Rozdział 1
Najprościej umierać na cmentarzu.
To miejsce nie zawierało choćby śladowej ilości polityczno-historycznej dyskrecji. Mężczyzna w czapce wykończonej daszkiem wszedł przez furtkę ogrodzenia, upstrzonego widocznymi z daleka czerwonymi gwiazdami. Miasto się nie krępowało. Dekoracje wspomagane lekkim powiewem wiatru i ciszą, ogłaszały, przy kim tak naprawdę trzymają wartę.
Najprościej umierać na cmentarzu, bo ziemia nekropolii, zapraszając w swoje skromne podwoje, nie chce słuchać odmowy. Proszę spocząć, proszę czuć się jak u siebie. W domu ludzie umierają, tak mówią. Tam jest zawsze komfort. I pachnie znajomo.
Właściciel czapki z daszkiem chciał ruszyć utkaną z kostki brukowej ścieżką, której strzegł symetryczny szpaler drzew o foremnej dostojności. Zmienił jednak zdanie. Skręcił w lewo, gdzie teren znakowały rzędy jednakowych pomników. Pod tą trawą — po raz pierwszy w tym sezonie przystrzyżoną równiutko jak murawę — zebrali się ci, którzy przesunęli gdzieś na zachód cień swastyki. Zaraz potem ci sami, bez chwili oddechu i możliwości ogrzania się choćby jednym promieniem wolności, okryli tę biedną ziemię czerwoną płachtą, przytrzymaną rogu ciężkim sierpem i jeszcze cięższym młotem, aby nie odleciała, przewiana wiatrem zmian.
Większość betonowych, masywnych nagrobków pozostawała bezimienna. Wzrok mężczyzny zatrzymał się przy numerze dziewiętnaście. Przeczytał napis: Bondarenko Iwan Nikitowicz, 1910 — 24.07.1944. Granitowa tablica wyryła nad nazwiskiem portret młodego mężczyzny o twardych rysach twarzy i poważnym spojrzeniu. Popatrzył na niego przez chwilę, a potem powoli ruszył chodnikiem w kierunku centrum. Rozejrzał się dookoła. Leśny teren za ogrodzeniem zdominowały ogródki działkowe. Nie sposób było się nie uśmiechnąć na skojarzenie, które przyszło mu do głowy. „Oto miejsce doczesnego i wiecznego odpoczynku”, pomyślał.
Obelisk znajdujący się na środku cmentarza zwracał uwagę jasną szarością kamiennej podstawy. Na jej szczycie królowała urna, która zdawała się wmawiać, że to wszystko było ofiarą. Ofiarą mimo wszystko. Nie zapominajcie — mówiły, a wyblakła wiązanka kwiatów i znicz u spodu odpowiadały: nie, nie ma takiej możliwości.
Mężczyzna zdjął czapkę, pod którą nagromadziła się już spora wilgoć. Zerknął na zegarek. „Ci, którzy się spóźniają, nigdy nie osiągną żadnego sukcesu”. Wzruszył ramionami. „Młodzi nigdy tego nie zrozumieją”.
Minęło czternaście minut, zanim oczekiwany szczęśliwiec — nieliczący godzin i lat — zjawił się na miejscu. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, próbując przeskanować go nie tylko z zewnątrz, jakby się zastanawiał: załatwił sprawę czy w ostatniej chwili schował się pod kocem tchórzostwa?
Trzy miesiące. Dokładnie tyle zajęła mężczyźnie formacja tego patykowatego okularnika. Znalazł go na Facebooku. Jako przewodniczący niedawno zarejestrowanego w KRS stowarzyszenia Zielony Janosik, potrzebował zdrowych ludzi, nieskalanych ciemną zmianą, wybitnie inteligentnych i o czystych płucach.
Mateusz De prezentował swe poglądy w mediach społecznościowych bez więzów, które winny go powstrzymywać z racji wykonywanej pracy: raz zdjęcie z błyskawicą, raz krótki film podpisany ośmioma gwiazdkami…
Fart zapewnił mu większe plecy, niż wynikałoby to z jego sylwetki. Miał jednak dość rozsądku, by nie ujawniać ani prawdziwego nazwiska, ani miejsca pracy, co utrudniało mężczyźnie jego namierzenie. Dopiero fakt, że Mateusz objawił się światu jako kibic miejscowej Pogoni Siedlce, ułatwił jego odnalezienie.
„Mamy cię”.
Mężczyzna nauczył się na pamięć składu drużyny i kupił przez stronę internetową bilet na najbliższy niedzielny mecz, który Pogoń miała rozegrać na siedleckich włościach z Ruchem Chorzów.
W chłodny wieczór, okutany w szalik biało-niebieskich barw, stał pod stadionem i liczył na łut szczęścia w postaci wypatrzenia zagorzałego fanatyka wśród wchodzących. Ławica tłumu przepływającego przez bramki bezpieczeństwa okazała się jednak zbyt liczna. Mężczyzna postanowił wrócić do domu i spróbować przy okazji następnego meczu rozgrywanego u siebie.
Okazja nadarzyła się dwa tygodnie później. Pogoń podejmowała Wisłę Płock, a mężczyzna podjął drugą próbę. Tym razem dostrzegł chudzielca już na trybunach.
Młody człowiek wybrał miejsce w pierwszym rzędzie, które najwyraźniej chciał zmienić, bo stojące przy barierkach dzieci utrudniały mu widoczność płyty boiska. Rozglądał się po górnych krzesełkach niespokojnym wzrokiem. Mężczyzna z piątej kolumny wychwycił jego spojrzenie i pomachał ręką, wskazując na puste miejsce obok siebie. Chłopak przeskoczył w górę i bez namysłu skorzystał z zaproszenia.
— Dziękuję panu — wydyszał z trudem. — Nikt nie potrafi ujarzmić tych gówniarzy. Nie po to mam karnet, by patrzeć na ich piruety. Liczyłem, że przy takiej pogodzie będzie luźniej, no ale się przeliczyłem.
— Nic nie szkodzi. Miejsce obok jest puste, bo mój towarzysz się rozchorował i nie mógł przyjść. — Nie wspomniał o tym, że zawczasu kupił dwie wejściówki tylko dla siebie.
— Tutaj to inne życie. Jak pan myśli, co będzie?
— Będzie ciężko — odparł mężczyzna. — Ale ten Flis to dobry transfer. Pogryzą trawę. I nie pan, tylko Aleks — wyciągnął rękę.
— Zobaczymy. Mateusz Duszyński. — Odwzajemnił uścisk.
I działo się ciężko. I pogryźli trawę, dzięki której wyostrzyli sobie zęby, walcząc do utraty tchu z zacięciem godnym gladiatorów. Śpiewnym akordem tego wyrównanego, choć nieco ospałego koncertu była bramka — jak się później okazało, zwycięska — zdobyta (strzela się z łuku, nie nogą, to Aleks zapamiętał) przez Marcina Flisa na cztery minuty przed ostatnim gwizdkiem arbitra.
Koncert smutny przestał być żałobny; siedlczanie zawsze walczą tak, że piołun porażki przemienia się w bezowy krem tortu zwycięstwa.
— Masz czuja — pochwalił Mateusz, dokładając się do wzmożonej na cały stadion burzy oklasków.
Aleks uśmiechnął się szeroko.
— Nos starego kibica zawsze wywącha przyszłość.
Kolejny mecz, a potem kolejne spotkanie. Osobliwa znajomość rozrosła się do nieco szorstkiej, ale na pozór szczerej przyjaźni, podlewanej od czasu do czasu wytworem z dodatkiem chmielu. Duszyński okazał się młodszym inspektorem w Wydziale Komunikacji. Aleks ucieszył się — im niższe stanowisko, tym większe zaangażowanie w anarchiczną destrukcję.
Pewnego dnia Aleks poprosił nowego kolegę o pomoc przy dopełnieniu formalności związanych ze sprowadzeniem samochodu z zagranicy. Nie potrzebował tych informacji; chciał tylko sprawdzić, czy kandydat ubiera się w rzetelność przy każdej, nawet błahej sprawie.
Ubierał się.
Następne zadanie było nieco trudniejsze. Mateusz potrzebował więcej czasu, ale i tym razem sprawił się bez zarzutu. Zasłużył na awans, którego nie mógł się doczekać w swoich strukturach, uzależnionych od prawoskrętnych mocodawców i wszechobecnego nepotyzmu, wyczuwalnego w gęstym, pachnącym kawą powietrzu urzędniczych pokojów.
Organizacja Zielony Janosik, do której aspirował Duszyński, stawiała przede wszystkim na ideę wolności i sprawiedliwości w każdym aspekcie życia społecznego oraz ekonomicznego, udekorowaną zielonym sosem haseł ekologicznych, zachęcających do opieki nad Matką Ziemią.
Bełkot bywał istotny, bo robił ludziom pokroju Mateusza bigos z mózgu.
— Spóźniłeś się — zwrócił uwagę Aleks, gdy Duszyński dotarł pod obelisk, ocierając rękawkiem czarnego podkoszulka pot spływający z czoła.
— Przepraszam. — Podali sobie ręce. — Nie mogłem wyrwać się wcześniej z tego bajzlu.
— Wybaczę, jeśli masz to, co trzeba. — Aleks puścił oko, przepuściwszy pretensję przez filtr półżartu.
— Na mnie jak na Zawiszy. Zawiszy Ciemnoskórym.
Mateusz wręczył Aleksowi białą kopertę. Ten otworzył ją i zerknął: tyle wystarczyło, aby się upewnić.
Dwie litery. Cztery cyfry. Jedna litera.
Kod dostępu.
Schował podarunek do kieszeni, z której również wyjął pakunek dla Mateusza. Chłopakowi rozszerzyły się źrenice. W środku czaił się dokument.
— Pamiętaj, że tutaj nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o wielką sprawę — wyjaśnił Aleks.
Duszyński poprawił owalne okulary na nosie.
— Jak wielką? — ośmielił się zapytać.
— Dowiesz się w swoim czasie. Zaufanie ma swoją zawyżoną cenę.
Mateusz pokiwał gorliwie głową. Rozumiał to.
— Kiedy wszystko będzie już gotowe, będziesz mógł zwolnić się z urzędu i otrzymasz u nas etat menadżera logistyki. W środku masz wszystkie szczegóły. Do tego czasu nie rób nic głupiego. Czekaj cierpliwie. Muszę lecieć. Skontaktuję się.
Jeszcze jedno kiwnięcie głową.
Aleks sięgnął do kieszeni i przez chwilę trzymał dłoń w bezruchu. Po chwili wyciągnął ją, aby podać do pożegnania. Nie rozgiął palców. Wykonał tylko ruch, jakby chciał odgonić owada większego niż mucha.
Mateusz nadal stał nieporuszony. Nie zareagował nawet wtedy, gdy fontanna krwi poczęła tryskać z jego tętnicy szyjnej. Wrósł stopami w ziemię jak te drzewa obok, a pozwolił się wykarczować jedynie po to, aby opaść — niby na trampolinę — w kierunku rozłożystych, przyciętych jałowców dekorujących dolną część pomnika.
Aleks otworzył dłoń, by bez pospiechu wytrzeć o koszulkę Mateusza dziesięciocentymetrowy nóż rzeźnicki. Schował go do kieszeni wraz z ubrudzoną szkarłatem kopertą, którą niedawno wręczył chłopakowi.
„Nie chodzi o żadną sprawę, młodziaku. Zawsze chodzi tylko o pieniądze. Tylko i aż o pieniądze. A ty nie jesteś godzien siedzieć w pierwszym rzędzie”.
Rozejrzał się wokół. Nadal nikt nie zakłócał ciszy leśnego terenu. Wiatr wciąż drgał liśćmi, również nie czyniąc gwałtownych ruchów. Mateusz przygniatał krzewy. Okulary opadły mu na nos po raz ostatni. Póki co był niewidoczny, przypominał raczej wyrzucony worek ze śmieciami, ale Aleks liczył, że to się wkrótce zmieni. Założył czapkę i miał już opuścić cmentarz, gdy nagle coś sobie przypomniał.
Wrócił pod pomnik z numerem dziewiętnaście i położył obok niego dziesięciozłotowy banknot — zapłatę za udostępnienie miejsca. Miejsca, w którym gleba użyźniła się kościami walczących o Siedlce osiemdziesiąt lat temu.
Miejsca, w którym krew nasączyła korzenie drzew, aby teraz ich gałęzie przetransportowały wicher wolności i równości w kierunku tego bogobojnego miasta.
Zanim odszedł, popatrzył raz jeszcze na podobiznę żołnierza. Mógłby przysiąc, że rysy Iwana Nikitowicza Bondarenki zaokrągliły się ku górze w ledwie zauważalny uśmiech.
Rozdział 2
Na początku był chaos. Teraz powodem chaosu najczęściej bywał ogień.
Potwór ubarwiony żółcią przemieszaną z pomarańczą próbuje cię dorwać w swoje szpony; nie idzie, ale płynie. Nie ma szans, by cokolwiek stało się twoim hydrantem bezpieczeństwa… Wszystkie klamoty śpią w wozie, licząc na to, że do świtu nikt nie zakłóci im spokoju bazy… Chcesz wejść z szybkim, ale jedyne, co masz pod ręką, to pistolecik na wodę… Dym smali brwi, rozdziera nozdrza, przecina liny zmysłów… Dawajcie wentylator, wentylator! Syrena? Po co teraz syrena, już za późno…
Obudził się.
To nie była syrena, a o wiele bardziej natarczywy sygnał telefonu — dźwięku zawczasu nieunicestwionego. „Och, tylko nie Maksio”. Kusiło go, by odrzucić połączenie, ale odebrał. „Lepiej mieć to za sobą”. Maksio bywał godnym rywalem wszystkich płomieni świata.
— Cześć, Staszku! — zawołał z emfazą. — Jak dobrze, że cię złapałem! Jest temat do ogarnięcia. Świeża dzieciarnia od Green Stara naćpała się jakimś żenionym mefedronem i narobiła gnoju w hotelu, jakby była gwiazdą rocka. Znaleźli się, Rolling Stonesi spod Białegostoku. Nie dadzą rady ustać w pozycji homo sapiens nawet do udawania z taśmy, więc nie wyduszę z nich dzisiaj niczego. A mam event pod dachem MOK-u na Mokotowie. Pełna kulturka, żadnego chamstwa, nie jakieś Dni Kartofla w Zakalinkach. Publika bardziej do posłuchania niż drygania. W cztery godziny wejściówki miałem na sold out, taki popycik, stary. Będzie Marcin Miller z chłopakami i nie uwierzysz, kto… Shazza! Czaisz? Robimy na grubo. Koniecznie musisz wpaść! Start o dwudziestej, więc gdybyś mógł, ogarnij się trochę wcześniej.
— Dziękuję, ale wiesz, że…
— Pamiętam, pamiętam — przerwał Maksio. — Nie grasz w piątki. I dlatego, że nie grasz, to tylko ty jesteś jeszcze wolny. Daj spokój, to koncert, a nie dyskoteka. Damy ci dyszkę na czysto. Nie masz przecież daleko od tych swoich zafajdanych Siedlec.
— Jeszcze raz dziękuję, że o mnie pomyślałeś, ale muszę odmówić.
— Dobra, dorzucę trójkę… A niech tam! Czwórkę na paliwo i te bisy, które na pewno każą ci walnąć. Nie macie tam dzisiaj jakiegoś święta, które unieważni post? Albo poproś o tę… dyspensę. Masz przecież kontakty w tych kręgach.
Rozdrażniony nagłym przebudzeniem mężczyzna nie chciał tracić czasu na słowną wędrówkę bez celu. Jednocześnie nie zamierzał urazić Maksia, który — choć z manierą telemarketera od fotowoltaiki — potrafił załatwiać. A załatwianie to fundament.
— Innym razem, Maksiu. Dziś naprawdę nie mam możliwości, by ci pomóc.
Chłopak westchnął.
— Jasne, jasne. Pobuszuję jeszcze i jakoś załatam dziurę. Nie będę zamęczał gościa, który w szafie, obok gaci i podkoszulków, trzyma prawilną spluwę pod kluczem.
Staszek zaśmiał się.
— Wystrzałowe imprezy to przecież moja specjalność.
Maksio pomarudził jeszcze chwilę, po czym się pożegnał. Jego rozmówca z ulgą wcisnął magiczny, czerwony przycisk. Pokręcił głową. „Staszku?” — nie cierpiał takiego zdrobnienia. „Event? Sold out? Wydarzenie, wyprzedaż. Polska język być problem”.
Nadciągało południe, a on spał tylko trzy godziny. Na szczęście noc przebiegła bez wezwań, mógł więc pozwolić sobie na drzemkę w trakcie zmiany. Paplanina organizatora koncertów nadawałaby się do reklamy jako dodatek do kawy, miałby kolejne zyski.
Poszedł do kuchni, aby uruchomić ekspres. W międzyczasie zrobił trzy serie po pięćdziesiąt pompek, co w pełni rozprowadziło przepływ prądu po całym obwodzie jego organizmu. Z pełnym kubkiem w garści wyszedł na balkon. Nie pochwalał siebie za nałóg z nikotyną, ale już dawno zrezygnował z kolejnych prób rzucenia, dochodząc do wniosku, że ogień musi być stale obecny w rozkładzie jego codziennej jazdy: „ogień na etacie, ogień w przerwie, ogień przy pracy dodatkowej”.
Zaiste, bywał na scenie prawdziwym żywiołem. Uśmiech na twarzy zdawał się mieć przyklejony, ale nikt nigdy nie wątpił w szczerość jego oblicza, nawet o drugiej w nocy, przy cykaniu zdjęć z ostatnim wielbicielem kończącym długaśną kolejkę. Dawał ludziom radość, a ta radość odbijała się od ściany niczym piłka do squasha i wracała, by on sam mógł uzupełniać siły, które następnie wykorzystywał, żeby robić coś znacznie, znacznie zacniejszego: ratować ludzkie życie.
Muzyka to jeden z nielicznych napędzaczy w tym trudnym świecie — tak mówił jego ojciec. Zapisał go do Richard-Wagner-Konservatorium, prywatnej szkoły, którą ukończył z dyplomem artysty biegłego w sztuce fortepianu. Ku rozpaczy rodzica nie chciał ćwiczyć talentu w Wiedniu. Postanowił przyjechać do Siedlec, by tam nadal bawić się muzyką, choć w innym wydaniu. Tatę przerażała wizja syna zanurzonego w przaśności tudzież infantylizmie muzyki tanecznej.
— Wagner mawiał, że muzyka to początek i koniec wielkiej mowy — twierdził. — Czy olalalala, ja kocham ciebie, a ty mnie nie, ole, ole, sklecone naprędce z trzech klawiszy, to jest wielka mowa artyzmu?
— Nie — odparł Stanisław. — Olalalala to muzyka, którą kocha mnóstwo ludzi, a nie tylko banda pyszałkowatych koneserów.
Zrobił tak, jak postanowił. Odtąd Stanisław to nie tylko imię, to także brand muzyczny. Nie podobały mu się podobne do siebie nazwy zespołów, w dodatku — nie wiedzieć czemu — anglojęzycznych, chociaż śpiewali po polsku, takich jak na przykład After Party, Loverboy, Powerboy czy inny boy. Poszedł w ślady Sławomira, twórcy hitu prawiącego o rozgrzanym uczuciu do niewiasty w anturażu stolicy Tatr. Obaj panowie darzyli się przyjaźnią; nagrali nawet wspólną piosenkę pod tytułem Jutro się ogarnie, która — choć nie dokonała rewolucji — została przyjęta z aprobatą jako niespieszna, naprawdę idylliczna ballada.
Tutaj, dla odmiany, praca nie gasiła, ale paliła mu się w rękach. Sam pisał teksty i sam komponował. Przy kreowaniu aranżacji pomagał mu zmysł oraz doświadczenie wyniesione z austriackiej edukacji fortepianowej. Fakt, że w mieście wykształciła się uczciwa konkurencja, napędzał go do przysiadania fałdów. Już druga propozycja zaskoczyła, jak określił to Maksio, i stała się melodyjnym masażem dla uszu przy pomocy wibracji syntezatora. W prostocie słów siedlczanie wychwycili cząstkę hymnu dla swojej biesiady:
Ciszo, jesteś piękna! Nie martw się, kochanie.
Co działo się w Siedlcach, w Siedlcach niech zostanie.
Ojciec, wielki pianista Filip Waldstein, zrozumiał, że sam nigdy nie zgromadzi publiczności choćby w połowie tak licznej jak ta, która przychodziła na występy Stanisława. Czasy się zmieniają, stwierdził młody ze słusznością. Dziś ani Chopin, ani Mozart nie wypełniliby tłumem melomańskich głodomorów miejsc Stadionu Narodowego. Trzeba adaptować się do nowych czasów, by nie ugrzęznąć w bagnie, z którego, nawet wydostawszy się, można tylko wejść z powrotem w podwoje epoki średniowiecza, bez szansy na renesans.
Siedlce. Miasto, które sprzyjało życiu z muzyką. Nie tak hałaśliwe jak Wiedeń, nie tak pospieszne jak Warszawa. I chociaż mieniące się wszędzie taką samą bielą bloki przy ulicy Nowy Świat nie mogły równać się z wdziękiem Leopoldstadt, to tutaj skromność wymieszana ze spokojem zawsze przesyłała impuls o nazwie: uwielbienie życia.
Siedlce. Miasto, które dziś wezwało Stanisława, a dokładniej — Urząd Miasta, Wydział Komunikacji. Coś nie tak z rejestracją nowego samochodu, jakaś drobnostka. Mężczyzna otworzył bramę pilotem i wmieszał się w miejski tłum. Skoda Octavia — uwielbiał tę markę, choć nigdy nie umiał wyrazić dlaczego. Być może za regularne rysy. Nie był fanem motoryzacji, patrzył na auto jak na kobietę, choć jego narzeczona — o równie pięknym obliczu, jak i imieniu, Gabriela — mogłaby mieć w tej kwestii pewne obiekcje.
Przejechał obok Cmentarza Centralnego, a następnie ulicami Wojskową i Armii Krajowej, zawsze dumny, że nazewnictwo tych dróg aż prosiło o powstanie na baczność. Zaparkował na dostępnym parkingu przy Pułaskiego, skąd można już było poczuć oddech spokoju przylegającego do urzędu Skweru Niepodległości. Stanisław wszedł do najważniejszego budynku miasta. Przy okienku dowiedział się, że urzędnik, z którym się umówił, okazał się nieobecny, wobec czego wzruszył ramionami i wyszedł, by zaczerpnąć trochę powiewu niezależności.
Po kilku minutach wrócił do samochodu. Już miał wsiąść za kierownicę, gdy jakaś zmienna zwróciła uwagę jego oczu. Opuścił szybę i wychylił się. „Niech to szlag! Strzeliła lewa przednia opona”.
Taka sytuacja jawiła mu się w wyobraźni za każdym razem, gdy otwierał auto. Dziś zjawa stała się sflaczałym ciałem. Co robić? Obok żadnych samochodów. Wielu kierowców wyminęło opłatę za postój, wybrawszy inne miejsca. Zresztą, głupio tak upokarzać własną męskość przy prostej, zdawałoby się, naprawie. Nigdy nie lubił naprawiać samochodów. Gaszenie pożarów to współpraca, a mechanika auta — praca w pojedynkę, jego zdaniem zbyt ryzykowna, by zajmował się nią laik.
Przymknął drzwi i wyciągnął telefon. Najbliższy warsztat — Auto-Tłumik na Formińskiego. Cztery minuty jazdy, w tym dwa ronda zmuszające do wolniutkiej jazdy. Nie miał wyjścia. Spróbował.
Udało się, choć nawet on zdawał sobie sprawę, że felga zapamięta tę podróż na długo. Mechanik na miejscu stwierdził, że jest zawalony robotą i teoretycznie nie ma szans na wepchnięcie go w grafik, ale dla gwiazdy zrobi wyjątek. Załatwił sprawę w pół godziny, a zarobił jak za trzy. Przy okazji zwrócił uwagę na przepaloną żarówkę; otworzył maskę i znów stała się światłość.
Stanisław podziękował, po czym wcisnął się w Brzeską ku wylotowi z miasta. „Gabrielo, pogratuluj”.
Na wysokości budynków firmy Odmet, zajmującej się w Siedlcach stalą we wszelkich możliwych konfiguracjach, postanowił przetestować przyczepność auta. Zwiększył prędkość do sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.
Ruch o tej porze dnia nie zdążył się jeszcze zagęścić, mimo to przed skodą Stanisława, wyrastając, jakby spod ziemi, pojawił się dostawczak. Stanisław sięgnął nogą ku pedałowi hamulca, gdy jego wzrok padł na coś na desce rozdzielczej. Coś tak ulotnego, że w ćwierć sekundy nie zdołało poruszyć resztek włosów na jego głowie.
Pomarańczowy okrąg wspomagany dwoma półkolami.
Kontrolka ABS.
Dostawczak, jakby przedawkował hormon wzrostu.
Na końcu znów był chaos.
Chaos barwy nocy.
Rozdział 3
Czasem słyszy się o grze jako o walce na śmierć i życie. Używają takiej terminologii komentatorzy sportowi, aby zbudować kolejne piętro napięcia przedmeczowego. Było w tym, rzecz jasna, pełno rozmachu i grubej kreski przesady, ale ludzie uwielbiają patos, zwłaszcza gdy wokół brak zagrożenia. W obecnych czasach nikt nie musiał walczyć o przetrwanie, co najwyżej o punkty lub awans zdobyty dzięki nim.
„Batalia na śmierć i życie? Co oni tam wiedzą”.
— Osiemdziesiąt. I po osiemdziesięciu.
Dym papierosów pulsował w rytm gramolących się z zawieszonego na ścianie telewizora dźwięków Mariny, Mariny Francesco Napoliego. Z szarości przechodził w kolory odbijające się pod sufitowymi ledami. Prostokąt stolika — już kleisty od odciśniętego na blacie kufla piwa i okruchów chipsów — przyozdobiony stosem odwróconej talii kart, działał swoim magnetyzmem jak zamknięty w małej pamiątce krajobraz Kasprowego Wierchu przytwierdzony do lodówki.
Gracze nie znali swoich imion, wystarczyły numery: ty będziesz Pierwszy, ty Drugi, ty Trzeci, a ty Czwarty. Najmłodszy z nich jako Drugi. On w pierwszej kolejce rozdawał karty, a zatem nie uczestniczył w rozgrywce, jako że grali w tysiąca. Brydż? Za bardzo zespołowy. Poker? Mieszanina sprytu i łaskawości Fortuny. Tysiąc. Ta gra wymagała nie tylko dobrego rozdania, ale też umiejętności analizowania przebiegu oraz taktyki. Tylko w tej grze można było wyłonić prawdziwego, nielosowego zwycięzcę.
— Sto siedemdziesiąt — zakontraktował Trzeci, po czym wyciągnął na stół damę kier. — Stówka.
Czwarty nie miał koloru, wyrzucił więc inną blotkę — waleta trefl. Pierwszy przebił meldunek asem z czerwonym sercem, zgarnął wziątkę, a potem zaproponował pójście w tango z pikiem. Drugi dysponował atutem, czyli odcieniem zgodnym z pierwotnym meldunkiem, więc przywłaszczył sobie większość pozostałych kart. Dopełnił kontrakt.
Meldowali, przebijali, pasowali, zgarniali lewy. Francesco Napoli rozpoczął od nowa swój repertuar.
Po trzydziestu czterech rozdaniach Drugi miał osiemset dziewięćdziesiąt punktów — najwięcej. Brakowało mu jednej zagrywki. Rozdawał Pierwszy, więc Drugi był na musiku — obowiązku rozpoczęcia zagrywki, jeśli pozostali gracze nie wezmą udziału w licytacji. Nie wzięli.
Drugi spojrzał na swoje karty: dama pik, as karo, dwie dziewiątki, walet, dziesiątka i król kier. Sięgnął po trzy zakryte karty, o które nie było potyczki — król pik, dziewiątka i kolejny walet. Miał już cztery karo z asem; gdzieś tam, u przeciwników, czaiły się kolejne dwa. Jeśli się rozdzieliły, był w domu.
Zanim podjął decyzję, zerknął na bar, gdzie znudzona kelnerka wgapiała się w ekran smartfona. Gdyby tak zatopił na chwilę dziąsła w lodowatości bursztynowego płynu… gdyby przełknął ten torfowy posmak nektaru celtyckich bogów, poznałby odpowiedź…
Nie.
Zakontraktował sto dziesięć. Rozpoczął grę od asa karo. Trzeci wyrzucił króla w tym samym kolorze. Aby zgarnąć resztę rombu, musiał teraz wyjść dziesiątką. Czwarty sięgnął po kartę, zawahał się, ale nie miał innego wyboru, jak rzucić.
Dziesiątka karo.
Drugi zebrał kolor.
— Czterdzieści.
Choć meldunek nie miał wielkiej wartości, wraz ze zgromadzonymi wziątkami pozwolił ugrać sto szesnaście oczek.
Wygrał.
Zawołali sędziego.
— Kto wygrał? — zapytał, gdy tylko zamknął za sobą drzwi.
— Ja — odparł z radością na twarzy Drugi.
Sędzia złożył gratulacje, po czym sięgnął do tylnej kieszeni kurtki. Wyciągnął glocka i wymierzył w stronę zwycięzcy. Ten przemalował czerwień w bladość na swej twarzy.
— Hej, hej! Zaraz! Przecież wygrałem! Zwycięzca miał być wolny! Pierwszy miał najmniej, tylko dwieście sześćdziesiąt!
Na twarzy sędziego pojawił się cień uśmiechu, ledwo dostrzegalny wśród przyciemnionego oświetlenia.
— No już, idziemy. Za chwilę będziesz wolny.
Sześćdziesiąt. I po sześćdziesięciu.
***
Zalew Siedlecki. Niby zwykły zbiornik, niby tylko kawałek rowu wypełnionego spiętrzoną z rzeki Muchawki wodą, jakby sam Posejdon konsekrował miasto; odlał nieco ze swego świętego bezmiaru, aby wzięło głęboki oddech i zrozumiało, że woda, tylko woda, jest naprawdę życiem.
Drugi siedział nad brzegiem. Nieboskłon już pokrywał się cieniem, bo słońce chyliło się ku swojemu codziennemu leżu. Sięgnął ręką ku swej towarzyszce i pocałował jej szyjkę.
Ruda. Piękna, smaczna, nieodgadniona.
Para kaczek przemknęła niedaleko po tafli wody, kreśląc za sobą subtelne kreski. W lustrze zbiornika odbijały się latarnie, drgające lekko niczym zatopione pochodnie. Z tyłu ktoś pomknął na rowerze, ktoś inny przeszedł spacerowym krokiem po wyznaczonej dookoła ścieżce. Wieczorna rekreacja.
Drugi również tej rekreacji używał, bo jak nie teraz, to kiedy? Połaskotał towarzyszkę. Najpierw zatracił się w jej ostrym, lecz przyjemnym zapachu, a potem skosztował jej waniliowego posmaku z prawdziwie dymiącym finiszem.
Drugi, drugi. Dzisiaj drugi będzie nareszcie pierwszy.
Scapa. Imię brzydkie, ale przecież liczy się wnętrze.
Dziękuję, najdroższa, umiłowana.
Kocham cię jak Finlandię.
Przypomniał sobie to uczucie, mimo że wywietrzało z jego głowy na kilka lat. Walczył, starał się nie ulec, ale teraz nie było już takiej potrzeby. Mógł złożyć tarczę, zdjąć zbroję z ramion. Nie musiał nawet chronić obojczykiem gardła. Dziś nadszedł czas, by jeszcze raz sięgnąć do skarbca świata, nim zamknie swe wrota i nigdy więcej ich nie otworzy. To, co miało się wydarzyć, wydarzyć się musiało. Nie było innego sposobu. Tak napisano w scenariuszu, a jego trzeba się trzymać. Najważniejsze, że wszystko zabezpieczył. Odpowiedzialność — jeśli trzymasz z nią sztamę, możesz robić rzeczy, które wydają się szaleństwem.
Ale one nie są szaleństwem. To tylko kręta dróżka, którą trzeba pokonać; jak wspinaczka na Mount Everest w klapkach Kubota, bez skarpetek. A jeśli trzeba odmrozić sobie nogi, aby ktoś inny nie musiał tamtędy łazić, to warto. Zawsze warto.
Czy zrobił już wszystko, co trzeba? Jeszcze nie.
Sięgnął po telefon. Palce weszły już w tryb rozkodowania, ale mimo ochronnych rękawiczek udało mu się wysłać zawczasu przygotowaną wiadomość. Ta wiadomość będzie kluczem do innego skarbca.
Sezamie, zechciej się otworzyć, nie zabieraj wszystkiego dla siebie.
Wieczór przywitał się z zalewem dość chłodno, jakby wczoraj się pokłócili. Drzewa zadrżały w reakcji na powiew. Drugi zrobił odruchowo to samo i zasunął suwak bluzy, a potem spojrzał na logo z pandą w zielonym kapeluszu. Zaśmiał się głośno.
Jest mi w życiu trochę zimno.
Ogrzej mnie, maleńka, bym nie zmarzł.
To wszystko nigdy nie miało sensu. Ani grama sensu.
Pary spacerują, trzymają się za ręce. Idźcie gdzieś indziej! Musicie aż tak się obnosić? Naprawdę musicie?
Gdzieś w dali, chyba na molo, dzieciaki wyśpiewywały refren piosenki z przenośnego głośnika: Jesteś szalona, mówię ci, zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić.
„Daj spokój, Ruda. Nie jesteś aniołem, ja też nie. Chodź tu” — pomyślał, przed odpłynięciem w dalszą alkoholową ekstazę. „Panderoza. Ech, Panderoza na Garwolińskiej obumarła, ale wskrzeszono ją, by nigdy nie zabrakło wodopoju. Ty, kelnerko ty. Dałaś mi namiastkę raju dopiero wtedy, kiedym na to zasłużył, ogrywając tych buraków w dziecinną grę, a teraz chcesz mi go zabrać? Każesz mi zwracać? Ty tylko nosisz te stągwie i napełniasz je ambrozją, co ty możesz mi kazać?”.
Potrząsnął butelką.
„Ostatnia kropla. Naprawdę to już? Nie masz mi nic więcej do zaoferowania? Dobrze, jasne, w porządku. Rzucam cię, Ruda. Płyń! Może ci się poszczęści i zalew ci daruje, przepuściwszy do Muchawki, a tam już hulaj sobie po rzekach, morzach i oceanach. Wspomnij czasem na mnie, wspomnij na swoją samotność. Moją samotność. Żegnaj, Ruda”.
Zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał zamglonymi oczami w dal — horyzont począł zwijać manatki. „Nareszcie. Już czas. Już dawno był ten czas. Czas”.
„Jest mi w życiu trochę ciemno”.
Zdjął bluzę.
„Już nie jest zimno. Już jest tylko ciemno”.
Założył z powrotem.
„Tak się nie godzi, bluza musi być”.
Spojrzał na wodę.
„Ruda, wróć! Przebaczę ci! Porwał cię ten przeklęty wir? Ja cię uratuję!”.
Zarzucił okulary z powrotem na nos, poprawił kaptur bluzy i ruszył biegiem. Nie wiedział, w którą stronę, nie wiedział, po co.
„Trzeba biec, trzeba znaleźć miejsce”.
Omal nie wpadł na rowerzystę. Uniósł ręce w geście przeprosin, ale amator kolarzówki nie tylko nie miał pretensji, ale sam zszedł z roweru, by pokłonić się z szacunkiem.
Minął trzy małolatki, które zapiszczały na jego widok.
„Wybaczcie, sikoreczki, dziś nie mam czasu na selfie. Po pierwsze widzę was tak scalone, jakbyście były bliźniaczkami syjamskimi. Po drugie, innym razem, muszę biec”.
Naprawdę nie miał czasu, choć musiał przyznać, że rozpoznawalność, nawet ukryta pod kapturem i binoklami, potrafiła uczynić z człowieka oznaczonego kodami na nietykalność niemal nieśmiertelnego.
„Trzeba znaleźć miejsce”.
Znalazł.
„Nie, mama, nie. Mama nie ostrzegała”.
Drewniany pomost, z którego korzystali rybacy.
„Tutaj. Tak, tutaj. Wyłowię cię, najczystsza, najlepsza. Będziemy szczęśliwi już zawsze”.
Wziął rozpęd niczym lekkoatleta.
Skoczył.
„Uda mi się, będę miał wsparcie. Posejdon nachyli się, by podać mi swój trójząb, a ja go chwycę i pozwolę mu się do ciebie zaprowadzić”.
Rozdział 4
Zbrodnia prowadzi wędrowny tryb życia. A to zajrzy do wielkiego miasta, a to znów po drodze wstąpi do małej wioski, której nawet nawigacja nie wychwyci. Jej to bez różnicy, wszędzie można pracować na swoje imię.
Toni klęczał. Wieczorna msza w katedrze skończyła się już kilka minut temu, ale on wciąż trwał w modlitwie. Słodkawa, żywiczna woń kadzidła nadal oczyszczała jego nozdrza z wszelkiego plugastwa. Spojrzał na duży krzyż zawieszony nad ołtarzem. Chrystus jakby chciał stąd widzieć wszystko, ale nie po to, aby się wywyższać, co to, to nie. Z góry widać wszystko i wszystkich. Stamtąd nie da się nikogo pominąć, nawet takiego skromnego grzesznika z piątej ławki.
Musiał przekazać Wszechmogącemu kilka swoich myśli. Oczywiście, On wszystko wiedział. Ale Toni potrzebował tej milczącej rozmowy, tak jak potrzebuje się drugiej osoby, by po prostu razem być, nie wypowiadając ani jednego słowa, bo słowa nie są potrzebne. Tutaj, w mroku świątyni rozświetlanej odbiciem barw witraży, cisza potrafiła mówić.
Lubił tutaj przychodzić. Przyciągały go strzeliste wieże widoczne z wielu zakątków miasta, zapraszające jak najpopularniejsza kopuła na świecie, zdobiąca Watykan. Wnętrze, choć przyćmione, uspokajało. Zarówno płaskorzeźby stacji Drogi Krzyżowej, jak i wszystkie obrazy zdawały się spoglądać nie surowym, lecz przymilnym wzrokiem.
Uwielbiał tę katedrę tak, jak uwielbiał bazylikę świętego Piotra. Tutaj czuł się jak w przedsionku nieba.
Zaprojektował swoje życie, choć nie obyło się bez skreśleń i nieudanych kresek. W latach dziewięćdziesiątych trzeba było podejmować trudne decyzje, ale on wybrał najlepiej, jak potrafił: opuścił Atrani jako dziewiętnastolatek ze łzami w oczach. Położona między błękitem Morza Tyrreńskiego a malowniczymi górami miejscowość jawiła się bajecznie. Ale nie dla niego, bo cóż mu przyszło z tego piękna, skoro nie miał z czego żyć. Mógł jedynie łowić ryby albo iść w stronę dopiero raczkującej na tych terenach turystyki.
Aby pójść jeszcze o krok dalej, trzeba było zdobyć się na odwagę i wyruszyć w świat.
Tak trafił do Polski.
Ojczyzna Jana Pawła II podpełzła mu pod palec na mapie niemal automatycznie. Kraj dopiero wstawał z kolan i otrzepywał się z kurzu; łaknął wszystkiego, czego wcześniej nie widział, przymglony zaćmą żelaznej kurtyny. Toni przywiózł ze sobą nie tylko zwyczaj niespiesznego aperitivo przed niedzielnym obiadem, ale również danie, które miało ubogacić kuchnię flaków i kapusty.
Przywiózł pizzę.
Początki nie oblewały go blaskiem jak wybrzeża Amalfi. Nie był kucharzem i jego pierwsze placki nie miały wiele wspólnego z Italią. Nie zaszkodziło mu to — z braku porównania, dla większości siedlczan była to najlepsza pizza, jaką kiedykolwiek jedli. Udało mu się rozkręcić interes. Klimat ciasnych alejek i pachnącego cytrusami powietrza potrafił przenieść na ulicę Piłsudskiego grą na gitarze. Lubił sobie porzępolić.
Pewnego dnia zauważył go kierownik zespołu muzycznego, czekający akurat na swoją margheritę. Zaproponował mu, żeby zagrał na najbliższym weselu. Toni nie miał pojęcia o specyfice polskiej biesiady, ale zgodził się bez wahania.
Wesele rozliczono skrzynką Komandosa na głowę. Toni, niezbyt ucieszony, z żalu wypił trzy butelki w drodze powrotnej do Siedlec. Ta dawka podłego wińska, połączona z rozcieńczanym spirytusem, który sączyli podczas przerw w graniu, spowodowała, że haftował jak kot po rowach Borków Siedleckich. Zgodnie z chórem kompanów, przeszedł chrzest bojowy bez zarzutu. Nigdy więcej nie tknął żadnego, nawet najbardziej wytrawnego wina, co niejeden Włoch uznałby za zdradę stanu.
Jednak weselna muzyka nie dała o sobie zapomnieć. Od czasu do czasu jeździł do Warszawy na Stadion Dziesięciolecia, by wzbogacić się o dostępne fanty. Cwaniacy w zdartych dżinsach gibali się tam w rytm muzyki chodnikowej wypuszczanej z kaset, zachęcając do powiększenia zbiorów.
— Jest Mydełko Fa?
— Panie, biorę dziesięć sztuk. I jeszcze Milano.
— O tak, Zagraj mi, piękny Cyganie.
Dzięki kontaktom w branży weselnej i gastronomicznej wiedział, że ta muzyka — może i nieskażona ambicją, ale taka, której nie pozbędziesz się z głowy tak łatwo, jak pięknej kobiety — będzie ludziom w dobie postkomunizmu potrzebna jak nigdy dotąd. Trzeba było podjąć kroki, by dopomóc w jej rozpowszechnieniu, a z czasem może i wprowadzić ją na salony.
Muzyka weselna pomogła mu także nauczyć się języka polskiego. A jako że pokochał ten kraj i jego mowę, postanowił odwdzięczyć się polskiej kulturze najlepiej, jak potrafił i założył wytwórnię muzyczną. Pierwszy zespół zespawał z weselnego klawiszowca, siebie jako gitarzysty i w razie potrzeby perkusisty, oraz z Włoszki, która pomagała mu w pizzerii i mimochodem podśpiewywała do taktu wygrywanych przez niego melodii. Niedługo potem ta dziewczyna została jego żoną.
Nagrali płytę, która preferowała kasetę. Podpis i logo producenta — Atrani Records — wywoływały w nich nieśmiałe łzy. Zagrali pierwszy duży koncert, później następny. Zgłaszały się kolejne zespoły, które do tej pory próbowały nagrywać materiał w garażach, nie mając pojęcia o akustyce. Toni im pomagał, sam rezygnując z grania. Wolał pozostać przy amatorskim melodyjkowaniu i zająć się profesjonalizacją branży.
Ciao, ciao, ciao, Siciliano.
W tym samym czasie w Białymstoku powstała konkurencja o nazwie Green Star. W tym wielkim, nieoficjalnym drafcie zespołów wyrastających spod piwnicznego podziemia, białostocka ekipa zebrała największy zbiór późniejszych — i nadal obecnych — gwiazd muzyki disco polo. Toniego to nie martwiło. Zawsze przedkładał jakość nad ilość. Nigdy nie miał pod opieką więcej niż trzech wykonawców. Dziś zajmował się tylko dwoma — nie tyle zespołami, co tutejszymi osobowościami, które w pełni mógł określić mianem swoich.
Stanisław. Wymarzony uczeń każdego mentora: pilny, utalentowany i bezproblemowy. Na scenie zawsze elegancki. Przyozdabiał swój zadziorny głos, od którego drżały serca pań. Muzykę do tańca przelał poza granicę kraju, a dzięki znajomości języków potrafił dogadać się w sprawie koncertu w Brześciu i w pół-polskim Wilnie.
Stanisław był przykładem sukcesu, który w równaniach matematycznych — przy odpowiednich rozliczeniach — zawsze dawał wynik dodatni.
Obok niego, w stajni Atrani, stał Pander.
Po prostu Pander.
Toni otrząsnął się z zamyślenia. Dobrze jest czasem wrócić do przeszłości, ale kościelny chrząkał znacząco. Zakończył już zamiatanie podłogi świątyni i czekał, gotowy dokończyć swą służbę Bogu i ludziom mopem.
„Jeszcze chwilka”.
Jego wzrok spoczął na portrecie papieża usytuowanym przy bocznym ołtarzu, pod wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Przypomniał sobie upalny dzień, w którym Jan Paweł II odwiedził Siedlce. Było to dziesiątego czerwca. Tłumy, jakich nigdy nie zgromadził żaden muzyk, tylko Sługa Kościoła, lekko już przełamywany chorobą, a jednocześnie wypełniony pokorą, którą potrafił połączyć z charyzmą i siłą ducha.
Zbrodnia wybrała akurat to miejsce. Zachichotała i podała dłoń, otłuszczoną oliwą. Śmierdziała ropą.
W życiu zawodowym popełnił tylko jeden błąd.
A ten błąd ubierał tę swoją idiotyczną bluzę z pandą na piersi.
Nic nie zapowiadało katastrofy. Zresztą, to także kretyński slogan. Nic nigdy nie zapowiada katastrofy. Przychodzi nagle, z bezchmurnego nieba, gładkiej jak stół ulicy i ciszy, która odpina kabelki czujników własnego bezpieczeństwa. Pojawia się jak niedopity ojczym, którego nikt nie zapraszał na poprawiny.
Przymknął powieki.
„Siedlce. Moje Siedlce”.
Miasto pełne nienachalnego majestatu: skromne, niezbyt głośne, ale tętniące życiem ducha i ciała. Miasto równowagi. Centrum zaanektowane przez czyściec więzienia i próbkę nieba w katedrze. Na dole ulice pełne nierówności, zmuszające do zwolnienia, jak krużganki piekła. Na górze zaś — fale Katolickiego Radia Podlasie, niosące sygnał w świat, zarówno wioskom, jak i miasteczkom: tutaj można żyć po ludzku i po Bożemu.
To samo miasto, pobłogosławione przez Ojca — naprawdę — Świętego, zostało skalane. Jerozolima naszej ojczyzny, miasto wybrane przez Boga, stało się wschodnio-mazowiecką Sodomą — siedliskiem zła, w którym zbrodnia urządziła sobie potańcówkę w rytmie disco.
Lewa-prawa-prawa-lewa.
Prawa-lewa-lewa-prawa.
Zapach siarki spuszczonej niechybnie przez Wszechmocnego na to przeklęte już miasto, sprawił, że jego ukochana żona musiała uciec. Dlaczego?
Wszystko przez jedno zło. Tylko jedno. I aż jedno.
Być może jego żona zasłużyła na to, co ją teraz spotyka. Być może ucieczka była jedynym, wąskim przejściem. Sama tak postanowiła, a on musi to uszanować, choć za tym przejściem mogą już być tylko zgliszcza.
Zgliszcza o zapachu benzyny.
Razem prawie trzydzieści lat. W zdrowiu i w chorobie, w radości, w morderstwie i w smutku. W biedzie i w bogactwie.
Małżeństwo musi trwać razem przez całe życie — tak przysięgali. Od przysięgi dezerterują tylko tchórze, a Toni nigdy nim nie był. Dlatego teraz jej pomoże.
Jeszcze wszystko będzie świetliste.
Na zgliszczach można jeszcze budować. Można wyprosić zbrodnię z parkietu. Przegonić ją bez wręczania ciasta na podziękowanie.
„Wytańczyłaś się? Odejdź”.
Potrzeba tylko silnej ręki. Bezwzględnego wykidajły, który zrobi selekcję i wywiesi tablicę: tej klientki już nie obsługujemy.
Toni będzie tym ostatnim sprawiedliwym, który uratuje miasto. Potrzebuje do tego już tylko jednego. Czegoś, do czego w swej ułomności nie został stworzony.
Niech Bóg przebaczy Panderowi jego grzechy.
Toni nie miał zamiaru tego zrobić.
Rozdział 5
Widzieć szczegóły to wielka łaska.
— Przymierzaj — rzekł Warczak znad recepcji.
Leszek czuł się jak w przymierzalni ze ślubnym garniturem. Na szczęście nie musiał w obecności drugiego faceta stawać w samych bokserkach na kawałku kartonu za drzwiami busa ani zdjąć butów do sprawdzenia rozmiaru spodni. Okulary były bardziej dyskretne i mniej zobowiązujące.
Warczak cofnął się o trzy kroki i zamachnął ręką.
— Patrz górną częścią soczewki. Nie machaj łbem jak piesek z tyłu samochodu! Widzisz mnie?
— Widzę, kucyk ci się trochę poluzował. Ale masz krostę na nosie. Wyciskałbym jak sok z pomarańczy, aż by trysnęło fajniutko.
— Zachowaj swoje fantazje na wieczór beze mnie — odparł Warczak. — Cieszę się, że widzisz. — Przybliżył się, stając metr od Leszka. — Teraz spróbuj popatrzeć środkową częścią. Tylko nie pochylaj głowy.
Leszek wykonywał kolejne polecenia jak nakręcony manekin. Widział. Wszystko widział. Jezu, drugie życie za jedyne tysiąc sześćset dziewięćdziesiąt złotych.
— Szczęście wieczne i to za połowę ceny — mruknął z zachwytem.
— Okulary progresywne. Gadżet dla dzieciaków po czterdziestce. Widzisz blisko, widzisz daleko. Tanio i skutecznie. Dobrze trafiłeś, bo kupujesz u mnie — odpowiedział Warczak. — Brillen dba o wzrok, ale też o szczupły portfel redaktorka z naszych wspaniałych, niosących ważne lokalne informacje mediów.
— Ostatnio trochę przytył — pochwalił się Leszek.
— Odkryłeś nową aferę w Kole Gospodyń Wiejskich w Kotuniu?
— Kolejna Watergate, stary. Wypłynęły nowe pierogi.
Warczak pochylił się nad laptopem. Zamruczała drukarka, a z głośnika dobiegała przyciszona muzyka. Grupa Skaner właśnie skończyła podśpiewywać o pociągu do gwiazd i nieba. Kolejny kawałek Leszek znał już dobrze: charakterystyczny ruch gitary elektrycznej, połączony z równym, klubowym bitem, podsycanym talerzem perkusji, odtwarzany w serwisie YouTube ponad pięćdziesiąt milionów razy. Lokalny gwiazdor. Pander.
Chcę uderzyć w rzeczy sedno,
wypij ze mną, wypij ze mną.
Kiedy w życiu zimno, ciemno,
wypij ze mną, wypij ze mną.
Optyk wręczył fakturę i wskazał głową w kierunku komputera.
— Się chłopak wkopał ostatnio. Na własnym terenie. Myślisz, że bardzo mu to zaszkodzi?
— Jeszcze trochę popiszą i pogadają. Maksymalnie tydzień i całe zamieszanie obróci się na jego korzyść. Wrzuci na Instagrama jakieś poetyckie przeprosiny, wyrazi czynny żal. Będą go klepać po plecach, a potem po kieszeniach, bo pobiegną do Empiku po jego płytę nawet ci, którzy nigdy żadnej nie kupili, oprócz tej nagrobnej dla dziadka.
Warczak spojrzał na witrynę, gdzie — niczym klatki z rzutnika — przemykały przez Floriańską, obok stacji Orlenu, samochody.
— Showbiznes. Taki się nie napracuje, a pożyje. — Westchnął. — A ja muszę tu siedzieć i wciskać jak najdroższe okulary zdesperowanym dziadersom. Ale w sumie nie narzekam, bo też mam coś z tego showbiznesu. Pander przychodzi do mnie raz w miesiącu, jak do barbera, po nową parę przeciwsłonecznych okularów. Mówi, że inne mu się nie podobają i nikomu innemu nie ufa. Nie patrzy na cenę, więc go lubię.
— Kupujemy drogo, żebyś miał na wędkę, biedaku — odparł Leszek, przyglądając się w lustrze swojej nowej podobiźnie, przyozdobionej delikatnymi, czarno-złotymi oprawkami.
— I słusznie. Jeszcze godzinka i weekend. Czuję, że dziś amur w zalewie wleci jak złoto. Kulki gotowe, będziemy napinać. A ty uważaj przy schodzeniu ze schodów. W aucie też jeszcze jedź w starych, żebym cię nie miał na sumieniu. Kwiaty dzisiaj niewiele tańsze od okularów. W razie czego wrzucę ci przeciwsłoneczne do trumny, żebyś choć raz w życiu wyglądał jak człowiek sukcesu.
Pożegnali się i Leszek ruszył w stronę Młynarskiej, gdzie zostawił zaparkowany samochód. Załatwił kilka sprawunków, a następnie wrócił od razu do mieszkania, choć z niechęcią, która narastała w nim od pewnego czasu niczym fale Oceanu Niespokojnego. Radosny, dziecięcy okrzyk tata odbijał się wciąż echem, niestłumiony przez ciszę ani opustoszałe wnętrze, gdzieniegdzie poprzetykane fotografiami i zabawkami. Tego głosu nie dało się zagłuszyć. Zresztą Leszek nawet nie chciał tego robić. Usiadł w ulubionym fotelu. Ulubiony mebel, ot, kolejna oznaka starości, zaraz obok tych progresywnych, cudotwórczych okularów, które postanowił właśnie przetestować z bliska, otwierając butelkę Kupieckiego. Skład przeczytał bez problemu. Działały.
Lubił posmak pilzneńskiego słodu i tę subtelną goryczkę, która zostawała na końcu języka — smak nie do znalezienia w oklepanych markach. Leszek miał swoje wytyczne dotyczące degustacji. Po pierwsze, gdy trzeba było poskładać rozrzucone jak słoma myśli, tak jak teraz. Po drugie, gdy chciał je nasłonecznić. Po trzecie, gdy zdawał się na los, pozwalając, by zaprowadził go choćby na krańce Siedlec.
Rozbolała go głowa. Uznał, że wystarczy tych optycznych wynalazków. Odłożył okulary i sięgnął po telefon. Niby najnowszy iPhone, ale służył mu głównie do kręcenia materiałów w wysokiej rozdzielczości dla TV Wschód. Wszedł w Messengera. Lona nadal nie odczytała jego ostatniej wiadomości.
Poznali się tydzień temu, podczas koncertu na placu Sikorskiego, który po raz pierwszy miał w spektakularny sposób zwieńczyć Jarmark Świętego Stanisława, co roku rozstawiający swe kramy na siedleckich ulicach. Imprezę prowadził prezenter z discopolowej telewizji, a gwiazdami wieczoru byli Pander i Stanisław: dwie wizytówki miasta, każda w innym kolorze. Pander zaprosił wtedy Leszka za kulisy, do garderoby, ale tylko pod warunkiem, że ten nie zrobi z tego reportażu. Leszek nie zaprzepaścił takiej okazji.
W czasie koncertu wydarzyło się jednak coś, co spowodowało, że przez cały tydzień Pander się nie odezwał. Nie zdarzyło się to od dwóch lat, odkąd zdawali się być duetem przyjaciół. Może trochę niedopasowanych wiekiem, może trochę jak plus i minus, ale wciąż duetem, który mówił własnym, niezrozumiałym dla innych dialektem.
Lona, razem z drugą tancerką, występowała na scenie jako część obstawy Pandera. Właściwie nie Lona, tylko Ilona. Sama skróciła imię do pseudonimu, tłumacząc, że Ilona to za dużo do wypowiedzenia. Lona łatwiej. Być może.
Dziewczęta będące sceniczną ozdobą często bywały celem internetowych komentarzy. Lona przetworzyła już wszystkie możliwe wersje swojego imienia z PochwaLona na czele, ale reagowała na nie zawsze z uśmiechem i ledwie zaznaczonym ruchem policzków. Uśmiechem, który nie potrzebował pokazywać zębów.
Sprawdził, czy nie ma wiadomości od Doris. Zabrała Jagodę na wycieczkę do stolicy żubrów, ale wciąż nie dała znać, że wszystko w porządku. Czekał więc na ten krótki, uspokajający sygnał, który zwykle przynosił mu wieczorny spokój.
Leszek otworzył historię konwersacji, jakby w dawnych już komunikatach mógł wyczytać coś nowego. Nie wyczytał. Odłożył więc telefon i sięgnął po butelkę. Wibracja zagrzmiała, nim zdążył dokończyć haust. Na tapecie pojawił się owalny portret brodatego chłopaka w bluzie z kapturem, przysłonięty ciemnymi okularami.
Pander.
Kliknął podobiznę.
Peron łez …
Messenger nie zdradzał, czy muzyk jest online. Leszek odesłał zwrotkę za pomocą trzech znaków zapytania. Wiadomość została oznaczona jako dostarczona, ale nie odczytana. Przeciągnął ręką po twarzy. Pander lubił rzucać hasłami, które miały wywoływać skojarzenia, ale tym razem żadne nie chciało się sparować w coś sensownego.
Popatrzył w dal, zatrzymawszy nieco zdezelowany wzrok na zdjęciu Jagody, ujętej na tle kiczowatego, ale radosnego pejzażu ustawionego przez przedszkolnego fotografa. Orzechowe oczy i słoneczna, odmierzona jak od linijki grzywka. Dary po matce.
Jagódka.
Otworzył kolejne piwo.
„Rozjaśniamy, rozjaśniamy”.
Telefon zabrzęczał ponownie, tym razem nieco dłużej. SMS od dziennikarza TV Wschód: Topielec nad zalewem. Ręka na pulsie. Być może powinien ruszyć się po trzecie piwo. Coś się działo.
Doris nadal milczała.
Przymknął powieki. Nie chciał spać, ale nie chciał też tracić czujności. Sam nie wiedział, po co mu dzisiaj ta czujność, ale gdzieś z tyłu głowy zaświeciła się żarówka całodobowego czuwania, uruchamiana jak czujnik ruchu, gdy tylko skinął głową.
Minęła godzina, może dwie. Był późny wieczór, więc nie miał już rozróżnień.
Kolejny SMS: Pewne info. Topielec to Łukasz Derecki, znany jako Pander.
Leszek złapał za trzecie Kupieckie i wybiegł z mieszkania.
„Niech mnie zaprowadzi, dokąd chce”.
***
Teren przy zalewie objęty był dozorem kamer, więc spożywanie alkoholu odbywało się tu za cichym przyzwoleniem. Leszek przybiegł od strony lasku, dość szybko jak na swoje możliwości, i bez zastanowienia ugasił pragnienie połową butelki naraz. Rozejrzał się. Od tej części jeziora panował spokój; ostatni spacerowicze już pochowali się w domach lub rozpłynęli w zaległej ciemności.
Cisza uciekła. Przegoniła ją dyskoteka sygnałów policji, a później pogotowia ratunkowego, które zmierzały na drugą stronę, od rzeki Muchawki. Leszek wyminął kamienną rybę służącą za grill i ruszył w lewo. Szum traw stojących nad brzegiem nie dawał tym razem odpoczynku. Już kilkadziesiąt metrów od domniemanego miejsca zdarzenia zebrała się grupa kilkunastu gapiów; sądząc po ubiorze, głównie rybaków i ostatnich, najwytrwalszych biegaczy. W tłumie zdominowanym przez męskie sylwetki dojrzał kogoś, kto nie pasował do żadnej z tych grup.
Dziewczynę.
— Lona! — krzyknął.
Obejrzała się.
— Leszek… — ni to zapytała, ni to stwierdziła. — Dobrze, że jesteś. Widziałam, że pisałeś, ale… sam widzisz…
— Dostałem od niego wiadomość. Dwie godziny temu.
Skierował wyświetlacz ku jej twarzy. Nawet w gęstniejącej ciemności zauważył wilgotne rzęsy, posklejane tuszem i łzami. Jej włosy wtapiały się w scenerię otoczenia, jakby próbowały zniknąć razem z nią.
W dłoni dzierżyła iPhone’a, przy którym dyndał breloczek — mały słoń z uniesioną trąbą. Ledwie omiotła spojrzeniem ekran, a jej oczy znieruchomiały.
— Peron łez?
Leszek pokiwał głową. Wpatrywała się w niego bez słowa.
— Dostałam identyczną — wydusiła wreszcie.
Tym razem to on znieruchomiał. Mięśnie twarzy napięły się, wygładzając zmarszczki.
— Wiesz, o co może chodzić? — zapytał cicho, wciąż wpatrzony w ekran telefonu.
Milczenie zawisło między nimi, ginąc pod charczącym dźwiękiem pociągania nosem.
— Wiem — odparła w końcu.
W tym czasie policja ogrodziła teren taśmą i zaczęła odganiać gapiów. Reflektory przeczesywały przestrzeń, przenosząc plamy światła z jednej strony na drugą. Niebiesko-czerwona poświata odbijała się w tafli wody, tańcząc po niej jak ostatnie wspomnienia życia, które niedawno w niej utonęły.
— Musimy iść — zawyrokowała.
— Dokąd?
— Wiem, jak znaleźć peron łez.
Zamrugał, nie nadążając.
— I co w związku z tym? — zapytał. — Do czego nam to teraz potrzebne?
— Do tego, żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę się tutaj stało.
Rozdział 6
— Zwariowałaś.
— Nie, chyba jeszcze nie.
Opuszczali teren zalewu, mijając patrol i ślady opon na trawie. Skierowali kroki ku przycumowanemu statkowi ozdobionemu pięcioma metalowymi kołami olimpijskimi, w pobliżu którego Lona zostawiła swój samochód.
— Naprawdę chcesz pójść do jego mieszkania?
— Nie, na niby — żachnęła się. — Skoro mam klucze, to w czym problem?
„Młodzież”, pomyślał. „Nigdy nie mają problemu z niczym. Nie przeszkadza im to jednak nosić napisu PRO8L3M na bluzkach, czapkach czy skarpetkach”.
— Problem w tym, że wejdziemy do mieszkania człowieka, którego właśnie wyłowiono z zalewu. Martwego człowieka. Nie brzmi to najlepiej.
Wsiedli do golfa. Wnętrze pachniało słodko. Zbyt słodko. Nowa zawieszka w kształcie choinki huśtała się lekko przy każdym uderzeniu drzwi.
— Z ciebie jest dziennikarz jak z koziej… no, wiadomo. — Lona włączyła światła. — Nie ma jeszcze żadnego oficjalnego komunikatu. Sam przed chwilą mówiłeś, że cisza. Nie wiemy jeszcze nic o niczym. Jedziemy po prostu podlać kwiatki, zgodnie z życzeniem lokatora.
— Po prostu — powtórzył jak puste echo. — Dobrze, po prostu jedźmy.
Sam nie wiedział, dlaczego się zgodził.
Silnik zaskoczył natychmiast. Lona z wprawą wycofała auto z parkingu i skręciła w stronę ulicy Warszawskiej. Nocą miasto wyglądało jak rozciągnięta, wyblakła taśma filmowa.
— Jeżeli masz klucze — podjął Leszek po chwili — to znaczy, że ty i Pander… coś?
Lona wykrzywiła górną wargę, jakby szykowała się do ciosu.
— Zwariowałeś? — parsknęła. — Zresztą, koleżkowaliście się, sam powinieneś wiedzieć.
Nie wiedział.
Owszem, przyjaźnili się, jeśli tę plątaninę półsłówek, żartów i popkulturowych haseł wyświetlanych w ich konwersacjach jak w studiu teleturnieju, można było nazwać przyjaźnią. A może chodziło o potrzebę męskiego towarzystwa, tej cichej umowy, że nie trzeba wszystkiego tłumaczyć, tylko zostać zdalnie poklepany po plecach. Może o obustronne zrozumienie scalone z brakiem uczucia uniżoności wobec drugiego. Muzyk disco polo to w końcu tylko muzyk disco polo, nie bożyszcze ani żaden mesjasz. A dziennikarz? Zwykły statyw do kamery z ambicjami na człowieka i umiejętnością zadawania mało błyskotliwych pytań. W tym ich kumplowskim sojuszu nigdy nie padła zwrotka o uczuciach.
Może właśnie dlatego się rozumieli.
— Nie podoba mi się — przyznała Lona. — Ale nawet gdybym chciała, to nie miałabym szans. Dla niego jestem za młoda.
Leszek kiwnął głową, nie znajdując pomysłu na odpowiedź. „Gusta, guściki, o czym tu w ogóle mówić?”.
— Pander to jest specyfik — orzekła, ruszając, gdy zapaliło się zielone.
Leszek zerknął w stronę galerii handlowej i wypowiedział na głos prawdę, której do tej pory nie przyklepał w biurze własnej świadomości:
— Pander to był specyfik.
— I dlatego strzelił samobója? — zapytała, a czarny humor tego określenia nie pasował do zapłakanej, objuczonej strachem i przerażeniem dziewczyny, której dłonie wciąż drżały na kierownicy.
Popatrzył przed siebie.
— Nie chcę generalizować, ale sama wiesz, że im mocniejsze specyfiki, tym większe skutki uboczne.
— Mogłabym to zrozumieć, gdyby był jakimś rockmanem albo śpiewającym aktorem, wrażliwym bardziej niż polonistka podczas wieczornicy z wierszami Słowackiego. Ale Pander? To discopolowiec. Przyjdź do mnie nago, nago, na godzinę siódmą i tego typu teksty. Taka twórczość ma przyciągać wrażliwców?
Leszek wzruszył ramionami.
— Twórczość to zawsze twórczość. Przynajmniej w mniemaniu twórców. Może ma coś wspólnego ze sztuką, a może tylko próbuje ją udawać.
Pozwolili wybrzmieć kliknięciom kierunkowskazu, które rozcięły ciszę jak metronom. Lona skręciła z Piłsudskiego we Floriańską. Minęli najstarszy kościół w Siedlcach, ten pod wezwaniem świętego Stanisława i pojechali dalej prosto. Po lewej, jakby ustawiona rogiem, sterczała kamienica z końca dziewiętnastego wieku. Miała swój urok. Przypominała Leszkowi stare miejskie hotele. Zapewne zbudowali ją majstrzy z trzech różnych epok, którzy przy trunku doszli do porozumienia.
— Nie tylko Pander jest dziś dla Siedlec zagadką godną podcastów kryminalnych — odezwał się Leszek. — Czarny piątek. Najpierw morderstwo na cmentarzu radzieckim, później wypadek Stanisława. A ja akurat dzisiaj mam wolne. Może to wszystko nie jest przypadkowe. Może wcale nie mówimy o samobójstwie?
Lona poprawiła chwyt na kierownicy.
— Wiesz coś więcej o tym wypadku?
— Klasyczny brak wyhamowania w porę. Chłopak jest nieprzytomny, ale raczej z tego wyjdzie. Leży w miejskim szpitalu. Nikt nie mówi niczego więcej.
Floriańska przyjęła ich wąskimi, stłoczonymi uliczkami, jakby same domy chciały się zakleszczyć, by nikt już więcej nie miał gdzie zaparkować. Minęli czarno-biały neon z napisem brillen.pl i skręcili w Młynarską. Leszek przypomniał sobie o nowym nabytku. Adaptacja do okularów progresywnych musiała zaczekać, aż wpierw zaadaptuje się do tej niecodziennej sytuacji.
Znaleźli wolne miejsce naprzeciw Banku Spółdzielczego i dalej ruszyli pieszo. Numer dwanaście świecił z fasady jak równo wymalowana rana z pochlapanymi na pomarańczowo paskami na beżowym tle. Pander mieszkał pod jedenastką, więc czekało na nich pierwsze wejście od strony ulicy.
Leszek zerknął na domofon, czując znajome ukłucie lęku, ale Lona wyjęła klucz z kieszeni. Metal zazgrzytał w zamku z bezdyskusyjną pewnością kogoś, kto miał prawo wejść.
Weszli.
Zarówno skorupa zewnętrzna, jak i wnętrze budynku wydawały się czyste i schludne, a mimo to Leszek miał wątpliwości, dlaczego ktoś, kto kolekcjonował przelewy z dużą liczbą zer przy ogonie kwoty, mieszkał na zwyczajnym blokowisku. Sam również został wychowany w tego typu kontenerach, jak określał te zbiorowiska mieszkań, ale nigdy nie czuł się tam jak ptak w klatce, choć też nie jak orzeł wolności. Ograniczała go cichość po godzinie dwudziestej drugiej i zapach papierosów wypalanych na klatce (bo komu by się chciało wychodzić na dwór), gdzie aromaty mielonych kotletów prześcigały się w intensywności ze stęchlizną, która wypełzała z przerdzewiałych barierek, wilgoci ścian i brudu wgryzionego w lastryko na schodach.
W progu mieszkania zaduch szczypał w oczy zatrzymanym powietrzem. Lona, niczym wzór gospodyni, otworzyła okno w kuchni, po czym — ze znajomością rozkładu lokum — pchnęła uchylone już drzwi do głównego pokoju Pandera. Tak przynajmniej podejrzewał Leszek, patrząc na plakaty przyklejone do ścian. Różnobarwny i różnego fontu napis DISCO pOLO, zatarte fotografie grup muzycznych: Bayer Full, Fanatic i Love System. Nieco niżej zdjęcie, na którym musiał zatrzymać wzrok na dłużej. Uśmiechnięty, naprawdę uśmiechnięty Pander, bez okularów, pozujący z Radkiem Liszewskim, liderem grupy Weekend. Obok trzej mężczyźni w czarnych kurtkach z białym nadrukiem POWER PLAY. Pander cenił tę ekipę za umiejętność podłączania instrumentów do komputerowych sampli.
Lona nie traciła czasu na zwiedzanie. Wyrzuciła z szafki wszystkie kompakty na niezaścielone łóżko i poczęła je wertować zręcznymi ruchami.
— Czego szukasz? — zapytał Leszek, przysiadając na skraju tapczanu.
— Albumu Akcentu z początków ich kariery.
— Jakiego konkretnie?
— Peronu łez.
Przerzucili wspólnie kilka płyt, zanim Leszek dostrzegł niebieską okładkę z fotografią młodego Zenka Martyniuka i Mariusza Anikieja, ówczesnego klawiszowca zespołu. Na dole widniał napis: vol.1: PERON ŁEZ i inne piosenki o miłości — AKCENT.
Lona klasnęła w dłonie.
— Teraz trzeba to uruchomić. — Na łóżku leżał laptop. — Ten sprzęt jest już za nowoczesny, by odtwarzać CD. Ciekawe, czy da się odpalić ten zabytek? — Skinęła głową na komputer stacjonarny, który zapewne służył już tylko za ozdobę wnęki biurka.
Leszek nacisnął nogą na przycisk zasilania. Podstarzały system zawył z bólu i przez trzy minuty namyślał się, nim przeciągłym, charakterystycznym dżinglem zaprosił ich do współpracy. Otworzył kieszeń napędu i wyciągnął rękę po płytę. Lona wyjęła delikatnie krążek z pudełeczka. Leszek zwrócił uwagę, by nie dotykała palcami dolnej, przezroczystej części. Wierzchnia strona nie powtarzała grafiki z okładki, co oznaczało, że nie mieli do czynienia z oryginalnym albumem Akcentu.
— Zapomniałam już, jak się z tym obchodzić — powiedziała.
Kompakt ryknął, próbując nabrać prędkości.
— Co tu może być? — zapytał Leszek.
— Nie mam pojęcia, ale zakładam, że coś, co będzie jakąś podpowiedzią.
— Ukrytą zagadką do rozwiązania przeznaczoną tylko dla nas?
— Coś w tym stylu.
— Nie wiem, czy się bać, czy intrygować — przyznał.
— Bądź mężczyzną, Leszek. Tylko tyle.
Nagle usłyszeli zgrzyt gdzieś przy drzwiach wejściowych. Spojrzeli na siebie. Leszek nie dał po sobie poznać, czy przeważył strach, czy ciekawość. Zacisnął usta.
— Sprawdzę to, zostań tutaj — zakomenderował.
Powolnymi krokami, starając się powodować jak najmniej hałasu, Leszek zbliżał się do drzwi. Usłyszał trzask, jakby mysz próbowała wślizgnąć się do środka. Popatrzył na zamek. Najpierw nie drgnął, lecz po chwili zaczął się obracać; najpierw powoli, jakby niepewnie, a potem odważniej — raz w lewo, raz w prawo.
Ktoś chciał do nich dołączyć bez pukania.
Leszek, nie zważając na hałas, wrócił do pokoju Pandera i opowiedział, w czym rzecz. Lona zerknęła na drzwi balkonowe, po czym podjęła męską decyzję.
— Wiejemy.
Kliknęła przycisk otwierania kieszeni napędu, ale mechanizm opierał się przed otwarciem.
„Jezu, szybciej”.
Nacisnęła jeszcze raz.
Komputer gwizdnął, jakby domagał się spokoju.
Spróbowała znowu.
Po trzeciej próbie kieszeń na CD uchyliła swe podwoje.
Lona chwyciła płytę — „dobra tam, dotknęła nie tej strony” — włożyła ją do pudełka i wrzuciła całość do torebki.
Zeskoczyli z balkonu. Parter nie stanowił przeszkody. Wylądowali na trawniku po drugiej stronie bloku. Przebiegli przy ścianach, minęli żywopłoty, pokonali niskie ogrodzenie i już byli na chodniku, gdy po raz drugi tego wieczoru zobaczyli kolory, których nikt nie lubił, choć kojarzyły się z bezpieczeństwem.
Czerwony i niebieski.
Wymazana na brzegach jaskrawą zielenią kia stała tuż przy wejściu na klatkę. Jeden z policjantów wysiadł z radiowozu, drzwiami blokując przejście chodnika.
— A dokąd państwo się tak spieszą?
Rozdział 7
Wszystko, co zamknięto, da się otworzyć.
Podszedł do drzwi wejściowych mieszkania numer jedenaście. Obmacał kieszenie w poszukiwaniu kluczy, gdy korytarzem przeszedł chłopak z psem na smyczy. Znalazł ten właściwy, ale nie magiczny, o nie. Magia to tworzenie z niczego, a ten fant powstał z twardej, metalicznej materii.
Kiedy przyszedł tutaj po raz pierwszy, zdołał ocenić zamek wejściowy. Skorzystał z nieobecności lokatora i włożył na próbę kilka kluczy. Dopasował taki, który dało się wsunąć do połowy. Wystarczyło.
Przed drugim podejściem wziął ten sam trafiony klucz. Tuż za ostatnim ząbkiem obwiązał go kilkukrotnie zwyczajną gumką recepturką, tak, aby nie zahaczyć o płasko ścięty pin. Dzięki temu klucz nie wchodził zbyt głęboko, a jednocześnie pracował z elastycznością konieczną do delikatnego odbicia. Wystarczyło lekkie podbicie nasady rączką śrubokręta, by zapadki w bębenku stały się bardziej skore do współpracy.
W środku mieszkało tylko milczenie. Nawet żaden zegar nie chciał tykać. Zamknął drzwi od środka i, nie zapalając światła, skierował się ku otwartym drzwiom pokoju. Jak się okazało, niezamknięty był także balkon. Wyjrzał przez okno i dostrzegł policyjny samochód. Wiedział, że nikt go nie zauważy, więc przesunął coś w doniczce przypominającej kaktus i oparł się o parapet niczym wścibska sąsiadka na etacie monitoringu. Zaczął obserwować.
Dwoje ludzi rozmawiało z policjantem przy otwartych drzwiach auta. Dziewczyna gestykulowała gwałtownie, jak to dziewczyna. Mężczyzna stał nieruchomo, tylko od czasu do czasu wskazujący podbródkiem na teren z tej czy z drugiej strony.
Gość mieszkania odwrócił wzrok. W świetle latarni zauważył rozgardiasz na łóżku: rozrzucone płyty, komputer w stanie uśpienia, który jednak nadal mruczał z niezadowolenia niczym głodny, lecz zbyt leniwy kot.
Sprytni. Mieli talent.
Talent. Aleks też go posiadał.
Bez niego nie zostałby nielegałem.
Zrobili to, co trzeba. Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem, dopóki Aleks nie dostrzegł zmiany w konfiguracji rozmówców przy radiowozie. Jeden z funkcjonariuszy wszedł do budynku wraz z dziewczyną.
„Dobrze, pora pokazać tę swoją smykałkę”. Wyciągnął zza paska Bezszumnego. Wszyscy w Czternastym pukali się w czoło, że nadal używa tego reliktu, ale Aleks nie dawał się przekabacić. Kompaktowy kształt, przyjemny w dotyku jak zabawka dla dziecka, zapewniał wygodę zarówno noszenia, jak i używania. Dzięki tylnej części tłumika — zamocowanej na stałe w pistolecie — przednią część można było dokręcić z zamkniętymi, bądź tak jak teraz, zasłoniętymi ciemnością oczyma. Nie obawiał się hałasu. Subsoniczne naboje działały ciszej niż prędkość dźwięku.
Ukrył się za szafą od strony okna i czekał z gotową bronią.
Usłyszał chrzęst otwieranego zamka. Nikt jednak nie wszedł do środka. Drzwi zostały tylko otwarte, ale dało się usłyszeć przytłumiony głos policjanta:
— Zamek nie wygląda na sforsowany.
— Na pewno ktoś próbował się tu dostać! — krzyknęła dziewczyna.
— Może ten ktoś, tak jak pani, miał klucze?
— Nie wiem.
— Dlaczego zatem zakłada pani, że ktoś próbował się włamać?
— Słychać było majstrowanie przy drzwiach!
Nawet stąd Aleks usłyszał chrząknięcie policjanta.
— Sprawdzę w środku. Proszę zaczekać.
Kroki odbiły się od podłogi.
Funkcjonariusz zaczął od łazienki, później przeszedł do kuchni. Pokój Pandera zostawił sobie na koniec. Nacisnął stopą na próg, który głośno zatrzeszczał i spojrzał wprost na okno. Podszedł bliżej o dwa, trzy kroki. Obrócił się lekko w kierunku komputera. Nie wydawał dźwięków, ale Aleks wychwycił to znajome przeciążenie pod czaszką dobrodusznego stróża prawa, który właśnie układał sobie w głowie teorię o wariatce w czarnym kucyku. Wariatce, która ubzdurała sobie napaść na mieszkanie. Napaść, której nikt nie widział ani nie słyszał.
Z subtelnością słonia w składzie porcelany przeniósł swe kroki z powrotem ku korytarzowi.
— Czysto. Wracamy.
Dziewczyna próbowała bronić swoich racji, ale Aleks już tego nie słyszał, odgrodzony zamkniętymi drzwiami. Przestępczość zawsze była odwrotnie proporcjonalna do zaradności policjanta.
Rozkręcił Makarowa i schował.
„Przyjdzie na ciebie czas”.
Odczekał dwie minuty, nim wyjrzał przez okno. Dwoje ludzi wsiadło do samochodu, który ruszył z impetem przed siebie. „Do zobaczenia”.
Spoczął przy rozgardiaszu. Włączył latarkę w telefonie, aby przyjrzeć się płytom. Wziął kilka do ręki, obejrzał z obu stron, po czym rzucił z powrotem na łóżko. Nic ciekawego. Wcisnął przycisk na obudowie, aby wyłączyć światło. Otworzył aplikację z białym dymkiem komiksowym na niebieskim tle. Nie znał komunikatora lepiej chroniącego przesył danych niż Signal. Dzięki specjalnemu szyfrowaniu E2EE nikt — ani haker, ani służby specjalne, ani nawet patriarcha Moskwy — nie mógł odczytać żadnej wiadomości, nawet po przechwyceniu. Mógł to zrobić jedynie odbiorca, posiadający prywatny klucz ze swojego urządzenia.
Ksenia przysłała zdjęcie. Wraz z Igorem zajadali się lodami, zapewne czekoladowymi. Chłopiec zostawił na pyzatej buźce brązowawe ścieżki, które spływały ku jego pełnemu, jeszcze zazębionemu uśmiechowi.
Śmiał się, błyszcząc, choć połowę deseru miał już w brzuchu. Aleks odesłał w odpowiedzi serduszko i krótką wiadomość, że odezwie się jutro. Dodał jeszcze życzenia spokojnej nocy.
Igor i Ksenia. Ksenia i Igor.
Do daczy w rublówce mogli pojechać razem, ponieważ żona kandydata również przechodziła szkolenie. Wraz z nimi mieszkało trzech instruktorów. Miało to swoje zalety — dzięki temu szkolenie mogło odbywać się bez przerw, przez całą dobę. Igor był jeszcze zbyt mały, by uczestniczyć, ale nawet gdyby dorósł, nie podjąłby się tego kursu. Miał inne zadania, choć jeszcze o tym nie wiedział. Ni zdjęcie, ni rzeczywistość tego nie zdradzały, ale te dzisiejsze lody były tylko fragmentem przepustki, którą Natasza wykorzystała, by zobaczyć synka. W pozostałym czasie Igor pozostawał pod opieką ludzi z Centrali.
Dzieci zawsze są najpewniejszymi zakładnikami.
Pora robić swoje. Im szybciej się z tym upora, tym szybciej zjedzą wspólnie lody czekoladowe. Schował więc telefon do kieszeni i wyjął drugi — tańszy, zakupiony w sklepie z elektroniką w siedleckiej galerii. W holu przybytku konsumpcji znalazł konesera niewytrawnych trunków, który za pięćdziesiąt złotych zgodził się zarejestrować komórkę na swoje dane.
Sprzęt uruchomił się po chwili. Aleks wklepał numer i spróbował się połączyć. Zrezygnował po odczekaniu pięciu sygnałów. „Zaczekam”, pomyślał. „Może jeszcze rozmawia z tymi durakami z policji”.
Galeria Siedlce przywołała wspomnienia z czasów szkolenia; dni nafaszerowanych intensywnością, ale dzięki obecności bliskich łatwych do przetrwania. Już od pierwszego dnia musiał obcować nie tylko z językiem, ale również z nową codziennością. Ubierał się w koszulki z polskimi napisami. Na obiad do obrzydzenia jadał bigos, flaki i schaboszczaki. Oglądał, a później czytał Potop — w tej właśnie kolejności, bo tak robią ci Polacy, którzy chcą zagłębić się w bogatą twórczość Sienkiewicza. Słuchał też muzyki — najczulej łaskotała mu bębenki piosenka Niech żyje wolność grupy Boys.
Matka miała syna, syna jedynego.
„I nadal go ma”.
Po roku zdał egzamin przed komisją. Dwa miesiące później Nataszą i Igorem zaopiekowali się ludzie z Centrali, on zaś, z dokumentami na nowe nazwisko, szykował się do wyjazdu. Imię radzono mu pozostawić, by w razie kontroli nie wsypał go automatyczny odruch. Data urodzenia również pozostała bez zmian. Nielegał nigdy nie kłamał, co najwyżej nie mówił całej prawdy.
Po ostatnim przeszkoleniu zabrał się z przewożącym dokumenty kurierem do Finlandii, potem do Tallinna, a stamtąd już do Polski: najpierw Kraków, później Bydgoszcz, Siedlce, Konin, Mrągowo, Kołobrzeg, a na końcu znów Siedlce.
„Misja już prawie zakończona. Jeszcze tylko kilka kroków… Pora wreszcie postawić następny”.
Zadzwonił raz jeszcze. Tym razem odebrał po trzecim sygnale. Aleks nie bał się rozpoznania głosu. Nawet ten prosty telefon z Androidem pozwalał na zainstalowanie aplikacji zmieniającej głos i tłumiącej wszelkie ślady.
— Tak, słucham? — odezwał się głos w słuchawce.
Poznał go podczas przygotowań do wyjazdu do Siedlec, kiedy musiał zapoznać się z realiami miasta.
— Słuchaj… słuchaj uważnie — powiedział Aleks. — Słuchaj, bo nie będę mówił dwa razy. Jeśli jest przy tobie policja, nie szkodzi. Nie mają szans mnie wychwycić, więc niech nawet nie próbują. Gdy tylko znajdziesz złoto, zadzwoń pod ten numer. Ja będę czekał. Czas — pojutrze wieczorem. Jeżeli nie zadzwonisz, twoja niby już była, ale wciąż obecna, zdechnie razem z waszym bachorem.
Rozdział 8
— A dokąd państwo się tak spieszą?
Słonik rozhuśtał się niczym uczestnik parku rozrywki, gdy Lona, korzystając z języka migowego, usiłowała wyjaśnić ich nieco pagórkowate w zrozumieniu położenie. Leszek, poza sporadycznymi kiwnięciami głową, milczał. Wyławiał tylko z gęstniejącego mroku znajome, nie do końca nastrojone struny głosowe policjanta — dźwięki o lekko roztargnionej, popołudniowej intonacji, które po służbie brzmiały bardziej nonszalancko.
— Konieczny, to ja, Leszek.
Policjant przyglądał mu się przez chwilę.
— Czołem. Co tu się dzieje?
— Ktoś próbował się włamać do jedenastki, dlatego uciekliśmy przez balkon. Co mieliśmy zrobić? — trajkotała Lona.
Konieczny zignorował dziewczynę.
— Czy jest tam ktoś jeszcze?
— Nie.
Policjant nakazał towarzyszowi sprawdzenie mieszkania.
— Niech pani też idzie. Tylko ostrożnie.
Kiedy Lona wraz z drugim policjantem zniknęli za drzwiami, Konieczny kiwnął głową w kierunku budynku.
— Ona tam mieszka?
Leszek pokręcił głową.
— Co tam robiliście?
— Lona miała klucze, poszliśmy… — Leszek nie do końca miał przygotowany plan wypowiedzi. — Dziwnie to zabrzmi, ale…
Konieczny przerwał mu gestem.
— Wsiądźmy do radiowozu.
Leszek skinął z ulgą i usadowił się na środku tylnego siedzenia. Wystarczyło tylko znieść kwaśny zapach męskiego potu i aromat kanapek z kiełbasą, popijanych energetykiem. Konieczny klapnął z przodu, po stronie pasażera, i chwycił za rączkę nad szybą.
— Wiemy, że to mieszkanie Dereckiego, dlatego tu jesteśmy — oznajmił. — Jeśli robicie coś trefnego, nie wyciągnę cię, choćbyś po znajomości przyniósł z ryneczku na Mazurskiej stos wytłaczanek ze świeżutkimi jajkami. Gadaj, jak było.
Leszek nie miał wyjścia. Postawił wszystko na prawdę.
Opowiedział o wiadomości od Pandera, która okazała się zwiastunem niepomyślności w postaci topielca nad zalewem. Nie miał pojęcia, czym owa wiadomość właściwie była: bełkotem szaleńca, rozpaczliwym krzykiem pozbawionym logiki czy może zagadką, wycyzelowaną z precyzją kreślarza, przeznaczoną tylko dla jednej, konkretnej osoby.
W sukurs przybyła znajoma i zarazem współpracownica Pandera, która zdołała powiązać fakty na tyle, by nazwę z wiadomości połączyć z jakąś dawno zapomnianą płytą disco. Płytą, której nikt już dzisiaj nie chciałby odtworzyć. W dobie dostępnych na wyciągnięcie kciuka zasobów sieci, w których mieściła się cała muzyka świata, nie znalazłaby się osoba, która miałaby na to sprzęt i ochotę.
Lona dostała identyczną wiadomość, dlatego musieli to zweryfikować.
— Telefon wpadł do wody razem z Dereckim — powiedział Konieczny. — Technicy sprawdzą go jeszcze tej nocy. Jeżeli chodzi o oględziny samego Dereckiego, z tym będzie trudniej.
— To znaczy?
Policjant zerknął na okolicę, jakby upewniał się, że nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie.
— Tego jeszcze nie puszczono w eter, więc nie wiesz tego, a przynajmniej nie ode mnie, jasne? — rzucił i nie czekając na odpowiedź, dodał: — Jest topielec, musi być sekcja. Zwłaszcza że nie można wykluczyć udziału osób trzecich. W ogóle dziwna ta sprawa. Miał na sobie rękawiczki, a przecież jest środek maja. Ale okazało się, że miał je nie bez kozery. Porozcinał sobie palce, a może raczej porozszarpywał, tak, że nie ma opcji ściągnąć odcisków. Mogliby spróbować zdjąć naskórek, ale to kupa zachodu. Udało się jednak podziałać sprawnie. Gość niby nie miał rodziny, ale w kartotece medycznej widniał kontakt do jakiejś kuzynki z Mińska Mazowieckiego. Przyjechała bez certolenia się. Wprawdzie przyznała, że nie utrzymywali ze sobą kontaktu od dobrych sześciu, siedmiu lat, ale zidentyfikowała Dereckiego bez najmniejszych trudności. Nawet nie musiała się długo przyglądać jego twarzy. Zresztą to dobrze, bo facjatę miał już napuchniętą jak balon i nasiąkniętą wodą, a z nosa i ust wypływała piana. Same tatuaże i dwie równoległe blizny na nadgarstku były już dość wymowne. Co do sekcji, prokurator odłożył ją na poniedziałek. Raz, że weekend. Dwa, że i tak mają ręce pełne roboty. Włodarze cisną, by najpierw ogarnąć tego urzędnika, wiadomo, to ich człowiek. No i był jeszcze wypadek na Brzeskiej.
— Wypadek jak wypadek, zdarza się — orzekł Leszek bez przekonania.
— Szczegółów ci nie powiem, bo jeszcze sprawdzają, ale najwyraźniej ktoś podrasował maszynę temu chłopakowi, aby solidnie przywalił. Właśnie dlatego sprawdziliśmy, po cichu, bez nakazu, adres Dereckiego, żeby trochę powęszyć. Siedlce dzisiaj ewidentnie śmierdzą spalenizną.
— I mułem jeziornym.
Konieczny kiwnął głową.
Na klatce błysnęło światło. Lona i drugi policjant wracali.
— Jak tylko ogarniemy ten telefon, dam znać.
— Dzięki.
Po chwili cała czwórka siedziała już w aucie. Drugi funkcjonariusz zdał krótką relację z oględzin drzwi i mieszkania.
— Może wam się przewidziało, a może ktoś faktycznie tam był i też dał nogę — zawyrokował Konieczny. — Tu nikogo podejrzanego nie widać. Jedziemy na komisariat, musimy was spisać.
— Czy to konieczne? — zapytała Lona.
— Coś się zadziało, więc musi być protokół. Będziemy się kręcić w pobliżu, ale wy już się do tego mieszkania nie zbliżajcie. Rozumiemy się?
Lona i Leszek skinęli głowami. Radiowóz ruszył z piskiem opon.
— Proszę pokazać torebkę — nakazał drugi funkcjonariusz, zerknąwszy w lusterko wsteczne.
— Po co? — zapytała Lona.
— Żeby sprawdzić — wtrącił Konieczny. — Jeśli dostaniemy kwit na plombę, musimy mieć przyklepane, że nic nie ubyło.
Tancerka ociągała się, ale spełniła polecenie. Konieczny włączył lampkę na suficie radiowozu. Z torebki wysunął się najpierw słoń, potem telefon, okrągłe lusterko, tusz do rzęs, chusteczki higieniczne i kilka innych szpargałów, których nikomu nie chciało się już badać po ciemku, a których Lona na pewno nie wyniosła z mieszkania samotnego mężczyzny.
W opustoszałych, lekko przyciemnionych gabinetach komisariatu na Starowiejskiej panował spokój — ten szczególny rodzaj, który pojawia się, gdy liczba pracowników nie przekracza liczby biurek. Leszek i Lona złożyli zeznania, a następnie podpisy. Po zakończeniu formalności Konieczny zaproponował, że odwiezie ich w miejsce, gdzie zostawili samochód.
Jechali w milczeniu. Leszek czuł znużenie, gęste jak dym po kiepskim papierosie. Po co się w to wpakował? Mógł przecież siedzieć w domu, pod kocem, z pilotem i herbatą, a nie biegać po mieszkaniach szalonych muzyków, którzy postanowili skrócić sobie życie. On chciał żyć dalej. Miał dla kogo.
Wtedy zabrzmiała wibracja jego telefonu. Odebrał połączenie. Połączenie, które obróciło wszystko o sto osiemdziesiąt stopni.
Dźwięk miał wyciszony na tyle, by nikt nie usłyszał zdezelowanego głosu, w którym pobrzmiewała śpiewna, melodyjna miękkość akcentu z półwyspu Apenińskiego. Nie odezwał się ani słowem. Rozmówca sam zakończył rozmowę.
Nie zauważył nawet, że już stoją przed golfem na Młynarskiej. Bez słowa wysiadł z radiowozu i wsiadł do golfa. Lona popatrzyła na niego z uwagą, ale udało jej się założyć blokadę na własne gadulstwo. Rzekła tylko:
— Odwiozę cię do domu.
Leszek drgnął, jakby ktoś wyrwał go ze snu kopnięciem.
— Dobrze, ale zostaniesz ze mną.
Lona nie dostrzegła, że światła na Warszawskiej zmieniły się już na zielone. Dopiero klakson autobusu zmusił ją do wrzucenia jedynki.
Zaparkowała — trochę krzywo, trochę na przekór liniom — przed blokowiskiem Leszka. Zanim wysiedli, sięgnęła pod siedzenie kierowcy.
— Mam tu wino swojskiej roboty, prezent od dziadka. Ciepłe, ale ty chyba masz na tyle zorientowania, by siedzieć w chałupie z włączoną lodówką, co?
Wyciągnęła malowaną w kurpiowskie wzory butelkę. Potem poszperała jeszcze chwilę, aż znalazła drugą. Całe szczęście, że były dwie.
Doris przesłała kciuka w górę.
Leszek od razu skierował się do łazienki. Spojrzał w lustro. Tajemniczy, włosko brzmiący rozmówca dorysował mu ołówkiem co najmniej cztery nowe zmarszczki i podkreślił szarą kredką czarne włosy, które zwykle miał długości jednego centymetra, przycinane regularnie co dwa tygodnie.
Przemył twarz zimną wodą i przeszedł do salonu. Lona już znalazła zakurzone kieliszki do wina, a w kuchni wyszperała paczkę krakersów, o których istnieniu dawno zapomniał.
— W lodówce poza butelkami nic nie ma, nawet musztardy — przyznał. — Może coś zamówimy?
Lona przejęła władzę nad pufem i słonikiem od iPhone’a.
— O tej porze będzie ciężko. Zresztą, jakoś nie jestem głodna.
— Ja jakoś też nie.
Dziewczyna wodziła palcami po ekranie, a Leszek przymknął oczy. Czekał, aż wino choć trochę się schłodzi. Kiedy wreszcie mógł wypełnić szkła gęstym jak syrop, żółtawym płynem, poczuł, że może mówić.
Wino pachniało gruszkami. W smaku łączyło subtelność z brutalnością procentu.
— Samo dobro — stwierdziła Lona, oblizując swoje wąskie, ale wyraziste usta, którym daleko było do współczesnej mody na nabrzmiały silikon. — Skarb wybitnego Panoramixa z Chodowa, mistrza fermentacji. No, napoiliśmy się wstępnie, winko grzeje po żołądku. Dawaj, co wiesz.
Leszek przekazał wszystko, co pamiętał z rozmowy z Koniecznym — tym samym, z którym dwa lata temu przeprowadzał wywiad promujący pracę policji. Nie spodziewał się wtedy, że uda mu się wybielić psy, ale postarał się tak zmontować materiał, by przynajmniej część czerni zeszła z ich granatowej sierści.
Konieczny miał w sobie rodzaj wielkoduszności, który poprzez procedurę niewylewania za kołnierz, potrafił wkupić się w struktury każdej grupy społecznej w tym mieście. Jego ogorzałe, jowialne oblicze przeczyło stereotypowi chama w mundurze, choć równie dobrze potrafiło zmylić przeciwnika. Wyglądał na idiotę, ale — w przeciwieństwie do wielu w służbie — idiotą nie był.
Lona słuchała z taką uwagą, że odłożyła nawet telefon. Przygryzała co jakiś czas wargę, jakby chciała w ten sposób powstrzymać pytania. Zanim Leszek przeszedł do opowieści o rozmowie z nieznajomym, zdążył tylko odnotować, że dziewczyna sama otworzyła kolejną butelkę.
Kiedy skończył mówić, omal nie wypluła skarbu z Chodowa na szklany stolik. Następnie wybuchła płaczem; takim, że zdawało się Leszkowi, że wraz z winem wyrzucała z klatki piersiowej odbezpieczony granat.
Objął ją ramionami. Pachniała jaśminem i czymś, co przypominało świeżą skórę, jeszcze niewysuszoną skwarem odpowiedzialności. Poczuł napiętą sprężystość jej ramion…
Gdy wreszcie uspokoiła już podrygi, uniosła nieco twarz. Jego błędnik, odrobinę rozkojarzony winem, znowu kazał mu spojrzeć na jej usta; łzy rozcieńczyły resztkę wina, sprawiając, że mogłyby smakować lepiej niż samo wino.
— Jest jeden plus tego wszystkiego — powiedział cicho. — Odłożyłaś wreszcie telefon.
Lona zerknęła na niego kątem oka.
— Mógłbyś mi najpierw wysłać jakiegoś dwuznacznego esemeska.
— Nie mógłbym. Jestem tylko dziennikarzem lokalnej telewizji, a nie rektorem siedleckiego uniwersytetu.
Rozdział 9
Sygnet, który Leszek otrzymał dziewiątego czerwca dwa tysiące siódmego roku w kościele świętego Józefa w Siedlcach, błyszczał w pomrokach wylogowanego ze świata dnia tak ostro, że sama woń dziewczęcej młodości starczyła mu za próbę wyrwania dłoni spod przewiązanej stuły.
Lona spała na kanapie, okryta kocem aż po podbródek. On próbował zasnąć na łóżku, ale gonitwa obrazów, a co gorsza — dźwięków, utrudniała odpoczynek gorzej niż najgłośniejszy sąsiad. Zbliżała się piąta, a wraz z nią sobota, której żadne z nich nie uzna za dzień rekreacji.
„Bez sensu gnić”. Wstał, dopił resztkę gruszkowego cudu ze swojego kieliszka i dopiero potem zaparzył kawę; liczył, że w ten sposób przegoni sen, a wraz z nim chmury nabrzmiałe myślami. Spojrzał raz jeszcze na obrączkę.
„Złoto, złoto. O jakie złoto może chodzić?”.
Przynajmniej część odpowiedzi kryła się wytłoczona w srebrze warstwy odbijającej kółkowatego nośnika CD. Niestety, Peron łez najwyraźniej wypuścił ostatni pociąg przed czasem.
Nie przyszła żadna nowa wiadomość od Doris, choć — biorąc pod uwagę porę — nie powinien się temu dziwić. „Spróbuję zadzwonić około ósmej”, postanowił i zapadł się w fotelu z kubkiem w dłoni. Nim zdołał zasnąć, Lona zerwała się z kanapy. Pod powiekami miała dwa krążowniki, które były szerokie na długość palca, jakby zostały wykreślone węglem do brwi.
— Co ty tu robisz? — zapytała.
— Ja? Mieszkam tu. A ty?
Jęknęła i czym prędzej wydobyła się ze skrawka koca.
— Nie ma sensu się spieszyć — orzekł Leszek. — Nie ma nic do roboty. Nasze poszukiwania skończyły się, zanim w ogóle się zaczęły.
Lona spięła swe czarne jak smoła włosy w kok. Przez chwilę spozierała na Leszka ukosem, jakby zastanawiała się, czy wytrzeźwiał, a potem zapytała, o co mu właściwie chodzi.
Leszek wyjaśnił, że zostawiła przecież płytkę, która miała im podpowiedzieć, dlaczego Pander popełnił samobójstwo. Lona pochyliła się wtedy lekko do przodu, bynajmniej nie po to, aby pokazać gibkość ciała, lecz by wyrazić bezsilność.
— Nic dziwnego, że żona cię zostawiła, skoro jesteś tak bystry, że nie ufasz kobiecemu sprytowi.
Leszek nie odpowiedział.
— Przepraszam — skorygowała się szybko Lona. — Nie chciałam cię urazić. Nie wykorzystałeś pijanej dziewczyny. Jesteś naprawdę porządnym facetem. Dinozaurem naszych czasów. — Spojrzała na jego minę. — To znaczy, no… nie o wiek chodzi, tylko o dżentelmeństwo, którego dziś już nie ma. Wiesz, o co idzie. Nie patrz tak! To twoja żona jest idiotką.
Zdezorientowana mina Leszka przepoczwarzyła się w marszczące się brwi — głębokie, nierówne linie, które Lonie wydały się niemożliwe do wygładzenia nawet botoksem.
— Nigdy tak o niej nie mów — powiedział, wyraźnie akcentując każdą głoskę. — Nigdy.
Lona nie odpowiedziała. Otworzyła brązową torebkę, przesunęła zawartość w jeden kąt i rozsunęła ukrytą przegródkę. Wyjęła z niej znalezisko od Pandera.
— Tadam!
Laptop Leszka wciąż miał napęd na płyty, więc nie było problemu z uruchomieniem zawartości. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy na ekranie wyświetlił się komunikat: PODAJ HASŁO.
Lona zaklęła pod nosem.
— Chyba jednak miałeś rację: dalej nie ruszymy. Jakie hasło?
Kliknął znak zapytania umieszczony pod polem do wpisywania czarnych kropek, które miały ukrywać klucz dostępu. Podpowiedź zasugerowała dziewięć znaków. Podrapał się po policzku, następnie poruszył palcami obu rąk i wpisał: DISCOPOLO.
Hasło było błędne.
Spróbował jeszcze bardziej szaleńczego ciągu: PANDER123.
Znowu pudło. Napis pod oknem hasła informował, że pozostała już tylko jedna próba.
— Nie rozpędzaj się tak, bo zablokujemy — ostrzegła Lona.
Przejęła rysik i kliknęła jeszcze raz w znak zapytania.
PODPOWIEDŹ: NOWYSINGTONI
Wygięła splecione dłonie w łuk i zagwizdała.
— Bingo.
— Jakie bingo? Wiesz, czym jest singtoni i dlaczego nowy?
— Nowy sing to nowy singiel Pandera. Przebąkiwał ostatnio, że nagrał świeżynkę i zaznaczył, żebyśmy nie wyjeżdżali na wakacje na początku lipca, bo dogadał kręcenie teledysku. A Toni… no wiesz, kim jest Toni, nie muszę tłumaczyć.
Wszyscy w Siedlcach czy w Warszawie wiedzieli, kto był ojcem chrzestnym muzyki disco polo w Polsce. Mentor wielu młodych grajków marzących o wielkich karierach na jeszcze większych scenach. Szef wytwórni, która prowadziła zarówno Pandera, jak i Stanisława.
Antonio Russo, którego wszyscy zwali Toni.
Lona powróciła do towarzystwa koca.
— No, to wszystko wiadomo. O dziewiątej powinniśmy go złapać w biurze na Piłsudskiego. Tam się wszystkiego dowiemy. Mam skitraną w aucie jeszcze jedną butelkę dobroci dziadka, więc nie pójdziemy z gołą ręką. Komu jak komu, ale jemu prezent się spodoba. — Ziewnęła i ułożyła się wygodniej. — Idę spać. Obudź mnie o ósmej trzydzieści i nie waż się wcześniej.
***
Biuro Toniego przypominało bardziej pokój przyjęć agenta ubezpieczeniowego niż gabinet prezesa wytwórni muzycznej. Leszek spodziewał się stylu zbliżonego do mieszkania Pandera, oblepionego plakatami, dyplomami uznania i fotografiami z imprez pod patronatem Atrani Records. Tymczasem Toni sprawiał wrażenie człowieka surowego nie tylko pod względem rysów twarzy, jakby wyciętych nożem do pizzy, ale także pod względem ubioru: czarnych, flanelowych spodni i białej koszuli zapiętej pod samą szyję. Surowość biła również z jego spojrzenia — dwóch błękitów przebijających się znad okularów do czytania.
Przyjął ich z uprzejmym uśmiechem. Podziękował za prezent, z przykrością zaznaczając, że nie pija wina, ale z chęcią przekaże butelkę przyjaciołom, którzy wydadzą werdykt w jego imieniu.
— Leszek Major — przedstawił się towarzysz Lony.
— Kojarzę. Mam waszą telewizję, oglądam — odparł Toni. — Miło poznać. Proszę siadać. — Wskazał dwa fotele przed biurkiem. — W czym mogę pomóc?
Uzgodnili wcześniej, że to Lona poprowadzi rozmowę. Znała Włocha lepiej. Wiedziała, że gdyby zaczęli od pytania o nową piosenkę Pandera, Toni natychmiast porzuciłby przyjazny ton i wyrzucił ich za drzwi. Zaczęła więc spokojnie, od wyjaśnienia, że współpracuje z Leszkiem, który przygotowuje materiał o tragicznie zmarłym Panderze i zbiera wypowiedzi jego bliskich.
Leszek miał już przygotowany dyktafon w telefonie, ale Toni zastrzegł, że owszem, chętnie pomoże, jednak bez nagrywania. Na dźwięk kliknięcia rec reagował jak alergik na pyłki.
Gdy Leszek zadał pytanie o teksty w muzyce disco polo, Toni po raz pierwszy się uśmiechnął. Wtedy ujawnił się pasjonat — gawędziarz gotów snuć opowieść z błyskiem samozadowolenia w oku.
— Nie lubię się chwalić — podjął, wstawszy z krzesła — ale obiektywnie trzeba przyznać, że osiągnąłem sukces. Sukces w branży, w której często najpierw trzeba wytaplać się w ekskrementach, żeby potem błyszczeć w blasku fleszy.