E-book
4.1
drukowana A5
40.45
Polska, ale jaka?

Bezpłatny fragment - Polska, ale jaka?


Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8126-774-8
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 40.45

Wstęp

Z braku zgody na to, co się w Polsce dzieje wykiełkowała we mnie potrzeba opisania wyników obserwacji życia publicznego i zaowocowała cyklem felietonów, zamieszczanych w internetowych serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Okazało się, że to, co pisałem, o bieżących wydarzeniach na politycznej i gospodarczej scenie nie było obojętne tysiącom czytelników, którzy nie tylko poświęcali swój czas na zapoznanie się z moim zdaniem, na temat problemów nurtujących polskie społeczeństwo, a nawet żywo je komentowali. Były wśród tych spontanicznych uwag internautów liczne wpisy podzielające mój pogląd, ale były też takie, które kontestowały to co pisałem. Nie jestem zwolennikiem żadnej z działających w Polsce partii politycznych, a jedynym kryterium, jakie stosowałem w ocenie zjawisk społecznych był zdrowy rozsądek, oczywiście w moim subiektywnym rozumieniu. Kiedy po trzech latach przeczytałem na nowo moje artykuły doszedłem do wniosku, że nic nie straciły na aktualności, pomyślałem więc, że warto jeszcze raz je udostępnić Czytelnikom, tym razem w formie książkowej.

Katastrofa

AD 08.06.201


Z wojennych ruin przyszło dźwigać kraj, Choć ciężko było nikt nie narzekał. Partia na ziemi obiecała Raj W socjalizmie co szczęściem człowieka.

Władza wprost piała z samozachwytu, Lecz do ideału wciąż daleko było,

Represji więcej zamiast dobrobytu,

A szczęście też nie nadchodziło.


Gorzej się żyło z upływem lat,

Więc mocno burzył się lud roboczy.

Aż się rozsypał pojałtański ład.

Elektryk w stoczni płot przeskoczył.


Styropianowy etos u zarania zgasł,

Ale wspomnienia do dziś są żywe.

Jak sprytni do salonów wdarli się na czas,

Gubiąc naiwnych pod budkami z piwem.


Naród bezradny stał się wobec chwytów,

Którymi chciwość pchała do celu

Funkcjonariuszy, nowych celebrytów,

Zawłaszczających dobra PRL-u.


Rozdwoiła się wkrótce ta nowa elita,

Co po komunie zajęła kwatery.

Jedna grupa sutanny się księżej chwyta,

Druga w przedsionku służy finansjery.


W mediach, co marnym gustom sprzyjają,

Walczą na piary do upadłego.

Gromadę błaznów i klakierów mając,

Dla pomieszania dobrego i złego.

O solidarności ludzkiej w krąg krzyczeli,

A wykazali każdy to przyzna. Heroizm w walce o krzesło w Brukseli, Pod sztandarami: Bóg, Honor, Ojczyzna.


Taka w szaleństwie jest tym metoda,

Że się przed niczym formacja nie cofa.

Więc, czy to ciągle kompromitacja?

Nie, to totalna już katastrofa.

Chłopcy malowani

A.D.30.06.2010


Nie łatwo zdobyć władzę, a utrzymać jeszcze trudniej. Utrzymaniu władzy totalitarnej służy miecz, demokratycznej karta wyborcza. W społeczeństwie demokratycznym zawodowi politycy nagminnie posługują się manipulacją, w celu wzbudzenia sympatii i pozyskania poparcia wyborców, zapewniającego im możliwość utrzymania się w krajowej elicie. Jednym ze skuteczniejszych na to sposobów jest umiejętne wykorzystywanie, powszechnego w społeczeństwie współczucia dla żołnierzy, składających daninę krwi i osieroconych żołnierskich rodzin. Każda śmierć jest niewypowiedzianą tragedią, ale też filarem Boskiej sprawiedliwości, bo bez żadnych wyjątków dotyczy każdego z nas. Wzmaga się więc wołanie, co jakiś czas o wycofanie naszego wojska, z niebezpiecznego teatru wojny do koszar w zaciszu. Tylko, kto tego zacisza miałby bronić, skoro armia po pewnym czasie zamieni się w gromadę funkcjonariuszy państwowych, wynagradzanych z budżetu.

Nie trzeba być wielkim strategiem, żeby wiedzieć jak bardzo żołnierz odizolowany w koszarach gnuśnieje, mimo udziału w ćwiczeniach na poligonie. Siłą rzeczy wartość bojowa armii trzymanej w zaciszu, ma się nijak do sprawności formacji wojskowych zahartowanych i ostrzelanych w autentycznej batalii na śmierć i życie. Inną ważną zasadą gier wojennych jest powstrzymywanie wroga z dala od granic Ojczyzny. Brakiem rozwagi jest podejmowanie walki dopiero wtedy, kiedy nieprzyjaciel zapuka do drzwi. Takie nieszczęście zdarzyło się nam niestety wielokrotnie. Naturalnym i słusznym działaniem jest, więc udział naszych żołnierzy w wojnie afgańskiej, gdzie obecnie toczy się bodaj najważniejsza konfrontacja Wolnego Świata z islamskim terroryzmem, zbrojnym ramieniem wojującego islamu. Udział w czynie zbrojnym przeciw fanatykom, dążącym do zniszczenia wielkiej, zachodniej cywilizacji jest naszym obowiązkiem, wynikającym z przynależności do krajów Zachodu i leży w naszym dobrze pojętym interesie. A to wiąże się także z gotowością do ponoszenia bolesnych ofiar. Niestety skłonność do agresji jest integralną cechą natury ludzkiej i najważniejszą z przyczyn prowadzenia wojen, od zarania dziejów po dzień dzisiejszy. Ludzkość z dawien dawna tworzy stosowne mechanizmy i powołuje instytucje, do utrzymania w ryzach ciemnej strony osobowości człowieka. Wadliwe działanie lub upadek tych systemów otwierają drogę do wzajemnego wyniszczenia się populacji. Nie inaczej było w Jugosławii, gdzie krwawy rozpad państwa nastąpił, po tym jak ono umarło w świadomości obywateli. Nie trzeba zresztą szukać daleko. Pod pretekstem udziału w meczach piłkarskich watahy wyrostków uzbrojonych w niebezpieczne narzędzia, toczą regularne bitwy ze sobą i policją, korzystając ze słabości rzekomo prawnego państwa. Aż ciśnie się na usta pytanie. Co by to było, gdyby udało się zwerbować tych wypasionych w dobrobycie zawadiaków i po odpowiednim przeszkoleniu skierować przeciw talibom, mającym zwyczaj podrzynania gardeł jeńcom? Wracając do poważnych rozważań, o jakości życia politycznego w Polsce trzeba wspomnieć również kilku tysięcy zabitych, rok w rok na naszych drogach. Niestety żaden z „władców’’ nie załamuje rąk nad ich tragedią i nie nawołuje do wprowadzenia ograniczeń w ruchu samochodowym, bo strzeliłby sobie politycznego samobója. Wydaje się, że decyzję o ewentualnym wycofaniu naszego wojska z zagranicznych misji, powinniśmy podjąć wspólnie z sojusznikami w chwili, kiedy będzie to najbardziej korzystne dla utrzymania pokoju światowego.

Śmiech z pogrzebu

A.D.29.07.2010

Katastrofa pod Smoleńskiem niejedno ma źródło. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie mogłaby zaistnieć bez tej zaciekłej walki o władzę między głównymi nurtami rozdartego obozu solidarnościowego. Pomijając genezę tego podziału i upraszczając problem aż do bólu, można powiedzieć, że jedni starają się utrzymać kraj na ścieżce otwarcia, modernizacji i postępu a drudzy fanatycznie zaślepieni spychają Polskę na bezdroża ciemnoty, zabobonów i przesądów. Na przywódcę tego nurtu negującego fakty oczywiste wykreował się Jarosław Kaczyński, człowiek może inteligentny, ale z natury skłonny do destrukcji, autentyczny wojownik sięgający bez żenady do arsenału kłamstw, insynuacji i obietnic bez pokrycia. Propagując w swoim, słynnym przemówieniu sejmowym chore idee II RP głosił, co następuje: Nikt nie wmówi nam, że białe jest białe a czarne jest czarne. Czy to zwykłe przejęzyczenie? Być może, ale dziwnym trafem słowa te idealnie określają mentalność tego człowieka, który do głoszonych bzdur i bredni potrafi nie tylko przekonać innych, ale nawet samego siebie. Idzie za nim niestety wielka gromada zaciemnionych, odrzucających a priori naukowe dowody, klękających przed domyślnymi znakami cudownych wizerunków na niedomytych szybach i zagrzybionych ścianach domów. Katastrofa smoleńska nie ma precedensu w dziejach lotnictwa cywilnego, ze względu na rangę i znaczenie pasażerów, którzy ponieśli w niej śmierć. W takiej chwili zawsze na usta ciśnie się pytanie. Dlaczego? Niezależnie od tego, co ustalą specjaliści od badania wypadków lotniczych i prokuratorzy nie ulega wątpliwości, że jakiś cień odpowiedzialności pada na Lecha Kaczyńskiego, jako kreatora tej wyprawy, konkurencyjnej wobec tej zorganizowanej przez premiera kilka dni wcześniej z udziałem Władimira Putina. Bracia Kaczyńscy grali kartą katyńską w walce o drugą kadencje Lecha w Pałacu Prezydenckim. Urzędujący prezydent dając się ponieść wyborczym emocjom naraził na szwank interes państwa, zabierając ze sobą wszystkich najważniejszych dowódców Wojska Polskiego i całą plejadę gwiazd z politycznego firmamentu. To nie ulega wątpliwości. Nie ważne czy przyczyną była rozbuchana ambicja czy też lekkomyślność. Jedno i drugie nie przystoi prezydentowi Rzeczypospolitej. Po masakrze smoleńskiej zrozpaczony brat prezydenta natychmiast podjął dość skuteczne działania dla wykreowania Lecha Kaczyńskiego na bohatera narodowego głosząc, iż poniósł śmierć męczeńską oraz sugerując, że katastrofa była rzekomo aktem zbrodniczym, owocem niecnej zmowy krajowych i zagranicznych wrogów bohaterskiego prezydenta, powstrzymującego imperialne zapędy agresywnego państwa rosyjskiego. Tego typu insynuacje stały się wodą na młyn dla podążających gromadnie, w ślad za prezesem PIS-u i radiomaryjnym ojcem dyrektorem rozsiewaczy sensacyjnych mitów, będących wytworem imaginacji i chorej wyobraźni. Wywołany tym sposobem efekt śniegowej kuli, przy mocnym wsparciu zgubionego po śmierci polskiego papieża Kościoła, doprowadził do powstania groźnego przesilenia politycznego w kraju Omal nie zakończyło się ono zwycięstwem Jarosława w wyborach prezydenckich, co mogłoby wyrządzić Polsce niepowetowaną szkodę. Wbrew temu, co głosi brat i jego ludzie tragicznie zmarły Lech Kaczyński był prezydentem przeciętnym. Pogorszył znacznie relacje naszego kraju z głównymi państwami Unii Europejskiej, głosząc tezę o swoich poprzednikach rzekomo rozmawiających z zachodnimi sojusznikami na kolanach. Tymczasem sam był uległy wobec Litwinów utrudniających systemowo życie tamtejszym Polakom i wobec Ukrainy unikającej przyjęcia odpowiedzialności za straszliwą rzeź ludności polskiej na Wołyniu, przez bandy banderowców. To wszystko w połączeniu niefortunnymi wyprawami do Gruzji było wynikiem przywróconych do życia przez Kaczyńskich, a dawno już zbankrutowanych, operetkowych aspiracji mocarstwowych, jako alternatywy korzystnej dla Polski, pogłębionej integracji z silnymi państwami Trójkąta Weimarskiego. Pochówek na Wawelu był wyrazem buty i pychy Jarosława Kaczyńskiego i początkiem szerokiej akcji kreowania brata na bohatera, różnymi sposobami i narzędziami, nie wyłączając krzyża przed pałacem. Prezesowi PIS-u zawsze nie wychodziło pozytywne kształtowanie lepszej przyszłości, zabrał się, więc do pisania historii zgodnie ze swoimi słowami: Piszmy historię, bo inni napiszą ją za nas. Do napisania i rozpowszechniania katyńsko- smoleńskiego mitu zatrudnił całą pisowską frakcję sejmową, zajmującą się głównie rozszarpywaniem smoleńskiej tragedii.

Pewien hitlerowski dygnitarz miał zwyczaj mówić: O tym, kto jest Żydem decyduję ja. Jarosław Kaczyński do niedawna jeszcze uzurpował sobie prawo, do decydowania, kto jest komunistą, a kto stoi tam, gdzie jeszcze niedawno stało ZOMO. Teraz szukając zemsty za śmierć brata próbuje przy pomocy swoich, pretorian wykreować i rozpowszechnić zafałszowany mit o wielkiej, silnej, rzekomo solidarnej Polsce, wyśnionej i budowanej przez braci Kaczyńskich i popierających ich patriotów, wbrew zdrajcom i zaprzańcom wywodzących się również z solidarnościowego pnia.

Ból krzyża

A.D.17.08.2010


Drewniany, niepozorny krzyż za sprawą żerujących na nim mediów stoi od wielu dni, w centrum zainteresowania opinii publicznej w Polsce. Dziś taki świat, że liczą się tylko te obszary życia społecznego, które mają szczęście być obiektem przekazu medialnego. Dlatego właśnie wokół problemu związanego z tym krzyżem, kręcą się wszyscy liczący się uczestnicy życia publicznego i to wcale nie dlatego, żeby znaleźć jakieś godne wyjście z pogłębiającego się wciąż impasu. Chodzi natomiast o to, żeby korzystając z nadarzającej się, znakomitej okazji próbować wyciągać cudzymi rękami przysłowiowe kasztany z ognia. Krzyż przyniesiony przez polityków w krótkich spodenkach stał się zarzewiem eskalacji konfliktu społecznego, który wywodzi swoja genezę z przemian ustrojowych i społecznych z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku i latami narastał. Dzieckiem w szkole mądra nauczycielka historii, nakazywała mi szukać zawsze, zasadniczych przyczyn spektakularnych wydarzeń dziejowych. Obserwując konflikt, którego widomy znak objawił się na Krakowskim Przedmieściu trzeba pamiętać, że razem z wolnością wydostały się z komunistycznej zamrażarki przedwojenne demony nacjonalizmu, antysemityzmu, nietolerancji i ksenofobi pochodzące nie tylko z endeckiego arsenału. Niektóre z tych przywar podniesione zostały przez radykalny odłam sprawujących władzę elit postsolidarnościowych, do rangi narodowej tradycji i troskliwie pielęgnowane, doprowadziły do odnowienia dawnych społecznych podziałów. Gdyby nie to, krzyż połączyłby Polaków w żałobie, po bolesnej stracie ludzi z kręgu najwyższych władz państwa i w zadumie nad niepewnością ludzkiego losu. Tak się jednak nie stało i na oczach całego społeczeństwa znacznego uszczerbku doznał autorytet Kościoła, a jego hierarchowie ze zdumieniem spostrzegli, że rząd dusz wymyka im się z rąk. Z jednej strony otrzymali tęgiego szturchańca od fanatycznej sekty Ojca Dyrektora, a z drugiej od wymyślonego przez katolickich publicystów pokolenia JPII, które pod wezwaniem Facebooka zebrało się zupełnie spontanicznie w sile kilku tysięcy ludzi, żeby oprotestować zawłaszczanie przy pomocy krzyża przestrzeni publicznej. Na tę nieprzyjemną nauczkę Kościół solidnie zapracował zapominając o słowach św. Pawła, że korzeniem wszystkiego zła jest chciwość pieniędzy, a Chrystus nasz Pan żadnych dóbr nie posiadał. Po wyjściu spod rygorów, niezbyt jednak dotkliwych ludowej władzy, Kościół stał się pieszczochem obdarzanym przez nowe elity gradem bogactw i przywilejów. Bogactwo, zbytek i luksus składały się na jeden z dwóch filarów podtrzymujących nową potęgę kleru, drugą miała być niemal kompletna władza nad społeczeństwem, sprawowana pośrednio przez ślepo mu oddanych prawicowych polityków. W imię tych interesów Kościół pozwala Jarosławowi Kaczyńskiemu używać krzyża, jako narzędzia szantażu mającego wymusić na władzach państwowych, wybudowanie tragicznie zmarłemu bratu wspaniałego pomnika, przed pałacem, na który Lech Kaczyński nie zasłużył. Pomniki buduje się ludziom wielkim, a braciom Kaczyńskim do wielkości daleko. Episkopat powinien wyciągnąć właściwe wnioski z tych zaskakujących wydarzeń i dokonać znaczącej korekty swojej super konserwatywnej linii politycznej, bo świat idzie w zupełnie innym kierunku, a uporczywe trwanie w nieprzystających do nowoczesności standardach może ograniczyć wpływy Kościoła, wyłącznie do armii zapiekłych fanatyków.

Co nam zostało?

A.D.31.08.2010


Ze zdumieniem i niesmakiem patrzyła Polska, kiedy w Gdańsku spadkobiercy pierwszej Solidarności toczyli swoje potępieńcze swary. Okazją była trzydziesta rocznica spisania umowy społecznej, inicjującej serię wstrząsów, które na oczach zdumionego świata obaliły pojałtański ład w Europie. Nie mają racji ci, co się zżymają na permanentny konflikt wśród starzejących się kombatantów, bo wynika on z naturalnego sporu o podział łupów. Zawsze tak było w dziejach ludzkości, że po obaleniu tyranii opromienieni chwałą zwycięzcy natychmiast dzielili się na odrębne frakcje i zwracali przeciw sobie. Taki, klasyczny przebieg porewolucyjnych komplikacji, wynika z naturalnej potrzeby społeczeństwa do wyłonienia nowego przywództwa. Umarł król, niech żyje król — chciałoby się zawołać, ale niestety mocno zmurszała dyktatura upadła z wielką ochotą, nie pozostawiając po sobie następcy. Pozostał natomiast dość spory majątek narodowy, pochodna ucisku i wyzysku sił wytwórczych, trzymanych twardą ręką w ubóstwie, na poziomie minimum socjalnego. O podział tego majątku zaczęła się słynna wojna na górze i po pewnych modyfikacjach trwa do dziś. Na szczęście zmienił się świat, mimo wszystko na lepsze, więc nieaktualne są francuskie standardy z 1789 roku, kiedy to dzieci zwycięskiej rewolucji zgilotynowały się nawzajem, torując drogę do władzy dyktatorowi Bonapartemu. Cała zabawa trwała zaledwie kilka lat. Po dwudziestu latach polskich zmagań nadal brak jest trwałego systemu władzy, a obowiązującym aktom prawnym łącznie z konstytucją, daleko rangi fundamentu ustrojowego Rzeczpospolitej, skoro są nieustannie kwestionowane przez poważne siły polityczne. Stąd właśnie się bierze słabość polskiego państwa, szarpanego bezkarnie na oczach społeczeństwa, przez rywalizujące o władzę i pieniądze frakcje wywodzące się z wierchuszki ruchu społecznego, który obalił poprzednią, rzekomo ludową władzę. Żaden ze ścierających się politycznych klanów, nie może osiągnąć takiej przewagi, która pomogłaby zapewnić stabilizację państwu, choć w ostatnich latach szala zaczęła przechylać się, na stronę sił liberalno-demokratycznych, preferujących model demokracji zachodniej. Nie może przystać na to nurt fundamentalistyczny, dążący do ustanowienia państwa guasi wyznaniowego. Wynika to z dominującej w Polsce roli Kościoła, dopieszczanego jak dotąd przez wszystkie rządy łącznie z lewicowymi, którego struktury zrosły się ze strukturami państwa, zapewniając sobie decydujący niekiedy wpływ na kształt politycznych decyzji. Wobec braku sukcesów w ewangelizacji, hierarchia kościelna chce wymusić przestrzeganie zasad wiary katolickiej, pod groźbą sankcji wykonywanej przez aparat państwa W tym celu Kościół tak mocno zaangażował się w kampanii prezydenckiej na rzecz jednego z kandydatów, który miał w założeniu sprzyjać ustanowieniu w Polsce chrześcijańsko-narodowego systemu politycznego. Z wynikiem wyborów przyszło wielkie rozczarowanie i gniew owocujący antypaństwowym buntem na Krakowskim Przedmieściu, noszącym pewne znamiona pełzającego zamachu stanu. Na progu ustrojowej rewolucji zniewolony przez komunę Kościół wspierał potęgę dziesięciomilionowej Solidarności. Po trzydziestu latach Kościół jest wszystkim, Solidarność niczym. Tyle zostało nam z tamtych lat.

Znak Opatrzności

A.D.10.09.2011


Zdarza się niekiedy, że Opatrzność daje nam jakiś znak. Dzieje się tak, na ogół wtedy, gdy ulegając podszeptom diabelskich sług, omamieni marnym blichtrem tego świata, oddajemy się we władanie ciemnej stronie mocy. Na potwierdzenie troski Najwyższego o ludzkie losy zabrzmiał głos biskupa Tadeusza Pieronka, który zapewne tknięty palcem Bożym, napomniał publicznie hierarchów Kościoła w Polsce. Wraz ze śmiercią Jana Pawła II skończył dla Kościoła czas heroiczny, liczony od napaści hitlerowskiej w 1939 roku, do ostatecznego upadku światowego komunizmu. Przez pół wieku Kościół był z Narodem a Naród z Kościołem. Przez ten czas walki i chwały prowadzili nas najwybitniejsi kapłani, jakich znała historia. Ta sama historia jednak uczy, że następcami geniuszy zostają na ogół ludzie przeciętni, a nawet mierni. Nie inaczej stało się po odejściu Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły. W momencie, kiedy przyszło wytyczyć nowy szlak, osieroceni hierarchowie wyraźnie się zagubili. Zamiast przekroczyć Rubikon nowoczesności, zawrócili do mrocznego Średniowiecza, gubiąc na dziejowym zakręcie nie tyko właściwy azymut, ale też dbałość o bogactwo duchowe, na rzecz zauroczenia udziałem w sprawowaniu władzy i gromadzeniu dóbr doczesnych, pozostawiając na dalszym planie troskę o zbawienie wieczne. Na dodatek hierarchowie popadli w triumfalizm i przekonani o własnej nieomylności zaczęli jawnie wspierać stających w szranki wyborcze prawicowych kandydatów, ściśle trzymających się linii politycznej określanej, jako społeczna nauka Kościoła. Było takich przypadków bez liku, więc nie ich ma sensu wymieniać. Należy jednak sięgnąć po jeden przykład bardzo znamienny. W przeddzień decydującego starcia o prezydenturę Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim księża w parafiach odprawiali wieczorne nabożeństwa w intencji zwycięstwa przywódcy Solidarności, noszącego wizerunek Matki Boskiej w klapie marynarki, nad odsądzanym od czci i wiary postkomunistą. Niestety Opatrzność nie wysłuchała modłów, dając wiernym powody do zwątpienia w tożsamość woli Episkopatu z wolą Wszechmogącego. Następnym przykładem zupełnego rozmijania się intencji Pana Boga z poglądami jego domniemanych przedstawicieli, mieliśmy całkiem niedawno w ostatnich wyborach prezydenckich, w których kler udzielił masowego poparcia Jarosławowi Kaczyńskiemu doprowadzając do sytuacji, że bliską spełnienia była groźba oddania najwyższego urzędu w państwie, w ręce szkodzącego Polsce politycznego awanturnika. Tego widać było za wiele nawet Miłosiernemu. Trudno, bowiem spokojnie patrzeć jak polski Episkopat powoli staje się zakładnikiem w rękach tego nieobliczalnego człowieka, wspierając go totalnie w bezpardonowej walce, o osłabienie instytucji demokratycznych, w nadziei na ustanowienie religijnego nadzoru nad poczynaniami państwa. Biskup Tadeusza Pieronek ujawnia polityczne powiązania harcerzy od krzyża z prezesem PIS-u potwierdzając tym samym sygnał mojej intuicji, która kazała mi napisać o nich, jako, politykach w krótkich spodenkach. Wychodzi, więc na to, że przedstawienie polityczne na Krakowskim Przedmieściu jest do samego początku, w najdrobniejszych szczegółach reżyserowane, a jego uczestnicy jawią się, jako nieświadome niczego marionetki, kierowane przez niewidocznych aktorów tego spektaklu. Nadszedł czas, żeby wymienić imiennie tych manipulatorów pociągających za sznurki.

Substytut

A.D.21.09.2010


Polska nadal nierządem stoi, bo choć minęły wieki w mentalności Polaków niewiele się zmieniło. Widać to jak na dłoni na scenie Krakowskiego Przedmieścia, gdzie w najlepsze toczy się żałosny spektakl na oczach zdumionej Europy. Przegrany w wyborach prezydenckich pupil bloku narodowo-katolickiego nie uznał swojej porażki i szukając zasłony dla trawiącej go nienawiści, do zwycięskiego przeciwnika wymyślił, że Bronisław Komorowski wygrał przez nieporozumienie. Tym samym zakwestionował wolę wyborców potwierdzoną przez konstytucyjne organy, powołane do przeprowadzenia wyborów i zatwierdzenia ich wyników, stawiając przeciw prawomocnym decyzjom tych instytucji twierdzenie, że on wie lepiej. Własne przekonanie wystarczyło mu za podstawę do zakwestionowania wyników wyborów i wezwania prezydenta do zejścia ze sceny politycznej. Wydawałoby się, że postępowanie Jarosława Kaczyńskiego zakrawa na kabaret. Niestety ta fanfaronada przestaje być śmieszna, kiedy przyjrzymy się dokładnie, kto za nim stoi, a wtedy dostrzeżemy, że prezes PIS-u to widoczny znak potężnego bloku narodowo- katolickiego, który zbyt mocno się zaangażował w kampanię wyborczą swego pupila, żeby teraz tak łatwo zrezygnować z profitów, jakie zamierzał osiągnąć, dzięki jego wyborczemu zwycięstwu. Skoro nie udało się wygrać, stratedzy obradujący jak zawsze za zamkniętymi drzwiami, postanowili dać pohasać awanturnikowi, patrząc życzliwie przez palce jak okładając prezydenta smoleńskim krzyżem, usiłuje wykurzyć go najpierw z Pałacu, a później ze stanowiska. Od dawna już hierarchowie Kościoła upatrzyli sobie braci Kaczyńskich, jako najlepszych gwarantów swoich interesów, ale dopiero po tragedii smoleńskiej poszli na całość słusznie mniemając, że współczucie spontanicznie okazywane ofiarom katastrofy i ich rodzinom przełoży się na wyniki głosowania i pozwoli przynajmniej zachować dotychczasowe zdobycze, a po przyszłorocznych wyborach przejąć pełnię władzy. Proboszczowie wysłali w tym celu najaktywniejszy, kościelny wolontariat do zbierania podpisów dla Jarosława Kaczyńskiego, polecając rozdawać wydrukowane w ogromnych ilościach podobizny tragicznie zmarłej prezydenckiej pary. Episkopat nie ukrywa, że dąży do zaostrzenia przepisów ustawy zakazującej aborcji i zdelegalizowania metody in vitro, leczącej bezpłodność, a później zakazu rozpowszechniania i stosowania środków antykoncepcyjnych, Dzieje się tak, dlatego, że księża hołdujący rozpasanej konsumpcji, zmienili się z duszpasterzy w wielmożów, dążących do wymuszania, przestrzegania przez wiernych kanonów wiary i społecznej nauki Kościoła, pod groźbą sankcji karnych, w tym także w stosunku do wiernych innych wyznań i osób niewierzących. Nie chce się wierzyć, że znany arcybiskup przemyka luksusowym mercedesem torując sobie drogę wśród swoich diecezjan policyjnym kogutem. Dzięki Bogu nie został jednak prezydentem człowiek, który krzyż nazywa substytutem pomnika swojego brata i zapala pod Pałacem kolejne znicze, podsycając żenujące wygłupy coraz bardziej szalejących fanatyków. Patrząc na chaos ogarniający państwo chciałoby się zawołać. Hierarchowie nie idźcie tą drogą. Niestety, ale widać coraz wyraźniej, że żyjemy w kraju substytutów. Zamiast zdrowego budżetu państwa rząd oferuje kolejny marny substytut. Kościół preferuje substytut ewangelizacji, a kulawa demokracja wykreowała substytut klasy politycznej. O tempora! O mores!

Tańczący na deficycie

A.D.06.09.2010

A.D.06.09.2011


Nie mów nic zabawa trwa. Te banalne słowa popularnej ongiś piosenki najlepiej oddają beztroskę postsolidarnościowych elit zarówno tych trzymających władzę, jak i tych gorszego sortu, usiłujących im tę władzę wydrzeć za wszelką cenę. W Warszawie tyka nieustannie licznik, prezentujący zatrważającą dynamikę narastania długu publicznego. Widoczny znak spróchniałych fundamentów państwa zainstalowano w stolicy, z inicjatywy profesora Balcerowicza tego samego, który przed dwudziestoma laty uruchomił proces szalonej prywatyzacji, prowadzący do bezprzykładnego zaniżenia wartości majątku narodowego. Wraz ze zwycięstwem Solidarności skończył się priorytet dla zaciskania pasa, a wyłoniła się przestrzeń dla wybujałej konsumpcji, coraz częściej ponad stan. Niestety upadająca gospodarka nie była w stanie udźwignąć ciężaru społecznych oczekiwań, więc z konieczności kolejne rządy finansowały rosnące wydatki budżetu, środkami uzyskanymi z wyprzedaży majątku narodowego i emitowania papierów dłużnych.

Nowe długi rosły w milczeniu. Nagłaśniano natomiast ponad miarę ciężar długów zaciągniętych przez Edwarda Gierka, nie informując o wartości majątku, jaki został wygenerowany, dzięki zagranicznym kredytom, przeznaczonym w lwiej części na unowocześnienie polskiej gospodarki. Nikt z wieszających psy na komunie nie zająknął się, że kosztem niskiego poziomu życia obywateli kraj spłacił wierzycielom równowartość zaciągniętych pożyczek, a wielkość pozostała do spłacenia to koszty obsługi długu, w postaci lichwiarskich często odsetek. Ze spirali zadłużenia udało się wyjść dzięki z trudem wynegocjowanej rezygnacji komercyjnych banków, z części zysków od powierzonych Polsce kapitałów. Patrząc na przykre doświadczenia należało powstrzymać się od ponownego zadłużania państwa, ale nowa prawie demokratyczna władza, nie tylko roztrwoniła srebra rodowe, lecz nie umiała też powstrzymać rosnących żądań wpływowych grup społecznych, w obawie przed utratą elektoratu, rozbudowując przy okazji biurokrację do granic absurdu.

Prorządowi ekonomiści obiecywali, że równolegle do wzrostu gospodarczego będzie się zmniejszał deficyt budżetowy. Stało się dokładnie odwrotnie. Pożyczanie pieniędzy na sfinansowanie bieżących wydatków nabrało cech systemowych. W ślad za generującym coraz większe zadłużenie budżetem państwa ochoczo poszły samorządy, wydając pożyczone pieniądze na prawo i lewo, często na sfinansowanie zadań o charakterze propagandowym.

Jak się bawić to się bawić? Coraz liczniejsze i bogatsze banki po przechwyceniu całości obrotu pieniężnego z tytułu wynagrodzeń pracowniczych, rzuciły się udzielać kredytu każdemu, kto zapragnął, bez sensownych zabezpieczeń. Szeroką falą wróciła zmarginalizowana przez komunę lichwa. Zaroiło się o lombardów i firm pożyczających gotówkę na drakońskich warunkach. Miejsce przegranych ideologii zajął prymitywny konsumpcjonizm, zjawisko o cechach religii bez Boga. Wyznaniem wiary stało się kupowanie, a świątyniami ogromne sklepy pełne towarów, w większości naznaczonych cechami zbędnego balastu. W stosunkach miedzyludzkich dawną rzetelność zastąpiło cwaniactwo, a wyłudzenie awansowało do rangi metody prowadzenia działalności gospodarczej. Co stało się etosem, który przyświecał przed laty opozycji demokratycznej, która zapoczątkowała demontaż światowego systemu komunistycznego? Kto dziś jest depozytariuszem ideałów, które legły u podstaw potężnego zrywu społecznego z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku?

Na pewno nie Kościół zafascynowany posiadaną władzą i uwikłany w gromadzenie dóbr doczesnych. Na pewno nie historyczni przywódcy Solidarności, którzy po latach obrośli w tłuszczyk i są wyobcowani z ludu wcale nie mniej, niż przywódcy partyjni, których obalili. To może dźwigają etos wzbogaceni gdańscy liberałowie? A może dziennikarze karmiący się skandalami, albo tysiące celebrytów zaludniających miliony telewizyjnych okienek i okładek kolorowych czasopism. Nie mów nic, dobrze jest, zabawa trwa. O, sancta simplicitas

Ostatnich gryzą psy

A.D 17.10.2010


Obdarzając nas wolną wolą Opatrzność sprytnie uwolniła się od odpowiedzialności za światowy bałagan. Można, zatem przyjąć, że ogólny nieład jest rozwiązaniem systemowym, ma charakter trwały i może być tylko doraźnie modyfikowany. Żywioł rządzący światem ma wbudowane pewne mechanizmy, które uaktywniają się w okolicznościach otwierających pole zagrożenia samolikwidacją. Na to Wszechmogący pozwolić by nie mógł, bo to jest sfera jego wyłącznych kompetencji.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 40.45