę, ale musiał go sprowokować. — Ośla szczęka? Sędzia Samson?
Rio zmrużył oczy. Nie widziałby go z tej odległości nawet w świetle dnia. Wypuścił z ust powietrze, które podwiało z czoła zabłąkany ciemny kosmyk. Zirytowany? Urażony? Szejma nie miał pewności. Niemal dygotał z nerwów, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy przyprowadzono go do Kruka i nie spodziewał się niczego innego jak rozstrzelania.
— Idź odpocząć — rozkazał Rio granatowemu, a na więźnia kiwnął dłonią z papierosem. — Chodź, Szejma. Pomówimy.
Poszedł więc na piętro, lustrując z góry układ hali, aż do pomieszczenia stenotypistek, gdzie Rio właśnie siłował się z ciężkim żelaznym biurkiem. Przesunął je ze zgrzytem pod ścianę, dostawił dwa krzesła, a potem dźwignął z podłogi starą maszynę do pisania i bez grama szacunku odrzucił ją w dalszy kąt. Wtedy w przeciwległym rogu Szejma dostrzegł Karę. Siedziała na podłodze, oparta o ścianę, obejmując rękami nagie kolana. Oświetlona tylko przez księżyc, wpadający przez wąskie okno, przypominała topielicę z prastarych legend. Patrzyła na niego tak zuchwale i diabelsko dotkliwie, że był przekonany, iż zaraz wyciągnie rękę, pochwyci go i wciągnie w głębinę.
— Lubię surowość Starego Testamentu — powiedział Rio, rozsiadając się na krześle jak łachudra. — Czyta się niczym dobry kryminał. — Napił się z butelki, po czym z hukiem postawił ją na blacie. — Nie mam kieliszków, doktorze.
Szejma pokręcił głową. Rio przyjrzał się mu uważniej.
— Jesteś naukowcem, tak?
— Antropologiem.
— Na czym to polega?
— Na badaniu człowieka jako społecznej jednostki, biorąc pod uwagę zmienność historyczną, biologiczną, socjologiczną…
— Mam zacząć notować?
— Jeśli to przesłuchanie, to należałoby.
Rio uśmiechnął się półgębkiem.
— Więc interesują cię ludzie. — Przez chwilę zdawać by się mogło, że zrodziło się w nim coś w rodzaju uznania. — To tak jak mnie. Na niczym się tak nie znam jak na ludziach. — Oparł się o stół z zafascynowaną miną. — Więc co doktor nauk humanistycznych powie o mnie, komendancie Rio, oddanym słudze Urzędu?
Szejma szybko przetasował karty.
— Że masz cholernie słabe oczy.
Szaleńczy śmiech Rio poniósł się echem po drukarni. Szejma zamrugał i przyjrzał mu się raz jeszcze na nowo. Siedziała przed nim bluźniercza, nocna kreatura w roztarganym ubiorze tak odmiennym od przepisowej prezencji Urzędnika, którą szczycił się za dnia. Ciemne włosy przekraczające odrobinę regulaminową długość, zwykle zaczesane do tyłu przy pomocy olejku, teraz pod wpływem potu i pijackiego rozluźnienia kłębiły się na czole i skroniach, przysłaniając fioletowe żyłki, które uwydatniał dosadny śmiech. Podczas spazmów Rio przymykał swe bestialskie oczy. Był kilka lat młodszy, smukły, sprawny, o umięśnieniu zawodowego pływaka. Jego nóż tkwił w pochwie przy prawym biodrze.
Szejma miał wrażenie, że trzęsła się pod nim podłoga, gdy szybko rozważał szanse. Nie potrafił się zmusić, by znów spojrzeć na Karę. Drażniła go klamra odpiętego paska, która uderzała ze stukotem o nogę krzesła przy każdym ruchu Rio.
To tylko człowiek, a to tylko skrawek materiału.
— Ukrywasz wadę wzroku przed Urzędem, bo zmusiliby cię do odejścia ze służby — brnął dalej z mocą. — A jedyne, czego byś nie przeżył, to utrata kariery. Nieważne, w jakim ustroju i pod czyim berłem.
— Gałganiarz! — Rio wciąż chichotał i wił się na siedzisku. Kopnął wolne krzesło. — Siadaj, do kurwy nędzy.
Szejma posłusznie usiadł, a wtedy poczuł pod butem coś twardego. Spojrzał w dół.
Guzik.
— Dobra, mądraliński… — Rio wziął głęboki wdech dla uspokojenia. — Nie jesteś doktorem okulistyki.
Szejma badał właśnie zapięcia przy jego koszuli, aby sprawdzić, czy nie do niego należała zguba. Czy Kara, broniąc się, oderwała guziki? Czy nie znalazłby innych śladów walki? Czy naprawdę wszystko przebiegło tak spokojnie? Przerwano mu pytaniem:
— Co robiłeś w Kartaginie?
— Co?
— Na czym polegała twoja praca, do której cię oddelegowano?
Rio patrzył na niego wyczekująco, poważny i zdeterminowany, by zaspokoić tego wieczoru wszystkie swoje żądze.
— Opisywałem… ich — odpowiedział Szejma świadom przysłuchujących się rozmowie kobiecych uszu. — Czytałeś książkę.
— O nich. Chcę usłyszeć o tobie. O twoim zawodzie.
— To głównie praca z dokumentami, z drzewami genealogicznymi i opracowaniami etniczno-kulturowych zależności. Ministerstwu zależało na wyszczególnieniu… konkretnych cech.
— Ale jak? Jak je wyszczególniłeś? Przeprowadzałeś eksperymenty? Na ludziach?
— Nie na żywych — wycedził Szejma przez zaciśnięte zęby.
Rio przechylił głowę jak sowa wypatrująca gryzonia w gęstej trawie.