E-book
15.75
drukowana A5
43.08
drukowana A5
Kolorowa
68.94
Pomyliem droge ale dobrze trafilem

Bezpłatny fragment - Pomyliem droge ale dobrze trafilem

Opowieść (nie) zwyczajna o tym, jak się zgubić, żeby siebie odnaleźć


Objętość:
200 str.
ISBN:
978-83-8440-550-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.08
drukowana A5
Kolorowa
za 68.94

Prolog

Jeśli życie to książka, to moje przypomina gruby zeszyt z pokreślonymi marginesami, plamami od kiełbasy, zakładkami z paragonów i komentarzami na boku typu „tu uważać!”. Niektóre strony są wyrwane, inne poklejone taśmą, jeszcze inne mają ślady łez, śmiechu albo czarnego smaru z kopalni. Jedne zapisane równym pismem, inne bazgrane w biegu — jakby ktoś pisał je w trakcie ucieczki. Ale wszystkie — do bólu prawdziwe.

Nie jestem ani świętym, ani bohaterem. Jestem facetem, który potrafi zedrzeć sobie dłonie do krwi, żeby coś zbudować — a potem spojrzeć na to z ukosa, podrapać się po głowie i zaśmiać, że krzywo, ale stoi. Bo tak wygląda życie: trochę pochyłe, trochę na słowo honoru, ale własnoręczne. Jestem ojcem, mężem, byłym górnikiem — trochę wynalazcą, trochę marzycielem, czasem nawet filozofem z łopatą. A przede wszystkim — niepoprawnym optymistą. I choć ten optymizm nieraz kończy się czkawką, to bez niego cała ta historia nie miałaby smaku.

Zapisuję to wszystko nie po to, żeby się chwalić. Piszę, bo może ktoś, kto weźmie ten zeszyt do ręki, znajdzie w nim kawałek siebie — między plamą po smalcu a zapisem o porannej zmianie. Może się uśmiechnie, może pokiwa głową, może się zaduma. A może po prostu pomyśli: „kurczę, ja też tak miałem” — i już nie będzie czuł się taki sam.

A jeśli nie — trudno. Przynajmniej moje wnuki będą miały co czytać w zimowe wieczory.

Zaczynamy?

Przygórze — tam, gdzie chłopiec uczył się świata

Przygórze. Nazwa, która dla wielu brzmiała jak zapomniany przystanek, ale dla mnie była początkiem wszystkiego. Miejsce, gdzie każdy zakręt drogi znałem lepiej niż podwórko, a każda kępa trawy mogła być bazą, skarbem albo kryjówką. Położone w dolinie potoku Piekielnica, u stóp Gór Sowich — to nie była martwa geografia, to był żywy krajobraz mojego dzieciństwa.

Tam nie było pośpiechu — nawet zegary tykały spokojniej, jakby szanowały ciszę poranków. Życie, choć twarde i niełatwe, miało sens wypalony w codzienności: w wodziance i w uśmiechu sąsiadki, która dała ci jabłko, bo widziała, że głodny.


To była wieś, gdzie nie pytano: „Co robisz?”, tylko: „Zjadłbyś coś?”.


Gdzie dzień zaczynał się zapachem dymu z pieca, a kończył ciszą przerywaną skrzypieniem drzwi i rechotem żab z rowu. To było moje miejsce. Mój świat. Moje Przygórze — jak pierwszy wers wiersza, którego nigdy nie zapomnę.

1. Poranki w Przygórzu

Każdego ranka budziły mnie zapach dymu z pieców węglowych i dźwięki, które dziś nazwalibyśmy hałasem przemysłowym — stukanie wiader, syczenie czajników, pokrzykiwania z podwórka. Wtedy to wszystko było po prostu melodią codzienności.

Zimą śnieg skrzypiał pod butami jak stary gramofon, a latem słońce paliło twarz, kiedy biegliśmy boso po trawie, rywalizując, kto pierwszy wskoczy do potoku. Piekielnica szemrała nieprzerwanie, czasem łagodnie jak bajka, a czasem wartko jak plotka niesiona przez sąsiadkę.

Dla mnie to był głos miejsca, które oddychało własnym rytmem. To właśnie tam, w Przygórzu, po raz pierwszy zrozumiałem, co znaczy przynależeć — nie tylko do miejsca, ale do ludzi, którzy tworzyli z tej wsi wspólnotę, rodzinę, świat.

Wieś miała swoją surową poezję — żadnych alejek wysypanych żwirem, tylko droga, która raz przypominała rozmoknięte pole, a raz twardy szlak między kamieniami. Choć trzeba dodać sprawiedliwie — mieliśmy też asfalt, przynajmniej na kawałku.

I właśnie tam, na tej górce asfaltowej, uczyłem się jeździć na rowerze. Zjeżdżanie w dół było jak lot bez skrzydeł — szybko, wietrznie i z sercem w gardle. Potem przyszedł czas na komarka, czyli motorower. Nogi miałem jeszcze za krótkie, ledwo sięgały do ziemi, ale to nie powstrzymało mnie przed jazdą.

Pamiętam, jak pewnego dnia wróciłem nim do domu, cały z siebie dumny — a mama prawie zemdlała z przerażenia. Tata nie miał na to żadnego wpływu, jakby mówił: „No i masz swojego kierowcę”.

To błoto wiosną przyklejało się do butów jak wspomnienia,

których nie da się zrzucić.

A mimo to — ta droga zawsze prowadziła tam, gdzie trzeba: do ludzi, do sąsiadów, do domu. Pachniało węglem, gotowanymi ziemniakami, czasem świeżo upieczonym chlebem, który kusił z kuchennego parapetu. Ludzie nie mieli wiele, ale mieli siebie. A to „niewiele” potrafiło grzać serce skuteczniej niż wszystkie kaloryfery świata — bo ciepło sąsiada znaczyło więcej niż jakiekolwiek rachunki za prąd.

2. Dom rodzinny — poniemiecka szkoła

Dom rodzinny? To była stara, poniemiecka szkoła, przekształcona w kilka mieszkań. Na rogu budynku tkwił duży, wkopany w ziemię kamień — wtedy wydawał mi się po prostu ciekawostką. Dopiero po latach dowiedziałem się, że był to dawny sposób radzenia sobie z ciekami wodnymi — kamień działał jak odgromnik i zabezpieczenie.

My zajmowaliśmy maleńką kawalerkę. Mieszkałem tam z siostrą i rodzicami, a później, tuż przed przeprowadzką do Słupca, urodził się brat i zrobiło się nas jeszcze więcej. Wtedy już nawet powietrze musiało się przeciskać między łóżkami.

Pamiętam każdy kąt tego miejsca — skrzypiące podłogi, zimne ściany, zaparowane szyby w oknach i kaflowy piec, który trzeba było rozpalać bladym świtem. Ten piec był sercem domu — bez niego nie było życia, nie było herbaty, nie było ciepłej zupy.

A jednak to właśnie w tym ciasnym kącie świata czuliśmy się naprawdę razem — jak rodzina złożona z ciepła, zapachu drewna i pary z kubka.

3. Mama — serce domu

Mama, zawsze w fartuchu, potrafiła wyczarować obiad, który każdego dnia smakował inaczej. Nie byliśmy biedni, bo mama dbała, żeby zawsze był świeży posiłek — ryby mieliśmy pod dostatkiem, a halibut często gościł na stole jak król na uczcie.

Poza tym mama pilnowała, żeby obiady były treściwe i mięsne — bo ojciec pracował na kopalni, musiał mieć siłę, a ona o to dbała jak generał o swoją armię.

Jej kuchnia nie była tylko miejscem gotowania — to był teatr, w którym główną rolę grały zapachy, stukot łyżki o rant garnka i serce wkładane w każdą potrawę. Po takim obiedzie człowiek czuł się jak książę — nie z powodu porcji, ale smaku i ciepła.

Pamiętam, jak stałem obok, kiedy mieszała zupę — unosząca się para otulała twarz, a mama nuciła pod nosem melodie, które znała jeszcze jej matka. Czasem z błyskiem nostalgii w oku, jakby tam, w tym garnku, mieszała wspomnienia z dzieciństwa.

Miała swój rytuał — najpierw mieszała w garnku, potem przykrywała wszystko ściereczką, jakby dawała daniu czas, by nabrało charakteru i duszy.

4. Wodzanka — zupa dla biednych

O wodziance powiedziała mamie pani Pogodowa — wiedziały tylko tyle, że to zupa dla biednych, ale bardzo dobra: woda, czosnek, suchy chleb i słonina. Spróbowały raz, z ciekawości, a przepis wzięły od sąsiada, który był Ślązakiem i mawiał: „To najlepsze, co zostało po biedzie”.

Ugotowały — i smak okazał się niepowtarzalny. Prosty, a zarazem głęboki, jak wspomnienie. Tym bardziej, że można było przyprawić ją do woli: jedni sypali pieprzu, inni cebuli, a mama lubiła dodać trochę majeranku.

Od tamtej pory mama od czasu do czasu gotowała wodziankę —

i choć była skromna, smakowała jak dom.

Choć niepozorna, ta zupa stała się symbolem domowego ciepła, które pamiętam do dziś.

5. Przy kuchennym stole

Najlepsze były jednak chwile przy kuchennym stole. Ja i siostra śmialiśmy się, walcząc o ostatnie ziemniaki, aż widelec czasem zgrzytał o talerz, a mama tylko kręciła głową z uśmiechem i dolewała sosu, jakby mówiła: „Niech mają, póki się cieszą.”

To tam padały najważniejsze pytania dnia: „Jak było w szkole?”, „Widziałeś sąsiada z tym nowym rowerem?”, „Kiedy znowu będą naleśniki?”

Czasem ojciec coś palnął, zwykle półżartem, jakby chciał rozruszać atmosferę — a mama tylko rzucała mu spojrzenie pełne cierpliwej pobłażliwości — to była ich cicha gra.

— A może by tak jutro rybkę na obiad? — rzucił kiedyś ojciec znad talerza, z miną, jakby właśnie zaproponował misję na Marsa.

— A może by tak jutro ty zrobił zakupy? — odpowiedziała mama słodko, nie przerywając mieszania sosu.

Siostra aż zakrztusiła się ziemniakiem, a ja próbowałem nie parsknąć śmiechem do zupy. Ojciec tylko chrząknął i zanurzył się z powrotem w kotlecie, jakby szukał tam odpowiedzi na życie.

Mama, nawet jeśli miała dość, odpowiadała zawsze z tą samą łagodnością, która pachniała tym, co właśnie wyjęła z pieca.

6. Mama — autorytet bez krzyku

Mama była surowa — wystarczyło jedno spojrzenie spod brwi, a już wiedzieliśmy, że lepiej nie próbować granic. Ale jednocześnie była naszą przyjaciółką i powierniczką — można było do niej przyjść z każdą sprawą, nawet tą najbardziej wstydliwą.

Nigdy nie podniosła na mnie ręki, nie musiała. Wystarczyło jedno jej słowo, jedno spojrzenie i człowiek czuł, jakby całe powietrze w pokoju się zatrzymało.


Miała ten rodzaj autorytetu, który nie potrzebował krzyku —

cichy, pewny, głęboki jak studnia, do której wracało się po radę.

7. Ojciec — ciężka ręka i piwo

Tym, który egzekwował dyscyplinę fizycznie, był ojciec — człowiek o ciężkiej ręce i jeszcze cięższym spojrzeniu. Pamiętam wiele razy, gdy dostawałem od niego porządne lanie, czasem nawet za błahostki, jak nieodstawiona szklanka czy rozlana herbata.

Był poważny z natury, jego twarz rzadko rozjaśniał uśmiech, choć miał jeden — ten ironiczny, który zwiastował kłopoty. Zawsze pachniał piwem — nieodpychająco, raczej jakby był chodzącą reklamą browaru z lat osiemdziesiątych.

Patrzył tak, że człowiek stawał na baczność — bez komendy, bez rozkazu, tylko siłą spojrzenia, które mówiło: „Jeszcze jeden numer i testujesz grawitację z lotu ptaka.”

Ojciec przemykał — zawsze czymś zajęty. Był też piwoszem, choć nie tym z memów o pilotach i kapciach. Dla niego piwo było jak rytuał — po pracy.

Ale kiedy w grę wchodziły wędki, potrafił rzucić wszystko. Sprawdzał, czy lina do wędki nie przetarła się od ostatniego połowu, czy robaki mają świeże podłoże, czy żyłka nie splątała się od ubiegłej soboty. Uwielbiał wędkować — to była jego odskocznia, jego osobisty azyl i sposób na spokój.

8. Pani Pogoda — ciocia z piętra

Na piętrze naszego domu mieszkała sąsiadka — kobieta serdeczna, pogodna, z oczami jak dwa jeziora spokoju i kuchnią, która pachniała na całą klatkę schodową. Nawet jak drzwi były zamknięte, człowiek wiedział, co dziś u niej na obiad.

A że mieszkał tam też mój rówieśnik Michał — syn pani Pogody — to i często bywałem na tych schodach, stukających jak werbel pod moimi dziecięcymi krokami.

Z Michałem bawiliśmy się w czołgi, wojny, budowaliśmy bazy z koców i krzeseł, a zimą rzucaliśmy się śnieżkami z taką zawziętością, jakby od tego zależały losy świata. A kiedy nadchodziła pora obiadowa — sąsiadka, jak zegarek szwajcarski, zawsze miała gotową propozycję:

— Robert, zostań na obiadek, mam pyszne pierożki, ciepłe, jeszcze parują!

I choć serce rwało się do talerza, a nozdrza wariowały od zapachu smażonej cebulki, ja odpowiadałem z uporem godnym rycerza zakonu dziecięcej lojalności:

— Dziękuję, sąsiadko, ale mama też dziś robi pierogi.

To był mój talizman, moje zaklęcie. Mimo że w brzuchu grała symfonia głodu, a dusza aż się wyciągała do talerza. Wracałem do domu z nadzieją… i — o cudzie — pierogi faktycznie czekały.

„Nie zjem u obcych, mamo”

Dopiero po latach wyszło, że ta magia miała całkiem ziemskie źródło. Mama dobrze wiedziała, że nie lubię jeść „u obcych”, że jako dzieciak miałem swoje dziwactwa, swoją małą dumę i wierność domowym zwyczajom.

Sąsiadka też wiedziała — i zamiast na siłę przekonywać mnie do zjedzenia obiadu u niej, przynosiła go do nas. Dawała mamie cichaczem, jakby to było coś więcej niż jedzenie — jakby to było przymierze matek, troski i zrozumienia.

I tak jadłem obiad u siebie, a jednak od niej. Tylko talerz był inny — smak tej serdeczności pozostawał ten sam.

Zresztą pani Pogoda — bo tak naprawdę się nazywała — była kimś więcej niż sąsiadką. To była taka nasza ciocia z piętra. Z Michałem mówiliśmy o niej „Pani Pogodna”, bo zawsze była uśmiechnięta, jakby słońce mieszkało u niej w kuchni.

Gdy rodziców nie było w domu, opiekowała się nami. Bez wielkich słów, bez obowiązku — po prostu była. Obecna, cicha, jak latarnia, która nie świeci po oczach, ale pokazuje drogę.

9. Pierwszy telewizor i trójkolorowa folia

Pamiętam też, jak pojawiły się pierwsze telewizory. To było wydarzenie — nie tyle technologiczne, co towarzyskie. Telewizor czarno-biały, wielki jak pół szafy, z pokrętłami, które trzeba było obracać jak sejf.

W tamtych czasach nie było jeszcze pełnego programu — wszystko zaczynało się dopiero po południu, a ramówka była jak msza: stała i niezmienna. Ale my czekaliśmy tylko na jedno — na naszą dobranockę o dziewiętnastej.

To był święty czas. Gdy z ekranu dochodziły dźwięki czołówki, wszystko milkło. My — mali rycerze Przygórza — siadaliśmy jak na komendę. Nawet pies sąsiadów przestawał szczekać.

Pani Pogoda siadała z nami, czasem z robótką w ręku, czasem z herbatą. A my patrzyliśmy w ten ekran, jakby miał nas przenieść w inny świat. I przenosił.

I choć koloru tam nie było — my widzieliśmy wszystko: niebieskie niebo, czerwone czapeczki bohaterów, zielone drzewa. Bo przecież wyobraźnia dzieci nie potrzebuje pikseli. Wystarczy, że ktoś jest obok i że bajka się zaczyna.

Pewnego dnia u pani Pogody wydarzył się mały cud techniki. Pojawiła się… folia. Tak, specjalna trójkolorowa folia: niebieska na górze, czerwona pośrodku i zielona na dole. Zawisła na ekranie telewizora jak magiczny filtr rzeczywistości.

I nagle — świat stał się kolorowy. Spikerka w telewizji była co prawda nieco trójdzielna — miała głowę w niebie, twarz w ogniu, a ramiona wśród trawy — ale to nic! To był kolor, Robek, kolor!

Bajki oglądane przez tę folię miały swój dziwaczny urok. Żwirek i Muchomorek, Jaś i Balbina — wszystko to, choć przebarwione i nie do końca naturalne, miało w sobie magię. A piosenki z tych bajek, mimo upływu tylu lat, nadal grają mi w głowie.

To był nasz pierwszy kolorowy świat.

I nikt nam tego nie odbierze.

10. Kino nocne i koszmary

W naszym mieszkanku też był telewizor. Mały pokój, ciasno jak w wagonie sypialnym, ale swojsko. Wszyscy spaliśmy w jednym pomieszczeniu — rodzice, ja i rodzeństwo — jak sardynki w puszce, ale z miłością.

I choć przestrzeni brakowało, to był jeden moment, gdy świat stawał się ogromny — późnym wieczorem, gdy zaczynało się kino nocne. Tak właśnie nazywano ramówkę dla dorosłych, puszczaną po 22:00 — zazwyczaj westerny, czasem jakiś film przygodowy, rzadziej coś romantycznego.

Rodzice byli wtedy jak strażnicy w świątyni — czuwali, żebyśmy nie podglądali. Bo to nie były bajki — to był świat dorosłych.

— Macie spać! — mówił tata z powagą. — To nie jest dla dzieci.

Ale my, mali spryciarze, znajdowaliśmy sposoby. Udawaliśmy, że śpimy, z głową pod kocem, z jednym okiem przez szparę. Czasem ktoś wysunął się niby po wodę, niby do kuchni zrobić siku — a kątem oka zerkał, co tam na ekranie: czy Clint Eastwood znowu mierzy do bandyty, czy może słychać charakterystyczny świst westernowej harmonijki.

— Widziałeś? Strzelił mu kapelusz! — szepnęła Ania z ekscytacją, chwytając mnie za rękę, a potem błyskawicznie schowała się pod kołdrę jak pod namiotem.

— Cicho, bo mama usłyszy! — syknąłem.

Nie wszystko rozumieliśmy, ale czuliśmy, że to było coś wyjątkowego. Coś zakazanego, a przez to jeszcze bardziej kuszącego. I dlatego te chwile zostały z nami na zawsze.

Tych wieczorów było wiele. Czasem, gdy już naprawdę zasypiałem, dopadały mnie koszmary. Budziłem się zlany potem, ściskając kołdrę jak linę ratunkową. Mama wtedy siadała obok i mówiła łagodnie:

— Pomódl się, Robert. Pomodlimy się razem.

I modliłem się. Ale nie o aniołki czy sen bez strachów. Modliłem się, żeby zamiast potworów, duchów czy złych ludzi śnili mi się kowboje. Żeby Clint Eastwood albo Szeryf z Teksasu w galopie przegonili wszystko, co złe.

— Panie Boże… proszę… niech tej nocy przyśni mi się Dziki Zachód.

I często się udawało.

11. Pani Izdebska — babcia z koglem-moglem

I jeszcze sąsiadka — starsza, bardzo otyła pani Izdebska w czarnej chustce, którą wszyscy traktowaliśmy jak babcię. Miała dłonie jak papier ścierny, ale gesty miękkie jak puch, a w oczach coś pomiędzy troską a żartem.

Pamiętam, jak siadała przy nas na niskim stołeczku, a jej ręce, choć szorstkie i spękane od lat pracy, potrafiły gładzić włosy z delikatnością, jakiej nie spodziewałbyś się po takich dłoniach.

Czasem, kiedy podawała mi łyżeczkę z kogiel-mogel, jej palce ledwo muskały moją dłoń — czułem wtedy, że jestem bezpieczny, jakby sama obecność tej starszej pani chroniła mnie przed całym światem.

To ona serwowała nam kogiel-mogiel — żółty, słodki cud, który rozjaśniał nawet najbardziej pochmurny dzień. Czasem mieszała go w miseczce, czasem prosto w szklance, z łyżką cukru i szczyptą czegoś, co dziś nazwałbym miłością — tej domowej, prawdziwej, niewypowiedzianej.

Gdy unosiłem szklankę do ust, słyszałem cichy stuk łyżeczki o szkło i czułem zapach wanilii, który unosił się niczym wspomnienie ciepła. Obok mnie siedziały inne dzieci, z błyskiem w oczach i śmiechem w gardle.

„Słońce w szklance”

Jedno z nich zawsze mówiło, że ten kogiel-mogiel to „słońce w szklance”, a drugie krzywiło się teatralnie, jakby to był eliksir czarownicy. Wystarczała jedna łyżeczka, by świat znów nabierał kolorów — jakby ktoś wyłączył szarość i włączył lato.

Sąsiadka Izdebska była tak otyła, że zejście z pierwszego piętra na dół było dla niej nie lada wyzwaniem — dlatego też, gdy już usiadła na ławeczce, nie kwapiła się z powrotem na górę. Zostawała tam godzinami, jakby wrosła w ten stołeczek. Obserwowała życie, komentowała je pod nosem, a jej obecność stała się dla nas czymś stałym jak dzwony w kościele.

— Patrzcie, znowu tam siedzi — rzucił Michał, wskazując głową w jej stronę. — Zrobi ktoś zakład, że dziś znów będzie kogiel-mogiel?

To był smak dzieciństwa — prosty, ciepły i magiczny. Jak tamto życie — niełatwe, ale pełne czułości, której się nie tłumaczyło, tylko czuło. Tego dziś najbardziej brakuje: obecności bez słów, czasu bez pośpiechu, gestów bez planu.

Ona po prostu była. Siadała z lekkim sapnięciem, dotykała ramienia i podawała łyżkę — jakby mówiła: „Jestem tu. I to wystarczy.”

Arek — echo, które nie milknie

Arek Dąbrowski — imię zwyczajne, ale u nas, na podwórku, znaczyło więcej niż niejedna pieśń ludowa. Nie był ani nauczycielem, ani księdzem, ani kimś, kogo zapraszano na oficjalne uroczystości. Arek był chłopakiem z bloku — z tego samego co my — ale kiedy wchodził na podwórko, cisza zapadała jak po dzwonie.

Wyższy od nas o głowę, zawsze w tej samej, przetartej kurtce i zaciągniętych trampkach, które słyszało się zanim się go zobaczyło. Twarz miał jak wykuta z kamienia — nie tyle twardą, co niewzruszoną. W jego spojrzeniu było coś, co sprawiało, że człowiek prostował plecy i przestawał gadać głupoty.

Nie groził, nie krzyczał — wystarczyło, że spojrzał. I już wiedziałeś, że nie warto kombinować.


Arek nie był liderem z wyboru — był liderem z natury.


Jakby urodził się z niewidzialną gwiazdą kaprala na ramieniu. Nie biegał za piłką jak inni, nie wdawał się w pyskówki. On ustalał zasady, których nikt nie ośmielił się złamać. Nie dlatego, że się go baliśmy — bo nie. My go szanowaliśmy. A to coś zupełnie innego.

1. Słowa, które zostawiały ślad

Nie mówił wiele, ale kiedy już coś powiedział — to zostawało z tobą na długo. Słowa Arka miały ciężar — nie jak kamienie, ale jak gwoździe, które wbijały się w pamięć. Gdy ktoś z nas zawiódł, nie krzyczał. Patrzył. I to wystarczyło, by człowiek chciał się cofnąć w czasie i zrobić wszystko inaczej.

Nie było wiadomo, skąd znał tyle rzeczy. Jak związać węzeł, gdzie zrobić pułapkę na ptaki, jak rozpoznać ślad lisa od psa. Arek miał wiedzę, której nikt go nie uczył — jakby ją odziedziczył po dziadkach, których nie pamiętał, albo wyczytał z kory drzew.

Zimą palił ogniska tak, że dym nie gryzł w oczy. Latem potrafił znaleźć wodę w miejscu, gdzie wszyscy widzieli tylko piach. Gdy ktoś miał problem — szedł do Arka. Nie po rozwiązanie. Po obecność. Bo Arek był jak stara brzoza przy drodze — nie odgradzał, nie wskazywał, ale trwał. I to wystarczało.

Niektórzy mówili, że był trudny. Że miał charakter jak sierpniowy wiatr — porywczy, nieprzewidywalny. Ale my wiedzieliśmy, że w tym wietrze był też spokój. Że jego cisza to nie obojętność, tylko sposób, by nie przeszkadzać światu. Bo Arek nie chciał rządzić — po prostu nie umiał być nikim.

2. Nikt nie wiedział, jak żył

Jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak naprawdę żył Arek. Dla nas był jak duch podwórka — zawsze obecny, zawsze gotowy. Ale nikt z nas nie wiedział, co działo się, gdy wracał do pustego mieszkania. Nie pytaliśmy, bo dzieci nie pytają — one po prostu są.

Rodzice nie byli zadowoleni, że trzymamy się starszego chłopaka z opinią rozrabiaki. Bali się, że przez niego zbłądzimy i trafimy na złą drogę — może nawet do poprawczaka albo na komisariat.

Mówili: „Trzymaj się z dala od tego Arka”, a my — jak to dzieci — słuchaliśmy jednym uchem, a drugim wypuszczaliśmy.

Tylko z nami — dzieciakami z bloku — miał taką więź.

To było coś więcej niż koleżeństwo.

Nasza relacja była wyjątkowa, bo wszystko, co dorosłym wydawało się złe — nam imponowało. Myśleliśmy, że jak Arek może, to i my też. Ale tak nie było. On sam wiedział, że musi być dla nas surowy. Że nie możemy iść jego śladem, że nie będziemy powtarzać jego błędów.

Choć nie mówił tego wprost, to jego postawa jasno to wyrażała — chronił nas przed sobą samym.

3. Pancerz i człowiek

Tylko przy nas pozwalał sobie na cień uśmiechu, żart rzucany spod byka, krótkie mrugnięcie oka. Dorośli widzieli w nim tylko to, co chcieli widzieć — drobnego złodziejaszka, łobuza z podwórka, co to podpali papierosa, komuś coś zwędzi i czmychnie za róg.

Starsi wzdychali na jego widok, nauczyciele machali ręką, sąsiedzi patrzyli spode łba. Ale my widzieliśmy coś, czego oni nie potrafili dostrzec. Dla nas ta jego złość nie była wybrykiem — była pancerzem. A za tym pancerzem był chłopak, który dźwigał więcej, niż powinien.

Nie traktowaliśmy go jak bohatera ani jak przewodnika. Był po prostu obok — jak głaz, który nie mówi, ale daje oparcie, gdy wszystko inne się trzęsie. Jego obecność nie była krzykliwa, nie była też proszona — ale działała. I to wystarczało, by świat choć na chwilę wydawał się prostszy, mniej poplątany, bardziej znośny.

Arek wyjął papierosa i, patrząc prosto w oczy Michałowi, wyciągnął go w jego stronę.

— Chcesz? — zapytał.

Michał, jak zwykle szybki w słowach, odpowiedział bez zastanowienia:

— Jasne.

Wtedy Arek pacnął go otwartą dłonią w tył głowy.

— Nigdy. Nie pozwolę ci palić. Nie jesteś mną.

Michał spojrzał w ziemię.

— Myślałem, że skoro ty… to ja też mogę.

— Właśnie dlatego nie możesz. Ktoś z nas musi mieć czyste ręce.

I Michał nie zapalił już nigdy — przynajmniej przy Arku.

4. Baliśmy się go i podziwialiśmy

Baliśmy się go — tak, trochę tak. Ale jeszcze bardziej go podziwialiśmy. Bo był inny. Silniejszy. Mądrzejszy. Nie próbował się przypodobać — i może właśnie dlatego był dla nas kimś więcej.

Wiedział, że ma nad nami wpływ i korzystał z niego ostrożnie, ale stanowczo. Unikał rozmów z naszymi rodzicami jak ognia — jakby ich świat był mu obcy, niechciany. Spotykał się z nami ukradkiem, przy lasku, za garażami, tam, gdzie wzrok dorosłych nie sięgał.

Wszyscy jednak wiedzieli, że Arek trzyma nas krótko. I wiedzieli też, że żadne zakazy, żadne kazania nic nie zmienią — bo i tak ciągnęło nas do niego. Jak igły do magnesu. Bo przy nim czuliśmy się ważni. Widziani. I, paradoksalnie, bezpieczni — nawet jeśli to on był tym, przed którym ostrzegali nas dorośli.

5. Dzień, który zmienił wszystko — objazdowe kino

Aż przyszedł ten dzień — dzień, który zapamiętaliśmy wszyscy. We wsi pojawiło się objazdowe kino. Samochód — Żuk, który ledwo się toczył — zatrzymał się przy świetlicy. Dwóch facetów z torbami jak z westernu zaczęło rozstawiać sprzęt: krzesła, prześcieradło na ścianie, projektor warczący jak traktor po zimie.

— Ej, naprawdę będzie King Kong? — zapytał Michał, nie mogąc usiedzieć w miejscu.

— Tak, King Kong! Najnowszy hit! — odpowiedział ktoś z kolejki z błyskiem w oku.

— Człowieku, to nie żadna ramota. To potwór na ekranie, co się na Empire State wspina!

Śmialiśmy się, bo ten dzień był jak święto. Ludzie wychodzili z domów jak na procesję. Pachniało kurzem i świeżością naraz. Zasiedliśmy na twardych krzesłach, światło zaczęło przygasać, projektor popierdywał obietnicą magii…

I wtedy drzwi huknęły.

Wpadł Michał, zziajany jak po gonitwie z psem sąsiada:

— Arek! — wykrztusił.

Nie trzeba było nic więcej. A jednak — dziś, po latach — wiem, że coś było. Coś w oczach Michała. Bo tylko on wiedział, dlaczego Arek nas wzywa. Tylko on znał szczegóły.

My — nie chcieliśmy iść. King Kong był zapowiadany od tygodni, plakat wisiał przy sklepie, temat numer jeden na przerwach i pod trzepakiem.

Ale Michał się nie zatrzymał.

Zawołał tylko: „Arek!” i już wiedzieliśmy,

że nie ma odwrotu.

Popatrzyliśmy po sobie i bez słowa wstaliśmy z krzeseł. Po prostu wyszliśmy.

— No gdzie wy?! Film się zaczyna! — zawołała pani z biblioteki, wychylając się zza drzwi ze ściereczką w dłoni i wyraźnie zirytowaną miną.

Kiedy zniknęliśmy za drzwiami, tylko westchnęła i wróciła do sali. Kino mogło poczekać. Arek nie.

6. Odkrycie — wejście do jaskini

Pobiegliśmy za nim na skraj wsi. Tam, gdzie las zaczynał się od zakazów. Ale prawdę mówiąc — nie bardzo nam się chciało. King Kong był zapowiadany od tygodni, wszyscy o nim mówili, nawet starsi komentowali, że warto zobaczyć ten film.

Ja sam bardzo chciałem zostać. Już widziałem tę scenę, jak potwór wspina się na wieżowiec z blondynką w ręku. Pachniało przygodą — ale tą filmową, bez błota i siniaków. I gdyby nie to jedno słowo — Arek — to może bym został.

Ale nie można było zignorować jego imienia. Gdy je słyszeliśmy, wstęga lojalności zaciskała się nam wokół serca i nóg. Więc choć niechętnie, choć z westchnieniem, ruszyliśmy. Bo Arek nie wołał bez powodu.

— Tam. — wskazał na wąskie wejście w ziemi. — To jest wejście. Trzeba sprawdzić, co tam jest. Nie bójcie się — jestem z wami. Jak coś, to pomogę.

Wejście było wąskie — tak wąskie, że trzeba było się przeciskać bokiem. Weszliśmy razem z Michałem jako pierwsi. O tym miejscu słyszeliśmy wszyscy wcześniej — opowieści krążyły po podwórkach i szkolnych korytarzach. Mówiono, że to pozostałości po wojnie. Że ziemia może się zapaść, że są tam tunele, których nikt nie kontroluje. Starsi ostrzegali, by tam nie chodzić. Miejsce zakazane.

Arek też o tym wiedział. Ale się nie bał. Nie dlatego nie zaglądał wcześniej — po prostu samo wejście było ciasne, trudne do sforsowania w pojedynkę. Teraz byliśmy tu razem. I to robiło różnicę.

7. Schodzenie w głąb

Po kilku metrach tunel się poszerzał. Ściany zrobiły się bardziej wilgotne, ale też gładkie — jakby ktoś je kiedyś ręcznie obrobił. Idąc dalej, zauważyliśmy coś nietypowego — pionowy szyb w dół, na oko dwa metry. W skale wykute były stopnie — nierówne, ale wystarczające, by zejść bez liny.

Zeszliśmy ostrożnie, jeden po drugim, w milczeniu.

Latarka rzucała długi cień na ściany, które pachniały stęchlizną i kurzem sprzed dekad. Na dole odchodziły dwa tunele, oba wykute w skale. Jeden z nich kończył się po kilkunastu metrach — zawalony. Kamienie, ziemia i cisza.

Drugi był krótki, jakby ktoś go dopiero zaczął drążyć i przerwał. Może miał dziesięć metrów. Zakończony ślepym końcem, ale idealny na bazę — wystarczająco głęboki, żeby się ukryć, i wystarczająco mały, żeby czuć się bezpiecznie.

Po wyjściu opowiedzieliśmy Arkowi, co widzieliśmy w środku — żadnych skarbów, żadnych ukrytych drzwi, tylko pusta przestrzeń i trochę gruzu. Byliśmy rozczarowani. Tajemnica, która krążyła po wsi od lat, okazała się po prostu dziurą w ziemi.

— No i tyle z wielkiej przygody — sapnął Michał, strzepując błoto z kolan.

Arek uśmiechnął się kątem ust, jakby tylko na to czekał. Rozejrzał się dookoła, zmrużył oczy i powiedział:

— Tu będzie nasza jaskinia. Lepiej niż kino.

Spojrzeliśmy po sobie i wtedy zrozumieliśmy,

że on już wcześniej to wymyślił. Miał plan.

Wiedział, że to miejsce nie musi być legendarne — wystarczy, że będzie nasze. I nagle ta dziura w ziemi przestała być tylko dziurą. Stała się początkiem czegoś, co miało zostać z nami na długo.

8. Nasza baza

I miał rację. Bywaliśmy tam coraz częściej. Arek w końcu powiększył wejście, tak żeby i on mógł się tam bez problemu wcisnąć. Schodziliśmy tam zawsze razem z nim — nie pozwalał nam wchodzić samym. Ale sam… sam bywał tam regularnie.

Z każdym kolejnym zejściem widziałem, że coś się zmienia. Jakby ktoś był tu przed nami. Świeczki wypalone do końca, koc ułożony inaczej, jakieś ślady w kurzu. Wiedziałem, że to jego miejsce. Jego kryjówka.

Przynosiliśmy świeczki, latarki, stare koce. Każdy miał swój kamień do siedzenia i swoje miejsce, którego nikt inny nie ruszał. Czasem ktoś przyniósł zeszyt i rysował coś w cieniu latarki, czasem siedzieliśmy godzinę w ciszy, słuchając kapania wody z sufitu.

Były też dni, kiedy nie mówiliśmy ani słowa, a mimo to rozumieliśmy się doskonale — jakby echo tej jaskini znało nasze myśli. Tam byliśmy sobą. I choć nie było tam światła ani wygody, mieliśmy wszystko, czego wtedy potrzebowaliśmy: przestrzeń, wspólnotę i takie milczenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów.

Arek był jak starszy brat, którego nikt nam nie przydzielił. Rządził nami jak kapral, ale z sercem. Miał swój kodeks, swoje zasady. I był dla nas bohaterem.

9. Zasadzka na Arka

Potem były proce. Zrobiliśmy je sami — patyk w kształcie Y, guma z dętki, kawałek skóry. Najpierw strzelaliśmy do puszek, potem do drzew. A potem… do siebie.

— Dziś zrobimy zasadzkę — powiedział Michał z iskrą w oku. — Pokażemy mu, że też potrafimy.

— Myślisz, że się da nabrać? — zapytałem niepewnie.

— Nie musi. Wystarczy, że nas jest więcej, a on nie będzie się spodziewał — rzucił Michał z determinacją i już ustawiał stanowiska, jakby planował napad na bank, a nie dziecięcą zasadzkę z kamieniami.

Kryliśmy się za murkami, gotowi jak snajperzy z komiksów, z bijącymi sercami i dziecięcą pewnością, że dziś to my go zaskoczymy. Kamienie leciały w stronę Arka, a raczej — tam, gdzie miał być. Każdy z nas był przekonany, że tym razem to on poczuje się zdezorientowany.

— Trafiłem? — wyszeptał Paweł, wychylając się niepewnie zza rogu i mrużąc oczy, jakby samo spojrzenie mogło potwierdzić celność jego strzału.

— Ciszej! — syknął Michał. — Jeszcze się zorientuje.

Tylko że… on ani razu się nie pokazał. Cisza. I wtedy spadł pierwszy kamień — nie nasz. Zaraz potem drugi. Jeden uderzył w murek tuż obok mnie.

— Co do…? — zacząłem, ale przerwało mi kolejne uderzenie.

Znikąd. Dosłownie znikąd.

— Gdzie on jest? — szeptał Paweł, rozglądając się nerwowo. — Przecież miał być tam, za garażami…

Kamienie spadały znikąd. Jeden za uchem, drugi w plecy. Nie wiedzieliśmy, skąd strzela. Zapanowała konsternacja.

— To nie on miał być zaskoczony?! — jęknął Michał, chowając się za beczką i rzucając mi szybkie spojrzenie pełne zawodu. — Miał być zdezorientowany, a to my nie wiemy, skąd lecą kamienie!

A potem Arek zszedł z dachu — uśmiechnięty, pewny siebie, z miną jak po wygranym totku. Poprawił kaptur, spojrzał na nas, przeciągnął spojrzeniem po naszych twarzach i powiedział z nutą rozbawienia:

— No i co? Kto tu kogo miał zaskoczyć?

Nikt się nie odezwał. Michał tylko chrząknął i spuścił głowę. Arek parsknął śmiechem, ale w jego oczach była łagodność.

— Trzeba było patrzeć w górę, a nie w bok — dodał, jakby tłumaczył coś dzieciakom, które próbowały zagrać z mistrzem w jego własną grę.

I roześmiał się tak, jak tylko on potrafił — z nutą kpiny, ale bez złości. Bo wiedział, że lekcja została udzielona. A my, choć poobijani i zawstydzeni, nie czuliśmy żalu — raczej podziw. I ciche uznanie, że jeszcze sporo musimy się od niego nauczyć.

10. Dzień, który wszystko zmienił

W mojej opowieści Arek będzie jeszcze wracał, ale teraz muszę opowiedzieć o dniu, który wszystko zmienił. Nie pamiętam dokładnej daty — pamiętam tylko poranek, gdy mama obudziła mnie i powiedziała, że Arek nie żyje.

Nie rozumiałem. Brzmiało to jak kiepski żart albo pomyłka. Dopiero gdy mama powiedziała cicho: „Jak chcesz, możesz popłakać” — coś we mnie pękło. Jakby ktoś wyłączył cały świat dźwięków i zostawił tylko to jedno zdanie — i ciszę.

Okazało się, że tej nocy nikt w bloku nie spał. W mieszkaniu Arka wybuchła awantura — krzyki, hałas, tłuczone szkło. Sąsiedzi próbowali interweniować, dzwonili do drzwi, ktoś wezwał pogotowie.

Ale zanim zdążyli cokolwiek wskórać, Arek zrobił coś nieodwracalnego. Wypił utrwalacz fotograficzny — truciznę, której nie sposób przeżyć. Wiedział, co robi. Wiedział, co to znaczy.

Pogotowie przyjechało szybko, lekarz próbował jeszcze walczyć, ale było już za późno. Zmarł w szpitalu, w bólu — jakby całe życie dźwigał w samotności i tak też z niej odszedł. W milczeniu, jak jego baza, w której szukaliśmy przygody, a on — schronienia.

Wczoraj Arek był jeszcze na podwórku.

A dziś… dziś nie było po nim śladu.

Jakby nigdy nie istniał.

11. Po jego odejściu

Arek zostawił po sobie ból i rozczarowanie. Jako dzieci nie mogliśmy tego zrozumieć. W kolejnych dniach były rozmowy, szepty na klatkach schodowych, przy trzepaku, za garażami. Każdy coś dopowiadał. Każdy wspominał Arka — nawet ci, którzy za życia mieli z nim na pieńku.

Z tych wszystkich opowieści wyłaniał się obraz chłopaka pogubionego, samotnego, którego życie nie szczędziło razów. Jego bunt i zachowanie coraz bardziej wyglądały jak niemy krzyk — prośba o ratunek, której nikt nie umiał rozpoznać. Nikt nie pytał, a on sam nie otwierał się przed nikim. Wszystko trzymał w sobie — aż do końca.

Po kilku dniach zebrałem się na odwagę i zszedłem do bazy razem z Michałem. Szliśmy w milczeniu, jakby każde słowo mogło coś zniszczyć. Każdy krok odbijał się echem — nie tym zwykłym, dźwiękowym, ale takim, które trafia prosto w środek wspomnienia.

Kamień, na którym zawsze siedział Arek, był pusty. Nienaturalnie pusty. Kurz zdążył się już na nim osadzić, ale dla nas był świeży jak rana. Usiadłem naprzeciwko, Michał obok mnie. Przez chwilę nikt się nie ruszał, nikt nic nie mówił.

Wtedy zrozumiałem — to nie była nasza baza. Nigdy nie była.

Ona należała do niego. My tylko mieliśmy zaszczyt z niej korzystać.

Zostawiłem tam wtedy coś — może myśl, może łzę, może tylko ciszę. Ale wróciłem z czymś więcej. Z jego głosem, który już na zawsze miał być ze mną. Nie donośnym, nie nachalnym. Tylko cichym, stałym — jak echo, które zna twoje imię. Niewidzialnym. Ale nieznikalnym.

„Arek. Nasz kapral. Nasz brat. Nasza pierwsza strata.

Niech to będzie jego miejsce w tej księdze.

Wśród wspomnień, które nie przemijają.”

Przygody, wpadki i droga do dorosłości

Zawsze myślałem, że mam pecha, ale z czasem zrozumiałem — to po prostu była moja natura. Gdy wpadałem w kłopoty, niemal zawsze zdarzało się to wtedy, gdy rodziców nie było w domu.

— Znowu coś się wydarzy — mawiał Michał z przekąsem, gdy tylko zaczynaliśmy coś kombinować.

— Albo Robert znowu zrobi coś, czego robić nie powinien — dodawał Paweł, przewracając oczami, ale zawsze z uśmiechem.


A to króliki uciekły sąsiadce i trzeba było je łapać —

jeden z nich schował się w naszej komórce.

1. Króliki i pierwsza krew

Przez wąską szparę wczołgałem się do środka.

— Pilnuj wejścia, jakby co, to mów! — rzuciłem do Michała.

— Jasne, ale jak coś pójdzie nie tak, to znikam jak duch! — zaśmiał się Michał, robiąc groźną minę i odskakując teatralnie jak aktor z westernu.

Już miałem królika, już był mój, kiedy nagle poczułem ukłucie — na drodze stała kosa. Przeciąłem się niegroźnie, ale krwi było sporo. Zbladłem, kręciło mi się w głowie.

— Paweł! Lecimy po moją mamę! — wrzasnął Michał, już w biegu, nie oglądając się za siebie.

To właśnie pani Pogoda robiła mi wtedy pierwszy opatrunek. Usiadła obok, przetarła ranę watą z wodą utlenioną, a potem mówiła cicho, niemal jakby śpiewała:

— Spokojnie, Robert, zaraz będzie dobrze…

Pracowała dokładnie, z czułością, jak prawdziwa pielęgniarka z anielską cierpliwością. Nawet Michał zaniemówił, patrząc, jak jego mama działa jak profesjonalistka, tylko w fartuszku domowym.

— Trzeba było uważać, Robert. Ale dobrze, że masz takich dzielnych druhów — powiedziała z ciepłym uśmiechem pani Pogoda, delikatnie klepiąc mnie po ramieniu i rzucając porozumiewawcze spojrzenie w stronę Michała i Pawła.

A Michał z Pawłem tylko wzruszyli ramionami i rzucili:

— To nic! Jutro znów będziemy łapać!

2. Wpadka do szamba

Innym razem, na podwórku u pana leśniczego, podczas zabawy w Indian i białych, wpadłem do szamba. Z Michałem i Pawłem bawiliśmy się w zasadzki i ucieczki, przeskakiwaliśmy przez beczki i skrzynie, kiedy nagle grunt pode mną zniknął. Po prostu zapadłem się — i zanim zdążyłem krzyknąć, już tkwiłem po pas w czymś, co zdecydowanie nie było błotem.

— Robert! Stój! Nie ruszaj się! — krzyczał Michał z przerażeniem, nie wiedząc, czy się śmiać, czy płakać.

— Paweł, leć po kogoś! — zawołałem, próbując nie poruszać się zbyt gwałtownie.

Zanim Paweł zdążył ruszyć, zza rogu wybiegł pan leśniczy. Miał w rękach widły, ale kiedy zobaczył, co się dzieje, rzucił je na bok i natychmiast podszedł.

— No już, młody, zaraz cię wyciągniemy! — powiedział, chwytając mnie mocno pod ramiona.

Zdecydowanym ruchem wydostał mnie z pułapki, jakby robił to nie pierwszy raz. Jego twarz była spokojna, ale w oczach miał troskę — taką prawdziwą, ojcowską.

— Nic ci nie jest? — zapytał, gdy już stałem na suchym gruncie. — Nie połamałeś się gdzieś?

Pokiwałem głową, próbując ukryć wstyd pod warstwą błota, które wciąż spływało mi po szyi. Nawet nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy.

Wydostali mnie wspólnie — pan leśniczy z jednej strony, Michał i Paweł z drugiej — ciągnąc za kaptur kurtki i rękawy. Było jak w akcji ratunkowej, tylko że zamiast śmigłowca był stary płot, a zamiast noszy — nasze ręce.

Cały śmierdziałem, kapało ze mnie i ściekało po butach. Michał próbował mnie pocieszyć:

— No… teraz to już jesteś prawdziwym Indianinem. I to po wojennej kąpieli!

— A może raczej bagnistym duchem — dodał Paweł, z trudem powstrzymując śmiech. — Ale uratowanym!

3. Mama i kara wodą

Nie zapomnę tego dnia — ani zapachu, ani miny mamy, kiedy wróciłem do domu, ociekający i zawstydzony. Kąpała mnie potem długo, z coraz większą irytacją, szorując gąbką z mydłem jakby chciała nie tylko zmyć brud, ale i zetrzeć całą historię z mojego ciała.

Każdy ruch był jak pokuta, każde pociągnięcie gąbki jak lekcja:

— Bo kto to widział, żeby tak się tarzać jak dzik w błocie! — burczała pod nosem.

A ja tylko siedziałem cicho, z nosem nad wodą, i obiecywałem sobie w myślach, że następnym razem będę ostrożniejszy. Ale przecież dobrze wiedziałem, że to „następnym razem” nadejdzie szybciej, niż się spodziewam.

— Ile razy mam ci mówić, żebyś nie właził tam, gdzie nie wolno! — powtarzała z każdym kolejnym mydleniem, a ja tylko zaciskałem zęby i marzyłem, żeby już było po wszystkim.

Pamiętam te klapsy, kiedy mama mnie szorowała —

nie ze złości, lecz z bezradności.

Każdy z nich był bardziej wołaniem o spokój niż karą. Próbowała zmyć ze mnie nie tylko brud i odór przygody, ale i całe to zamieszanie, które znów sprowadziłem na dom. Była zmęczona, ja drżałem z zimna i wstydu, a jednak gdzieś między pianą a szorstką gąbką kryła się troska.

Cicha, zawstydzona, ale prawdziwa. Taka, jaką tylko matka potrafi okazać, gdy słowa nie wystarczają.

4. Arek i jabłko pocieszenia

Po kąpieli siedziałem sam za domem, tam gdzie zwykle nikt nie zaglądał. Ubrania już wyschły, ale wstyd — jeszcze nie. Czułem się jak worek kartofli, który komuś wypadł i potoczył się w błoto. Niby już umyty, ale wszyscy pamiętają, że spadłeś.

Arek pojawił się bez słowa. Usiadł na deskach obok. Przyniósł jabłko. Nie rzucił nim we mnie — podał. Po prostu.

— No i co, śmierdzielu? Przeżyłeś — mruknął z lekkim uśmiechem.

— Jak widać… — odburknąłem, patrząc w ziemię.

Przez chwilę milczeliśmy.

— Wiesz… — zaczął cicho — jak byłem młodszy, też wpadłem. Nie do szamba, ale tak życiowo.

Spojrzałem na niego zdziwiony. Arek rzadko mówił o sobie.

— Tylko nikt mnie nie wyciągnął. Sam musiałem się wygrzebać. I powiem ci… nie zawsze się da.

Zamilkł, przegryzł kawałek jabłka.

— Dlatego jak ktoś ci poda rękę, nie wstydź się jej złapać. Nie udawaj twardziela, jak nie trzeba. Twardość to nie to samo co samotność.

Spojrzał na mnie kątem oka.

— A tak między nami — dobrze, że nie zgrywasz bohatera. Tacy najczęściej znikają ze sceny, zanim zdążą powiedzieć coś ważnego.

Zaśmiał się krótko, ale bez kpiny.

— I nie przejmuj się, co mówią inni. Dzieci zawsze potrzebują historii do opowiadania. Dziś jesteś tym, co wpadł. Jutro będziesz tym, co wstał.

Wstał, otrzepał spodnie i ruszył przed siebie. A ja zostałem — z jabłkiem w dłoni i czymś ciężkim, ale dobrym na sercu.

Może to właśnie wtedy zrozumiałem,

że każde potknięcie to tylko zapowiedź kolejnego kroku.

5. Pożar stodoły w Jugowie

I chyba dlatego, gdy innym razem — zupełnie nieplanowanym — spłonęła stodoła w sąsiedniej wsi, w Jugowie, nie potrafiłem zostać w domu. Miałem w sobie tamtą jabłkową odwagę — głupią może, ale szczerą — i coś, co kazało mi iść, zobaczyć, przeżyć.

Straż pożarna jechała z wyciem, a ja — jak zaczarowany — musiałem to zobaczyć. Nie powiedziałem nikomu, gdzie idę. Myślałem, że to będzie przygoda i że zdążę wrócić na czas. Po prostu poszedłem.

Ogień, dym, strażacy z hełmami i wężami — pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego z bliska.

Stałem jak zahipnotyzowany, a języki ognia lizały niebo.

— Ej, chłopcze! Co ty tu robisz?! — zawołał jeden ze strażaków. — To nie miejsce dla dzieci!

— Wracaj do domu, zanim się tu coś zawali! — dodał drugi, ocierając pot z czoła.

Ale ja tylko kiwałem głową, nie odrywając wzroku od spektaklu ognia i wody. Płomienie tańczyły na tle nieba, dym gryzł w oczy, a woda z węży syczała, jakby próbowała ugasić nie tylko ogień, ale i całą grozę tej chwili.

Dla mnie, dziecka z Przygórza, to było jak zderzenie dwóch światów — bajek z dobranocki i prawdziwego życia, w którym coś naprawdę płonie, naprawdę się wali, a dorośli walczą nie z wyobraźnią, lecz z ogniem.

Nie byłem sam — gapiów było sporo, ale tylko ja zostałem do końca, aż zrobiło się ciemno. Jeden ze strażaków, z twarzą zmęczoną i pokrytą sadzą, podszedł do mnie:

— Młody, mówiłem, żebyś się stąd zabierał. Tu jest niebezpiecznie — powiedział surowo, ale i z troską.

— Ale ja… ja nigdy czegoś takiego nie widziałem — wyszeptałem, jakbym chciał się usprawiedliwić.

— Wierzę ci. Ale teraz zmykaj. Twoi rodzice pewnie już cię szukają — dodał, klepiąc mnie lekko po ramieniu.

6. Kara w komórce

Wcześniej w ogóle nie zauważyłem, że zapadł zmierzch — ogień rozświetlał wszystko tak mocno, że noc wydawała się nie istnieć. Dopiero gdy strażacy opanowali pożar, a ostatnie języki ognia dogasały sycząc na mokrym drewnie, zorientowałem się, że wokół zrobiło się ciemno.

Nie wiedziałem, która jest godzina, ale czułem, że czas wracać. Byłem zadowolony, że to zobaczyłem, ale też trochę przestraszony — rzadko chodziłem po nocy, a jeszcze rzadziej tak daleko od domu.

Spojrzałem w niebo — było całkiem ciemne. Nagle dotarło do mnie: jestem sam, w obcej wsi, w środku nocy. Nogi zrobiły się ciężkie, a powietrze gęstsze i chłodniejsze. Ruszyłem w drogę powrotną z głową pełną ognia i sercem pełnym strachu — nie przed tym, co zostawiłem za sobą, ale przed tym, co mnie czekało w domu.

Gdy wróciłem, wiedziałem, że lekko nie będzie. Mama już czekała. Wzrok miała zimny jak lód, ale w oczach błyszczał strach.

— Gdzie byłeś?! — zapytała krótko, ale głos jej zadrżał.

— W Jugowie… patrzyłem na pożar — powiedziałem cicho.

— Patrzyłeś?! Robert, my tu od godziny szalejemy, myślałam, że cię coś porwało albo że wpadłeś pod auto! — krzyczała, ale w jej krzyku była rozpacz, nie gniew.

— Nie boisz się chodzić po nocy? No to zobaczymy, jak ci się spodoba samotność — powiedziała mama, już ciszej, ale z tym niepodważalnym tonem, który zamykał wszelkie protesty. — Pójdziesz do komórki. Tam sobie dziś przemyślisz.

Nie podniosłem głowy. Wiedziałem, że to nie żarty. To miała być kara, którą zapamiętam na długo — nie po to, by mnie przestraszyć, ale żeby wbić mi do głowy, że noc to nie czas na przygody.

— Masz latarkę. I nie płacz, nie będziesz tam na zawsze — dodała, już spokojniej, wręczając mi baterię i zamykając za mną drzwi.

Nie bałem się. Siedziałem w kącie z latarką, patrzyłem na snop światła jak na jedyne towarzystwo w tej ciemności i myślałem o wszystkim. O tym, co się stało. O pożarze — ten ogień wciąż miałem pod powiekami, dym jakby nadal gryzł mnie w gardło.

Przypominałem sobie ryk syren, strażaków w hełmach, płomienie jak języki diabła sięgające nieba. To było przerażające i piękne jednocześnie — jak coś, czego człowiek nie powinien widzieć, ale raz zobaczywszy, nie może zapomnieć.

7. Siostra ratuje brata

Nie siedziałem jednak całą noc. Moja siostra płakała — nie mogła znieść myśli, że śpię sam, za drzwiami.

— Mamo, wypuść go… proszę… — szlochała, ciągnąc ją za rękę.

To właśnie ona przekonała mamę, by przyszła po mnie.

Drzwi skrzypnęły, światło rozlało się po podłodze komórki. W progu stała mama, z twarzą zmęczoną, ale miękką od wzruszenia. Za jej nogą chowała się moja siostra, cała we łzach.

— No już, chodź, Robert — powiedziała cicho mama, podchodząc i kucając przy mnie. — Dość tej nauki na dziś. I tak wiem, że wszystko zapamiętałeś.

Złapałem ją za rękę i wstałem. W jej dotyku było przebaczenie. A w oczach — ulga, że jestem cały. Siostra przytuliła się do mnie jak do misia.

— Już nie rób tego więcej… — szepnęła.

I wtedy zrozumiałem, że ta noc naprawdę coś zmieniła.

I tak wróciłem — nie jako bohater z Jugowa, ale jako syn, którego jednak ktoś wypatrywał, nawet zza drzwi. Wróciłem z opuszczoną głową, ale sercem spokojniejszym — bo wiedziałem, że mimo wszystkiego, ktoś się o mnie martwił, ktoś płakał, ktoś czekał.

Czasem ta miłość miała twarz surowej mamy, czasem pachniała opatrunkiem pani Pogody, a czasem… no cóż — przychodziła razem z klapsem i mydłem w kąpieli.

8. Wędkowanie z ojcem — karp legendy

A innym razem — z zupełnie innej beczki — ojciec zabrał mnie nad wodę. Z Michałem bawiliśmy się w czołgi, wojny, budowaliśmy bazy z koców i krzeseł, ale kiedy ojciec mówił „dziś idziemy na ryby” — to była komenda, nie propozycja.

Nie bardzo ciągnęło mnie do wędkowania — ojciec wiedział, ale próbował mi zaszczepić tę pasję. Zabierał mnie nad wodę, ale zawsze tam, gdzie ryby brały jak najęte. Mimo wszystko szybko mi się nudziło.

— Siedź cicho, bo ryby się płoszą — powtarzał, zerkając na mnie znad spławika.

— Tato, ale tu nic się nie dzieje… — jęknąłem kiedyś, leżąc na brzuchu i dłubiąc patykiem w ziemi.

— W tym cały urok, synu. Cisza, spokój. Żadnych bab, żadnych szefów, tylko woda i ja — rzucił z zadowoleniem i pociągnął łyk z butelki. — Wolałbym piwo lane, ale na rybach, niestety, nie ma baru — dodał z nutą smutnej rezygnacji, jakby świat go zawiódł w tej jednej sprawie.

A że miałem smykałkę do majsterkowania, to raz, znudzony do granic, zabrałem się za jego kołowrotek. Śrubki chodziły aż miło, a trybiki cicho zgrzytały pod moimi palcami. W myślach nadawałem im imiona jak robotom z bajek — jeden był „Trybek”, drugi „Zębatol”.

Wszystko szło świetnie, aż nagle — pech chciał — jedna z części wyskoczyła z palców i pofrunęła niczym żuk w panice, prosto do wody. Zniknęła z cichym plum, jakby nigdy jej nie było. A ja? Ja zamarłem, wiedząc, że nadciąga sztorm.

— Coś ty narobił?! — ryknął ojciec, aż ptaki z pobliskich trzcin poderwały się do lotu.

— To… to się da odzyskać? — zapytałem cicho, wciąż trzymając obudowę.

— Nie, chyba że nurkujesz. I to z radarem! — mruknął wściekły, czerwony jak rak.

Potem długo milczał. A ja? Ja zrozumiałem wtedy, że święto wędkarskie właśnie się skończyło.

To była rzecz, którą pamiętam jak dziś, bo wojna po tym była nieziemska — nie taka z krzykami i trzaskaniem drzwiami, ale ta najgorsza, milcząca, przeciągająca się tygodniami. Ojciec nie mówił nic, tylko patrzył spode łba i milczał więcej niż zwykle.

Tydzień później kupił nowy kołowrotek — bez słowa, bez komentarza. Ale tamten dzień ciążył między nami jak stara żyłka w gałęziach — poplątana, napięta, gotowa pęknąć od byle szarpnięcia.

9. Ciastka jako przynęta

Miałem wtedy przy sobie paczkę ciastek, które ojciec kupił po drodze — twarde jak kamień i równie smaczne. Ryby nie brały, ojciec z kolegą piwkowali, a ja, znudzony, wrzuciłem te ciastka do wody, jakby miały przywołać karpie lepiej niż robaki.

Pluskały się z godnością, tonąc jeden po drugim jak ofiary ofiarne. I tak zapomniałem o problemie — przynajmniej na chwilę. A potem przyszła ta noc z wędką i karpiem, który — jakby na złość światu — naprawdę się złapał.

I może dlatego ojciec przestał się gniewać. Może w tej jednej rybie widział zadośćuczynienie, a w moim biegu przez łąkę — coś, co bardziej przypominało dzieciństwo niż przewinienie. Milczenie ustąpiło miejsca śmiechowi, a ja — z dziecka, które zgubiło śrubkę — stałem się bohaterem jednej anegdoty.

I tylko ciastka dalej tonęły w jeziorze — w służbie większym sprawom. Ale nie wiedziałem jeszcze, że tego wieczoru do tej anegdoty dopiszę kolejny rozdział.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.08
drukowana A5
Kolorowa
za 68.94