E-book
6.83
drukowana A5
45.32
Pokrzywdzona

Bezpłatny fragment - Pokrzywdzona

Niezapomniane chwile


5
Objętość:
303 str.
ISBN:
978-83-8189-066-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 45.32

Mojemu Synowi i Mamie w podziękowaniu za wspaniałe inspiracje

Prolog

Drogi Czytelniku!

Czy zdarzyło Ci się kiedyś poznać kogoś i zakochać się ze świadomością, że to ta właściwa osoba i już nie musisz szukać, bo jesteś u celu? I odtąd nie ma znaczenia, co posiadasz i gdzie mieszkasz, bo w końcu czujesz, że już zawsze będziesz pełny i szczęśliwy, nawet gdy to minie? Bo wszystko kiedyś minie. Ale Ty będziesz żyć ze świadomością, że miałeś szczęście doświadczyć prawdziwej miłości.

A może miłość nie istnieje? Może to tylko psikusy, sprawiane nam przez umysł? Gdy doznajemy uczuć, które umysł postrzega jako sprawdzone i bezpieczne, bo znane już, zapewne schowane głęboko w umyśle wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, zaczynamy się tym ekscytować. Albo gdy nagle dostajemy od kogoś to, czego nam właśnie najbardziej brakuje — czy nie przeceniamy wtedy wartości tych rzeczy?

A czy zdarzyło Ci się, że nagle sprawy dla większości proste stały się dla Ciebie trudne? Albo że sprawy trudne stały się proste? Albo że ktoś, komu ufałeś, nagle ni stąd, ni zowąd zawiódł na całej linii?

Albo czy wydawało Ci się, że jesteś u kresu pewnej drogi i wszystko już rozumiesz, a potem nagle okazywało się, że to dopiero początek czegoś nowego, o czym nie miałeś zielonego pojęcia?

Chcę przedstawić Ci pewną historię, abyś przekonał się, że nic nie jest na zawsze dane i nic nie jest pewne. Nic nie jest takie, jakie nam się wydaje. Jasne może stać się ciemne i na odwrót. Może ktoś nas mocno kochać, a potem okrutnie krzywdzić. Możemy mieć wrażenie, że już wszystko skończone, gdy nagle ukaże nam się początek czegoś nowego. I że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co czeka nas na końcu drogi.

Od nas tylko wówczas zależy, czy pogrążymy się w smutku, czy odnajdziemy światełko. Czy będziemy narzekać, czy szukać wyjścia. Czy będziemy szczęśliwi, nawet gdy na sercu bywa ciężko.

A może prawdziwa miłość trwa zawsze? Jak myślisz?

Emi

Kilka dni temu zaczęła się jesień, ale słońce wciąż mocno świeciło, jakby przypominając o minionym lecie. Zbliżał się kolejny cieplutki weekend. Tymczasem Teodor opadł z sił i usiadł na ławce na podwórku własnego domu. Pomimo ciszy wokół wciąż rozbrzmiewał mu w uszach skrzeczący, pełen pretensji głos. W skroniach pulsowało. Znów w pracy wypił z klientem trochę za dużo i musiał wracać do domu taksówką.

Nie dam rady, nie dam rady — rozmyślał gorączkowo. Zgarbił się i schował twarz w dłoniach. Wyglądał jak zwyczajny, zmęczony po pracy mężczyzna. Nikt by nie pomyślał, że dzieje się z nim coś złego, ani nie podejrzewał o myśli krążące mu po głowie.

Jak zwykle. Znajomi i bliscy uważali go za człowieka sukcesu. Swego czasu założył wraz z kumplem interes, który szybko stał się bardzo intratny. Wyroby z mosiądzu sporo kosztowały, a mimo to schodziły jak świeże bułeczki. Fikuśne i eleganckie żyrandole, kinkiety, świeczniki, lustra i inne cudeńka zdobiły nie tylko wille mniej lub bardziej zamożnych klientów, ale również kościoły, restauracje i przeróżne przybytki, których właściciele chcieli stwarzać wrażenie modnych, wytwornych i bogatych.

Teodor jednak był nieco innego zdania. Według niego ostatnie lata jego życia stanowiły równię pochyłą. Bo przecież ożenił się z miłości, ale jego małżeństwo było pasmem problemów i kłótni. Wybudował żonie piękny dom, ale nie byli w nim szczęśliwi i w końcu go sprzedał. Wszystko jej nie pasowało i zaczął nawet dla odprężenia pozwalać sobie na skoki w bok.

Bolała go ta sytuacja, bo bardzo kochał syna i chciał by miał szczęśliwe dzieciństwo, a czuł, że jedynym sposobem rozwiązania problemów z kobietą, z którą nijak się nie mógł dogadać, był rozwód. Chciał chłopakowi to wszystko wynagrodzić i robił wszystko, by mu nieba przychylić. Tak bardzo tego pragnął, że nie zauważył odpowiednio wcześnie, że pewne sprawy poszły w niewłaściwą stronę.

Niestety nawet zakończenie małżeństwa nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Nie udało mu się uwolnić od byłej żony. Los, wspierany słabościami Teodora, co chwilę sprawiał, że ich życiowe drogi się przeplatały.

Gdy tak siedział na cudzej ławce, całe życie przeleciało mu przed oczami i zrozumiał, że istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie problemów raz na zawsze.

Nagle zerwał się, złapał leżące na podwórku kable i wybiegł z posesji w stronę lasu. Dość szybko znalazł odpowiednie miejsce w pobliskim zagajniku.

Po chwili dogonił go chłopak z nożem i choć było już za późno, zrobił swoje.

*

Emilia zajrzała do szkatułki, by włożyć na palec ulubiony pierścionek. Miał on dla niej szczególne znaczenie, a poza tym był piękny, oryginalny, z topazem mystic, mieniącym się kolorami tęczy, i z diamencikami po bokach. Wyglądał na zaręczynowy. Pamięta, że długo wahała się, czy go kupić.

Gdy będę nosić na palcu taki pierścionek, utrudni mi to poznanie kogoś nowego, bo faceci pomyślą, że jestem zaręczona — rozmyślała.

Jednak ostatecznie zwyciężyła chęć nagrodzenia siebie. Za to, że po latach wreszcie zmądrzała — podjęła decyzję o rozwodzie, tym razem definitywną, i zrealizowała misterny plan odzyskania wolności i resztek życia. Przy okazji odzyskała również szacunek do siebie, zadowolenie, możliwość cieszenia się każdym dniem. Postanowiła sama wreszcie zadbać o siebie i wtedy kupiła ten piękny pierścionek. Potem mama podarowała jej do kompletu kolczyki.

Emilia zrobiła dla siebie jeszcze wiele innych, dobrych rzeczy, gdy uświadomiła sobie, że przez wiele lat zupełnie o sobie zapomniała.

Życie rodzinne Emi bowiem tylko z zewnątrz wyglądało na usłane różami. Ludzie myśleli, że są szczęśliwą rodziną. Wysocy, piękni, uśmiechnięci, dobra praca, mądre dziecko, coraz większe mieszkanie, dwa samochody, zagraniczne wczasy. Ona — blondynka ze ślicznymi, dużymi oczami i jedwabistymi, długimi, gładkimi włosami. Wesoła i optymistycznie nastawiona do życia. Pełna ufności, że będzie szczęśliwa i wszystko się w życiu pomyślnie ułoży.

Dzieciństwa nie miała idealnego, bo czasy nastały trudne, ale generalnie było poprawne. Wychowana ze starszym bratem, a jednak mało z nim zżyta, bo miał zupełnie inny charakter, wyrosła na skromną, nieśmiałą, niewierzącą w siebie dziewczynę.

Mimo to z ufnością wkroczyła w dorosłość. Skończyła dobrą szkołę, potem dobre studia, szybko znalazła całkiem niezłą pracę, usamodzielniła się, wyprowadziła z domu. Była w długim związku z pewnym Stanisławem, ale rozstali się w zgodzie, bo się odkochała.

Po pewnym czasie znajomy z pracy poznał ją z kimś, do kogo podobno bardzo pasowała. Był to przystojny, wykształcony i dobrze zapowiadający się młodzieniec. Odnoszący sukcesy w nauce, z propozycjami naukowymi, jednak karierę skierował w stronę szybkich sukcesów materialnych.

Zakochali się, zamieszkali ze sobą. Po kilku miesiącach oświadczył się, choć niczego nie sugerowała, bo czuła się wtedy w pełni szczęśliwa. No, ale to musiało być to. Przecież miała już doświadczenie, miała już swoje lata, nie mogła się mylić. Nareszcie więc przyszedł czas, by założyć własną rodzinę i stworzyć rzeczywistość, o której zawsze marzyła.

W rzeczywistości jednak wszystko się cholernie pogmatwało już od dnia ślubu. Do ołtarza poszła z jedną osobą, a z wesela wróciła z inną. Nie było nocy poślubnej. Już pierwszego dnia małżeństwa usłyszała, że powinna się zmienić, że jest nie taka, jaka powinna być. Nie czuła się przygotowana psychicznie na nagłą zmianę w zachowaniu swojego wybranka. Nikt jej nigdy nie uczył, jak zachować się i bronić się w takiej sytuacji. Nigdy nie wyobrażała sobie, że sprawy przybiorą taki obrót.

Zaraz po ślubie myślała, żeby małżeństwo zakończyć, ale zwyciężyły w niej lęki. Co powiedzą ludzie, co powie rodzina? Rodzice tyle włożyli w wesele. No i nie jest taka młoda, nie chce zaczynać wszystkiego od unieważnienia tego, co się dopiero zaczęło i na co tyle czekała. Może on się ocknie i zmądrzeje? Może jest tylko w szoku? Przecież mówił, że kocha. A może z nią jest faktycznie coś nie tak, jak twierdzi Mariusz? — rozmyślała.

Mijały dni i tygodnie, a nic się nie zmieniało, tylko ona z dnia na dzień gasła i gorzkniała. Nie pomogła nawet romantyczna podróż z Mariuszem do Paryża, zafundowana przez rodziców Emi, którzy widzieli, że dzieje się coś niedobrego, ale nie śmieli interweniować, bo Emi wciąż robiła dobrą minę do złej gry. Niezmiennie udawała przed ludźmi, że jest szczęśliwa z mężem, że wszystko dobrze się układa… I może tak właśnie było, tylko z Emi coś działo się złego? W końcu on tak mówił.

Pewnego dnia Emilia zasugerowała, że może przyszedł czas na dziecko. Bardzo go pragnęła, a on łaskawie się zgodził. Nie planował na razie dzieci, ale skoro Emi się upierała, to trudno…

Od kiedy dowiedział się, że spodziewa się potomka, już nigdy więcej nie zainteresował się żoną. Żyła w narzuconym przez męża celibacie. A przecież kiedyś mężczyźni nazywali ją seksbombą, mówili, że jest atrakcyjna, że jej facet powinien czuć się szczęściarzem! Nagle jednak pewna sfera została zamknięta w głębokim lochu. Emi czuła się upokorzona i zraniona. Nikt jednak nie wiedział, co się w jej życiu dzieje, bo wstydziła się do tego przyznać.

Gdy urodził się Damian, wreszcie miała osobę, którą warto było obdarzać uczuciami, te zaś, do tej pory blokowane przez oziębłego partnera, wręcz wytrysły, szukając ujścia.

Na opiece nad dzieckiem, sprzątaniu mieszkania, robieniu zakupów i szykowaniu posiłków oraz na krążeniu pomiędzy pracą a domem minęło jej kilkanaście lat. Miała chwile pełne zwątpienia i chwile nadziei, aż pewnego dnia dotarło do niej ostatecznie, że już nic dobrego w tym małżeństwie jej nie spotka. Zrozumiała też, że już właściwie dzień po ślubie wiedziała to, co potem potwierdziło się na tysiące sposobów — w tym związku nigdy nie będzie szczęśliwa.

Ze strony Mariusza nie mogła na nic liczyć. Nie ulitował się nad nią nawet, gdy opłakiwała śmierć ojca po latach ciężkiej choroby. Był zawsze zdystansowany, oziębły, wszystkowiedzący, pozbawiony empatii.

Czas porzucić dziecinne marzenia i stać się w stu procentach dorosłą osobą. Czas zrealizować pragnienia i sięgnąć po dawno odłożone na półkę plany i cele. No i precz z celibatem! — postanowiła.

Z okazji czterdziestych urodzin podjęła zatem kolejną, ale tym razem ostateczną i nieodwracalną decyzję.

— Chcę rozwodu — oznajmiła tuż po wyjściu gości z jej urodzinowego przyjęcia, dodatkowo zmotywowana jak zwykle beznadziejnym zachowaniem Mariusza na imprezie.

— Skoro tego chcesz, nie ma problemu. Uważam, że to świetna decyzja — odpowiedział Mariusz, nie okazując wcale zaskoczenia. Nic dziwnego, w końcu Emi od dnia ślubu nie spełniała jego żadnych oczekiwań. — Uważam, że powinnaś się wyprowadzić. Z Damianem — dodał szybko.

— A może powinnam tu właśnie zostać z uwagi na Damiana? — próbowała poddać w wątpliwość ten pomysł. — Przecież długo go przekonywaliśmy do przeprowadzki. Zachęcaliśmy, że tu mu będzie najlepiej, a na tamtym starym osiedlu nie jest fajnie, zapomniałeś? Zdążył się pogodzić ze stratą poprzednich kolegów i zżyć się z nowymi.

— Po moim trupie. Dom powinien być mój. W końcu ja więcej zarabiam już od lat, więc będzie sprawiedliwie, jeśli ja tu zostanę — uzasadniał stanowczo Mariusz. — Co do Damiana… wymyśl coś. I tak będzie mnie odwiedzał. Będzie miał tu swój pokój. Wtedy spotka się z kolegami.

— Jak uważasz — zripostowała Emi, która wiedziała, że przy takich argumentach negocjacje z Mariuszem nie mają sensu. — Ale musisz załatwić z bankiem, żeby przepisał na ciebie kredyt.

— Dobrze, tymczasem zaznaczę w lodówce moje półki. Powiedz Damianowi, żeby stamtąd nic nie brał. Bo rozumiem, że będę przelewał na niego pieniądze, ale od teraz ty mu wszystko kupujesz za otrzymane alimenty — ustalił skrupulatnie zasady na zakończenie dyskusji, a Emi poczuła ukłucie w sercu.

— Sam mu to powiedz — zażądała. Jej syn ma się zastanawiać, co może brać z własnej lodówki!

No cóż, rozmowa o rozwodzie nie była miła, ale przynajmniej tym razem nie wybuchła kłótnia.

Zrobiła wszystko, by jak najszybciej unormować sprawy finansowe i wyprowadzić się, mimo że akt notarialny rozdziału i podziału majątku sporo kosztował. Na szczęście było co dzielić. Mariusz dostał dom i lepszy samochód. Ona dostała ich starą norkę na parterze z ogródkiem i auto, które przedtem użytkowała, ale — co najważniejsze — wolność finansową, od której już jeden krok do wolności całkowitej. Potem czekał ją jeszcze nowy, tym razem tylko jej własny, kredyt i remont mieszkania.

Po kilku miesiącach wypełnionych doprowadzeniem do uzyskania kredytu na sensownych warunkach w pewnym banku, projektowaniem nowej edycji własnej norki oraz użeraniem się z ekipą remontową, która nijak nie mogła zakończyć w sensownym terminie tego, czego się podjęła, nadszedł czas wyprowadzki od męża. Zabrała tylko ciuchy, rzeczy syna, trochę talerzy i sztućców na początek oraz gorszy telewizor. Resztę kupiła na kredyt — meble, ręczniki, pościel, czajnik, toster itp. Na pożegnanie usłyszała, że jeszcze zobaczy, jak to jest, i doceni, jak wspaniały był Mariusz, a jak okropni są inni faceci.

Wątpiła w to. Już od jakiegoś czasu cieszyła się z wolności i czuła się wspaniale. Nie było już między nimi żadnej zależności finansowej. Jeszcze mieszkając z mężem, uregulowała sprawy opieki nad dzieckiem, podpisując porozumienie wychowawcze. Pozostawało tylko załatwić formalności związane z rozwodem, ale na to już nie cisnęła. Szczerze mówiąc, Emi odkładała tę sprawę w nieskończoność. Wiedziała, że musi się w końcu tym sama zająć, że on nie podejmie decyzji, bo od wszelkich tak zwanych męskich decyzji w ich związku była zawsze ona, jednak wolała na razie skupiać się na przyjemnych sprawach.

W sądzie z Mariuszem nie będzie przyjemnie — myślała. Zacznie się wielka awantura o pieniądze. I to w dodatku o tyle przykra, że o pieniądze dla ich syna Damiana. Wymyślała więc sobie przeróżne wymówki. Na przykład, że nie ma sensu składać w sądzie pozwu do sprawy, w której kluczową kwestią będzie orzeczenie kwoty alimentów na Damiana, gdy Mariusz po raz kolejny jest bez pracy. Z drugiej strony mógł być bez pracy albo twierdzić, że jest bez pracy, bo spodziewał się sprawy o alimenty. W końcu zawsze miał świetną pracę, a nagle okazało się, że jego zarobki znacznie spadły albo ma problem z utrzymaniem posady.

I krąg się zamykał, a Emi przekładała sprawę na później. Spory o pieniądze na dziecko wydawały jej się obrzydliwe. Myśli o nich odrzucały ją od rozwodu. Przecież normalni ludzie przychyliliby nieba swemu dziecku, czyż nie tak? Chcieliby jak najlepiej. Tymczasem wyglądało na to, że Mariusz do nich nie należał.

Szkoda, że tak późno. Szkoda, że minęło tyle lat, a młodość stała się przeszłością. Trudno, ważne, że w ogóle i nareszcie — rozmyślała często Emi na temat swojej decyzji o rozstaniu i wyprowadzce.

Mieszkała teraz z synem już nie w norce, ale w przytulnym mieszkanku po remoncie, i to w dodatku z ładnym, zadbanym ogródkiem. Urządziła w nim salonik z kuchenką, sypialnię z wielkim, wygodnym, eleganckim łóżkiem w niepraktycznym kolorze białej perły, duży pokój dla Damiana, dwie łazienki dla obopólnego komfortu, w tym jedną z wymarzoną wanną w kształcie serca, i zaplanowała mnóstwo szaf, żeby nigdy nie zabrakło jej miejsca na ciuchy. Okazało się, że posiada talent do ich zapełnienia, i szybko poradziła sobie z ich całkowitym zagospodarowaniem.

Kiedyś musiała do nich przychodzić co tydzień sprzątaczka, pani Wiera, a i tak panował wieczny chaos i bałagan, które stanowiły doskonałą pożywkę dla depresji Emi. On nie doceniał pracy ani Wiery, ani Emi i szybko zaprzepaszczał efekty wizyty tej pierwszej. Dziś z radością sprzątała samodzielnie swoje lokum i panował w nim porządek jak w zadbanym pudełeczku, bo nie miał kto go zniszczyć. Wracała zawsze do domu z uśmiechem i optymizmem.

Zaczęła jeździć na rowerze, chodzić na spacery, na basen, spotykać się z przyjaciółmi, korzystać z życia. Wcześniej ulegała negatywnym nastrojom męża. Przez wiele lat pogrążała się w depresji i niemocy, nie miała ochoty na nic, wręcz zmuszała się do kontaktów z ludźmi. Za to teraz chciała wykorzystać każdy dzień, nadrobić stracony czas. Wciąż miała dobrą pracę, sporo schudła, bo zaczęła się więcej ruszać, pozbyła się ze swojej garderoby kiepskiej jakości i już niemodnych ciuszków z przecen, kupiła buty na wysokich obcasach, w których się dobrze czuła po zrzuceniu zbędnych kilogramów. Wszyscy stwierdzili, że odmłodniała. No i przede wszystkim zmieniła wyraz twarzy, bo teraz często na niej gościł uśmiech.

Kiedyś wpadło jej w ręce zdjęcie zrobione, gdy jeszcze z nim mieszkała. Miała kłopot z rozpoznaniem siebie! Czy ta zahukana i zaniedbana, smutna, blada dziewczyna z podkrążonymi oczami to ja? — nie dowierzała. Sama bym się ze sobą rozwiodła. Co miałam w głowie, o czym wtedy myślałam, że doprowadziłam się do takiego stanu? Jak dobrze, że to już za mną…

Często później powtarzała to stwierdzenie w myślach, gdy wracały do niej obrazy z przeszłości.

Wreszcie poukładała wszystko w życiu tak, jak jej pasowało. Wracała do odnowionego domu z radością i spokojem i dziwiła się, że tyle lat dojrzewała do tego kroku, a przecież mogła zrobić go już dawno temu.

Czemu straciłam tyle czasu? — myślała. Mam wreszcie zainteresowania, chce mi się coś robić, chce mi się żyć. Warto było podjąć ryzyko.

Życie bez kłótni, awantur i stresów wydawało jej się życiem w bajce. Przebolała, że nie będzie miała już dzieci, i wizja zgranej, szczęśliwej i pełnej rodzinki odpłynęła w siną dal. Wszelkie myśli na temat ponownego macierzyństwa skończyły się wraz z wyrokiem wydanym przez lekarza: „To już u pani niemożliwe”.

Tylko ona marzyła o większej rodzinie. On miał inne plany, a w nich brakowało miejsca na jej szczęście.

Trochę Emi bolało, że gdy rozglądała się po świecie, widziała niemal jedynie pary, a sama czuła się taka pojedyncza. W zasadzie z Mariuszem przez wiele lat nie żyła w parze, tylko gdzieś z boku. Minęło tyle czasu, a nawet nie zaznała prawdziwego uczucia w związku dwojga ludzi… Trzeba jednak cieszyć się tym, co życie nam daje — przekonywała się.

Przeczytała dziesiątki poradników o tym, jak być szczęśliwym, jak żyć pełnią życia bez gniewu i wstydu. Dzięki zrozumieniu ich przekazu nauczyła się cieszyć z tego, co jest, i doceniać to, co ma. Poprzedni etap miała już za sobą. Na szczęście. Przed sobą zaś jeszcze sporo czasu na korzystanie z darów życia.

Gdy to zrozumiała, zaznała wreszcie spokoju psychicznego i zajęła się myśleniem o sobie.

*

Damian snuł się ze szkoły do domu. Od jakiegoś czasu często głowił się nad tym, jak odmienić swoje życie. Nie było ono takie, jak by sobie życzył, choć ostatnio wiodło mu się znacznie lepiej. Po pierwsze rodzice zamieszkali osobno i skończyły się wrzaski i kłótnie. Po drugie nie musiał stresować się codziennie niezrozumiałymi poczynaniami ojca, który oczekiwał od niego zachowań dorosłych, ale traktował jak malutkie dziecko, w zależności od tego, jak mu pasowało. Kochał ojca, ale z ulgą wracał do mieszkania matki po wspólnych weekendach co drugi tydzień. To jej lokum uważał za swój dom rodzinny. Po trzecie miał od niedawna psa, o którym marzył od kilku lat. No i po czwarte mieszkał teraz bliżej szkoły i miał fajniejszy i większy pokój, a w nim oprócz łóżka kanapę, o której również zawsze marzył, i stelaż do ćwiczeń sportowych. A planował, że właśnie ten sprzęt przyczyni się do dużej zmiany w jego życiu.

Postanowił bowiem poprawić swoje życie towarzyskie, a po kilkuletnich obserwacjach stwierdził, że sylwetka ma w nim ogromne znaczenie. Aparycja rządzi światem i choć wielu ludzi głosi co innego, nikt faktów nie odmieni. Dosyć miał wysłuchiwania przezwisk typu „grubas” lub jeszcze gorszych. Chciał być akceptowany i lubiany, mieć wielu znajomych.

Od jakiegoś czasu zamienił grę na gitarze na grę w tenisa. Zimą zamiast na nartach jeździł na snowboardzie, jednak nawet ta dawka sportu nie dawała zadowalających rezultatów, choć był chwalony przez trenerów za szybkie i wyjątkowe wyniki. W pokoju stał stelaż, z którym nie umiał sobie poradzić, bo potrzebował nabrać większej masy mięśniowej. Stałe obmyślał, jak to zrobić i jak namówić matkę na karnet na siłownię. Tymczasem zdołał przekonać ją do zakupu hantli do ćwiczeń w domu i skórzanej skakanki. Potrzebował mięśni i mniejszej wagi, by podciągać się na drążku.

Gdy już zbliżał się do wejścia do budynku, zadzwonił ojciec:

— Cześć, Myszeczko, co robisz? — spytał tradycyjnie.

— Odpoczywam po szkole — odpowiedział krótko Damian, bo miał już świadomość, że dłuższej wypowiedzi tamten i tak by nie wysłuchał.

— Aha, bo ja sobie oglądam foldery z samochodami. Zastanawiam się nad nowym samochodem dla siebie. W weekend możemy pojeździć po salonach i popatrzeć — powiedział podekscytowany ojciec.

— Dobra, OK — zgodził się Damian, myśląc, że oglądanie samochodów może być nawet ciekawe.

— Tylko lepiej nic nie mów mamie. No to pa, Myszaku.

— Pa.

No tak, załatwił swoje i jak zwykle nic więcej go nie interesowało — pomyślał chłopak i zajął się swoimi sprawami.

*

Mimo że z Damianem tworzyli bardzo zgraną paczkę, świetnie sprawdzającą się w dni powszednie, w weekendy i na wczasach, to jednak Emi była świadoma, że jest tylko jej dzieckiem, do tego nastolatkiem, który za chwilę zajmie się własnymi sprawami i zainteresowaniami, stanowiącymi odrębny świat.

Cieszyła się, że ma takiego udanego syna. Wysokiego, przystojnego blondyna z modną fryzurką, doskonałym słuchem muzycznym, wysportowanego. Skłoniło to Emi do zakupienia lekcji u trenera, żeby móc kiedyś towarzyszyć synowi na korcie, oraz do wykupienia przypominających zajęć z instruktorem narciarstwa, by móc spędzać czas wspólnie na stoku. Jedynymi bolączkami Damiana byli złośliwi koledzy, którzy czasem go przezywali, bo ważył więcej niż oni, choć otyły zasadniczo nie był. Był wysoki i grubokościsty. No i ojciec — kapryśny, narzekający, ignorujący, skupiony na sobie i własnych problemach. W najlepszym wypadku obojętny lub dziecinny. A Damian raczej liczył na faktyczne zainteresowanie i wsparcie.

Pewnego dnia Emi odkryła, że brakuje jej kogoś do rozmów, kogoś dorosłego, partnera. Wtedy pojawił się w jej życiu Marek — kolega z czasów szkolnych, który się właśnie rozwodził i twierdził, że wiele lat marzył, by ją bliżej poznać. Był jak woda na młyn uczuć Emi, jednak po namiętnej nocy, która zakończyła okres wieloletniego celibatu Emi, pan Marek zamienił się w Pana Małpę, ponieważ kontaktował się tylko wówczas, gdy jemu pasowało. Potrafił przerwać korespondencję esemesową niemalże w środku zdania, by potem kontynuować ją po tygodniu jak gdyby nigdy nic. Doszły do niej słuchy, że Pan Małpa lubi ostro wypić i ma potężne długi w związku z nie do końca uczciwym rozliczaniem się z urzędem podatkowym. No i małżonka szykowała mu rozwód z jego winy, na co miała sporo silnych argumentów.

Gdy Emi postanowiła dać mu w końcu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana taką znajomością i po prostu przestała się kontaktować, nie wywołało to w nim jakiejś szczególnej reakcji. Pisał do niej esemesy średnio raz na miesiąc, nawet jeśli nie dostawał odpowiedzi. Tak jakby testował, czy ma szanse się z nią po raz kolejny umówić. Dziwny typ. W pewnym momencie pochwalił się nowo poznaną kobietą, w której ponoć się zakochał, co nie przeszkadzało mu co pewien czas słać sprośnych esemesów do Emi z różnymi erotycznymi propozycjami. Totalny wariat.

Niedługo po poznaniu Pana Małpy trzeba było zatem wznowić poszukiwania potencjalnego partnera.

Nowe znajomości

Gdy stracił cierpliwość, przystawił facetowi gnata do głowy.

— Wyskakujesz z kasy czy nie? Bo nie mam czasu.

— Spokojnie, panowie. Oczywiście że się dogadamy. Po co tak nerwowo?

— Pod chuj to jeża, a nie mnie. Niech twój funfel kładzie kasę na stół i spadamy. Nie ma czasu na farmazony.

Znowu się im poszczęściło i wyszli z łupem, chociaż pierwszy raz spotkali się z takim oporem. Przedtem sprawy szły bardziej gładko. Wystarczyło wyjaśnić, po co i skąd przyjechali, i zainkasować należne pieniądze. No, ale to nie ich miasto, tylko gościnne występy. Daleko od domu, daleko od Tatki. Widocznie ludzie mało nauczeni.

Może dzięki temu, że wyjął gnata, lepiej zapamiętają na przyszłość? No i miał w końcu jakiś trening z nowym nabytkiem. Wcześniej nie miał okazji, żeby kogoś postraszyć.

Pojechali do hotelu i postanowili trochę pobalować — skoro tak się napracowali, tyle nerwów stracili, to należy im się jakaś nagroda. Schowali część dla Tatki, resztą się podzielili.

Wieczór upłynął na tańcach w dyskotece, dobrym żarciu i wypitce. Wrócił do pokoju sam. Kumple wyrwali jakieś panienki. On jakoś nie miał chęci i humoru. Włączył telewizję i po chwili zasnął.

Rano zbudziło go walenie do drzwi.

— Po co tak się dobijasz, Mordo, z samego rana? Łeb mi pęka.

— Musimy stąd spadać. Dostałem cynk, że gość zgłosił sprawę na policję. Będą nas szukać — powiedział całkiem spokojnie Mamut, siadając w fotelu z papierosem. Ból głowy też dawał mu się we znaki.

— Nawet jak znajdą, to był tak przerażony, że nas nie rozpozna. Przecież w gacie robił.

— Tego nie wiem. Poza tym ty trzymałeś gnata, a ja stałem z boku, Mamut z tyłu. Może rozpoznać jednego — skomentował ze znawstwem Morda.

— Przestań pierdolić kocopały. Nawet jak nas złapią, to i tak Tatko nas wyciągnie. Uwierz mi szczerze, już nie raz takie przypadki były.

— Dobra, przestańcie obaj pierdolić. Zbieraj się i spadamy. Za wyciąganie też trzeba będzie Tatkowi dolę odpalić, a ja zbieram kasę. Chcę kiedyś zacząć żyć inaczej, spokojnie i normalnie — zakończył dyskusję Mamut.

— Jeszcze zdążysz uzbierać. Na razie i tak masz kapusty jak lodu. Nie wiadomo, co z tym hajsem nawet zrobić — orzekł, po czym szybko się ubrał i po chwili wypadli z hotelu. Odjechali w kierunku rodzinnego miasta. Gościnne występy postanowili tym razem zakończyć na tym incydencie.

*

Ponieważ w tamtym okresie sytuacja zawodowa sprawiała, że długo pracowała i późno wracała do domu, nie miała wielu okazji do poznawania nowych osób w tak zwanym „realu”. Postanowiła więc założyć konto na portalu randkowym. Mnóstwo osób korzystało przecież z tego kanału komunikacyjnego ze światem innej płci. Słyszała nawet opowieści o sukcesach, udanych związkach, a nawet ślubach! Może warto wyjść szczęściu naprzeciw?

Umieściła tam kilkanaście swoich najlepszych zdjęć. Podała wiek, wzrost, typ sylwetki, kolor włosów i oczu.

Informacje formalne: specjalista (nie będzie wypisywać, że jest na stanowisku menadżerskim, żeby nie przyciągać osób, dla których stanowisko i idące za nim uposażenie są najważniejsze, albo zrażać tych, którzy obawiają się przewagi tego typu kobiet)

Wykształcenie: wyższe

Rozwiedziona (niestety kłamstwo, ale przecież żyje jak rozwiedziona i na pewno docelowo taka będzie)

Mam dzieci

Małżeństwo nie jest dla mnie ważne (czyt. nie mam zamiaru nigdy brać ślubu)

Alkohol i papierosy: nie lubię, nie przepadam

O mnie: pogodna i energiczna optymistka, której udało się wyjść na prostą po kilku życiowych zakrętach, poszukująca miłości z wzajemnością

Osobowość: czuła, dowcipna, romantyczna, rozważna, spokojna, szczodra, towarzyska, zrównoważona, uparta (to wszystko prawda)

Szukam: miłości

Sport: jazda na rowerze, narty, pływanie, tenis (wszystko prawdziwe na sto procent)

Wolny czas: kino, restauracja, rodzina, sport, z przyjaciółmi, zacisze domowe

Zainteresowania: czytanie, góry, ogrodnictwo (czyt. muszę kosić swój trawnik), podróże

Szukam partnera: inteligentnego i uczciwego, miłego i czułego, z poczuciem humoru, z podobnymi zainteresowaniami (chociaż jednym…), zainteresowanego stałym związkiem, wysokiego (1,80+), wolnego (panom żonatym i w separacji dziękuję), mieszkającego w moim mieście lub okolicach (bo jak inaczej kogoś stopniowo poznawać na spontanicznych i częstych randkach?)

Pojawiły się jednak chmury, bo Emilia nie mogła poznać osoby, która by jej odpowiadała, pomimo tak precyzyjnie określonych i — wydawałoby się — niewygórowanych oczekiwań.

*

Właśnie wrócił z porannego joggingu, na który się wybrał, mimo że niemal całą noc przepracował w swojej własnej taksówce. Chciał jednak rozruszać nogi i poprawić krążenie, zanim będzie odpoczywał. Położył się na materacu i zaraz dołączył do niego Puszek, jedyny współlokator, którego tolerował.

Od kilku lat bardzo dbał o zdrowie i szczupłą sylwetkę. Nie wyobrażał sobie, że znowu stanie się grubym miśkiem. Kiedyś miał zupełnie inne życie, a potem wszystko przewróciło się do góry nogami.

Miał żonę, zwykłą pracę na etacie i był nudnym, zwykłym zjadaczem chleba oraz niestety mięsa. Żona ciągle czegoś od niego chciała, co go niewiarygodnie męczyło psychicznie. Oczekiwała, że będzie głównym żywicielem, a ich dobrobyt z czasem się powiększy. Chciała większego mieszkania, remontów, kolejnego samochodu, nowych ciuchów, wczasów i dziecka. On jednak patrzył na to wszystko inaczej — jak na maszynkę do wyprowadzenia w kosmos jego pieniędzy zarobionych codzienną pracą. Myślał raczej o zabezpieczeniu na przyszłość, a nie o wydatkach bieżących. Pewnego dnia przecież noga może mu się podwinąć — zostanie bez pracy — i wtedy chciałby żyć spokojnie, nie mówiąc już o życiu na stare lata na emeryturze, a wypłacane przez państwo „racje” były przecież głodowe.

Co prawda posiadanie żony wiązało się z pewnymi korzyściami, na przykład posiłkami podanymi na czas i w miarę regularnym seksem, ale skoro miał nadwagę, posiłki musiały być niezdrowe i tuczące, co mogło wygenerować w przyszłości wydatki na lekarza. Z tym seksem też bywało różnie. Nieraz nastawały ciche dni, gdy miała te swoje humory i gniewała się nie wiadomo o co. Albo narzekała, że jest zmęczona lub że boli ją głowa.

Skoro prawie przeminęła młodość i nic w jego życiu nie zmieniło się na lepsze, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i odmienić żywot na bardziej satysfakcjonujący. Najpierw pozbył się żony. Rozwód dostał szybko, bo nie mieli dzieci. Niestety zbiegiem okoliczności skurczyło mu się również bardzo grono znajomych. Potem zorganizował sobie skromne życie zgodnie z własnymi potrzebami. Kupił małe mieszkanie i kilka podstawowych sprzętów. Spał na materacu, bo uważał, że wydatek na łóżko stanowi bezsensowną rozrzutność. Wolał wydać pieniądze na laptop, dzięki któremu miał łączność ze światem na miarę swoich potrzeb poprzez Facebook i portale randkowe.

Potem zdecydował, że pozbędzie się raz na zawsze nadwagi. Po przeczytaniu kilku książek przeszedł na weganizm i uprawiał codziennie jogging. Tak było zdrowiej, taniej i szybciej — w sklepie mniej czasu i pieniędzy tracił na zakupy, a w domu na przygotowanie posiłków. Poza tym kalkulował, że w ten sposób również ograniczy potencjalne wydatki na leczenie.

Szybko schudł, z czego był strasznie dumny. Wydawało mu się, że teraz wygląda ponętnie i atrakcyjnie jak za młodych lat. Cieszyło go to, bo po rozwodzie brakowało mu tylko regularnego seksu. Marzył, że będzie poznawał kobiety, zaciągał do łóżka, a potem szukał kolejnych. Nie chciał związku, bo kojarzył mu się ze zwiększonymi wydatkami i humorami kapryśnych bab.

Bolało go też i wydawało się wielką niesprawiedliwością, że bujna kiedyś czarna czupryna zamieniła się w łysinę, a tuż przed pięćdziesiątką zaczęły mu na dłoniach wychodzić starcze plamy. Zdawał sobie sprawę, że przez te braki będzie musiał trochę zainwestować, żeby bardziej zachęcić wybrankę do łóżka, na przykład kupując bilet do kina, kawę i ciastko w kawiarni, a może nawet obiad w restauracji. Wyjdzie to jednak o niebo taniej niż potrzeby żony.

Z czasem zauważył jednak, że aktualnie kobiety są coraz bardziej roszczeniowe i wymagają zachodu i wydatków, więc niełatwo realizował swój plan podbojowy, a przynajmniej nie tak często, jakby sobie tego życzył, mimo że już nauczył się sporo gierek męsko-damskich prowadzących do jego materaca.

Lubił wygłaszać na Facebooku odważne poglądy. Jak to mówią, niczego nie owijał w bawełnę i pisał tak, jak mu serce dyktowało. Nie lubił i krytykował grubasów, homoseksualistów oraz katolików. Nie zrażało go w ich wyrażaniu malejące grono znajomych na portalach społecznościowych. Miał to w nosie, bo uważał, że widocznie z nimi jest coś nie tak. Poza tym wciąż miał konto na portalu randkowym, które stanowiło źródło nowych znajomości.

Zastanawiał się jeszcze nad zmianą w życiu zawodowym, bo dosyć miał codziennego zrywania się do biura i słuchania szefa. Co prawda jego praca była dość ciekawa, no i po latach miał już stanowisko kierownika, ale nadal postrzegał ją jako swojego rodzaju kierat, a przecież postanowił jakiś czas temu uwolnić się wszelkich ograniczeń.

W którymś momencie poznał na portalu randkowym Emi — kobietę, która nie pasowała do utartych schematów i go zaintrygowała. Na początku oczywiście nie przewidywał, że ich randka będzie różniła się czymkolwiek od pozostałych. Żeby zminimalizować ewentualne straty, zaprosił więc Emi do kina na trzecią cześć trylogii, która go interesowała. Potem jednak wydarzyło się kilka rzeczy, które wykroczyły poza dotychczasowy schemat.

Po pierwsze Emi wypowiedziała bardzo grzecznie swoje zdanie na temat filmu. Uważała, że był strasznie nudny i przez cały seans walczyła ze snem, rozumiała jednak, że on może mieć odmienne upodobania. Po drugie nie chciała ciastka ani obiadu w restauracji. Czas im bardzo miło minął przy kawie, bo okazało się, że Emi miała zainteresowania i poglądy, a dodatkowo była cierpliwym słuchaczem. Na przykład wysłuchała w całości jego opowieści o pewnej kobiecie poznanej na portalu randkowym, którą musiał porzucić, bo za dużo czasu poświęcała swoim dorosłym córkom.

Zaczął obsesyjnie myśleć o Emi, leżąc na swoim materacu. Zaproponował jej kolejne spotkanie, bo miał silną potrzebę poczuć, jak wyglądałoby życie z nią. Niestety tym razem poszło gorzej. Pokłócili się, bo nie chciała go trzymać za rękę.

Postanowił podejść ją inaczej. Nie mógł stracić kontaktu z nią. Zaczął ją zarzucać esemesami ze swoimi błyskotliwymi myślami i żartami — widocznie była pod wrażeniem, bo coraz rzadziej odpisywała. Najwyraźniej potrzebowała się bardziej zastanowić nad odpowiedzią. Myślał, że jej zaimponował. Niebawem znów nadarzyła się wspaniała okazja.

— Cześć, Emi. Co powiesz na kolejne spotkanie w najbliższy weekend? — zaproponował, gdy tylko odebrała od niego telefon.

— Niestety to niemożliwe. W piątek muszę jechać na obowiązkowe szkolenie organizowane w pracy i nie wiem, o której wrócę w sobotę. Zresztą pewnie będę bardzo zmęczona, niewyspana — odpowiedziała.

— A gdzie masz to szkolenie? Jedziesz pociągiem? — drążył temat.

— Nie, no co ty? Własnym samochodem. To około sześćdziesięciu kilometrów ode mnie. Oczywiście jest możliwość zabrania się autokarem, ale ja wolę być niezależna — usłyszał wyjaśnienia Emi.

— O, to mam superpomysł. Zawiozę cię tam i oczywiście przywiozę z powrotem — odparł z uśmiechem. Był przekonany, że taki haczyk Emi na pewno połknie. Będzie chciała zaoszczędzić na paliwie.

— Dzięki za propozycję, ale mój pracodawca zapewnia nocleg tylko pracownikom i w tym ośrodku nie będzie wolnych pokoi. Poza tym nie miałabym czasu nawet z tobą pogadać. Te szkolenia wymagają bycia na miejscu przez cały czas — opierała się nadal.

— Nie szkodzi, Emi. Poradzę sobie. Wynajmę pokój w innym hotelu. Dla mnie to żaden problem. A na rozmowę będziemy mieć czas podczas jazdy — nie odpuszczał.

— Nie gniewaj się, ale jednak nie — odparła i szybko zakończyła dyskusję, pozostawiając go w stanie ekscytacji pomieszanej ze zdenerwowaniem.

Potem już nie odbierała telefonów i prawie nie odpisywała na esemesy. Znajomość się zakończyła, co bardzo Jana wytrąciło z równowagi. Może ta Emi była jednak głupia?

*

I znów nie była przygotowana na to, co ja spotka. Świat się zmienił, a ona przez lata małżeństwa, krążąc pomiędzy domem a pracą, nie miała okazji nabyć doświadczenia w kontaktach z mężczyznami. Nie wiedziała nawet, czego się można po nich spodziewać. Zakupione poradniki nie pomagały. Ani zrobienie listy z pożądanymi cechami partnera. Nawet przygotowanie w domu wolnej szafy — co było dla niej naprawdę kolosalnym wyzwaniem zalecanym przez kilka poradników — nie spowodowało przyciągnięcia właściwego partnera.

Emilia wiedziała dokładnie, jakiej osoby szuka. Opisała to bardzo konkretnie na portalu. Niestety mimo niezliczonych randek nie odniosła oczekiwanego sukcesu. Pragnęła poznać osobę ciepłą, zdolną do okazywania uczuć, podzielającą jej pasje i zainteresowania. Kogoś, z kim mogłaby wspólnie spędzać wolne chwile, kogo pokochałaby z wzajemnością. Nie chciała już tracić czasu na mężczyzn oziębłych, egoistycznych, narcyzów skupionych na sobie. Pragnęła żyć pełnią piersią i dzielić życie z wartościowym człowiekiem.

Była atrakcyjna fizycznie, więc wiele osób kontaktowało się z nią, ale za każdym razem okazywało się, że to nie to. Czasem orientowała się już podczas korespondencji na portalu, bo pisali do niej — pomimo jasnych i konkretnych oczekiwań przedstawionych w opisie do jej konta — niscy, żonaci, w separacji, mieszkający bardzo daleko albo mało inteligentni lub już na wstępie mający pretensje nie wiadomo o co.

Czasem przekonywała się, że coś jest nie tak, już po pierwszym spotkaniu albo po kilku rozmowach telefonicznych. Wzdychała wówczas rozczarowana: znowu nie ten… znowu jakiś dziwny… kolejna pomyłka. Brak wspólnego języka lub brak chemii.

A gdy ktoś podobał jej się wizualnie, zwykle szybko okazywało się, że nieodpowiednio się zachowuje. Spotykała często mężczyzn, którzy już na początku znajomości chcieli ją dotykać i całować, co ją niejednokrotnie obrzydzało, lub oziębłych i nieumiejących nawiązać ciekawej rozmowy i więzi emocjonalnej.

Pamiętała dokładnie pewnego Jana. Robił coś, co zrażało ją do mężczyzn, ale mimo to postanowiła dać mu szansę na wzajemne poznanie. Mianowicie sam zdrabniał swoje imię. Wydawało jej się nienaturalne, że dorosły mężczyzna mówi i pisze o sobie: Jaś. Umówili się jednak i poszli do kina oraz na kawę. Na film wybrany przez niego. Dla niej strasznie nudny. Przed zaśnięciem w kinie uratowały ją darmowe chrupki, które wręczano wraz z biletami. On ich nie chciał, bo był weganinem, zatem mogła opędzlować samodzielnie całą paczkę. Pomyślała, że nie da się zasnąć, chrupiąc, i w ten sposób przetrwała.

Potem w kawiarni łapał ją na stoliku za ręce. Nie chciała tego, ale z grzeczności nie wyrywała się. Dla pewności umówiła się z nim jeszcze raz. Dam mu szansę, zanim upewnię się, że to nie to — myślała. Tym razem chciał z nią chodzić za rękę. Tego już nie wytrzymała. Odmówiła.

Stwierdził, że jest z nią coś nie tak. Przecież tak chodzą pary.

— Ale my przecież nie jesteśmy parą — wyjaśniła.

Nic nie czuła, a te naciski na dotyk sprawiły, że spotkania stały się dla niej odstręczające. Poza tym był natarczywy. Za dużo dzwonił, za dużo pisał. Czuła się osaczona.

Po roku przypadkowo go spotkała, gdy wracała nocą z Damianem ze szpitala z prawą ręką w gipsie, co było skutkiem wjechania w murek na kursie motocyklowym… Ech, pędzić na motorze, to było jedno z jej marzeń w tym nowym wolnym życiu…! Okazało się, że Jaś zmienił zawód.

Może sam też się zmienił? — zaciekawiła się wówczas. Zaproponował w razie potrzeby darmową podwózkę gdziekolwiek. Miło, ale nie skorzystała, bo nie chciała czuć się zobowiązana.

Pozostali znajomymi na Facebooku, gdzie wciąż był Jasiem, a nie Janem. Czasem korespondowali, ale szybko zrozumiała, że i tak nic poważnego z tego nie będzie… Jego poglądy były bardzo kontrowersyjne… I w zasadzie korespondencję zawsze inicjował Jaś.

Na portalu byli też tacy, którzy po wymianie numerów telefonicznych pisali codziennie miłego dnia w różnych wariantach, natomiast nie umieli przejść na dalszy etap znajomości. Emilia po pewnym czasie reagowała na te zwroty alergicznie. Niektórzy kończyli znajomość pod wpływem impulsu. Na przykład pewien lekarz pożegnał się z nią, gdy napisała, że nie korzysta ze Skype’a, a kilku zdenerwowało się, że nie odpowiedziała od razu na wiadomość. Niektórzy wyrażali niezadowolenie, że poszukuje wysokiego. Uważali, że jest rozkapryszoną babą.

Odezwało się w sumie do niej mnóstwo mężczyzn chcących kogoś poznać, niepotrafiących jednak przedstawić się albo napisać czegoś miłego na dobry początek. Nie mogła wówczas pozbyć się refleksji, że gdy już teraz jest niemiło i niefajnie, to co będzie potem?

Z czasem nauczyła się po prostu nie reagować na takie wiadomości, choć niektórzy nie mogli się z tym pogodzić i mieli do niej pretensje. Sytuację często ratował przycisk umożliwiający zablokowanie obopólne dalszej korespondencji. Nie mogła im już nic odpisać, ale też nie musiała więcej czytać od nich wiadomości.

Znaleźli się również tacy, którzy szukali seksu za pieniądze. Niejeden pytał, czy nie potrzebuje gotówki. Emi ripostowała wtedy, że przyjmie każdą ilość, i pytała, czy jest filantropem, co na ogół kończyło konwersację.

Była też grupa na portalu, która reprezentowała wręcz tragiczny poziom umysłu, przynajmniej w ocenie Emi. Na przykład mężczyźni ci rozpoczynali korespondencję od pytania o numer stanika. No cóż, można by drążyć temat, pytając o jego rozmiary, tylko po co? Bo w sumie kogo to obchodzi? Z czasem tych wszystkich dziwnych typów po prostu od razu blokowała, ignorowała, by nawet sekundy swego życia przez nich nie marnować. Na końcu piramidy zaś znajdowali się tacy, którzy na przywitanie pisali po prostu różne obelgi. Trudno pojąć, co tym facetom te zachowania dawały.

Po kilku miesiącach poszukiwań w internecie Emi stała się niezłym ekspertem w dziedzinie: typy ludzi na portalu randkowym. Przyjaciółka Marysia nawet namawiała ją na napisanie książki na ten temat, ale Emi miała wątpliwości, czy znajdą się chętni na czytanie o takich głupotach.

Zdawała sobie sprawę, że ma dobre serce. Za dobre. Była przecież spokojna, grzeczna i miła. Zawsze uczynna i pełna zrozumienia dla innych. Nie umiała powiedzieć wprost czegoś trudnego, nawet gdy się należało. Starała się załatwiać sprawy dyplomatycznie i tak, by nikogo nie zranić, choć zdarzało jej się ranić samą siebie. Jej postęp polegał na tym, że wiedziała, jaka jest i że powinna w sobie nieco zmienić. To nie było jednak proste.

Tymi cechami charakteru tłumaczyła sobie fakt, że przyciągała również drani, którzy notorycznie kłamali, nadużywali alkoholu i nie szukali poważnego związku na stałe tak jak ona.

A ile się nadawała numerów telefonów! Ilu prosiło i nigdy nie zadzwoniło! Nawet czasem śmiała się z tego podczas rozmów ze znajomymi. „Czyżby kolejny kolekcjoner numerów?”.

A może to wynik klątwy rzuconej przez Mariusza? W końcu powiedział jej na pożegnanie, że zobaczy jeszcze, jak z nim miała słodko, bo inni faceci są okropni. Niemożliwe… Przecież nigdy nie wierzyła w przesądy i tego typu rzeczy. Na pewno w swoim czasie wszystko się ułoży. Widocznie potrzebuje jeszcze czasu. Może nawet bardzo dużo czasu.

A może to małe kłamstewko powodowało tajemniczą blokadę przed poznaniem kogoś właściwego? Napisała, że jest rozwiedziona. Tak się czuła i tak żyła, ale ta kwestia wciąż pozostawała nieuregulowana. Ale czy ktoś to zrozumie? Czy komuś zdoła wytłumaczyć, że małżeństwo pozostało już tylko na papierze? Trzeba sprawę załatwić, ale wciąż odkładała ją na później. Bo trzeba znaleźć prawnika. I narazić się na koszty. Bez tego się nie obejdzie, wciąż bowiem nie osiągnęli porozumienia co do wysokości alimentów na Damiana, z czego eks ciągle korzystał. Płacił, ile chciał i kiedy chciał. Oczywiście zawsze miał „dobre wymówki”. Albo brak pracy, albo za słaba praca. W zasadzie nie płacił od kilku miesięcy, a pracę miał — rozważała.

*

Mimo wielu niepowodzeń nie miała jednak poczucia zmarnowanego czasu na portalu, bo poznała tam Pana Futrzaka i się z nim zaprzyjaźniła. Był tak jak ona po ciężkich przejściach, tylko innego rodzaju. Ona miała za sobą lata obojętności i dręczenia psychicznego przez współmałżonka, on zaś bogate doświadczenia związane ze zdradą przez dwie Iwony. Jedną była żona, z którą nie był w stanie się rozwieść pomimo jej licznych i wyśledzonych skrzętnie zdrad oraz faktu zamieszkiwania od lat pod jednym dachem z zupełnie innym panem. Druga Iwonka również mocno doświadczyła Pana Futrzaka o dobrym i wrażliwym sercu. Rozwiodła się z mężem tyranem i alkoholikiem dzięki jego pomocy, odzyskała życie i zamieszkała z nim, twierdząc, że go kocha. W międzyczasie, korzystając z jego wsparcia w opiece nad dziećmi, znalazła pracę, a potem zmieniła na jeszcze lepszą. Niestety, gdy już zupełnie odbiła się od życiowego dna, wymieniła również Pana Futrzaka na młodszy model. Po prostu wyprowadziła się z dnia na dzień bez żadnego wyjaśnienia i komentarza. Tak więc zarówno Pan Futrzak, jak i Emi mieli podobne doświadczenia — zostali niedocenieni i oszukani przez poprzednich partnerów, choć wydawałoby się, że dawali z siebie wszystko, by ich zadowolić.

Mimo że doświadczenia zdobyli w inny sposób, mieli wiele wspólnych tematów, więc szybko się ze sobą zaprzyjaźnili. Ich znajomość na początku była korespondencyjna, a z czasem zmieniła się na telefoniczną. Widzieli się tylko trzy razy na żywo, bo mieszkali w innych miastach.

Emi bardzo lubiła Pana Futrzaka, ale wiedziała, że w sprawach miłosnych nic ich nie połączy. Nie czuła chemii. Jednak chętnie i często ze sobą rozmawiali przez telefon, bo doskonale się rozumieli.

Gdy już zrelacjonowali sobie wszystkie minione problemy z płcią przeciwną i nie tylko i zostały im tylko sprawy bieżące, rozmowy stały się rzadsze i krótsze, ale żadne z nich nie miało o to pretensji. Znajomość trwała.

Pan Futrzak tak jak ona kochał zwierzęta. Tyle że on miał całą hodowlę rasowych psów, a ona jednego małego o imieniu Sweety, którego pewnego dnia kupiła synowi. Małe, kudłate i trochę nieświeżo pachnące stworzonko, pełne energii, przez co nigdy nie dawało o sobie zapomnieć. Jednak na tego rozrabiakę nie dało się gniewać, taki był słodki i uroczy.

Na portalu poznała też sympatycznego policjanta Waldka. Ta znajomość jednak jakoś szybko się rozmyła. Przez chwilę miło sobie żartowali, gdy na wieść, że jest policjantem, odpisała mu, że ona z kolei jest poszukiwanym przestępcą, ale nagle ta korespondencja zanikła, bo Waldek przestał się odzywać. Choć planowali spotkanie.

Widocznie poznał kogoś właściwego, może tę jedyną — pomyślała, gdy skasował konto pewnego dnia. Zresztą i tak miała wątpliwości co do Waldka, bo zbyt często nawiązywał w rozmowach do ulubionego piwka po pracy. Bała się, że może mieć z tym problem. A może była po prostu przewrażliwiona?

Jedna z osób poznanych bliżej na portalu miała problem alkoholowy i potem Emilia obawiała się takich znajomości. Wiedziała, że na pierwszy rzut oka wszystko wygląda OK, a pewnego dnia okazuje się, że człowiek wpada w ciąg i nie może się z niego wydobyć mimo wysiłku. Gdy już naprawdę chce z tego wyjść, potrzeba pomocy lekarza, kroplówek, odtruwania. Przeczytała kilka książek na ten temat i odkryła, że alkoholizm to okropna i zdradliwa choroba. O pewnych rzeczach nie miała wcześniej pojęcia. Teraz bała się i nie chciała znowu choćby polubić alkoholika.

Tak bardzo cierpiała po trudnych przejściach z Sebastianem. Jak dobrze, że i to ma za sobą. Wprawdzie Seba raz na pół roku się odzywał, ale ona się tym już nie przejmowała. Lubiła go, bo miał w sobie wiele ciepła i był sympatyczny, a do tego dysponował wspaniałą sylwetką sportowca i siłacza, ale odkochała się, a jak mówi przysłowie: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Szkoda, że taki wspaniały zestaw cech musiał się marnować przez nadmierne spożywanie alkoholu.

Tak samo jak na symptomy uzależnienia od alkoholu uważała na jakiekolwiek symptomy narcyzmu. Nie chciała ponownie trafić w szpony manipulatora i psychicznego oprawcy. Wolała być sama, wolna jak ptak. Bez powtarzania tego, co było. Marnowania kolejnych lat na męczarnie z trudnym mężczyzną. Była na to za stara. Ale wystarczająco młoda, żeby iść przez życie w parze z kimś dobrym i miłym.

Ponieważ bezskuteczne poszukiwanie partnera na portalu randkowym trwało już kolejny rok, w końcu odpuściła. Najpewniej większość mężczyzn tam trafiających to ludzie z poważnymi, nierozwiązanymi problemami ze sobą — stwierdziła. Nie będę już szukać. Cieszę się tym, co mam dziś. A jak będzie mi w życiu pisane, to samo się przytrafi.

Tajemniczy nieznajomy

Obudził się potwornie niezadowolony. Sen był piękny, choć niespokojny, a teraz ta paskudna rzeczywistość.

Śnił mu się ojciec. Bardzo mu go brakowało, dlatego wstał taki rozbity i stęskniony. W tym śnie wyszli z ukochanego domu, w którym czuł się szczęśliwy. Był oczkiem w głowie ojca. Tak przynajmniej to wspominał. Poszli w odwiedziny do ciotki, która mieszkała ulicę dalej. Ciotka płakała. Pamiętał ten dzień, stąd pewnie ten realistyczny sen. Choć wtedy nie do końca rozumiał, czemu aż tak płacze. Był jeszcze naiwnym dzieckiem. Przecież wcześniej tak złorzeczyła na swoich nicponi, a teraz strasznie biadoliła nad ich losem.

Ciotka go przytuliła i jęczała nad uchem:

— Żebyś chociaż ty wyrósł na mądrego chłopaka. Żeby z ciebie rodzice mieli pociechę. U mnie nieszczęście za nieszczęściem, bieda za biedą. Dopiero co Józka zamknęli, dwadzieścia pięć lat chłopaczyna straci. Cała młodość przeminie. Co on potem zrobi, biedaczek? Czy ja jego powrotu dożyję? Było babie łeb rozwalać? Było gnata kupować? Co go tak podkusiło? Jak on mógł? Taki wstyd. Taki ból. A teraz Janek utonął. Co ja zrobię? Matka bez synów została. Serce matce złamali. Jak żyć, jak żyć? A tyle razy mówiłam, że z wodą nie ma żartów, żeby nad wodą nie pił, z kolesiami nie dokazywał, a on jeszcze na łódkę polazł. — Ciotka zanosiła się szlochem. — Bracie, jak ja teraz dam radę? Jak teraz będę żyła?

— Uspokój się, będziesz żyła. Dasz radę. Jesteśmy przecież zawsze blisko. Możesz wpaść, pogadać, kiedy tylko chcesz. Z forsą też ci pomogę, przecież wiesz. A teraz się napijemy. — Ojciec postawił na stole z impetem flaszkę wódki. I sen się zakończył.

Zobaczył obrzydłe cztery ściany i też zachciało mu się napić czegoś mocniejszego. Zaczął grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu monet na chociażby „małpkę”.

Kiedy się wreszcie stąd wyrwie? Chciałby, żeby wróciło to, co było kiedyś. Najlepsze hotele, wczasy, nieograniczone budżety. Miał kupę kasy i czuł się panem życia. Kobiety na niego leciały. Ciekawe, co by powiedział ojciec, gdyby zobaczył, jak syn sobie radzi? Już chciał trochę pozłorzeczyć, ale przypomniał sobie, że przecież mogło być znacznie gorzej. Te cztery ściany jednak nie są takie złe. W końcu zawsze może otworzyć drzwi i stąd wyjść.

Z uśmiechem podreptał do kuchni, zalał wodą kawę i zapalił papierosa.

*

Gdy Emi już odpuściła poszukiwanie nowych znajomości, naraz napisał do niej pewien Paweł. Wciąż miała konto na portalu randkowym, ale rzadko na nie zaglądała i rzadko się logowała, więc mało kto się do niej odzywał. Wiadomość od niejakiego Faraona stanowiła więc dla niej zaskoczenie.

11:55

Witaj, Paweł z tej strony.

12:16

Cześć. Pozdrawiam, Emilia.

12:19

Witaj, Emilia, miło mi. Mam pytanie. Jaki człowiek, o jakim charakterze Cię interesuje?

13:11

To chyba temat na dłuższą rozmowę… Na pewno ktoś, z kim można się dogadać i nie ogranicza drugiego człowieka. A może po prostu powiedz, o co konkretnie chodzi? To ustosunkuję się :-).

14:04

Chodzi mi o pozytywne podejście do życia. Czy wymienimy się numerami telefonu i porozmawiamy? Mój numer to xxx xxx xxx. Oddzwonię.

14:42

Świetny pomysł. Mój numer to xxx xxx xxx, ale dopiero wieczorem, bo w pracy mam kocioł. Pozdrawiam.

15:48

OK. O której zadzwonić?

Zerknęła na jego profil.

Faraon

O dwa lata młodszy. 186 cm wzrostu, czarne włosy, oczy niebieskie, kierownik/menedżer, wykształcenie średnie, rozwiedziony; mam dzieci

Alkohol i papierosy: lubię tylko okazjonalnie, obojętny

O mnie: szczery, odpowiedzialny, otwarty, charakterny; szacunek i zrozumienie drugiej osoby to podstawa

Osobowość: dowcipny, romantyczny, rozważny, spokojny, towarzyski, zrównoważony, ugodowy

Szukam: przyjaźni, miłości

Sport: pływanie, jazda na rowerze, wyścigi samochodowe

Wolny czas: z przyjaciółmi, restauracja, kino

Zainteresowania: podróże, sport, taniec

I wreszcie było tak, jak chciała. Zwyczajnie, normalnie. On był miły i niedziwny. Poprosił szybko o numer telefonu, zapytał, kiedy może zadzwonić, i zrealizował to. Rozmawiali, gdy siedziała w pracy po godzinach, ale w pokoju oprócz niej nie było już nikogo, więc miała zapewniony spokój i prywatność. Wiedziała, że nikt, w tym Damian, nie będzie nadsłuchiwał.

Pierwsza rozmowa była fajna i relaksująca. Świetnie się rozumieli i żartowali w serdecznej atmosferze. Nawet nie wiedziała, jak Pawłowi udało się rozbawić ją do łez. Od dawna żadnemu mężczyźnie się to nie udało podczas zwykłej rozmowy.

Paweł chciał umówić się na pierwsze spotkanie, ona jednak najbliższy weekend miała zajęty. Urządzała Damianowi urodziny. Mieli się oboje zastanowić, gdzie i kiedy się spotkają.

Nareszcie ktoś normalny, kto rozumie, czemu służy portal randkowy — myślała. Po to, by kobietę, która się podoba, zaczepić, porozmawiać i umówić się na spotkanie. A nie klikać wiadomości tygodniami i zanudzać innych. Przecież wiadomo, że nikt zrównoważony nie będzie zwierzał się obcym ludziom, więc po co tyle pytać i pisać? Albo brać numer telefonu po to, by nigdy nie zadzwonić? Albo dzwonić, by gadać głupoty? To tylko strata czasu. Z takiego zachowania nic nie wynika.

Podobało jej się w Pawle, że porozmawiali nie za krótko i nie za długo. Tak w sam raz jak na pierwszą rozmowę. I tak normalnie. Bez dziwacznych i głupich pytań. Bez mało zabawnych żartów. Wracała z pracy do domu bardzo optymistycznie nastawiona do dalszego przebiegu nowej znajomości.

Kolejnego dnia Paweł znowu zadzwonił. Gdy kończyła już pracę, po siedemnastej, ale tym razem przebieg rozmowy był dla niej zaskakujący. Miała wrażenie, że znajduje się pod wpływem alkoholu. Zresztą po chwili sam się do tego przyznał. Przyczyna była prozaiczna. Miał wczoraj urodziny, zaś dzisiaj wpadli do niego znajomi i z tej okazji wypili alkohol, nawet całkiem sporo. Emilia usłyszała głos starszej kobiety, a Paweł powiedział, że w tej chwili nie może rozmawiać, bo wpadli sąsiedzi, ale potem oddzwoni. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale mimo że Paweł jeszcze się nie rozłączył, miała wrażenie, że nikt już jej nie słucha. Poczuła się nieswojo, ale liczyła, że wyjaśni swoje wątpliwości podczas kolejnej rozmowy. Miała kilka pytań.

Przecież jest środa, środek tygodnia. Skoro Paweł tak baluje, to czy jutro nie wybiera się do pracy? — od razu naszły ją przemyślenia.

Niestety już nie oddzwonił tego wieczoru. Zastanawiała się, co o tym myśleć. Może to kolejna znajomość, która się skończy, zanim się zaczęła? A może po prostu poszedł spać, bo najwyraźniej przesadził z alkoholem?

Była na tym punkcie bardzo czuła po absztyfikancie Sebku, który okazał się alkoholikiem. Miała nadzieję, że nie jest to problem Pawła. Może dowie się jutro? W końcu wielu facetów potrafi upić się w swoje urodziny. Mariuszowi też się to zdarzało, a on alkoholikiem nie był. To nic takiego. To Emi jest przewrażliwiona.

Następnego dnia w czwartek poszła jak zwykle do biura, a Paweł nie dzwonił ani nie esemesował. Normalnie odpuściłaby tę znajomość i przeszła nad nią do porządku dziennego, ale coś ją przyciągało do tego człowieka. Minęło pół dnia i wiedziona ciekawością postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

11:55

Czy wszystko w porządku? — spytała w esemesie.

Po chwili zadzwonił.

— Cześć, Emi, nie dzwoniłem, bo od rana pęka mi głowa. Przesadziłem ze świętowaniem swoich urodzin. Teraz już się trochę lepiej czuję, ale rano umierałem — wyznał z rozbrajającą szczerością.

— To nie musiałeś dzisiaj iść do pracy? — spytała uspokojona.

— Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu nie chodzę do pracy. Jestem na zwolnieniu lekarskim. Mam nogę w gipsie. Nie mówiłem ci?

— Nie. Nic a nic. A gdzie pracujesz? Jakoś zapomniałam cię spytać.

— W serwisie samochodowym niedaleko lotniska. Jestem szefem mechaników.

Super, nigdy nie znałam blisko mechanika — pomyślała od razu Emi.

— Wiesz, mój ojciec miał na imię tak jak ty. No, ale niestety zmarł kilka lat temu na raka — zmieniła temat.

— Strasznie mi przykro, Emi — odparł ze zrozumieniem Paweł. — Kiedy się spotkamy?

— Rozmawialiśmy już przecież wstępnie o niedzieli. W sobotę nie mogę, bo urządzam urodziny Damiana. Tak nawiasem to chyba jesteście spod tego samego znaku zodiaku i w dodatku mojego ulubionego. — W duchu pomyślała, że może to jakiś znak? No i to imię — takie jak u jej ojca! — Tylko jak ty dotrzesz na spotkanie z nogą w gipsie? — kontynuowała. — Może najpierw wylecz tę nogę. Możemy przecież utrzymać kontakt telefoniczny — zaproponowała Pawłowi.

— Emi, nie martw się. Dotrę bez problemów. Niedziela jest też OK. Już się przyzwyczaiłem do funkcjonowania z tą nogą. Dam radę — odparł z uśmiechem. — Podoba mi się, że martwisz się o drugą osobę. Masz dobre serce.

— A co się właściwie stało?

— Miałem wypadek. Kilka miesięcy temu jechałem samochodem z kolegą z pracy jako pasażer. Ktoś wymusił pierwszeństwo na skrzyżowaniu i w nas walnął. Drzwi samochodu wbiły mi się w nogę. Złamanie otwarte obu kości piszczelowych — masakra. Ocknąłem się w kałuży krwi. Robert, mój kumpel z serwisu, był kierowcą, ale doznał tylko potężnego zasinienia połowy ciała. Normalnie czarny był. A mnie karetka zawiozła do szpitala.

— O matko, to miałeś niezłe przejścia. Współczuję.

— To nie wszystko. Bałem się, że stracę nogę. Wszystko mi się dosłownie majtało i byłem zalany krwią. Na szczęście pod szpitalem w karetce znalazłem w sobie dość sił, żeby zadzwonić do Jurka, kumpla z dzieciństwa, a ten kazał mi przyjechać prywatną karetką do szpitala, w którym pracował jako ortopeda traumatolog. Zrobili mi operację i uratowali nogę.

— A kiedy to było?

— W maju.

— I wciąż masz nogę w gipsie? To długo. Kiedy go zdejmą? — spytała zdziwiona.

— Nie wiem, Emi, nie jestem lekarzem. Poza tym doszło do komplikacji. Podczas drugiej operacji włożono mi metalową płytę, która miała przyspieszyć zrost kości, ale spowodowała stan zapalny. Potem była kolejna, podczas której tę płytę wyjmowali i wreszcie zdjęli gips. Ale po kilku dniach w domu kość znowu pękła i ponownie mnie zagipsowali. Teraz liczę, że noga się wreszcie zagoi i będę mógł wrócić do pracy. Nie mogę się doczekać. Mam już dosyć nieróbstwa.

Po tej rozmowie następowały kolejne, bo Paweł dzwonił kilka razy — w czwartek i w piątek — i świetnie im się gadało. Miała wrażenie, że zna go od dawna. Nareszcie znalazła z kimś wspólny język. Było tak, jak powinno być. Kontrolowała tempo znajomości.

Czekała na spotkanie z zainteresowaniem. Zdjęcia na portalu były w porządku, ale co będzie na żywo? Nieraz się jej zdarzało, że z kimś fajnie się rozmawiało, a potem na spotkaniu czar pryskał — brakowało chemii i w ogóle to nie było to. Albo na żywo ktoś wyglądał inaczej niż na zdjęciu. Nie podobała się sobie na zdjęciach, ale odbicie w lustrze było całkiem OK. Są też ludzie fotogeniczni, którzy świetnie wychodzą na zdjęciu, a w rzeczywistości wyglądają mniej ciekawie.

Wieczorem po pracy wpatrywała się w zdjęcia z portalu i w twarz Pawła. Próbowała z niej wyczytać, czy to ta właściwa osoba. Kim on jest? Wysoki, szczupły, przystojny, ładnie ubrany, ciemne włosy — fajna odmiana po mężu blondynie. Widać, że do zdjęcia pozował, tak jakby specjalnie robił je na ten portal. W dwóch różnych kreacjach. Na jednym biały T-shirt, ciemno-granatowe spodnie garniturowe i pikowana, cienka, granatowa kurtka, czarne pantofle, no i to sympatyczne, życzliwe spojrzenie. Na innym znów te ciemne spodnie i pantofle, a do tego granatowa koszulka z białym napisem i granatowa marynarka. Tym razem dość surowe spojrzenie. Może to kolega z pracy je zrobił? Może właśnie obok serwisu? Albo jakiegoś klubu? Zaraz, a co to za napis na T-shircie pod marynarką? Chyba widać litery: RON.

A może on pracuje w ochronie tego serwisu? I po prostu oszukał mnie, mówiąc, że jest szefem mechaników? Może to jakiś kolejny konfabulator? — miotała się.

*

Podczas piątkowej wieczornej wizyty mama sprowadziła Emi na ziemię.

— Po co ty się tak tym podniecasz? Nie ma sensu się zastanawiać, dopóki się kogoś nie spotkało i nie poznało. Nie powinnaś teraz za dużo o tym myśleć.

— Łatwo ci tak mówić, bo nie miałaś przejść z facetami. Spędziłaś wiele szczęśliwych lat w związku z jedną osobą — tłumaczyła Emi swoje niepokoje.

— Jak wiesz, ojciec nie miał łatwego charakteru. Też były lepsze i gorsze chwile — uzasadniała swoje racje mama.

— Wiem, ale ja chciałabym wreszcie spotkać kogoś normalnego. Nie spodziewam się, że będzie aniołem, tylko zwykłym facetem z zaletami i wadami. Niech tylko nie będzie dziwakiem, szaleńcem lub narcyzem.

— Podobno wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie wszyscy jesteśmy zdiagnozowani — zażartowała mamusia.

— Spójrz, mamo, wrzucił na portal nowe zdjęcie. Stoi przy jakimś samochodzie. Przed bramą, na trawie, tuż obok budynku — oznajmiła, wpatrując się w swój telefon, po czym przesiadła się na kanapie na miejsce tuż obok mamy, żeby zaprezentować kolejną fotkę Pawła.

Czyli on wciąż szuka… Może to i dobrze? — myślała.

— Widocznie nadal poszukuje, skoro mimo rozmów z tobą dorzuca kolejne reklamówki — zasugerowała mama. — Tak więc nie ma co się na razie ekscytować tą znajomością. Będzie, co będzie.

Emi też uważała, że dopóki się nie spotkali, stanowią dla siebie jedną wielką niewiadomą. Może na żywo nie przypadną sobie do gustu? Na niektórych zdjęciach Paweł miał dobrą i miłą twarz, na innych nieprzystępną, a na tym nowym zagubioną. Nie mogła go rozszyfrować. Miała wrażenie, że to nowe zdjęcie zostało zrobione dawno temu. Nosił trochę niemodne ciuchy. Pantofle, szerokie dżinsy, białą koszulę i beżową marynarkę. Zwróciła szczególnie uwagę na spodnie.

Po co wrzucał je na portal, skoro jest gorsze od tamtych? — pomyślała. Zapyta go koniecznie, kiedy zdjęcie zostało zrobione. E tam, pewnie tradycyjnie, jak każdy facet, jest po prostu z siebie bardzo zadowolony. Tak czy inaczej postanowiła spytać go o zdjęcie.

*

— Nie mam pojęcia, o jakie zdjęcie ci chodzi.

— No jak to? To przy samochodzie. Stoisz przy samochodzie. Masz tylko jedno zdjęcie na portalu z samochodem. Jak można nie pamiętać zdjęcia dodanego kilka godzin wcześniej do swojego profilu randkowego? — dociekała Emi.

— Chyba już rozumiem, co się stało. To musiał zrobić braciak. Bez konsultacji ze mną. Muszę z nim poważnie porozmawiać — wyjaśnił spokojnie Paweł.

— To ty też masz brata? Mój jest ode mnie starszy — próbowała wyciągnąć jak najwięcej informacji.

— Tak, ale jest kilkanaście lat ode mnie młodszy. Pomagał mi przy zakładaniu konta, więc znał hasło.

— Tego zdjęcia może nie pamiętasz, bo chyba jest dość stare. Bez sensu, że je ci wrzucił — nie mogła się pohamować z wyrażeniem swej opinii.

— Już pamiętam. Nie jest stare. Zrobione było całkiem niedawno — tłumaczył dalej Paweł.

Emilia pomyślała, że to niemożliwe, bo na tym zdjęciu Paweł ma niemodne już ciuchy, ale ugryzła się w język i nic nie powiedziała. Postanowiła wyjaśnić to później.

— A gdzie te inne zdjęcia zostały zrobione? Co to za budynek z takim okrągłym oknem?

— To pod pracą. Obok wejścia dla pracowników. A to ostatnie to obok mojego domu. Kiedyś przyjedziesz, to sama zobaczysz.

*

Następnego dnia Emilia wstała dość wcześnie, żeby przygotować przyjęcie urodzinowe Damiana. Był paskudny, chłodny i deszczowy jesienny poranek. Nawet nie chciało jej się wychodzić na spacer ze Sweety, więc wypuściła go tylko do ogródka, ale i tak za chwilę zaczął piszczeć pod schodami, żeby go wnieść z powrotem. Nie miała zbyt wiele roboty, ale nie chciała zostawiać niczego na ostatnią chwilę. Wolała odpocząć tuż przed przyjściem gości. Dużo pracowała w nadgodzinach i ostatnio późno wracała do domu, więc pomyślała, że nie ma zbyt wiele wolnego czasu na samodzielną organizację przyjęcia, czyli pichcenie w kuchni, ale jak zamówi pizzę, to i tak wszyscy goście będą zadowoleni. W piątek wieczorem zrobiła samodzielnie tort. Dziś pozostało jej tylko posprzątanie mieszkania i przygotowanie stołu na przyjście gości.

O dziewiątej rano zadzwonił Paweł. Trochę wcześnie jak na telefon do nieznajomej w weekend, ale już nie spała, więc nie szkodziło. Zdziwiło ją tylko, że stoi na stacji i czeka na pociąg. W ten ponury poranek nawet psa by nie wygoniła z domu, a on wyszedł gdzieś z własnej inicjatywy. W dodatku stał tam w gipsie na nodze i o kulach!

— A ty, Emi, co porabiasz? — spytał spokojnie.

— Dopiero się obudziłam i piję kawę w łóżku. I piesio leży obok mnie — odpowiedziała, próbując zwrócić uwagę na kontrast sytuacji.

— Jeszcze leżysz? Nie wierzę — powiedział z wyczuwalnym uśmiechem Paweł. — Słodziak pewnie zadowolony, że może się z panią wylegiwać.

— Sobota i niedziela to dni, kiedy mogę się wreszcie wyspać. I tak zaraz muszę wstawać, żeby zdążyć przygotować mieszkanie na przyjście gości. Rozstawić stół i te sprawy… A ty czemu w sobotę tak wcześnie się zrywasz? — Nie mogła się oprzeć pokusie, by tego nie wyjaśnić.

— Emi, mówiłem ci, że z zawodu jestem mechanikiem. Warsztaty otwiera się wcześnie. Jestem przyzwyczajony do porannego wstawania, choćbym nie musiał tego robić. Po prostu taki nawyk — odpowiedział niezaskoczony pytaniem.

— No dobrze, ale gdzie wybierasz się z samego rana? Mówiłeś, że stoisz na peronie… — drążyła temat.

— Umówiłem się w centrum z Sylwkiem. Nie wiem, czy ci opowiadałem, to mój syn. Zbiera na jakieś sportowe buty, więc chcę mu dać dwie stówy, to się chłopaczyna ucieszy — wyjaśnił.

— Faktycznie coś wspominałeś. Starszy od Damiana o dwa lata, prawda? — dopytała, a oczami wyobraźni już widziała chłopaków jako dobrych znajomych.

— Tak, Emi. Odpoczywaj ze Słodziakiem, a ja na razie kończę, bo nadjeżdża pociąg. Będziemy w kontakcie. Pa.

*

Po południu, gdy u Emilii już bawili goście, Paweł zadzwonił ponownie. W tle rozmowy było słychać, że jest znowu na dworze w okolicach przejeżdżających pociągów.

— Słuchaj, Emi, strasznie cię przepraszam, ale jutro nie możemy się spotkać. Zupełnie zapomniałem, że mam wizytę kontrolną w szpitalu z moją złamaną nogą. Głupio mi strasznie. W dodatku z doświadczenia wiem, że długo to potrwa, będę siedział w kolejce i nie wiadomo, o której lekarz mnie w końcu przyjmie. Spotkajmy się w tygodniu. Mogę nawet podjechać gdzieś bliżej twojej pracy. Zróbmy tak, żeby tobie było wygodnie.

— No rozumiem… Serio masz wizytę w niedzielę w państwowym szpitalu? — spytała zadziwiona. Od lat korzystała z prywatnych przychodni częściowo refinansowanych przez pracodawcę i myślała, że tylko tam umawiają nawet na weekendy.

— Serio. Juras ma wtedy dyżur i tak mi wyznaczył wizytę. Muszę tam być. Robi mi przysługę tym, że wciągnął mnie na to wielomiesięczne leczenie do swojego szpitala — odpowiedział.

— OK, rozumiem. Nie mogę za długo gadać, bo jak wiesz, mam teraz gości — odparła nie całkiem uspokojona tłumaczeniem Pawła.

— Emi, jeszcze raz cię strasznie przepraszam. Nie chcę teraz przedłużać, bo jesteś zajęta. Jutro się zdzwonimy i ustalimy nowy termin spotkania. Tymczasem miłego wieczorku ci życzę — próbował uspokoić ją jeszcze na końcu rozmowy.

Zaczęła jednak snuć czarne myśli. Czyżby to jednak kolejna pomyłka i tyle? Facet twierdzi, że chodzi o kulach, ale dużo czasu spędza na dworze. Gdy dzwoni, często słychać pociągi, nawet w chłodną, październikową sobotę o dziewiątej rano i wieczorem.

Zorientowała się, że dość często ogląda filmy w telewizji, bo o tym opowiada. Może gdzieś na dworcu? Może na randkę przyjdzie bezdomny z dworca? I w dodatku bez nogi…? Zaczęła mieć złe przeczucia. A może będą tak przekładać i przekładać, i do żadnego spotkania nie dojdzie?

Kilka tygodni wcześniej umówiła się w galerii handlowej z jakiś wariatem, który nie przyszedł na spotkanie, a potem nawrzeszczał na nią przez telefon, że to właśnie jej nie było na umówionym miejscu, więc już sobie poszedł. Jakieś szaleństwo… A wcześniej też się dziwnie zachowywał. Na przykład nie mógł zrozumieć, że Emi jest zalogowana na portalu, mimo że z nim w danej chwili nie koresponduje, więc zapewne robi to z kimś innym. Też coś. Wiadomo, że dopóki się nie spotkali i nie przypadli sobie do gustu, może korespondować z innym i to nie jednym.

Po przemyśleniach wyszło, że w niedzielę powinna iść do biura, bo inaczej nie zdąży z pewnymi sprawami w kolejnym tygodniu. Tak więc odwołanie randki dobrze się zbiegło. Całkiem niedawno jej firma przeszła zwolnienia grupowe i teraz brakowało rąk do pracy albo okazywało się, że doba jest za krótka.

W biurze swoje myśli przerzuciła na inne sprawy, ale uspokoiła się dopiero, gdy późnym popołudniem Paweł zadzwonił. Było mu wciąż przykro, że w ostatniej chwili wypadła sprawa ze szpitalem. Jeszcze się zastanawiał, czy po powrocie do domu nie zainicjować czegoś na niedzielny wieczór, ale wysiadając na stacji, spotkał Robsona i tamten namówił go na jedno piwo w pobliskim, niezbyt uroczym, ale jedynym w okolicy barze. Zgodził się, bo nie mieli okazji razem świętować niedawnych urodzin Pawła. No i już głupio mu było iść potem na randkę z chuchem piwnym. Nadal tam siedzą i rozmawiają.

W trakcie rozmowy telefonicznej z Emilią jakaś kobieta krzyknęła kilka razy w tle: „Ty pijaku, ty!”.

— Mam nadzieję, że to nie do jednego z was? — zapytała Emilia.

Paweł roześmiał się.

— To bar przy stacji kolejowej i mnóstwo tu pijaków, a do jednego z nich krzyczy wkurzona barmanka.

Spotkanie

Wrócił do domu po pracy potwornie zmęczony. Już się ściemniało. Był głodny, ale postanowił z jedzeniem poczekać na matkę. Położył się na kanapie i włączył telewizor. Spojrzał na zegarek.

Mam pół godziny. Potem wstanę i pojadę ją odebrać — pomyślał.

Po chwili usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i kroki w drugim pokoju. Ogarnął go niepokój.

Czy dziś będzie święty spokój, czy znowu awantura? Muszę znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać — rozmyślał gorączkowo. W końcu wcale nie musi tu być. To nie jego mieszkanie.

Łzy napłynęły mu do oczu, ale zebrał wszystkie siły, by się opanować. Nie chce go prowokować. On chętnie wykorzysta słabe strony do swoich głupich zaczepek i komentarzy.

Skoro prysł nastrój na oglądanie telewizji, postanowił pojechać wcześniej odebrać matkę z pracy. Najwyżej poczeka pod budynkiem i pogada z dziewczyną przez telefon. Ostatnio zrobiła się taka marudna. Może jak okaże jej większe zainteresowanie, to polepszy jej się nastrój? Spojrzał w lustro i zobaczył w nim przystojnego blondyna z przerzedzającą się blond czupryną i umięśnionym ciałem. Popatrzył krytycznie na siebie i pomyślał, że musi w tym tygodniu jeszcze ze dwa razy poćwiczyć na siłowni.

*

Paweł okazał się całkiem normalnym facetem. Nie był bezdomnym bez nogi.

Spotkali się we wtorek w centrum handlowym niedaleko pracy Emilii. Umówili się, że będzie czekał obok lokalu Pod Gitarą. No i stał tam, i czekał na nią elegancki, szczupły, młodszy niż na zdjęciach, choć z lekką siwizną na skroniach, która dodawała mu uroku. Uśmiechnięty, wysoki, dość przystojny, tak jak chciała. Nie lubiła zbyt przystojnych po tym, jak wyszła za mąż za ładnego… Miał lekko skrzywiony nos, chyba po złamaniu, pewnie sprzed lat.

Muszę koniecznie dopytać, jak to się stało, ale nie na pierwszej randce — pomyślała od razu.

Gips okazał się prawdziwy, a Paweł żwawo się z nim poruszał, podpierając się na dwóch kulach. W dodatku pomimo gipsu był całkiem elegancko ubrany — spodnie od garnituru, nieco za luźne, bo teraz modne są rurki, ale musiał się w nich przecież zmieścić gips, biała koszula w niebieskie paski, skórzana krótka kurtka, jeden wypastowany but. Paznokcie czyste, zadbane i — co lubiła — krótko obcięte. Jej kolejne skrzywienie po związku z Mariuszem, który miał długie paznokcie i niejednokrotnie ją podrapał lub boleśnie dotknął, a gdy prosiła, by je obciął, mówił, że krótkie paznokcie go denerwują.

Udali się do jednej z okolicznych kawiarni. Paweł zaproponował kupno picia i jedzenia, ale miała ochotę tylko na kawę. Kupił zatem dla nich obojga. Rozmawiali o zwykłych sprawach, trochę o pracy, o dzieciach, trochę żartowali. No i jeszcze oczywiście o portalu. Że tam są dziwni ludzie. Paweł też tak uważał. Emi opowiedziała mu historię Jasia. Paweł upewniał się, że Emi nic z nim nie łączy i że na pewno się nie spotykają. Rozczuliła ją ta zazdrość już na pierwszej randce.

— Oczywiście że się nie spotykamy — przytaknęła zgodnie z prawdą. Uznała, że nie ma sensu wchodzić w szczegóły i tłumaczyć, że czasem z Jasiem koresponduje, bo przecież dla niej to tylko koleżeństwo albo wygłupy. Nie była nim zainteresowana. Ale ktoś inny mógł tego nie zrozumieć. Paweł jeszcze nie znał jej dobrze.

Opowiedziała mu też trochę o Panu Małpie, podając go jako przykład dziwnych męskich zachowań, ale Paweł uznał go za szaleńca i nawet nie był zazdrosny.

Bez pytania zadarł nogawkę spodni i pokazał jej swój gips. Jeszcze niedawno sięgał do pachwiny, teraz już tylko do kolana, co ułatwiało mu funkcjonowanie.

Spotkanie było miłe, rozmowa przyjemna, rozumieli się w lot. Wreszcie ktoś grzeczny i nienatarczywy — myślała.

Rozmawiali o niej. Że jest atrakcyjną kobietą, więc często zdarzało się jej na pierwszych randkach coś, czego nie znosiła — zbyt bliskie odległości, niepotrzebny dotyk typu łapanie za rękę, próby przedwczesnych pocałunków.

Z Pawłem nic takiego się nie zdarzyło, choć na koniec spotkania nalegał, by usiadła mu na kolanach i zrobiła im zdjęcie swoim telefonem. Zaskoczyło to ją, ale było całkiem miłe. No i miała w telefonie pamiątkę pierwszej randki.

Paweł poprosił, żeby wybrała ujęcie, które jej się najbardziej podoba, i mu wysłała, a on umieści je sobie w telefonie przy jej imieniu. Bardzo miłe. Potem odprowadził ją do garażu w podziemiach sklepu. Zauważyła, że świetnie sobie radzi, chodząc o kulach, ledwo za nim nadążała. Nawet przez chwilę znowu powątpiewała, czy gips jest prawdziwy. Paweł się śmiał z tych komentarzy.

— Emi, gdybyś tyle miesięcy co ja spędziła z nogą w gipsie, to byś mnie zrozumiała. Na początku faktycznie mało wychodziłem z domu, ale po jakimś czasie miałem dość. W końcu ile godzin dziennie można leżeć i oglądać telewizję? Postanowiłem wychodzić do ludzi i normalnie żyć, nabrałem zatem sporej wprawy w chodzeniu o kulach. Zwłaszcza że, tak jak ci wcześniej tłumaczyłem, kość pękła drugi raz. Już się ucieszyłem, że uwalniam się od gipsu, a tu znowu taki ambaras. Ale stwierdziłem, że to nie spowoduje, że zostanę więźniem własnego domu — wyjaśnił z uśmiechem powód swojej dobrej kondycji.

— No tak, pamiętam, mówiłeś. Mój ojciec też miał kiedyś taką sytuację z nogą. Zdjęli mu gips, a noga bardzo szybko mu znowu pękła i miał „powtórkę z rozrywki”.

— No właśnie. Ja nawet nie miałem okazji wyjechać nigdzie na wczasy w tym roku. Znajomi wyjechali, a ja całe lato spędziłem sam w mieście. Chodziłem wówczas na spacery o kulach. Już się nie mogę doczekać, kiedy mi to zdejmą.

— Rozumiem, ale podejrzewam, że przez jakiś czas i tak długo będziesz musiał chodzić bardzo ostrożnie. No i pewnie czeka cię rehabilitacja.

— Pewnie masz rację, ale o tym to już zadecyduje Juras.

Gawędząc, dotarli do wejścia do garażu, gdzie pożegnali się pocałunkiem w policzek. Jego pocałunek trafił dość blisko ust, ale po tym miłym spotkaniu wydało się to jej przyjemne.

Prosił, żeby zastanowiła się nad kolejnym spotkaniem. Koniecznie muszą się znowu zobaczyć, twierdził.

Emi z uśmiechem na ustach dotarła do samochodu. Może to wreszcie będzie TO? Szybko jednak zaczęła przywoływać się do porządku: to dopiero pierwsze spotkanie, które nic nie znaczy, zatem program „żyli długo i szczęśliwie” należy niezwłocznie wyłączyć.

Nie zdążyła przejechać połowy drogi do domu, a Paweł już zadzwonił, żeby upewnić się, że bezpiecznie wyjechała z garażu pod galerią handlową i że wszystko jest OK.

*

Po powrocie nie omieszkała opowiedzieć co nieco przez telefon Panu Futrzakowi, który jako pierwszy dobijał się z ciekawości, jak poszła jej randka.

— Może te eleganckie ciuchy ukradł jakiemuś umarlakowi z cmentarza? — Najwyraźniej nie chciał przyjąć do wiadomości, że Paweł nie jest bezdomnym z dworca.

— No chyba żartujesz. To zwyczajny facet. Normalny. A nie wariat, któremu od nadmiaru kasy się totalnie poprzewracało w głowie — tłumaczyła Emi, wylegując się w łóżku.

— Przecież żartowałem. Może wreszcie tobie się poszczęści. Bo ja to ciągle do kobiet mam pecha — powiedział rozżalony Pan Futrzak.

— Bo jesteś za dobry i niepotrzebnie to okazujesz osobom, których dobrze nie znasz. Masz serce na dłoni i przyciągasz ludzi, którzy chcą to wykorzystać — oświadczyła ze znawstwem w głosie Emi.

— No właśnie. Jak spotkać wreszcie kogoś na poziomie?

— Przede wszystkim musisz uwolnić się od Iwonki, czyli wreszcie się rozwieść. Ja osobiście nie chciałabym się spotykać z facetem, który od kilku lat jest sam, ale wciąż związany.

— Wiesz, że tego nie robię, bo lekarz zalecił mi spokój i unikanie stresów. To wszystko może się skończyć kolejną przepukliną kręgosłupa albo nawrotem gorszej choroby, o której ci opowiadałem.

— Przecież twój rozwód przebiegnie bez stresów. Macie już dorosłe dzieci. Ty nie tylko na nie łożysz, ale pomagasz więcej, niż można by oczekiwać. Macie poukładane życie osobno, w szczególności Iwonka. Jeśli, tak jak mówiłeś kiedyś, nie potrzebujesz się rozwodzić z jej winy, sąd podejmie decyzję na pierwszej rozprawie.

— Rozwiodę się, gdy poznam kogoś, dla kogo będę chciał to zrobić.

— Zrób to dla siebie. Nawet jeśli poznasz fajną babkę, zrezygnuje, gdy się dowie, że jeszcze nie jesteś całkiem wolny. Tworzysz zaklęty krąg — usiłowała przemówić Panu Futrzakowi do rozsądku, bo zależało jej, żeby i jemu poszczęściło się wreszcie w sprawach damsko-męskich. Spodziewała się jednak, że będzie i tak obstawał przy swoim.

Oczywiście ona rozumiała ten „stan”, w którym człowiek odwleka w czasie rozwód, bo miała podobny, ale była przekonana, że mało która kobieta go zrozumie. Poza tym łatwiej pojąć takie sprawy, gdy się traktuje kogoś jak przyjaciela, a nie potencjalnego partnera do związku. Wtedy na ogół więcej oczekujemy i wymagamy.

*

Znajomość z Pawłem rozwijała się w błyskawicznym tempie. Na dzień dobry pisał esemesy i to nie typu „miłego dnia”, na które po dwóch dniach odpowiada się na siłę. Były inne, oryginalne, zachęcały do interakcji. Dzwonił wiele razy i zawsze chętnie z nim rozmawiała. Nie miała w tamtym czasie okazji do częstych spotkań. W tygodniu długo pracowała w nadgodzinach, potem pędziła do domu, żeby spędzić czas z synem i wygłaskać małego Sweety. Jeszcze po drodze robiła zakupy… Właściwie całkiem wolny miała tylko co drugi weekend, gdy Damian szedł w odwiedziny do ojca.

Wtedy właśnie znów postanowili się spotkać. W najbliższy wolny weekend Emi.

Była rozważną kobietą. Czasem myślała, że aż za bardzo. Może to odstraszało mężczyzn? Może była zbyt mało szalona? Mama czasami zwracała jej delikatnie uwagę, że za dużo oczekuje i wymaga od innych.

Miała wątpliwości co do przebiegu kolejnego spotkania zainicjowanego przez Pawła. Wydawało jej się, że to trochę za szybko, żeby zapraszać go do swojego domu, ale trudno było wymyślić coś innego. Miał nogę w gipsie i chodził o kulach, więc spacerki po mieście nie bardzo wchodziły w grę, zwłaszcza że pogoda była jesienna, zimna i mokra. Zresztą on sam zaproponował taką formę spotkania, a jej nic mądrzejszego nie przychodziło do głowy. Obiecał, że coś pysznego ugotuje, bo uwielbia gotowanie, a dawno nie miał okazji robić tego dla kogoś. Twierdził, że jego matka pracowała kiedyś jako kucharka i od małego uczyła go gotować.

*

Podczas piątkowej rozmowy powiedziała, że kupiła wino na sobotę. Mogliby się napić symbolicznie po kieliszku.

— Wino? — spytał trochę karcącym tonem.

— A co, ty nie napijesz się alkoholu? — dopytywała, w duchu już ciesząc się, że może jednak rzadko pije.

Taki facet to byłby skarb. Nie dość, że nie miałabym problemów alkoholowych, to zawsze gdzieś by mnie podrzucił, gdybym się napiła — rozmyślała rozmarzona.

Okazało się, że Paweł — tak jak ona — nie lubi, gdy ktoś pije za często i za dużo. Oczywiście symbolicznie się napije, choć zasadniczo alkoholu unika, między innymi z uwagi na zalecenia lekarza związane z leczeniem nogi.

Stwierdził, że najwygodniej mu będzie dojechać pociągiem na przedmieścia w okolice Emi, a ona zaproponowała, że odbierze go z dworca kolejowego, żeby nie musiał zmagać się z autobusem z gipsem i o kulach po nieznanych okolicach.

Naraz przypomniało jej się, jak bardzo dobrze radził sobie z poruszaniem się o kulach. W końcu na ich pierwszą randkę bezproblemowo dotarł kolejką podmiejską i wracał podobnie.

Spokojnie, gips jest prawdziwy. Sprawdziłam przecież na pierwszej randce — uspokajała siebie w myślach, ogarnięta nagłym niepokojem.

Od bardzo dawna nie zapraszała do siebie mężczyzny, którym była naprawdę zainteresowana. Miała prawo być zdenerwowana. A jak jest się zdenerwowanym, to legną się czarne myśli i negatywne scenariusze. Tymczasem mnóstwo kobiet tak postępuje i nie przeżywa, i się nie boi.

To ja jestem zdrowa, a on jest w gipsie. W razie czego mam przewagę i się obronię — rozważała, czekając w samochodzie pod dworcem kolejowym. Gdy ciągle w życiu w tych sprawach układa się nie tak, to trudno pogodzić się z myślą, że nadszedł dzień, w którym wszystko będzie dobrze.

Zadzwonił Paweł.

— Gdzie jesteś? — spytał.

— Jak to gdzie? Czekam w samochodzie niedaleko budynku dworca. A ciebie nie widziałam. Zamierzasz przyjść? — Próbowała ze wszystkich sił pokazać, że jest wyluzowana.

— No pewnie, Emi. Chyba wyszedłem z peronu inną drogą, w stronę przystanku autobusowego. Szczerze mówiąc, nie pomyślałem i szedłem za tłumem. Zaraz cię znajdę, nie martw się. Stój i się nie ruszaj — uspokoił ją.

Chwilę potrwały poszukiwania. Znów był elegancki, choć o kulach. I jakoś tak za lekko ubrany jak na chłodną i deszczową pogodę. Znów w skórzanej kurtce. Musi mu coś potem powiedzieć na ten temat, bo się chłopak pochoruje.

Gdy jechali do domu, zaczął się żalić.

— Zobacz, Emi, chyba zniszczyła mi się karta. Nie mogę ani zapłacić, ani wypłacić kasy z bankomatu. — Pokazywał uszkodzenie na pasku magnetycznym.

— Może chcesz sprawdzić w bankomacie po drodze? Jest kilka. A jaki masz komunikat? Może wbijasz zły PIN? — dopytywała się Emi. Brak pieniędzy nie stanowił żadnego problemu, bo przecież tego dnia miał być jej gościem i nikt nie oczekiwał od niego żadnych wydatków. — Wiesz, ja to zawsze noszę przy sobie również gotówkę, właśnie na wypadek gdyby nie zadziałała karta. Nie chciałabym zostać na lodzie — dodała Emi.

— Ja wolę tego nie robić. Powiem ci szczerze, że kiedyś sporo wydawałem na markowe ciuchy. I miałem problem, by sobie odmówić. Dlatego dziś nie noszę przy sobie grubszych pieniędzy, tylko bardzo drobne kwoty, żeby nie sprowokować finansowych tarapatów — wyznał Paweł, po czym wymienił kilka drogich sklepów, w których kiedyś był stałym bywalcem. Te mniej eleganckie ciuchy kupował głównie w Croppie. — Pokażę ci, co się dzieje z kartą, gdy pojedziemy po zakupy na obiad — obiecał.

No cóż, dobrze, że chociaż szczerze mówi o nieciekawych problemach i jest samokrytyczny — pomyślała wtedy. A w tym serwisie to chyba nieźle płacą. Chociaż mówienie o tych sklepach można uznać za przechwalanie się… Nie ze mną te numery.

Była wychowana skromnie i żadne marki nie robiły na niej wrażenia. Też lubiła czasem poszaleć z zakupami, ale szła bardziej w ilość niż w wartość rzeczy. Uważała, że cena nie zawsze idzie w parze z jakością. Rozumiała jednak, że uzależnienie od kupowania dobrych marek może być problemem, bo sama niejednokrotnie starała się w sobie zwalczać różne impulsy. Zaprojektowała w swym mieszkaniu wiele szaf, a i tak pękały w szwach i Emilii było wstyd. Podobnie z powodu zbyt wielkiej ilości butów. Na szczęście kolekcja jeszcze mieściła się w zamknięciu, ale już miała poczucie winy. A przecież nikomu nie robiła krzywdy i nikogo nie okradała.

Po tych opowieściach o ciuchach domyśliła się, że fragment napisu na koszulce ze zdjęcia, który wcześniej interpretowała jako część napisu ochRONa, był w rzeczywistości częścią nazwy marki cROPp. Tak więc zupełnie przypadkowo wyjaśnił się jeden z wcześniejszych dylematów.

Emilia zaraz po wejściu do mieszkania sprawdziła dowód osobisty Pawła. On się nie opierał. Paweł Król zamieszkiwał w jednej z dzielnic na obrzeżach miasta, przy ulicy Letniskowej piętnaście. Szkoda, że to zupełnie inny kraniec miasta niż u Emi. Mieszkał w domu jednorodzinnym wraz z matką i bratem. Paweł miał mieszkanie na górze, a oni na dole. Dowód osobisty był połamany i posklejany taśmą klejącą. Nie zdążył wymienić po wypadku.

Napili się kawy, miło gawędząc. Emilia była zachwycona zachowaniem Pawła. Był taki zwyczajny, normalny. Nie łapał jej za ręce, nie próbował się przybliżać za bardzo ani jej całować. Nie musiała się niczym stresować ani podejmować trudnych decyzji. Po prostu miło rozmawiali.

Pojechali razem po zakupy. Miał już zaplanowaną potrawę, którą zamierzał dla nich przygotować, i wiedział, co należy kupić. Sam dobrał składniki i przyprawy. Po raz kolejny sprawdził kartę w bankomacie, ale nie zadziałała. Emilia zasugerowała, że może podaje błędny PIN, ale on twierdził, że to niemożliwe, bo to po prostu rok jego urodzenia. Jego zdaniem pasek magnetyczny był uszkodzony i bankomat nie czytał prawidłowo karty. Tak czy inaczej Emi zamierzała tego dnia płacić za zakupy — w końcu Paweł był jej gościem.

Po powrocie do domu zgodnie z obietnicą ugotował wspaniały obiad — kurczaka po chińsku. A Emilia tylko piła swoją ulubioną kawę i odpoczywała, nic nie robiła. Paweł dbał o nią jak o księżniczkę. Potrafił też stworzyć taką atmosferę, że czuła się przy nim bardzo swobodnie, jakby znali się od dawna i byli sobie bliscy. Nie musiała niczego udawać, mogła być sobą, mogła z nim o wszystkim porozmawiać i przede wszystkim pośmiać się, bo miał podobne poczucie humoru.

Przy okazji postanowiła zaspokoić ciekawość w pewnej kwestii:

— Spotkałeś się już z wieloma kobietami z portalu?

— Z jedną. Ty jesteś drugą.

— Czemu tylko z jedną? Przecież mówiłeś, że masz konto już od kilku miesięcy. I co było z tą jedną?

— Ty masz konto na portalu już od trzech lat i też się ostatnio z nikim nie spotykałaś. Raz się spotkałem i więcej nie chciałem.

— Bo ja mam już dość tych wariatów z internetu. Przestałam wierzyć, że spotkam tam kogoś normalnego. No, ale udało się na szczęście spotkać ciebie. Mam nadzieję, że jesteś normalny. — Spojrzała pytająco z uśmiechem.

— Dotychczas żyłem w tym przekonaniu — odpowiedział również z uśmiechem Paweł. — Miałaś pecha i trafiałaś na dziwnych facetów. Gdy mi opowiadasz o tym, jestem w szoku.

— A co było nie tak z tą kobietą? — zaciekawiła się.

— Na początku przez chwilę było OK, ale zamówiła sobie piwo i potem popłynęła. Co drugie słowo to było przekleństwo na k… albo ch… Święty nie jestem, ale nie lubię wulgarnych kobiet. Poza tym jakoś nie miałem głowy do tego szukania. To Robson namówił mnie na założenie profilu. Brat mi trochę pomógł. Ja jakoś zbyt wiele serca do tego nie miałem. No ale pewnego dnia zobaczyłem twoje zdjęcie i poczułem, że chcę się z tobą spotkać.

Paweł przypadł do gustu także małemu Sweety. Może dlatego, że też miał kiedyś psa — wielkiego i pięknego malamuta o imieniu Black — a więc i właściwe podejście. Wychowywał go od szczeniaka, karmił, chodził z nim na spacery i uwielbiał. Niestety pies zginął w wypadku, z czym Paweł do dziś nie mógł się pogodzić. Kiedyś jego matka nie zamknęła dokładnie furtki od posesji i postanowił podczas nieobecności właściciela sam wyprowadzić się na spacer ich standardową trasą do lasu przez tory. Zginął potrącony przez pociąg. Sąsiad Pawła go znalazł, gdy już nie żył. Pochowali go na podwórku.

Jeśli pies polubił Pawła, to być może jest dobrym człowiekiem — myślała. Psy podobno wyczuwają takie sprawy.

Emilia czuła, że podoba się Pawłowi, czuła się pożądana i akceptowana, choć nie czynił żadnych nacisków ani sugestii. Sama więc nie wiedziała, jak to się stało, że usiedli na kanapie obok siebie i zaczęli się przytulać, a potem Paweł obdarzał ją pocałunkami w usta. Były trochę niezgrabne, tak jakby dawno nikogo nie całował. Po chwili włączył w telewizji program z muzyką i poprosił, by dała się porwać przez „inwalidę” do tańca. Oczywiście nie mógł się za bardzo ruszać, ale miał sprawić, że ona zatańczy. I faktycznie tak było. Okazało się, że Paweł dobrze w tańcu prowadzi. Tańczyli, rozmawiali, wypili po kieliszku wina, przytulali się i obdarzali się pocałunkami…

Emi zapragnęła nagle bliskości. Tak bardzo jej tego brakowało. Przez lata celibatu nazbierało jej się dużo zaległości w tej dziedzinie — niewypowiedzianych życzeń, niespełnionych potrzeb. Czy kiedyś zdoła wypełnić tę lukę? Była związana przez jakiś czas z Sebą, ale stres spowodowany jego chorobą alkoholową zabił pozytywne wspomnienia.

Paweł nie naciskał, ale też zbytnio się nie opierał. Nic dziwnego, że wylądowali razem w łóżku. Wtedy przejął w stu procentach inicjatywę, co bardzo jej pasowało. Lubiła facetów, którzy do niczego nie nakłaniają, ale wiedzą, czego chcą. Bardzo jej to odpowiadało. No i była bardzo mile zaskoczona innymi zaletami i dużymi atutami Pawła w „tych” sprawach.

Trochę zaskoczyły ją u niego tatuaże, choć nie wiedziała dlaczego. Przecież na ulicy mijała pełno mężczyzn z tatuażami. Nie była jednak z takim w łóżku. Jeden tatuaż na ramieniu był kolorowy, z wkomponowanym napisem Faraon. Jakiś smok albo wąż. Domyśliła się, skąd ten nick na portalu.

Muszę go koniecznie zapytać, co to dla niego znaczy — postanowiła. Pozostałe tatuaże na plecach i na klatce piersiowej były niebieskie, starsze, nieco nieczytelne i nie mogła pojąć, co przedstawiają. Paweł wszystko jej tłumaczył, ale nie zapamiętała. Utkwiło jej tylko w pamięci, że zrobił je wiele lat temu w wojsku, a ten najnowszy, gdy zaszalał po imprezie z Robsonem, kolegą z pracy. Tamten też zrobił sobie taki tatuaż na brzuchu z napisem: „Marlena, całuj”. Jego żona, właśnie Marlena, postawiła mu ultimatum — albo go usunie, albo się rozwodzą.

Pierwsza wspólna noc była cudowna. Kochali się do utraty sił, rozmawiali, spali przytuleni do siebie… Nad ranem była pewna, że na tej jednej się nie skończy.

Co więcej, Paweł następnego dnia zachowywał się tak samo. Wciąż czuła się u jego boku pożądana i akceptowana w sposób, jaki jej odpowiadał. Tak jakby czytał w jej myślach. Tak jakby znali się od lat. Rano poprosił, by zrobiła im kawy, długo wylegiwali się, odpoczywali, znów długo ze sobą rozmawiali.

Wrodzona dociekliwość Emi nakazała jej wyjaśnić pewne sprawy.

— Dlaczego się rozwiodłeś? — rozpoczęła swój wywiad, kładąc głowę na jego ramieniu.

— To było dawno. Z piętnaście lat temu. Naprawdę nie ma znaczenia. A dlaczego ty się rozwiodłaś? — Paweł nie był skory do zwierzeń.

— Przecież już ci sporo powiedziałam. Były ciągłe kłótnie. Różnica charakterów. Zmienił się w dniu ślubu. Potem ciągle był niezadowolony i nic mu nie pasowało. No i dręczył mnie psychicznie: robił awantury o byle co, wyzywał od mend i najgorszych, bo kupiłam pięć bułek, a wystarczyłoby cztery, bo kupiłam sobie na przyjęcie nową bluzkę. Poza tym nie sypialiśmy ze sobą od wielu lat — tłumaczyła niezbyt chętnie. Bardziej interesował ją Paweł niż wałkowanie jej historii.

— To może cię zdradzał albo był gejem? Ja sobie nie wyobrażam leżeć z tobą w jednym łóżku i nie chcieć z tobą sypiać — spytał, jednocześnie prawiąc jej komplement.

— Nie wiem. Nie drążyłam tematu i z perspektywy czasu jestem zadowolona. Znajomi, którzy byli zdradzeni, bardzo z tego powodu cierpieli. Poza tym nic go nie obchodziło i wszystko pozostawało na mojej głowie, a gdy go prosiłam o pomoc, serwował głupie wymówki. Na przykład nie chciał wozić syna do przedszkola i twierdził, że ulica, przy której się mieści, go dołuje i źle nastraja na resztę dnia. Gdy mój ojciec chorował na raka, też się tym nie interesował, nawet w takiej sytuacji nie mogłam liczyć na odrobinę wsparcia. No ale ja, głupia, jeszcze z nim wtedy tkwiłam. Jeszcze mi było mało.

— Współczuję ci. Trafił ci się niezły egoista. Pamiętaj, że to nie twoja wina. Gdy Sylwusina był mały, bardzo dużo się nim zajmowałem, brałem do siebie, jeździliśmy razem do kina. Uczyłem go jeździć na rowerze. Wiadomo, teraz jest inaczej, bo ma swoich kolegów i ze mną widuje się krótko. Ma ważniejsze sprawy.

— Na szczęście się już od tego uwolniłam i wspominam jak zły sen. Szkoda tylko, że tak późno. Mieliśmy jednak mówić o tobie. Dlaczego rozstałeś się z żoną? — nie dawała za wygraną.

— Bo Monika była nimfomanką. I zdradziła mnie z moim kumplem.

— O matko! To miałeś ciężkie przejścia. Dlaczego się z nią ożeniłeś?

— Nie chciałem. Podobała mi się bardzo. Szczupła, wysoka, czarne włosy. Kochałem ją — opowiadał.

Emi poczuła lekkie ukucie w sercu, bo przecież nigdy nie była specjalnie szczupła, miała jasne włosy… Ale przecież nie będzie zazdrosna o kobietę, z którą się rozwiódł.

— Szybko wyczułem, że lubi kokietować innych facetów. Gdy wychodziliśmy gdzieś ze znajomymi, było nieraz widać, że gdyby mogła, to wskoczyłaby na innego. Trzymała się mnie, bo miałem wtedy dobrą pracę i pieniądze — kontynuował Paweł.

— A czym się zajmowałeś?

— Byłem już liderem w serwisie. W tamtych czasach to było coś.

— A ona gdzie pracowała?

— W sklepie obuwniczym.

— A gdzie się poznaliście?

— W knajpie. Byłem tam z kumplami, a ona z koleżankami. Od razu mi się spodobała.

— I co było dalej?

— Byliśmy ze sobą, Często do mnie przyjeżdżała, zostawała na noc. Chodziliśmy razem ze znajomymi do knajpy, do dyskoteki, na grilla. Pamiętam, gdy kiedyś poszliśmy na spacer do lasu. Było gorące lato. Kochaliśmy się obok drzewa. Na stojąco, od tyłu.

Emi znów poczuła lekkie ukłucie. Może Paweł wciąż ją kocha, skoro pamięta takie szczegóły? Zachowała jednak kamienną twarz i swoich emocji nie zdradzała.

— Nie bałeś się, że ktoś was nakryje? — spytała, by odsunąć od siebie głupie, zazdrosne myśli.

— Nie. Tamtędy mało kto chodził. Po tym szaleństwie w lesie zaszła w ciążę, więc się z nią ożeniłem. Zamieszkaliśmy w jej domu rodzinnym, gdzie mieliśmy osobne mieszkanie. Chciała, żeby rodzice pomagali jej przy dziecku. Ja to rozumiałem. Ale wyczuwałem, że coś jest nie tak. Mało zajmowała się dzieciakiem i lubiła balować. Często gdy wracałem z pracy, malutki Sylwusina leżał w łóżeczku, a wokół bawiły się koleżanki, na stole stał alkohol, leciała muzyka, słychać było głośne śmiechy. Obiad nie był ugotowany. Ja lubię gotować i często musiałem to robić, ale liczyłem, że ona też się tym zajmie, skoro siedzi w domu z dzieckiem. Coraz rzadziej się kochaliśmy, bo jakiś mur rósł między nami.

Emi się ucieszyła, że atrakcyjna brunetka oddaliła się od Pawła, a dodatkowo zrobiło jej się przyjemnie na sercu, gdy Paweł powiedział: „Ja lubię gotować”.

— Może dlatego cię zdradziła? Potrzebowała seksu — kontynuowała przepytywanie.

— Nie sądzę. Po prostu miała taki charakter. Nimfomanka. Kiedyś pojechałem do pracy, ale gdy uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać faktury z domu, po jakimś czasie wróciłem. Podjechałem pod dom i usłyszałem muzykę. Wszedłem do mieszkania, a tam na stole butelki i kieliszki. Sylwek spał na szczęście spokojnie w swoim łóżeczku. Zajrzałem do sypialni, a tam mój kumpel na niej leżał i kopulowali.

— I co zrobiłeś? — zachęcała do dalszych zwierzeń.

— Miałem ochotę go zabić, ale nie zrobiłem tego. Krzyknąłem coś i wybiegłem. Generalnie nie chciałem budzić syna ani robić przy nim awantury. Zadzwoniłem do Robsona, że nie przyjdę do pracy, bo jest taka sytuacja. Od razu zrozumiał. A potem pojechałem do swojego rodzinnego domu, tam, gdzie teraz mieszkam, i się uchlałem w trupa. Kilka dni piłem, a potem długo dochodziłem do siebie. Robson na szczęście wszystko wytłumaczył prezesowi. W firmie nie mieli pretensji.

— I co było potem? — dopytywała.

— Nie chciałem jej znać. Choć ona przychodziła z kwiatami i mnie przepraszała. Złożyłem pozew o rozwód. Jego też już nie chciałem znać.

— Współczuję ci. To musiało być okropne. To pewnie potem rzuciłeś się w wir romansów. Miałeś powodzenie i mogłeś zemścić się na kobietach — zasugerowała Emi.

— Żartujesz, potem to miałem awersję do kobiet. I długo nie chciałem mieć z żadną do czynienia. Rozwód był z jej winy, a ja jeszcze przez pół roku ze złości nie płaciłem alimentów na Sylwka. Ona mnie nawet sądownie za to ścigała.

— To akurat głupie. Po co karać dziecko za błędy dorosłych? Przecież to pieniądze na dziecko, które nie jest niczemu winne. A co się stało z tym facetem?

— Wiem, dlatego potem zacząłem płacić, ale zdążyła mi krwi napsuć tymi sądami. A on? Są razem, spodziewają się kolejnego dzieciaka.

— To może jednak to była prawdziwa miłość? Między nimi. Skoro tyle lat przetrwała?

— Nie wiem. Po tej zdradzie miała innych facetów, a na stare lata się ustatkowała i do niego wróciła. A z tym dzieckiem to była wpadka.

Emi, wysłuchawszy tej opowieści, zatopiła się na chwilę w myślach. Bardzo Pawłowi współczuła. Nigdy nie była zdradzona, więc wyobrażała sobie, że to musi być potwornie bolesne. To musi być coś okropnego. Tak samo współczuła Panu Futrzakowi, gdy opowiedział jej historię Iwony i Iwonki. A może nie wiedziała o zdradzie? Nie grzebała w komputerach i telefonach Mariusza, ale dzięki temu dziś śpi spokojne i nic ją w sercu nie boli. Nie przeżywa tak jak Paweł i Pan Futrzak.

Pamiętała jednak, jak kłóciła się z Mariuszem, ale nie znajdywała w sobie siły, by zakończyć małżeństwo i odejść. Marzyła, żeby kogoś poznał i sam odszedł, rozwiązując ten problem. Był moment, że sporo opowiadał o jakiejś kobiecie na wysokim stanowisku w zarządzie, w innej firmie, ale w tym samym budynku. Nawet wyjechał z nią na weekend za granicę razem z innymi znajomymi. I wtedy to w ogóle Emi nie martwiło. Myślała, że Mariusz odejdzie i to okropne życie z nim wreszcie się skończy, zatem nigdy nie postrzegała jego zachowania jako zdradę. Tylko ewentualnie jako argument w kłótniach. Niestety ta kobieta straciła pracę i chyba znajomość się skończyła, a Mariusz zapragnął naprawić swój związek z Emi. I wtedy dała się na to nabrać. Ten związek jednak nie miał racji bytu. Uff, jak dobrze, że w końcu odeszła.

Z rozmyślań wyrwał ją głos Pawła.

— Dobra, Dzidzia, przestań o tym myśleć i robić ten wywiad, bo widzę, że się przejmujesz. Całkiem niepotrzebnie. To już stare czasy. Lepiej ci pomasuję stópki i nie tylko. Dawaj tu zaraz swoje nózie. Wycałuję najpierw twoje paluszki. A potem jeszcze inne rzeczy porobimy — powiedział na zakończenie Paweł, po czym zaczął skrupulatnie spełniać swoje obietnice.

Minusem był fakt, że Paweł palił papierosy, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Może pewnego dnia rzuci? Sama przez wiele lat paliła i pewnego dnia dorosła do tego, by z dnia na dzień pozbyć się nałogu. Oczywiście wychodził palić na balkon, a przy okazji korzystał z tego Sweety, bo Paweł znosił go po schodkach, żeby ten mógł pohasać w ogródku. Obiecał, że niebawem nauczy go samodzielnie schodzić i wchodzić…

Do diabła, o czym my mówimy? Facet jest mechanikiem samochodowym, a nie aniołem — myślała. No, szefem mechaników, a z wykształcenia mechanikiem silników wysokoprężnych. Skończył znane w mieście technikum. Tak czy inaczej w obecnym świecie niestety wciąż mnóstwo ludzi pali papierosy.

Zauważyła jeszcze, że Paweł ma nawyk: włącza telewizor i program leci w tle. Zwróciła uwagę, że włączył odbiornik zaraz po wejściu do mieszkania, chciał przy nim zasypiać i domagał się pilota zaraz po przebudzeniu. Oglądał głównie programy naukowe, bo jak mówił, filmy chyba już wszystkie znał — efekt wielomiesięcznego przykucia do łóżka z powodu nogi. Emi wolałaby go tego oduczyć, bo nie lubiła zbyt często oglądać telewizji. Uważała ją za pożeracza czasu, gustowała raczej w czytaniu książek. Dla niej osobiście to pudełko mogłoby nie istnieć. Lubiła jedynie oglądać programy kryminalne oparte na faktach, ale ani Damiana, ani Pawła nie narażała na bycie ofiarą tej nietypowej pasji. Raczej robiła to w samotności, wieczorem, leżąc przed telewizorem w swojej sypialni.

No cóż, każdy jest inny.

Paweł zdobył się też na miły gest. Emi powiedziała, że musi pojechać na zmianę opon w swoim samochodzie na zimowe, a on od razu zaproponował, żeby podjechała do serwisu, a chłopaki jej to zrobią za darmo. Bardzo kuszące, ale głupio by się czuła. W końcu to praca, więc dlaczego ktoś by miał ją wykonywać za darmo? Poza tym już umówiła się w swoim warsztacie, do którego zawsze jeździła i do którego miała zaufanie. Tak więc podziękowała i zaproponowała, że może innym razem.

Nie chcę być zobowiązana wobec człowieka, którego dopiero co poznałam — pomyślała.

W niedzielę, na zakończenie weekendowej randki postanowiła podrzucić go do stacji kolejowej w centrum miasta. Nie chciała, żeby z nogą w gipsie i o kulach jechał kilkoma autobusami. Paweł bardzo dziękował i twierdził, że sam również dałby sobie radę i że ma wyrzuty sumienia, że Emilia marnuje przez niego paliwo. Przy okazji odkryli, że łatwiej by było przyjeżdżać Pawłowi pociągiem od siebie do centrum, a potem autobusem.

Gdy tylko ruszyła z powrotem w stronę domu, Paweł zadzwonił i powiedział, że tęskni.

Po skończeniu rozmowy telefonicznej w drodze wciąż rozmyślała, że wpuszczenie nieznajomej osoby do swojego mieszkania było z jej strony trochę nierozważne. Ale przecież nie robił problemu z wylegitymowania. Jeśli miałby zrobić jej krzywdę, to przecież nie podawałby swoich danych. Nie opowiadałby jej tyle szczegółów ze swojego życia.

To spotkanie można uznać za udane w stu procentach, więc nie ma sensu zadręczać się myślami — postanowiła.

Przekręciła klucz w zamku i potwornie się przestraszyła, bo poczuła przenikliwy chłód — drzwi balkonowe w salonie były otwarte i wpadał przez nie wiatr. Mały Sweety jej nie witał, więc serce podskoczyło jej do gardła, ale po chwili zauważyła go kręcącego się pod stołem w salonie. Uff, widocznie otwarty balkon go bardzo zainteresował i przeoczył nawet powrót właścicielki.

Zdenerwowała się jednak, że mały Sweety mógł się przeziębić, ale zaraz przyszła jej do głowy znacznie gorsza myśl. Myśl o kradzieży.

Ale ja jestem głupia — pomyślała i rzuciła się do szkatułek z biżuterią oraz na poszukiwanie laptopa, iPada, kamery i tym podobnych akcesoriów. A może on działa w szajce z kimś? — denerwowała się. Może specjalnie wychodził na balkon palić papierosy, żeby zmylić jej czujność i doprowadzić do pozostawienia otwartych drzwi?

Po jego pierwszym papierosie na balkonie pokazała, jak zamknąć prawidłowo drzwi — trzeba przekręcić klamkę i kluczyk, bo inaczej można otworzyć je również z drugiej strony. Pokazała, a potem straciła czujność, a on specjalnie pozostawił nieprawidłowo zamknięte drzwi. I to w dodatku antywłamaniowe. Dzięki temu nikt nie musiał włamywać się, by ją okraść, po prostu miał drzwi otwarte. Na szczęście Sweety wciąż był w domu i go nie ukradli. Już wyobrażała sobie rozpacz Damiana, gdyby pies zginął. Uff, na szczęście z nim wszystko w porządku.

Po chwili gorączkowych poszukiwań odkryła, że nic z mieszkania nie zginęło.

Widocznie więc Paweł zapomniał prawidłowo zamknąć balkon, a ona tego nie sprawdziła. W sumie to jej wina, bo ona tu mieszka i powinna upewnić się przed wyjściem, że balkon i drzwi są zamknięte. Najważniejsze, że nic się nie stało. Emilia odetchnęła z ulgą. Kolejny raz w życiu miała więcej szczęścia niż rozumu — tak to sobie tłumaczyła.

Gdy Paweł zadzwonił, opowiedziała mu o tym zdarzeniu. Przeprosił i obiecał, że następnym razem będzie bardziej uważny przy zamykaniu balkonu. Twierdził, że to jego wina, musiał zapomnieć przekręcić klamkę i klucz, a wiatr spowodował, że drzwi się uchyliły. Ucieszył się, że nic nie zginęło i że pieskowi nic się nie stało. Emilia aż się głupio poczuła, że go wcześniej podejrzewała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 45.32