E-book
6.83
drukowana A5
19.95
Pomiędzy wierszami

Bezpłatny fragment - Pomiędzy wierszami

Wiersze Unitów zeszyt nr 4


Objętość:
73 str.
ISBN:
978-83-8155-881-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 19.95

Słowem wstępu

Nazywam się Iga Gromska i zaczęłam pisać, zanim zaczęłam pisać. Moja babcia improwizowała mi setki historii jako dobranockę przed snem na zadany temat i kiedy miałam cztery lata, trochę jej pozazdrościłam. Zaczęła spisywać wszystkie rymowanki jakie jej wówczas dyktowałam — przetrwały one do dziś. Jednak o wiele bardziej wolałabym, by zachowały się bajki, które tworzyła dla mnie.

W wieku pięciu lat miałam większy dorobek, niż ten powstały w latach 2010—2019, który jest tu zawarty. Nie sądzę jednak, by cokolwiek z tamtego okresu nadawało się do publikacji. Prawdę mówiąc to, co powstało stosunkowo niedawno — też, ale udostępniam je ad futuram rei memoriam.

Pisaniu poświęciłam całe życie (może niesłusznie), obecnie zajęłam się jego muzyczną częścią. Poza okolicznościowymi wierszykami lub opowiadaniami — rewanżami dla babci, nigdy nie pisałam dla innych lub „pod innych”. Dlatego większość moich tekstów przeleżała w szufladzie i jedynym celem ich powstania, była chęć poradzenia sobie z tym, co mnie męczyło i frustrowało. Ewentualnie są one efektem obserwacji, o której nie chciałam tak łatwo zapomnieć. Pewnie dlatego są dość hermetyczne — za co z góry przepraszam.

Wybór tekstów do tego tomiku okazał się trudniejszy niż myślałam, głownie dlatego, że jestem niezadowolona z większości.

Wiersze postanowiłam podzielić na działy, a nie lata (od najwcześniejszych do najpóźniejszych), dlatego pod większością starałam się dodać datę powstania utworu (jeśli jej nie znam, nie robiłam tego).

Jeżeli uznasz, że moje wiersze są w porządku — cieszę się. Jeśli okażą się niezrozumiałe, nie szkodzi — ja też siebie od 19 lat, nie rozumiem.

Iga Gromska

Wiersz codzienny [2010—2018]



Manifesty

nie ma obowiązku nienawidzić coli

ani Beethovena wychwalać utworów

lepiej jest być złym człowiekiem z własnej woli

niż dobrym dlatego, że nie ma wyboru


bądź patriotą, dzieckiem, co podaje szklankę

jeśli nie — wywołasz w nich abominację

świeć przykładem, święć imię, karabin pod walkę


z przerażeniem krzyknę, że Burgess miał rację


odwiecznie się człowiek zwycięstwem podnieca

zawsze będzie istnieć zaczadzenie władzą

jeden do drugiego kłamstwem się zaleca

mimo wbitych noży wzajem sobie kadzą


z pustych form światowe budują imperium

za trupy zdeptane zbierają owacje

wielki brat tematem przewodnim misterium


z przerażeniem krzyknę, że Orwell miał rację


słowo jest jedynym, co nam nie upłynie

na próżno więc próby zniszczenia całego

zniszczy się tworzywo — idea nie minie

strach jednak otworzyć powieść Bradbury’ego


jego babka ofiarą prób kontroli myśli

padła za naturę swą awanturniczą

w świecie co każdemu chociaż raz się przyśni


płoną stosy tych, co za głośno krzyczą

(2018)

Uczę się nie obchodzić

człowiek albo się rodzi intelektualistą

i najpierw rozpoznaje litery z okładek drogich gazet

a dopiero potem uczy się chodzić

(albo sobie wmawia, że tak jest, posiadając na chwilę obecną

dokładnie trzydzieści trzy złote czterdzieści groszy

tylko dlatego, że się wyposażył na sezon jesień-zima

ma się rozumieć jesień sprzed lat dwóch, a zima sprzed pięciu

do dnia dzisiejszego włącznie

gdzie w kieszeniach przezimowały i przejesieniło się

trzydzieści trzy złote czterdzieści groszy

jak gdyby intelektualistom bogactwo z kieszeni pakowało

się do głów, bo jedno z drugim to już nie może iść w parze

tylko w trójce ewentualnie jeszcze z ewentualną głupotą)


i od kiedy nauczono mnie tej czynności wykonywanej obecnie

przeze mnie częściej niż sen

postanawiam przekształcić ją nieco

i uczyć się nie obchodzić


tak, jak nie obchodzi się stołu zbyt blisko kantów

i jak się nie obchodzi nie swoich urodzin

i jak się nie obchodzi tego, co ma się naprawdę na myśli

i jak się nie obchodzi innych ludzi, których nasze zdanie

nie obchodzi również

i jak się nie obchodzi protestów bocznymi uliczkami


uczę się nie obchodzić

bo mnie to wszystko obchodzi

samo

(2017)

Na początku było słowo

Nie ma wojen, za które można oddać życie

Bóg nie chce niczyjej śmierci, dbać o świat się stara

W imię h o n o r u? — egoizm, drugi nadstaw policzek

W imię o j c z y z n y? — kraj obroni przecież wiara


W imię m i ł o ś c i? S ł a w y? R o d z i n y?

— A jednak święcą nowe karabiny

I iść walczyć każą, z myślą, że to pomoże


Wciąż kpię

Z wojen w imię Boże

(2015)

Mróz

Przymarza mi dłoń do kubka z zamarzającą i bardzo tanią herbatą

W okazyjnej cenie za sto torebek

Przymarza mi nos do szyby i przymarza mi do żołądka pragnienie

Z okna widzę, jak panu, sąsiedzie, żona życzy śmierci

Za pierwszym razem nie byłoby mi to aż tak obojętne tyle, że to

Ósmy raz w tym tygodniu dodając, że

Mamy dziś dopiero wtorek

I naprawdę nie wiem, co ma pan odpowiedzieć tej kobiecie

W końcu i tak skończymy tak zimni, jak herbata w moim kubku

I sztywni jak dłoń, która go skostniale trzyma


Myślę o tych, którzy w tej chwili rozumują podobnie

I już wiem, że nie tylko ja dzisiaj zamarzam

Berezowska

i z myślą, że to jest jej ostatnia chwila

w swych pięściach ściskała

jak pędzle

ręce więźniów, którym uwieczniła

ich splecione ciała


lecz ich autorką wcale nie jest dama

sam Niemiec zapytał

i na co ci farby, Maju, skoroś sama

jest bez kolorytu


pogania ją tak, jak młode bydlaki

na rzeź zostawiane

więcej serca mają dla niej baraki

wszakże też drewniane

Być poetą

wiedząc, że nie sklecą zbyt dobrych wersetów

zatrzymał profesor swych uczniów po teście

z zamiarem szkolenia ich na poetów

— „napiszcie mi, dzieci, wiersz o Starym Mieście”


o zamku co nad własnym pięknem ckliwie szlocha

napisała Kasia rzygliwy element

a rodzin z kamienic, których nikt nie kocha

tyczył sonet Janka z podobnym problemem


chłopca wydalili wraz z przekleństw dyktandem

dziewczynka zebrała laury za przejrzystość

bo Kasia z rozmachem trafiła w nieprawdę

Janek zaś ostrożnie zajrzał w rzeczywistość

Symbolika

Gotów broń zamienić w czyn

Przez swastykę na

Starej kamienicy


Uniesione pięści przeciwko agresji

Hasła głuche telefony

Źle zrozumiane


Pacyfiści wykrzykują

rzemykami na których

Pokój sprowadzony

Do miana symbolu


Serce świetny sługa

Łatwo się wyręczyć

Łatwo mówić kocham

Czerwonym znamieniem


A miłość uświęca

Formułka kościelna

Tu środki raczej

Uświęcają cele


Pomniki z marmurów

I szkoły imienia

Tylko dlatego

Żeby pamiętali


Symboliczna kropka

(to jeszcze nie koniec)


Dziś wszystko

Traktuje się

Symbolicznie

(2016)

Floryzacja

zakryta wiatrem i liśćmi

i tylko dla nich widzialna

czując się mniej banalna

wśród życia, które nie myśli


milcząc już trzecią godzinę

jak pszczoła, co czas jej nie goni

i tak mi przysiadła na dłoni

bo przypominam roślinę


i tak chcę z nimi przebywać

chlorofil mi w krew napływa

nie czuję się mniej szczęśliwa

nie musząc się porównywać

(2017)

Starzec

krąży nocą po mieście

w kieszeni trzyma kamienie

w kierunku do reszty

odwrotnie proporcjonalny


mówią, że szaleniec ponad prawem

jakby

mógł pozwolenie mieć na egzystencję


odstępował od kupna biletu

i ustępował miejsc

nie czytywał gazet podróżując

zawsze z książką

niejeden przystanek już

przejechał przez nie


niegdyś z takimi jak on

jedli prosto z drzewa owoce

czterdzieści lat temu

młodzi roześmiani


teraz postrzelony

ma gdzieś, czy śmierć istnieje za życia

bo gdy umrze

wie, że właściwie je przeżył

(2016)

Czarna biel

To nic innego jak

twarzyczka lalki nad kominkiem

porcelana dawnej zastawy

a jednak biel bywa czarna


Każdy kto odważa się rodzić

niezależnie w jakie wierzy

alternatywne zakończenie historii

wciąż tej samej

co innego może zobaczyć

niż biel, czerń jest środkiem za życia

kłującą w zamknięte powieki


Co innego może zobaczyć

licząc wystraszone oddechy

zza ścian białych czekając pomocy

za beznadziejną metaforą

na białym łożu szpitalnym

jak nieodłączną biel sufitu


gdzie czystość skoro jest śmierć

gdzie delikatność skoro choroba

gdzie szept cichy skoro jest chłód

(2015)

Autoportret listowny

Och, czy ty w końcu przestaniesz

Od wszystkich tak mało stronić

Im bardziej chcesz ich dogonić

Tym prędzej w tyle zostaniesz

(2017)

Patrząc w niebo

jak miło patrzeć w ten bezkres

chmury na kolejnej rodzinnej

wycieczce

o każdej porze dnia malarz

przemalowuje płótno

według własnego uznania


nietknięte człowieka chęcią

niebiańskich supermarketów

takie już pozostanie

pozwalając marzyć


jak miło patrzeć w ten bezkres

i czuć, że nas n i e  d o t y c z y

jak uświadamia bez słowa:


najodważniejsze orły

też boją się wysokości

(2015)

Ruiny

Kto twierdzi, że nie ma wad

ten jeszcze się nie narodził

lub nawet nie próbował żyć

ten jeszcze nie ma

tej nabytej skazy

idąc wydeptaną ścieżką

Najmniejszej Linii Oporu


Lub oszczędzony był przez los

z tym jeszcze los się pięknie bawi

by jeszcze sprawdzić jego chęci

do dalszej partii


Kto starcem jest, ten dobrze wie

że starym przyjacielem są


Budynki wad pełne, zamiast mchu

miast pęknięć pełne starych skaz

świadome własnej nietrwałości

dumą kwitnące tak na przekór

tkwiące latami jak na złość

(2015)

Niepewność

Z kim dzielić każdy poranek

Sok pić ze świtów wyciskany

Po jakich obłokach mam bujać

By trafić na niewykorzystane


Nie jestem pewna

Bo nie przystoi się pomylić

W zadaniach otwartych

Bo każde powiedziane zdanie

Echem odbija się wieczności

A jaki kolor mają słowa

A jaki smak najczystsze z myśli

— Zadane było się dowiedzieć

I choćbym miała oblać sprawdzian

Z tego co niezaplanowane

Metodą prób i błędów żyjąc

Nie zamartwiając się wynikiem


Nie będąc nigdy pewna

Wybieram niepewność

(2013)

Najprościej

Najprościej o nic nie pytać

Nie mieć nic do dodania

Nie kwestionować, nie prosić

Nie mieć własnego zdania


Spać ze zmęczonym mrokiem

Z ruchliwym budzić się świtem


Nie martwić się o to, co będzie

By pozostało

Nieodkryte


Niektórzy głośno łakną zmiany

Z protestem idąc na ulice


Żądają poznać odpowiedzi

Nie wszyscy

Lubią tajemnice

(2012)

Samotność

(na podstawie oglądanego filmu — Pora umierać)

Podniosła kubek kawy, który

Topił w zapachu pustkę przeszłości.

Na niebie znowu te same chmury,

W domu brak uczuć śladowej ilości.


Ach, choćby raz było to prześcieradło

Zwinięte, zmięte pod innym kątem!

Choćby istnienie tutaj się wkradło,

Choćby tu obcym pachniało swądem.


Skrzypienie desek zna już na pamięć.


Każdy zapomniał, lecz się nie złości.

Przywykła do swych monotonnych zajęć,

Przywykła do pustki własnej samotności.

(2013)

Antydźwięk

Stanęła w pustce muzyka,

A zastąpiona przez ciszę

Sprawia, że pióro nie pisze,

Długopis kartki nie tyka.


Głos ptaka zamarł mu w krtani,

Liść się z szelestem rozstawał.

To tylko ciszy zabawa,

A piękno świata tak rani.


Obecna zwykle w niebycie

W ludzkie wstąpiła żywota,

Cisza, banalna istota

Zabrała mi całe życie.

(2013)

Klony

Tak bardzo chcą być oryginalni,

wydają się być tacy sami.

I w ten sam sposób są banalni,

w tę samą skórę są odziani.


Mieć takie zdanie, jak i inni,

kto inny sens ma tu wyceniać.

W głębi są puści, z wierzchu silni,

bo tak się boją odrzucenia.


Ta, co ideał tak zgrywała,

to innych cytowała słowo.

Tak bardzo być kimś innym chciała,

że zapomniała, jak być sobą.

(2012)

Jesienne refleksje

Idziemy spacerem, a liście pod nami,

Krzyczą i płaczą szelestem swoim,

Jesteśmy szczęśliwi, przynajmniej czasami,

Nad nami klon-matka, płacząca stoi.


Choć z najpierw młodymi pół roku wytrwała,

To potem przez jesień wypuściła z ramion,

Liście, którym teraz wolną drogę dała,

A one, łamane pod butem tylko łkają.


Gdy zbrązowiałe na końcu opadną,

Pod buk, dęby, klony czy sosnę,

I tak się nie martwią, choć teraz przepadną,

Następne znów przyjdą na wiosnę.

(2011)

Mózgiem naukowca

W całym wszechświecie,

W słonecznym układzie,

Na Ziemi — planecie,

Naukowiec się kładzie.


Dokładny, tak co do sekundy,

Gdzieś w różnych krajach Europy,

Z etykietką, niczym słoik ładny,

O szóstej równo kładzie stopy.

Na podłodze (pięć stopni Celsjusza),

Bierze gazetę (o siódmej sześć),

Tylko mechanicznie coś go wzrusza

I odruchowo zaczyna jeść.


W całym wszechświecie,

W układzie słonecznym,

Na Ziemi — planecie,

Naukowiec zbyteczny.

(2011)

Rodzaj ludzki

Dwa kilogramy zazdrości,

Centymetr prawdziwej miłości,

Sześć deko ludzkiej ciekawości,

Trzy centymetry przyjemności,

Usta pełne prawdomówności,

I przepełnione kłamstwem kości,

I indywidualne ego

— to szczegóły rodzaju ludzkiego.

(2012)

Ludzie maszyny

urodziliśmy się jako ludzie

umieramy jako maszyny

wspomnienia, senne myśli

— czyścimy pamięć

zliczamy, przetwarzamy

— własne zyski

uczucia, empatia

— brak danych

posługa, przysługa

— wydane polecenie

mechaniczny obieg pod skórą

a jakby blachą metalu

pracują dla wgranego systemu

konsumpcjonizm trawi sam siebie


czym innym mógłby stać się człowiek

bez wolności?


to my

ludzie maszyny

zaprogramowani na autodestrukcję

(2013)

Pomiędzy wierszami

Sypnie ci w oczy pochlebstwem

[k ł a m s t w e m  z a l e j e  j a k  k w a s e m]

Drobną ci rzuci sugestię

[t w o i m  z a r z ą d z i  c z a s e m]

Mówią, że ascetyzm cnotą

[b o g a c t w a  c z u ć  o d  n i c h  s w ą d e m]

Iść każe za ciemną hołotą

[a  s a m  s i ę  w z b r a n i a  p r z e d  p r ą d e m]

Wie lepiej, wybiera ci drogę

[z a s y p i e  z ł y m i  r a d a m i]

„Uczyć się ci nie pomogę”

[c z y t a j  p o m i ę d z y  w i e r s z a m i]

(2012)

Na dłoni

A cóż ta dziewczyna w dal patrzy?

Cóż od decyzji stroni?

Dlaczego w garść życia nie bierze?

Świat przecież trzyma na dłoni.


A cóż się wciąż patrzy przed siebie?

A jakiej boi się trwogi?

Życie się samo nie stanie,

Los łapać trzeba za rogi.


A na cóż ona narzeka?

A na cóż ona się gniewa?

Szczęście się łapie jak chwilę,

Gdy się przez dłonie przelewa.


A cóż się zasad tak trzyma?

Niech patrzy pod innym kątem.

Żyć trzeba tak, by żałować

Gdy zniknie za horyzontem.

(2012)

Ławka

Przysiadam na ławce

W parku życiem zwanym.

Tłum jest tu ukryty,

Za maską schowany.


Ławka jest ostoją.

Ławka jest schronieniem.

Ludzie tylko żyją,

A ja aż istnieję.


Już się tusz rozmywa

Szklance pełnej wody:

Idea jedności

W naczyniu niezgody.


W czarnym tłumie kruków

Biel swą zachowując,

Na ławce przysiadam

Odmienność ratując.


Tłum przez park przechodzi,

Wzrokiem go przeszywam:

Czyżbym była inna?

A może szczęśliwa!…

Miniatury

[00:28]

00:11

zwróciłam uwagę na złoty kosztowny napis nagrobny

dla ojca matki wnuka siostry

gnije do siebie niepodobny

chciałabym kochać tak jak kocha się imiona zmarłe

uznaję że problem w tym tkwi

że nie umarłeś

00:14

nie ma takiego mężczyzny który by mnie pomieścił

chyba że byłby Atlasem

mieściłby w sobie moje światy i czasem był dla mnie Bogiem

może wtedy byłabym w stanie

nie w niego a w siebie

uwierzyć

00:18

zakładając na siebie tę skórę

którą zdarł ze mnie myślę

widocznie nikt mu nie wyjaśnił

że zrzucając ją z siebie stanę się zwykłym gadem


jako pakiet tkanek i organów a nie twój pasek i torebka

dzień dobry wróciłam

00:22 (ale w 1977)

wyzerował licznik w swoim trabancie

siedziała w nim tylko raz gdy obiecywał

że nie kupuje go z sentymentu

żadnego sentymentu mieć do niego nie będzie

skoro to rzecz kupna


być może łudzi się że od dziś

zacznie się dla niej liczyć

00:25

daj mi się zrobić nie tylko sterem żeglarzem i okrętem

ale sercem rozumem i ciałem początkowo

być może dowiem się w końcu

komu jaka rola przypada

00:28

a więc nie ma mnie na liście lokatorów?

— —

nie myślcie o mnie jak o części

przecież nie mam niczego na zapas

wyrzuciłam się z najwyżej stojącego osiedla

— pamięci zbiorowej

(2019)

Tym, o których przestałam myśleć, gdy przestałam pisać [2014—2019]


Chungking Express

zjeść trzydzieści puszek ananasów — wszystkiego się podjąć

żeby tylko zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć

ona jest dla Ciebie kobietą w pięknej blond peruce

i nie potrzebuje tych wielkich czerwonych okularów, żeby z siebie tajemnicę zrobić

wystarczającą zagadką jest skąd bierze się to uwielbienie

jestem Faye Wong, wiesz

kiedy nie patrzysz wchodzę Ci do głowy, i kiedy nie słyszysz nastawiam twoich uszu i chcę

widzieć, i mówić, i słyszeć twoimi zmysłami

bo moje są takie niewystarczające

jestem twoim pamiętnikiem, wiesz

Ty jesteś moim mieszkaniem i czasem zmienię coś w wystroju dopóki mnie nie przyłapiesz

na tej niezdarnej próbie bycia kimś więcej

czasem przestawię jedną z myśli Twoich i ze swoimi skrzyżuję

i lubię je tam wnosić, zasadzać i patrzeć jak rosną na obcym gruncie

w gruncie rzeczy

kilka miesięcy temu byłeś dla mnie obcy, za kilka miesięcy możesz stać się znów

może firmową sałatkę na wynos — odchodne

może zapamiętasz chociaż miejsce, w którym tak często bywałeś, w którym byłam tylko

dodatkiem fish and chips, dla odmiany ona lubi odmiany, Ty lubisz odmiany, i następny bar, i następna kobieta, i następna sałatka firmowa

— znów zapamiętasz firmę, a nie smak

zjeść trzydzieści puszek ananasów — brzmi jak plan z ciągle odraczaną datą

na opakowaniu

(2018)

*** [tylko ustrzeż mnie, Euterpe]

tylko ustrzeż mnie Euterpe

by nie zużyć więcej słów

i na każde, które cierpię

z wersów jak najmniej szyj szwów


tak skondensuj, tnij cenzorsko

tak mnie upominaj w mowie

by odróżnić grę aktorską

od proscenium w jego głowie


— —


nie powstrzymuj mnie — poema

i tak stanie — mus to mus

od pierwszych dźwięków Cohena

it was almost like the blues

Zarysowałeś mi się

zarys tego wspomnienia znalazł się pomiędzy szybą i mgłą

zupełnie jak pomiędzy młotem i kowadłem

młoteczkiem i kowadełkiem znalazł się twój głos


zarysowałeś mi się na niej

i zarysowałeś mi ją

i ciężej teraz patrzeć przez nią wcale nie z powodu mgły

nie znam żadnego szklarza

który nakazałby ją roztłuc tylko dlatego

że na żadną szybę zarysowaną jedynie

żaden szklarz nie nałożył nakazu wymiany


na mnie nikt nie nałożył nakazu wymiany myśli na nowe

dopóki same się nie potłuką

(2018)

L’art pour l’art

moja matka wygląda jak barok

ojciec chcąc być jej młodszą wersją

przywłaszczył sobie rokoko

przyznał tym samym, że jest opozycją

i do niego należy ostatnie słowo


nie znając się

byliśmy zawsze tam gdzie sztuka

a sztuka była tam gdzie my

(co nie jest równoznaczne z tym

że i nas można zaliczyć do jakiegoś nurtu)


jedyny nurt to ty rzeko nieobliczalna

liczę dni gdy nie dałam się porwać

poddałam się po minus pierwszym


pasowałbyś tu, wiesz

czasem się łudzę, że nie my jej

a to ona nas potrzebowała

(2017)

Prze-myślenie

bo pan się nie silił uważać

tylko za-uważać

łapał się pełnych godzin by pasowały do lampki wina

krzywych uśmiechów zegara

aż do nocnej granicy milczenia


bo pan się nie silił myśleć

tylko za-myślać

a mętne intelektualizmy bywają zdradliwe

więc tylko przez kadencję

pan był dekadentem


bo pan się nie silił kochać

tylko za-kochać

i żadna kobieta nie była nielotem w myślach ulotnych

trudno się dziwić gdy szkołą miłości

są panu burze letnie


i idąc pana tokiem myślenia

nie można pana nawet wspomnieć

tylko za-pomnieć

(2016)

Indyferentyzm

udaję, że nie widzę

gdy mi w oczy patrzysz jak w kalendarz

i widząc liczby wryte w białka

udajesz niewiedzę

że to daty naszych widzeń


zupełnie, jakbyś tam zobaczył

Chocim lub Verdun

bitwę pod Grunwaldem

które, bo wciąż wybiegasz przed

też cię tyle obchodziły

co przyszłoroczny śnieg


powtarzasz, że jeszcze przyjdzie czas

w naszym przypadku stoi

w moim przypadku się cofa

(2016)

Brooklyn gang

Bruce’owi Davidsonowi

wyimaginowany telefon mi dziś zadzwonił

w głowie


to Ty


powiedziałeś: żyjmy tak, jak oni

ja jednak zamiast papierowej trawy

papierowych luster

papierowych włosów

i tak dumnie się prezentujących

papierowych papierosów

wolałabym Twoją skórzaną kurtkę

(2016)

Jej się marzyła ucieczka

wiążesz ją słowami aby nie uciekła

ona się nimi sama spęta

jej się marzyła ucieczka

lecz wie

nawet jeśli milczysz przed impresjonistami

to na pierwszy rzut oka

odróżniasz Moneta wśród sztuk płócien tak wielu

i wielka to sztuka

gdy przed oczami masz sztukę żywą najprawdziwszą


jej się marzyła ucieczka

lecz jeszcze nie teraz

kiedy już wie o tym

Siódmy lipca

pierwszy raz pod wpływem emocji

emocje pod wpływem raz pierwszy

nawet nie słuchał Bowiego

żeby być gwiezdnym chłopcem

odleciał

i kłamie

że chciałby wrócić na ziemię

Ambiwalencja

ko cie majestatyczny i dziki

cham ie uliczny i przynudny

cię żko mi z moją ambiwalencją

Dokąd się jeździ kiedy nikt nie patrzy

świat nam zwrócił noc w czterdzieści dwie minuty

nie dziwią nas liczby, powstaliśmy z rozpędu

przypominasz mi wieczór — mokry i przeżuty

zmęczony i piękny, bezchmurny, bezbłędny


znajduję nam miejsce w niełatwym istnieniu

siadam między plamą moczu na betonie

siadasz chociaż chmiel się czuje w tym schronieniu

a w tle latarniami klatka miasta płonie


[pod nieskończonymi wiaduktami

spotykają się tylko ci, którzy nie kończą uciekać]

nie wiedząc, czy możemy już zatrzymać się

bo najgorsze już nas dopadło

lub nie

i my też (nie)skończeni, i my ledwo żywi

i jesteśmy szczęśliwi!

Gdzie się podróżuje siedząc nieruchomo

łatwiej mi przychodzi uwierzyć

że wszystkie te gwiazdozbiory

są na wyciągnięcie ręki

niż, że możliwym się stanie

wyjechać z rana niewiadomej daty


i kiedy próbuję złączyć gwiazdy w kształty

próbuję jednocześnie łączyć pewne fakty

że łatwiej mi przychodzi wyobrazić sobie nas

na Betelgezie, niż w Bangladeszu

i gdzieś w pasie Oriona, niż zapiętych

pasami w samochodzie

próbujących uciekać, zanim sami

obrócimy się w proch, a nie pył gwiezdny

i staniemy się najprostszą materią

O czym się rozmawia kiedy nikt nie słyszy

uczę cię bezstronności

powtarzam jak mantrę — jestem omylna

chyba że milczeniem mi zaglądasz w głowę

znajdując w niej jego uzasadnienie

wtedy zwykłam się nie mylić


zbyt cenne są twoje słowa

gdybyś je chciał sprzedać to pewnie

już by nas tu dawno nie było

dawno by już tu było bez nas


ale ja cię dawno kupiłam i bez tych słów


uczysz się bezstronności

bo chociaż strony są dwie

jak orwellowskie 2+2=5

uparcie twierdzisz — jest jedna

podobnie jak jeden kierunek ze stacji kolejowej

podobnie jak jeden album z t ą piosenką

podobnie jak jedno ironiczne drzewo

podobnie jak jedno i to samo zdanie

w dwóch półkulach

w dwóch głowach różnych a tych samych

— nasza strona

i nigdy nie będziesz po mojej

a po naszej


to nie zakochanie

to kochanie za

i mimokochanie

Kiedyś

ale za długo mnie znasz

nie mogę więc dłużej sprawiać

pierwszego wrażenia


ale nie mogę się zbudzić

śnić umiem tylko

o podświadomych pragnieniach


ale nie mogę polegać

tylko na postępowaniu

według mojego instynktu


więc naucz powiedz poprowadź

gdzie mogę znaleźć wyjście

z własnego labiryntu

Co się wyobraża myśląc o zdarzeniach

próbując zejść z tematu podróży samotniczych

jeśli definiujemy samotność, jako

zerwanie kontaktu z pieniędzmi

i stan dwóch osób w opozycji wobec świata

spróbowałam przypomnieć sobie najmniej

nacechowaną emocjonalnie rzecz:

przyznałam, że nazistowskie noże są dziełem sztuki

(w przeciwieństwie do tańca

albo instalacji artystycznych autorstwa tych, którzy

chyba prędzej powinni przeinstalować sobie

swoje postrzeganie tej dziedziny)

podobnie jak zdobione bagnety i szwajcarskie scyzoryki

i przyznał mi rację

i tym samym wbił nóż w najczulszy punkt

bo godząc się na wszystko brzmiał tak szczerze, jak

tylko on potrafi brzmieć

i na podróż się zgodził, i na broń, którą

w istocie tak się przecież brzydzimy

i wtedy było jasne, że wszystko jest naprawdę dobrze

i dziękuję losowi, że ktoś sformułował pojęcie o’haryzmu

bo to jedyny sposób, w jaki umiem mówić o nim i nie czuć

się jak idiota, któremu zabrakło słów tylko

jak idiota, który używa wyłącznie własnych

(2017)

Jak Jim i Pam

Daremnie udaje się spontaniczność

Tak miało być od początku i wiedzieli to w latach sześćdziesiątych

Ale to jest tak jakby odkryło się coś

Wieczność przed nimi

Takie nasze prawo skoro nazywamy się nimi bez przeszkód


Czujemy się na wyciągnięcie myśli i na siłach

Czekam aż zrobisz mi miejsce obok siebie

Tak jak słońce zrobiło miejsce księżycowi


Czujemy się na wyciągnięcie umysłu i dłoni

Przecież nie da się być szczęśliwszym od umarłych

Żyjących wiecznie

Ale zwróciłeś mi moją nieśmiertelność

(2017)

Separacja

Nadawał korkom autobusowym

Smaku najlepszego, odkorkowanego szampana


Zapotrzebowanie na taki typ człowieka

Było podobne

Jak na dobrych aktorów z jego ulubionych filmów


Odizolowała od niego osobę winną pary zdań wymienionych

W ilości więcej

Bywały gorsze zarzuty, lecz kar niewiele

Demoralizacja

zmarnuję farbę na dzisiejszy dzień

ma formę tryptyku


część pierwsza chłód kryjówki

biel zawsze onieśmielała

odróżniamy się jak spalenizna

na cieście lub ciele

dwie kromki spalone to my

posmarowali nas degrengoladą


część druga instynktowność

sztuka hamowania

i tak jak w prostej jeździe

nie ma miejsca na ucieczkę


część trzecia

zwiastowała ją ulga

i tobie uśmiech ulżył

na opanowanej twarzy

wystraszonym płacie mózgowym


dam ruchy farbą ci w prezencie

czuję zobowiązanie jak tanią zapalniczkę

na dnie torby

specyficzna pamiątka

sama z czasem wypali swoje znaczenie


czy myślałeś o tym patrząc na mnie w ciemni

czy myślałeś o tym przyznając

że uwielbiasz mapy

nieprzeciętność

zmieniasz swój niepokój w niewidzialność

jak bardzo byłeś ludzki tego dnia

mój rodzaju człowieka

Nieodgadnięty

a wzrok twój jest jak pytajnik

co widzisz?… pyta bez głosu

prócz ciemnej nocy bezgwiezdnej

nieznanej wyroczni losów

i wiatru dni nieprzebytych

koloru skrzydeł połaci

jak w najpiękniejszym seansie

za który nie muszę płacić

i polan czernią poszytych

drzew ciemnią burzy targanych

i mnie i ciebie wśród tych

wydarzeń nierozegranych

korony lasów bezlistnych

i schody bez pięter domu

i więcej mówiłabym jeszcze

jeżeli miałabym komu

(2013)

Widok z okna

Nikt w swym pędzie życia nie zawrze obrazu,

Twej rozpaczy we własnym świecie swoich myśli,

Nikt nie wie, nie zobaczy, nie wspomni ani razu.

Istnieć tylko chcecie? Po coście tu przyszli?


Ten miernego życia pęd jest nieustanny,

Tylko drobna chwila, nikt nie zauważy,

Jak kolejny przysnął się tu wiatr poranny,

Jak ty, z rana na deszcz patrząc marzysz.


Wiem. Choć jesteś dla mnie nieprzewidywalny.

Deszczu łzy z kroplami duszy swej zmieszałeś,

Wyznaczyłeś jakiś cel niewykonalny.

Ty, przy oknie stojąc, sensu znów szukałeś.

(2013)

Układanka

Rozsypiesz się na milion słów,

Z których nie będę cię mogła złożyć.

Stylizowane na sto epok [2010—2013] 



1939

Wiście, drogie gwiazdy, na ciemnej kurtynie

Póki wam nie zgasną omdlałe ramiona

Nie pytaj wodospadu, czemu woda płynie

Nie pytaj o łez strużkę, kiedy płacze Ona


Nawet liść tu nie drgnie, zmęczony szelestem

Wiatr wstrzymuje oddech, pamięć czcząc zatartą

Tych, co dziś polegli, czci jedynym gestem

Wciąż Ona. Płacząc Wisłą, Odrą, Wartą…

Wędrowcze

Cóż miga na drodze, wędrowcze strudzony,

Co z przygód bez celu mózg niesie zmęczony

Do domu?… Tylko tam cię chcą, niebogi,

Do ziemi nieczystych poniosły cię nogi,

Tak cię woń uwiodła nieznanych wojaży,

Tak to kończy ten, co na jawie marzy!

To światło tak miga. Światełko ojczyzny.

Światełko domostwa. Blask rzeki mielizny.

Tyle dróg cię zwiodło trwogą niewzruszonych,

Tylko jedna dróżka, w blasku gwiazd przyćmionych

Tak ci ukazuje, dobrze wiedząc komu:

Wszędzie jest wspaniale, lecz najlepiej w domu.

Tu jest cel, wędrowcze otulony futrem,

Tu się kończy podróż twa za lepszym jutrem.

Satyra romantyczna

Słowackiemu


i Ty, wieszczu, co tak poezji Jego zarzucałeś,

że jest jak kościół piękną architekturą stawiony,

czy nigdy w romantycznym życiu nie słyszałeś,

że lepiej być bezbożnym, niźli przecenionym?

Ptak

Wolny jest — myślałam, patrząc na ptaszynę.

W dziobie promień słońca, ciągnie go jak linę,

Tka na niebie wzory, skrzydła mąci w chmurach,

Błękit, miast w obłokach, dziś jest w jego piórach.

Wolny, niezależny, niczym mknące lśnienie,

Dźwiga pieśń od słońca, lecz dźwiga i brzemię.

Bez niebaś nieważny, spadłbyś z głuchym krzykiem,

Gdyby ci je zabrać, byłbyś niewolnikiem.

Nocna kochanka

W gwiaździstej szacie ukazując wdzięki

Otula płaszczem światła senne gładząc lęki

Księżyc, płynąc niebem do samego ranka

Kiedy zniknie w czasie gwiaździsta kochanka

Mknie na horyzoncie, by się z nią pogodzić

Rozpłynąć jutrzenką i dzień nowy spłodzić

Cmentarz na Lipowej

Ścieżka ciszy. Złote klony,

Każdy liść ma tempo własne.

Poza czasem zbiera plony

Czarna zjawa w szacie ciasnej.


Brak istnienia. Czas zatrzyma

Wszystkie ciała, odda dusze.

Śmierć swą lśniącą kosę trzyma,

Wokół pną się czarne róże.


Wyobraźnia czy natchnienie?

Kilkuwieczne te mogiły,

Liść im robi za złocenie,

Wiatr im nowej nada siły.


Tu ktoś zamknął swe powieki.

Tu spoczywa dusza śpiąca.

Nad nią stoi, aż po wieki

Anielica krwią płacząca.


Długa ścieżka. Brak odwagi.

Brak tchu. Koszmar to czy sztuka?

Cmentarz wymaga powagi,

Czegóż więcej tutaj szukać?


Lecz tu spokój niezmącony,

Wprawia drzewa w ciche drganie.

Szumią, szumią złote klony,

Aż się tutaj bać przestaniesz.


Tu nie smutno, chociaż głucho.

Nietypowy to dom sztuki.

Klimat muśnie twoje ucho,

Czyści w twej pamięci luki.


Cóż za miejsce, cóż za czary

W takiej cię umocnią wierze:

Kiedyś — młody, później — stary,

A wspomnienia wciąż tak świeże.

***Tu na zawsze — łąka***

Aż nie widać, aż nie słychać,

Jak tu różne jest istnienie.

Jakże słodko jest oddychać,

Słońca blaskiem, kwiatów tchnieniem.


Wysuszone pola łany,

Lekko muśnie i wyleczy,

Wiatr — bywalec tutaj znany,

Co wiruje pośród mleczy.


Młody chomik skinął główką,

Gdzieś w łączanym tym bezkresie,

Przemknął, skłonił się makówkom,

Pośród traw, jak gdyby w lesie…


Słońce jest tu jubilerem,

Każdy kwiat to tu błyskotka.

Każdy kwiat jest bohaterem.

Koniczyna czy stokrotka…


Czyż nie czary na tym świecie?…

Cud, powiadam! Drobne płatki

Kulą schludnie, jak w balecie:

Miłki, smółki i bławatki.


Łąka — piękna metropolia,

Błaga: Krzycz!… Że chce się żyć!…

Z liści suknia… Z kłosów kolia…

Tu na zawsze!

   Istnieć!…

      Być!…

(2013)

Kłamstwo jadowite

Nie ruszyła nawet delikatnych liści,

Przecież to mówiła dla własnych korzyści.

Lekki głos sumienia mówił: „Nie rób tego!”

Lecz nienawidziła smucenia swojego.

Słowa jak jad węża z siebie wypluwała.

Sama tego chciała.

Musiała?…

Skłamała.

Pisanie o pisaniu [2012—2015]


Wyjątkowy

Czy istnieje wiersz, który

Pisany byłby zwyczajnie,

Umysłem morza lub góry,

Jak człowiek myśli normalnie,


Nie jak poeta rasowy?


Czy byłby tak samo ciekawy,

Wymagający zadumienia,

W zachwycie cytowany,

Pragnący chwili myślenia,


Czy komuś to przyszło do głowy?

(2012)

Krótki żywot bohaterki literackiej

Każde słowo przychodzi jej z łatwością

I mówi tak płynnie, tak dźwięcznie.

Nic dziwnego, skoro każdą kwestię

Wcześniej jej napisano.

Ma trochę wad, tak jak wszyscy,

A jednak uchodzi jej to płazem.

Fryzurę nawet ma podobną

I imię brzmiące bliźniaczo.


Nie ma marzeń, bo o czym tu marzyć.

Wszystko ma w świecie przedstawionym,

Wszystko co chciała ma stworzone,

Wystarczy tylko parę liter.


Ludzie słuchają jej z zachwytem

Jak mówi, ileż to przygód

Od pierwszej do ostatniej strony

(nie chodzi jej o metaforę).


Opowiedz teraz

Wytworze kropek i przecinków,

Jak żyjesz sobie na podartej

Kartce w śmietniku pod biurkiem?


Wytworze umysłu i podświadomości,

Zniszczona z powodu myśli czarnej.

Stworzona przeze mnie,

Lecz jak nie ja,

Bo wiem, że nigdy N i ą nie będę.


Trochę mniej śmiała, mniej banalna,

Jeszcze mniej idealna,

Lecz przynajmniej żywa,

Rzeczywista,

Niezniszczalna.

Natchnienie

O natchnienie zdradliwe!

Kiedy tkwiłam w pustce

Oderwana od zamętu

Nie wiedząc, co począć z ciałem

Bezużytecznym bez ciebie

Nie zastałam cię nigdzie…

      …zaś kiedy porwał mnie wir

Codziennych prac syzyfowych

Odległa kraina zwana skupieniem

Ty na światło dzienne wychodzisz…

(2013)

Przymiotniki

Piękne

Wody błyszczą w słonecznej kąpieli

Kryształy ziemi, życia diamenty


Tajemnicze

Niezbadane głębiny krzyczą dziką ciemnią

Usłane gatunkami jak gęsta leszczyna


Bezkresne

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 19.95