PRZEDMOWA
Trzymają Państwo w rękach książkę, która z pozoru jest tylko kolejną polską powieścią kryminalną — gatunku, który w ostatnich latach przeżywa niebywały rozkwit na naszym rynku wydawniczym. „Polowanie” rozpoczyna się klasycznie: seria morderstw w prowincjonalnym środowisku, komisarz prowadząca śledztwo, stopniowe odkrywanie warstw kłamstw i tajemnic. Zdawać by się mogło, że mamy do czynienia ze sprawnie skonstruowanym thrillerem, który dostarczy nam kilku godzin sensacyjnej lektury, po czym trafi na półkę obok dziesiątków podobnych pozycji.
Nic bardziej mylnego.
„Polowanie” to książka, która pod pozorem kryminalnej intrygi prowadzi czytelnika przez labirynt najbardziej palących pytań współczesnej polskiej moralności, etyki publicznej i społecznej odpowiedzialności. To powieść, która zmusza do refleksji nad tym, kim jesteśmy jako naród, jako społeczność lokalna, jako jednostki uwikłane w sieć tradycji, hierarchii i milczących zmów.
Autor — świadomie lub nie — nawiązuje do najlepszych tradycji literatury zaangażowanej społecznie, tej która nie tylko opowiada historie, ale także stawia diagnozy. Mazowieckie Koło Łowieckie „Hubertus”, które staje się areną zbrodni, to przecież mikroświat całej Polski — z jej układami, korupcją, omertą, przeplataniem się władzy świeckiej i duchowej, z pijaństwem jako społecznym lepiszczem i bronią jako symbolem męskości. To społeczność, w której każdy zna każdego, gdzie tajemnice są walutą, a milczenie — umową społeczną.
Szczególnie poruszający jest wątek proboszcza Tadeusza Nowaka — człowieka rozpiętego między Boskim prawem a ludzką sprawiedliwością, między tajemnicą spowiedzi a moralnym obowiązkiem zapobieżenia zbrodni. W jego postaci autor dotyka jednego z najstarszych dylematów etyki normatywnej: czy istnieją zasady absolutne, których nigdy nie wolno złamać, nawet jeśli ich przestrzeganie prowadzi do tragedii? Czy tajemnica spowiedzi — fundamentalna dla katolickiego sakramentu pokuty — może usprawiedliwiać milczenie wobec planowanego morderstwa? Proboszcz Nowak nie jest tu ani świętym, ani złoczyńcą. Jest człowiekiem w pułapce własnych przekonań, systemów wartości, które zawodzą gdy konfrontują się z brutalnością rzeczywistości.
Równie interesująca jest postać komisarz Anny Kowalczyk. W polskiej literaturze kryminalnej rzadko spotykamy kobiety-detektywi, które nie są jedynie „kobiecą wersją” męskich śledczych, lecz postaciami pełnokrwistymi, o własnej metodologii, intuicji, wrażliwości. Kowalczyk nie poluje na przestępców z chłodną kalkulacją racjonalisty. Ona czuje, domyśla się, łączy fakty z emocjami, wiedzie śledztwo nie tylko przez akta i dowody, ale także przez ludzkie sumienia. To postać, która przypomina nam, że sprawiedliwość to nie tylko paragraf i wyrok, ale przede wszystkim empatia i wytrwałość w dochodzeniu prawdy, nawet gdy wszyscy wokół wolą zapomnieć.
Autor zaskakuje nas też głęboką znajomością specjalistycznego słownictwa myśliwskiego. Opis polowania — ambon, nagonek, śrutu, rodzajów zwierzyny — nie służy tu jedynie budowaniu autentyzmu. Polowanie staje się metaforą, wieloznacznym symbolem. Kim jest myśliwy? Tym, kto zabija zwierzęta w imię tradycji i sportu? A może tym, kto tropi prawdę? Albo tym, kto eliminuje świadków własnych zbrodni? W tej książce wszyscy jesteśmy myśliwymi lub zwierzyną, w zależności od perspektywy.
Warto też zwrócić uwagę na strukturę społeczną przedstawioną w powieści. Koło łowieckie to model polskiej hierarchii: prezes (lokalny baron), radny (przedstawiciel władzy świeckiej), proboszcz (władza duchowa), leśniczy (strażnik natury, ale też uczestnik nielegalnych interesów), przedsiębiorca (reprezentujący nowy kapitalizm), rolnik (tradycyjne fundamenty wspólnoty), młody student (niewinność wciągana w machinę zbrodni). To przekrój polskiego społeczeństwa prowincjonalnego, gdzie każda z tych postaci odgrywa przypisaną jej rolę — dopóki ktoś nie zaburza równowagi.
Tym kimś jest Zbigniew Malicki — przedsiębiorca z Warszawy, człowiek który nie respektuje lokalnych układów, bo nie jest ich częścią. Jego śmierć uruchamia lawinę, ale ona zaczęła się znacznie wcześniej — dwadzieścia lat przed główną akcją, gdy inna zbrodnia została zatuszowana, a jej sprawca żył spokojnie dzięki zmowie milczenia. „Polowanie” pokazuje, jak grzech rodzi grzech, jak jedno kłamstwo wymusza kolejne, jak zbrodnia niewykryta staje się rakiem toczącym społeczność od środka.
Nie mogę nie wspomnieć o niezwykle trafnej obserwacji alkoholu jako czynnika destrukcyjnego. Autor nie moralizuje, nie wygłasza kazań o abstynencji. Po prostu pokazuje: polowanie zaczyna się od „kieliszka dla rozgrzewki” o piątej rano, a kończy się trzema trupami. Pijani mężczyźni z bronią, w lesie, pełni wzajemnych pretensji — czy można wyobrazić sobie scenariusz bardziej niebezpieczny? A przecież to nie fikcja. Każdego roku w Polsce dochodzi do kilkunastu wypadków śmiertelnych podczas polowań, w większości z udziałem alkoholu. Autor dotyka tabu — polskie picie jest problemem nie tylko społecznym, ale i śmiertelnie niebezpiecznym, szczególnie gdy łączy się z dostępem do broni.
„Polowanie” to także książka o zdradzie — nie w sensie romansowym, lecz egzystencjalnym. Zdradzie wartości, którym rzekomo służymy. Proboszcz zdradza tajemnicę spowiedzi. Ojciec zdradza syna, manipulując nim dla własnego ocalenia. Przyjaciele zdradzają się nawzajem, gdy stawka robi się zbyt wysoka. Koło łowieckie, które deklaruje braterstwo i wspólnotę, okazuje się areną bezwzględnej walki o przetrwanie.
Finał książki — bez spoilerów — pozostawia czytelnika z gorzkim posmakiem. Sprawiedliwość zostaje wymierzona, ale jej cena jest ogromna. Zniszczone rodziny, złamane życiorysy, społeczność na zawsze naznaczona skandalem. I nieuniknione pytanie: czy było warto? Czy prawda jest zawsze lepsza od kłamstwa, nawet jeśli jej odkrycie niesie ze sobą takie zniszczenie?
Jako filozof i etyk muszę przyznać, że „Polowanie” zadaje pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. To książka, która nie pozwala nam spać spokojnie, która burzy nasze pewniki moralne, która pokazuje że w świecie rzeczywistym nie ma czarno-białych wyborów. Jest tylko nieskończona gama szarości.
Polecam tę lekturę wszystkim, którzy nie boją się prawdy o sobie i o społeczeństwie, w którym żyjemy. Nie jest to książka łatwa ani przyjemna. Ale jest konieczna.
Bo prawdziwe polowanie odbywa się nie w lesie, lecz w nas samych — gdy tropimy własne kłamstwa, własną hipokryzję, własną gotowość do kompromisów moralnych.
I to polowanie nigdy się nie kończy.
Warszawa, grudzień 2024
ROZDZIAŁ 1: ZBIÓRKA
Mgła zsuwała się z nieba jak brudna firanka, zawieszając się między konarami sosen i brzóz. Było wpół do piątej rano, a parking przed leśniczówką w Chrzanowie Dużym powoli zapełniał się samochodami. Toyota land cruiser, dwa mitsubishi, stary mercedes G-klasse i kilka terenowych suzuki — arsenał mazowieckiego myślistwa, odbicie miejscowej hierarchii władzy i pieniądza.
Mirosław Lisicki przyjechał ostatni, celowo. Jego czarny audi Q7 o numerach rejestracyjnych z ciechanowskiego starostwa zatrzymało się z lekkim poślizgiem na żwirze, rozpryskując drobne kamienie. Wysiadł powoli, wyprostował się, poprawił kamizelkę myśliwską firmy Percussion — taką samą, jaką nosił książę Filip podczas polowań w Balmoral. Lisicki lubił te porównania. Radny gminy Chrzanów, przewodniczący komisji budżetowej, od dwudziestu lat w strukturach Polskiego Stronnictwa Ludowego, a od dziesięciu w Kole Łowieckim „Hubertus” — wiedział, że każdy gest ma znaczenie.
— No, no, panie radny, myśleliśmy, że pan spać się położył — przywitał go Jan Borowski, prezes koła, mężczyzna o twarzy pooranej bruzdami jak jesienne pole. Miał sześćdziesiąt trzy lata i polował od czterdziestego. W miejscowej hierarchii znaczył więcej niż wójt.
— Towarzystwo musi poczekać na towarzystwo — odparł Lisicki z uśmiechem, który miał być prywatny i nie dotarł do oczu. — Kto już jest?
— Wszyscy, kurde. Leśniczy Kowalski sprawdza jeszcze pas, proboszcz w środku herbatę pije, Malicki z Wróblem gadają o jakimś przetargu. No i Kogut ze swoim synem przyjechali, chociaż mówiłem, że chłopak za młody jeszcze.
Lisicki skinął głową. Zbiórka przed polowaniem to był jak sejm w miniaturze — układy, sojusze, potyczki słowne. Tu, w mazowieckich lasach, pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy, a jakby inna rzeczywistość. Tu liczyły się inne zasady.
Leśniczówka pachniała świeżo parzoną kawą i tytoniem. W głównej izbie, na długim stole z surowych desek, leżały mapy obwodów łowieckich, na ścianach wisiały poroża — trofea z poprzednich polowań. Największe, dziesięciorak rogacza, pochodziło sprzed dwudziestu lat, kiedy sam Borowski strzelił — lubił o tym opowiadać, szczególnie po trzeciej wódce.
— Czołem, panowie! — Lisicki wszedł z rozmachem. — Darz bór!
— Darz bór! — odpowiedziało kilka głosów.
Przy stole siedziało już sześciu mężczyzn. Andrzej Kowalski, leśniczy, czterdziestolatek o atletycznej budowie, w mundurze Lasów Państwowych, studiował mapę z natężeniem chirurga przed operacją. Obok niego, co było zaskakujące jak zawsze, ksiądz Tadeusz Nowak, proboszcz parafii Chrzanów Duży, w myśliwskim stroju, ale z krzyżykiem na szyi błyszczącym w świetle lampy naftowej. Proboszcz miał sześćdziesiąt lat, siwe włosy i spokojne oczy kogoś, kto widział już wystarczająco dużo, żeby nie dziwić się niczemu.
— A, pan radny wreszcie! — Zbigniew Malicki, przedsiębiorca budowlany, trzydziestoparoletni krewniak warszawskiego dewelopera, wstał z krzesła. Ubrany był jakby wybierał się na safari w Kenii, a nie na polowanie w mazowieckich lasach — kamizelka z kieszeniami, spodnie z dodatkowymi szwami, buty za pewnie z tysiąc złotych. — Myślałem, że bez pana zaczniemy.
W tym zdaniu było coś więcej niż żart. Lisicki poczuł to jak ukłucie. Między nim a Malickim iskrzyło od trzech miesięcy, odkąd rada gminy rozstrzygnęła przetarg na przebudowę drogi wojewódzkiej — nie na korzyść firmy Malickiego.
— Polowanie bez radnego? — wtrącił się Wojciech Wróbel, miejscowy weterynarz i skarbnik koła. — To jak msza bez księdza.
— Źle powiedziane, Wójcik — odezwał się cicho proboszcz Nowak. — Msza jest ważna nawet gdy ludzie nie przychodzą. Pytanie, czy polowanie jest ważne, gdy wszyscy przyjdą.
Zapadła krótsza cisza. Ksiądz miał tę właściwość, że potrafił jednym zdaniem zmienić nastrój w pomieszczeniu.
— No dobra, panowie! — huknął Borowski, klaszcząc w dłonie. — Czas na powitanie! Leśniczy, podaj butelkę.
Kowalski wstał i z kredensu wyjął półlitrową flachę Wyborowej. Ustawił ją pośrodku stołu razem z jedenaście kieliszkami — małymi, grawerowanymi, z herbem koła. To był rytuał. Przed każdym polowaniem, od dziesięcioleci.
— Panowie myśliwi! — Borowski nalał wódki wszystkim, do pełna. — Pijemy za świętego Huberta, patrona myśliwych, za las polski, za zwierzynę, którą dziś mamy szansę upolować, i za nasze zdrowie. Darz bór!
— Darz bór! — powtórzyli wszyscy i wypili jednym haustem.
Lisicki poczuł jak alkohol pali w przełyku. Była dopiero piąta rano, ale tak to już było — polowanie bez wódki to nie polowanie. Kiedyś czytał, że w przedwojennej Polsce arystokraci na polowaniach pili szampana i koniaki. Teraz, w demokratycznej III RP, wódka czysta robiła robotę szybciej i taniej.
— Druga kolejka! — zawołał ktoś. To był Marek Kogut, lokalny rolnik, właściciel trzydziestu hektarów i największego gospodarstwa w gminie.
— Zaraz, zaraz — powstrzymał go leśniczy Kowalski. — Najpierw musimy omówić plan polowania. Mam tu świeże dane z monitoringu. W naszym obwodzie jest teraz stadko sześciu jeleni, w tym jeden kapitalny rogacz, dziesięciorak jak szacuję. Widziałem go tydzień temu przy Kruczej Górze.
— Dziesięciorak? — Lisicki nie ukrył zainteresowania. Dziesięciorak to było trofeum. To były punkty w krajowym systemie hodowlanym, to była fotografia w kronice koła, to był szacunek.
— Prawdziwy byk — potwierdził Kowalski. — Odłamowy musi mieć z siedemdziesiąt centymetrów. Może więcej. Ale trudny do podejścia, stary, mądry. Trzyma się gęstwiny przy bagnie.
— A dziki? — zapytał Wróbel.
— Dzików mamy pod dostatkiem. Cała rodzina się osiedliła w młodniku przy granicy z Łaskami. Lochy z warchlakami, przynajmniej dwóch odyńców. Trzeba regulować, bo szkód w kukurydzy narobili już ze dwa tysiące.
Kowalski rozłożył mapę szerzej. Była to szczegółowa mapa leśna w skali 1:25000, z zaznaczonymi oddziałami leśnymi, ambonami, drogami dojazdowymi i znakami ostrzegawczymi.
— Dzisiaj mamy ustawkę. Siedem ambon rozstawionych wzdłuż pasa lasu od Kruczej Góry do młodnika. Będziemy mieli trzech naganiaczy z psami — Zieliński ze swoim wyżłem, Pawlak z jamnikami i Nowicki z kundlami. Zaczynamy nagonkę od wschodniej strony, pędzimy ku zachodowi. Wiatr mamy w pysk, czyli dobrze. Ptactwo też powinno być, bażanty to pewne, może kuropatwy.
— A łosie? — zapytał proboszcz Nowak.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Łosie mamy pod ochroną, księże proboszcz — wyjaśnił cierpliwie Kowalski. — Nie wolno strzelać.
— Wiem, wiem — ksiądz uśmiechnął się lekko. — Pytam, czy są w obwodzie. Widziałem dwa tygodnie temu krowę z cielęciem przy drodze do Broniszewa.
— Są — potwierdził leśniczy. — Dwa dorosłe osobniki. Ale trzymają się dalej, przy torfowisku. Nie powinniśmy ich spotkać.
— Chyba że łoś się sam podstawi! — zaśmiał się Malicki. — Wtedy co, ksiądz? Ostatnie namaszczenie?
Kilku myśliwych zarechotało. Proboszcz Nowak zachował spokój.
— Łoś pod ochroną powinien pozostać pod ochroną — powiedział. — Ale czasem człowiek nie panuje nad tym, co się dzieje w lesie.
To zdanie zabrzmiało jakoś dziwnie. Lisicki spojrzał na księdza uważniej. Nowak siedział wyprostowany, z rękami złożonymi na stole, sprawiał wrażenie kogoś, kto jest tutaj i jednocześnie gdzieś indziej.
— Dobra, panowie — Borowski przerwał rozmyślania. — Trzecia kolejka przed wyruszeniem!
Znowu nalał wódki. Tym razem nikt nie protestował. Kieliszki wychylone jednym ruchem, szkło stuknęło o drewno stołu.
Lisicki poczuł, jak alkohol rozgrzewa żołądek. Lubił ten stan — lekkie zamroczenie, zwolnienie refleksu, uspokojenie nerwów. Nie był pijakiem, nie pił codziennie, ale przy specjalnych okazjach, takich jak polowanie czy sesja rady gminy, kilka kieliszków pomagało. Życie w samorządzie to było ciągłe lawirowanie, kalkulowanie, udawanie. Tutaj, w lesie, mogło być prościej. Polowanie oczyszczało.
— Panowie, przydzielam ambony — oznajmił Kowalski, stukając palcem w mapę. — Ambona pierwsza, przy Wielkiej Sośnie, to będzie pan prezes Borowski. Druga, na Kruczej Górze, pan radny Lisicki. Trzecia, przy starym dębie, Malicki. Czwarta, na skraju młodnika, Wróbel. Piąta, przy bagnie…
— Przy bagnie? — przerwał mu młody Kogut, syn Marka. — Tam są komary jak małe śmigłowce.
— Przy bagnie ksiądz proboszcz — kontynuował Kowalski, jakby nie usłyszał. — Szósta, na wzgórzu, pan Marek Kogut. Siódma, na końcu pasa, ja będę siedział z młodym Kogutem.
— Czemu ja z młodym? — zapytał Marek Kogut. — On pierwszy raz na ambonie.
— Właśnie dlatego — odparł leśniczy. — Będę go pilnował.
Młody Kogut, dziewiętnastoletni Szymon, zarumienił się. Miał szczupłą twarz, wystające uszy i niepewność w każdym ruchu. Dopiero rok temu zdał egzamin na kartę łowiecką, a to było jego pierwsze duże polowanie. Siedział cicho z boku, z dubeltówką ojca na kolanach, jakby bał się, że broń może wypalić sama.
— Odległości między ambonami to od dwustu do trzystu metrów — mówił dalej Kowalski. — Macie krótkofalówki, kanał trzy jak zawsze. Jak ktoś coś strzeli, od razu informuje. Strzały tylko pewne, tylko do zwierzyny, którą wyraźnie zidentyfikujecie. Nie strzelamy na odgłos, nie strzelamy w zarośla. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
— Jasne, jasne — mruknął Wróbel. — Jak co roku.
— Jak co roku, ale powtarzam — naciskał leśniczy. — Ostatnio w Kurpiach jeden drugiego postrzelił, bo nie rozpoznał. Miał kaganiec z wódki i strzelił do kurtki, myśląc, że dzik.
— Ale przeżył? — zapytał Malicki.
— Przeżył, ale nogę stracił — odparł Kowalski. — Więc proszę, rozwaga. A teraz omówmy zwierzynę.
Przez następne piętnaście minut leśniczy szczegółowo omawiał, co można strzelać. Jelenie — tylko osobniki męskie, preferowane rogacze sześcioraki i wyżej, samice pod ochroną. Sarny — tylko kozły, najlepiej te starsze, z rogami odchylonymi. Dziki — wszystko poza lochami z małymi. Lisy — wszystko, bo szkodniki. Zające — selektywnie, tylko te dorosłe, brązowe. Bażanty — kury można, koguty lepiej, ale nie więcej niż dwa na myśliwego.
Lisicki słuchał tego wykładu po raz kolejny. Teoretycznie znał te wszystkie zasady, zdawał przecież egzamin. Praktycznie, w zapale polowania, po czterech wódkach, nie zawsze wszystko pamiętał. Strzelało się w to, co się ruszało. Tak było zawsze.
— Jeszcze jedno — dodał Borowski. — Pamiętajcie o szacunku dla zwierzyny. To nie jest rzeź, to jest polowanie. To szlachetna tradycja, która sięga jeszcze czasów Jagiellonów. Myśliwy polski to nie jest jakiś amerykański kowboj, co wpieprza w stado z karabinu maszynowego. My polujemy z honorem.
— Darz bór! — zawołał ktoś.
— Darz bór! — odpowiedzieli pozostali.
Borowski nalał czwartą kolejkę. Tym razem Lisicki zauważył, że ksiądz Nowak ledwo musnął kieliszek ustami. Ciekawe. Duchowny na polowaniu sam w sobie był fenomenem — w całej Polsce było może ze dwudziestu księży z kartą łowiecką — ale ksiądz, który nie pije, to już wypadało poza statystykę.
— Księże proboszcz — zagadnął Lisicki. — Pan dziś bez humoru?
Nowak podniósł na niego oczy. Miały kolor mokrej gliny.
— Z humorem wszystko w porządku, panie radny. Po prostu wolę zachować trzeźwość umysłu. W lesie może się różnie zdarzyć.
— Zaraz, zaraz — Malicki pochylił się przez stół. — Ksiądz sugeruje, że my tracimy trzeźwość?
— Nie sugeruję, stwierdzam fakt — odparł spokojnie proboszcz. — Wypiliście już po cztery kieliszki wódki. To jest około sto dwadzieścia mililitrów czystego alkoholu. Przy waszej masie ciała to daje około jednego promila we krwi. Badania pokazują, że już przy zero pięć promila zdolność koncentracji spada o trzydzieści procent.
Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na księdza.
— Księże — odezwał się w końcu Borowski. — Od dwudziestu lat pije się przed polowaniem. Zawsze tak było.
— Wiem — ksiądz skinął głową. — Nie komentuję tradycji. Mówię tylko, że sam wolę mieć jasny umysł, gdy trzymam w rękach broń.
Lisicki poczuł dziwne ukłucie niepokoju. Coś w tonie proboszcza było niepokojące. Jakby wiedział coś, czego inni nie wiedzieli. Jakby ostrzegał.
— No to może ja też odpuszczę kolejną — powiedział niespodziewanie Kowalski. — Leśniczy musi mieć głowę na karku.
— Ja też — dorzucił młody Kogut.
— Ty w ogóle nie pijesz, dzieciaku — warknął jego ojciec. — Jesteś niepełnoletni.
— Mam dziewiętnaście lat!
— I co z tego? W moim domu pełnoletniość to dwadzieścia pięć lat.
Borowski westchnął ciężko.
— Dobra, panowie. Kto chce, ten pije. Kto nie chce, nie pije. Ale tradycja jest tradycją. Ja nalewam piątą.
Nalał. Tym razem piątką poszło tylko sześciu myśliwych. Ksiądz, leśniczy i młody Kogut powstrzymali się. Lisicki nie powstrzymał się. Wódka była już ciepła w jego żołądku, głowa lekko mu się kręciła, ale czuł się dobrze. Silny. Gotowy.
Za oknami leśniczówki zaczynało szarzeć. Świt nadchodził powoli, niechętnie, jakby sam las opierał się przebudzeniu. Gdzieś daleko zakwiliło pierwsze ptactwo.
— Szósta za piętnaście — oznajmił Wróbel, patrząc na zegarek. — Może już się zbierajmy?
Myśliwi zaczęli wstawać od stołu. Sprawdzali broń, ładowali naboje, poprawiali kamizelki. Dubeltówki, kombinierki, jedynki — różna broń, różne kalibry. Kowalski nosił kombinierke Blaser, elegancką jak szwajcarski zegarek. Malicki miał nowiutką dubeltówkę Perazzi, pewnie za trzydzieści tysięcy. Lisicki — zwykłą polską jedynkę, kaliber 7x64, sprawdzoną, niezawodną.
— Panowie, jeszcze jedno! — huknął Borowski. — Pierwszą sztukę dopuszcza tradycyjnie prezes koła, czyli ja. Dopiero potem strzelają inni. Jak ktoś strzeli przed czasem, płaci skrzynkę wódki do kuchni.
— A jak prezes nie trafi przez godzinę? — zapytał złośliwie Malicki.
— To wtedy płacisz ty skrzynkę — odparł Borowski. — Za brak szacunku.
Zarechotali. Napięcie trochę opadło.
Wyszli na zewnątrz. Mgła była jeszcze gęstsza niż godzinę temu, zawieszała się między drzewami jak mleko. Temperatura może ze sześć stopni, wilgotno, ślisko. Klasyczna polska jesień.
— Do samochodów! — komenderował Kowalski. — Pojedziemy do pierwszego punktu zrzutowego, a stamtąd już piechotą na ambony. Dystans maksymalnie kilometr.
Wsiedli do terenówek. Lisicki jechał sam swoim audi, Malicki ze Wróblem w mitsubishi, reszta z Borowskim w land cruiserze. Silniki warkotały, reflektory rozświetlały białą mgłę.
Droga leśna była wąska, pełna kolein i błota. Gałęzie ocierały się o karoserie. Jechali może dziesięć minut, kiedy Kowalski zatrzymał się na rozszerzonej przecince. Wszyscy wysiedli.
— Stąd już piechotą — powiedział leśniczy. — Tędy szlak prowadzi do ambon. Cisza, nie rozmawiamy, nie palimy. Zwierzyna ma lepszy słuch niż myślicie.
Ruszyli gęsiego. Las przyjmował ich w milczeniu. Pachniało mchem, zgniłym drewnem, wilgocią. Gdzieś w oddali zastukał dzięcioł. Lisicki czuł jak buty zapadają się w miękką ściółkę. Niósł broń na ramieniu, magazynek naładowany pięcioma nabojami. Bezpiecznik założony.
Po piętnastu minutach marszu dotarli do pierwszego punktu rozdziału. Wielka Sosna — pień gruby jak beczka, musiała mieć ze dwieście lat. Przy niej był wykonany z belek podest ambony, dwa metry nad ziemią.
— Pan prezes tutaj — szepnął Kowalski. — Reszta za mną.
Borowski skinął głową i wspinał się po drabince. Zniknął w górze.
Szli dalej. Co kilkaset metrów kolejny myśliwy pozostawał na swojej ambonie. Malicki przy starym dębie. Wróbel na skraju młodnika. Wreszcie Lisicki dotarł na swoje stanowisko — Kruczą Górę.
Ambona stała na szczycie niewielkiego wzniesienia. Stąd widok rozciągał się na dolinę porośniętą brzozami i olchami. W dole, może ze sto metrów dalej, była polana, na której jelenie lubi żerować. Idealne miejsce.
Lisicki wszedł na podest, usiadł na drewnianym siedzeniu. Przyjrzał się okolicy przez lornetkę. Mgła powoli się rozchodziła. Był sam. Cisza absolutna.
Wyjął z plecaka małą piersiówkę i pociągnął łyk. Szósta wódka. Rozgrzewająca. Potrzebna.
Założył słuchawki krótkofalówki.
— Stanowisko dwa, Lisicki, zajęte — zameldował szeptem.
— Przyjąłem — odszepnął Kowalski. — Czekamy jeszcze piętnaście minut, aż wszyscy będą na stanowiskach. Potem start nagonki.
Lisicki odchylił się na siedzeniu. Słońce zaczynało przebijać przez chmury, robiło się jaśniej. Zobaczył w dole coś poruszającego się między krzakami. Przyłożył lornetkę. Sarna. Młoda. Nie warto.
Czekał. Minuty ciągnęły się jak guma. Alkohol delikatnie szumiał w głowie. Myślał o Malickim, o tym skurwielu, który próbował podkopać go w radzie. O przetargu, który wygrał. O pieniądzach, które wpłynęły na odpowiednie konta. Wszystko było załatwione, wszystko zamknięte. Ale Malicki węszył.
— Wszystkie stanowiska zajęte — zabrzmiał w słuchawce głos Kowalskiego. — Za pięć minut nagonka. Powodzenia, panowie.
Lisicki poczuł jak serce przyspiesza. To było to. Polowanie się zaczyna. Przełożył broń z bezpiecznika. Palec na spuście.
Gdzieś daleko, może kilometr na wschód, rozległy się pierwsze szczekania psów. Nagonka ruszyła.
Las ożył.
ROZDZIAŁ 2: W LAS
Szczekanie psów narastało jak fala, tocząc się przez las od wschodu ku zachodowi. Lisicki siedział nieruchomo na ambonie, broń gotowa, palec delikatnie spoczywający na spuście. Nauczył się tej sztuki — cierpliwości myśliwego — podczas pierwszego polowania dziesięć lat temu, kiedy prezes Borowski wrzeszczał na niego, że „porusza się jak epileptyk na parkiecie”. Teraz był inny. Teraz był cichy jak drzewo.
Mgła ustępowała miejsca blademu świtu. Las wokół nabierał konturów — ciemna zieleń sosen, rdzawe brązy buków, srebrne pnie brzóz. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i rozkładających się liści. Gdzieś po prawej stronie załomotał dzięcioł, miarowy, metodyczny, jak zegar odmierzający czas do nieuniknionego.
W krótkofalówce trzasnęło.
— Stanowisko jeden, Borowski — usłyszał Lisicki. — Mam wizualny kontakt z kozłem sarny. Odległość około stu pięćdziesięciu metrów. Czeka.
— Czekaj na nagonkę — odpowiedział Kowalski. — Jeszcze za wcześnie. Psy muszą wypłoszyć zwierzynę z gęstwiny.
— Przyjąłem.
Lisicki uśmiechnął się pod nosem. Borowski zawsze był niecierpliwy. Prawdziwy myśliwy potrafił czekać godzinami bez ruchu, bez słowa, wtopiony w las jak element krajobrazu. W niemieckiej literaturze łowieckiej — Lisicki lubił czytać takie rzeczy, dodawały mu klasy — był termin „Ansitz”, siedzenie w czatowni. Sztuka obserwacji, odczytywania tropów, przewidywania ruchów zwierzyny. To wymagało spokoju, trzeźwości umysłu, koncentracji.
Sięgnął po piersiówkę i pociągnął kolejny łyk.
Gdzieś w oddali coś chrupnęło. Lisicki natychmiast odwrócił głowę. Między brzozami, może ze sto metrów od ambony, poruszył się cień. Podniósł lornetkę. Dzik. Młody, może roczny, wapieniaki ledwo widoczne. Biegł nerwowo, zatrzymywał się, węszył powietrze. Szczekanie psów zbliżało się i zwierzę to wyczuwało.
Lisicki złożył lornetkę i przyłożył do policzka kolbę karabinu. Celownik optyczny Zeiss, powiększenie sześciokrotne. Złapał dzika w krzyż celowniczy. Młody, nie wart strzału. Czekał.
Dzik pobiegł dalej i zniknął w zaroślach paproci.
— Stanowisko trzy, Malicki — zabrzmiało w słuchawce. — Przeszła mi rodzina dzików. Locha z pięcioma warchlakami. Nie strzelam.
— Dobrze — potwierdził Kowalski. — Lochy pod ochroną. Czekajcie na odyńce.
Cierpliwość. Wszystko polegało na cierpliwości. Lisicki przypomniał sobie coś, co kiedyś przeczytał w „Łowcu Polskim” — że najlepsi myśliwi potrafią wyczuć zwierzynę zanim ją zobaczą. Że las mówi do tego, kto umie słuchać. Że polowanie to nie tylko broń i naboje, ale przede wszystkim instynkt, wyczucie, połączenie z naturą.
Bzdura oczywiście. Liczyła się celność i szczęście.
Szczekanie psów było już bardzo blisko, może trzysta metrów. Usłyszał głosy naganiaczy — krótkie pohukiwania, świsty, okrzyki „ho, ho, ho!”. Cała machina wypłaszania ruszyła pełną parą. Zwierzyna musiała uciekać, pędzić przed psami, wybiegać prosto na ambony.
— Stanowisko sześć, Kogut senior — zgłosił się w krótkofalówce gruby głos właściciela gospodarstwa. — Widzę jelenia! Kurwa, jaki piękny! Chyba ten dziesięciorak!
Lisicki poczuł jak serce podskakuje mu do gardła. Dziesięciorak. To było jego marzenie. Trofeum, które mogłoby zawisnąć w jego gabinecie w urzędzie gminy, o którym mógłby opowiadać przez następne dwadzieścia lat.
— Który kierunek ucieka? — zapytał szybko Kowalski.
— Na zachód! Biegnę wprost… nie, zaraz, skręcił na północ! Ginie mi w lesie!
— Stanowisko dwa, Lisicki — mruknął Lisicki do mikrofonu. — Jestem na północ od szóstego. Mam go wyłapać.
— Baczność, panie radny — ostrzegł Kowalski. — Strzał tylko pewny. Tam gdzieś jest też ksiądz proboszcz na piątym stanowisku.
— Wiem co robię.
Odłożył krótkofalówkę. Skoncentrował się. Jeżeli jeleń biegł od stanowiska Koguta na północ, to powinien pojawić się… właśnie tam, na skraju polany, między młodymi sosenkami.
Czekał. Sekundy się dłużyły. Pot spływał mu po plecach mimo chłodu. Palec na spuście. Oddech spokojny, miarowy. Nauczył się tego na strzelnicy — strzelasz między oddechami, w tym ułamku sekundy, gdy płuca są puste i ciało nieruchome.
I wtedy go zobaczył.
Jeleń wyłonił się z lasu jak zjawa. Ogromny, majestatyczny, poroże rozpięte szeroko jak korona. Dziesięć, nie — dwanaście odnóg. Sierść ciemnoszara, mięśnie napięte jak struny, ruch płynny mimo paniki. Zwierzę biegło galopem, ale co kilka metrów przystawało, rozglądało się, szukało drogi ucieczki.
Lisicki podniósł broń. Ręce mu nie drżały — to było dziwne, zawsze drżały przed strzałem, ale teraz były stabilne jak beton. Alkohol pomagał. Złapał jelenia w celownik. Zwierzę było może sto dwadzieścia metrów od ambony, pod górę, lekki kąt. Trudny strzał, ale wykonalny.
Jeleń stanął. Obrócił łeb. Przez ułamek sekundy Lisicki miał wrażenie, że zwierzę patrzy wprost na niego. Że wie. Że rozumie.
Palec na spuście. Między oddechami. Teraz.
— NIE STRZELAĆ! — wrzasnął w krótkofalówce głos Kowalskiego. — Powtarzam, nie strzelać! To nie dziesięciorak, to łoś! Byk łosia!
Lisicki zamarł. Palec milimetry od pociągnięcia spustu. Łoś? Spojrzał ponownie przez celownik. Zwierzę już uciekało, znikało między drzewami, ale w tym ostatnim przebłysku Lisicki zobaczył — brak charakterystycznych rogów jelenia, szeroka łopata, masywność. Kurwa. Rzeczywiście łoś.
Opuścił broń. Ręce mu się trzęsły. Był o milimetry od nielegalnego odstrzału. Łosie były pod ścisłą ochroną, za zabicie groziła kara grzywny do stu tysięcy i odebranie karty łowieckiej. Koniec kariery w kole, kompromitacja, skandal.
— Stanowisko dwa, Lisicki — wychrypiał do mikrofonu. — Nie strzeliłem. Dziękuję za info.
— Kogut źle zidentyfikował — odparł Kowalski, wyraźnie zirytowany. — Właśnie dlatego mówiłem o trzeźwości. Po wódce każdy byk wygląda jak dziesięciorak.
W krótkofalówce rozległy się stłumione śmiechy.
— Zamknijcie się wszyscy — warknął głos Koguta. — Mogło się zdarzyć każdemu.
— Nie każdemu — odezwał się spokojny głos proboszcza Nowaka. — Stanowisko pięć. Widziałem tego łosia z odległości pięćdziesięciu metrów. Przepiękny okaz. Dobrze że nikt nie strzelił.
Cisza.
— Księże — powiedział w końcu Borowski. — Pan tam siedzi czy medytuje?
— Jedno drugiemu nie przeszkadza, panie prezesie.
Lisicki odłożył krótkofalówkę na bok i wypił kolejny łyk z piersiówki. Ręce wciąż mu drżały. Był bliski katastrofy. Gdyby strzelił, gdyby zabił łosia… nawet nie chciał o tym myśleć. Media, prokuratura, komisja etyki w radzie gminy. Kariera skończona.
Musiał się uspokoić. Skoncentrować.
Szczekanie psów było teraz bardzo blisko, może sto metrów. Usłyszał tętent kopyt, trzask łamanych gałęzi, chrapanie. Zwierzęta uciekały całym stadem. To był szczyt nagonki.
— Stanowisko jeden, mam wizualny! — krzyknął Borowski. — Kozioł sarny, czysty strzał!
Grzmot wystrzału przerwał ciszę lasu. Jeden strzał, czysty, odbity echem od drzew. Potem druga seria.
— Trafiony! — wrzasnął Borowski. — Padł! Pierwsza sztuka moja!
— Gratulacje, panie prezesie — odezwał się Kowalski. — Ale cisza dalej, nagonka trwa.
Lisicki zacisnął zęby. Borowski strzelił pierwszy. Tradycja zachowana, ale to oznaczało, że teraz wszyscy mogli strzelać. Rywalizacja się zaczęła.
Coś przemknęło po jego lewej. Odwrócił się szybko. Lis. Rudy, puszysty ogon, biegł w podskokach. Szkodnik, można strzelić bez ograniczeń. Lisicki podniósł broń, ale lis był już za daleko, za szybki. Zniknął w zaroślach.
— Stanowisko cztery, Wróbel — zabrzmiało w radiu. — Przeszła mi lisia rodzina. Trzy sztuki. Zbyt szybko, nie strzeliłem.
— Wrócą — powiedział Kowalski. — Lisy zawsze wracają.
Nagonka była teraz wprost przed amboną Lisickiego. Słyszał wyraźnie głosy naganiaczy, szczekanie psów, świst batów. Klasyczna metoda — linia ludzi i psów przeczesuje las, wypędza zwierzynę na otwartą przestrzeń, gdzie czekają myśliwi. System sprawdzony od wieków, od czasów królewskich polowań, gdy August II Mocny urządzał łowy na Mazowszu i strzelał jelenie z okien karety.
Coś ruszyło się na polanie.
Lisicki spojrzał przez lunetę. Dzik. Duży, ciemny, kły widoczne. Odyniec, samotnik. Idealny strzał.
Zwierzę wybiegło z lasu i stanęło na środku polany, jakby się wahało. Było może osiemdziesiąt metrów od ambony, trochę w dół, kąt łatwy. Lisicki przyłożył oko do celownika. Złapał dzika w krzyż. Strzał za łopatką, w serce i płuca. Klasyka.
Oddech. Między uderzeniami serca. Spokój.
Pociągnął spust.
Huk wystrzału rozniósł się po lesie. Kolba uderzyła go w ramię — odrzut karabinu 7x64 był solidny, ale Lisicki był przygotowany. Przez ułamek sekundy widział jak pocisk uderza w cel. Dzik podskoczył, zachwiał się, pobiegł jeszcze kilka metrów i runął.
— Trafiony — wydusił Lisicki. — Stanowisko dwa, dzik padł.
— Dobra robota, panie radny — odezwał się Kowalski. — Jaki szacunkowo?
— Odyniec, może sto kilo. Może więcej.
— Pięknie. Ktoś będzie miał kiełbasę na święta.
W krótkofalówce zaśmiali się myśliwi. Lisicki odłożył broń i wytarł pot z czoła. Pierwsze trafienie. Czuł adrenalinę, przyjemność udanego strzału, satysfakcję. To było silniejsze niż alkohol, silniejsze niż seks — ta pierwotna radość z polowania, z zabicia.
Ale nie mógł schodzić z ambony. Jeszcze nie. Nagonka trwała, mogła pojawić się kolejna zwierzyna.
— Stanowisko siedem, Kowalski i młody Kogut — usłyszał. — Mamy kontakt wizualny z rodziną dzików. Cztery sztuki. Odyńce dorosłe. Przygotować.
— Ja… ja mogę strzelić? — to był niepewny głos młodego Szymona Koguta.
— Możesz — odparł Kowalski. — Ale czekaj na mój sygnał. Jak powiem „teraz”, to strzelasz w tego po lewej. Ja biorę prawego.
— Dobrze.
Cisza. Lisicki wyobraził sobie scenę — chłopak na pierwszym polowaniu, ręce trzęsące się, pot na czole, leśniczy obok, spokojny, doświadczony. Za chwilę strzał, który albo zainicjuje młodego w świat myśliwych, albo zdeprymuje go na zawsze.
— Teraz! — krzyknął Kowalski.
Dwa wystrzały niemal równocześnie. Potem trzeci. Czwarty.
— Pudło! — wrzasnął młody Kogut. — Cholera, nie trafiłem!
— Spokojnie — uspokajał go leśniczy. — Mój padł. Twój uciekł, ale…
Piąty strzał.
— Mam! — krzyknął chłopak. — Chyba mam! Leży!
— Dobra robota, synu — to był głos starego Koguta, wyraźnie dumny. — Pierwszy dzik w życiu. Będziesz pamiętał.
Lisicki uśmiechnął się. Przypomniał sobie swoje pierwsze polowanie, swój pierwszy strzał — też był dzik, też druga seria, też uczucie triumfu. Potem w leśniczówce prezes Borowski posmarował mu twarz krwią zabitego zwierzęcia — „błoto łowieckie”, stara tradycja, inicjacja. Śmierdział tym przez trzy dni, ale był szczęśliwy.
— Stanowisko trzy, Malicki — zgłosił się przedsiębiorca. — Przeszło mi stado saren. Pięć sztuk. Same samice, nie strzelam.
— Dobrze — potwierdził Kowalski.
— Ale widzę coś jeszcze… zaraz, zaraz… kurwa, to chyba…
Huk wystrzału.
— Co strzelasz, Malicki?! — wrzasnął Kowalski. — Do czego?!
Cisza. Potem:
— Zając. Wielki, szarak. Padł.
— Jezu — westchnął leśniczy. — Mów co strzelasz PRZED strzałem, nie po. To zasady bezpieczeństwa.
— Przepraszam. Odruch.
Lisicki pokręcił głową. Malicki zachowywał się jak amator. Strzelać bez zapowiedzi, do zająca, w środku nagonki. Niebezpieczne i głupie. Ale charakterystyczne — przedsiębiorca zawsze uważał, że zasady są dla innych.
Szczekanie psów zaczynało cichnąć. Nagonka przesuwała się dalej na zachód, w stronę końcowych stanowisk. Przez moment las wokół ambony Lisickiego był całkowicie cichy. Tylko wiatr szumiał w koronach drzew, tylko gdzieś daleko krzyczał jastrząb.
Lisicki sięgnął po piersiówkę. Pusta. Wypił całą. Cholera. Ale w plecaku miała być jeszcze jedna. Przekopał się przez ekwipunek — lornetka, nóż, lina, GPS, apteczka. I druga piersiówka. Sięgnął po nią.
— Stanowisko pięć, proboszcz Nowak — odezwał się nagle spokojny głos księdza.
Wszyscy słuchali. Proboszcz jeszcze nie strzelił.
— Mam wizualny kontakt z jeleniem. Szacuję na ośmioraka. Dystans sto metrów. Czysty strzał.
— Czy księże chce strzelić? — zapytał Kowalski.
Cisza. Potem:
— Tak. Strzelam.
Wystrzał rozniósł się po lesie. Jeden, czysty, pewny.
— Trafiony — powiedział proboszcz. — Padł natychmiast. Strzał w szyję, przecięcie rdzenia.
Lisicki uniósł brwi. Strzał w szyję, w rdzeń — to wymagało precyzji snajpera. Większość myśliwych celowała w klatkę piersiową, w serce, w płuca — większy cel, większa szansa trafienia. Szyja była trudna, wąska, ale jeśli się trafiło, zwierzę padało bez cierpienia, natychmiast.
— Profesjonalnie, księże proboszcz — powiedział Kowalski, w jego głosie brzmiało szczere uznanie. — Pierwszy raz widzę księdza który strzela jak żołnierz specjalnazu.
— Służyłem w wojsku przed seminarium — odparł Nowak. — Wojska Obrony Powietrznej Kraju. Byłem strzelcem wyborowym.
Zapadła cisza. Nikt nie wiedział. Ksiądz nigdy o tym nie mówił.
— No proszę — mruknął Borowski. — Człowiek człowieka nie zna.
— Wiele rzeczy się nie mówi, panie prezesie — odparł proboszcz. — Wiele rzeczy lepiej zachować dla siebie.
To zdanie zabrzmiało dziwnie. Jakby było w nim ostrzeżenie. Jakby ukryta groźba.
Lisicki poczuł niepokój. Wypił łyk z drugiej piersiówki. Alkohol pomagał, rozluźniał nerwy.
Nagonka dobiegała końca. Ostatnie szczekanie psów cichnęło gdzieś daleko na zachodzie. Las wracał do normy — ptactwo znów zaczęło śpiewać, wiatr szumiał, gdzieś coś chrupnęło.
— Koniec nagonki — oznajmił Kowalski. — Zbieramy się przy punkcie zrzutowym. Zejście z ambon, zachować ostrożność. Broń na bezpiecznik.
Lisicki westchnął. Podniósł się z siedzenia, przeciągnął. Siedział nieruchomo prawie godzinę, nogi zdrętwiale. Złożył karabin na bezpiecznik, spakował lornetkę, krótkofalówkę. Ostatni raz spojrzał na polanę.
Dzik, którego zastrzelił, leżał nieruchomo w trawie. Z boku sączyła się ciemna krew.
Lisicki zszedł z ambony. Ziemia pod nogami była miękka, wilgotna. Ruszył w stronę polany. Musiał podejść, sprawdzić zwierzynę, upewnić się że nie żyje. To był obowiązek myśliwego.
Gdy był może dwadzieścia metrów od dzika, usłyszał trzask gałęzi za sobą.
Odwrócił się szybko. Nic. Las był pusty.
— Halo? — zawołał. — Ktoś tam jest?
Cisza.
Pewnie zwierzę. Albo nagonka. Pokręcił głową i ruszył dalej.
Podszedł do dzika. Zwierzę rzeczywiście było martwe — oczy szkliste, pysk otwarty, kły białe jak kość słoniowa. Lisicki wyciągnął nóż, przeciął skórę na brzuchu. Tradycja — wypruć jelita na miejscu, żeby mięso się nie popsuło. Krew spływała na trawę, parująca w chłodnym powietrzu.
Usłyszał kroki.
— Panie radny!
To był Malicki. Wyłonił się z lasu, broń na ramieniu, twarz zaczerwieniona. Wyraźnie był pijany — chwiejny chód, szeroki uśmiech.
— Widzę, że pan też upolował — powiedział, podchodząc.
— Odyniec — odparł Lisicki, nie podnosząc wzroku. — A pan?
— Zając. Duży, może cztery kilo. — Malicki stanął obok, spojrzał na dzika. — Niezły okaz. Będzie panu żal gdy podzielimy mięso po równo według regulaminu?
Lisicki podniósł się.
— Regulamin jest regulaminem. Cała zwierzyna idzie do wspólnej puli, potem dział według klucza. To wiem.
— Szkoda — Malicki zaśmiał się. — Ja bym chciał zatrzymać całego. Ale cóż, tradycja. Demokracja łowiecka.
Stali tak przez chwilę, patrząc na siebie. Między nimi wisiało napięcie, gęste jak mgła.
— Słuchaj, Malicki — powiedział w końcu Lisicki. — Musimy pogadać.
— O czym?
— O tym przetargu. O tym, że węszysz.
Malicki przestał się uśmiechać.
— Ja nie węszę, panie radny. Ja pytam. Bo są rzeczy, które się nie zgadzają. Dokumentacja, kosztorysy, terminy. Wszystko wygląda jakby było… no, dopasowane.
— Wszystko było zgodne z prawem.
— Z prawem może tak. Ale z etyką?
Lisicki zacisnął zęby.
— Nie zaczynaj, Zbyszek. Przegrałeś przetarg. Stało się. Twoja firma dostanie następny kontrakt.
— Chcę tego teraz. Mam kredyty do spłacenia.
— To nie mój problem.
Malicki zbliżył się o krok. Był młodszy, wyższy, silniejszy.
— Zrobię to moim problemem, panie radny. Będę drążył. Porozmawiam z dziennikarzami. Z prokuraturą.
— Grozisz mi?
— Informuję.
Stali naprzeciw siebie jak bokserzy przed walką. Ręce Lisickiego zacisnęły się na noża. Poczuł jak alkohol w głowie miesza się z gniewem, z frustracją. Ten młody gnojek, ten warszawski dorobkiewicz, śmiał mu grozić? Jemu, który był radnym gdy Malicki jeszcze ssał cycek?
— Panowie! — usłyszeli głos. — Co wy tam robicie?!
To był leśniczy Kowalski. Wyłonił się z lasu, przy nim młody Kogut. Obaj nieśli dziki na plecach — zwierzyna zabita na siódmym stanowisku.
— Nic, nic — powiedział szybko Malicki, cofając się. — Podziwiałem dzika pana radnego. Imponujący.
— No to podziwiaj i chodź — burknął Kowalski. — Zbieramy się przy punkcie. Jeszcze dwie ambony zostały, Borowski i Wróbel schodzą. Idziemy.
Ruszyli razem leśną ścieżką. Lisicki szedł z tyłu, niosąc dzika na plecach. Zwierzę ważyło ze sto dwadzieścia kilo, może więcej. Pot lał się po jego plecach, ale ból fizyczny rozpraszał myśli.
Punkt zrzutowy był na rozszerzonej przecince, gdzie stały samochody. Borowski już czekał, siedząc na masce land cruisera, pijąc piwo. Obok leżała sarna — ładny kozioł, rogami może na czterdzieści centymetrów.
— Panowie! — zawołał prezes. — Pierwsze polowanie udane! Pięć sztuk zwierzyny, żadnych kontuzji. Świętujemy!
Z bagażnika wyciągnął skrzynkę piwa i butelkę wódki.
— Prezes, może jeszcze za wcześnie — powiedział Kowalski. — Mamy drugą nagonkę za godzinę.
— Godzina to wieczność — odparł Borowski. — Napiją się panowie czy nie?
Podszedł Wróbel, wlokąc lisa za ogon. Za nim proboszcz Nowak z jeleniem na przerzuconym przez ramię — imponujące zwierzę, ośmiorak jak mówił, może sto siedemdziesiąt kilo.
— O rany — gwizdnął Kogut senior. — Księże, to pan sam dźwigał?
— Pan Bóg daje siłę tym, którzy jej potrzebują — odparł spokojnie proboszcz.
Położył jelenia na ziemi, wyprostował się. Wyglądał świeżo, jakby w ogóle się nie zmęczył. Lisicki spojrzał na niego uważniej. Nowak miał ręce czyste — ani śladu krwi, ani brudu. Dziwne. Zwykle po wypruwaniu zwierzyny każdy myśliwy wyglądał jakby brał udział w masakrze.
— Piwo, księże? — zaproponował Borowski.
— Dziękuję, nie. Wystarczy mi woda.
— Woda! — zaśmiał się prezes. — Słyszeliście panowie? Ksiądz na polowaniu pije wodę!
— Każdy pije co chce — powiedział Nowak bez uśmiechu. — Wolna wola.
Borowski nalał wódki wszystkim oprócz proboszcza i młodego Koguta. Podniósł kieliszek.
— Za udane polowanie! Za zwierzynę! Za polski las!
— Darz bór! — odkrzyknęli.
Wypili. Lisicki poczuł jak alkohol pali w przełyku. Ósma wódka od rana. Może dziewiąta. Tracił rachubę.
Stali w kręgu, omawiali strzały, chwalili się trofeami. Kogut senior opowiadał jak jego syn strzelił pierwszego dzika. Wróbel narzekał że lis był za szybki. Malicki milczał, spoglądając od czasu do czasu na Lisickiego.
— Panowie — odezwał się nagle proboszcz Nowak. — Mam prośbę.
Wszyscy spojrzeli.
— Podczas drugiej nagonki chciałbym zmienić stanowisko. Moje obecne, przy bagnie, jest zbyt odosobnione. Wolałbym być bliżej innych.
Kowalski zmarszczył brwi.
— Księże, stanowiska są przydzielone według planu. Zmiana może zaburzyć cały system.
— Rozumiem. Ale proszę mimo wszystko. Mam… przeczucie.
— Przeczucie? — Borowski zaśmiał się. — Ksiądz ma przeczucie? Co, objawienie?
— Coś w tym rodzaju — odparł Nowak poważnie.
Cisza. Nikt nie wiedział co powiedzieć.
— Dobrze — zgodził się w końcu leśniczy. — Niech ksiądz zajmie stanowisko czwarte, zamiast Wróbla. A Wróbel pójdzie na piąte.
— Dlaczego ja? — zaprotestował weterynarz.
— Bo ksiądz prosił. I może rzeczywiście ma przeczucie.
Lisicki poczuł dziwny niepokój. Przeczucie. Objawienie. Co ten ksiądz kombinował? Co wiedział?
— Druga nagonka za czterdzieści minut — oznajmił Kowalski. — Teraz krótka przerwa. Kto chce, może zjeść kanapkę. Potem wracamy na stanowiska.
Myśliwi rozeszli się po okolicy. Lisicki usiadł na pniu, wyciągnął z plecaka kanapkę z kiełbasą. Jadł powoli, myśląc. O Malickim. O księdzu. O tym łosiu, którego o mało nie zastrzelił.
Coś było nie tak. Czuł to. Jakby las sam zmieniał zasady gry.
Podszedł do niego młody Kogut.
— Panie radny? Mogę zapytać?
— Pytaj.
— Jak to jest… strzelić pierwszy raz? Bo ja się bałem. A potem już nie. Ale teraz znowu się boję.
Lisicki spojrzał na chłopaka. Dziewiętnaście lat, cała przyszłość przed nim, niewiele jeszcze wiedział.
— To dobrze się bać — powiedział. — Strach trzyma cię w gotowości. Jak przestaniesz się bać, wtedy popełnisz błąd.
— A pan się boi?
Lisicki zastanowił się.
— Czasem. Ale nie zwierząt. Innych rzeczy.
Chłopak skinął głową i odszedł. Lisicki został sam.
Czterdzieści minut przerwy. Potem druga nagonka. Potem kolejne strzały, kolejna zwierzyna, kolejne trofea.
A potem coś, czego żaden z nich nie przewidział.
Coś, co zmieniłoby wszystko.
ROZDZIAŁ 3: PIERWSZY STRZAŁ
Słońce wyszło wreszcie zza chmur, rzucając długie cienie na leśną polanę. Było wpół do dziesiątej, temperatura wzrosła do może dziesięciu stopni, wilgoć z mgły powoli odparowywała z igliwia. Lisicki siedział na ambonie numer dwa — tej samej co podczas pierwszej nagonki — i obserwował las przez lornetkę. Czuł się dziwnie. Alkohol w głowie tworzył przyjemną zamgloną warstwę między rzeczywistością a percepcją, ale jednocześnie coś mu mówiło, że powinien być bardziej czujny.
Druga nagonka miała być inna. Kowalski zmienił taktykę — zamiast pędzić zwierzynę od wschodu na zachód, tym razem naganiacze mieli ruszyć od południa ku północy, przez gęsty młodnik, gdzie według leśniczego trzymało się stado dzików i kilka saren. Plan był prosty: wypłoszyć, pognać, strzelać. Klasyczny schemat łowiecki, sprawdzony przez pokolenia.
— Stanowisko dwa, Lisicki, gotowy — zameldował do krótkofalówki.
— Przyjąłem — odparł Kowalski. — Czekamy jeszcze na Malickiego. Podobno ma problem z broń.
— Jaki problem?
— Nie wiem. Mówił coś o zacięciu zamka. Sprawdza.
Lisicki zmarszczył brwi. Perazzi za trzydzieści tysięcy i zacinający się zamek? Albo Malicki kupił bubla, albo coś kombinował. Przedsiębiorca był nieprzewidywalny — potrafił być uroczy i pomocny, ale też potrafił kłamać bez mrugnięcia okiem. Właśnie dlatego wygrywał przetargi w Warszawie i przegrywał w gminie Chrzanów, gdzie każdy znał każdego i kłamstwa miały krótkie nogi.
Z plecaka wyciągnął małą flaszkę — ostatnią. Pociągnął łyk. Gorzała była teraz ciepła, mdła, ale wciąż skuteczna. Dziewiąta? Dziesiąta? Nie liczył już.
— Myśliwy polski pije w miarę — mruknął do siebie, cytując stare przysłowie łowieckie. — A miara to tyle, ile zmieści.
Zaśmiał się cicho. Kiedyś czytał artykuł w „Polityce” o alkoholizmie w polskich kołach łowieckich. Dziennikarz pisał, że siedemdziesiąt procent myśliwych przyznawało się do picia podczas polowań, a realna liczba była pewnie bliska stu procent. Cytował statystyki: co roku kilkanaście wypadków śmiertelnych z bronią myśliwską, w osiemdziesięciu procentach przypadków alkohol był współczynnikiem. Ale tradycja była silniejsza niż statystyka. Polowanie bez wódki to było jak Wigilia bez karpia — teoretycznie możliwe, praktycznie nie do pomyślenia.
— Stanowisko trzy, Malicki, gotowy — zabrzmiało w krótkofalówce. — Broń sprawna. Można zaczynać.
— W końcu — mruknął Borowski. — Myślałem że pan zdezerteruje, panie Zbyszku.
— Ja? Nigdy. Polowanie to polowanie.
Coś w jego głosie było dziwne. Napięcie. Nerwowość. Lisicki to wyczuł natychmiast — lata w samorządzie nauczyły go słuchać nie tego co ludzie mówią, ale jak mówią. Ton głosu, akcent, pauzy — wszystko znaczyło.
— Wszyscy gotowi — oznajmił Kowalski. — Nagonka rusza za pięć minut. Przypominam: bezpieczeństwo przede wszystkim. Widzicie coś podejrzanego, zgłaszacie. Strzelcie tylko do zidentyfikowanej zwierzyny. I proszę, mniej alkoholu w czasie polowania.
— Dobra, dobra — burknął Borowski. — Leśniczy jak zakrystianka. Gadaj, księże proboszcz, czy leśniczy ma rację?
Przez moment była cisza. Potem spokojny głos Nowaka:
— Mądrość leży w umiarkowaniu. Ale trudno mówić o umiarkowaniu, gdy człowiek poluje na zwierzęta dla sportu.
Zapadła cisza. To zdanie było jak kamień wrzucony w spokojną wodę.
— Księże — powiedział w końcu Borowski. — Pan chyba zapomniał, że sam tu jest. Sam też poluje.
— Nie zapominam. Po prostu obserwuję sprzeczność.
— Jaką sprzeczność?
— Między tym co robimy, a tym co deklarujemy. Mówimy że szanujemy naturę, a zabijamy dla przyjemności. Mówimy że jesteśmy trzeźwi, a pijemy od świtu. Mówimy że przestrzegamy zasad, a każdy z nas złamał już jakąś.
Cisza była teraz gęsta jak smoła.
— Księże — odezwał się Lisicki, zaskoczony własną śmiałością. — Jeśli pan ma jakieś zarzuty, niech pan mówi wprost.
— Nie mam zarzutów, panie radny. Mam obserwacje. I pytania.
— Jakie pytania?
— Na przykład: dlaczego pan prawie zastrzelił łosia? To był przypadek czy celowe działanie?
Lisicki poczuł jak serce podskakuje. Co ten ksiądz sugerował?
— Przypadek! Kogut źle zidentyfikował zwierzynę, ja byłem gotowy strzelić, ale się powstrzymałem. Koniec historii.
— Powstrzymał się pan — powtórzył Nowak. — Bo usłyszał pan ostrzeżenie. Ale gdyby nie ostrzeżenie?
— Co pan insynuuje?!
— Nic. Pytam tylko. Bo ciekawi mnie psychologia myśliwego. Co sprawia, że człowiek chce zabijać?
Borowski wybuchnął:
— Księże, jak pan nie chce tu być, to niech pan spierdala do kościoła! Nie będzie pan nam moralizował!
— Przepraszam — powiedział Nowak, ale w jego głosie nie było skruchy. — Nie chciałem urazić. Po prostu myślę na głos.
— To niech ksiądz myśli po cichu — warknął Wróbel.
Rozmowa ucichła. Lisicki wytarł pot z czoła. Ksiądz coś wiedział. Czuł to. Ale co? I skąd?
W oddali rozległy się pierwsze szczekania psów. Nagonka ruszyła.
Las znów ożył. Ptactwo zerwało się z gałęzi, gdzieś w gęstwinie coś chrupnęło, zatrzeszczało. Lisicki załadował karabin, zdjął bezpiecznik. Palec na spuście. Gotowy.
Tym razem czekanie było krótsze. Po może dziesięciu minutach usłyszał tętent. Coś biegło przez las, szybko, nerwowo. Podniósł lornetkę.
Sarny. Trzy sztuki. Dwie kozy i kozioł. Biegły gęsiego, skacząc przez krzewy paproci. Kozioł był z tyłu, rogami może na trzydzieści centymetrów. Można strzelić.
Lisicki przyłożył oko do celownika. Złapał kozła w krzyż. Zwierzę było może sto metrów, biegło lekko w bok. Trudny strzał, ale wykonalny. Palec na spuście.
— Stanowisko jeden, Borowski — zabrzmiało w radiu. — Mam wizualny na te same sarny. Kozioł mój.
Lisicki zaklął w duchu. Prezes miał pierwszeństwo — był bliżej, lepszy kąt.
Huk wystrzału.
Pudło. Kozioł pobiegł dalej, niepewny, przestraszony.
— Cholera! — krzyknął Borowski. — Pudło! Kto ma?
— Ja mam — powiedział Lisicki i pociągnął spust.
Wystrzał odbił się echem. Przez celownik widział jak pocisk trafia w bok zwierzęcia. Sarna podskoczyła, zatoczyła się, upadła.
— Trafiony — zameldował. — Kozioł padł.
— Dobra robota, panie radny — odparł Kowalski. — Pan prezes chyba za dużo wypił.
— Zamknij się, leśniczy — warknął Borowski. — Celownik mi się rozjustował.
— Celownik czy oko?
Ktoś zachichotał w radiu. Lisicki uśmiechnął się. Borowski był pijany jak bela, to było oczywiste. Prezes wypił już pewnie z litr wódki od rana. Cud że w ogóle trafił w drzewo.
Nagonka trwała. Szczekanie psów, krzyki naganiaczy, trzask łamanych gałęzi. Symfonią lasu.
— Stanowisko cztery, Wróbel — zgłosił się weterynarz. — Widzę rodzinę dzików. Locha z sześcioma warchlakami. Nie strzelam.
— Dobrze — potwierdził Kowalski. — Niech przejdą.
— Ale zaraz… jest jeszcze coś… odyniec! Duży! Idzie sam z boku!
— Dystans?
— Może sześćdziesiąt metrów. Czysty strzał.
— Strzelaj.
Huk wystrzału. Potem drugi.
— Trafiony! — wrzasnął Wróbel. — Padł jak ścięty! O rany, jaki wielki!
— Gratulacje — odparł Kowalski. — Szacujesz wagę?
— Sto pięćdziesiąt kilo. Może więcej. Kły jak szable.
Lisicki pokiwał głową z uznaniem. Wróbel był dobrym strzelcem — weterynarz z wykształcenia, znał anatomię zwierząt, wiedział gdzie celować. Strzelał rzadko, ale zawsze trafiał.
Coś poruszyło się po prawej stronie. Lisicki odwrócił głowę. Między brzozami przemknął cień. Lis. Rudy, puszysty. Biegł wprost ku ambonie.
Lisicki zmienił pozycję, przyłożył oko do celownika. Lis był może pięćdziesiąt metrów, zbliżał się. Szkodnik, można strzelić bez zastanowienia. Złapał zwierzę w krzyż celowniczy. Lis stanął, rozejrzał się, jakby coś wyczuł.
Lisicki pociągnął spust.
Klik.
Nic się nie stało. Zaciął się zamek.
— Kurwa! — zaklął Lisicki, szarpiąc za przesuwnicę. Zamek był zablokowany. Nabój zaciął się w lufie.
Lis uciekł. Zniknął w zaroślach jak duch.
Lisicki opuścił broń. Ręce mu się trzęsły. Zacięcie. To się zdarzało, szczególnie w starszych karabinach, szczególnie gdy mechanizm był zabrudzony. Ale akurat teraz? Akurat gdy miał strzał?
Wyjął nóż, zaczął manipulować przy zamku. Po chwili udało się — zamek odbezpieczył, zacięty nabój wysunął. Lisicki odepchnął go, załadował nowy. Sprawdził — teraz działało.
Cholerna broń. Musiał ją wyczyścić po polowaniu.
— Stanowisko pięć, proboszcz Nowak — odezwał się spokojny głos księdza.
Wszyscy słuchali.
— Mam wizualny kontakt z jeleniem. Samiec, szacuję na dziewięcioraka. Odległość sto dwadzieścia metrów. Stoi na polanie.
— Czysty strzał? — zapytał Kowalski.
— Bardzo czysty.
— Księże chce strzelić?
Cisza. Potem:
— Nie. Nie będę strzelał.
— Dlaczego?
— Bo zwierzę jest zbyt piękne. Niech żyje.
Zapadła konsternacja. Myśliwy który nie strzela do kapitalnego jelenia? To było jak ksiądz który odmawia odprawienia mszy.
— Księże — powiedział Borowski. — Pan żartuje?
— Nie żartuję. Po prostu pozwalam mu żyć.
— Ale… ale to dziewięciorak! Trofeum!
— Dla pana trofeum. Dla mnie żywa istota, która ma prawo istnieć.
Lisicki pokręcił głową. Ksiądz zwariował. Albo to była jakaś gra. Jakaś prowokacja.
— To niech ksiądz powie gdzie stoi ten jeleń — warknął Borowski. — Ja go strzelę.
— Nie powiem. Uciekł już. Spłoszyłem go celowo.
— CO?!
— Spłoszyłem go — powtórzył spokojnie Nowak. — Wstałem z ambony, machnąłem rękami. Uciekł na północ, w głąb lasu. Tam gdzie nie ma myśliwych.
Cisza była absolutna. Nikt nie wierzył.
— Księże — powiedział w końcu Kowalski, wyraźnie próbując zachować spokój. — To co pan zrobił jest pogwałceniem regulaminu. Celowe płoszenie zwierzyny jest zabronione.
— Wiem — odparł Nowak. — Zdaję sobie sprawę. Mogę zapłacić karę.
— Kara?! — wybuchnął Borowski. — Kara?! Księdza trzeba wyrzucić z koła!
— To państwa decyzja. Szanuję ją.
Lisicki słuchał tego z niedowierzaniem. Co ten proboszcz kombinował? Dlaczego sabotował polowanie? Co chciał udowodnić?
— Spokój, panowie — przerwał Kowalski. — To omówimy po polowaniu. Teraz kontynuujemy. Nagonka trwa.
Ale nastrój był już zepsuty. Myśliwi słyszeli szum w radiu, stłumione przekleństwa, nerwowe oddechy. Ksiądz popsuł atmosferę.
Szczekanie psów było teraz bardzo blisko ambony Lisickiego. Coś biegło wprost w jego kierunku. Podniósł lornetkę.
Dziki. Cała rodzina. Locha z ośmioma warchlakami i dwoma odyńcami z boku. Biegły chaotycznie, w panice, rozdzielali się, zbiegali.
Lisicki skupił się na odyńcach. Jeden był większy, z wyraźnymi kłami. Można było strzelić. Złapał zwierzę w celownik. Dzik biegł zygzakiem, trudno było trafić. Palec na spuście. Oddech. Spokój.
Strzał.
Pudło. Dzik pobiegł dalej.
— Cholera — zaklął Lisicki. Przeładował. Drugi strzał.
Trafienie. Dzik zachwiał się, pobiegł jeszcze kilka metrów, upadł.
— Stanowisko dwa, odyniec trafiony — zameldował.
— Przyjąłem — odparł Kowalski.
Lisicki odetchnął. Drugi dzik tego dnia. Nie było źle. Jeszcze jakiś jeleń i byłby komplet.
Ale dziwnie się czuł. Głowa ciężka, wzrok lekko rozmazany. Alkohol zaczynał dawać się we znaki. Może rzeczywiście za dużo wypił. Może trzeba było słuchać księdza.
Ksiądz. Proboszcz Nowak. Co on wiedział?
— Stanowisko siedem, Kowalski i młody Kogut — zabrzmiało w radiu. — Mamy wizualny na zająca. Bardzo duży szarak. Dystans pięćdziesiąt metrów.
— Młody może strzelić — powiedział leśniczy. — Szymon, widzisz go?
— Widzę — odparł chłopak. — Ale… ale szybko biega.
— Spokojnie. Złap go przed siebie. Celuj metr przed nim. Jak pociągniesz spust, on wbiegnie w pocisk.
— Dobrze. Próbuję.
Cisza. Potem huk wystrzału.
— Pudło! — krzyknął młody Kogut. — Cholera, znowu pudło!
— Nic nie szkodzi — uspokajał Kowalski. — Pierwszy raz to zawsze trudne. Następnym razem trafisz.
Lisicki uśmiechnął się. Przypomniał sobie własne pudła z młodości. Strzelił chyba ze dwadzieścia razy zanim trafił pierwszego zająca. Ale się nie poddawał. I teraz był jednym z lepszych strzelców w kole.
Chociaż dzisiaj nie w najlepszej formie.
Nagonka przesuwała się dalej. Szczekanie ucichło, oddalało się na zachód. Zwierzyna została wypłoszona, rozproszona po lesie. Czas schodzić z ambon.
— Koniec drugiej nagonki — oznajmił Kowalski. — Wszyscy schodzą. Zbieramy się przy punkcie zrzutowym. Czas na przerwę obiadową.
Lisicki westchnął z ulgą. Podniósł się z siedzenia, przeciągnął. Nogi zdrętwiale, plecy bolały. Spakował sprzęt, złożył broń na bezpiecznik. Zszedł z ambony.
Musiał teraz iść po swojego dzika — sto metrów w dół, przez zarośla. Ruszył powoli, ostrożnie. Ziemia była śliska, pełna korzeni. Raz się poślizgnął, o mało nie upadł.
Dzik leżał na boku, w kałuży krwi. Martwy. Lisicki podszedł, klęknął, sprawdził. Strzał trafił w klatkę piersiową, przeszył płuco. Zwierzę pewnie zdechło w ciągu minuty.
Wyciągnął nóż. Musiał wypruć jelita. Przeciął skórę na brzuchu, zaczął wyciągać wnętrzności. Krew była ciepła, lepka. Pachniało metalem i końską. Normalne zapachy polowania.
Usłyszał kroki.
Odwrócił się. Z lasu wyłonił się Malicki. Szedł chwiejnie, broń w ręku, twarz czerwona. Pijany. Bardzo pijany.
— Panie radny — powiedział, uśmiechając się szeroko. — Znowu pan uprawiał krwawą robotę.
— Jak widać — odparł Lisicki, wracając do dzika.
Malicki podszedł bliżej. Za blisko. Lisicki poczuł napięcie.
— Wie pan co, panie radny? — powiedział Malicki, przysiadając obok. — Musimy dokończyć naszą rozmowę. O tym przetargu.
— Nie teraz, Zbyszek.
— Właśnie teraz. Bo kiedy indziej? Pan zawsze zajęty, zawsze w delegacji. A ja mam pytania.
Lisicki westchnął.
— Zadawaj pytania.
— Czy brał pan łapówkę od firmy, która wygrała?
Bezpośrednie jak cios. Lisicki podniósł wzrok.
— Uważaj co mówisz.
— Ja mówię to, co wiem. Znam ludzi, panie radny. Rozmawiam. I wiem, że pan coś kombinował.
— Nie masz dowodów.
— Jeszcze nie mam. Ale będę miał.
Lisicki zacisnął dłonie na noża. Krew dzika spływała po ostrzu.
— Grozisz mi?
— Informuję — odparł Malicki. — Tak jak wcześniej. Zrobię wszystko, żeby pan poleciał. Prokuratura, dziennikarze, CBA. Wszystko.
— Zrujnujesz swoją karierę.
— Może. Ale pana też.
Stali tak, patrząc na siebie. Lisicki czuł jak gniew narasta w piersi. Ten młody gnojek, ten warszawski chujek, śmiał mu grozić? Jemu, który rządził tą gminą od dwudziestu lat?
— Zbyszek — powiedział powoli. — Popełniasz błąd.
— Jaki błąd?
— Zadzierasz z kimś silniejszym.
Malicki zaśmiał się.
— Silniejszym? Pan? Pan jest już skończony, panie radny. Tylko jeszcze o tym nie wie.
Podniósł się, otrzepał spodnie.
— Zobaczymy się na obiedzie — powiedział. — I tam porozmawiamy dalej. Przy świadkach.
Odwrócił się i ruszył w stronę punktu zrzutowego.
Lisicki został sam. Siedział przy martwym dziku, z nożem w dłoni, z krwią na rękach. Myśli wirowały w głowie. Malicki wiedział. Za dużo wiedział. Trzeba było coś z tym zrobić.
Ale co?
Podniósł się powoli. Dokończył wypruwanie jelit. Potem wziął dzika na plecy i ruszył w stronę polany.
Punkt zrzutowy był pełen ludzi. Wszyscy myśliwi już wrócili, kładli zwierzynę na ziemi, rozmawiali, śmiali się. Na rozłożonej plandece leżała dzisiejsza zdobycz: trzy dziki, dwie sarny, jeleń, dwa lisy, zając. Nieźle jak na dwie nagonki.
Borowski stał przy skrzynce piwa, nalewał wszystkim.
— Panowie! — zawołał. — Przerwa obiadowa! Za pół godziny nagonka trzecia, ostatnia! Kto chce, może zjeść, wypić, odetchnąć!
Lisicki położył swojego dzika na plandece. Podszedł do skrzynki. Wziął piwo. Wypił jednym haustem. Potem drugie.
— Spokojnie, panie radny — powiedział Wróbel. — To nie wódka.
— Wiem co piję — odparł Lisicki.
Rozejrzał się. Malicki stał z boku, rozmawiał z młodym Kogutem. Coś mu tłumaczył, gestykulował. Chłopak słuchał z uwagą.
Proboszcz Nowak siedział pod drzewem, sam, pijąc wodę z butelki. Wyglądał spokojnie, jakby nic się nie stało. Jakby nie sabotował polowania. Jakby nie wypuścił jelenia.
Kowalski sprawdzał mapę, planował ostatnią nagonkę.
Wszystko wyglądało normalnie. Ale Lisicki czuł, że coś wisiało w powietrzu. Jakieś napięcie, jakaś groźba.
Podszedł do niego Borowski.
— Panie radny — powiedział cicho. — Musimy pogadać o tym księdzu.
— Co z nim?
— Trzeba go wyrzucić z koła. To co zrobił to skandal. Celowe płoszenie zwierzyny. Nigdy w historii koła nie było takiego przypadku.
— Może miał swoje powody.
— Jakie powody?! To ksiądz, nie obrońca zwierząt! Jak mu się nie podoba polowanie, niech nie przychodzi!
Lisicki skinął głową.
— Porozmawiasz z nim?
— Ja? — Borowski spojrzał na niego. — Pan jest radny. Pan ma większą pozycję. Niech pan pogada.
— Dobrze — zgodził się Lisicki. — Pogadam.
Odszedł od prezesa. Podszedł do drzewa, pod którym siedział proboszcz.
— Księże Tadeuszu — powiedział. — Możemy chwilę porozmawiać?
Nowak podniósł wzrok.
— Oczywiście, panie radny. Siadam.
Lisicki usiadł obok, na mchu.
— Co ksiądz kombinuje? — zapytał wprost.
— Nic nie kombinuję. Obserwuję.
— Wypuścić jelenia? Sabotować polowanie? To jest obserwacja?
Nowak przez chwilę milczał. Potem powiedział:
— Czasem trzeba zrobić coś nieracjonalnego, żeby zobaczyć reakcję ludzi. Reakcja mówi więcej niż tysiąc słów.
— Co ksiądz chce zobaczyć?
— Prawdę.
— Jaką prawdę?
— O ludziach. O tym kole. O tym, co się tutaj naprawdę dzieje.
Lisicki poczuł niepokój.
— Ksiądz coś wie?
Nowak spojrzał na niego. Jego oczy były spokojne, ale przenikliwe.
— Wiem wiele, panie radny. Ludzie przychodzą do spowiedzi. Mówią mi rzeczy, których nie powiedzieliby nikomu. Grzechy, tajemnice, lęki.
— Tajemnica spowiedzi chroni księdza przed mówieniem.
— Chroni — zgodził się proboszcz. — Ale nie chroni przed wiedzeniem. I wiedza czasem ciąży.
Siedzieli w milczeniu. Gdzieś daleko śpiewał ptak.
— Ksiądz wie o tym przetargu — powiedział nagle Lisicki. To nie było pytanie.
Nowak nie odpowiedział.
— Malicki był na spowiedzi — kontynuował Lisicki. — Powiedział księdzu.
— Nie mogę tego potwierdzić ani zaprzeczyć.
— Ale ksiądz wie.
Cisza.
— Panie radny — powiedział w końcu Nowak. — Ja nie jestem sędzią. Nie potępiam, nie osądzam. Ale obserwuję. I czasem widzę, jak grzech prowadzi do kolejnego grzechu. Jak jeden błąd rodzi następny. Jak ludzie wchodzą na ścieżkę, z której nie ma powrotu.
— O czym ksiądz mówi?
— O tym, że małe kłamstwo prowadzi do większego. Że mała łapówka prowadzi do większej korupcji. Że mała zazdrość prowadzi do wielkiej nienawiści. A nienawiść…
Zawiesił głos.
— Nienawiść do czego? — zapytał Lisicki.
— Do czynu, którego się nie da cofnąć.
Lisicki poczuł dreszcz. Co ten ksiądz wiedział? Co przewidywał?
— Księże — powiedział. — Jeśli ksiądz wie coś konkretnego, to proszę powiedzieć. Wprost.
Nowak pokręcił głową.
— Nie mogę. Ale mogę ostrzec. Dzisiaj, tutaj, w tym lesie, może się stać coś złego. Czuję to. Wszystkie znaki na to wskazują.
— Jakie znaki?
— Alkohol. Broń. Napięcie między ludźmi. Gniew. To jest materiał wybuchowy.
Lisicki wstał.
— Księże mówi zagadkami — powiedział. — Nie lubię zagadek.
Odszedł. Ale słowa proboszcza zostały w głowie. „Coś złego”. „Nie da się cofnąć”.
Co miało się stać?
— Panowie! — zawołał Kowalski. — Zbieramy się! Trzecia nagonka! Ostatnia!
Myśliwi zaczęli się podnosić, sprawdzać broń, ładować naboje. Ostatnia nagonka. Ostatnia szansa na trofeum.
Lisicki załadował karabin. Pięć nabojów. Bezpiecznik.
Ruszyli w kierunku ambon. Tym razem szli w milczeniu. Nikt nie żartował, nikt nie śmiał się. Atmosfera była ciężka.
Gdy Lisicki dotarł na swoją ambonę, słońce chowało się za chmury. Robiło się chłodniej, ciemniej. Jakby las sam czuł, że coś się zbliża.
Wszedł na podest. Usiadł. Załadował broń.
I czekał.
W krótkofalówce zabrzmiał głos Kowalskiego:
— Trzecia nagonka za dziesięć minut. Wszyscy na stanowiskach. Powodzenia.
Lisicki odłożył radio. Patrzył w las.
Gdzieś daleko szczekały psy.
A potem rozległ się strzał.
Jeden strzał, który zmienił wszystko.
ROZDZIAŁ 4: ZNALEZISKO
Strzał przerwał ciszę lasu jak skalpel rozcinający tkanką. Pojedynczy, ostry, odbity echem od drzew — a potem cisza jeszcze głębsza niż wcześniej. Lisicki zamarł na ambonie, broń w ręku, palec na spuście. Czekał. Zwykle po strzale myśliwy natychmiast zgłaszał się przez radio — „trafiony”, „pudło”, „ranny zwierz”. Tym razem nic. Tylko cisza.
Dziesięć sekund. Dwadzieścia. Trzydzieści.
— Kto strzelał? — rozległ się w końcu głos Kowalskiego. — Proszę się zgłosić.
Cisza.
— Powtarzam, kto oddał strzał? Zgłosić stanowisko.
Nic.
Lisicki poczuł jak serce przyspiesza. Coś było nie tak. Myśliwy zawsze się zgłaszał. Zawsze. To była podstawowa zasada bezpieczeństwa.
— Wszyscy raportujcie stanowiska — rozkazał Kowalski, w jego głosie pojawiła się nuta niepokoju. — Po kolei. Stanowisko jeden, prezes Borowski.
— Stanowisko jeden, Borowski. Nie strzelałem. Wszystko w porządku.
— Stanowisko dwa, radny Lisicki.
— Stanowisko dwa, Lisicki. Nie strzelałem. Wszystko OK.
— Stanowisko trzy, Malicki.
Cisza.
— Malicki, zgłoś się — powtórzył Kowalski.
Cisza.
— Zbigniew Malicki, proszę odpowiedzieć!
Nic.
Lisicki poczuł jak żołądek ściska mu się w supł. Malicki nie odpowiadał. Ostatnie stanowisko które zgłaszało się przed nagonką. Ostatni głos w radiu. A teraz cisza.
— Stanowisko cztery, Wróbel — kontynuował Kowalski, wyraźnie zdenerwowany.
— Stanowisko cztery, Wróbel. Nie strzelałem. Słyszałem strzał, ale nie wiem skąd.
— Stanowisko pięć, proboszcz Nowak.
— Stanowisko pięć, Nowak. Nie strzelałem — głos księdza był spokojny, ale Lisicki usłyszał w nim coś jeszcze. Jakby proboszcz czegoś się spodziewał.
— Stanowisko sześć, Kogut senior.
— Stanowisko sześć, Kogut. Nie strzelałem. Ale widziałem coś poruszającego się w lesie. Nie mogłem zidentyfikować.
— Stanowisko siedem, Kowalski i młody Kogut.
— Stanowisko siedem, obaj w porządku. Nie strzelaliśmy.
Kowalski odczekał jeszcze chwilę, potem powiedział:
— Malicki nie odpowiada. Wszyscy zostają na stanowiskach. Ja schodzę i idę sprawdzić stanowisko trzy. Prezes Borowski, proszę o wsparcie. Reszta czeka.
— Przyjąłem — odparł Borowski. — Idę.
Lisicki siedział na ambonie, wpatrując się w las. Mózg pracował na wysokich obrotach. Malicki nie odpowiadał. Dlaczego? Wypadek? Zasłabnięcie? A może po prostu radio mu padło? Albo wyszedł z ambony, żeby sprawdzić coś w lesie?
Ale ten strzał. Ten jeden, samotny strzał.
W krótkofalówce słychać było tylko szum. Wszyscy czekali.
Minuty ciągnęły się jak godziny. Lisicki wyjął lornetkę, skanował okolicę. Las wyglądał normalnie — drzewa, zarośla, ptactwo powracające po strachu. Słońce przebijało się przez chmury, rzucając plamiste światło na leśną ściółkę.
— Kowalski do wszystkich — zabrzmiało w radiu. Głos leśniczego był napięty. — Znaleźliśmy Malickiego. Wzywacie pogotowie. Natychmiast.
Serce Lisickiego zabiło mocniej.
— Co się stało? — zapytał Wróbel.
— Malicki nie żyje — powiedział Kowalski cicho. — Postrzał w klatkę piersiową. Trzeba wzywać policję.
Cisza była absolutna. Potem wybuchła kakofonia głosów — wszyscy mówili jednocześnie, pytali, przekrzykiwali się.
— CISZA! — wrzasnął Borowski. — Wszyscy milczeć! Leśniczy, co dokładnie się stało?
Kowalski odetchnął głęboko. Słychać było to przez radio.
— Znaleźliśmy go przy ambonie. Leży na plecach, postrzał w klatkę piersiową, lewa strona. Dużo krwi. Broń obok, dubeltówka Perazzi. Nie oddychała. Sprawdzałem tętno — nic.
— Kiedy to się stało? — zapytał proboszcz Nowak.
— Nie wiem dokładnie. Ciało jeszcze ciepłe. Może piętnaście, dwadzieścia minut temu. Może mniej.
— To był ten strzał — powiedział Wróbel. — Ten który słyszeliśmy.
— Pewnie tak — zgodził się Kowalski. — Ale skąd padł? Kto strzelał?
Nikt nie odpowiedział.
Lisicki czuł jak pot spływa mu po plecach mimo chłodu. Malicki nie żył. Zastrzelony. To nie mógł być wypadek — wypadki się zdarzały, ale zwykle podczas nagonki, w chaosie, gdy ktoś źle zidentyfikował cel. A teraz? Przed nagonką? Gdy wszyscy byli na stanowiskach?
— Wszyscy schodzą z ambon — rozkazał Kowalski. — Broń na bezpiecznik. Idziecie do punktu zrzutowego. Tam czekają. Nikt nie dotyka Malickiego, nikt nie dotyka miejsca zdarzenia. To scena… to scena zbrodni.
Zbrodni. Słowo zawisło w powietrzu jak chmura trującego gazu.
Lisicki zaczął się pakować. Ręce mu się trzęsły. Malicki nie żył. Godzinę temu rozmawiali, kłócili się, grozili sobie. A teraz Malicki leżał martwy w lesie.
Zszedł z ambony ostrożnie. Ziemia pod stopami zdawała się być mniej stabilna niż wcześniej. Las wokół wyglądał inaczej — ciemniej, groźniej. Jakby drzewa obserwowały, osądzały.
Ruszył w stronę punktu zrzutowego. Szedł sam, przez gęstwinę. Myśli wirowały. Kto strzelił? I dlaczego? Czy to był wypadek czy…
Nie. Nie mógł o tym myśleć. Nie teraz.
Dotarł do polany. Inni myśliwi już tam byli — Wróbel, obaj Kogutowie, proboszcz Nowak. Stali w milczeniu, blade twarze, szeroko otwarte oczy. Szok.
— Widzieliście? — zapytał młody Kogut, jego głos drżał. — Widzieliście go?
— Nie — odparł Wróbel. — Kowalski i prezes nie pozwalają podchodzić. Mówią czekać na pogotowie i policję.
— Ale on naprawdę nie żyje? — chłopak wyraźnie nie mógł uwierzyć.
— Nie żyje — potwierdził proboszcz Nowak. Jego twarz była spokojna, niemal kamienna. — Widziałem ciało z daleka. Leży nieruchomy.
Lisicki podszedł do grupy. Wszyscy spojrzeli na niego.
— Panie radny — powiedział Wróbel. — Pan rozmawiał z Malickim przed ostatnią nagonką. O czym rozmawialiście?
Pytanie zabrzmiało jak oskarżenie.
— O… o sprawach gminy — odparł Lisicki ostrożnie. — Przetargi, inwestycje. Standardowe tematy.
— Wyglądaliście na skłóconych — wtrącił się stary Kogut. — Widziałem jak wracaliście z lasu. Malicki był czerwony na twarzy.
— Dyskutowaliśmy — przyznał Lisicki. — Malicki miał pretensje o przegrany przetarg. Ale to była tylko rozmowa.
— Tylko rozmowa — powtórzył Wróbel, ale w jego głosie było niedowierzanie.
Cisza. Wszyscy patrzyli po sobie, szukając odpowiedzi, która nie chciała przyjść.
Z lasu wyłonili się Kowalski i Borowski. Szli ciężkim krokiem, twarze blade. Borowski trzymał w ręku telefon.
— Dzwoniłem na pogotowie — powiedział. — Będą za dwadzieścia minut. Policja także. Kazali nikomu nie dotykać miejsca zdarzenia, nie przesuwać ciała.
— To był wypadek? — zapytał młody Kogut.
Borowski i Kowalski spojrzeli po sobie.
— Nie wiem — odparł leśniczy. — To nie wygląda na wypadek.
— Jak to nie wygląda? — zapytał ostro stary Kogut. — Może sam się postrzelił? Przy ładowaniu?
— Broń leżała obok, dwa metry od ciała — wyjaśnił Kowalski. — Gdyby się sam postrzelił, broń by wypadła z rąk, ale byłaby bliżej. A poza tym…
Zawiesił głos.
— Poza tym co? — naciskał Wróbel.
— Poza tym rana jest od przodu, po lewej stronie. Kąt dziwny. Gdyby celował w siebie, broń trzymałby inaczej. I rany byłaby inna.
— Czyli ktoś do niego strzelił — powiedział proboszcz Nowak cicho.
Wszyscy zamarli.
— Nie wyciągajmy wniosków — powiedział szybko Borowski. — To zadanie dla policji. My tylko czekamy.
— Czekamy? — wybuchnął stary Kogut. — A co jeśli ktoś z nas strzelił? Co jeśli morderca stoi tutaj, wśród nas?
Słowo „morderca” zawiało między nimi jak zimny wiatr.
— Nikt z nas nie strzelił — powiedział Wróbel, ale zabrzmiało to niepewnie. — Wszyscy byliśmy na stanowiskach. Wszyscy się zgłosiliśmy.
— Ktoś mógł kłamać — odparł Kogut. — Ktoś mógł strzelić i udawać że tego nie zrobił.
Spojrzeli po sobie. Podejrzliwość, strach, niewypowiedziane oskarżenia.
— Panowie — odezwał się Lisicki, starając się brzmieć autorytatywnie. — Jako radny gminy proszę o spokój. Nie oskarżajmy się nawzajem. Czekamy na policję, oni zbadają sprawę.
— Łatwo panu mówić — warknął stary Kogut. — Pan jest politykiem. Politycy zawsze wychodzą na czysto.
Lisicki zacisnął zęby, ale powstrzymał się od odpowiedzi.
Kowalski rozłożył mapę na masce samochodu.
— Spójrzcie — powiedział. — To są stanowiska. Malicki był na trzecim, tutaj. — Wskazał palcem. — Najbliższe stanowiska to dwa i cztery. Stanowisko dwa to pan radny Lisicki, około dwustu metrów na północ. Stanowisko cztery to Wróbel, około trzystu metrów na południe.
— Czyli jeden z nich — powiedział młody Kogut.
— Albo ktoś zupełnie inny — wtrącił się proboszcz. — W lesie mógł być kłusownik. Albo ktoś z zewnątrz.
— W środku dnia? Podczas polowania? — Borowski pokręcił głową. — Niemożliwe. Każdy kłusownik by słyszał nasze strzały, szczekanie psów. Schowałby się.
— Chyba że celowo przyszedł zabić Malickiego — powiedział Wróbel cicho.
Wszyscy zamarli.
— Co pan sugeruje? — zapytał Kowalski.
— Nic nie sugeruję — odparł weterynarz. — Po prostu myślę na głos. Malicki miał wrogów. Prowadził firmę budowlaną, wygrywał przetargi w Warszawie, dużo pieniędzy. Tacy ludzie zawsze mają wrogów.
— A może miał wrogów tutaj — powiedział stary Kogut, patrząc na Lisickiego. — W gminie.
Lisicki poczuł jak krew uderza mu do głowy.
— Co pan insynuuje, panie Marek?
— Nic — odparł Kogut. — Ale wszyscy widzieliśmy, że się pan z nim kłócił. Przed godziną. Przy waszych dzikach.
— Kłótnia to nie morderstwo — powiedział ostro Lisicki.
— Czasem jest — odparł Kogut.
Napięcie rosło jak woda w tamy przed pęknięciem. Lisicki czuł jak wszyscy na niego patrzą, oceniają, podejrzewają.
— Dość! — krzyknął Borowski. — Przestańcie się oskarżać! To zadanie dla policji, nie dla nas!
— Prezes ma rację — zgodził się Kowalski. — Siedzimy, czekamy, nikomu nie pozwalamy odejść. Gdy przyjedzie policja, wszystkim przesłuchują, wszystko wyjaśnią.