E-book
10.92
drukowana A5
48.08
Porcelanowa Tancerka

Bezpłatny fragment - Porcelanowa Tancerka

Albrecht Durer, Romans i Gdańsk


Objętość:
328 str.
ISBN:
978-83-8189-157-8
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 48.08

PORCELANOWA TANCERKA

PROLOG

Trzasnęły skrzydła ciężkiej stalowej bramy. Po chwili usłyszał zgrzyt klucza przekręcanego w dawno nieoliwionym zamku. Spojrzał na fluorescencyjne wskazówki zegarka, dochodziła dwudziesta. W budynku był już tylko on i dozorca. Wstał z twardego krzesła, podszedł do drzwi. Przez chwilę nasłuchiwał, ale jedynym dźwiękiem był gulgot siedzących na parapecie gołębi. Nie znosił gołębi! Zawsze się ich brzydził. Ledwo zniósł tydzień w tym przeklętym mieście: same brudne kanały i ohydne gołębie. No i jeszcze ten kurz. Odwrócił się i spojrzał z niechęcią na leżące na stertach dokumenty. Były pokryte grubą szarą warstwą. Od tygodnia znosił duszący zapach muzealnego archiwum: kurz i pleśń. No, ale już jutro wyjedzie. Ostrożnie uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. Z parteru dochodziły stłumione dźwięki telewizora. Z łazienki na półpiętrze słychać było plusk lejącej się wody. Za chwilę strumień wody ucichł i zaskrzypiały otwierane drzwi. Po chwili w łazience zgasło światło. Ciężkie kroki oddaliły się po schodach. Dozorca wracał do stróżówki.

Popatrzył na zegarek, za dwie minuty rozpocznie się mecz. Druga połowa Argentyna-Włochy. Wtedy na pewno już nikt nie odejdzie od telewizora.

Czekał patrząc na fluorescencyjny cyferblat. Z telewizora w pokoju dozorcy, dotarły do niego brawa i głos komentatora. Usłyszał wyczytywane nazwiska, zawodnicy wybiegali na murawę. Wyszedł na korytarz. Doszedł do pomalowanych na biało drzwi i wyjął przedmiot przypominający spłaszczoną igłę. Włożył go do zamka. Kilka sekund później drzwi bezszelestnie otworzyły się. Poprzedniego wieczora naoliwił zawiasy. Może to jemu powinni płacić pensje zamiast dozorcy.

Wszedł do ciemnego pomieszczenia. Zamknął za sobą drzwi. Włączył latarkę i rozejrzał się. Na środku wielkiej pustej sali stała miękko wyściełana ława, a na ścianach wisiały obrazy. Strumień światła latarki zatrzymał się na prawie dwumetrowym płótnie. Namalowany na nim mężczyzna trzymał w ręku kij, a u jego stóp leżała owieczka. A może baranek? Nie pamiętał, co mówiła przewodniczka. Gdy udawał turystę, bardziej interesował go system alarmowy i rozmieszczenie kamer niż obrazy. Skierował światło na przymocowaną pod obrazem tabliczkę: San Giovanni Battista, Tiziano 1540. Zaraz obok wisiał mniejszy obraz. Przedstawiał budynek, do którego prowadziły kamienne schody i zgromadzonych wokół ludzi. Podpis głosił: Prezentazione di Maria al Tempio, Tiziano, 1534—1538. Omiótł światłem latarki obwieszone obrazami ściany i skierował się do następnych drzwi. Właściwie, to mógłby już przechodzić tędy z zamkniętymi oczami. Od tygodnia spędzał noce w zatęchłym zapachu muzealnego archiwum. Sprawdzał, o której wychodzą pracownicy, kto zostaje i co wtedy robi. Oliwił zamki, sprawdzał odległości i w którym miejscu skrzypi podłoga. Przygotował wszystko tak, jak uczyli go w wojsku. No, może nie całkiem uczyli go tego, czym się teraz zajmował, ale planowania i porządku. Ciągle brakowało mu armii. Ale już coraz rzadziej. W końcu to ich strata, że go nie chcieli. On sobie świetnie radził bez La Legion etrangere i tego ich Legio Patria Nostra.

Doszedł do pomalowanych na biało drzwi i nacisną klamkę. Na środku sali stała szklana muzealna gablota. Doskonale wiedział, co w niej jest. Jedna pożółkła kartka, formatu niewiele większego niż A4. Podszedł bliżej i pochylił się nad szkłem. Nie rozumiał, co ludzie w tym widzą: zwykła kartka, a na niej narysowany człowiek: cztery ręce, cztery nogi, wpisany jest w kółko i kwadrat. Sam potrafiłby narysować coś takiego, a może i lepiej. Ale dla niego dobrze że zleceniodawca ma taki gust. W końcu łatwiej przewieźć zwykłą kartkę niż któryś z tych wielkich obrazów.

Popatrzył na zegarek. Zostało pięć minut. Z dołu dobiegł głośny krzyk i wiwaty, pewnie bramka. To może jednak Włosi nie przegrają. Później obejrzy powtórki, ale najpierw praca. Wieczorem przekaże przesyłkę i w piątek po południu wszystko będzie na miejscu. A jutro wsiądzie w samolot do Gdańska i w weekend może umówi się znów z tą blondyną z muzeum. Trochę głupia, ale biust ma niezły i na razie może być. Popatrzył na zegarek. Została minuta. Mocniej naciągnął czarne skórzane rękawiczki i zaczął odliczać w myślach. Dziesięć, dziewięć, osiem… jeden: W całym mieście zgasło światło.


#


Leszek jednym okiem zerkał na telewizor, a drugim na otwarte drzwi gabinetu ojca. Szpakowata głowa pochylała się nad biurkiem. „Powinien tam siedzieć ktoś inny.” — pomyślał i przywołał w wyobraźni obraz wysokiego, otyłego mężczyzny o władczym głosie. Zastanawiał się czy tęskni za ojcem. Przez ostatnie lata nie widywali się zbyt często i chyba zdążyli się od siebie odzwyczaić. Zresztą nigdy nie byli blisko. Ojciec szczerze się ucieszył, gdy Leszek podpisał kontrakt we Francji. Nie przeszkadzało mu nawet, że nie było to polskie wojsko. Najważniejsze, że syn wpisze się w rodzinne tradycje powstań i mundurów. Od tamtej pory widywali się rzadko. Gdyby chciał mógłby przyjeżdżać do Polski częściej, ale nie chciał. Nigdy nie wybaczył ojcu Alki. Miał nadzieję, że stary w końcu zmięknie, że będzie chciał chociaż poznać swoje wnuki. Ale wtedy ojciec związał się z Anną i przestało go interesować cokolwiek innego. Spojrzał w kierunku gabinetu. Rzeczoznawca nadal wpatrywał się przez lupę w leżący na biurku rysunek. Wyglądał jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. No cóż, bez względu na to ile to będzie warte, i tak będzie to bardzo dużo. Oczywiście większość z tego trafi do Anny, ojciec zaraz po ślubie zmienił testament, ale część zostanie dla niego i dla Alki. A dzięki temu ona i Jean-Pierre będą mogli pomyśleć o domu pod Paryżem, ich dotychczasowe mieszkanie w starej kamienicy w Paryżu nie było w dobrym stanie i zdecydowanie za ciasne dla czwórki mieszkańców. Z przykrością na to patrzył gdy ich odwiedzał.

— Goooool!!! — Usłyszał krzyk dochodzący z telewizora. No, to jeszcze tylko jedna bramka i Włochy wyrównają. Ale dzisiaj nawet mecz go nie interesował. Wciąż nie docierało do niego, że ojciec nie żyje. Wydawał się niezniszczalny. Ale może za dużo było, jak na jego wiek, egzotycznych podróży z nową żoną, a może czegoś innego. W biurku ojca znalazł Viagrę! Senior rogu Lanowskich wyraźnie starał się korzystać z uroków życia. A może bał się, że sam wypchany portfel nie zrekompensuje młodej żonie trzydziestu lat różnicy. Wezwany lekarz z pogotowia powiedział tylko: wylew. A kilka dni później zadzwonili ze szpitala, że bardzo im przykro, robili, co mogli. Mimo to Leszek wciąż miał wrażenie, że ojciec za chwilę znowu wyjdzie z gabinetu i coś powie, tym swoim władczym tonem, który zmieniał tylko przy Annie. Popatrzył w tamtym kierunku, ale nic się nie zmieniło. Przy biurku nadal siedział szpakowaty mężczyzna, którego widział pierwszy raz w życiu i z uwagą oglądał najcenniejszy rysunek z kolekcji ojca, „Studium dłoni apostoła” Albrechta Durera. Durer był w ich rodzinie jeszcze przed wojną. To było ich dziedzictwo, to, co zostało po przodkach i miało trwać w rodzinie do następnych pokoleń. Tak jak dom z obrazami Kossaka i portretem Marszałka na ścianach. Tradycja, której nie wolno było naruszyć. Ale teraz jednak zostanie naruszona. Anna nie chciała zgodzić się na sprzedaż. Mówiła, że ojciec nigdy by mu tego nie wybaczył. Może się mylił, co do niej. Może wcale nie chodziło jej tylko o pieniądze i rzeczywiście kochała ojca. Ale jest jeszcze Alka! Trzeba zakończyć przeszłość, rozdzielić spadek i każde pójdzie w swoją stronę. Uparł się przy sprzedaży, mimo, że Anna prosiła, żeby pozostawić w rodzinie chociaż ten najcenniejszy eksponat. Chciała zapisać go kiedyś muzeum. Zaskoczyła go. Nie spodziewał się po niej takiego gestu. Ale i tak powiedział: nie. Spadek należy do nich trojga. Jeżeli jest w stanie jego i Alkę spłacić, to może robić z kolekcją co chce. Jeśli nie, sprzedają. Zaraz dowie się ile Durer jest wart. Wiedział, że renesansowy, szkic „Głowy Apostoła” Rafaela, został sprzedany przez londyński dom aukcyjny Sotheby’s za prawie pięćdziesiąt milionów dolarów. Nawet, jeżeli za Durera dostaliby mniej, to i tak to ogromne pieniądze. I nawet Anna będzie musiała się z tym pogodzić.

Mecz się skończył. Spojrzał na wyświetlany na ekranie wynik: Włochy — Argentyna: jeden do dwóch. No to pół godziny nie wystarczyło na wyrównanie. Usłyszał szuranie odsuwanego krzesła. Zobaczył, że ekspert z domu aukcyjnego wstał od biurka i podchodzi do drzwi dzielących gabinet od pokoju telewizyjnego.

— Czy mógłbym pana poprosić?

Leszek wstał i poszedł do gabinetu.

Rzeczoznawca podszedł do biurka, popatrzył na leżące rysunki i podniósł wzrok na Leszka.

— Proszę pana, przejrzałem eksponaty z kolekcji pańskiego ojca i przedstawię orientacyjną wycenę ich wartości. Natomiast, jeżeli chodzi o ten — Wskazał na rysunek Durera. — To rynkowa cena oryginalnych dzieł tej klasy rzeczywiście osiąga, tak jak pan mówił przez telefon, poziom milionów dolarów. Ale to oczywiście dotyczy tylko oryginałów.

— Co ma pan na myśli?

— Że to. — Rzeczoznawca podniósł rysunek złożonych dłoni. — Na pewno nim nie jest. To kopia. Bardzo dobra, ale jedynie kopia. I muszę przyznać, że ten, kto ją zrobił miał poczucie humoru.

GDAŃSK

Magda siedziała na przystanku i przyglądała się przechodniom. Mimo tłumu turystów, ulice były opustoszałe. W taki upał, kto tylko mógł jechał nad morze. Zabytki przecież nie uciekną. Za to sama bardzo lubiła puste i rozgrzane upałem ulice. W taki słoneczny dzień jak ten wszystko wydawało się radosne. Nawet przymusowy brak samochodu miał wiele zalet. Bo w samochodzie nie byłoby tego wszystkiego, co czekało na nią na ulicy: rozgrzewających skórę promieni lipcowego słońca, pisków dzieci bawiących się gumowym lwem z urwanym uchem, zapachu rozgrzanej ziemi ani… fuj! zapachu spalin, jak właśnie teraz, gdy na przystanek podjechał autobus. Odwróciła głowę i zakasłała. Czasem uroki świata jednak przegrywają z wygodą zamkniętego samochodu. Nawet takiego, który nie ma klimatyzacji, bo gdy jej fordzik wyjeżdżał z fabryki, to klimatyzacji jeszcze nie wymyślono. A przynajmniej tak sądziła, czytając na dowodzie rejestracyjnym datę produkcji.

Autobus otworzył drzwi. Z ławki na przystanku podniosła się starsza kobieta. Jej drobną pokrytą zmarszczkami twarz otaczał owinięty wokół głowy warkocz siwych włosów. Staruszka uśmiechnęła się promiennie, gdy młody chłopak, w spodniach z krokiem przy kolanach, przepuścił ją w drzwiach autobusu. Przez chwilę wyglądała z tym uśmiechem jak młoda dziewczyna. Przypominała Magdzie ciotkę Natalkę. Pogrążona w książkach ciotka, po wypadku zabrała do siebie dwójkę dzieci swojego brata. I wzięła się za ich wychowywanie z takim samym entuzjazmem, z jakim podchodziła w życiu do wszystkiego. Lata spędzone u ciotki Magda wspominała z przyjemnością, za to o tym, co było wcześniej wolała nie myśleć.

Na przystanek podjechał masywny srebrny samochód. „Właściwie trudno to nazwać samochodem — pomyślała. — Bardziej pasowałoby: czołg.” Wstała z ławki i podeszła do terenowej Toyoty. Otworzyła klapę bagażnika i włożyła do środka dwie duże torby. Podeszła do drzwi od strony pasażera i wspięła się na wysoko umieszczony mięciutki fotel. Wewnątrz było przyjemnie chłodno, a z głośników płynęły ostre dźwięki improwizacji gitarowej.

— Powinieneś zamontować drabinkę na zewnątrz. Łatwiej by się wsiadało — powiedziała przekrzykując gitarę.

— Cześć siostra. — Robert uśmiechnął się i pochylił z fotela kierowcy, żeby przyciszyć muzykę. — A gdzie twój postrach jezdni?

— Żaden postrach i w warsztacie.

— Który raz zepsuł się w tym roku?

— Przestałam liczyć. Zmieńmy temat — powiedziała z rezygnacją i zapięła pasy.

— Rzuć w cholerę muzeum i przejdź do mnie. To kupisz sobie coś co dla odmiany będzie jeździć. Ile razy ci już to mówiłem?

— Przestałam liczyć. Jest tylko jeden problem, ja naprawdę lubię muzeum. A przynajmniej lubiłam. — Westchnęła, patrząc przez szybę jak Robert włącza się do ruchu.

— Tak źle?

— Źle. To po prostu kretyn. Poprzedni dyrektor, chociaż odróżniał obraz od rzeźby. Ten nie jestem pewna czy nawet tyle wie. A mamy naprawdę cenne eksponaty! A co nowe wybory w pięknym kraju, to nowy dyrektor. I każdy kolejny zna się jeszcze mniej niż poprzedni. Po ostatnim myślałam, że już gorzej się nie da. Okazuje się, że nie doceniłam ludzkich możliwości. Naprawdę, ręce mi już czasem opadają!

— To pomyśl jeszcze raz. Przydałabyś mi się. Moje chłopaki, jak twój dyrektor, nie odróżniają obrazu od rzeźby. No może aż tak to nie, ale i tak potrzebuję fachowca. Spraw takich jak ostatnia jest sporo.

— Zawsze chętnie cię pomogę. Ale nie chciałabym definitywnie rozstawać się z muzeum. Naprawdę lubię tę pracę. No chyba, że na następnego dyrektora przyjdzie kolejny kretyn, to już nie zdzierżę! I wtedy mnie masz.

— Słowo?

— Słowo.

— A sprawę faktycznie mam.

— No to wal. — Magda wygodnie wyciągnęła nogi i z klimatyzowanego wnętrza z przyjemnością patrzyła na rozgrzane upałem ulice. Robert włączył kierunkowskaz i zmienił pas.

— Słyszałaś o studium dłoni Durera?

— No jasne i to nawet o kilku. Durer to jeden z najwybitniejszych twórców renesansu. Wszystko, co namalował lub narysował jest powszechnie znane. A że chętnie szkicował dłonie, to jest ich kilka wersji. Najbardziej znane są Modlące się dłonie z muzeum Albertina w Wiedniu. Narysowane tuszem na niebieskim papierze około roku 1508. Tak w ogóle, to przedstawiają ręce brata Durera. A jeden rysunek dłoni jest nawet w Polsce. Bardzo podobny właśnie do tego z Albertiny. Również wykonany na błękitnym papierze. Mówi się o nim, bo te nazwy są umowne: szkic dłoni apostoła. Ma go w swojej kolekcji Antoni Lanowski w Sopocie. A właściwie miał, bo tydzień temu pan Antoni zmarł.

— Raczej miał, także przed śmiercią.

— Co masz na myśli?

— To kopia.

— Żartujesz? To jest jeden z najcenniejszych eksponatów w polskich kolekcjach prywatnych.

— Nie żartuję.

— Robert, ja znam ten rysunek. To nie jest kopia. Byłam tam niedawno z Henrykiem. Jakieś pół roku temu. I Henryk nie miał wątpliwości, że to oryginał. A on się zna. I nic nie słyszałam, żeby pan Lanowski go później sprzedawał.

— Nikt nie słyszał. Nawet jego syn. I nie ma też żadnego śladu sprzedaży.

— To co się stało z oryginałem?

— Tego właśnie nie wiadomo.

Magda usiadła bokiem na fotelu i popatrzyła na Roberta.

— To dawaj po kolei.

— Proszę bardzo. Wczoraj do Lanowskich przyjechał rzeczoznawca z domu aukcyjnego. Miał wycenić kolekcję. Chcą ją sprzedać, żeby podzielić spadek. I zakwestionował autentyczność. Tyle, że to nie wszystko. Tydzień przed śmiercią Lanowskiego, rysunek był wysłany do innego rzeczoznawcy. Tamten wydał opinię, że to oryginał. Durer wrócił do Lanowskich w zaplombowanym samochodzie. Antoni Lanowski sam sprawdził plomby, pokwitował odbiór i schował rysunek do zabezpieczonej gabloty. Był przy tym jego syn. Gablota jest kuloodporna i zamykana na zamek, który wymaga zarówno klucza jak i szyfru. Poza tym jest podłączona do dwudziestoczterogodzinnego monitoringu. Każda próba otwarcia natychmiast jest zapisywana na komputerach firmy ochroniarskiej. I od powrotu Durera, żadnej takiej próby nie było. Gablota została otwarta ponownie dopiero wczoraj, gdy przyjechał rzeczoznawca, żeby wycenić kolekcję do sprzedaży.

— Czy to oznacza, że Lanowski podmienił rysunki przed włożeniem do gabloty?

— Raczej nie. Cały czas był przy nim syn i potwierdza, że ojciec schował dokładnie to, co przyjechało.

— A co wiesz o tym synu?

— Całkiem sporo. To kumpel jeszcze z Legii Cudzoziemskiej. I właśnie on do mnie zadzwonił. To jest jego spadek. I chciałby się dowiedzieć, co się z nim stało.

— Może zapytam jak laik, ale nie było jakiejś przerw w dostawie prądu? Takiej, która mogłaby ten system monitoringu, chociaż na chwilę zawiesić? Tak, że nie byłoby śladu, że ktoś to jednak otwierał.

— Była jedna i przez dwie sekundy. Tydzień temu. Ale tam jest podłączony dodatkowy system, który podtrzymałby zapisy. To jest naprawdę profesjonalny sprzęt. Uwierz mi, nie było żadnej przerwy w monitoringu. Wszystko dzisiaj dokładnie sprawdzaliśmy od rana.

— A policja?

— Nie było.

— Dlaczego?

— Leszek się obawia, że jeżeli się to rozniesie, że Durer zniknął, to zacznie się szkalowanie jego ojca. Wiesz jak to jest: że wywiózł za granice, że nielegalnie sprzedał. Antoni Lanowski ostatnio dużo podróżował. A nie ma żadnych śladów ingerencji. Chłopaki ode mnie podjechali tam jeszcze wczoraj. Od razu po telefonie Leszka. Sprawdzili wszystko i kompletnie nic nie znaleźli.

— Poza Lanowski nie miał żadnych problemów finansowych. Wręcz przeciwnie. Miał tyle, że nie wydałby tego co nam nawet jeżeliby nieźle szalał. A poza tym, Leszek mówi, że ojciec przywiązywał wielką wagę do tradycji rodzinnej. I że nigdy nie zdecydowałby się na sprzedaż Durera. Bo poza wartością materialną, ten rysunek to jedna z niewielu rzeczy z ich rodziny, która ocalała jeszcze z przed wojny.

— Wiem. Ojciec pana Antoniego ukrył go w czasie okupacji pod podłogą ich willi. A potem przez lata, w ogóle nie przyznawali się, że go mają, żeby ówczesne władze im go nie zabrały. To znana historia.

— No właśnie. Oczywiście wszystko jest możliwe, ale Leszek nie sądzi, żeby ojcu w ogóle przyszło do głowy sprzedawanie Durera. Jeśli już coś by z nim zrobił, to prędzej oddał do muzeum. I dlatego uzgodnili z Anną, że najpierw spróbują po cichu dowiedzieć się, co się stało i zadzwonił do mnie. Swoją drogą, znajomy już sprawdza domy aukcyjne, czy nikt nie oferował tego rysunku do sprzedaży.

— Nikt nie będzie sprzedawał czegoś takiego oficjalnie w domu aukcyjnym, no chyba, że ma to legalnie od Lanowskiego. A taka aukcja to byłaby sensacja i przeczytasz o tym po prostu w gazetach. Kto to jest Anna?

— Macocha Leszka. Chociaż to dziwnie brzmi, bo chyba jest niewiele od niego starsza.

— A, słyszałam o niej. A co z rzeczoznawcą, tym, który wcześniej potwierdził autentyczność? Nie chcę rzucać podejrzeń, ale teoretycznie mógł zapakować do samochodu już kopię i na nią założyć plomby. Jeżeli nikt nie otwierał później gabloty, to chyba najbardziej prawdopodobne, a przynajmniej teoretycznie, że rysunek już przyjechał jako kopia.

— No właśnie i tu jest pewien problem…

— Bo?

— Bo to był Henryk Rozłucki.

— Nasz Henryk?!

— Tak.

— To niedobrze!

— No właśnie.

— Jak się nie wyjaśni to padnie na niego. Nawet, jeżeli nie będzie dowodów, że to on, i tak pozostaną wątpliwości, że może jednak. Tak jak i mnie to przyszło do głowy. Cień zawsze pozostanie.

— Wiem.

Magda zawiesiła wzrok na ulicach, które mijali i zastanowiła się przez chwilę.

— A dlaczego Henryk sprawdzał autentyczność? Były jakieś wątpliwości?

— Nic więcej nie wiem. Chciałbym żebyśmy podjechali jutro do Leszka razem i wtedy sama go zapytasz o co będziesz chciała.

— Chętnie. Nie lubię znikających dzieł sztuki, a jeszcze mniej psucia opinii dobremu człowiekowi jak Henryk. Prawdę mówiąc, jeżeli jakiś dupek żołędny to zorganizował, to mógł zwyczajnie ukraść. Sorry, wiem, że to głupio brzmi, ale jednak byłoby bardziej uczciwe. Za nikim by się później nie ciągnęło. Tak jak tydzień temu ukradli panu Matczukowi rysunek Memlinga. Było zwykłe włamanie. Przykre, no jasne, ale nie było wątpliwości, co się stało. Facet wystąpił o odszkodowanie i na nikogo nie padło. Oczywiście poza złodziejami, których jeszcze nie znaleźli. A tu nawet ubezpieczenie nie zadziała, jeśli nie ma śladów włamania. Oczywiście jest jeszcze szansa, że to sprawa wewnętrzna rodziny Lanowskich. Tak jak było ze srebrnym lichtarzem u Rylskiego, gdy się okazało, że to kuzyn go ukradł. I tak by było w sumie najlepiej, bo wtedy załatwią sobie wszystko po cichu między sobą. Oczywiście, to jutro pojedziemy. Tyle, że mogę dopiero po południu. Rano mam coś do załatwienia.

— Randka?

— Niestety nie. Ale jutro zaczyna się Jarmark Dominikański. I zależy mi, żeby tam być jeszcze przed otwarciem. Możesz mnie zabrać z Jarmarku około dwunastej?

— Jasne.

— A zmieniając chwilowo temat. Kupiłam ciotkom kaszmirowe poncza. Jedno w brązowe etniczne wzory, oczywiście dla Natalii. A dla Julii w kolorze burgunda. Mam nadzieję, że nie przefarbowała włosów, ale jakby, co, to do rudego też będzie pasowało. To na ich imieniny. A na podwójne urodziny po książce. Jedna to album o sztuce zdobniczej gotyku, oczywiście dla Natalii, a dla Julii o historii win. To tak, żebyś się nie zdziwił jak je zobaczysz, bo to prezenty od nas obojga.

— Dzięki siostra. Ile ci wiszę?

— Dwie i pół stówy. No i pojechałam wczoraj do Natalii, upiekłam sernik i szarlotkę. Będą, więc takie jak lubisz to już się możesz zacząć cieszyć. Aha i jeszcze jedno zanim dojedziemy. Ciotka znowu się wzięła za przemeblowanie. Błagam cię wyjaśnij jej, żeby nie dźwigała tych szafek sama, bo jej nie wolno. A ja już nie mam siły. W ogóle mnie nie słucha. Wie, że nie powinna, ale i tak robi, co chce.

— Przestawię jej wszystko jak dojedziemy i będzie z głowy.

— Jak wiesz u niej nie istnieje kategoria wszystko. Zawsze znajdzie coś nowego. Po prostu z nią porozmawiaj. Może ciebie posłucha.

— Spróbuję. Chociaż wątpię czy posłucha. Strasznie jest uparta.

— Wiem, No, w każdym razie spróbuj. I nic jej nie mów o Henryku.

— No jasne, wiem że nie. I mam wielką nadzieję, że on nie ma z tym nic wspólnego. — Robert zwolnił, podjechał pod metalowe kute ogrodzenie, zza którego widać było zabytkową białą willę i kliknął pilotem w stronę bramy. Brama nawet nie drgnęła. Kliknął jeszcze raz i efekt był podobny.

— Znowu nie działa. Wysiądę i otworzę ręcznie. — Magda odpięła pasy i otworzyła drzwi. — Wygląda na to, że poza noszeniem szafek, wizytę na urodzino-imieninach zaczniesz od naprawiania bramy, a ja w tym czasie nakryję stół. Oczywiście, jeżeli jeszcze jakiś stół w tym domu jest, po jej ostatnich przemeblowaniach. — Westchnęła, wysiadła z samochodu i ręcznie otworzyła bramę.


#


Gdy Robert wjeżdżał na posesję, drzwi willi otworzyły się i pojawiła się w nich niska szczupła kobieta. Miała staroświecki siwy warkocz upięty wokół głowy i spodnie w modne etniczne wzory. „Na pewno z ekologicznej bawełny” — uznała Magda. — „A przynajmniej kupione w sklepie, który wspierał uczciwy handel.” Ciotka miała jasne poglądy w wielu kwestiach i konsekwentnie się do nich stosowała.

— Nie działa? — zawołała w stronę Magdy.

— Nie ciociu. Ale Robert zaraz popatrzy. — Magda weszła po schodkach i ucałowała Natalię w policzek. — Dzień dobry.

— Cześć kochanie. — Ciotka przytuliła Magdę. — Niech Robert sobie nie zawraca głowy. Brama nie zając nie ucieknie. A teraz mamy imprezę. Wchodź do środka. — Ciotka weszła do domu, Magda poszła za nią. W ciemnym korytarzu unosił się zapach waniliowego kadzidła oraz książek, które stały w tym domu w każdym kącie. Również w korytarzu. Jako dziecko, Magda mogła nie odrywać się od szeleszczących kartek. Z nabożeństwem przekładała kolejne strony, siedząc na podłodze pod jednym z wypełnionych książkami regałów. Większość tomów dotyczyła historii, zabytków i sztuki, czyli ulubionych tematów ciotki. Ale nie brakowało też powieści. Natalia, jak sama mówiła, od czytania była uzależniona. Mogłaby czytać nawet starą gazetę, jeżeli nic innego nie było pod ręką. Magda to doskonale rozumiała. Miała tak samo. Tyle, że od regałów wolała Kindla. Nie trzeba go było odkurzać. Weszły do salonu z ogromnymi oknami. Magda z u ulgą stwierdziła, że stół jednak ocalał. Tyle, że stał w innym miejscu niż pamiętała z ostatniej wizyty.

— Ciociu, co ten stół robi na środku pokoju?

— Mam wrażenie, że stoi kochanie — powiedziała niewinnie Natalia, patrząc z zaciekawieniem na stół.

— A jak on się tam znalazł? To mam na myśli. Ciocia go przeniosła?

— To przecież tylko jeden mały stolik. — Wzruszyła ramionami Natalia.

— To jeden wielki stół, ciociu!

— Kochanie nie bądź drobiazgowa. — Ciotka szelmowsko do niej mrugnęła. — Wcale nie jest ciężki.

— Ciocia nie powinna…

— Wiem — powiedziała spokojnie Natalia i otworzyła szufladę komody. — Który bierzemy, zielony czy brązowy? — Wyjęła z szuflady dwa obrusy i pokazała Magdzie.

Magda wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. „Przecież nie będę się z nią kłócić w urodziny.”

— A który ciocia woli? — powiedziała już spokojnie.

Natalia przez chwilę przenosiła wzrok z jednego na drugi.

— Ten — zdecydowała w końcu. Wyjęła zielony i położyła na stole. Magda postawiła torebkę na sofie.

— Ciociu, idę umyć ręce i zaraz wszystko przygotuję.

— Idź dziecko Idź.

Poszła do łazienki. W lustrze obejrzała jak sprawuje się jej nowy tusz do rzęs. Na szczęście dał radę i nie spłynął na policzki pomimo upałów. Rozczesała kręcone blond włosy, które pod wpływem temperatury powietrza zaczęły się już skręcać w sprężynki. I odłożyła grzebień na przeznaczoną dla niej półkę. Obok była półka Roberta. Wciąż było na nich widać, teraz już trochę wyblakłe, naklejki, którymi oznaczyli je jeszcze w dzieciństwie. U Magdy śmiała się Pszczółka Maja, a u Roberta Han Solo z Gwiezdnych Wojen siedział przy sterach frachtowca. Umyła ręce i wróciła do ciotki.

Stół był już nakryty obrusem. Natalia właśnie stawiała na nim ciasto upieczone przez Magdę poprzedniego dnia.

— Ciociu, to może ciocia pokroi, a ja pójdę po resztę. — Poszła do kuchni i zaczęła przynosić do salonu kolejne dania przygotowane na dzisiejszą uroczystość.

Trzasnęły drzwi wejściowe. W salonie pojawił się Robert.

— Dzień dobry ciociu. — Podszedł do Natalii i pocałował ją w policzek. — Bramę naprawiłem.

— Dobry chłopiec jesteś — przyznała ciotka i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać go po głowie. Magda stłumiła uśmiech. Robert musiał się pochylić, bo niska Natalia nie miała szans dosięgnąć jego stu dziewięćdziesięciu dwóch centymetrów. Magda uchwyciła wzrok brata i wskazała mu oczami stół i szafki. Zmarszczył brwi zaskoczony, ale po chwili zrozumiał. Odchrząknął.

— Ciociu… — zaczął poważnym tonem.

— Wiem kochanie — przerwała mu spokojnie Natalia — Jak sądzę Magda prosiła cię, żebyś mnie przekonał, żebym nic nie nosiła. I nic nie noszę, Magda nosi. — Wskazała na bratanicę stojącą w drzwiach z półmiskiem sałatki w majonezie w rękach. — Możesz, więc uważać zadanie za wykonane. To już mamy z głowy? — zapytała uprzejmie Natalia patrząc na nich na zmianę. Robert spojrzał na Magdę, rozłożył ręce w geście bezsilności. Ale ledwo ukrył uśmiech widząc zadowoloną z siebie ciotkę. Magda pokręciła głową z rozczarowaniem, podeszła do stołu i postawiła na nim półmisek.

— Ciocia mnie kiedyś wykończy — powiedziała z rezygnacją.

— Ale jeszcze nie teraz kochanie. — Natalia z zadowoleniem uznała temat za zamknięty. — Teraz będzie impreza. I nie zawracajcie sobie już tym głowy. To był tylko jeden mały stół. Ale potem pokaże Robertowi szafki, które są do przeniesienia i już nic nie robię sama. Nic. — Na potwierdzenie tych słów podniosła ręce do góry, pokazując, że są puste i zerknęła z ciekawością na dwie siatki, które wniósł do domu Robert. — No dobrze, to teraz prezent.

— Ale żeby nie było, że odpuściłam — powiedziała stanowczo Magda. — Uznajemy to tylko za urodzinowe zawieszenie broni. — Natalia uśmiechnęła się niewinnie. — No, to prezent. — Dyskretnie wskazała Robertowi jedną z siatek. — Wszystkiego najlepszego ciociu. Niech nam ciocia żyje bardzo bardzo długo. I żeby spełniło się wszystko, czego ciocia sobie życzy. — Ucałowała Natalię w oba policzki, a Robert dołączył do nich i podał siatkę.

— Ja zawsze sobie życzę tego samego, kochani. Żeby było interesująco i żebym miała nowe książki do czytania. Czy to książka? — zapytała z nadzieją.

— Też — przyznała Magda i z uśmiechem rozejrzała się po ścianach zastawionych regałami. Była ciekawa, gdzie ciotka zmieści kolejną albo kiedy regał z książkami stanie też w łazience. Bo nie było już miejsca nigdzie indziej. Chociaż gdyby nie czytnik, to u niej w domu zapewne byłoby tak samo. Ciotka wyjęła książkę o sztuce gotyku. Usiadła na sofie i zaczęła przeglądać. Robert i Magda czekali aż rozpakuje kolejny prezent, ale Natalia doszła do opisu włoskiego relikwiarza i pogrążyła się w czytaniu.

— Ciociu — powiedziała cicho Magda. Natalia podniosła wzrok znad książki, popatrzyła na nich niezbyt przytomnie i po chwili roześmiała się. — Przepraszam kochani. Ale bardzo interesujące zdobienia ma ten relikwiarz. Jak ostatnio byłam z Henrykiem na randce, to w galerii widzieliśmy podobny.

Robert i Magda wymienili spojrzenia.

— Coś nie tak? — zainteresowała się ciotka patrząc na nich uważnie.

— Nie ciociu — powiedział szybko Robert. — Ale jest jeszcze jeden prezent. — Podszedł do siatki. Wyjął z niej wełniane ponczo w etniczne wzory i podał ciotce.

— Jakie ładne! — Natalia pogłaskała wełnę i wstała z sofy. — Idę przymierzyć. To chodź chłopcze pokażę ci po drodze, które szafki są do przestawienia. Mogłabym to zrobić sama, ale jak Magda jest taka uparta, to niech jej będzie. — Ciotka mrugnęła do Magdy, wzięła ponczo i zaprowadziła Roberta do drugiego pokoju.

Magda pokręciła głową z dezaprobatą i podeszła do komody, żeby wyjąć talerzyki do ciasta. Odsunęła szufladę i jej wzrok padł na niewielkie zdjęcie w rzeźbionej ramce stojące wśród bibelotów, które ciotka przywoziła z różnych podróży. Na zdjęciu widać było Natalię i Henryka nad morzem. Ciotka trzymała w ręku czerwoną różę. Zdjęcie musiało być zrobione niedawno, bo wcześniej go nie widziała. Stała nad otwartą szufladą komody i przez chwilę patrzyła na fotografię.


#


— A to moi drodzy, winko domowej roboty, takie nigdy nie zaszkodzi. — Ciotka podała, przez zastawiony stół butelkę Robertowi. — Rozlej chłopcze. Ty prowadzisz, ale my z Madzią się napijemy. Na jutro mam jeszcze kilka, więc możemy szaleć. — Robert wziął butelkę i nalał wiśniowy płyn do kieliszków. Odstawił wino i wrócił do jedzenia sernika.

— A jutro, kto będzie? — Magda nałożyła sobie na talerz panierowane grzyby, nową specjalność ciotki. Spróbowała i przyznała, że rzeczywiście są dobre.

— Jeszcze są marynowane grzybki. — Natalia podsunęła jej salaterkę.

— Chętnie ciociu. — Magda dołożyła grzyby do grzybów. Mogła jeść je w każdej postaci. I wróciła do jedzenia.

— Jutro przyjdzie kto będzie miał ochotę kochanie. Jak zwykle. No poza Henrykiem, bo poleciał do Genewy. Jego brat Antek przedwczoraj zachorował. Ale podobno już lepiej. I jak wróci w poniedziałek, to będzie trzecia impreza. Tylko dla nas dwojga. — Ciotka mrugnęła do Magdy. — Od nadmiaru głowa nie boli. A jak tam w muzeum? Coraz lepiej czy coraz gorzej?

— Poproszę o inny zestaw pytań.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 48.08