E-book
20.48
drukowana A5
38.7
Pokuta za grzechy

Bezpłatny fragment - Pokuta za grzechy

Bycie i przetrwanie


Objętość:
107 str.
ISBN:
978-83-8155-220-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.7

Pokuta za grzechy

Rozdział 1

Był to początek lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Młoda kobieta zaczynała układać swoje nowe życie z mężczyzną, którego kochała ponad wszystko. Był on jedyną osobą, która pomogła jej stanąć na własnych nogach.

W tamtych czasach nie było to takie łatwe. Oboje z powodu wojny mieli ukończone tylko siedem klas szkoły podstawowej, w tym cztery niemieckiej. W dorosłe życie wchodzili z wielkim bagażem życiowym. Lata powojenne były latami ciężkimi i dość trudnymi. Obydwoje mieli dopiero po dwadzieścia lat. Mimo to postanowili założyć rodzinę, ponieważ na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko. W związku z tym, że w kraju nastał komunizm, nie było problemu ze znalezieniem pracy. Mieszkali w jednopokojowym mieszkanku, w którym na świat przyszła ich córka. Niestety nie było jej dane żyć. Lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku charakteryzowała również duża umieralność noworodków.

Dwa lata później urodziła im się kolejna córka. Zdrowa. W międzyczasie młodzi rodzice zmienili mieszkanie na trochę większe. Nie było to nic wielkiego, ale na początek starczało. Mała Anna była dzieckiem bardzo kochanym i pożądanym przez oboje rodziców. Jednak nie było jej dane zostanie jedynaczką. Po roku na świat przyszło kolejne dziecko, też dziewczynka. Lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie. Biedna mała oparła się jednak kostusze i po kilku dniach wróciła do domu. I tak zaczęła się jej droga życia na tym świecie. Od samego początku była jakby niechcianym dzieckiem. Choroby, które co rusz przechodziła, sprawiały, że coraz bardziej była odpychana od całej rodziny. Jedną z takich chorób były wrzody na główce. Lekarze nie mieli pomysłu na wyleczenie tej przypadłości. Ojciec dziecka postanowił zabrać niemowlę do domu.

— Jeśli ma umrzeć, to w domu — powiedział. — Na eksperymenty na niej nie ma mojej zgody.

Ale jej chęć do życia była tak silna, że nic i nikt nie mógł tego zniweczyć. W wyleczeniu jej pomogła zakonnica, która kazała matce karmić maleństwo rosołem z koniny, a także pokazała jej, jak pozbyć się tych okropnych wrzodów z główki. Przy usuwaniu tychże guzów ból był na pewno niemiłosierny, ale dziecina nie uroniła ani jednej łzy, tak jakby wiedziała, że jest to jedyny ratunek dla niej.

Drugą osobą, która pomagała w ratowaniu życia małej, był sąsiad-pielęgniarz. Przez kilka dni siedział przy niemowlaku i co piętnaście minut aplikował jej zastrzyk, który pomagał w przezwyciężeniu choroby. Dzisiaj Misia wie, że panu Zielińskiemu zawdzięcza życie.

Z późniejszych opowieści taty dowiedziała się, że urodziła się jako głuchoniema. Mając dwa i pół roku, była dopiero dzieckiem raczkującym. Pewnego dnia mała postanowiła podreptać za swoją siostrą. Rodzina mieszkała na piętrze. Schodzenie ze schodów nie było łatwe. I, jak można się domyśleć, maluch sturlał się po tych schodach w dół. Ojciec bojąc się, że jak będzie chciał ją złapać, nadepnie na nią i zrobi jej krzywdę, postanowił poczekać, aż mała zleci do końca. Gdy przerażony zbiegł na parter, zauważył, że jego córeczka leży taka nieruchoma z szeroko otwartymi oczami i rozłożonymi rękami. Pomyślał, że nie żyje. Wziął ją na ręce i zaniósł do domu. Tam położył ją na stole. Natomiast mama wzięła z szafy dość duży nóż, żeby ochłodzić małej guza z czoła. Taki pierwszy odruch, gdy dziecko nabije sobie guza. Kobieta zbliżyła się do dziecka i chciała dotknąć czoła nożem. Na widok ogromnego noża mała usiadła bardzo przestraszona, odwróciła się do matki i w tym momencie nastąpiła konsternacja.

— Mamo, nie zabijaj mnie! — krzyknęła. Były to pierwsze wypowiedziane przez nią słowa.

Jak to możliwe, że będąc głuchą i nie słysząc, co się mówi, ona wydusiła z siebie te parę słów? Rodzina była zaskoczona tym zajściem.

— Jednak ten upadek był potrzebny — zaśmiał się tata. — To, co się wtedy przy porodzie „zatkało” w głowie, teraz przez wstrząs się odblokowało — zażartował.

Misia, bo tak na nią wołano, rosła i pomału zaczynała rozumieć, co się wokół niej dzieje. Świat biegł dalej, ona dorastała w przeświadczeniu, że jej życie to tylko wyzwiska i lanie i coraz bardziej była sama. Na dodatek trapiły ją koszmary nocne, które nie pozwalały jej spać. Bała się wszystkich i wszystkiego. Dlatego też którejś nocy postanowiła, że zacznie wyobrażać sobie całkiem inny świat. A był to świat otoczony miłością, spokojem i kolorowymi barwami. Strach, jaki panował w jej umyśle, nie pozwalał jej na normalne funkcjonowanie.

Cokolwiek nie zrobiła, to było źle. Pamięta, że miała problem z pójściem do WC, ponieważ znajdowało się na dworze, a nikt nie chciał z nią iść. Doszło do tego, że, niestety, potrzebę wypróżniła w majtki. Matka ze złości, że córka się ubrudziła, kazała jej ten kał zjeść. Smak był straszny. Płacz i krzyki nic nie dawały. Matka była nieugięta. Był to najokrutniejszy sposób, jakiego można by się spodziewać. Sadyzm sięgnął zenitu.

W wieku czterech lat Misia powitała siostrę. To był początek końca jej beztroskiego życia. I tak w tym małym mieszkanku na piętrze rosły trzy wspaniałe dziewczyny. Mama i tata ciężko pracowali na jako taki byt. Rodziców nie było stać na luksusy, jakie miały inne dzieci. Brakowało na wiele rzeczy. Czasami też na jedzenie. Misia pamięta, że bardzo często jadła mokry chleb z cukrem lub chodziła głodna spać. Ale te wszystkie rzeczy można było wytrzymać, oprócz braku zainteresowania. Wydawało jej się, że tak musi być — dwie córki kochane, ona wiecznie odpychana.

Pierwszy raz brak zainteresowania się nią odczuła bardzo boleśnie. Pewnego bardzo upalnego dnia udali się w odwiedziny do wujostwa. Ona z siostrą i kuzynostwem bawili się na podwórku. Mała Ela spała w wózku. Upał strasznie doskwierał. Misia poczuła silny ból głowy i upadła. Ciocia bardzo się przestraszyła. Zauważyła, że dziecko ma bardzo wysoką gorączkę.

— Dzwoń po pogotowie, bo z nią nie jest dobrze.

— Po co? Jak ma żyć, to będzie żyła. Jak ma umrzeć, to niech umiera.

— Kobieto, jeśli zaraz tego nie zrobisz, zadzwonię na milicję!

Pewnie w tamtych czasach milicja nie przejęłaby się taką interwencją, ale mama się wystraszyła i Misię odwieziono do szpitala. W szpitalu okazało się, że doznała udaru słonecznego, który mógł zakończyć się śmiercią.

Dzieciak szybko wracał do zdrowia. Mijały kolejne tygodnie, miesiące, które dla dziecka były każdego dnia wielką niewiadomą. Strach przed bólem zadawanym przez matkę z byle powodu sprawił, że coraz bardziej Misia stawała się odludkiem w rodzinie. Tak naprawdę nie akceptował jej nikt. Wszystko, co złe, to zawsze była sprawka Misi. Nie rozumiała tego i stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie.

Samotność, jaką odczuwała, była nie do zniesienia. Dlatego kiedy przyszedł czas pójścia do szkoły starszej siostry, dziewczyna ucieszyła się, gdyż bardzo łaknęła wiedzy. Codziennie stawała przy stole i wsłuchiwała się w to, czego uczyła się siostra. W taki oto sposób nauczyła się czytać. Rodzice o niczym nie wiedzieli, więc wielkim zaskoczeniem dla nich była przyniesiona przez nią jej pierwsza książka.

W tej samej kamienicy mieszkała sąsiadka z dwójką dzieci. Któregoś dnia poprosiła Misię, czy mogłaby pobawić się z jej maluchami. Dziewczynka cieszyła się, że choć raz nie będzie samotnie wałęsać się po podwórku. Kiedy weszła do pokoju sąsiadów, zauważyła na stole piękną kolorową książkę. Baśnie Andersena.

— Czy mogę poczytać bajkę maluchom? — spytała.

— A Ty umiesz czytać? — Sąsiadka była zaskoczona jej pytaniem.

— Tak, proszę pani, czy mogę?

— Oczywiście, będzie im miło posłuchać.

Wszyscy usiedli na podłodze i wsłuchali się w bajkę. A była to Calineczka. Kobieta nie mogła pojąć, że tak małe dziecko, bo zaledwie sześcioletnie, potrafi pięknie czytać. I żeby tylko czytać, ona wczuwała się w rolę każdego bohatera!

— Pięknie czytasz, kto cię tego nauczył?

— Nikt, proszę pani, ja sama.

— Moje dzieci nie umieją jeszcze czytać, więc proszę, weź ją sobie. Tobie bardziej się przyda.

— Ale ja nie mogę, nie wiem, co mama powie?

— Weź, weź, niech ci służy.

I to był pierwszy koszmarny dzień, który Misia zapamiętała jako dziecko. Wracając do domu, była bardzo szczęśliwa, że ma piękną, kolorową książkę, którą chętnie przeczyta.

— Skąd wzięłaś tę książkę? — spytała mama.

— Dostałam od pani, która mieszka na pierwszym piętrze.

— Nie kłam, przyznaj się, że ukradłaś!

— Nie, dostałam. Spójrz, mamusiu, ja umiem czytać.

— I znowu kłamiesz.

Mama już nie słuchała tego, co Misia mówiła. Wzięła kabel. To był pierwszy ból, który dziewczynka zapamiętała. Misia swojego dzieciństwa zbytnio nie pamięta. Musiała wymazać te okrutne wspomnienia ze swojej pamięci. Kiedy dorosła, dowiedziała się od ciotek i sąsiadek, jak była traktowana przez matkę. Po tych opowieściach miała wiele żalu, że nikt nie mógł pomóc, gdy była po prostu katowana przez matkę. Zastanawiała się, ile złości było w tej kobiecie. Jak mocno musiała nienawidzić własnego dziecka, które nie prosiło się na ten świat. Nie pamięta też swojej ulubionej zabawki. Wydaje jej się, że jej nie miała. Pamiętała za to bardzo dobrze zabawki sióstr. Pamiętała też ból, jaki był w jej sercu. Z tego żalu i bólu postanowiła zdewastować dom dla lalek starszej siostry. Siadając na jedno z małych krzesełek, zniszczyła wszystko. Wózka młodszej siostry nie udało się zepsuć. Był bardzo masywny. Oczywiście spotkała ją za to solidna porcja razów. Ból był niemiłosierny. A ona, płacząc, mówiła:

— Mamusiu, bardzo cię kocham.

Z dnia na dzień Misia coraz bardziej zamykała się w sobie. Siadała cichuteńko w kącie i czytała bajki. Marzyła wtedy o lepszym życiu i o tym, by któregoś dnia usłyszała od mamy, że ją kocha. Siostry też nauczyły się wykorzystywać tę nienawiść matki do Misi. Wszystko, co zrobiły złego, odbijało się na niej.

Pewnego dnia przyszła do nich babcia, a nie często się to zdarzało. Mama i matka ojca nie przepadały za sobą zbytnio. Babcia chciała czegoś lepszego dla swego syna, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo oni się kochają. Misia leżała w łóżku z powodu choroby. Szyła ubranka dla lalek koleżanek. Uwielbiała projektować odzież. Babcia podeszła do łóżka.

— Co szyjesz? — spytała.

— Ubranko dla lalki.

— Jakieś śmieszne, co to jest?

— Kombinezon, babciu. Kiedyś, jak dorosnę, kobiety będą to nosić. Będzie to największy hit mody.

Babcia zaśmiała się.

— Marzycielka z ciebie, no to powiedz mi, co ty będziesz miała, jak dorośniesz?

Misia z bardzo poważną miną odpowiedziała:

— Jak będę duża, to będę miała swój dom, trójkę dzieci i kolorowy telewizor.

— Dziecko, co ty mówisz. Przecież kolorowych telewizorów nie ma.

— Ale jak ja dorosnę, to będą, zobaczysz!

Babcia uśmiała się niemiłosiernie.

— Może spełnią się twoje marzenia.

Misia wierzyła, że marzenia się spełniają, i tylko to dawało jej siłę przetrwania.

Każdy dzień małej Misi to była ucieczka przed matką i bólem w świat wyobraźni. Starała się nie wchodzić jej w drogę. Ale mama zawsze znalazła powód do tego, by Misia nigdy nie zapomniała o jej istnieniu. Nie rozumiała dlaczego, gdy siostry narozrabiały, to ona obrywała. Nie potrafiła wyjaśnić, że to nie ona. Żadne tłumaczenia nie pomagały. Ona była tą winną.

Rozdział 2

Wreszcie nadszedł jej dzień — pierwszy września, dzień pójścia do szkoły. Wstała o szóstej rano i pobiegła do fryzjera ściąć włosy na chłopaka, bo tak kazała jej matka. Biała bluzka i granatowa spódniczka były po starszej siostrze, ale to nic. Ważne, że wreszcie szła do szkoły.

Pierwsza lekcja okazała się strasznie nudna. Nie było czytania i pisania, tylko plastelina i kredki. Przez pierwsze dwa miesiące Misia tak się nudziła, że w końcu poprosiła nauczycielkę, czy nie pozwoliłaby jej pójść do biblioteki wypożyczyć książkę do czytania. Pani Strońska bardzo się zdziwiła, ale zaprowadziła ją do biblioteki, sama będąc ciekawa, czy dziewczynka faktycznie umie czytać. Wielkie było jej zdziwienie, jak usłyszała, że czytała bez zająknięcia i ze zrozumieniem tekstu. Od tego momentu pobyt w szkole był dla Misi najlepszym czasem, jaki mogła spędzać. Codziennie biegła do biblioteki i czytała różne książki.

Kolejnym problemem Misi była jej leworęczność. W tamtych czasach nie do pomyślenia było pisanie lewą ręką. Już w domu wyśmiewano się z niej, gdy siadała do stołu i zaczynała jeść. Kończyło się to odchodzeniem od stołu i niekończeniem posiłku. Przestała jeść razem z rodziną przy jednym stole. Natomiast w szkole za każde trzymanie pióra w lewej ręce otrzymywała razy linijką. Ból był tak nieznośny, że postanowiła jak najszybciej nauczyć się pisać prawą ręką. Wreszcie dopięła swego. Udało się. Pisała prawą ręką. Pani Strońska była z niej dumna.

— Dasz sobie w życiu radę — powiedziała. — Jesteś osobą z charakterem. Nie słuchaj nikogo, kto ci powie, że jest inaczej.

Misia poczuła, że teraz może wszystko.


Wielkimi krokami zbliżała się Wielkanoc. Misia bardzo lubiła to święto, bo zawsze chodzili do cioci. Ale te święta miały być inne. Mama rano prasowała letnie sukienki dziewczynek, bo tego roku była piękna pogoda. Także w te święta przypadły urodziny i imieniny Misi. „Czy ktoś będzie pamiętał?”, zastanawiała się. Ciocia mieszkała niedaleko, więc zawsze chodzili do niej pieszo. Spacer był dość miły. Misia podskakiwała z radości i śmiała się bez powodu.

— Idź spokojnie — powtarzała mama.

U wujostwa nikt nawet słowem nie wspomniał o jej urodzinach. W wielkim oczekiwaniu na wielkie „coś” mijały minuty, a potem godziny. Minął dzień i nic się nie wydarzyło. Żadnego prezentu, żadnych życzeń, zwyczajnie nic. Było jej przykro i postanowiła szybko biec do domu, nie słuchając nawoływań mamy.

Kiedy wszyscy znaleźli się w mieszkaniu, mama zdjęła swoje ulubione buty na wysokim obcasie i odwracając się w kierunku Misi, jeden z butów wbiła jej w głowę. Krew zalała ją całą. Tata próbował zatamować krwawienie. Też był przerażony. Po dłuższej chwili udało się. To był prezent urodzinowy, „Cudowny”. W taki oto sposób zakończył się dzień urodzin i imienin Misi.

Misia zaczęła całkowicie odsuwać się od rodziny. Cichaczem, bez wiedzy rodziców, zaczęła „uciekać” do ciotek. Tam choć przez chwilę czuła się normalnie. Nikt nie traktował jej jak intruza, który tylko zawadza. Kuzynki, a właściwie ciotki, były dla niej dość wyrozumiałe. Starały się okazać jej trochę miłości, nie współczucia. Ola i Ewa, notabene bliźniaczki, bardzo często zabierały ją na lody. Były to na tamten czas najpiękniejsze chwile.


Nadszedł dzień Pierwszej Komunii Świętej Misi i Anny. Nieważne, że były rok po roku. Misia nie pamięta, która z nich była wcześniej lub później przyjęta. Przyjęcie udało się wyprawić dzięki wygranej przez tatę w „Łuczniczkę”. A numery, które padły, podała Misia. Miała dziewczyna szczęście. Z prezentów, jakie pamięta, był zegarek kupiony przez chrzestnego wspólnie z chrzestną, który niestety dwa dni później popsuł się. W domu nie było pieniędzy na naprawę. A gwarancji na niego, jak się okazało, nie było. Smutek straszny ogarnął Misię. Nie dość, że prawie nic nie otrzymała, to jeszcze jedyny prezent okazał się bublem.


Pierwsze trzy lata szkoły minęły jak z bicza strzelił. Okazało się, że dzieciaki są zmuszone do zmiany szkoły z powodu jej likwidacji. Po wakacjach nowa szkoła. Nic już nie było takie same. Nowi koledzy. Starzy porozdzielani do różnych klas. Paczka najlepszych przyjaciół rozpadła się. Misia została sama. Bardzo ciężko było jej zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu. Fakt, uczyła się bardzo dobrze. W tym jednym wiedziała, że nie będzie żadnych problemów.

W końcu nadszedł dzień, którego nikt się nie spodziewał. Nawet ona sama. Po przyjściu ze szkoły do domu Misia jak zwykle pomagała mamie przy zmywaniu talerzy.

— Byłam dziś w szkole — powiedziała mama. — Nie jestem zadowolona z tego, co powiedziała mi twoja wychowawczyni. Porozmawiamy o tym, gdy wrócisz z lekcji religii. Manto cię nie ominie. Mam nadzieję, że cebula będzie w pogotowiu.

Strach przed kolejnym bólem sparaliżował Misię. „Co robić?”, myślała. Co takiego powiedziała jej wychowawczyni? Przecież nic nie zbroiła, oceny też miała dobre. Siedziała na lekcji religii i nie mogła się skupić, jej myśli błądziły wokół słów jej matki. Cebula i pasek. I wtedy naszła ją myśl: „Nie wrócę już do domu”. Po skończonej lekcji pożegnała się z koleżanką i poszła w swoim kierunku. Wsiadła w autobus i jeździła od pętli do pętli do momentu, aż autobusy zaczęły zjeżdżać do zajezdni. Było ciemno, zimno i trochę się bała. Zaczęła spacerować po ulicy. W pewnym momencie podszedł do niej milicjant.

— Co Ty tutaj robisz, dziecko? Gdzie są twoi rodzice? — spytał.

— Nic, spaceruję sobie, a rodzice są w domu.

— Gdzie mieszkasz?

— Ja… A po co to panu?

— Muszę cię odprowadzić do rodziców i porozmawiać z nimi o twoich nocnych spacerach. Bo, niestety, jesteś za mała na samodzielne wychodzenie z domu i to w nocy.

Misia podała adres i ruszyli w kierunku miejsca zamieszkania. Idąc do domu, bała się niemiłosiernie. Wiedziała, co ją czeka. Kiedy dotarli na miejsce i stanęli pod jej oknami, milicjant poprosił, żeby wskazała mieszkanie. Misia chwyciła milicjanta za rękę i powiedziała:

— Proszę spojrzeć, na mnie nikt nie czeka.

W oknach było ciemno.

A z drugiej strony pamiętała słowa mamy i bardzo się bała.

— Proszę pana, ja nie chcę iść do domu. Bardzo się boję.

Milicjant spojrzał na dziecko. W jej oczach ujrzał smutek i wielkie krople łez. Wziął ją za rękę i wyszli na ulicę. Zaprowadził ją na izbę dziecka. Na miejscu psycholog podjął rozmowę z dziewczyną. Dowiedział się, jak była traktowana i dlaczego uciekła z domu. Patrząc błagalnymi oczami na psychologa, prosiła, żeby oddali ją do domu dziecka, a nie do domu. Miała dosyć bólu, niszczenia jej psychiki i braku miłości ze strony rodziców. Psycholog nie spodziewał się aż takiej reakcji. Myślał, że po prostu chciała zrobić psikusa rodzicom.

Rano przyszła matka — niestety musiała zostać wezwana przez milicjanta. Na miejscu została poinformowana o dziwnej prośbie córki. W tamtych czasach bicie dzieci przez rodziców było czymś naturalnym i nie znalazł się nikt, kto pomógłby dziewczynie. Wróciły do domu. Tata już czekał. Zaczęli rozmawiać. Misia nic z tej rozmowy nie zrozumiała, ponieważ odbywała się w języku niemieckim. Domyśliła się tylko, że mama z pewnością wyolbrzymiła całą tę sytuację. Potem tata poszedł do pracy i kabel poszedł w ruch. Misia wiedziała, co ją czeka, więc nie oponowała. Zrozumiała też, że nie może liczyć na niczyją pomoc.

Kolejne dni mijały dość spokojnie. Cisza, która panowała w domu, była ciszą przed burzą. Za oknami szybko robiło się ciemno i trzeba było siedzieć w domu. Misia bezszelestnie siedziała w kąciku i czytała kolejną książkę.

— Jutro nie pójdziesz do szkoły — powiedziała mama.

— Dlaczego? Mam jutro dyktando!

— Idziemy do lekarza — stwierdziła.

— Ale ja nie jestem chora, chcę iść do szkoły, wiesz, jak lubię pisać dyktanda.

— Nie i koniec dyskusji.

Misia całą noc nie spała. Po pierwsze zastanawiała się, po co idą do lekarza? Po drugie strasznie się bała, że jednak jest chora i na pewno umrze. Strach przed śmiercią był dla niej silniejszy niż strach przed laniem.

Nastał dzień. Obie zjadły śniadanie i udały się do lekarza. W przychodni matka powiedziała, że Misia najpierw musi wejść sama. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, usłyszała miły ciepły głos.

— Jestem psychologiem i na polecenie milicji muszę przeprowadzić z tobą wywiad.

Jako jedenastoletnia dziewczynka nie rozumiała, co do niej mówi ta kobieta.

— Ja nie wiem, co pani chce, chcę iść do domu.

— Dobrze, zaraz pójdziesz, ale najpierw musisz odpowiedzieć na pytania, które są w kwestionariuszu.

— Dobrze, proszę pani.

Dzisiaj Misia nie pamięta pytań, które tam były, oprócz jednego. A mianowicie: „Co o tobie myślą twoi rodzice?”. Jej odpowiedź była tylko jedna: „Że jestem głupia”. Lekarka podziękowała Misi i poprosiła jej mamę. Ta po dłuższej chwili wyszła i, nic nie mówiąc, wróciła z córką do domu.

Minął tydzień i znów trzeba było pójść do przychodni. Ale najpierw manto dla przypomnienia, jak się ma zachowywać. Tym razem rozmowa była z kimś innym. Był to mężczyzna, psychiatra.

— Proszę, rozbierz się do majtek — powiedział.

— Ale po co? Nie chcę, chcę iść do mamy.

— Trochę popukam cię takim młoteczkiem, spójrz.

Misia nie chciała się rozebrać. Siedziała w kąciku na kozetce i błagalnymi oczami prosiła, żeby lekarz dał jej spokój. Nie chciała, by zobaczył jej plecy. Jednak jego siła perswazji była silniejsza od jej próśb. Postanowił sam zdjąć jej bluzkę. To, co zobaczył na jej plecach, przeraziło go.

— Ubierz się, wyjdź i poproś mamę do mnie.

Misia, stojąc za drzwiami, słyszała straszną kłótnię między mamą a lekarzem. Gdy drzwi gabinetu się otworzyły, usłyszała:

— To panią trzeba zamknąć w psychiatryku, a nie córkę! Do widzenia i proszę z nią więcej tutaj nie przychodzić.

Z tego wszystkiego Misia tylko jedno zrozumiała: mama chciała się jej pozbyć. Tylko co to jest psychiatryk? Nie wiedziała.

Rozdział 3

Na przekór wszystkim i wszystkiemu Misia była bardzo dobrą uczennicą. Nauka nie sprawiała jej najmniejszych kłopotów. Chłonęła ją jak gąbka wodę. Ucieczka z domu miała jednak swoje konsekwencje. Misia dostała kuratora, który przychodził do niej dwa razy w tygodniu. Był to student ostatniego roku prawa. Jego obowiązkiem było sprawdzać postępy w nauce i jej zachowanie. Mama cały czas szukała czegoś, co pomogłoby odesłać Misię do psychiatryka. Jednak tę grę matka przegrała. To kurator miał powiedzieć mamie, że powinna być dumna ze swojej córki, ponieważ to Misia może go wiele nauczyć, a nie on ją. Mama nie mogła natomiast wtedy pojąć, jak to jest, że starszej córce nauka idzie słabo, a Misia nie bierze książek do ręki, a oceny są bardzo dobre. Denerwowało to matkę i tę złość za Annę odbijała sobie na niej.

Życie w tej rodzinie nie było łatwe. Tata lubił sobie popijać alkohol. Pod wpływem alkoholu był cichy i zawsze się uśmiechał. Ale mama wpadała w furię i doprowadzała do awantury. Po jednej z awantur Misia nie wytrzymała i postanowiła coś z tym zrobić. Tata siedział na kanapie na wprost drzwi wyjściowych. Misia stanęła w drzwiach i, choć bała się strasznie, podniosła swą drobną pięść w kierunku ojca.

— Ja ci pokażę, co znaczy Misia! — wykrzyczała i wybiegła z domu.

Sąsiedzi nie za bardzo byli chętni, by wezwać milicję. Bali się reakcji nie tyle jej ojca, co matki. W końcu jeden z sąsiadów postanowił zadzwonić. Tatę Misi zabrano na izbę wytrzeźwień.

Rano, gdy wrócił do domu, dziewczyna tak strasznie się bała, że nie była w stanie cokolwiek powiedzieć. Tata jednak usiadł przy jej łóżku i cichutko spytał:

— Mogę się koło ciebie położyć?

— Tak — odpowiedziała ze ściśniętym gardłem.

Jej ojciec niestety dowiedział się, że to Misia zadzwoniła na milicję. Biedna myślała, że zapłaci za to wysoką cenę, jaką jest bicie. Ale tym razem nic się takiego nie wydarzyło. Ojciec miał tylko żal, że będzie musiał zapłacić za izbę. Taty pijaństwo mimo wszystko się nie skończyło.

Po jednym z takich ekscesów okazało się, że tata przepił wszystkie pieniądze. Na życie nie zostało nic. Mama strasznie płakała. Przykro było Misi patrzeć na to, że mama jest bardzo smutna z tego powodu.

Dwa dni wcześniej była w odwiedzinach u babci i od wujka, jej chrzestnego, dostała woreczek dwudziestogroszówek. W tamtych czasach było to dość dużo pieniędzy. Wzięła woreczek i dała go mamie.

— Nie smuć się, mamusiu, masz, kupisz nam chlebek.

— Dobrze, dziecko.

Tata pracował w prywatnej firmie i bardzo często wyjeżdżał w delegację. Tak było też tego dnia. Zostały same, mama i jej siostry. Ten dzień utkwił Misi głęboko w sercu, wieczorem bowiem przyszedł do mamy szef taty i razem dokądś wyszli. Misia nie mogła zasnąć. Czekała na jej powrót. Pierwszy raz czuła złość do mamy inną niż zwykle. Postanowiła, że za karę odbierze jej pieniądze, które wcześniej jej dała. Jak pomyślała, tak zrobiła. Wtedy nie zdawała sobie sprawy, że robi coś złego. Wreszcie mama wróciła. Stanęła w drzwiach taka wesoła, uśmiechnięta. Misi pękło serce. Nie rozumiała, dlaczego tak silnie odczuła ten ból.

— Misiu, nie widziałaś mojego portfela? Zapomniałam go wziąć i nie wiem, gdzie go zostawiłam.

— Nie wiem — skłamała, a tak naprawdę też zapomniała, gdzie go położyła.

Nazajutrz portfel się znalazł.

— Misiu, gdzie są pieniądze? — krzyczała mama. — Ty je zabrałaś? Nie, ukradłaś?! Oddaj je w tej chwili!

No i Misia oddała i przepraszała za to, co zrobiła. Ale mamie to nie wystarczyło. Za to, co zrobiła, zapłaciła bardzo wysoką cenę, którą płaci do dziś.

Parę dni wcześniej z powodu słabego widzenia była u okulisty. Leczenie oczu było długotrwałe. Pierwszym etapem było zakropienie oczu kroplami. Przez okres dziesięciu dni Misi nie wolno było czytać i pisać. Groziło to dużymi powikłaniami. Jednak matka za kradzież tych pieniędzy postanowiła ukarać Misię, nie przebierając w środkach. Przyniosła gazetę i kazała jej czytać ją na głos. A była to „Gazeta Pomorska”. Duża gazeta i miała pięć stron.

— Mamuś, ale ja nie mogę. Mam krople w oczach i nie wolno mi czytać.

— Czytaj, to jest twoja kara.

Misia próbowała czytać. Łzy spadały na gazetę, zamazując literki. Tak strasznie wysilała oczy, żeby jak najszybciej przeczytać całą gazetę, że w pewnym momencie straciła przytomność. Ból oczu był straszny. Raziło ją światło dzienne i nie tylko. Oczu nie udało się polepszyć, a wręcz odwrotnie. Wzrok pogarszał się z roku na rok. Ale w tamtym momencie matki w ogóle to nie interesowało, że może dziecku zniszczyć wzrok.

W kolejnych dniach w życiu dziewczyny dużo rzeczy zmieniło się na gorsze. Mama nie zapomniała o „kradzieży”. Przy każdej okazji, kiedy mogła, rozpowiadała o tym incydencie wszystkim. Cała rodzina została o nim poinformowana. Od tego czasu każdy uważał ją za złodziejkę. Nie było dnia, by w jej kierunku nie szły wyzwiska. Tyle że nikt nawet się nie zająknął, że przecież to były jej pieniądze. A najgorsze było wmawianie dziewczynce, że jest głupia.

Samotne życie Misi i brak koleżanek sprawił, że zaczęła oddalać się nie tylko od rodziny, ale także od koleżanek i kolegów z klasy i podwórka. Myślami uciekała we własny świat. Strach przed mamą i bólem, jaki jej sprawiała, nie tylko fizycznym, ale i psychicznym, zrobił z niej słabeusza.


Pewnego popołudnia jak zwykle pomagała przy myciu naczyń i sztućców. Wycierając je, niefortunnie przecięła sobie nożem palec. Krew lała się dość mocno. Mama krzyczała, ale ona nie słyszała.

— Mamo, kręci mi się w głowie, jest ciemno. — Dalej nic nie pamięta.

I wtedy poczuła miłe ciepło i błogi spokój. Była tam, gdzie jest tylko miłość. Ujrzała piękne, jasne światło. Szła w jego kierunku. Nagle stanął przed nią rosły mężczyzna, z którego biła nieprzeparta miłość. Złapał ją za ramiona i odwracając do siebie plecami, pchnął ku przodowi.

— Musisz wracać — usłyszała. — To nie twój czas, masz jeszcze misję do spełnienia.

Lekko pchnął ją ku przodowi.

— Idź i nie odwracaj się.

Dotarło do niej, że ktoś woła ją po imieniu. Powoli wracała świadomość. Wracała do żywych. Krzyk, który słyszała, to był głos młodszej siostry. Później dowiedziała się, że sąsiadka, która wpadła pożyczyć mąkę, krzyczała na matkę, że ma wezwać pogotowie.

— Jak ma umrzeć, to niech umiera teraz — powiedziała matka.

Wydawało się, że tylko chwilę była nieprzytomna, jednak trwało to o wiele dłużej. Był to drugi raz w tym krótkim jej życiu, kiedy matka życzyła jej śmierci.

Po odzyskaniu przytomności Misia zastanawiała się, czy to był sen, czy też zdarzyło się to naprawdę i widziała Pana Jezusa? Od teraz wierzyła, że nic nie może się jej stać. Choć mama za byle przewinienie będzie ją biła, to ona to przetrzyma.


W każde wakacje ona i siostra wyjeżdżały na kolonie. Cieszyła się, bo to były trzy tygodnie bez wyzwisk i bólu. Tam Misia zapominała o cierpieniu i niemocy, choć czasami siostra nie pozwalała jej zapomnieć, kto jest ważniejszy. A i tak było super. Ostatnim wyjazdem na wakacje był obóz wędrowny z Limanowej do Zakopanego. Przeżycia niesamowite. Dziewczyny żałowały, że trwało to tak krótko.

Jednak po powrocie z obozu rodzice nie pojechali z dziewczynami do domu. Mieli dla nich niespodziankę.

Okazało się, że otrzymali klucze do nowego mieszkania. Radość była przeogromna, szczególnie dla Misi. Nowy dom, nowe otoczenie, obcy ludzie. Może mama nie będzie już taka okrutna dla Misi? Jakże to było złudne myślenie.

Do końca wakacji trwało wielkie sprzątanie starego mieszkania i przeprowadzka do nowego. Praca była dość ciężka, ale sprawiało to dziewczynom wielką przyjemność. Okazało się, że są aż cztery pokoje i każda chciała mieć swój własny. Niestety nic mylnego. Wszystkie trzy miały mieszkać w jednym pokoju. Szkoda. Ale cóż, dobre i to, bo nie były już razem z rodzicami.

Rozdział 4

Wakacje się skończyły i nastał czas powrotu do szkoły. Nowej szkoły. Dziewczyny bardzo się bały, ale okazało się, że strach ma wielkie oczy. Klasa była utworzona ze wszystkich osób, które mieszkały w jednym bloku. Zaczęły wiązać się wielkie przyjaźnie. Misia nie szukała przyjaciół. Nie potrafiła nikomu zaufać. Była samotnikiem.

Mijały dni. Misia pomału zaczęła oswajać się z nową rzeczywistością i nowymi kolegami. Nie było to łatwe, ponieważ jej niewiara w ludzi była tak silna, że komukolwiek zawierzyć było jej bardzo trudno. Pomyślała jednak, że lepiej będzie wychodzić na podwórko i być wśród dzieci niż siedzieć w domu. Dziewczyna nie mogła zrozumieć, że mama mimo wszystko nie zmieniła stosunku do niej. Po paru miesiącach sąsiedzi domyślali się, że w jej domu nie dzieje się zbyt dobrze. Prawie codziennie widywali ją z kanką na mleko, jak chodziła do knajpy kupować piwo.

— Co, znowu idziesz po piwo? — zagadnęła ją sąsiadka.

— Czy ktoś ze starszych nie może pójść? — zapytała inna.

— Nie, tata jest zmęczony po pracy, a mama jeszcze jest w pracy.

Pewnego razu Misia zapytała tatę, czy Ania mogłaby pójść mu po piwo. W odpowiedzi otrzymała kopniaka na zachętę i żeby nigdy więcej nie zadawała takich pytań.

— Ania to Ania, a ty to ty, zrozumiałaś?!


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.7