E-book
Bezpłatnie
Postrych

Bezpłatny fragment - Postrych

Antologia opowiadań grozy


4.9
Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-880-8

Pobierz bezpłatnie

Król lasu

1

— Paul, nie zostawiaj mnie tutaj. On za chwilę może się zjawić. Nie chcę go oglądać. Boję się.

— Przestań, Connor. Pokaż, że masz jaja. Mnie nie musisz niczego udowadniać, bo wiesz, że bardzo cię lubię. Ale reszta robi sobie z ciebie żarty. Mają cię za zwykłego mięczaka. Pokaż im, że jest inaczej. Zrób im na złość.

— Ale stary Fletcher…

— On nie żyje. Zmarli nie zrobią ci krzywdy. Po prostu wytrzymaj tutaj jedną noc. Jak tylko wstanie słońce, przyjdziemy po ciebie. Masz ze sobą wszystko: latarkę, jedzenie, śpiwór, zapalniczkę, książkę. Dasz radę. Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku.

— Paul!

— Muszę już iść, wołają mnie. Nie daj się strachom. Pamiętaj, duchy nie istnieją.

Piętnastolatek zostawił swojego młodszego kolegę, po czym poszedł do reszty znajomych. Był zbyt daleko, by usłyszeć szept Connora.

— Zginę tutaj.

***

Paul obudził się w mokrym łóżku. Najpierw myślał, że pod kołdrą jest po prostu gorąco, ale kiedy dotknął ręką krocza, wiedział, że się zsikał. Kolejny raz w tym miesiącu. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. Siostra Annie na pewno nie będzie zadowolona z tego powodu, ale z drugiej strony na co mogła liczyć, kiedy podejmowała pracę w Green Point? Tutaj ludzie nie przeżywają spokojnej starości, oni po prostu czekają na śmierć w miarę przyjemnym miejscu. „Gówna i siki to tutaj chleb powszedni, żadna nowość”, pomyślał Paul. Staruszek nie miał zielonego pojęcia, skąd wziął się u niego taki sen. Dlaczego teraz, po tylu latach, przyśnił się mu Connor? Paul miał wrażenie, że tamte wydarzenia miały miejsce w zupełnie innej epoce. Mężczyzna nie czuł żadnej więzi z piętnastoletnim chłopakiem, którym wtedy był. Wyparł z siebie wszystko, co było związane z latem czterdziestego ósmego roku. Po co miał na ten temat rozmyślać, skoro nie stało się wtedy nic dobrego, nic wartego zapamiętania. Paul był już za stary, żeby wspominać przykre chwile.

— Pobudka! — krzyknęła Annie, odsuwając zasłony w pokoju staruszka. — Masz gości.

— Tak wcześnie? — zapytał staruszek.

— Paul, spałeś prawie do dwunastej! Nie chciałam cię budzić, bo tak rzadko się wysypiasz… Zaraz podam śniadanie, przebiorę cię i zawołam gości.


— Poczekaj. Zanim ktokolwiek tu przyjdzie… Miałem małą awarię.

— Tylko nie mów, że znowu zmoczyłeś łóżko — warknęła Annie.

— Mówienie o tym jest dla mnie tak samo nieprzyjemne, jak dla ciebie zmienianie mojej obsikanej pościeli. Dlatego proszę, daruj sobie kąśliwe komentarze. Starość i niedołężność są dla mnie wystarczająco upokarzające — powiedział mężczyzna zmęczonym głosem.

— Och, Paul. Nie myśl sobie, że wszystko ujdzie ci płazem tylko dlatego, że masz osiemdziesiąt pięć lat. Starzy ludzie zachowują się jak dzieci — westchnęła pielęgniarka.

— Jesteś bezczelna — rzucił Paul.

— A ty stary i zmierzły.

— Masz szczęście, że lubię cię za twoją szczerość, Annie.

— A ty masz szczęście, że lubię cię za twoje poczucie humoru. Inaczej leżałbyś w tych sikach cały dzień.

— Jesteś urocza jak zwykle.

Pielęgniarka odpowiedziała Paulowi uśmiechem, po czym zabrała się za przygotowanie mężczyzny do przyjęcia gości. Zawołała dwie salowe, którym nakazała zmienić brudną pościel, a sama rozpoczęła mycie staruszka. Paul już dawno przestał stresować się tym, że obca kobieta ogląda go nago. Annie już tyle razy dotykała jego jaj, że w zasadzie była już członkiem jego rodziny.

— Kto przyszedł mnie odwiedzić? — zapytał Paul, podczas gdy pielęgniarka myła jego pachy.

— Twój wnuczek, Stephen.

— To mój prawnuk. Mój Boże, ale jestem stary. Ale poczekaj… — zamyślił się Paul — Stephen chyba nie zjawił się tutaj sam? — Jego prawnuk miał milion pomysłów na minutę, a większość z nich nie należała do najroztropniejszych.

— Oczywiście, że nie. Owen z nim jest. Małemu bardzo zależy na spotkaniu się z tobą.

— Niech przyjdzie już teraz — rzekł Paul.

— Ale nie jadłeś jeszcze śniadania.

— Szlag jasny z tym niby-śniadaniem! Obrzydliwa papka! — wykrzyczał staruszek. — Wybacz, nie chciałem…

— Jeszcze raz się tak zachowasz i wierz mi, cholernie zatęsknisz za tą papką — warknęła pielęgniarka, kończąc mycie Paula. Chwilę po jej wyjściu w sypialni zjawił się wnuk mężczyzny z synem. Staruszek od razu zauważył, że coś trapi chłopca. Szeroki uśmiech i iskierki w oczach zniknęły, a na ich miejscu pojawiło się przygnębienie.

— Cześć, dziadku. Wybacz, że tak znienacka cię odwiedzamy, ale Stephen nie jest dzisiaj sobą — powiedział Owen. — Uparł się, żeby do ciebie przyjechać i nie było siły, żeby go powstrzymać.

— Nie ma problemu, przecież wiecie, że zawsze z utęsknieniem czekam na wasze wizyty — stwierdził Paul, po czym zwrócił się do prawnuka, mierzwiąc jego włosy. — Co się stało, wielkoludzie?

— Od dwóch dni plecie o jakimś rogatym stworze z lasu. Może tobie uda się go przekonać, że potwory nie istnieją — rzekł Owen. Paul na tę wzmiankę poczuł, jak oblewa go zimny pot. Z trudem przełknął gulę rosnącą w jego gardle. Całkowicie o nim zapomniał. Najpierw sen z Connorem, a teraz to… Kiedy mężczyzna spojrzał w oczy chłopca, dostrzegł w nich czyste przerażenie. Wiedział, że Stephen nie kłamał.

— Owen, możesz pójść do siostry Annie i poprosić ją o śniadanie? Powiedz, że jestem strasznie głodny, i że przepraszam. Talent do przekonywania odziedziczyłeś po swoim ojcu wykorzystaj go tak, żeby ta kobieta nie napluła mi do owsianki. Wierz mi, że jest do tego zdolna.

Kiedy jego wnuk zniknął z pola widzenia, Paul nieudolnie wziął Stephena na kolana i poprosił, by opowiedział dokładnie, co widział. W zasadzie to chłopiec sam wspiął się na łóżko pradziadka. Mężczyzna mógł dźwignąć zaledwie kubek z herbatą, i to w dodatku zimną, żeby się nie oparzyć.

— Dziadku, to było straszne! Poszedłem sobie nad staw, wiesz, ten niedaleko twojego domu, żeby puszczać latawiec. Tam mało kto chodzi i nikt nie przeszkadzał mi w zabawie. Pogoda była w sam raz, więc szło mi naprawdę nieźle. I wtedy z lasu wyłonił się ten potwór. Najpierw myślałem, że to jeleń, bo miał takie wielkie rogi. Później zobaczyłem brodę i nos, i oczy. Zaśmiałem się i zawołałem: Fajne przebranie! Ale ten ktoś w krzakach tylko na mnie patrzył, nic nie odpowiedział, nawet się nie uśmiechnął. Potem zobaczyłem jego nogi. Dziadku, on nie miał nóg! To były same kości… — Chłopiec rozpłakał się, mówiąc ostatnie słowa. Paul przytulił prawnuka z czułością, zatapiając twarz w gęstych włosach chłopca. — Wiem, co widziałem, dziadku! Ja nie kłamię!

— Wierzę ci, kochany. Wierzę ci na słowo. Ja też bałem się tego pana, ale wiesz, kiedy przestałem? Gdy uświadomiłem sobie, że on nigdy nie wychodzi z lasu. Dopóki sam nie wejdziesz między drzewa, nic ci się nie stanie — powiedział Paul. Do jego uszu dobiegł odgłos zbliżających się kroków. To Owen. Nie mógł przy wnuku drążyć tego tematu, dlatego musiał się spieszyć. — Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, Stephenie. Jeśli kiedykolwiek ponownie ujrzysz tę postać, po prostu odwróć się i zmykaj do domu. Nie musisz się go bać, bo on nie zrobi ci krzywdy, o ile się do niego nie zbliżysz. I pod żadnym pozorem nie wchodź sam do lasu, a przede wszystkim do starej leśniczówki, która chyba jeszcze stoi. Zrozumiano? Obiecuję ci, że włos z głowy ci nie spadnie, ale postaraj się zapomnieć o tej całej sprawie. Jeśli nie będziesz o nim myślał, to on o tobie też zapomni i już ci się nie pokaże.

— Dobrze dziadku, postaram się. Chyba idzie tata!

— Tak. Niech ta rozmowa będzie naszym sekretem, dobrze? — szepnął Paul.

— Okej, dziadku — powiedział Stephen i strach zniknął z twarzy chłopca jak ręką odjął.

— O czym rozmawialiście? — zapytał Owen, niosąc ze sobą miskę ciepłej owsianki.

— My… — mruknął Stephen, głośno przełykając ślinę. Spojrzał niepewnie na swojego dziadka i oczami błagał o ratunek.

— Wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy — dopowiedział Paul z tajemniczym uśmiechem. Owen postanowił nie drążyć tematu i zaczął rozmowę z dziadkiem o przyziemnych, prostych sprawach. W rozmowie dorosłych nie ma miejsca dla potworów, duchów czy innych zjaw. Dorośli nie wierzą w takie rzeczy. Paul też przestał, ale tego dnia skarcił siebie za niedowiarstwo. To, że przestajemy wierzyć w potwory, wcale nie oznacza, że one przestają istnieć.

2

Paul nie chciał, by Owen i Stephen wychodzili. Rzadko się widywali, ale przecież nie mógł ich zatrzymać u siebie na zawsze.

— Powinienem się cieszyć, że jeszcze pamiętają o takim relikcie — powiedział staruszek do siebie, gdy już siedział w salonie. W tym miejscu wszyscy rezydenci domu starców Green Point spędzali wolny czas. Spędzali — to znaczy zazwyczaj siedzieli i pierdzieli w swoje ulubione krzesła. Z niektórymi dało się jeszcze porozmawiać, ale większość już żyła w swoim świecie.

Za oknem padał deszcz. Wcześniej musiało być naprawdę ciepło, bo ziemia aż parowała. Kilka samochodów stojących na parkingu należało do personelu. Rzadko kiedy były tu tłumy. Parę osób na tydzień to już był wyczyn. Tuż za parkingiem zaczynał się las, który ciągnął się aż do głównej drogi. W pogodne dni pielęgniarki lub wolontariusze zawozili niedołężnych starców do parku obok ośrodka, żeby ich samopoczucie się polepszyło. Niektórym to pomagało, ale na większości nie robiło to żadnego wrażenia.

— Jak tam, przystojniaku? Dostrzegłam cię z końca sali i nie mogłam się powstrzymać. Musiałam podejść i zagaić rozmowę. Kto wie, może to będzie wielka miłość? Wyobraź to sobie, ja i ty razem przez życie — rzekła starsza kobieta z balkonikiem, podchodząc do Paula. Czas wyraźnie poorał jej twarz tysiącami zmarszczek, ale nie ujmowało to jej uroku, wręcz przeciwnie. Mężczyzna często rozmyślał o niej, szczególnie kiedy był sam w pokoju. Gdyby tylko miał te piętnaście lat mniej i trochę więcej wigoru w lędźwiach, to ona również cierpiałaby na bezsenność.

— Witaj, Rosie. Wyglądasz olśniewająco, jak zwykle — mruknął Paul.

— Skoro „jak zwykle”, to czy powinnam się cieszyć? Uznać to za komplement? A może się wściec, że popadłam w monotonię?

— Do licha, Rosie. Wiesz, co mam na myśli — warknął ostrzej, niż zamierzał staruszek.

— Oj, ktoś tu jest nie w sosie. Co się stało? — zapytała starsza kobieta, siadając naprzeciw Paula.

— Nic takiego.

— Przecież widzę. Siedzisz tutaj struty jak szczur w piwnicy. O co chodzi? Jakieś problemy ze zdrowiem? Jeśli w tym wieku można mówić o zdrowiu…

— Miałem dzisiaj gości. Owen i Stephen do mnie przyszli. Brakuje mi ich na co dzień. Ogólnie brakuje mi mojej rodziny. Kiedyś, gdy moja żona jeszcze żyła, a ja byłem w stanie sam podetrzeć sobie tyłek, byli w naszym domu co tydzień. W każdą niedzielę zjeżdżały się wszystkie moje dzieci, wnuki i prawnuki. Tymczasem teraz mam wrażenie, że wcale o mnie nie pamiętają.

— To nie tak, Paul. Po pierwsze, żyjemy teraz w takim świecie, że ludzie nie mają na nic czasu. Te wszystkie telefony, komputery i inne badziewia tylko pogarszają sprawę. Ludzie zapominają, jak ze sobą rozmawiać, a przede wszystkim zapominają o tym, jakie jest życie. Oglądają filmy o głodzie, biedzie i śmierci, ale kiedy mają choć przez chwilę w rzeczywistości znaleźć się w ich pobliżu, natychmiast uciekają. Przyznaj szczerze, sam przed sobą, gdybyś ty miał odwiedzić w tym miejscu swojego dziadka, pędziłbyś jak mustang? Czy spieszno byłoby ci do miejsca, w którym ludzie sikają, srają i umierają bez krępacji? My już przyzwyczailiśmy się do odoru śmierci, bo sami zaczynamy tak pachnieć, ale młodzież? Dla nich śmierć to abstrakcja.

— Czasem boję się z tobą rozmawiać. Wpędzasz mnie w głęboką depresję.

— Chodźmy na pięterko, to zapomnisz o wszystkich smutkach — rzuciła Rosie, zalotnie poruszając brwiami. Chwilę później śmiała się tak, że prawie spadła z krzesła. — Oj, chyba za chwilę będę musiała iść zmienić pieluchę.

— Naprawdę nie mam nastroju do żartów — westchnął Paul.

— Właśnie widzę. Jest coś jeszcze, co cię gryzie. Tylko co?

— Ach, nie będę ci o tym mówił. Wyśmiejesz mnie, a ja mam już dość upokorzeń jak na jeden dzień.

— Może tak, a może nie. Opowiedz mi tę historię, to zobaczymy.

Paul popatrzył na przyjaciółkę i wiedział, że ta nie da za wygraną. Przez myśl przemknęła mu ucieczka, ale jego nogi już dawno przestały grać w tej samej drużynie co właściciel. Postanowił więc przedstawić historię, która była koszmarem jego dzieciństwa, a teraz jest koszmarem jego wnuka.

— Dom, w którym się wychowywałem, był w rodzinie od pokoleń, a teraz mieszkają tam Owen i Stephen. Dzisiaj mały opowiedział mi o potworze z lasu. Tym, którego ja też się bałem, gdy byłem dzieckiem. W moim miasteczku krążyła opowieść o Człowieku-Jeleniu.

Rosie posłała Paulowi dziwne spojrzenie, więc mężczyzna od razu wytłumaczył całą sprawę.

— Tak, wiem jak głupio i tandetnie to brzmi, ale ci, którzy go zobaczyli, nie byli w stanie wymyślić niczego lepszego. Częściej mówiło się o nim Fletcher, bo tak miał naprawdę na imię.

— Czekaj — przerwała Rosie — chcesz mi powiedzieć, że Człowiek-Jeleń miał prawdziwe imię?

— Cóż… On nie zawsze był potworem. Słuchaj, Rosie. Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz. Fletcher istniał naprawdę, był człowiekiem z krwi i kości, którego spotkał okropny los i za chwilę ci o tym opowiem. Człowiek-Jeleń to coś… Jakby Fletcher po śmierci, rozumiesz? — zapytał Paul, unosząc nieznacznie dłonie męczone przez artretyzm.

— Chyba tak… — mruknęła kobieta. Z całych sił starała się ukryć rozbawienie. Wiedziała, że jeśli w tym momencie się zaśmieje, to Paul śmiertelnie się na nią obrazi.

— Nie przerywaj mi, to zrozumiesz wszystko. Fletcher był wiejskim głupkiem, który pełnił funkcję leśniczego. Pasowało to wszystkim. Fletcher miał względny spokój w swojej pustelni, a ludzie z miasta nie musieli się nim przejmować. Jak możesz się domyślić, facet był przedmiotem wielu głupich żartów i szyderstw. Wszystkie opowieści o nim znam od moich dziadków, ci byli wtedy nastolatkami. Powiedzieli mi, że Fletcher był prawdopodobnie lekko upośledzony, jakbyśmy to teraz określili. Nie umiał się bronić, a każda obelga bardzo go raniła. Bywało, że reagował agresją, ale nie znał żadnego innego sposobu. Większość ludzi była dla niego tak wredna, że po pewnym czasie stracił zaufanie do wszystkich. Wiesz, jak pies, który zbyt wiele razy był bity i trafiał do schroniska. Kiedy w końcu zjawiał się ktoś, kto chciał mu pomóc, ten natychmiast uciekał. Ludzie przystali na niemy układ pomiędzy nimi a leśniczym, i nikt nie wchodził sobie w drogę. — Paul na moment przerwał, by poukładać myśli w głowie. Już dawno nie wygłaszał tak długiego elaboratu. — Było spokojnie do momentu, kiedy zaczęły znikać dzieci, a później znajdywano ich ciała w lesie, niedaleko domku Fletchera. Nie będę ci opowiadał, co przydarzyło się tym brzdącom, bo jest to zbyt straszne. Oczywiście podejrzenia spadły prosto na tego nieszczęśnika.

Władze nie mogły wydać żadnego wyroku, bo nie miały jakichkolwiek dowodów na jego winę, ale ci naprawdę „upośledzeni” mieszkańcy mojego miasteczka wiedzieli swoje. Pewnej nocy kilku mężczyzn zakradło się do chaty Fletchera i samodzielnie wymierzyli mu sprawiedliwość. Zanim go zabili, znęcali się nad nim psychicznie i fizycznie. Straszyli go, szydzili z niego, bili i wyzywali. Jeden z napastników wpadł na świetny pomysł. Wziął kilka gałęzi i stworzył z nich coś na zasadzie korony cierniowej, jednak niektóre drewniane patyki były dłuższe od pozostałych i wyglądały jak…

— Poroże jelenia — dokończyła Rosie. Paul zauważył, że kobieta słucha go z szeroko otwartymi oczami. Była zafascynowana i przerażona tym, co słyszała.

— Dokładnie. Okrzyknęli go „królem lasu”. Kiedy o tym mówię, nie potrafię pozbyć się smaku żółci w ustach. Nie jestem pewien, w jaki sposób go zabili, ale wiem, że zostawili jego ciało gdzieś głęboko w lesie, żeby zwierzęta zajęły się tym, co pozostało z Fletchera. Jak się później okazało, mordercą był mężczyzna, którzy przejeżdżał przez miasteczko. Zabawił u nas kilka dni, zrobił, co miał zrobić i wyjechał gdzieś indziej. Tam go złapali.

— Nie uważasz tego za dziwne, że wszyscy podejrzewali miejscowego głupka, którego znali od lat, a nie jakiegoś faceta, którego wcześniej nie widzieli na oczy?

— Myślę, że już od dawna szukali pretekstu, by zrobić z Fletchera kozła ofiarnego. W tak małej społeczności i to w dodatku w tamtych czasach bycie „nienormalnym” nie było mile widziane. Może próbowali znosić jego obecność, ale niezbyt im to wychodziło. Zaślepiła ich nietolerancja i skostniałe poglądy.

— Jaka szkoda, że bycie dupkiem było, jest, i będzie akceptowane bardziej niż choroba umysłowa — westchnęła Rosie.

— My nic na to nie poradzimy. Jedyne, co możemy zrobić, to wychowywać nasze dzieci na ludzi pełnych szacunku dla innych, a i to bywa bardzo trudne.

— Dobra, mów co dalej. To jest ciekawsze, niż te mydlane opery, które puszczają na okrągło w telewizji.

— Mało kto zwrócił uwagę na zniknięcie Fletchera, nikt się nim nie przejmował. Zrobiło się o nim głośno kilka lat później. Jacyś starzy myśliwi zarzekali się, że widzieli dziwne zwierzę w lesie. Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że jest to nie kto inny, a zaginiony leśniczy. Nie był jednak zwykłym człowiekiem. Jego ciało było porośnięte mchem, a z nóg zniknęło prawie całe mięso, zostały same kości. Ponoć wyglądał tak, jakby chodził na groteskowych szczudłach. A żeby wszystkiego było mało, z jego głowy wyrastały patyki układające się na kształt poroża. Dosłownie wyrastały.

— O mój Boże. Powiedz, że Fletcher wziął odwet za swoją śmierć i zemścił się na tych dupkach, którzy go zabili.

— Chciałbym, ale życie rzadko kiedy jest sprawiedliwe. Większość morderców dożyło spokojnej starości, nie licząc tych, którzy zapili się na śmierć.

— No i co dalej? Fletcher dalej grasuje? — zapytała kobieta i tym razem dało się słyszeć rozbawienie w jej głosie. Paul spojrzał na nią i przewrócił oczami.

— Możesz się śmiać do woli, Rosie. Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym słuchać w połowie mojej opowieści. Tylko kiedy ja byłem dzieckiem, widziałem go na własne oczy — W tym miejscu Rosie spojrzała na przyjaciela pytającym wzrokiem. Nie przypuszczała, że tak twardo stąpający po ziemi mężczyzna, będzie opowiadał tak niestworzone rzeczy i w dodatku w nie wierzył. Często z kolegami chodziliśmy do tego lasu i naśmiewaliśmy się z całej historii. Z jednej strony nikt nie wierzył, ale z drugiej strony wszyscy byli szczęśliwi, że opowieści pozostały opowieściami. Do pewnego momentu.

— W tym miejscu Paul zawiesił głos i wpatrzył się w rozpościerający się za oknem las. Przez moment miał wrażenie, że coś zobaczył, ale natychmiast skarcił się za takie myślenie.

— Paul! Nie kończ opowiadania w takim momencie! Nawet jeśli nie wierzę w tę paranormalną część historii, to i tak bardzo mnie to ciekawi.

— Przepraszam, zamyśliłem się. I tak bym dokończył, nawet gdybym miał mówić sam do siebie. Widziałem Fletchera po pogrzebie mojego przyjaciela. Siedziałem wtedy przy stawie i wpatrywałem się w las. Nie wiem, chyba chciałem go zobaczyć. Nie musiałem długo czekać. Najpierw usłyszałem szelest, potem zobaczyłem długie, powykręcane gałęzie, a na końcu całego Fletchera.

— Jak? Jak wyglądał?

— A jak myślisz, Rosie? Jak może wyglądać żywy trup?! Opowieści wieśniaków zgadzały się w stu procentach, ale żadna z nich nie oddawała rzeczywistości. Naprawdę był porośnięty mchem i trawą, zupełnie jakby natura uczyniła go swoją glebą. Jakby był częścią ziemi. Patyki nie wyrastały z jego głowy, one były tam wkręcone na siłę. Wbite prosto w mózg. Nogi zaś… mało z nich zostało. Poprzez potargane łachmany i zwisające płaty gnijącego mięsa prześwitywały kości. Nie wiedziałem, czy wymiotować, czy płakać, czy krzyczeć, a może uciekać. Pamiętam tylko, że stałem w miejscu, i z zapartym tchem czekałem na rozwój sytuacji. Fletcher też stał. Nie ruszył się ani o krok. Nie wystawił nosa z lasu. On chyba nie mógł opuścić tego miejsca. Postanowiłem podejść bliżej i wtedy dostrzegłem robaki, które po nim chodziły. Były dosłownie wszędzie — na długiej brodzie, w nosie, uszach, na twarzy, rękach… Ciarki mnie przechodzą, gdy o tym myślę. — Paul wzdrygnął się tak, jakby insekty chodziły także po jego ciele.

— Mogłeś spisać tę historię. Kto wie, może byłbyś równie poczytny co King.

— Nie znam faceta — mruknął Paul.

— Bo starość siadła ci na łeb. Moja wnuczka jest nim zafascynowana, więc wiem o nim praktycznie wszystko. Tak czy inaczej, co zrobiłeś? Zacząłeś z nim rozmawiać?

— Byłem gówniarzem, ale miałem swój rozum. Stałem w bezpiecznej odległości i nie zamierzałem zmniejszać dystansu. Fletcher po chwili sam poszedł. Napatrzył się na mnie, po czym zniknął z powrotem w lesie. Zanim kompletnie straciłem go z pola widzenia, dostrzegłem w jego dłoni coś, co prawie przysporzyło mnie o zawał. Trzymał tam czapkę z daszkiem, która należała do mojego zmarłego przyjaciela, Connora. Doznałem wtedy tak wielkiego szoku, że chyba zemdlałem. Na pewno zemdlałem, bo obudziłem się leżąc na ziemi, a słońce znikało już za horyzontem.

— Co się stało twojemu przyjacielowi? Jak umarł? — zapytała Rose.

— Connor… był dzieckiem o bardzo słabym zdrowiu i w wyniku pewnych komplikacji niestety odszedł. Jest to jednak kwestia na inną rozmowę. Już dość przykrych tematów na dzisiaj, nie sądzisz? — rzekł Paul, patrząc w oczy Rosie. Cieszył się, że ją poznał. Co prawda, nie była ona tak wspaniała jak jego żona, ale była zabawna i nietuzinkowa. Wspaniała kompanka do rozmów w takim miejscu jak Green Point. Rosie nie miała wielkiej rodziny, ale za to bliscy często ją odwiedzali. Kobieta miała w sobie to coś, co przyciągało do niej innych ludzi jak magnes. Trudno powiedzieć, żeby była ulubienicą pielęgniarzy i pielęgniarek. Bardzo często mówiła to, co myśli i nierzadko były to niemiłe słowa, ale przynajmniej nie owijała w bawełnę. I chociaż siadały jej płuca i serce, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, to rozum miała jak najbardziej sprawny. Można z nią było rozmawiać o dosłownie wszystkim i to nigdy nie stawało się nudne.

— Masz rację, kochany. To co, może dla odmiany zagramy w bingo? Ostatnia rozgrywka była zaledwie wczoraj.

— Świetna propozycja — odpowiedział Paul, zapominając całkowicie o historii Fletchera i o śnie z Connorem w roli głównej.

3

Gra pochłonęła rezydentów Green Point aż do samego wieczora. Po kolacji każdy z mieszkańców domu starców udał się do swojego pokoju na odpoczynek. Rosie nie miała ochoty na czyjekolwiek towarzystwo, gdyż wieczorami jej problemy z oddychaniem nasilały się. Przez to kobieta musiała nosić maskę tlenową, a nie chciała, by ktokolwiek oglądał ją w takim stanie. Paul postanowił poczytać książkę o bohaterach wojny secesyjnej. Lektura nie spodobała mu się jednak wystarczająco, dlatego odłożył ją po kilku stronach. W jego pokoju telewizor odbierał tylko dwa kanały, z czego jeden był wyłącznie o polityce, a drugi nadawał na okrągło walki wrestlingowe.

Z braku lepszych rzeczy do zrobienia, Paul położył się do łóżka z nadzieją szybkiego zaśnięcia. Tym razem nie mógł jednak liczyć na spokojny sen. Connor znów go odwiedził, i tym razem nie był sam. Fletcher stał na brzegu lasu, zupełnie jak przed laty, ściskając w dłoni czapkę zmarłego chłopca. Connor zjawił się u boku monstrum, wziął swoją dżokejkę i nałożył ją na łysiejącą głowę. Płaty skóry zwisały z jego ciała jak farba ze ścian opuszczonego domu.. Oczy nastolatka były mętne niczym rozgotowane kluski. Twarz miał siną od braku powietrza. Tak właśnie zginął. Udusił się. Podczas gdy Fletcher stał nieruchomo i wpatrywał się w Paula, który na powrót stał się piętnastoletnim sobą, Connor wyszczerzył usta w przerażającym uśmiechu i zrobił jeden krok naprzód. Potem kolejny. Chwiał się na swoich słabych nogach i sprawiał wrażenie, że lada moment się przewróci, lecz to nie nastąpiło. Paul usłyszał ciche pomrukiwanie wydobywające się ze spuchniętego gardła martwego przyjaciela. Connor był coraz bliżej. Kiedy już miał dotknąć Paula, mężczyzna się obudził.

— Paul, wybacz, że przerywam ci sen, ale jest telefon do ciebie. Ponoć pilna sprawa — powiedziała siostra Annie, potrząsając staruszka za ramię.

— Kto to? — zapytał zaspany Paul.

— Twój wnuk, Owen. Chodzi o Stephena.

Paul natychmiast się rozbudził i z niecodziennym dla niego wigorem, podniósł się do pozycji siedzącej.

— Halo, Owen? Co się stało?

— Cześć, dziadku. Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie umiem uspokoić Stephena. Mały obudził się z krzykiem i postawił na nogi cały dom. Kiedy zapytałem, czy śniło mu się coś strasznego, powiedział, że musi natychmiast z tobą porozmawiać. Nie mogłem go niczym przekonać i razem z Laurą stwierdziliśmy, że jedyne wyjście to telefon do ciebie.

— Owen, możesz do mnie dzwonić nawet nad ranem. Daj mi go do telefonu.

— Halo? Dziadek Paul?

— Tak, kochanie, tu dziadek. Opowiedz, co się stało?

— Miałem znowu straszny sen. Śnił mi się ten potwór z lasu i jakiś chłopak w czerwonej czapce. Powiedział mi, że idzie po ciebie. Że długi trzeba spłacać — chłopiec rozpłakał się na dobre.

— Nie wiem, o co mu chodzi. A ty dziadku wiesz? Rozumiesz coś z tego?

— Chłopiec w czerwonej czapce mówisz… — mruknął Paul. Poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej. — Powiedział coś jeszcze?

— Nie, tylko tyle, że przyjdzie po ciebie. Kim on jest dziadku?

— Nie wiem, kochany — skłamał Paul. — To na pewno był tylko zły sen, nie musisz się niczym przejmować. Pamiętasz, co ci powiedziałem? Że nie masz się czego bać. Obiecałem ci, że wszystko będzie w porządku. Paul starał się być przekonujący, ale sam nie wierzył w swoje słowa. Przecież tamtego pamiętnego lata też złożył obietnicę, której nie dotrzymał. Obietnicę, która kosztowała życie.

4

Kolejny dzień rozpoczął się podobnie do poprzedniego. Annie przyszła obudzić Paula, choć ten nie spał od dobrych kilku godzin. Następnie obmyła go, przebrała, podała mu śniadanie i zaprowadziła do głównego salonu. Rosie już tam była, lecz nie tak roześmiana jak zazwyczaj.

— Jak się czujesz? — zapytał Paul, wiedząc już, co się święci. Rosie wyglądała jak cień samej siebie. Podkrążone oczy mocno wyróżniały się na tle bladej i mocno pomarszczonej twarzy. Każdy jej ruch był pięć razy wolniejszy niż zazwyczaj.

— Jakbym umierała na raka płuc. Wczoraj w nocy myślałam, że zejdę z tego padołu na dobre. Jutro mam wizytę lekarza, jestem ciekawa, co mi powie.

— Nie pozostaje ci nic innego, jak myśleć pozytywnie. Musisz się trzymać, Rosie. Pamiętasz, że czeka nas jeszcze ucieczka z tego miejsca? Ty i ja, razem przez życie — rzekł Paul, posyłając przyjaciółce pokrzepiający uśmiech.

— Tylko ta myśl trzyma mnie jeszcze przy życiu — zaśmiała się kobieta, lecz w mgnieniu oka jej śmiech zamienił się w przejmujący kaszel.

— Dziś znowu pada. A szkoda, bo chciałem cię zabrać na ławkę do parku.

— Paul, tobie zawsze w głowie same perwersje. Nie moglibyśmy pofiglować sobie na ławeczce, bo przyprawilibyśmy połowę naszych współlokatorów o zawał serca.

— Przynajmniej mieliby trochę rozrywki — rzucił Paul i po chwili oboje zaczęli zanosić się śmiechem.

— A co u ciebie? — zapytała Rose — Wyglądasz na wyjątkowo zmęczonego.

— Późnym wieczorem dzwonił do mnie Owen. Stephen miał koszmar i nie chciał rozmawiać z nikim innym oprócz mnie. Śnił mu się Fletcher.

— Biedny chłopiec — westchnęła Rose. — Mam nadzieję, że to nie ty faszerowałeś go tymi strasznymi opowieściami?

— Ja nie, ale pewnie któreś z moich wnucząt.

Po chwili para zauważyła zbliżającą się do nich kobietę. Na oko miała koło trzydziestki. Jasne blond włosy miała ściągnięte w idealnie ułożony kucyk, a wielkie, niebieskie oczy utkwione były w Paulu. Trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje z jej delikatnie umalowanej twarzy, przez co wyglądała na osobę, z którą nie warto zadzierać.

— Przepraszam, czy to pan Paul? — zapytała nieznajoma.


— Tak, to ja. Znamy się? — Paul był zmieszany. Pierwszy raz na oczy widział tę osobę i nie miał zielonego pojęcia, skąd ona zna jego imię. Jedyne, co wydawało mu się znajome w jej twarzy, to lekko zakrzywiony nos. Taki sam miał jego dawny kolega, Travis, z którym od lat nie miał kontaktu. Nie wiedział nawet, czy mężczyzna żyje.

— Nazywam się Sarah, jestem wnuczką Travisa Connella. Dziadek przyjaźnił się z panem w dzieciństwie.

— Oczywiście, że wiem, kto to Travis. Gdy tylko panią zobaczyłem, natychmiast o nim pomyślałem. Macie te same nosy — powiedział Paul z uśmiechem. — Co tam u tego starego pryka? Nie widzieliśmy się chyba z tysiąc lat!

— Dziadek odszedł w zeszłym roku. Zmarł na zawał — odpowiedziała ze smutkiem kobieta.

— Och, tak mi przykro, nie miałem zielonego pojęcia — powiedział Paul. Wieść o śmierci kolegi z dzieciństwa powinna go zasmucić, jednak mężczyzna nie poczuł żadnej pustki. Znał się z Travisem od dziecka, ale ich drogi rozeszły się, gdy każdy z nich pojechał gdzie indziej na studia. Później Paul wrócił do rodzinnego miasteczka, a Travis zamieszkał w innym stanie. Najpierw mieli sporadyczny kontakt, ale po czasie urwał się on całkowicie. Można rzec, że ostatecznie Travis był dla Paula zupełnie obcą osobą.

— Nic się nie stało, wiem, że dziadek nie utrzymywał kontaktów towarzyskich prawie z nikim. Przyszłam do pana w pewnej sprawie… Chodzi o Connora — powiedziała kobieta. Na dźwięk tego imienia, Paul zrobił się blady jak ściana.

— Rosie, czy… czy możesz zostawić nas samych? — zapytał mężczyzna, kierując przerażone spojrzenie na przyjaciółkę.

— Oczywiście, nie ma problemu. Porozmawiamy później — powiedziała Rosie, domyślając się, że coś jest na rzeczy. Nie tylko zachowanie Paula na to wskazywało. Fakt, że staruszka znała historię Connora sprawiał, że dotarła do niej powaga sytuacji.

Kiedy starszy mężczyzna został sam na sam z wnuczką byłego przyjaciela, na moment zapanowała grobowa cisza. W końcu kobieta postanowiła się odezwać.

— Nawet przyjemnie tutaj — rzekła.

— Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Po co tutaj przyszłaś, Sarah? — zapytał Paul dosyć ostro. Kobieta zdziwiła się nagłą zmianą nastroju staruszka.

— Na pewno nie po to, by pana denerwować. Chciałam dowiedzieć się kilku rzeczy o moim dziadku. Nie rozumiem, dlaczego pan tak reaguje.

— Co wiesz o Connorze?

— Nic, dlatego tutaj przyszłam. Mój dziadek pisał dzienniki. W ostatnich zapisanych notesach w jego życiu, często pojawiało się to imię. Mam wrażenie, że dziadek panicznie się czegoś obawiał.

— Opowiedz mi wszystko po kolei — zarządził Paul. Gdyby Rosie siedziała obok, nie poznałaby mężczyzny, z którym do niedawna wesoło gawędziła.

— Dziadek zostawił mi w spadku dom, do którego dopiero niedawno się wprowadziłam. Prace remontowe trwały dłużej, niż przypuszczałam. Mój narzeczony często wyjeżdża w sprawach służbowych, dlatego przywykłam do swojego towarzystwa i zawsze znajdę sobie coś do robienia. W czasie, gdy znów zostałam sama, postanowiłam przejrzeć kartony, które zostały mi po dziadku. Wypełnione były po brzegi jego dziennikami. Zaczęłam od tych, które napisał krótko przed swoją śmiercią. Do pewnego momentu pisał w sumie o samych błahych rzeczach, lecz później nagle zaczęły pojawiać się dwa imiona: Connor i Fletcher. Z czasem dziadek pisał tylko o nich. Najpierw była mowa o tym, że pewnej nocy przyśnił mu się Fletcher, ściskający w dłoni czapkę Connora. Później pojawił się sam chłopak. Potem dziadek zaczął widywać ich na jawie: Fletcher stał zawsze w lesie, a Connor z dnia na dzień był coraz bliżej. Wydaje mi się, że dziadek zaczął tracić rozum. W pewnym momencie przestał wychodzić z domu, gdyż Connor był zbyt blisko. Ostatni wpis w dzienniku jest na dzień przed śmiercią dziadka. Napisał w nim coś takiego: On już tu jest. Widzę go. Stoi w drzwiach mojego pokoju i uśmiecha się. Wie, że nie mam gdzie uciec. Czas zapłacić dług.

Paul wpatrywał się w Sarę z szeroko otwartymi oczami. Zdawało się, że mężczyzna zamarzł w czasie, gdyż nawet nie mrugnął.

— Wszystko w porządku, panie Denever? — zapytała kobieta.

— Tak, dziecko. Proszę, opowiadaj dalej — rzekł Paul, głośno przełykając ślinę.

— Później zaczęłam czytać dzienniki z lat młodzieńczych, kiedy dziadek był jeszcze nastolatkiem. To były jego pierwsze wpisy. Mam wrażenie, że pisanie stanowiło dla dziadka swego rodzaju terapię, oczyszczenie. Tylko po czym?

— Co było w tych starych dziennikach? — drążył Paul.

— Pisał o śmierci Connora, że był to nieszczęśliwy wypadek, że żałuje tego, co się stało, chociaż nie ma żadnego wyjaśnienia, co tak naprawdę tam zaszło. Chciałabym dowiedzieć się tego, kim był Connor i jak zginął, i dlaczego mam wrażenie, że dziadek obwinia się za jego śmierć. Po to przyszłam do pana. Jest pan ostatnim żyjącym przyjacielem mojego dziadka z tamtych lat. Tylko pan może mi wyjaśnić, dlaczego dziadek miał obsesję na punkcie tego chłopca i dlaczego twierdził, że widywał go tuż przed swoją śmiercią — powiedziała Sarah jednym tchem. W jej oczach zalśniły łzy. Kobieta była bardzo przejęta całą sytuacją.

Paul otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie przez jego gardło przeszło głębokie chrząknięcie. Zupełnie, jakby mężczyzna nie potrafił złapać powietrza. Jego twarz przybrała czerwoną barwę, a dłonie powędrowały w kierunku klatki piersiowej.

— Paul! Co się dzieje?!

— Chyba… serce… Zawał — wydusił z siebie mężczyzna z wielką trudnością.

— Pomocy! On chyba dostał zawału! Ratunku! — krzyknęła dziewczyna. W mgnieniu oka pojawili sanitariusze, którzy udzielili staruszkowi pierwszej pomocy. Sarah przeraziła się, że to może z jej powodu doszło do nieszczęścia. Z drugiej strony nurtował ją fakt, że Paul zareagował bardzo nerwowo na całą historię. „Czyżby miał coś do ukrycia?” przemknęło jej przez myśl.

5

— Pana dziadek przeszedł zawał mięśnia sercowego. Nie był to groźny atak, ale wyraźnie osłabił Paula. W dodatku ma on już swoje lata. Takie wydarzenia w tym wieku nie wróżą niczego dobrego — powiedział lekarz.– Czy jest jakieś zagrożenie, że nie przeżyje nocy? — zapytał Owen. Mężczyzna był wyraźnie przejęty losem dziadka, z którym, odkąd pamiętał, był bardzo blisko.

— Wydaje mi się, że nie ma takiego ryzyka, ale tak, jak mówię, w wieku pańskiego dziadka wszystko jest możliwe. Myślę, że może pan z synem odwiedzić Paula, ale musimy dać mu kilka dni na dojście do siebie. Przez najbliższy czas nie może wychodzić z łóżka, dlatego przywieźcie mu jutro jakieś książki lub coś innego do zabicia czasu.

— Jasne, zrobimy wszystko, byleby dziadek poczuł się lepiej. Dziękuję, doktorze, za uratowanie mu życia — powiedział Owen, podając lekarzowi rękę.

— To moja praca — odpowiedział krótko mężczyzna w kitlu, po czym odszedł do innego pacjenta. Owen skierował kroki w stronę pokoju dziadka, przy którym niecierpliwie siedział mały Stephen. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego ojca, natychmiast pobiegł w jego kierunku.

— I co, i co? Dziadek umrze? — zapytał chłopiec.

— No coś ty! Dziadek to twardziel, po prostu miał gorszy dzień — powiedział Owen.

— Ale potwór mówił…

— Dość! — zagrzmiał młody mężczyzna. — Ile razy mam ci mówić, że koniec tego tematu? Proszę, chociaż dzisiaj przy dziadku nic nie mów. Nie możemy go denerwować.

— Przepraszam, tato. Ja kocham dziadziusia i się o niego boję — wyszeptał chłopiec z oczami pełnymi łez.

— Nie płacz, maluchu. Chodź, pójdziemy zobaczyć, jak się dziadek trzyma.

Ojciec i syn weszli do sypialni Paula, trzymając się za ręce. Gdy wkroczyli do pomieszczenia, ich oczom ukazał się śpiący dziadek i siedząca przy jego łóżku jakaś kobieta. Staruszka jedną ręką trzymała dłoń przyjaciela, a drugą ocierała łzy spływające po jej twarzy.

— Dzień dobry… — powiedział Owen.

— Och, dzień dobry! Ty zapewne jesteś Owen, prawda? A to musi być mały Stephen. To zaszczyt w końcu was poznać. Paul wiele mi o was opowiadał. Ten facet szaleje za wami.

— A pani jest…?

— Rosie. Rose Antwood, przyjaciółka Paula — powiedziała kobieta, z trudem wstając. Miała zamiar podać dłoń Owenowi, ale straciła równowagę, i gdyby nie refleks młodego mężczyzny, na pewno zaliczyłaby bolesny upadek.

— W porządku? Może zaprowadzę panią do pokoju — zaproponował Owen.

— Byłabym panu bardzo wdzięczna.

— Proszę mówić do mnie Owen.

— W takim razie ja dla ciebie jestem Rosie — powiedziała serdecznie kobieta.

— Stephen, zostań tutaj z dziadkiem. Za chwilę do ciebie wrócę — rzucił Owen do syna, po czym wraz z nową znajomą opuścił sypialnię Paula.

Mały chłopiec podszedł do łóżka dziadka i wbił wzrok w jego śpiącą twarz. Klatka piersiowa mężczyzny powoli się uniosła, by równie powoli opaść.

— Dziadku, wiem, że mnie słyszysz. Muszę powiedzieć ci coś ważnego, zanim przyjdzie tata. Znowu mi się śnili, ten chłopiec i ten potwór. On po ciebie idzie. Musisz naprawdę uważać — szepnął Stephen. Nagle do jego uszu dobiegł dźwięk zbliżających się kroków. Nie spodziewał się, że jego ojciec wróci tak szybko. To nawet nie musiał być on, lecz chłopiec nie chciał ryzykować. Zanim ktokolwiek zjawił się w sypialni Paula, chłopiec wsunął pod jego poduszkę rysunek, który nabazgrał w domu. Miał nadzieję, że dziadek go znajdzie. Znajdzie i zrozumie. Że będzie wiedział, co ma zrobić.

6

Dzień po ataku Paula, Sarah ponownie zjawiła się w Green Point. Po pierwsze, chciała dowiedzieć się, jak czuje się przyjaciel jej dziadka, a po drugie, miała nadzieję wyciągnąć od niego jakieś informacje. Na recepcji przywitała ją ta sama kobieta, co dzień wcześniej.

— Dzień dobry, ja do pana Paula Denevera.

— Niestety w chwili obecnej odwiedziny nie są możliwe — rzuciła recepcjonistka.

— Ale to bardzo pilna sprawa. Byłam już tutaj wczoraj, proszę sprawdzić w rejestrze. Sarah…

— Wiem, że pani tu była. O ile dobrze pamiętam, to pan Denever dostał zawału w pani towarzystwie — mruknęła kobieta.

— Przepraszam, czy pani coś sugeruje? — warknęła Sarah.

— Ja? Skądże! Tak czy siak, odwiedziny są możliwe tylko dla bliskich członków rodziny, a z tego co wiem, pani nawet nie jest jego kuzynką. Zapraszam w innym terminie — powiedziała recepcjonistka z udawaną uprzejmością, po czym powróciła do stukania w klawiaturę komputera.

Sarah spojrzała na kobietę z wyrzutem, po czym wyszła na zewnątrz. Nie należała do osób, które łatwo się poddają, dlatego postanowiła znaleźć inny sposób na dostanie się do Paula. Musiała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, bo rzeczywiście odczuwała pewne wyrzuty sumienia. Kobieta stała, rozglądając się wokół siebie, po czym dostrzegła dwóch mężczyzn wychodzących bocznym wejściem. Stwierdziła, że zaryzykuje i ruszyła w kierunku powoli zamykających się drzwi. Udało się jej przemknąć do środka bez zwracania na siebie większej uwagi. Niestety nie wiedziała, w którym dokładnie pokoju znajduje się Paul, więc na początku trochę pobłądziła. Po kilku minutach marszu udało się jej znaleźć odpowiednie pomieszczenie. Paul leżał w swoim łóżku i nagle wydał się kobiecie o wiele drobniejszy, niż w rzeczywistości był. Kobieta chciała odwrócić się i wyjść, żeby nie przeszkadzać mu w odpoczynku, ale mężczyzna zauważył ją, nim zdążyła zrobić krok w tył.

— Sarah?

— Tak, to ja panie Denever. Przyszłam sprawdzić, jak się pan czuje. W zasadzie nie powinnam tutaj być, bo wstęp mają tylko bliscy z rodziny.

— Wejdź, ja na pewno cię nie wydam — szepnął Paul, zachęcając dłonią kobietę do wejścia.

— Chciałam przeprosić za wczoraj. Kiedy zobaczyłam, jak robi się pan siny, nie wiedziałam, co zrobić. Nie wiedziałam, czy to z mojej winy dostał pan zawału.

— Nie, dziecko. Jestem już stary, mam osiemdziesiąt pięć lat. To cud, że moje serce tak długo wytrzymało bez szwanku. Usiądź, tam masz krzesło. Ja też chciałem cię przeprosić.

— Mnie? Za co? — zapytała zdziwiona kobieta.

— Za moje zachowanie. Byłem wczoraj bardzo niemiły i oschły.

— Nawet tak nie pomyślałam…

— Och, przestań chrzanić. Czasem potrafię być strasznym zgredem i nie mogę tego zrzucić na podeszły wiek. Po prostu wywołałaś wczoraj bolesne wspomnienia. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze powróci do tamtego lata.

— Właśnie, jeśli o to chodzi… Czy może mi pan powiedzieć, co się właściwie stało?

— Umarł nasz przyjaciel, a my bardzo przeżyliśmy jego śmierć — powiedział krótko Paul.

— Ale jak umarł? To nie mógł być zwykły wypadek, bo wtedy mój dziadek nie obwiniałby się — rzekła Sarah.

— Travis zawsze przeżywał wszystko nad wyraz intensywnie — odburknął staruszek. Chyba zapomniał o złożonych przed chwilą przeprosinach, gdyż znów stał się niemiły.

— Coś musiało się stać. Coś poważnego — powiedziała kobieta.

— Kim pani jest? Jak się pani tutaj dostała? — zapytała siostra Annie, wchodząc do pokoju Paula.

— Ja już wychodzę, ale jeszcze tu wrócę — powiedziała Sarah, po czym wybiegła z pomieszczenia jak błyskawica.

— Kto to był, Paul? — zapytała pielęgniarka.

— Wnuczka dawnego znajomego. Chciała dowiedzieć się czegoś o swoim nieżyjącym dziadku, ale nie przyjmuje do wiadomości tego, że nie ma o czym mówić.

— Cóż, powiem Stacy na recepcji, żeby już nigdy nie wpuszczała do nas tej damulki. Jeśli oczywiście sobie tego nie życzysz. Chodź, Paul. Czas zmienić pościel.

Potężna kobieta pomogła Paulowi wyjść z łóżka i usiąść na przygotowanym wózku inwalidzkim. Kiedy podniosła poduszkę, na ziemię zleciał jakiś świstek. Annie podniosła go i nie zaglądając do środka, wręczyła go mężczyźnie.

— To chyba twoje — powiedziała, po czym powróciła do zmieniania pościeli. Paul spojrzał na złożoną kartkę ze zdziwieniem. Był pewien, że nie dawał niczego pod poduszkę i zastanawiał się, co to może być. Kiedy rozwinął papier, okazało się, że jest to rysunek od Stephena. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, po czym wytężył wzrok, by rozszyfrować to, co jego prawnuk narysował.

— Annie, podaj mi okulary, proszę.

— Trzymaj.

— Dzięki — powiedział Paul, wsuwając na nos cienkie szkła. Gdy w końcu zobaczył, co przedstawiała laurka, zastygł w bezruchu. Na kawałku kartki wyrwanej z zeszytu znajdowały się dwie postacie trzymające się za ręce — Fletcher i Connor. Mimo że postacie narysowane były przez kilkulatka, ich podobieństwo do rzeczywistości było uderzające. Paul nie miał wątpliwości, że to, co widział jego wnuk i on sam w swoich snach, wyglądała identycznie. Pod spodem znajdowało się kilka zdań, głoszących: Oni idą po ciebie, dziadku. Chcą, żebyś spłacił dług. Prosiłem, żeby zostawili cię w spokoju, ale oni nie chcą słuchać. Powiedzieli, że zabiorą i mnie, jeśli nie wyznasz prawdy. Boję się. Nie pozwól im mnie zabrać.

Paul zapomniał, jak się oddycha. Dopiero, gdy Annie zadała mu jakieś pytanie, mężczyzna wypuścił długo przetrzymywane powietrze.

— Wszystko w porządku? — zapytała kobieta.

— Tak, jak najbardziej.

— Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha. Albo narobił w gacie. Proszę, powiedz, że to pierwsze — jęknęła Annie.

— Ani jedno, ani drugie. Nie przynoś mi dzisiaj śniadania, nie mam ochoty nic jeść.

— O nie, kolego. Zjesz wszystko, co do ostatniej łyżeczki. Musisz wziąć leki na serce, a nie możesz ich brać na pusty żołądek.

Paul nie odpowiedział. Zamiast tego skierował się wózkiem w stronę okna. Deszcz w końcu przestał padać, ale nadal było pochmurno. Wtedy po raz pierwszy na jawie zobaczył Fletchera i Connora. Stali na skraju lasu i wpatrywali się prosto w jego twarz. Obaj szeroko się uśmiechali.

7

Wszystko to stawało się powoli nie do zniesienia. Paul bał się spoglądać przez okno. Fletcher nadal stał w tym samym miejscu, co trzy dni temu. Nadal wpatrywał się w górę, w stronę pokoju staruszka. Connor natomiast z każdym dniem był coraz bliżej. Mężczyzna najpierw myślał, że powoli traci rozum, później był już tego pewien. Przestał żartować z Annie, nie rozmawiał z Rosie. Stan zdrowia kobiety pogorszył się ostatnio dosyć szybko i nie mogła wychodzić ze swojego pokoju bez maski tlenowej. A że Rosie była Rosie, to postanowiła w ogóle nie opuszczać sypialni. Paul nie odwiedził jej ani razu. Staruszka każdej nocy męczyły koszmary. Cały czas wracał do tamtego dnia, gdy znalazł ciało Connora.

Wszyscy uznali to za nieszczęśliwy wypadek, bo tak naprawdę nikt, oprócz Paula i jego paczki, nie znał prawdy. Obwinianie kilku nastolatków, których tak dobrze znano w mieście, za śmierć ich przyjaciela było tak samo absurdalne, jak uznanie za winnego ducha Fletchera grasującego w lesie. Paul nie sądził, że zapamiętał wszystko tak dokładnie. Rozrzucone rzeczy Connora w domku starego leśnika, niedojedzony baton, nadal świecąca się latarka. I to spojrzenie. Spojrzenie martwych oczu chłopca, który do niedawna błagał, by Paul nie zostawiał go samego na noc w domu Fletchera. Staruszek prawie co noc moczył łóżko. Czuł się jak małe dziecko, które śpi przy zapalonym świetle i boi się potwora z szafy.

Prawdziwy koszmar zaczął się wtedy, kiedy Paul zauważył Connora w budynku. Duch chłopca, albo to, czym był, zbliżył się jeszcze bardziej do mężczyzny. Paul wiedział, co go czeka, gdy Connor stanie z nim twarzą w twarz. Nie mógł na to pozwolić. W przeciwieństwie do innych jego kolegów, Paul nie zrobił nic złego. Nie uczestniczył w durnej zabawie kolegów, która kosztowała Connora życie. Stephen napisał na rysunku, że dziadek musi wyznać prawdę. Może to jest to. Może, jeśli podzieli się z kimś prawdziwą historią, wtedy Connor da mu spokój. Paul nie zastanawiał się, jakim cudem w to wszystko został wciągnięty jego prawnuczek, ale był szczęśliwy, że miał takiego łącznika, który naprowadził go na dobrą ścieżkę.

Staruszek poprosił Annie, by ta w jakiś sposób skontaktowała się z dziewczyną, która niedawno go odwiedziła.

— Wiem, że nazywa się Sarah. Jej dziadek miał na nazwisko Connell, ale nie jestem pewien, czy ona również nosi to samo nazwisko.

— Damy sobie radę. Naprawdę jesteś pewien, że chcesz ją widzieć?

— Tak. To bardzo pilne. Sprawa życia i śmierci. Wierz mi, Annie, że nie żartuję.

Sarah zjawiła się jeszcze tego samego dnia. Młoda kobieta i starszy pan usiedli w jego pokoju przy herbacie. Paul nigdy nie lubił owijać w bawełnę, więc od razu przeszedł do sedna.

— Powiem ci wszystko, co pamiętam. Możesz mnie oceniać, ile chcesz. Ja nie czuję się winny, bo po pierwsze, nie brałem w tym udziału, a po drugie było to naprawdę dawno temu. Latem czterdziestego ósmego roku postanowiliśmy zrobić chrzest Connorowi na nowego członka naszej paczki. To ja wkręciłem go w nasze towarzystwo. Connor mieszkał niedaleko mnie i byliśmy przyjaciółmi od kołyski. Nigdy nie miał innych znajomych oprócz mnie, a ze względu na swoje wątłe zdrowie rzadko opuszczał dom. Moi koledzy zgodzili się dać Connorowi szansę po wielu moich staraniach. — Paul zatrzymał potok słów, by zaczerpnąć powietrza, po czym podjął dalszą część opowieści. — Sprawa wyglądała tak: Connor miał powiedzieć, że zostaje na noc u mnie, a tak naprawdę miał przespać się w domu Fletchera, leśnika, którego duch nawiedzał okoliczny las. Uważałem, że nie ma się czego bać. Zadbałem, żeby miał wszystko — śpiwór, koc, latarkę z zapasem baterii, jedzenie i dużo picia. Ja ostatni widziałem go żywego. Strasznie się bał i nie chciał tego robić, ale namówiłem go, żeby został. Powiedziałem, że jeśli raz stchórzy, już zawsze będą mieli go za nieudacznika. Taka była prawda, wtedy trzeba było pokazać, że ma się jaja, a nie superwypasiony telefon. Obiecałem, że nic mu się nie stanie i rano po niego przyjdę. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, pozostali chłopcy siedzieli i obmyślali plan, jak wystraszyć Connora. Chcieli przyjść pod domek Fletchera około trzeciej w nocy i udawać, że Fletcher nadchodzi. Durne, szczeniackie wygłupy. Powiedziałem, że nie wezmę w tym udziału. Nie próbowałem wybić im tego wariackiego pomysłu z głowy, bo wiedziałem, że to i tak nic nie da — rzekł Paul, po czym zrobił krótką przerwę na łyk herbaty. Sarah nie odrywała wzroku od mężczyzny ani nie zadawała żadnych pytań. Siedziała w milczeniu i chłonęła nowe informacje.

— Kiedy wróciłem rano, znalazłem Connora leżącego na drewnianych panelach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co się stało. Pobiegłem do domu i powiedziałem o wszystkim rodzicom, a ci natychmiast wezwali pogotowie i poinformowali opiekunów mojego przyjaciela. Nigdy bym nie przypuszczał, że sprawy obiorą taki obrót. Jak się później okazało w toku śledztwa, Connor zapomniał wziąć ze sobą swój inhalator. W nocy musiał dostać ataku astmy i biedak się udusił. Tylko ja i moi znajomi wiedzieliśmy, że Connor wystraszył się stukania w okna domu i dziwnych odgłosów dochodzących z lasu, które tak naprawdę wydawali moi koledzy. Policji powiedzieliśmy tylko, że nie zmuszaliśmy Connora do spania w leśniczówce, że była to inicjacja do naszej grupy, i że nie mieliśmy zielonego pojęcia o astmie Connora. Ja sam nie byłem pewien, czy wiedziałem o tym. Prawda, że chłopak był bardzo chorowity, ale nie sądziłem, że aż tak.

— Czyli ten chłopiec zginął przez wasze wygłupy… — mruknęła Sarah, wpatrując się w trzymaną w dłoni filiżankę herbaty. Szkło delikatnie poszczękiwało o siebie, gdy dłonie Paula drgały. Czy ze starości, czy ze stresu, Sarah nie miała pojęcia.

— Nie była to nasza wina. Był to nieszczęśliwy wypadek. Ja naprawdę nic nie zrobiłem — zaczął bronić się Paul.

— No właśnie, nic pan nie zrobił, a mógł pan. Mógł pan zostać z Connorem albo chociaż czatować przy leśniczówce, by pozostali chłopcy nie straszyli tego biedaka.

— Mogłem, ale tego nie zrobiłem. Nie wiem, dlaczego. Gdyby dało się cofnąć czas, naprawiłbym to wszystko, ale to już się stało i ja nie mam na to żadnego wpływu.

— Ma pan rację — powiedziała Sarah, wstając z krzesła. — Dziękuję panu za opowieść. Teraz już wiem, dlaczego mój dziadek umierał oblegany wyrzutami sumienia. Szkoda, że pan nie ma żadnych.

— Dziecko, nie rób ze mnie drania, proszę — rzekł rozpaczliwie Paul.

— Ależ nie muszę. Do widzenia, panie Denever — rzuciła Sarah, po czym nie oglądając się za siebie, opuściła pokój staruszka. Paul już nigdy więcej jej nie zobaczył.

8

Po rozmowie z Sarą Paul poczuł się lżej. W końcu wyznał komuś prawdę, którą tak długo ukrywał. Teraz stwierdził, że już dawno powinien był to zrobić. Rodzicom Connora należała się cała prawda, lecz jej nie dostali. Za to Connor w końcu mógł spocząć w spokoju. Paul był pewien, że wszyscy jego znajomi, umierając, widzieli chorowitego kolegę. Connora, który czekał, żeby odprowadzić ich na drugą stronę. Paul nie miał zamiaru umierać.. Rozgrzeszył już siebie i pozostałych. Sprawiedliwości stało się zadość. Spowiedź przed wnuczką Travisa okazała się być remedium na całą sytuację — Paul nie widział ducha chłopca od dwóch dni. Nocami spał spokojnie, łóżko rano było suche. Mężczyzna w końcu zebrał się na odwagę, by odwiedzić Rosie, ale zastał jej pokój zupełnie pusty. Niemal dostał drugiego zawału, gdyż pomyślał, że jego przyjaciółka umarła, a on nie zdążył się z nią pożegnać. Dowiedział się jednak od Annie, że rodzina Rosie wzięła ją z powrotem do siebie. Paul odetchnął z ulgą, ale poczuł ukłucie w brzuchu. Rosie była jedynym wartościowym kompanem do rozmów w Green Point. W dodatku, mimo swojego wieku, całkiem nieźle poruszała się, przechodząc pomiędzy stolikami w głównym salonie. Paulowi będzie jej brakowało. Staruszek zadzwonił do Owena, by dowiedzieć się, czy Stephen dalej miewa koszmary.

— Nie, dziadku. Wszystko skończyło się jakieś dwa dni temu. Jednak wydaje mi się, że wciąż coś go nurtuje. Zbyt często chodzi zamyślony.

— Cóż poradzić, skoro w takim młodym ciele kryje się dojrzały duch. Zobaczysz, będą z niego ludzie. Ucałuj go ode mnie. Wpadnijcie w tym tygodniu do mnie.

— Na pewno zajrzymy. Trzymaj się.

— Cześć, kochany.

Paul poczuł spokój, którego wcześniej nie doceniał. Po raz pierwszy od dawna z uśmiechem na twarzy położył się do łóżka. Do późnej nocy czytał przyniesioną mu przez wnuka książkę o piekielnie inteligentnym detektywie. Kiedy skończył, w Green Point było cicho jak makiem zasiał. Mężczyzna odłożył lekturę na stolik nocny i zgasił lampkę. Wygodnie ułożył na poduszce głowę, po czym zamknął oczy. Nagle coś zaczęło go gnieść w plecy. Najpierw myślał, że po prostu źle się ułożył, lecz po chwili uświadomił sobie, że coś jest pod łóżkiem, i to coś drapie w materac od spodu. Wtem do uszu Paula dobiegł znany już mu charkot. Ten sam charkot, który wydobywał się z gardła Connora w jednym ze snów.

— O cholera — wyszeptał.

9

Następnego dnia Owen dostał wiadomość z Green Point o śmierci swojego dziadka. Mężczyzna dostał drugiego, śmiertelnego zawału serca. Było to szokiem dla wszystkich, gdyż w ostatnich dniach Paul cechował się energią, której dawno nikt u niego nie widział. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Paul Denever spoczął u boku swojej ukochanej żony, która zmarła przed siedmiu laty. Epitafium głosiło, że leży tu człowiek, który dla wielu był skarbem i wzorem do naśladowania.

Przysługa

1

Hugh siedział w swoim biurze, przeglądając poranną gazetę. Cóż, powiedzenie „w swoim biurze” było dużym wyolbrzymieniem. Powinno się raczej powiedzieć „w swoim boksie”, który znajdował się w biurze pana Carsona, szychy wydawnictwa i redaktora naczelnego czasopisma „Living!”, największego dupka, jakiego widział świat od czasów jaskiniowców. Hugh chciał po raz pierwszy od dawna przeczytać dziennik, jednak jego nadzieje okazały się płonne. Na biurku czekał na niego stos tekstów do poprawienia, z czego ogromna część była tak nudna, że mężczyzna miał ochotę wydrapać sobie oczy, a następnie je zjeść.

— Siema, stary! Jak tam praca nad awansem? — powiedział John, jeden z nielicznych znajomych Hugh. Cóż… jedyny znajomy.

— Bardzo śmieszne, boki zrywać. To będzie cud, jeśli przed nowym rokiem uda mi się wyprosić podwyżkę — westchnął.

— Będę trzymał za ciebie kciuki.

— Masz coś dla mnie, czy będziesz tutaj tak sterczał? Widzisz, że mam ręce pełne roboty.

— Nie, nic ci nie przyniosłem. Po prostu przyszedłem sobie popatrzeć, jak toniesz w papierach. To na razie — rzucił John z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym poszedł w kierunku wspólnej kuchni.

Tego dnia Hugh myślał, że już nie wytrzyma. Od wybuchnięcia dzieliły go dosłownie tysięczne sekundy. Najpierw zepsuł mu się samochód. Naprawa rzęcha przekraczało jego wartość, ale bez tego auto nie nadawało się do jazdy. Hugh nie miał wystarczająco pieniędzy, by zaopatrzyć się w nowy prysznic, a co dopiero, żeby pakować kasę w worek bez dna, jakim był jego kilkunastoletni wóz. Później sąsiadka z góry go zalała, i nie kwapiła się do naprawy szkód, gdyż wcale nie czuła się winna. Dalej kobieta, u której Hugh wynajmował mieszkanie, postanowiła ni z tego, ni z owego podnieść czynsz, nie przejmując się zupełnie warunkami umowy ustalonej pięć lat wcześniej. Na sam koniec, jakby wisienka na torcie, Jack, kot Hugh, skakał po meblach i zbił drogocenną zastawę, która należała do babci mężczyzny i miała dla niego wartość sentymentalną. To wszystko wydarzyło się w przeciągu krótkiego tygodnia, ale zwaliło się na mężczyznę tak niespodziewanie, jakby dostał obuchem w łeb. Do tego wszystkiego musiał użerać się z ludźmi w pracy, których nienawidził, sprawdzać teksty, których nienawidził, siedzieć w krześle, którego nienawidził, gapić się w komputer, którego nienawidził i uświadamiać sobie, że takie jest jego życie, którego też nienawidził.

Rozgoryczony Hugh poczuł naglącą potrzebę skorzystania z toalety. Ostatnio co chwilę musiał sikać i nie obchodziło się to bez bólu, przez co częściej martwił się o swoje zdrowie. Czy coś z tym robił? Nie, bo po co. Lepiej udawać, że wszystko jest okej. W końcu, jeśli nie wie, co mu dolega, to w zasadzie nic mu nie jest i jest zdrowy jak ryba. W drodze do toalety mężczyzna dostrzegł swojego kolegę, próbującego zagadać do dwóch papużek nierozłączek, o których krążyły rozmaite plotki. Jedną z najczęściej powtarzanych i zapewne najprawdziwszych było to, że dwie przyjaciółki przespały się praktycznie z każdą osobą w biurze, włącznie z kobietami. Z każdym, z wyjątkiem Hugh i Johna. Hugh już dawno pogodził się ze swoją porażką i nawet nie próbował zaczynać rozmowy z którąś z kobiet, bo wiedział, że i tak do niczego to nie doprowadzi. John jednak nie poddawał się i robił z siebie żałosnego patałacha bez godności.

Hugh dotarł wreszcie do toalety. Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem doprowadzającym mężczyznę do pasji. Ostatnio w zasadzie wszystko go denerwowało, nawet tak błahe rzeczy, jak dźwięk deszczu uderzającego w szyby czy szum włączonej lodówki. Całe szczęście, że nikogo nie było w pomieszczeniu. Hugh nie chciał, by ktoś usłyszał jego ciche stękanie z bólu. Mężczyzna rozpiął rozporek i już miał zacząć sikać, kiedy do jego uszu dobiegło ciche pojękiwanie. Od razu zorientował się, co to za odgłosy. Niektórzy woleli pieprzyć się w biurowym kiblu, zamiast wynająć sobie pokój na godziny. To, czego Hugh się nie spodziewał, to osoby, które po kilku chwilach wyszły z kabiny. Najpierw wyłonił się mężczyzna, dosyć przystojny, ale o kiepskim charakterze. Harvey Snow, bliski Carsonowi pracownik. Gardził ludźmi, którymi zarządzał, był fałszywy i strasznie śliski. Hugh na sam jego widok miał odruchy wymiotne.

— Się masz, Harry — powiedział Snow, myjąc dłonie. Hugh miał ochotę zedrzeć mu ten durny uśmieszek z twarzy.

— Hugh, nie Harry. Dobrze o tym wiesz.

— Jak wolisz, kolego — rzucił Harvey, po czym, chrząkając, wyszedł z łazienki. Hugh chciał dowiedzieć się, kto jeszcze jest w kabinie, więc postanowił trochę dłużej się załatwiać. Po kilku minutach z kabiny wyszła Yvette. Kobieta, którą Hugh podziwiał, i o której myślał bardzo często. Jej ognistoczerwone włosy zawsze ułożone w burzę fal, były teraz nieco potargane, a piegi na jej twarzy wtopiły się w kolor zaróżowionych policzków. Ciasna, czarna sukienka opinająca jej ciało, była pomarszczona i niedopięta.

— Długo tak tu stoisz, Stowell?

— Ja… — zaczął Hugh. Kompletnie nie podejrzewał, żeby ona i Snow… Teraz mężczyzna miał co dopisać do listy najgorszych momentów tego tygodnia. Jak dureń sądził, że być może kiedyś, dzięki jakiemuś kosmicznemu cudowi, Yvette zgodzi się pójść z nim na kawę. Najsmutniejsze w tym wszystkim było to, że choć Hugh zdążył poznać zimną stronę kobiety i był świadkiem tak niesmacznej sytuacji — nie potrafił znienawidzić Yvette. Czuł się zraniony i zawiedziony, ale jego uczucia w stosunku do niej nie zmieniły się. Był zadurzony w sekretarce swojego szefa jak licealny szczeniak, którym był wieki temu.

— Jeśli piśniesz o tym choćby słówko, to przekonasz się, że ze mną nie warto zadzierać — warknęła kobieta. Szybko poprawiła swój wygląd, po czym wyszła z łazienki, niezauważona przez nikogo.

Hugh nie był w nastroju, by dzielić się z kimkolwiek swoimi spostrzeżeniami. Nie był nawet w nastroju, by dalej pracować, ale nie mógł się wyrwać z biura. Wiedział, że jeśli nie odda Carsonowi choć połowy materiału do końca dniówki, jego marne szanse na podwyżkę znikną bezpowrotnie i nie pojawią się przez najbliższe stulecie. Mężczyzna postanowił więc darować sobie przerwę na lunch, żeby jak najszybciej opuścić swój boks, który ostatnio przypominał najgorsze więzienie świata. W drodze do biurka, w głowie powtarzał jedno i to samo zdanie: „Nienawidzę swojego życia”.

2

— Stary, nie idziesz na lunch? — zapytał John.

— Nie, muszę przebrnąć przez ten chłam. Ja nie wiem. Ci ludzie chyba nigdy nie słyszeli o czymś takim, jak gramatyka. Wielcy dziennikarze.

— Lepiej nie mów tego głośno, bo z niewidzialnego korektora staniesz się obiektem docinków.

— Wierz mi, mam już tak zły humor, że nic mnie nie ruszy — westchnął Hugh.

— Jak chcesz. Zamówić ci coś na wynos?

— Nie, dziękuję.

— Jakby ci się odwidziało, to daj mi cynk.

John poszedł w kierunku windy, zostawiając Hugh samego z papierkową robotą. Kilka osób zostało w biurze, a wśród nich Yvette. Mężczyzna obserwował, jak sekretarka siedząca za szklaną szybą wyciąga pojemniki z jedzeniem. Każde danie zapewne było niskokaloryczne. Do tego dołączyła napój z dodatkiem magicznego eliksiru wyszczuplającego. Hugh nie potrafił zrozumieć, dlaczego kobiety tak się katują z własnej woli, ale nie da się ich zrozumieć, więc nie było czego roztrząsać. Yvette spojrzała na niego spod byka, ale trwało to zaledwie ułamek sekundy. On naprawdę był niewidzialny.

Hugh pogrążył się całkowicie w swojej pracy, by móc oderwać się od pesymistycznych myśli. W tym momencie liczyły się dla niego tylko przecinki, literówki i ortografia. To lubił w swojej pracy — wszystko miało określone reguły, czasem nieco pogmatwane, ale jednak jasno określone. Nie to, co życie i kontakty między ludźmi. Tam nie dało się wyróżnić określonych zasad postępowania, nie było żadnego dobrego wzoru, którego można by się trzymać, a każda decyzja niosła za sobą dalekie konsekwencje, których nie można było przewidzieć w całości. Jedyną osobą, która jakoś pomagała mu się odnaleźć była jego babcia, skarbnica wiedzy. Jednak zmarła ona tak dawno temu, że mężczyzna czasami miał wrażenie, jakby wcale nie istniała, jakby była tylko wytworem jego wyobraźni.

— Stowell, widzę, że całkiem nieźle ci idzie — odezwał się Carson we własnej osobie.

— Miałem nadzieję, że jeśli szybciej skończę, to będę mógł wyjść szybciej do domu.

— A to dlaczego? Stało się coś? — zapytał redaktor naczelny.

— Nie czuję się najlepiej. Chyba coś mnie bierze, a nie chciałbym zarazić innych — powiedział Hugh.

— Nie wyglądasz na chorego, Stowell. Ale niech ci będzie. Dostarcz mi wszystkie teksty za godzinę, a będziesz mógł wyjść wcześniej.

— Za godzinę? Przecież tutaj jest mnóstwo do poprawy. Nie ma szans, żebym oddał ci całość w tak krótkim czasie — rzekł Hugh.

— W takim razie posiedzisz tutaj dłużej. Te teksty mają wyjść w poniedziałek z samego rana. Przez weekend ma się tym zająć Cody, żeby artykuły dobrze wyglądały na stronie internetowej i w druku. Jeśli nie chcesz zarwać nocki, lepiej się pospiesz — powiedział Carson, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Hugh zaczął oddychać ciężej niż zazwyczaj. Czuł, że lada moment może stracić panowanie nad sobą. Tak mocno zacisnął pięści, że jego paznokcie wbiły się w delikatną skórę dłoni, raniąc ją do krwi.

— Oczywiście, szefie. Zrobię co w mojej mocy — wydusił z siebie Hugh, a kiedy Carson oddalił się od jego biurka, szepnął — dupek.

— Mówiłeś coś, Stowell? — zapytał szef.

— Nic.

— To dobrze — odpowiedział mężczyzna, mrużąc oczy. Na pewno usłyszał, co Hugh powiedział. Korektor miał nadzieję, że jego szef to usłyszał.

Mijały godziny, na dworze zaczęło się ściemniać. O tej porze roku zmierzch nadchodził szybciej. Liście powoli spadały z drzew, deszcz padał coraz częściej, noce stawały się coraz chłodniejsze. Kiedy Hugh postawił ostatni potrzebny przecinek, na zewnątrz widać było jedynie światła ulicy. Biuro zdążyło opustoszeć, zostało zaledwie kilka osób, w tym woźny i sprzątaczka, którzy właśnie rozpoczynali swoją zmianę.

Hugh wziął plik dokumentów i powłócząc nogami, udał się do biura Carsona. Jego szef już dawno wyszedł z pracy, ale Yvette jeszcze siedziała przy swoim biurku.

— Skończyłem. Możesz przekazać te teksty Carsonowi, kiedy znowu się z nim zobaczysz — powiedział mężczyzna.

— Połóż tutaj — wskazała ręką miejsce. — Długo dzisiaj pracowałeś.

— Kocham swoją pracę i chcę jej poświęcać każdą wolną sekundę — powiedział z przekąsem Hugh.

— Tak, wszyscy ją kochamy — zaśmiała się Yvette. Hugh nie dowierzał własnym oczom. Właśnie sprawił, że Yvette Morrison uśmiechnęła się.

— Do twarzy ci w tym.

— W czym? W tym? — zapytała kobieta, dotykając naszyjnika w kształcie motyla.

— To prezent od Harveya.

Namiastka dobrego humoru, jaką miał Hugh, właśnie została rozdeptana jak mały insekt.

— Chodziło mi o twój uśmiech — rzucił sucho mężczyzna, po czym bez pożegnania wyszedł z biura Yvette.

Cały tydzień był naprawdę parszywy, ale był dopiero piątek. Jeszcze dużo rzeczy mogło się wydarzyć przez dwa dni. Hugh z pełną świadomością tego faktu, zamiast pojechać metrem prosto do domu, postanowił przejść się do baru. Po drodze nie zwracał uwagi na mijających go ludzi, tak samo, jak oni nie zwracali uwagi na niego. Delikatna mżawka padała z nieba, pokrywając wszystko i wszystkich wilgotną powłoką. Hugh związał mocniej połacie swojego płaszcza, gdyż zaczął wiać nieprzyjemny, chłodny wiatr. Shirley’s Hut, cel wędrówki mężczyzny, był jedną przecznicę dalej. Hugh przyspieszył kroku, ponieważ chciał jak najszybciej znaleźć się w ciepłym i przytulnym na swój sposób barze. Unosząca się tam warstwa dymu działała uspokajająco, a dźwięki wydobywające się z szafy grającej koiły nerwy i wprowadzały w dobry nastrój.

— Halo, proszę pana! Czy może mi pan pomóc? — usłyszał Hugh. Nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę z bezdomnym i tłumaczenie mu, że nie ma pieniędzy, nosi przy sobie tylko kartę, nie ma czasu i na inne kity, które zazwyczaj wciska się żebrakom. Niestety tym razem nie miał żadnego wyjścia, bo właściciel głosu złapał go za ramię.

— Może mnie pan nie dotykać?! — krzyknął Hugh z obrzydzeniem. Wyobrażał sobie stojącego za nim brudnego, śmierdzącego, zarośniętego i zawszonego faceta, a tymczasem okazało się, że jest to tylko starszy pan, całkiem przyzwoicie ubrany i na pewno niewyglądający na żebraka.

— Proszę mi wybaczyć, ale odniosłem wrażenie, że jeśli pana nie złapię, odejdzie pan, a naprawdę potrzebuję pańskiej pomocy.

— Przecież jest wkoło tak wiele osób, których może pan poprosić o pieniądze. Ja niczego panu nie dam. Nie noszę drobnych przy sobie.

— Oprócz pana nikt nie zareagował na moje wołanie. Nie chcę pieniędzy. Mam do przeniesienia kilka ciężkich rzeczy i sam nie dam sobie rady. Przyda mi się pomocna dłoń kogoś tak młodego i dobrze zbudowanego jak pan — powiedział staruszek. Beret na jego głowie przekrzywiony był w prawą stronę, nadając mężczyźnie groteskowego wyglądu.

— Nie mogę, spieszę się — odpowiedział Hugh.

— Odwdzięczę się — obiecał siwy mężczyzna.

Hugh spojrzał na staruszka zmęczonym wzrokiem i od razu wiedział, że trochę czasu minie, zanim napije się wymarzonego drinka. Mężczyzna proszący go o pomoc wydawał się naprawdę drobny. Jego przygarbiona sylwetka przypominała dzwonnika z Notre-Dame, a łatany w wielu miejscach płaszcz nie wyglądał na zbyt ciepły. Kolejną wadą Hugh było to, że nie umiał odmawiać. Pewnego dnia wprowadzi go to do grobu.

— Co pan chce przenieść i gdzie? — zapytał Hugh. Oczy staruszka natychmiast rozjaśniły się iskierką radości, a zmarszczki na twarzy jeszcze bardziej pogłębiły się od uśmiechu.

— Za tym budynkiem stoi mój samochód. Otwieram tutaj sklep z lalkami i muszę je przenieść do środka. Niektóre naprawdę dużo ważą.

— Nie traćmy więc czasu — odpowiedział Hugh, po czym podążył za staruszkiem. W ciemnej alejce stał stary Chevrolet Impala z ‘67 roku. Czarna karoseria połyskiwała w przytłumionym świetle ulicznej latarni, a krople deszczu na całym samochodzie wyglądały jak tysiące małych oczu wpatrujących się w Hugh. Mężczyzna miał wrażenie, że spogląda w uśpioną, czuwającą bestię.

— Wow. Super auto. Wygląda jak nowe — powiedział, obchodząc samochód.

— To dlatego, że dbam o nie jak o własne dziecko. Niestety nie mam nikogo oprócz mojej Impali i lalek. To moja rodzina — odpowiedział dziadek, otwierając bagażnik.

Hugh zajrzał do środka a jego oczom ukazały się lalki przeróżnej wielkości. Były tam dwie torby z małymi figurkami przedstawiającymi zwierzęta oraz lalki wielkości trzyletnich dzieci. Było to trochę przerażające, ale najdziwniejsze znajdowało się na tylnym siedzeniu auta.

— To do mojej nowej kolekcji. Wszystko wykonuję własnoręcznie, a lalki tej wielkości będą ewenementem. Mam nadzieję, że ludzie przyjmą je z równie wielkim entuzjazmem, co ja — powiedział dumnie staruszek.

Otóż na tylnym siedzeniu wspaniałej Impali znajdowały się dwie lalki o wzroście dorosłych osób. Ich podobieństwo do ludzi było zdumiewające. Jedynym, co zdradzało ich sztuczność, były pomalowane twarze. Farba użyta do ich pokrycia była nałożona zbyt wieloma warstwami, przez co — zamiast prawdziwej twarzy — tworzyła sztuczną maskę. Cóż, może dziadek dobrze rzeźbił w drewnie, ale malarz był z niego kiepski.

— Robią wrażenie, naprawdę — wydusił z siebie Hugh.

— To co, bierzemy się do roboty czy będziemy tak stali? Podobno ci się śpieszy — rzucił siwiejący mężczyzna.

— Tak, tak. Oczywiście.

— Tylko uważaj. Te są bardzo ciężkie i nie ma szans na zgięcie kolan lub rąk. Są wykonane z jednej, zbitej bryły materiału.

— O mój Boże! — wysapał Hugh, próbując wyciągnąć lalkę z siedzenia. — Ile to waży? Z czego to jest zrobione?!

— A nie mogę ci tego chłopcze powiedzieć. To mój wielki sekret. Zdradzę ci jedynie, że takiego materiału używam tylko ja. Robię, co mogę, by moje lalki oddawały rzeczywistość w stu procentach.

— Nie widać tego po ich twarzach — mruknął cicho Hugh, ale staruszek i tak go usłyszał.

— To prawda, zgadzam się. Ale zastanów się. Gdybym malował ich twarze tak, jak naprawdę wyglądają ludzie, czy wtedy ktoś by je kupił? Człowiek idzie do sklepu z lalkami nie po to, żeby kupić drugiego człowieka, a lalkę. Te twarze przypominają, że są to jedynie lalki i nic więcej. Inaczej wyglądałyby jak trupy — głos staruszka stał się cichy i posępny, lecz po chwili powróciła jego energiczność i uśmiech. — A ja przecież otwieram sklep z zabawkami, nie dom pogrzebowy.

W tym miejscu dyskusja się skończyła. Hugh czuł się trochę nieswojo w towarzystwie zwariowanego staruszka. Coś w jego uśmiechu powodowało, że po plecach młodego mężczyzny przebiegał dreszcz. Hugh miał wrażenie, że starszy pan miał naprawdę nie po kolei w głowie, a jak wiadomo, wariaci są nieprzewidywalni.

Po przeniesieniu wszystkich zabawek na zaplecze sklepu, obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą. Mimo chłodu panującego na zewnątrz, Hugh zdążył porządnie się zgrzać.

— Dawno nie widziałem takiego młodego człowieka, który ma sprężystość w kroku, grację w ruchach i tak smukłą sylwetkę. Nie za chudy, nie za gruby, lecz w sam raz — powiedział staruszek.

— Dziękuję…? — rzucił Hugh. Przez myśl mu przemknęło, że starszy pan może być gejem, któremu wpadł w oko.

— Nazywam się Matt, gdyby to cię zainteresowało. A ty jesteś?

— Hugh. Hugh Stowell. Chętnie bym został i pogawędził — skłamał — ale niestety muszę biec do domu. Mój kot nie lubi, kiedy zbyt długo jest sam.

— Tak, tak. Oczywiście — powiedział w zamyśleniu staruszek. Milczał przez kilka długich sekund, ale po chwili jego oczy znów rozbłysły tym dziwnym blaskiem, zupełnie jakby mężczyzna gdzieś zniknął. Trwało to tylko chwilę i szybko wrócił do swojego ciała. — Obiecałem, że się odwdzięczę. Poczekaj momencik, Hugh.

Staruszek zniknął w głębi sklepu. Młody mężczyzna został sam. Cóż, nie do końca, ponieważ otaczały go lalki. Hugh czuł na sobie ich martwe spojrzenia, co przyprawiało go o gęsią skórkę. Przez moment miał wrażenie, że słyszy ciche pomrukiwanie, ale natychmiast zrzucił to na swoją bujną wyobraźnię i okoliczności, w których się znalazł. Mężczyzna zaczął się niecierpliwić nieobecnością staruszka.

— Panie Matcie? Ja naprawdę muszę iść. Nie musi mi pan nic dawać, pomaganie nie kosztuje — krzyknął Hugh w pustkę, w której rozpłynął się zwariowany lalkarz.

— Już, już! Momencik. Gdzie to jest… Aha! Znalazłem!

Chwilę później staruszek wyłonił się z mroku, niosąc ze sobą butelkę złocistego płynu. Samo szkło zaś było bardzo zakurzone, a plakietka niemal nie do odczytania.

— To najlepsza istniejąca szkocka, rocznik 1960.

— Whisky? Ja nie pijam whisky, naprawdę nie trzeba…

— Posłuchaj mnie chłopcze, jako starego i mądrego człowieka. Nigdzie nie znajdziesz lepszego alkoholu. To magiczny płyn. Wystarczy jeden łyk, żeby pozbyć się wszystkich problemów. Chyba, że po alkoholu lubisz się rozbierać. Wtedy nie radzę spożywać tego poza domem. Nie mam jak inaczej ci się odwdzięczyć. Pieniędzy dać nie mogę, bo nie stać mnie na to, a ja sam tego nie wypiję, choć bardzo bym chciał. Mój lekarz wyraził się jasno — jeszcze jedna kropla alkoholu i będę wąchał kwiatki od spodu. Niespieszno mi do tej zimnej dziury, więc proszę, przyjmij tę butelkę jako wyraz mojej wdzięczności. Jeśli jej nie weźmiesz, poczuję się bardzo urażony.

— Dobrze, wezmę to. Dziękuję bardzo, a teraz naprawdę muszę lecieć — powiedział Hugh, po czym prędko opuścił zatęchłe zaplecze sklepu. Matt odprowadził go wzrokiem.

— Tak, nie za chudy, nie za gruby, lecz w sam raz… — rzekł staruszek, poklepując głowę lalki-dziecka, stojącej tuż obok niego.

3

Hugh siedział przy stole, wpatrując się w butelkę whisky stojącą naprzeciwko. Coraz bardziej nęciło go, by odkręcić korek i poczuć w ustach smak, którego przecież nie cierpiał. Wolał delikatniejsze alkohole, bo do tak mocnych miał zwyczajnie zbyt słabą głowę. Oczywiście, chciał napić się w barze u Shirley, ale kiedy dotarł na miejsce okazało się, że lokal jest w tym dniu zamknięty. Były inne bary, ale mężczyźnie odechciało się kolejnych kontaktów z ludźmi, więc z butelką pod pachą wrócił do swojego ciasnego mieszkanka.

Pomieszczenie, w którym znajdował się Hugh było jadalnią, kuchnią i salonem w jednym. Tuż obok znajdował się mały pokój, który służył za sypialnię i garderobę. Łazienka była mała i wyglądała równie depresyjnie, co reszta mieszkania. Hugh raczej nie dbał o czystość w taki sposób, w jaki wychowała go matka, ani nie przykładał większej uwagi do wystroju. Większość czasu i tak spędzał w pracy, więc mieszkanie służyło mu tylko do spania. Jack tak naprawdę nie był jego kotem, a jakimś dachowcem, którego Hugh dokarmiał i zostawiał mu otwarte okno z łazienki. Mężczyzna dbał o zwierzaka jak prawowity właściciel i czuł nawet do niego przywiązanie. Miał jednak wrażenie, że kot wykorzystuje jego ustępliwość i pomieszkuje u niego, bo tam mu wygodnie.

Dlaczego Hugh postanowił się napić? A to dlatego, że w drodze do domu wdepnął w gówno. Tak po prostu, rozkwasił śmierdzącą kupę na śmierdzący placek. Nigdzie w pobliżu nie było trawy do wyczyszczenia buta, a krawężnik nie do końca się sprawdził, więc Hugh przyniósł smród ze sobą. Wyczyścił obuwie, ale miał wrażenie, że nieprzyjemny zapach już wrósł w jego but i ten już na zawsze będzie cuchnął psim gównem. Ten mały incydent przelał czarę goryczy, wszystko wykipiało z mężczyzny, jak woda gotująca się w garnku. Hugh nie był typem, który agresywnie uzewnętrzniał swoje emocje. Wolał po cichu posiedzieć w swoich czterech ścianach i utopić smutki w butelce. Przypomniały mu się słowa Matta, szalonego lalkarza — jeden łyk złotego napoju, a wszystkie smutki znikną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie