E-book
21.84
drukowana A5
57.9
Posłaniec Śmierci

Bezpłatny fragment - Posłaniec Śmierci

Afterlife: Zaświaty. Tom I


Objętość:
370 str.
ISBN:
978-83-8155-780-1
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 57.9

What’s my problem?

Well, I want you to follow me down to the bottom

Underneath the insane asylum

Twenty One Pilots, Neon Gravestones


Take me home where the restless go

Reckless till the day I rest my bones

There’s no use trying to save my soul

Hollywood Undead, Take Me Home


„Vita non tollitur, sed mutatur”

Prolog

Bilet w jedną stronę

Ciemność, która została pochłonięta przez jasność. Nagły błysk, który oślepił jego zmęczone oczy. Iskra, która zapłonęła w mroku. I…

— Smród żelaza?

Wśród głosów tłumu Irlandczyków wybrzmiały słowa chłopaka, który przyglądał się wypadkowi, do jakiego doszło na skrzyżowaniu ulic. Razem z wieloma świadkami wpatrywał się w leżący na jezdni rower nadający się wyłącznie na złomowisko. Tuż obok znajdowało się bezwładne ciało rowerzysty. I może wszystko byłoby kolejną paskudną śmiercią jakiegoś nieznanego mieszkańca, gdyby chłopak nie gapił się…

Na swoje własne ciało.

Emil, patrząc sam na siebie, zaśmiał się ironicznie, drapiąc się po głowie. Wypuścił powietrze z ust i pokręcił głową…

…po czym wydarł się najgłośniej jak potrafił i podbiegł do swojego ciała, próbując się do niego dostać. Wchodził na maskę samochodu i zeskakiwał z niej, obchodził siebie samego wokoło, ale za nic nie mógł ruszyć swojego ciała, a już tym bardziej wejść do środka. Miał gdzieś, czy ktokolwiek był w stanie to zobaczyć.

Ale ludzie nie byli w stanie tego zrobić, z czego zdał sobie sprawę nieco później.

Kiedy wszystkie próby odratowania jego ciała spaliły na panewce, Emil odpuścił. Westchnął ciężko, siadając na murku. Przyglądał się jeszcze stróżom prawa i ratownikom, którzy zgromadzili się wokół miejsca wypadku. Stwierdzili, że zgon nastąpił natychmiast i w sumie… nie ma już czego ratować.

— Boże… Dlaczego go zabrałeś? — westchnęła młoda ratowniczka.

Emil wstał i zachwiał się lekko. Potarł oczy, próbując stanąć na nogi.

Ludzkie sylwetki zaczęły się zacierać. Naszła na nie mgła. Emil potarł twarz, zastanawiając się, dlaczego wzrok nagle mu się pogorszył. Przed jego oczami pojawiły się smugi. Wokół słabo widocznych, ale cały czas ludzkich konturów, dostrzegł jakieś otoczki. Wszystkie osoby, które w tym momencie uznał za żywe, były objęte barwnym konturem, który przyjmował kilka odcieni różnych kolorów. Najbardziej powtarzającym się był zielony. Żółty trafiał się co jakiś czas, zaś czerwony można było zliczyć na palcach jednej dłoni.

Co to miało oznaczać? Czy wokół niego też jest coś takiego? Musiał się przekonać.

Podszedł do jednego z aut i spojrzał w boczne lusterko. Ukazała się przed nim rozmazana postać, lecz tym razem otaczała ją niezwykle świetlista barwa. Dotknął dłonią szyby. Więc… To był on. Ten sam niski osobnik o nieco dłuższych ciemnych włosach z jaśniejszym połyskiem. Zmrużył oczy, by dostrzec ich zielony kolor, kiedy coś mu mignęło.

Co to było, do cholery? Wyglądało jak ogromny nóż…

Wstrzymał oddech, gdy odcięty pukiel jego włosów opadł na ziemię.

To jednak nie był nóż!

Emil odepchnął się od auta, lądując na jezdni, gdy wysoka postać w ciemnej bluzie z kapturem zamachnęła się znowu, chcąc wymierzyć cios potężnym sierpem, który był co najmniej pięciokrotnie większy od standardowego ostrza. Chłopak pokręcił głową, próbując odzyskać równowagę. Przeturlał się na bok i szybko podniósł się z ziemi. Atakujący go osobnik poprawił kaptur tak, by jego twarz była całkowicie skryta w cieniu materiału, jednak przez chwilę widoczne były jego krótkie, ciemne niczym kora włosy.

Emil rzucił się do ucieczki. Kiedy biegł, zaskoczył sam siebie. Jeszcze nigdy tak szybko nie przebierał nogami. Owszem, robił to dość często, miał dobrą kondycję, ale to, co potrafił zrobić teraz… Było nadludzkie! Czuł się jak gepard, lecz nie on gonił swą ofiarę, on był tym gonionym.

Złapał za konar drzewa i zakołysał się, dosłownie lecąc naprzód. Wylądował na dachu jakiegoś budynku, po czym odbił się od jego ściany i skoczył ponownie. Początkowo machał rękami, by złapać równowagę. Gdyby posiadał skrzydła, mógłby latać.

Jego klatka piersiowa poruszała się, ale on sam już nie oddychał. Może ten ludzki odruch powinien teraz zaniknąć…

Zastanawiałby się nad tym nieco dłużej, gdyby pewien napastliwy koleś znowu na niego nie naskoczył. Emil zaczął biec dalej.

— Może moglibyśmy pogadać! Tak byłoby o wiele łatwiej! — krzyczał, kryjąc się przed kolejnymi ciosami. Schował się za rogiem. — Czego ty chcesz, do cholery?!

Wychylił się zza ściany. Kimkolwiek lub czymkolwiek było to coś, chyba nie miało przyjacielskich zamiarów. Zatrzymało się na chwilę, jakby próbowało zlokalizować zaginioną rzecz. Emil nagle zdał sobie sprawę z tego, że skoro on widzi jakieś kolorowe obłoki wokół żywych ludzi, może zmarli też są otoczeni czymś podobnym? Może sam jest widoczny jak na dłoni i wszelkie próby oporu są bezskuteczne?

Nagle usłyszał czyjś głos.

— Niech to szlag! Cały grafik do zmiany.

Emil ruszył naprzód, korzystając z momentu nieuwagi swojego przeciwnika.

Gdyby tylko miał przy sobie nóż…

Szybko przejrzał swoje kieszenie. Pusto. Ale jeśli uda mu się zlokalizować karetkę, która zabrała jego ciało, może go tam znajdzie!

Wbiegł po ścianie najwyższego budynku w okolicy na sam szczyt. Kompletnie zapomniał o tym, że jego wzrok się pogorszył, więc kiedy patrzył przed siebie w poszukiwaniu pojazdu, stracił już wszelką nadzieję na odnalezienie zguby. Jednak szczęście się do niego uśmiechnęło. W oddali zauważył biały punkt, który poruszał się prawdopodobnie w stronę szpitala.

Emil skakał po dachach budynków, cały czas oglądając się za siebie. Nie dostrzegł śladu zakapturzonego napastnika, jednak wcale nie czuł się bezpieczny. Kiedy dogonił karetkę, która stanęła na światłach, przykucnął na obudowie sygnalizacji i policzył do trzech, po czym skoczył, przenikając przez dach samochodu.

Wylądował na jakimś worze, w którym najprawdopodobniej znajdowało się jego ciało. Jeśli nóż został zabezpieczony, prawdopodobnie znajdował się w walizce położonej na podłodze. Emil uśmiechnął się szeroko i już chciał po nią sięgnąć, kiedy samochód ruszył, zaś on sam przewrócił się i wylądował twarzą pomiędzy stopami jednej z ratowniczek.

Kobieta poczuła lekki podmuch wiatru. Odwróciła się w stronę drzwi, po czym wzruszyła ramionami, wracając do robienia notatek.

Nie widziała go. Emil odetchnął z ulgą — albo zrobiłby to, gdyby jeszcze oddychał. Wyciągnął dłoń po walizkę. Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu, nie mógł jej złapać.

Uderzył pięścią w podłogę. Czemu ta sytuacja jest taka zagmatwana…

— No błagam, nie rób mi tego — szepnął.

Może jeśli znowu coś zrobi, uda mu się nakierować oczy kobiety na walizkę i dostanie się do swojego noża.

Zerknął w stronę ratowniczki. W tym momencie skierował uwagę na kolorową otoczkę wokół niej. Żółta. Znaczenie tych kolorów coraz bardziej zaczęło go interesować. Jeśli założy, że zieleń oznacza osobę, która jeszcze pożyje, to… Kobiecie groziło niebezpieczeństwo.

Emil odwrócił się. Coś się zbliżało.

Wstał, idąc w stronę okienka, przez które widoczna była kabina kierowcy. Mężczyznę również otaczała żółta barwa. Chłopak zaczął się poważnie martwić. Spojrzał przed siebie. Na ulicy panował spokój. Prowadzący pewnie trzymał kierownicę i nic nie wskazywało na to, by miało dojść do wypadku. A jednak Emil cały czas miał wrażenie, że coś jest nie w porządku.

W pewnym momencie zauważył ciemną figurę kilkanaście metrów przed maską karetki. Postać pojawiła się znikąd. Uniosła lewą dłoń do góry, trzymając w niej swój gigantyczny sierp.

Emil szerzej otworzył oczy i w tej samej sekundzie gruby kij uderzył o ziemię, sprawiając, że prowadzący ratownik stracił panowanie nad kierownicą, a samochód zboczył z trasy na prawy pas. Emil rzucił się do przodu, wyciągając ręce. Poczuł, że trzyma za kierownicę. Skręcił nią, sprowadzając auto na lewy pas, zaś mężczyzna odzyskał równowagę i zjechał na pobocze.

— Co to było? Trzęsienie ziemi? — spytała przerażona kobieta, kiedy jej kolega zatrzymał auto.

— Nie mam pojęcia! — odparł mężczyzna, ocierając pot z czoła. — Ale żyjemy!

Emil przyjrzał się kolorowym barwom. Żółty powoli zastąpiła jasna zieleń.

Odwrócił głowę, widząc, że podczas tych wstrząsów walizka uchyliła się. Dojrzał w niej swój nóż. Zacisnął zęby i podszedł bliżej. Wyciągnął dłoń.

— Jest! — syknął, podnosząc go. — Dziwne. Zawsze był taki ciężki?

Ratowniczka otworzyła drzwi, wyskakując na zewnątrz. Emil skorzystał z okazji i wyskoczył zaraz za nią, ściskając w dłoni swoją broń.

Widział jeszcze, jak ratownicy obchodzą samochód, poszukując jakichś usterek. Jedyne, co znaleźli, to dojść spore pęknięcie w asfalcie. Chłopak obrócił się jeszcze raz w kierunku swojego martwego ciała i pomachał mu na pożegnanie, po czym skierował się w stronę pobliskiego pola.

Szukał postaci, która pojawiła się przed maską samochodu. Jej obecność wpłynęła na koloryt barwnej aury. Czy była ona odpowiedzialna za śmierć lub wypadki, jakie spotykały ludzi?

Emil zatrzymał się nagle. To wydarzenie miało go wyciągnąć z karetki, prawda?

— Doskonała dedukcja — usłyszał za swoimi plecami. Odwrócił się, jeszcze mocniej ściskając nóż w swojej dłoni. Zobaczył tę samą zakapturzoną postać, która ścigała go, zanim trafił tutaj.

— Czego ode mnie chcesz? — warknął.

— Słuchaj, im szybciej przestaniesz się stawiać, tym lepiej. Mam jeszcze masę innych zleceń do wykonania — odparł osobnik, ostentacyjnie przeglądając kartki jakiegoś notesu. Zaznaczył coś i schował notes do kieszeni bluzy, po czym ścisnął rękojeść swojego sierpa i rzucił się na chłopaka.

Emil wyciągnął nóż przed siebie, broniąc się przed ciosem. Zaskoczyło to jego przeciwnika, który natychmiast się cofnął.

— C-co? Jak to jest możliwe, tego nie ma w statucie, przecież człowiek… — jęknął zakapturzony jegomość.

— Może TO znajdziesz! — wrzasnął chłopak, atakując go w locie. Wojownik uzbrojony w sierp uniknął uderzenia, zaś w powietrzu można było usłyszeć głośny świst.

Emil nie miał zamiaru się poddawać i bronił się przed każdym uderzeniem. Walczyli dość długo. Nie wiedział, jakim cudem mógł utrzymać nóż w dłoniach, ale miał wrażenie, że był on o wiele cięższy i ostrzejszy niż dotychczas, jakby był czymś więcej, niż tylko nożem.

Wojownik z sierpem został odepchnięty na bok i upadł na ziemię.

— Kod 003, potrzebne wsparcie! — wrzasnął nagle, a jego wzrok skierował się ku górze. Emil postanowił wykorzystać tę chwilę i zamachnął się, chcąc wytrącić mu sierp z dłoni. Zanim jednak to zrobił, jego przeciwnik zniknął mu z oczu.

Emil pokręcił głową, rozglądając się dokoła.

— Co jest grane, do cholery? — warknął, ostrożnie poruszając się po ziemi. — Wyłaź!

Cień. Nad jego głową momentalnie otworzyło się coś w rodzaju dziury, z której wyleciał nieprzyjaciel. Emil upadł na ziemię, wypuszczając swój nóż z dłoni. Napastnik stanął przed nim. Miał zamiar zadać mu ostatni cios.

— Kończymy to przedstawienie — warknął, unosząc sierp wysoko. Zamachnął się. Emil zamknął oczy.

Cisza. Nic się nie stało. Chłopak ukradkiem uchylił jedno oko, widząc jak jakiś gruby, krwistoczerwony sznur zatrzymał monumentalny sierp w górze. Po chwili broń została wyrwana z dłoni atakującego. Emil mógł wreszcie zobaczyć jego twarz — był szatynem o krótkich włosach i podłużnej, całkiem życzliwej twarzy.

— Wystarczy, Anthony — odezwał się ktoś. — Teraz my go przejmujemy.

Emil zmrużył oczy, wpatrując się w przybyszów, którzy nagle pojawili się obok. Jeden z nich zwijał właśnie ogromny bicz, którym przed momentem chwycił za sierp. Był wysoki, wyglądał na silnego. Miał na sobie podarty granatowy płaszcz i mocarne buty. Kiedy się odezwał, widoczne stały się jego kły. Oprócz niezwykle ciemnych włosów i oczu posiadał jeszcze głos, który brzmiał tak, jakby jego właściciel miał wszystko w czterech literach.

Drugi osobnik wyglądał jak jego zupełne przeciwieństwo — blond włosy, niebieskie oczy i jasne ubrania. Na szyi miał coś świetlistego, prawdopodobnie jakiś wisiorek.

— W samą porę, chłopaki — odparł Anthony, odbierając sierp z dłoni wysokiego gościa z biczem. — Nie mam pojęcia, co się dzieje, a naprawdę…

— Wyjaśnisz wszystko naszej Katedrze — oznajmił blondyn, mimowolnie wchodząc mu w słowo. — Zjaw się na czas, kiedy zostaniesz wezwany.

Anthony skinął głową i założył kaptur. Chwilę później pobiegł w stronę drzew znajdujących się przy drodze i zniknął za nimi równie szybko, jak się pojawił.

Jasnowłosy przybysz uśmiechnął się, machając mu na pożegnanie, zaś ciemnowłosy posiadacz bicza spojrzał na Emila z góry i uniósł jedną brew, przyglądając się leżącemu obok niego nożowi. Podniósł go, po czym obrócił w dłoniach.

— Ciekawe — mruknął. — Bardzo ciekawe.

Emil podniósł się z ziemi i podszedł do niego, chcąc wyrwać mu nóż z dłoni.

— Co się tu, do ciężkiej nędzy, dzieje?! — warknął, zaciskając pięści.

Przybysze spojrzeli na siebie porozumiewawczo, po czym złapali Emila za ramiona. Jasnowłosy jegomość chwycił za miecz, który miał ukryty za pasem i przeciął powietrze, otwierając coś w rodzaju portalu. Po chwili wszyscy trzej wskoczyli do środka.

Zapanowała cisza. Po polu kicał już tylko zając.

Rozdział 1

A sprawiedliwym zadość uczynić

Emil wylądował na śnieżnobiałej posadzce, witając się z nią czołem. Uniósł głowę i potrząsnął nią lekko, masując swój nos. Myślał, że nie będzie czuł bólu, ale mylił się — stare przemyślenia chyba nie były stosowne w obecnej sytuacji.

Podniósł się i rozejrzał wokół.

Znajdował się w bardzo sterylnej, jasnej windzie. Po jego prawej stronie stał blondwłosy panicz. W jednej dłoni obracał swój wisiorek — jasnobłękitny krucyfiks, drugą cały czas trzymał na lśniącej, złotej rękojeści nieziemskiego miecza. Po przeciwnej stronie znajdował się brunet goliat, który właśnie wciskał jakiś określony szereg cyfr na złoconym czytniku. Winda subtelnie ruszyła w górę.

Emil zmrużył oczy w przypływie irytacji, ale chwilę później otworzył je szeroko, widząc przed sobą coś niezwykłego. Zbliżył się do szyby. Tutaj wszystko było, o ironio, żywsze i piękniejsze. Niezwykły błękit był zachwycająco łagodny i przyjemny, zaś biel chmur rajsko uspokajająca. Bo bokach windy chłopak widział soczyście zielone pnącza pełne najprzeróżniejszych kwiatów, jakich jeszcze nie znał. W dole zauważył jasne istoty siedzące na ławkach, trzymające w dłoniach napoje, niektóre rozmawiały ze sobą w miejscach przypominających kafejki. Na każdym piętrze roiło się od świetlistych sylwetek. W lśniącej wodzie małych sadzawek odbijały się promienie słońca, zaś tęczowe światło migotało wśród szmaragdu roślin.

Emil pokręcił głową, zamykając rozchylone od jakiegoś czasu usta. Co to za miejsce?

— Siódme piętro — oznajmił łagodny głos dochodzący z windy.

Brunet i jego jasnowłosy towarzysz wyszli z windy, ciągnąc Emila za sobą. Chłopak nie mógł stawiać oporu, bowiem uchwyt był niezwykle silny. Poza tym, chyba zapomniał, że potrafi mówić. Czuł się tak, jakby związano mu język.

Wszyscy trzej stanęli przed drzwiami wysokiego, szklanego budynku. Brunet wcisnął jeden z guzików na złotej tablicy. Po chwili Emil wzdrygnął się lekko, bowiem tuż przed nimi pojawił się hologram przestawiający jakiegoś mężczyznę. Przy długim płaszczu miał pęk kluczy. Poprawił okulary i chrząknął lekko, zamykając opasłą aktówkę, którą przed chwilą przeglądał. Emil zmrużył oczy, wpatrując się w neseser. Złotą nicią wyszyto godność posiadacza — Simon Petros.

— Słucham? — spytał po chwili, zerkając na przybyszów.

— Musimy zobaczyć się z Jego Magnificencją — odpowiedział brunet, wskazując głową na Emila. — Paragraf 005, Kodeks Postępowania Ziemskiego.

— Och — mruknął Petros, podejrzliwie mrużąc oczy. — Wejdźcie. Za moment kończę konferencję z Nowo Przybyłymi.

W głośniku rozległ się szum i drzwi budynku zostały uchylone, zaś wizerunek mężczyzny zniknął. brunet otworzył drzwi, każąc Emilowi iść najpierw. Chłopak nie protestował, posłusznie wykonując polecenie.

Podążając długim korytarzem, przyglądał się absolutnie wszystkiemu. Ściany tego budynku były jak świeżo malowane, połyskujące złocistym blaskiem na tle śnieżnej bieli. Kiedy on i dwójka pozostałych chłopaków znaleźli się przed szklanymi drzwiami jakiejś auli, usłyszeli donośny męski głos.

— To tyle, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne. Jakieś pytania? Nie widzę. W takim razie — koniec zebrania.

Z wewnątrz dobiegł szum. Po chwili wrota sali zostały otwarte, a z pomieszczenia wypadł tłum rozgadanych osobników. Gdyby Emil nie został pociągnięty do tyłu, ta gwarna tłuszcza by go stratowała. Jedni pędzili w stronę windy, inni w stronę schodów, a pozostali szli powolnym krokiem w stronę wyjścia.

Kiedy kurz opadł, z sali wyszedł jegomość, który wcześniej ukazał się chłopcom w postaci hologramu.

Mężczyzna obrócił się, widząc chłopaków czekających na niego przy krzaczku w ozdobnej donicy. Przeczesał krótko przystrzyżone włosy.

— Profesorze — zaczął blondyn, kłaniając się lekko.

— Nicholas! Powiedziano mi, że jak zawsze zdałeś egzamin poziomujący wybitnie — powiedział Petros, zerkając na blondyna. — A ty, Jeremy… cudem — dodał, spoglądając na kruczowłosego zza okularów. Ten wzruszył ramionami, okazując tym samym, że nie interesuje go ta wiadomość.

— Może przejdziemy do meritum — westchnął w końcu i pchnął Emila. Chłopak zatrzymał się przed mężczyzną, nie chcąc spoglądać mu w oczy. Profesor poprawił okrągłe okulary i pogładził bródkę.

— Anthony miał się tym zająć, prawdopodobnie jest w posiadaniu akt sprawy — oświadczył Nicholas poważnym tonem. — Przybyliśmy, gdy tylko nas wezwano. Niestety, nie zdążyliśmy odebrać najnowszych dokumentów.

— Rozumiem. Co było powodem niesnaski? — spytał Petros, pocierając czoło.

— To! — mruknął zniecierpliwiony Jeremy, pokazując palcem na Emila. — Gdyby nie jego waleczne nastawienie, nie byłoby sprawy.

— Dlatego Anthony wezwał nas — wtrącił Nicholas z uśmiechem, zanim brunet zdążył powiedzieć coś więcej. — Podejrzewam, że waleczne nastawienie naszego przyjaciela ma związek z Wyborem.

— Daj spokój, przecież takie przypadki zdarzają się raz na kilkanaście ziemskich lat — warknął Jeremy, zakładając ręce na piersi.

— A może to on jest właśnie tym przypadkiem? — odparł Nicholas, podpierając głowę dłonią. — Jak pan myśli, Profesorze?

— Najpierw czeka go postępowanie dyscyplinarne. Zaraz zajrzę do odpowiednich akt, muszę tylko skontaktować się z Zastępcą do spraw Sądów Katedry — zakończył mężczyzna.

Twarz Emila przybrała zaniepokojony wyraz. Postępowanie… dyscyplinarne? Sąd Katedry?

Wpatrywał się w rozmawiających ze sobą osobników, zastanawiając się, czy jest szansa, by wyrwać się z tego miejsca. Postanowił spróbować.

— Nawet o tym myśl, knypku — usłyszał za plecami, po chwili poczuł, jak wokół jego pasa oplata się jakiś sznur. Jeremy pociągnął go w swoją stronę. Emil wisiał teraz nad nim, głową w dół, próbując się oswobodzić. Wyglądało na to, że ten dziwny bicz wykonuje każde polecenie kruczowłosego, a ten za żadne skarby nie chciał zrezygnować z rozrywki.

— Jeremy, na miłość boską, przestań dręczyć tego biedaka — westchnął Petros, poprawiając swój neseser pod pachą. — Chodźcie za mną, Zastępca czeka na nas w Archiwum.

Skinął ręką na Jeremy’ego, który tylko przewrócił oczami. Po chwili Emil znowu gruchnął na ziemię. Podniósł się i poprawił bluzę. Zauważył przed sobą wyciągniętą rękę Nicholasa, który pomógł mu wstać i tym razem nie odstępował na krok.

Kolejny długi korytarz pokryty przeróżnymi obrazami zaprowadził ich przed ogromne, mahoniowe drzwi zdobione jakimiś symbolami. Petros pchnął je lekko, zaś oczom Emila ukazały się olbrzymie regały. Wśród wielu półek krzątał się szczupły mężczyzna o długich, kręconych włosach, niosący w ręku pakiet teczek wypełnionych jakimiś papierami. Kiedy zauważył Petrosa, pomachał mu dłonią.

— Witaj, John — przywitał się mężczyzna. — Potrzebuję informacji na temat zdarzeń sprzed kilku ziemskich godzin.

— Właśnie je sporządzałem. Anthony przysłał mi wiadomość, że coś poszło nie tak, czy to prawda? — spytał Zastępca, zerkając na pozostałych przybyszów. — Momencik.

Zniknął za ladą podłużnego biurka, poszukując czegoś wśród stosów papierów. Kiedy znalazł to, czego szukał, pokazał teczkę Petrosowi.

— Zobaczmy… Irlandia… O, mam! — zawołał Zastępca, przerzucając kartki. Już chciał coś powiedzieć, kiedy jego oczom ukazało się zaktualizowane małe zdjęcie dołączone do akt.

— Wielkie Nieba — jęknął, wpatrując się w zdjęcie w kartotece. Chwilę później uniósł wzrok, zerkając to na Emila, to znowu na akta.

— Co takiego? — spytał Petros, wyraźnie zaniepokojony zachowaniem Zastępcy. Kiedy John pokazał mu akta, Petros wzdrygnął się lekko.

— Co? — spytał, chwytając za akta. — Niemożliwe!

— A jednak! — zawołał Zastępca.

— Faktycznie — mruknął Petros.

— Ale o co chodzi, do diabła? — jęknął Jeremy, błagalnie unosząc dłonie, jakby chciał wesprzeć Emila w jego zakłopotaniu.

— Nicholas, natychmiast zaprowadźcie młodego na trzecie piętro, pokój 77 — wyjaśnił Profesor, zamykając akta. — Ja muszę coś ustalić z Przełożonym i sprowadzić kogo trzeba.

Blondyn ruszył przed siebie, kierując się w stronę windy. Jeremy pokręcił głową i złapał za kaptur Emila, ciągnąc go za sobą.

Chłopak miał już serdecznie dosyć tych tajemnic. Sposób, w jaki go traktowano, nie należał do najlepszych.

Nicholas wcisnął na wyświetlaczu odpowiedni numer piętra, po czym winda w niemal błyskawicznym tempie przeniosła chłopców w wybrane przez nich miejsce.

— Teraz dowiemy się, jaka kara go spotka. To moja ulubiona część programu — mruknął Jeremy, mijając kolejne schodki w poszukiwaniu odpowiednich drzwi.

— Daj mu spokój, Jeremy — skarcił go Nicholas. — Czeka go teraz poważna rozmowa, nie stresuj go dodatkowo. Wybacz nam, proszę — dodał, zwracając się w stronę Emila — że nie przedstawiliśmy ci się wcześniej. To kwestia zasad, które nas obowiązują. Postaramy się naprawić ten błąd. Prawda, Jeremy?

— Mów za siebie.

— Jego Magnificencja jest sprawiedliwy — wtrącił Nicholas, uśmiechając się lekko.

— Nie zapominaj, że to ja jestem tutaj Oskarżycielem — uciął brunet.

Emil spojrzał na nich sceptycznie. Miał nadzieję, że jeśli to wszystko wreszcie się skończy, nie będzie musiał oglądać tych twarzy nigdy więcej.

Wkrótce stanęli przed drzwiami z tabliczką oznajmiającą im, że znajdują się pod pokojem numer 77. Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem „Katedra — Sądy”.

Nicholas zapukał trzy razy, po czym lekko uchylił drzwi.

— Można? — spytał, starając się być jak najbardziej uprzejmym.

— Proszę — rozległ się łagodny kobiecy głos.

Chłopcy weszli do środka. Jeremy zamknął za nimi drzwi.

W pomieszczeniu leciała kojąca muzyka. Oczom Emila ukazała się piękna kobieta siedząca przy biurku. Przeglądała jakieś papiery, co jakiś czas stawiając pieczątki i zostawiając parafki. Jej twarz okalały lśniące, ciemne włosy sięgające do ramion, zaś wspaniała, błękitna suknia podkreślała jej delikatność. Według biurkowej tabliczki, miała na imię Marylin. Chłopak został szturchnięty przez Jeremy’ego, więc ukłonił się lekko. Kobieta skinęła głową, wskazując im miejsca znajdujące się przy wejściu do następnej sali.

— Spokojnie. Niedługo będzie po wszystkim — oznajmiła, zwracając się w stronę Emila. To dziwne, ale jej cudowny uśmiech momentalnie go uspokoił.

W tej samej chwili kolejne drzwi uchyliły się. Stanął w nich Petros.

— Rozpoczynamy posiedzenie Katedry.

Emil został poprowadzony do ogromnej sali, podobnej do tych, w których odbywały się ziemskie rozprawy sądowe. Poczuł, że w gardle staje mu gula. Wiedział już, z kim ma do czynienia.

Jego oczom ukazała się trójka mężczyzn siedzących przy podłużnym pulpicie mosiężnej sekretery. Jeden z nich miał na imię Richard, niewielką brodę i proste włosy okalające twarz o poważnym wyrazie. Towarzyszyli mu nieco młodszy mężczyzna o lekko kręconych włosach sięgających do ramion — Jay — oraz osobnik o imieniu Gary, którego włosy były niemal zupełnie białe, jednak nie oznaczało to starości.

Emil został ustawiony przed barierkami znajdującymi się naprzeciwko zgromadzonych. Rozejrzał się po sali. Petros stanął przed starszym mężczyzną z brodą, podając mu jakąś teczkę. Jeremy usiadł po lewej stronie sali, zakładając ręce na piersi. Nicholas zajął przeciwległe stanowisko, podpierając głowę złożonymi dłońmi. Emil dostrzegł w pomieszczeniu jeszcze kilka osób — poznanego wcześniej Anthony’ego oraz dwie istoty, których twarzy nie mógł ujrzeć. Mężczyzna o ciemnych włosach strzepywał drewniane wiórki, które osadziły się na jego ubraniach. Towarzysząca mu kobieta o kasztanowych włosach spiętych w kok, nerwowo okręcała w dłoni jakiś pędzel. Obserwowali całe zajście zza ogromnej szyby, jednak w żaden sposób nie mogli skontaktować się ze zgromadzonymi na sali uczestnikami procesu.

— Och, na litość… — mruknął Sędzia, zwracając się do Jeremy’ego. — Czemu Sam znowu nie dostarczył mi dokumentów sprzed sześciu nocy? Ja naprawdę nie chcę mu o wszystkim przypominać. Oskarżyciel obecny?

— Owszem — odparł brunet ze spokojem. — W aktach jest upoważnienie Waszej Magnificencji.

Sędzia westchnął ostentacyjnie.

— Dobrze — kontynuował, sięgając po akta chłopaka, które wcześniej przygotowano. — W takim razie…

Chrząknął lekko.

— Niech sprawiedliwości stanie się zadość — orzekł w końcu Sędzia, gładząc się po brodzie. — Otwieram proces postępowania dyscyplinarnego.

Wszyscy wstali, kłaniając się lekko, po czym z powrotem zajęli swoje miejsca. Emil spojrzał na nich z przerażeniem w oczach, zaś Sędzia otworzył akta sprawy i kazał chłopcu podejść do barierek przy mównicy.

— „Emil. Uczestnik ziemskiego programu Życie, trwającego przez dwadzieścia lat. Cnoty: waleczność, wysokie poczucie sprawiedliwości. Wezwany: kilka ziemskich godzin temu. Przyczyna wezwania: śmierć w wyniku wypadku.”

Kiedy mężczyzna skończył recytować wszystkie najważniejsze informacje, które były ogólnodostępne dla członków Katedry oraz pozostałych osobników znajdujących się w sali, spojrzał na chłopaka.

— Zgadza się?

Emil skinął głową. Sędzia wskazał mu miejsce na ławce, po czym kazał Petrosowi wezwać do siebie Anthony’ego.

— Anthony — mruknął mężczyzna, kiedy chłopak zajął miejsce przeznaczone prawdopodobnie dla świadków. — Opowiedz nam o przebiegu zdarzeń.

Anthony skinął głową i dokładnie wyjaśnił zgromadzonym, do czego doszło podczas spotkania jego i Emila. Nie pominął żadnego szczegółu. Kiedy skończył, kazano mu zająć miejsce na widowni.

— Wysłuchamy teraz głosu Jeremy’ego, Oskarżyciela — oznajmił Petros, odwracając się w stronę kruczowłosego. Chłopak wstał i powoli wystąpił na środek sali.

— Zadaniem Strażnika Dusz jest przeprowadzenie Wezwanego na drugą stronę — zaczął, splatając dłonie z tyłu pleców w geście powagi. — Zazwyczaj istota duchowa nie stawia oporu, będąc posłuszną swojemu przewodnikowi. Nadszedł jednak dzień, w którym Anthony musiał zmierzyć się z kimś wyjątkowo niepokornym. — Tutaj Jeremy zrobił pauzę, groźnie zerkając na Emila. — Ten oporny osobnik postanowił złamać fundamentalne prawo Przejścia, wymykając się Strażnikowi. Nie powstrzymał go też zakaz używania ziemskiej broni, kiedy rzucił się na wykonującego swój obowiązek przewodnika. Naraził na niebezpieczeństwo ziemskich ratowników, ukrywając się w ich pojeździe podczas ucieczki.

— Sprzeciw! — wtrącił Nicholas, przerywając monolog Jeremy’ego. — Anthony zaznaczył, że ten wypadek był następstwem jego nieprzemyślanego posunięcia z powodu pośpiechu. W rzeczywistości Emil pomógł wtedy duszom niewezwanym, ratując ich przed zderzeniem z drzewem.

Sędzia zerknął na Anthony’ego, który skinął głową, zgadzając się z przedmówcą.

— Przyjmuję sprzeciw.

Jeremy odwrócił się w stronę mężczyzny i prychnął pod nosem.

— Nie doszłoby do tego, gdyby oskarżony nie próbował uciec, Wasza Magnificencjo — zauważył. — Bunt nie raz doprowadził już do rozłamu. Musimy strzec pewnych zasad, inaczej równowaga zostanie zachwiana.

— Gdyby tylko ktoś się do nich zastosował — mruknął Sędzia. — Przyjmuję oskarżenie.

— Z całym szacunkiem, ale chciałbym zwrócić uwagę na pewne istotne aspekty sprawy — odezwał się nagle mężczyzna o imieniu Jay. — Niematerialna istota była w stanie chwycić za materialną rzecz, po czym skierować auto na właściwy tor. Niespotykana siła woli ocaliła ziemskich ratowników przed błędem taktycznym Strażnika i nieplanowaną śmiercią Niewezwanych. Następnie Emil zabrał ziemską broń i, będąc w stanie nią manipulować, bronił się przed ciosami. Pragnę podkreślić, że z punktu widzenia Księgi Życia Pozaziemskiego jest to absolutnie wykluczone.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 57.9