E-book
15.75
drukowana A5
41.09
Posiedzenie

Bezpłatny fragment - Posiedzenie


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8455-849-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 41.09

Rozdział 1

Pogoda była bardzo miła. Słaby wietrzyk znad lasu przynosił ze sobą w darze dla wszystkich istot żyjących odrobinę wilgoci, co nadawało rześkości powietrzu, a ponadto również miły zapach drzew iglastych, zwłaszcza czarnej sosny, która jest bardzo rzadkim, a równocześnie szlachetnym gatunkiem sosny. Na starej brzozie zielone pączki przyszłych listków urosły jeszcze odrobinę.

Nad miastem krążyły mewy, tego dnia nadzwyczaj nerwowe, bo coraz rzadziej udawało im się upolować coś do jedzenia. Bardzo szybko odzwyczaiły się od szukania pokarmu w wodach Bałtyku, bowiem znacznie łatwiej, przy mniejszym wysiłku i mniejszej ilości traconej energii udawało im się najeść, nażreć, napchać brzuchy do syta dzięki niechlujności ludzi.

Podczas przeładunku pysznych śledzików i szprotek w porcie rybackim robotnicy portowi nie zwracali uwagi na rozsypujące się śledzie po nabrzeżu, na wypadające szprotki ze skrzynek. Jak już skrzynie wypełnione rybami i lekko przysypane lodem ustawiono w stosy w miejscu gdzie miały podjechać samochody chłodnie w celu załadowania towaru, a następnie rozwiezienia po całym kraju do klientów zajmujących się przeróbką ryb w produkty spożywcze, to one stały tam czasami nawet przez godzinę bez jakiegokolwiek nadzoru.

Ileż to mewy miały wtedy używania i radochy podczas napychania sobie brzuchów tymi rybkami. Nie trzeba było nawet szukać najbardziej dorodnych okazów, bo wszystkie one były jakby spod miary wyszły, jak rekruci powołani do wojska, tak śledzie i szprotki wskakiwały do dziobów nawet bez patrzenia, bez przebierania, bez liczenia, bo kto też by zdołał zliczyć wszystkie rybki w mewim żołądku.

Czasami tak się potrafiły nażreć tych frykasów, że potem z trudnością przychodziło im oderwanie się od ziemi i odlatywanie na swoje stałe punkty obserwacyjne w okolicy portu rybackiego, czyli najczęściej na latarnie oświetleniowe, więc z wysiłkiem dolatywały tylko na najbliższy dach budynku i tam siadały by odpocząć i strawić jak najwięcej, a czasami także zwymiotować część śledzików, bo już się nie mieściły w żołądku. Na całe szczęście mewy nie miewają odczucia obrzydzenia czy niesmaku, więc zwymiotowane sztuki z połyskującymi łuskami na grzbiecie można było po chwili skonsumować ponownie.

Ludzie ułatwiają sobie życie produkując produkty spożywcze o łatwej przyswajalności, pozbawione glutenu, albo napoje bez cukru, bo pragną dbać o swoje zdrowie. Wydaje im się, że jak zjedzą produkt niskokaloryczny to odzyskają swój młodzieńczy wygląd i wigor. Naturalnie nie wszyscy dbają o zdrowie, bowiem niektórzy wolą teraźniejszą przyjemność napchania żołądka, nawet jeżeli jest to przyjemność krótkotrwała, niż iluzoryczne obietnice długiego życia w przyszłości. Wszyscy wiedzą, że zdrowe życie nie uchroni przed wypadkiem samochodowym ani napadem, kradzieżą i wieloma innymi nieszczęściami.

Zwierzęta również maja swoje priorytety. Bardziej dbają o napchanie brzucha niż swój wygląd w lustrze, bo nie posiadają lustra. Może za wyjątkiem bardzo zapobiegliwych srok. Natomiast niestrawne pożywienie, wywołujące skurcze żołądka i wymioty, udaje się lepiej strawić za drugim razem.

Były dyrektor urzędu, Amadeusz Kozicki, otworzył pokój na czwartym piętrze budynku, aby umożliwić przeprowadzenie zebrania Klubu Emerytowanych Dygnitarzy „Przeszłość naszą siłą, przyszłość budujemy teraz.” Wszedł i zlustrował pokój. Czysto było, krzesła poukładane równo przy stołach. Nieco duszno, więc uchylił dwa okna dla uzyskania świeżego powietrza.

Pan Amadeusz był długoletnim urzędnikiem. W swoim czasie otrzymał brązową, srebrną i złota odznakę za długoletnią pracę w urzędzie, a później otrzymał również brązowy medal, srebrny medal i w końcu złoty medal za to samo. To były jego stopnie do nieba urzędników, a gdy już się tam znalazł, to dostąpił zaszczytu przebywania w gronie najbardziej zasłużonych urzędników państwowych.

Naturalnie byłoby znacznie lepiej gdyby za otrzymane medale należał się odpowiedni dodatek do emerytury, bo wtedy każdego miesiąca podczas odbierania emerytury można by się cieszyć z otrzymania tych medali, czuć wartość swojej pracy i wszystkich swoich wysiłków w prawidłowym pełnieniu służby. Człowiek miałby dowód materialny, wyrażany w pieniądzach, że jego praca miała sens, że jego służba przyniosła oczekiwane wyniki nie tylko obywatelom, innym ludziom, ale również jemu samemu.

Tymczasem władze kraju, czyli ustawodawcy, a więc posłowie i senatorowie, postanowili zlikwidować dodatki do emerytury za odznaczenia tylko po to, żeby nie zmieniać ubezpieczeniowego charakteru emerytury. Czyli władze państwa uznały, że nie jest istotny sposób pełnienia służby ani jej jakość, nie jest istotny dorobek urzędnika ani jego zasługi, bo liczy się tylko i wyłącznie ilość płaconych składek. Tak właściwie to nie wiadomo po cóż w takim razie przyznawać jakiekolwiek medale i odznaczenia. Chyba po to aby przez chwilę celebrować uroczystość, jaśnieć, błyszczeć blaskiem medalu podczas jego wręczania jakiejś wrednej i miernej urzędniczynie, pozować do fotografii, uśmiechać się pełną gębą i liczyć na to, że ten nagrodzony burak nadal będzie rzetelnie pracował i być może znowu da okazję do jego nagradzania i przy tej okazji błyszczenia przed fotoreporterami, a może również do zjedzenia darmowego posiłku i napicia się szampana.

Jednakowoż dostęp do elitarnego grona wysokich urzędników państwowych rekompensował tamte braki. Z medalami czy bez medali, wszedł do Nieba urzędników, do Raju najważniejszych ludzi w kraju. Wszedł do wnętrza elitarnego środowiska, o istnieniu którego zwyczajni obywatele nie mają zielonego pojęcia. Sama świadomość przynależności do elity powoduje, że człowiek czuje się lepszy, ważniejszy, mądrzejszy, inteligentniejszy, bogatszy w możliwości.

Wstąpienie do Raju urzędników stawia każdego człowieka wśród prawdziwych aniołów, bo najwyżsi urzędnicy państwowi są jak archanioły stojące na staży rajskiej szczęśliwości. Należenie do tak elitarnego grona daje nie tylko wiele radości, ale również ogromną satysfakcję. Tak wielkiej satysfakcji nie daje nic innego. Może być ona porównywana do wrażenia zadowolenia z udanego seksu, tylko że trwa znacznie intensywniej, znacznie mocniej, głębiej i praktycznie nigdy się nie kończy, aż do czau gdy demencja zabierze ostatnie resztki pamięci o rozkoszy. Tak długiego i głębokiego odczuwania satysfakcji w dodatku nic nie zakłóca, nie przerywa, bo o ile młodość szybko mija, to dojrzała starość najwyższych urzędników państwowych trwa aż do końca, a nawet dłużej, bo jeszcze po śmierci opowiada się legendy o ich życiu.

Rozdział 2

W powietrzu musiały być jakieś pyłki, bo poczuł nagle łaskotanie w nosie. Szybko nabrał powietrza do płuc i przytrzymywał je jak najdłużej, żeby pozbyć się dziwnego wrażenia dyskomfortu. Nic to jednak nie dało i kichnął głośno. Alergia na pyłki różnego pochodzenia dała o sobie znać. Na całe szczęście o tej porze roku pyłków w powietrzu nie ma znowu aż tak wiele i da się je jakoś przetrzymać. Co innego wiosną i latem, kiedy wokół człowieka wirują tumany pyłków pochodzenia roślinnego, to wtedy najlepiej jest nie wychodzić z klimatyzowanego pomieszczenia, jak się nie chce mieć nosa czerwonego jak burak i łez cieknących z oczu.

Dyrektor Amadeusz nie znosił przebywania poza klimatyzowanymi pomieszczeniami. W swoim mieszkaniu już dawno założył klimatyzację we wszystkich pokojach oraz w kuchni, dla zadowolenia małżonki, która w kuchni ma zwyczaj spędzać większą część dnia. Dzięki temu jego mieszkanie stanowiło jednolitą przestrzeń, w której nie stosowało się otwierania okien dla odświeżenia powietrza. Dobrze by było założyć klimatyzację również we wszystkich pomieszczeniach urzędu, ale o tym już nie decydował pan Amadeusz.

Gdyby był urzędującym dyrektorem kilka lat dłużej, to wszystkie pokoje w budynku urzędu miałyby klimatyzację, szybki Internet, telewizję kablową, a obok każdych schodów byłaby dostępna winda. Ponadto każdy gabinet urzędniczy posiadałby oddzielną łazienkę z toaletą, bo taki jest coraz bardziej powszechny standard w Europie. Pokoje nie będące gabinetami miałyby dostęp do łazienki w odległości nie większej niż dziesięć metrów. Natomiast pokoje, w których pracuje co najmniej czworo urzędników miałby swoją własną toaletę.

— Na zdrowie — usłyszał.

Wydawało mu się, iż powiedział to ktoś za oknem, więc zamierzał podejść do okna i sprawdzić kto to może być i jakim cudem widzi go w pokoju na czwartym piętrze, ale właśnie wtedy wszedł do pokoju Komandor Marynarki Wojennej w stanie spoczynku, Leopold Barański.

— Jesteś przeziębiony? — zapytał pan komandor zaraz po przekroczeniu progu pokoju.

Wyglądało na to, że to on życzył zdrowia panu dyrektorowi, więc pan Amadeusz zaniechał w tej sytuacji wyglądania przez okno. Poszukał w kieszeniach marynarki kropli do nosa Nosiw Duo D3 Max i wkropił je sobie do nosa, a potem mocno wciągnął powietrze nosem, żeby mikro kropelki leku dostały się głębiej aż do zatok.

— Co to takiego? — zapytał komandor. — Mam nadzieję, że nie bierzesz żadnego świństwa od cyrkowych uzdrawiaczy, żadnego białego proszku, który zabrudza garnitur, więc się potem trzeba tłumaczyć wszystkim dookoła, że małżonka używała mąki w kuchni kiedy wszedłeś tam by dać jej buziaka przed wyjściem z domu na spotkanie, bo to byłoby nie tylko mało wiarygodne, ale również idiotycznie głupie, nieprzemyślane i z całą pewnością narażałoby cię na śmieszność.

— Takie kropelki na katar — odpowiedział dyrektor i podał mu buteleczkę. — Bardzo dobre. Skuteczne. Działają w krótkim czasie. Chociaż można je brać również przez dłuższe okresy i nie spowoduje to żadnych skutków ubocznych w rodzaju uzależnienia, zmniejszonego działania, lub nasilonego działania, lub też innych skutków. Z lekami trzeba bardzo uważać, żeby nie stracić kontroli nad swoim procesem leczenia.

Komandor obejrzał dokładnie podany mu lek.

— Ma w składzie witaminę D3? –zapytał nieco zdziwiony. — Słyszałem, że niektórzy specjaliści nazywają tę witaminę witaminą życia, albo witaminą słońca, co podobno na jedno wychodzi. W naszym klimacie wszystkim nam brakuje słońca i jego dobroczynnych promieni, które potrafią przywracać zdrowie i siły nawet bardzo chorym osobom. Podobno nawet kości lepiej się zrastają po złamaniach pod wpływem promieni słonecznych. Oczywiście, najlepsze i najbardziej skuteczne są naturalne promienie słoneczne, a nie jakieś substytuty zastępcze, jakieś lampy, które napromieniają nas nie wiadomo czym, bo z całą pewnością nie naturalnym promieniowaniem słonecznym, które w sposób naturalny może pochodzić tylko i wyłącznie od słońca.

— No wiesz, w tych czasach wszędzie dodają witaminę D3 — odparł dyrektor. — Jest to jedna z najlepiej udokumentowanych witamin, a do tego jest niezwykle pomocna w naszych współczesnych cywilizacyjnych chorobach, które nękają wszystkie cywilizowane społeczeństwa, nawet te najbardziej rozwinięte gospodarczo i technologicznie. Nie dorastamy do pięt zachodnim gospodarkom, chociaż nasi przywódcy polityczni bardzo często pozwalają sobie mieć inne zdanie na ten temat.

— No tak, masz rację — przyznał komandor. — Niedługo będziemy łykali je osiem razy dziennie w formie kapsułek, osiem razy w kropelkach na język, osiem razy w kroplach do nosa, osiem razy w kroplach do oczu, a przed spaniem jeszcze wraz z lewatywą — powiedział i się roześmiał.

— Te koncerny farmaceutyczne jak tylko zwietrzą, że jest interes do zrobienia, to zaraz wymyślą genialny sposób na jego spieniężenie — powiedział pan dyrektor. — Od tego mają naukowców i bardzo dobrze wyposażone laboratoria, które są finansowane przez najbogatszych ludzi na świecie, przez specjalnie powołane w tym celu fundacje, a także przez specjalistyczne organizacje społeczne. Naturalnie badania medyczne są też finansowane przez przedsiębiorstwa, które liczą na duży zysk.

— Zgadza się w zupełności. Choćby mieli produkować lekarstwa ze złota, to i tak by wynaleźli dobry sposób, żeby te złote tabletki opłacało się przepisywać chorym, albo raczej potrzebującym, bo potrzebujący to nie zawsze znaczy chory — powiedział pan komandor. — Zwłaszcza te wszystkie nowoczesne suplementy wszystkiego, które mają nam zastąpić składniki pokarmowe niezbędne do życia, są przeznaczone raczej dla zasobnych w gotówkę klientów, a nie dla chorych pacjentów lezących w szpitalach, bo tam akurat suplementów się nie podaje, ponieważ w szpitalach skupiają się na leczeniu chorób, a nie na zadowalaniu bogatych sponsorów badań medycznych.

— No cóż, koncerny farmaceutyczne to wszak nie są instytucje charytatywne, więc należy się pogodzić z pewnymi możliwymi do zaakceptowania kosztami ich działalności — stwierdził pan dyrektor.

— Zwłaszcza iż te koncerny farmaceutyczne bardzo często prowadzą wieloletnie badania naukowe, robią doświadczenia laboratoryjne nad opracowywanymi nowymi lekami, a potem jeszcze muszą przeprowadzić szereg doświadczeń na zwierzętach, w celu zbadania och skuteczności i wykrycia ewentualnych działań szkodliwych dla zdrowia, co przecież musi kosztować niebagatelne pieniądze, ale bez tych kosztów nie mielibyśmy bezpiecznych lekarstw — stwierdził pan komandor.

— Tak, tak, naturalnie — przyznał pan dyrektor skwapliwie. — Z osiągnięć medycyny bezapelacyjnie należy się cieszyć. Ileż to razy byłem zdumiony, że jakaś malutka, prawie można by powiedzieć mikroskopijna tabletka, połknięta w odpowiedniej chwili przynosi tak wielka ulgę, a nawet ratuje życie, co przecież nierzadko się zdarza.

— Otóż to, mój drogi, otóż to — zgodził się natychmiast pan komandor. — Te lekarstwa ratują nam życie, a my chociaż o tym doskonale wiemy, to jakże często bagatelizujemy ten fakt, a faktów, mój drogi, nigdy nie należy bagatelizować, bo to może grozić bardzo poważnymi konsekwencjami, nieprawdaż?

— Tak, tak, naturalnie — przyznał pan dyrektor, wyciągając z kieszeni spodni chusteczkę i wycierając nos.

Rozdział 3

Panie Mirka i Ania rozgościły się w sąsiednim niewielkim pokoiku, w którym była umywalka i kran z bieżącą wodą. To małe pomieszczenie w sam raz nadawało się na pomieszczenie socjalne. Miał to być schowek na środki czystości dla sprzątaczek, ale panie Mirka i Ania nie po raz pierwszy przerobiły go na podręczną kuchnię.

Najpierw zrobiły kawę sobie.

— Jak kucharka nie będzie zadowolona, to nikt nie będzie zadowolony — powiedziała pani Mirka zalewając wrzątkiem dwie szklanki z kawą.

— Święte słowa, Mireczko — wsparła ją pani Ania.

Obie panie dolały sobie śmietanki do kawy.

— Bez śmietanki kawa mi nie smakuje — powiedziała pani Ania.

— Tak, ja też tak mam — przyznała pani Mirka.

— Otóż to, musimy dbać o siebie i swoje dobre samopoczucie, skoro mamy wydajnie pracować — zauważyła pani Ania.

— Jak zwykle, moja kochana, znowu masz rację, Aniu — przyznała pani Mirka.

— Całkiem dobra nam ta kawa wyszła — przyznała pani Ania siorbiąc głośno gorącą kawę. — A mamy jakieś ciasteczka? — zapytała.

— Jasne, że mamy — odparła pani Mirka i sięgnęła do jednej z szafek.

Otworzyła paczkę kruchych ciasteczek z kawałeczkami gorzkiej czekolady. Podsunęła paczkę koleżance. Pani Ania wzięła dwa ciasteczka. Jedno wsadziła od razu do ust i pogryzła. Drugie trzymała w dłoni, obracając je w palcach. Gryzła ciastko bardzo dokładnie, miażdżąc pomiędzy zębami kolejno wszystkie kawałeczki czekolady. Potem wsunęła do ust drugie ciasteczko i poczęła je równie dokładnie rozgryzać. Dopiero gdy dokładnie pogryzła ciasteczko, to popiła nieco kawy i połknęła wszystko.

— Pyszne ciasteczka — pochwaliła pani Ania.

Pani Mirka uśmiechnęła się, zadowolona z oceny ciasteczek, po czym również sięgnęła po dwa ciasteczka.

— Pycha — powiedziała po rozgryzieniu, jeszcze z pełnymi ustami, przed połknięciem. Zaraz potem popiła kawy.

— Myślisz, że dadzą nam dzisiaj popalić? — zapytała pani Ania.

— No cóż, zobaczymy — odparła pani Mirka. — Może będą nieco upierdliwi, jak zwykle starsi ludzie bywają.

— Myślisz, że tylko upierdliwi? — zapytała pani Ania.

— Mam taką nadzieję — odparła pani Mirka.

— Bo czasami bywają po prostu nie do zniesienia — stwierdziła pani Ania.

— Tak, masz rację — potwierdziła pani Mirka. — Czasami nie można z nimi wytrzymać. Na szczęście mam coś, co nam pomorze — powiedziała i wyjęła ze swojej torebki butelkę.

— Będziemy pić wódkę? — zdziwiła się pani Ania. — Wyczują alkohol z kilometra.

— Nie wyczują, bo to nie jest zwykła wódka, tylko spirytus — wyjaśniła pani Mirka. — Wzmocnimy sobie kawy.

— Wtedy nie będzie od nas czuć alkoholu? — zapytała pani Ania.

— Naturalnie. Sprawdziłam to wielokrotnie — wyjaśniła pani Mirka ze śmiechem.

Odkręciła butelkę, a następnie dolała nieco spirytusu do obu kaw.

— Teraz spróbujmy — powiedziała i napiła się kawy.

Pani Ania również napiła się kawy.

— Smakuje całkiem dobrze — powiedziała z odrobiną zdziwienia. — Taka trochę mocniejsza kawa — oceniła.

— Otóż to właśnie — potwierdziła pani Mirka z zadowoleniem. — Odrobina znieczulenia będzie nam potrzebna.

— Będziemy mniej wrażliwe na docinki tych starych pryków — stwierdziła pani Ania.

— Masz rację, moja droga, odrobina znieczulenia nam się bardzo przyda — potwierdziła pani Mirka. — Będziemy jakby nieco przygłuche i te ich zbereźne docinki, jakimi zazwyczaj nas raczą, nie będę nas wcale bolały, a może nawet będziemy mogły je z uśmiechem na ustach ignorować.

— Otóż to, moja droga — zgodziła się pani Ania.

— A poza tym, wystarczy lekko zakołysać biodrami, a oni wszyscy dostana oczopląsów i spazmów — zaśmiała się pani Mirka.

Rozdział 4

Aleks kupił sobie nowy zestaw do monitoringu i zdalnego nagrywania plików dźwiękowych oraz filmowych, które nie przekraczają czasu trwania trzydziestu minut. Początkowo zamierzał nabyć sprzęt umożliwiający nagrywanie trzygodzinnych filmów, czyli pełnometrażowych, ale zmienił zdanie ze względu na bardzo duże koszty takiego zakupu. Nie był jeszcze gotowy na tak wielką inwestycję. Co prawda dawała by ona znacznie większe możliwości kreacyjnego działania, ale tego rodzaju sprzęt miał zbyt duży stosunek ceny do wydajności, czy jakoś tak. W każdym razie cena była nieproporcjonalnie wysoka jak na możliwości finansowe Aleksa.

Natomiast niewielkie kamerki, które można przymocować do pnia drzewa lub do gałęzi, doskonale nadawały się do prowadzenia monitoringu lasu, poruszających się w lesie zwierząt, a także do nagrywania ludzi wysypujących w lesie swoje śmieci. Kamerki umożliwiały również zdalną obserwację terenu i natychmiastowe publikowanie materiałów w sieci. Naturalnie, takie szerokie możliwości tego sprzętu nie wykluczały wcale monitorowania przy ich pomocy budynków użyteczności publicznej. Właśnie to zaplanował Aleks kupując tego rodzaju sprzęt.

— Zabawimy się, moi kochani — mówił Aleks, na szczęście dość cicho, montując kamerkę na pniu starej brzozy, która rosła tuż nieopodal budynku urzędu.

Montaż szedł mu bardzo sprawnie, więc był bardzo zadowolony.

— Sprawdzimy bardzo dokładnie cóż wy tam ukrywacie w tych swoich gabinetach — powiedział do kamerki i pogłaskał ją pieszczotliwie.

Zobaczył dość staro wyglądającego urzędnika na czwartym piętrze urzędu.

— Tacy starzy jeszcze pracują? — zdziwił się Aleks.

Urzędnik nie wyglądał najlepiej. Był jakiś bardzo blady, jakby za chwile miał zemdleć.

— Trzymaj się, staruszku — powiedział cichcem Aleks, życząc temu człowiekowi jak najlepiej.

Jednak ów urzędnik najprawdopodobniej sam zrozumiał, że coś mu dolega, lub może zrobiło mu się duszno, bo zaczął uchylać okna w tym pokoju, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Aleks przystąpił do mocowania do pnia brzozy mikrofonu kierunkowego, żeby móc słuchać o czym rozmawia się w pokojach urzędowych. Rozmowy za zamkniętymi drzwiami zawsze bardzo go interesowały.

Staruszek na czwartym piętrze głośno kichnął. Dawid był niemal pewien, że urzędnik zapluł sobie brodę i białą koszulę pod szyją.

— Na zdrowie! — krzyknął Aleks bez zastanowienia.

Potem jednak się zreflektował i szybko schował się za pniem brzozy, żeby go nikt nie dostrzegł z okien urzędu. Przez chwilę czekał na wyzwiska pod swoim adresem, jak to zazwyczaj bywało podczas jego kontaktów z urzędnikami, ale nic takiego nie miało miejsca. Widocznie staruszek z czwartego piętra nie zainteresował się życzeniami zdrowia.

— Mógłbyś chociaż podziękować, jak to robią kulturalni ludzie, buraku — powiedział cicho Aleks i wrócił do montażu mikrofonu.

Potem wdrapał się nieco wyżej i tam na pniu zamontował niewielki przekaźnik z antenką, dzięki któremu będzie mógł śledzić urzędników ze swojej kanapy we własnym mieszkaniu.

— Dobrze, że ten sprzęt jest coraz mniejszy i coraz wygodniejszy w montażu — powiedział Aleks do samego siebie.

— Ależ naturalnie — odpowiedział Aleks samemu sobie i się roześmiał.

Potem jeszcze dokładnie sprawdził zamontowanie każdego urządzenia. Gdy był pewien swojej własnej roboty, to zeszedł z brzozy i poszedł do domu.

— A ty gdzie się znowu włóczysz? — zapytała go mama gdy wszedł do mieszkania. — Nie powinieneś być jeszcze w szkole?

— Dzisiaj nie mieliśmy ostatniej lekcji, bo pani źle się poczuła i musiała iść do przychodni — odpowiedział Aleks mamie. — Jest już może jakaś zupa? — zapytał dla odwrócenia jej uwagi od spraw szkolnych.

— Jeszcze nie ma, ale zaraz będzie, więc musisz chwileczkę poczekać — odparła mama.

— Całe szczęście, że ciebie mam, bo nie wiem co bym jadł gdyby ciebie nie było — powiedział Aleks i poszedł do swojego pokoju.

Rozdział 5

— O czym mowa? — zapytał emerytowany Naczelnik Wydziału Spraw Pracowniczych Ireneusz Moczul, wchodząc do pokoju.

Pan Ireneusz był postawnym mężczyzną, który przez wiele lat pracy w Wydziale Spraw Pracowniczych nabrał słusznego przekonania, że o wszystkim powinien wiedzieć, zwłaszcza o wszelkich sprawach związanych z pracownikami urzędu, za których ponosił bezpośrednią odpowiedzialność przed dyrekcją oraz ministerstwem. Przecież to jego wydział zbierał i gromadził wszelkie informacje o pracownikach, ich karierze zawodowej, dotychczasowych osiągnięciach, sukcesach, a także niepowodzeniach, przyczynach braku awansu, lub też szybkiej kariery. Te ostatnie powody były szczególnie uciążliwe dla podwładnych urzędników pana Ireneusza, ale skoro ktoś nie robił kariery pomimo starań i sumiennej pracy, to musiały być ku temu bardzo ważne powody.

— Jeżeli szukasz informacji na temat swojej kariery zawodowej, to dobrze trafiłeś — mawiał pan Ireneusz do odwiedzających jego gabinet urzędników. — Powinienem na ścianie tego gabinetu zawiesić dużą tablicę z takim właśnie napisem, wtedy każdy kto tu wchodzi od razu by wiedział czego może się spodziewać.

Pan Ireneusz miał kiedyś w swoim życiu epizod współpracy z tajnymi służbami, więc miał sposobność nabycia doświadczenia i wiedzy, jak bardzo informacje o ludziach mogą być przydatne i prowadzić do budowy wszechstronnych kontaktów osobowych, a nawet solidnych struktur państwowych, chociaż i życie prywatne każdego człowieka w dużej mierze jest uzależnione od posiadania bądź nie posiadania informacji.

Pan Ireneusz spacerował kiedyś, podczas ładnej pogody, wraz z małżonką Zuzanną, w parku miejskim w pobliżu plaży, gdzie znajdowało się dużo barów, smażalni, kawiarni, a nawet restauracji, więc przechodziło tamtędy mnóstwo ludzi w jedną, lub drugą stronę. Zupełnie przypadkowo zauważył delikatny ruch głową małżonki, a zaraz potem nieznaczny ukłon pewnego mężczyzny.

— Kto to był? — zapytał Zuzy gdy odeszli już kawałek.

— Kto taki? — zapytała żona.

— Ten facet, który ci się kłaniał — wyjaśnił. — Znam go?

— Nie wiem o kim mówisz — odparła małżonka.

— Przecież widziałem, że się znacie — powiedział.

— Coś ci się przywidziało — odparła żona.

— Nie jestem ślepy — oburzył się.

— Może nie jesteś ślepy, tylko zaślepiony zazdrością — stwierdziła. — Zawsze widzisz coś, czego nie widzą inni, normalni ludzie.

Pan Ireneusz natychmiast poczuł bolesne ukłucie zazdrości. Zaczął się zastanawiać, dlaczego zona utrzymuję tamtą znajomość w tajemnicy przed nim. On nigdy nie miał przed Zuzanną żadnych sekretów. Dlatego bardzo go to zabolało.

Już następnego dnia w pracy rozpoczął poszukiwania nieznajomego mężczyzny na internetowych stronach portali społecznościowych. Szukał go przez kilka tygodni bez rezultatu. Nie spał nocami, bo wciąż rozmyślał o tamtym i trawiła go coraz bardziej paląca zazdrość.

Kilka razy usiłował zapytać żonę o tego faceta, ale ona za każdym razem zbywała go obojętnością i lekceważeniem. Dostawał nerwowych dreszczy na samą myśl o tym, że znowu będzie się musiał położyć na noc do łóżka i przez kilka uciążliwych, męczących, a nawet wręcz koszmarnych godzin męczyć się z bezsennością i jałowymi myślami o tajemniczym, nawet dość przystojnym brunecie z czarnymi jak węgiel oczami.

Skoro ona tak bardzo usiłowała ukryć przed nim tę znajomość, to musiała mieć dla niej wielkie znaczenie. Za każdym razem gdy o niego pytał zauważał dziwne nerwowe drganie jej policzka. To nie mógł być nikt obojętny lub nieznajomy. Ireneusz koniecznie musiał to wyjaśnić.

Potem zaczął prześwietlać młodość Zuzanny. Przeglądał jej zdjęcia z lat szkolnych i studenckich. Szczególnie skrupulatnie przeglądał jej zdjęcia z letnich kolonii i obozów harcerskich. Wreszcie trafił na jakiś ślad. Kolega z obozu o kruczo czarnej grzywce i takich samych oczach. Wszedł na jego profil i znalazł tam pełno zdjęć swojej małżonki w różnym towarzystwie, a czarna wredna wrona była na co drugim z nich.

— Wreszcie cię znalazłem — powiedział z satysfakcją, a wredna wrona nawet nie zakrakała, tak jak inne wrony i kruki.

Pan Ireneusz w lot zrozumiał, że on nie może się złośliwie odgryźć, nie może wrednie krakać, bo ten ktoś jest impotentem. Był przyjacielem wielu kobiet, ale żadna z nich nie była jego kochanką. To dlatego kobiety wstydziły się bliskiej znajomości z nim, bo i na nie mogłaby paść część wstydu z tego pustaka, który wciąż krążył jak sęp wokół kobiet, z wielką nadzieją na rozbudzenie instynktu samozachowawczego, instynktu przetrwania i przedłużenia gatunku.

Od tamtej pory pan Ireneusz już więcej żony o nic nie podejrzewał. Darzył szacunkiem jej skromność i był pewien jej wierności. Starzy przyjaciele małżonki z lat młodości też już mu więcej nie przeszkadzali. Przecież ona już dawno wybrała jego, a nie tych palantów.

Rozdział 6

Panie Ania i Mirka ze smakiem popijały wzmocnioną odrobinkę kawę. Obie też częstowały się pysznymi ciasteczkami z kawałkami gorzkiej czekolady.

— Słyszałam od którejś z koleżanek, że pan kierownik Kurdej jest wielkim miłośnikiem kruchych ciasteczek z kawałkami gorzkiej czekolady — powiedziała pani Ania.

— Tak, ja również o tym słyszałam — przyznała pani Mirka. — Zawsze gdy odbywa się jakieś szkolenie w urzędzie, to odbywa się ono w dużej sali na dole, obok sklepiku spożywczego, a wtedy sekretarki szykują wrzącą wodę do herbaty lub kawy oraz te właśnie kruche ciasteczka z kawałkami gorzkiej czekolady. Jeszcze trochę i te ciasteczka staną się znakiem firmowym urzędu. Byłam kiedyś na miejskim festynie, którego współorganizatorem był urząd, więc wyobraź sobie, byli tam goście z innych krajów, z zaprzyjaźnionych miast i gmin partnerskich, no i oni właśnie pytali czy będą kruche ciasteczka z kawałkami czekolady.

— Podobno on tymi ciasteczkami bardzo często częstuje babcię Teresę — stwierdziła pani Ania z lekkim uśmiechem.

— Myślisz, że on do babci Teresy czuje jakąś miętę, albo coś takiego? — zainteresowała się pani Mirka. — Czyżby to miało oznaczać romans? Teoretycznie podchodząc do tematu, to nie ma żadnych formalnych przeciwwskazań do romansu pomiędzy urzędnikami ani pomiędzy przełożonym a podwładną urzędniczką, no ale to jednak nie bardzo wypada flirtować z szefem, bo zaraz się rodzi podejrzenie, że wszelkie awanse i podwyżki dostaje się jako nagrodę za łóżko.

— No wiesz, ona jest jednak od niego o parę lat starsza, ale nigdy nie wiadomo co w tych starzejących się głowach może się zalęgnąć — stwierdziła pani Ania.

— No faktycznie. Oni oboje lata świetności maja już, niestety, poza sobą — zgodziła się pani Mirka i dla zatuszowania wyrazu twarzy napiła się kawy.

— Otóż to, moja droga, otóż to — potwierdziła pani Ania.

— Fakt pozostaje faktem, że idą plotki w urzędzie o panu kierowniku i babci Teresie — przyznała pani Mirka.

— Dokładnie, moja kochana, wydaje mi się, że te niewinne ploteczki zdążą się spełnić zanim ktokolwiek je rzetelnie zweryfikuje — powiedziała pani Ania.

— A kto by miał je weryfikować?

— Właśnie o to chodzi, że nikt nie musi weryfikować, bo najlepszą weryfikacją jest poznanie prawdy o każdym urzędniku i każdej urzędniczce — zauważyła pani Ania.

— Tak by było w idealnym świecie — odparła pani Mirka i popiła kawy.

— No tak, ale my przecież możemy dążyć do stworzenia idealnego świata — uznała pani Ania, wierząc z całego serca w to co mówiła.

— Moja droga, to jest zwyczajny idealizm, a my musimy być realistkami — powiedziała pani Mirka.

— Od realizmu jest bardzo blisko do idealizmu — powiedziała pani Ania jakby recytowała szkolną formułkę.

— Za to od idealizmu jest jeszcze bliżej do fanatyzmu i zaślepienia — stwierdziła pani Mirosława dość sceptycznie patrząc na koleżankę.

— Daj spokój, jaki fanatyzm i zaślepienie? Chyba żartujesz? — oburzyła się pani Ania.

— Tak tylko powiedziałam dla przestrogi — powiedziała ze śmiechem pani Mirka.

— No wiesz? Wystraszyłaś mnie takim gadaniem — odparła Ania z wyraźną pretensją w głosie. — Masz do mnie jakieś pretensje? Bo ja się nie domyślam o co.

— Nie mam, nie mam, bądź spokojna — odpowiedziała pani Mirka.

Obie popijały kawę i spoglądały na siebie podejrzliwie.

— Jak mogłaś wpaść na taki kiepski pomysł? — zapytała pani Ania.

— Dlaczego kiepski? Wcale tak nie uważam.

— Kiepski i bardzo melodramatyczny, jak w byle jakim filmie — stwierdziła pani Ania.

— O co ty mnie oskarżasz? — zapytała pani Mirka z wyrzutem.

— O nic ciebie nie oskarżam, ale na takie tanie chwyty znamy się chyba zbyt długo — powiedziała pani Ania.

— O czym ty mówisz?

— O podejrzewaniu mnie o zaślepienie i fanatyzm — przyznała pani Ania. — Poczułam się bardzo dotknięta — powiedziała.

— Nie traktuj tego aż tak poważnie.

— Jak mam nie traktować poważnie? To jest podła insynuacja! — wykrzyknęła pani Ania.

— Przepraszam. Nie sądziłam, że aż tak bardzo się będziesz przejmować — powiedziała pani Mirka. — Przepraszam, przepraszam, przepraszam.

— Od razu poczułam się lepiej — przyznała pani Ania.

— No sama widzisz, jak mało wystarczy do zgody — zauważyła pani Mirka.

— I bardzo dobrze, bo ja nie znoszę się kłócić o bzdury — stwierdziła pani Ania.

— Nikt nie znosi, więc jesteś taka jak my wszyscy.

— No i bardzo dobrze, bo wcale nie zamierzam być inna — przyznała pani Ania.

Rozdział 7

Aleks otworzył szafkę stojącą na nocnym stoliku i włączył w niej odbiornik, który tam ukrywał przed wzrokiem niepowołanych osób. Odbiornik był połączony z anteną od niedawna umieszczoną na strychu. Do odbiornika był przewodami podłączony mały monitor, na którym można było oglądać obraz przekazywany ze zdalnej kamery.

— No to zobaczymy co tam się dzieje — powiedział Aleks i włączył monitor.

Przez chwile niczego nie było widać poza czarnymi i białymi pasami. Wkrótce jednak pasy zniknęły i Aleks zobaczył okno pokoju na czwartym piętrze urzędu. W pokoju znajdowała się kilka osób. Aleks włączył mały zewnętrzny głośniczek, żeby sprawdzić jak się sprawuje mikrofon kierunkowy. Usłyszał rozmowę prowadzoną przez urzędników w pokoju.

— No i bardzo dobrze — ucieszył się Aleks.

Przystąpił do podłączania przewodów do swojego komputera, który stał na stole. Musiał zwracać szczególną uwagę na rodzaj przewodów, żeby nie poplątać przewodów fonii z wizją. Na szczęście miał już w tych sprawach spore doświadczenie.

— Jeszcze momencik i wszystko się razem pięknie zepnie — powiedział do siebie z zadowoleniem.

Wtedy do pokoju zajrzała mama.

— Chciałeś zjeść zupy, to teraz chodź, bo już ci nalałam do talerza — powiedziała do niego mama i znowu zniknęła za drzwiami.

Aleks zszedł do kuchni, bo wiedział, że mama będzie go ciągle poganiać do jedzenia jeżeli od razu nie zejdzie by zjeść zupę.

— Jaka to dzisiaj zupa? — zapytał wchodząc do kuchni.

— Spróbuj to się przekonasz — odpowiedziała mama. — Po co się o to pytać. Jak bym ci odpowiedziała jaka jest dzisiaj zupa, to ona by ci lepiej smakowała, czy co?

— Trudno powiedzieć, mamo, ale bardzo możliwe, że by mi bardziej smakowała, gdybym wiedział zawczasu na co się przygotować — odparł siadając do stołu.

— No to posmakuj, a sam się przekonasz — powiedziała mama.

Aleks przystąpił do jedzenia zupy.

— No i co? — zapytała mama.

— Bardzo dobra — odpowiedział Aleks pomiędzy jedną łyżką zupy a drugą.

— No to bardzo się cieszę — odparła mama.

— A mama sobie jeszcze nie nalewa zupy? — zainteresował się.

— Nie jestem jeszcze głodna. Tyle się tego nawąchałam podczas gotowania, że później sobie zjem, jak nieco zgłodnieję — powiedziała mama.

— To zrozumiałe, bo podobno samymi zapachami też można się najeść — powiedział.

— Może nie najeść, ale do tego ciągłego wąchania traci się chęć do jedzenia, więc trzeba troszeczkę zaczekać aż się zgłodnieje — wyjaśniała cierpliwie mama.

Aleks zjadł zupę dość szybko.

— Chcesz jeszcze dolewki? — usłyszał pytanie mamy.

— Oczywiście, że chcę. Jakżeby inaczej — odparł.

Mama wzięła jego talerz i dolała mu jeszcze kolejną porcję zupy.

— No to na zdrowie — powiedziała stawiając przed nim talerz z zupą.

Dawid z przyjemnością zabrał się znowu do jedzenia. Lubił bardzo te mamine zupy. Uważał, że nikt tak nie potrafi gotować jak mama.

— Nie tak szybko, bo się zakrztusisz — ostrzegła mama ze śmiechem.

— Zupa jest taka pyszna, że nie ma na co czekać — odparł Aleks.

Mama pokiwała głową ze zrozumieniem. Przecież ona gotowała tylko dla niego, bo jej samej wystarczyłoby byle co. Dawid skończył zupę i wstał od stołu. Swój talerz i łyżkę włożył do zlewu.

— Zostaw, zostaw, ja pozmywam — powiedziała mama.

— Bardzo dziękuję za pyszną zupkę, kochana mamo — powiedział, po czym poszedł na górę do swojego pokoju.

Mama znowu pokiwała głową i zabrała się do pomywania naczyń.

— Warto było sterczeć przy garach i gotować, skoro mu tak smakowało — powiedziała do wody płynącej z kranu.

Rozdział 8

— Rozmawiamy o lekach — wyjaśnił pan komandor.

— O jakich lekach? — dopytywał nowo przybyły naczelnik.

— A co ciebie tak moje leki interesują, co? — zapytał dyrektor.

— Zawsze dobrze jest otrzymywać wiarygodne informacje o stosowanych lekach, zwłaszcza tych skutecznych — powiedział naczelnik Irek.

— Nic wielkiego. Zwyczajne krople na katar — poinformował dyrektor.

— Katar potrafi być bardzo upierdliwy — zauważył pan Irek.

— A do tego jeszcze wygląda się z czerwonym nosem jak jakiś alkoholik — wtrącił pan komandor. — Żadnej prezencji nie można z katarem zachować. Choćbyś się nie wiadomo jak starał, to i tak wyglądasz jak renifer Rudolf po wypiciu dużego grzanego piwa, z nosa ci kapie na koszulę, a mundur się gniecie jak nigdy. Potem przychodzą do ciebie w sprawach służbowych różne osoby, czasami nawet dość ważne osoby, które mają wpływ na podejmowane decyzje związane z finansowaniem działań urzędu, na przyznawane dotacje i dofinansowania, a ty wyglądasz jak, nie przymierzając, bezdomny, który dopiero co wygrzebał się z rynsztoka. W jaki sposób takie ważne osoby maja mieć do ciebie zaufanie, chociaż bodaj cień zaufania, albo wiarę w to, że nie przepijesz dotacji zaraz po jej otrzymaniu. Z kiepskim wyglądem nie możesz dać absolutnie żadnej gwarancji.

— Nie przesadzaj — upomniał komandora dyrektor. — Nigdy nie jest aż tak tragicznie jak to ty próbujesz nam tu opisać w sposób nieco dramatyczny.

— Gdybym przesadzał, to miałbym na dłoniach ziemię ogrodniczą — zażartował pan komandor. — Ale jak widzisz, mam nadzieję wystarczająco wyraźnie, jakoś nie mam na dłoniach ziemi ogrodniczej.

— Może nie masz na dłoniach ziemi ogrodniczej, ale kilka razy ubrudziłeś się w przeszłości jakimś błockiem — powiedział sceptycznie pan naczelnik Ireneusz, włączając się do dyskusji.

— A ty niby co możesz wiedzieć na ten temat? — zapytał pan komandor dość opryskliwie jak na niego.

— Nie zapominaj, mój drogi przyjacielu, że ja już wieki całe pracuję w sprawach pracowniczych — odparł chłodno pan Ireneusz.

— Czyli, krótko mówiąc, zbierasz haki na kolegów, tak? — zapytał złośliwie pan komandor, patrząc tamtemu prosto w oczy.

— Nie żadne haki, tylko normalne, profesjonalne informacje — odparł pan Irek.

— Panie Moczul — wtrącił się pan dyrektor. — Bardzo proszę nie stresować kolegów, bo ta dyskusja się rozjedzie z zaplanowanych torów na przykre tematy.

— Bardzo chętnie, panie dyrektorze, bo przecież wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, więc nawet jak posiadamy rożne informacje, to nie musimy od razu ich ujawniać. Prawdę mówiąc na tym polega zachowanie w tajemnicy wrażliwych danych, że się odróżnia dane wrażliwe od tych mniej wrażliwych.

— To może mi chociaż wyjaśnisz, skąd wiadomo, które dane osobowe są wrażliwe, a które nie? — zapytał pan Leopold.

Pan naczelnik przez chwilę się zastanawiał.

— To jest akurat dość proste — odparł.

— W takim razie ciekawe dlaczego musiałeś się nad tym zastanowić — palną natychmiast pan komandor.

— Zastanowić się zawsze warto, zanim się coś powie, bo dzięki temu unika się okazji do popełnienia błędu.

— Już sobie wyobrażam co by było, gdyby tak nagle wszyscy urzędnicy zaczęli popełniać błędy.

— To by był prawdziwy koniec świata — stwierdził pan Irek.

— Masz na myśli cały świat? — zapytał pan Leopold.

— Mam na myśli, naturalnie, nasz świat — odparł zagadnięty.

— Nasz, czyli jaki? — dopytywał.

— Nasz, czyli świat urzędniczy, służbowy, kompetentny i odpowiedzialny za porządek i przewidywalność wszelkich działań służbowych, które się wykonuje zgodnie z przepisami.

— Czyli według ciebie nie ma żadnej przyszłości dla interpretacji, artyzmu, sztuki, bo to wszystko wykracza poza przewidywalność przepisów.

— Ależ nie, bowiem wszyscy artyści są doskonałym źródłem danych osobowych, na podstawie których można analizować niekonwencjonalne sposoby zachowania badanych środowisk społecznych, a także wpływ na większość sklasyfikowanych jednostek spoza katalogu zasobów klasyfikowanych.

— Nieco skomplikowana jest ta twoja mowa, bardzo ogólna i mało precyzyjna.

— Wręcz przeciwnie, drogi przyjacielu, mówię tu o rzeczach nadzwyczaj konkretnych.

— Chyba raczej lewitujących pomiędzy głowami instruktorów a umysłami studentów politologii, nauk społecznych, lub też kierunków ściśle matematycznych i statystycznych.

— No cóż, nie ma nic bardziej konkretnego od matematyki — stwierdził pan Ireneusz.

— No a co z owymi artystami, bo chyba o nich zapomniałeś?

— Wręcz przeciwnie, bowiem każdy artysta jako wyjątek od reguły, jest potwierdzeniem tejże reguły.

— I właśnie dlatego wszyscy funkcjonariusze państwowi powinni być umundurowani. Każdy urzędnik powinien dbać o swój mundur tak samo pieczołowicie jak o dokumenty. Zaniedbany mundur przestaje być mundurem. To właśnie umundurowanie ma największą skłonność do powodowania utraty poważania, do szkód w wizerunku, a co za tym idzie do utraty honoru — powiedział pan komandor.

Rozdział 9

Pani Basia przychodziła do pracy w urzędzie wtedy gdy inni urzędnicy już pracę kończyli. Pani Basia podejmowała wtedy bardzo odpowiedzialne zadanie posprzątania po urzędnikach, a zwłaszcza po ich klientach, interesantach, którzy jako zwyczajni ludzie nie będący urzędnikami zawsze śmiecą wszędzie gdzie się pojawią, rozsypują paprochy ze swoich kieszeni kurtek, rozrzucają po kątach papierki i roznoszą wszędobylski kurz spod stolików i kątów na środek pokoi, co od razu rzuca się w oczy każdej osobie wchodzącej do pokoju.

Bo odpowiedzialni i kompetentni urzędnicy, zwłaszcza urzędnicy specjaliści i starsi specjaliści nigdy nie śmiecą, nie zostawiają swoich śmieci na biurkach, nie gubią pustych papierowych lub plastikowych kubeczków po napojach, bo oni używają tylko ślicznych porcelanowych kubków dofinansowanych przez Unię Europejską z estetycznym godłem tejże Unii Europejskiej na boku tegoż ślicznego kubeczka.

Pani Basia weszła na czwarte piętro i bardzo się zdziwiła widząc urzędników w dużym pokoju. Weszła do małego pokoiku i ucieszyła się na widok pani Ani i pani Mirki.

— Dzień dobry — powiedziała. — Dobrze, że panie tu spotykam, bo przynajmniej dzisiaj nie będę tu sama.

— Witamy serdecznie — odparła pani Mirka. — Tak właściwie to my zajęłyśmy pani pokoik i zrobiłyśmy sobie z niego aneks kuchenny.

— Nic nie szkodzi, bo jak można to trzeba się dzielić miejscem z innymi — odparła pani Basia. — Widzę, że macie te pyszne kruche ciasteczka z kawałkami czekolady.

— Owszem, proszę się częstować — odpowiedziała pani Ania. — Już robię pani kawę.

— Dziękuję serdecznie — ucieszyła się pani Basia i poczęstowała się ciasteczkiem. — Będę musiała zaczekać aż oni skończą zebranie, a miałam nadzieję dzisiaj wcześniej skończyć.

— Nikt nie mógł tego przewidzieć — powiedziała pani Mirka.

— Z tymi facetami czasami trudno wytrzymać — powiedziała pani Basia ze złością.

— Z urzędnikami tak już jest — powiedziała pani Ania.

— Dobrze, że panie nie są urzędniczkami — zauważyła pani Basia.

— A dlaczego pani tak uważa? — zapytała pani Mirka.

— Bo panie są przecież sekretarkami — wyjaśniła.

— A sekretarki to nie urzędniczki? — zdziwiła się pani Ania.

— Urzędnikami są przecież pracownicy merytorycznych wydziałów, które opracowują merytoryczne decyzje w sprawach dotyczących kompetencji urzędu — wyrecytowała pani Basia, jakby się tego nauczyła na pamięć.

— Przecież to właśnie dyrektor podejmuje najbardziej merytoryczne decyzje w całym urzędzie — zauważyła pani Ania.

— Pan dyrektor, oczywiście, tak, ale przecież nie sekretarki — stwierdziła pani Basia.

— Pani sobie nie zdaje sprawy z tego ile pracy musi włożyć sekretarka dyrektora w podjęcie każdej merytorycznej decyzji przez swojego przełożonego, zupełnie tak samo jak każda inna urzędniczka czy urzędnik. Może nawet znacznie więcej niż inni urzędnicy — powiedziała pani Ania, której ze zdenerwowania zaczęła trząść się głowa.

— Nie denerwuj się Aniu — powiedziała pani Mirka. — Pani Basia nie miała nic złego na myśli, prawda, pani Basiu?

— Ależ naturalnie, moja droga — przyznała pani Basia.

Pani Ania podała pani Basi filiżankę z kawą.

— Śmietanki do kawy? — zapytała.

— Poproszę — odparła pani Basia.

Pani Ania podała jej małą porcję śmietanki. Pani Basia ja otworzyła i wlała śmietankę do kawy. Potem spróbowała napoju.

— Pyszna kawa — oceniła z zadowoleniem.

— Może cukru? — zapytała pani Mirka.

— Nie, dziękuję — odparła pani Basia. — Od cukru trzymam się jak najdalej. Moja mama chorowała na cukrzycę.

— Chorowała? — zapytała pani Ania.

— Tak. Umarła kilka lat temu — wyjaśniła pani Basia.

— Rozumiem. Bardzo mi przykro — powiedziała pani Ania ze współczuciem.

— Ja na szczęście nie choruję i dlatego unikam cukru, bo geny też maja tu dość spore znaczenie — wyjaśniła pani Basia.

Wszystkie trzy panie popijały ze smakiem kawę.

Rozdział 10

Aleks ustawił sobie mały monitor na stole przed sobą, usiadł na kanapie i przyglądał się temu co działo się w pokoju na czwartym piętrze urzędu. Pojawiali się tam coraz to inni goście. Mikrofon kierunkowy sprawiał się znakomicie, dzięki czemu Aleks dobrze słyszał o czym panowie rozmawiają.

— No, dalej grubasy, pogadajcie sobie na jakieś interesujące tematy, najlepiej kontrowersyjne, wtedy znajdą się chętni do oglądania tego spotkania — powiedział Aleks do monitora, na którym oglądał przebieg spotkania.

Rozsiadł się wygodnie i obserwował. Co chwilę do grona mężczyzn dochodził kolejny uczestnik spotkania. Aleks zauważył, że wielu z nich nie pracowało nigdy w urzędzie. Wielu z nich było już w słusznym wieku. Niektórzy byli kiedyś ważnymi personami w okolicy, a inni robili nawet karierę ogólnokrajową.

— Cóż za interesująca menażeria — powiedział Aleks cichym głosem, żeby nie alarmować mamy niepotrzebnymi hałasami.

Mama prawdopodobnie po obiedzie pozmywała naczynia, a potem zrobiła sobie krótka drzemkę. Aleks więc starał się zachowywać po cichu.

— Po cóż wyście tam przyleźli? — zapytał, nie oczekując jednak odpowiedzi.

W pokoju znajdowali się sami mężczyźni.

— A kobiet zaprosić do waszego grona to nie łaska było? — zapytał z wyraźną złośliwością.

Mężczyźni zachowywali się jakby przychodzili do siebie. Najwyraźniej bywali na takich samych spotkaniach już wcześniej. Głównym organizatorem musiał być były dyrektor, bo to on witał przybywających gości.

— No, dalej, mości panowie, nie krępujcie się moją zdalną obecnością — powiedział Aleks i roześmiał się ze swojego żartu.

Gdyby oni wiedzieli, że ich obserwuje, to nie byliby zadowoleni. Co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości.

— Na co czekacie, palanty? Może chociaż po koniaczku dla poprawy nastroju, co? — zaproponował nie mogąc doczekać się czegoś bardziej interesującego niż tylko zdawkowych pytań o zdrowie i zażywane leki.

Oni jednak nie kwapili się do żadnych ekscentrycznych wybryków. W końcu Aleks się znudził zachowaniem starych pryków. Postanowił sobie zrobić kawę. Zszedł więc na dół do kuchni i po cichu nastawił czajnik z wodą na kuchenkę gazową.

— Robisz sobie herbatę? — zapytała mama wchodząc do kuchni.

— Postanowiłem napić się kawy — odparł Aleks.

— No to i ja też się z chęcią napiję kawy — powiedziała mama i wyszukała dla siebie szklankę z szafki.

— A ty gdzie masz swoja szklankę? — zapytała rozglądając się po kuchni.

— Jeszcze nie wyjąłem szklanki dla siebie — odparł Aleks.

— To trzeba było mówić — odparła mama i wyjęła również szklankę dla syna.

Ustawiła obie szklanki obok siebie, wyjęła puszkę z kawą i nasypała kawy do obu szklanek.

— Co tam ciekawego porabiasz na górze? — zapytała.

— Nic takiego — odparł Aleks. — Oglądam sobie transmisję ze spotkania lokalnych polityków w urzędzie.

— Że też ciebie takie bzdury interesują — zdziwiła się mama.

— W zasadzie to mnie nie interesują, ale z nudów oglądam — powiedział Aleks.

Woda zaczęła się gotować, więc Aleks wyłączył gaz, wziął czajnik i nalał wrzątku do obu szklanek.

— No i bardzo dobrze — powiedziała mama. — Dziękuję ci, synku.

— Bardzo proszę, mamo — odpowiedział Aleks.

Mama wyjęła z lodówki mleko w kartoniku i nalała sobie do swojej kawy mleka aż do pełnego.

— Tobie też mleka? — zapytała.

— Tak, bardzo proszę — odpowiedział Aleks. — Z mlekiem lepiej smakuje, no i podobno mniej szkodzi, bo jest łagodniejsza dla żołądka.

Mama nalała więc synowi również mleka do kawy, po czym schowała kartonik do lodówki. Potem wzięła swoja szklankę i poszła z nią do swojego pokoju. Aleks także wziął szklankę z kawą i poszedł powoli schodami na górę.

Rozdział 11

— A więc rozmawiamy o honorze — powiedział emerytowany Dyrektor Agencji Rozwoju Nauki Wacław Ateusz, stając w progu pokoju.

Pan Wacław był bardzo szanowanym człowiekiem w środowisku naukowym. Kierowana przez niego agencja finansowała bardzo wiele grantów i stypendiów naukowych na terenie całego kraju. W związku z tym powoływana przez niego Komisja Kwalifikacyjna decydowała o być lub nie być wielu naukowców, o pracy bądź braku pracy dla wielu laboratoriów naukowych, o zamówieniach lub braku zamówień dla wielu zakładów pracy, a więc o wynagrodzeniach za pracę dla tysięcy pracowników, o wypłacie premii i nagród dla setek dyrektorów, Rad Nadzorczych, Zarządów, nie wspominając o tysiącach zakładów kooperujących.

Pan Wacław w trosce o przeciwdziałanie korupcji powoływał nowy skład Komisji Kwalifikacyjnej co trzy miesiące. Ponieważ pracy dla tej komisji było sporo, a jej obrady ciągnęły się tygodniami, to zdarzało się, że decyzje o przyznaniu dofinansowania podejmowały dwie lub trzy kolejne komisje.

Naturalnie w dobrym tonie było tak dobrze pracować i tak doskonale przewidywać preferencje pana dyrektora, iż można było być powoływanym do składu Komisji Kwalifikacyjnej wielokrotnie. Praca ta wiązała się, co przecież całkowicie naturalne i oczywiste, z bardzo dobrymi zarobkami. Sam pan dyrektor agencji ustalił swoje własne wynagrodzenie na poziomie jednego procenta od wydawanych środków na subwencje, dofinansowania i stypendia, a ponieważ rozdawano setki milionów, to i jego wynagrodzenie przekraczało zazwyczaj milion złotych, ale czasami sięgało nawet siedmiu milionów.

Tak zasobny w gotówkę urzędnik był prawdziwym klejnotem w składzie Klubu Emerytowanych Dygnitarzy, dla którego zrobiono chwalebny wyjątek i przyjęto go do klubu już na pół roku przed przejściem w stan emerytalny. Dzięki takiemu zabiegowi klub otrzymał aż trzy dotacje i cztery stypendia, co pozwoliło na owocne jego obrady.

Pan Wacek był powszechnie znanym kobieciarzem. Bardzo owocnie pielęgnował w sobie ową skłonność ku kobietom, a im bardziej kobietę można było zaliczyć do pięknych istot, lub do niewiast wdzięcznych, tym większy ona wywoływała afekt u pana Wacka, tym bardziej się on prężył w swoim służbowym fotelu, wręcz rósł w oczach, bo mu się kręgosłup wydłużał od tych naprężeń.

W chwilach odpoczynku pan Wacek był raczej dość niskim mężczyzną, może odrobinę krępym, pulchnym, jak to określali niektórzy, taki pączek, jak to mówili za jego plecami inni, aczkolwiek noszone przez niego obuwie, ręcznej roboty szanowanego w tym zawodzie szewca i właściciela renomowanej pracowni rękodzieła skórzanego, pozwalało mu na zwiększenie wzrostu o osiem do dziesięciu centymetrów, w zależności od wybranej danego dnia pary butów.

Gdy jeszcze na widok pięknej kobiety, a trzeba tu dodać, iż pan Wacek uważał za piękne kobiety właściwie wszystkie przedstawicielki tej płci, prężył się, prostował, napinał mięśnie, kolana, ramiona, kręgosłup, a nawet szyję, to do swojego normalnego wymiaru potrafił dodawać nawet dwadzieścia centymetrów, jak się postarał (naturalnie razem z wymiarami obcasów).

Dzięki tym zdolnościom bywał bardzo określany przez swoich współpracowników jako osoba średniego wzrostu, a często nawet jako osoba wysoka, pomimo iż w swojej karcie zdrowia miał wpis o wzroście sięgającym zaledwie stu pięćdziesięciu centymetrów, no ale można to wytłumaczyć faktem, iż pomiaru jego wzrostu dokonywał wyjątkowo nieapetycznie wyglądający pielęgniarz, pod którego twardym spojrzeniem pan Wacek aż się skurczył w sobie, skarlał i zmalał nad wyraz.

W Dowodzie Osobistym pan Wacek miał wpisany wzrost wysoki, z czego był bardzo dumny. Niestety, wraz z wprowadzeniem plastikowych dowodów informacja o wzroście obywatela zniknęła, więc nie mógł już więcej nikomu udowadniać, że wcale nie jest mały, biorąc pod uwagę średnią statystyczną całej populacji.

Wszystkie kobiety uwielbiały pana Wacka, doceniały jego obycie w świecie, szanowały jego szerokie znajomości, kochały jego wdzięk i humor. Bardzo często panie prosiły pana Wacusia o pomoc w rożnych sprawach, jakże często w niezwykle skomplikowanych sytuacjach, a pan Wacek z szerokim uśmiechem na ustach bardzo szybko i sprawnie udzielał im pomocy. Niektóre z owych pań w potrzebie nie zdążyło nawet trzy razy się z nim przespać, a ich sprawa już była załatwiona, albo jak mawiał pan Wacek, można ją było uważać za załatwioną.

— Jak ja bardzo pana kocham, najdroższy Wacusiu — zwykły mawiać do niego kobiety, którym jakże skutecznie udzielił pomocy.

— Nigdy w życiu pana nie zapomnę — obiecywała równie często kobiety wychodzące z jego przytulnego mieszkania służbowego, które zajmował od czasu zostania dyrektorem, a którego nie zwolnił nawet po przejściu na emeryturę.

— Kochany Wacku, mogę jeszcze na chwileczkę się do pana przytulić, zanim odejdę ku tej szarej rzeczywistości mojego życia? — pytały panie przed wyjściem na ulicę.

— Ależ moja droga. Ja pani wcale nie każę iść na ulicę. Może pani u mnie zostać do jutra — pocieszał je skutecznie, bo też wiele z nich decydowało się zostać do następnego ranka, kiedy to pan Wacek musiał nieodwołalnie udawać się do pracy.

— Witaj Wacek — ucieszył się pan dyrektor.

— Witamy serdecznie — potwierdził komandor. — Wejdź i siadaj.

Rozdział 12

Dyrektor Wacław ucieszył się z miłego powitania. Skinął kolegom głową z zadowoleniem.

— Cześć — powiedział.

— Witaj w naszym zacnym gronie — powiedział ze śmiechem pan naczelnik Ireneusz.

— Miło przychodzić do urzędu i spotykać tu przyjaciół — powiedział pan dyrektor Wacek Ateusz.

— Ba, każdemu z nas jest miło — potwierdził pan dyrektor Amadeusz, po czym rozpiął górny guzik u koszuli pod krawatem.

— Gdyby nam nie było miło, to byśmy tu nie przychodzili — zaśmiał się naczelnik Irek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 41.09