E-book
10.92
drukowana A5
33.47
Porwanie

Bezpłatny fragment - Porwanie


Objętość:
250 str.
ISBN:
978-83-8155-696-5
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 33.47

Rozdział 1

Kasia zawsze była chuda jak patyk, wręcz cienka niczym nitka.

— Jedz, dziecko, jedz, bo nigdy nie będziesz duża — powtarzała jej wciąż mama, a ona wcale nie miała ochoty na jedzenie. Pomiędzy dziećmi z podwórka była największa, więc nie czuła potrzeby dalszego rośnięcia.

— Wcale nie chcę być gruba jak Ula — odpowiadała mamie.

— Ależ kochanie, tyle razy ci powtarzałam, że Ulka wcale nie jest gruba.

— Tak, tak, wiem, ale ona jest o wiele grubsza ode mnie.

— I właśnie z tego bardzo cieszy się jej mama.

— No przecież ty też zawsze mi mówisz, że cieszysz się kiedy jestem zdrowa i grzeczna, zwłaszcza kiedy jestem grzeczna.

— Naturalnie, cieszę się, jak najbardziej, ale mogłabyś trochę więcej jeść, to ja wtedy mogłabym jeszcze częściej się cieszyć.

— No wiesz, mamo, jeszcze byś wtedy pękła ze śmiechu, i co ja bym wtedy bez ciebie zrobiła?

— Prawdziwy urwis z ciebie, kochana. Idź już się bawić na dworze, tylko nie chodź znowu do żwirowni, bo wiesz jak ja tego nie lubię.

Kasia w podskokach wybiegła przed dom i skierowała się wprost do drugiego budynku, po sąsiedzku stojącego przy tej samej drodze, wybrukowanej kamieniami o różnych kształtach i kolorach. Wzdłuż bruku wiodła wąska ścieżka dla pieszych. Za ogrodzeniem, przed domem siedziała na niskiej ławeczce Ulka i jadła właśnie bułkę.

— Cześć Ula, zawołała Kasia wesoło i weszła przez furtkę na podwórko.

— Cześć odpowiedziała — chcesz gryza?

— Nieee… Co robimy?

— Chłopaki poszli bawić się w wojnę — powiedziała Ula. — Może pójdziemy do nich?

— Dobra, chodźmy.

Obie dziewczynki pobiegły za dom, gdzie przeszły przez dziurę w płocie pomiędzy drewnianą szopą na opał a blaszanym garażem. Przechodząc wąską ścieżką wydeptaną pomiędzy wysokimi pokrzywami musiały podnieść ręce wysoko do góry, aby uniknąć oparzenia. Na całe szczęście obie były w długich spodniach. Za szopkami, nieopodal wielkiego krzaku dzikiej róży, siedzieli na piasku trzej chłopcy. Adam był najstarszy, miał jedenaście lat, ciemne włosy i oczy. Bardzo lubił przewodzić w podwórkowych zabawach, ustalać podział ról, decydować o szczegółach. Piotrek i Edek byli braćmi. Pierwszy z nich zaledwie o rok młodszy od Adama zaczynał już dostrzegać, że starszy kolega nie zawsze potrafi wyegzekwować swoje rozkazy, nie zawsze udaje mu się zwyciężyć w koleżeńskich szarpaninach nazywanych szumnie bójkami. Widział szansę dla siebie na zdobycie pierwszeństwa w paczce kolegów, zwłaszcza że brat zawsze go popierał w sprawach spornych. W razie konfliktu we dwóch stanowili silną grupę nacisku. Chłopcy właśnie kłócili się o to kto będzie dowódcą oddziału.

— Skoro nas jest dwóch, a ty jesteś sam, to właśnie pasuje do zabawy. — Głos Piotrka był rzeczowy i spokojny.

— Ja będę dowódcą oddziału partyzanckiego, Edek będzie moim zastępcą, a ty będziesz oficerem wojsk okupacyjnych.

— Przecież to ja jestem najstarszy — głos Adasia wyraźnie drżał z niepokoju i urażonej dumy — więc to ja decyduję — mówił coraz głośniej. — Ja będę dowódcą, ty będziesz oficerem, a on będzie mógł być dziennikarzem.

— Ja nie chcę być dziennikarzem — zaoponował Edek.

— Cześć chłopaki, o co się kłócicie? — zapytały Kasia podchodząc z Ulą do nich i siadając na ziemi. Ula stanęła za jej plecami i dalej gryzła swoją bułkę.

— Oni nie chcą się zgodzić z moimi rozkazami — powiedział niemal płaczliwie Adam — a przecież to ja jestem najstarszy i najmądrzejszy.

— Wiek wcale nie oznacza mądrości — sprzeciwił się Piotr. — Mogą być ludzie nawet dorośli, a głupi. Zresztą, skoro ma być demokracja to możemy głosować. Dziewczyny też mają prawo głosu.

— Nieprawda — zaoponował Adam — skoro dziewczyny się nie bawią, to nie biorą udziału w głosowaniu.

— Ale my też chcemy się bawić! — Zaprotestowała Kasia i spojrzała z nadzieją na Piotrka.

— No właśnie — podchwycił — skoro dziewczyny też chcą się bawić to biorą udział w głosowaniu, a jak się komuś nie podoba, to może iść do domu. Piotr czół już wyraźnie, że jest górą.

Adam zrozumiał, że przegrał tą batalię.

— No to w końcu w co chcecie się bawić?

— W to samo — odpowiedział mu szybko Piotrek. — Ty będziesz oficerem, a Ula zostanie twoim zastępcą. Ula, chcesz być zastępcą?

Dla Uli był to najprawdziwszy awans, ponieważ dotychczas bywała zawsze tylko zwykłym szeregowcem.

— Zgadzam się — powiedziała z zadowoleniem.

— No właśnie — decydował szybko Piotr — ja będę dowódcą oddziału, Edek moim specjalistą od materiałów wybuchowych, a Kasia zastępcą do spraw kontrwywiadu. Spojrzał kolejno po wszystkich. Byli zadowoleni. Tylko Adam z niewyraźną miną rysował palcem w piasku nie podnosząc głowy.

— No dobra, — powiedział Piotr — brakuje nam jeszcze dziennikarza, ale wiem kto nim mógłby być. Wszyscy patrzyli na niego z zaciekawieniem. Nikt nie chciał być dziennikarzem, bo ten przecież ginie w zamachu terrorystycznym. Piotr mówił wolno, nawet zbytnio przeciągając słowa:

— Musimy wszyscy iść do niego i zaprosić go do wspólnej zabawy. Powiemy, że proponujemy mu najważniejszą rolę w naszej zabawie, to wtedy na pewno się zgodzi i jeszcze będzie zadowolony. Wiecie o kim mówię? Nikt z pozostałych dzieci nie wiedział.

— Do Budziszów przyjechali letnicy i jest z nimi chłopak w naszym wieku. Ma na imię Karol. Widziałem go wczoraj jak siedział przed domem na ławce i z nudów czytał książkę. Jeżeli zaproponujemy mu wspólną zabawę, to na pewno się zgodzi. Wszyscy uznali to za bardzo dobry plan.

Całą grupą poszli w kierunku wiadomego domu. Po drodze minęli pasące się w przydrożnym rowie stadko gęsi. Ptaki były wielkie i dostojnie skubały trawę. Gromadka dzieci na wszelki wypadek ominęła stado szerokim łukiem, wychodząc aż poza środek drogi. Po chwili znaleźli się przed piętrowym budynkiem, wymalowanym na biało. W ogrodzie przed domem nie rosły żadne warzywa, ponieważ posiano tylko trawę. W kilku miejscach zostały ustawione białe ławki parkowe, biała miniatura drewnianego wozu, biała konewka, kilka równie białych baniek do mleka, a nawet biała studnia z białym zadaszeniem i białą korbą. Wszystko na tym podwórzu było pomalowane na biało. Wyglądało to aż zbyt estetycznie, zbyt higienicznie, jak w szpitalu. Całości wrażenia dopełniał widok kobiety w białym fartuchu rozwieszającej białe prześcieradła na sznurku.

Dzieciaki stanęły grupą przed furtką i przyglądały się podwórku. Po chwili kobieta ich zauważyła i spytała czego szukają. Najbardziej pyskata w ich gronie Kasia odparła, że szukają Karola. Taka to wszędzie sobie poradzi. Kobieta zdziwiła się, że goście dopiero wczoraj do niej przyjechali, a już miejscowi zdążyli poznać tego chłopca. Kazała chwilę zaczekać aż go zawoła z domu, ale najpierw musi dokończyć wieszanie bielizny. Cóż było robić, trzeba było czekać. Gdy pani Budziszowa skończyła swoją pracę, wzięła pustą już miskę i wróciła do domu. Czekali przez chwilę niecierpliwie. Wyjdzie, czy nie wyjdzie? Jednak wyszedł. Miał granatowe spodnie do kolan i rozpinaną koszulę w kratę z krótkimi rękawami. Podchodził do nich wolnym krokiem.

— Cześć — powiedziała pierwsza Kasia, a towarzyszący jej koledzy powtórzyli przywitanie.

— Cześć — odpowiedział im chłopiec.

— Chcieliśmy ci zaproponować przystąpienie do naszej bandy i wspólną zabawę w wojnę — rozpoczął Piotr. — Mógłbyś zostać jednym z głównych bohaterów, to znaczy dziennikarzem, a my wzięlibyśmy na siebie role żołnierzy i partyzantów. Oczywiście, jeżeli zechcesz.

— Czemu nie — odparł Karol z zapałem.

— Wspaniale, w takim razie chodźmy na łąkę pod lasem — zarządził Piotr. — Ja jestem Piotrek — powiedział wyciągając do nowego kolegi rękę. Wszyscy się przedstawili i przywitali. Potem razem poszli w stronę miejsca zabawy.

Na łące pod lasem znajdowało się przygotowane miejsce do rozpalania ognisk. Kupa popiołu otoczona była kręgiem kamieni, które tworzyły palenisko. Dokoła paleniska były rozmieszczone grube bale, które służyły do siedzenia przy ogniu. Nieco dalej od ogniska stał stół pozbawiony jednej nogi, dlatego miał mocno wbite pozostałe nogi w ziemię, tak że był znacznie niższy niż normalnie bywają stoły. Wkoło zostały ustawione spore kamienie, mogące od biedy być miejscami do siedzenia.

Adam wskazując Karolowi najpierw ognisko, a potem stół powiedział:

— Tu będzie kryjówka partyzantów, a tu baza wojskowa. Najpierw przeprowadzisz wywiad z oficerem w bazie wojskowej, potem zostaniesz uprowadzony przez partyzantów i zrealizujesz swój życiowy reportaż z życia oddziału partyzanckiego i jego walki o odzyskanie niepodległości.

Potem usiadł na kamieniu przy stole. Swoje miejsce zajęła również Ula. Z kieszeni spodni wyjęła dwa cukierki. Położyła je na stole, przyjrzała się im dokładnie, potem wzięła jeden z nich, odwinęła z papierka i włożyła do buzi.

— Proszę usiąść i się poczęstować — powiedziała z zadowoleniem do Karola. Ten zrozumiał, że właśnie zaczęła się zabawa, więc usiadł na kamieniu przy stole. Pozostałe dzieci przyglądały się odgrywanym rolom.

Karol siedział przy stole i przez chwile milczał. Zastanawiał się od czego zacząć rozmowę. Potem zwrócił się do Adama.

— Dziękuję panu, kapitanie, za wyrażenie zgody na przeprowadzenie tego wywiadu. Nasi współobywatele w kraju są niezwykle zainteresowani postępami na froncie i sukcesami naszych wspaniałych wojsk. Rodziny żołnierzy wprost drżą z niecierpliwości przed publikacją kolejnych informacji z linii frontu. I tu moje pierwsze pytanie: jak udaje wam się rozpoznać, którędy przebiega linia frontu, skoro przychodzi wam walczyć z rozproszonymi siłami wroga?

Adam aż otworzył szeroko usta ze zdziwienia. — Chyba już w to grałeś, co? — zapytał, ale Karol tylko uśmiechał się w milczeniu.

— No więc tak — rozpoczął Adam po chwili namysłu. — Rzeczywiście, nie może być tu mowy o wytyczeniu jakiejkolwiek linii frontu — powiedział — dlatego musimy być nieustannie czujni, nieustannie gotowi do walki, ciągle w pełnej gotowości bojowej. Wróg czai się za każdym zakrętem, za każdym rogiem. Zwyczajny transport każdego towaru musi odbywać się pod osłoną czołgów i transporterów opancerzonych. Zajęcie każdej wioski, nawet każdego domu musi odbywać się po uprzednim przygotowaniu artyleryjskim. Radzimy sobie jednak bardzo dobrze, żołnierze są dzielni nad podziw. Nasze rodziny, bliscy i znajomi mogą być z nas dumni. Godnie reprezentujemy nasz kraj, nasz naród, nasz rząd i pana prezydenta w tej okropnej wojnie. Walczymy przecież po to, aby wszyscy nam bliscy mogli czuć się bezpiecznie, mogli spać spokojnie, mogli posyłać dzieci do szkoły wiedząc, że ich bronimy i stoimy na straży ich szczęścia.

— Jeśli już rozmawiamy o przygotowaniu artyleryjskim to proszę bardzo o opinię pana kapitana w sprawie nowych armat sto milimetrowych, które tak niedawno weszły w skład wyposażenia naszych wojsk.

— To bardzo dobre armaty. Do tej pory stosowaliśmy broń artyleryjską mniejszego kalibru, ponieważ na obecnym etapie działań używamy armat raczej do prowadzenia ognia na wprost. Ze względu na niebezpieczeństwo użycia przez wroga samochodów osobowych jako pułapek wypełnionych materiałami wybuchowymi, tego typu uzbrojenie sprawdzało się bardzo dobrze. Niestety, ostatnio przeciwnik zaczął używać również ciężkiego sprzętu, a ponadto stosuje specjalne stalowe płyty pancerne mocowane do karoserii pojazdów, w związku z tym zostaliśmy zmuszeni do wykorzystywania właśnie tych nowoczesnych osiemdziesiątek oraz setek. Zamówiliśmy również dostawę armat stu dwudziesto milimetrowych.

— Proszę mi również opowiedzieć jak sprawują się w boju nasze nowe czołgi „Twardy T 60”. Słyszałem plotki, że jest aż zbyt twardy.

— Domyślam się skąd tego typu pogłoski. Podczas jazdy czołgiem „Twardy” z dużą prędkością po nierównej drodze lub wertepach czołg ten dość mocno rzuca. Poprzedni się kołysał, żołnierze mówili że „tańczy”, natomiast nowy czołg porusza się znacznie szybciej, pewniej, bardziej precyzyjnie, ale już nie tak miękko, już nie tańczy, tylko rzuca. Niektórzy twierdzą, że rzuca załogą po wnętrzu, jeżeli załoga nie przypnie się do foteli pasami. Pomimo tej drobnej niedogodności jest to bardzo dobry czołg. Na bazie tego samego zawieszenia zamówiliśmy już u producenta transportery opancerzone. Dzięki temu ta wojna przyczynia się nie tylko do zachowania pokoju i bezpieczeństwa na świecie, ale również powoduje wzrost zatrudnienia w kraju, wzrost naszej krajowej gospodarki, dzięki czemu z kolei naszym rodakom w kraju będzie się żyło lepiej i dostatniej.

— Ten aspekt wojny podnoszą właśnie jako zarzut liderzy tak zwanych „Zielonych”, którzy twierdzą, że wojna niesie nieuzasadnione bogactwo koncernom zbrojeniowym, nieuzasadniony rozwój przemysłu ciężkiego państw biorących udział w wojnie. Czy to jest etyczne?

— Prowadzenie wojny we współczesnym świecie nie ma nic wspólnego z etyką. Przecież wojnę prowadzi się tylko wtedy gdy dwie strony mają inne poglądy na ten sam temat i nie potrafią w inny sposób uzgodnić wspólnego stanowiska. Nieetyczne byłoby okłamywanie partnera. Natomiast prowadzenie wojny jest tylko i wyłącznie wyrażeniem swojego stanowczego sprzeciwu. Wojna jest najbardziej stanowczą formą sprzeciwu. Proszę spojrzeć na historię świata. Wszystkie poprzednie wojny prowadziły zawsze do załamania się gospodarki i znacznego zbiednienia jednych krajów, oraz do rozkwitu i znacznego wzbogacenia się innych krajów. Każdorazowo po przystąpieniu do wojny zmniejszało się bezrobocie, wzrastała produkcja przemysłowa, rozkwitały wynalazczość i racjonalizacja. Społeczeństwa dzięki międzynarodowym konfliktom i wojnom wchodziły na coraz wyższy poziom rozwoju. To właśnie w czasie wojen powstawały i upadały imperia, to wtedy tworzyła się historia ludzkości. W licznych ale krótkotrwałych okresach pokoju ludzie gnuśnieli, stawali się leniwi i popadali w choroby. Na tym właśnie polega dobór naturalny na poziomie społeczeństw. W globalnej wiosce sytego wieprza trzeba położyć na półmisku.

Od razu też pragnę zaznaczyć, że nie jest to apoteoza zbrodni. W dzisiejszych czasach wojny prowadzi się pod nadzorem i kontrolą międzynarodowej opinii publicznej. Redakcje największych światowych telewizji i gazet przysyłają na wojnę swoich korespondentów, którzy dysponują wszelkimi upoważnieniami, mogą wszędzie wchodzić, z każdym rozmawiać, wszystko filmować i fotografować. O ile, oczywiście, podczas wykonywania swojej słusznej i odpowiedzialnej misji nie zginą od postrzału lub podłożonej bomby. W Internecie można obejrzeć relacje z każdej bitwy, z każdego wydarzenia, usłyszeć opinię każdego oficera i szeregowca, a nawet przeczytać listy od rodzin. Jest tego takie mnóstwo, że nikt nie może niczego ukryć ani zmanipulować. Na forum dyskusyjnym można podyskutować nawet z żołnierzami z pierwszej linii, o ile akurat nie strzelają, lub nie są ostrzeliwani.

— A co pan może powiedzieć o śmigłowcach „Winetou 2”, które naszym wojskom ostatnio sprzedali Japończycy?

— Super maszyny, naprawdę rewelacyjne. Zostały uzbrojone w specjale wyrzutnie rakietowe, które strzelają pociskami zaopatrzonymi w cyfrowe kamery wideo z przekazem radiowym. Można sterować pociskiem aż do momentu trafienia w cel. Można nawet zawrócić rakietę i wycelować ponownie. Tego typu wyposażenie było nam właśnie potrzebne. A jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że te rakiety współdziałają z globalnym systemem satelitarnego namierzania i lokalizowania, to nic więcej już nie trzeba dodawać. Ten system jest w stanie sprawdzić godzinę na zegarku każdego człowieka w dowolnym miejscu na Ziemi. Satelity potrafią to zrobić w ciągu dziesięciu sekund. Jedyny problem to tylko ocena czy dany człowiek jest praworządnym obywatelem, czy przestępcą. Reszta jest w rękach snajpera i Boga. Jeden strzela, drugi kulę niesie.

— A czy pani porucznik mogłaby mi jeszcze wyjaśnić — zwrócił się z pytaniem do Uli — dlaczego nie zauważyłem nigdzie warty? Przecież znajdujemy się w rejonie zagrożenia.

— Właśnie dlatego, że chroni nas satelitarny system szpiegowski, to znaczy monitoringu globalnego. Żaden wartownik nie byłby w stanie tak dokładnie obserwować okolicy. Radioteleskopy elektronowe umieszczone na satelitach widzą znacznie dokładniej niż oko człowieka, a ponadto nie przeszkadza im mgła, deszcz ani ciemności. Nawet burza piaskowa na pustyni może być monitorowana i penetrowana laserowym skanerem optycznym, który rozróżni ziarenka piasku od ziarenek rozsypanego cukru.

— Dziękuję bardzo za udzielenie wywiadu.

Wszyscy zaczęli klaskać i śpiewać:

Braawo, braawo, brawisimo.

Braawo, braawo, brawisimo.

Brawisimo, brawisimo;

Braawo, braawo, brawisimo.

— Teraz pora na przeprowadzenie wywiadu z partyzantami — powiedział Piotr.

Rozdział 2

Otworzyłem oczy. To otwieranie oczu stało się już prawdziwym ceremoniałem, wielką, wciąż zapisywaną księgą, która z każdym dniem rośnie o jedną stronę. Po tygodniu stwierdzamy, że przybyło już siedem stron nowych, świeżych, niepowtarzalnych. Ale dopiero po roku się okazuje, że to nowa księga powstała nie wiedzieć kiedy. Przez długą chwilę nasłuchiwałem. Trzeba umieć pilnie słuchać. Nie wystarczy tak jak w szkole słuchać nauczyciela. Trzeba słuchać nie tylko pilnie, ale i kreatywnie, wybiórczo, selektywnie. Nieustanne dudnienie, łoskot, wycie, trzaski, huki, grzmoty, piski i wszelkiego rodzaju inne hałasy zaczęły powoli wyróżniać się spomiędzy innych, nabierać cech wyjątkowych, niepowtarzalnych, spotykanych tylko i wyłącznie tutaj. Każde miejsce ma swoje dźwięki, własne odgłosy. Gdy poznasz już wszystkie odgłosy, to poznałeś już miejsce.

Tu chyba nigdy nie będzie inaczej. Ciągły skowyt wrósł już w swoje miejsce, przykleił się do otoczenia jak rzep do spodni. Nie sposób już obejść się bez hałasu. Stał się niezbędnym składnikiem potrzebnym do przetrwania. Nie pamiętam czy tak było od samego początku. Pewnie nie. Teraz jednak niósł ze sobą bardzo ważne informacje o sytuacji na zewnątrz schronu. Informował o tym, że tam wciąż jeszcze nie pozabijali się nawzajem, jeszcze wszystkich nie zdołali wymordować. To były istotne, życiowe informacje. Schron miał grube mury. Wystarczające by chronić przed niepowołanymi kulami, niechcianymi pociskami z czołgowych armat i partyzanckich moździerzy. Zawsze trzeba się było mieć na baczności, zabezpieczać z obu stron, przed wrogością obcych i niekompetencją swoich.

Początkowo długo się ociągałem, nie mogłem jakoś podjąć decyzji o przyjeździe, a raczej wyjeździe. Przed podróżą należy usiąść. Tego nas nauczyły filmy naszych wielkich przyjaciół. Jeżeli nie potrafiłem podjąć decyzji, nie potrafiłem się zdecydować, to stosowałem właśnie taką strategię: trzeba było usiąść, a najlepiej się położyć i przespać z problemem. W ten sposób odwlekałem podjęcie stanowczej decyzji. W ten sposób oddalałem od siebie niebezpieczeństwa. Chińskie czy japońskie przekleństwo mówi: abyś żył w ciekawych czasach.

Miałem spokojne, ustabilizowane życie. W końcu ułożyłem swoje sprawy, pozbyłem się problemów ze sobą samym. Własne problemy powinny zawsze być stawiane na pierwszym miejscu. Kto nie upora się ze sobą samym nie powinien zajmować się problemami innych. Miałem spokojną pracę. Chociaż nie była to wcale praca łatwa. Małe redakcje są idealnym miejscem dla takich ludzi jak ja. Niezbyt wielu współpracowników, praktycznie żadnej konkurencji, żadnej walki o władzę, a całe mnóstwo radości i satysfakcji. Samemu się decydowało o czym pisać. Wcale nie musiały to być ważne sprawy i wielkie problemy. Czasami wystarczyła głupota przypadkowo napotkanego imbecyla, żeby wysmażyć odpowiednio pikantny artykuł.

W małym środowisku niewielkiego miasteczka redaktor jest osobą pożądaną w każdym gronie, na każdej uroczystości, w miejscu zarówno pracy jak i modlitwy. Jeżeli gazeta pisze o tym czym zajmują się wszyscy mieszkańcy, to bardzo szybko staje się swojską gazetą, naszą gazetą. Władze miasteczka mogą cieszyć się przepływem informacji z urzędu do mieszkańców, cieszyć się pochlebnymi opiniami, korzystać z możliwości wyjaśniania mieszkańcom kontrowersyjnych decyzji. Nawet tłumaczenie się przed czytelnikami i wyjaśnianie zarzutów może w pewnych okolicznościach wpłynąć na wzrost poparcia społecznego dla poszczególnych radnych czy burmistrza. Miałem całe mnóstwo okazji do nawiązywania współpracy z naszymi kochanymi władzami. Uwielbiałem to robić. Nawet jeśli czasami trzeba było sprostować nieprawdziwą informację, pomyłkę lub celową prowokację.

Nauczyciele bardzo chętnie wykorzystują artykuły i reportaże prasowe jako materialne, tudzież niezależne dowody swoich osiągnięć zawodowych, zainteresowania społecznego realizowaną ścieżką dydaktyczną, poparciem rodziców i opinii publicznej dla osiąganych efektów wychowawczych. Pamiętam dziesiątki takich tematów, które były bardzo ważne dla kilku osób, a dla niektórych wręcz najważniejsze. Doskonale było, jeśli zamieściło się zdjęcie. Każdy lubi oglądać swoje fotografie w gazetach. Nie zawsze jest to możliwe na pierwszej stronie, ale często nawet ostatnia strona satysfakcjonuje.

Wszyscy nauczyciele gromadzą teczki z tego typu dokumentami, ponieważ co kilka lat muszą poddawać się ocenie swojej pracy w związku z wprowadzonym systemem awansu zawodowego. Wielu z nich poddawanych jest ocenie corocznej w związku z podpisywaniem umów o pracę na jeden tylko rok szkolny, co zabezpiecza samorządy gminne i powiatowe przed nadmiernymi wydatkami i umożliwia monitorowanie ilości stanowisk pracy finansowanych z budżetu. W czasach niżu demograficznego trzeba nieustannie monitorować ilość etatów.

Małe lokalne gazety są bardzo często realizacją lokalnych ambicji, miejscem wypowiadania się najbardziej zaangażowanych obywateli, prezentacji lokalnego patriotyzmu oraz zdobywania lokalnych wyborców. Małe gazety są miejscem krystalizowania się wielkich oddolnych inicjatyw, wielkich idei, wspaniałych pomysłów. Bardzo często przedsiębiorcy dający pracę największej liczbie pracowników mają też największą liczbę wyborców, są więc tym samym najbardziej zaangażowanymi obywatelami. Zdjęcie i wywiad w gazecie bardzo im poprawia samopoczucie, wprowadza w radosny nastrój, daje energię do wytężonej pracy. Niektórzy twierdzą, że daje im kopa do roboty aż do następnego wydania gazety. Dziennikarze, a zwłaszcza redaktorzy wiedzą o tym doskonale, dlatego też bardzo często się zdarza oglądać w gazetach zdjęcia wciąż tych samych twarzy naszych kochanych obywateli. Przede wszystkim liczą się ludzie. Największe problemy społeczne, najtrudniejsze sprawy karne i najsławniejsze skandale nic nie znaczą, jeżeli nie mówią o lokalnych ludziach, miejscowych osobistościach, naszych sąsiadach, krewnych lub znajomych.

Bardzo polubiłem tą pracę i trudno mi było z niej zrezygnować, zwłaszcza że alternatywą była wojna. Marynarz nie potrafi długo wytrzymać na lądzie, wciąż kusi go szeroka przestrzeń oceanu, wiatr we włosach, mewy nad głową, piękne dziewczęta w portach rozrzuconych po całym świecie. Przez wiele dni rejsu trzeba być w ciągłej gotowości. Przez cały dzień trzeba wciągać żagle na maszt, trzeba myć pokład, zdrapywać popękaną farbę i malować na nowo, stukać młotkiem w grube, stalowe burty by każdy kawałek rdzy odpadł. Potem przychodzi wreszcie noc, a tu trzeba iść na nocną wachtę. Nie ma lekko. „Morze syci i bogaci, na nim męża możesz stracić.” A potem jeszcze przyjdzie sztorm i cała załoga jak jeden chłop walczy z żywiołem.

Żeglarzowi wystarczy, że zejdzie na ląd, a już zaczyna mu brakować łopoczącego żagla nad głową. Dwa tygodnie w bezpiecznym porcie u boku ukochanej w zupełności wystarczą dwa razy do roku. Potem już ciągnie na morze, tęsknym wzrokiem spogląda za falą, szalonym spojrzeniem ogarnia horyzont i już wiadomo, że choćby miał się liną przywiązać do pędzącej chmury to nic go nie powstrzyma przed wyruszeniem w kolejny rejs. Tak samo jest z dziennikarzami. Nie potrafią żyć bez interesowania się najnowszymi wydarzeniami, bez fotografowania wszystkiego co spotkają na swojej drodze. Każda twarz może być interesująca. Wielcy mistrzowie i artyści fotografii potrafi jak malarze uwieczniać piękne twarze, tworzyć wspaniałe portrety, fotografować ludzi starych, doświadczonych steranych, zniszczonych trudami życia, oraz buzie roześmianych dzieci podczas zabawy.

Dla dziennikarza jednak największą wartość ma piękna, wspaniała twarz vipa. Dziennikarze oglądają świat przez pryzmat inwestycji, finansów, gry interesów, kampanii wyborczych, twarzy polityków, znanych nazwisk. Rasowy dziennikarz na widok polityka dostaje gęsiej skórki z podniecenia. Natychmiast pragnąłby mu zrobić z pięć tysięcy trzysta fotek we wszystkich pozach, miejscach, z członkami rodziny, ze wszystkimi ważnymi osobami. Wyobraźcie sobie co się dzieje z dziennikarzem na widok kilku polityków w jednym miejscu zgromadzonych. Praktycznie rzecz biorąc, bez polityki nie ma informacji. No bo o kim wtedy informować?

Pamiętam taką konferencję naukową, w której brali udział różni, często bardzo interesujący ludzie. Z różnych redakcji dzwonili rozgorączkowani dziennikarze i pytali o to, kto będzie brał udział w konferencji. Gdy okazało się, że żaden z vipów nie zapowiedział swojego udziału, a organizatorzy też nie przewidzieli, to tylko jeden biedny dziennikarz z małej, lokalnej gazetki przyjechał brać udział w konferencji. Śledził obrady, fotografował, robił sobie notatki. Potem napisał duży artykuł. Profesjonalne redakcje zadowoliły się informacją telefoniczną i drukiem trzech zdań na temat przebiegu konferencji. O problemach tam dyskutowanych nikt nic nie wiedział.

Największym jednak wyzwaniem dla dziennikarza jest wojna, i chociaż czasem jest to wyzwanie wręcz śmiertelne, większość dziennikarzy w końcu nie zdoła mu się oprzeć. Właśnie dlatego opuściłem małe, spokojne, zadbane, bogacące się miasteczko. Wyjechałem po to by stać się bardzo potrzebnym, bardziej potrzebnym, tak bardzo potrzebnym, aby nie wydano wyroku, aby powstrzymano się przed wydaniem na mnie wyroku, aby normalni ludzie przestali na mnie patrzeć jak na ścianę. Wiedziałem, że jestem temu sam winien. Wiedziałem, że jestem winien tak samo jak każdy inny. Nawet wtedy, jeśli jestem niewinny, jeśli to nie moja wina, nie moja sprawa. Ja rozumiałem to doskonale, a oni też to wiedzieli. W małych miasteczkach oni zawsze wszystko wiedzą. Ten koszmar trwał już zbyt długo. Telewizor krzyczał na mnie z rogu pokoju:

— Patrz co się dzieje! Patrz i płacz. To twoja wina. Czy nie masz nic do powiedzenia na swoją obronę?

Średnio licząc, w zaokrągleniu, było u nas około tysiąca rodzin. W kilku sklepach spożywczych owe rodziny kupowały codziennie średnio po jednym bochenku chleba i cztery do ośmiu bułek. Najwięcej kupowano bułek gdyńskich, choć w ostatnich latach zaczęła rosnąć ilość kupowanych bułek jastarnickich i karwieńskich. Pojawiły się nowe rodzaje pieczywa, nowe gatunki bułek, rogali, chleba tudzież innych wyrobów piekarniczych. Bezpowrotnie w przeszłość odeszła epoka małej stabilizacji, uniformizacji, centralizacji i wielu jeszcze innych, aczkolwiek równie paskudnych acji. Żyło nam się coraz lepiej, coraz różnorodniej, a równocześnie coraz bardziej swojsko, rodzinnie, prywatnie, przyjacielsko.

Codziennie dowożono do sklepów świeże pieczywo. Przyzwyczailiśmy się do tego bardzo szybko. Do wygody i dobrobytu każdy przywyka. Wytworzył się specyficzny ceremoniał. Skoro tylko nastawał świt i na dworze robiło się szarawo, w sklepach spożywczych ustawiała się kolejka kupujących podstawowe towary spożywcze. Najpierw było mleko z bańki. Potem wprowadzili woreczki foliowe. Teraz już wszystkie inne opakowania wyparły kolorowe kartoniki. No i przede wszystkim pieczywo. Ekspedientki już pamiętały kto jakie bułki kupował, kto jakie lubił. Wystarczyło przelotne spojrzenie, potwierdzające kiwnięcie głowy, niemal niezauważalny ruch ręki. Czasami dodatkowo jeszcze kupowano dla urozmaicenia jakąś grahamkę albo bułkę z serem, czy chruściki.

Potem w powiecie zbudowali piekarnię „Buła”. Piekarnia była wielka jak stodoła. Przez całą dobę dymiły jej kominy, co oznaczało palenie w piecach, czyli produkcję pełną parą. Nowa piekarnia była od samego początku nastawiona na masową produkcję, na zasypanie rynku, wykończenie konkurencji. Bułki z „Buły” okazały się być najtańszymi na rynku. W tak ciężkich czasach ulżyć nieco zmartwieniom i zostawić w portfelu więcej pieniędzy każdy by chciał. Ludzie zaczęli więc kupować nowe buły. Nie były takie smaczne, ale były tanie. Prawo rynku zadziałało. Najprawdziwsza demokracja pokazała swoje oblicze. Większość wolała oszczędzać niż smakować, więc pozostałe piekarnie kolejno padły na kolana, potem padły na tyłek, jeszcze później padły na pysk. Już się z tej pozycji nie podniosły. Ludzie zagłosowali na „Bułę”. Buły z „Buły” okazały się bezkonkurencyjne. Pomogły im programy dofinansowania i zwiększania konkurencyjności, granty z wielu instytucji samorządowych lub pozarządowych. Teraz te instytucje będą musiały finansować bezrobotnych oraz programy restrukturyzacyjne upadłych firm.

Stracił na tym nieco poranny ceremoniał. Powstał w to miejsce inny: kupujący mówi tylko ile, a sprzedający już wie czego. Demokracja nas uwolniła od rozterek przy ladzie sklepowej podczas porannych zakupów. Mamy niższy poziom adrenaliny, zakupy idą sprawniej, spokojniej. Samo zdrowie wynikło z tej demokracji i wolnego rynku. Tylko burmistrz narzeka, że radni zbyt się pośpieszyli dając ulgę w podatkach nowemu inwestorowi na dwadzieścia lat, z możliwością przedłużenia na kolejne dwadzieścia. Po upadku innych piekarni nie ma kto teraz zasilać budżetu. Trzeba będzie znowu ograniczyć wydatki, zrestrukturalizować zatrudnienie, zawiesić inwestycje. Więc znowu tego roku nie da rady dokończyć remontu miejskiego ratusza. Nadal urzędnicy będą musieli się gnieździć w małych, ciasnych klitkach bez klimatyzacji i wygód. Jak tu w takich warunkach można wymagać się od pracowników wydajności? A na dachu wciąż trwają prace, wciąż kręcą się zawzięcie robotnicy, pracują betoniarki, jakby ten ratusz miał być budowany aż do nieba, do chmur, ponad chmury, niczym szczyty gór.

— Dzień dobry, pani kochana, są może grahamki?

— Nie ma.

— A może bułeczki z serem?

— Nie ma.

— To może chociaż miejscowe?

— Nie ma.

— A co jest?

— Nie widać, że ja jestem?

— W takim razie czy można panią schrupać na śniadanie, powiedzmy na workach z mąką?

— Co to, to nie, ponieważ worki z mąką bardzo brudzą ubranie, a ponadto jeszcze bardzo się z nich kurzy.

— To może na workach z kaszką manną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 33.47