E-book
13.65
drukowana A5
54.4
Portugalska eskapada

Bezpłatny fragment - Portugalska eskapada


Objętość:
352 str.
ISBN:
978-83-8155-087-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 54.4

Rozdział 1

Podeszła do niedużej biblioteczki, stojącej w rogu salonu naprzeciwko pianina i niewielkiego stolika z dwoma fotelami. Otworzyła szklane drzwiczki, a następnie przez blisko minutę ze smutnym uśmiechem na ustach kontemplowała zawartość witryny. W końcu, spośród kilkudziesięciu starannie ułożonych na półkach woluminów, wyjęła tomik obłożony ciemnobłękitną obwolutą. Jak neon nad nocną ulicą zabłysnął z książki srebrzysty napis: „Paulo Salazar — Postais de noites inacabadas”.

— Ukochane „Pocztówki…” — westchnąwszy, szepnęła do siebie, otwierając tomik. — Od nich wszystko się zaczęło…

Zerknęła na białą tytułową wewnętrzną kartkę. Pod czarnym drukiem ozdobionym złocistym ornamentem widniała odręczna dedykacja autora: „Dorocie, mojej żonie — Paweł”.

Do książki włożona była dodatkowa „pocztówka”: niewielka zgięta na pół jasnobrązowa kartka. Zapisana ręcznym pismem miała swój nieformalny jakby pospiesznie dopisany przez autora tytuł: „Pocztówka dla Doroty”.

Trzymając ją drżącymi rękoma, po raz kolejny w ciągu ostatnich dni postanowiła oddać się cichej lekturze:

„Czy czasem nie masz wrażenia, Dorotko, że od niedawna jesienny dzień w naszym ogrodzie następuje po nocnych odwiedzinach Starych Babic przez wspaniałego maga? Widzę go, jak w cylindrze i we fraku przelatuje nad uliczkami, wymachując czarodziejską różdżką, a wtedy świat dookoła nabiera zupełnie nowych, ciepłych tonów. Wspaniały pędzel zamalowuje ogrody gamą zdominowaną przez fiolet, brąz i żółto-cytrynowy kolor. I wtedy, po przebudzeniu ze snu, patrzę w okno na jesienną symfonię i doświadczam poczucia długo oczekiwanego cudu. Rozpoczyna się królewski korowód jesieni w całej swej krasie, rozbrzmiewa cicha niebiańska muzyka: listopadowy, kolorowy walc. I pędzę do błyszczącego złotem starobabickiego parku, by podziwiać przeobrażony świat. Karmazynowo-czerwone, brązowe i zielono-żółte liście delikatnie wirują w świątecznej ciszy, niemal wisząc, miękko siadając na szafranowym dywanie. Pobłąkawszy się wśród ubranych w piękne stroje drzew, poszeleściwszy nogami po opadłych liściach, zaczynam rozróżniać dźwięki cichej, smutnej polskiej jesiennej melodii. W jej takt, zdaje mi się, nasz ogród zasypia, i tylko czasem pod żartobliwym wiatrem znów zaczyna drżeć, by po chwili zadzwonić na jedną nutkę krzykiem odlatujących ptaków. Miło jest czuć ten świeży powiew, grający jesienną sonatę na gałęziach i liściach drzew i poczuć niepowtarzalny jodowo-korzenny zapach opadłych liści, aromat ziemi i gorzki dym odległego ogniska…

…Nagle wiatr przynosi lekki i delikatny oddech wilgoci i napina pod głębokie biało-błękitne niebo kosmate ciemne chmury. O liście zaczynają pukać nieśmiałe zimne krople. Kropelki spadają na twą dłoń i stają się podobne do pereł. I pod kwaskowaty smak jesiennego deszczu, słaby zapach opadłych liści, śniegu, dymu i mgły spieszysz się do przytulnych ścian naszego domu-gniazda na filiżankę aromatycznie parującej herbaty. Siedzisz przy stoliku i lubujesz się sennym deszczykiem, który za oknem drobnymi i głuchymi kropelkami sypie się z niskich chmur na dywan z liści, pozostawiając swe srebrne łzy na szybie. Deszcz stuka po oknach, rozdzwania się i śpiewa w rynnach. W ciepłych kałużach wzdrygają się ociężałe od nadmiaru wody liście.

A gdy w końcu znów wygląda zza chmur słomiano-karmazynowe słońce, idziesz dalej, podziwiając stonowane kolory i błyszczące w jego promieniach krople. Miękkie, świecące na pomarańczowo w ciemnych tajemniczych kałużach. Taki jesienny dzień niech stanie się twoim świętem. Zapamiętaj je, Dorotko, na długo… Bo wkrótce nadejdzie zima”.

— Mój Boże! — cicho westchnęła… — jak to pięknie Pawle opisałeś… jak subtelnie przygotowywałeś mnie do tej zimy…


— Pani Doroto, co ja mam teraz ze sobą zrobić? — Nagle usłyszała za sobą głos Sali Sariego, wchodzącego właśnie do salonu, niosącego na tacce talerz z kanapkami i dzbanuszek z herbatą. — Trzy lata temu pochowałem żonę, trzy dni temu — mego ukochanego szefa i przyjaciela… I od trzech dni nic pani nie mówi, nic nie je… I dziś też nie chce pani jeść kolacji, a powinna. Od trzech dni nic pani prawie nie jadła, Pani Dorotko. To niedobrze. Nie wolno tak…

Dziewczyna westchnęła, starannie na powrót włożyła kartkę z „pocztówką” do książki, odłożyła wolumin na półkę, po czym zdjęła z szyi koronkową czarną chustę.

— Usiądź Sali Sari. — I wskazała mężczyźnie stojący obok małego stolika fotel. Sama siadła na sąsiednim. — Porozmawiajmy.

Mężczyzna opadł na siedzisko i westchnął.

— Sali Sari, proszę! Niech mnie pan nie zostawia. Pan jeden mi został — rzekła prawie półszeptem i spojrzała na niego. W oczach mężczyzny pojawiły się łzy. — Przywykłam do pana obecności. Zawsze był pan dla mnie jak ojciec…

— Dziękuję, pani Dorotko. Bałem się, że mnie pani poprosi… — Nie dokończył zdania, łzy próbowały wypełniać mu oczy, kurcz — ścisnął gardło.

— Niech się pan uspokoi. Jeszcze raz proszę pana tylko o to jedno: niech mnie pan nie zostawia… Niech pan nie wyprowadza się z tego domu. — I szybko podniosła się z fotela, po czym wprawnym ruchem ręki wlała do szklanki miarkę lekarstwa. Wręczając naczynko Sali Sariemu, rzekła: — Proszę wypić. To dobry medykament. Pawłowi zawsze pomagał…

Wróciła na swój fotel i usiadłszy, zakryła twarz dłońmi.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że jego już z nami nie ma.

— Tak. Ja też nie mogę w to uwierzyć… Przez te krótkie miesiące małżeństwa był taki szczęśliwy. Nawet jakby odmłodniał…

Dziewczyna, westchnąwszy głęboko, rzekła:

— Jutro przyjedzie do nas jego prawnik, mecenas Mroziewicz, a pojutrze przedstawiciel oficyny, z którą mąż przez lata współpracował. Wydawca bardzo się ucieszył, dowiedziawszy się, że mam notarialnie potwierdzone uprawnienia do przekładów na język polski wszystkich dzieł Paulo Salazara. A ja, owszem, zamierzam podjąć się ich przetłumaczenia i upowszechniania nie tylko w naszym kraju. Muszę jeszcze popracować nad adnotacjami do „Postais de noites inacabadas” i dołączyć jedną odręcznie spisaną przez Pawła „pocztówkę”. A potem — zadedykować wszystkie swe tłumaczenia pamięci mojego męża.

Sali Sari uśmiechnął się do dziewczyny i lekko pokręcił głową.

— Przeczytałem te „pocztówki” pod pani tłumaczeniem. I muszę powiedzieć… Wzruszenie za duszę ściska. Dziękuję, pani Dorotko. Ma pani dobre serce i czystą duszę. Jest pani dla mnie jak córka, której nigdy nie miałem…

— No, skoro tak — dziewczyna się uśmiechnęła — więc proszę do mnie mówić po prostu: Dorota i, ma pan rację, zjedzmy wreszcie tę kolację.


Nie pamięta rodziców. Podobno od jej przyjścia na świat już żyli w separacji. Miała ledwie dwa lata, jak podczas zimowej wyprawy na K2 śmiercią tragiczną zginął jej ojciec. Już wówczas była półsierotą — rok wcześniej po długiej wyczerpującej chorobie na raka trzustki zmarła mama. Ojciec, dowiedziawszy się o tragedii formalnie wciąż jeszcze swej żony, postanowił do niej powrócić. Spieniężył cały rodzinny majątek na jej ratowanie, ale nadaremno. Dwa miesiące później idąc w góry, podobno żegnał się ze wszystkimi przyjaciółmi, jakby coś przeczuwał, a może nawet zaplanował?… Tego ich córka Dorota nigdy się już chyba nie dowie.

Za to dobrze pamięta swój ciężki pobyt w domu dziecka na warszawskim Kole. Do dziś ma w oczach wielki park wokół sierocińca, po którym snuły się pod nadzorem wychowawców dzieci równie smutne i osamotnione jak ona, trzymające się za ręce… Potem studia uniwersyteckie na wydziale lingwistyki stosowanej, pobyt w akademiku, ciągłe uczucie głodu i chroniczny brak czasu i pieniędzy.

Będąc jeszcze w szkole podstawowej, zdała sobie sprawę, że posiada niezwykły dar do języków obcych. W trzeciej klasie płynnie już rozmawiała z nauczycielem po angielsku, a przecież w międzyczasie poznawała także podstawy portugalskiego, włoskiego, niemieckiego i hiszpańskiego.

Rozpocząwszy naukę na Uniwersytecie Warszawskim, rozpoczęła także naukę języka mandaryńskiego. Miała doskonałą pamięć i dar logicznego rozumowania. Lektorzy i wykładowcy podziwiali jej zdolność do właściwego dobierania słownictwa w zależności od kontekstu i konstrukcji gramatycznych. Przepowiadano jej zrobienie błyskotliwej kariery lingwistycznej, zachęcano do nieustannego czytania literatury obcej, zwłaszcza historycznej. Jednak Doroty nigdy nie pasjonowała historia. Była z natury romantyczką. Najbardziej więc kochała romantyczne sztuki, filmy i powieści, szczególnymi względami darząc twórczość pisarzy ibero-amerykańskich…


A po kolacji, gdy zasypiała samotnie w przepastnym małżeńskim łożu, znów zaczynały wracać wspomnienia, jak to ona — kończąca wkrótce studia, wpatruje się w lustro, widząc przed sobą samotną nieprzygotowaną do samodzielnego życia dziewczynę. Dziewczynę bez przyjaciół, bez widoków na przyszłość, bez pieniędzy… I pamięta, jak postanowiła, że skoro stypendium uniwersyteckie nie starcza prawie na nic, a tym bardziej na zakup ukochanych książek, to będzie dorabiać w jednym ze szpitali sieci prywatnych klinik, jako nocna pielęgniarka VIP-owskich pacjentów. Jej podstawowym obowiązkiem miało być czuwanie przy łóżku chorego. Długo nie zastanawiała się. Przyjęła ofertę kliniki bez żadnych ekstra warunków. Odtąd całe swe „nocne“ życie podporządkowywać będzie opiece nad chorymi. Najważniejsze, że zdoła od teraz jakoś wiązać koniec z końcem. O tym, jaka czekać ją będzie przyszłość po skończeniu uczelni, nawet nie myślała. Zdała się na zrządzenie losu.

I zrządzenie losu nastąpiło natychmiast. Już pierwszej nocy. Przydzielono jej pod opiekę pacjenta po ciężkim zawale serca. Mężczyzna właśnie został przeniesiony z oddziału intensywnej terapii do VIP-owskiej jedynki. Nie posiadał rodziny, nie miał nikogo z bliskich, kto mógłby się nim od serca zaopiekować. Co prawda miał swego osobistego kierowcę, sprawującego jednocześnie funkcję asystenta, ale był to starszy pan i sam właściwie potrzebował wsparcia. Podobnie jak jego szef i on kilka tygodni wcześniej trafił do tego szpitala z podejrzeniem o zawał. Na szczęście nie było to nic groźnego, ale zalecono mu unikanie stresów, nadmiernych emocji i dużo wypoczynku na świeżym powietrzu.

Gdy po raz pierwszy weszła do pokoju swego pacjenta, była zaskoczona. Nie spodziewała się ujrzeć na szpitalnym łóżku sędziwego człowieka w wieku około siedemdziesięciu lat, który po ciężkim ataku serca szczerze się do niej uśmiecha. Przestrzegano ją, że po takiej poważnej przypadłości zazwyczaj wszyscy pacjenci przejawiają strach i niepewność, twarze miewają smutne i pełne strachu. A tutaj… Mężczyzna spojrzał na nią swymi sędziwymi, acz pięknymi, dużymi brązowymi oczami. Było w nich tyle życia i radości, iż mimowolnie odwzajemniła mu swym równie pogodnym uśmiechem.

— W końcu ktoś się do mnie uśmiecha. Wszyscy lekarze w tym szpitalu chodzą z takimi ponurymi twarzami, że aż strach. — Rzekł ze swadą starszy mężczyzna. — Pani jest moją nocną pielęgniarką? Wyśmienicie! A poza wszystkim jest pani bardzo piękną kobietą. Poznajmy się. Jestem…

— Wiem, kim pan jest. — Przerwała mu Dorota, podchodząc do łóżka. — Nazywa się pan Paweł Janura. Jest pan samotnym emerytem, ale ma pan do pomocy osobistego sekretarza-asystenta, a zarazem na co dzień pana szofera. Przy okazji dowiedziałam się co nieco o stanie jego zdrowia… Może byłby pan ciekaw?…

— Tak, oczywiście, jestem. A tak w ogóle, pani Doroto, proszę się do mnie zwracać po imieniu.

Kiwnęła głową, poprawiła mu koc na nogach, po czym rzekła:

— A ja mam na imię Dorota, a na nazwisko Złocińska. Jestem studentką, choć już w przyszłym tygodniu prawdopodobnie nie będę, bo składam przed komisją egzamin dyplomowy. Zaś co do zdrowia pana sekretarza… proszę się nie martwić. Bardzo dobrze rokuje. Wczoraj był u nas na wizycie kontrolnej. Niewykluczone, że wkrótce odwiedzi tutaj pana osobiście.

— To świetnie!… Dziękuję. — Mężczyzna chrząknął i mrużąc oczy, patrząc na nią, stwierdził… — Dorota… powiada pani… Piękne imię! Z greckiego: Dorothéa, czyli dar od Boga!

Kiwnęła głową, odpowiadając:

— Tak. To prawda. Widzę, że w obszarze onomastyki ma pan niezrównaną wiedzę… — Poprawiła mu poduszkę, ponownie okryła kocem nogi, dopowiadając: — I bardzo proszę zwracać się do mnie po imieniu… A teraz, Panie Pawle, czas na odpoczynek. Na sen. Nie powinien pan naruszać szpitalnego reżimu.

Paweł Janura skinął słabo głową i się uśmiechnął.

— Proszę mi odpowiedzieć, Doroto, na zasadnicze pytanie: kim planuje pani zostać po ukończeniu studiów i… — zająknął się, zatrzymując na chwilę — czy ma pani narzeczonego?

— To są dwa pytania — uśmiechnęła się zalotnie — ale, proszę bardzo, odpowiem. Narzeczonego nie mam, bo nigdy takiego dotąd nie miałam, a nawet nigdy nie miałam czasu, aby o takim pomyśleć… A kim zostanę? Chyba tłumaczką przysięgłą. Posiadam urzędowe certyfikaty znajomości języka angielskiego, portugalskiego, hiszpańskiego i niemieckiego. Marzę o przetłumaczeniu na język polski wielu dzieł światowej literatury kobiecej, aby Polki miały dostęp do najlepszej prozy gatunku.

Zauważyła, że oczy mężczyzny zajaśniały radością. Po chwili uśmiechał się całym obliczem.

— Tylko proszę się nie śmiać. — Przestrzegła mężczyznę. — Pan nie powinien się teraz poruszać, a co dopiero skręcać ze śmiechu.

— Ale ja po prostu uwielbiam romantyczne historie i romanse. I cieszę się, że mamy wspólne upodobania.


Podopiecznemu Doroty cała noc minęła nad wyraz dobrze. Spał spokojnie. Patrząc na jego szlachetny, wyrazisty profil, odruchowo myślała, że taki mężczyzna z pewnością powinien należeć do jakiejś… nobliwej europejskiej socjety. Obserwując go, sama zasnęła. Po chwili jednak, słysząc czyjś głos, ocknęła się. Nie od razu zorientowała się, że przez sen przemawiał jej pacjent. A najdziwniejsze było to, że przemawiał po portugalsku.

— „Nie rób tego, Manuelu, bo pożałujesz…” — A potem dwa razy powtórzył frazę. — „Znajdź ją, synu, znajdź… I będzie twoja”.

Zdumiały ją słowa starszego pana. Chociaż już wcześniej wyczuła w jego mowie subtelny obcy akcent, to jednak nie przypuszczała, że jej pacjent jest cudzoziemcem. Jest nim na pewno. Przecież człowiek we śnie zawsze mówi w swoim ojczystym języku, więc pan Paweł Janura jest Portugalczykiem! Ten wniosek ją tak zszokował, że już do końca nocy nie przymknęła oczu.


Po powrocie ze szpitala pół dnia spędziła w bibliotece uniwersyteckiej, starannie dobierając sobie na noc kolejną obcojęzyczną lekturę. I oto w jej rękach pojawiła się nowa książka jednego z jej ulubionych portugalskich pisarzy — Paulo Salazara. Miała intrygujący tytuł: „Postais de noites inacabadas”, czyli „Pocztówki niedokończonych nocy”. Odwróciła wolumin estetycznie obłożony ciemnobłękitną obwolutą, by jak zwykle wyczytać na odwrocie krótką notkę na temat powieści, i wtedy dostrzegła zdjęcie autora. Z fotografii patrzył na nią elegancki około pięćdziesięcioletni Portugalczyk. Jego inteligentny wyraz twarzy i spojrzenie pięknych czarnych oczu żywo przypominało oblicze jej pacjenta, Pawła Janury, o którym miała już prawie pewność, że jest także Portugalczykiem. „Ciekawe zatem, czemu to ukrywa?”.

Do nocnej pracy stawiła się godzinę wcześniej niż zwykle. Nie mogła zrozumieć, co ją tak ciągnęło do tego starszego pana? Fakt: chciała z nim porozmawiać o wypowiedzianych przez sen jego słowach. We śnie pewnego Manuela nazwał swoim synem. Dlaczego zatem przebywa tu sam? Gdzie mieszka jego syn? Dlaczego nie jest w tych trudnych chwilach z ojcem?

Paweł Janura ponownie przywitał ją szerokim uśmiechem.

— Jakże miło znowu panią widzieć, pani Dorotko. Czekałem na nasze spotkanie cały dzień i bardzo się cieszę, że przyszła pani wcześniej o prawie godzinę. Będziemy mieli czas porozmawiać do woli.

— A dlaczego panie Pawle nie rozmawia pan z innymi pielęgniarkami, za dnia? — Zapytała, siadając na krześle, tuż przy jego łóżku.

— Z innymi pielęgniarkami? Pani Dorotko, one wszystkie mają takie ponure twarze. — I znów uśmiechnął się szeroko — nie to, co u pani… — Po czym starszy pan popatrzył na nią tak radosnym spojrzeniem, że ponownie nie sposób jej było nie odwzajemnić własnym uśmiechem. — Poza tym, pani Dorotko, pani mnie rozumie, a to cenna dla mnie zaleta. Rzadko w życiu można znaleźć bratnią duszę, która zrozumie drugą wpół słowa.

— To prawda — skinęła głową i kontynuowała — zwłaszcza jeśli wszyscy nasi rówieśnicy uważają nas za dziwacznych. A ja przecież taka nie jestem. I nie zamierzam się ciągle każdemu z tego tłumaczyć…

— Pani Dorotko… Ma pani rację. Czasem lepiej umrzeć niezrozumialym niż tłumaczyć się przez cale życie.

— Ja po prostu nie lubię młodzieżowego stylu bycia, manier, ekstrawagancji i każdą wolną chwilę wolę spędzać z książką.

— Czytanie książek jest ostoją wzburzonej duszy, pani Dorotko. Niech pani nie zwraca na takich ludzi uwagi. Niektórzy są agresywni wobec innych tylko z powodu zawiści i zazdrości, że takiej duszy nie posiadają.

— Ale czego tu zazdrościć? — Zirytowała się — szczególnie takiej dziewczynie jak ja: wychowance domu dziecka?

— Jest pani bardzo urodziwą kobietą, droga pani Doroto. A to już wystarczy. Ma pani piękne miodowe oczy i wspaniałe szaro-blond włosy. Zdradzę pani pewien swój sekret: otóż ja po raz pierwszy w życiu widzę kobietę o tak naturalnej urodzie jak u pani. Mówiąc krótko: jest pani dla mnie prawdziwą słowiańską madonną!

Z lekka skrępowana komplementem uśmiechnęła się.

— Uroda to tylko uroda: jedni lubią taką, inni — drugą. Zresztą, znam wiele obiektywnie urodziwszych ode mnie kobiet.

— Nie doceniasz siebie, gołąbeczko. Och, gdybym odciął sobie pięćdziesiąt lat… Już ja bym pani nie odpuścił.

Dziewczyna uważnie spojrzawszy na swego pacjenta, nagle rzekła do niego po portugalsku:

— Wczorajszej nocy mówił pan przez sen… i mówił po portugalsku. Prosił pan swego syna Manuela, by coś znalazł… — Przerwała, dostrzegając w oczach Pawła Janury zaskoczenie, więc szybko skończyła — i gdzie jest pana syn? Dlaczego nie ma go tu, przy pana łóżku, w tym szpitalu?

Mężczyzna niemal przez minutę mierzył Dorotę bacznym spojrzeniem. W końcu odezwał się do niej także po portugalsku:

— Proszę mi pozwolić się przedstawić… Mam na nazwisko… Paulo Salazar. Tak, jestem z pochodzenia obywatelem Portugalii. Czuję się natomiast Polakiem. I mieszkam aktualnie w Polsce, a raczej od kilkunastu lat ukrywam się w pani ojczyźnie przed swoją rodziną, nosząc przybrane nazwisko Paweł Janura. — Przerwał, ale po chwili wznowił: — Mówię pani o tym, pani Doroto, bo skądś mam przekonanie, że mogę pani zaufać, choć w mym życiu, tak naprawdę, nie ufam nikomu. No… może jeszcze z wyjątkiem Sali Sariego. To on zresztą mi doradził, by przekonywać znajomych, iż moja rodzina pochodzi z Litwy, skąd kilkanaście lat temu przybyłem do Polski na stałe.

Dziewczyna wzięła dłoń starszego pana w swoje dłonie, delikatnie ją ściskając.

— Może pan być pewnym, że zachowam ten sekret tylko dla siebie, senhor Paulo Salazar, panie Pawle Janura, i… — Nagle uśmiechnąwszy się do niego, dodała: — panie pisarzu Paulo Salazar. Nie mylę się? Przecież to pan, prawda mistrzu? To pan pisuje powieści pod tym nazwiskiem. Dopiero teraz to odkryłam, że to pan. Pan jest moim ukochanym portugalskim pisarzem! Przeczytałam wszystkie pana powieści, a dziś w bibliotece znalazłem kolejną, pod tytułem: „Postais de noites inacabadas”. — I szybko wyjęła z torby wolumin, wręczając swemu rozmówcy. — Nie od razu rozpoznałam pana z fotografii, umieszczonej na tylnej okładce książki. Wygląda pan na niej na pięćdziesięciolatka. Przepraszam…

Mężczyzna wziął książkę w dłonie. Jego oczy lekko zawilgotniały.

— Gołąbeczko, zadziwiłaś mnie swoją spostrzegawczością i… Otwartością serca. — W dalszym ciągu mówił do niej po portugalsku. — Ale ta książka nie została jeszcze przetłumaczona na język polski…

— Owszem. Nie. Znalazłam ją na półkach z literaturą obcą. Lubię czytać książki w oryginale, to jest, napisane w ojczystym języku ich autorów.

— Nie wiem nawet, co pani powiedzieć, pani Doroto. Muszę pomyśleć. Odkryła pani jeden z moich najtajniejszych sekretów, a teraz jeszcze… Tak… Mam nad czym porozmyślać… Prawdopodobnie zrobię sobie drzemkę… — Oddał dziewczynie książkę i natychmiast zamknął oczy.

Z początku przestraszyła się, czy aby nie napędziła mu strachu swym odkryciem, ale potem, słuchając jego cichego i miarowego oddechu, zdała sobie sprawę, że spokojnie zasnął. Sama też się wyciszyła i prawie przez pół nocy czytała nową powieść „ukochanego portugalskiego pisarza”.

Były to krótkie opowieści, impresje, czasem nawet ledwie szkice, jakby w pośpiechu spisywane przez obserwatora, ułożone od najkrótszego do najdłuższego. „Trochę podobne w założeniach i konstrukcji do zbioru opowiadań Janusza Babickiego” — zauważyła i stwierdziła w myślach. — U Salazara też wszystkie łączą sylwetki wspólnych postaci, których los w miarę czytania książki, układa się w zwartą i logiczną fabułę…”

Już jedno z pierwszych opowiadań wywarło na Dorocie piorunujące wrażenie. Było traumatyczne, poruszające do głębi, ale najważniejsze: skądś jakby dobrze znane. Przeczytała je aż trzy razy:

We dwoje… Wędrują w przedświąteczne wieczory wzdłuż oceanu… Silny mężczyzna w średnim wieku i kobieta na inwalidzkim wózku…


— Senhor presidente, pana adwokat przyszedł… — poinformowała przez interkom sekretarka. — Poproś, niech wejdzie.

— …Cóż, gratuluję, proces definitywnie wygrany — zakończył cicho prawnik.

Uzmysłowił sobie, że podczas wieloletniej praktyki adwokackiej nigdy nie spotkał tak bezdusznego i chciwego człowieka jak ten. Były mąż w postępowaniu rozwodowym nie odpuścił eks nawet takich drobiazgów jak zestaw do kawy… „Może mu powiedzieć?” — Zawahał się w myślach. I powziąwszy po chwili informację o przelewie na konto za reprezentowanie interesów w sądzie, nieco usprawiedliwiającym tonem oznajmił:

— Przepraszam, ale pomyślałem, że powinienem o tym pana poinformować… Pan, prawdopodobnie, dawno nie widział byłej żony? — I nie czekając odpowiedzi, a postrzegając drastyczną zmianę na twarzy klienta, pospiesznie dodał — Ma złośliwego raka piersi. Końcowy etap… Dowiedziałem się o tym od jej pełnomocnika, dzisiaj… Do widzenia panu. Wesołych świąt!

I opuścił biuro.


...Wszystkie możliwości leczenia zostały wyczerpane. Wynik okazał się bezlitosny. Stała się małą, bezradną, jakby wyschniętą bryłką mięsa…

Lekarze unikali jego pytającego wzroku. Przypomniał sobie, jaką piękną i radosną była przy pierwszym spotkaniu… Potem ślub… Wspólne życie… Jego ciągła walka w branży o palmę pierwszeństwa i bycie najlepszym…
Nigdy nie była w stanie dać mu dziecka. Być może to było głównym powodem nieporozumień i w konsekwencji najważniejszą przyczyną rozpadu ich związku? A może wszystko było w nim samym? Może to on powinien być innym? Cieplejszym dla niej…


— To ty? — Zapytała cicho, z trudem otwierając oczy… — Tak. I teraz zawsze już z tobą. — Odpowiedział.

— Za trzy dni gwiazdka… Podaruj mi… zachód słońca, proszę…

I każdego wieczora zabierał ją do Cascais, nad brzeg oceanu. Ofiarowywał jej zachody słońca. Ostatnie zachody słońca w jej życiu…”


Zakończywszy czytanie, nie potrafiła powstrzymać uronienia łzy — najpierw jednej, potem drugiej, kolejnej… I po chwili płakała jak najpospolitsza beksa, jak mała dziewczynka, ta — którą pamięta z „domu dziecka”, dla której płacz zawsze pozostawał najwierniejszym przyjacielem. „Och, panie Paulo Salazar! — wzdychała, pochlipując… — Panie Paulo Salazar, gdyby pan wiedział, jak bardzo przypomniał mi pan tym opowiadaniem historię moich rodziców…”


Następnej nocy także przyszła do pracy godzinę wcześniej. Od pielęgniarki dyżurnej dowiedziała się, że pacjent Paweł Janura przez cały dzień zachowywał się jak jakieś niegrzeczne, grymaśne dziecko. Stale kogoś się czepiał, ze wszystkiego był niezadowolony, a w końcu nawet odmówił spożycia kolacji. Z polecenia lekarza prowadzącego trzeba mu było zrobić zastrzyk uspokajający.

Te informacje zmartwiły Dorotę. Cichutko otworzyła drzwi do pokoju swego pacjenta, bojąc się, aby go nie obudzić, ale niepotrzebnie. Pan Paweł nie spał. Patrzył w sufit i zauważywszy swoją nocną opiekunkę, nawet się nie uśmiechnął. Podeszła do jego łóżka. Przywitała się.

— Panie Pawle, powiedziano mi, że przez cały dzień był pan bardzo nerwowy. Czy to przeze mnie? Czy podczas wczorajszej nocy pozwoliłam sobie na zbyt wiele w trakcie naszej rozmowy? Obiecuję, że…

— Proszę się uspokoić, pani Doroto. Tu nie chodzi o panią, chodzi o moją rodzinę. Wczoraj, kiedy zorientowała się pani, jakie jest moje prawdziwe nazwisko, nagle uświadomiłem sobie, że i oni mogą uczynić to samo i mnie odszukać… I to mnie przeraziło, pani Doroto… Doroto, ja boję się mojej rodziny… A potem, kiedy zobaczyłem swe zdjęcie na okładce „Pocztówek”…

Dziewczyna, przytaknąwszy głową, wyjęła z torebki książkę.

— Ma pan na myśli tę fotografię? — Odwróciła wolumin, wskazując na zdjęcie.

Paweł Janura skinął głową.

— Tak! Dokładnie tak wyglądałem, gdy opuszczałem Portugalię i swoją rodzinę…

— Ale, panie Pawle, wszystkie pana książki wydane w Polsce są bez pana zdjęć. A książka „Postais de noites inacabadas” u nas jest jeszcze i nieprzetłumaczona, i nieopublikowana.

Starszy pan patrzył na dziewczynę prawie przez minutę i w końcu się uśmiechnął.

— No wie pani? Nawet o tym nie pomyślałem. Rzeczywiście, moje powieści w przekładzie na polski są wydawane bez mojego zdjęcia… Taki był mój warunek. A tę powieść — i wskazał na książkę w rękach dziewczyny — napisałem jeszcze w Portugalii. I tylko tam została wydana. Niepotrzebnie się więc martwiłem… — Odetchnął i na twarzy starszego mężczyzny ponownie zawitał uśmiech — Tak, zupełnie niepotrzebnie denerwowałem się cały dzień…

— To z powodu tej książki pan się denerwował? — Dziewczyna uśmiechnąwszy się, uścisnęła dłonie mężczyzny. — Dobrze zatem, że to sobie wyjaśniliśmy. Teraz będzie pan spokojniejszy.

— Ach, moja gołąbeczko, jeśli mógłbym tak samo łatwo się rozprawić z innymi moimi problemami, to…

— To proszę się nimi podzielić, a może uda nam się wspólnie je rozwiązać… Zaaplikowano panu środek uspokajający, powinien pan teraz się przespać.

Paweł Janura uścisnął dłoń Doroty i rzekł:

— Moja droga dziewczynko… Kończysz właśnie studia. Na razie mieszkasz jeszcze w akademiku? — Kiwnęła głową — A zatem moja droga dziewczynko… Mam dla ciebie propozycję. Mój dom jest teraz zupełnie bez opieki i w zasadzie całkowicie pusty. Mieszkamy w nim razem z Sali Sarim. On jest samotnym mężczyzną, wdowcem, ale dobrze gotuje. Jestem z niego bardzo zadowolony. Tak w ogóle dom jest duży… Przeprowadź się do mojego domu, Dorotko. Całe półpiętro będzie dla ciebie. Ja zajmuję gabinet na piętrze, a na parterze Sali Sari ma swój nieduży pokoik. No i kuchnia jest pod jego nadzorem. A pomieszczenia na półpiętrze są całkowicie puste. Nikt nie będzie ci przeszkadzał. Mieszkaj sobie, ucz się, pracuj… Nikt nie będzie ci w niczym przeszkadzał. — Starszy pan powtórzył i ziewnął, a jego oczy zaczęły się kleić.

— Powinien pan już teraz zasnąć. — Odrzekła, poprawiając kołdrę na jego łóżku. — Prześpi się pan, a jutro przecież będzie kolejna noc i… spokojnie jeszcze sobie porozmawiamy. Dobrze?

— …Ale obiecaj mi, że pomyślisz o mojej propozycji, obiecaj!

— Dobrze, panie Pawle, obiecuję…

Ani się spostrzegła, jak minęła ta noc. Przez cały czas rozmyślała o propozycji pana Pawła. Była tak poruszona, że dopiero nad ranem wzięła się za czytanie „Pocztówek”. Tym razem wpadła w jej oko pewna krótka sentencja, wieńcząca niedługie opowiadanie pod tytułem „Nierozczesane myśli”. Brzmiała tak:

Kobieta, jaka jest? — Kobieta jest jak skrzypce, cudownie zagra tylko w rękach utalentowanego muzyka, kobieta jest jak kwiat — w pełni rozkwitnie tylko przy troskliwym ogrodniku, kobieta jest jak piękna rzeźba — może ją ulepić tylko wrażliwy rzeźbiarz, i wreszcie kobieta jest jak rzeka — może połączyć się tylko z prawdziwym oceanem…

— Hmm… Panie Salazar — westchnęła i przemówiła głośno. — A pan, jakim potrafi być skrzypkiem? Bo że utalentowanym jest pan wirtuozem, to wiem od dawna…

Przez cały następny dzień dręczyły ją wątpliwości: skorzystać czy nie skorzystać z przedłożonej propozycji starszego pana? Niewątpliwie jego oferta była bardzo kusząca. Miała przecież świadomość, że wraz z ukończeniem studiów zmuszona będzie opuścić akademik. A pracy w swym zawodzie przecież wciąż jeszcze nie znalazła. Wkrótce nie będzie więc także miała środków na wynajęcie mieszkania czy choćby tylko małego pokoiku. A tu — taka propozycja… Karciła siebie, że nie spytała o adres. A co jeśli to daleko od miasta? Jak będzie tam wtedy dojeżdżać? I ile kosztować ją będzie czynsz? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi… Szkoda, że od razu nie zadała ich starszemu panu…

— A co tam — w końcu rzekła do siebie na głos — nad czym się zastanawiać? Przecież mogę przynajmniej spróbować, zamieszkać na jakiś czas, a co będzie dalej? Los i tak za mnie zadecyduje…

Gdy wieczorem przyszła na kolejne czuwanie do pana Pawła, już od progu zauważyła jego pytające, wyczekujące, niecierpliwie wpatrujące się w nią spojrzenie. Nie zdążyła nawet się przywitać, gdy usłyszała słowa:

— I co postanowiłaś gołąbeczko? Przyjmujesz moją propozycję?

— Panie Pawle, ja… No już sama nie wiem… Nikt nigdy w życiu mi czegoś podobnego nie zaoferował… Czuję, że nie mam powodu, aby panu odmówić, ale… jak ja się panu odpłacę? Czy będzie mnie stać?

— O czym tu mowa? O jakim odpłacaniu! To raczej ja, jeśli tylko przyjmiesz moją propozycję, będę twoim dozgonnym dłużnikiem… Więc, gołąbeczko, jaka jest twoja decyzja?!

— No dobrze, mogę przynajmniej na jakiś czas… spróbować…

— Bardzo się cieszę, pani Dorotko, bardzo, bardzo!… — niemal pokrzykiwał Paweł Janura, promieniując szerokim uśmiechem na twarzy. — Tak, mieszkam pod Warszawą, w Starych Babicach, i aby dojechać do mojego domu, trzeba korzystać z komunikacji podmiejskiej, ale… wraz z kwaterunkiem zaoferuję pani pracę w moim domu. Mam w dorobku kilkanaście powieści, które wciąż jeszcze nie zostały przetłumaczone na język polski. Chciałbym, aby uczyniła to pani, pani Dorotko… Innymi słowy: oferuję pani także taką właśnie pracę… Zaraz dam pani klucze, gołąbeczko, i proszę się z miejsca wprowadzać!…

Dorota, słuchając starszego pana, wciąż nie mogła uwierzyć w cud, który właśnie oto jej się przytrafia. Wciąż też nie mogła pojąć, skąd i dlaczego postanowił jej zaufać? Jej — kobiecie, której praktycznie w ogóle nie zna? Zaproponował też pracę, o której dotychczas mogłaby tylko zamarzyć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 54.4