E-book
13.65
drukowana A5
56.4
Pogarda i miłość

Bezpłatny fragment - Pogarda i miłość

CZĘŚĆ PIERWSZA, TOM CZWARTY

Objętość:
405 str.
ISBN:
978-83-8155-248-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.4

Słowem wstępu

„Pogarda i miłość” to historia niezwykła. Z całą pewnością nie twierdzę tak dlatego, iż uważam, że jest lepsza od innych, jej podobnych. Jej wartość oceni sam Czytelnik. Niezwykłe jest jednak to, jak mocno wrosła mi w serce; od tworzenia pierwszych rozdziałów minęło już przecież prawie 10 lat! Przez ten okres opowieść ewoluowała, pewnymi rozwiązaniami zaskakując nawet mnie. Prawdą jest stare powiedzenie, że bohaterowie książek tak naprawdę żyją własnym życiem, a nam po prostu pozwalają je opisywać i podglądać.

Zajrzymy więc do świata, gdzie ludzie losy splatają się ze sobą, jednych otaczając ciepłem i radością, a drugim przynosząc jedynie smutek i zagładę. Gdzie czasem zemsta jest ważniejsza od rodziny, a przyjaźń to jedyne, co trzyma nas przy życiu…

CZĘŚĆ PIERWSZA — Tom 4

Rozdział 180

Na cmentarzu panowała kojąca cisza. Przepełnione bólem serce Sonyi uspokoiło się, kiedy posprzątała zniszczenia. Kiedyś na pewno dowie się, kto jest winien, a wtedy nie będzie miała litości. Tylko...co jej po zemście, kiedy jego już nie ma?


Przypomniała sobie pogrzeb. Nie wypowiedziała ani jednego słowa, kiedy spuszczali trumnę do otworu. Było podobnie, jak wtedy, kiedy żegnała Julio.


Nie. Wcale nie było. Wtedy jakoś udało jej się odzyskać siły — i znów dzięki komu? Wszystko wracało do Rodrigueza. Ale teraz, kiedy brakło go na tym świecie...Jedyną osobą, na którą tak naprawdę mogła liczyć, był Eduardo. Owszem, miała przecież Carlosa, ale ten zajął się Andreą i chociaż rozumiał cierpienie córki, budował własny związek. On miał przy sobie ukochaną. A ona?


— Tylko dla naszego dziecka, dla niego żyję. Kocham Cię, Ricardo, mój waleczny rycerzu, nigdy nie ulękły, wierny mi do końca życia — szepnęła i ucałowała litery składające się na imię nieboszczyka.


Wiedziała, że jest winna jego śmierci. Zdawała sobie z tego sprawę i nigdy sobie tego nie wybaczy. Jedna odmowa, jedno jej słowo spowodowało żal, a w konsekwencji całą tragedię. Przecież tyle razy słuchała, jak wszyscy go odrzucali! Dlaczego więc zrobiła to samo? To, co jej zaproponował, uczynił z miłości — bo jak inaczej nazwać poświęcenie, jakie ofiarował? Chciał dać jej siebie, swoje marzenia, pragnienia — a dostał w zamian zimne „nie”.


Jeszcze kilka słów modlitwy i krok w stronę ścieżki prowadzącej ku wyjściu z cmentarza. Była już tyłem do nagrobka, patrzyła w dokładnie przeciwną stronę, a tym bardziej nie nadsłuchiwała odgłosów zza swoich pleców. Nie miała pojęcia, że kilkanaście metrów dalej, za jednym z najbardziej rozłożystych i najpiękniejszych drzew coś się ukrywa.


Coś. Bo trudno to nazwać kimś. Owszem, kiedyś było człowiekiem, ale nie teraz. Minął miesiąc, odkąd miał świadomość istnienia, odkąd znał swoje imię i odkąd wiedział, kim jest Sonya Santa Maria. A teraz kucał tuż przy korzeniu i obserwował ją. Była obca, jak nigdy dotąd, może bardziej nawet, niż wtedy, gdy się dopiero poznali. Bo dawniej miał przynajmniej wiedzę, że jest ona człowiekiem, a teraz był nią zainteresowany tylko dlatego, bo traktował ją jak obcy obiekt. Jak coś, co może być niegroźne, ale może też i skrzywdzić, nieobliczalne i niebezpieczne.


Deszcz, jedna, dwie, więcej kropel zaczęły skapywać na ziemię, kiedy zrobiła kolejne kroki do przodu. Szła wolno, jakby coś ją przyciągało, nie pozwalało odejść z tego miejsca, jakby kazało jej na coś zaczekać. Nie miała pojęcia, że w tej samej chwili jej długie, brązowe włosy budzą niepokój w sercu tego, którego tak pokochała, a potem uznała za zmarłego. Bo przecież znał te włosy, znał ich ułożenie, znał ich fale — to były te same, które miała zjawa, jego zjawa, ta, co przychodziła doń aż do chwili, kiedy zabił Edgara. A przynajmniej tak mu się wydawało — los badacza był mu całkowicie obojętny. Tego dnia, kiedy uciekł, przeszedł po prostu nad bezwładnym ciałem lekarza i udał się w swoją drogę, wszystko po to, by znaleźć i zamordować winnego jego cierpień. Nie kierował się nazwiskiem, nie miał pojęcia, że ściga Velasqueza, wiedział tylko, jak pachnie don Conrado i gdzie mógł się udać. Aż pewnego dnia zagubił ślad i dotarł aż tutaj — sam, w głębi serca przerażony...ale i groźny.


Przeanalizował przez chwilę sytuację i doszedł do wniosku, że powinien zaczekać, aż to coś odejdzie i wtedy ruszyć dalej. Nie zamierzał narażać się bez wyraźnej przyczyny — w końcu był na obcej ziemi i tutaj mógł żyć każdy. A potem istota, której tak się obawiał, odwróciła się w stronę, z której przyszła…


Cokolwiek kazało jej to zrobić, dało jeden efekt — Sonya przez dłuższy czas patrzyła ponownie na nagrobek, jakby żegnając się z nim na dłużej. Wiedziała, że nazajutrz znów tu przyjdzie, ale dzisiaj nie mogła stąd odejść, jakby sam duch Ricardo prosił ją, by jeszcze przy nim została.


— Dlaczego mnie wzywasz? — spytała cicho. — Czego potrzebujesz, najdroższy?


Zawróciła, by za moment stanąć znów tuż przy miejscu jego spoczynku. Zastanowiła się przez moment, nieświadomie kierując twarz w stronę drzewa — tamtego drzewa. I wtedy właśnie w mózgu obiektu — jak pogardliwie nazywał go don Conrado — coś się otworzyło. Na ułamek sekundy skojarzył, że ma przed sobą tą samą postać, co w swoich rojeniach.


Zjawa. Ściana. Krew. Moje palce. Kim?! Kim ona jest?! Zjawa. Ściana. Palce. Krew. SON!


Ledwo to zrozumiał, zapragnął, by znaleźć się — a było to bardzo dziwne uczucie — w jej ramionach, jakby tam było najbezpieczniej na świecie. Nie pojmował, dlaczego tego chce, nie wiedział, co się z nim dzieje, ale musiał ją jakoś zatrzymać, coś powiedzieć, coś zrobić… Jakby była jedynym oparciem, jedyną nadzieją.


Kilkanaście metrów to może niedużo dla człowieka, ale jakże wiele czasami dla uczucia. Być może jego serce już dawno przebiegło ten obszar, ale umysł nie mógł sobie poradzić z natłokiem informacji, nie przetworzył tego na tyle, by pomóc Ricardo odzyskać swoją Sonyę, a jej Rodrigueza. Zauważył, że dziewczyna odchodzi i chciał w jakiś sposób powstrzymać ją przed tym, ale zabrakło mu pomysłu — i może kilku sekund.


— Obiecuję, że wrócę tu jutro, przyniosę nowe kwiaty, naprawię wszystko, co zostało zniszczone i poproszę o pilnowanie tego miejsca. Nie musisz się martwić, osoba, która to zrobiła, nigdy więcej cię już nie skrzywdzi. Mieszkasz w moim sercu i pozostaniesz tam. Tam jesteś bezpieczny, Ricardo.


Był tak blisko, że dochodziły do niego fragmenty wypowiedzi, słyszał własne imię — nie wiedząc, że należy do niego — coś o kwiatach, czego również nie zrozumiał. Ostatnio żył tylko po to, by dorwać Velasqueza, ale teraz coś się zmieniło. Jakby miał jeszcze jeden cel, jakby...Nie, cokolwiek to jest, musi najpierw...musi najpierw… Zrozumieć… Zatrzymać…


Zanim zdecydował, co ma robić, a przecież myślał dużo wolniej, niż ludzie, dziewczyna odeszła, tym razem nie niepokojona. Coś ścisnęło go w sercu, nie wiedzieć czemu chciało mu się płakać — czyżby ta tajemnicza postać aż tyle dla niego znaczyła? Wciąż uważał, że osoba, na którą patrzy, jest zjawą, że znów widzi to samo, co wtedy, w celi.


Skupił się z całych sił i wreszcie mu się udało. Z gardła wydarł się na pół jęk, na pół charkot:


— SON!


Był jednak zbyt cichy, by mogła go usłyszeć. Przebywając w niewoli Rodriguez zapomniał powoli ludzkiej mowy, na skutek leków nie umiał mówić, tym bardziej teraz miałby kłopoty z tak prostą czynnością. Mimo, że tak bardzo zależało mu, żeby chociaż przez moment ta istota na niego spojrzała… Wyciągnął nawet rękę, ale wszystko na próżno. Kilka sekund później Sonyi nie było już w pobliżu, a zmęczenie — w końcu całą drogę przebył na nogach, jedząc tylko to, co znalazł — na tyle dało się Ricardo we znaki, że nie miał siły pobiec, ani nawet pójść za nią. Zwinął się w kłębek, zrozpaczony i zagubiony, leki z powrotem zaczęły zaćmiewać umysł. Zasnął wreszcie skulony pomiędzy grobami. Gdzieś daleko zagrzmiała burza, jakby użalając się nad jego losem.


Pablo Martinez wcale się nie martwił. Był pewien, że Monica prędzej, czy później wróci do niego, dlatego w ogóle pozwolił jej wyjechać. Przecież mógł ją powstrzymać, istniało tyle sposobów, ale zdecydował się postąpić po dobroci. Sama się przekona, że to on jest jej jedyną przyszłością, a nie ten Eduardo Abreu. Martineza dziwiła tylko długa nieobecność kobiety — owszem, rozumiał, że potrzeba jej czasu, bo pewnie mąż stara się ją odzyskać, ale bez przesady, ponad miesiąc to i tak za wiele. Ileż można czekać, aż prawda do niej dotrze? Dzwonić nie miał ochoty, zresztą nie miał nawet numeru do tamtej rezydencji. Mógł go zdobyć bez trudności, ale po co? Allisson też nie dawała znaku życia, co powoli stawało się irytujące. To przez nią senor Martinez siedzi teraz sam w swojej posiadłości i nie zastanawia nad kupnem i sprzedażą kolejnych rancz, a nad powrotem Moniki.


Upił łyk alkoholu ze zdobionej szklanki i powiedział sam do siebie:


— Jeśli nie wróci do tygodnia, zajmę się tym w inny sposób. Musi wybrać — ja, albo ten mężulek z przeszłości. Nie będzie miała i jego i mojej fortuny, co to, to nie, Monico…


Raul Monteverde dosłownie parsknął śmiechem. Czuł się dziś rześko i doskonale, choroba już dawno ustąpiła, ale tym razem miał wrażenie, że naprawdę narodził się na nowo. Był w tak dobrym humorze, że zareagował nie gniewem, czy pogardą, a po prostu się roześmiał:


— Zobacz, mamo — zwrócił się do Barbary, podając jej gazetę i upijając łyk kawy. Siedzieli przy stole i spożywali wspólny posiłek. — Szanowna Andrea ogłasza wszem i wobec o swoim przyszłym ślubie z Santa Maria. Facet ma mieć niedługo ponowną rozprawę w sądzie, ale twardo myśli o małżeństwie z tą suką.


— Chcesz już wrócić? — spytała matka.


— Nie, jeszcze nie, dopiero, gdy poznam dokładną datę i miejsce. Wtedy przyjedziemy akurat na uroczystość i wprowadzimy trochę zamieszania w życie naszej drogiej córeczki mojego ojca.


— Nadal wydaje mi się to niesamowite. Jesteś mężem córki Gregorio, którego przez tyle lat uważałeś za rodzica.


— On wciąż nim jest i pozostanie. Nawet, jeśli przeklnie mnie za kłamstwo, którego się dopuściłem. Ale to było konieczne, inaczej nie zemściłbym się na tej żmii. Już sobie wyobrażam, jak będzie szła do ołtarza w białej sukni, a ja stanę na progu kościoła i zaczekam, aż ksiądz zapyta, czy ktoś zna jakiś powód, dla którego to małżeństwo nie może zostać zawarte.


— Trochę to za bardzo teatralne — skrzywiła się matka.


— Wiem, wiem, nie mam zamiaru tak zrobić. Ale bez obaw, zniszczę zarówno ją, jak i jego. Zostaną z niczym, oboje.


— On nie jest winien, nie bądź niesprawiedliwy.


— Jest, mamo. Zgodził się, by go kochała, nie zrobił nic, nawet, kiedy była już moją żoną, by zapobiec ich dalszej znajomości. Zapłacą mi za to oboje. A tak swoją drogą, jak się miewa nasz kochany Manolo?


— Nie wiem i nie chcę o nim słyszeć. Tak bardzo się na nim zawiodłam…


— Nie przejmuj się. — Raul wytarł usta serwetką i wstał. — Odwiedzę go w więzieniu, porozmawiamy sobie.


— O czym?


— O niczym złym — uśmiechnął się Monteverde, ucałował Barbarę i powiedział: — Wyjdę zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaraz wracam. Jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń na komórkę.


Za kilka minut był już na parterze budynku, w którym mieszkał, pozdrowił portiera, a potem opuścił budowlę. Miał zamiar przejść się tylko kawałek, rozpierała go energia, zaczął podśpiewywać pod nosem jakąś starą piosenkę, na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Człowiek — przyszły zwycięzca, pewny siebie, który zagarnie wszystko.


Wszedł do pobliskiego sklepu, postanowił bowiem zrobić niespodziankę matce i kupić jej mały prezent. Mieli sporo oszczędności, cały ten plan utkali tuż po jego wyzdrowieniu i realizowali go dokładnie, krok po kroku. Raul nie obawiał się policji, ani żadnych innych konsekwencji prawnych, wiedział, że sfingował swoją śmierć, ale miał już pomysł, jak się z tego wywinąć. Poza tym oczywiście we wszystko byli wtajemniczeni lekarze, którzy przeprowadzili operację i sfałszowali akt zgonu.


Przez dłuższą chwilę oglądał naszyjniki wystawione na ladzie, nie mogąc się zdecydować, który najbardziej spodoba się jego matce. W końcu wziął do ręki jeden i już, już miał zapytać o jego cenę, kiedy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.


— Przepraszam, czy nie zgubił pan portfela? — Męski głos rozległ się tuż za plecami.


— Nie, nie, ja mam swój tutaj — odpowiedział Monteverde, nie za bardzo zwracając uwagę na mówiącego, był zbyt zajęty zakupem. Dopiero sekundę później coś go tknęło i obrócił się… tylko po to, by zamienić się w przysłowiowy słup soli.


— Tata? — wykrztusił.


Viviana Santa Maria szła powoli w stronę wejściowych drzwi swojej własnej rezydencji. Kiedy się wreszcie zamknęły za nią od środka, rzuciła torebkę byle gdzie na stół i oparła się o kanapę, na której siadła. Była tak zmęczona, że nie miała siły iść nawet do swojego pokoju, tylko wypoczywała w salonie.


Nagle poczuła, że czyjeś ręce masują jej kark, co sprawia, że stres i napięcie znika powoli, a ona rozluźnia się coraz bardziej.


— Jak się czujesz? — usłyszała głos Felipe.


— Wszystko w porządku, tylko zakupy mnie trochę zmęczyły — odparła, mile zaskoczona jego zachowaniem.


— Spokojnie, zaraz się tobą zajmę — szepnął jej do ucha. — Chciałabyś może położyć się na górze, a ja pomasuję ci również stopy? Chodź, przecież wiesz, że cię kocham.


— Felipe...Dobrze wiemy, co mi zrobiłeś, dlaczego teraz jesteś taki…


— Wstań, proszę — powiedział cicho.


Zrobiła to, co jej kazał — bo od tamtego dnia nauczyła się spełniać każdy jego rozkaz. Santa Maria klęknął przed nią — dopiero teraz zauważyła, że jest ubrany w garnitur — i wyjął coś z kieszeni.


— Pragnę przeprosić cię za moje podłe zachowanie. Szczerze tego żałuję i czuję się z tym naprawdę źle.


Zwiesił głowę i dodał cicho:


— Wiesz, że cię kocham. Przyjmij, proszę, ten drobny prezent i błagam cię na kolanach — wyjdź za mnie. Wyjdź za mnie, Viviano! — dokończył, już patrząc na nią.


Rodrigo nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Policja go nie zatrzymała, ten komisarz, Bertolucci, potraktował go łagodnie, jakby wiedział, że „Mnich” nie jest niczemu winien. Powiedział mu nawet o śmierci Alexa, jedynego łącznika z rodziną, jaką Rodrigo kiedykolwiek miał. Po zdeformowanym policzku popłynęła kolejna łza.


— Alex, Alex, dlaczego musiałeś umrzeć i to w tak okrutny sposób… Podobno nie mogę nikomu powiedzieć o fakcie, że to ty leżysz w grobie miast jakiegoś Ricardo, ale czy w ten sposób nie zabijam pamięci o tobie? Czy w ogóle ktokolwiek o tobie myśli, za tobą tęskni, poza mną? Dla wszystkich jesteś zaginiony, tylko ja… ja widziałem twoje zwłoki!


Podjął decyzję, wciąż mając pod powiekami obraz, jaki w drodze wyjątku pokazali mu policjanci — ciało bez głowy, trup ukochanego kuzyna, tego, który miał mu pokazać drogę w życiu. Odwiedzi Alejandro, położy na jego grobie kwiaty — zrobi to tak, by nikt nie poznał, od kogo są. Co prawda nie zastanawiał się jeszcze, jakim cudem je zdobędzie, ale nawet, jeśli mu się nie uda, przynajmniej przyjdzie do Villara.


Za kilkadziesiąt minut był już na cmentarzu. Orientował się, gdzie ma iść, znał miejsce pochówku Alejandro. Wolnym krokiem zdążał prosto do pięknie zdobionego nagrobka, jakby nie potrafiąc się pogodzić, że on istnieje naprawdę, że nic już nie cofnie tragedii. Jak zawsze w kapturze, dlatego nie przeszkadzał mu coraz bardziej padający deszcz. Zaczynała się ulewa, ale nic nie mogło powstrzymać Rodrigo.


Szedł może w tym samym celu, co poprzednio Sonya Santa Maria — co prawda do innego zmarłego, ale i on chciał się spotkać z kimś, kogo kochał. Była jednak mała różnica — „Mnich” zdążał od drugiej strony, od tej, którą przyszedł — czy też przypełzł — niejaki Rodriguez. Minęło już sporo czasu, odkąd nieszczęsny obiekt Edgara nie zatrzymał swojej miłości, ziemia nasiąknęła wilgocią, na niebie pojawiły się chmury, grzmiało coraz bardziej. Rodrigo wyglądał, jak tajemnicza postać z samego dna piekieł — w swoim nieodłącznym płaszczu, podczas takiej pogody, snuł się po pustym cmentarzu.


Był już naprawdę bardzo blisko, kiedy coś go zastanowiło. Wyczulony na wszelkie odchyły od normalności, na wszystko, co mogłoby go w jakiś sposób skrzywdzić, był pewien, że jest tutaj coś, czego być nie powinno. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś w nawałnicę spacerował po podobnym miejscu, a przecież „Mnich” wyraźnie wyczuwał czyjąś obecność. Rozejrzał się bystro, ale niczego nie widział, tym bardziej, że było zbyt ciemno, szykował się istny Armageddon. Wysilił oczy, pewien, że tym razem naprawdę zawiodły go zmysły.


— Przywidziało mi się — mruknął pod nosem.


Parę kroków do przodu i wreszcie dojrzał to, co go tak niepokoiło. Tam, pod tym rozłożystym drzewem naprawdę coś było! Jakiś kształt, zwinięty w kłębek, wydawałoby się, że jest to kupa szmat. I to zniszczonych jak tylko się da.


Rodrigo się nie bał, w końcu niczego straszniejszego od niego nie ma na świecie. Podszedł bliżej do tajemniczego czegoś i pochylił, by prawie od razu odsunąć się, zaszokowany.


— To człowiek… O mój Boże...Ale jak on wygląda… I przecież jest tak przenikliwie zimno, podłoże też dokłada od siebie…


Odwrócił swoje znalezisko na plecy i przestraszył się jeszcze bardziej.


— Jest taki blady...Chyba nie żyje.


Nachylił się ponownie nad trupem i przyłożył ucho do piersi, chcąc poznać, czy serce bije jeszcze jakimś cudem. Nie wyczuł jednak niczego poza zimnem bijącym od leżącego ciała. Rozrzucone ręce, martwa twarz, zamknięte oczy, brak oddechu — nie, ten człowiek z pewnością nie był już na tym świecie.


— Kim byłeś? — zadumał się „Mnich”. — I jaki spotkał cię los, że przypominasz najniższego z niższych żebraków? Nie godzi się, byś tak leżał na tym zimnie. Ale co ja mam z tobą zrobić? Nie zawiadomię policji, bo musiałbym podać swoje dane, a nie wszyscy są tak dobrzy, jak ten komisarz… Z drugiej strony nie mogę cię tak po prostu tu zostawić, a kopać grób też mi się nie uśmiecha, leje coraz bardziej, niby jestem dość odporny, ale nawet nie mam łopaty, a gołymi rękami to nie ma sensu…


W następnej chwili aż się wzdrygnął, bo uznany za nieboszczyka otworzył oczy i spojrzał na niego.


— Matko Święta, ty jednak żyjesz! — przestraszył się Rodrigo. — Ale to nie zmienia faktu, że nie mam pojęcia… Hej, nie patrz tak na mnie!


Istotnie, przenikliwe spojrzenie obcego do głębi poruszyło „Mnicha”, zaraz jednak przeraził się jeszcze bardziej, gdyż nieznajomy wydał z siebie jakiś warkot, coś podobnego do zwierzęcia.


— Nie umiesz mówić? — w końcu domyślił się Rodrigo, nie zdając sobie nawet sprawy, kogo ma przed sobą.


Rodriguez nie miał siły uciekać. Ten ktoś go zobaczył, pyta o coś jakby, musiał go dotknąć, ale w skołatanej głowie Ricardo kłębiła się tylko jedna myśl — jak najszybciej zniknąć. Nie było to jednak wykonalne w jego stanie. Zbyt długa droga, całkowite wyczerpanie, potem sen na deszczu, to wszystko nadwyrężyło jego siły. A przecież rana po nożu Manolo nadal dokuczała co jakiś czas… Dlatego obronił się tylko tym, co obecnie posiadał — mianowicie ostrzegawczym dźwiękiem. Nie na wiele się to zdało, bo kuzyn Alejandro sam wiele przeszedł i teraz cofnął się tylko na moment.


— Z jakiegokolwiek powodu się tu znalazłeś, niedługo pożyjesz, jeśli cię tu zostawię — kontynuował „Mnich”. — Nie wyglądasz mi na kogoś groźnego, raczej na zagubionego. Wiesz co? Pokażę ci drogę do miejsca, gdzie możesz się ogrzać. Pójdziesz ze mną? — wyciągnął rękę.


Tego się nie spodziewał. Wyczuł, że coś jest nie tak, że jego znalezisko może mieć kłopoty z komunikacją, ale nie sądził, że ma do czynienia z… właśnie, z czym? Bo trudno nazwać człowiekiem coś, co zamiast złapać podaną dłoń i próbować się podnieść, owszem, chwyciło ją, ale równocześnie przyciągnęło do siebie tak, że Rodrigo musiał się pochylić i ledwo utrzymał równowagę. Po czym zorientował się, że tajemniczy mężczyzna nie wstaje, a obwąchuje jego rękę!


— Jezus, Maria… Zaczynam się wahać, czy dobrze zrobiłem, ratując ci życie...Ale bądź co bądź jesteś człowiekiem, cokolwiek zrobiłeś… a może zrobili z tobą?


Ta ostatnia myśl była bardzo niepokojąca. Czyżby znalazł ofiarę, nad którą się ktoś znęcał i dlatego stała się tym, czym jest? Może zły ojciec, może matka, bardzo możliwe było też, że obcy od urodzenia był już taki i ktoś się go pozbył, a teraz dziecko — już jako dorosły — snuje się po świecie, samotne, wystraszone i zmarznięte? Rodrigo dobrze wiedział, jak to jest być odtrąconym przez społeczeństwo, czy musieć się ukrywać przez całe swoje życie. Zrobiło mu się żal istoty i utwierdził się w swoim przekonaniu.


— Chodź ze mną, jeszcze znajdzie cię jakiś potwór w stylu Velasqueza, który zabił mi kuzyna, a wtedy…


Nie dokończył. Zauważył z walącym ze strachu sercem, że na dźwięk nazwiska mordercy „człowiek — zwierzę” zawył donośnie, jakby z bólu, a potem wbił paznokcie w nadal trzymaną przez siebie dłoń „Mnicha”.


— Puszczaj! — szarpnął się Rodrigo. — Widzę, że reagujesz na moje słowa, więc chyba rozumiesz, co mówię. Albo przekładasz je sobie na swój język. Cokolwiek się dzieje w twojej głowie, spróbuj się podnieść, bo nie dam rady cię nieść. Jak obiecałem, zaprowadzę cię w miejsce, które odkryłem przez przypadek. Nie jest może zbyt piękne, ale przynajmniej będzie ci tam ciepło, a tam nikt nie mieszka. Tylko musisz iść tuż za mną, nie zamierzam dopuścić, żeby ktokolwiek nakrył nas razem — to nie byłoby dobre ani dla mnie, ani dla ciebie.


Ruszył kilka kroków w przód, nie mając wielkiej nadziei, że to coś za nim pójdzie, trochę się też obawiał, czy znalezisko nie skoczy mu na plecy i nie zabije. Po ostatnim zdarzeniu kwalifikował stworzenie do tych niezbyt bezpiecznych.


Kiedy się obrócił, ze zdumieniem spostrzegł, że nie idzie sam. W pewnej odległości, jakby nadal niepewnie i w na pół kucznej pozycji, podążał człowiek z cmentarza. Powoli, wyraźnie słaby, ale szedł.


— Czyli mnie słuchasz. To dobrze.


Szli tak przez pewien czas, aż znaleźli się na skraju dosyć ciemnego lasu. Ulewa, jaka się rozpętała, przydawała niesamowitości całej scenerii. Drzewa całkowicie przykryły niebo, zdawałoby się, że są w innym świecie, gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie.


— Proszę, wejdź do środka — zaprosił Rodrigo, wskazując ręką coś, co znajdowało się przed nimi.


Chatka. Mała, skromna chatka, zawalona w tyle domu, gałęzie zaglądały do środka poprzez wybite szyby. Wiatr szumiał w liściach, kiedy tak stali, jakby zawieszeni w próżni. „Mnich”, starając się stłumić w sobie uczucie strachu, ponowił zaproszenie i sam minął wejście — drzwi od dawna nie było.


Kilka chwil później wychylił głowę z wnętrza i zawołał:


— Tu jest naprawdę ciepło, chodź, razem przeczekamy nawałnicę.


Obiekt Edgara wreszcie z wahaniem podążył do środka, niespiesznie, z obawą, widać było, że się boi. Ale nie miał wyjścia, czuł, że tam jest coś, co być może pozwoli mu chociaż umrzeć nie na zimnej ziemi, a pod dachem — prosty, zwierzęcy instynkt przetrwania. W ten sposób Ricardo Rodriguez przekraczał po raz kolejny, tym razem bez świadomości, co robi, kim jest, ani gdzie się znajduje, próg swojego domu. Tego, w którym niegdyś był tak szczęśliwy z Sonyą.

Rozdział 181

Carlos Santa Maria skończył opowiadać wszystko, co wiedział o Rodriguezie. Zapadło milczenie, przerywana tylko cichym szlochem Natalii.


— Bardzo przepraszam — mężczyzna poczuł się głupio. — Nie chciałem pani zasmucić.


— Pragnęłam poznać prawdę i tak się stało — podniosła głowę Rojo. — Jestem wdzięczna, że pozwolił mi pan bliżej poznać mojego brata. Ubolewam tylko nad tym, że nie mogłam spytać go o tak wiele rzeczy osobiście.


— Rozumiem, że zaakceptowałaby go pani takim, jakim był? — Carlos był zadowolony, nie pomylił się co do tej kobiety.


— Oczywiście! Przecież to syn mojego… ojca.


Ostatnie słowo powiedziała z wahaniem, jakby zmuszała się, by nazwać Diego ojcem. I tak też było, odkąd dowiedziała się o jego podwójnym życiu, nie odezwała się do niego ani słowem, miała zresztą zamiar się wyprowadzić, jak tylko pozna prawdę o Ricardo.


— A jego… odmienność?


— A co to ma do rzeczy? Sam pan powiedział, jaki to dobry człowiek! I to, co robił dla tej dziewczyny, Sonyi...Mam prośbę. Czy mogłabym ją poznać? Musi być tak samo wspaniała, jak on, skoro tak się dla niej poświęcił.


— Bardzo chętnie! Tylko, jak już wspominałem, mieszka w tej chwili u swojej matki i musiałbym porozumieć się najpierw z Vivianą, ewentualnie po prostu tam pojedziemy i…


— Nie chcę sprawiać kłopotu — przerwała mu Natalia. — To mój numer telefonu, proszę dać znać, jak będę mogła się z nią zobaczyć.


— Dlaczego nie zrobimy od razu? Zadzwonię tylko i dowiem się, czy jest w domu.


— Jest pan taki dobry...Dziękuję!


W pierwszej chwili miała ochotę go uściskać, ale się powstrzymała. Przecież to obcy człowiek, cóż z tego, że tak bardzo jej pomógł! Poza tym jest już narzeczonym tej… harpii, która siedziała obok i nie odezwała się ani słowem po tym, jak ją okłamała.


— Carlos, jadę z wami, od miesiąca nie widziałam Sonyi, chcę z nią porozmawiać na pewien temat. Przeprosić za to, co powiedziałam tuż po śmierci Juana. Byłam zdenerwowana i nie za bardzo panowałam nad sobą.


Santa Maria zatrzymał się w pół kroku, ale zaraz potem dodał:


— Doceniam twoje pobudki, skarbie, ale wydaje mi się, że jedno przeżycie naraz wystarczy dla mojej córki. Spotkanie z siostrą ukochanego na pewno mocno na nią wpłynie. Zaczekaj z przeprosinami na później, dobrze?


Monteverde zacisnęła usta z wściekłości. Czuła, że traci kontrolę, Carlos zaczyna sam decydować, mieć własne zdanie, a ona ma siedzieć w domu i dowiadywać się tylko z trzeciej ręki, co się dzieje.


— Właśnie dlatego chcę być przy niej, by pomóc jej pogodzić się z tym wszystkim i…


Zaskoczona zorientowała się, że Santa Maria już jej nie słucha, tylko rozmawia z kimś w rezydencji.


— Graciela? Czy wiesz może, czy Sonya jest w domu?


Kiedy dostał odpowiedź, odwrócił się z uśmiechem — przeznaczonym tylko dla Rojo:


— Możemy jechać, Sonya właśnie wróciła z cmentarza i na pewno ucieszy się z takich odwiedzin.


Kilkanaście minut potem wyszli, nie reagując na prośby Andrei. Carlos rzucił tylko na odchodnym:


— Kochanie, obiecuję ci, że niedługo spotkasz się z Sonyą. Jeśli tak bardzo chcesz, pójdziemy kiedyś razem na cmentarz, zapalimy znicze i położymy kwiaty. To na pewno pomoże ci pogodzić się z dziewczyną. A teraz chodźmy, pani Natalio.


Otoczył siostrę Ricardo opiekuńczym ramieniem, gdyż wciąż pochlipywała, szczerze wstrząśnięta tym, co usłyszała przed chwilą. A potem wyszli razem.


Ułamki sekund później w te same drzwi, którymi wyszedł mężczyzna, trafił kieliszek wina, rzucony przez Andreę. Roztrzaskał się na miliony kawałków.


„Wyjdź za mnie”. „Wyjdź za mnie, Viviano!”. Te słowa natarczywie wciąż powtarzały się w jej głowie, odbijając się echem po setki razy. Felipe nadal klęczał, jakby czekał na wyrok, jakby jedynym, czego w tej chwili pragnął, było małżeństwo z Vivianą. Ale czy to była prawda? Jeszcze tak niedawno uwierzyłaby mu bez trudu, ale po tym, co jej zrobił…


— Jaką mam pewność, że nie chcesz mnie znowu skrzywdzić?


— Wiem, że zachowałem się jak nikczemnik, ale już nigdy więcej tego nie zrobię. Będę cię otaczał opieką, troską i miłością. Pozwól mi się kochać, najdroższa!


Spostrzegła, że Felipe ma łzy w oczach. Czyżby jednak nie kłamał, czyżby mówił prawdę i tak bardzo żałował tego, co uczynił?


— Ja...nie wiem, czy nie potrafię ci jeszcze zaufać.


— Wiesz, że owszem. Tak wiele nas łączy, tyle tajemnic, tyle wydarzeń, tyle uczuć… Wiemy o wiele rzeczach, o których nie wie nikt, albo tylko nieliczni, wspieramy się wzajemnie. Daj mi wynagrodzić ci tamto zdarzenie, błagam cię, Viviano!


Po czym odłożył zaręczynowy pierścionek na stół i dosłownie padł do jej stóp.


— Przepraszam! — wykrzyczał. — Przepraszam cię z całej mojej podłej duszy!


— Felipe, wstań! — poprosiła, ujęta jego zachowaniem. — Obiecuję, że przemyślę twoją propozycję.


— Dziękuję ci, dziękuję! — z tymi słowami podniósł się, przytulił ją mocno i zaczął obsypywać jej twarz pocałunkami. W końcu wycisnął jeden z nich na jej ustach, długi i namiętny. Oddała mu go, znów czując to samo zatracenie, co zwykle — mimo wszystko kochała tego mężczyznę — i to bardzo.


Nieszczęsny kuzyn Alejandro zauważył zadowolony, że jego podopieczny wszedł do pomieszczenia i rozgląda się ciekawie. W pewnej chwili przestał bać się tego dziwnego stwora, nie był pewien, dlaczego, ale coś mówiło mu, że może być spokojny. Jednak za kilka chwil zdziwił się niepomiernie — kiedy tamten podszedł do zapadniętego łóżka, „Mnich” dałby sobie uciąć głowę, że zaraz wejdzie na posłanie i zaśnie — albo straci przytomność. Jednakże „człowiek — zwierzę” zrobił coś bardzo dziwnego — owszem, zbliżył się do mebla, ale po krótkim obwąchaniu ułożył się nie na nim, a obok niego!


— Chyba nie jest ci tam wygodnie, ale to twój wybór — mruknął Rodrigo i sam wszedł na posłanie. — Może nie ma tu kołdry, ale mnie przynajmniej będzie w miarę miękko. Teraz prześpijmy się, odzyskasz siły, a ja się zastanowię, co z tobą zrobić. Nie mam żadnych leków, mam więc nadzieję, że ciepło, jakie tu w miarę panuje, pomoże ci wrócić do zdrowia. Tylko mnie nie ugryź, kiedy będę spał! — uśmiechnął się życzliwie „Mnich”.


Ten dom. On pachnie. Pachnie czymś dziwnym, czymś… znajomym. Jakby już tu kiedyś był. Ale przecież to niemożliwe. I czymś jeszcze, czymś, co przyciąga, ale i budzi rozpaczliwą tęsknotę. Nie, on nie chce tu być, boi się, nie wie, dlaczego, ale to miejsce budzi w nim smutek. Jakby coś tutaj utracił, coś ważnego, co…


Zaczekał, aż oddech Rodrigo się wyrówna, znak, że mężczyzna usnął. Potem Rodriguez cichutko wstał — oczywiście do swojej pozycji — i powoli, krzywiąc się z bólu zmarzniętego ciała, rozpoczął wędrówkę po pokoju. Co jakiś czas znów szukał nosem tego zapachu, oczywiście nie było tu już śladów Sonyi, on je wyczuwał tylko swoim instynktem.


Dotarł w końcu do jednego z kątów i tam zatrzymał się na dłużej. Przychylił jeszcze bliżej ziemi i spojrzał na to, co miał pod… miłosiernie nazwijmy to nadal rękami, chociaż z powodu długo nie obcinanych paznokci, ogromnego brudu i ran przypominały raczej zwierzęce łapy. Przecież używał wszystkich kończyn do chodzenia…


Krew. To akurat skojarzył, znał ją bardzo dobrze, zarówno swoją, jak i Edgara i… tych innych stworzeń, które napotykał w lesie, jaki niedawno opuścił. Ale ta była inna, zaschnięta, tylko słaby ślad został na deskach podłogi.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.4