E-book
16.38
drukowana A5
37.71
Pole

Bezpłatny fragment - Pole


Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8189-850-8
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.71

Początek

Kiedyś jej dom znajdował się z dala od miasta, ale odkąd miasto zaczęło się rozrastać od razu przybliżyło się i jej ogród i kamienny dom z jabłonią znalazł się nieomal na jego obrzeżach. Niewiele było trzeba, żeby dotrzeć stamtąd do przedmieść, do linii tramwajowej: do końca i zarazem początku trasy, którą przemierzał jej nie żyjący mąż, gdyż najpierw konne a potem mechaniczne, napędzane same z siebie tramwaje woziły pasażerów i pamięta, że nie chciała żadną miarą wsiąść:

„To musi być jakiś diabelski wynalazek” powiedziała, wzdragając się jak spłoszony koń, a on wtedy rzekł:

„No, powiedział on, nie bądź głupia, co?” i „czego tu się bać”, ale ona się przeżegnała, i powiedziała, że za nic na świecie nie wsiądzie do czegoś, co się porusza, chociaż nie widać ani konia ani żadnego zwierzęcia, które by je ciągnęło.

Oho, jej mąż to był wesołek, taki a teraz umarł nie ma go i nie będzie.


Kiedy się pojawili w tych swoich ubraniach w których widziała ich parę razy, gdyż nie bywała często w mieście, bo i po co, chyba, żeby sprzedać nieco warzyw, drób, czy jajka na targu. Więc widywała takich państwo tylko w samym centrum na deptaku i owszem, a teraz stali na progu jej skromnego domu i jej mąż powiedział:

Znam ich.

Ale ja, nie- odparła.

Pieniądze to nie wszystko, mówiła w ciemnym pokoju zaraz po zgaszeniu światła, przyjdą, a nam niczego nie brakuje, niczego. Mamy co jeść, mamy pole, niczego nie trzeba.

Ależ, odparł wtedy rozdrażniony. Niczego nie trzeba. Milcz, opłaci się.

Następnego dnia, może nie tego, a po jakimś czasie ona, tamta, której twarzy nie chcę sobie przypominać, bo i po co, dała jej swoje futro, które było takie błyszczące, że przykuło jej wzrok zaraz pierwszego dnia, tego, kiedy ich ujrzała.

Pani, weźmie powiedziała. Proszę, to dla pani.

Siedziała cerując skarpety i milczała, dopóki tamta nie odeszła. Słyszała jeszcze jej kroki jak schodziła na dół.

To, za te wynoszenie po nich tego ich gówna.

A w to futro nie ubierze się przecież nigdzie, zaraz by się ludzie zaczęli dopytywać, takie coś ani do kościoła, ani na potańcówkę.

Tylko wieczorami przebierała się w izbie raz czy dwa przyszła do łóżka tylko w nim.

Jak, to potem poszło? Jak to potem było. Któregoś dnia on poszedł do lasu i go przywaliło, ot, tak, przywieźli go na saniach, to już nie żył, cały złachmaniony w krwi.

I tak zostałam sama. A potem one, czasami wieczorami leżała sama, zła w łóżku i słyszała, jak się wiercą, jak tam pod podłogą szepczą, one, duże i małe i nie mogła spać, ponieważ od któregoś to, momentu już nie mogła spać, nie spała po całych tygodniach a nawet miesiącach, było tak jakby zimne światło księżyca wdarło się pod jej powieki, okruch jakiś, może ta uniesiona ręka, jego, kiedy go przywieźli, ponieważ całkiem był przemarznięty, po co idziesz, po co? Mamy jeszcze cały sąg drewna, ale on szedł też i po, to, żeby przy ognisku, w ciemności posiedzieć, tam z innymi chłopami, i pić ten ich samogon, co smakował jak nafta i odurzał jak uderzenie obuchem w głowę. Nie, motorniczym już nie był to jeszcze przed wojną się stało, któregoś dnia obraził jakiegoś ważnego kogoś, kazał mu wysiąść, kiedy ten wdał się z nim w dyskusję, a potem następnego dnia on już nie jeździł tramwajem, może jakby nadal jeździł, to by woził i tych i tamtych, chociaż im podobno już nie można było ani jeździć tramwajem ani nawet iść chodnikiem tym samym, co inne ludzie, im takim jak ci co mieszkali teraz pod podłogą u niej a ona nie wiedziała, co z nimi zrobić, kotłowały się tam, żyli sobie a on nie.

Szła w kondukcie w zimnym powietrzu unosiły się ludzkie oddechy i końskie, gdyż postarała się i zamówiła by karawan jak się patrzy, przedtem ale nie teraz: teraz konie zostały zabrane przez wojsko i karawan też, piękny, czarny zamiast tego musiał wystarczyć wóz drabiniasty, chabety szły ciągnąc wóz na gumowych kołach, szła za nim a potem stała nad otwartym grobem, w odpowiednim momencie rzuciła garść ziemi, która właściwie została odłupana, gdyż ziemia była gliniasta i zmrożona na tym cmentarzu położonym nieco na wzgórzu, przeplatanym drzewami, starymi coraz starszymi, których nikt nie wycinał, gdyż tak się przyjęło.

W jej ciało wżerał się smutek, ciągnący chłód od ścian, które nie odbijały jego głosu. Oni, tak.

Zeszła tam jak zwykle i widziała, jak stali. Wtedy jeszcze oni byli, kobieta o ciemnych włosach, co dziwne żadna z ich dwóch nie miała po niej włosów, on duży, zwalisty mężczyzna a zarazem jakiś taki, jak koń, który dostanie obuchem, wstali, kiedy zeszła z kagankiem, lampą naftową, gdyż tego było mało i ledwie dwie trzy godziny pozwalała, aby palili, toteż ich twarze wydawały się jak rozmazane, białe, niewyraźne, niczym kiełki ziemniaków przerastających, kiedy się robi ciepło.

Będę ja, powiedziała, jak on uzgodnił. Jego wola była, nie ma go, ale ją uszanuję. To, tyle.

Potem weszła po niewielkiej drabinie na górę i poszła do siebie.

Nic, więc się zmieniło, płacili oczywiście, a jakże i owszem, bo niby z czego by ich żywiła. A dostać coś, też nie było łatwo, przecież i wszystko kosztowało drożej niż w najgorszy czas zanim zaczęła się zawierucha. A do tego, musiała być ostrożna jak tylko to było możliwe.

Idąc do kościoła jak co niedzielę, widziała spojrzenia sąsiadów. Och, tyle, dobrze, że mieszkała na uboczu, tak, między wsią właściwą a nieodległym miastem, na doczepkę jak mówiono z przekąsem osiedlona pod lasem, tak że jeszcze jakby co to zostałoby uciekać w las.

Tylko po co uciekać? Rozmyślała. Przyjdą to przyjdą. Uciekać nie ma gdzie. Dla nich niedobrze. A dla niej, no cóż.

To, tak było, że jej pradziadkowie, jakoś, pewnie kupili albo co wzięli tą

ziemię, lichą, ale zawsze i tutaj się osiedlili. Tutaj, jest tutaj.

Sosnowy las, piasek, nieco ugoru. Udawały się ziemniaki, warzywa, żyto. Raczej nie pszenica. Tyle.

Ażeby dorobić chodziła do miasta, sprzedawała co miała na małym targu, poza tym, najmowała się jako praczka.

Tak, to wszystko pozwalało się utrzymać, utrzymanie w tych czasach. Nie, łatwo. Nie, co tu dużo mówić.

Ten, który miał je chronić był słaby, widziała to, w każdym geście, silniejsza chociaż na pozór kruchsza była ta jego kobieta, ale co mogą kobiety, kiedy jest zawierucha, nic, jedynie czekać i czekać, aż przeminie.

Ale, nienawidziła ich, o tak. Na początku o tym nie myślała, nie od razu, ale po jakimś czasie do niej dotarło. Otóż, że to właśnie tak.

Kiedy znosiła im mleko, ziemniaki, kiedy wchodziła niosąc naftę, naftę, na którą nie było nigdzie ceny, nafta była bezcenna, tak jej było wciąż mało, o, dostać teraz ciężko, bardzo ciężko. A kupować od kogoś, niebezpiecznie. Po, co ci tyle, sąsiadko. No, niech tylko nie spróbują jej mówić jeszcze, że pieniędzy nie mają. O.

Za, to trzeba zapłacić za to samo powietrze, którym się oddycha, za to, że o d d y c h a j ą tym samym powietrzem, za to, że siedzą tam sobie tak spokojnie.

Ale, nie mogła opanować tego jednego, to się z niej wciąż wydzierało, jakby wbrew niej, nienawidziła tych ich, śmiechów, gestów, nawet sposobu w jaki się chodzili, nie mówiąc o zapachu, obcym, tak mówili na wsi i nie tylko, pachną jak nie ludzie, i jego mężczyzny o skołtunionej brodzie, chociaż kiedy przyszedł wyglądał jak mężczyzna z miejskiego deptaka, starannie ogolony, a teraz, coraz bardziej przypominał jej żydłaka, jednego z takich, którzy wędrowali uderzając w naczynia i nawołując, ostrzeeee nooooże, albo skupuje szmaty, szmaty skupuje, pełno jeszcze było takich niedawno, jego przestraszonego pełnego uległości spojrzenia, ukrytego strachu, aż któregoś dnia pomyślała,, on patrzy jak pies, jak pies,,.

Benek

Kiedy wychodziła do miasta albo odwiedzała w wsi, zachodziła do gospody, obkupić się, pogadać, czasami słyszała, opowieści jak to znowu gdzieś zdybano jakichś, jak zwierzęta, mówił jeden pognali i rowie zagrzebali. Co do jednego. Sami musieli sobie dół wykopać, a jak.

Stała tam oparta o ścianę niby nie widząc nie słysząc, jakby była głucha, gdyż ostatecznie co to kogo obchodziło. Nieco w cieniu, twarz uniesiona do góry tego co mówił, mężczyźni przy stole, siedzący nad szklankami, ponieważ tutaj sprzedawali samogon, nie tylko chleb czy warzywa, nawet mundurowi tutaj zachodzili, o, na przykład Benek, i był granatowy policjant, ależ się pysznił, wyrósł w siłę, taki dumny, on mówił, właśnie, i wtedy, tam taka jedna zaczęła beczeć jak koza, jak koza a ten podszedł do niej i trzasnął ją tylko w głowę kolbą i…”. Słuchała, nie słuchała każdy tu przychodził zrobić sprawunki, pogadać, posłuchać nowin, zebrać wiadomości.

Odchodząc słyszała a wycofała się po cichu bez słowa więc słyszała jeszcze jak potłuczone odłamki szkła, toczącą się dalej opowieść, co z nimi robią, wtedy jak ich już wyprowadzą, zwiozą, tam wiadomo gdzie, wciąż to słyszała, okruchy opowieści, niczym uderzenia końskich kopyt o bruk ulicy, gdyż przy wylocie z miasta, a szła pieszo, dochodziła do ostatniej brukowanej ulicy a potem nic, tylko piasek latem na tej drodze, od miasta do jej chałupy. Piasek, lotny jak zamieć, gdy upały, lub błoto w czas deszczu a zimą jedynie błoto, tyle, że zamarzłe, zestalone, schowane pod puchową czapą śniegu, jakby jesień zamarzała, ale nie na zawsze, do czasu, wraz z ostatnimi podmuchami ciepła, które gasił ciągnący z północy wiatr.

Śnieg w swej bieli, obiecywał niczym pierzyna wypoczynek i nieraz po jego odejściu, chciała się w nią otulić, tej pierwszej zimy zwłaszcza, ale coś ją powstrzymywało.

Wracała więc nieraz po ciemku prawie w świetle księżyca i niczego się nie bała, nie dygotała ani z zimna, ani z strachu: na jawie nie było już czego się bać, chociaż wilków było podobno więcej ostatnio a to od trupów gdyż, kiedy ludzie zabijali się nawzajem, nie mieli czasu polować na wilki. A ich przybywało, włóczyły się całymi watahami i nie raz ślady ludzi w lesie przecinały się z tropami wilczych watah albo na nie wpadały, nakładały, krzyżowały jakby to był jeden ślad, jak to mówią, człowiek człowiekowi wilkiem, gdzieś, ale gdzie to wyczytała, może w tym odpustowym kalendarzu, który przyniósł jej ostatniej zimy jakiej, był zanim go przywaliło na dobre, zanim pod drzewem w lesie wyzionął ducha. On, tam już jest, ona jeszcze nie, jeszcze trzeba poczekać. W jej wdowim życiu wydawało, się, że nieraz widzi go (ale to zazwyczaj jej się śniło) jak idzie do niej poprzez śnieg, a ten śnieg coraz się robi krwawszy, czerwieńszy, jakby wychlustał z siebie całą krew, i on blady jak ten upiór, och, budziła się cała przerażona, wpatrzona w okno to znów w nieruchomą plamę księżyca na podłodze chaty.

Ale, to jeszcze było, nie dość, nie to miała sobie przypomnieć. Aha. Oni poszli tamtej zimy, na sam jej koniec, kiedy robiło się już ciepło i śnieg topniał. Tak jednego dnia poszli, bo nie było warzyw, zabrakło co było im i jej zgniło, mimo że było chłodno w ziemiance, ale musi wdała się jakaś, pleśniowa zaraza.

I poszli nocą w ciemnościach.

Nie było od kogo kupić, tak. Ponieważ nikt nie miał, chyba że za takie pieniądze jakich już ona nie miała, bo i oni nie mieli. Ale, były warzywa okopane ziemią, tak pozostawione przez zimę i gdzie były wiedziała, tak więc im powiedziała:

Jak chcecie, chcecie jeść to idźcie.

I poszli wieczorem po zmroku, on i ona, obydwoje raz i drugi aż nie wrócili, wpadli zupełnie przez przypadek a może nie, pamiętała to niedobre spojrzenie, tamtego, co, to kazał na siebie mówić,,stryju, — bo ja widzisz stryjem wszystkim jestem, każdemu tutaj. I patrzył na nią i międlił zapałkę w ustach, albo jakie źdźbło. O, wszyscy się go bali w wsi, jak jeden mąż. Miał on niedobre znajomości, mówili, że potrafi za wsią każdego, kogo zechce, dopaść, tak już było raz i drugi. Więc,,stryj, przyszedł do niej któregoś razu, nie wiedzieć po co go licho przyniosło, wszedł, jak to mówią bez pukania. Pochwalony niech będzie na poczęstunek wpadłem, dobra gospodyni. Wszedł, ale jakby węszył, jakby czegoś szukał niby nie, ale rozglądał się pilnie.

Nie uszło jej uwagi: niczyjej nie mogło ujść, że nowe ma ubrania, jak spod igły, buty zwłaszcza z skóry wysokie jakich nigdy nie miał i mało kto tutaj

chyba że majętni gospodarze mieli. I tak jakoś inaczej się poruszał, ależ tak inaczej. Jak żbik pomyślała. Wyglądał jak drapieżnik węszący ofiarę, zdobycz. Posiedział, pogadał, ja pić nie chciała, to sam pił i coraz to bardziej rozdrażniony był, w miarę jak pił, coraz dzikszy i wyglądał jakby węszył przeszedł się parę razy po izbie, co i rusz nieboszczyka wspominał, ho, ho mówił my dobrzy byli kompani, niejedno razem wie co, że my jak bracia rodzeni, nieraz żeśmy się wydurniali. Nie, przeczyła potakiwała, milczała. A czego nie trzeba? Pytał, sama taka, to pewnie się nie przelewa, co? A jakoś daję radę odpowiadała.

W końcu poszedł, ale jakoś tak krzywo uśmiechnięty więc już wiedziała, że będzie krążył. I tak też było, że nigdy zapowiedziany jeszcze parę razy zajrzał pod byle pretekstem a raczej bez pretekstu. Przyjmowała go bez uśmiechu, ona w końcu go nie zaprasza, ale gdyby go pogoniła byłoby jeszcze gorzej, pewnie by coś podejrzewał.


A, może nie wpadli, odeszli jak tamta: ich córka, starsza od tej co, ją wzięła na górę: najstarsza, co jej miała pomagać i pomagała, jakiś czas przy gospodarce.

Nie umiała nic, uczyć ją trzeba było wszystkiego. Doić krowy, kosić siano, obierać warzywa, przewracać kiszonkę, świniom zadać.

Nawet nabrać wody z studni.

Któregoś dnia nagle znikła, była wieczorem a rano, już jej nie było: i oni mówili, że nie wiedzą co z nią.

Gdzie poszła?

Nie wiemy, gdzie poszła.

Kłamali.

Co, zrobiła, gdzie poszła nie obchodzi mnie.

Wam lepiej, żeby tutaj kogo nie przyprowadziła. A może ją wilki zjadły w lesie albo gorszy od nich człowiek.

Parafia

Któregoś dnia zaczęła im przynosić fałszywe wiadomości, pogłoski. Nie, nie było radia za posiadanie radia było wiadomo co. Nie wolno było. Ale, ja im mówiłam, że tak, jest albo i tak.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, chyba, chyba bo nie wiem. Ale to lubiłam. Czytali mi z ust, spijali każdą wiadomość. I ja wymyślałam sobie na poczekaniu. Nie, nie miałam wiedzy zbyt rozległej, nic mnie nie obchodziło, odkąd on odszedł, ale nagle zaczęłam tak właśnie im mówić.

Mój stary świeć panie nad jego duszą, miał znajomego dróżnika. I on prawda, to z racji, że miewał, bo musiał kontakty z nimi, to jest z Niemcami ale nie tylko, bo po prawdzie wszyscy do niego przychodzili, jedni jawnie w dzień a drudzy cichcem od zaplecza, pukając albo nie a on miał wiadomości od nich, od Niemców (ale nie tylko), miał od wszystkich i miał radio także, i ściągał chociaż niewyraźnie nieraz, bo zagłuszali, ale wiec miał także i wieści takie z pierwszej ręki, od samych Niemców, nie te co podawała szczekaczka w mieście, albo gazety czy plakaty na murach, i nagle ja się zaczęłam interesować, jak to wszystko idzie, co się dzieje, aż się zdziwił ten znajomy, zresztą też wdowiec, i on mówił potem, to niech pani przychodzi, miło mi będzie, jak sam tu siedzę, to idzie uświerknąć. Ponieważ przedtem nic, mnie nie interesowało zbytnio powiedział przynajmniej (chrząknął), takie odnosiłem wrażenie. On o d n o s i ł wrażenie.

Miałam ochotę parsknąć śmiechem.

I on mi rozłożywszy mapy, miał takie, cierpliwie wyjaśniał jaka to jest sytuacja na świecie a ja słuchałam i wszystko sobie zapamiętywałam.

A był też co, nazwy egzotyczne, jakich nigdy nie słyszałam, chociaż kiedy powtarzałam to on raz czy drugi mnie poprawił, aż go skarciła ta jego żona, żeby nie przerywał a on trwał tak z osłupiałą zbaraniałą twarzą. Ależ był tam zaduch, można było zemdleć troje, nie czworo ich, mówię troje, bo jakby ich tak postrzegałam, ta najmniejsza zupełnie jeszcze się plątała między nogami zupełnie z palcem w buzi więc jej nie liczyłam. Ona-mówi-to on o swojej żonie:

Ona potrzebuje przeprać nieco płótna, pani wie, kobiece sprawy. On, mówił za nią jakby ona nie miała języka, ale to ona jemu mówiła, co on ma mówić, on był tylko na pokaz, to ona stała czujna, skupiona za nim, córką, ona.

Niech będzie, napalę więcej w piecu wody z studni przyniosę.

Nie, nie mogli wychodzić, jeszcze by ich kto zobaczył w obejściu, jeszcze by tego brakowało.

W mieście wszystkiego brakowało. Na wsi, prawdę mówiąc również, też. Rekwizycje. To, Niemcy to partyzanci. Jedni i drudzy chcieli tego samego. Jedni i drudzy za to samo karali tak samo. Ale, tutaj jeszcze nie dotarli, mówi stara. Wieś, ma się dobrze dziedzic grywa z panami oficerami, ale jak przyciśnie to przyjdą, przyjdą… Partyzanci, z powodu dużego garnizonu niemieckiego w nieodległym miasteczku powiatowym, również się nie pojawiali, przynajmniej nie grupą. Po, zmierzchu, co jaki się i może przemknął, do gospody zaszedł, ale tu, gdzie wszyscy wszystkich znają, jakaś nieznajoma twarz, to była zaraz sensacja i poruszenie, i niepokój…


Tylko po zmroku jak już zagrzałam wody przyszła przeprać, przedtem się wykąpała, ale to były rzadkie fanaberie, też ryzyko, chociaż po zmroku mniejsze, zwłaszcza, że dojście do chaty, było długie i ktoś musiałby iść po ciemku a ja miałam psa na podwórzu.

Też córki i on na koniec.

Mówią myślałam, że oni żydki mają inne i one też nie jak ludzie. Tak, ich Bóg pokarał za to, że Pana Jezusa ukrzyżowali. Ale, nie sprawdzałam. Chociaż może raz. Ale nic, zwyczajnie.

Ale, to było na początku, potem coraz rzadziej pozwalałam. Bo, nie można, bo zobaczą.

Zimna woda też dobra.

Tą, dostawali w wiadrze uwiązanym na sznurze. Tylko od czasu do czasu, gorącą. Raz wiadro się przechyliło i poparzyło jego, tak niezgrabnie chwycił, zresztą cóż. Ale woda już przestygła więc nie było wielkiej szkody. Nagle pomyślałam wtedy. A jakby mu gębę sparzyło, to już by mu broda nie odrosła. Przypomniałam sobie jak to ksiądz mówił na kazaniu, o tych co Jezusa umęczyli. Brodaci byli. I siedziałam w ławce i się wierciłam jak na mękach. Prawie każdy chyba na mnie patrzył takie miałam wrażenie. A potem, gdy wychodziłam zakrystian chwycił mnie za rękaw przed kościołem i pyta, co ja się tak śpieszę, czego i po co., A nie bywasz nigdzie ostatnio ani na chórze nawet, co tak odludkiem zupełnie się stałaś”. A ten, stary kawalerskiego stanu wciąż szukał, chociaż jak powiadali wiatru w polu. Nie, nic to czasu nie mam. Wyrwałam rękaw, poszłam.

Ostatecznie wyszło, że to przez żałobę niech będzie.

A księdzu, też temu co nastał wtedy nie można było, bo i ten był, taki, że grzmiał na ambonie a ja patrzyłam na tą drogę krzyżową, gdzie sami oni stali, one żydki. Droga krzyżowa była pomalowana w dużych obrazach, wiszących na ścianie kościoła, tyle ich było, ile stacji krzyżowych, zataczały koło zaczynając się z lewej strony a kończąc na prawej. Ksiądz, był rześki, rumiany- Wilga mówiła, że ma się, dobrze, lubi sobie podjeść i nie gardzi winem. Niejedna, chciałaby by, być za gospodynię, do parafii, to były i pewne pieniądze i poważanie na wsi. Ileś, spraw szło przez gospodynię, nieraz, czego nie szło żadną inną drogą załatwić, można było załatwić, od ręki. Jak, się pogadało z gospodynią.

A nią, była Wilga, wdowa od dawna chociaż młoda, bo zmarło się jej chłopu zbyt wcześnie a nie wyszła drugi raz za mąż. Dlaczego, nie wiadomo. Była, jeszcze całkiem hoża, jeśli o to chodzi. Dorastały razem, chodziły po ten sam chrust do lasu, na tych samych łąkach, pasały krowy. Ale, kiedy poszła do niej, zapytać, poradzić się, zrobić, tylko palec położyła na ustach i pokręciła, przecząco głową. On, ich nie cierpi- powiedziała cicho rozglądając się mimowolnie, mimo, że były same, ksiądz wyjechał na wizytację do sąsiedniej parafii. Poza tym-mówiła dalej- przyjeżdżają do niego dziedzic na karty, a i bywa niemieccy oficerzy, bo, ma wino własnego wyrobu, słynne na okolicę. A dziedzica, to wiadomo co chłop obchodzi a tym bardziej, Żydki, nie, no nie… Potrząsnęła znowu przecząco, głową. Ależ, ty sobie wzięłaś kłopoty na głowę!

Co, miała powiedzieć? Że, to jego był pomysł, a nie jej, a teraz nie wiadomo co robić z tym dalej? Niech, będzie, powiedziała, bardziej sama do siebie. Co, będzie? Zapytała Wilga. A, nic, nic-powiedziała głucho sama do siebie bardziej niż do niej. Wyjście z parafii było zamknięte, ponieważ noc już była, zasiedziała się. Wyszła tylnym wyjściem. W nocy niosło się niespokojne kwiczenie świń, z chlewika, widać, dźwięk otwieranych drzwi je przebudził. Wracała, sama, późną nocą, przez las oświetlony, księżycem, który na śniegu, kładł martwy połysk, jak rozlana woda.

Przenosiny

Niech, będzie powiedziała, sama do siebie siedziała wówczas przed piecem patrząc w rozżarzoną czerwień. Powiedziała tak do siebie i nic nie odbiło do stropu jej głosu, który utkwił w pajęczynach, niósł się od niej samej.

Tego lub następnego dnia powiedziała, że ta najmłodsza niech ją dadzą na górę, tam w tej wilgoci, to niedobrze dla niej, krzywica albo gruźlica albo co innego. Tak, rosnąć po ciemku niedobrze. Kobieta spojrzała na mężczyznę on na nią. Wahali się. Na, powiedziała, jej będzie na zdrowie lepiej a mi samej też będzie weselej. Ona, nie tak wygląda, nie wygląda jak nie …tu się zająknęła, przecięła, niezręcznie było brnąć.

On mówi, że dobrze powiedziała nagle kobieta, chociaż mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Nie spojrzała na mężczyznę chociaż ten patrzył wciąż w ziemię, jakby ani nie chciał zaprzeczyć ani potwierdzić.

Natomiast jej starsza siostra milczała, na wpół skryta za matką, była ciemnowłosa, lat może czternaście, podrostek, ale uparta jak nic, jakaś zawzięta. Nie wiedzieć, czemu pomyślała, ona żywi do niej coś, musi jej nie lubić. O, co tam. Ale też prawda i ona jej jakoś nie mogła strawić.

O, więc od tego czasu przebywała na górze, podczas kiedy oni nie wychodzili, chyba że z wielką ostrożnością głęboką nocą po zmierzchu. Ponieważ jej było ciężko dźwigać wiadra z dołu, z gnojówką. Ale kiedy szła do miasta usługiwać jako praczka a szła trzy razy w tygodniu wtedy nie było im wolno wychodzić aż nie wróci. Nie wolno rozumieją? Powtórzyła.

Dziennik

Dzień płynie za dniem. Nie wiem co z nami będzie, nie wiem. Mama taka nieustępliwa twarda a tutaj widzę, że się coraz słabiej trzyma. I ojciec. O nią (siostrę dopisek) mniej się martwię, jest jeszcze mała. Udało mi się zdobyć nieco papieru, piszę resztką ołówka, kiedy się skończy nie będzie można (przerwa, tekst zamazany). Następna strona. Może się uda stąd wydostać, to znaczy, kiedy to wszystko się skończy a skończy się, kiedyś wiecznie to trwać nie może. Ojciec jest taki melancholijny, taki zagubiony. Był handlowcem a teraz wydajemy to co zabraliśmy na czarną godzinę, ojciec opróżnił konto: udało się, ponieważ znał kogoś, kto znał wicedyrektora tego banku i wyjął z skrytki oraz z depozytu cały ich majątek. A banki już nie wydawały pieniędzy klientom, i to był nieomal cud. Martwią się więc oboje, potwornie, starając się abyśmy tego nie zauważyły, gdyż nie poruszają tematu pieniędzy, ale niewypowiedziane wisi w powietrzu: kiedy skończy się to, co mamy, co potem? Parę razy sprawdzał walizkę, którą ma na kluczyk. W niej nasza przyszłość, lub jej brak. Matka raz dała tej kobiecie pelisę z lisa. Innym razem futro. Ach, powiedziała tamta, czy to ja jaka pani, żeby takie rzeczy nosiła. Ale, oczy jej rozbłysły jak węgliki w ognisku. Niby, nie chciała-ale wzięła. Poniosła na górę i zamknęła w szafie, gdzie wisi nie noszone przez nią, ale jest. Być może z próżności, kiedy jest sama przymierza ją, wkłada na chwilę chociaż, nie ma nikogo kto, to by podziwiał. On, nie żyje. Wiem, bo wykradając się na górę, a potem kiedy zaczęła mnie brać do pomocy parę razy widziałam, gdyż zajrzałam do tej szafy. Ciężkie drewniane drzwi z ciemnego drzewa, chyba dębu. Patrzy na jej politurę. Szafie nic nie może się stać, trwa od pokoleń, będąc przy narodzinach i zgonach, pogrzebach i weselach. Jakież, to krępujące mieszkać w czyimś życiu. Światło księżyca rzeźbi na drewnianych balach podłogi fantastyczne zatoki. Wykrada się przeważnie nocą, żeby krążyć po pustym domu, o nie zupełnie, gdyż na dole śpią rodzice a tutaj Niuta w izbie z starą w jednym łóżku pod pierzyną chłopską, ciężką jak zaorane pole. Ojciec, nic nie mówi (nie przy nas, czeka aż zaśniemy, ale raz czy dwa udałam, że śpię, udawałam-i to, też jest jakoś dręczące, gdyż wszyscy coś udajemy, każde z nas. Ojciec, że kiedyś udamy się dalej w bezpieczne miejsce, matka udaję, że wierzy ojcu, chociaż widzę, jak zmienia się w ciągu tego czasu, stara się, ale nawet ojciec, już widzi, że i ona powątpiewa. Ona udaje, że nic się nie dzieje na powierzchni, nie zwierza się z tego co słyszy i widzi, i to zalega na niej niczym ciężki, młyński kamień. Każde z nich z osobna się zastanawia: Czy można ufać tej kobiecie? A raczej zastanawiał, gdyż teraz roztrząsanie tego nie ma już znaczenia, najmniejszego. Są na nią skazani. Nie można. Tak, jak jej mężowi, on nas wziął dla pieniędzy, teraz nie żyje, ale co z tego. Ojciec powiedział szeptem,,to był niepewny człowiek, ale nikogo innego nie było”. On, to miał zrobić dla pieniędzy, gdyby nie miał pieniędzy od nas, nic by nie zrobił albo jeszcze gorzej. To gorzej, to też pieniądze.

Były stawki za głowę.

W przeliczeniu głowa cukru. Spirytus. Zależy.

Zresztą, (pod słyszałam to pewnej zimnej nocy, gdy ojciec wszedł na górę i rozmawiał z nim) otóż, on zapewniał, że ma konszachty, że poprowadzą nas dalej, już inni, ale zaufani, bo dobrze opłaceni ludzie przez granicę w górach a to tutaj, to tylko przejściowo.

Ja to was tu nie chcę za długo.

Niebezpiecznie.

I baba kołki ciosa na łbie.

Widziałam przez szparę w drzwiach, jak rozmawiają podsłuchiwałam, nie czując wyrzutów sumienia. Ojciec i ten człowiek. Chciałam wiedzieć.

Tak -powtarzał- ciągle ojciec. Ruszymy dalej już niedługo-zapewniał.

Jednak wyruszenie ponownie w podróż wciąż się odwlekało. Odwlekało się i trwaliśmy wciąż w oczekiwaniu. A, to było coś, co znienawidziłam od razu. Oczekiwanie na coś, co nie chcę nadejść. Nadeszła wkrótce zima zastała nas na tym miejscu wstrzymanych w podróży. Podróżnych oczekujących na podróż, która wciąż się opóźnia.

Na chwilę tylko mieliśmy tutaj się zatrzymać. Czekaliśmy na przewodnika, który miał nas przeprowadzić przez góry.

A potem drzewo w lesie. I koniec. Ona przecież nic nie wie. Nikogo nie zna, to on miał wszystko załatwić.

Wszystko.

W jednej chwili przejście przez granice, Węgry i dalej, cały misterny plan i miejsca w których ich nie ma, a gdzie byliby bezpiecznie. Plan rozsypał się jak domek z kart.

Ojciec zapytał, raz to tylko wzruszyła ramionami.

Na, ona nie wie. On wiedział, jego pytajcie.

No, tak jak pytać kogoś kto nie żyje.

Miał znajomków, o, tam w mieście. Ale, kogo i gdzie iść? O, nie wiem.

Mogą iść, jak chcą powiedziała.

Ona, przecież też taka. Żadnej pewności. Dni i tygodnie zamieniły się w miesiące. Czas płynie jak woda. Kiedy zamarzła woda w strumieniu pod lasem, oznaczało, to że nadeszła zima.

Stała pośrodku zimowego krajobrazu.

Oczekiwanie. Na co?

Na, to co niemożliwe. Na wolność.

Przetrwanie.

Wyjście

Postanowiłam któregoś dnia chociaż to szaleństwo, ale tak: kiedy jej nie będzie to nie jest łatwe, pojechać do miasta. Miasta, które jest podobno niedaleko, gdyż w naszej ucieczce przed wojna, zatoczyliśmy koło i nagle okazało, się że znaleźliśmy się na powrót tam, skąd wyjechaliśmy. Nieomal. A więc nie jest daleko, droga jest taka, że w dwa dni bym mogła obrócić, mając szczęście, a stara już od wielu tygodni zapowiada, że wyjedzie na jakieś święto do dalszej rodziny. No, mnie nie będzie trzy doby-powtarza. Może nieco dłużej.

Z początku ryglowała wejście do naszego schronu na noc, meblem. Ale, potem widać się oswoiła. Potem zaczęła ją wołać, do pomocy.

Starego nie ma, sama nie dam rady.

Tak, zaczęła prowadzać krowy na pastwisko, potem chodzić do wsi po drobne zakupy. Wreszcie jeździć z nią na targ.


Niuta. Coraz rzadziej schodzi na dół, chociaż na początku nie chciała iść na górę, płakała, grymasiła. A teraz się przyzwyczaja. Tutaj jest jak. Sama nie wiem jak. Muszę wyjść na zewnątrz chociaż to szaleństwo, wyjść do miasta jest niedaleko. Nic, nie wiemy, czy można jej wierzyć? Ja, w nic nie wierzę ani jedno jej słowo. W nic. Mamy nad sobą mrukliwą staruchę, która może zrobić co zechce, kiedy zechce i jak się jej będzie podobało. To, co najważniejsze, wyjść stąd i wrócić tak żeby się nie zorientowała. Zasięgnąć języka. Szaleństwo, ale jeszcze większe tkwić tutaj dzień po dniu, bez realnej wiedzy, co naprawdę się dzieje. Czy front się posuwa? Jak się wszystko toczy? Ogarnia mnie myśl, o ucieczce, zostawić wszystkich, chociaż to przecież, byłoby, byłoby… Nie. Ale tutaj tak tkwić. Nie mogę. Ojciec popadł w jakiś stan odrętwienia. Siedzi godzinami słabo oświetlone, jednak kaganka ledwie rozpoznajemy swoje twarze w ciemnościach. Ile tak można. Mama udaję, że… Chwilami myślę, że wyjść stąd choćby na wprost Niemców byłoby lepsze niż takie życie. Żeby jeszcze można było wychodzić na zewnątrz. A nie można, nie wolno, niebezpiecznie. Tylko ona najmłodsza wciąż jest na górze, słyszę jej śmiech, słyszę, jak biega po domu. Jej kroki nad nami.


Gdybym nie pisała, nie dostała tych przyborów to bym chyba oszalała. Ozdobiłam ściany a teraz biorę się za niewysoki sufit. Maluję to co mogę węglem, ponieważ to da się zmazać, farbami nie. Pewnie by nas zbeształa. Narysowałam figurki zwierząt, narysowałam niebo. Jeszcze myślę, co. I tak tego, nie widać w tym słabym świetle zbytnio, ale to coś więcej niż cztery ściany z których nie można wyjść. Wilgoć, pleśń. Przeszłość wydaje się tak boleśnie odległa, jakby nigdy nie istniało,,przedtem, tylko, teraz, to teraz, rozciągła teraźniejszość. A przecież bez tego przedtem nie było by żadnej nadziei. Najmniejszej. Nie wiem, sama skąd przychodzą mi takie myśli, nocami leżę skulona jakbym chciała się schować sama w sobie. Ciepło jej i rodziców, ciepło które nie może mnie uchronić. Już to wiem, że oni nie mogą nic. A ja? Ostatnio widziałam się w lusterku, zakopconym, poczerniałym jakiegoś chudego, stwora o ponurej, twarzy zaciętych oczach, jak żarzące się iskry.

Ojciec raz w tygodniu zapala świece, na jego prośbę przyniosła ich kilka i udajemy, że jest, jak było. Nie, ma niczego, żeby odprawić zwykłe cotygodniowe święto, zresztą ojciec nigdy i matka też, nie przywiązywali wagi do tego. Nie chodziłam do bożnicy, chodziłam do świeckiego gimnazjum, to o czym myślałam to, była wiosna, kasztany, czy nie puściły oczka pończochy, co będzie potem, śmiech chłopców, spojrzenie, czułam jak w ziemię i drzewa wstępuje coś potężnego, kiedyś ojcu się zwierzyłam z tych odczuć, to powiedział: to co odczuwasz, jako wszechobecne życie, to ty sama, ponieważ jesteś młoda i wszystko wokół ciebie pulsuje, przepojone tobą. Ja jednak tak, nie odczuwałam, uważałam, że to istnieje, coś poza mną, to jest realne, jakaś cudowność, niezwykłość. Nie zastanawiałam się nad niczym, w nic nie wątpiłam, czułam jakby przede mną nie było niczego przedtem a co potem, wcale nie kłopotało, nie, to nie było coś o czym bym rozmyślała. Życie to była ulica przy domu z kasztanami, wyblakła w późne letnie wieczory, którą wracałam z lekcji muzyki, gdyż nieopodal mieściła się szkoła muzyczna, ale ja brałam lekcje prywatnie, ponieważ aby się dostać trzeba było iść w odpowiednio młodym wieku. Zresztą mnie to nie interesowało. Granie dla samego grania, sprawiało mi przyjemność, było niczym siedzenie nad rzeką w upalny dzień lub leżenie w trawie z rozłożonymi rękami. Ojciec, uśmiechał się zakłopotany mój entuzjazm go zbijał z tropu, zresztą sama nie wiem, może dlatego, że był praktyczny a może dlatego, że...Nieważne, cokolwiek by o tym nie sądzić, ojciec sprawiał wrażenie, jakby mnie rozumiał albo przynajmniej usiłował. Umiał znakomicie udawać, kiedy chciał. Przyglądała się jak rozmawiał z proszonymi na obiady wyjątkowo ważnymi gośćmi. Ponieważ, go znała na wylot, jego mimikę wiedziała więc, kiedy bez mrugnięcia oka przytakiwał, chociaż się nie zgadzał w gruncie rzeczy z przytoczoną opinią czy poglądem.

Ale, co do niej usiłował jej towarzyszyć. Takie przynajmniej miała wrażenie. Zresztą pod sam koniec w czasie jednej z rozmów zrozumiałam, że on nie był tak przyziemny za jakiego usiłował uchodzić. Otóż, że to była raczej narzucona sobie postawa, wyraz przyjętego poglądu na świat i samodyscypliny w jego urzeczywistnianiu. Rodzaj jego mimikry. Twardy pancerz.

Uczyłam się, więc grać na skrzypcach bez ambicji aby zostać wirtuozem, czy raczej wirtuozką skrzypiec: wystarczyła mi sama przyjemność jaką dawało mi wydobywanie dźwięków z strun. Nie, nie ponosiła mnie bynajmniej nadmierna i wybujała ambicja.

Zbyt późno zaczęłam, aby być znakomita w grze na skrzypcach.

Ojciec potakiwał, matka wpadła w przejściowy ( jak to u niej zawsze przejściowy) zachwyt, chciała zatrudnić od ręki najdroższego nauczyciela w mieście. Musimy powiedziała klaszcząc w dłonie. Mój drogi zgadzasz się- oświadczyła. Dla naszej córki.

Ojciec się skrzywił. Miał ten sam za każdym razem wyraz bólu i cierpienia, kiedy mowa była o kolejnych wydatkach. Najczęściej kiedy matka wpadała na taki pomysł a miała ona ich co i rusz

całe zatrzęsienie.


Samo przypominanie sobie sprawia dotkliwy ból. Jakbym musiała się nauczyć zapominać, jakbym musiała uczyć się żyć w nieustannej czujności, gotowości, tym co teraz. Niczym innym. Jakbyśmy się umówili, chociaż nie padło na ten temat ani jedno słowo, nie wspominamy przeszłości, jakby między,,tam” odległym w czasie i przestrzeni ledwie na wyciągnięcie ręki a „tu” czyli tutaj w tym ciemnym dole, brzmiałoby to jak szyderstwo i otwarło wszystkie możliwe rany i wykrwawiło, śmiertelnie wykrwawiło.

Nalot

Śnię a może nie śnię. Ale wolałabym, żeby to był sen. To wszystko, to co teraz. Wojna wybuchła chociaż to nic nie znaczyło aż-do chwili, kiedy po nieodległym niebie przeleciał pierwszy, potem drugi samolot a za nimi rozproszona ławica punktów, monet rzuconych w górę srebrnych i oddalonych w przestworzach, które nagle nie wiedzieć czemu i kiedy zaczęły zniżać lot, tym samym nabierać kształtów i były to, już nie srebrne punkty, ale opasłe ptaki powietrzne, który niczym ptaki, nurkowały w dół i kiedy drogą wstrząsnęły pierwsze detonację, a salwy z karabinów maszynowych poczęły wybijać pozornie niewielkie, niegroźne dziury w drodze, ludziach, wozach, koniach, jak deszcz uderzający w pustą wyschłą ziemię.

Deszcz, którego krople z początku wzbijają tumany kurzu, uderzając o letnią wyschłą drogę:

i tak to wyglądało, aż wszystko do czego docierał jej wzrok, nie stało się wilgotne od krwi, rozrzuconych strzępów ciał, koni, ludzi, krów, domowych zwierząt. Ale jeszcze nawet wtedy to, co się działo wydawało się nie realne, jak fuga, zapowiedź, dziwaczne preludium.

Nie od razu człowiek doznaje pewności, że jest w miejscu w którym jest i w czasie w którym jest.

Wiem, że chociaż to dziwnie zabrzmi, ale do pewnego momentu patrzyłam na to wszystko, co się działo wokół, jak na obraz czy fragment czegoś, czemu nie umiałam z początku nadać sensu, jakby to co się zaczęło było niczym innym, niż dziełem sztuki, czymś co widziałam przedtem czy oglądałam i to trwało i trwało, mogło się wydać wręcz wieczność, chociaż upłynęły sekundy, aż do chwili, kiedy nagle jakbym odzyskała słuch, gdyż do tej chwili, ocknięcia się, to co wokół znienacka zaczęło docierać do mnie z niepowstrzymaną siłą, jakby uprzednio ten wstęp mnie jedynie i wyłącznie ogłuszył, ale zarazem przygotowywał, był wstępem w którym słyszałam wszystko wokół mnie niezwykle stłumione. Jakbym wpadła do wody. Potem matka twierdziła, że to ona ściągnęła mnie w dół na ziemię i przykryła ciałem, aby osłonić przed rojem żelaza lecącego z nieba.

Ale, ja wciąż po t y m uważam, że odebrał mi władzę w nogach, ten nagły huk, który przedarł się i rzucił mnie na ziemię.

I dopiero wtedy, kiedy odzyskałam na powrót utracony słuch, który opuścił mnie na samym początku:

nagle wszystkie odgłosy szalejącego wokół piekła, dotarły do mnie z wzmożoną siłą. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ przedtem nie umiałam się bać. To, też rzecz której trzeba się nauczyć. Dopiero więc wówczas zaczęłam się bać, chociaż zaledwie przed chwilą, ten krajobraz: wypełniony ludźmi, wozami, śmiercią, paradoksalnie wydawał się na wpół abstrakcyjny.

Ponieważ uzmysłowiłam sobie, że to, co wokół mnie się dzieje, jest nie tylko naprawdę ale, że to nie żadna inscenizacja czy teatr jak wtedy, kiedy przyjeżdżał obwoźny kinematograf albo cyrk, ale …Brak mi słów, chwilami aby odzyskać zdolność nazywania.


Detonacja zdarła z twarzy i ciała biegnącego mężczyzny skórę, która zwisała niczym rozerwany kokon jedwabnika a pod nim nie było życia tylko czerwona masa tkanek i biel kości, to co było już śmiercią, chociaż mężczyzna jeszcze żył, biegł przed siebie, to zobaczyłam, zanim podmuch kolejnej detonacji nie zepchnął mnie i nie rzucił jak szmacianą lalkę na pobocze drogi w trawę. Nie byłam tam sama wokół leżeli ludzie żyjący i konający, lub już martwi. Ale i to rozgraniczenie przyszło dopiero o wiele, wiele później: żyjący, konający lub martwi.

Wtedy, skupienie powrót w myślach do obrazów, gdyż tylko one się liczą. Co, tam było?

Blade, przerażone twarze uciekających z drogi ludzi. Huk detonacji, wyrzucanych w górę wraz z trzęsieniem ziemi, fontanny ziemi przemieszanej z trawą, ludźmi, wozami, końmi a raczej już ich fragmentami, kawałkami.

I ona stała jak zamieniona w słup soli, stała bez ruchu podczas kiedy wokół niej ludzie padali na ziemię, od kul lub aby ich uniknąć. Zarówno martwi jak żywi.

A ona stała bez ruchu.

Pojęłam, że nie wie co się dzieje. Trzymała ręce na głowie zatykając uszy. I wtedy rzuciłam się do niej i chwyciwszy za rękę chciałam ściągnąć ją w dół. Do mnie gdzie w rowie leżał ojciec i najmłodsza.


Trwałam obok niej a właściwie teraz leżałam na wpół na niej obrócona do ziemi twarzą przyciskając się do ziemi, chroniąc puls jej i swój, odruchowo osłaniając głowę i klatkę piersiową, jej i swoją w której tykało serce, wciąż wytrwale i niezachwianie, chociaż wokół krajobraz wirował i był w ruchu, jak poruszona łąka, kiedy ktoś przebiega podrywając dmuchawce i w pewnym momencie na głuchy łoskot uderzenia nieopodal głowy, uniosłam twarz i ujrzałam, że parę centymetrów od mojej twarzy, upadł albo raczej spadł z góry, jak znak oderwany, i rozszarpany przez bombę tułów jakiegoś mężczyzny.

Na czubku kręgosłupa została tylko niczym oderwana od masztu chorągiewka cześć głowy. Jej mniejsza połowa karykaturalnie wyszczerzona z fragmentem żuchwy. Nie wiedzieć czemu nagle chciałam policzyć pozostałe zęby oblepione zakrwawionymi resztkami mięsa.

Dopiero później, dotarło do mnie, że to był ten sam, który biegł, wciąż żył, chociaż już właściwie był martwy. Kolejna bomba rozerwała go na strzępy.

Jak pękający z gumy do żucia balonik.

Po jakimś nieskończonym interwale czasu, nagle w jednej chwili nastała niepojęta cisza, w której miałam wrażenie, że po raz drugi ogłuchłam, nagle tak nieoczekiwanie stała się i trwała dojmująco pusta.

Jeśli nie liczyć jęków ludzi i rzężenia zwierząt.

Niebo było nadal doskonale niebieskie, przejrzyste, bezchmurne.

Kiedy uniosłam głowę ujrzałam, że droga, która przejeżdżaliśmy przepełniona ludźmi została zbombardowana.

Otóż, że łąka tam dalej w oddali nadal kołyszę się w spokojnym rytmie kończącego się lata.

Obok niej, napisałam, gdyż obok mnie leżała najstarsza córka, i nie wiedziałam w pierwszej chwili, czy żyje, czy umarła, oblepiona błotem i krwią aż potrząsając nią sprawiłam, że otworzyła oczy.

Pewnie musiałam wyglądać tak samo, jak ona, czyli koszmarnie, gdyż ujrzawszy moją twarz nad swoją przeraziła się.

Było tak, jakby pępowina, która nas łączyła i która została przecięta wiele lat wcześniej, nagle znów się objawiła wśród wszechobecnej śmierci.

Jakąś ironią losu, nasze rzeczy pośród tego nalotu ocalały, ujrzałyśmy wbity w ziemię dyszel, z którego urwał się koń, zresztą pewnie daleko nie pobiegł, droga była usiana lejami od bomb i w tym apokaliptycznym zupełnie krajobrazie, który nie wiedzieć czemu przypomniał mi nagle, oglądany przed laty w kinie film, o ludziach na księżycu, chociaż księżyc wyglądał tam zupełnie inaczej niż w czasie letnich, lipcowych pełni, kiedy ogromny wypełniał nocne, niebo. Był raczej niczym szorstki pumeks z przebarwieniami. Jednak to wrażenie, jakiejś dziwaczności, pozostało, kiedy podeszłyśmy do drewnianego wozu, który stał bez jednego koła, które strzaskał jakiś odprysk detonacji, zamieniając je w zbiór drzazg i połamanych szprych, ale nasze rzeczy na wozie były w stanie niemal nienaruszonym, nawet przeszklona wiekowa szafa.

Oczywiście jak to zabrać …Nagle zdałam sobie sprawę, że uciekając z rzeszą ludzi, którzy jedni brnęli na wschód drudzy na zachód… Nie ujechaliśmy zbyt daleko od miasta.

Wtedy zrozumiałam, że koniec może nadejść z każdej strony i w każdej chwili.

Rosjanie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.71