E-book
6.83
drukowana A5
22.88
drukowana A5
Kolorowa
47.13
Pokochać Siebie po męsku

Bezpłatny fragment - Pokochać Siebie po męsku


Objętość:
113 str.
ISBN:
978-83-8221-173-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.88
drukowana A5
Kolorowa
za 47.13

Witaj.

Jestem Twoją książką, a może stanę się nawet Twoim przyjacielem, przyjacielem, który będzie przy Tobie, gdy tylko tego zapragniesz. W każdej chwili, w każdym momencie życia, możesz mnie otworzyć, znaleźć co potrzebujesz i wziąć dla Siebie wszystko to, co aktualnie wpasuje się w Twoją teraźniejszość. Gwarantuję Ci wsparcie, uśmiech w sercu i na twarzy, naukę siebie i motywację do działania. Twoja płeć, status, zawód nie grają tu żadnej roli. Jesteś wyjątkową i niepowtarzalną Osobą i tylko to się liczy. Możesz po mnie kreślić, pisać, zaznaczać, odhaczać. Jestem Twoim towarzyszem życiowej podróży w kierunku najlepszej i najpiękniejszej miłości.

Korektę tekstu w książce poczyniła — Katarzyna T.

Rysowała dla Ciebie — Małgorzata Koptoń

Prolog

Życie jest wredną postacią na arenie egzystencji. Przechadzam się po nim od błędu do obłędu wciąż odbijając się od porozrzucanych nieporozumień. Przecież miało być tak pięknie, miało być jak w prospektach, które skrzętnie wertowałem za młodu. Ja, młody ambitny, miałem poukładać sobie życie, polegające na bogactwie i stabilności, a skończyłem na bałaganie własnego wnętrza.

I gdzie w tym wszystkim jest sens?

Wróć, przewiń, kiedy ja właściwie poukładałem swoje życie? Chyba nigdy, chyba nigdy tak naprawdę nie nauczyłem się funkcjonować prawidłowo, chciałem poukładać wszystko wokół, a zapomniałem o najważniejszym elemencie tej układanki. Zapomniałem o samym sobie. Wszystkich chciałem poustawiać w swoim życiu i poić ich swoim dobrem, karmić swą opieką, swoim nadzwyczajnym darem uzdrawiania, gdy sam od środka byłem roztrzepany jak kogel-mogel. Jak mogłem cokolwiek komuś dać od siebie, jak moja wiedza na temat miłości była tak znikoma. Gdy tylko szukałem odpowiednich słów na wyrażanie uczuć kończyło się zawsze na jednym: „Kocham Cię”. Kocham Ciebie i Ciebie i jeszcze Ciebie, a potem była następna Ciebie i jeszcze jedna Ciebie a nie było tylko jednego, Kocham Siebie.

Zapomniałem o najważniejszej osobie w swoim życiu, o kimś, od czego tak naprawdę wszystko się zaczyna i na kim wszystko się kończy. Wyglądało to tak, jakbym podlewał doniczkę wypełnioną ziemią, czekając, aż coś urośnie, tyle tylko, że jakoś dziwnie zapomniałem o nasionkach. No, ale doniczka jest, ziemia jest, woda jest, a dalej nic nie rośnie.

Jak tu kochać siebie? Skoro wszyscy odchodzą to pewnie jestem zbyt trudny i skoro opuszczają moje dni to widocznie się do tego nie nadaję. Nie nadaję się do życia, do bycia, do kochania, a jak inni mnie nie kochają to widocznie po prostu na to nie zasługuję. Nie jestem aż tak piękny ani na zewnątrz ani w środku, nie jestem aż tak atrakcyjny by ktoś chciał mi dać szansę. Szansę na wspólne życie, bo nawet jak już uda mi się wreszcie znaleźć kogoś to szybko ode mnie ucieka lub po prostu mnie wykorzystuje. Życie jest zbyt brutalne a ja już nie mam na nie siły.

Mordo ty moja

Podchodzę do lustra i co widzę? Zmęczenie, rozpacz, totalny huragan życia, który przeszedł mi przez twarz, nie widzę tam ani szczęścia, ani kochania, a już tym bardziej miłości. Twarz popuchnięta od łez wylewanych w tajemnicy przed światem, w tajemnicy by nikt nie zobaczył, by nie wydostały się spod maski radości, którą wkładam, co dnia wyruszając na łowy kolejnej ofiary mojego braku siebie. Setki rozmów na portalach licząc na zew świeżości, na kolejną wpadkę pod tytułem: A miało być tak pięknie. Miało być już tak cudownie, tak bardzo, że znów wzięła co chciała i poszła. Setki godzin ględzenia moich przyjaciół, abym wziął się w garść, że życie jest cudowne.

Chrzanienie o niczym. Skąd mogą wiedzieć jak bardzo rozrywa mnie od środka. W końcu oni to nie ja a ja to nie oni. Dobrze się komuś poucza, gdy nie czuje tak wielkiej rozpaczy, która szarga mi serce. Wolę spędzić ten wieczór i kolejny, i kolejny na łzach, na promilach przelewających się przez moje gardło lub wziąć po prostu tabletki i zasnąć.

Zasnąć by przetrwać następny parszywy dzień i nie interesuje mnie, gdy ktoś mówi, że lecę na łatwiznę. A co to za łatwizna, kiedy nie mam już sił dźwigać tego całego bagażu. Mam po prostu wszystkiego dość. Dość tego całego bałaganu i braku zrozumienia. Nie chce mi się już żadnej imprezy, żadnego wypadu, żadnego uśmiechu sztucznie wrzucanego na twarz by inni dali mi już po prostu spokój. Potrzebuję kogoś, kto mi ten uśmiech będzie dawał co dnia, kogoś, kto rozjaśni moje życie, kogoś, kto pokaże mi, że moje życie może być piękne. Chciałbym kogoś, dla kogo mógłbym być całym światem i cały ten świat będzie zamykał się we mnie.

Czy na pewno potrzebuję kolejnego więźnia moich pragnień?

Tak, więźnia, skazańca, który będzie nosił ciężar moich smutków i niepowodzeń, tragarza moich błędów, inaczej dziś nie mogę tego nazwać. Oczywiście w wersji demo będzie cudem mojego świata, epicentrum moich uniesień, tyle tylko, że w pełnej wersji znów wyjdzie jak wyjdzie i nic z tym nie zrobię.

Może tym razem nie?

Może przestanę szukać kogoś by go uszczęśliwić, lecz zacznę od najwłaściwszej osoby. Zacznę od siebie. W końcu zasługuję na wszystko, co najlepsze i nie muszę już nikogo na siłę szukać. To ja jestem jedyny i wyjątkowy, najlepszy z najlepszych, jakiego do tej pory nie spotkałem, czas odnaleźć to we własnym odbiciu.

No i znowu rozpacz. Chyba nie chcę oglądać tego czegoś tam w lustrze, tego czegoś, co niby przypomina człowieka, gdy ani za grosz do niego nie jest podobne. A tak łatwo było słuchać komplementów i przez chwilę udawać, że tak może być, aniżeli stanąć przed prawdą twarzą twarz. Jeśli miałbym już wypowiadać magiczne słowa „lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy” to skończyłbym to zdanie na … „w tym pokoju” i tylko w tym pokoju, zaglądając przez ramię czy czasem ktoś nie wszedł. No dobra skoro ma być tak, że mam już pokochać siebie to zacznę od tego, co dobrego jest we mnie. Przyglądam się i przyglądam i nic nie widzę. W poradnikach tak pięknie to napisane, a w życiu tak ciężkie do odkrycia. Choćbym nie wiem jak długo przyglądał się w lustrze, to zamiast zobaczyć cokolwiek w nim urodziwego, liczę bruzdy na twarzy, bo już nawet nie nazywam tego zmarszczkami, a na pewno nie mimicznymi, no chyba, że skurczowymi od nadmiaru udawanego uśmiechu.

No dobra. Jedno oko, drugie oko, czyli jakaś prawidłowość się już na mej facjacie znajduje. Nos jest, jest, a w nim dwie dziurki i bujające się w tym momencie słowa z dzieciństwa, że „śpik mi wisi”. Oczy są, nos jest i usta są. Usta, które zajmują się kompletowaniem niedoborów mej urody zamiast głosić peany, jaki to ja piękny jestem. Niby fajne te usta, takie w sam raz do całowania, takie w sam raz do czułego pielęgnowania gęsiej skórki w drżącym podnieceniu penetrującym to czułe miejsce za uszkiem. Wróć. Znów mi się style kochania pomyliły. Miało być o kochaniu duchowym, a wychodzi jak wychodzi z czego nic nie wychodzi. A więc twarz jak twarz, można z niej wyczytać niejedno rodeo w życiu i nie jeden rajd górskim szlakiem. Co ja takiego pięknego mogę tu znaleźć? Co takiego ma być w tej mojej twarzy, że mógłbym zacząć się sam sobie podobać? Chyba zacznę się malować i namaluję sobie urodę, namaluję sobie coś, co mi się spodoba, namaluję sobie coś, z czego wreszcie będę mógł być dumny i zadowolony. Zastanawiam się czasem jak muszą mieć niepoukładane w głowie superbohaterowie, że pomimo swej urody noszą maski.

Zacznijmy, więc jeszcze raz. Oko jest, drugie jest, nos jest, usta są, niby komplet a jednak czegoś brak. Może nie brak, a czegoś za dużo. Za dużo skóry to na pewno, w końcu gdybym ją ściągnął i rozciągnął to niejedne spodnie z niej bym uszył. Wory pod oczami, zapadnięte powieki, szyja zwisa, no istny ideał do uwielbiania siebie. Wręcz mógłbym się przenieść w czasy mitologii i udawać Adonisa.

No i komplementy się posypały, jaki to ja piękny jestem, jaki cudowny, jaki urodziwy i jaki szczęśliwy, tylko zaklęcie nie działa. Nic się nie zmienia, twarz ciągle pozostaje ta sama. Choćbym nie wiem ile się patrzył, choćbym nie wiem jak wzrok wytężał, choćbym nie wiem jak się naprężał, to nie udźwignę taki to …. No ale to nie ta bajka, to raczej horror mojej egzystencji. Może zrobię sobie przyjemność, stłukę lustro i napiszę w tym miejscu na ścianie „jestem zaje…..” Zrobiłbym to, ale jak pomyślę, że po stłuczeniu lustra czeka mnie siedem lat nieszczęścia, to nie jestem nawet wstanie tego ogarnąć. Bo jakie jeszcze fatum może na mnie spaść, skoro nie ma już nic gorszego od widoku samego siebie z rana. Jak w tym wszystkim się połapać, bądź tu mądry i pisz wiersze, jak niczego konstruktywnego we własnym odbiciu nie widzę.

Nachodzi mnie jedna myśl. Patrząc w lustro czuję się jak tenisista, który trenuje na ściance. Niby walczy z przeciwnikiem, lecz sam decyduje, w którą stronę piłeczkę odbije. Co postanowi to zrobi, co zrobi to dostanie z powrotem. Mogę oczywiście sztucznie się uśmiechać do lustra i dostawać to, co daję, lecz nie wiem czy to mi pomoże, skoro o tym wiem. Jak oszukać siebie, skoro to ja, a ja to nie kto inny jak ten, który wie lepiej zanim inni cokolwiek zdążą powiedzieć. Jedna próba i nic. W rozumieniu samego siebie nadal uśmiech w lustrze bardziej przypomina mi smak cytryny aniżeli radość z życia. Mówią jednak, że prawdziwy uśmiech kryje się w oczach. Skrywany bowiem jest nie tam, gdzie go widać, lecz głęboko w duszy, gdzie zaglądają tylko Ci, którzy chcą zobaczyć w człowieku coś więcej. No dobra, ale czy ja chcę zobaczyć coś więcej skoro wiem, jaki rozgardiasz tam panuje. Czy chce oglądać coś, co przyprawia mnie o mdłości widząc jak beznadziejne stało się moje życie. Czy ja tego chcę? I tak i nie. Skoro już zacząłem, postaram się to ciągnąć dalej, w końcu nic się nie stanie jak mi nie wyjdzie, gdy i tak nie wychodzi mi wszystko. Jak odnaleźć ten uśmiech w oczach skoro tam kraina nędzy i rozpaczy, gdzie powinien być blask pozostał tylko promień słońca odbijający się w kałuży w zapadniętym dole. Mogę się oszukiwać, kombinować, udawać, ale prawdy nie oszukam. Jest jak jest i widać co widać. No ale przecież nie zawsze tak było. Bywały dni pełne życia, bywały chwile do dziś rozpromieniające moją duszę, chwile, które pomimo braku aparatu wciąż tkwią w obrazach mojej pamięci. Przeżyłem też momenty, momenty w których czułem, że żyłem, czułem się wspaniale i do których aż chce się wracać, chce się żyć. Może ich teraz nie widać na moim obliczu, ale były. Zamykam oczy i przez krótką chwilę żyję pełnią życia. Żyję tymi chwilami, tym uniesieniem, które dodawało mi wtedy skrzydeł, patrzę na siebie przez zamknięte powieki, widzę siebie z radością na ustach, z tym promieniem otulającym mnie całego w poczuciu szczęścia i bezpieczeństwa aż człowiek nie chce się budzić. Otwieram oczy i nagle widzę coś niesamowitego. Błysk w oku. Moje szare dotąd oczęta nabrały wyrazu, magicznego blasku, jednocześnie krzycząc do mnie „chcę żyć, chcę się cieszyć, chcę trwać i nigdy nie przestawać”. Blade jak dotąd lica w całej tej promienności ciągną za sobą kąciki ust, powodując, że do tej pory zwisające z pogardą wargi nabierają kształtu. Magia? Nie, to po prostu ja, ja, który widzi, że świat tak do końca nie jest zły, że bywa czasem kolorowy, choć kredki się połamały. Udało się! Pierwszy uśmiech zaliczony, a ten ktoś, ten ktosiu po drugiej stronie pokazuje mi, że się da, że da się ujrzeć prawdziwy uśmiech na twarzy. Odwzajemniam mu tym samym i tak jak te dwa głupki na drodze

uśmiechamy się do siebie nie wiadomo po co, jednak nie przerywając tego, co jest miłe i pocieszne. Lustro już nie jest dla mnie takie straszne. Pozostawię je na swoim miejscu, odkryłem, że pod tą zmęczoną powierzchnią wiszącą na moich kościach policzkowych potrafi się odnaleźć ktoś fajny.

Chyba podoba mi się ten nowy ja po drugiej stronie, taki ładny jest, nawet te zmarszczki stały się urocze. No po prostu mógłby się w nim zakochać. Może trochę na początek przesadziłem, myślę, że na razie pozostanę przy uśmiechu, przy tym blasku radości, który mnie tak pochłania. Chce mi się już wszystko, chce mi się wstać, obudzić, nabrać werwy, przeżyć kolejny dzień, nowy dzień z kimś fajnym, którego ujrzałem po drugiej stronie.

W takim nastroju to ja mogę teraz wziąć prysznic, nie byle jaki prysznic, nie taki wlot wylot i pozamiatane, lecz już z tym uśmiechem i radością przez chwilę pocieszyć się własnym ciałem. Nie ma nic bardziej rozkosznego niż te drobinki kropel złączone w jedną całość, które otulają mnie całego, nie ma nic bardziej pożywnego aniżeli ciepły deszcz, który zmywa noc dodając magicznej siły na cały dzień. Nawet proste czynności zaczęły być dziwnie przyjemne. Moje ciało jakby powiększyło swoją powierzchnię o niekończącą się przyjemność dotyku. Głowa, która do tej pory podczas kąpieli była traktowana, byleby szampon w oczy nie zajrzał, dostała nowego wymiaru. Każdy ruch, każdy dotyk palcami wydawał się delikatnym masażem, powodującym, że zaczęły stymulować się receptory, których dawno już nie czułem. Moje ciało nabierało sensu, sensu nabierało pielęgnowanie czegoś, co stanowiło całą moją powierzchowną część bytu. Mój uśmiech, który zawitał w mych oczach pozostawał w nim dalej podczas całej tej ceremonii, pomimo tego, że były zamknięte. Każda część mojego ciała nabierała jakości, przestawała być już częścią, do której z rygorem podchodziłem, bo tak trzeba, ale z ekstazą, bo sprawia mi to przyjemność. Mógłbym tak się rozkoszować cały dzień, gdyby jednak nie fakt, że trzeba coś jeszcze w tym dniu zrobić. Tak naprawdę to nie chciało mi się kończyć, chciałem by trwało to wiecznie.

Po takim prysznicu, po takiej eskapadzie radości własnej powierzchni gruntowej, przygotowany do egzystencji dnia, nawet pielęgnacja wydała się konieczna a nie przymusowa. Odkryłem co mam w łazience, a czego mi brakuje, czego domaga się moje ciało i bez czego nie może się obejść. Czułem się jak król, który odwołuje swoją służbę by na chwilę czerpać przyjemność z dostarczania samemu sobie tego zaszczytu. Cały byłem w skowronkach i nie wiadomo skąd z moich ust zaczęły wydobywać się melodie. Nie było już tego gościa, który próbował ukryć niechęć do budzenia się zawsze o nieprzyzwoitej porze i zawsze nie tej, o której normalni ludzie wstają, tylko pojawił się gość, któremu w końcu się chce, który chce, bo może. Wyjścia z łazienki nie było końca, bo jeszcze to, jeszcze tamto, a może dziś inny zapach, a może jeszcze włosy poprawię. Skąd w ogóle nagle temat włosów? Skąd te poukładane co dnia szmerem niedociągnięć resztki na mojej głowie zaczynają delikatnie lśnić. Mógłbym naprawdę się w sobie zakochać. Pokochać siebie. Nagle zrobiłem się piękny.

A właściwie dlaczego by nie? Dlaczego rzeczywiście nie pokochać siebie. W końcu przynajmniej mam zapewnione, że będę ze sobą do końca moich dni, nawet, gdy ktoś w końcu mi powie: musisz być z kimś, bo nie będzie miał Ci kto szklanki wody podać na starość, to skąd pewność, że akurat wtedy będzie chciało mi się pić? Jeśli pokocham swoje towarzystwo, będzie to dla mnie najlepsze towarzystwo na resztę moich dni i nie będę musiał tracić czasu na ciągłe szukanie.

Sam już nie wiem, ile siedzę w tej łazience, ale nie chce mi się z niej nawet wychodzić, jestem wstanie udawać, że drzwi się zatrzasnęły, tak nagle zaczęło mi się to wszystko podobać. Niestety trzeba ruszyć dalej. Stanąć oko w oko z nowym dniem. Już nie jak co dnia bez dnia tylko z radością w sobie i choćby pozostałość czasu do jutra miała już nie przebiegać tak korzystnie, wciąż będę wiedział, jak zacząć na nowo cieszyć się sobą. Wiem gdzie znaleźć tego fajnego gościa, który jest tam we mnie w środku, a który ostatnimi czasy gdzieś zaginął. Nawet gdyby ktoś popsuł mi humor, zawsze jutro rano mogę wrócić i spotkać się z nim na nowo i na nowo zacząć dzień. Bo ten dzień potrwa tylko do jutra i ani sekundy dłużej. Choćby nawet na mojej twarzy przybyło mi dziś zmarszczek to wiem, że mój uśmiech potrafi je wszystkie udźwignąć.

Zaściel łóżko i wyrzuć pychę

Świeży pachnący z pogodnym wyrazem twarzy, przekroczyłem próg własnego pokoju i spadł na mnie grom z jasnego nieba. Z ust wyrwał mi się nieoczekiwany okrzyk niezachwytu „Jaki tu burdel!”. No ale czego się spodziewać. Moje życie to jeden wielki bałagan, więc jak wymagać od siebie, żeby sobie chociażby sypialnię wysprzątać. Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz, a jak sobie z rana nie pościelisz tak sobie dzień spierdzielisz. Wielce chce układać życie na nowo, a zaczynam od napadowych bóli głowy na widok własnego egzystencjonalnego trybu omijania spraw ziemskich. Patrząc na ten magiczny chaos wijący się po moim łożu, widzę siebie zwijającego się z wewnętrznego bólu samotności. Mógłbym snuć amerykańskie powieści, o detektywie, który teraz ze stoickim spokojem dochodzi do tego „co myślała ofiara podczas snu, zanim rano zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach”.

Patrzę i rozmyślam nad tym wszystkim, czy rzeczywiście tak ma wyglądać mój poranek. Czy muszę zaczynać go od widoku górskich szczytów koszmarów sennych i dolin rozpaczy na moim łóżku. Mogłem sprzątnąć przed kąpielą, ale komu by się chciało zaczynać dzień od nieludzkiego wysiłku, jakim jest doprowadzenie łóżka do stanu używalności. Przecież to tyle ruchów trzeba wykonać, tyle trzeba się namęczyć i to wszystko jeszcze przed poranną kawą. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to skonstruowanie samościelącego się łóżka. No cóż, zanim cokolwiek wymyślę to i tak nic dzisiaj już nie zmienię. Zabieram się za ścielenie, modląc się, by czasem gdzieś przez przypadek nie znaleźć wczorajszych skarpetek. Ile to trzeba się napracować, żeby choć trochę moje własne łóżko, wyglądało jak te hotelowe, pachnące, z ręczniczkiem na pościeli. No może ręczniczka nie będę układać, lecz za to niech wygląda chociaż na takie z katalogu zrób to sam. Niby prosta rzecz, pościelone łóżko, a od razu sypialnia zmieniła klimat, stała się łagodniejsza dla mych oczu, nie widać już w niej tego całego chaosu, który towarzyszył mi na co dzień. Tak szczerze to aż miło popatrzeć. Znów chciałoby się wskoczyć na łóżeczko i popachnieć, stop! Nie po to ścieliłem by za chwilę znów zaczynać wszystko od nowa. Chyba wpadnę w samouwielbienie, niech nazywa sobie to kto jak chce, ale chce mi się dziś trochę po narcyzować.

Pachnący, z poskładanym, z pościelonym początkiem dnia, mogę spokojnie usiąść do porannej kawy.

Plany na dziś?

No jakieś plany są, lecz jak zawsze plany to plany a wykonanie wiadomo jakie. Po co właściwie wybiegam z wielkimi planami w tak odległe terminy, skoro, kiedy przychodzą, to jedyne, co mi się chce, to zmienić ich chronologię.

Chrzanie to dziś.

Dziś tylko co konieczne, a potem się zastanowię, co tak naprawdę zaplanować. Jak znów mam planować rzeczy, których nawet nie chce mi się wcale, to już chyba wolę zrobić sobie w terminarzu rubrykę „marzenia”. Ile bowiem razy sam na siebie byłem wściekły, że znów nie dokonałem tego co sam zaplanowałem. Ile razy zamiast odnosić sukces, stawiając „ptaszka” w terminarzu przy dobrze wykonanym zadaniu, wolałem założyć sobie nowy. Gdy zaczynałem nowy rok dumnie wpisywałem swoje dane do kalendarza tylko po to by tą czynność powtórzyć wielokrotnie w ciągu roku. Każdy nowy terminarz miał być tym, którego nie będę się wstydził i będzie udowadniał mi moją przedsiębiorczość czasową, a w rzeczywistości był rozpaczą czystego chaosu.

Po co mi te wszystkie plany do niezrealizowania? Po co mam narzucać sobie wyzwania, których chyba nawet nie zamierzam spełnić? Po co mi to wszystko? Czy nie lepiej dla mnie, gdy pójdę małymi kroczkami dzień po dniu, zaplanuje sobie to, co jest konieczne i to, co narzuca mi praca, a całą resztę wyzwań potraktuję jako dodatkowy bonus. Będę szczęśliwy, gdy je spełnię, a nie rozczarowany, gdy mi się znów nie uda. Jeśli wszystko zależy tylko ode mnie to, po co tworzyć wizje, które są ponad mnie. Skupię się bardziej na tym, co jest w zasięgu moich możliwości, na tym, co jestem wstanie osiągnąć, a na całą resztę przyjdzie czas w odpowiednim czasie, bo jak głosi stare przysłowie „daj czas czasowi”, a czas jak czas nie zawsze jest odpowiedni.

Tak patrzę w ten kalendarz, ogarniając wzrokiem wszystkie niezrealizowane przedsięwzięcia, widzę totalne wysypisko śmieci, którymi sam się obkładam. Odchylam wzrok na biurko, a tam taki sam burdel, taki sam rozgardiasz, jak na kartkach mej pamięci. Dlaczego ja sobie to robię? Dlaczego sam zbieram kurz na rzeczach, które nie są mi do niczego potrzebne. Biurko, ściany, półki, pełne są przedmiotów, które niczemu nie służą. Ileż w końcu można trzymać podziękowań na ścianie, o czym mają mi przypominać? Że coś dla kogoś zrobiłem? O tym, że kiedyś coś osiągnąłem? Gdy wiem, w jakim dołku teraz jestem i z jakiej rozpadliny chcę się wydostać. Skoro zacząłem tak fajnie dzień i skoro już tyle mądrości w mej głowie zaczęło się pojawiać, to trzeba iść za ciosem i posprzątać swoje życie z wszystkiego, co nie jest mi potrzebne.

Czego właściwie potrzebuję do życia?

Domu, mieszkania, łóżka, to na pewno. Pracy, by z czegoś się utrzymać i pożywienia by nie wyschnąć z głodu. Więc na co mi cała reszta, której nie używam? Na co stare pamiątki, które do niczego nie służą. Może niech zostaną gdzieś, gdzie ich miejsce, schowane głęboko w szafie na wypadek gdyby nostalgia zawitała w progi wieczoru. Dziś, teraz, w tej chwili to tylko łapacze kurzu jak mawiała moja babcia. Tyle razy byłem na nią zły za wyrzucanie mi wszystkiego z półek, a dziś stwierdzam, że była cholernie mądrą kobietą.

Wiem, że ściągnięcie ramek ze ścian będzie wiązało się z pokryciem znaków czasu na mej powierzchni mieszkalnej i nałożeniem nowej warstwy kryjącej na ściany. Za to pojawia się motywacja do odświeżenia mieszkania, jak i do kreatywnego spojrzenia na kolory mojego życia. Nie rozumiałem do tej pory, dlaczego ludzie tyle płacą za projekty domów minimalistycznych, a dziś odkrywam, jakie to cudowne, gdy nic nie rozprasza mojej uwagi na ścianie. Tak naprawdę to chyba bardziej te wszystkie nagrody i podziękowania wywoływały u mnie stany rozgoryczenia nad swoim doczesnym życiem i żal za czasami własnej świetności, aniżeli dodawały mi otuchy. Wszystkie te wspaniałości wiszące, spoglądające na mnie co dnia, budowały we mnie poczucie własnej pychy, zamiast własnej wartości. Zamiast kreować mnie do ciągłego rozwoju, informowały mnie, że zrobiłem co zrobiłem i nikt nie zrobił ode mnie tego lepiej. Tyle tylko, że ja to zrobiłem a nie robię, a świat i czas nieubłaganie pcha do przodu. Miałem wspaniałe chwile w życiu, o których pamiętam, lecz bardziej chciałbym je zachować jako doświadczenia, które mnie budowały aniżeli zaliczone etapy. Tak nawiasem, do grobu tego wszystkiego nie zabiorę. Nie zmieszczę się z tym całym bagażem, a im dłużej go niosę, tym cięższy się dla mnie staje i trudniej mi iść, a iść mam do przodu, mam się rozwijać, mam dla siebie i tylko dla siebie piąć się po swojej drabinie samoświadomości.

Zabieram się więc za porządki.

Mam dziś dzień dla siebie i dla siebie dziś mam dzień, niech zatem będzie to czas naprawdę dla mnie i tylko dla mnie. Po tych wszystkich perturbacjach życiowych, po tym stanie rozpaczy i nieudanych relacji, starczy już użalania się, dlaczego mi nie wyszło, dlaczego stało się tak a nie inaczej i gdzie popełniłem błąd? W końcu końcem końca, nie popełniam błędów tylko nabieram doświadczenia, a z każdego doświadczenia spisuje się wnioski a nie testament. Nie umieram, lecz rodzę się na nowo i na nowo zabieram się za siebie, a że zamierzam żyć dla siebie, to i sprzątam dla siebie, porządkując wszystko jak ma być i jak ma wyglądać życie, na które tak długo czekałem.

Porządkując odkrywam, ile ja to niepotrzebnych rzeczy mam pochowanych. To, co na ścianie to mały Pikuś. To tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe skarby niepotrzebności odkryły dla mnie półki. Szafa aż ugina się od ubrań, które były, ale nie są już do niczego potrzebne. Ja wiem, że ta koszula była wtedy a wtedy i od wtedy tam wisi, lecz dziś już nie ma wtedy i wtedy już jej nie założę, bo choć jeszcze nitka nitki się jakoś trzyma, to jakby to rzecz ująć, chyba raczej rozmiar już nie ten. Paskudne mole w szwaczki się bawią i przeszyły mi tkaniny. Jedna koszula, druga koszula, o i nawet spodnie! Zastanawiam się, dlaczego tam wiszą, choć patrząc na krój to raczej nie mam pytań, może tylko jedno, po co mi to wszystko? Po co mi rzeczy przeszłości jak nawet ich już sprzedać się nie da, a i podarować komuś wstyd. Odkrywając siebie w półkach, przestaje się już dziwić. Jedyne co mnie zaskakuje to to, dlaczego ja nie widziałem tego wcześniej, może nie chciałem się pogodzić z tym, że czas mija i że wszystko kiedyś się kończy. Ślub był? Był. Po co mi rzeczy z niego, skoro już pamiętać o nim nie chcę, chyba, że zamiast chusteczki do wycierania łez? O co to, to nie, nie zamierzam już wilżyć oczu wycierając je starymi szmatami. Porządkuję swoje życie w całości, bez tego całego przyda mi się, bo nic mi się nie przyda. Czekanie na maszynę czasu to jak czekanie na wilka z Czerwonego Kapturka, niby wszyscy go znają, ale nikt go nie widział. Sterta niepotrzebności ląduje na podłodze, a ja czuję ulgę, wyzbywając się tego, co tylko graciło moje życie. W końcu to wszystko nie przynosi mi żadnych korzyści duchowych.

Pozbyć się wszystkiego co niepotrzebne, wszystkiego co tylko pozostało czasem już nieokreślone, przedawnione, a co niczego nie wnosi do dnia dzisiejszego. Szafa, półki, komody, wszystko jest zagracone przeszłością, do której nie ma już po co wracać. Kable, które do niczego już się nie przydadzą, nawet drukarki już tej nie ma a zapas na zapas niepotrzebnie zaśmieca szuflady. Patrzę na to wszystko i myślę sobie, że tak właśnie w tej chwili wygląda moje życie, nieposkładane i pomieszane. Przecież to wszystko może wyglądać inaczej, może w końcu być takie jak być powinno i takie niech się stanie. Krok po kroku usuwam wszystko, co zbędne, by to, co niezbędne pozostało i dodało mojemu życiu harmonii. Worki nie potrzebnych wspomnień się zapełniają, a ja z sekundy na sekundę czuję się lżejszy o ten cały bagaż, uwolniony od kocyka, którego tak ciężko było mi wyrzucić. Być może mógłbym jeszcze na chwilę wszystko zatrzymać, lecz nie wniesie to nic pozytywnego do mego życia.

Posprzątane.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.88
drukowana A5
Kolorowa
za 47.13