E-book
Bezpłatnie
Postrych

Bezpłatny fragment - Postrych

Antologia opowiadań grozy


5
Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-880-8

Pobierz bezpłatnie

Król lasu

1

— Paul, nie zostawiaj mnie tutaj. On za chwilę może się zjawić. Nie chcę go oglądać. Boję się.

— Przestań, Connor. Pokaż, że masz jaja. Mnie nie musisz niczego udowadniać, bo wiesz, że bardzo cię lubię. Ale reszta robi sobie z ciebie żarty. Mają cię za zwykłego mięczaka. Pokaż im, że jest inaczej. Zrób im na złość.

— Ale stary Fletcher…

— On nie żyje. Zmarli nie zrobią ci krzywdy. Po prostu wytrzymaj tutaj jedną noc. Jak tylko wstanie słońce, przyjdziemy po ciebie. Masz ze sobą wszystko: latarkę, jedzenie, śpiwór, zapalniczkę, książkę. Dasz radę. Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku.

— Paul!

— Muszę już iść, wołają mnie. Nie daj się strachom. Pamiętaj, duchy nie istnieją.

Piętnastolatek zostawił swojego młodszego kolegę, po czym poszedł do reszty znajomych. Był zbyt daleko, by usłyszeć szept Connora.

— Zginę tutaj.

***

Paul obudził się w mokrym łóżku. Najpierw myślał, że pod kołdrą jest po prostu gorąco, ale kiedy dotknął ręką krocza, wiedział, że się zsikał. Kolejny raz w tym miesiącu. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. Siostra Annie na pewno nie będzie zadowolona z tego powodu, ale z drugiej strony na co mogła liczyć, kiedy podejmowała pracę w Green Point? Tutaj ludzie nie przeżywają spokojnej starości, oni po prostu czekają na śmierć w miarę przyjemnym miejscu. „Gówna i siki to tutaj chleb powszedni, żadna nowość”, pomyślał Paul. Staruszek nie miał zielonego pojęcia, skąd wziął się u niego taki sen. Dlaczego teraz, po tylu latach, przyśnił się mu Connor? Paul miał wrażenie, że tamte wydarzenia miały miejsce w zupełnie innej epoce. Mężczyzna nie czuł żadnej więzi z piętnastoletnim chłopakiem, którym wtedy był. Wyparł z siebie wszystko, co było związane z latem czterdziestego ósmego roku. Po co miał na ten temat rozmyślać, skoro nie stało się wtedy nic dobrego, nic wartego zapamiętania. Paul był już za stary, żeby wspominać przykre chwile.

— Pobudka! — krzyknęła Annie, odsuwając zasłony w pokoju staruszka. — Masz gości.

— Tak wcześnie? — zapytał staruszek.

— Paul, spałeś prawie do dwunastej! Nie chciałam cię budzić, bo tak rzadko się wysypiasz… Zaraz podam śniadanie, przebiorę cię i zawołam gości.


— Poczekaj. Zanim ktokolwiek tu przyjdzie… Miałem małą awarię.

— Tylko nie mów, że znowu zmoczyłeś łóżko — warknęła Annie.

— Mówienie o tym jest dla mnie tak samo nieprzyjemne, jak dla ciebie zmienianie mojej obsikanej pościeli. Dlatego proszę, daruj sobie kąśliwe komentarze. Starość i niedołężność są dla mnie wystarczająco upokarzające — powiedział mężczyzna zmęczonym głosem.

— Och, Paul. Nie myśl sobie, że wszystko ujdzie ci płazem tylko dlatego, że masz osiemdziesiąt pięć lat. Starzy ludzie zachowują się jak dzieci — westchnęła pielęgniarka.

— Jesteś bezczelna — rzucił Paul.

— A ty stary i zmierzły.

— Masz szczęście, że lubię cię za twoją szczerość, Annie.

— A ty masz szczęście, że lubię cię za twoje poczucie humoru. Inaczej leżałbyś w tych sikach cały dzień.

— Jesteś urocza jak zwykle.

Pielęgniarka odpowiedziała Paulowi uśmiechem, po czym zabrała się za przygotowanie mężczyzny do przyjęcia gości. Zawołała dwie salowe, którym nakazała zmienić brudną pościel, a sama rozpoczęła mycie staruszka. Paul już dawno przestał stresować się tym, że obca kobieta ogląda go nago. Annie już tyle razy dotykała jego jaj, że w zasadzie była już członkiem jego rodziny.

— Kto przyszedł mnie odwiedzić? — zapytał Paul, podczas gdy pielęgniarka myła jego pachy.

— Twój wnuczek, Stephen.

— To mój prawnuk. Mój Boże, ale jestem stary. Ale poczekaj… — zamyślił się Paul — Stephen chyba nie zjawił się tutaj sam? — Jego prawnuk miał milion pomysłów na minutę, a większość z nich nie należała do najroztropniejszych.

— Oczywiście, że nie. Owen z nim jest. Małemu bardzo zależy na spotkaniu się z tobą.

— Niech przyjdzie już teraz — rzekł Paul.

— Ale nie jadłeś jeszcze śniadania.

— Szlag jasny z tym niby-śniadaniem! Obrzydliwa papka! — wykrzyczał staruszek. — Wybacz, nie chciałem…

— Jeszcze raz się tak zachowasz i wierz mi, cholernie zatęsknisz za tą papką — warknęła pielęgniarka, kończąc mycie Paula. Chwilę po jej wyjściu w sypialni zjawił się wnuk mężczyzny z synem. Staruszek od razu zauważył, że coś trapi chłopca. Szeroki uśmiech i iskierki w oczach zniknęły, a na ich miejscu pojawiło się przygnębienie.

— Cześć, dziadku. Wybacz, że tak znienacka cię odwiedzamy, ale Stephen nie jest dzisiaj sobą — powiedział Owen. — Uparł się, żeby do ciebie przyjechać i nie było siły, żeby go powstrzymać.

— Nie ma problemu, przecież wiecie, że zawsze z utęsknieniem czekam na wasze wizyty — stwierdził Paul, po czym zwrócił się do prawnuka, mierzwiąc jego włosy. — Co się stało, wielkoludzie?

— Od dwóch dni plecie o jakimś rogatym stworze z lasu. Może tobie uda się go przekonać, że potwory nie istnieją — rzekł Owen. Paul na tę wzmiankę poczuł, jak oblewa go zimny pot. Z trudem przełknął gulę rosnącą w jego gardle. Całkowicie o nim zapomniał. Najpierw sen z Connorem, a teraz to… Kiedy mężczyzna spojrzał w oczy chłopca, dostrzegł w nich czyste przerażenie. Wiedział, że Stephen nie kłamał.

— Owen, możesz pójść do siostry Annie i poprosić ją o śniadanie? Powiedz, że jestem strasznie głodny, i że przepraszam. Talent do przekonywania odziedziczyłeś po swoim ojcu wykorzystaj go tak, żeby ta kobieta nie napluła mi do owsianki. Wierz mi, że jest do tego zdolna.

Kiedy jego wnuk zniknął z pola widzenia, Paul nieudolnie wziął Stephena na kolana i poprosił, by opowiedział dokładnie, co widział. W zasadzie to chłopiec sam wspiął się na łóżko pradziadka. Mężczyzna mógł dźwignąć zaledwie kubek z herbatą, i to w dodatku zimną, żeby się nie oparzyć.

— Dziadku, to było straszne! Poszedłem sobie nad staw, wiesz, ten niedaleko twojego domu, żeby puszczać latawiec. Tam mało kto chodzi i nikt nie przeszkadzał mi w zabawie. Pogoda była w sam raz, więc szło mi naprawdę nieźle. I wtedy z lasu wyłonił się ten potwór. Najpierw myślałem, że to jeleń, bo miał takie wielkie rogi. Później zobaczyłem brodę i nos, i oczy. Zaśmiałem się i zawołałem: Fajne przebranie! Ale ten ktoś w krzakach tylko na mnie patrzył, nic nie odpowiedział, nawet się nie uśmiechnął. Potem zobaczyłem jego nogi. Dziadku, on nie miał nóg! To były same kości… — Chłopiec rozpłakał się, mówiąc ostatnie słowa. Paul przytulił prawnuka z czułością, zatapiając twarz w gęstych włosach chłopca. — Wiem, co widziałem, dziadku! Ja nie kłamię!

— Wierzę ci, kochany. Wierzę ci na słowo. Ja też bałem się tego pana, ale wiesz, kiedy przestałem? Gdy uświadomiłem sobie, że on nigdy nie wychodzi z lasu. Dopóki sam nie wejdziesz między drzewa, nic ci się nie stanie — powiedział Paul. Do jego uszu dobiegł odgłos zbliżających się kroków. To Owen. Nie mógł przy wnuku drążyć tego tematu, dlatego musiał się spieszyć. — Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, Stephenie. Jeśli kiedykolwiek ponownie ujrzysz tę postać, po prostu odwróć się i zmykaj do domu. Nie musisz się go bać, bo on nie zrobi ci krzywdy, o ile się do niego nie zbliżysz. I pod żadnym pozorem nie wchodź sam do lasu, a przede wszystkim do starej leśniczówki, która chyba jeszcze stoi. Zrozumiano? Obiecuję ci, że włos z głowy ci nie spadnie, ale postaraj się zapomnieć o tej całej sprawie. Jeśli nie będziesz o nim myślał, to on o tobie też zapomni i już ci się nie pokaże.

— Dobrze dziadku, postaram się. Chyba idzie tata!

— Tak. Niech ta rozmowa będzie naszym sekretem, dobrze? — szepnął Paul.

— Okej, dziadku — powiedział Stephen i strach zniknął z twarzy chłopca jak ręką odjął.

— O czym rozmawialiście? — zapytał Owen, niosąc ze sobą miskę ciepłej owsianki.

— My… — mruknął Stephen, głośno przełykając ślinę. Spojrzał niepewnie na swojego dziadka i oczami błagał o ratunek.

— Wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy — dopowiedział Paul z tajemniczym uśmiechem. Owen postanowił nie drążyć tematu i zaczął rozmowę z dziadkiem o przyziemnych, prostych sprawach. W rozmowie dorosłych nie ma miejsca dla potworów, duchów czy innych zjaw. Dorośli nie wierzą w takie rzeczy. Paul też przestał, ale tego dnia skarcił siebie za niedowiarstwo. To, że przestajemy wierzyć w potwory, wcale nie oznacza, że one przestają istnieć.

2

Paul nie chciał, by Owen i Stephen wychodzili. Rzadko się widywali, ale przecież nie mógł ich zatrzymać u siebie na zawsze.

— Powinienem się cieszyć, że jeszcze pamiętają o takim relikcie — powiedział staruszek do siebie, gdy już siedział w salonie. W tym miejscu wszyscy rezydenci domu starców Green Point spędzali wolny czas. Spędzali — to znaczy zazwyczaj siedzieli i pierdzieli w swoje ulubione krzesła. Z niektórymi dało się jeszcze porozmawiać, ale większość już żyła w swoim świecie.

Za oknem padał deszcz. Wcześniej musiało być naprawdę ciepło, bo ziemia aż parowała. Kilka samochodów stojących na parkingu należało do personelu. Rzadko kiedy były tu tłumy. Parę osób na tydzień to już był wyczyn. Tuż za parkingiem zaczynał się las, który ciągnął się aż do głównej drogi. W pogodne dni pielęgniarki lub wolontariusze zawozili niedołężnych starców do parku obok ośrodka, żeby ich samopoczucie się polepszyło. Niektórym to pomagało, ale na większości nie robiło to żadnego wrażenia.

— Jak tam, przystojniaku? Dostrzegłam cię z końca sali i nie mogłam się powstrzymać. Musiałam podejść i zagaić rozmowę. Kto wie, może to będzie wielka miłość? Wyobraź to sobie, ja i ty razem przez życie — rzekła starsza kobieta z balkonikiem, podchodząc do Paula. Czas wyraźnie poorał jej twarz tysiącami zmarszczek, ale nie ujmowało to jej uroku, wręcz przeciwnie. Mężczyzna często rozmyślał o niej, szczególnie kiedy był sam w pokoju. Gdyby tylko miał te piętnaście lat mniej i trochę więcej wigoru w lędźwiach, to ona również cierpiałaby na bezsenność.

— Witaj, Rosie. Wyglądasz olśniewająco, jak zwykle — mruknął Paul.

— Skoro „jak zwykle”, to czy powinnam się cieszyć? Uznać to za komplement? A może się wściec, że popadłam w monotonię?

— Do licha, Rosie. Wiesz, co mam na myśli — warknął ostrzej, niż zamierzał staruszek.

— Oj, ktoś tu jest nie w sosie. Co się stało? — zapytała starsza kobieta, siadając naprzeciw Paula.

— Nic takiego.

— Przecież widzę. Siedzisz tutaj struty jak szczur w piwnicy. O co chodzi? Jakieś problemy ze zdrowiem? Jeśli w tym wieku można mówić o zdrowiu…

— Miałem dzisiaj gości. Owen i Stephen do mnie przyszli. Brakuje mi ich na co dzień. Ogólnie brakuje mi mojej rodziny. Kiedyś, gdy moja żona jeszcze żyła, a ja byłem w stanie sam podetrzeć sobie tyłek, byli w naszym domu co tydzień. W każdą niedzielę zjeżdżały się wszystkie moje dzieci, wnuki i prawnuki. Tymczasem teraz mam wrażenie, że wcale o mnie nie pamiętają.

— To nie tak, Paul. Po pierwsze, żyjemy teraz w takim świecie, że ludzie nie mają na nic czasu. Te wszystkie telefony, komputery i inne badziewia tylko pogarszają sprawę. Ludzie zapominają, jak ze sobą rozmawiać, a przede wszystkim zapominają o tym, jakie jest życie. Oglądają filmy o głodzie, biedzie i śmierci, ale kiedy mają choć przez chwilę w rzeczywistości znaleźć się w ich pobliżu, natychmiast uciekają. Przyznaj szczerze, sam przed sobą, gdybyś ty miał odwiedzić w tym miejscu swojego dziadka, pędziłbyś jak mustang? Czy spieszno byłoby ci do miejsca, w którym ludzie sikają, srają i umierają bez krępacji? My już przyzwyczailiśmy się do odoru śmierci, bo sami zaczynamy tak pachnieć, ale młodzież? Dla nich śmierć to abstrakcja.

— Czasem boję się z tobą rozmawiać. Wpędzasz mnie w głęboką depresję.

— Chodźmy na pięterko, to zapomnisz o wszystkich smutkach — rzuciła Rosie, zalotnie poruszając brwiami. Chwilę później śmiała się tak, że prawie spadła z krzesła. — Oj, chyba za chwilę będę musiała iść zmienić pieluchę.

— Naprawdę nie mam nastroju do żartów — westchnął Paul.

— Właśnie widzę. Jest coś jeszcze, co cię gryzie. Tylko co?

— Ach, nie będę ci o tym mówił. Wyśmiejesz mnie, a ja mam już dość upokorzeń jak na jeden dzień.

— Może tak, a może nie. Opowiedz mi tę historię, to zobaczymy.

Paul popatrzył na przyjaciółkę i wiedział, że ta nie da za wygraną. Przez myśl przemknęła mu ucieczka, ale jego nogi już dawno przestały grać w tej samej drużynie co właściciel. Postanowił więc przedstawić historię, która była koszmarem jego dzieciństwa, a teraz jest koszmarem jego wnuka.

— Dom, w którym się wychowywałem, był w rodzinie od pokoleń, a teraz mieszkają tam Owen i Stephen. Dzisiaj mały opowiedział mi o potworze z lasu. Tym, którego ja też się bałem, gdy byłem dzieckiem. W moim miasteczku krążyła opowieść o Człowieku-Jeleniu.

Rosie posłała Paulowi dziwne spojrzenie, więc mężczyzna od razu wytłumaczył całą sprawę.

— Tak, wiem jak głupio i tandetnie to brzmi, ale ci, którzy go zobaczyli, nie byli w stanie wymyślić niczego lepszego. Częściej mówiło się o nim Fletcher, bo tak miał naprawdę na imię.

— Czekaj — przerwała Rosie — chcesz mi powiedzieć, że Człowiek-Jeleń miał prawdziwe imię?

— Cóż… On nie zawsze był potworem. Słuchaj, Rosie. Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz. Fletcher istniał naprawdę, był człowiekiem z krwi i kości, którego spotkał okropny los i za chwilę ci o tym opowiem. Człowiek-Jeleń to coś… Jakby Fletcher po śmierci, rozumiesz? — zapytał Paul, unosząc nieznacznie dłonie męczone przez artretyzm.

— Chyba tak… — mruknęła kobieta. Z całych sił starała się ukryć rozbawienie. Wiedziała, że jeśli w tym momencie się zaśmieje, to Paul śmiertelnie się na nią obrazi.

— Nie przerywaj mi, to zrozumiesz wszystko. Fletcher był wiejskim głupkiem, który pełnił funkcję leśniczego. Pasowało to wszystkim. Fletcher miał względny spokój w swojej pustelni, a ludzie z miasta nie musieli się nim przejmować. Jak możesz się domyślić, facet był przedmiotem wielu głupich żartów i szyderstw. Wszystkie opowieści o nim znam od moich dziadków, ci byli wtedy nastolatkami. Powiedzieli mi, że Fletcher był prawdopodobnie lekko upośledzony, jakbyśmy to teraz określili. Nie umiał się bronić, a każda obelga bardzo go raniła. Bywało, że reagował agresją, ale nie znał żadnego innego sposobu. Większość ludzi była dla niego tak wredna, że po pewnym czasie stracił zaufanie do wszystkich. Wiesz, jak pies, który zbyt wiele razy był bity i trafiał do schroniska. Kiedy w końcu zjawiał się ktoś, kto chciał mu pomóc, ten natychmiast uciekał. Ludzie przystali na niemy układ pomiędzy nimi a leśniczym, i nikt nie wchodził sobie w drogę. — Paul na moment przerwał, by poukładać myśli w głowie. Już dawno nie wygłaszał tak długiego elaboratu. — Było spokojnie do momentu, kiedy zaczęły znikać dzieci, a później znajdywano ich ciała w lesie, niedaleko domku Fletchera. Nie będę ci opowiadał, co przydarzyło się tym brzdącom, bo jest to zbyt straszne. Oczywiście podejrzenia spadły prosto na tego nieszczęśnika.

Władze nie mogły wydać żadnego wyroku, bo nie miały jakichkolwiek dowodów na jego winę, ale ci naprawdę „upośledzeni” mieszkańcy mojego miasteczka wiedzieli swoje. Pewnej nocy kilku mężczyzn zakradło się do chaty Fletchera i samodzielnie wymierzyli mu sprawiedliwość. Zanim go zabili, znęcali się nad nim psychicznie i fizycznie. Straszyli go, szydzili z niego, bili i wyzywali. Jeden z napastników wpadł na świetny pomysł. Wziął kilka gałęzi i stworzył z nich coś na zasadzie korony cierniowej, jednak niektóre drewniane patyki były dłuższe od pozostałych i wyglądały jak…

— Poroże jelenia — dokończyła Rosie. Paul zauważył, że kobieta słucha go z szeroko otwartymi oczami. Była zafascynowana i przerażona tym, co słyszała.

— Dokładnie. Okrzyknęli go „królem lasu”. Kiedy o tym mówię, nie potrafię pozbyć się smaku żółci w ustach. Nie jestem pewien, w jaki sposób go zabili, ale wiem, że zostawili jego ciało gdzieś głęboko w lesie, żeby zwierzęta zajęły się tym, co pozostało z Fletchera. Jak się później okazało, mordercą był mężczyzna, którzy przejeżdżał przez miasteczko. Zabawił u nas kilka dni, zrobił, co miał zrobić i wyjechał gdzieś indziej. Tam go złapali.

— Nie uważasz tego za dziwne, że wszyscy podejrzewali miejscowego głupka, którego znali od lat, a nie jakiegoś faceta, którego wcześniej nie widzieli na oczy?

— Myślę, że już od dawna szukali pretekstu, by zrobić z Fletchera kozła ofiarnego. W tak małej społeczności i to w dodatku w tamtych czasach bycie „nienormalnym” nie było mile widziane. Może próbowali znosić jego obecność, ale niezbyt im to wychodziło. Zaślepiła ich nietolerancja i skostniałe poglądy.

— Jaka szkoda, że bycie dupkiem było, jest, i będzie akceptowane bardziej niż choroba umysłowa — westchnęła Rosie.

— My nic na to nie poradzimy. Jedyne, co możemy zrobić, to wychowywać nasze dzieci na ludzi pełnych szacunku dla innych, a i to bywa bardzo trudne.

— Dobra, mów co dalej. To jest ciekawsze, niż te mydlane opery, które puszczają na okrągło w telewizji.

— Mało kto zwrócił uwagę na zniknięcie Fletchera, nikt się nim nie przejmował. Zrobiło się o nim głośno kilka lat później. Jacyś starzy myśliwi zarzekali się, że widzieli dziwne zwierzę w lesie. Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że jest to nie kto inny, a zaginiony leśniczy. Nie był jednak zwykłym człowiekiem. Jego ciało było porośnięte mchem, a z nóg zniknęło prawie całe mięso, zostały same kości. Ponoć wyglądał tak, jakby chodził na groteskowych szczudłach. A żeby wszystkiego było mało, z jego głowy wyrastały patyki układające się na kształt poroża. Dosłownie wyrastały.

— O mój Boże. Powiedz, że Fletcher wziął odwet za swoją śmierć i zemścił się na tych dupkach, którzy go zabili.

— Chciałbym, ale życie rzadko kiedy jest sprawiedliwe. Większość morderców dożyło spokojnej starości, nie licząc tych, którzy zapili się na śmierć.

— No i co dalej? Fletcher dalej grasuje? — zapytała kobieta i tym razem dało się słyszeć rozbawienie w jej głosie. Paul spojrzał na nią i przewrócił oczami.

— Możesz się śmiać do woli, Rosie. Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym słuchać w połowie mojej opowieści. Tylko kiedy ja byłem dzieckiem, widziałem go na własne oczy — W tym miejscu Rosie spojrzała na przyjaciela pytającym wzrokiem. Nie przypuszczała, że tak twardo stąpający po ziemi mężczyzna, będzie opowiadał tak niestworzone rzeczy i w dodatku w nie wierzył. Często z kolegami chodziliśmy do tego lasu i naśmiewaliśmy się z całej historii. Z jednej strony nikt nie wierzył, ale z drugiej strony wszyscy byli szczęśliwi, że opowieści pozostały opowieściami. Do pewnego momentu.

— W tym miejscu Paul zawiesił głos i wpatrzył się w rozpościerający się za oknem las. Przez moment miał wrażenie, że coś zobaczył, ale natychmiast skarcił się za takie myślenie.

— Paul! Nie kończ opowiadania w takim momencie! Nawet jeśli nie wierzę w tę paranormalną część historii, to i tak bardzo mnie to ciekawi.

— Przepraszam, zamyśliłem się. I tak bym dokończył, nawet gdybym miał mówić sam do siebie. Widziałem Fletchera po pogrzebie mojego przyjaciela. Siedziałem wtedy przy stawie i wpatrywałem się w las. Nie wiem, chyba chciałem go zobaczyć. Nie musiałem długo czekać. Najpierw usłyszałem szelest, potem zobaczyłem długie, powykręcane gałęzie, a na końcu całego Fletchera.

— Jak? Jak wyglądał?

— A jak myślisz, Rosie? Jak może wyglądać żywy trup?! Opowieści wieśniaków zgadzały się w stu procentach, ale żadna z nich nie oddawała rzeczywistości. Naprawdę był porośnięty mchem i trawą, zupełnie jakby natura uczyniła go swoją glebą. Jakby był częścią ziemi. Patyki nie wyrastały z jego głowy, one były tam wkręcone na siłę. Wbite prosto w mózg. Nogi zaś… mało z nich zostało. Poprzez potargane łachmany i zwisające płaty gnijącego mięsa prześwitywały kości. Nie wiedziałem, czy wymiotować, czy płakać, czy krzyczeć, a może uciekać. Pamiętam tylko, że stałem w miejscu, i z zapartym tchem czekałem na rozwój sytuacji. Fletcher też stał. Nie ruszył się ani o krok. Nie wystawił nosa z lasu. On chyba nie mógł opuścić tego miejsca. Postanowiłem podejść bliżej i wtedy dostrzegłem robaki, które po nim chodziły. Były dosłownie wszędzie — na długiej brodzie, w nosie, uszach, na twarzy, rękach… Ciarki mnie przechodzą, gdy o tym myślę. — Paul wzdrygnął się tak, jakby insekty chodziły także po jego ciele.

— Mogłeś spisać tę historię. Kto wie, może byłbyś równie poczytny co King.

— Nie znam faceta — mruknął Paul.

— Bo starość siadła ci na łeb. Moja wnuczka jest nim zafascynowana, więc wiem o nim praktycznie wszystko. Tak czy inaczej, co zrobiłeś? Zacząłeś z nim rozmawiać?

— Byłem gówniarzem, ale miałem swój rozum. Stałem w bezpiecznej odległości i nie zamierzałem zmniejszać dystansu. Fletcher po chwili sam poszedł. Napatrzył się na mnie, po czym zniknął z powrotem w lesie. Zanim kompletnie straciłem go z pola widzenia, dostrzegłem w jego dłoni coś, co prawie przysporzyło mnie o zawał. Trzymał tam czapkę z daszkiem, która należała do mojego zmarłego przyjaciela, Connora. Doznałem wtedy tak wielkiego szoku, że chyba zemdlałem. Na pewno zemdlałem, bo obudziłem się leżąc na ziemi, a słońce znikało już za horyzontem.

— Co się stało twojemu przyjacielowi? Jak umarł? — zapytała Rose.

— Connor… był dzieckiem o bardzo słabym zdrowiu i w wyniku pewnych komplikacji niestety odszedł. Jest to jednak kwestia na inną rozmowę. Już dość przykrych tematów na dzisiaj, nie sądzisz? — rzekł Paul, patrząc w oczy Rosie. Cieszył się, że ją poznał. Co prawda, nie była ona tak wspaniała jak jego żona, ale była zabawna i nietuzinkowa. Wspaniała kompanka do rozmów w takim miejscu jak Green Point. Rosie nie miała wielkiej rodziny, ale za to bliscy często ją odwiedzali. Kobieta miała w sobie to coś, co przyciągało do niej innych ludzi jak magnes. Trudno powiedzieć, żeby była ulubienicą pielęgniarzy i pielęgniarek. Bardzo często mówiła to, co myśli i nierzadko były to niemiłe słowa, ale przynajmniej nie owijała w bawełnę. I chociaż siadały jej płuca i serce, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, to rozum miała jak najbardziej sprawny. Można z nią było rozmawiać o dosłownie wszystkim i to nigdy nie stawało się nudne.

— Masz rację, kochany. To co, może dla odmiany zagramy w bingo? Ostatnia rozgrywka była zaledwie wczoraj.

— Świetna propozycja — odpowiedział Paul, zapominając całkowicie o historii Fletchera i o śnie z Connorem w roli głównej.

3

Gra pochłonęła rezydentów Green Point aż do samego wieczora. Po kolacji każdy z mieszkańców domu starców udał się do swojego pokoju na odpoczynek. Rosie nie miała ochoty na czyjekolwiek towarzystwo, gdyż wieczorami jej problemy z oddychaniem nasilały się. Przez to kobieta musiała nosić maskę tlenową, a nie chciała, by ktokolwiek oglądał ją w takim stanie. Paul postanowił poczytać książkę o bohaterach wojny secesyjnej. Lektura nie spodobała mu się jednak wystarczająco, dlatego odłożył ją po kilku stronach. W jego pokoju telewizor odbierał tylko dwa kanały, z czego jeden był wyłącznie o polityce, a drugi nadawał na okrągło walki wrestlingowe.

Z braku lepszych rzeczy do zrobienia, Paul położył się do łóżka z nadzieją szybkiego zaśnięcia. Tym razem nie mógł jednak liczyć na spokojny sen. Connor znów go odwiedził, i tym razem nie był sam. Fletcher stał na brzegu lasu, zupełnie jak przed laty, ściskając w dłoni czapkę zmarłego chłopca. Connor zjawił się u boku monstrum, wziął swoją dżokejkę i nałożył ją na łysiejącą głowę. Płaty skóry zwisały z jego ciała jak farba ze ścian opuszczonego domu.. Oczy nastolatka były mętne niczym rozgotowane kluski. Twarz miał siną od braku powietrza. Tak właśnie zginął. Udusił się. Podczas gdy Fletcher stał nieruchomo i wpatrywał się w Paula, który na powrót stał się piętnastoletnim sobą, Connor wyszczerzył usta w przerażającym uśmiechu i zrobił jeden krok naprzód. Potem kolejny. Chwiał się na swoich słabych nogach i sprawiał wrażenie, że lada moment się przewróci, lecz to nie nastąpiło. Paul usłyszał ciche pomrukiwanie wydobywające się ze spuchniętego gardła martwego przyjaciela. Connor był coraz bliżej. Kiedy już miał dotknąć Paula, mężczyzna się obudził.

— Paul, wybacz, że przerywam ci sen, ale jest telefon do ciebie. Ponoć pilna sprawa — powiedziała siostra Annie, potrząsając staruszka za ramię.

— Kto to? — zapytał zaspany Paul.

— Twój wnuk, Owen. Chodzi o Stephena.

Paul natychmiast się rozbudził i z niecodziennym dla niego wigorem, podniósł się do pozycji siedzącej.

— Halo, Owen? Co się stało?

— Cześć, dziadku. Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie umiem uspokoić Stephena. Mały obudził się z krzykiem i postawił na nogi cały dom. Kiedy zapytałem, czy śniło mu się coś strasznego, powiedział, że musi natychmiast z tobą porozmawiać. Nie mogłem go niczym przekonać i razem z Laurą stwierdziliśmy, że jedyne wyjście to telefon do ciebie.

— Owen, możesz do mnie dzwonić nawet nad ranem. Daj mi go do telefonu.

— Halo? Dziadek Paul?

— Tak, kochanie, tu dziadek. Opowiedz, co się stało?

— Miałem znowu straszny sen. Śnił mi się ten potwór z lasu i jakiś chłopak w czerwonej czapce. Powiedział mi, że idzie po ciebie. Że długi trzeba spłacać — chłopiec rozpłakał się na dobre.

— Nie wiem, o co mu chodzi. A ty dziadku wiesz? Rozumiesz coś z tego?

— Chłopiec w czerwonej czapce mówisz… — mruknął Paul. Poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej. — Powiedział coś jeszcze?

— Nie, tylko tyle, że przyjdzie po ciebie. Kim on jest dziadku?

— Nie wiem, kochany — skłamał Paul. — To na pewno był tylko zły sen, nie musisz się niczym przejmować. Pamiętasz, co ci powiedziałem? Że nie masz się czego bać. Obiecałem ci, że wszystko będzie w porządku. Paul starał się być przekonujący, ale sam nie wierzył w swoje słowa. Przecież tamtego pamiętnego lata też złożył obietnicę, której nie dotrzymał. Obietnicę, która kosztowała życie.

4

Kolejny dzień rozpoczął się podobnie do poprzedniego. Annie przyszła obudzić Paula, choć ten nie spał od dobrych kilku godzin. Następnie obmyła go, przebrała, podała mu śniadanie i zaprowadziła do głównego salonu. Rosie już tam była, lecz nie tak roześmiana jak zazwyczaj.

— Jak się czujesz? — zapytał Paul, wiedząc już, co się święci. Rosie wyglądała jak cień samej siebie. Podkrążone oczy mocno wyróżniały się na tle bladej i mocno pomarszczonej twarzy. Każdy jej ruch był pięć razy wolniejszy niż zazwyczaj.

— Jakbym umierała na raka płuc. Wczoraj w nocy myślałam, że zejdę z tego padołu na dobre. Jutro mam wizytę lekarza, jestem ciekawa, co mi powie.

— Nie pozostaje ci nic innego, jak myśleć pozytywnie. Musisz się trzymać, Rosie. Pamiętasz, że czeka nas jeszcze ucieczka z tego miejsca? Ty i ja, razem przez życie — rzekł Paul, posyłając przyjaciółce pokrzepiający uśmiech.

— Tylko ta myśl trzyma mnie jeszcze przy życiu — zaśmiała się kobieta, lecz w mgnieniu oka jej śmiech zamienił się w przejmujący kaszel.

— Dziś znowu pada. A szkoda, bo chciałem cię zabrać na ławkę do parku.

— Paul, tobie zawsze w głowie same perwersje. Nie moglibyśmy pofiglować sobie na ławeczce, bo przyprawilibyśmy połowę naszych współlokatorów o zawał serca.

— Przynajmniej mieliby trochę rozrywki — rzucił Paul i po chwili oboje zaczęli zanosić się śmiechem.

— A co u ciebie? — zapytała Rose — Wyglądasz na wyjątkowo zmęczonego.

— Późnym wieczorem dzwonił do mnie Owen. Stephen miał koszmar i nie chciał rozmawiać z nikim innym oprócz mnie. Śnił mu się Fletcher.

— Biedny chłopiec — westchnęła Rose. — Mam nadzieję, że to nie ty faszerowałeś go tymi strasznymi opowieściami?

— Ja nie, ale pewnie któreś z moich wnucząt.

Po chwili para zauważyła zbliżającą się do nich kobietę. Na oko miała koło trzydziestki. Jasne blond włosy miała ściągnięte w idealnie ułożony kucyk, a wielkie, niebieskie oczy utkwione były w Paulu. Trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje z jej delikatnie umalowanej twarzy, przez co wyglądała na osobę, z którą nie warto zadzierać.

— Przepraszam, czy to pan Paul? — zapytała nieznajoma.


— Tak, to ja. Znamy się? — Paul był zmieszany. Pierwszy raz na oczy widział tę osobę i nie miał zielonego pojęcia, skąd ona zna jego imię. Jedyne, co wydawało mu się znajome w jej twarzy, to lekko zakrzywiony nos. Taki sam miał jego dawny kolega, Travis, z którym od lat nie miał kontaktu. Nie wiedział nawet, czy mężczyzna żyje.

— Nazywam się Sarah, jestem wnuczką Travisa Connella. Dziadek przyjaźnił się z panem w dzieciństwie.

— Oczywiście, że wiem, kto to Travis. Gdy tylko panią zobaczyłem, natychmiast o nim pomyślałem. Macie te same nosy — powiedział Paul z uśmiechem. — Co tam u tego starego pryka? Nie widzieliśmy się chyba z tysiąc lat!

— Dziadek odszedł w zeszłym roku. Zmarł na zawał — odpowiedziała ze smutkiem kobieta.

— Och, tak mi przykro, nie miałem zielonego pojęcia — powiedział Paul. Wieść o śmierci kolegi z dzieciństwa powinna go zasmucić, jednak mężczyzna nie poczuł żadnej pustki. Znał się z Travisem od dziecka, ale ich drogi rozeszły się, gdy każdy z nich pojechał gdzie indziej na studia. Później Paul wrócił do rodzinnego miasteczka, a Travis zamieszkał w innym stanie. Najpierw mieli sporadyczny kontakt, ale po czasie urwał się on całkowicie. Można rzec, że ostatecznie Travis był dla Paula zupełnie obcą osobą.

— Nic się nie stało, wiem, że dziadek nie utrzymywał kontaktów towarzyskich prawie z nikim. Przyszłam do pana w pewnej sprawie… Chodzi o Connora — powiedziała kobieta. Na dźwięk tego imienia, Paul zrobił się blady jak ściana.

— Rosie, czy… czy możesz zostawić nas samych? — zapytał mężczyzna, kierując przerażone spojrzenie na przyjaciółkę.

— Oczywiście, nie ma problemu. Porozmawiamy później — powiedziała Rosie, domyślając się, że coś jest na rzeczy. Nie tylko zachowanie Paula na to wskazywało. Fakt, że staruszka znała historię Connora sprawiał, że dotarła do niej powaga sytuacji.

Kiedy starszy mężczyzna został sam na sam z wnuczką byłego przyjaciela, na moment zapanowała grobowa cisza. W końcu kobieta postanowiła się odezwać.

— Nawet przyjemnie tutaj — rzekła.

— Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Po co tutaj przyszłaś, Sarah? — zapytał Paul dosyć ostro. Kobieta zdziwiła się nagłą zmianą nastroju staruszka.

— Na pewno nie po to, by pana denerwować. Chciałam dowiedzieć się kilku rzeczy o moim dziadku. Nie rozumiem, dlaczego pan tak reaguje.

— Co wiesz o Connorze?

— Nic, dlatego tutaj przyszłam. Mój dziadek pisał dzienniki. W ostatnich zapisanych notesach w jego życiu, często pojawiało się to imię. Mam wrażenie, że dziadek panicznie się czegoś obawiał.

— Opowiedz mi wszystko po kolei — zarządził Paul. Gdyby Rosie siedziała obok, nie poznałaby mężczyzny, z którym do niedawna wesoło gawędziła.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie