E-book
13.65
drukowana A5
40.4
Pogrom samobójców

Bezpłatny fragment - Pogrom samobójców


5
Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8104-345-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.4

samobójcom

nieporadni autorzy mają problem ze wstępem

Doczepiam się do stanowiska, iż rozpoczynanie książek, lub jakiejkolwiek innej formy wypowiedzi literackiej, od opowiadania snów, czy choćby przytaczania i odwoływania się do tego motywu, jest zabiegiem nader banalnym, a nawet impertynenckim i niestosownym wobec czytelnika. Niejednoznaczność tego frapującego zjawiska, zgadzam się owszem, jest nad wyraz kusząca, szczególnie we wstępie, gdy nieporadny autor musi stosować ten fortel w celu zachęcenia czytelnika do dalszej lektury, jednak wybranie takiej drogi, prawie zawsze skutkuje wniesieniem do przedstawianej historii elementów kiczu i tandety. Skutkiem tego osoba, która dumnie wśród swoich towarzyszy zwie się krytykiem, już na tak wczesnym etapie powinna rozważyć kontynuację lektury. Nie czyniąc tego, świadomie zgadza się na dalszy udział w tej prowokacji.

Nie wierzę w sny symboliczne! Nie wierzę w sny przełomowe! A już na pewno nigdy nie dam się przekonać, że istnieją jakieś sny prorocze! Sen jest jedną z tych rzeczy, nad którymi specjalnie się nie zastanawiam. Sądzę, iż jedyne, na co zasługują, to potraktowanie, jako ciekawostkę. Wszakże, jako człowiek zawsze ciekawy otaczającego go świata, nie ukrywam, iż z lubością śledzę najnowsze wyniki badań poświęconych tej tematyce, ale z przykrością stwierdzam, że ich przełomowość jest podobna jak snów samych w sobie.

Wszystko to stawia mnie w niezwykle kłopotliwej i niezręcznej pozycji, bowiem wobec braku odpowiednich umiejętności i ja zostałem zmuszony do zastosowania tego niezbyt chwalebnego manewru. Chciałbym zaznaczyć jednoznacznie, że choć przytoczony w dalszym fragmencie sen de facto nie ma wielkiego znaczenia dla samej treści, to jednak warto, chociaż pobieżnie, się z nim zaznajomić z zupełnie innych powodów. Dla wielu bohaterów i osób towarzyszących spisywaniu tej historii stanowi on nie tylko niezaprzeczalne źródło proroczych wizji zwiastujących dalsze wydarzenia, ale także zawiera całą masę ukrytych symboli, do których potem wielokrotnie się będziemy odnosić.

A to czy w tym śnie faktycznie można doszukać się czegoś więcej niż po prostu bałaganu w ludzkim umyśle, zostawiam już do indywidualnej oceny każdego czytelnika. Osobiście myślę, że jeśli ktoś chce się doszukiwać jakiś ukrytych znaczeń, zawsze je znajdzie.

sen po raz pierwszy

Było już dobrych kilka minut po północy, gdy jak wielokroć po trafnym wieczorze z książką i z piwem, odpłynąłem na mojej cieplutkiej kanapie…

Ocknąłem się w jakimś wielgachnym i całkowicie obcym mi pomieszczeniu. Najpierw czymś na wzór restauracji, a więc otaczali mnie zewsząd ludzie spożywający posiłek i zabiegani kelnerzy. Później pomieszczenie zamieniło się w salę balową, czyli pięknie ubrane damy i eleganccy gentlemani tańczący walca angielskiego, aż ostatecznie stało się czymś pomiędzy. Zgodnie z tym, co nabazgrałem wcześniej, sny rządzą się swoimi prawami, których próba zrozumienia jest istną stratą czasu.

Takich dziwacznych rozwiązań była cała masa. Przykładowo, gdy zawieszałem wzrok przez dłuższy czas na jednej z obecnych tam osób, rychło zamieniała się ona w kogoś mi bliskiego. Czy to w członków mojej rodziny ( jedna pani zamieniła się przez chwilę w moją od dawna nieżyjącą siostrę), innym razem w znajomych ze szkoły podstawowej, nauczycieli z tego i innych okresów, ale też ludzi sławnych i takich, których kojarzyłem tylko z widzenia. Uśmiechali się do mnie, machali, mniej lub bardziej uprzejmie pozdrawiali. I tyle. Reasumując, moje pojawienie się niewiele wniosło do samych wydarzeń, jako takich. Obecni na sali widzieli mnie, ale nie reagowali specjalnie na moją obecność. Za każdym razem kończyło się na zdawkowych gestach i krótkich powitaniach. Po prostu tam byłem, ale nikogo nie obchodziłem. Każdy z nich wydawał się skupiony na swoich sprawach.

Aż wreszcie w dalszej części snu, pojawia się, woli ścisłości nie weszła drzwiami, bo na tym etapie snu, jeszcze chyba ich nie było, ogromna — jej wielkość się zmieniała, co bądź — zakapturzona postać. Mój ograniczony przez wąski obszar kulturowy umysł, tak zapewne wygenerował moje wyobrażenie Śmierci, czyli takie coś, przypominające znaną wszystkim kostuchę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jej długie kościste dłonie, z charakterystyczną na górnej część rudą sierścią. Nie to jednak obrazowało potworność tego stworzenia. Pod jej kapturem kryła się na wskroś idealnie czarna otchłań. Zupełna pustka. Trudno było też pozostać obojętnym na egzemplaryczny głos, wydobywający się spod kaptura, który nie miał ani cech męskich, ani żeńskich. Te elementy kompozycji też pewnie mój umysł zapożyczył z jakiejś książki z dawnych lat.

Co było dalej? Sporo wspomnianego przeze mnie na początku kiczu i niedorzeczności. Otóż owa postać, czyli to moje wyobrażenie Śmierci, nieporadnie wgramoliła się na jeden ze stolików i oznajmiła:

— Witam! Jestem straszną, legendarną Śmiercią. Zaraz wszyscy, bez wyjątku, zginiecie!

Po krótkiej pauzie powtórzyła te słowa jeszcze raz:

— Po krótkiej pauzie powtarzam te słowa jeszcze raz, jestem straszną, legendarną Śmiercią i zaraz wszyscy, bez wyjątku, zginiecie!

Trudno przewidzieć, jakie miały być intencje takiego osobliwego przemówienia, ale można żywić przekonanie, że pożądany efekt nie tak miał wyglądać. Jedzący kontynuowali posiłek, tańczący taniec, a rozmawiający rozmowę. Jedna z kelnerek, śpiesząca do rozgniewanego klienta, który zgłosił chwilę wcześniej reklamację na spalonego kurczaka, w pewnym momencie nawet otarła się o Śmierć. A ktoś z drugiego końca sali krzyknął:

— Zamknij się cudaku, daj ludziom zjeść!

I wtedy — sam byłem pełen podziwu dla wyobraźni mojego umysłu, bo oczywiście go obarczałem za wszelkie rodzynki w scenariuszowym cieście — kwadratowo obrany kartofel przefrunął dobre pół sali i rozbił się na głowie niespodziewanego gościa. Wzburzona kostucha z obrzydzeniem strzepała resztki warzywa ze swojego idealnie wyprasowanego płaszcza.

— Jak śmiesz drwić ze Śmierci!? Zapłacisz za to głupcze! — syknęła i wzbiła się wysoko w górę, aż po samo sklepienie, gdzie lekko zahaczyła o lampy sufitowe, po czym dopadła do pozbawionego wyobraźni kałmuka i jednym cięciem kosy (w tym właśnie momencie pojawia się ten atrybut pierwszy raz) pozbawiła śmiałka głowy.

Na sali rozległy się piski i krzyki. Ktoś zaczął szlochać, a co wrażliwsze kobiety odwracały wzrok od turlającej się po podłodze głowy. Gdy zdawało się, że wreszcie zapanuje na sali ład i porządek, nieoczekiwanie głos zabrał jakiś szczerbaty delikwent.

— Ale to nie on to powiedział — wybuchnął oburzony — To przecież tamten — wyjaśnił z pełnym przekonaniem, wskazując na czarnoskórego faceta, wciąż jak gdyby nigdy nic wcinającego jajecznicę.

Nieuznająca braku subordynacji Śmierć wpadła teraz w taką furię, że tym razem bez popisowych lotów doskoczyła do nowego podejrzanego.

— Nie prawda! — spotkała się jednak z kolejnym protestem — On mnie wskazuje, bo jestem Czarny! — zaczął bronić się oskarżony — To rasista, a Śmierć powinna być równa wobec wszystkich!

Kostucha ze złości kilkukrotnie postukała bukowym drzewcem o dębową podłogę wydobywając przy tym z siebie sowi pisk. A potem cisnęła w tłum pierwszym lepszym przedmiotem, który wpadł jej w kościste ręce (kiełbasa wieprzowa) i w bliżej nieokreślonym celu chwyciła się za kaptur.

— Więc kto to powiedział? — wrzasnęła z dziką wściekłością na całą salę.

To musiało doprowadzić do kolejnego płaczu. Przerażana matka nieskutecznie próbowała udobruchać swojego bobasa.

— Mówcie, bo tracę cierpliwość! — starała się nie okazywać żadnej litości — Jak się nie przyznacie, zabiję was obu naraz. Tak też umiem — dodała z dumą.

Ale żaden z mężczyzn nie ustępował. Obaj wciąż uparcie tkwili w swoich oskarżeniach.

— Wasz wybór głupcy. W takim razie zginiecie obaj!

Śmierć znów pofrunęła, zrobiła zamaszysty zamach i …

— Zaczekaj! To ja! — oznajmił ktoś inny wstrzymując jednocześnie kolejną egzekucję.

Wszyscy z niedowierzaniem spojrzeli na drobną staruszkę siedzącą przy jednym ze stolików na uboczu.

— Ja to powiedziałam — wyznała półszeptem, gdy już miała pewność, że cała uwaga zwróciła się wokół jej osoby.

— Mamo, jakikolwiek cel ci przyświeca, natychmiast odwołaj te słowa! — starał się ratować beznadziejną sytuację towarzyszący jej sporo młodszy, pulchny mężczyzna — Ona cię zabije! — powiedział głośno to, co wszyscy pomyśleli.

— Ale to ja syneczku! Naprawdę ja.

— Niech kochana Śmierć jej nie słucha, to starsza kobiecinka, nie wie co mówi — zdesperowany postawił już wszystko na jedną kartę — Głowa już nie ta, a pamięć woła o pomstę do nieba!

— Siedź misiu, to nie twoja sprawa — gromiła go w rewanżu.

— Mamo, bierz torebkę, zaraz wychodzimy — zadecydował w końcu.

— Ale co wy mówicie. To ten czarny! — odezwał się jeszcze inny głos — Też widziałem! Nie mam żadnych wątpliwości!

— Wcale nie, bo tak naprawdę to był on — zgłosił się jeszcze jeden nadgorliwiec, by wskazać jeszcze innego winowajcę.

— Przestańcie — wrzasnęła kostucha — Ludzie, dość! — zrezygnowana opadła na jedyne wolne krzesło, pomimo faktu, iż wszystkie miejsca były zajęte — Dawno już tak się nie zmęczyłam — przyznała z bólem.

I o to tym sposobem wreszcie na sali zapanowała totalna cisza. Uczestnicy snu z zatrwożeniem gapili się w czarną otchłań pod kapturem, a ci bliżej siedzący mogli nawet usłyszeć coś na wzór pomrukiwania odległej burzy.

— Oj ludzie, ludzie, śmieszne, małe istotki — w końcu zdołała na nowo zebrać swoje myśli — Nigdy się nie zmienicie. Z pokolenia na pokolenie jest z wami coraz gorzej. Wszyscy wiecie, że każdy musi umrzeć. Tak?

Kilka osób skinęło głową na znak, że wie.

— Niezależnie, kim się jest. Tak?

Jeszcze więcej głów przyznało jej rację.

— Ale nikt nie chce umierać pierwszy! — wybuchła w końcu — Nikt nie traktuje mnie poważnie, a jak potem przychodzi co do czego, macie pretensje do wszystkich. Pana Boga wzywacie, świat przeklinacie. Winny sąsiad, los, rząd, mąż, pieniądze. Wszyscy są winni, tylko nie wy! Jak ja mam was traktować poważnie. Przykro mi was poinformować, ale zapadł taki wyrok. Waszym przeznaczaniem jest ginąć dzisiaj, o tej porze. Musicie być posłuszni.

I po tych wyjaśnieniach rozpoczęła się prawdziwa rzeź. Bo nikt nie był posłuszny. Krotochwilny sen zamienił się w krwawą jatkę, niespotykaną nawet w amerykańskich horrorach kategorii B. Po białych obrusach latały ludzkie głowy, kończyny i wnętrzności. W międzyczasie zaczęły się pojawiać też drzwi, wiele par drzwi. Większość rzuciła się pędem w ich kierunku. Część obrała inną strategię i pobiegła do kuchni i świątyń dumania. Zgodnie z zapowiedzią, dla nikogo nie było litości. Starcy, dzieci, wszyscy szli po ostrze.

Aż zostałem tylko ja. Jako bierny obserwator wydarzeń byłem tym wszystkim oczywiście wstrząśnięty, zniesmaczony, zbulwersowany i takie tam inne, ale nie martwiłem się dotąd o własny los. Przecież to tylko idiotyczny sen. To tak, jakbym samotnie w sali kinowej oglądał najnowszą część Scream. Ale rychło przestałem się czuć bezpiecznie. W ułamku sennej sekundy wnet wszystko stało się bardzo realne. Poczułem nieprzyjemny ziąb, usłyszałem wciąż wydobywającego się z głośników walca, a w gardle ukłuła mnie suchość. Prawdziwy dyskomfort poczułem, gdy okazało się, że nie tylko jestem ostatnią żywą istotą na sali, ale kostucha z ciekawością patrzy w moim kierunku. Pozbawiając mnie jakiekolwiek szansy reakcji, sunąc kilka centymetrów nad ludzkimi ciałami, w mgnieniu oka zbliżyła się do mnie na trzy łokcie.

Żeby mieć możliwość podania więcej szczegółów tego osobliwego spotkania, wciągnąłem nosem powietrze. Stworzenie to jednak nie miało żadnego zapachu. Ale za to udało mi się dostrzec jej facjatę. W ciemnej przestrzeni pod kapturem dostrzegłem twarz dziecka. Dziecka, które miało łzy w oczach.

— Ty mnie rozumiesz, prawda? — zagaiła i zaraz potem w niewiadomym celu położyła swoją włochatą dłoń na moim ramieniu i zaczęła lekko poszczypywać. Co ona wyprawia? Czy spotkanie ze Śmiercią może mieć inny cel niż śmierć? Czyli mnie zabije? I co ją tak zaciekawiło w mojej osobie? To, że nie było nikogo innego? A może to, że byłem autorem tego snu. Cokolwiek było na rzeczy, za nic nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Poczułem też dygoczące jak galareta nogi.

— Nic się nie martw, to tylko sen — zacząłem się pocieszać.

Żeby przyspieszyć proces budzenia, czym prędzej zamknąłem oczy. Zapadła ciemność. Straszny widok zniknął, ale wcale się nie budziłem! Gdy odważyłem się je w końcu powtórnie otworzyć, okazało się, że, co prawda już bez zmasakrowanych ciał dookoła, wciąż stałem w obliczu Śmierci. Podała mi zakrwawioną kosę mówiąc:

— Dobrze, że chociaż wy mnie odciążacie od mojej roboty.

— Wy? — wydusiłem z siebie — Nie rozumiem, o co chodzi.

— Wy, Samobójcy…

partia

Pewna anegdota mówi, że decyzja o założeniu Partii zapadła na jakiejś głęboko zakrapianej imprezie; inna z kolei, wspomina coś o przegranym zakładzie. Prawda nigdy nie wypłynęła do mediów, nie mniej warto zwrócić uwagę, że obie teorie wcale się nie wykluczają.

Z początku przyjęli nazwę Meteor. Miała ona bezpośrednio nawiązywać do jednego z ich pierwszych sloganów: Zagłada politycznych dinozaurów. Za falą krytyki w parze przyszło też przyklejenie etykiety kolejnej ciekawostki w świecie polityki. Wiele miesięcy upłynęło nim osiągnięto jakikolwiek efekt, który można by mianować jakimś sukcesem.

Spisana i udostępniona opinii publicznej wewnętrzna konstytucja Partii, mimo swojego amatorskiego charakteru i braku specjalnej promocji, do czego od początku sami przekonywali i nikt wtedy jeszcze nie rozumiał, dlaczego; zrobiła sporo szumu, ba, w wielu środowiskach wywołała prawdziwą burzę. Na pewno wszyscy byli zgodni co do tego, że wyraźnie zakomunikowali obecność nowej myśli politycznej.

Pierwsza część kontrowersyjnego dokumentu mówiła o wybaczeniu wszystkim wszystkiego (pkt.1 6a.54t). Członkowie nowej partii odcięli się od lustracji, szpiegów, konfliktów, roszczeń, sporów i zdrajców z poprzednich systemów. Uważali, że ludzkość wreszcie powinna zacząć żyć teraźniejszością, a nie rozpamiętywaniem duchów przeszłości.

Kolejnym fundamentalnym elementem, na którym się opierali, było stwierdzenie, że każdy ma prawo być taki, jaki jest.

— Czyli jak to mamy rozumieć? Chorzy ludzie, zbrodniarze, pedofile mają prawo być, kim są? — prowokowali ich dziennikarze.

— A nie dosłyszałem, kogo pan reprezentuje? — obracali trudne pytania w żart przedstawiciele Partii — Póki nikt nie łamie prawa i nie zabrania drugiej osobie być taką, jaką chce, to my jesteśmy zadowoleni.

Inną oryginalną i zarazem kontrowersyjną kwestią było zmniejszenie wagi patriotyzmu w kraju i światowej polityce. Choć Partia nie przyznawała się otwarcie do propagowania globalizacji, uważała ją za rzecz nieuchronną w nowoczesnym świecie. Sentencja powinno się myśleć globalnie, a nie lokalnie regularnie pojawiała się w spotach i ulotkach.

— Dobry obcokrajowiec powinien być wyżej ceniony od złego rodaka. Nie dzielmy drzewa na pół, które rośnie na granicy dwóch krajów. Grajcie w gry planszowe, uprawiajcie miłość, pijcie. Co chcecie. Tylko szanujcie się nawzajem. Zapomnijmy na chwilę, z kim nasz dziadek i o co walczył — zaciekle przekonywali na swoich konwentach.

Nie obeszło się bez sporów także na punkcie religii.

— Wierzymy przede wszystkim w człowieka — oznajmiali wprost.

Spora część poglądów pokrywała się z tymi, jakie prezentowały partie lewicowe, szczególnie Sojusz Nowej Lewicy, przez wiele lat największa partia z lewej strony sceny politycznej. Obie frakcje były za całkowitym odcięciem spraw religii od polityki i gospodarki.

— Każdy ma prawo wierzyć, w co chce. Religia jest czymś ważnym. Ale szacunek drugiego człowieka powinien stać zawsze ponad podziałami na religie. To najważniejsza zasada, jaka powinna obowiązywać, gdy dochodzi do jakichś konfliktów na tle religijnym.

— Gdy w kraju kościoły lub inne obiekty religijne mają podobny standard do tego, co szkoły i szpitale, nikt nie powinien czynić zarzutów. Ludzie wrzucają na tacę z własnej woli. Nie nam oceniać, czy kilka dolarów na ofiarę jest mniej warte niż wydane na piwo, czy kino. Gdy jednak duchowni opływają w bogactwa, a naród cierpi biedę, to znak, że trzeba się zastanowić nad niektórymi sprawami.

— Może i Bóg istnieje — uparcie wyjaśniali — Tego nie wie nikt. Może w tej chwili sobie siedzi i myśli jak nas usunąć z tego miejsca. Może. A może nas specjalnie tu postawił? Może. Może. Ciągle może. Na Boga, nie jesteśmy rybakami. Może czas zająć się czymś pewnym? Na przykład nami. A zapewniam, że jest co robić. Bieda, bezrobocie, problemy społeczne, gospodarcze. My, ludzie, na pewno istniejemy. I wraz z nami nasze ludzkie sprawy. Wierzymy, że Bóg woli ludzi, którzy wątpią w niego, ale zawsze szanują drugiego człowieka; od tych, którzy wierzą, a do innych odnoszą się z pogardą. Jeżeli taki nie jest, to my nie chcemy takiego Boga w ogóle i otwarcie, jako cała Partia, się od niego odcinamy!

Toczone coraz zacieklejsze boje o miejsce religii w nowoczesnym państwie przyczyniły się nadania ostatecznej nazwy Partii:


Naszym bogiem Człowiek — w skrócie NbC.


Takie śmiałe słowa nie pozwalały spokojnie pospać reszcie Lewicy. Utożsamianie ich z debiutantami wielu nie było na rękę.

— Cieszymy się, że inni w wielu kwestiach mają podobne do nas zdanie. Nie chciałbym jednak martwić nikogo, ale porównywanie tych odgrzewanych kotletów, ubranych w nową populistyczną panierkę, do dziesiątek lat tradycji Lewicy, jest bynajmniej drobnym nieporozumieniem — mówił w swoim oświadczeniu zaniepokojony lider głównej partii lewicowej Peter Oil.

Nie trzeba było długo czekać nim padła krótka odpowiedź ze strony przedstawicieli Partii NbC.

— Też się cieszymy i wcale się nie martwimy.

Pierwszą osobą, która w jakikolwiek sposób poważnie potraktowała nową partię i przewidziała ich wielki sukces, był bardzo popularny swego czasu komik George Fuchs, znany ze swoich felietonów poświęconych polityce.

— Ja już jestem stary, wielu spraw nie rozumiem, przyznaję — zmienił kiedyś nieoczekiwanie wątek podczas jednego z wywiadów — Ale dziwię się, że wszyscy wierzą w to, że kilku studencików, nagle przebiło się do parlamentu, tylko dlatego, że są przystojni i mają poczucie humoru.

— Czy pan coś sugeruje?

— Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

Tą niewinną uwagą, w programie na żywo z kilkunastomilionową oglądalnością, zapoczątkował wielką krajową debatę na temat przyczyn rosnącego powodzenia nowej frakcji. Wraz z ich sukcesami, dyskusja narastała. Kilka procent w wyborach, główna opozycja w kraju, zwycięstwo i rok temu ponowna wygrana. Z rekordowym wynikiem 76 procent.

— Ich siłą są ludzie — starali się tłumaczyć nową polityczną rzeczywistość jedni.

Ale kto tak naprawdę stał u władzy nowej siły? Teorii spiskowych nie było końca. Wśród podejrzanych byli tradycyjnie Masoni, Żydzi, wywiad chiński, kosmici. Ktokolwiek był prawdziwym liderem, wiadomo, że przybrał postać młodego, przystojnego mężczyzny, o nazwisku Kevin Moore.

Pochodzenie wiejskie. W dniu, w którym został prezydentem jednego z najpotężniejszych państw świata miał 39 lat. Dziennikarze opisywali go, jako człowieka znikąd. Ci czerpiący z tego większe korzyści pisali, że owszem, nie ma on żadnej przeszłości, bo pewnie pochodzi z przyszłości.

Zaocznie ukończył anglistykę i biotechnologię. Zdobył też tytuł licencjata politologii. Wszystko na przeciętnych uczelniach. Wykonywał różne zawody. Kilka lat pracował fizycznie, głównie za granicą. Z zamiłowania podróżnik; wśród znajomych, o czym dobitnie swego czasu przekonywał jeden z brukowców, znany imprezowicz i podrywacz. Z drugiej strony jednak wszyscy wiedzieli, jak wielkim błędem może być lekceważenie młodego polityka i jego kolegów. Od początku kariery, czyli wiele lat przed jego nominacją na głowę państwa i wyborem na człowieka roku, wrogie siły polityczne czyniły zakrojone na wielką skalę starania w celu, najpierw osłabienia, potem całkowitej eliminacji nowego z życia politycznego. Po latach można znaleźć coraz więcej dowodów potwierdzających krążące ówcześnie plotki, o specjalnych jednostkach, których jedynym zadaniem było szukanie haków, wpadek, choćby najdrobniejszych nieścisłości. Kontroli i ciągłej inwigilacji poddawano na pewno całą rodzinę Moore; w znalezionych po latach dokumentach można zobaczyć na przykład, że bratanicę Anastazję, uznano za szczególnie obiecujący obiekt. Można śmiało uznać, że Kevina i jego najbliższe otoczenie przez te wszystkie lata śledzono, podsłuchiwano i szpiegowano na wszelkie znane wtedy sposoby 24 godziny na dobę. Przeznaczony do odstrzału, nie tylko utrzymał swoją pozycję, ale zdołał ją umocnić.

Jego prawą ręką był imigrant ukraińskiego pochodzenia, Thomas Kadliczek. Kevin szybko poznał się na skromnym koledze ze szkolnych lat. Największa gapa klasowa i nieśmiały Tomcio opierający się o ściany na dyskotekach wykształcił się na wybitnego prawnika i księgowego. To on poukładał wszystkie klocki w jedną całość. Później już twardą ręką trzymał w ryzach najważniejszą partię w kraju. Była też wieloletnia przyjaciółka, piękna, Katy Robert, obecnie minister edukacji, Alan Hooper, człowiek od robienia kasy, dziś minister finansów, George Lewicki, w szkolnej ławie Gruby, a teraz największe odkrycie w tym rządzie, minister transportu. Wszyscy stosunkowo młodzi, bez pochodzenia, ambitni i wybitni w swoich dziedzinach. Wielokrotnie podkreślano, nawet we wrogich frakcjach, że za poczuciem humoru, młodością, a czasem nawet błazeństwem kryje się prawdziwy profesjonalizm i zaangażowanie.

Lista zarzutów wobec Kevina, Thomasa i zresztą całej partii NbC była bardzo zróżnicowana. Krytykowali lewicowcy, jak i prawicowcy. Wspólną cechą był kierunek krytyki. Nieprzewidywalność. Kevina starano się kreować na niewiarygodnego celebrytę. Na każdym kroku przypominano o braku jego pochodzenia i tajemniczych znajomościach. Wytykano mu wreszcie wszystko to, z czym sami się wcześniej musieli się skonfrontować. Faktem było, że Kevin obiecywał jeszcze więcej niż inni, od początku nie ukrywał swojej fantastycznej wizji kraju. Jako pierwszy poruszał trudne tematy tak dobitnie i tak zdecydowanie, jednocześnie nikogo przy tym nie obrażając i lekceważąc i co najważniejsze nigdy nie dając się przy tym w żaden sposób sprowokować. Na starych wyjadaczach światowej polityki te i podobne sztuczki nie robiły większego wrażenia. Przez lata robili to samo. Wszyscy uczyli się tego od tych samych, najlepszych specjalistów. Dlatego zapewne właśnie ta świadomość, że Kevinowi uwierzono, tak bardzo ich bolała.

Partia błyskawicznie rosła w siłę. Werbowani byli głównie ludzie młodzi i dobrze wykształceni. Z roku na rok, z każdym milionem wydanym na zniszczenie wizerunku Kevina Moore, poparcie lidera NbC rosło. A wszystkiemu cały czas towarzyszyło przyzwoite show. Samobójcza, mogłoby się wydawać, strategia bycia szczerym w najtrudniejszych momentach aż do bólu, okazała się całkiem skuteczna. Gdy przyłapano go na zapaleniu papierosa ze swoją piętnastoletnią bratanicą (wspomniana Anastazja) jak gdyby nigdy nic, oznajmił, że sam zaczął palić jeszcze wcześniej, a teraz jest prezydentem. Gdy wytknięto mu, że reforma zdrowia ( dziś oceniana za najlepszą na kontynencie) jest przygotowywana zbyt wolno, jeszcze bardziej opóźnił prace nad nią, argumentując przy tym, że woli jeszcze raz ją przemyśleć, żeby potem nie pojawiły się zarzuty:

— Nie dość, że wolno, to jeszcze z błędami.

Bystry, zabawny, przy tym elokwentny i nieziemsko przystojny. Jak sam twierdził, lepiej oceniać po czynach, niż po słowach. Wielokrotnie prosił, aby ludzie zobaczyli w nim człowieka, a nie idola.

— Jeśli za kilka lat okaże się, że was oszukałem, rozliczcie mnie uczciwie, nie zważając na moją buźkę — szokował świat publiczny swoją bezpośredniością.

Na każdym kroku podkreślał swoje wady. Zarzucał sobie kobieciarstwo, upodobania do leniwych poranków, nerwowość. Wyznał, że boi się ciemności. Ale gdyby trzeba było, przestawał żartować i zamieniał się w godnego podziwu męża stanu. Obywatele mogli być dumni, że ich wybraniec i bądź co bądź przecież główny reprezentant, biegle mówi kilkoma językami, wie, do czego służą wszystkie sztućce na królewskich stołach i nie boi się całować po rękach, choćby ich posiadaczkami były najbrzydsze kobiety polityki. Z początku lekceważony, potem niedoceniony, doczekał się ostatecznie miana ewenementu w historii światowej polityki. Na pytania, czy jest geniuszem, zawsze odpowiadał w podobny sposób:

— Mam tylko jedną cenną umiejętność. Jak nikt inny potrafię wynajdować geniuszy, którzy znają się na rzeczy.

Ale to był kolejny chwyt marketingowy. Bo wszystkim nominacjom i odznaczeniom też towarzyszyły niebywałe kontrowersje. Społeczeństwo przyzwyczajone do odwiecznych sporów wokół politycznych układów i układzików, pierwszy raz nie narzekało. Zamiast agresji i prostactwa, przekupstwa i sztuczności, w swoich oknach na świat mogli obserwować dobry humor i błysk inteligencji. Gdy pojawił się przeciek w Internecie, że w ministerstwie sportu pracę dostanie kuzyn Thomasa Kadliczka, partii zarzucono kolesiostwo. Kilka dni później okazało się, że Kevin zatrudnił go na pół etatu do bufetu. Gdy stanowisko wiceministra finansów zaproponowano 89-letniemu, byłemu profesorowi uniwersytetu na Kamczatce, posądzono go o tworzenie domu starców z rządu. Tydzień później powołanie na analogiczne stanowisko do ministerstwa spraw zagranicznych rządu, dostała 18-letnia studentka z Dakoty Południowej. W kuluarach grzmiało, wytykano mu, iż drwi sobie ze sprawowanej przez niego funkcji. Zdesperowani przeciwnicy tylko dokładali kolejne procenty młodszym i bardziej pracowitym kolegom po fachu. Wiele czasu upłynęło, zanim inne partie zrozumiały, że już dawno dały się wciągnąć w grę ekipy Kevina. Tylko że wtedy było już za późno na jakiekolwiek zmiany.

Krajowe podwórko było tylko rozgrzewką do polityki zagranicznej. Tutaj przekroczono wszystkie zasady dobrego smaku. Kevin od początku oznajmił, że chce mieć dobre kontakty ze wszystkim państwami na świecie. I nawet ten największy banał w historii kontaktów międzynarodowych odebrano pozytywnie. Często podróżował. Wybaczał i przepraszał na każdym kroku. W ciągu dwóch lat załagodził lub całkowicie rozwiązał prawie wszystkie historyczne zaszłości swojego kraju. Na każdej wizycie zagranicznej podkreślał jak ważny jest obiektywizm w ocenie trudnych wydarzeń, z drugiej strony zwracał uwagę, na niezwykłą złożoność wielu międzynarodowych problemów.

Efekt był podobny jak na domowym podwórku, choć światowa opinia publiczna postrzegała go, jako bajkopisarza i celebrytę, gdziekolwiek się pojawiał, wywoływał bardzo pozytywne emocje. Doszło w końcu do takiego absurdu, że powszechnie potępiani dyktatorzy uważali, że w Świecie Zachodu jest tylko jedna konkretna osoba, z którą można porozmawiać. I rozmawiała. Skutecznie.


Wybitny socjolog, Even Green, często pytany o fenomen Kevina Moora, posługiwał się przykładem systemu karnego.

— Kevin zaostrzył prawo. Dobrze. Większość ludzi mówi, że chce zaostrzenia prawa. Szczególnie przypodobał się prawicowcom. Potem oznajmił, że więzień musi mieć możliwość poprawy, a nawet najgorszy zbrodniarz zasługuje na drugą szansę. Dał mi swobodny dostęp do bibliotek, siłowni, telewizji i Internetu. Tym się przypodobał Kościołowi i lewicy. Na koniec, jako kolejny polityk powrócił do oklepanego pomysłu, aby umożliwić skrócenie kary poprzez prace na rzecz państwa. Co więcej, skazani musieli także zarobić na samych siebie. Wszystko to miało składać się na system, który po raz pierwszy faworyzował uczciwych zamiast przestępców. Zwracał uwagę na ciekawą argumentację Kevina:

— Jak więzień nie zarobi na siebie, to nie zje. Nie zje, umrze. Będziecie tym oburzeni? To, czemu się nie oburzacie, jak uczciwi ludzie walczą o przetrwanie na wolności? Na przykład samotna matka musi wychowywać czwórkę dzieci, bo straciła męża w napadzie, a przyznana renta jest groszowa? Ona rano wstaje i musi myśleć co dać dzieciom na śniadanie. A morderca męża i prezes złodziej wstają o 12:00 i czeka na nich ciepły obiadek. Coś tu nie gra, prawda?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.4