E-book
23.63
drukowana A5
59.99
POPEŁNIŁEM FLIRT

Bezpłatny fragment - POPEŁNIŁEM FLIRT


Objętość:
266 str.
ISBN:
978-83-8440-480-5
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 59.99

INNOŚĆ

Degenerat.

Wybryk natury.

Zboczeniec.

Ciota.

Pedał.

Słowa rzucane w twarz lub wbijane w plecy. Stereotypowe społeczeństwo, zwłaszcza to prawicowe, kwestionuje naturalność i praworządność czegoś, co nie jest heteronormatywne.

Jednak trzeba być prawdziwym mężczyzną, aby przyjąć na klatę to, że cały świat uważa cię za nienormalnego.

I POCZTÓWKI

— A może podoba ci się Jack?

— Dlaczego miałby mi się podobać Jack, przecież to chłopak? — zapytałem.

— Bo masz zeszyt cały zapisany jego imieniem.

Moja ciotka od lat patrzyła na mnie podejrzliwie. I zresztą nadal tak patrzy.

Ja natomiast rozpocząłem rozwiązywanie umysłowej łamigłówki, zastanawiając się, czy rzeczywiście patrzę na niego tak, jak powinienem przecież patrzeć na Rose.

Zadawałem sobie pytanie: czy miałem obowiązek spoglądania jedynie na kobiety, czy może rozmyślanie o mężczyznach, to jednak nic złego? Nie było to jeszcze dla mnie jasne. Miałem raptem osiem lat.

Jednak już wtedy wiedziałem, co filmowa para robi w tym zaparowanym Renault CB Coupe de Ville, tuż pod dolnym pokładem i że na pewno nie było to ogrzewanie zmarzniętej Rose, jak mi tłumaczyła później moja mama. Z pewnością oboje wykorzystali odpowiednią do tego „naturalną grzałkę” należącą do Jacka.

Ten fragment zapadł mi w pamięć i uruchomił proces trwający przez następne lata — szukanie odpowiedzi na to, kim był dla mnie Jack. Nie zapominajmy też o egoizmie panny DeWitt Bukater, która uznała, że rozciągnie się samotnie na dwumetrowych drzwiach, mogących spokojnie pomieścić trzy osoby.

Z pewnością każdy ma swój własny, osobisty wyzwalacz seksualności i to był właśnie mój — Jack Dawson stał się moim pierwszym crushem. I pierwszym, który umarł.

Zacząłem dostrzegać atrakcyjność w chłopakach. Czułem do nich dziwny pociąg, którego nie potrafiłem nazwać — i który z czasem stawał się coraz silniejszy.

Dziewczyny też mi się podobały. Z tym że one wydawały się bardziej dostępne, niemal dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Przy każdym spotkaniu rodzinnym — na święta, urodziny czy inne okazje — zawsze słyszałem to samo zdanie: „I jak tam, Mateuszku, masz jakąś pannę na oku?”. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc odpowiadałem, że jeszcze żadna mnie nie zainteresowała.

Któregoś dnia rozmyślałem nad tym, aby zapytać moją matkę, czy mogą mi się podobać również chłopcy. Czy jest to w ogóle możliwe, że mógłbym mieć chłopaka, zważywszy na to, że wszyscy dookoła wiążą się z płcią przeciwną. Czy ja mogę być inny? Przede wszystkim chciałem wiedzieć, czy jest to zdrowe i normalne. Jednak nie odważyłem się zadać tego pytania. Może ze strachu, a może przez to, co działo się w domu.

Miałem tylko matkę, gdyż ojciec zniknął. Ba, nawet się nie pojawił. Zrobił angielskie wyjście jeszcze przed moimi narodzinami, jak to mi tłumaczyła od najmłodszych lat.

— Nie pytaj mnie o niego, czemu cię to w ogóle interesuje? Weź się lepiej za lekcje — kwitowała każde następne pytanie o ojca.

Nurtował mnie fakt, że każdy z mojej klasy miał tatę, a ja jedynie absztyfikanta matki, którego nie mogłem nawet określić mianem ojczyma. Zresztą nie chciałem.

Odkąd pamiętam, czułem do niego niewyobrażalną niechęć.

Jędrzej — albo Łysy, jak nazywało go najbliższe otoczenie — także nie pałał do mnie rodzinną sympatią. Wręcz przeciwnie.

— Może ten mały pedał w końcu coś zrobi? — Był pierwszą osobą, od której usłyszałem to określenie, nie wiedząc jeszcze, co ono oznacza.

Myślałem, że obraża mnie, nazywając częścią roweru. Bo w końcu stawiało się na niej but, a ja często czułem się jak deptany różnymi epitetami, których na ogół jeszcze nie rozumiałem.

Widziałem również, jak traktuje moją matkę. Słyszałem kłótnie, kolejne obelgi wystrzeliwane w jej stronę, które często zawierały moje imię.

— Wziąłem cię razem z twoim jebanym bachorem! — usłyszałem pewnego razu.

Nie wiedziałem, dlaczego tak mnie nienawidzi. Nawet dziecko jest w stanie wyczuć czyjąś niechęć. Nic mu przecież nie zrobiłem.

Pewnego czerwcowego dnia pojechałem razem z dziadkami na działkę. Telefony komórkowe były jeszcze rzadkością i nie można się było z nami skontaktować. Kiedy wróciliśmy do domu dziadków, zastaliśmy tam moją mamę. Całą posiniaczoną, z purpurową plamą tuż pod lewym okiem.

Wytłumaczyła to jak każda kobieta, która pada ofiarą przemocy domowej: „Przewróciłam się, nic mi nie jest”. Kuśtykała przy tym z salonu do kuchni.

Wiedziałem, co się stało. Że nie był to rezultat upadku, tylko agresji Jędrzeja — i jego upodobania do podnoszenia ręki na kobiety.

Jednakże wszelkie starania zostały zamiecione pod dywan, bo — jak to podsumował mój dziadek, również entuzjasta twierdzenia, że „miejsce baby jest przy garach” — najwidoczniej zasłużyła.

To było jak dorzucenie drewna do ogniska nienawiści, jaką czułem do Łysego. Czekałem na moment, w którym pojawią się płomienie, żebym mógł spalić paraliżujący strach tkwiący we mnie. Potrzebowałem tylko większej odwagi — i tego, by być trochę starszym.

Obawiałem się „potknięcia”, jak w przypadku mojej matki, jednak z bardziej drastycznym finałem.

Widząc, że moja mama wybrała udawanie szczęśliwego domu, zdecydowałem, że skoro nie mam na nic wpływu, zrobię to samo. Wybrałem pozorną obojętność, która po części zamknęła przede mną tak zwaną „dziecięcą radość” ze świąt Bożego Narodzenia, Dnia Dziecka czy nawet urodzin.

Uwagę skupiłem jednak na tym, czy mogę być atrakcyjny dla chłopaków, i na postrzeganiu siebie jako osoby psychicznie zdrowej.

— Mamo, mogę o coś zapytać?

— O co?

— Kim jest gej? — usłyszałem to określenie w jednym z filmów, który leciał właśnie w telewizji.

— Skąd to pytanie? — odburknęła.

— No ona tak nazwała tego faceta, o którym opowiadała — wskazałem palcem aktorkę na ekranie telewizora.

— Nie zadawaj mi głupich pytań, czas spać — odpowiedziała, ignorując mój problem.

Skoro było to durne pytanie, tym bardziej musiałem znać na nie odpowiedź. Cóż, dziecięca ciekawość bardzo mi pasowała. Lubiłem durne pytania, zwłaszcza gdy ktoś nie chciał mi na nie odpowiedzieć. Zawsze czułem w tym drugie dno, co jeszcze bardziej mnie intrygowało. Zastanawiałem się intensywnie, dlaczego odprawia się mnie z kwitkiem.

Z drugiej strony takie ignorowanie moich pytań — nawet najzwyklejszych i codziennych — mobilizowało mnie do szukania odpowiedzi na własną rękę.

Jako dziecko uwielbiałem słodycze. Nie raz i nie dwa, dostawałem niezłe manto za doszczętne splądrowanie barku, gdzie trzymano słodkości.

Namiętność do łakoci była tak perfidna, że babciną choinkę, po brzegi wypełnioną pysznymi, wiszącymi czekoladowymi cukierkami, objadłem w jeden wieczór.

Mając jednak na uwadze rodzinne doświadczenie w zamiataniu brudów i zacieraniu śladów, zastąpiłem zawartość sreberek plasteliną, którą pewnej nocy poczęstowała się moja babcia, gdy akurat naszła ją ochota na słodkie. W najgorszym razie musiałaby oddać protezę do czyszczenia, jednak do tego nie doszło. A ja kolejny raz dostałem i cięgi, i kilkudniowy zakaz otwierania barku, który swoim głośnym i specyficznym dźwiękiem obwieszczał domownikom, że się do niego dobieram.

Któregoś razu, przeszukując cały dom, który wyprzątnięty został ze wszystkich słodyczy, natknąłem się na intrygujące znalezisko. Było to pierwsze porno, jakie ujrzały moje oczy — bezspornie należące do Łysego.

Bez wątpienia zdarzyło mi się zerknąć na zakazane programy, które leciały po północy, jednak niczego interesującego dla mnie w nich nie było. Widziałem jedynie kobietę skaczącą po mężczyźnie, krzyczącą z jakiegoś nieznanego powodu. Co prawda wiedziałem, czym jest seks, ale nie byłem świadomy, na czym dokładnie polega. W którą „dziurę” wkłada się penisa i jak głęboko. Można oczywiście w obie, ale wszystko to było jeszcze przede mną. W końcu jednak uzupełniłem wiedzę.

Była to kaseta VHS, na okładce której znajdowali się dwaj mężczyźni i jedna kobieta. O, to można kogoś zaprosić — pomyślałem. Wyciągnąwszy kasetę, podniosłem książeczkę, która spadła na ziemię. Była wypełniona fotografiami z rozmaitymi pozycjami, łącznie z informacją, że można wsadzić w każdą poniższą „nieszczelność”. Ciekawe, czy Łysy z matką też kogoś czasami zapraszają — zacząłem gdybać. Na pewno baczniej przyglądałem się ich znajomym, którzy nas odwiedzali w weekendy, kombinując, że za każdym razem, kiedy już wygonią mnie do łóżka, mogą robić to, co tamta trójka na okładce kasety.

Kilka dni później, korzystając z tego, że, jak to często bywało, zostałem sam w domu, postanowiłem pójść o krok dalej i zapoznać się z zawartością nagrania. Włączyłem odtwarzacz i wpadłem w osłupienie; siedziałem bez ruchu, z otwartymi ustami. Po raz pierwszy widziałem nagich ludzi, zwłaszcza w takiej sytuacji. Pierwsze w życiu porno, w dodatku grupowe — a moją uwagę przyciągnęli jedynie mężczyźni. Z ciekawością obserwowałem, co robią, jak się dotykają, jak posługują się swoimi „narządami”, które przynajmniej wtedy, według mnie, wydawały się olbrzymie i trochę obrzydliwe. Ciekawe, czy każdy ma taki sam rozmiar — przechodziło mi przez głowę. Nie rozumiałem jednak, co do siebie krzyczeli. Całość była wyprodukowana za zachodnią granicą, więc „mów do mnie brzydko po niemiecku” miało dla mnie swoją premierę.

Moja ciekawość rosła nie tylko w odniesieniu do wielkości penisów i pytania, czy kiedy dorosnę, także będę posiadaczem tak imponującego przyrodzenia. Coraz bardziej nurtowała mnie również kwestia kierunku moich zainteresowań płciowych. Raczej myślałem o rozmaitych facetach. Parę lat później moja pierwsza polucja była rezultatem rozmyślania o nagim torsie Marka Wahlberga.

W domu spotykałem się z ignorancją, a szkoła również nie należała do łatwych i bezpiecznych miejsc. Można powiedzieć, że trafiałem z deszczu pod rynnę.

— Ej, uszaty, lubisz ciągnąć druta? — krzyknął jeden z tak zwanych sportowców.

— Co?

— Ciągnąć druta, bo jesteś pedziem — dodał, po czym cała jego gromadka wybuchła śmiechem.

— Nie, nie lubię — odpowiedziałem, nie wiedząc nawet, co to oznacza.

I nie była to pierwsza tego typu szkolna sytuacja. Co prawda, z niektórymi osobami koleguję się do dziś, z innymi wymieniamy się serdecznościami w social mediach, jednak wtedy był to koszmar.

Od samego początku łatwiej było mi dogadywać się z dziewczynami, co szybko stało się powodem kpin ze strony płci męskiej — wtedy jeszcze chłopięcej. Nie miałem ani jednego szkolnego kumpla. A jeśli jakiś się pojawiał, niemal od razu przechodził na ciemną stronę mocy, zadając się z tymi, dla których byłem jedynie workiem treningowym.

Zdarzały się też szkolne koleżanki, które — widząc moją słabość — rzekomo brały mnie pod swoje skrzydła, oferując przyjaźń, by chwilę później wystrzelić we mnie nienawiścią. Zawsze były blisko. Rozmawiały ze mną na przerwach, niby stawały w mojej obronie, gdy ktoś rzucał obelgami. A jednak za moimi plecami to one śmiały się najgłośniej. W grupie zapewniały, że są po mojej stronie, by po cichu znaleźć sposób, jak wyładować na mnie własne frustracje.

Nigdy nie zapomnę samotności, którą czułem każdej jesieni, na początku roku szkolnego — świadomości, że znów czeka mnie kolejny etap nieustającej walki o akceptację, szacunek, poczucie przynależności i po prostu przetrwanie. Zapadałem wtedy w coś na kształt mentalnej śpiączki, modląc się, by ten rok minął jak najszybciej.

Przez lata byłem obserwatorem, zbierałem okruchy wiedzy dotyczące seksualności i gromadziłem je w pamięci. Cały czas wyczekiwałem jednak okazji do wykorzystania ich w praktyce. Tylko co się wtedy tak naprawdę stanie? — rozmyślałem.


Rok dwa tysiące czwarty, sierpień. Olimpiada w Atenach.

— Jedziemy do Zwierzynka — oznajmiła moja matka.

W Zwierzynku, wiosce położonej nieopodal Stargardu (dawniej Stargardu Szczecińskiego), swój letni dom miała jedna z jej przyjaciółek — Anka.

— Będzie tam Przemek, więc nie grozi ci nuda — dodała.

Kilka dni później byliśmy już na miejscu, a ja rozkoszowałem się zapachem siana i lasu, melodyjnym wokalem okolicznych ptaków, połączonym z błogą ciszą z dala od miejskiego zgiełku i ciągłego pierdolenia Łysego tuż za plecami.

— Przemek! — krzyknęła Anka. — Zaraz pewnie przyjdzie, poszedł po ręczniki.

Dom, będący wówczas w trakcie remontu, pamiętał jeszcze czasy sprzed Hitlera. Na podłogach wykładzina, która dwoiła się i troiła, aby ukryć stary, sfatygowany parkiet, idealnie pasowała do zapachu, będącego mieszanką wapna ściennego, połączonego wonią świeżego, wiejskiego kopru, dobiegającego z garnka gotującej się zupy.

— Cześć, pamiętasz mnie? — Przemek przybiegł z wyciągniętą dłonią.

Byliśmy w tym samym wieku, choć on był wyższy o głowę. Miał niezwykle sympatyczny i szczery uśmiech.

— Tak, coś tam pamiętam — odpowiedziałem, przywołując zamglone obrazy z wczesnego dzieciństwa, kiedy ostatnio się widzieliśmy.

Wypakowaliśmy rzeczy z samochodu i zaraz usiedliśmy wszyscy na ganku. Nie był zadaszony, a kiedy zaczęło robić się ciemno, dostrzegłem morze gwiazd — białych, migoczących punktów, w które wpatrywałem się z nostalgią.

— Liczysz? — zapytał Przemek.

— Co liczę?

— Gwiazdy. Liczyłeś kiedyś, ile ich jest? — dodał, dołączając do obserwacji nieba, które tej nocy było niezwykle czyste.

— Nie, ale liczyłem świetlówki w szkole — od razu zauważyłem gafę. To jakby ktoś powiedział „pięknie pachniesz”, a ty, z durnym i dziwacznym uśmiechem, odpowiadasz „dzięki, myłem się”. Miałem nadzieję, że puści to mimo uszu. W każdym razie nadal spoglądał w górę.

A ja obserwowałem jego młodzieńcze policzki, duże jak na ten wiek dłonie, które splótł na owłosionych kolanach. I ten błysk w oku — idealnie komponujący się z gwieździstym niebem.

— Co tam jest? — wskazałem palcem na starą, białą przyczepę campingową, która stała nieopodal stodoły.

— Nasza sypialnia — uśmiechnął się.

— Będziemy tam spać? Razem? — dodałem niepewnym głosem.

— Mhm. Nie lubisz przyczep? — wciąż się uśmiechał.

— Nigdy nie spałem w przyczepie.

— Kiedyś musi być ten pierwszy raz — skwitował.

Był bardzo pewny siebie. Może mnie kokietował, może w ten sposób mnie sprawdzał. Jednak, mając w pamięci szkolne doświadczenia i epizody z nierealnymi męskimi przyjaźniami, stwierdziłem, że lepiej się nie wychylać, zwłaszcza z seksualnymi pytaniami i zagwozdkami. Przynajmniej nie na początku.

Godzinę później leżeliśmy dokładnie pół metra od siebie.

Na czymś, czego nie można było nazwać łóżkiem ani dwoma łóżkami — deski o szerokości około metra, ustawione w literę „L”, posiadały jedynie cienki, piankowy materac. Ze względu na ułożenie oferowały dwie możliwości: albo będę miał jego stopy na głowie, albo nasze głowy będą bardzo blisko siebie, wręcz za blisko, lub na odwrót. Wybraliśmy opcję z głowami leżącymi jak najdalej od siebie.

— Może puszczę radio z telefonu?

— Masz radio w telefonie? — zapytałem zdziwiony, bo sam nie miałem nawet jeszcze zwykłej komórki.

Leżeliśmy i wsłuchiwaliśmy się w nocną listę przebojów, niezwykle rozluźniających. Pamiętam, że akurat puszczali „Viva Forever” Spice Girls. Bez słowa, a jedynie z szumem naszych oddechów i otoczeni zimną poświatą latarki, dobiegającą z jego ultra nowoczesnego telefonu z kolorowym wyświetlaczem.

— O czym myślisz? — wyszeptał, jakby dokładnie wiedział, że czekam na to jedno pytanie.

— O niczym szczególnym — odpowiedziałem, rozmyślając o tym, jak mogą smakować jego usta i co bym czuł, gdyby znalazł się kilka centymetrów od mojej twarzy.

— Całowałeś się kiedyś z dziewczyną? — wypalił znienacka.

— Jasne, z dwiema lub trzema.

Gówno prawda. Nie licząc lustra i swojego odbicia, mój dorobek wynosił słodkie, pieprzone zero.

— Nie pamiętasz, z iloma się lizałeś? Dobry jesteś. Mnie też się zdarzyło dwa razy.

Po chwili ciszy zapytał, czy pocałowałem kiedyś chłopaka.

— Nie — odpowiedziałem po chwili. Nie kłamałem, ale nie wiem, czemu poczekałem z odpowiedzią. Może podświadomie chciałem zbudować napięcie. Może miałem to we krwi — intrygi i spekulacje. Ze szmaty jedwabiu nie zrobisz.

— A chciałbyś? — dociekał.

— Nie. Nie wiem. Nie, nie sądzę — miałem wrażenie, że zdemaskowałem swoje wewnętrzne rozkminy względem tego, kim mogą być dla mnie mężczyźni.

— A Ty? — zapytałem chwilę później, a moje słowa padły w grobowej ciszy.

— Nie.

— Nie całowałeś, czy nie chciałbyś?

— Jedno i drugie. Czas spać, bo rano musimy wstać — wyłączył muzykę i odwrócił się w drugą stronę.

Nie wiedziałem, co spowodowało załamanie i zakończenie pogaduch. Trochę żałowałem, bo przez chwilę miałem nadzieję, że może i on ma podobne myśli jak ja. Może również miał poczucie „bycia chorym psychicznie”, jak to rzucano na szkolnych korytarzach zaraz po słowie „pedał”.

Następnego ranka tuż po śniadaniu, pojechaliśmy całą paczką nad pobliskie jezioro, w okolicy miasteczka Trzebawie.

— Ej! Chodź się kąpać! — zawołał Przemek, stojąc do kolan w wodzie, z której przed chwilą się wynurzył.

— Idę.

Czekał na mnie w czarnych obcisłych slipach, ociekając wodą, przez którą miał ciemniejsze włosy na ciele i dzięki której mokry materiał uwydatniał zawartość kąpielówek. A on sam patrzył na mi prosto w oczu spoza zasłony spadających mu na twarz włosów.

— Nie utopisz się, spokojnie. Jak będzie trzeba, to zrobimy sztuczne oddychanie — zaśmiał się, znikając w niebiesko-zielonym jeziorze.

Już ja wiedziałem, jak wygląda taka resuscytacja. Oglądałem „Słoneczny Patrol” i widziałem, jak Pamela Anderson stosowała metodę usta-usta, ratując jednego z niedoszłych topielców. Swoją drogą nigdy nie zwracałem uwagi na jej spory, mocno wyeksponowany biust. Tonięcie i odratowanie przez Przemka wydało mi się całkiem ciekawym pomysłem.

— Dawaj. Wyrzuć mnie — podpłynął tuż obok.

— To znaczy?

— Złącz łapy, a ja stanę i wyrzucisz mnie do góry.

Zgodziłem się. Złapał mnie za ramiona, patrząc głęboko w oczy i delikatnie się uśmiechając po czym wsunął stopę w moje dłonie. Próbowałem go wybić w górę z całych sił. Nieoczekiwanie jego czarne, mokre i wyeksponowane niczym biust Pameli slipki, znalazły się w zasięgu mojego wzroku. Niebezpiecznie bliskiego zasięgu. Poczułem nagły ucisk w klatce piersiowej. Następnie w brzuchu, a finalnie między nogami.

Przypływ „ciśnienia”, który przychodził niespodziewanie i na który nie miałem wpływu, był wynikiem spotkania bliskiego, ale jeszcze nie pierwszego stopnia.

Chcąc nie chcąc, zmuszony siłą wyższą, odczekałem, aż minie, i chwilę później wróciłem na plażę do reszty wczasowiczów.

Tej nocy było podobnie — relaksująca muzyka, szmer oddechu, intymny błysk światła z telefonu i zapach lekkiej stęchlizny, którym była przesycona przyczepa. Różnicą była lokalizacja jego głowy, która znajdowała się blisko moich przykrytych lawendowym prześcieradłem stóp.

— Fajnie było dzisiaj. Nie lubisz pływać?

— Lubię, ale jakoś tak, nie wiem… — urwałem, bezwiednie lawirując, odtwarzając „majtkową”, nieudolną scenę rodem z filmu Dirty Dancing: Patrick Swayze i Jennifer Grey. Minus Jennifer.

— Nie odpowiedziałeś mi wczoraj na pytanie — wyszeptałem.

— Które?

— Dobrze wiesz które. — Wiedział, co mam na myśli. Na sto procent wiedział.

— Nie, i myślę, że tak — stwierdził tajemniczo, z satysfakcją, pewnym siebie głosem. — Jak widzisz mężczyznę, chłopaka, to co o nim myślisz? — dodał po chwili, patrząc w sufit.

— Zastanawiam się jak to jest. Jak to jest dotykać ustami jego ust, jak pachnie z bliska i jak ciepła jest jego skóra — wyrzuciłem nie bacząc na ewentualne konsekwencje: odrzucenie czy dezorientację. Poczułem niezwykłą ulgę, że mogłem to powiedzieć na głos, gdy ktoś słucha.

— Masz kogoś konkretnego na myśli? — zapytał Przemek.

— Niekoniecznie — myślałem właśnie o nim (i o Marku Walhbergu), ale do tego nie odważyłem się już przyznać — A ty?

— A ja nie myślę. Nie rozmyślam. Może kiedyś. Co powiesz na grę? — zmienił temat, siadając energicznie na swojej części leżanki.

Spod prześcieradła wystawały jego umięśnione od siatkówki, opalone łydki, które w słabym kolorze świetle bijącym od telefonu wydawały się jeszcze ciemniejsze.

— Może porównamy sobie wacki i ten, kto ma większego, wygrywa? — rzucił.

Zatkało mnie. Łudziłem się, że chodzi mu o jakieś kalambury, albo słowną grę w statki.

Chwile później siedzieliśmy obok siebie, oparci o kant plastikowego okna, naciągając plecami pożółkłą ze starości firankę.

Siedzieliśmy w ciszy w majtkach, ale bez koszulek. Tak też każdej nocy spaliśmy. Było gorąco, zwłaszcza rano, kiedy sierpniowe słońce nagrzewało plastikowy dach przyczepy.

Po chwili pewną dłonią złapał mnie za udo. Nasze oddechy niesamowicie przyspieszyły, a przez całe moje ciało przebiegały dreszcze.

Odwzajemniłem się dotknięciem — także uda, nieco wyżej, ale nadal w neutralnym rejonie. Przemek drugą dłonią złapał mnie za policzek.

Zacząłem się pocić. Serce waliło jak dzwony w katedrze Notre Dame, a ja wyczuwałem każdą kroplę krwi, przepływającą przez moje żyły jak sztormowe fale.

— Mogę się na tobie położyć? — zapytał, dysząc.

— Tak. — Nawet przez chwilę nie żałowałem tej odpowiedzi.

Leżeliśmy na sobie kilkanaście minut w bieliźnie, ocierając się o siebie aż nam wszystko w majtkach zesztywniało.

Nie poszliśmy jednak ani o krok dalej. Może dlatego, że żaden z nas się nie odważył, bądź ze względu na to, że obaj mieliśmy dopiero po czternaście lat i najwyraźniej potrzebowaliśmy więcej symptomów, dzięki którym moglibyśmy się zdefiniować.

Nazajutrz obudziłem się na swoim miejscu, natomiast Przemka w przyczepie nie było.

— Gdzie Przemek? — zapytałem Anki, która zajęta była przygotowywaniem olbrzymiej patelni jajecznicy. Jajka pochodziły z pobliskiej fermy.

— Poszedł na rower. Pokłóciliście się? — zapytała, odgarniając ciemnobrązowe włosy.

— Nie, dlaczego? Nie pokłóciliśmy się — złapałem kawałek bagietki i poszedłem do salonu.

Siedząc na starej, skórzanej kanapie, podgryzałem ciepłe, pszenne pieczywo, oglądając olimpiadę w Atenach, której otwarcie odbyło się kilka dni wcześniej.

Nie potrafiłem ułożyć myśli. Ułożyć tego, co się wczoraj wydarzyło i co to oznacza. Czy może Przemek zmagał się z tymi samymi pytaniami? Może żałował naszego nocnego koncertu dotyku i oddechu. Siedziałem wpatrzony w pudło telewizora czekając, kiedy go zobaczę, być może po raz ostatni.

— Jędrzej jutro przyjedzie — rzuciła moja matka, wchodząc z wiaderkiem kopru, szczypiorku i wielkich malinowych pomidorów.

Zajebiście — pomyślałem, nadal zapychając się bagietką.

Godzinę później pojechałem z mamą i bratem na zakupy. Przez całą drogę wypatrywałem roweru.

Tuż po powrocie dowiedziałem się, że Przemek pojechał na kilka dni do swojego kuzynostwa, które mieszkało kilkanaście kilometrów dalej.

Przez resztę pobytu wpatrywałem się w miejsce, gdzie wcześniej leżeliśmy razem. W miejsce, gdzie leżeliśmy na sobie. Szukałem echa dźwięku nocnej listy przebojów i oddechu, którego na mi brakowało. Wyłapywałem jedynie donośny jazgot Łysego, paradującego ze swoim piwnym brzuchem po ganku, na którym kilka dni wcześniej Przemek i ja wpatrywaliśmy się w błyszczące gwiazdy.

Koncentrowałem na tym, dlaczego się ze mną nie pożegnał. Dlaczego uciekł. Może się bał bardziej niż ja.

Tego lata już się nie spotkaliśmy. Następnego też nie. Ale jak to mówią: nigdy nie mów nigdy.

Mimo upływu lat pewne rzeczy nie uległy zmianie.

— Ty kurwo, mieszkasz u mnie, żyjesz za moje. — Muszę przyznać, że Łysy był w formie. Jednak, tego dnia coś we mnie pękło.

Wcześniej w szkole zgraja szkolnych oprychów postanowiła zaciągnąć mnie w ciemny kąt piwnicznej szatni i ogołocić z ostatnich drobniaków, obrzucając przy okazji serią obelg, których większość dotyczyła mojej rzekomej orientacji seksualnej.

— I co pedale, gdzie twoje koleżaneczki? — ściskali mnie za szyję coraz mocniej.

— Co tu się dzieje? Odsuńcie się od niego. Natychmiast! — do szatni wkroczyła znienawidzona przez uczniów nauczycielka wiedzy o społeczeństwie.

— I tak mu nie obciągniesz ruro, bo nie masz chuja! — wykrzyczeli w drodze do najbliższego wyjścia.

— Postaw się albo spędzisz najbliższe dwa lata jako ofiara — powiedziała, pomagając mi wstać z podłogi. — Nie wiesz, jak to jest? Nie wiesz, jak oni funkcjonują, że żerują na słabych? To osiedlowe mendy, najpewniej skończą na zasiłku z siedmioma bachorami i bitą żoną. Albo zrobią karierę osiedlowych pijaczków, będą wysiadywać pod sklepem i hodować piwne brzuchy — pokiwała głową i poszła.

Uczucie, że jestem zakałą społeczeństwa, towarzyszyło mi cały czas. Byłem chłopakiem bez ojca, za to z odstającymi uszami, które były obiektem kpin i wyśmiewania wśród rówieśników. Mieszkałem w domu, gdzie bezwłosy mieszkaniec naszego „rodzinnego ogniska” czasami rzucał przezwisko „uszaty”. W dodatku nie lubiłem sportu, trzymałem z dziewczynami i prawdopodobnie byłem homo, czego wówczas sam nie rozumiałem, o czym tak dosadnie informowano mnie wyzwiskami i przemocą.

Każdy ma osobisty próg wytrzymałości, zwłaszcza na wczesnym etapie rozwoju, kiedy środowisko wykorzystuje momenty naszej słabości, żerując na nich jak sępy na padlinie. Atakowany w domu i w szkole zbliżałem się do punktu krytycznego. Wszędzie, gdzie przebywałem, znalazł się ktoś, kto krok po kroku, świadomie lub nie, odbierał mi chęć do życia i poczucie przynależności, którego tak bardzo potrzebowałem. Nie miałem swojego miejsca i czułem się niepotrzebny. Miałem wrażenie, że jeśli odkryję swoją seksualność i nie będzie ona zgodna z panującymi powszechnie schematami, to zostanę wypędzony i przeklęty. Sięgnąłem po najgorszą z możliwych opcji i chciałem rozwiązać to na swój durny sposób — zakończyć to całe niezrozumienie, wieczne pytania, pogardę, brak czułości i brak bezpieczeństwa.

Od znajomej osiedlowej lekomanki, której mama — również lekomanka, jakimś sposobem zdobywała duże ilości farmaceutycznych cudeniek, udało mi się zakupić za równe piętnaście złotych tabletki, które rzekomo miały pomóc mi porządnie zasnąć i jak to określiła — „obudzić się w lepszym dla mnie świecie”. W innym ciele, w całkowicie innym otoczeniu.

Długo zastanawiałem się nad tym, czy ten ruch, ten głupi niedojrzały ruch jest rozwiązaniem moich problemów, których nikt nie zauważał — lub też je podważał, uznając za mało ważne i nie wymagające pomocy.

Każda kolejna kłótnia pomiędzy moją matką a Łysym, dobiegająca zza ściany, dawała mi część odpowiedzi, co powinienem, co mógłbym zrobić, aby przestać patrzeć na ten wrogi świat.

— A ten pederasta?! — krzyknął któregoś wieczoru, pijany, jak to miał w zwyczaju.

Miałem pigułki przed sobą, zapakowane jedynie w śniadaniową zrywkę. Były średniej wielkości, o brązowawym kolorze i matowej otoczce. Od dziecka miałem problemy z połykaniem większych tabletek; bałem się, że mogę się zakrztusić i udusić, co byłoby bolesnym przeżyciem. Problem „wąskiego gardła” rozwiązałem dopiero parę lat później.

Siedziałem i dumałem. Biłem się z myślami o tym, co będzie z moim bratem, jak poradzi sobie moja matka i czy to jakoś na nią wpłynie. Nie obwiniałem jej o to, że żyjemy w tak horrendalnym domu, ale winiłem ją za to, że nie potrafi tego zakończyć. Była za słaba i wbrew pozornie hardemu charakterowi — bała się. Obawiała się tego, czy sobie poradzi z dwójką dzieciaków i do czego jest zdolny Łysy. A ten znany był z rzucania różnego rodzaju gróźb, nieważne czy była to moja matka, czy ja, czy nawet moja babcia.

Poszedłem po szklankę wody, nadal rozmyślając nad tym co zrobić, gdy usłyszałem dźwięk dochodzący z sypialni. Nie był to film, nie była to muzyka. Było to pieprzenie. Pieprzenie, które nastąpiło chwilę po mocnym huku uderzenia pięścią w pomarańczową ścianę, na której pozostał tłusty od kurczaka z rożna ślad, usłyszanym chwilę przed wyjściem z mojego pokoju.

Rozejrzałem się dookoła: butelka wódki stojącą na stole, rząd puszek po piwie ustawionych przy śmietniku i nicość. Pierdolona nicość. Był to tylko budynek. Bez uczuć, bez ciepła, przepełniony kłamstwem i złudnym, obrazem rodziny.

Nalałem wody do szklanki; idąc do pokoju, zatrzymałem się przed lustrem. Nie widziałem smutku. Widziałem pustkę. Chwilę później wysypałem zawartość woreczka na dłoń i wrzuciłem do gardła wszystkie siedem pigułek.

Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Przed oczami przewinęły mi się obrazy minionych lat. Widziałem moich pradziadków, którzy zawsze opowiadali mi o przeżyciach podczas wojny, psy, krążące przez lata po zakamarkach naszego domu, powracał do mnie czar pamiętnych wakacji. Ach, Przemek… — pomyślałem. Co gorsza przypomniał mi się ten pieprzony niemiecki pornol sprzed kilku lat. Klasyka. W swoim czasie znajdowałem już nowsze, nagrane na płytkach, ale zawsze schowane w tym samym miejscu — w szafie tuż pod spodniami.

Mijały minuty, a ja byłem żywy, bardzo daleki od snu. Może jak walnie, to znienacka — przypuszczałem.

Po kilkunastu minutach poczułem nieznośny ból brzucha. Po prostu tortury. Moje jelita grały bolesny niekończący się koncert.

Finalnie, cały boży dzień spędziłem w toalecie, wyrzucając z siebie wszystko — miałem wrażenie, że nawet obiad komunijny sprzed lat.

— Coś ty mi dała?! — Kilka nocy później dorwałem lekomankę na osiedlowym podwórku.

— Coś, co cię może czegoś nauczy. Kiedyś to docenisz. A teraz podziękuj i spierdalaj — odparła ssąc lizaka, a potem odwróciła się i poszła. Wolałem z nią nie zadzierać, wiedziałem z kim się trzyma.

Wyjątkowo nigdy nie powiedziałem o tym mojej rodzinie. Nigdy też się do tego nie przyznałem ani w szkole, ani nawet swoim przyjaciołom. Była to chwila słabości, której nie chciałem i nie mogłem pokazać. Miałem na uwadze też to, co powiedziała mi nauczycielka w szatni — że ludzie lubią żerować na słabych. Z biegiem lat widzę, że był to kompletny, niepotrzebny idiotyzm. Nie dlatego, że odebrałbym sobie życie, ale dlatego, że poddałbym się bez walki. Zatem najpierw powinniśmy się nauczyć kłamać, a dopiero później kochać, tocząc niekończącą się bitwę.

Ciotka Agata — serdeczna przyjaciółka mojej matki, którą znałem od dziecka — wzięła mnie wtedy pod swoje skrzydła, próbując ochronić mnie przed chaosem w domu: od moich myśli o odebraniu sobie życia (co mogła podejrzewać, choć oficjalnie nie wiedziała), przez trudne relacje z matką, aż po wrogie nastawienie Łysego. Jej ciepła obecność stała się dla mnie prawdziwym oparciem, które podniosło mnie na duchu i jakimś stopniu przywróciło poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałem, że zawsze mam miejsce, gdzie mogę uciec.

Lata mijały, a ja skupiłem się na nauce, aby dostać się do wybranego przez siebie technikum ekonomicznego; zaraz po jego ukończeniu uciekłbym jak najdalej. Plan to już połowa sukcesu.

Seksualne zagwozdki odstawiłem na boczny tor. Rozpływałem się czasami wspominając ciężar nastoletniego, a jednak już męskiego ciała Przemka, które tak utkwiło mi w pamięci. Czy parę lat później byłoby inaczej? Czy moglibyśmy posunąć się dalej? Może doszlibyśmy do zdjęcia majtek i ocierania się o siebie, co rozpaliło by nas obu do czerwoności.


Wakacje — w końcu wakacje. Minęły kolejne dwa lata, a ja zakończyłem pierwszy rok w wymarzonej szkole średniej, gdzie w końcu miałem spokój i lubiliśmy się prawie z całą klasą. Czekały mnie dwa miesiące laby i wakacje nad morzem. Uczcijmy to masturbacją! — rzuciłem w myślach po powrocie z zakończenia roku szkolnego.

Miałem już swoje porno, czy to na płycie — po kryjomu zamówione na jednym z portali aukcyjnych, czy też te online, na znalezionych przeze mnie pikantnych i darmowych stronach. Jednak dryfowałem czasami pomiędzy tymi hetero, a homo. Potrzebowałem jeszcze paru wskazówek — miały się pojawić tego lata.


Sierpień dwa tysiące siódmego roku.

Jak co roku, razem z mamą i bratem wyjechaliśmy na kilka tygodni nad polskie morze, do magicznej miejscowości o równie magicznej nazwie: Grzybowo. Jednak tym samym stanowczo nie zabierając konkubenta mojej matki ze sobą. Łysy zajęty był tajemniczą przyjaciółką — prostytutką. Komizm sytuacji jest taki, że owocem ich gorącego i płatnego romansu okazała się równie płatna wpadka, w postaci latorośli, której istnienie ukrywał następnych parę lat.

Były to pierwsze wakacje, kiedy moja ciekawość cielesna przekształciła się w niesamowitą dociekliwość. Mimo, że byłem już pewien swojej seksualności, brakowało mi jednak kropki nad „i” czy może raczej swoistej pieczątki potwierdzającej to, co czułem.

Z jednej strony, chodząc po miasteczku z rodziną, widziałem swoich rówieśników trzymających się za ręce i zastanawiałem się, czy może jednak powinienem poszukać sobie żeńskiej połówki, z którą robiłbym dokładnie to samo. Bo przecież tylko takie relacje społeczeństwo wówczas akceptowało. Z drugiej zaś, rozglądałem się za „wypukłościami” w slipach na plaży. Myślałem sobie wtedy — ciekawe, co tam dokładnie jest, jak wygląda na żywo, jak to jest mieć go przed sobą. A jeśli już się go ma to, co się z nim robi. Czy może trzeba do niego zalotnie mrugnąć, pocałować, a może od razu włożyć do ust, a jeśli tak, to jak głęboko? Oczywiście, przez głowę przewijały mi się milion pytań. Głowiłem się również nad tym, jak zareagowaliby ludzie, gdybym szedł teraz ze swoim chłopakiem ramię w ramię, dłonią w dłoń. Zapewne po pierwszym metrze dostalibyśmy kuflem w łeb, tudzież epitetem z gatunku tych, które ciągle padały pod moim adresem jeszcze parę lat wcześniej.

Edukacja seksualna wówczas nie była na takim poziomie jak teraz. Homoseksualista nazywany był „pederastą” lub „pedałem”, a homoseksualizm „modą z Zachodu”.

Siedząc na plaży wśród tylu „namiotów” dookoła, czułem się jak w diabetyk w cukierni. Zdecydowałem się w końcu zrobić następny krok.

W czasach, kiedy w social mediach królowała Nasza Klasa, a na randki umawialiśmy się na czacie Interii, istniało coś takiego jak esemesowe „anonse”. Znałem je bardzo dobrze, bo nie raz, nie dwa, wspólnie z towarzystwem śledziliśmy kolejne nowe, atrakcyjne propozycje seksualne, które ludzie puszczali w eter. Nie należało to jednak do najtańszych przedsięwzięć zważywszy, że koszt jednego zgłoszenia przekroczył — bagatela pięć złotych, a ja miałem na koncie dziesięć. Jednak niestrudzony i konsekwentny, a zarazem zaciekawiony i pełen dziwnego głodu — wysłałem anons.

Nie zważałem na to, że jestem na rodzinnych wakacjach. Może dlatego, że nie zdawałem sobie sprawy, do czego właściwie może dojść. Byłem zmęczony jedzeniem oczami i tak jak popularne kilka lat wcześniej pokemony, oznajmiłem, że nadszedł czas na transformację.

Na mój anons, który zawierał szczątkowe informacje, takie pseudonim, numer telefonu i wiek, odpowiedział trzydziestoparoletni mężczyzna. Była to swojego rodzaju rosyjska ruletka albo Koło Fortuny, bo nie miało się pojęcia, co można otrzymać.

Po powrocie do hotelu przez godzinę zastanawiałem się co robić. Starałem się przemyśleć wszystkie za i przeciw. Odpowiedzieć na takie pytania jak: czy jestem w ogóle gotowy, co zrobić, jeśli on okaże się starym pasztetem? Po intensywnych przemyśleniach, podjąłem decyzję, aby iść na całość, trzymając kciuki by nie wrócić z zonkiem.

Umówiłem się z nim przy charakterystycznej knajpie, do której miałem około stu metrów.

Powiedziałem mamie, że idę na lody i po pocztówki. Właściwie nawet jej nie okłamałem. Dochodząc do umówionego miejsca biłem się z myślami, czy dobrze robię. Z jednej strony chciałem zawrócić, ale z drugiej ciekawość nie dawała mi spokoju.

Napisał, że siedzi w niebieskim audi, tuż przy lodziarni. Podchodząc do samochodu poczułem kolosalny uścisk w gardle, jednak bez chwili zastanowienia wsiadłem.

Przedstawiliśmy się sobie i na pierwszy rzut oka wydawał się okej. Pamiętam niebieskie oczy i krótko przystrzyżone blond włosy. Na swój sposób był przystojny, chociaż nie miałem jeszcze określonego typu urody, który mnie pociągał. Chyba, że był to Mark Wahlberg, Jared Leto, albo świętej pamięci Waldemar Goszcz. Przez pierwsze dziesięć minut jechaliśmy praktycznie bez słowa. Poczułem lekką obawę przed wywiezieniem za granicę i sprzedaniem na młodą męską prostytutkę dla starych pryków, albo na handel organami.

— Arek — wyciągał „grabę” na powitanie.

— Max — skłamałem, pamiętając Mariusza Maxa Kolonko z porannego reportażu.

— Skąd jesteś? — zapytał z delikatnym, ale pewnym siebie uśmiechem.

— Z Krakowa — odparłem, nadal kłamiąc, oczywiście.

— Na długo? — zapytał ponownie.

— Pojutrze wyjeżdżamy — odpowiedziałem, tym razem mówiąc prawdę.

— A gdzie dokładnie jedziemy? — zdziwiłem się, widząc las dookoła.

— Zobaczysz — odpowiedział, patrząc przed siebie.

— O chuj — pomyślałem, utwierdzając się w przekonaniu, iż w jutrzejszej gazecie pojawi się artykuł o odnalezieniu zakopanych zwłok nastolatka na trasie pomiędzy Kołobrzegiem, a Grzybowem.

Po kilkunastu kilometrach, na szczęście — przynajmniej miałem taką nadzieję — dojechaliśmy do małego, drewnianego domku, który znajdował się wśród innych małych drewnianych domków. Całość przypominała rodzinne ogródki działkowe.

Z lekką niepewnością wysiadłem z auta i podążyłem za nim do wejścia. Był bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Moją uwagę przykuły jednak jego buty — ani ładne, ani modne; przypominały obdarte halówki z czterema paskami.

Arkadiusz bez pytania podał mi wodę i obdarował uśmiechem.

Przez pierwsze dziesięć minut siedziałem na fotelu, ponieważ moja randka zniknęła w drzwiach innego pomieszczenia. Było schludnie i dość komfortowo. Po chwili dostrzegłem dziwny obraz, wiszący tuż nade mną, przedstawiający morskie fale i foki.

Usłyszałem zbliżające się kroki.

Wszedł.

Nagi.

Pierwszy raz widziałem nagiego mężczyznę, który stał — zaledwie cztery metry ode mnie. Chyba, żeby odjąć od tych metrów tak ze dwadzieścia centymetrów.

Nie wiem czy ja tak na niego podziałałem, czy może się jakoś wspomógł w tamtym pomieszczeniu, ale wyszedł zwarty i gotowy.

Nieszczególnie wiedziałem co robić, ale on widząc moje roztargnienie, przejął inicjatywę.

Delikatnie mnie rozebrał, całując po szyi i zalotnie się uśmiechając.

Z pewnością nie byłem pierwszym niepewnym nastolatkiem, którego zaprosił i wziął w obroty. Pozbywałem się ubrania, ale wróciły wątpliwości. Jednak chęć zdobycia wreszcie jakiegoś doświadczenia i kipiące libido postawiłem na pierwszym miejscu.

Wszystko działo się tak szybko, że niespodziewanie sprawy przyjęły całkowicie inny obrót, niż wtedy, kiedy działy się w mojej głowie. Początkowe założenia i oczekiwania, całkowicie się zmieniły. W końcu głównie o to chodziło — o ewolucję i pójście na całość, więc nie protestując poszedłem i doszedłem.

Wszystko trwało około pół godziny, chociaż w moim odczuciu była to cała wieczność.

Pochwalił mnie twierdząc, że mam umiejętności niczym osoba doświadczona seksualnie. Z biegiem czasu mogę mu przyznać rację — poszło mi całkiem sprawnie. Przyznałem sobie cztery na pięć gwiazdek oraz tytuł debiutanta roku.

Szczęśliwie Arkadiusz okazał się szarmancki i odwiózł mnie z powrotem pod lodziarnię. Podziękował życząc udanej reszty pobytu w mieście i odjechał. Modliłem się, aby nazwa miejscowości — Grzybowo — nie była jednak zwiastunem najbliższych tygodni.

Wracając do hotelu czułem się jak nastoletnia dziwka. Czy właśnie popełniłem wielki błąd? Co ja zrobiłem… — nieustannie powtarzałem w głowie.

Czułem na sobie jego zapach. Nie tylko perfum, ale też tego, co było rezultatem finału naszego spotkania. Zastanawiałem się, czy właśnie tak powinien wyglądać mój pierwszy raz z facetem. W dodatku obcym, który mógłby być moim sporo starszym bratem. Skonsumowany w jakimś drewnianym domku z dziwacznym obrazem.

Po powrocie na szczęście nikogo nie zastałem w pokoju. Pewnie poszli na lody, stanowczo inne niż te, które sam miałem godzinę wcześniej, pomyślałem.

Wylądowałem w wannie, siedziałem skulony przy lecącej wodzie, otoczony chmurą pary wodnej. Czułem się trochę jak w filmie. Jednak bez łez, a z dziwnym poczuciem winy, przełamanym lekkim nienasyceniem. Było to dla mnie nowe doświadczenie, pierwsze tego typu, w którym poszedłem na całość i które z tajemniczą ochotą mógłbym powtórzyć. Ale z kimś innym, żeby mieć porównanie. Zastanawiałem się tylko — jak? Czy po powrocie, mam ponownie zaprzyjaźnić się z anonsami, a może istnieją jakieś specjalne portale randkowe, których jeszcze nie odkryłem. Było to nowe dla mnie pole, które z pewnością chciałem wybadać. Finalnie miałem poczucie spełnienia, a nawet zadowolenia. W sporej mierze dlatego, że miałem to już za sobą. Może jeszcze spróbuję z dziewczyną, tak dla pewności? Zastanawiałem się obserwując z balkonu zachód słońca, chowającego się za lustrem morza. Pocztówki! Zapomniałem o pocztówkach! — moich przepustek do wyjścia. Matka mnie zabije.

II MARCEPAN

Nie wiedziałem, co czuję. Czy drzemie we mnie „coś więcej”, czy mam jakieś skryte oczekiwania względem Marleny i siebie? Przyjaźniliśmy się przecież już tyle lat, znaliśmy się jak łyse konie. Spędzaliśmy ze sobą praktycznie każde wakacje — czy to nad jeziorem, czy na całodziennych spacerach. Był jeszcze ten trzeci — jej chłopak.

Dziwne pożądanie, które ukształtowało się względem Marleny, pojawiło się praktycznie znikąd. Może to ździebełko mojego heteroseksualizmu, może moja homoseksualna część, była jedynie częścią eksperymentu. Wszystkie zabiegi, które zastosowałem podczas ostatnich wakacji nagle poszły w eter, pozostawiając mnie nadal ze znakiem zapytania.

Miałem osiemnaście lat, zero związków na koncie, jedno „męskie” macanko — zeszłoroczną przygodę w dziwnym nadmorskim domku z trzydziestoparoletnim, obcym mężczyzną oraz niefortunną palcówkę z koleżanką ze szkoły, z którą przez chwilę próbowałem się spotykać, gdy siliłem się jeszcze na obcowanie z płcią piękną. Jednak ich wdzięk i uroda nie szły w parze z tym, czego naprawdę potrzebowałem. Natomiast Marlena była wyjątkiem.

Znaliśmy się od dziecka i dziecka razem z naszą wspólną przyjaciółką Marią — byliśmy nierozłączni. O, Święta Trójca — nazywała nas matka Marleny.

Żadna z nich nie wiedziała o tym, co robiłem w zeszłe wakacje i że próbuję, wciąż próbuję… Próbuję i szukam. Ta wiedza przeznaczona był tylko dla mnie.

Nie zawsze spotykaliśmy się we trójkę. Każda z dziewczyn miała już chłopaka, więc musiałem się im wpisać w grafik, z czym zresztą nie miały większego problemu, wysuwając naszą przyjaźń na pierwszy plan.

Pewnego sobotniego, letniego wieczoru, umówiliśmy się z Marleną na spacer. Chciała porozmawiać o swoim chłopaku, który darzył ją uczuciem tak wielkim, jak to tylko możliwe w tak młodym wieku. Marlena jednak nie odwzajemniała tego samego. Każdy pretekst do wyjścia, czy to we trójkę, czy we dwójkę, był dla niej idealny, żeby tylko uniknąć randki. Akurat Artur — ów chłopak, zadzwonił do niej i chciał się umówić.

— Widzę się dzisiaj z Mateuszem — odpowiadała przewracając oczami. Słuchała przez chwilę, co mówił.

— Dobra, pogadamy, jak wrócę do domu, pa — rozłączyła się, wzdychając.

Szliśmy przed siebie. Niebo tego wieczoru przypominało karuzelę barw, w której purpurowy róż, przeplatał się z pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca.

— Powiem ci coś, tylko nie mów Maryśce. Sama jej powiem — zaczęła.

— Dawaj.

— Chyba zerwę z Arturem. Nie wiem, po prostu to dla mnie za dużo, za szybko. Za dużo — kontynuowała, patrząc cały czas przed siebie.

Na jej twarzy widziałem roztargnienie i dezorientację

— Ale jest jakiś konkretny powód? Pokłóciliście się? — zapytałem z zaciekawieniem.

Zawsze chciałem ją pocałować. Uwielbiałem jej kasztanowe oczy, pełne i mięsiste usta, które zagryzała do każdego zdjęcia lub gdy kogoś słuchała z zaciekawieniem. Jednak wiedziałem, że nigdy nie wykonam tego ruchu. Nie mogłem. Nie umiałem. I sam nie wiem, czy rzeczywiście tego chciałem.

— Po prostu za dużo, Mati. Nie wiem, czy przypadkiem nie chce mi się oświadczyć.

Ostatnie wypowiedziane przez nią słowo odebrało mi mowę i zdolność do racjonalnej — nie, do jakiejkolwiek — odpowiedzi.

Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa i szukałem odpowiedniego zdania, tak neutralnego, aby nie sugerowało, że mógłbym mieć jakieś obiekcje co do jej ślubu.

— Jesteś za młoda — wybrnąłem.

— No kurwa, oczywiście, że jestem za młoda. Może wyprowadzę się z Arturem do jego pipidówy, a za rok urodzę dziecko? — zaśmiała się ironicznie. W każdym razie miałem nadzieję, że rzeczywiście żartuje.

— Poza tym… nieważne — ucięła temat.

— No mów. Co?

— Poza tym chciałabym sprawdzić, jak smakują twoje usta, Mateusz. — Oczywiście tego nie powiedziała, ale mój umysł wymarzył sobie taką odpowiedź.

— Poza tym, jak pojadę na studia, to wiele może się zmienić. Może poznam kogoś innego i co wtedy?

— No to wtedy istnieje ryzyko, że go zdradzisz — zasugerowałem sprawdzając, czy byłaby w ogóle do tego zdolna.

— No właśnie. A tego chcę uniknąć.

Słońce całkowicie zniknęło za horyzontem, a my, oddaleni ze dwa kilometry od naszych domów, pędziliśmy, próbując uniknąć zbliżającego się deszczu.

— Chodź do auta, nie chce iść na chatę, bo matka podsłuchuje — zaproponowała.

Po drodze kupiliśmy sobie po piwie, by następnie rozłożyć się na przednich siedzeniach, nasłuchując szmeru odbijającego się od karoserii deszczu. Milczeliśmy.

Po chwili spojrzałem na nią, skąpaną w ciemno pomarańczowych kolorach latarni, która świeciła tuż obok nas.

Szyby zaparowały, a deszcz kontynuował swój wspaniały koncert.

Czy to jest ten moment, kiedy jesteśmy pod dolnym pokładem? Czy na szybie również pozostanie ślad odbitej dłoni? A może jej zimno, tak jak Rose? Gdzie jest Jack? Rozmyślałem nawiązując do dawno porzuconych łamigłówek.

Patrzyłem na nią ukradkiem przygotowany do szybkiego odwrócenia wzroku. Nie zdążyłem. Nasze spojrzenia spotkały się, utrzymując kontakt bez mrugnięcia. Znowu zagryzła wargę, a ja byłem o krok od eksplozji.

Po chwili gwałtownie złapała mnie za głowę i przycisnęła usta do moich warg. Całowaliśmy się tak intensywnie, że pomiędzy blokami naszego osiedla, kilkukrotnie rozległ się dźwięk naciśniętego nieświadomie przez któreś z nas klaksonu. Wycieraczki ruszały się raz szybciej, raz wolniej, a bieg zmieniony został tyle razy, jakbyśmy jechali autostradą. W pewnym sensie, to była jazda autostradą. Językiem.

Nie uprawialiśmy seksu, nie dotykaliśmy się po intymnych miejscach. Skupiliśmy się jedynie na twarzy i ustach. Tak jakbyśmy szczeniacko odkrywali wzajemną atrakcyjność.

Kilkanaście minut później usiedliśmy na swoich miejscach i wybuchliśmy śmiechem.

— Wiesz, że nie raz o tym myślałam? — chichotała Marlena.

— Naprawdę? No widzisz — nie zdołałem wymyślić bardziej kreatywnej odpowiedzi.

— Tylko nie mówmy Maryśce — dodała.

— I Arturowi — dopowiedziałem.

— Zwłaszcza Arturowi.

Autostrada języków powtórzyła się wiele razy. Czy to w samochodzie, czy na domówce. Nad jeziorem, u mnie w domu i w jej domu. Nigdy nie poszliśmy nawet o krok dalej. Nie miałem pojęcia, co było powodem i czy finalnie sam reflektowałbym na „pas szybkiego ruchu”.


Lipiec, rok dwa tysiące dziewiąty.

Sam w domu. Ze spokojem, ciszą, z dala od łysych czortów zatruwających życie.

Reszta domowników pojechała na kilka dni nad jezioro, a ja miałem dom do swojej dyspozycji.

— Nie rozpierdol go na części i nie urządzaj kurwidołków — grzmiał SMS od mojej mamy.

Nieoczekiwanie usłyszałem dźwięk odsuwającej się bramy przy podjeździe. Niewiele osób wiedziało, że wystarczy ją jedynie przesunąć, aby wejdź na posesję, lecz tego dnia nie oczekiwałem gości.

Bez uprzedzenia ktoś bardzo mocno zapukał w drzwi. Brzmiało to tak, jakby w nie uderzał.

Podbiegłem do okna, aby wypatrzeć, kto to może być, ale pieprzona juka, której nigdy nie lubiłem zasłaniała mój punkt monitoringu.

Otworzyłem drzwi.

— Cześć Mateusz. Mogę wejść?

Artur miał ręce schowane za plecami. Może trzyma w nich siekierę? Tak, na pewno ma siekierę — biłem się z myślami.

— Hej. Coś się stało? Co tu robisz? — zapytałem zaskoczony, wychylając się do przodu, aby sprawdzić co chowa za sobą.

— Muszę z tobą pogadać, dlatego przyniosłem to — okazało się, że rzekomym narzędziem zbrodni był litr wódki.

Wszedł do kuchni, otworzył szafkę ze szkłem i usiadł w pokoju na kanapie. Bywał tu czasem, więc pamiętał, gdzie co jest.

Milcząc wlał sobie do gardła jeden za drugim pięć kieliszków. Siedziałem w fotelu wpatrując się jak nalewa, unosi kieliszek do ust, przełyka i znów nalewa.

— Masz, pij — wyciągnął butelkę w moją stronę.

— Nie mogę…

— Pij — wyraz twarzy, coraz bardziej poważny, sugerował, że nie powinienem odmawiać.

Boże, on wie. Na sto procent wie i zaraz poderżnie mi gardło, kawałkiem roztrzaskanej butelki — dudniło mi w głowie podczas gdy w panice żegnałem się z życiem.

Dołączyłem do kolejnej kolejki, przygotowując się na to, co Artur za chwilę mi powie.

— Zerwała ze mną. To koniec. Przepraszam, ale nie miałem komu powiedzieć — rozpłakał się. — Mateusz, pomóż mi, proszę.

Jego oczy stawały się coraz mętne, a wymowa rozchwiana; tracił równowagę, mimo że siedział — o mało nie spadł z kanapy.

— Ale jak to zerwała, pokłóciliście się?

— Ona kogoś ma. Na pewno kogoś poznała. Kupiłem jej pierścionek, Mateusz. Pierdolony pierścionek.

Czyli Marlena mówiła prawdę, odnośnie rzekomego nadejścia oświadczyn. Przecież nie mogła zerwać z nim dla mnie. Nie dopuszczałem takiej myśli — przecież nawet nie określiliśmy tego, co jest między nami i na jakich zasadach funkcjonuje.

— Niedobrze mi.

Artur potykając się, dotarł do ubikacji i po chwili wetknął głowę do sedesu, niepowstrzymanie rzygając, a ja, korzystając z okazji, zadzwoniłem do Marleny.

— Cześć. Zwłoki twojego byłego chłopaka wylądowały obok mojego sedesu. Chciałabyś odebrać ciało dzisiaj, czy przesłać je na wskazany adres? — Dwadzieścia minut później Marlena razem z Marią siedziały na schodach przed moim domem, a Artur nadal oczyszczał organizm z resztek alkoholu.

Nastał wieczór.

Gdy Artur ucinał sobie alkoholową drzemkę, licząc przeskakujące przez płot butelki wódki, my — cała Święta Trójca — skupiliśmy się na dokończeniu zawartości butelki, siedząc na tarasie pod kocami.

— Coś ty mu powiedziała? — zapytała Marysia.

— Że to koniec. Że nie widzę przyszłości. To znaczy widzę, ale bez niego — odpowiedziała wychylając kieliszek.

— Ale jest jakiś powód? Poznałaś kogoś, czy co? Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć i nie będziemy cię oceniać. Prawda? — popatrzyła na mnie kiwając z przekonaniem głową.

— Jasne — te słowa były najbardziej kuriozalne w całej tej sytuacji.

Od tygodni ‘’zdradzała go” ze mną, całując się jak szalona, a tymczasem Artur wylądował u mnie na kanapie, żaląc się i szukając pomocy. Całości obrazu dopełniał zarzygany sedes, a my we trójkę, jak gdyby nigdy nic, siedzieliśmy i radziliśmy nad przyszłością związku Artura i Marleny. Choć w sumie wyszło na to, że żadna taka przyszłość nie istnieje.

Wszyscy zostali u mnie na noc, aby rano wspólnie zjeść śniadanie i nie wracać do tego, co miało miejsce wczorajszego dnia.

Związek nie przetrwał — jak się okazało — decyzja była ostateczna.

Kilka tygodni później Marlena poznała nowego faceta, a ja poszedłem w odstawkę. Maria też po części — było to duże naruszenie naszego niepisanego traktatu. Rozkminiałem, dlaczego sprawy przyjęły taki kierunek i co dla niej znaczyłem. Czy cały ten „romansik” dwójki przyjaciół służył tylko temu, by zadać pytanie o rację bytu związku Marleny z Arturem? Może potrzebowała zewnętrznego bodźca, a ja byłem pod ręką?

Może była to pewnego rodzaju przestroga. Możliwe, że obrana wcześniej przez mnie droga była właściwa i potrzebowałem jedynie konkretnego potwierdzenia.

Nasza znajomość trwała jeszcze kilka następnych lat, lecz przy pojawieniu się grupy nowych przyjaciół, którymi otoczyła się Marlena — Święta Trójca, po kilkunastu latach przestała istnieć. Za to z Marią przyjaźnimy się do dziś. Nie pozostało mi nic innego jak tylko powrócić do procesu, który rozpoczął się zeszłego lata.


Sierpień — tego samego roku.

Zawsze miałem refleksyjne podejście do dat. Często wspominałem to, co wydarzyło się danego dnia, rok lub dwa lata wcześniej, jeśli miało to dla mnie duże znaczenie.

Właśnie sierpniu rozmyślałem o Grzybowie. O tym dziwnym domku, a nawet o foce, którą nieznany autor postanowił umieścić na swoim obrazie.

I o przyrodzeniu Arkadiusza z granatowego audi, który raczył tamtego dnia poczęstować mnie owocem swojej seksualnej namiętności, niczym wąż kuszący Ewę.

Stało się. Założyłem pierwsze w życiu konto na stronie randkowej dla gejów.

Przy rejestracji, każdy nowy użytkownik musiał podać swój stały nick, którego atrakcyjność lub bezpośredniość miała mówić, czego konkretnie szuka. I tutaj moja kreatywność miała problem, bo z jednej strony miałem zamiar zgłębiać to co niezgłębione, z drugiej zaś zgłębiać to, co już raz — rok wcześniej zostało zgłębione. I tym sposobem narodził się „Listopadowy90”.

W międzyczasie do wypełnienia zostało kilka rubryczek zawierających dane dotyczące wyglądu i preferencji seksualnych, a że byłem laikiem, to wypełniłem je na chybił trafił. Choć, po pierwszym w życiu seksie z mężczyzną, byłem przekonany, że mam już niezwykle bogate życie seksualne.

Cała strona utrzymana w barwach soczyście pomarańczowych, po brzegi wypełniona była reklamami bielizny, majtek z dziwnym dla mnie wówczas wycięciem na tyłku, wzmacniaczy do penisa, powiększającymi jego obwód oraz zdjęć umięśnionych torsów. O! — pomyślałem. Houston, chyba jesteśmy w domu.

Sklep mięsny, bo tak go nazywałem, oferował szeroki wachlarz „kiełbas” — długo dojrzewające i przejrzałe, pojedyncze i w dwupaku, kabanosy i suche krakowskie. Zdarzały się również promocje oferujące kilka sztuk w cenie jednej.

„Jestem żonaty, szukam kolegi” — bywały też takie, które mimo wysokiej rzekomej zawartości mięsa, zdecydowały się udawać produkt wegetariański.

Po kilku dniach rozglądania się i zgłębiania tajników homoseksualnych randek, znalazłem idealny dla mnie „match”. Był ode mnie trochę starszy, nawet więcej niż trochę, bo z dziesięć lat. Wysoki brunet z ciemnym zarostem, ciemnymi okularami i wielką chęcią na spotkanie. Mimo to długo zastanawiałem się czy jechać. Nie byłby to mój pierwszy raz, ale jednak dopiero drugi.

Mając na uwadze wątpliwości względem poprzedniego spotkania, którego finalnie nie żałowałem — zgodziłem się.

Umówiliśmy się na drugim końcu miasta. Stwierdził, że woli się spotkać „w plenerze”, ponieważ w domu nie miał odpowiednich warunków, cokolwiek to oznaczało.

Godzinę później pojawiłem się w wyznaczonym miejscu, a po dziesięciu minutach oczekiwania podszedł do mnie i zapytał czy ja to ja.

Zza ciemnych okularów dostrzegłem jego badawcze spojrzenie, lawirujące wzdłuż mojego ciała, tak jakby oceniał, ile jest warte. Pan o rubasznym nick’u “Legniczanin80”

Po chwili znaleźliśmy się w jego samochodzie. Jechałem w nieznane. Kurwa, znowu samochód, znowu jazda w pizdu, pomyślałem; powtarza się jota w jotę ten sam schemat co ostatnio

— Gdzie dokładnie jedziemy? — zapytałem, obserwując przystanki autobusowe i zastanawiając się nad ewentualną ewakuacją.

— Tam, gdzie nie ma ludzi. Spokojnie, niedługo będziemy na miejscu — odpowiedział stanowczym głosem, skupiając się na drodze.

Wydawał się dosyć zimny, pewny siebie i oschły, co na swój sposób było dosyć podniecające.

— Palisz? — zapytał wyciągając czerwone marlboro z kieszeni.

— Nie, nie palę. — Stwierdziłem, że jeśli moja matka wyczuje ode mnie zapach papierosów, to na kolację dostanę całą paczkę do wypalenia. Właśnie tak się kiedyś leczyło młodzież z pierwszych tytoniowych doświadczeń.

Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Dookoła było pusto. Tylko łąka.

Zaparkowaliśmy przy wielkim wiatraku — turbinie elektrycznej, który tego dnia był nieczynny.

Bez słowa wysiadł z samochodu, aby dokończyć papierosa, pozostawiając mnie samego. Rozglądałem się po wnętrzu dość zaniedbanego, starego volkswagena.

Na przednim lusterku — choinka zapachowa wisząca już zapewne od dawna, bo wyblakła od słońca straciła swoje właściwości. Przy nawiewie — zuchwale spoglądający święty Krzysztof, który najwyraźniej miał go chronić przed ostrą jazdą. Zobaczymy, pomyślałem. Zobaczymy.

Po chwili wrócił do auta i popatrzył na mnie, delikatnie się uśmiechając. W tym samym czasie zaczął rozpinać spodnie, gorliwie wyciągając swojego „małego kolegę”, który nie do końca był taki mały.

— Bierz go — rzucił rozkaz niczym w wojsku.

Chcąc zachować się profesjonalnie i słownie, zrobiłem to, o co prosił. Po części.

— Lubisz takie duże? — mówił o nim jak o jakimś niezwykłym totemie, którym powinienem się fascynować. — Bo ja lubię takie młode suczki jak ty.

I jeb, czar prysł. Po usłyszeniu, że jestem „młodą suczką”, jedynie na co miałem ochotę to przytrzasnąć go drzwiami od samochodu.

Na szczęście całość nie trwała długo, najwyżej pięć minut, co mnie niezwykle uradowało, rezygnując nawet z finału. Stwierdził, że jest umówiony, ale odwiezie mnie na najbliższy przystanek. Po prostu nie włożyłem w to serca i straciłem zainteresowanie, w związku z czym wyszło byle jak.

Jechaliśmy w ciszy. Wyglądał na zdenerwowanego.

— Wszystko ok? — chciałem coś powiedzieć i rozładować emocje, bo już tylko one można było rozładować

— Ta — odburknął.

Zatrzymawszy się na pierwszym lepszym przystanku w mieście, oznajmił, że bardzo się spieszy — i zapytał, czy mogę jak najszybciej wysiąść. Co najmniej jakbym chciał jeszcze posiedzieć i poczytać książkę. Oczywiście, że chciałem opuścić ten pieprzony, śmierdzący petami suczkowóz najszybciej jak się da!

Potraktowałem to jak pierwszy fuck-up, z którego należy wyciągnąć wnioski. Wniosek numer jeden — przerwa od wywożenia poza miasto, wniosek numer dwa — jeśli następnym razem ktoś nazwie mnie małą suczką, to bye bye baby.

To było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Jednak później pisał do mnie miesiącami, a nawet latami, z różnych kont, grożąc, że mnie znajdzie i wyautuje przed kim tylko się da. Blokowanie niestety nie przynosiło skutku — zaraz zakładał nowe konta. Po jakimś czasie najwyraźniej mu się znudziło albo znalazł innego, któremu suszył głowę.


Piątek wieczór.

— Zawieziesz mnie na Grabskiego? — padło pytanie, kiedy próbowałem przemeblować pokój, który znajdował się na poddaszu.

Moja matka, która tego wieczoru szykowała się na spotkanie z koleżankami z podstawówki — ubrana w małą czarną, kabaretki, pełen make-up i buty na wysokim obcasie — postanowiła, że woli być przygotowana na sytuację, gdyby dziwnym trafem wylądowały w klubie.

— Jesteś pewna, że mam cię zawieźć na Grabskiego? — zażartowałem, śmiejąc się z jej stroju, który nadawał się prędzej na przebiegającą pod Legnicą autostradę niż restaurację.

Mimo wszystko mieliśmy dość koleżeńskie relacje, więc wiedziałem, kiedy mogę pozwolić sobie na tego typu niegroźne docinki.

— Kto będzie? Znam, pamiętam kogoś?

— No Agata, Gośka, Wioleta i Anka. Ankę pamiętasz, byliśmy u niej w Zwierzynku parę lat temu — momentalnie wyczułem zapach stęchlizny pamiętnej przyczepy. — Przemek też przyjechał. Ma odwieźć Ankę do knajpy — dodała.

Zdębiałem i gorączkowo myślałem o tym co usłyszałem przez chwilą. Wziąłem głęboki oddech i pobiegłem do swojego pokoju.

Wyciągnąłem najlepszą koszulkę i najnowsze buty, wypsikałem na ciało połowę podrabianych perfum, które zamówiłem kilka dni wcześniej, za równe piętnaście złotych.

Postradałem zmysły? Po co ja to robię? Przecież to było tyle lat temu, dyskutowałem sam ze sobą. Finalnie postanowiłem jednak dobrze wyglądać. Po prostu sam dla siebie, z delikatnym zabezpieczeniem, a nuż… a nuż.

Dojechaliśmy. Nie było ani Anki, ani Przemka. Nieświadomie, jednak trochę i świadomie, spędziłem dłuższą chwilę rozmawiając z resztą maminych koleżanek, zachwycających się jak bardzo wyrosłem — Kawaler jak ta lala! Panny to pewnie drzwiami i oknami… — tego wywodu latami wysłuchiwałem na każdym, rodzinnym spotkaniu.

Wróciłem do domu zdeczka zawiedziony. Byłem ciekaw, jak Przemek wygląda po prawie pięciu latach. Czy dalej jest tak uroczy, owłosiony i posiada ten wyjątkowy, gwieździsty błysk w oku?

Niespodziewanie zadzwoniła moja matka.

— Gdzie jesteś?

— W domu. Co, już po baletach? — zaśmiałem się.

— Halo. Cześć Mateusz. Tu Przemek.

Zamarłem. Jego głos brzmiał inaczej. Głębiej. Męsko.

— Zostaw samochód i przyjedź. Trzeba pilnować naszych matek, aby nie narobiły kłopotów — zażartował.

Natychmiast przypomniałem sobie jak się ocieraliśmy o siebie w przyczepie i automatycznie poczułem sztywność w spodniach. Dodatkowo zapomniałem języka w gębie. Jedynie co zdołałem wydusić, to potwierdzenie tego, że będę.

Ponownie spsikałem się swoimi tanimi perfumami, poprawiłem świeżo przystrzyżoną grzywkę ładując na nią tonę lakieru. Usunąłem tak naprawdę nieistniejącą monobrew i wyruszyłem w drogę.

Zachodziłem w głowę nad tym co i kogo zastanę i czy Przemek myśli w ten sam sposób co ja.

Trzydzieści minut później byłem na miejscu. Po drodze otrzymałem SMS-a z nieznanego mi numeru, informującego o zmianie lokalu na bardziej imprezowy.

Uznałem, że wiadomość przyszła od Przemka, a jego numer wpisałem na listę kontaktów.

Wchodząc do lokalu rozglądałem się dookoła. Dłonie telepały mi się jak przy kilkustopniowym mrozie, plecy ociekały potem, jak w upalne dni, a w głowie huczało pytanie: gdzie on jest?

— Mateusz! Mateusz! tutaj! — krzyknęła Anka. Od razu wiedziałem, że Przemek musi być gdzieś w pobliżu

— Jezusie, ile ja cię nie widziałam! — przytuliła mnie czule. — O, idzie nasza zguba — dodała.

Odwróciłem się niczym w spowolnionej scenie amerykańskiego filmu. Przemek wyłonił się z tańczących wokół nas ludzi, oświetlony światłem kolorowych reflektorów; niósł dwa kufle piwa. W głośnikach akurat leciało „Words”, F.R. David’a.

Był wyższy niż przed laty i niesamowicie zbudowany. Jego twarz zmężniała, widniał na niej świeżo przystrzyżony zarost a tors, mimo że zakryty koszulka, musiał być świetnie wyrzeźbiony.

— Dobry wieczór panu! — krzyknął walcząc z muzyką.

Mechanicznie, wręcz gwałtownie wyciągnąłem dłoń którą natychmiast złapał, przyciągając mnie do siebie i mocno przytulając.

— Aleś ty się zmienił — dodał, pokazując w uśmiechu idealnie białe zęby. Dalej miał błysk gwiazd w oczach. Ba, stał się jeszcze piękniejszy. — Masz, kupiłem piwo. Mama pozwala! — rzucił w kierunku mojej rodzicielki.

— No, no. Z głową! — odpowiedziała.

Chwilę później tańczyliśmy w kółku. Nasze matki, skupione były na wygłupach, zakładaniu butów na głowę, robieniu z piwnych kufli Madonno-wych stożków, a my tańczyliśmy oddaleni o kilka metrów, wpatrując ukradkiem na siebie.

Nasz wzrok spotkał się kilkakrotnie i ten wzrokowy kontakt utrzymywał się coraz dłużej. Przemek cały czas delikatnie się uśmiechał i był coraz bliżej.

W końcu znalazł się jakieś dwadzieścia centymetrów przed moją twarzą. Ta liczba zaczynała mi się coraz bardziej podobać.

— Może pójdziemy do nas, na Warszawską, a one niech się bawią? — wykrzyczał mi do ucha.

— Okej, możemy — zgodziłem się bez namysłu.

Wyszliśmy z lokalu i spacerkiem zmierzaliśmy do mieszkania jego matki. On sam mieszkał w Krakowie, gdzie już studiował, a Legnicę odwiedzał przy okazji, zatrzymując się na dłużej we Wrocławiu.

Mieliśmy kawał drogi do przejścia, około pięciu kilometrów, co spotęgowało chęci wypadnięcia jak najlepiej, ale także nieumiejętność powiedzenia tego co bym chciał.

— Lubisz whisky? — zapytał Przemek.

— Lubię! — nie wiedziałem, czy lubię. Nigdy nie piłem, ale przecież nie powiem prawdy, bo po co?

— Dobra, to po drodze zajdziemy na stację.

Rozmawialiśmy o wielu rzeczach. O studiach, rodzinie, wakacjach, wyjazdach, nauce, zainteresowaniach. Nie poruszyliśmy tematu pamiętnej nocy w przyczepie, ale myślałem o tym. Cały czas. Nie byłem jednak pewien, czy Przemek o tym pamięta. Być może to ja byłem zbyt sentymentalny.

Dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że zapomnieliśmy o coli. Zaproponował, że sam pójdzie do pobliskiego sklepu, a ja mam poczekać w domu.

Wszędzie czuć było zapach jego perfum, który był mieszanką czekolady i rozmarynu. Leżąca na łóżku torba, pełna ubrań, przykuła moją uwagę skrawkiem wystającej męskiej bielizny, zapraszając mnie tym samym do bliższego zapoznania się z nią. Nie, nie. Bez przesady, pomyślałem i natychmiast wróciłem na kanapę do salonu, gdzie czekałem na jego powrót.

Wrócił po piętnastu minutach, przynosząc mi małą, marcepanową czekoladkę.

— Proszę, na osłodę. Mam nadzieję, że lubisz marcepan.

— Uwielbiam! — nienawidziłem marcepanu i nic nie może tego zmienić.

— To co, za spotkanie! — jego głębokie spojrzenie okraszone uśmiechem, przeszyło mnie na wylot.

Godzinę później, upojeni nieznanym mi wcześniej rodzajem trunku, siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Oparci o ścianę rozmawialiśmy, a właściwie próbowaliśmy, patrząc przy tym na siebie w inny sposób niż parę godzin wcześniej.

— Pamiętasz Zwierzynek? — Przemek pewnym podniesionym głosem wszedł mi w słowo.

— Pamiętam. Mam zapomnieć?

Westchnął popijając whisky i na moment spuścił wzrok.

— Myślę o tym czasami, wiesz? — dodał Znów patrzył na mnie przeszywająco.

— Ja również. Nawet dzisiaj o tym pomyślałem, muszę przyznać — oznajmiłem.

— The same — rzucił z łagodnym uśmiechem.

— O panie, poliglota — uruchomiłem sekwencję żartów bez polotu.

— Trochę władam językiem. Kiedy to powiedział, napięcie skoczyło.

— Udzielasz korepetycji? — kokietowałem, zastanawiać się, co mogę otrzymać. — Kiedy masz czas na pierwszą lekcję?

— Teraz.

Chwilę później znaleźliśmy się na jego łóżku, gdzie wreszcie podziwiałem z bardzo bliska ten jego umięśniony tors Adonisa. Moja i jego skóra nie były już oddzielone żadnymi ubraniami i stykały się ze sobą w każdym punkcie. Dłonie wędrowały wzdłuż mokrych od potu ciał, a usta bombardowane były uderzeniami impulsów.

Była to pierwsza, nie mechaniczna niezwykle zmysłowa namiętność, jakiej doświadczyłem. Połączyła nas pasja, ognista żądza, obsesja. Jego język przesycony słodkim smakiem coli, połączonej z marcepanem (co niestety musiałem przeboleć), euforycznie sunął wokół mojej szyi, przemierzył resztę ciała i zatrzymał się przy samych kostkach. Skończyliśmy leżąc obok siebie. Głowa przy głowie, patrząc w górę.

— Brakuje tylko gwiazd — wskazałem sufit.

— A no brakuje — westchnął.

Biłem się z myślami, czy zapytać go, o to kim jest dla samego siebie. Czy znalazł wszystkie odpowiedzi na pytania, których miliony krążyły wokół mnie, rozpalone do czerwoności? Czy jest świadomy swojej seksualności? Jaka jest jego historia? I czy pomimo miłości, jaką otrzymuje od swoich przyjaciół, nadal czuje się samotny?

— Kim jesteś, Przemek? Co jest twoim rdzeniem? — zapytałem.

— Znak zapytania — oparł swoją głowę o moją.

— Pytania?

— Też. Ale i odpowiedzi. Odnaleźć je to wyzwanie. I muszę je podjąć.

Rozumieliśmy się.

— Anka wie?

— Jeszcze nie, ale wkrótce. Jeszcze jej nie umiem tego dobrze wyjaśnić. Ale wkrótce.

Paręnaście minut później zasnęliśmy. Spaliśmy przytuleni, trzymając się za dłonie, zupełnie nago, nie zwracając uwagi na to, że jego matka może w każdej chwili wrócić do mieszkania. Pierwsza prawdziwa namiętność i senny odpoczynek z drugą osobą u boku.

Tej nocy śniła mi się łąka i błoga cisza. Byłem sam pośród chabrów, a na błękitnym niebie zauważyłem skrawek chmury, która zachęcała mnie do podążania jej śladem.

Następnego ranka obudziłem się sam. Nadal nagi, ale dokładnie przykryty.

Leżąc tak parę minut, rozmyślałem, czy sytuacja się powtórzyła. Czy i tym razem okaże się, że Przemek musiał pojechać do kuzynostwa — albo do Wrocławia. Ponownie zostałem sam. Puentując poprzedni wieczór, nie wyjaśniliśmy tego, co stało się kilka lat temu i co było powodem jego nagłego zniknięcia.

Z kuchni dochodził dźwięk układanych naczyń, więc ubrałem i poszedłem tam.

— O, wstał śpioszek. Wyspałeś się? Herbatki? — Anka od rana była na pełnych obrotach.

— Tak tak, wyspałem. A gdzie Przemek? — spytałem, mając deja vu.

— Tutaj — odpowiedział wychodząc z łazienki, zalotnie mrugając i uśmiechając się łobuzersko.

Tydzień później wszystko powtórzyliśmy, jednak bez whisky i tym razem bez wahania.

Nigdy nie zerwaliśmy całkowicie kontaktu. Sporadycznie na siebie wpadamy, wprawdzie zawsze w pełni ubrani i mamy relacje czysto koleżeńskie. Oraz czyste i bardzo miłe wspomnienia.

Miesiące upływały, a ja kontynuowałem lekcję anatomii penisów i ich właścicieli, zagłębiając się zwłaszcza w mechanikę ich funkcjonowania na wszelakich portalach randkowych. Napotykałem różnego rodzaju fetysze, seksualnie ukierunkowane spotkania, rezygnacje, zdrady czy bziki na punkcie młodych chłopaków. Dociekałem ich charakterystyki. Tego, jacy są i co nimi kieruje. Dlaczego jeden nazywa kogoś małą suczką, a inni funkcjonują niczym maszyna do szycia, dziurawiąc ciągle to nowy materiał. A jeszcze następni chcą założyć swoim randkowiczom skórzane uprzęże i przywiązać do łóżka.

Skąd w nich tyle agresji i żenującej postawy? Nie twierdzę, żeby mnie to gorszyło, ale z biegiem czasu, widząc olbrzymią powtarzalność schematów, czułem się jak na mszy w kościele — znudzony od klękania, myślałem o jedzeniu i grze w Simsy, stale stroniąc od marcepanu.

III ZA MUNDUREM CHŁOPCY SZNUREM

W końcu. Kurwa, w końcu spokój, pomyślałem rozkoszując się ciepłem dochodzącym z kominka. Tego dnia Łysy zabrał swoje ostatnie ubrania, spakował je do czarnej torby i odjechał. Zauważyłem, że zapomniał o płycie DVD, tej z górnej półki szafy. Wiedziałem, że się nie zmarnuje.

Dzień wcześniej doszło do olbrzymiej kłótni pomiędzy matką a Jędrzejem, do której włączyli się wszyscy, łącznie z moim dziesięcioletnim bratem. W porze obiadowej usłyszałem dobiegający z kuchni odgłos tłuczonych naczyń. Początkowo nie zwróciłem na to większej uwagi, przypuszczając, że po prostu komuś coś wypadło z ręki.

— Nie szarp mnie, bo zaraz zadzwonię po pały i cię zamkną.

— Dzwoń, kurwo, to zaciukam ciebie i tego twojego jebanego pederastę.

Znowu coś we mnie pękło. Ogień nienawiści, podsycany co rusz to nowymi patologicznymi słowami i sytuacjami, był gotowy do użytku. Czułem, że wypełnione strachem miejsce we mnie zostało uleczone i gotowy byłem na to, aby skonfrontować się z tym toksycznym typem.

Złapałem długą, granatową butelkę po podrabianym Malibu, od lat pełniącą w moim pokoju funkcję ozdoby i zbiegłem na dół.

Ujrzałem Dorotę czerwoną ze złości, dosłownie duszącą się ze środka, oraz tę łysą gnidę, stojącą tuż przed nią z pięściami gotowymi do kolejnego damskiego boxingu.

Bez chwili przemyślenia, przerażony tym, że za chwile może dojść do tragedii z udziałem matki i Łysego, z całych sił, z ogromnym impetem rzuciłem butelką tak, że przeleciała tuż obok twarzy Jędrzeja, który z zaskoczenia osunął się na krzesło. Na szczęście butelce się nic nie stało.

— Ty skurwysynie — podbiegł do mnie i patrząc z góry — był dużo wyższy — groził, że za moment obije mi ryj.

— Proszę bardzo. Bij. Bij najmocniej jak potrafisz. Nie bądź słabeuszem, bij. Z przyjemnością zeznam, że systematycznie maltretujesz całą rodzinę, a mnie molestowałeś, kiedy byłem dzieckiem. — Oczywiście, nigdy mnie nie dotknął, nie w seksualny sposób, ale było to pewnego rodzaju molestowanie, które zabrało mi praktycznie cały urok bycia dzieckiem.

Zrezygnował. Dodał, że pożałuję tego, co zrobiłem i powiedziałem. Odpowiedziałem tym samym, ubolewając nad brakiem celności rzutu.

Zadzwoniliśmy po policję, która zaczęła od przesłuchania matki. Stojąc w drzwiach, wśród migoczących świateł radiowozu, dostrzegłem mojego o dziesięć lat młodszego brata, który ze łzami w oczach siedział na schodach. Zapewne był świadkiem tego, co wydarzyło się parę chwil wcześniej. Chciałem, aby uniknął tego, z czym ja mierzyłem się przez całe, bardzo młode życie. Chciałem, żeby nie miał tylko negatywnych wspomnień. Pragnąłem, aby miał dzieciństwo, i starałem się robić wszystko, co było w mojej mocy, by o wielu rzeczach nie wiedział. Częściowo mi się udawało.

Po wszystkim siedzieliśmy razem przy kominku, przytuleni. W tle słychać było jedynie strzelające od żaru drewno, a my byliśmy szczęśliwi jak nigdy dotąd.

Rzecz jasna, Łysy nie odpuścił. Kilka razy wysłał mi wiadomość z nieznanego numeru o tajemniczej treści „uważaj, abyś się nie potknął”. Odpisałem tylko raz, zapewniając, że moje nogi są w bardzo dobrej kondycji. Właściwie to były w wspaniałej formie dzięki intensywnym spotkaniom z nowym kolegą, którego poznałem na pomarańczowym portalu randkowym.

Po kilku tygodniach Łysy ponownie wrócił jako członek rodziny — moja matka dała sobie po raz kolejny zamydlić oczy, pozbawiając nas możliwości spokojnego grzania się w cieple kominka. Z miłością i troską, które były nieznane Jędrzejowi.

Dopiero kilka lat później finalnie doszło do rozłamu. W końcu. Działania Łysego doprowadziły do tego, że nasz cały dobytek poszedł pod młotek, i straciliśmy dom (który dla mnie i tak był jedynie miejscem do spania). Nienawidziłem Łysego bardziej od ciepłego, białego wytrawnego wina. Do dziś tak jest — z jednym i drugim. I zawsze będzie.

Za to moja mama, gotowa na nowe wyzwania, związała się wówczas ze swoim tajemniczym znajomym, który był starszy ode mnie — bagatela równe trzy lata.

Nadszedł nas i na mnie. Na zmianę otoczenia i na otwarcie nowego rozdziału, mojego młodego, ale dorosłego życia.

Stało się.


„Dobry wieczór we Wrocławiu” wita przyjezdnych neon tuż przed Dworcem Głównym. Wiedziałem, że od teraz jestem zdany tylko na siebie, ale przyszłość i nowe doznania czekały na mnie tuż za rogiem. I odpowiedzi, których potrzebowałem. Stałem z dwiema walizkami, wypchanym plecakiem i spoglądałem na ten zielony napis oświetlający ogromny plac przed dworcem, z zamkniętymi oczami głęboko oddychając. Poczułem się wolny. Wolny i oczyszczony ze wszystkich negatywnych emocji; czułem jedynie niesamowity głód nowych doświadczeń.

„Cześć. Pogoda nie dopisuje, co?” — napisał użytkownik o tajemniczym nicku „LittleMonster91”. Główkowałem, co może oznaczać ta nazwa. Może miał małego, albo był z rocznika ’91. Może był niskim chłopakiem o potwornym charakterze.

Po kilku dniach wymiany wiadomości umówiliśmy się do kina.

— Mateusz? — Przyszedł ubrany w czarny płaszcz, pod którym miał równie czarny golf i ciemnogranatowe spodnie rurki. Do tego duży srebrny zegarek. Włosy przystrzyżone, lekko zaczesane na prawy bok. Całość wzbogacona sporą ilością markowych perfum.

— Tak, Dominik? Cześć — odpowiedziałem. Był przystojny i daleki od rzekomego potwora. Podobał mi się.

Chwile później udaliśmy się po popcorn i na seans. Samo miejsce było ciekawym wyborem na pierwsze spotkanie, które przez pierwsze dwie godziny obyło się prawie bez słów.

Podczas seansu zauważyłem, że ukradkiem spogląda w moją stronę, obserwuje za każdym razem, gdy przekładałem nogę, czy kładłem dłoń na oparciu.

Stwierdziliśmy, że pójdziemy na spacer. Było dość zimno, a luty wcale nie rozpieszczał białym, śnieżnym puchem. Na ulicach walały się jedynie brudne resztki styczniowego śniegu.

— Co robisz? Studiujesz, pracujesz, opowiadaj. Chętnie posłucham — zapytałem ciekawy.

— Studiuję. A Ty?

— Jedno i drugie.

— A gdzie pracujesz?

— Gastronomia.

— Zmywak? — zaśmiał się szyderczo.

— Też. Wszystko po trochu, jak to w gastronomii — oznajmiłem stanowczo, bo nie byłem skory do szydery względem swojego zajęcia.

Zaszliśmy po kawę, opowiadając o zajęciach na uczelni, znajomych, mieście i tegorocznym Super Bowl, a zwłaszcza o tym, kto występował w przerwie jako gość specjalny.

Idąc wzdłuż Przejścia Świdnickiego, Dominik nieoczekiwanie się zatrzymał.

— Dobra, to dzięki. Na razie — rzucił wbiegając na schody, prowadzące do przystanku tramwajowego.

Stałem jak wryty, z kawą w ręku, trzęsąc się z zimna i zgadując, dlaczego uciekł, bo tak to można było nazwać.

— Dzięki za kino i spotkanie. Nie zmarzłeś? — Godzinę później dostałem wiadomość.

— Proszę. Zmarzłem i marznę dalej — odpisałem telepiąc się i czekając na pociąg.

Następnego dnia miałem zajęcia, na które szybko mogłem się dostać jedynie z Legnicy.

— Współczuję. Ja już się zagrzałem, piję gorącą herbatę i jest mi wspaniale — chwalił się. — Mam nadzieję, że szybko dojedziesz. Narka.

— Narka — zakończyłem.

Kilka dni później zaproponował kolejne spotkanie. Pogoda tego dnia była znacznie lepsza, nie groziła zmarznięciem, a ja nie musiałem później czekać na pociąg, więc mogłem zostać we Wrocławiu.

Ustaliliśmy, że pójdziemy na makaron. Ten tańszy. Nie mogłem pozwolić sobie na większe wydatki, dlatego zaproponowałem, że ja wybiorę lokal, który był i tani i nieźle wyglądał.

Zaraz po posiłku Dominik stwierdził, że zna fajne i ustronne miejsce z widokiem na Odrę. Rozmyślałem nad tym. Do czego potrzebował tej ustronności? Tego, aby nikt nas nie widział? Może miał coś w planach. Ciekawe tylko co, rozmyślałem.

Dotarliśmy do murowanego wału tuż nad rzeką, skąd rozciągał się obraz oświetlonych kominów miejskiej elektrowni wodnej. Dookoła porozrzucane były potłuczone butelki po piwie, do których w ciągu najbliższej godziny mieliśmy dorzucić swoje. Betonowe mury zaraz przy stromej ziemistej części, gdzie staliśmy, pokryte były masą różnorodnego graffiti.

— Nie jest ci zimno? — upewnił się popijając piwo.

— Troszeczkę.

— Przytulić Cię?

Czyli do tego potrzebne było udanie się do ustronnego miejsca. Zapewne, gdybyśmy zrobili to wśród ludzi, nie zareagowaliby entuzjazmem.

— Przytul.

Rozpiął płaszcz, który tego dnia szary i schował mnie pod nim, obejmując całego. Staliśmy tak kilkanaście minut, a ja rozkoszowałem się zapachem nie tylko jego perfum, ale i perfekcyjnie wypranej świeżej odzieży.

Znienacka odchylił mnie do przodu i pocałował w usta, od razu wkładając cały język.

Nasze dłonie, które zajęte były wędrowaniem po górnych częściach naszych ubrań, błyskawicznie znalazły się na tyłkach.

— Mogę ogrzać sobie tam ręce? — zażartował nie wyciągając dłoni spod mojej bielizny.

— Czym chata bogata — odwzajemniłem uśmiechem robiąc dokładnie to samo.

Miał niesamowicie gładką i jedwabistą skórę. Nie tylko tam, ale również i na twarzy.

— I jak, oglądałeś ten half-time show z Madonną? — zapytał ponownie.

— Oglądałem, nic się nie zmieniło od ostatniej rozmowy.

— I co myślisz?

— Fajnie, artystycznie. Spoko.

— Phi. Ona już powinna zejść ze sceny. Żałosne jest to, że na siłę próbuje zatrzymać czas i lansować się na młodych piosenkarzach. Przecież nikt jej nie słucha — wywrócił oczami.

— Ja jej słucham. Pięćdziesiąt dwa lata nie oznaczają od razu trumny — od zawsze byłem przeciwnikiem ageizmu. Nie pojmowałem wiekowej dyskryminacji. Ba, od zawsze wolałem starszych od siebie. Czasami może za bardzo.

— Rozumiem, że ty wolisz Rihannę i Lady Gagę? — śmiałem się, obserwując jego irytację.

— Oczywiście. Lady Gaga jest wspaniała. Jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Rozumiesz? — wykrzyczał.

— Wyluzuj, to nie jest coś o co warto się kłócić — zdziwiłem się, jak łatwo wpadł w złość.

— Jak przyjedziesz do mnie to pokażę ci koncert.

— Nie dzięki — wciąłem mu się w słowo. Nie chciałem oglądać koncertów. Chciałem przyrodzenia i czułości. Chciałem go całować. I zjeść “darmowy posiłek”.

Za kilka dni zaprosił mnie do siebie na sobotni wieczór z filmem i „czymś smacznym”. Byłem podekscytowany tym, co smacznego mogę otrzymać, mając cichą nadzieję, że będzie to on, podany na tacy. Po drodze kupiłem wino — najdroższe, jakie mogłem, za całe osiemnaście złotych — i dojechałem na miejsce.

Droga była dosyć długa, bo Dominik mieszkał na drugim końcu miasta. Stwierdził, że nie uda mu się do mnie dołączyć, abym bezpiecznie trafił na miejsce, ponieważ był zajęty siedzeniem ze swoimi współlokatorami, których trójkę miałem poznać tego wieczoru. Byli sympatyczni, zabawni i otwarci na tak zwaną różnorodność.

Jednej osobie nie powiedział o swojej orientacji; ale jak się okazało z biegiem czasu — wiedziała od samego początku.

Podobało mi się uczucie, że nie muszę udawać, że mogę być sobą, zachowując przy tym kulturę osobistą. Wszak nie znałem ani tego towarzystwa, ani nawet samego Dominika. Ale wiedzieli jaki jestem, że jestem inny niż reszta społeczeństwa i bez problemu podali mi rękę na przywitanie.

— To co, może włączymy koncert? — zaproponował z entuzjazmem.

Widząc jego rozanieloną minę i mając na uwadze, że negatywna odpowiedź mogłaby go zniechęcić, pokiwałem głową.

Przez dwie godziny obejrzałem dwa koncerty. Pierwszy puszczony był z oryginalnej płyty DVD, a drugi tuż koło ucha. Siedziałem na łóżku, oparty o ścianę, i rozglądałem się po pokoju. Na ścianie wisiał gigantyczny plakat Lady Gagi — tuż nad biurko-stolikiem, na którym stał telewizor; natomiast zaraz przy drzwiach, pod dużym lustrem, znajdowała się komoda, na blacie której stało kilka buteleczek perfum oraz bordowe, świąteczne pudełko z tajemniczą zawartością. Może tam trzyma prezerwatywy? — kombinowałem, popijając wino.

Moje libido kipiało, a on sam, niezwykle podniecający i atrakcyjny, nie ułatwiał mi powstrzymywania myśli dotyczących seksu.

Po chwili jego stopa znalazła się na moim udzie, a sam Dominik wpatrzony w moje krocze, delikatnie przesuwał ją ku środkowi.

— Co robisz? — zapytałem obserwując co robi.

— Nic. Tak sobie kładę — kokietował.

Nie miałem wielkiego doświadczenia w seksualnych gierkach. Nie wiedziałem, jak się zachować, aby nie być nachalnym. Dominik znał się na tym chyba lepiej niż ja.

Chwile później złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie stronę, co zaowocowało soczystym trwającym kilka minut pocałunkiem.

Czułem, jak rośnie „ciśnienie” — u mnie i u niego.

— Chyba pora spać, co? — zasugerował chyba, że czas na mnie.

— Całkiem możliwe, że tak.

— Wpadniesz jutro? — całował mnie po szyi.

— Mogę — oznajmiłem.

Tym razem musiałem obejść się smakiem.

Spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu. Nie tylko u niego w mieszkaniu, ale też na mieście. U siebie nie miałem warunków. Mieszkanie — pokój z aneksem kuchennym plus oddzielna sypialnia z dwoma łóżkami, dzielona z Marysią, z którą stanowiliśmy już świętą „dwójcę”, i Basią — wspólną koleżanką z czasów szkolnych, dosyć specyficzną i głośną, ale niegroźną.

Miesiąc później byliśmy już oficjalnie “razem”. Następnie, wprowadziłem się do jednego z pokoi, który zwolnił ich poprzedni współlokator, parę dni wcześniej.

Sielanka. Idylla. Oficjalnie figurowaliśmy jako współlokatorzy, zwłaszcza wobec koleżanki w pokoju obok, która udawała że nie wie o naszej orientacji. Która zresztą pozostawała dla mnie w pewnym stopniu zagadką. To znaczy wątpiłem, że jestem homo, tylko nie byłem pewien, jaka rzeczywiście jest. Była trudna do odczytania.

Rzadko korzystałem z łóżka w swoim pokoju. Co noc zakradaliśmy się do siebie i po wszystkim spaliśmy wtuleni w nasze rozgrzane z miłości ciała.

Lato spędziliśmy beztrosko, chociaż dogadywaliśmy się nieco gorzej niż na początku. Charakter Dominika był twardym orzechem do zgryzienia, a jego zaborczość, wybuchowość i styl życia, z dnia na dzień coraz bardziej mi przeszkadzały.

Nie raz i nie dwa rozmawialiśmy o tym, że może powinien iść do pracy, aby zdobyć trochę doświadczenia zawodowego, tym samym odciążając rodziców, od których co rusz żądał nowego przelewu. A miał przecież dwie sprawne ręce, bynajmniej nieskore do roboty.

Któregoś wieczoru umówiliśmy się z jego przyjaciółmi na tak zwany night-out. Spotkaliśmy się w centrum, w mało znanym lokalu, którego ściany pokrywały artystyczne bohomazy. Od razu było widać, że to miejsce bardziej undergroundowe niż modne — zresztą świadczyła o tym też liczba gości, czyli dokładnie… zero poza nami. Speluna, jasne. Ale taka swojska, przyjemna speluna.

Spędziliśmy tam parę godzin, jednak zauważyłem, że tego dnia Dominik nie ma dobrego humoru. Wszystko robił jakby na siłę. Nie miał inicjatywy ani najmniejszej chęci do podejmowania jakiejkolwiek rozmowy. Był grymaśny i nieprzerwanie przewracał oczami, co doprowadzało mnie do szału. Czułem się jak na wakacjach z pięcioletnim, rozpuszczonym dzieckiem, które wszczyna płaczliwą awanturę za brak pozwolenia do grania na automatach.

— Odpierdol się! — krzyknął, kiedy chciałem zapytać o jego samopoczucie.

— Możesz mi powiedzieć co się dzieje i dlaczego zachowujesz się jak ćwok? — Zirytowany zażądałem wyjaśnień, widząc, że Dominik jest coraz bardziej zły.

— Bo mnie wkurwiasz. Proste? — stwierdził.

Gabi, jego koleżanka, zdecydowała, że pora iść do domu. Zresztą była już prawie piąta nad ranem, niebo robiło się coraz jaśniejsze, a ptaki rozpoczęły swój koncert.

— Dotrzecie bezpiecznie? — zaniepokoiła się.

— Musimy. W kontakcie. — Próbowałem dogonić Dominika, który postawił na indywidualizm i poszedł sam w kierunku przystanku tramwajowego.

Całą drogę jechaliśmy bez słowa. Siedziałem tuż za nim, ale ani razu nie odwrócił się w moją stronę. Tego wieczoru nie piłem wiele i dolegało mi jedynie zmęczenie. Zmęczenie jeżdżeniem na uczelnię do innego miasta w weekendy, pracą pięć dni w tygodniu i znoszeniem fochów dwudziestojednoletniego faceta.

Gdy wysiedliśmy z tramwaju, szliśmy kilka metrów od siebie, a ja wciąż nie miałem pojęcia, co jest powodem złości Dominika, która wydawała się narastać z minuty na minutę.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, dzień zaczął się już na dobre a mój chłopak zdecydował się na konfrontację.

— Zadowolony jesteś z siebie? — wykrzyczał intensywnie gestykulując dłońmi.

— Dominik, po pierwsze nie drzyj się, jest piąta rano. Po drugie, dlaczego miałbym być z siebie zadowolony?

— A po trzecie zamknij ryj — kopnął w śmietnik.

— Dobra, chcesz to baw się sam, ja idę do domu spać. — Zbliżyłem się do drzwi klatki, szukając klucza w kieszeni spodni.

Niespodziewanie otrzymałem uderzenie pięścią prosto w kręgosłup, połączone z popchnięciem w kierunku drzwi. Nie byłem na to przygotowany — na powtórkę z rozrywki. Na to, że całe dotychczasowe życie, byłem świadkiem rękoczynów, a teraz miałem znów skończyć jako ofiara. Nie mogłem sobie na to pozwolić.

Odepchnąłem go najmocniej jak się dało, aż uderzył łokciem o ścianę wiaty przy wejściu,

Szarpnął mnie za bluzę, pchając na drewnianą część konstrukcji; przez ostre krawędzie rozciąłem palec ręki tak głęboko, że krew poplamiła chodnik a także moje spodnie, buty i godność.

— Jesteś… popierdolony! — krzyknąłem.

Przerwała nam Paula, która wybiegła, gdy usłyszała przez okno, co się dzieje. Mieszkaliśmy na parterze.

Następnych parę dni traktowaliśmy się jak powietrze. Codziennie mijałem ślady krwi, które tuż przy wejściu witały wchodzących do klatki i żywiłem głęboką nadzieję, że pozdrawiają także Dominika.

Nasza relacja stawała się coraz bardziej toksyczna. Mijały miesiące, a my raz po raz kłóciliśmy się ogniście, by zaraz potem uprawiać intensywny seks, który odgrywał rolę plastra. Tyle że to nie zmniejszało coraz większej przepaści emocjonalnej między nami. Wspólne noce stawały się rzadkością, każdy z nas znikał z mieszkania bez słowa, a praktycznie prowadziliśmy dwa osobne życia.

— Dostałem zaproszenie na urodziny do znajomych. Paula już zapowiedziała, że zabierzemy ze sobą „kolegę”, ale nie czuj się zobowiązany — zawitał do mojego pokoju bez pukania, za to z niechęcią i obojętnością.

— O, a do kogo?

— No mówię przecież, że do znajomych, głuchy jesteś? — spojrzał w górę i zatrzasnął za sobą drzwi.

Miałem wrażenie, że straciliśmy umiejętność prowadzenia normalnych konwersacji. Zawsze pojawiał się jakiś problem; Dominik nieustannie przewracał oczami, co doprowadzało mnie do szału. Każdą moją wypowiedź traktował jako atak, przed którym koniecznie musiał się bronić. Nie rozumiałem jego zachowania i tego skąd wzięło się w nim tyle agresji.

Zajęty był jedynie sobą i telefonem — wpatrzony w niego godzinami, zaciekle odpisywał na wiadomości, co wydawało mi się podejrzane.


Sobota wieczór.

Skromna, prosta i czarna bluzka z trzema guzikami na dekolcie, wisiała wyprasowana już na drzwiczkach białej szafy przy wejściu. I może trochę na złość Dominikowi — zdecydowałem się w końcu przyjąć to zaproszenie.

— Aha. Whatever — burknął, przy rozmowie kilka godzin wcześniej. Był to jedyny moment, kiedy zamieniliśmy ze sobą choć słowo.

Dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że te zapowiadane urodziny, zlokalizowane były dosłownie dwa bloki dalej.

— Cześć, Grażka — powitała mnie mojego wzrostu dziewczyna, wyciągając dłoń.

— Cześć, Mateusz. Czyli to Ty jesteś jubilatką?

— Tak! 22 lata, pora umierać — zaśmiała się ze swojego dziwacznego żartu.

Tuż po urodzinowym toaście, czterech shootach wódki, zdecydowałem się zaczerpnąć świeżego powietrza.

Stojąc na balkonie i popalając papierosa, patrzyłem w gwiazdy, które swoją intensywnością górowały nad blaskiem latarni otaczających podwórko. Gwiazdy. Ach, Przemek. Zawsze mi go przypominały, niezależnie od miejsca i okazji.

Rozmyślałem też nad tym, jak znalazłem się w tym punkcie swojego życia. Uciekając od jednej przemocy, trafiłem na drugą, tym razem wymierzoną bezpośrednio we mnie. Czy to już rodzinna tradycja — ta umiejętność zamiatania brudów pod dywan i udawanie, że wszystko jest dobrze? „Potknęłam się” dudniło w mojej lekko pijanej głowie.

— Można? — Grażka również potrzebowała chwili oddechu.

— Jasne. Jezu, co to za fajki? — pokazałem palcem na papierosy zakończone filtrem imitującym zebrę.

— Co? A te, ruskie. Pięć złotych za paczkę, więc wiesz. — Pociągnęła dymka.

— Nad czym tak rozmyślasz? — spytała.

— Nad różnymi rzeczami.

Gadaliśmy dobrą godzinę. Rozmowy, o wszystkim i o niczym, szły nam tak dobrze, że gdyby nie dobijający się do balkonowych drzwi Dominik, spędzilibyśmy tak i następną.

Zaraz po powrocie do domu, gdzie po drodze zahaczyliśmy o kilka klubów, leżąc sam na łóżku, przez chwile wróciłem do przemyśleń z „Grażkowego” balkonu, które co rusz przerywały mi dźwięki wibrującego telefonu, tuż za ścianą.

Następnego dnia otrzymałem niespodziewane zaproszenie.

— Hej, tu Sandra. Co powiesz na małe piwko w Creatorze dzisiaj? Moglibyśmy dokończyć rozmowę, którą przerwał nam twój współlokator — taką wiadomość odebrałem następnego dnia.

— Hej. Sandra? O mamo, cały wieczór myślałem, że masz na imię Grażka. Wybacz. Jasne, nie mam planów — uśmiechnąłem się do określenia „współlokator”.

— Grażka to moja ksywa. Nie pytaj… Zatem do zobaczenia!

Cztery godziny później, skupieni na rozmowie, siedzieliśmy w osiedlowym pubie, który w sumie był także restauracją i kręgielnią, a częściowo również marketem, apteką, drogerią i sklepem z wystrojem wnętrz.

— Nie wiem co zrobić z tym człowiekiem… — powiedziałem zrezygnowanym głosem.

— To znaczy z kim? — zdziwiła się.

— No z Dominikiem. Wkurwia mnie niemiłosiernie. Na razie to wytrzymuję, ale mam wrażenie, że niedługo się jednak rozstaniemy.

— A, to wy… ok — westchnęła

Mina Sandry, nie tyle co zniechęcona, ile rozczarowana, dała mi do zrozumienia, że przypuszczalnie „Grażka” nie należy do grona otwartych na różnorodność seksualną osób. Zastanawiałem się, czy uraziłem ją tym, co przed chwilą powiedziałem. Oboje zatem odegraliśmy oscarowe role, sympatycznie się uściskaliśmy na pożegnanie i wróciliśmy do swoich domów.

Dominika nie było, za to pozostała po nim chmura perfum, unoszącą się tuż przy drzwiach jego pokoju.

Zdecydowałem, że pójdę do sklepu, ale trochę dalej, żeby nadrobić ruch i wywietrzyć z siebie alkohol wypity z panią nietolerancyjną — choć samo słowo „tolerancja” działało na mnie jak płachta na byka.

Wracając, tuż po drugiej stronie ulicy dostrzegłem na ławce czerwony punkt. Siedział przy innym, niebieskim punkcie — oba skierowane ku sobie. Nie no… nie, nie, nie chciałem popadać w skrajność. Tłumaczyłem sobie, że przecież to nie jest jedyna czerwona kurtka w mieście.

Tuż po zamknięciu wejściowych drzwi, otworzyłem dużą szafę, która stała w drugim przedpokoju. Pozostał jedynie wieszak.

Tego wieczoru, chłopiec w czerwonej kurtce, udał się na wieczorny spacer po parku z tajemniczym osobnikiem. I również tej nocy, po jego powrocie, słychać było wibracyjny koncert przychodzących wiadomości.

Następnego ranka siedzieliśmy w kuchni z herbatą i ciszą.

— Widziałem cię wczoraj — powiedziałem głośno.

— No i? — Dominik dalej palił papierosa, opierając się o kuchenny parapet.

— Widziałem cię z kimś.

— No i?

— No i nic — pokiwałem głową nie widząc ani szansy, ani sensu wyjaśnienia, kim był ten facet.

— No i właśnie. Ty też sobie wyszedłeś, chuj wie z kim — krzyknął Dominik.

— Byłem na piwie z Sandrą. Na piwie w lokalu, a nie na ławce w parku późnym wieczorem. Z a tego co mi wiadomo, to Sandra, w przeciwieństwie do twojego kolegi nie posiada kutasa. — Wyszedłem z kuchni, trzaskając drzwiami od pokoju.

Wieczór spędziłem sam, oglądając durne filmy w telewizji. Dominik, ponownie wyperfumowany, wyszedł. Wrócił bardzo późno, najwyraźniej pod wpływem alkoholu, co podkreślił bełkoczącym szeptem — zapewne rozmawiał przez telefon. Zaiste, stęsknił się za kolegą w niebieskiej kurtce.

— Co powiesz na spacer po parku? — napisała Sandra następnego ranka.

— Jesteś pewna, że chcesz się ze mną zadawać? — zapytałem zaskoczony propozycją.

— No jasne. Może wieczorem?

Włóczyliśmy się alejką. Wśród drzew i zachodzącego słońca, mijając pamiętną ławkę, na której przesiadywał Dominik ze swoim nowym znajomym. Z początku nie poruszaliśmy tematu poprzedniego spotkania, które oboje zakończyliśmy ze skwaszonymi minami. Opowiedziała mi o swoim byłym facecie, którego podejrzewała o to, że jest gejem. Byli ze sobą kilka miesięcy, jeszcze za czasów szkolnych, jednak ten lubował się w poligamii i umawiał na boku z innymi dziewczynami.

— Jak się dowiedziałam, która to laska, od razu umówiłam się z nią, żeby wyjaśnić, czy w ogóle wie o moim istnieniu. I ta nie miała o tym bladego pojęcia — dodała, zapalając swojego „zebrowego” papierosa.

— I co, spotkałyście się?

— Oczywiście. W tym parku. Na tamtej ławce — wskazała tę moją, ulubioną. — Spotkałyśmy, ale bez jakiś większych awantur. I zrobiłyśmy myk. Umówiłyśmy się z nim w tym samym czasie, w tym samym miejscu. I przyszedł! — Owa ławka posiadała chyba jakieś magiczne moce przyciągania.

— Rozumiem, że zrobiłyście podwójne uderzenie? — zaśmiałem się z kuriozalności tej sytuacji.

— Nie do końca. Najpierw byłam ja, a ona doszła jako gratis, po jakiś dziesięciu minutach.

— Jego mina musiała być bezcenna.

— Była. Oj była. Finalnie skończyło się tak, że obie kopnęłyśmy go w dupę, a same poszłyśmy na piwo — mimo że się śmiała widziałem, że nie było to dla niej łatwe. Odpalała kolejnego papierosa patrząc przed siebie błędnym i szklistym wzrokiem. — Poza tym, on chyba jest biseksualny, albo może nawet gejem. Albe sam nie wie czego chce — dodała po chwili.

— Skąd taka myśl? — zapytałem zaciekawiony.

— Plotki chodzą po osiedlu — uniosła ostentacyjnie brwi i popatrzyła w moją stronę.

Mijając kolejne świecące już bursztynowym światłem latarnie, wyłożyłem kawę na ławę i zapytałem, czy dlatego ma uraz do odmiennej orientacji, której jeszcze nie byłem aż taki pewny.

— Co? Boże, nie! — wybuchła śmiechem. — Mateusz, ja nic nie mam do gejów. Mam mnóstwo takich kumpli, chodzę po klubach dla homo i zawsze zajebiście się tam bawię. Zresztą, mnie samą ciekawi, jak to jest uprawiać seks z kobietą — skwitowała.

Poczułem ulgę. Mimo, że widzieliśmy się dopiero trzeci raz, to od razu czułem, że nadajemy na podobnych falach. Przynajmniej, jeśli chodzi o to, czego chcielibyśmy od życia — akceptacji innych.

— Zresztą… Nie no, nieważne — Sandra nie przestawała chichotać pod nosem.

— No mów. Pochwal się co cię tak bawi?

— Mateusz! Wtedy, kilka dni temu… Ja cię zaprosiłam na randkę! Myślałam, że w końcu poznałam fajnego, inteligentnego faceta, co prawda trochę niższego niż bym chciała, ale co tam. A ty mi wypierdalasz, że jesteś w związku z Dominikiem. Jaka minę miałam zrobić? — rżeliśmy następnych piętnaście minut, a nietolerancyjna Sandra straciła swój przydomek.

Po powrocie do pustego domu, wygodnie rozłożyłem się na łóżku i zasnąłem. Po jakimś czasie obudził mnie Dominik, który postanowił uciąć sobie ze mną mały chit-chat.

Stwierdził, że nasze mijanie się bez słowa, czy złośliwe odpowiadanie sobie na pytania nie mają najmniejszego sensu i nadeszła pora, aby wyjaśnić sobie parę rzeczy. Nie miałem pojęcia, skąd u niego taki zwrot i jaki jest jego prawdziwy zamiar, biorąc pod uwagę, że był nieobliczalny.

— No dobra, jestem. Powiedz mi, co ci dolega i o co chodzi.

Dominik kucnął obok mojego łóżka, z bardzo pewną siebie miną, sugerującą, że cały ten ambaras to moja sprawka. — Jesteś zły o to, że Marcel wczoraj tutaj spał? — dodał.

Moje ciało zastygło. Patrzyłem na niego, na tę bezczelną twarz, na makiaweliczny uśmieszek. Jakim sposobem mógł z tak niesamowitą lekkością oznajmić mi, że wczorajsze szepty, które słyszałem w nocy, były skierowane do jakiegoś gamonia.

— Żartujesz sobie?

— Nie. Nie mam ochoty na żarciki. Lepiej, jak się dowiesz o tym ode mnie. Jestem szczery, a czy nie o to chodzi w związku? — odparł.

Próbowałem podejść do tego w miarę konstruktywnie, przypuszczając, że jego celem jest wyprowadzenie mnie z równowagi przez wbijanie kolejnych szpileczek. Niestety wyglądało na to, że Dominik nie kłamie — nie tylko emanował pewnością siebie, ale też zawsze, kiedy mijał się z prawdą, wykonywał pewien szczególny gest: odchylał kark lekko do tyłu, a jego oczy zastygły bez mrugania.

— Chcesz wiedzieć, czy się bzykaliśmy? Nie. Nie bzykaliśmy się. Ale przytulaliśmy — wstał, a ja razem z nim. Patrzyliśmy sobie w twarze. — No, może ciut więcej, niż przytulanie.

— Uważasz, że to jest normalne zachowanie? Sprowadzanie jakiś obcych typów i spanie z nimi w łóżku, gdzie chwilę temu się obaj tam leżeliśmy? — podniosłem głos, czując, że jednak Dominik powoli wyprowadza mnie z równowagi.

— Po pierwsze, nie tym tonem, po drugie chwilę temu? Nie, Mateusz. Chwilę temu, to ja się tam jebałem — dodał z szyderczym uśmiechem, zaprzeczając wcześniejszym słowom.

Mikrosekundę później, kiedy jego słowa zderzyły się z moim umysłem, utraciłem wypracowywaną przez lata kontrolę nad emocjami. Próbowałem wyrzucić go z pokoju, łapiąc za koszulkę i po prostu wypychając za drzwi. Jednak Dominik zdecydował się urozmaicić nasz pojedynek ciosem plastikową lampką nocną — kilka sekund później wylądowała na mojej głowie. Potem była pięść, która z całej siły uderzyła mnie w skroń. Ściana, od której odbiło się moje ciało. I różnorodne epitety, które musiały dosięgnąć moich uszu, niedawno poddanych plastycznej korekcji małżowin.

Przestaliśmy. On z naderwanym uchem i podartą koszulką, ja z podbitym okiem i siniakami. Dla mnie był to emocjonalny koniec; przekroczenie wszelkich, możliwych granic.

Doszedłem do momentu, kiedy musiałem się wycofać, spakować swoje szpargały i odejść. Z doświadczenia wiedziałem, że przemoc do niczego nie prowadzi, że jeśli ktoś raz podniesie na kogoś rękę, to zrobi to i drugi raz. Ludzie się nie zmieniają, przybierają jedynie maski, które po jakimś czasie, mimo prób udawania, opadają z impetem, odsłaniając tę samą co wcześniej agresywną twarz.

Tydzień później, wróciwszy na stare śmieci, siedziałem już z Marią na balkonie.

Po jakimś czasie próbowaliśmy z Dominikiem wrócić do naszej relacji, na innych warunkach, jednak skończyło się podobnie — również z dodatkowym kolegą. Tym razem był to przyjaciel samego Marcela, który pewnego wieczoru postanowił wysłać mi wiadomość, próbując wyjaśnić to, co zaszło między nim a Dominikiem. Następnie, już na żywo, usprawiedliwiał się, że nie wiedział o moim istnieniu.

Sam Dominik, niczym bumerang, przez lata powracał, wymyślając to co rusz to nowe powody, aby nawiązać ze mną kontakt. Prawie za każdym razem spotykał się z ostrą odmową, bo nie życzyłem sobie kolejnego rozczarowania.


Któregoś czwartkowego, późno lipcowego wieczoru, wracając do domu tramwajem linii osiem, wpatrywałem się w mijające mnie świetlne smugi, które lśniły coraz to mocniej wraz z zachodzącym słońcem. Pojazd był praktycznie pusty, co nie przeszkodziło dosiąść się do mnie wysokiemu, szczupłemu mężczyźnie z granatowym plecakiem.

Obserwując dalej zachód słońca przez szybę, dostrzegłem również to, co znajdowało się parę centymetrów za mną. Pewnie ze dwadzieścia.

Patrzył.

Na mnie.

Jego udo przesuwało się coraz bardziej w moją stronę. Zasadniczo jestem na takie rzeczy uczulony, szanuję cudze strefy komfortu i denerwują mnie ludzie, którzy rozkraczają się akrobatycznie, sugerując może, że pomiędzy ich nogami dynda ogromne bydlę, które zresztą na ogół okazuje się smutnym dodatkiem do całości. Jednak teraz było to na swój sposób fascynujące; mimo narastającego nacisku na moje udo, nieprzerwanie trzymałem głowę skierowaną przed siebie, obserwując to, jak ukradkiem spogląda w moją stronę.

Tuż po następnym zakręcie miałem wysiąść. Wiedziałem, że nadeszła pora, aby się odwrócić i sprawdzić czy przypadkiem ten cały ambaras, nie był tylko złudzeniem. Jednak on nadal spoglądał. Patrzył i tym przeszywającym spojrzeniem, czekoladowych oczu osłodził mi ponury dzień.

Uśmiechnął się szeroko nie otwierając ust i kiwnął głową. Odwzajemniłem się uśmiechem, okrojonym o połowę, prawie tak tajemniczo i ostrożnie jak Mona Lisa.

Wysiadłem. Po drodze chciałem zajść jeszcze po kolację. Jednak po chwili zauważyłem, że zostawiłem plecak w tramwaju. Kurwa, krzyknąłem w myślach. Humor, poprawiony czekoladowym spojrzeniem, ulotnił się i znów byłem ponury.

— To chyba twój? — odwróciłem się. Stał z moim plecakiem.

— Tak, mój. Dziękuję — uśmiechnąłem się, wpatrzony w jego uśmiech.

— Chyba nie wysiadłeś specjalnie, przeze mnie, co? — udawałem zmartwionego, zajebiście się ciesząc z tego, że nie muszę gonić tramwaju

— Nie. No może i tak. Spoko, tylko jeden przystanek wcześniej. Szkoda, żebyś później latał i szukał, ziom — odpowiedział wyluzowany.

Ziom? A to ci nowość, pomyślałem.

— No dokładnie. Super, dzięki. Ziom — wyciągnąłem pięść, aby przybić żółwika. — To może chociaż kupię ci jakieś piwo w podzięce? — zaproponowałem.

— Spoko. Ale nie piję samotnie. Sobie też kup.

Ruszyliśmy do najbliższego sklepu, gdzie kupiłem po butelce miodowego piwa.

Chwilę później rozsiedliśmy się na ławce nieopodal mojego bloku. Jak się okazało, mieszkaliśmy niedaleko siebie, dosłownie kilka ulic.

Był przystojny, typ millenialsa buntownika, mającego „wyjebane na system”, jeżdżącego na deskorolce i słuchającego reggae. Miał fajne lekko kręcone, brązowe włosy, delikatnie posmarowane odrobiną brylantyny.

— No to koleżko, ile ty masz lat? — zapytał.

Pierwszy minus. Nienawidziłem słowa „koleżka”, które często Łysy serwował podczas swoich dennych monologów.

— Dwadzieścia trzy. W tym roku cztery. Więc można powiedzieć, że dwadzieścia cztery. A ty? Ziom?

— No ja zaraz skończę równe dwadzieścia jeden.

Była to moja ulubiona liczba, określająca długość tego, co zaraz po oczach, było moją ulubioną lokalizacją na ciele mężczyzny.

Plus.

— Ej ty. Czy jesteś ten, no gejem prawda? — wyrzucił znienacka.

Minus! Odważnie i bezpośrednio, ale niesamowicie idiotycznie.

— No jestem i co z tego? — westchnąłem, nie wiedząc czego mogę się spodziewać po tym, jak potwierdziłem jego przypuszczania.

— Pytam wiesz, bo ja chyba jestem bi, ale nie wiem. Może jakbym się kiedyś przelizał z kolesiem, to bym zobaczył, jak to jest. Co myślisz?

Plus. Mimo delikatnie rynsztokowego języka i bezczelności, popartej brakiem kultury stwierdziłem, że wszystko mi jedno. Zaskoczył mnie jedynie fakt, jak bardzo był bezpośredni.

— Nie wiem, najprościej byłoby faktycznie spróbować i się przekonać. W tej kwestii sam jeszcze nie znam odpowiedzi, więc nie jestem najlepszym przykładem do udzielania rad. Ale trzeba próbować, zawsze. — Popiłem ze trzy łyki piwa czując, że wieczór dobiega końca.

Nastała grobowa cisza. Siedział wpatrzony w swój prawy bok, rzecz jasna rozkraczony, kiwając głową, jakby słuchał muzyki.

— Dobra. Czas do domu. Jutro do roboty. — Wstałem i wyciągnąłem rękę na pożegnanie.

— Ej, to cię trochę podprowadzę. I tak mam chyba po drodze — zaproponował, wstając i podciągając jeansy. Wiedział już wcześniej, w jakich rejonach mieszkam, ale nie wiem skąd.

Szliśmy w ciszy, a on nadal dziwnie kiwał głową.

— Śpiewasz sobie w głowie? — zapytałem z uśmiechem, trochę ironicznie.

— Co? Ha, nie, ale dobrą nutę dzisiaj słyszałem i sobie ją majstruję w głowie.

— Spoko loko. — Chyba rzeczywiście nadszedł czas powrotu do domu. Jeszcze chwila z czekoladowymi oczami i zacząłbym zastanawiać się nad zmianą repertuaru swojej playlisty.

— Dobra, ja idę w lewo — stanęliśmy tuż obok stacji transformatorowej nieopodal mojej klatki.

— No ja idę jeszcze prosto. Ty, może chciałbyś się pocałować?

Plus i minus. Plus za bezpośredniość i dążenie do celu. Minus, bo nie wiedziałem o co tak naprawdę chodzi. Może jednak powinienem się uczyć od niego, pomyślałem.

— Dajesz kolego — rzuciłem nonszalancko, że niby byłem cool.

Nie był to zwykły pocałunek. To był odkurzacz. Za mokry, za soczysty, za intensywny i za głęboki. Taki, który zwieńczony został liźnięciem nosa przy finale.

— No to strzałka — uśmiechnął się i poszedł prosto, zostawiając mnie z otwartymi ustami i mokrą połową twarzy.

— No pa — wydukałem i poszedłem do domu.

Kilka dni później nabrałem ochoty na karmelowe lody, które kilka godzin wcześniej przykuły moją uwagę podczas zakupów, zwłaszcza, że były w promocji. Stojąc przed sklepową zamrażarką dostrzegłem jeszcze waniliowe, z orzechami i z malinami, co znacznie utrudniło mi wybór, tym samym przedłużając wybieranie o kolejne minuty.

— Ja lubię marcepanowe, ale rzadko są. Kiedyś jadłem takie w Niemczech — usłyszałem zza pleców.

Stał i się uśmiechał. Chłopak z czekoladowymi oczami najwyraźniej również nabrał ochoty na lody, przynajmniej te na zimno.

— Nie lubię marcepanu — kurwa, czy wszyscy musieli męczyć mnie tym marcepanem?! — Może słony karmel? — zaproponowałem.

— A co, chcesz mi kupić?

— Chyba teraz twoja kolej. Ja ostatnio kupiłem piwo — zauważyłem.

— Bierz i nie marudź. Ale musisz zjeść ze mną, bo roztopią się po drodze — oznajmił.

— Dobra. Niech ci będzie — zgodziłem się, a w myślach dodałem „ziom”.

Chwilę później usiedliśmy na ławce.

— I co tam? Co majstrujesz? — zapytał zlizując topiące się łakocie z palców.

— Jem lody, jak widać — również zlizałem karmelowe pozostałości z kciuków.

— Zauważyłem.

Przez chwilę mnie obserwował. To jak jadłem i operowałem językiem, co powinno być normalną czynnością przy jedzeniu lodów; jednak przykuło jego uwagę.

— Masz plany na wieczór? — zapytał głośno.

— Nie mam.

— To cho do mnie. Grasz na Play-u?

— Nie, ale grałem na X-boxie.

Dwadzieścia minut później siedziałem na jego kanapie, a „kolega” przeglądał gry, szukając tej, którą jak twierdził — koniecznie musi mi pokazać. Nawet nie znaliśmy swoich imion, ale może i dobrze.

Wciąż intrygowała mnie jego bezpośredniość i lekkość w nawiązywaniu kontaktu. Zastanawiałem się, czy wszystkie bądź większość znajomości zawarł właśnie w taki sposób, czy może wpadłem mu w oko i postanowił wybadać teren. W sumie on sam wciąż szukał odpowiedzi na to kim jest, a praktyka czyni mistrza. W tym akurat miałem wprawę — w praktykowaniu.

— Mam! — klasnął klęcząc przed konsolą do gier — Ta gra cię rozpierdoli na części!

Dumałem, czym tak się ekscytuje. Ostatnią grą, która „rozpierdoliła” mnie na części, były Simsy, kiedy po czternastu godzinach tworzenia swojego idealnego, nietoksycznego i bogatego życia — zapomniałem ją zapisać, a komputer postanowił stracić przytomność, czemu i ja praktycznie byłem wówczas bliski. Drugą był pasjans.

— No i o co tyle krzyku?… Mario? Serio? — wybuchnąłem śmiechem. — Przecież ja w to grałem mając siedem lat.

— No ale kurwa klasyk nie? Poza tym to nowsza wersja. Zajebista gra, gramy! — podał mi pad-a i zaczęliśmy przygodę wspólnie z Mario. Przynajmniej on mógł sobie frywolnie poskakać.

Po godzinie, kolega od gier zaproponował piwo, po które poszedł do lodówki.

Na ścianach wisiała masa plakatów nieznanych mi muzyków, zapewne tych od reggae. Pokój sam w sobie był dość przytulny, jednakże niezbyt schludny. Na ziemi leżały bluzy, które wypełnione t-shirtami zajmowały niemal cały, wytarty ze starości parkiet.

— Łapaj — podał mi mocno schłodzoną, studencką Perłę.

— Z kimś mieszkasz?

— Z koleżką i kumpelą, ale pojechali na koncert do Krakowa.

Nie pytałem czyj, bo pewnie i tak nic by mi to nie powiedziało.

Czekoladowe oczy kontynuowały opowieść o współlokatorach — jak to któregoś wieczoru tak zwany „koleżka” przyniósł do mieszkania zioło, po którym zblazowani poszli do znanej burgerowni, gdzie kłócili się z obsługą, domagając się hamburgera z pierogiem zamiast kotleta.

Wypowiedź, którą chciałem rozpocząć od zabawnej — przynajmniej dla mnie opowieści z pracy, przerwał mi odkładając moją butelkę na stolik, po czym pocałował mnie delikatnie, zupełnie inaczej niż ostatnim razem. Nie było to już danie palca i zjedzenie całej ręki, a subtelne zetknięcie się warg, czego brakowało na początku. Jego dłonie natychmiast wsunęły się pod moją koszulkę, po czym rozpiął i ściągnął mi spodnie.

— Mogę? — uśmiechnął się zagryzając dolną wargę.

— Częstuj się — rzuciłem w chwili tak zwanego uniesienia, po czym odwzajemniłem się tym samym. Podobało mi się, że pomimo bajzlu panującego dookoła łóżka, dbał o higienę osobistą.

Kilkanaście minut później położyliśmy się nadzy na kołdrze i patrzyliśmy w sufit.

— I jak? Co czujesz? — zapytałem.

— Dziwny posmak — mlasnął dwa razy.

— Pytam o emocje, o odczucia wewnątrz ciebie. To był twój pierwszy raz z facetem, tak?

— Tak, pierwszy. Spoko, dziwnie, ale spoko. Przyjemnie mieć go w ustach. Trzeba się napracować — skwitował ze śmiechem.

— Nie na darmo nazywają to blow-job. To bardzo ciężka praca! — kontynuowałem żartobliwie.

Wymieniliśmy się numerami telefonów i zdecydowałem się wracać do domu. Było to jednak utrudnione, bo przytulając mnie przy wyjściu, nie chciał wypuścić. Trochę creepy, trochę urocze.

— Ale odezwiesz się nie? — Coraz mocniej ściskał moje dłonie.

— Tak, odezwę się. Jednak za chwilę będę miał problem z pisaniem, bo zmiażdżysz mi palce. W końcu udało mi się uwolnić z uścisku i wyszedłem.

„Fajne to było. Chcę Cię jutro zobaczyć jeszcze. Ok?” — otrzymałem wiadomość ledwie wychodząc z klatki. Zgodziłem się.

Niestety następnego dnia, może przez to zimne piwo, może przez lody albo jedno i drugie — moje gardło odmówiło posłuszeństwa, zmuszając mnie tym samym do przełożenia naszego spotkania na inny dzień.

— Jeśli nie chcesz się widzieć, to po prostu napisz — odpowiedział pretensjami.

— Przeziębiłem gardło i ledwo mówię. Nie zrobiłem tego specjalnie, uwierz mi.

— Ok — Zakończył kropką nienawiści.

— To może jutro? — dodał po dwóch sekundach.

— Nie wiem czy do jutra mi przejdzie. Zobaczymy. Dam znać, dobrego dnia.

Udało się dopiero trzy dni później, ponieważ moje gardło nie było skore do lepszej współpracy. Powitalny uścisk dłoni nie należał do najdelikatniejszych, a on sam prawdopodobnie miał niekorzystny biorytm.

— Proszę proszę. Koleżka w końcu łaskawie znalazł czas — rzucił szyderczo.

— Koleżka… — ledwo przeszło mi to przez gardło i to nie przez ból — … był chory. Zresztą, nadal trochę jest — oznajmiłem.

— Ta, pewnie obciągałeś pały, dlatego gardło wysiadło — rzucił niby żartem.

— Tak się składa, że trafiła się jedna, w dodatku należąca do ciebie, więc nie — Byłem pod wrażeniem. Pod wrażeniem tego, że można tak diametralnie i szybko zmienić stosunek do kogoś.

Siedzieliśmy w ciszy na „naszej” ławce. On ze skwaszoną miną, ja ze zniesmaczoną.

— Tęskniłem.

Tabletka, łagodząca ból mojego gardła, rozpuściła się w ciągu sekundy, a w głowie usłyszałem filmowy gong. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

— Jakoś tak się przywiązałem i czuję się tobą nienajedzony. Ale wiesz, tak fizycznie. — Mogłem też powiedzieć, że to nie mój plecak, pomyślałem. Mógł sobie wziąć te piętnaście złotych, które tam było.

— To miło — wydukałem po chwili.

— Mogę cię pocałować? — zapytał nachylając się.

— Nie chcę cię zarazić. Poza tym podobno obciągałem pały przez ostatnie dni — dodałem sarkastycznie.

— Czyli widziałeś się z kimś?! — zdenerwował się.

— Co? Nie, to był twój żart, który powtórzyłem. Słuchaj, jestem jeszcze przeziębiony, mam chore gardło. Nie chcę cię zarazić, poza tym są tutaj ludzie i jest widno, więc jeśli delikatnie obniżyłbyś ton wypowiedzi, to myślę, że będziemy obaj wdzięczni.

— Obaj?! Kto niby?

— No a i ty. Boże… — jak to mówią: mów do słupa, a słup jak dupa.

— Wyjebane mam na ludzi. No ale spoko. Nie chcesz to nie.

Każda jego następna odpowiedź naszpikowana była cynizmem, wygłoszona wulgarnym i wyniosłym tonem, a czekoladowe oczy patrzyły nie na mnie, tylko w przeciwną stronę. Czułem się jakbym siedział z obrażonym ośmiolatkiem, tłumacząc mu zadanie z matematyki, z której notabene sam nigdy nie byłem geniuszem.

Stwierdziłem, że nie ma sensu bawić się w kotka i myszkę, albo kto strzeli większego focha; oznajmiłem, że wracam do domu, co rzecz jasna, nie spotkało się z aprobatą mojego ławkowego kompana.

— Idź w pizdu i nadal udawaj wielce chorego — osłodził nasze pożegnanie.

— Wiesz co, ja wyleczę gardło jutro albo pojutrze. Natomiast trudniej może być z twoją głową. Dorośnij — odszedłem szybko, unikając ewentualnego publicznego linczu.

Cyk, kolejne rozczarowanie do kolekcji. Cyk, następny absztyfikant do śmiesznych wspominek. Cyk, nie tak prędko. Po kilku dniach rozpoczął się armagedon wiadomości i wyzwisk. Zacząłem oglądać się za siebie na ulicy wypatrując, czy przypadkiem mnie nie śledzi. Nie mogłem się go pozbyć. Był dosłownie wszędzie. Co rusz zakładał nowe konta na Facebooku, z których próbował nawiązać kontakt. Nie było wówczas wymogu weryfikacji profili. Wysyłał SMS-y z darmowych bramek, a nawet zostawiał liściki w skrzynce pocztowej. Nurtowało mnie, jak wyśledził mój dokładny adres.

„Nie uśmiechaj się tak, tylko weź się za robotę.” — brzmiała treść wiadomości, którą dostałem będąc w pracy. „Czy Twoi współpracownicy wiedzą, że jesteś gejem?”. Zamarłem. Nie byłem jeszcze aż tak otwarty odnośnie mojej seksualności i przejmowałem się tym, co myślą o mnie inni. Nie miałem pojęcia, jak odnaleźć się w tym całym chaosie i co robić, biorąc pod uwagę, że bezpośrednia konfrontacja może jedynie pogorszyć sytuację. Zrezygnował po około trzech tygodniach. Pewnie ze znudzenia. Chyba że była to cisza przed burzą.

Sobota wieczór. Dziewczyny wybyły na weekend w rodzinne strony, a ja postanowiłem uczcić to kilkoma kieliszkami wina za jedenaście złotych dziewięćdziesiąt dziewięć, gapiąc się na durne komedyjki w telewizji.

— Cześć. Wyglądasz na miłego — brzmiała treść wiadomości otrzymanej na jednej z aplikacji randkowych, której dźwięk powiadomienia odbił się od ścian pomieszczenia.

— Cześć. Nie mnie to oceniać — odpowiedziałem.

Na profilu nie miał zdjęcia, podał jedynie wzrost, wagę i wiek. Był bardzo wysoki, ponad metr dziewięćdziesiąt, waga w porządku, a wiek idealnie w moich widełkach — równe czterdzieści dwa lata. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zawsze ciągnęło mnie do starszych facetów. Oczywiście nie mówię o dziadkach o lasce czy pod respiratorem — raczej o tych koło czterdziestki.

— Czy możesz się pokazać? Mnie widzisz — dodałem.

Po godzinie oczekiwania wysłał zdjęcie — dość niewyraźne. Ale lepszy rydz niż nic.

Chwilę później zaproponował lemoniadę, którą mieliśmy wypić podczas spaceru następnego dnia. Tym samym zgodziłem się na spotkanie. Umówiliśmy się w jednym z parków nieopodal mojego mieszkania — na wszelki wypadek, gdybym musiał się ewakuować, ale też po to, żeby się nie nachodzić.

Czekałem na miejscu pięć minut przed czasem.

Pojawił się punktualnie. Był bardzo męski, rzeczywiście wyższy ode mnie o ponad głowę. Ciemne włosy wymieszane ze srebrnymi zaczesane były lekko w prawą stronę. Wyglądał na nieco starszego niż podał.

— Witaj. Mateusz, tak? — Wyciągnął dłoń, chwytając moją mocno i pewnie.

— Cześć. A ty to Radosław?

— To co, pospacerujemy? Tu zaraz jest kawiarnia. Możemy kupić lemoniadę — zaproponował, po czym wyruszyliśmy przed siebie.

Maszerując przed siebie opowiadaliśmy o tym, co nas spotkało przez ostatnie dni. Przemilczałem temat czekoladowych oczu i ich psychicznego właściciela, przez którego wciąż miałam ochotę oglądać się za siebie.

Kilkadziesiąt minut później, nadal siedząc w parku zdecydowałem się zadać niezręczne dla niego pytanie. Od początku mnie to zafrapowało.

— Dobrze, Radku. To, ile tak naprawdę masz lat?

— Aż tak to widać? — odpowiedział z nutą ironii.

— Zgaduj.

— Osiemdziesiąt? — uśmiechnąłem się.

— Nie, aż tyle nie. Daleko mi do pampersa.

— Czterdzieści pięć?

— Skucha.

— Czterdzieści sześć? — kontynuowałem.

— Skucha. Ale jesteś blisko.

— No tak, siedem.

— Bingo! Zuch chłopak! — Przybliżył plastikowy kubek z resztami lemoniady do toastu. — Pewnie za dużo prawda? — dodał.

— Niekoniecznie. Z wiekiem zawsze problem mają Ci, którzy mają go więcej.

— To znaczy? — zaciekawił się.

— Ja, przykładowo nie gustuję w młodszych od siebie. No tak plus minus rok, maks dwa. Starsi bowiem zawsze robią jedną rzecz — kłamią, zaniżając ostatnią cyferkę o parę poziomów, a następnie sondują odbiorcę, czy to problem. Masz zapewne masę doświadczenia, historii i wspomnień. Nie wstydź się tego, dziel się nimi — oznajmiłem na jednym wdechu. Był bardzo przystojny, toteż tym bardziej liczby nie grały pierwszoplanowej roli. Przypominał mi trochę Jona Hamma.

— Co byś chciał wiedzieć z tego mojego bagażu wspomnień, historii i doświadczenia?

— Na przykład czym się zajmowałeś przez ostatnich powiedzmy dwadzieścia pięć lat?

— Wojskiem.

— Żołnierz? — zaskoczył mnie.

— Ciut wyżej. Ale to kiedyś, może. A czym ty się zajmowałeś ostatnich dwadzieścia pięć lat, prócz dojrzewaniem?

— Przetrwaniem. Ale to kiedyś, może — odpowiedziałem z ironicznym uśmiechem, co spotkało się z aprobatą wojskowego; daliśmy sobie wzajemnie sygnał, że wszystko może się zdarzyć.

Kilka dni później pojechaliśmy rowerami nad jezioro. Nie miałem jeszcze własnego, ale Radek pożyczył mi swój zapasowy. Idealna pogoda sprzyjała podróży, a śnieżna biel naszych koszulek, pięknie się ze sobą zgrywała.

Siedząc nad brzegiem jeziora oddaliśmy się długiej, życiowej rozmowie. Co ciekawe, wiele wątków miało seksualny podtekst, do tego stopnia, że w pewnym momencie dostrzegłem w spodniach wojskowego… wzwód. Bardzo widoczny.

— Ciśnienie skoczyło? — uniosłem brwi uśmiechając się.

— Co masz na myśli? — odpowiedział również z bananem na twarzy.

Natychmiast kiwnąłem głową w stronę jego krocza, Radek lekko się speszył ale jednocześnie wydawał się dumny z tego, że to zobaczyłem. Może zastanawiał się, co teraz zrobię, czy zaproponuję „wypuszczenie smoka”, może wezmę go do ręki, a może zignoruję.

Wybrałem ostatnią metodę, bezpieczną opcję.

— Działasz na mnie — stwierdził w trakcie rozmowy o wieżowcu Sky Tower, który jak określali mieszkańcy — przypomina penisa.

— Jest mi niezmiernie miło, pułkowniku.

— No, prawie. Blisko — patrzył na mnie.

— Więc?

— Więc?

— Blisko… czego? — zapytałem.

— Kiedyś. — Zakończył natychmiast temat, przekazując mi zakupioną wcześniej bułkę z malinową konfiturą.

Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i zawróciliśmy do miasta. Po drodze zatrzymaliśmy się na „szybkie siku”. Nigdy nie byłem fanem ani pissingu (oddawania na siebie moczu), podglądania czy prezentowania tego, jak się sika. Także i tym razem odszedłem dalej, aby zachować odrobinę prywatności. Radosław za to podszedł bliżej. Kiedy skończyłem i odwróciłem się, aby wrócić do roweru, zobaczyłem wojskowego prawie w całej okazałości, dumnie stojącego z mniejszym przyjacielem w dłoni. Patrzył na mnie z figlarnym uśmiechem. Udawałem niezainteresowanego i niezgorszonego tym co widzę Nie byłbym jednak sobą, gdybym po drodze nie rzucił okiem, o co ta cała „afera”. I rzeczywiście, określenie a.k.a. mniejszy przyjaciel, nie było adekwatne do stanu rzeczy.

Dojechaliśmy do parkingu. Radek wpakował oba rowery do auta i mocno mnie uściskał na na pożegnanie.

— To był bardzo przyjemny dzień — wyszeptał do ucha.

— Domyślam się — odpowiedziałem czując nacisk w okolicach mojego pępka.

Cały następny tydzień skupiliśmy się na swoich zajęciach, odkładając kolejne spotkanie, jednak wymienialiśmy regularnie wiadomości.

W pewną słoneczną środę, tuż przed dniem wolnym, jedna ze współpracowniczek poinformowała mnie, że ktoś czeka na mnie przed kasą, chcąc złożyć reklamację na wcześniej zakupioną kurtkę. Nie był to przypadkowy klient. Zamarłem. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Stał tuż przed kasą, patrząc mi prosto w oczy swoim czekoladowym, lekko opętanym spojrzeniem, dając do zrozumienia, że jednak jeszcze nie skończył. W najbardziej formalny sposób, jak każdego klienta poprosiłem go, aby poszedł za mną na sam koniec lady.

— Rozumiem, że w mieście nie ma innych sklepów?

— Ma pan z tym jakiś problem? — żachnął ironicznie.

— Sęk w tym, że ja nie mam żadnego problemu, proszę pana — odpowiedziałem akcentując „ja” i wyciągając dłonie po rzecz, którą chciał zareklamować. — Czego dotyczy reklamacja? — dodałem.

— Rękawy są krzywo przyszyte. Kurtka jest do bani i nie spełnia moich oczekiwań, jak każda szmata w waszym sklepie — domyśliłem się, że ta metafora nie tyczy się jedynie ubrań.

— Rozumiem, że jej pan wcześniej nie przymierzył? Nie zauważył pan, że nie pasuje, a jednak ją pan zakupił licząc, że sama się do pana dostosuje? — Olimpiadę słowną uważałem za rozpoczętą.

— Myślałem, że z czasem się rozciągnie i będzie pasowała.

— Czasami myślenie, że z czasem coś, co nie pasuje, nagle zacznie pasować, jest tylko pobożnym życzeniem. Lepiej odpuścić i znaleźć taką kurtkę, która od razu będzie na pana miarę.

Patrzyłem mu prosto w oczy. Widząc, że się miota, szukając w głowie zdania do „kontrataku”, kontynuowałem: — Rozumiem, że mimo wszystko chce pan złożyć reklamację? Muszę od razu poinformować, że zostanie ona automatycznie odrzucona z powodu braku skaz. A samo niedopasowanie nie jest skazą, z powodu której można mieć roszczenia.

Przez chwilę patrzył na mnie zdziwiony, zagryzając zęby, a jego twarz nabrała niemal bordowego koloru.

— Mógłbym teraz krzyknąć — wydukał.

— Krzycz. Krzycz do woli. To z siebie zrobisz idiotę. Bo jestem gejem? To chcesz krzyknąć? Proszę bardzo. Włączyć ci sklepowy megafon?

— Uważaj — wyrwał kurtkę i wyszedł ze sklepu.

Zachodziłem w głowę, skąd w nim tyle pogardy, oporu i mściwości. Spotkaliśmy się dosłownie ze dwa, trzy razy, a strach pomyśleć, co mogłoby się zdarzyć później.

Zaraz po pracy napisałem do Radosława z prośbą o poradę. Chciałem dowiedzieć się, jak w wojsku radził sobie z niesubordynacją ustalając, że zobaczymy się jeszcze tego samego dnia, wieczorem.

Spotkaliśmy się w barze pod tak zwanym „nasypem”, przez wierzchołek którego biegła główna linia kolejowa Wrocławia. Tuż po zamówieniu dwóch lokalnych, kraftowych browarów opowiedziałem Radosławowi całą historię związaną z psychicznymi oczami.

— Nie znasz nawet jego imienia? Dzieciaku… — pokiwał głową. — To jak na niego mówiłeś?

— Czekoladowe oczy. A potem psychiczno-czekoladowe — zakończyłem sztucznym, sarkastycznym uśmiechem.

— A na mnie jak mówisz?

— Twoje imię akurat znam.

— Ale nie mam jakiejś ksywy?

— Inspektor Kot? — wybuchłem śmiechem.

— Widać, że nie byłeś w wojsku — dopił piwo i zamówił kolejne.

— Miałeś jakieś przygody w trakcie pracy? Z innymi mężczyznami? Jeśli można to w ogóle nazwać przygodą — zapytałem.

— Przygodą niekoniecznie, ale uczuciem prędzej. Dokładnie dwadzieścia lat temu — urwał na moment, jakby wrócił myślami do tamtych czasów, delikatnie przesuwając palcem po rancie kufla. — Wtedy o homoseksualności się nie mówiło. Jasne, istniała, ale była kompletnie niewidzialna: ani w filmach, ani w książkach, szczególnie tu, u nas — w PRL. Wschód Europy od zawsze ma wyjątkowy talent do wypierania wszystkiego, co choć trochę odbiega od tego, co ma się w domu, w łóżku… albo w sercu. Nie będę wchodził w szczegóły. To było inne życie. Ja byłem młodszy, a on… on jeszcze żył.

— Irak?

— Blisko. Odejmij „i”.

— Przykro mi.

— Życie. To było wielkie uczucie. Większe od wszystkiego. Ale… Wracając do tych twoich pojebanych oczu…

Dostrzegłem, że jest smutny. Najwyraźniej choć schował rozpacz bardzo głęboko, to jednak przebijała się, wydostawała przez drobne pęknięcia w jego emocjonalnej zbroi. W końcu był tylko człowiekiem, jak każdy, bez względu na życiową ścieżkę.

Radosław zadeklarował, że mi pomoże, cokolwiek miał na myśli. Miałem go informować.

Wieczór zakończyliśmy w jego miejskim mieszkaniu. Miał jeszcze dom, jednak kilkanaście kilometrów od Wrocławia; spędzał w nim większość czasu. Z wrocławskiego lokum korzystał, kiedy musiał i jak stwierdził — w celach gościnnych.

Domowe pielesze, rodem mieszanki PRL-u i nowoczesności nie wyglądały na często odwiedzane. Boazeria pamiętająca stan wojenny Jaruzelskiego, popularna wówczas lakierowana meblościanka, stojąca wzdłuż ściany dużego pokoju i rozciągająca się do samego okna. Okna przyodzianego w babcine, krochmalone firanki. Kanapa była nowa.

— Spanie musi być wygodne. Spanie i takie tam inne, miłe czynności — zażartował, kiedy wskazałem na kontrastowość wyposażenia.

Rozsiedliśmy się na wersalce, popijając zakupione wcześniej browary i kontynuowaliśmy „życiową” rozmowę.

— Byłeś kiedyś z kobietą? Nie wiem, miałeś żonę, dzieci? — spytałem.

— Tak. Byłem z kobietą prawie piętnaście lat. Nie wzięliśmy ślubu, dzieci brak.

— Nie było to zaskakujące w waszych czasach? Nie zrozum mnie źle — dodałem niepewnie.

— Było, bo przecież każdy miał przynajmniej jedno dziecko, ale z biegiem lat stało się bardziej zrozumiałe, że ludzie chcą robić karierę, a nie dzieciaki. U mnie istniała pewnego rodzaju „dupochronka” w postaci wojska i braku czasu. Była też druga strona medalu: mogłem zrobić dziecko i wyjechać do pracy. Ale nie chciałem. Nie miałem instynktu ani potrzeby, tak samo jak Basia. Basia była światowa, chciała zwiedzać kontynenty, skosztować każdej kuchni, skorzystać z każdego środka transportu. Sama też nie była skora do żeniaczki, o co rodzina miała pretensje, w pracy też się jej czepiali. Kobieta bez dzieci? Coś z nią nie tak albo „nie potrafi utrzymać przy sobie chłopa”. Dlatego nie braliśmy ślubu. Rozwód kosztowałby za dużo emocjonalnej waluty.

— Macie kontakt?

— Sporadycznie. Ale jak jest we Wrocławiu to zabieram ją na obiad i lampkę wina.

— A gdzie mieszka?

— W Wiedniu.

Widać było, że darzy ją sympatią i cieszy się, że Basia ułożyła sobie życie po swojemu. Dzieci wciąż nie miała. Jak podobno twierdziła — „to co mogłabym wydać na pieluchy i czesne na studia, mogę wydać na bilet lotniczy do Argentyny i dwutygodniowy pobyt.”

— Chciałbym cię pocałować. Mogę? — przysunął się.

Był to nasz pierwszy pocałunek. Po nim zażartował, czy przypadkiem nie smakuje formaliną sugerując, że jest za stary. Odpowiedziałem równie żartobliwie, sugerując zatkanie czymś ust, aby mniej gadał.

Spędziliśmy ze sobą całą noc. Był niezwykle czuły, co równie mocno jak znajdujące się wokół meble — kontrastowało z wojskowymi naleciałościami, reprymendami i zdecydowaniem. Był to jeden z najbardziej męskich i namiętnych stosunków, jakie odbyłem. Bo jak zakładał sam Dmowski — „Seks homoseksualny jest bardziej męski niż zwykły seks, bo dotyczy dwóch mężczyzn”. Nie zawsze szło to w parze, lecz tym razem było to idealne potwierdzenie tego twierdzenia.

Dwa dni później nastąpił powrót syna marnotrawnego. „Pojebane oczy” zdecydował, że ponownie zawita do mojej pracy. Domyśliłem się, że robi to specjalnie, zwłaszcza że musi dojechać kilka kilometrów do mojego sklepu, choć w pobliżu ma parę innych. Postanowiłem skorzystać z propozycji pułkownika Radosława i zaproponowałem chłopakowi spotkanie w celu wyjaśnienia, rozmowy, czegokolwiek, byle skończyć cały ten cyrk. Bezproblemowo przystał na propozycję.

Pan Radosław zaproponował, że to załatwi. Nie wiedziałem do końca, co miał na myśli. Czy może chciał go grzecznie poprosić o pozostawienie mnie w spokoju, a może porachować kości? Okazało się, że po prostu pojawił się w wyznaczonym miejscu zamiast mnie. Byłem spokojny i dość zadowolony z tego, że wziął sprawy w swoje ręce. Kto by odmówił dwumetrowemu wojskowemu, z prawie trzydziestoletnim doświadczeniem zawodowym?

— Masz spokój. Nie ma za co. Wisisz mi loda — napisał w wiadomości. — A, i ma na imię Konstanty. Nie dziwi mnie, że się nie przedstawił.

— Nie wierzę. Co mu powiedziałeś? Co do loda, nie musisz mi mówić dwa razy. — Poczułem niesamowitą ulgę. Wierzyłem mu na słowo. Z całą pewnością, wojskowy nie puszczał słów w wiatr, a Konstanty ulotnił się na dobre.

Relacja z Panem Radosławem była interesująca nie tylko dlatego, że „łóżkowo” było nam bardzo dobrze, ale również ze względu na ciekawe opowieści. Polityczne opowieści. Przez niemal trzydzieści lat służby, od kiedy osiągnął wysoką rangę, poznał wielu znakomitych i mniej znakomitych „uczestników” polskiej sceny politycznej.

— Nie będę cię zarzucał szczegółami, ale pamiętaj, że ten, który najgłośniej szczeka… — skwitował.

Uwierzyłem na słowo. Nieraz słyszałem opowieści i widziałem gości undergroundowych klubów, którzy na co dzień propagowali „zdrowe i tradycyjne” rodziny, pokazując się z żonami na wielkomiejskich billboardach. Za to w wyżej wspomnianych lokalach spotkać ich można było w skórzanych maskach, wypiętych i poszukujących tak zwanego bolca. Hipokryzja jest pierwszorzędna, ale i bardzo wygodna. Ba, niektórzy z nich nadal „szczekają”.

— A’ propos „zapłaty”. Co robisz w piątek? Jak pracujesz? — dopytywał.

— Wolne do samego wtorku.

— To zabieram cię pod Wrocław. Dom będzie wygodniejszy, z dala od miejskiego zgiełku. Zrobimy grilla.

I tak było. Przyjechał po mnie, a następnie udaliśmy się do oddalonej o około dwudziestu kilometrów od Wrocławia miejscowości, gdzie stała jego hacjenda. Hacjenda imponujących rozmiarów, otoczona wysokim żywopłotem, z ogrodem wypełnionym po brzegi papierówkami i antonówkami.

— Weźmiesz sobie trochę do domu, bo nie mam co z nimi zrobić. Upieczesz mi coś.

— Zrób wino! — zaśmiałem się.

— Z jabłek? Oszalał no.

— Teraz wino można zrobić ze wszystkiego — stwierdziłem w drodze do wejścia.

Wnętrze tego olbrzymiego domu było równie imponujące jak fasada. Jednak dość ponure. Ciemnobrązowe, masywne meble, w tym skórzane kanapy oświetlane były słonecznym światłem dochodzącym zza wysokich, salonowych okien, a kuchenna wyspa dookoła otoczona była wielkimi, kremowymi kaflami. Trochę rustykalnie, trochę rodem rodziny Addamsów.

Radosław zaproponował, że zacznie przygotowania do odpalenia grilla, a mnie przydzielił do mycia warzyw. Potem jednak zauważył, że musi podjechać do pobliskiego sklepu po parę rzeczy, o których wcześniej zapomniał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 59.99