E-book
4.73
drukowana A5
22.8
Porozmawiajmy o Kolorowych Tygrysach

Bezpłatny fragment - Porozmawiajmy o Kolorowych Tygrysach


Objętość:
82 str.
ISBN:
978-83-8467-587-8
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 22.8

Parter

Drogomir przeskakiwał zwinnie nad kałużami, zdającymi się materializować, jakby na złość, na powierzchni nierównego chodnika. Zgiełk poniedziałkowego poranka łączył się z wonią deszczu i benzyny w przesycie nieprzyjemnych doświadczeń sensorycznych. Zapach ulewy ma to do siebie, że znacząco różni się, w zależności od miejsca, w którym przyszło człowiekowi go wdychać. W gęstym lesie, czy też na rozległych polach, petrichor stawał się orzeźwiający i pełen naturalnej rześkości. Pobudzając ludzkie zmysły ofiarował swego rodzaju chłodne oczyszczenie, niczym szklanka wody w upalne, letnie popołudnie. Natomiast na ulicach aglomeracji miejskich tracił on cały swój urok, łącząc się ze wszechobecną zgnilizną i osiadając w płucach przechodniów. Otulał swoim ciężarem pęcherzyki płucne, jak kurz na starych meblach. Wobec tego nierzadkim było, aby pośród tego deszczowego armagedonu, ktoś z zabieganych przechodniów odkaszlnął lub odchrząknął głośno, chcąc pozbyć się niechcianego powietrza ze swojego niedobudzonego jeszcze organizmu. Wszyscy jednak, jak jeden mąż, uparcie szli naprzód. Stawiali krok za krokiem, udając, że nie podzielają negatywnego nastawienia do spowijającej ich oblicza nieszczęsnej szarówki. Kryjąc się w cieniu parasoli i chowając zmęczone twarze za kapturami, każdy pędził w kierunku celu swojej porannej podróży. Tym samym, Drogomir, pozbawiony jakiejkolwiek osłony od lejącej się z nieba wody, wyraźnie odstawał od większości otaczających go ludzi. Krople skapywały mu do oczu z przyklejonych do czoła włosów, a on nieudolnie odgarniał je, starając się odzyskać widoczność. Ociekające deszczówką ubrania ciążyły na jego chudych barkach, skutecznie spowalniając jego krok. Mimo to, niezmordowany mężczyzna parł do przodu, chcąc uniknąć wstrzymywania chodnikowego ruchu ulicznego.

W końcu wszyscy wokół spieszyli się do pracy. Każdy z osobna, tak jak on sam, pędził, chcąc zdążyć na poranną zmianę, spotkanie biznesowe, czy też jakiekolwiek inne ważne wydarzenie, związane ze sposobem utrzymania danej jednostki. A jednostka szła, kręcąc się dzielnie, jak trybik w wielkiej, opieszałej maszynie. Maszyna ta, długowieczna lokomotywa, podobno od lat już nieprzerwanie sunęła naprzód. Jaka była jej funkcja? Jaki był cel jej podróży? Na to pytanie żaden przeciętny Kowalski nie znał odpowiedzi. Nie znał, a to bo nie chciał znać, a to bo był zbyt przejęty swoją tożsamością jako dobrego trybika, by mieć czas na takie trywialne sprawy jak kwestionowanie otaczającej go rzeczywistości. Dom, praca, dom, praca, obrót za obrotem. Odpowiedź “tak funkcjonuje świat”, na to nigdy nie zadane pytanie, okazałaby się więc dla niego jak najbardziej satysfakcjonująca.

Sam Drogomir wielokrotnie zapłacił gorzką cenę roztrząsania otaczających go procesów i schematów — albo patrzono na niego jak na wariata, albo nazywano go głupcem, albo też uznawano go za zagrożenie. Spotkał się ze śmiechem, nieprzychylnym spojrzeniem, czy nawet krzykiem lub groźbami. A on przecież nigdy nie podejmował żadnych działań w związku z wysnutymi przez siebie wnioskami! Lubił obserwować, ot co.

Tamtego deszczowego poranka również obserwował. Obserwował pędzących w rozmaite kierunki przechodniów, obserwował kłęby burzowych chmur odbijające się w tafli zabłoconych kałuż, obserwował emerytów wyglądających zza mokrych szyb okiennych, obserwował auta rozbryzgujące wodę na wszystkie strony, obserwował dzieci osłaniające się kolorowymi parasolkami w drodze do szkoły, obserwował także ich rodziców próbujących odwieść swoje pociechy od pomysłu skakania po kałużach…

I tak się skupił na tej obserwacji procesów społecznych zachodzących wokół niego, że zanim się zorientował, dotarł do upragnionego celu swojej podróży. Ogromny, przeszklony gmach górował ponuro nad wybetonowanym parkingiem, gdzie to swoje miejsca zarezerwowane mieli jego wyżsi stażem pracownicy. Budynek firmy piętrzył się dumnie nad swoimi posłusznymi niewolnikami, wysiadającymi raz po raz z tanich samochodów. Cień budowli okrywał drogę, co w połączeniu z przytłaczającą szarością nieba, tworzyło iluzję wyciętego fragmentu nocy, nieudolnie wklejonej do ruchomej fotografii poniedziałkowego poranka.

Drogomir niechętnie wkroczył w tę ciemność, w duchu przeklinając swoją sytuację. Mrok lepił się do jego przesiąkniętego deszczówką płaszcza i bezwstydnie kleił do zabłoconych lakierek. Brunet, ubrany w czerń, od stóp do głów, zdawał się całkowicie niknąć w toni tego osobliwego zjawiska atmosferycznego. Wobec tego kręcił głową niespokojnie, rozglądając się wokół z uwagą, mając nadzieję, że co bardziej nieuważny kierowca nagle nie uderzy w niego swoim pojazdem. Nie każdy z dążących do swojego miejsca pracy przechodniów podzielał jednak ten sentyment. Są bowiem momenty w życiu człowieka, kiedy jego priorytetem stają się finanse albo też rozwój zawodowy — czy to z konieczności, czy z naiwnych marzeń o osiąganiu wielkich rzeczy. Ambicje te często wynikały z pobudek dziecinnie prostych; chłopiec, przynoszący do domu piątkę z biologii naturalnie oczekuje pochwały, a dorosły, otrzymujący wyczekiwany awans, raz jeszcze staje się chlubą rodziny. I nie liczy się, czy to wciąż chodzi o uznanie rodziców, dziadków, cioć i wujków, czy utrzymanie swojego statusu jako opoki własnej, osobistej rodziny — wszystko sprowadza się do chęci bycia zauważonym i docenionym. Zdarzało się czasem, że ci, goniący za tym mitycznym uznaniem, byli bardziej skorzy do zaharowywania się na śmierć, niż ci, pracujący tylko i wyłącznie po to, by mieć co włożyć do mniej lub bardziej metaforycznego gara.

Jakie pobudki kierowały młodym chłopakiem, który wyskoczył ze swojego auta jak oparzony, Drogomir nie wiedział. Widział za to, jak ten wybiega na parking, nie zważając kompletnie na swoje otoczenie, pędząc biegiem w kierunku drzwi prowadzących do budynku firmy. Jego rozwiane włosy, kolorem swoim przypominające te, rosnące na głowie samego Drogomira, ginęły pośród nocy poniedziałkowego poranka. Koszula, w popularnym współcześnie kolorze pogrzebowym, również nie wyróżniała się zbytnio pośród otaczających ją bezlitosnych cieni. Tylko oczy, błyszczące, jaśniejące oczy, pełne życia, zapału i szalejącego, młodzieńczego ognia, zdawały się rozświetlać otaczającą je przygnębiającą szarówkę. Na przekór wszelkim przemyśleniom i zasadom wybijały się one na tle pokrytego ciemnymi obłokami nieba.

Był to obraz wyjątkowo niecodzienny. Dla Drogomira wydawał się powiewem świeżego powietrza, budząc jego organizm w rzadkim przypływie energii. Mężczyzna aż musiał się zatrzymać, by móc przyjrzeć się tej niecodziennej ekspozycji młodości. Przez jego umysł przemknęła myśl, że starożytni rzeźbiarze, bezowocnie szukający muzy do swojej własnej interpretacji postaci Ikara, uroniliby na widok tego człowieka niejedną łzę.

W historii mitycznego Ikara jego katem okazało się palące słońce — zaś w historii parkingowego, bezimiennego Ikara, stała się nim bestia. Wielka, rycząca, czarna bestia, również wtapiająca się idealnie w okalający ją ciężki mrok. Wpadła na parking z impetem i głośnym wrzaskiem, nie zważając na nic na swojej drodze. Jakim cudem nie zauważyła anielskiej światłości bijącej z niebieskich tęczówek przechodzącego przez parking młodzieńca, Drogomir nie wiedział. Ujrzał za to, na własne oczy, jak rozpędzona maszyna, w ułamku sekundy, koliduje z delikatnym, ludzkim ciałem. Kierowca nawet nie próbował zahamować. Chłopak, niesiony ogromną siłą uderzenia poleciał do tyłu, niczym lalka-szmacianka. W tym straszliwym obrocie zdarzeń jego głowa zetknęła się z okrutnym krawężnikiem. Rozległ się głośny trzask i plusk, a z otwartej czaszki zaczęła sączyć się krew, spływając strumieniami między kosmyki jego włosów.

Drogomir stał w otępieniu, wpatrując się w ten makabryczny widok z rozdziawionymi ustami. Sam sprawca wypadku nie sprawiał wrażenia przejętego tym, do czego doprowadził, ruszając naprzód z głośnym piskiem opon. Pomimo unoszącego się za autem kurzu, w niespodziewanym przypływie zdrowego rozsądku, Drogomirowi udało się zerknąć na tablicę rejestracyjną. Kiedy tak powtarzał jej numery w swojej głowie, jak gdyby od tego zależało także i jego własne życie, coś się w nim odblokowało. Podbiegł do leżącego na bruku chłopaka, który, o dziwo, jeszcze żył. Nawet wśród szumu poranka Drogomir mógł usłyszeć wydobywający się z jego ust płytki, świszczący oddech. Ciało ofiary wypadku wydawało się całe drżeć, ale nie przypominało to agonalnych drgawek, a raczej zwyczajną reakcję organizmu na chłód mokrego chodnika. Drogomir, nie tracąc czasu, zerwał z siebie płaszcz, otulając nim zdezorientowanego chłopaka. Blask jego oczu wygasł całkowicie, ustępując miejsca przeszklonemu wyrazowi czystego przerażenia. Z jego gardła wydarł się chrypiący pomruk, jakby młodzieniec próbował coś powiedzieć. Może nie był w stanie przypomnieć sobie słów, może uraz był na tyle silny, że odebrał mu mowę, albo też po prostu nie miał bladego pojęcia jak mógłby adekwatnie skomentować ten niespodziewany obrót zdarzeń. Krople deszczu raz po raz skapywały do wnętrza jego roztrzaskanej czaszki, co także nie umknęło uwadze Drogomira. Klnąc pod nosem nasunął on swój płaszcz tak, by okrywał on tę najpoważniejszą ranę. Ostatkiem sił chłopak spojrzał błagalnie na swojego starszego kolegę, niemo prosząc go o ratunek. Widząc to, ze świadomością, że nie posiadając wykształcenia medycznego niewiele może zrobić, Drogomir podjął jedyną racjonalną decyzję, jaka nasuwała mu się na myśl.

— Nie zostawiam cię. Pójdę po pomoc. Wszystko będzie dobrze. — Wciąż będąc w stanie kompletnego szoku i niedowierzania wypowiedział on najmądrzejsze rzeczy, które w tamtym momencie przychodziły mu do głowy. Drogomir wyjął z kieszeni płaszcza swoje dokumenty, upychając je do kieszeni spodni, a samo palto zostawiając poszkodowanemu chłopakowi.

Kiedy dobiegł do automatycznych drzwi firmy, te otworzyły się, witając go dobrze znanym mu brzękiem. Budynek niemal pękał w szwach, pełen głośnych i zabieganych ludzi. Każdemu z nich wydawało się, że dręczące ich predykamenty były tymi najważniejszymi pod, skrytym za szarym dywanem obłoków, słońcem. Spotkania, maile, raporty, finanse, statystyki i pozbawione głębszego znaczenia konwersacje miały tam wagę niemal biblijną. Relikwie słów, eucharystia awansów i święcenia groszem.

Przemoczony do suchej nitki Drogomir wpadł do środka, obejmując wnętrze swoim panicznym wzrokiem, próbując rozeznać się wśród mijających go obojętnych twarzy. Pomimo jego stanu, nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Jedynie samotna, starsza sprzątaczka, widząc, ile błota naniósł na swoich butach, pokręciła głową z dezaprobatą, mamrocząc coś o pozbawionej szacunku młodzieży. Drogomir kompletnie to zignorował, krocząc po świeżo wypucowanych płytkach, niczym lunatyk w stanie sennego transu. Pierwsza próba wydania z siebie głosu zakończyła się niepomyślnie. Z gardła mężczyzny wydobył się tylko cichy świst. Drogomir głośno odchrząknął, zbierając się na odwagę, aby wreszcie oznajmić, wszem i wobec:

— Ludzie! Ludzie, tam jest człowiek, na zewnątrz, niewinny człowiek, został potrącony przez samochód, tu, u nas, na naszym parkingu, szybko, wezwijcie karetkę, on umiera, on umiera!

I tak oto nastała cisza. Wszyscy obecni zatrzymali się w pół kroku. Życie firmy zamarło, a budynek zdawał się wstrzymywać oddech. Nikt nie stukał w klawiaturę, nikt nie rozmawiał, nikt nie odchrząkiwał. Nawet dźwięki ekspresu do kawy zostały brutalnie stłumione przez te nowo-stworzoną dziwaczną atmosferę. Uwaga pracowników firmy została niespodziewanie oderwana od statystycznych modlitw do świętych prezesów dnia codziennego. Ich oczy, zaczerwienione od długich godzin wpatrywania się w ekrany, skierowały się na postać Drogomira. Wylądował on w centrum tej firmowej ostatniej wieczerzy, otoczony ciekawskimi spojrzeniami. On sam zdawał się tego nie zauważać, dalej krzycząc i ekspresyjnie gestykulując w kierunku drzwi.

— Młody chłopak, leży na parkingu, na krawężniku, głowa roztrzaskana, krew się leje, niech ktoś zadzwoni na 112, on tam umiera, ktoś w niego wjechał, tutaj, u nas, zaraz, na parkingu, człowiek umiera! Umiera!

Wciąż nikt się nie odzywał. Nikt nie śmiał wydać z siebie głosu. Każdy z obecnych milczał, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Ani szeptu, ani pisku. Dłonie młodej sekretarki, siedzącej przy znajdującym się naprzeciw wejścia biurku zawisły nad klawiaturą. Nagrzane powietrze ciążyło w płucach zebranych, leniwie opuszczając ich drogi oddechowe. Przytłumione odgłosy jadących samochodów i szalejącej ulewy dobiegały zza przeszklonych szyb budynku, jakby pełniły one funkcję ciężkiej kurtyny oddzielającej wnętrze od świata. I tak wśród tego spokoju, nienaturalnego dla porządku firmy, jeden z obecnych panów w garniturach cicho odkaszlnął. Inny zaś nieznacznie pochylił się w stronę swojej koleżanki, szepcząc jej coś do ucha. Kąciki jej ust lekko uniosły się. W tym oto momencie iluzja pękła, roztrzaskując się na miliony niewidzialnych kawałeczków. Te zaś, wystrzelone w powietrze siłą uderzenia, wbiły się w stos trupów sumień pracowników. Zwłoki moralności, pochowane w głębi ich zgorzkniałych dusz, otrzymały kolejny, okrutny cios od odłamków szkła zrodzonych z tej krótkiej chwili. Oczywiście, nic to nie dało. Nic to nie zmieniło. Martwi przecież nie posiadają zdolności odczuwania. Martwych już nic nie boli.

Na ponów rozległa się zwyczajowa wrzawa poniedziałkowego poranka i już nikt nie wydawał się zwracać na Drogomira większej uwagi. Ten, kompletnie zdezorientowany, rozglądał się po obecnych z niedowierzaniem, znów podnosząc krzyk, wciąż żywiąc nadzieję, że jego słowa zostaną usłyszane i poprawnie zinterpretowane:

— Ludzie! Wy nie słyszycie, co ja do was mówię?! Czy nikt z was nie rozumie powagi sytuacji?! Człowiek umiera! Człowiek! Młody chłopak!

Tym razem żaden z pracowników nie zareagował. Ani jeden nawet na niego nie spojrzał. Nikt nie pobłogosławił go ani chwilą swojej uwagi. Wszyscy wrócili do swoich spraw dnia codziennego, głusi na rozpaczliwe błagania Drogomira. Ten za to wciąż desperacko wrzeszczał, prosząc swoich, pożal się Boże, kolegów, o ratunek dla niewinnej ofiary makabrycznego wypadku. Wypadku, któremu przecież tak łatwo można było zapobiec. I kiedy tak bezowocnie zrywał swoje gardło, poczuł uścisk dłoni na swoim ramieniu.

— Proszę pana, czy może pan nie robić tutaj scen? — Usłyszał za sobą dziewczęcy głos. Ten ton, beznamiętny i kompletnie wyprany z wszelkich emocji, wydał mu się co najmniej nie na miejscu. Zbity z tropu, odwrócił się gwałtownie, by ujrzeć postać młodej sekretarki, Aldony. Zatrudniona w firmie od niedawna, już zaczęła odczuwać konsekwencje ciężkiej pracy, która przypadła jej w udziale. Dziewczyna wyglądała nad wyraz żałośnie — niechlujnie zawiązany krawat opadał leniwie na jej pomiętą koszulę, a spięte w ciasny kok tłuste włosy domagały się wolności, odstając na wszystkie strony. Brak makijażu na jej twarzy, zazwyczaj intensywnie umalowanej i przypudrowanej, uwidaczniał jej chude, zapadające się poliki i ciemne wory pod oczami. Poniedziałkowe powietrze zdecydowanie jej nie służyło, toteż Drogomir zdecydował się na objęcie łagodniejszej strategii.

— Aldonko, dziecko drogie, czy byłabyś na tyle…

Sekretarka nie pozwoliła mu dokończyć.

— Czy mógłby pan się tak nie wydzierać? Okazać trochę empatii? Jest siódma rano, wszyscy jesteśmy zmęczeni, pogoda pod psem, no pan się zlituje… — Sekretarka głośno ziewnęła, jakby na potwierdzenie swoich słów.

Słysząc to, Drogomir aż rozdziawił usta ze zdziwienia. Następnie zamknął je po czym, odchrząknąwszy głośno, ponownie spróbował nakreślić obraz sytuacji swojej młodszej współpracowniczce.

— Aldonko, tu u nas, przed drzwiami, zaraz na parkingu, potrącono człowieka. — Mężczyzna usilnie starał się zachować spokój, ale na próżno. Jego ręce drżały, a wytrzeszczone oczy krążyły bezwiednie po wnętrzu zatłoczonego holu, niczym jaskółki na niebie przed burzą. — Bardzo mocno krwawi. Trzeba wezwać pomoc, zadzwonić po odpowiednie służby…

Aldona westchnęła, rozmasowując skronie dłońmi, w geście odzwierciedlającym jej rosnące zniecierpliwienie.

— Panie Mirku, z całym szacunkiem, nawet jakbym chciała zadzwonić, to zadzwonić ja nie mogę…

— Jak to nie możesz, jak, co, dlaczego, dziecko, ty mnie nie słuchasz, tam człowiek leży… — głos Drogomira znacząco przyspieszył tempa, dorównując nienaturalnie szybkim uderzeniom jego serca. Na sekretarce jego sprawa najwyraźniej nie wywarła większego wrażenia. Wciąż wpatrywała się w mężczyznę tym samym, znużonym wzrokiem.

— No nie mogę, pan sobie wyobrazi, wszystkie linie telefoniczne u nas dzisiaj zajęte, wielkie rzeczy się dzieją, więc, no, no nawet gdybym chciała, to nie da rady.

— Ale są rzeczy ważne i ważniejsze! — Oburzył się Drogomir.

— A są, są, temu w żadnym wypadku nie przeczę! — Odparła Aldona, unosząc dłonie. — Już pięć spotkań zostało odwołanych dzisiaj, a w zamian będzie zwołana chyba ta, no, rada nadzwyczajna, ważą się losy firmy dzisiaj!

— Czy życie niewinnego człowieka nie jest ważniejsze niż losy firmy?! — Wykrzyknął Drogomir, chyba o ton za głośno. Kilka głów odwróciło się w jego stronę. Ich oczy przebijały go na wskroś, z niepojęcie intensywnym zgorszeniem wymalowanym na ich pobladłych licach. Mężczyzna miał wrażenie, jakby w ich ocenie właśnie dopuścił się najpodlejszego bluźnierstwa pod słońcem. Niewybaczalnej obrazy największego, świętego majestatu, jakim była przedwieczna i miłosierna firma. Mimo to żadna z zainteresowanych głów nich nie podjęła dyskusji, zamiast tego kręcąc się wymownie i wracając do swoich zajęć.

— No jak pan tak może w ogóle mówić?! Nie wstyd panu?! — Wyraziła swoją własną dezaprobatę zniesmaczona sekretarka. — Gdyby nie firma to co by pan miał? Ani dachu nad głową, ani co wrzucić na ząb, no, nic by pan nie miał! Nic! To chyba nie pan leży tam teraz na parkingu, prawda? No właśnie! — Dziewczyna triumfalnie tupnęła nóżką, najwyraźniej uważając swój argument za niepodważalny.

— No, nie ja, faktycznie — zmieszał się Drogomir, drapiąc się po szyi. W jego umyśle narodziła się niebezpieczna istota, zwana wątpliwością. Nie wątpliwością co do wpojonych mu zasad, nie wątpliwością, traktującą o zachodzących wokół niego procesach, lecz najniebezpieczniejszą z nich; wątpliwością co do odwiecznych, wrodzonych zasad moralnych i własnego sumienia. Kiedy mężczyzna zdał sobie z tego sprawę, szybko zdusił żyjątko głęboko wewnątrz swojego pojmowania, korygując myślenie. — Ale to człowiek! To wciąż człowiek! Umierający człowiek!

— No to jego rodzina złoży skargę i wypłacimy im odszkodowanie, no co ja mam panu powiedzieć — Aldona po raz kolejny wydała z siebie ostentacyjne westchnienie. — Drogi panie, my oboje jesteśmy zbyt nisko w tym łańcuchu pokarmowym, aby się takimi rzeczami przejmować…

— Co też pani opowiada?! Ja nie mówię teraz o pieniądzach, jakie odszkodowanie, odszkodowanie nikomu życia nie zwróci! Tak, trzeba życie ratować, życie, ludzkie życie…

— Jak już mówiłam, wszystkie linie są zajęte. Nic nie poradzę. Dzisiaj są prowadzone bardzo ważne konwersacje. — Odrzekła sekretarka, zakładając ręce na krzyż. — Sprawy wagi firmowej, ot co!

— Jakie to są sprawy, że niby ważniejsze niż życie ludzkie?! — Wzburzył się Drogomir, wciąż nie mogąc pojąć apatii, jaką Aldona uzewnętrzniała swoją postawą.

— Panie Mirku, właśnie bardzo, bardzo ważne sprawy. Dzisiaj zarząd firmy dyskutuje na temat najbardziej naglący i niecierpiący zwłoki. No, tak przynajmniej mówili. Rozmowy pewnie będą się ciągnęły jeszcze długo, do późnych godzin nocnych, bo to temat wysoce kontrowersyjny, ale jak prewalentny w naszym środowisku pracy, tak, bardzo na czasie… Wyobrazi sobie pan, dzisiaj prowadzone będą konwersacje dotyczące kwestii… — sekretarka ściszyła głos, pochylając się w kierunku Drogomira i rzucając zaniepokojone spojrzenia wokół, jakby sprawa ta była wysoce wstydliwa -…kolorowych tygrysów.

Drogomir zamarł, zastanawiając się, czy zwyczajnie nie padł ofiarą jakiegoś wysoce nietaktownego żartu. Poprawiwszy swój krawat odchrząknął, nie mając pojęcia, jak stosownie zareagować. Słowa współpracownicy wydały mu się co najmniej nie na miejscu w obliczu opisywanych przez niego okoliczności. Chcąc upewnić się, czy przypadkiem uszy go nie mylą, zapytał:

— Przepraszam, o czym będą dyskutować?

Aldona westchnęła, ostentacyjnie przewracając oczami i, z większym naciskiem na wypowiadane słowa, powtórzyła niezrozumiałą dla Drogomira frazę:

— O kolorowych tygrysach. Czego pan nie rozumie?

Mężczyzna, wciąż niedowierzając w to co słyszy, próbował rozszyfrować przekazywaną informację. Może te całe tygrysy to był jakiś osobliwy firmowy eufemizm, którego on jeszcze nie miał okazji poznać?

— A czym są te… kolorowe tygrysy? — Zapytał więc.

Dziewczyna pokręciła głową. Temat ten ewidentnie ją krępował i wydawała się niechętna do prowadzenia związanej z nim dalszej rozmowy.

— Drogi panie, ja tu nie jestem od wyjaśniania panu podstawowych pojęć. Są zwykłe tygrysy i kolorowe tygrysy, ot co. — Wzruszyła ramionami.

— Ale co te, no, tygrysy takiego robią, że jest to ważniejsze od ratowania umierającego człowieka?! — Dziwił się Drogomir. — Ja w życiu tygrysa na oczy nie widziałem!

— Ja panu wyjaśniała nie będę. — Odparła Aldona, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. — Każdy, kto ma choć jedną w pełni funkcjonującą szarą komórkę, wie, że kolorowe tygrysy są niebezpieczne. A w ogóle, jest to sprawa delikatna i się nie powinno o niej tak luźno plotkować w pracy…

— Ale ja nie chce rozmawiać o żadnych tygrysach, ja chcę wezwać pomoc dla tego chłopaka, co się tam na schodach wykrwawia! — Odkrzyknął Drogomir, coraz bardziej zbulwersowany absurdem sytuacji w której przyszło mu się znaleźć.

— No ale co ja mam zrobić, ja panu nic nie poradzę, nie ja go potrąciłam!

— Właśnie! Zapamiętałem jego numery rejestracyjne, w sensie, kierowcy, więc…

— Drogi panie — wzdychając, Aldona na powrót skierowała się do swojego biurka. Drogomir podążył za nią, mając złudną nadzieję, że jakoś uda mu się przekonać ją do swojej racji. — Ja nic z tym panu nie zrobię, no bo jak. — Sekretarka rozsiadła się na swoim krześle, powracając do przerwanej czynności miarowego stukania w klawiaturę komputera. Odgłosy naciskanych klawiszy ginęły wśród poniedziałkowego zgiełku, gładko włączając się do jego melodyjnego chóru. Drogomir już miał się odezwać, już otwierał usta, aby coś powiedzieć i tym samym wyrazić swoje oburzenie. Niespodziewanie, jego współpracownica raz jeszcze przeniosła na niego swoje spojrzenie.

— Panie Mirku, ja pana lubię, mimo że nie jest pan zbyt bystry. Pan pójdzie do menedżera zmiany, jak naprawdę chce się pan z tym paprać. Ja bym nie polecała, bo pewnie panu z pensji odejmą co, za takie bezcelowe bieganie, ale widzę, że jest pan dzisiaj wyjątkowo zdeterminowany… Pan uda się na pierwsze piętro, tam jest gabinet numer “312”, pan tam zapuka… Tylko niech pan nie wraca i nie narzeka, że nie ostrzegałam!

Po krótkim podziękowaniu i pożegnaniu się szybkim ukłonem, Drogomir ruszył do windy. Wiedział, że czas naglił, a on nie miał ani chwili do stracenia.

Piętro 1

Winda znajdowała się w centrum holu, lśniąca i nowa. Nuciła łagodną, mechaniczną piosenkę, posyłając szkliste uśmiechy kręcącym się wokół niej człowieczym mrówkom robotnicom. Te zdawały się nie zwracać na nią uwagi, w pełni skupione na swoich mniej lub bardziej znaczących zadaniach. Ich zniekształcone odbicia na świeżo wypucowanej powierzchni maszyny drwiły ze swoich ludzkich odpowiedników, codziennie powtarzających te same schematy i wykonujących te same, nużące zadania. Poniekąd te nietrwałe lustrzane mary zaznały czegoś, czego tamci nigdy jeszcze nie doświadczyli — prawdziwej wolności.

Kiedy Drogomir podszedł do windowych drzwi, te otworzyły się, zapraszając go do środka. Powitała go zachęcająca muzyczka, dobiegająca z niewielkich głośników usytuowanych w rogach przeszklonego sufitu. Mężczyzna niezdarnie wkroczył do środka, unosząc swój mokry płaszcz tak, aby ten, broń Boże, nie zakleszczył się w żadnych zakamarkach konstrukcji. Spoglądając na tarczę z przyciskami, rzucił mu się w oczy pewien osobliwy szczegół. Podczas swojej długoletniej służby na rzecz firmy widział on plany budynku wielokrotnie — zresztą, żadną zagadką było, iż pięter gmach ten liczył piętnaście. O dziwo, wbrew temu, numeracja guzików kończyła się na lśniącej liczbie “13”. Dodatkowo, na pierwszym przycisku widniało zatarte “-1” — a przecież każdy sumienny pracownik firmy zdawał sobie sprawę, że budowla nigdy nie posiadała piwnicy. Przypisując to drobnej pomyłce technicznej, Drogomir wcisnął guzik z cyferką “1”. We wnętrzu windy rozległ się cichy dźwięk dzwoneczka, sygnalizujący zamykanie się drzwi. Maszyna bezszelestnie podniosła się z parteru, transportując pasażera do wcześniej nieznanego mu świata kierowniczego. Swoje zadanie wykonała w mgnieniu oka. Już po chwili głośny brzęk powtórzył się, a szkliste wrota rozstąpiły się.

Przed oczami mężczyzny rozciągał się długi, zaniedbany korytarz wyłożony drewnianymi panelami. Tandetna tapeta odchodziła od wąskich ścian, zwisając smętnie. Miejscami jej poskręcane pasy przypominały uschnięte kwiaty, pozostawione na pastwę losu w zimowym ogrodzie. Na suficie wykwitły rozmaite plamy, pochodzenia których Drogomir wolał się nie doszukiwać. Nierówna podłoga wybrzuszała się i zapadała na przemian, przywodząc na myśl poruszaną wiatrem wodę w błotnistej kałuży. Uczucie to potęgował nieprzyjemny zapach wilgoci unoszący się w powietrzu, razem z drażniącymi nos drobinkami kurzu. Drogomir zmarszczył brew. Musiał przyznać, iż obskurny stan pierwszego piętra go zaskoczył — warunki panujące na nim wydawały się praktycznie na równi z tymi, w jakich on i reszta pracowników niższego szczebla spędzali swoje dni. Mimo to wiedział on, że nie powinien tracić czasu na rozmyślanie o estetyce i wystroju wnętrz — w końcu, miał bardzo ważne zadanie do wykonania.

Odnalezienie gabinetu numer “312” okazało się stosunkowo proste. Były to niepozorne, podniszczone drzwi, usytuowane na samym końcu nieszczęsnego korytarza. Na ich odrapanej powierzchni widniała plastikowa plakietka, z tępo wyrytym napisem “menedżer zmiany”. Pod nią ktoś niechlujnie przykleił karteczkę samoprzylepną, na której, niebieskim długopisem, nabazgrane zostało nazwisko “Dionizy Kartofel”. Pomimo jakże makabrycznych okoliczności swojej wizyty w pokoju roboczym pana Kartofla, Drogomir nie mógł się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. Szybko jednak przywrócił swój wyraz twarzy do tak samo pełnej szacunku, jak i bezdusznie pustej, korporacyjnej ekspresji. Przełknął ślinę, prostując się i poprawiając swój krawat. Zapukawszy do drzwi, postawił on krok do tyłu, oczekując na odpowiedź. Ta, ku jego uldze, przyszła już po krótkiej chwili.

Wejście do gabinetu stanęło otworem, co uprzednio zasygnalizowało donośne skrzypienie. W drzwiach stanął wychudzony mężczyzna, z przekrzywionymi okularami usadowionymi na pokaźnym nosie. Jego kraciasty krawat opadał smętnie na wymięty materiał białej koszuli. Gdzieniegdzie dało się na nim dostrzec częściowo sprane, ciemne plamy. Właściciel tej niechlujnej garderoby ewidentnie nie spodziewał się żadnych gości, bo na widok Drogomira wytrzeszczył on oczy i wydusił z siebie ledwie słyszalne:

— A co, czego pan tu szukasz?

— Mam przyjemność z menedżerem zmiany, panem Kartoflem? — Zapytał tamten, kłaniając się.

— Ano, masz pan… — wymamrotał pan Kartofel. Drogomir od razu połączył intensywny zapach papierosów wydobywający się z gabinetu z jego ochrypłym, nieprzyjemnym dla ucha barytonem. — W jakiej sprawie?

— Przychodzę?

— No ta, po co się pan tu fatygowałeś bez potrzeby, ja to nawet pana nie znam… — odrzekł menedżer, wzruszając ramionami.

— Nazwisko moje Drogomir Szyba, pracuję na dole…

— Powinszować. — Przerwał mu Kartofel. — W jakiej sprawie, panie Szyba? Ja nie mam całego dnia. Tu się pracuje, a nie jakie pogawędki urządza.

— Panie Kartofel i ja również się spieszę. — Odrzekł Drogomir, mając nadzieję, że rozmówca wyczuł nagłość w jego głosie. — Mam do pana bardzo pilną sprawę. Sekretarka z dołu, panna Aldonka, kazała mi się do pana zwrócić, bo podobno wszystkie linie telefoniczne są zajęte…

— Ano, zajęte. Taki dzień dzisiaj mamy, ech. Straszny zapierdol z tymi tygrysami, se pan nawet nie wyobraża… — pokręcił głową menedżer, a w jego przekrwionych oczach zatliły się ogniki gniewu. — Gdyby tylko nie te pieprzone, kolorowe tygrysy… Czego to człowiek nie wymyśli, kolorowe tygrysy, widział pan, psia mać…

— Ja nie w sprawie tygrysów. Tym bardziej nie kolorowych. Tam na dole, na parkingu, potrącono człowieka.

— Jak potrącono? — Zdziwił się pan Kartofel. — Ale, że co, kto potrącił? Kogo?

— Nie wiem kto, znam, pamiętam numery rejestracyjne, ktoś wjechał prosto w takiego młodego chłopaka… — Drogomir raz jeszcze streścił całą historię, przedstawiając stan rzeczy kolejnej osobie. Kiedy wreszcie skończył mówić, odchrząknął głośno, oczekując na reakcję rozmówcy. W odpowiedzi, pan Kartofel zamruczał coś pod nosem z dezaprobatą, kręcąc głową tak intensywnie, że prostokątne oprawki prawie zleciały z jego masywnego nochala.

— No ale panie, to nie przejdzie, co pan!

— Ale co nie przejdzie?! — Zdenerwował się Drogomir. Po menedżerze spodziewał się wielu rzeczy, różnych reakcji, mniej lub bardziej empatycznych słów. Mimo to, nic nie mogło go przygotować na to, co usłyszał.

— Wszyscy teraz rozmawiają tylko i wyłącznie o kolorowych tygrysach. Gdyby pan, na przykład, widział jakiegoś fioletowego, niebieskiego, a, pal licho, może być i zielonego, tygrysa, tam, za kierownicą, no to wtedy bym mógł zadzwonić, ale tak? Nawet jakby pan powiedział, że ten, co siedział za kółkiem to jaki hodowca kolorowych tygrysów, to jeszcze może by mi pozwolili się gdzieś wcisnąć tam na linię, ale tak? Jakie tam znaczenie ma zwykły wypadek? Panie, nie, to się nam, za Chiny, nie przyda! — Pan Kartofel machnął ręką ostentacyjnie, aby następnie poprawić okulary.

— Nie ma się wam “przydawać”! — Oburzony Drogomir zaczął wymachiwać dłońmi w powietrzu, nie pojmując apatii okazywanej przez menedżera. — Człowiek, z roztrzaskaną czaszką, wykrwawia się, wychłodzony i przemoczony, na parkingu, tutaj, tuż przed firmą, trzeba wezwać odpowiednie służby!

— No ale co pan, jak my nawet nie wiemy, kto to jest, może on naprawdę sam hoduje, sprzedaje lub skupuje te kolorowe tygrysy, no co ja wtedy powiem moim przełożonym, nie, psze pana, ja się na takie akcje nie piszę, co to, to nie! — Odrzekł pan Kartofel, kręcąc głową.

— To nie ma związku z żadnymi tygrysami! — Krzyczał Drogomir. — Młody chłopak umiera! Całe życie przed nim! Jego przyszłość wisi na włosku!

— A co jeśli go mieli w tej, no, wiszącej przyszłości, zwerbować do szpiegostwa na rzecz jakiego podziemnego stowarzyszenia kolorowych tygrysów? Hę? Nie pomyślisz pan, tylko pleciesz trzy po trzy… — uśmiechając się z politowaniem, menedżer podrapał się po brzuchu.

— Ja?! — Drogomir ukrył twarz w dłoniach. — Ja tak tego nie zostawię, ja muszę koniecznie pomóc temu człowiekowi…

— No jak ta katarynka, nawija i nawija! Nic nie dociera do tego łba, nic a nic! Jak już się pan tak spinasz i więcej roboty pan nie masz, to niech pan jedzie se, o, na czwarte piętro, do wiceprezesa i z nim tam dyskutuje. W uzasadnionym przypadku on mógłby udostępnić panu telefon, choć na moje, wątpię. Teraz nie mamy czasu na bzdury, psze pana.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 22.8