E-book
13.65
drukowana A5
66.91
Pogarda i miłość

Bezpłatny fragment - Pogarda i miłość

Część pierwsza, Tom trzeci

Objętość:
514 str.
ISBN:
978-83-8126-520-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 66.91

Słowem wstępu

„Pogarda i miłość” to historia niezwykła. Z całą pewnością nie twierdzę tak dlatego, iż uważam, że jest lepsza od innych, jej podobnych. Jej wartość oceni sam Czytelnik. Niezwykłe jest jednak to, jak mocno wrosła mi w serce; od tworzenia pierwszych rozdziałów minęło już przecież prawie 10 lat! Przez ten okres opowieść ewoluowała, pewnymi rozwiązaniami zaskakując nawet mnie. Prawdą jest stare powiedzenie, że bohaterowie książek tak naprawdę żyją własnym życiem, a nam po prostu pozwalają je opisywać i podglądać.


Zajrzymy więc do świata, gdzie ludzie losy splatają się ze sobą, jednych otaczając ciepłem i radością, a drugim przynosząc jedynie smutek i zagładę. Gdzie czasem zemsta jest ważniejsza od rodziny, a przyjaźń to jedyne, co trzyma nas przy życiu…

CZĘŚĆ PIERWSZA — Tom 3

Rozdział 135

Gloria Camara jeszcze nigdy nie widziała człowieka w takim stanie. Głowa mężczyzny zwisała pod jakimś dziwnym kątem, z ust ciekła mu krew, a zamknięte oczy były przysłonięte siwymi powiekami.


— Co mu się stało? — zdołała tylko wyjąkać.


— Takim go znaleźliśmy, pani doktor — odezwał się jeden z tych, którzy nieśli rannego. — Wie pani, w więzieniu jest mnóstwo takich, co tylko czyhają na okazję, by zabić. Pewnie narobił sobie wrogów i oto efekt.


— Połóżcie go tutaj — wskazała leżankę. — Muszę go zbadać, być może będzie trzeba zawieźć go do szpitala.


Zrobili to, co kazała — tak, zrobili, bo poza nieprzytomnym było ich jeszcze trzech — dwóch niosło rannego, trzeci był chyba kolegą tamtego, bo przyglądał się ze zmartwioną miną. Nachyliła się nad leżanką i wtedy…


…poczuła, że ktoś ze straszliwą siłą wykręca jej szyję do tyłu i przykłada coś zimnego do skóry.


— Ani mi się waż ruszać, ani cokolwiek szepnąć, dziwko! — odezwał się cicho ten, który wcześniej z nią rozmawiał. — Carlos, wstawaj, otwieraj przejście.


Człowiek, który do tej pory rzekomo nie był świadomy, wstał bardzo żwawo jak na chorego i z niespotykaną siłą wyrwał z podłogi kratę. Był to odpływ, którym pozbywano się wszelkich nieczystości z gabinetu lekarza, w jakim się właśnie znajdowali. Otwór był mały, ale przy odrobinie wysiłku można było się w nim zmieścić.


— Manolo, Pedro, właźcie! — Ten, który trzymał w szachu lekarkę, dał znać pozostałym. — Carlos na końcu!


Manolo z jakąś lisią zręcznością wskoczył do dziury, za nim Pedro, który przez moment się zawahał i uczynił ruch, jakby chciał coś powiedzieć. Gustavo jednak, bo to on był tym mężczyzną z nożem, pospieszył go tylko ruchem głowy. Velasquez za moment zniknął w otworze, potem Santa Maria.


— A teraz ty — wycedził Gustavo. — Będziesz naszą zakładniczką!


— Nie uda wam się… — próbowała protestować kobieta, ale na próżno.


— Gwarantuję, że za kilka minut pozostanie po nas tylko wspomnienie! A jeśli nie chcesz zginąć, idziesz z nami! — po tych słowach przestępca popchnął lekarkę w kierunku dziury. Wiedział, że nie krzyknie, była zbyt sparaliżowana strachem. I nie pomylił się, parę chwil później jej głowa zniknęła w ciemnościach.


Gustavo wcześniej podzielił się swoim planem z resztą ekipy i wiedział, że tam na dole, w kanale odpływowym, kobietę „przejęli” Manolo i Carlos. To oni dwaj najbardziej palili się do tej ucieczki. Pedro wciąż zachowywał milczenie i szef grupy zwracał na niego szczególną uwagę.


Kiedy już wszyscy byli w komplecie, Gustavo sięgnął do kieszenie i wyjął coś, co zaszokowało wszystkich. Broń. Ciemne narzędzie śmierci.


— Co się tak gapicie? — zaśmiał się mężczyzna. — Jestem dobrze przygotowany na każdą okazję! A ty, panienko, ani myśl o ucieczce, bo inaczej twoje ciało zgnije gdzieś w tych rurach. A teraz biegiem, kawałek dalej czeka nas wolność!


Czwórka mężczyzn i jedna kobieta — zakładniczka ruszyli z miejsca w kierunku świata za kratami. Po zemstę, po krew… po przyjaźń… po śmierć.


Diego Rodriguez dzień wcześniej wrócił do domu pogrążony w myślach. Noc minęła mu na dziwnych, poplątanych, koszmarnych snach, gdzie wciąż miał przed oczami ciało z posterunku. I ta dłoń, tak kurczowo ściskająca te… śmieci. Jedna z mar była tak wyraźna, że aż krzyknął przez sen i zerwał się z łóżka — przerażony zarówno obrazem z jego mózgu, jak i tym, że mógł obudzić Natalię jakimś niebacznym słowem, które by go zdradziło. Ale trudno mu się dziwić, skoro właśnie we śnie ujrzał, jak trup wstaje i patrzy mu głęboko w oczy pustym wzrokiem bez gałek. A potem głowa nieboszczyka zamieniła się w nagą czaszkę.


— Odejdź, przeklęty! — wyszeptał spocony Diego. — Odejdź! Przecież cię nie znam, nie wiem, kim byłeś, powiedziałem na policji prawdę — że nie jesteś moim synem! Przepadnij, przepadnij w piekle!


Istotnie. Rodriguez wczoraj odpowiedział przecząco na pytanie policjanta — człowiek zabity przez mundurowego nie był Ricardem. Owszem, Diego poznał rękę syna w rysunkach, jakie miał przy sobie trup, ale nie miał zamiaru się zastanawiać, skąd wzięły się w posiadaniu nieznajomego.


Juan Orta ściskał dłoń siostry, czując, jak wali mu serce. Była taka biała na twarzy, taka… obca, wydawało mu się, że patrzy na śmierć. Andrea jednak była przytomna i nie zamierzała uspokajać brata — wręcz przeciwnie.


— Tak, Juanie, straciłam dziecko. Ale nie zamierzam go opłakiwać. Stało się i w sumie twierdzę, że to było dla niego najlepsze — cóż to za życie, bez pełnej sprawności, bez być może nawet kontaktu ze światem.


— Jak możesz tak mówić? Jak możesz być taka okrutna? Nawet, gdyby to dziecko nie wiedziało, że jesteś jego matką, nie miało żadnej możliwości porozumienia się z nami, było głuche, czy ślepe, ja i tak bym je kochał! To przecież był mój siostrzeniec!


— Może. Ale poza tym był to też syn Raula. Syn. Pewnie by się ucieszył na wieść, że ma syna. Ale nic z tego, jedyna nić wiążąca mnie z nim umarła. Teraz wreszcie osiągnę spokój, a on niech robi ze swoim życiem, co chce!


— Andreo… — odezwał się poważnie Juan. — Raul Monteverde nic nie zrobi ze swoim życiem. Zmarł kilkanaście godzin temu.


Kilkanaście godzin. Telefon od Maribel. Czy to wtedy…?


— Raul nie żyje… — zamyśliła się Andrea. — Cóż. On i tak był skazany na śmierć. Gregorio do ciebie dzwonił?


— Nie. Przecież on nawet nie wie, gdzie jesteśmy. Ale piszą o tym we wszystkich gazetach, jego ojciec zamówił nekrologi.


— Ojciec… Mój tatusiek się postarał, pewnie sprowadzi ciało tego biedaka do kraju i urządzi mu wystawny pogrzeb. Nie mam zamiaru się na nim stawić.


— Ale, siostrzyczko…


— Juan — przerwała mu Andrea. — Ta sprawa jest już zakończona. Opowiedz mi o swojej pracy, chcę wiedzieć, gdzie zamieszkam, gdy jutro wyjdę ze szpitala. Tak, nie rób takiej miny, nie zamierzam tu siedzieć całe życie.


Sonya razem z Luisem spędzili noc po prostu pod drzewem, w jakimś cichym parku na skraju miasta. Oboje musieli się zastanowić, co robić dalej — owszem, posiadali kilka wiadomości, ale żadna z nich nie przybliżała ich do celu — do znalezienia Ricardo Rodrigueza.


— Luis… — dziewczyna właśnie się obudziła i poczuła, że dłużej nie wytrzyma. — Jestem głodna, ty zapewne też. Musimy zdobyć coś do jedzenia.


— Masz jakieś pieniądze? Bo ja nic nie wziąłem.


— Ja też, nie było kiedy, poza tym nie spodziewałam się, że...Ech i co my teraz zrobimy?


— Nie martw się, siostrzyczko! Twój brat wie, jak zdobywać jedzenie! — Luis, całkiem już rozbudzony, wstał i klepnął ją porozumiewawczo w ramię. — Przecież musieliśmy dawać sobie jakoś radę z Antoniem, kiedy nie było co jeść, prawda?


— Chcesz...Masz zamiar kraść?


— A co innego nam pozostało? Nie martw się, na pewno wszystko się uda, mam w tym wprawę. Może nie taką, jak twój przyjaciel, ale…


— Nie żartuj w ten sposób — skrzywiła się Sonya. — To nie jest śmieszne.


— Masz rację, przepraszam. Chodźmy, kilkanaście metrów dalej powinno być coś w rodzaju targu, tam się posilimy.


— Niech ci będzie — zgodziła się Sonya. Bo co innego mogła zrobić?


Kilka minut później Luis rozwodził się na temat obecnej sytuacji w futbolu, wymieniając poglądy ze sprzedawcą jabłek, a Sonya — robiąc to po raz pierwszy w życiu i straszliwie się wstydząc — korzystała z okazji i wrzucała co lepsze okazy do znalezionej gdzieś na ulicy brudnej torby. Żadne z nich, ani Luis, ani Sonya, nie przejmowało się higieną — woleli jeść niemyte jabłka, niż umrzeć z głodu. A wszystko to dla jednego człowieka…


— Więcej się nie zmieści — szepnęła dziewczyna i chwyciła mocniej torbę. Luis odwrócił się w jej stronę chcąc spokojnie odejść tak, żeby sprzedawca nie spostrzegł, że został okradziony. Na nieszczęście Sonya przeliczyła się co do wytrzymałości torby, zapewne wcześniej wielokrotnie używanej i ta po prostu pękła.


— Hej! Złodzieje, zatrzymać ich! — sprzedawca z miejsca zorientował się, co się dzieje i wypadł zza stoiska.


— Uciekać! — zarządził Luis i puścił się przed siebie, licząc, że Sonya zrobi to samo.


I faktycznie zrobiła, tyle tylko, że w przerażeniu pobiegła w przeciwnym kierunku, niż chłopiec. Luis nie miał czasu oglądać się za siebie, wypadł tylko na ulicę i lawirował między samochodami. Sonya pędziła nieznanymi jej ścieżkami, modląc się tylko, by potem jakoś spotkać chłopaka — zdążyła się już bowiem zorientować, że się zgubiła.


Dyszała coraz ciężej, jej płuca wypełniał strach, czuła, że zaraz zabraknie jej powietrza. Wpatrywała się w chodnik, by nie przewrócić się na jakimś załamaniu i nie widziała, co ma przed sobą. Być może dlatego aż na moment straciła oddech, gdy wpadła na coś, co nie chciało jej przepuścić.


— Dokąd to?! — usłyszała twardy głos, a czyjeś silne ręce złapały ją za ramiona. Spojrzała w górę i zamarła.


— Ty? — zdołała wykrztusić, nim zemdlała.

Rozdział 136

Kiedy się obudziła, odkryła z przerażeniem, że nie znajduje się w żadnym znanym sobie miejscu. Leżała na jakimś obcym, choć wygodnym łóżku, przykryta zdobioną kołdrą, a obok jej posłania siedzi na krześle mężczyzna w średnim wieku, prawdopodobnie śpiący, bo podtrzymujący głowę lewą ręką. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał jej się ten, na którego wpadła, ten, który złapał ją mocno i…O mój Boże! Ale przecież tym człowiekiem… tym człowiekiem…!


— Obudziłaś się? — tajemniczy mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na nią. Nie był to ten sam, który ją zatrzymał, tylko inny, o jakimś smutnym spojrzeniu.


— Gdzie jestem? — Sonya postanowiła zachować spokój, nie miała pojęcia, co się stało, ale może uda jej się cokolwiek dowiedzieć o tym miejscu i o…o tym potworze, którego spotkała na ulicy!


— W moim domu. Nazywam się Eduardo Abreu i zaopiekowałem się tobą, ponieważ zemdlałaś prosto w ramiona mojego majordomusa. To on cię tu przyniósł. Sądzę, że powinnaś mu podziękować za troskę.


— Podziękować? — zdołała tylko wykrztusić. Miała dziękować temu… temu…


— Owszem. Gdyby porzucił cię bez świadomości, mógłby cię ktoś napaść. Jesteś młoda i ładna, na takie dziewczyny czyha wiele niebezpieczeństw.


Już, już miała powiedzieć, że to w tym domu czeka na nią coś strasznego, ale się powstrzymała.


— Ma pan rację, muszę mu podziękować. Czy mógłby pan go zawołać?


— Oczywiście. Ale wydaje mi się, że wcześniej powinienem poznać twoje nazwisko. Moje już znasz.


— Nazywam się...nazywam się… — I właśnie w tej chwili wpadło jej do głowy, że dla własnego dobra nie powinna podawać prawdziwego imienia. Jeśli to zrobi, zostanie od razu odesłana do domu, a tego przecież za nic nie chciała. — Nazywam się Valeria Margaleff.


— Cóż za dziwne nazwisko, Valerio. Ale nie mnie to oceniać. Poproszę tutaj mojego majordomusa — mówiąc to Eduardo wstał i wyszedł.


Za kilka minut Sonya znów nie była sama w pokoju. U stóp łóżka stał ten, którego spotkała tak nagle na ulicy.


— Panienka sobie czegoś życzyła? — odezwał się jak zwykle bez cienia uśmiechu.


— Owszem — Sonya usiadła na posłaniu. — Najpierw chcę podziękować za pomoc.


— Doprawdy nie ma za co. To ja chciałbym przeprosić za moje zachowanie — wziąłem panienkę za jakieś dziecko, które uciekło od rodziców. Nie powinienem zwracać się do panienki przez „Dokąd to”.


— Nic się nie stało. Czy możesz tutaj podejść?


Majordomus bez słowa wykonał polecenie.


— Świetnie. Nazywam się Valeria Margaleff. A ty? Chciałabym poznać imię mojego wybawiciela.


Uśmiechała się, choć wiedziała, z kim ma do czynienia.


— Moje imię? Jak panienka sobie życzy. Nazywam się Conrado.


— Conrado… — powtórzyła jak echo Sonya. — Conrado! Dlaczego?


— Nie rozumiem? — majordomus uniósł jedną brew w górę.


— Pytam, dlaczego to zrobiłeś. Dlaczego potrafiłeś go tak skrzywdzić?!


— Ale kogo, panienko? — nawet jednym mięśniem nie dał po sobie poznać, że ta rozmowa przybiera co najmniej nieoczekiwany obrót.


— Powiedz mi… — ściszyła głos, obawiając się, że zaraz zacznie krzyczeć. — Powiedz mi, jak mogłeś go tak oszukać?! Jak mogłeś powiedzieć mojemu Ricardo, że umarłeś, skoro żyjesz i — jak widzę — masz się świetnie, Francisco Velasquezie!


Nie tylko Sonya podniosła tego dnia głos, dając upust swoim emocjom. Również Manolo nie wytrzymał i wrzasnął:


— Jasna cholera, tak blisko, a zarazem…


— Zamknij się, debilu! — Gustavo z miejsca przywołał go do porządku. — Przyjrzyj się dobrze, jeśli wszyscy w piątkę się trochę wysilimy, damy sobie radę!


— Ale strażnicy już na pewno wiedzą o naszej ucieczce!


— To kolejny powód, żeby się pospieszyć! Do roboty!


Gustavo był niekwestionowanym przywódcą całej grupy, jego charyzma powodowała, że wszyscy mu się podporządkowali. Nawet Carlos, który przecież wcześniej brzydził się jakimkolwiek przejawem przemocy, słuchał rozkazów tego typka. Tylko po to, by dorwać Rodrigueza.


Uciekinierzy popatrzyli dość sceptycznie na to, co blokowało im drogę do wolności — na ogromną kratę zasłaniającą wyjście na świeże powietrze. Mieli szczęście, że nikt do tej pory nie wpadł na to, by zajrzeć do gabinetu lekarskiego. Żaden jednak nie liczył, że to szczęście zaraz ich nie opuści.


Gloria starała się nie dać opanować panice. Tak, to dobre słowo — panice. Bała się tych mężczyzn — jakże inaczej wyglądało to wszystko, kiedy siedziała wygodnie na krześle i przyjmowała więźniów uskarżających się na grypę czy inne tego rodzaju schorzenie. Czuła, że ją szanują, że jej ufają, była im potrzebna. Ale ci tutaj? Obleśni, bezlitośni, zdecydowani zrobić wszystko, byleby tylko stąd uciec. Co z nią zrobią, kiedy zakładnik przestanie im być już przydatny? Zabiją? Puszczą wolno? Akurat w to ostatnie mocno wątpiła. W tym momencie nie miała wyboru — oparła się mocno nogami i całą siłę włożyła w wypchnięcie starej kraty z zawiasów.


Felipe Santa Maria chyba po raz pierwszy w życiu był tak zniecierpliwiony.


— Nie rozumiem, jakim cudem policja nie może znaleźć dwójki dzieci i to tak charakterystycznych — przecież to nie są byle jakie obdartusy, a nastolatki z dobrego domu, na miłość boską! Co prawda może Luis nie pochodzi ze zbyt dobrego domu, bo ma brata wariata, ale… — przy tych słowach starszy Santa Maria rozejrzał się, czy aby ich źródło dochodów o imieniu „Antonio” nie znajduje się gdzieś w pobliżu i nie słyszy inwektyw, jakich używa Felipe.


— Co gorsza, okazało się, że tym trupem wcale nie jest Rodriguez — skrzywiła się siedząca naprzeciw rozmówcy Viviana. — Przez ten plan więcej straciliśmy, niż zyskaliśmy.


— Nie byłbym taki pewien, kochanie. Po pierwsze, udało nam się pozbyć tej wiedźmy w masce. Po drugie, nie dopuściliśmy, aby w naszym życiu przebywał ten chłystek.


— A jeśli Sonya go odnajdzie? Jeśli go spotka i z nim zamieszka, jak niegdyś? Co zrobimy?


Santa Maria wodził końcem palca po kieliszku dobrą chwilę, nim odpowiedział.


— Nic. My nic, droga była bratowo — bo podpisałaś już dokumenty rozwodowe, prawda? — Felipe zaczekał, aż Viviana kiwnie mu głową na potwierdzenie i kontynuował: — Doskonale. Wracając do tematu — my nic nie zrobimy. Zrobi to za nas ktoś inny.


— Kogo masz na myśli? Przecież chyba nie Gregorio, on całkowicie pogrążył się w żałobie po biednym Raulu.


— Nie, nie jego. Zobacz. — Z tymi słowami Santa Maria podał kobiecie kopertę.


— Co to jest?


— Otwórz.


Zrobiła, co jej polecił, ale niczego jej to nie wyjaśniło.


— Nie rozumiem? To fotografia jakiegoś mężczyzny, sądzę, że służącego, bo jest w stroju…


— Mhm — przerwał jej Felipe. — Masz rację. Ten człowiek nie wiedział, że jest obserwowany, nie ma też pojęcia, że zrobiono mu zdjęcie. I nie spodziewa się, że ktoś wie, kim on jest.


— A kim jest? — Viviana dalej nie zrozumiała.


Santa Maria wstał, zbliżył się do kobiety, po czym nachylił się i szepnął prosto do ucha Viviany:


— Przedstawiam ci Francisco Velasqueza, znanego pod pseudonimem Conrado...don Conrado, jak zwykł do niego mówić jego pan. Oto człowiek, który pała nienawiścią do Rodrigueza… i który go zniszczy.


Felipe uśmiechnął się i wyszedł.

Rozdział 137

— „Mojego” Ricardo? Niestety, nie rozumiem, o co panience chodzi, panienko Margaleff. Tym bardziej, że nie nazywam się Francisco, a Conrado.


Sonya zerwała się z łóżka i stanęła rozwścieczona przed nadal zachowującym spokój majordomusem.


— Przestań kłamać! Kilka lat temu wydarzył się wypadek, w którym rzekomo zginąłeś, chroniąc mojego przyjaciela. Gdybyś widział, jak cierpiał po twojej śmierci! A ty tymczasem…


— Posłuchaj mnie, Valerio, czy jak tam się zwiesz naprawdę! — Conrado zbliżył swoją twarz do oblicza dziewczyny i kontynuował: — Dla ciebie i dla całego domu tutaj nazywam się Conrado i jeśli jeszcze raz usłyszę imię tego śmiecia, będzie to ostatnia rzecz, jaką powiesz w życiu! Zrozumiano?


— Ale dlaczego?! — Sonya zaczęła szlochać w bezsilności. Wiedziała, że nie ma żadnego dowodu na to, kim naprawdę jest ten człowiek. — Dlaczego upozorowałeś to wszystko? Co on ci zawinił, że kazałeś mu tak…


— Zamknij się! — majordomus wyprostował się w jednej chwili i mówił dalej. — Nie masz pojęcia o tym, co się działo między nami. Twój...przyjaciel, jak go określasz, związał się ze mną dla mojej pozycji i wpływów. Owszem, przygarnąłem go kiedyś pod swój dach i zacząłem żywić głębsze uczucia, ale w jego głowie zaświtał plan wykorzystania mojej miłości do uwolnienia się od życia, jakie prowadził. Przez te wszystkie lata, kiedy Rodriguez sądził, że zginąłem, cieszyłem się wolnością, żyłem tutaj może skromnie, ale ze świadomością, że nikt nigdy więcej mnie nie skrzywdzi. I tym razem nie pozwolę, byś zniszczyła moje postanowienie!


— Ale...panie Velasquez...To niemożliwe… Ricardo nigdy by czegoś takiego nie zrobił… Ja go znam… Ja mu ufam… wierzę w niego...Kilka razu uratował mi życie...Sam mało przy tym nie zginął… Ja… ja go kocham…


— Kochasz? Biedna dziewczyno. Nawet, gdyby nie był homoseksualistą, nie miałabyś u niego szans. On nie ma uczuć. A przynajmniej nie tych dobrych. Pozwól, że o coś cię zapytam — czy należysz do bogatej rodziny?


— A co to ma wspólnego…


— Odpowiedz — majordomus przerwał Sonyi, podnosząc dłoń do góry. — Po prostu mi odpowiedz.


— Tak — wyszeptała.


— I wszystko jasne. Pamiętaj, że każdą czynność, każdy krok, jaki zrobił dla ciebie Ricardo Rodriguez, był przemyślany. Tylko po to, żeby zagarnąć twój majątek.


Dławiło ją w gardle, nie mogła wypowiedzieć ani słowa. Czyż jej ojciec nie wspominał, że to Francisco był tym złym? Teraz Velasquez opowiada własną wersję, zrzuca winę na jej ukochanego… Kto mówi prawdę? Komu wierzyć…?


— Coś ci pokażę. Chodź ze mną. — Conrado prawie opiekuńczym ruchem położył dziewczynie dłoń na ramieniu i delikatnie skierował ku wyjściu z pokoju.


Udała się za nim posłusznie, starając się opanować wciąż cieknące łzy. Postąpili kilka kroków korytarzem, aż wreszcie znaleźli się przed drzwiami do kolejnego pokoju.


— Wejdź — powiedział majordomus życzliwym tonem. — Wejdź i przekonaj się dla własnego dobra, kim był Ricardo Rodriguez.


Nie poprawiła go, nie zaprotestowała, że nie powinien używać czasu przeszłego. Kiedy znaleźli się wewnątrz, Conrado podszedł do stojącego w rogu mebla, wyjął z kieszeni maleńki klucz i otworzył jedną z szafek. Potem sięgnął do środka i chwycił coś w rękę. Chwilę trzymał to w ukryciu, jakby się wahał, czy wydobyć zawartość szafki na światło dziennie, aż wreszcie podał Sonyi średniej wielkości białą kopertę wypełnioną po brzegi.


— Otwórz.


— Nie chcę...Nie wierzę w nic, co opowiadałeś, nie wierzę, nie chcę…


— Panienko Valerio...Musisz przekonać się, kogo obdarzyłaś największym uczuciem na ziemi. Zbrodniarza. Złodzieja. Drania. To wszystko można by mu jeszcze wybaczyć. Ludzką rzeczą jest błądzić. Ale nie można mu przebaczyć tego, że był kłamcą. Oszustem. Że kradł i zabijał — ale nie rzeczy, nie ludzi. Tylko ich serca. Zdobywał je, a potem miażdżył pogardą i nienawiścią. Wykorzystywał i porzucał. Zobacz. Tam jest wszystko. A potem mi powiedz, czy nadal chcesz, bym się przyznał przed tym wcielonym diabłem, kim naprawdę jestem.


Sonya Santa Maria drżącą ręką wyjęła pierwszy przedmiot, jaki znajdował się w kopercie.


Virginia Fernandez wróciła już do domu po próbie odebrania sobie życia. Do domu! Czy na pewno nadal nim był? Czy raczej tylko zbiorem wspomnień o bólu, o cierpieniu, o straconej nadziei? I to ostatnie chyba było najgorsze, bo gdy człowiek utraci nadzieję, traci wszystko. Usiadła ciężko na sofie, wzdychając cicho. W szpitalu przekonywano ją, że nie powinna być sama, że najlepszym wyjściem będzie wyjazd gdzieś do znajomych, ale… ona tych znajomych nie miała. Była sama i to na własne życzenie. Odepchnęła mężczyznę, który był dla niej gotów zrobić wszystko, o co tylko by go poprosiła. Odepchnęła Victora…


Sięgnęła po pilota od telewizora, żeby chociaż w ten sposób zagłuszyć ból własnego serca. Uruchomiła odbiornik i w tej samej chwili pilot z głośnym hukiem upadł na podłogę, a Virginia rozszerzonymi oczami wpatrywała się w najnowsze doniesienia. Na ekranie widniała twarz jej męża i kilku innych osób.


„Więźniowie są niebezpieczni i prawdopodobnie uzbrojeni, zachodzi podejrzenie, że sterroryzowali lekarkę zakładu karnego, w którym przebywali i zabrali ze sobą jako zakładniczkę. Ktokolwiek posiada jakieś informacje o zbiegach, proszony jest o kontakt pod numer…”


Kilkadziesiąt minut wcześniej krata kończąca odpływ nieczystości z gabinetu lekarskiego upadła z dużo większym hukiem na trawę. Gustavo obejrzał się nerwowo do tyłu, ale wiedział, że usłyszałby kroki policjantów, gdyby ktokolwiek się zbliżał — rury niosły dźwięk bardzo daleko.


— Szybciej, wynośmy się stąd! — machnął ręką, by pozostali jak najszybciej znaleźli się na otwartej przestrzeni.


Za kilkanaście sekund cała piątka chłonęła już powietrze tak różne od zatęchłego zapachu, jaki musieli znosić w odpływie.


— Jesteśmy wolni! — zachwycił się Manolo.


— Owszem, wolni, ale nie bezpieczni! — mitygował go szef operacji. — Musimy dostać się do naszego środka transportu. Biegiem, prosto przed siebie!


— Środka transportu? — zdziwił się Carlos. — Co masz na myśli?


Nikt mu nie odpowiedział. Pozostała czwórka już w połowie słów Gustavo puściła się pędem we wskazanym kierunku. Santa Maria nie miał wyjścia i zrobił to samo. Musiał zaufać słowom szefa. Jeśli tego nie zrobi, mundurowi szybko go znajdą, a wtedy może zapomnieć o staraniu się o wcześniejsze wyjście na wolność. Wolność… O czym on myślał? Przecież był wolny! Tutaj i teraz, Carlos Santa Maria uciekł z więzienia!


Victor Bolivares rzadko się upijał, ale w ciągu ostatnich dni zdarzało mu się to dość często. Miał kłopoty z zaśnięciem, a gdy wreszcie mu się to udawało, śniła mu się jedna kobieta — Virginia. Kiedyś obudził się zalany łzami. Łzami tęsknoty. Stracił pracę, szacunek i to, co najważniejsze — miłość. Nie… Miłości nie stracił, on ją nadal czuł...Rozrywała mu dusze i serce, niszczyła każdego dnia… każdego poranka, który przeklinał, który nienawidził tylko za to, że w ogóle dla niego nadszedł.


Teraz było tak samo...Jeśli nie gorzej. Wiedział, że takiej kobiety, jak pani Fernandez, nic nie przekona. Kiedy powiedziała mu, że nadal kocha swojego męża, Bolivares umarł. Wewnętrznie. Rozumiał jej strach, rozumiał, co nią kierowało, ale…


Pijackie rozważania — Victor od pewnego czasu po prostu nie trzeźwiał — przerwał dzwonek do drzwi. Niechętnie zwlókł się z kanapy, podszedł powoli do wrót i usiłował je otworzyć, co w jego stanie było dość trudne. Wreszcie mu się to udało, uchylił je i zamarł. Na progu nie było nikogo.


— Co za idiota… — wymamrotał pod nosem i już miał z wściekłością zatrzasnąć drzwi i wrócić do picia, gdy nagle zauważył mały przedmiot leżący na wycieraczce. Schylił się po niego, chociaż w tej samej sekundzie jego żołądek gwałtownie zaprotestował i Bolivares ledwo powstrzymał się od wymiotów. Koperta. Mała, biała koperta.


Wrócił do środka, nogą zamykając drzwi i usiadł na kanapie. Obejrzał przesyłkę z obu stron.


— Nie ma nadawcy… — wybełkotał. — Może to nie do mnie? Ale zaraz… Wyraźnie pisze „Victor Bolivares”. Pewnie to kolejna reklama dla idiotów…


Już miał odrzucić kopertę w kąt, ale ciekawość zwyciężyła i sięgnął po zawartość. Wewnątrz znajdowała się tylko jedna kartka, zapisana ręcznym pismem. Kilka słów. Victor przeczytał je obojętnie, ale potem natychmiast wrócił oczami na początek tekstu i przeczytał go ponownie kilka razy, coraz bardziej trzeźwiejąc.


— O mój Boże… O mój Boże!

Rozdział 138

Wódka natychmiast wyparowała z organizmu Bolivaresa, gdy tylko przeczytał treść tej niepozornej kartki. Odwrócił potem papier szybkim ruchem i ujrzał to, o czym traktowało kilka słów, jakie niedawno przeczytał.


— O mój Boże...Ale dlaczego trafiło to do mnie? Dlaczego właśnie ja mam…


Westchnął ciężko. Przecież znał odpowiedź, była zawarta w tym liście. Bo to był list, a w zasadzie dwa — jeden dla niego, drugi dla pewnej dziewczyny. Dla kogoś, kogo dobrze znał…


Popatrzył jeszcze raz na te kilka krótkich słów, skreślonych trzęsącą się ręką — Victor był lekarzem i od razu poznał się, w jakim stanie był nadawca. Pokręcił głową ze współczuciem i powiedział do siebie:


— Ale jak mam to dostarczyć Sonyi, skoro nikt nie wie, gdzie ona jest? Przecież nie oddam tego jej rodzinie, to musi trafić tylko do jej rąk.


Znów spojrzał na kartkę. Ale nie na obraz znajdujący się z tyłu, a na pierwszą stronę, na tekst.


„Dostarcz to Sonyi Santa Maria. Na pamiątkę od kogoś, kto… zamknął rozdział...ale nie potrafił zamknąć serca. I błagam ponad wszystko — dbaj o nią. Nie znam Cię, ale wydaję mi się, że mogę Ci zaufać — i chyba tylko Tobie. Opowiadała mi kiedyś o Tobie. Dbaj o nią, Victorze. To moja prośba — ostatnia, jaką mam w tym nędznym życiu. Czynię Cię odpowiedzialnym za jej losy.


Ricardo Rodriguez”.


W tej samej chwili Sonya również sięgnęła do wnętrza koperty. Listy. Mnóstwo listów ukrytych w kolejnych kopertach, mnóstwo wyznań miłości, mnóstwo słów powoli zamieniających się w rozpacz, w błagania — wszystkie koperty były adresowane do jej przyjaciela, do tego, którego pokochała. Wypadły jej z rąk.


— Nie...Nie wierzę w to! Ci wszyscy ludzie mieliby być przez niego oszukani?


— Owszem. — Majordomus schylił się, spokojnie pozbierał papiery i ponownie schował w skrytce. — Znalazłem to kiedyś w jego pokoju. Nie mam pojęcia, po co to trzymał, być może napawał się ich widokiem, ale — jak widzisz — najpierw wiązał się z takimi, jak ja, z ludźmi, którzy coś znaczyli, a potem ich wykorzystywał, na końcu zaś porzucał.


— Nie wierzę! — powtórzyła zdruzgotana Sonya. — Mówisz o człowieku, który…


— Który co? — zadrwił Francisco. — Który uratował ci życie? A czy odniósł przy tym jakieś poważne obrażenia?


— Został tylko draśnięty pociskiem, a wcześniej pchnięto go nożem, ale również niezbyt poważnie.


— Widzisz? — Velasquez usiadł na łóżku i dłonią w rękawiczce poprawił białe prześcieradło. — Za każdym razem cudownie unikał śmierci. A może ci, którzy go ranili, byli z nim w zmowie?


— To był...to był tylko jeden człowiek, wciąż ten sam...Mario...Mario Messi… — Sonya skuliła się w kącie i ukryła głowę w ramionach.


— Jeden człowiek… — Francisco wstał i kucnął przy dziewczynie. — Jeden człowiek, powiadasz. Czy muszę dodawać coś jeszcze?


„Nigdy już nie będziesz samotny. Już nigdy, przysięgam. I wiesz co? Kiedy mnie ktoś zapyta, z czego jestem najbardziej dumna, powiem — z tego, że mam prawo nazywać się przyjaciółką Ricardo Rodrigueza.”


Te kilka słów wypowiedziała do przyjaciela w chwili jego wielkiego smutku. I do tej pory była gotowa dotrzymać tej przysięgi. Ale potem wydarzyło się tak dużo, tyle rzeczy zaskoczyło ją do tego stopnia, że zaczynała wątpić, czy dobrze ulokowała swoje uczucia.


„Masz twarde serce, mimo, że jesteś bratem mojego ojca. Kiedyś może zrozumiesz, że Ricardo jest o wiele więcej wart od wielu ludzi, w tym od ciebie.”


To usłyszał jej wujek, Felipe, kiedy szła do więzienia odwiedzić Carlosa. Ale czy...nie mijała się z prawdą?


— Co teraz zrobisz? — spytał z troską Velasquez. — Tu nie możesz zostać.


Podniosła głowę, świadoma, że ta decyzja zaważy na jej życiu.


— Wrócę do domu i pomogę znaleźć Luisa. A potem… — otarła łzy i kontynuowała — …a potem wyrzucę z serca tą bezsensowną miłość. I bądź spokojny, nikomu nie powiem, że żyjesz.


— Dobra dziewczynka — uśmiechnął się Francisco. — Jestem ci winien wyjaśnienia co do mojego grobu.


— Nie — przerwała mu Sonya. — Nie chcę nic wiedzieć. To dotyczyłoby po części Rodrigueza, a o nim nie chcę słyszeć.


— Cieszę się, że zrozumiałaś — pochwalił ją majordomus i pomógł wstać. — W takim razie powiemy panu Abreu, że wracasz do domu. Odwiózłbym cię, ale nie mogę. Być może ktoś w twojej rodzinie zna nazwisko Velasquez.


Gdyby wiedział, jak jest w istocie! Gdyby się spodziewał, że Felipe i Viviana chcą go wykorzystać w swoim planie...Na pewno chętnie pojechałby do rezydencji.


— Rozumiem. A w podzięce za otwarcie mi oczu i ja chciałabym coś wyznać. Nie nazywam się Valeria Margaleff. Tylko Sonya Santa Maria.


Mówiąc to była już całkiem opanowana.


— Santa Maria… córka Carlosa, prawda?


— Nie do końca. Opowiem panu całą prawdę…


Jakiś czas później pożegnała się z majordomusem, podziękowała Eduardo za opiekę i wyszła. Wracała do domu, do rezydencji, z głębokim postanowieniem stania się dobrą córką Carlosa… który przecież miał rację co do Rodrigueza. Przeprosi też matkę, wujka i...Andreę. Oni wszyscy chcieli ją uchronić przed życiowym błędem, a ona była taka głupia… Taka głupia!


Nie wiedziała, że tuż po jej wyjściu don Conrado jeszcze raz otwiera swój tajemniczy schowek, tylko po to, by pogładzić znajdujące się tam listy i szepnąć:


— Dziękuję...dziękuję wam, że pomogliście mi...choć wcześniej chcieliście mi zaszkodzić.


Luisowi udało się zgubić pościg i teraz ciężko dyszał, starając się złapać oddech po ucieczce. Oparł się o drzewo i mówił sam do siebie:


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 66.91