E-book
13.65
drukowana A5
45.32
Pokrzywdzona

Bezpłatny fragment - Pokrzywdzona

Niezapomniane chwile


5
Objętość:
303 str.
ISBN:
978-83-8189-066-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.32

Mojemu Synowi i Mamie w podziękowaniu za wspaniałe inspiracje

Prolog

Drogi Czytelniku!

Czy zdarzyło Ci się kiedyś poznać kogoś i zakochać się ze świadomością, że to ta właściwa osoba i już nie musisz szukać, bo jesteś u celu? I odtąd nie ma znaczenia, co posiadasz i gdzie mieszkasz, bo w końcu czujesz, że już zawsze będziesz pełny i szczęśliwy, nawet gdy to minie? Bo wszystko kiedyś minie. Ale Ty będziesz żyć ze świadomością, że miałeś szczęście doświadczyć prawdziwej miłości.

A może miłość nie istnieje? Może to tylko psikusy, sprawiane nam przez umysł? Gdy doznajemy uczuć, które umysł postrzega jako sprawdzone i bezpieczne, bo znane już, zapewne schowane głęboko w umyśle wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, zaczynamy się tym ekscytować. Albo gdy nagle dostajemy od kogoś to, czego nam właśnie najbardziej brakuje — czy nie przeceniamy wtedy wartości tych rzeczy?

A czy zdarzyło Ci się, że nagle sprawy dla większości proste stały się dla Ciebie trudne? Albo że sprawy trudne stały się proste? Albo że ktoś, komu ufałeś, nagle ni stąd, ni zowąd zawiódł na całej linii?

Albo czy wydawało Ci się, że jesteś u kresu pewnej drogi i wszystko już rozumiesz, a potem nagle okazywało się, że to dopiero początek czegoś nowego, o czym nie miałeś zielonego pojęcia?

Chcę przedstawić Ci pewną historię, abyś przekonał się, że nic nie jest na zawsze dane i nic nie jest pewne. Nic nie jest takie, jakie nam się wydaje. Jasne może stać się ciemne i na odwrót. Może ktoś nas mocno kochać, a potem okrutnie krzywdzić. Możemy mieć wrażenie, że już wszystko skończone, gdy nagle ukaże nam się początek czegoś nowego. I że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co czeka nas na końcu drogi.

Od nas tylko wówczas zależy, czy pogrążymy się w smutku, czy odnajdziemy światełko. Czy będziemy narzekać, czy szukać wyjścia. Czy będziemy szczęśliwi, nawet gdy na sercu bywa ciężko.

A może prawdziwa miłość trwa zawsze? Jak myślisz?

Emi

Kilka dni temu zaczęła się jesień, ale słońce wciąż mocno świeciło, jakby przypominając o minionym lecie. Zbliżał się kolejny cieplutki weekend. Tymczasem Teodor opadł z sił i usiadł na ławce na podwórku własnego domu. Pomimo ciszy wokół wciąż rozbrzmiewał mu w uszach skrzeczący, pełen pretensji głos. W skroniach pulsowało. Znów w pracy wypił z klientem trochę za dużo i musiał wracać do domu taksówką.

Nie dam rady, nie dam rady — rozmyślał gorączkowo. Zgarbił się i schował twarz w dłoniach. Wyglądał jak zwyczajny, zmęczony po pracy mężczyzna. Nikt by nie pomyślał, że dzieje się z nim coś złego, ani nie podejrzewał o myśli krążące mu po głowie.

Jak zwykle. Znajomi i bliscy uważali go za człowieka sukcesu. Swego czasu założył wraz z kumplem interes, który szybko stał się bardzo intratny. Wyroby z mosiądzu sporo kosztowały, a mimo to schodziły jak świeże bułeczki. Fikuśne i eleganckie żyrandole, kinkiety, świeczniki, lustra i inne cudeńka zdobiły nie tylko wille mniej lub bardziej zamożnych klientów, ale również kościoły, restauracje i przeróżne przybytki, których właściciele chcieli stwarzać wrażenie modnych, wytwornych i bogatych.

Teodor jednak był nieco innego zdania. Według niego ostatnie lata jego życia stanowiły równię pochyłą. Bo przecież ożenił się z miłości, ale jego małżeństwo było pasmem problemów i kłótni. Wybudował żonie piękny dom, ale nie byli w nim szczęśliwi i w końcu go sprzedał. Wszystko jej nie pasowało i zaczął nawet dla odprężenia pozwalać sobie na skoki w bok.

Bolała go ta sytuacja, bo bardzo kochał syna i chciał by miał szczęśliwe dzieciństwo, a czuł, że jedynym sposobem rozwiązania problemów z kobietą, z którą nijak się nie mógł dogadać, był rozwód. Chciał chłopakowi to wszystko wynagrodzić i robił wszystko, by mu nieba przychylić. Tak bardzo tego pragnął, że nie zauważył odpowiednio wcześnie, że pewne sprawy poszły w niewłaściwą stronę.

Niestety nawet zakończenie małżeństwa nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Nie udało mu się uwolnić od byłej żony. Los, wspierany słabościami Teodora, co chwilę sprawiał, że ich życiowe drogi się przeplatały.

Gdy tak siedział na cudzej ławce, całe życie przeleciało mu przed oczami i zrozumiał, że istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie problemów raz na zawsze.

Nagle zerwał się, złapał leżące na podwórku kable i wybiegł z posesji w stronę lasu. Dość szybko znalazł odpowiednie miejsce w pobliskim zagajniku.

Po chwili dogonił go chłopak z nożem i choć było już za późno, zrobił swoje.

*

Emilia zajrzała do szkatułki, by włożyć na palec ulubiony pierścionek. Miał on dla niej szczególne znaczenie, a poza tym był piękny, oryginalny, z topazem mystic, mieniącym się kolorami tęczy, i z diamencikami po bokach. Wyglądał na zaręczynowy. Pamięta, że długo wahała się, czy go kupić.

Gdy będę nosić na palcu taki pierścionek, utrudni mi to poznanie kogoś nowego, bo faceci pomyślą, że jestem zaręczona — rozmyślała.

Jednak ostatecznie zwyciężyła chęć nagrodzenia siebie. Za to, że po latach wreszcie zmądrzała — podjęła decyzję o rozwodzie, tym razem definitywną, i zrealizowała misterny plan odzyskania wolności i resztek życia. Przy okazji odzyskała również szacunek do siebie, zadowolenie, możliwość cieszenia się każdym dniem. Postanowiła sama wreszcie zadbać o siebie i wtedy kupiła ten piękny pierścionek. Potem mama podarowała jej do kompletu kolczyki.

Emilia zrobiła dla siebie jeszcze wiele innych, dobrych rzeczy, gdy uświadomiła sobie, że przez wiele lat zupełnie o sobie zapomniała.

Życie rodzinne Emi bowiem tylko z zewnątrz wyglądało na usłane różami. Ludzie myśleli, że są szczęśliwą rodziną. Wysocy, piękni, uśmiechnięci, dobra praca, mądre dziecko, coraz większe mieszkanie, dwa samochody, zagraniczne wczasy. Ona — blondynka ze ślicznymi, dużymi oczami i jedwabistymi, długimi, gładkimi włosami. Wesoła i optymistycznie nastawiona do życia. Pełna ufności, że będzie szczęśliwa i wszystko się w życiu pomyślnie ułoży.

Dzieciństwa nie miała idealnego, bo czasy nastały trudne, ale generalnie było poprawne. Wychowana ze starszym bratem, a jednak mało z nim zżyta, bo miał zupełnie inny charakter, wyrosła na skromną, nieśmiałą, niewierzącą w siebie dziewczynę.

Mimo to z ufnością wkroczyła w dorosłość. Skończyła dobrą szkołę, potem dobre studia, szybko znalazła całkiem niezłą pracę, usamodzielniła się, wyprowadziła z domu. Była w długim związku z pewnym Stanisławem, ale rozstali się w zgodzie, bo się odkochała.

Po pewnym czasie znajomy z pracy poznał ją z kimś, do kogo podobno bardzo pasowała. Był to przystojny, wykształcony i dobrze zapowiadający się młodzieniec. Odnoszący sukcesy w nauce, z propozycjami naukowymi, jednak karierę skierował w stronę szybkich sukcesów materialnych.

Zakochali się, zamieszkali ze sobą. Po kilku miesiącach oświadczył się, choć niczego nie sugerowała, bo czuła się wtedy w pełni szczęśliwa. No, ale to musiało być to. Przecież miała już doświadczenie, miała już swoje lata, nie mogła się mylić. Nareszcie więc przyszedł czas, by założyć własną rodzinę i stworzyć rzeczywistość, o której zawsze marzyła.

W rzeczywistości jednak wszystko się cholernie pogmatwało już od dnia ślubu. Do ołtarza poszła z jedną osobą, a z wesela wróciła z inną. Nie było nocy poślubnej. Już pierwszego dnia małżeństwa usłyszała, że powinna się zmienić, że jest nie taka, jaka powinna być. Nie czuła się przygotowana psychicznie na nagłą zmianę w zachowaniu swojego wybranka. Nikt jej nigdy nie uczył, jak zachować się i bronić się w takiej sytuacji. Nigdy nie wyobrażała sobie, że sprawy przybiorą taki obrót.

Zaraz po ślubie myślała, żeby małżeństwo zakończyć, ale zwyciężyły w niej lęki. Co powiedzą ludzie, co powie rodzina? Rodzice tyle włożyli w wesele. No i nie jest taka młoda, nie chce zaczynać wszystkiego od unieważnienia tego, co się dopiero zaczęło i na co tyle czekała. Może on się ocknie i zmądrzeje? Może jest tylko w szoku? Przecież mówił, że kocha. A może z nią jest faktycznie coś nie tak, jak twierdzi Mariusz? — rozmyślała.

Mijały dni i tygodnie, a nic się nie zmieniało, tylko ona z dnia na dzień gasła i gorzkniała. Nie pomogła nawet romantyczna podróż z Mariuszem do Paryża, zafundowana przez rodziców Emi, którzy widzieli, że dzieje się coś niedobrego, ale nie śmieli interweniować, bo Emi wciąż robiła dobrą minę do złej gry. Niezmiennie udawała przed ludźmi, że jest szczęśliwa z mężem, że wszystko dobrze się układa… I może tak właśnie było, tylko z Emi coś działo się złego? W końcu on tak mówił.

Pewnego dnia Emilia zasugerowała, że może przyszedł czas na dziecko. Bardzo go pragnęła, a on łaskawie się zgodził. Nie planował na razie dzieci, ale skoro Emi się upierała, to trudno…

Od kiedy dowiedział się, że spodziewa się potomka, już nigdy więcej nie zainteresował się żoną. Żyła w narzuconym przez męża celibacie. A przecież kiedyś mężczyźni nazywali ją seksbombą, mówili, że jest atrakcyjna, że jej facet powinien czuć się szczęściarzem! Nagle jednak pewna sfera została zamknięta w głębokim lochu. Emi czuła się upokorzona i zraniona. Nikt jednak nie wiedział, co się w jej życiu dzieje, bo wstydziła się do tego przyznać.

Gdy urodził się Damian, wreszcie miała osobę, którą warto było obdarzać uczuciami, te zaś, do tej pory blokowane przez oziębłego partnera, wręcz wytrysły, szukając ujścia.

Na opiece nad dzieckiem, sprzątaniu mieszkania, robieniu zakupów i szykowaniu posiłków oraz na krążeniu pomiędzy pracą a domem minęło jej kilkanaście lat. Miała chwile pełne zwątpienia i chwile nadziei, aż pewnego dnia dotarło do niej ostatecznie, że już nic dobrego w tym małżeństwie jej nie spotka. Zrozumiała też, że już właściwie dzień po ślubie wiedziała to, co potem potwierdziło się na tysiące sposobów — w tym związku nigdy nie będzie szczęśliwa.

Ze strony Mariusza nie mogła na nic liczyć. Nie ulitował się nad nią nawet, gdy opłakiwała śmierć ojca po latach ciężkiej choroby. Był zawsze zdystansowany, oziębły, wszystkowiedzący, pozbawiony empatii.

Czas porzucić dziecinne marzenia i stać się w stu procentach dorosłą osobą. Czas zrealizować pragnienia i sięgnąć po dawno odłożone na półkę plany i cele. No i precz z celibatem! — postanowiła.

Z okazji czterdziestych urodzin podjęła zatem kolejną, ale tym razem ostateczną i nieodwracalną decyzję.

— Chcę rozwodu — oznajmiła tuż po wyjściu gości z jej urodzinowego przyjęcia, dodatkowo zmotywowana jak zwykle beznadziejnym zachowaniem Mariusza na imprezie.

— Skoro tego chcesz, nie ma problemu. Uważam, że to świetna decyzja — odpowiedział Mariusz, nie okazując wcale zaskoczenia. Nic dziwnego, w końcu Emi od dnia ślubu nie spełniała jego żadnych oczekiwań. — Uważam, że powinnaś się wyprowadzić. Z Damianem — dodał szybko.

— A może powinnam tu właśnie zostać z uwagi na Damiana? — próbowała poddać w wątpliwość ten pomysł. — Przecież długo go przekonywaliśmy do przeprowadzki. Zachęcaliśmy, że tu mu będzie najlepiej, a na tamtym starym osiedlu nie jest fajnie, zapomniałeś? Zdążył się pogodzić ze stratą poprzednich kolegów i zżyć się z nowymi.

— Po moim trupie. Dom powinien być mój. W końcu ja więcej zarabiam już od lat, więc będzie sprawiedliwie, jeśli ja tu zostanę — uzasadniał stanowczo Mariusz. — Co do Damiana… wymyśl coś. I tak będzie mnie odwiedzał. Będzie miał tu swój pokój. Wtedy spotka się z kolegami.

— Jak uważasz — zripostowała Emi, która wiedziała, że przy takich argumentach negocjacje z Mariuszem nie mają sensu. — Ale musisz załatwić z bankiem, żeby przepisał na ciebie kredyt.

— Dobrze, tymczasem zaznaczę w lodówce moje półki. Powiedz Damianowi, żeby stamtąd nic nie brał. Bo rozumiem, że będę przelewał na niego pieniądze, ale od teraz ty mu wszystko kupujesz za otrzymane alimenty — ustalił skrupulatnie zasady na zakończenie dyskusji, a Emi poczuła ukłucie w sercu.

— Sam mu to powiedz — zażądała. Jej syn ma się zastanawiać, co może brać z własnej lodówki!

No cóż, rozmowa o rozwodzie nie była miła, ale przynajmniej tym razem nie wybuchła kłótnia.

Zrobiła wszystko, by jak najszybciej unormować sprawy finansowe i wyprowadzić się, mimo że akt notarialny rozdziału i podziału majątku sporo kosztował. Na szczęście było co dzielić. Mariusz dostał dom i lepszy samochód. Ona dostała ich starą norkę na parterze z ogródkiem i auto, które przedtem użytkowała, ale — co najważniejsze — wolność finansową, od której już jeden krok do wolności całkowitej. Potem czekał ją jeszcze nowy, tym razem tylko jej własny, kredyt i remont mieszkania.

Po kilku miesiącach wypełnionych doprowadzeniem do uzyskania kredytu na sensownych warunkach w pewnym banku, projektowaniem nowej edycji własnej norki oraz użeraniem się z ekipą remontową, która nijak nie mogła zakończyć w sensownym terminie tego, czego się podjęła, nadszedł czas wyprowadzki od męża. Zabrała tylko ciuchy, rzeczy syna, trochę talerzy i sztućców na początek oraz gorszy telewizor. Resztę kupiła na kredyt — meble, ręczniki, pościel, czajnik, toster itp. Na pożegnanie usłyszała, że jeszcze zobaczy, jak to jest, i doceni, jak wspaniały był Mariusz, a jak okropni są inni faceci.

Wątpiła w to. Już od jakiegoś czasu cieszyła się z wolności i czuła się wspaniale. Nie było już między nimi żadnej zależności finansowej. Jeszcze mieszkając z mężem, uregulowała sprawy opieki nad dzieckiem, podpisując porozumienie wychowawcze. Pozostawało tylko załatwić formalności związane z rozwodem, ale na to już nie cisnęła. Szczerze mówiąc, Emi odkładała tę sprawę w nieskończoność. Wiedziała, że musi się w końcu tym sama zająć, że on nie podejmie decyzji, bo od wszelkich tak zwanych męskich decyzji w ich związku była zawsze ona, jednak wolała na razie skupiać się na przyjemnych sprawach.

W sądzie z Mariuszem nie będzie przyjemnie — myślała. Zacznie się wielka awantura o pieniądze. I to w dodatku o tyle przykra, że o pieniądze dla ich syna Damiana. Wymyślała więc sobie przeróżne wymówki. Na przykład, że nie ma sensu składać w sądzie pozwu do sprawy, w której kluczową kwestią będzie orzeczenie kwoty alimentów na Damiana, gdy Mariusz po raz kolejny jest bez pracy. Z drugiej strony mógł być bez pracy albo twierdzić, że jest bez pracy, bo spodziewał się sprawy o alimenty. W końcu zawsze miał świetną pracę, a nagle okazało się, że jego zarobki znacznie spadły albo ma problem z utrzymaniem posady.

I krąg się zamykał, a Emi przekładała sprawę na później. Spory o pieniądze na dziecko wydawały jej się obrzydliwe. Myśli o nich odrzucały ją od rozwodu. Przecież normalni ludzie przychyliliby nieba swemu dziecku, czyż nie tak? Chcieliby jak najlepiej. Tymczasem wyglądało na to, że Mariusz do nich nie należał.

Szkoda, że tak późno. Szkoda, że minęło tyle lat, a młodość stała się przeszłością. Trudno, ważne, że w ogóle i nareszcie — rozmyślała często Emi na temat swojej decyzji o rozstaniu i wyprowadzce.

Mieszkała teraz z synem już nie w norce, ale w przytulnym mieszkanku po remoncie, i to w dodatku z ładnym, zadbanym ogródkiem. Urządziła w nim salonik z kuchenką, sypialnię z wielkim, wygodnym, eleganckim łóżkiem w niepraktycznym kolorze białej perły, duży pokój dla Damiana, dwie łazienki dla obopólnego komfortu, w tym jedną z wymarzoną wanną w kształcie serca, i zaplanowała mnóstwo szaf, żeby nigdy nie zabrakło jej miejsca na ciuchy. Okazało się, że posiada talent do ich zapełnienia, i szybko poradziła sobie z ich całkowitym zagospodarowaniem.

Kiedyś musiała do nich przychodzić co tydzień sprzątaczka, pani Wiera, a i tak panował wieczny chaos i bałagan, które stanowiły doskonałą pożywkę dla depresji Emi. On nie doceniał pracy ani Wiery, ani Emi i szybko zaprzepaszczał efekty wizyty tej pierwszej. Dziś z radością sprzątała samodzielnie swoje lokum i panował w nim porządek jak w zadbanym pudełeczku, bo nie miał kto go zniszczyć. Wracała zawsze do domu z uśmiechem i optymizmem.

Zaczęła jeździć na rowerze, chodzić na spacery, na basen, spotykać się z przyjaciółmi, korzystać z życia. Wcześniej ulegała negatywnym nastrojom męża. Przez wiele lat pogrążała się w depresji i niemocy, nie miała ochoty na nic, wręcz zmuszała się do kontaktów z ludźmi. Za to teraz chciała wykorzystać każdy dzień, nadrobić stracony czas. Wciąż miała dobrą pracę, sporo schudła, bo zaczęła się więcej ruszać, pozbyła się ze swojej garderoby kiepskiej jakości i już niemodnych ciuszków z przecen, kupiła buty na wysokich obcasach, w których się dobrze czuła po zrzuceniu zbędnych kilogramów. Wszyscy stwierdzili, że odmłodniała. No i przede wszystkim zmieniła wyraz twarzy, bo teraz często na niej gościł uśmiech.

Kiedyś wpadło jej w ręce zdjęcie zrobione, gdy jeszcze z nim mieszkała. Miała kłopot z rozpoznaniem siebie! Czy ta zahukana i zaniedbana, smutna, blada dziewczyna z podkrążonymi oczami to ja? — nie dowierzała. Sama bym się ze sobą rozwiodła. Co miałam w głowie, o czym wtedy myślałam, że doprowadziłam się do takiego stanu? Jak dobrze, że to już za mną…

Często później powtarzała to stwierdzenie w myślach, gdy wracały do niej obrazy z przeszłości.

Wreszcie poukładała wszystko w życiu tak, jak jej pasowało. Wracała do odnowionego domu z radością i spokojem i dziwiła się, że tyle lat dojrzewała do tego kroku, a przecież mogła zrobić go już dawno temu.

Czemu straciłam tyle czasu? — myślała. Mam wreszcie zainteresowania, chce mi się coś robić, chce mi się żyć. Warto było podjąć ryzyko.

Życie bez kłótni, awantur i stresów wydawało jej się życiem w bajce. Przebolała, że nie będzie miała już dzieci, i wizja zgranej, szczęśliwej i pełnej rodzinki odpłynęła w siną dal. Wszelkie myśli na temat ponownego macierzyństwa skończyły się wraz z wyrokiem wydanym przez lekarza: „To już u pani niemożliwe”.

Tylko ona marzyła o większej rodzinie. On miał inne plany, a w nich brakowało miejsca na jej szczęście.

Trochę Emi bolało, że gdy rozglądała się po świecie, widziała niemal jedynie pary, a sama czuła się taka pojedyncza. W zasadzie z Mariuszem przez wiele lat nie żyła w parze, tylko gdzieś z boku. Minęło tyle czasu, a nawet nie zaznała prawdziwego uczucia w związku dwojga ludzi… Trzeba jednak cieszyć się tym, co życie nam daje — przekonywała się.

Przeczytała dziesiątki poradników o tym, jak być szczęśliwym, jak żyć pełnią życia bez gniewu i wstydu. Dzięki zrozumieniu ich przekazu nauczyła się cieszyć z tego, co jest, i doceniać to, co ma. Poprzedni etap miała już za sobą. Na szczęście. Przed sobą zaś jeszcze sporo czasu na korzystanie z darów życia.

Gdy to zrozumiała, zaznała wreszcie spokoju psychicznego i zajęła się myśleniem o sobie.

*

Damian snuł się ze szkoły do domu. Od jakiegoś czasu często głowił się nad tym, jak odmienić swoje życie. Nie było ono takie, jak by sobie życzył, choć ostatnio wiodło mu się znacznie lepiej. Po pierwsze rodzice zamieszkali osobno i skończyły się wrzaski i kłótnie. Po drugie nie musiał stresować się codziennie niezrozumiałymi poczynaniami ojca, który oczekiwał od niego zachowań dorosłych, ale traktował jak malutkie dziecko, w zależności od tego, jak mu pasowało. Kochał ojca, ale z ulgą wracał do mieszkania matki po wspólnych weekendach co drugi tydzień. To jej lokum uważał za swój dom rodzinny. Po trzecie miał od niedawna psa, o którym marzył od kilku lat. No i po czwarte mieszkał teraz bliżej szkoły i miał fajniejszy i większy pokój, a w nim oprócz łóżka kanapę, o której również zawsze marzył, i stelaż do ćwiczeń sportowych. A planował, że właśnie ten sprzęt przyczyni się do dużej zmiany w jego życiu.

Postanowił bowiem poprawić swoje życie towarzyskie, a po kilkuletnich obserwacjach stwierdził, że sylwetka ma w nim ogromne znaczenie. Aparycja rządzi światem i choć wielu ludzi głosi co innego, nikt faktów nie odmieni. Dosyć miał wysłuchiwania przezwisk typu „grubas” lub jeszcze gorszych. Chciał być akceptowany i lubiany, mieć wielu znajomych.

Od jakiegoś czasu zamienił grę na gitarze na grę w tenisa. Zimą zamiast na nartach jeździł na snowboardzie, jednak nawet ta dawka sportu nie dawała zadowalających rezultatów, choć był chwalony przez trenerów za szybkie i wyjątkowe wyniki. W pokoju stał stelaż, z którym nie umiał sobie poradzić, bo potrzebował nabrać większej masy mięśniowej. Stałe obmyślał, jak to zrobić i jak namówić matkę na karnet na siłownię. Tymczasem zdołał przekonać ją do zakupu hantli do ćwiczeń w domu i skórzanej skakanki. Potrzebował mięśni i mniejszej wagi, by podciągać się na drążku.

Gdy już zbliżał się do wejścia do budynku, zadzwonił ojciec:

— Cześć, Myszeczko, co robisz? — spytał tradycyjnie.

— Odpoczywam po szkole — odpowiedział krótko Damian, bo miał już świadomość, że dłuższej wypowiedzi tamten i tak by nie wysłuchał.

— Aha, bo ja sobie oglądam foldery z samochodami. Zastanawiam się nad nowym samochodem dla siebie. W weekend możemy pojeździć po salonach i popatrzeć — powiedział podekscytowany ojciec.

— Dobra, OK — zgodził się Damian, myśląc, że oglądanie samochodów może być nawet ciekawe.

— Tylko lepiej nic nie mów mamie. No to pa, Myszaku.

— Pa.

No tak, załatwił swoje i jak zwykle nic więcej go nie interesowało — pomyślał chłopak i zajął się swoimi sprawami.

*

Mimo że z Damianem tworzyli bardzo zgraną paczkę, świetnie sprawdzającą się w dni powszednie, w weekendy i na wczasach, to jednak Emi była świadoma, że jest tylko jej dzieckiem, do tego nastolatkiem, który za chwilę zajmie się własnymi sprawami i zainteresowaniami, stanowiącymi odrębny świat.

Cieszyła się, że ma takiego udanego syna. Wysokiego, przystojnego blondyna z modną fryzurką, doskonałym słuchem muzycznym, wysportowanego. Skłoniło to Emi do zakupienia lekcji u trenera, żeby móc kiedyś towarzyszyć synowi na korcie, oraz do wykupienia przypominających zajęć z instruktorem narciarstwa, by móc spędzać czas wspólnie na stoku. Jedynymi bolączkami Damiana byli złośliwi koledzy, którzy czasem go przezywali, bo ważył więcej niż oni, choć otyły zasadniczo nie był. Był wysoki i grubokościsty. No i ojciec — kapryśny, narzekający, ignorujący, skupiony na sobie i własnych problemach. W najlepszym wypadku obojętny lub dziecinny. A Damian raczej liczył na faktyczne zainteresowanie i wsparcie.

Pewnego dnia Emi odkryła, że brakuje jej kogoś do rozmów, kogoś dorosłego, partnera. Wtedy pojawił się w jej życiu Marek — kolega z czasów szkolnych, który się właśnie rozwodził i twierdził, że wiele lat marzył, by ją bliżej poznać. Był jak woda na młyn uczuć Emi, jednak po namiętnej nocy, która zakończyła okres wieloletniego celibatu Emi, pan Marek zamienił się w Pana Małpę, ponieważ kontaktował się tylko wówczas, gdy jemu pasowało. Potrafił przerwać korespondencję esemesową niemalże w środku zdania, by potem kontynuować ją po tygodniu jak gdyby nigdy nic. Doszły do niej słuchy, że Pan Małpa lubi ostro wypić i ma potężne długi w związku z nie do końca uczciwym rozliczaniem się z urzędem podatkowym. No i małżonka szykowała mu rozwód z jego winy, na co miała sporo silnych argumentów.

Gdy Emi postanowiła dać mu w końcu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana taką znajomością i po prostu przestała się kontaktować, nie wywołało to w nim jakiejś szczególnej reakcji. Pisał do niej esemesy średnio raz na miesiąc, nawet jeśli nie dostawał odpowiedzi. Tak jakby testował, czy ma szanse się z nią po raz kolejny umówić. Dziwny typ. W pewnym momencie pochwalił się nowo poznaną kobietą, w której ponoć się zakochał, co nie przeszkadzało mu co pewien czas słać sprośnych esemesów do Emi z różnymi erotycznymi propozycjami. Totalny wariat.

Niedługo po poznaniu Pana Małpy trzeba było zatem wznowić poszukiwania potencjalnego partnera.

Nowe znajomości

Gdy stracił cierpliwość, przystawił facetowi gnata do głowy.

— Wyskakujesz z kasy czy nie? Bo nie mam czasu.

— Spokojnie, panowie. Oczywiście że się dogadamy. Po co tak nerwowo?

— Pod chuj to jeża, a nie mnie. Niech twój funfel kładzie kasę na stół i spadamy. Nie ma czasu na farmazony.

Znowu się im poszczęściło i wyszli z łupem, chociaż pierwszy raz spotkali się z takim oporem. Przedtem sprawy szły bardziej gładko. Wystarczyło wyjaśnić, po co i skąd przyjechali, i zainkasować należne pieniądze. No, ale to nie ich miasto, tylko gościnne występy. Daleko od domu, daleko od Tatki. Widocznie ludzie mało nauczeni.

Może dzięki temu, że wyjął gnata, lepiej zapamiętają na przyszłość? No i miał w końcu jakiś trening z nowym nabytkiem. Wcześniej nie miał okazji, żeby kogoś postraszyć.

Pojechali do hotelu i postanowili trochę pobalować — skoro tak się napracowali, tyle nerwów stracili, to należy im się jakaś nagroda. Schowali część dla Tatki, resztą się podzielili.

Wieczór upłynął na tańcach w dyskotece, dobrym żarciu i wypitce. Wrócił do pokoju sam. Kumple wyrwali jakieś panienki. On jakoś nie miał chęci i humoru. Włączył telewizję i po chwili zasnął.

Rano zbudziło go walenie do drzwi.

— Po co tak się dobijasz, Mordo, z samego rana? Łeb mi pęka.

— Musimy stąd spadać. Dostałem cynk, że gość zgłosił sprawę na policję. Będą nas szukać — powiedział całkiem spokojnie Mamut, siadając w fotelu z papierosem. Ból głowy też dawał mu się we znaki.

— Nawet jak znajdą, to był tak przerażony, że nas nie rozpozna. Przecież w gacie robił.

— Tego nie wiem. Poza tym ty trzymałeś gnata, a ja stałem z boku, Mamut z tyłu. Może rozpoznać jednego — skomentował ze znawstwem Morda.

— Przestań pierdolić kocopały. Nawet jak nas złapią, to i tak Tatko nas wyciągnie. Uwierz mi szczerze, już nie raz takie przypadki były.

— Dobra, przestańcie obaj pierdolić. Zbieraj się i spadamy. Za wyciąganie też trzeba będzie Tatkowi dolę odpalić, a ja zbieram kasę. Chcę kiedyś zacząć żyć inaczej, spokojnie i normalnie — zakończył dyskusję Mamut.

— Jeszcze zdążysz uzbierać. Na razie i tak masz kapusty jak lodu. Nie wiadomo, co z tym hajsem nawet zrobić — orzekł, po czym szybko się ubrał i po chwili wypadli z hotelu. Odjechali w kierunku rodzinnego miasta. Gościnne występy postanowili tym razem zakończyć na tym incydencie.

*

Ponieważ w tamtym okresie sytuacja zawodowa sprawiała, że długo pracowała i późno wracała do domu, nie miała wielu okazji do poznawania nowych osób w tak zwanym „realu”. Postanowiła więc założyć konto na portalu randkowym. Mnóstwo osób korzystało przecież z tego kanału komunikacyjnego ze światem innej płci. Słyszała nawet opowieści o sukcesach, udanych związkach, a nawet ślubach! Może warto wyjść szczęściu naprzeciw?

Umieściła tam kilkanaście swoich najlepszych zdjęć. Podała wiek, wzrost, typ sylwetki, kolor włosów i oczu.

Informacje formalne: specjalista (nie będzie wypisywać, że jest na stanowisku menadżerskim, żeby nie przyciągać osób, dla których stanowisko i idące za nim uposażenie są najważniejsze, albo zrażać tych, którzy obawiają się przewagi tego typu kobiet)

Wykształcenie: wyższe

Rozwiedziona (niestety kłamstwo, ale przecież żyje jak rozwiedziona i na pewno docelowo taka będzie)

Mam dzieci

Małżeństwo nie jest dla mnie ważne (czyt. nie mam zamiaru nigdy brać ślubu)

Alkohol i papierosy: nie lubię, nie przepadam

O mnie: pogodna i energiczna optymistka, której udało się wyjść na prostą po kilku życiowych zakrętach, poszukująca miłości z wzajemnością

Osobowość: czuła, dowcipna, romantyczna, rozważna, spokojna, szczodra, towarzyska, zrównoważona, uparta (to wszystko prawda)

Szukam: miłości

Sport: jazda na rowerze, narty, pływanie, tenis (wszystko prawdziwe na sto procent)

Wolny czas: kino, restauracja, rodzina, sport, z przyjaciółmi, zacisze domowe

Zainteresowania: czytanie, góry, ogrodnictwo (czyt. muszę kosić swój trawnik), podróże

Szukam partnera: inteligentnego i uczciwego, miłego i czułego, z poczuciem humoru, z podobnymi zainteresowaniami (chociaż jednym…), zainteresowanego stałym związkiem, wysokiego (1,80+), wolnego (panom żonatym i w separacji dziękuję), mieszkającego w moim mieście lub okolicach (bo jak inaczej kogoś stopniowo poznawać na spontanicznych i częstych randkach?)

Pojawiły się jednak chmury, bo Emilia nie mogła poznać osoby, która by jej odpowiadała, pomimo tak precyzyjnie określonych i — wydawałoby się — niewygórowanych oczekiwań.

*

Właśnie wrócił z porannego joggingu, na który się wybrał, mimo że niemal całą noc przepracował w swojej własnej taksówce. Chciał jednak rozruszać nogi i poprawić krążenie, zanim będzie odpoczywał. Położył się na materacu i zaraz dołączył do niego Puszek, jedyny współlokator, którego tolerował.

Od kilku lat bardzo dbał o zdrowie i szczupłą sylwetkę. Nie wyobrażał sobie, że znowu stanie się grubym miśkiem. Kiedyś miał zupełnie inne życie, a potem wszystko przewróciło się do góry nogami.

Miał żonę, zwykłą pracę na etacie i był nudnym, zwykłym zjadaczem chleba oraz niestety mięsa. Żona ciągle czegoś od niego chciała, co go niewiarygodnie męczyło psychicznie. Oczekiwała, że będzie głównym żywicielem, a ich dobrobyt z czasem się powiększy. Chciała większego mieszkania, remontów, kolejnego samochodu, nowych ciuchów, wczasów i dziecka. On jednak patrzył na to wszystko inaczej — jak na maszynkę do wyprowadzenia w kosmos jego pieniędzy zarobionych codzienną pracą. Myślał raczej o zabezpieczeniu na przyszłość, a nie o wydatkach bieżących. Pewnego dnia przecież noga może mu się podwinąć — zostanie bez pracy — i wtedy chciałby żyć spokojnie, nie mówiąc już o życiu na stare lata na emeryturze, a wypłacane przez państwo „racje” były przecież głodowe.

Co prawda posiadanie żony wiązało się z pewnymi korzyściami, na przykład posiłkami podanymi na czas i w miarę regularnym seksem, ale skoro miał nadwagę, posiłki musiały być niezdrowe i tuczące, co mogło wygenerować w przyszłości wydatki na lekarza. Z tym seksem też bywało różnie. Nieraz nastawały ciche dni, gdy miała te swoje humory i gniewała się nie wiadomo o co. Albo narzekała, że jest zmęczona lub że boli ją głowa.

Skoro prawie przeminęła młodość i nic w jego życiu nie zmieniło się na lepsze, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i odmienić żywot na bardziej satysfakcjonujący. Najpierw pozbył się żony. Rozwód dostał szybko, bo nie mieli dzieci. Niestety zbiegiem okoliczności skurczyło mu się również bardzo grono znajomych. Potem zorganizował sobie skromne życie zgodnie z własnymi potrzebami. Kupił małe mieszkanie i kilka podstawowych sprzętów. Spał na materacu, bo uważał, że wydatek na łóżko stanowi bezsensowną rozrzutność. Wolał wydać pieniądze na laptop, dzięki któremu miał łączność ze światem na miarę swoich potrzeb poprzez Facebook i portale randkowe.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.32