E-book
8.19
drukowana A5
34.41
Popraw koronę i wstań

Bezpłatny fragment - Popraw koronę i wstań


5
Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8189-269-8
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 34.41

I.

Otworzyła bramę w starej, zabytkowej kamienicy, w której mieszkała. Tu zawsze było ciemno i mroczno. Zanim padło blade światło ze smętnie zwisającej żarówki, miała wrażenie, że wchodzi w czeluść bez dna. Jak zwykle szybko sięgnęła do kontaktu, a w jej ruchu widać było nerwowość.

Jakby ten szybki ruch dłonią do kontaktu miał wydrzeć ją z tej czeluści i przenieść do innego świata.

Stała przez chwilę przy wielkiej skrzynce na listy, bez ruchu, bez oddechu. Nasłuchiwała. Robiła to za każdym razem, wchodząc do bramy.

Kilka schodków dzieliło ją od mrocznej części klatki schodowej, od starych, niegdyś może pięknych oszklonych drzwi z witrażami. Za nimi były schody na piętra i inny korytarz do piwnic. Tego miejsca bała się najbardziej, tam nie docierało światło.

Tam mogło kryć się wszystko lub nic.

Jej oczy ogarnęły mrok i niczego nie zauważyły. Jej uszy nie usłyszały żadnego szelestu. Westchnęła cicho z ulgą. Najszybciej, jak mogła, pokonała dwa pietra i drżącymi rękoma wsadziła klucz w zamek. Jeszcze sekunda, dwie i wiedziała, że dziś jest bezpieczna.


***

Trzymała w dłoniach rękę swojej matki, pełną maleńkich, granatowych żyłek pośród skóry, która marszczyła się jak piasek na nadmorskiej wydmie. Delikatnie pogłaskała spracowaną dłoń, a potem odgarnęła z policzka pasemko posiwiałych włosów. Z twarzy matki spoglądał smutek, nie widać było w niej cierpienia, choroby. Smutek.

Nie zawsze ich relacje były dobre. Może dlatego, że wychowywała ją i rodzeństwo zupełnie sama, zabiegana, zapracowana, by móc im zapewnić chociaż minimum. Cały obowiązek wychowawczy właściwie przejęła starsza siostra. Tak to pamiętała.

Za czasów nastolatki dała nieźle w kość swojej matce, wstydziła się tego po dziś dzień. Potem uspokoiła się, przestała poszukiwać przygód. Szybko wyszła za mąż.

Za szybko.

Czasami miała wrażenie, że w tym zamążpójściu chciała się schować przed całym światem, dorosnąć za wszelką cenę. Po kilkomiesięcznej znajomości powiedziała „tak” i natychmiast zapragnęła mieć córkę. Wydawało jej się, że u boku cichego, spokojnego męża, zazna jakiś wewnętrzny spokój. Pomyliła się.

Siedząc w szpitalu przy łóżku swojej matki, już od dawna wiedziała, że jej wejście w dorosłość oznaczało samotność w podejmowaniu ważnych, codziennych decyzji. Wiele razy ją to przytłaczało, nie tego spodziewała się po byciu mężatką.

Dopiero wtedy bardzo zbliżyła się do swojej rodzicielki. Przegadały ze sobą mnóstwo godzin, spędziły razem mnóstwo czasu i dopiero wtedy poczuła, jak to jest tęsknić za towarzystwem matki, kiedy nie było jej w pobliżu. Dzwoniła więc często do niej, by przyjechała. Na kawę, na obiad, na pogaduchy. Cieszyła się, gotując dla niej, według jej recepty i smaku. Tak naprawdę w ostatnich latach zrozumiała, co to znaczy kochać matkę i jak silna jest to więź. Łapała się na myśli, że zmarnowała wiele lat, traktując ją jak kogoś oczywistego, kto zawsze jest, a wcale nie musi być. Że nie była jej potrzebna, kiedy się już dorosło. Wstydziła się tego.

Ciągle miała nadzieję, że wynagrodziła jej trudy opieki nad nastolatką. W ostatnich miesiącach wiele się zmieniło, brakło jej czasu dla matki. Dużo pracowała, często nie było jej w domu. Rzadko rozmawiały, zajęta domem, pracą, dziećmi. Uświadomiła sobie to teraz, siedząc na tym twardym krzesełku w szpitalnej sali.


— Przyjdę jutro, Mamuś. Na pewno porobią już jakieś badania i wszystko będzie dobrze, nie smutaj się… — uśmiechnęła się lekko.

Wstając, szurnęła krzesełkiem szpitalnym, zawstydziła się swoim pośpiechem i jeszcze raz uśmiechnęła się do tej smutnej, ukochanej twarzy, jakby chciała przeprosić, że znowu nie ma czasu, znowu się gdzieś spieszy.

Nie lubiła szpitali. Stanęła przy drzwiach windy, nadusiła guzik, gdzieś w głębi rozległ się jęk jakiegoś pacjenta i wzdrygnęła się mimowolnie. Z miejsca, w którym stała, widziała łóżko, na którym leżała jej matka. Podniosła rękę, pomachała na pożegnanie pasemkom posiwiałych włosów bezwładnie rozrzuconych na białej poduszce. Teraz dopiero zobaczyła bladość i to, że widać tylko włosy i oczy wpatrzone w nią. Drzwi windy otworzyły się z hukiem, więc weszła, nacisnęła guzik z wytartą od miliona ludzkich palców literkę P i patrzyła, jak odrapane drzwi zasłaniają mizerną, kredowobiałą twarz.

Niemal wybiegła z tego przygnębiającego ją gmachu i z ulgą wciągnęła w płuca wczesnowiosenne powietrze. Wyszarpnęła z kieszeni kurtki telefon i wybrała numer.

— No słuchaj, siostra, byłam u mamy, właśnie wyszłam. Nie, nic nie badali jeszcze, a lekarza nie było, jutro....dziś niedziela… — drugą ręką otworzyła drzwi samochodu i wsunęła się do środka — Tak, jutro trzeba go złapać koniecznie. Jest słaba, ale chyba już dali coś przeciwbólowego. Ja jestem jutro w pracy, potem mam szkolenie, przyjadę wieczorem, więc wpadnij do mamy w południe. No buźka, jadę coś zjeść, padam z nóg!

W drzwiach domu przywitały ją dwie małe, rozczochrane główki, jak zwykle rozszczebiotane. Na wyścigi próbowały opowiedzieć swój dziecięcy dzień.

— Mamo, mamo, a ty wiesz, co Kuba dziś zrobił?! Wszyscy się śmieli z niego!

— Śmiali, Dorotko, nie śmieli…

— No śmiali, śmiali, bo on wszedł na stolik na obiedzie, a potem spadł i mamo! On się posikał! W starszakach posikał się w spodnie!

— Ale śmieszne, ale śmieszne, może go bolało? — wtrąciła mniejsza główka — ty to zawsze się śmiejesz, jak coś boli kogoś…

— Myszka ma rację — odpowiedziała, głaskając równocześnie małe czółka — pewnie, że nie powinien Kubuś chodzić po stole, ale jak się spadnie, to boli i na pewno się mocno zawstydził, że spadł i się posiusiał. A moje dziewczynki kolację już zjadły? Bajeczka obejrzana?

— Tak! Tak! Tak! — usłyszała

— No to nalewamy wodę i czas na mycie brudnych buziaczków i łapeczek! Do łazienki marsz! — dwie małe główki pobiegły w stronę łazienki, przepychając się wzajemnie, która pierwsza.

Sama ściągnęła kurtkę i powolnym ruchem powiesiła ją na wieszaku, z trudem pochyliła się, by zdjąć buty. Oparła się jedną ręką o kant szafy i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Na jej twarzy zagościł grymas, gdy zobaczyła w odbiciu lustra przechodzącego właśnie męża.

— Zajmiesz się dziewczynkami? — spytała

— Jasne, naleję im wody do wanny — zaszurał kapciami i udał się w ślad za córkami do łazienki

Spojrzała jeszcze raz w lustro i miała ochotę pokazać język, zupełnie jak jej przedszkolne szkraby, kiedy się na coś na siebie gniewały. Stała oparta o szafę i zastanawiała się, kiedy ostatnio ze sobą rozmawiali, ale nie mogła sobie przypomnieć. Chyba nigdy. Ich rozmowy najczęściej były tylko dialogiem, szybką wymianą zdań na temat dzieci albo pogody. Jej mąż był nudny. Ona myślała o nim, jak o nudnym.

— Co z twoją mamą? — usłyszała głos dobiegający z łazienki.

— Na razie nic nie wiadomo — kolejny grymas pokazał się na jej obliczu — „Jakby cię to w ogóle interesowało” chciała dodać, ale zamilkła. Nie chciała być niegrzeczna, nie chciała go zaczepiać. Chciała mieć święty spokój i chciała, żeby już nie interesował się jej życiem, jej emocjami i jej rodziną.

Rozejrzała się po ich maleńkim mieszkaniu, które z korytarza mogła niemal całe ogarnąć wzrokiem. Było maleńkie, tylko 2 pokoje z kuchnią i łazienką, ale ciągle czuła dumę, że je ma, że je wywalczyła od urzędników. Chwilę patrzyła, jak błyszczy podłoga, a na małym dywaniku nie ma ani okruszka. Koło komody poniewierała się lalka Dorotki, rzucona pewno, gdy dziewczynki usłyszały, że wraca do domu. Leżała z szeroko rozpostartymi rączkami, a niebieskie szklane oczy zdawały się patrzeć na Annę z wyrzutem.

A jednak Anna usłyszała znowu człapanie. Stanął przy niej. Za blisko. Podświadomie odsunęła się od niego o krok, jak robiła od dłuższego czasu. Bliskość powodowała, ze czuła dyskomfort. Odkąd pamiętała, bliskość innych osób ją drażniła. Nie lubiła tłoku w tramwaju, nie lubiła przypadkowych dotknięć i nie lubiła siadać tyłem do drzwi. Kiedyś akceptowała jego obecność i jego czułość, ale to się skończyło i chociaż nie chciała, zaczęła go traktować jak innych obcych ludzi.

— Jestem zmęczona, pogadamy później, położę spać dziewczynki.- Zgrabnie ominęła jego postać, bardzo uważając, by przypadkowo nie dotknąć go nawet wierzchem dłoni.

Każdą kolejną czynność wykonywała szczególnie starannie, przedłużając chwilę, w której zostaną sami ze sobą, bez bezpiecznego towarzystwa ich córek.

W tej udawanej krzątaninie zobaczyła, że Piotr wpatruje się w ekran telewizora i wyglądał na bardzo zainteresowanego tym, co ogląda. Wykorzystała tę chwilę, wzięła szybki prysznic, otuliła się szlafrokiem i zabrała się za rozkładanie ich kanapy.

— Słuchaj… — usłyszała i jej ciało automatycznie zdrętwiało, jak pod wpływem zimnej wody — Nie martw się, na pewno wszystko będzie dobrze.

— Musi być dobrze, to tylko podejrzenie kamieni — odpowiedziała i wyjątkowo dokładnie zaczęła układać poduszki — jestem padnięta, a jutro ciężki dzień.

— Co planujesz?

— A co mogę planować? Głupie pytanie. Przecież wiesz, że rano praca, potem mam szkolenie, a wieczorem podjadę do szpitala do mamy — nie chciała być agresywna, ale sama usłyszała w swoim głosie zniecierpliwienie i niechęć.

— Tak tylko pytam! — sapnął — odwiozę dziewczyny do babci po przedszkolu, bo mam spotkanie…

— Oczywiście, twoje spotkania są tutaj najbardziej istotne! — przerwała mu i rzuciła w złości wciąż trzymaną poduszkę — ja będę pracować na chleb, a ty będzie uprawiał dyskusje na temat Boga ze znudzonymi babciami, bo najważniejsze jest to, że w przyszłości lwy nie będą zabijać owieczek, a ty znajdziesz się po śmierci w obiecanym Raju!

— Nie zaczynaj znowu… — już nie patrzył na nią, skierował wzrok w ekran telewizora.

— Masz rację, nie mam co zaczynać, bo niewiele do ciebie dociera, jak zwykle! — wcisnęła się pod kołdrę i niemal przytuliła do ściany, zostawiając na tapczanie tyle miejsca, by Piotr kładąc się, przypadkiem jej nie dotknął. Robiła tak drugi rok.

— Dobranoc! — rzuciła jeszcze, ale usłyszała w odpowiedzi zamiast Piotra, piskliwy kobiecy głos, dobiegający z telewizora.


— No Królewny, proszę mi obiecać, że dziś będziecie bardzo grzeczne! — Anna szybkim ruchem rozbierała dziewczęta w przedszkolnej szatni. Czapka jedna, czapka druga, dwa różowe szaliki, które jak na złość nie chciały wpakować się w rękawy kurteczek — zobaczymy się dopiero wieczorem, bo mama ma dziś bardzo dużo ważnych spraw do załatwienia.

— No ale mamuś, obiecałaś, że upieczemy ciasteczka dla babci … — buzia Myszki wygięła się w podkówkę — a babcia musi jeść nasze ciasteczka ryżowe, to szybciej wyzdrowieje!

— To prawda, Myszko, i upieczemy dla babci pyszne ciasteczka, ale naprawdę nie dzisiaj!

— A kiedy? Zawsze obiecujesz i nie masz czasu — wtrąciła Dorotka — to nie fair!

— Wiem, wiem, jest mi przykro, ale mama musi pracować, bo jak nie będzie pracować, to kto kupi płatki ryżowe na ciasteczka? Hę? — Anna przygarnęła małe ciałka do siebie — obiecuję, że jutro przyjdę wcześniej z pracy i zaraz po obiadku zabierzemy się do pieczenia super ciastek!

— Słowo? — Myszka potarła swój nosek zanim podniosła dwa paluszki do góry — nie kłamujesz teraz?

— Nie, nie kłamuję — Anna roześmiała się serdecznie i też podniosła dwa palce w geście obietnicy — a teraz moje kochane królewny pójdą do swoich koleżanek, a mama do swoich w pracy i bardzo będę za wami tęsknić do wieczora — przytuliła jeszcze raz obie dziewczynki, ale te już wyrywały się do swojego dziecinnego życia.

Dorotka zobaczyła swoją najlepszą przyjaciółkę Patrycję w drzwiach i w podskokach udała się w jej kierunku. Tylko Myszka nagle zawróciła, zarzuciła Annie rączki na szyję

— Kocham cię mamuś i też będę tęsknić — Annie zrobiło się ciepło w sercu, przygarnęła mocniej Myszkę do siebie i obcałowała niesforną grzywkę na czole córki.

— Pa, skarbie, baw się dobrze. Jesteś mamy całym światem! — ucałowała dwie małe łapki i Myszka już teraz pobiegła do swojej grupy.

Anna stała jeszcze moment, patrząc w ślad za córkami.

„O szlag, jeśli znowu spóźnię się do roboty, to będzie nas dwóch bezrobotnych!” — przemknęło jej przez myśl i gwałtownie ruszyła w stronę wyjścia.

Na dworze było niemal ciepło, zima powoli zbliżała się do końca, ale nieprzyjemny dość wiatr przypominał, że to dopiero początek kwietnia. Właśnie w tym momencie wtargnął z całym swoim złośliwym impetem pod niezapiętą kurtkę Anny, więc obiema rękoma zgarnęła poły i szybkim krokiem ruszyła do samochodu. Stanęła gwałtownie w połowie drogi, a na jej twarzy widać było panikę.

— „Szlag, szlag, torebka!” — rzuciła w myśli kilka brzydkich przekleństw na swoje roztargnienie i biegiem ruszyła z powrotem do szatni. Na szczęście natychmiast jak otworzyła drzwi do przedszkola, na małej ławeczce pod wieszaczkiem z truskawką Dorotki, leżała jej torebka.

— O matko, przepraszam panią najmocniej — powiedziała do starszej pani, która stała przed wyjściem, a Anna z impetem na nią wpadła, chcąc niemal w biegu chwycić zapomnianą torbę — nie uderzyłam pani?

— Co wy się tak dzieci spieszycie? Powoli, a nie trzeba będzie szukać swojej głowy — fuknęła starsza pani i obrzuciła Annę spojrzeniem od stóp do głów pełnym oburzenia.

Anna nie czekała na dalsze złorzeczenia, chwyciła swoją torebkę i tak samo jak wpadła, tak samo biegiem wypadła przez drzwi. W drodze do samochodu grzebała nerwowo, poszukując kluczyków.

„Spóźnię się! No gdzie ja je wsadziłam? ' — w głowie pojawiła się myśl, że zgubiła gdzieś kluczyki, ale przecież pamiętała, że wsadzała je do torebki. Rozejrzała się dookoła, czy przypadkiem nie spadły jej na chodnik, kiedy wysadzała dziewczynki, ale nigdzie nie dostrzegła znajomego kształtu breloczka. Wsadziła obie ręce do kieszeni i nagle poczuła pod palcami kształt klucza — „Jest! Co za ulga! Byle nie było korków, bo ten dzień nie zaczyna się dobrze!” pomyślała.

Jeszcze rozdygotana odgarnęła włosy spadające jej na twarz, odetchnęła głęboko i odpaliła samochód. Praca silnika uspokoiła ją, lubiła prowadzić i lubiła wsłuchiwać się w mruczenie silnika. Wcisnęła pierwszy bieg i rozglądając się, spokojnie włączyła samochód do ruchu. Zielona fala, marzyła o zielonej fali, jak zapewne setki kierowców poruszających się przed nią i za nią. Jedne światła, drugie światła, trzecie światła, skręt w prawo przy ogromnym gmachu biblioteki. Anna znała drogę na pamięć. Wyjechała zza zakrętu i nagle musiała się zatrzymać, przed nią stał cały sznur czerwonych światełek tylnych lamp.

Zaklęła w głowie :

„No to koniec, szefowa mi urwie łeb, cholera jasna!” — próbowała zerknąć, jak dług jest korek i czy jest szansa, że droga szybko się udrożni. Miała rzucić w myślach jeszcze kolejny stek przekleństw, ale w torebce rozległ się dźwięk telefonu. Prawą ręką szperała w swojej przepastnej torbie w poszukiwaniu dzwoniącego urządzenia, a lewą manewrowała kierownicą, posuwając się jak ślimak nieco w przód, bo samochody przed nią ruszyły.

— Słucham! — niemal ryknęła do słuchawki, bo nie zdążyła sprawdzić na wyświetlaczu, kto dzwoni.

— A coś ty taka nerwowa od rana? — ze słuchawki rozległ się głos Gośki, najlepszej przyjaciółki Anny — aż strach się ciebie bać! Co się stało?

— Bo stoję w korku, spóźnię się do pracy, dziewczyny rano marudziły strasznie, a teraz jeszcze to!

— Dlaczego Piotr nie odprowadza do przedszkola dziewczynek? Przecież byłoby ci łatwiej, rozmawiałyśmy o tym. Po co jesteś taka uparta?

— Oj, wiesz, ze mam ostatnio dla nich mało czasu, więc chociaż rano trochę z nimi pobędę, muszę po prostu wstawać wcześniej, cała tajemnica. Ale rano jestem nieprzytomna, znasz mnie — Anna mimo wszystko zaśmiała się do słuchawki. Nikt nie znał jej tak dobrze, jak Małgorzata. Poznały się jako nastolatki z mlekiem pod nosem jeszcze.

Dwie wysokie, z nogami jak patyki sięgającymi nieba. Od samego początku przypadły sobie bardzo do gustu, miały takie samo poczucie humoru i mogły gadać godzinami o sprawach ważnych i mniej ważnych i o takich bez sensu. Śmiały się z tego samego i te same filmy powodowały u nich wybuch płaczu. Dobrze czuły się w swoim towarzystwie.

Małgorzata w tym samym czasie, co Anna, wzięła ślub i w tym samym czasie urodziła swoje dzieci Tomka i Agnieszkę. Obie wspierały się w swoich pomysłach, ale też krytykowały się wzajemnie za złe wybory.

— To teraz nie marudź, tylko śmigaj do pracy, zadzwonię wieczorkiem — usłyszała Anna — chciałam tylko spytać o twoją mamę, ale nie wiedziałam, że prowadzisz.

— Tak, prowadzę 3 km/h …. drzewa mi przy tej prędkości śmigają z prędkością światła — Annę zawsze rozmowa z Gośką wprowadzała w dobry nastrój — wieczorem jadę do szpitala, Maria ma mi potem powiedzieć, jakie badania robią i czy jest diagnoza. To pa! Zdzwonimy się później!

Anna rozłączyła rozmowę i odwróciła głowę na moment, by odłożyć telefon na siedzenie obok. I nagle uderzyła głową w kierownicę. Tak bardzo zaskoczyło ją to uderzenie, że nie poczuła początkowo bólu. Automatycznie nadusiła pedał hamulca i podniosła głowę. Przód jej samochodu ciasno przylegał do samochodu przed nią.

— No nie! Tylko nie to! — warknęła do siebie — to koniec!

Wysiadła z samochodu. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że musiała wsadzić je do kieszeni kurtki. Przed nią wyrosła postać mężczyzny. Spojrzała na jego twarz. Z jego oczu sypały się wręcz iskry.

— Pani oczu nie ma czy makijaż sobie w lusterku robiła, zamiast skupić się na jeździe?! — wysyczał przez zaciśnięte zęby — czy prawo jazdy za szynkę?

— Wiem, przepraszam, zagapiłam się przez moment! — w Anny głosie czuć było panikę i wstyd jednocześnie — naprawdę nie wiem, jak to się stało!

Mężczyzna uważnie oglądał tył swojego auta i niemal z czułością dotykał wielkiej rysy tuż nad zderzakiem, zupełnie już nie patrząc na Annę.

— Baby za kierownicą! — mruczał złowrogo.

— Tylko nie baby, proszę pana! Zagapiłam się, pan się nigdy nie zagapił? Przeprosiłam, moje OC pokryje pana szkody, nie musi mnie pan zaraz od bab… — Anna nagle zamilkła, bo pan Gniewny zmroził ją takim wzrokiem, że pobladła. Przeszło jej przez głowę, że druga osoba dziś mierzy ją wściekle, a dzień dopiero się zaczął.

— Zjedźmy na bok trochę, nie będę wzywał policji, na szczęście był korek i panna Zagapialska zrobiła tylko paskudną rysę — mężczyzna nadal nie miał uprzejmego głosu.

— Błagam, dam panu moje namiary, jeśli postoję tu jeszcze 10 minut, to nie tylko stracę zniżkę w OC, ale i pracę! — Anna z całym wdziękiem, jaki miała w sobie, uśmiechnęła się do pana Gniewnego — proszę, załatwmy to jutro, ja panu wszystko wypiszę, przyznaję się do winy!

— Chyba oszalałaś, kobieto!

— Anna, mam na imię Anna — podała mu rękę z uśmiechem numer 6 na ustach. Uśmiech numer 6 dla Anny i Małgorzaty był ostatnią deską ratunku w sprawach beznadziejnych, działał tylko na płeć przeciwną niestety, inne kobiety niespecjalnie na niego reagowały, ale obie używały go czasami z dobrym skutkiem.

Mężczyzna podrapał się po głowie. I nagle roześmiał się głośno. Nie spodziewała się, że usłyszy taki serdeczny śmiech, więc stała teraz z nieco głupim wyrazem twarzy.

— Maciej, mam na imię Maciej. I też mam uśmiech dla płci przeciwnej. Dobrze, wygrała pani, proszę mi dać swój numer telefonu, zadzwonię jutro do pani. I proszę pozdrowić szefa czy szefową! — wyciągnął swojego smarfona i Anna podyktowała mu numer, ciągle zaskoczona.

— Dziękuję panu, uratował mi pan dziś stanowisko! — odwróciła się na pięcie i wsiadła do swojego auta. Uśmiechnęła się jeszcze do niego przez szybę i nagle zdała sobie sprawę, że nawet nie sprawdziła, czy jej samochód jest cały, ale pan Gniewny już odjeżdżał, więc nie chciała dłużej blokować drogi samochodom za nią. Usłyszała trąbienie pełne niecierpliwości, więc ruszyła także. Pomyślała jeszcze, że to już wystarczająco dużo emocji jak na jeden dzień, więc może szefowa nie zauważy kilku minut spóźnienia?

Zauważyła. Anna ledwo zaparkowała przed budynkiem jej pracy, kiedy kątem oka spostrzegła parkujący zaraz obok samochód. Piękny, granatowy SUV lekko zaskrzypiał kołami na asfalcie, nie było sensu uciekać.

— Dzień dobry, pani Grażynko! — Annie przyszło do głowy powtórzyć numer z uśmiechem, ale ruch jej ust zgasł, kiedy zobaczyła twarz szefowej.

— Pani Woś, czy pani wie, że jest spóźniona? — spod czerwonej czapki wyzierały na nią najbrzydsze oczy, jakie znała. Anna poczuła, że dygoczą jej nogi, jakby miała znowu 5 lat i zbiła ukochany wazon swojej mamy.

Małe, wąskie ślepka w pulchnej twarzy wpatrywały się w nią z pogardą, a mocno zaciśnięte usta sprawiały wrażenie, jakby w każdej chwili miał wypełznąć z nich rozdwojony język i niebezpiecznie zbliżyć się do twarzy Anny z charakterystycznym drżeniem. Ta kobieta była zaprzeczeniem kobiecości, przynajmniej dla Anny.

— Przepraszam, miałam maleńką stłuczkę po drodze, jakiś facet wjechał mi w tyłek — skłamała — zostanę oczywiście te minuty dłużej — dodała szybko.

— Ffffffffff — wąskie usta z czerwoną szminką wydały z siebie syknięcie i Anna zobaczyła, jak jej szefowa oddala się z wysoko podniesioną głową w czerwonej czapce, która teraz dziwnie się kiwała na boki. Krótkie, otyłe nogi w czarnych szpilkach pani Grażynki dreptały szybko, wydając stukot, którego bali się chyba wszyscy w pracy. Każdy śmiech i każda poważna rozmowa, także ta służbowa, milkły natychmiast, gdy na korytarzu słychać było to dreptanie.

Anna westchnęła, opatuliła się kurtką i poszła ze spuszczoną głową za stukaniem czarnych szpilek.


Stała pod drzwiami swojego mieszkania, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie usiądzie w spokoju, wtuli się w ciepły koc i weźmie do ręki kubek gorącej herbaty. Albo nie, nie herbaty. Zrobi sobie kisiel z leśnych owoców. Tak, gorący kisiel koniecznie. Nabierze łyżeczką ciemnoczerwoną, gęstą substancje i z każdą łyżeczką poczuje smak lasu. Przymknie oczy i schowa się w otulinę zielonych drzew, które nie będą mówić ludzkim głosem. Ona i szum drzew. I piasek koniecznie, taki ciepły, żółty, nadmorski piasek.

Wsunie w nie palce od nóg, aż piasek otuli je najpierw swoim ciepłem, a potem będzie spadał, rozsypywał się delikatnie, jakby uciekał do swojej matki ziemi.

Czuła, że musi odpocząć. Anna znała takie magiczne miejsce, często uciekała do tego skrawka pustkowia na ziemi, choćby w myślach. Kiedyś tam była, jedyny wtedy kawałek polskiego morza bez tłoku, po starej bazie rosyjskich wojsk niedaleko Łeby. Tak to miejsce zapamiętała-krzywe pnie drzew, piaszczysta droga do morza i szyszki, które wbijały się w bose stopy.

Weszła do swojego mini korytarza i usłyszała śmiech dziewczynek. Do nosa doszedł zapach smażonej kiełbasy i poczuła głód. Mało dziś jadła, w pracy nadganiała to, co zaniedbała w ostatnich dniach i oczywiście wyszła później niż zwykle. Pani Grażynka osobiście sprawdziła, czy jeszcze siedzi. Potem zabrakło czasu na jedzenie, musiała odbębnić kolejną godzinę szkolenia.. Jej żołądek przypomniał o swoim istnieniu i zabulgotał ostrzegawczo.

— Jesteś nareszcie mamuś!

— Mamusia! Mama przyszła! — małe trzpiotki uwiesiły się jej na szyi. Myszka, jako mniejsza kruszynka, zawsze starała się dobiec szybciej, by przez sekundę, dwie, wisieć na jej szyi dłużej od Dorotki, bo Dorotka się rozpychała, wyższa, silniejsza, szybko zajmowała więcej miejsca przy ciele Anny.

— Podaję zaraz kolację — Piotr wychylił z kuchni tylko głowę.

— Nie, Piotr, zjem później, przyjechałam tylko przebrać się i jadę do mamy. Wiesz przecież — Anna bardzo chętnie usiadłaby do stołu, ale już było późno, a chciała jeszcze choć na chwilę zajrzeć do szpitala.

— Wyładował ci się telefon? Dzwoniłem kilka razy — głowa Piotra ponownie wynurzyła się z pachnącej kiełbasą kuchni. Słychać było skwierczenie plasterków i do Anny doszedł zapach czosnku i cebuli. Żołądek zabulgotał ostrzegawczo drugi raz.

— Tak, ale miałam taki młyn w pracy a potem ten kurs, że nie podładowałam go. Piotr, nie mogę teraz jeść — przeszła za jego plecami do łazienki umyć ręce — Przebiorę się tylko i zjem jak wrócę, dobrze?

Wszedł za nią do łazienki. Woda w kranie szumiała, ale Anna doskonale czuła jego obecność. Odwróciła się w stronę ręcznika i zobaczyła, że stoi tuż obok. Dotknął jej ramienia delikatnie, jakoś tak inaczej, a może tak, jak kiedyś. Udała, że nie czuje jego ręki na jej ramieniu i wrzuciła ręcznik do kosza na brudy, zamiast odwiesić go na wieszaczek. Przy wieszaczku stał Piotr, musiałaby się zbliżyć do niego, a chciała tylko strząsnąć z ramienia jego dłoń.

— Nie, Aniu, usiądź i zjedz, to zajmie ci tylko chwilkę — szepnął — już nakładam. Odwrócił się i zamknął za sobą drzwi do łazienki. Słyszała stukot talerzy i śmiech dziewczynek, które szukały widelcy w szufladzie, gotowe pomóc nakryć do stołu. Nie chciała robić przykrości dziewczynkom, więc postanowiła zostać z nimi chwilkę. Będą już spać, kiedy wróci.

Siedziały przy stole, kiedy przebrana weszła do pokoju. Obie spojrzały na nią uśmiechnięte, rozgadane, niecierpliwie poprawiając swoje sztućce. Usiadła pomiędzy nimi i słuchała przedszkolnych opowieści raz z jednej wypchanej jedzeniem buzi, raz z drugiej. Kochała ten szczebiot, jak nic w życiu i była zazdrosna, że Piotr ma teraz dla nich więcej czasu niż ona. Wierzyła, że to przejściowe. Sama jadła szybko. Piotr nie umiał gotować, ale ryż po turecku ze smażoną kiełbasą wychodził mu wyśmienicie. Głód dodał jeszcze tej zwykłej potrawie smaku i jadła z apetytem, nie żałując, że została z dziećmi na kolacji.

— Tato, już nie mogę… Mogę iść? — Myszka jak zwykle po kilku łyżkach miała już dość jedzenia.

— Ja też już nie chcę! — dołączyła Dorotka — chodź, Myszka, skończymy grać.

I tyle je było widać, zanim któreś z rodziców pozwoliło odejść od stołu. Piotr nie zareagował, nic nie mówił przez cały czas posiłku.

— Aniu, zostaw… — powiedział, kiedy wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze. Wyciągnął rękę w jej stronę, jakby chciał ją zatrzymać. W jej głowie już powstała myśl, jak szybko wyjść i nie słuchać, co ma jej do powiedzenia. Czuła, że chce powiedzieć coś ważnego. Nie miała ochoty dziś wysłuchiwać żadnych opowieści.

— Będę za dwie godzinki, a teraz muszę iść, jest późno, nie wpuszczą mnie na odział — chwyciła cztery talerze i zrobiła krok w stronę kuchni.

— Ania! — krzyknął, chcąc ją zatrzymać w miejscu i udało się mu. Nie odwróciła się

w jego stronę, tylko zatrzymała, zdumiona. Piotr nigdy nie krzyczał, jego głos był zawsze spokojny, czasami zniecierpliwiony. Ale nigdy nie krzyczał. — Dzwoniłem do ciebie pół dnia. Nigdzie już nie musisz iść. Twoja mama… ona nie żyje, umarła…

Szczęk spadających talerzy i sztućców rozbił na milion kawałków sekundę ciszy, która zapanowała. Anna odwróciła się w stronę Piotra, w jej twarzy widać było tylko szeroko otwarte oczy.

— Kłamiesz! — nie pamięta, czy krzyknęła czy wyszeptała — To nieprawda… Kłamiesz!

Zanim podbiegła do wieszaka na kurtki, już był przy niej. Anna chwyciła kluczyki od samochodu i zacisnęła je w pięści. Szarpnęła kurtkę z haczyka, ale Piotr chwycił ją również.

— Ania, nie wychodź nigdzie. Nigdzie nie idź! — chwycił jej zaciśniętą pięść, wyjął z niej kluczyki i odrzucił je gdzieś na środek pokoju. Wyrwał z jej rąk kurtkę, upuścił na podłogę. Starał się ją przygarnąć do siebie– Nie możesz teraz prowadzić samochodu! Zostań! Nic już nie zrobisz!

— Zostaw mnie, zostaw mnie! Muszę iść! — Anna próbowała wyzwolić się z jego uścisku, więc ją puścił. Na twarzy Piotra malowała się bezradność.

Trzasnęła głośno drzwiami, a może jej się wydawało, że trzasnęła. Zbiegła ze schodów i wypadła na ulicę przed kamienicą. Zatrzymała się zupełnie nagle, jakby nie wiedziała, dokąd iść. Wplotła palce we włosy i zacisnęła na głowie, aż końcówki palców zrobiły się białe. Wiatr szamotał jej cienką bluzką. Obejrzała się na drzwi kamienicy, podeszła do nich i oparła czoło o chłodne drewno. Nie wróci tam, nie teraz. Drobne krople deszczu odbijały się od błękitu jej bluzki.

„Krzysztof — pomyślała — Krzysztof musi wiedzieć, jemu nikt nie powiedział…”

Zerwała się do biegu, odpychając się od drzwi rękoma z całej siły. Jej brat mieszkał trzy ulice dalej. Biegła, nie patrząc na samochody i na przechodniów, zdumionych biegnącą kobietą w samej bluzce w zimny kwietniowy wieczór. Naciskała dzwonek do mieszkania brata, mocno, natarczywie. Słyszała za drzwiami dźwięk telewizora, po chwili kroki i szczęk zamka. Otworzyła jej wysoka, postawna postać. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, kiedy zobaczył Annę.

— A co ty tu robisz, chodź do środka! — cofnął się o krok, żeby ją wpuścić. Anna weszła do mieszkania i zadarła głowę, żeby móc spojrzeć w oczy brata. Uniosła ręce, oplotła nimi jego szyję i z całej siły przytuliła się do jego mięśni.

Wtedy jej ciałem wstrząsnął dreszcz i głośno zapłakała. Krzysztof przygarnął ją mocno do siebie, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego jego siostra płacze, ale skoro schroniła się w jego ramionach, to znaczy, że tego potrzebowała. W jego oczach widać było niepokój, bardzo nie lubił, kiedy Annie działa się jakaś krzywda. Miał tylko ją ze swojej rodziny. Dawno temu cała reszta odwróciła się od niego i chociaż nie mógł się z tym pogodzić, nie szukał z nikim kontaktu. Pozwolił jej stać i płakać dłuższą chwilę, obejmując szerokimi ramionami, a potem chwycił, odsunął lekko od siebie i lekko zgarbił, żeby móc spojrzeć w jej oczy.

— Ania, co się stało? Mów co się stało! — potrząsnął ją lekko, przygarnął jeszcze raz mocno, znowu odchylił. Anna patrzyła na niego z rozmazanym tuszem na twarzy. Jej usta drgały. Poruszała nimi, ale żaden dźwięk nie mógł się wydobyć z zaciśniętego gardła. Krzysztof potrząsnął nią znowu, już bardzo zaniepokojony jej płaczem — Powiedz, dziewczyno, co się stało?!?

— Mama… mama… — twarz Anny wykrzywił spazm płaczu — Ona umarła… Krzysztof, ona dzisiaj umarła!

Twarz Krzysztofa zbladła. Puścił Annę, właściwie ją odepchnął od siebie. Stał i patrzył, nie dowierzając. Nie mógł oderwać oczu od zapłakanej twarzy siostry, od strużek czarnego tuszu na jej policzkach. Patrzył, jak ona chowa głowę w ramionach, garbi się, jakby tuliła się sama do siebie, złamana bólem. Nic nie rozumiał. Nie był gotowy, ich matka nie była staruszką, nie była schorowana. Nie można tak po prostu umrzeć!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 34.41