Zero
Ciemność. Trzy miesiące głuchej, dzwoniącej w uszach ciszy. Tylko ja, butelka whisky, pusta pracownia.
I ona.
Jej olbrzymie zdjęcie, płonące w zimnym blasku latarni, wciąż wisiało naprzeciwko okna loftu. Moje arcydzieło. Moje więzienie.
Pamiętam, jak je zrobiłem. Chłód czarnego aksamitu i gorączka jej skóry. Mój szept, gdy kazałem jej się pieścić, patrząc prosto w obiektyw, prosto na mnie. „Pokaż mi swój głód, Magdaleno. Pokaż, jak pożerasz świat”. A ona patrzyła, z palcami w sobie, i pochłaniała moją duszę.
Pamiętałem ogień w jej oczach, który nie zgasł nawet na wernisażu, gdy wszystko runęło w tej pięknej, zaplanowanej katastrofie.
Jej mąż, krzyk, cios. A potem tamten uśmiech, z czerwoną smugą na zębach.
Uwolnienie.
Dziś moja wolność smakowała popiołem, kurzem i samotnością. Nie pomagały wspomnienia, te cholerne wspomnienia. Każde pchnięcie, każdy jęk na aksamicie, wciąż takie żywe, mocne, pulsujące.
Utracone.
Zniszczyłem ją, ona mnie. Wskoczyliśmy prosto w ogień.
Nie, nieprawda, wepchnąłem ją. Choć oboje spłonęliśmy. A teraz mieszkałem samotnie wśród zimnych już popiołów.
Napiłem się jeszcze, smaku gorzały już niemal nie czułem. O okna pracowni zabębnił deszcz.
I
Ich willa była marmurowym mauzoleum smaku drogich dekoratorów i wydanych pieniędzy, miejscem tak nienaturalnie cichym, że słyszałem echo własnych kroków i szum krwi w uszach. Dźwięki tu umierały, pochłonięte przez ogromną, pustą przestrzeń. Wszystko lśniło chłodem — od posadzek z czarnego granitu, w których mogłem przeglądać się jak w zniekształconym lustrze, po sterylną biel ścian, na których wisiały dzieła sztuki, a każde warte więcej niż całe moje dotychczasowe życie. Powietrze pachniało niczym — żadnego zapachu kawy, jedzenia, potu, seksu. Tylko sterylna woń wosku do polerowania i ledwo wyczuwalny, chemiczny zapach klimatyzacji, który wysuszał gardło.
— A oto Magdalena. Moja żona.
Właściciel domu, a także mój mecenas i patron, wskazał na nią gestem prezentera na aukcji, jakby była ostatnim, najcenniejszym eksponatem w jego zbiorze. Artur Wanad. Rekin finansjery wchodzący w politykę, od niedawna z realnymi widokami na fotel premiera. W jego życiu wszystko musiało być idealne, lśniące i pozbawione skazy, jak on sam. Dobiegał pięćdziesiątki, ale trzymał się świetnie, masywny, opalony, z grzywą siwych włosów ułożoną w szlachetne fale nad wysokim czołem. Ja, wspierany hojnie młody artysta fotografik, byłem tylko kolejnym drobnym elementem budującym ten nieskazitelny wizerunek. Pochodził z tych Wanadów, rodziny, która od wieków trzęsła nie tylko Thalloris; biznesmeni, finansiści, wojskowi i duchowni, zostawiający po sobie pomniki i biogramy w encyklopediach.
— Zrobisz jej portret. Coś klasycznego, ale, wiesz… ponadczasowego. Jak ten Modigliani. — Wskazał na wiszący nieopodal konterfekt smętnej kobiety o długiej szyi i pustych oczach. — Chcę, żebyś uchwycił jej… esencję.
Spojrzałem na jego żonę i od razu poczułem ten skurcz w trzewiach, który zawsze zwiastował kłopoty. Była idealna, aż do bólu. Może początek czterdziestki, lodowa róża w pełnym, chłodnym rozkwicie, jeszcze nietknięta uwiądem, ale już dawno nie pąk. Ciemne włosy, upięte w gładki, ciasny kok, odsłaniały jej smukłą szyję, perły w uszach, sukienka z ciężkiego jedwabiu w kolorze butelkowej zieleni, która opływała jej ciało jak druga, chłodna skóra, podkreślając każdy detal jej dojrzałej, doskonałej figury. Pełne, wciąż jędrne piersi, kusząco wypełniały dekolt, wąska talia i krągłe biodra były jak obietnica. Uśmiechała się lekko, uśmiechem wyćwiczonym na setkach bankietów, który nie sięgał oczu. A te pozostawały zimne, zdystansowane, jakby patrzyła na mnie zza niewidzialnej szyby akwarium. Była posągiem, który nauczył się oddychać.
I właśnie to pęknięcie, ta niedoskonałość w jej doskonałości, ten cień uwięzienia w jej spojrzeniu, sprawił, że zapragnąłem ją zniszczyć. Albo przynajmniej dotknąć tak mocno, by sprawdzić, czy nie rozsypie się w pył. Chciałem zobaczyć w jej oczach cokolwiek poza tą uprzejmą pustką — strach, pożądanie, nienawiść. Cokolwiek, co byłoby żywe, prawdziwe i brudne.
Zaczęliśmy sesję. Rozstawiłem światła, czując na sobie rozbawiony wzrok Wanada. Każdy mój ruch był mierzony, każdy gest analizowany. Oto artysta przy pracy, szczodrze opłacony, wsparty życzliwą acz potężną dłonią, rzecz jasna należycie wdzięczny.
Magdalena nie sprawiała wrażenia zainteresowanej, ani nawet obecnej w tym pomieszczeniu i ciele. Nie odezwała się jeszcze nawet słowem. Posąg, piękny i martwy. W końcu kazałem jej usiąść na szezlongu z ciemnego, niemal czarnego aksamitu, który stał przy ogromnym oknie wychodzącym na idealnie przystrzyżony, pozbawiony życia ogród. Wanad pokręcił się jeszcze przez chwilę, poprawił fałdę jej sukienki, dotykając materiału, nie jej ciała, po czym stwierdził, że musi wykonać kilka pilnych telefonów i zostawił nas samych. Jego kroki oddalające się po marmurowej posadzce były jedynym dźwiękiem niosącym się teraz przez dom. Równe, miarowe, kontrolujące nawet własne echo.
Cisza, która zapadła po jego wyjściu, była jednak już inna. Gęsta, ciężka i pełna niewypowiedzianych słów. Przerywał ją brutalnie mechaniczny szczęk migawki mojego aparatu, który zabrzmiał w tej wypolerowanej pustce jak dźwięk przeładowywanej broni. Może mi się wydawało, ale Magdalena minimalnie drgnęła.
— Proszę przechylić głowę. W lewo. Nieco niżej. Tak — mówiłem chłodnym, profesjonalnym tonem, ale w mojej głowie krzyczałem. Każde słowo było kłamstwem, maską dla myśli, które kłębiły się pod moją czaszką. Chciałem powiedzieć: „zdejmij to wszystko”, „rozpuść włosy”, „pokaż, że żyjesz, kobieto”. Ale zamiast tego, mówiłem: „podbródek minimalnie wyżej”.
Patrzyłem na nią przez obiektyw, a szkło soczewki wyostrzało każdy szczegół. Widziałem delikatny meszek na jej karku, ledwo widoczną, błękitną żyłkę pulsującą tuż pod skórą skroni, wilgotny błysk na jej dolnej wardze, którą przygryzła na ułamek sekundy, gdy myślała, że nie patrzę. Była kurewsko pociągająca w swojej niedostępności, w tej aurze smutku, którą próbowała ukryć pod maską elegancji. Każdy błysk flesza zamrażał ją w idealnej pozie, ale ja szukałem tego, co pomiędzy. Tego ułamka sekundy, gdy jej maska drżała, gdy jej oddech stawał się płytszy.
— Dłoń… proszę położyć ją na udzie. Nie tak. Palce luźno. Jakby pani właśnie przestała o czymkolwiek myśleć. Zupełnie swobodnie.
Nie potrafiła tego zrobić. Jej dłoń leżała na jedwabiu sztywno, nienaturalnie, jak doklejona. Palce złączone, napięte.
To był ten moment. Pretekst, na który czekałem, nie zdając sobie z tego sprawy.
Podszedłem bliżej, a każdy krok wydawał się trwać wieczność. Czułem, jak jej oczy śledzą mój ruch, jak powietrze między nami wibruje. Zgęstniało, pachniało jej drogimi perfumami — lilią i piżmem — ale pod tą luksusową, duszącą warstwą czułem coś innego. Ciepły, zapach jej skóry, zapach kobiety, nie eksponatu. Kucnąłem przed nią. Nasze kolana na moment się zetknęły. Oboje udaliśmy, że tego nie zauważyliśmy, ale poczułem, jak napina mięśnie, a materiał sukienki napiął się mocniej na jej udach; poczułem falę gorąca.
Sięgnąłem, by poprawić ułożenie jej palców. Mój umysł krzyczał: „nie rób tego, to praca, tylko praca, jesteś profesjonalistą”, ale moje ciało już nie słuchało.
I wtedy to się stało.
Gdy tylko opuszki moich palców dotknęły wierzchu dłoni Magdaleny, poczułem to. Przeszył mnie ledwo zauważalny dreszcz, elektryczny impuls, który popłynął prosto do mojego krocza, aż kutas stwardniał jak stalowa sztaba, napierając boleśnie na materiał spodni. Jej wzrok na ułamek sekundy ześlizgnął się w dół, po czym natychmiast wrócił na moją twarz. Zauważyła. Poczułem, że policzki mi płoną.
Pełny profesjonalizm, nie ma co.
Chrząknęła. Podniosłem wzrok. Patrzyła prosto na mnie. Maska obojętności nie pękła, ale w jej ciemnych oczach nie było już dystansu. Była… ciekawość. Lekkie rozbawienie. I coś jeszcze.
Głód. Ten sam zwierzęcy głód, który zżerał mnie od środka.
Nie cofnąłem ręki. Powoli, celowo, z premedytacją, przesunąłem kciukiem po delikatnej skórze między jej palcami, czując jej jedwabistą gładkość. To był gest intymny, niedozwolony, gest kochanka. Wstrzymała oddech, a ja usłyszałem ten cichy, urwany dźwięk. Jej sutki stwardniały tak gwałtownie, że ich zarys odznaczył się pod jedwabiem sukienki niczym dwa punkty oskarżenia. Widziałem to. I wiedziałem, że ona teraz wie, że ja to widzę, jej źrenice rozszerzyły się.
— Tak… idealnie — szepnąłem, a mój głos był ochrypły, obcy, jakby należał do kogoś innego, Mój oddech musnął kolano Magdaleny.
Wstałem i wróciłem za aparat, czując na sobie jej spojrzenie, które teraz paliło, obnażało mnie. Byłem pijany jej zapachem, dotykiem, reakcją. Nic już nie było takie samo. Profesjonalizm wyparował, a sesja zamieniła się w intymną, milczącą grę, w której aparat stał się naszym jedynym pośrednikiem. Każde moje polecenie, wypowiadane szeptem, było już tylko pretekstem do wyobrażonej pieszczoty. Każde jej spojrzenie było przyzwoleniem i cichym wyzwaniem. „Proszę przechylić głowę… jakby pani chciała wyszeptać mi sekret”, mruknąłem, a ona zrobiła to powoli, a na jej ustach pojawił się cień kpiny. Wiedziała doskonale, co robi. Bawiła się mną, tym młodym chłopakiem z aparatem, który właśnie tracił dla niej głowę.
Cholernie dobrze wiedziała.
— A teraz proszę rozchylić lekko usta — kontynuowałem, mój głos drżał. Posłuchała, robiąc to tak, jakby czekała na mój pocałunek. Jej wargi lśniły, stawały się jakby pełniejsze, bardziej zapraszające. Patrzyłem na nie przez obiektyw, czując ich fantomowy smak na własnych ustach.
— Proszę na mnie teraz spojrzeć — poprosiłem.
Uniosła wzrok. To nie było już spojrzenie znudzonej kobiety szukającej rozrywki, ale spojrzenie drapieżnika, który budził się z drzemki. Badała mnie, ciekawa i rozbawiona moją reakcją, moją utratą kontroli. Czułem się nagi pod tym spojrzeniem, bardziej obnażony niż ona przed obiektywem i w świetle reflektorów. Zrobiłem serię zbliżeń — ust, linii szyi. Mój obiektyw powędrował niżej, zatrzymując się tam, gdzie zielony jedwab opinał jej pełne piersi. Światło lamp rzeźbiło każdy detal.
Przełknąłem ślinę, czując suchość w gardle.
— Proszę… — zacząłem, a mój głos znów zadrżał, zdradzając wszystko. — Proszę się lekko pochylić do przodu. Tylko na chwilę. Jeszcze bardziej.
Uniosła jedną, idealnie wyregulowaną brew. Jej spojrzenie było chłodne i drwiące.
— Chyba nie taki dokładnie portret zamówił mój mąż, prawda, panie Romanie? — zapytała cicho, a jej głos był jak dotyk kostki lodu.
Zamarłem.
Magdalena nagle powoli pochyliła się do przodu o kilka centymetrów. Dekolt sukni rozchylił się nieznacznie, napiął pod ciężarem dwóch białych półkul, odsłaniając widok, który był przeznaczony tylko dla mnie. Trwało to sekundę, może dwie. Wstrzymałem oddech i nacisnąłem spust migawki. Aparat stał się przedłużeniem moich rąk, moich ust, mojego pożądania. Był moją jedyną wymówką, by gapić się na nią bezkarnie. Fotografowałem, jakbym ją dotykał, całował, pieprzył, fotografowałem też jej głód, bo był odbiciem mojego. Ale i jej siłę, jej świadomą grę, w której z ofiary zamieniała się w myśliwego.
Tamtego dnia nie stało się nic więcej. Ale kiedy pakowałem sprzęt, a ona wstała, by nalać sobie wody do wysokiej kryształowej szklanki, zauważyłem coś. Jej ruchy były trochę inne. Płynniejsze, bardziej świadome. Kołysała leciutko biodrami, a ja wiedziałem, że robi to dla mnie. Czułem na sobie jej wzrok, ciężki i obiecujący. Gdy byłem już przy drzwiach, odwróciłem się. Stała oparta o framugę, ze szklanką w dłoni, patrząc na mnie z tym samym chłodnym rozbawieniem.
— Do widzenia, pani Magdaleno — powiedziałem, a formalny ton zabrzmiał absurdalnie w moich własnych uszach.
Upiła mały łyk. Jej wzrok błądził gdzieś ponad moim ramieniem.
— Tylko Magdaleno — powiedziała cicho, obojętnym tonem, jakby dyktowała listę zakupów. — Proszę mówić mi po imieniu.
Odwróciła się i odeszła.
Wychodząc z tego sterylnego mauzoleum, czułem na palcach piętno jej gorącej skóry. Ten głos, parzący jak lód, który dźwięczał mi w uszach obietnicą i wyrokiem. Wiedziałem, że ten posąg chce zostać rozbity. A ja byłem tym człowiekiem, który miał wziąć do ręki młot.
II
Czekałem dwa dni. Czterdzieści osiem godzin, które rozciągnęły się sadystycznie w niemal wieczność. W tym czasie czułem na czubkach palców fantomowe echo jej dotyku, jakby wypaliła na mnie swój znak. Magdalena była jak narkotyk, który zaczął działać z opóźnieniem. Pierwsza dawka, podana podczas sesji pozowania, dopiero teraz rozlewała się po moim krwiobiegu, a całe ciało, każdy nerw i mięsień, domagały się więcej w brutalnym, fizycznym głodzie.
Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Przecież fotografowałem już piękne kobiety, modelki, aktorki, perfekcyjnie wyrzeźbione przez artystów skalpela żony bogaczy i polityków. A tu nagle świst i po brzechwę wbija ci się w krocze strzała Kupidyna. Śmiać mi się chciało i wyć jednocześnie. Co takiego kryło się w kpiącym spojrzeniu akurat tej znudzonej milfetki, że od dwóch dni chodziłem z erekcją?
Nie mogłem pracować. Nie mogłem jeść. Snułem się po pracowni jak duch, dotykając przedmiotów i próbując odtworzyć w pamięci ciepło jej dłoni. Wpatrywałem się w zdjęcia na ekranie komputera — jej poprawne, chłodne portrety — i nienawidziłem ich z całą mocą. Technicznie były perfekcyjne, światło, kompozycja, rozłożenie akcentów i walorów, stworzone do powiększeń na drogim papierze i złotych ram.
Były doskonałym, dopieszczonym, wypolerowanym do połysku kłamstwem.
Godzinami powiększałem na monitorze jej oczy, szukając w cyfrowym ziarnie tej iskry, którą widziałem na żywo. Analizowałem ułożenie jej ust, próbując odczytać z nich słowa, których nie wypowiedziała. Niemal widziałem to, co kryło się pod powierzchnią, czułem pulsowanie prawdy w ledwo widocznym drgnieniu jej wargi, w cieniu czającym się w kąciku jej oka.
Trzeciego dnia, gdy napięcie stało się już nie do zniesienia, a smak whisky nie był w stanie rozproszyć jej obrazu pod moimi powiekami, zadzwoniłem. Palce mi drżały, gdy wybierałem numer rezydencji Wanada. Odebrała po pierwszym sygnale, jakby trzymała telefon w dłoni, jakby na coś czekała. Naprawdę tak sobie myślałem.
— Magdalena? — Mój głos był spokojny, opanowany, profesjonalny.
Serce waliło mi o żebra tak mocno, że bałem się, że usłyszy je przez słuchawkę.
— Dzwonię w sprawie zdjęć. Chciałbym je z panią… z tobą omówić. Jest kilka ujęć, które wymagają twojej opinii, może już akceptacji. Selekcja, nim pokażę je panu Wanadowi.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Gęsta, ciężka, naładowana elektrycznością. Słyszałem tylko jej płytki, nerwowy oddech, niemal bezgłośny, a jednak dla mnie był głośniejszy niż krzyk.
— Mąż jest w domu — powiedziała w końcu cicho, a ja w jej głosie usłyszałem nie tylko suchą informację, ale i nutę rozczarowania i frustracji. — Możemy obejrzeć je razem.
— Jeszcze nie na tym etapie — odparłem, pozwalając, by w moim głosie pojawiła się odrobina zniecierpliwienia. — To byłoby nieprofesjonalne. Przyjedź do mojej pracowni. Jutro, w południe. Twój mąż będzie wtedy na lunchu biznesowym, prawda?
Wiedziałem, że będzie. Sprawdziłem to. Pytanie było pułapką, kroplą krwi rzuconą w morskie fale.
Sekunda ciszy.
Druga.
Nie było trzeciej.
Zgodziła się, a jej ciche „Chyba znajdę czas” zabrzmiało jak kłapnięcie szczęk wynurzającego się nagle z fal rekina.
Przyszła punktualnie. Kiedy otworzyłem ciężkie, metalowe drzwi loftu, z początku jej nie poznałem. Dziś Magdalena miała na sobie proste, idealnie skrojone dżinsy i białą, męską koszulę z podwiniętymi rękawami, która odsłaniała jej smukłe nadgarstki, ozdobione cienkimi bransoletami z białego złota. Włosy, uwolnione tym razem z ciasnego koka, opadały luźno na jej ramiona w miękkich falach. Wyglądała młodziej, bardziej… realnie. Jakby zdjęła z siebie kostium i przyszła w prawie własnej skórze.
Gdy tylko przekroczyła próg mojego surowego, industrialnego studia, aura luksusu i elegancji, towarzysząca jej jak zapach perfum, wypełniła całą przestrzeń, która nagle wydała się bardziej bałaganiarska. Rozejrzała się powoli, jej wzrok wędrował po rozrzuconych na podłodze odbitkach, niedokończonych płótnach opartych o ścianę, statywach, reflektorach i puszkach po farbie, stertach książek i katalogów. W powietrzu unosił się zapach terpentyny, kurzu i kawy, którą zdążyłem zaparzyć.
— Podoba mi się tu — powiedziała w końcu, a jej głos był aksamitny, niski. Dotknęła palcem grzbietu zakurzonej książki. — Jest… prawdziwie.
Ostatnie słowo, wypowiedziane w tym miejscu, zabrzmiało jak wyznanie, jak oskarżenie rzucone w twarz jej własnemu życiu.
A może żartowała?
Wskazałem fotel przed ogromnym monitorem, odnalazłem właściwy folder. Wyświetliłem jej portrety, jeden po drugim. Udawałem, że omawiam kompozycję, światło, ostrość. Stałem za nią, blisko, tak blisko, że czułem ciepło i zapach jej szamponu. Mówiłem coś o kontraście i głębi, ale jedyny kontrast, jaki widziałem, to ten między jej chłodnym spokojem, a brutalnymi myślami, które kłębiły mi się w głowie na jej widok.
Nachyliłem się, by wskazać coś na ekranie. To był pretekst, by znaleźć się jeszcze bliżej. Mój policzek niemal musnął włosy Magdaleny. Poczułem ich miękkość, wciągnąłem ten czysty, zmysłowy zapach głęboko w płuca. Zamarła. Czułem, jak jej ciało się napina, jak wstrzymuje oddech.
— To ujęcie jest dobre — szepnąłem jej prosto do ucha, tak cicho, że oddech owiał smukłą szyję. Wskazywałem na zdjęcie, na którym jej oczy miały ten szczególny, głodny błysk, który uchwyciłem tuż po tym, jak wtedy jej dotknąłem. — Technicznie doskonałe.
Odwróciła lekko głowę. Nasze twarze były centymetry od siebie. Jej wargi były lekko rozchylone, wilgotne, błyszczące.
— Ale? — zapytała cicho, jej oddech musnął moje usta.
— Ale to wydmuszka — odparłem, nie odsuwając się. — Piękna forma. Pusta. Jak wszystko w twoim świecie. — Ostatnie zdanie wyrwało mi się zupełnie niepotrzebnie.
To żona twojego klienta! Pełny profesjonalizm!
W jej oczach pojawił się błysk, iskra gniewu.
— Co ty możesz wiedzieć o moim świecie? — Skrzywiła się lekko. — Chyba raczej rzadko w nim bywasz?
— Widzę go. Fotografuję. Widzę posągi w muzeach i posągi na bankietach. Zimne, idealne, martwe. A ja szukam życia. Brudu. Prawdy.
Westchnęła, przesunęła jeszcze wzrokiem po mojej twarzy, jakby szukała pęknięcia, porozumiewawczego mrugnięcia, znaku, że żartuję.
— Serio? Musisz być jeszcze młodszy niż wyglądasz. I myślisz, że znajdziesz ją we mnie?
— Może już znalazłem — powiedziałem, mój głos stał się jeszcze cichszy, bardziej intensywny. — W tamtej chwili, gdy cię dotknąłem. Widziałem to w twoich oczach. Ale ten aparat… — machnąłem ręką w stronę ekranu — …on kłamie. On tylko utrwala fasadę. Jak w zamówieniu twojego męża.
Jej spojrzenie stało się twarde, niemal prowokujące.
— Więc czego chcesz, fotografiku?
— Chcę zobaczyć, co jest pod spodem. Bez tych świateł, bez pozy. Bez tych wszystkich kłamstw.
Zmrużyła oczy, a na jej ustach pojawił się cień drwiącego, prowokującego uśmiechu.
— Nagą duszę chcesz zobaczyć, artysto? A nie moje cycki?
Nie spuściłem wzroku. Nachyliłem się jeszcze bliżej, tak że nasze oddechy się mieszały.
— Twoje piersi są na pewno piękne — powiedziałem cicho, a mój głos był twardy i poważny. — Ale widziałem już setki pięknych cycków. Mnie interesuje ten cień w twoich oczach. Ten głód. To chcę sfotografować.
Jej uśmiech zniknął. Na moment. Patrzyła na mnie w milczeniu, jakby po raz pierwszy mnie naprawdę zobaczyła, a w jej oczach zamigotało coś nowego. Zaskoczenie. Może rozbawienie, na jakie w pełni zasługiwał ten potok banałów, który ze mnie wytrysnął. To trwało ułamek sekundy, a potem maska wróciła na miejsce.
Odsunąłem się gwałtownie, zrywając kontakt. To było jak zerwanie plastra z rany. Napięcie między nami było gęste, niemal widoczne.
— Pokażę ci coś — powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał normalnie, choć czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. — Robię teraz serię eksperymentalnych portretów. Używam starej techniki, wszystko robię ręcznie. Bez programów i komputera. W ciemni. Chodź.
Nie pytała o nic. Nie zawahała się ani na sekundę. W jej oczach zobaczyłem błysk zrozumienia, mieszankę strachu i podniecenia. Wstała i poszła za mną do małego, pozbawionego okien pomieszczenia na tyłach studia. Szedłem pierwszy, czując jej obecność za plecami, jak cichy krok skradającej się pumy.
Kiedy zamknąłem za nami dźwiękoszczelne drzwi, odcinając nas od świata i światła dziennego, wiedziałem, że nie ma już odwrotu. Zapadła absolutna, aksamitna ciemność. Słyszałem tylko nasze oddechy. Sięgnąłem po włącznik. Wszystko utonęło w krwistym gęstym blasku, który sprawił, że skóra Magdaleny wyglądała jak rozgrzana do czerwoności, a jej oczy zamienił w dwie czarne dziury. Staliśmy naprzeciw siebie w półmroku pachnącym ostro chemią i wspólnym, grzesznym oczekiwaniem.
III
Skąpana w czerwonym blasku ciemniowej lampy Magdalena wyglądała jak zjawa z grzesznego, gorączkowego snu. To nie było zwykłe światło; gęste, niemal płynne, przesycało powietrze, osiadało na skórze i ścianach jak krwawa mgła. Kontury jej twarzy zmiękły, tracąc swą arystokratyczną ostrość, oczy stały się czarnymi studniami bez dna, a wargi, pozbawione nagle przez czerwony filtr koloru szminki, były białe jak usta posągu. W powietrzu unosił się ostry, chemiczny zapach utrwalacza i wywoływacza, który w dziwny sposób oczyszczał umysł ze wszystkiego, co nieistotne, sprowadzając istnienie do tu i teraz, do tego czerwonego międzyświata. Ale pod tą sterylną wonią czaiło się coś znacznie potężniejszego, coś pierwotnego.
Drżenie podniecenia. Czułem je wyraźnie, słodko-słoną, niemal metaliczną woń jej rozgrzanej skóry i tej niemal metafizycznej aury, którą emanuje tylko kobieta na granicy uległości i pożądania. Czułem to niemal jak zapach, wibrację w tyle mojej czaszki, co sprawiało, że mój kutas przebudził się w spodniach.
Udawałem, że coś robię, dając jej czas na oswojenie się z tą przestrzenią, a sobie na opanowanie drżenia rąk. Moje ruchy były celowo powolne, przekładałem puste kuwety, stukając nimi o blat. Poprawiałem klamerki na sznurze do suszenia zdjęć, na którym nie wisiało jeszcze nic. Cisza była tak głęboka, że słyszałem cichy szum wentylatora i szum krwi w moich żyłach. Czułem obecność Magdaleny za plecami jak niemal fizyczny nacisk. Nagle, jej głos, cichy i lekko ochrypły, przeciął tę gęstą atmosferę jak nóż.
— Pachnie tu… dziwnie — powiedziała, w jej głosie nie było oceny, tylko czysta obserwacja.
Nie odwróciłem się. Podniosłem pustą butelkę po odczynnikach i odstawiłem ją na półkę. Stuk szkła o drewno był jedyną odpowiedzią.
— To chemia — odparłem wreszcie, a moje słowa zawisły w czerwonym powietrzu. — Zapach prawdy. Wypala wszystko, co fałszywe.
Poczułem, jak te słowa ją uderzyły. Nie odpowiedziała, ale wiedziałem, że patrzy na moje plecy. Dopiero wtedy odwróciłem się i spojrzałem na nią. Stała nieruchomo przy drzwiach, jakby wahała się, czy uciec, czy rzucić się w tę czerwoną otchłań. Była jak łania, która weszła prosto do jaskini wilka — sparaliżowana strachem, a jednocześnie zafascynowana. Mój komentarz zawisł między nami jak obietnica i zagrożenie. A bicie serca dudniło mi w uszach jak plemienny bęben wzywający do ofiary.
— Chcę ci coś pokazać — powiedziałem w końcu, a mój głos w tym małym, wytłumionym pomieszczeniu zabrzmiał nienaturalnie głośno. Wziąłem czysty, gruby arkusz papieru fotograficznego. Był chłodny i gładki, nieskalany. Położyłem go pod powiększalnikiem, docisnąłem ramą maskownicy. W metalowej szufladce, gdzie powinien być negatyw, ziała pustka. — To się nazywa fotogram. Technika starych mistrzów awangardy. Tworzy się obraz, kładąc obiekty bezpośrednio na papierze. Bez pośrednictwa obiektywu. Czysty ślad. Prawda.
Podszedłem do niej. Nie cofnęła się, choć widziałem, jak napina mięśnie, jak jej oddech staje się płytszy. Zatrzymałem się tuż przed nią, świadomie wkraczając w jej przestrzeń osobistą. Czułem ciepło bijące od jej ciała.
— Daj mi swoją dłoń — poprosiłem cicho.
Zawahała się tylko przez ułamek sekundy. To było ledwie zauważalne drgnienie, walka między potrzeba zachowania dystansu a instynktem. Instynkt wygrał. Powoli, jak w transie, wyciągnęła w moją stronę rękę. Ująłem jej dłoń. Była zimna. Jej palce były długie i smukłe, stworzone do trzymania kieliszka szampana, a nie do brudnej pracy w ciemni. Poprowadziłem ją do powiększalnika. Delikatnie, ale stanowczo, położyłem dłoń Magdaleny na pustej gładzi papieru. Zapaliłem lampę na kilka sekund. Oślepił nas krótki, brutalny błysk białego światła, który na moment wypalił z pomieszczenia czerwień i ukazał jej twarz w całej jej surowej, wstrząśniętej nagości. Potem znów wrócił krwawy mrok.
— Teraz patrz — szepnąłem prosto do ucha Magdaleny.
Ostrożnie, trzymając papier za rogi, wsunąłem go do kuwety z wywoływaczem. Staliśmy ramię w ramię, pochyleni nad cieczą. Jej ramię muskało moje. Czułem mieszające się zapachy chemikaliów i jej perfum, które teraz, w tym gorącu, pachniały jak zwiędłe kwiaty na ołtarzu. Wpatrywaliśmy się w pustą biel zanurzoną w płynie. Wreszcie powoli, jak duch wywoływany podczas seansu, zaczął się wyłaniać obraz. Najpierw delikatne, szare kontury. Potem coraz ciemniejsze, coraz wyraźniejsze. Obrys jej dłoni, odciśnięty na zawsze w czerni i bieli.
To było tak intymne, jakbym zrobił odlew jej duszy. Złapałem jej esencję, nie używając aparatu.
Nie wytrzymałem. Odwróciłem się do niej. Nasze ciała niemal się stykały. Czułem, jak drży. Położyłem dłoń na jej policzku. Jej skóra była rozpalona. Nie odsunęła się. Zamknęła oczy, jakby czekała na cios albo pieszczotę. Przesunąłem kciukiem po jej dolnej wardze, czując napiętą miękkość i wilgoć. Otworzyła usta, wpuszczając mój palec do środka.
I wtedy zachichotała. Cicho, gardłowo, kpiąco.
— Serio? — zapytała z uśmiechem. — I to działa na dzisiejsze dziewczęta? Fotograf w ciemni, jak kapłan znający arkana zapomnianej wiedzy? Poważnie? Chłopcze, gdy byłam młoda, nikomu o cyfrowej fotografii się nawet nie śniło. To — zatoczyła ręką obejmując ciemnię, kuwety z chemikaliami, powiększalnik — to była codzienność dla każdego, kto chciał robić zdjęcia. A ja robiłam. Podobno całkiem niezłe.
Pogłaskała mnie po policzku.
— Niemniej, doceniam próbę. Starałeś się, a dziś to już dużo.
Czułem jak twarz mi płonie, oblewa się purpurą, na szczęście niewidoczną w tym świetle. Jak uczeń się poczułem, który chciał zaimponować nauczycielce. Jednak w jej oczach, mrocznych w czerwonym blasku, błyszczała figlarność. To, że mogła mnie tak łatwo przejrzeć, że byłem dla niej tylko dzieciakiem z aparatem, sprawiło, że nagle poczułem uderzenie gorąca. Chrząknąłem.
— Pokażesz mi? — zapytałem. — Swoje zdjęcia?
Machnęła tylko ręką.
— Stare dzieje, z życia innej kobiety.
Zapatrzyła się jednak na moment w mrok czerwony.
— Nawet nie kobiety. Dziewczyny.
— Chciałbym zobaczyć.
I wtedy zaryzykowałem.
Pocałowałem ją.
Czego się spodziewałem? Policzka. Śmiechu politowania. Steku wyzwisk. Może rozchichotanego flirtu.
Nie spodziewałem się, że będzie tak…
To było jak zderzenie, kolizja dwóch światów, które krążyły dotąd wokół siebie po coraz ciaśniejszej orbicie, przyciągane mroczną grawitacją. Gwałtowne, desperackie wtargnięcie, akt unicestwienia wszelkiej kontroli i fasady, którą budowaliśmy przez ostatnie dni. Moje usta dotknęły warg Magdaleny. Poczułem ich miękkość, a potem napięcie, gdy odpowiedziała z tym samym głodem. Rozchyliła wargi. Mój język wdarł się do środka, szukając jej w brutalnym, zachłannym geście. Odpowiedziała równie śmiało. To była walka — splątane, mokre, walczące o dominację, próbujące pochłonąć się nawzajem pieszczoty. Smakowała metalicznym posmakiem nudy, żądzy i strachu, który czułem w jej ślinie, i oszałamiającą słodyczą grzechu, który właśnie popełnialiśmy. Był w tym też jej własny, unikalny smak — słodko-gorzki, jak poranna kawa.
Oddała pocałunek z taką samą furią, z siłą kogoś, kto tonie i chwyta się nie deski ratunku, ale drugiego tonącego, by na dno pójść razem. Z jej gardła wyrwał się zduszony dźwięk, coś pomiędzy jękiem, a warknięciem. Paznokcie Magdaleny wbiły się w materiał mojej bluzy, potem wsunęła chłodne dłonie pod spód i poczułem, jak jej ostre pazury drapią skórę na plecach. Ból był ostry, rozkoszny, uziemił mnie w tej chwili czystego szaleństwa. Przyciągnęła mnie bliżej, bliżej, aż napierałem na nią całym ciałem, przyciskając ją do twardego, zimnego blatu, gdzie stały kuwety. Czułem twardość jej biustu przez materiał koszuli, czułem, jak jej biodra napierają na moje, szukając twardości kutasa, obietnicy czegoś więcej. Nie było już między nami powietrza, tylko gęsta, lepka mieszanka potu, śliny i czystego, nieskażonego, pierwotnego pożądania, które groziło, że spali nas oboje na popiół tu, w tym czerwonym piekle.
Oderwaliśmy się od siebie, dysząc ciężko, jak po długim biegu. Jej usta były spuchnięte, oczy błyszczały dziko w półmroku. Moja erekcja pulsowała, wciśnięta w jej brzuch.
— Wiedziałam — wyszeptała, a jej głos drżał, łamał się. — Wiedziałam od pierwszej chwili.
— Tego chciałaś? — zapytałem, chociaż znałem odpowiedź, musiałem usłyszeć to wyznanie. Chciałem, by wypowiedziała je na głos, by nadała mu realność.
Spojrzała mi prosto w oczy. Jej źrenice były rozszerzone, czarne, wchłaniały resztki czerwonego światła.
— Tego — powiedziała, twardo, pewnie. — Chcę być brudna. Chcę, żebyś mnie zbrudził. Chcę poczuć na sobie twoje ręce, twój smak, twój pot. Chcę, żebyś starł ze mnie tę całą pozłotę.
IV
Jej słowa były iskrą, która podpaliła lont. Koniec gry, koniec subtelności, koniec tej cholernej, napiętej ciszy. Złapałem ją za nadgarstek — czułem pod palcami szybki, drżący puls, jak bicie serca schwytanego ptaka — i pociągnąłem za sobą, wyrywając Magdalenę z czerwonego półmroku ciemni jak ofiarę z ołtarza. Potknęła się, ale utrzymała na nogach, jej cichy, zduszony okrzyk był pełen zaskoczonego podniecenia. Potem już biegła za mną, bez oporu, bez słowa, porwana przez moją furię. Pociągnąłem ją na sam środek mojego królestwa — między kable, statywy i nieudane odbitki jej własnej, fałszywej twarzy. Byliśmy w centrum areny, otoczeni niemymi świadkami naszego upadku.
Znów ją pocałowałem, tym razem inaczej. Bez tej furii, która towarzyszyła nam w ciemni. To był pocałunek głodny, ale powolny, który miał na celu nie zniszczenie, a pochłonięcie. Moja ręka powędrowała w górę, od jej talii, przez łuk żeber, aż spoczęła na piersi. Czułem jej pełnię i ciężar przez cienki materiał białej koszuli. Magdalena drgnęła, jej dłoń na moment wparła się w mój tors.
— Nie… — szepnęła, ale w jej głosie nie było siły, tylko resztki wyuczonej przyzwoitości. Jej opór był czysto rytualnym gestem, punktem do odfajkowania.
— Cicho — mruknąłem prosto w jej usta, nie przerywając pocałunku. — Chcesz tego. Wiem, że chcesz.
Mój kciuk zaczął zataczać powolne, leniwe kręgi wokół jej sutka, czując, jak napiera na materiał koszuli, jak twardnieje pod moim dotykiem. Westchnęła głęboko, ciało, które przed chwilą stawiało opór, teraz rozluźniło się i wtopiło we mnie. Oparła się o mnie całym ciężarem, dłoń, co przed sekundą mnie odpychała, teraz przyciągnęła mnie bliżej.
— Tak… — jęknęła, a jej głos był już pełen pożądania. — Tak, kurwa. Chcę.
Nie dałem jej chwili na oddech. Pociągnąłem gwałtownie w dół, rzucając nas oboje na stertę grubych, miękkich draperii rzuconych w kąt. To były materiały, których używałem do tworzenia iluzji, tła dla fałszywych historii. Teraz stały się zaimprowizowanym łożem. Upadliśmy w nie razem, w chaotycznym splocie ciał. Był w tym gniew, była desperacja, była i ulga. Magdalena wylądowała na plecach z cichym, zduszonym jękiem, który przeszedł w stłumiony chichot, a ja zawisłem nad nią, opierając się na rękach po obu stronach jej głowy. Jej włosy rozsypały się wokół głowy jak ciemna aureola na tle szarego płótna. Patrzyła na mnie z dołu, a w jej oczach płonął już czysty, nieokiełznany ogień. Była tam dzikość i wyzwanie. Wiedziała, co nadchodzi. Czekała na to. Pragnęła tego.
Złapałem za poły jej białej koszuli i szarpnąłem. Dźwięk rozdzieranego materiału był jak krzyk, przeciął ciszę panującą w studio. Guziki, perłowe signum jej elegancji, posypały się po betonie, dzwoniąc cicho jak drobne, białe zęby. Dyszała ciężko, patrząc na zniszczony materiał.
— Tak, — wyszeptała, a w jej głosie zadrżała nuta dzikiej satysfakcji. — Zniszcz wszystko, cholerny dzikusie.
Pod spodem miała koronkowy, czarny stanik — prowokacyjny, drogi i absurdalny w tym surowym otoczeniu. Ledwo powstrzymywał napór jej ciężkich piersi, których sutki ciemniały pod koronką. Jej skóra była blada, niemal przezroczysta w surowym świetle wpadającym przez brudne okna loftu, które nie filtrowało niczego, ukazując każdą niedoskonałość, każdą żyłkę, każde drżenie.
Zacząłem ją całować. Wszędzie. Po ustach, które oddawały pocałunki z równą furią, po szyi, gdzie czułem jej pulsującą tętno, po dekolcie, zostawiając wilgotne ślady na jej rozpalonej skórze.
— Boże, jak ty pachniesz — jęknąłem, upajając się jej wonią. — Pachniesz jak grzech.
Moje usta były gorączkowe, zachłanne, próbowały ją pochłonąć, wypić jej esencję. Ssałem jej sutek przez cienki materiał stanika, a ona krzyknęła, wyginając plecy w łuk i wbijając mi palce w ramiona. Moja ręka powędrowała w dół, szukając ciepła między jej nogami, błądząc po szorstkim materiale dżinsów. Były cholernie ciasne, jak druga skóra, następna bariera, którą musiałem pokonać. Szarpałem się z metalowym zamkiem, klnąc pod nosem z frustracji.
— Rozepnij, nie rozrywaj! Szybciej — warknęła, pomagając mi, jej palce drżały w pośpiechu, zahaczając o moje. — Błagam cię… zdejmij je ze mnie wreszcie.
Desperacka, wspólna walka o dostęp do bram twierdzy.
W końcu zamek ustąpił. Zsunąłem z niej dżinsy. Miała na sobie jeszcze maleńkie, czarne, również koronkowe, majtki, już całkowicie mokre, przesiąknięte pożądaniem. Poczułem ten zapach. Pierwotny, ostry zapach rozpalonej kobiety, najpiękniejszy, najbardziej prawdziwy zapach na świecie.
— Jesteś cała mokra — szepnąłem, a moje słowa były bardziej stwierdzeniem faktu niż pytaniem. — Cała dla mnie.
Przewróciła oczami.
— Jezu, dzieciaku.
Wsunąłem palce pod koronkę, jęknęła głośno, przeciągle, zaciskając uda na mojej dłoni, próbując wciągnąć mnie głębiej.
W tym samym czasie Magdalena rozpinała moje spodnie. Jej dotyk był niemal brutalny, paznokcie drapały skórę. Gdy tylko uwolniła mojego kutasa, od razu chwyciła go silną, chłodną dłonią. Byłem już twardy jak kamień, pulsowałem w jej uścisku, gotowy do zniszczenia. Ścisnęła mnie mocno, patrząc mi prosto w oczy, myślałem, że eksploduję tu i teraz.
— Dalej, chłopaku… Bierz mnie. Teraz. Tutaj. Na tej brudnej podłodze. Zrób to.
Nie musiała powtarzać. Zdjąłem z niej resztę ubrań, sam pozbyłem się swoich. Po raz pierwszy zobaczyłem Magdalenę całą, bez jedwabiu, bez koronki, bez żadnej osłony, ubraną tylko w szminkę i cień do powiek. Jej ciało… Miała pełne, ciężkie od dojrzałości piersi, które opadały lekko, co czyniło je dla mnie tylko jeszcze piękniejszymi. Ich skóra była blada, niemal przezroczysta, poznaczona delikatną siateczką błękitnych żyłek, jak mapą sekretnych rzek płynących tuż pod powierzchnią. Sutki twarde i ciemne jak grzeszne obietnice, nabrzmiałe i sterczące wyzywająco, otoczone szerokimi, różowymi aureolami. Wyprostowały się lekko, gdy chłodne powietrze pracowni musnęło jej nagą skórę. Zabrakło mi tchu. Czułem się znów jak nastolatek, który po raz pierwszy widzi zakazany owoc. Brzuch Magdaleny był lekko zaokrąglony, miękki, kobiecy, z ledwo widoczną, bladą blizną, jakby sierpem księżyca tuż nad mrocznym lasem jej wzgórka łonowego — stygmat macierzyństwa, który czynił ją jeszcze bardziej pożądaną, zakazaną. Biodra były szerokie, stworzone do grzechu, uda mocne i gładkie, ale tu i ówdzie, na alabastrowej skórze, widziałem zaczerwienione ślady moich palców, cienie, które dopiero miały w pełni rozkwitnąć. Ciało Magdaleny było mapą, której nieznane lądy chciałem podbijać, pić z rzek, a w mrocznych dolinach złożyć ofiarę.
Jej dłoń znów zacisnęła się na mojej erekcji, jej kciuk bezwstydnie potarł sam czubek.
— Powiedz mi, że to jest prawdziwe — szepnęła. — Powiedz, że nie wymyśliłam cię sobie w tej mojej złotej klatce.
Opuszkami palców prześledziłem cienką, srebrzystą linię jej blizny, chłodny ślad dawnego bólu na rozgrzanej skórze. Jej oddech zamarł, gdy moje palce dotarły do granicy, do idealnie przystrzyżonego, ciemnego trójkąta jej włosów łonowych. Jedwabista miękkość kontrastowała z geometryczną precyzją, skrywając obietnicę mroku i gorąca. Zanurzyłem w nich dłoń bez wahania, czując, jak jej biodra unoszą się lekko, w niemym zaproszeniu. Przesunąłem palcami wzdłuż ostrych krawędzi trójkąta, aż dotarłem do jego dolnego wierzchołka, a ona jęknęła cicho, przeciągle, wbijając paznokcie w moje ramię. Czułem, jak drży, była jak dojrzały, zakazany owoc, którego słodycz zaraz miała spłynąć po moich palcach.
— To jest jedyna rzecz, która jest prawdziwa — warknąłem, zataczając kciukiem kręgi wokół wrażliwego punktu. — Ty i ja. Tutaj.
Jej oczy zamknęły się na sekundę, a z ust uciekł ostry, syczący oddech.
Nasze nagie ciała zderzyły się, splątały. Był w tym chaos i głód, ale też chwila czystej, niemal komicznej, ludzkiej, niezgrabności. Moje kolano z hukiem spotkało się z twardym betonem pod cienką warstwą płótna, wyrwał mi się zduszony syk i słowo plugawe, które nijak nie pasowało do wizerunku mrocznego demona pożądania, jaki próbowałem budować. Straciłem na moment równowagę i całym ciężarem zwaliłem się na Magdalenę. Ona, przyzwyczajona do jedwabnej elegancji i kontroli każdej sekundy istnienia, zesztywniała, a jej mina wyrażała tyle samo pożądania, co szoku. Przez ten jeden, absurdalny ułamek sekundy, cała moja artystyczna poza, cały ten mroczny, uwodzicielski bełkot o „prawdzie” i „brudzie”, wyparował. Zawisłem nad nią, nagi, spocony i nagle zawstydzony jak sztubak przyłapany na podglądaniu. Mój mózg, jeszcze przed chwilą wypełniony poetyckimi obrazami zniszczenia, teraz wyświetlił wielki, pusty ekran. No i co teraz, geniuszu? — pomyślałem. Plan był świetny, ale chyba nie uwzględniał logistyki.
Magdalena westchnęła. Zobaczyła moją zagubioną minę i przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Prawdziwego, choć złośliwego, uśmiechu.
— Zgubiłeś drogę, artysto? — szepnęła. — Czekasz na natchnienie?
To wystarczyło. Jej kpina była jak kubeł zimnej wody, który natychmiast ugasił moją nieśmiałość i na nowo rozpalił furię. Zdałem sobie sprawę, że to już nie jest moja sesja zdjęciowa ani moja gra. Warknąłem coś w odpowiedzi i jej uśmiech zniknął, zastąpiony przez znajomy głód. Jej ciało poddało się, rozluźniło. Zaraz potem przylgnęła do mnie z desperacką siłą, nie szukając schronienia, ale wciągając mnie w otchłań, w którą oboje chcieliśmy spaść. Uniosła nogi, początkowo niepewnie, a potem oplotła mnie nimi w pasie, przyciągając mnie do siebie, blisko, mokro.
Spojrzałem na nią. Twarz Magdaleny była wykrzywiona w grymasie pożądania, oczy zamknięte, usta rozchylone. Była najpiękniejszą, najbardziej przerażającą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem. Była zniszczeniem i zbawieniem, tylko które z nich było sądzone jej, a które mnie?
Jebać to.
Wszedłem w nią. Jednym, mocnym, głębokim pchnięciem, które wyrwało z naszych gardeł zgodny okrzyk. Była tak ciasna, tak gorąca, tak mokra. Idealna. To było jak powrót do domu po latach wygnania, jak odnalezienie brakującej części duszy w najmroczniejszym, najbardziej zakazanym miejscu i jak tam jeszcze opisują akt penetracji kiczowate romansidła. Zacząłem się w niej poruszać, każdy ruch był jak próba wbicia się głębiej, nie tylko w ciało, ale w samą jej istotę. Szybko, gwałtownie, bez rytmu, bez czułości — to nie był akt miłości. Wtedy jeszcze nie. Raczej akt desperacji, egzorcyzm mający wypędzić demony jej sterylnego życia i mojego pozornego, artystycznego luzu. Nasze ciała zderzały się z rytmicznym, mokrym odgłosem, który odbijał się echem od betonowych ścian.
Nagle Magdalena zachichotała.
— Zawsze się zastanawiałam, czy to klaskanie w filmach dla dorosłych jest prawdziwe — wyszeptała mi do ucha, jej gorący oddech i słowa tylko podsyciły moją żądzę.
Potem tylko jęczała głośniej, wbijając paznokcie w moje ramiona. Pierdoliłem ją, ona pierdoliła mnie, a oboje pierdoliliśmy jej idealny świat. Każde pchnięcie było zgrzytem pilnika po prętach złotej klatki.
Czułem, jak wszystko we mnie skręca się w jeden, twardy, pulsujący supeł u podstawy kręgosłupa, gotowy eksplodować. To już nie była tylko przyjemność, to była czysta, nieokiełznana radość, która była jedynym celem tej podróży. Zaczęła drżeć, nie jak ofiara ani kochanka, tylko jak silnik wchodzący na najwyższe obroty tuż przed rozpadnięciem się na kawałki. Krzyczała moje imię, zdziwiłem się przelotnie i ucieszyłem, że je pamięta, raz za razem, a jej długie wypielęgnowane paznokcie wbijały mi się w plecy tak głęboko, że czułem, jak ciepła krew zaczyna spływać mi wzdłuż kręgosłupa. Cholera, mam nadzieję, że pracownia jest w miarę dźwiękoszczelna — przemknęło mi przez myśl w absurdalnym przebłysku przytomności. Inaczej jutro pojawię się w wiadomościach nie jako artysta, a sprawca zakłócania porządku publicznego w sposób wyjątkowo entuzjastyczny.
A potem Magdalena doszła. Jej krzyk był jak dźwięk rozdzieranego jedwabiu, wysoki, przeszywający i nieludzko długi, wrzask istoty, która po latach bycia posągiem, na nowo odkryła, że ma płuca i głos i cipkę. I że może nimi zburzyć mur. Jej ciało wygięło się w konwulsyjnym łuku, zacisnęła się na moim kutasie z siłą imadła, wysysając ze mnie resztki świadomości. I pociągnęła mnie za sobą. Błysnęło, zobaczyłem tylko czarny ekran, poczułem mokre ciepło. Nasze ciała, złączone w tej małej śmierci, drżały jeszcze przez moment, w kolejnych, coraz słabszych skurczach.
Leżeliśmy tak przez długą chwilę, splątani, nadzy, zakopani w kłębie szmat. Ciszę przerywały urywane oddechy. Poczułem, jak jej palec delikatnie kreśli linię wzdłuż jednego z zadrapań na moich plecach.
— Zostawiłam na tobie ślad — szepnęła, jej głos był niski i ochrypły od krzyku.
Przesunąłem dłonią po biodrze Magdaleny, zatrzymując się na ciemniejącym siniaku, który tam zostawiłem.
— Ja na tobie też. Jesteśmy kwita.
Zaśmiała się cicho, gorzko. Dźwięk był pozbawiony radości.
— Kwita? Naprawdę myślisz, że to tyle?
Spojrzałem w jej oczy, które błyszczały w półmroku.
— To początek — powiedziałem.
Magdalena powoli wyswobodziła się i wstała, jej naga sylwetka, lśniąca od potu w smudze światła, była jedyną czystą rzeczą w chaosie mojej pracowni. Podeszła do zawalonego gratami stołu, odnalazła swoją torebkę i wyjęła z niej długą, złotą fifkę. Wsunęła w nią papierosa. Nie spieszyła się, jej ruchy były płynne, leniwe. Odwróciła się i usiadła na krawędzi blatu, nie robiąc nic, by się zakryć. Jej nogi były lekko rozchylone, po wewnętrznej stronie uda spływała powoli perłowa strużka. Nie starła jej. Znalazła na stole zapalniczkę, pstryknęła. Płomień oświetlił jej twarz, rzucając na nią ostre cienie, pogłębiając na moment drobne zmarszczki w kącikach oczu. Zaciągnęła się głęboko, wypuściła w nieruchome powietrze kłąb szarego dymu. Patrzyła na mnie przez tę zasłonę, a jej oczy były ciemne i nieprzeniknione.
— Początek — powtórzyła moje słowo wolno. — Dziwnie to nazywasz. Ja bym powiedziała, że właśnie coś się skończyło. Przynajmniej dla Magdaleny, którą poznałeś.
Podniosłem się na łokciu.
— To kim jesteś teraz? — zapytałem.
Strzepnęła popiół na betonową podłogę.
— Jeszcze nie wiem — odparła, wyginając usta. — Może po prostu kobietą, która lubi zapalić po dobrym pieprzeniu. A może potworem, którego właśnie stworzyłeś. Daj mi chwilę, żebym się zdecydowała.
Na jej plecach odcisnęły się czerwone pręgi od zgniecionego płótna, na moich krwawiły głębokie ślady jej paznokci. To były nasze piętna. Dowody wspólnego grzechu. W tamtej chwili, siedząc na moim stole i paląc papierosa, Magdalena były piękniejsza niż wszystkie nieskazitelne dzieła sztuki w marmurowym mauzoleum jej domu.
V
Musiałem tam wrócić. Do ich rezydencji. Pretekst był idealny — pokaz pierwszych, starannie wyselekcjonowanych odbitek z naszej sesji. Oficjalna wizyta, czysto zawodowa. Kłamałem sam przed sobą, że chodzi o pracę, ale prawda była taka, że chciałem znów poczuć tę duszną atmosferę ich domu, zobaczyć Magdalenę w jej naturalnym środowisku, w klatce, z której na chwilę uciekła. Chciałem sprawdzić, czy to, co wydarzyło się na mojej podłodze, było prawdą, czy tylko snem gorączkowym.
Gdy wszedłem do marmurowego mauzoleum, chłód uderzył mnie z siłą fizycznego ciosu. Było jeszcze ciszej niż ostatnio, a sterylny zapach wosku do podłóg zdawał się wwiercać w nozdrza. Tym razem przywitał mnie on. Wanad. Stał na szczycie szerokich, lśniących schodów, ubrany w burgundowy blezer, który wyglądał na droższy niż mój samochód. Obok niego stała bardzo młoda kobieta o delikatnej, elfiej urodzie — jego asystentka, jak się domyśliłem. Była uosobieniem korporacyjnej gorliwości, w ołówkowej spódnicy opiętej tak ciasno na jej szczupłym ciele, że ledwo mogła oddychać, i z nerwowym uśmiechem przyklejonym do ust.