E-book
13.65
drukowana A5
54.9
Pogarda i miłość

Bezpłatny fragment - Pogarda i miłość

Część pierwsza, tom drugi

Objętość:
372 str.
ISBN:
978-83-8126-085-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 54.9

Słowem wstępu

„Pogarda i miłość” to historia niezwykła. Z całą pewnością nie twierdzę tak dlatego, iż uważam, że jest lepsza od innych, jej podobnych. Jej wartość oceni sam Czytelnik. Niezwykłe jest jednak to, jak mocno wrosła mi w serce; od tworzenia pierwszych rozdziałów minęło już przecież prawie 10 lat! Przez ten okres opowieść ewoluowała, pewnymi rozwiązaniami zaskakując nawet mnie. Prawdą jest stare powiedzenie, że bohaterowie książek tak naprawdę żyją własnym życiem, a nam po prostu pozwalają je opisywać i podglądać.


Zajrzymy więc do świata, gdzie ludzie losy splatają się ze sobą, jednych otaczając ciepłem i radością, a drugim przynosząc jedynie smutek i zagładę. Gdzie czasem zemsta jest ważniejsza od rodziny, a przyjaźń to jedyne, co trzyma nas przy życiu…

Część pierwsza - Tom 2

Rozdział 91

Pedro wrócił do celi zły. Miał jeszcze prawo do krótkiego spaceru, ale sam sobie skrócił tą rozrywkę. Ricardo w ogóle zrezygnował z wyjścia z celi, od rana bolał go brzuch, w końcu śniadanie w więzieniu nie było zbyt zdrowe.


— Coś się stało? — spytał z pryczy Rodriguez. — Jesteś tak wcześnie.


— Nic takiego — mruknął Velasquez.


— Ejże, ejże, może coś mi wlazło w brzuch, ale nie w umysł. Widzę, że coś cię gnębi. Mów zaraz, co się stało — domagał się Ricardo.


— Lepiej nie. Bo jeszcze bardziej ci pogorszę humor.


— Chodzi o Sonyę? — zaniepokoił się rozmówca. — Mów natychmiast! — Poderwał się z łóżka, ale zaraz na nie wrócił, bo żołądek przypomniał o sobie ostrym skurczem.


— Trochę tak. Rozprawa jej ojca się skończyła.


— Uniewinnili go, prawda? Auć! — Kolejny skurcz przemknął w organiźmie Ricardo, tym bardziej, że mężczyzna wyczuł coś złego.


— Niestety, nie. Musi spłacić tego de La Vegę, a zrobi to tylko oddając mu wszystko — firmę, pieniądze — po prostu wszystko. Dom należy teraz do Antonia. De La Vega pozwolił mieszkać w nim nadal Vivianie, Felipe i twojej Sonyi. Carlos idzie siedzieć na dwadzieścia lat. Ciekawe, czy trafi do naszego więzienia — zadumał się Pedro.


— Biedna Sonya… Szkoda, że nie mam jak jej pocieszyć. Będzie mieszkać z tymi demonami w ludzkiej skórze i to sama, bez ojca.


— Przypominam ci, że jej prawdziwym ojcem jest Gregorio Monteverde.


— I co z tego? Liczy się ten, co dał jej miłość, a nie ten brzydal.


— Fakt, Monteverde nie grzeszy urodą. Ale nic nie poradzisz na to, co się stało. Dla ciebie to jeszcze gorzej — teraz Sonya pewnie ani o tobie nie pomyśli. I nikt ani cię nie odwiedzi, ani nie pomoże stąd wyjść.


— Dzięki za wsparcie! — obraził się Rodriguez. — Ale ty jej nie znasz, na pewno o mnie nie zapomni.


— Akurat. Ojca ma w ciupie, mieszka z potworami, a ty sądzisz, że pomyśli o tobie. Kimże ty jesteś? Facetem, który pomógł jej przez przypadek. Nic dla niej nie znaczysz, przynajmniej nie teraz. Widziałem fragment twojego listu, wiesz? Nie, nie czytałem całego, nie krzyw się, po prostu rzucił mi się w oczy fragment, jak pisałeś, że ją kochasz. Facet, facet… ty się w tą przyjaźń angażujesz jak głupi, a ona była tu raz i więcej nie przyszła. Daj sobie z nią spokój, mówię ci!


— Nie zwątpię w Sonyę! Choćby wszyscy mi to mówili, choćby nawet mój własny żołądek chciał mnie zabić. Rany boskie, co oni dali dziś na śniadanie?!


— Nie chcesz wiedzieć — mruknął Velasquez. — Wracając do tematu — chcę dla ciebie tylko dobrze. Łatwiej ci będzie… wiesz… pogodzić się z tym, co cię czeka. Nie będzie ci żal życia.


— Nie dam się zabić! — wrzasnął na Pedra Ricardo, przy okazji zeskakując z pryczy. — Sonya miała rację, byłbym idiotą, gdybym poszedł na krzesło, skoro ona mnie lubi, walczy o mnie i chce, żebym żył! Nie zawiodę mojej przyjaciółki!


Ledwo skończył to mówić, zwinął się z bólu. Trochę zepsuło mu to całą przemowę, ale dzielnie kontynuował:


— Tym bardziej teraz się nie poddam, skoro ona mnie potrzebuje! Zobaczysz, że zaraz tu przyjdzie!


Velasquez już miał coś odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się głos strażnika:


— Rodriguez, masz gościa!


— A widzisz? — spytał triumfująco Ricardo i poszedł do sali odwiedzin, dumny, że miał rację.


Faktycznie, to była Sonya, ale smutna i przygaszona. Siedziała po drugiej stronie szyby i ocierała łzy, chociaż na widok przyjaciela udawała, że wszystko jest w porządku.


— Witaj, radości twego nędznego sługi– przywitał się Ricardo.


— Przestań — odpowiedziała dziewczyna, ale w jej oczach przebił się fragment uśmiechu. — Wiem, że chcesz dobrze, ale mój ojciec…


— Wiem o wszystkim — przerwał jej on. — Pedro, ten z listu, mi powiedział. Słuchaj, może moje słowa nie są zbyt wiele warte, ale nie martw się. Zawsze przecież można się jeszcze odwołać, czy coś.


— Nie w tym wypadku. Nie znam się zbyt dobrze na prawie, ale tutaj wszystko jest już ustalone i tata będzie siedział przez dwadzieścia lat.


— Jeśli trafi tutaj, zaopiekuję się nim przez czas, kiedy sam tu będę. A potem… na pewno da sobie radę.


— Wiesz, mam prośbę. Nie wspominaj o swojej… nie mów tak, jakbyś miał niedługo umrzeć, bo tego nie zniosę. Straciłam Julio, teraz ojca — zostałeś mi tylko ty.


— Właśnie przed chwilą kłóciłem się z Pedro, który uważał, że zapomnisz o mnie teraz, kiedy masz tyle problemów. Jeszcze nie wybiłem mu zębów, ale zrobię to później. Wrzasnąłem na niego, że cię nie zawiodę i zamierzam walczyć o moje nędzne życie — nie, żeby mi na nim zależało, ale dla kogoś takiego, jak ty, polecę na Księżyc i z powrotem.


— Jesteś kochany, wiesz? — uśmiechnęła się Sonya. — Adwokat taty zajmie się teraz twoją sprawą i na pewno wyjdziesz na wolność. Tylko musisz wszystko odwołać na rozprawie.


— Wtedy… musiałbym powiedzieć prawdę. A kiedy to zrobię, obciążę winą kogoś, kogo kochałem.


— To był Francisco, prawda? To on zabił tego Genaro Arochę?


— Mądra jesteś, moja przyjaciółko. Tak, to moja miłość broniła mnie przed napastowaniem przez tego draba i w napadzie szału Francisco wymierzył morderczy cios. Był w rękawiczkach, pamiętam, że zawsze marznął w ręce i dlatego nie znaleziono jego śladów. A na pogrzebaczu była moja krew, bo wcześniej zraniłem się w rękę. Dlatego teraz łatwo będzie uwierzyć, że to ja jestem winien.


— Ale przecież nie jesteś! Powiesz, że… nie wiem, ale na pewno da się to jakoś odkręcić! Musi się dać jakoś udowodnić, że Francisco też tam był!


— Jest ktoś, kto o tym wie, bo Francisco się zwierzył. Kłopot w tym, że zrobił to do pani Dolores Gambone. Wiem, że znasz to nazwisko, Sonyu. Tak, to matka Gracieli. Kuzynka Francisco.


— O Boże, czemu akurat ona? Ale skąd w ogóle o tym wiesz?


— Nie chciałem ci mówić, żebyś się nie martwiła, ale… Graciela tu była. Razem z tym żelowatym Mario. Groziła, że jak ich wydam, to coś ci zrobią.


— Bydlaki! Do mnie Mario dzwonił i zagroził, że jak ich wkopię, to skrzywdzą ciebie.


— Co tylko potwierdza, że pani Dolores nic nam nie pomoże. Nikt poza nią — oraz Gracielą i Mario, rzecz jasna — nie wie o obecności mojego zmarłego partnera w tamtym domu.


— Ricardo… — odezwała się Sonya po chwili milczenia. — Jest wyjście. Skoro Graciela jest córką pani Dolores, która zna prawdę, to być może jej matka ma jakieś dowody, wie cokolwiek, co mogłoby nam pomóc.


— Możliwe. Ale jak już mówiliśmy, żadne z nich nam nie pomoże.


— Mylisz się. Spotkam się z Gracielą i spróbuję ją przekonać, by porozmawiała ze swoją matką. Ewentualnie niech umówi mnie na spotkanie z panią Dolores.


— Nie zgodzi się i wiesz o tym.


— Zgodzi. Jeśli obiecam jej pewną rzecz.


— Jaką rzecz, Sonyu? Cokolwiek chcesz zrobić, pamiętaj, że to źli ludzie. A ja nie jestem wart takiego poświęcenia — widzę w twoich oczach, że zamierzasz coś poważnego.


Przyjaciółka spojrzała na niego z taką powagą, że przez moment wydała mu się doświadczoną kobietą, a nie dziewczyną, którą w końcu była.


— Ricardo… — wymówiła ponownie jego imię spokojnym tonem. — Zrozum jedno. Może mam dopiero siedemnaście lat i mało wiem o życiu, ale do końca świata nie zapomnę, co dla mnie zrobiłeś. Uratowałeś mnie, próbowałeś pomóc Julio, połączyłeś go ze mną węzłem małżeńskim, a teraz wspierasz w trudnych chwilach, jakie przechodzę przez sprawę z ojcem. Jesteś przy mnie, ryzykowałeś dla mnie życiem, a ja miałabym cię opuścić? Nigdy. Jeśli Graciela lub Mario zażądają ceny, którą będę w stanie zapłacić — czymkolwiek by ona nie była — to zrobię to, co mi każą. A jeśli będą chcieli za twoją wolność czegoś, czego nie będę mogła zdobyć, to i tak to zdobędę.


Rodriguez nic nie powiedział. Inaczej po prostu by się popłakał ze wzruszenia. Dopiero po chwili rzekł:


— Ja… dziękuję ci bardzo, ale… Nie chciałbym, żeby ceną za mnie było coś, co położy się cieniem na twoim życiu. Nie rób niczego, co będzie… złe. Powiedz mi, proszę, co zamierzasz.


— Nie, przyjacielu. Jedyne, o co cię proszę, to żebyś się nie martwił. Będziesz wolny, obiecuję.


A potem wyszła z obietnicą bliskich ponownych odwiedzin, zostawiając Ricardo zamyślonego nad tym, jak bardzo ostatnio zmieniło się jego życie.


Carlos Santa Maria za wszelką cenę starał się zachować zimną krew i nie dać się sprowokować, ale już od pierwszych chwil widział, że nie będzie mu łatwo przetrwać te dwadzieścia lat. Trafił do celi z jakimś mordercą-psychopatą, który od razu się na niego uwziął.


— Witaj, nowy! Wyglądasz mi na panicza, który lubi się rządzić! Z góry ostrzegam cię, że tutaj ja jestem szefem i nie interesuje mnie, kim byłeś za murami! Jedno moje słowo i zamienisz się w kupkę śmieci na spacerniaku, więc lepiej się mnie słuchaj!


Minęła długa chwila, nim więzień zorientował się, że jego oświadczenie zostało zlekceważone, bowiem Carlos po prostu położył się na pryczy i próbował zasnąć, nie myśląc o tym, gdzie się znalazł.


— Mówię do ciebie! — wrzasnął tamten i zrzucił Santa Marię z łóżka, co tamten odczuł dosyć boleśnie — upadł bowiem z niewielkiej, ale zawsze wysokości na podłogę. Zanim się zebrał, psychopata wymierzył mu kopniaka w żołądek.


— Wstawaj, gnojku! Już ja cię nauczę szacunku! — krzyczał dalej samozwańczy wódz więzienia i dalej okładał Carlosa, który próbował się bronić, ale bez skutku — “Szef” był dużo silniejszy.


— Co tu się dzieje?! — Walkę przerwał strażnik, który usłyszał hałasy i podszedł do celi.


— Staram się nauczyć nowego posłuchu — odrzekł “Szef”.


— Właśnie widzę — mruknął mundurowy. — To ucz go nieco ciszej, bo zlecą się tu inni strażnicy i będzie afera. Dobrze wiesz, że tylko ja pozwalam ci na takie wybryki, Gustavo.


— Jestem za to wdzięczny — odparł tamten.


— To okaż to i lej nowego tak, żeby nikt nie słyszał, jeśli już musisz.


— Dobra, boss — powiedział Gustavo.


Strażnik odszedł, a psychopata nazwany Gustavo obrócił się do leżącego na podłodze celi Santa Marii.


— Mam nadzieję, że teraz zrozumiałeś, kto tu rządzi. Wracaj na swoje łóżko i ani piśnij, bo cię zabiję!


Carlos jakoś zebrał się z podłogi i pokrwawiony ułożył z powrotem na pryczy, usiłując nie jęczeć z bólu.


Sonya Santa Maria wytrzymała zimne spojrzenie Gracieli i pogardliwy wzrok Mario i kontynuowała, starając się nie okazać, jak bardzo nienawidzi tych dwóch bandytów.


— Moja propozycja rozwiąże wszystkie wasze problemy. Zarówno tobie, Mario, jak i Gracieli przyniesie tylko korzyść.


— Powiedz mi jedno — odezwała się panna Gambone. — Po co to robisz?


— Już mówiłam — pragnę, byście pomogli uwolnić Ricardo. Jeśli porozmawiasz ze swoją matką, a ona znajdzie coś, co uratuje mojego przyjaciela, wykonam moją część umowy.


— Nie o to pytam. Chcę się dowiedzieć, po co oddajesz praktycznie wszystko, łącznie z własną przyszłością, dla geja. Nie dosyć, że geja, to jeszcze śmiecia, który napadał i kradł.


— On nie jest śmieciem, ale wy tego nigdy nie zrozumiecie. To jak, umowa stoi?


— Powiedzmy, że zrobię to, o co prosisz. Dajesz nam gwarancję, że spełnisz wszystko, co obiecałaś?


— Tak, Gracielo. Jeśli Ricardo wyjdzie na wolność, albo chociaż przestanie na nim ciążyć zarzut zabójstwa, przysięgam, że wyjdę za Mario tak szybko, jak to będzie możliwe. Będzie moim mężem ze wszystkimi przywilejami, jakie za tym idą, łącznie z moim majątkiem. A kiedy urodzi się twoje dziecko, będę na nie łożyć ze swoich pieniędzy. I oczywiście nie wydam was policji jako moich porywaczy.


— Przecież jesteś tylko córką bankruta, jak tego dokonasz?


— To już moja sprawa. Antonio de La Vega przyjaźni się z moją mamą, więc to nie będzie trudne, na pewno mi pomogą, a co za tym idzie, wam.


— Powiedzmy, że się zgodzimy — odezwał się Mario. — Czy wtedy… jako twój mąż..będę miał też prawo… do spełnienia obowiązków małżeńskich? Wiesz, dla mnie ślub oznacza również seks, a ty jesteś całkiem ponętna, dziewczyno.


— Tak — odrzekła Sonya, a głos nawet jej nie zadrżał. — Jeśli Ricardo Rodriguez będzie żył, oddam ci się również w ten sposób.


— W takim razie zgoda, porozmawiam z matką — wtrąciła się Graciela. — Przypadkowo wiem, że ma coś, co może pomóc temu gejowi. Według mnie jesteś głupia, poświęcając się w ten sposób. Czy on o tym wie? Czy wie, że sprzedajesz majątek, ciało i przyszłość dla takiego gnojka, jak on?


— Nie — Sonya potajemnie przełknęła łzy i mówiła dalej. — Wie tylko, że chcę mu pomóc, ale nie wie, jak. I proszę was, byście nic mu nie mówili, jeśli kiedyś się spotkacie.


— Ależ oczywiście, że nic mu nie powiemy, chociaż sądzę, że i tak się domyśli po twoim ślubie — uśmiechnął się złośliwie Mario. — Idziemy porozmawiać z panią Dolores, do zobaczenia, kochanie! — cmoknął w stronę Sonyi i oddalił się razem z Gracielą.


Ricardo czuł, że to, co chce zrobić Sonya, jest czymś co najmniej nieprzyjemnym i zdecydował, że koniecznie musi wyciągnąć od przyjaciółki, o co chodzi i być może ją od tego odwieść. Zastanawiał się, jak to zrobić, gdy siedział na ławce na spacerniaku. Patrzył w niebo i szeptał:


— Boże, nie pozwól, żeby ta dziewczyna postąpiła w jakiś głupi sposób i potem cierpiała dla takiego zera, jak ja. Nie jestem wart czegoś takiego, jestem nikim, a ona tak o mnie dba, tak walczy… Chroń ją, Panie, a obiecuję, że wrócę do ciebie, że moja dusza księdza obudzi się we mnie i stanę się na powrót wierzącym człowiekiem — może niekoniecznie księdzem, ale nawrócę się i będę jak aniołek w tej reszcie życia, jaka mi pozostała, a jeśli jakimś cudem nie umrę na krześle, będę ci wiernie służył na wolności. Tylko chroń moją Sonyę, proszę. Ja… mam tylko ją…


Modlił się o Sonyę i o jej szczęście. Tak bardzo zależało mu na córce Santa Marii, że pogrążył się całkowicie w tej rozmowie z Bogiem. Nawet nie spostrzegł, że coś mu grozi. A potem było już za późno.

Rozdział 92

Raul Monteverde nie podszedł do Andrei, kiedy ta żegnała się z Carlosem. Obrzucił ją tylko pogardliwym spojrzeniem i wyszedł razem z ojcem. Wiedział, że nie ma o co walczyć, że żonę już dawno stracił — a tak naprawdę nigdy jej nie miał. Doprowadził do tego, o czym marzył — do skazania Santa Marii i nawet nie musiał zeznawać w sądzie. Teraz Carlos nie wychowa jego dziecka, owszem, Andrea być może pocieszy się w ramionach innego — Monteverde nie sądził, by dochowała wierności Santa Marii zbyt długo — ale przynajmniej nie będzie to Carlos.


Już w rezydencji siedzieli wszyscy w czwórkę i omawiali ostatnie zdarzenia.


— Niesamowite. Santa Maria siedzi w więzieniu — odezwał się Gregorio. — Nie sądziłem, że dożyję tak pięknego dnia.


— Stało się tak głównie dzięki Felipe. Musimy mu podziękować — odparł Raul. — Niby mogli go oskarżyć o to fałszywe nagranie sprzed lat i o to, że długo trzymał oszustwa Carlosa w tajemnicy, ale Felipe się wykręci. Powie, że był szantażowany i nawet nie będzie miał sprawy.


Barbara nie powiedziała nic. Miała dziwne wrażenie, że Santa Maria był niewinny, ale nie chciała sprzeczać się z synem. Zbyt dużo zrobiła, by się z nim pogodzić.


— Maribel, chciałbym z tobą porozmawiać — zwrócił się młodszy Monteverde do siedzącej obok dziewczyny. — Może wyjdziemy do ogrodu?


— Dobrze — odpowiedziała mu ze smutkiem w głosie. Domyślała się, że ta rozmowa nie będzie zbyt miła.


I miała rację. Gdy znaleźli się już pośród drzew, Raul obrócił ją delikatnie w swoją stronę i rozpoczął:


— Przyjaciółko… Stałaś przy mnie wiernie cały czas, odkąd pamiętam, byłaś przy mnie, szczególnie teraz, w tych okropnych chwilach. Dałaś mi wszystko, czego mogłem pragnąć. Teraz chcesz dać mi więcej, chcesz… — Raul westchnął. — Maribel… Ten pocałunek, wtedy, w szpitalu. On znaczył coś więcej, niż tylko przyjacielski całus, prawda?


Nie odpowiedziała od razu. Sama do końca nie wiedziała, czy to, co czuje, jest już miłością, czy tylko ogromnym przywiązaniem, ale domyślała się, że w jej sercu zaczyna rodzić się głębokie uczucie, dużo większe, niż do tej pory. Jak jednak miała mu to wyznać, skoro Raul wyraźnie tego nie chciał?


— Nie przejmuj się tym, najważniejsze, że osiągnęliśmy cel, że wygraliśmy z Santa Marią, a ty jesteś szczęśliwy — odpowiedziała zamiast tego.


— Nie mówimy teraz o rozprawie — zwrócił jej delikatnie uwagę. — Poza tym to był mój cel, zgadza się, ale nie twój. Ty byłaś przeciwna zemście, chciałaś, bym dał sobie spokój z tym wszystkim.


— Ponieważ cię znam. Wiem, że w środku nie jesteś taki. Cieszysz się z wyroku, ale tak naprawdę nadal kochasz swoją żonę… — mówiła ze smutkiem.


— Czy ją kocham? — zamyślił się Monteverde. — Nie wiem. Może i tak. Ale w takim razie jest to miłość powiązana z wielkim żalem i bólem. A taka szybko zgaśnie. Gdyby… gdyby zostało mi więcej czasu, być może nawet zainteresowałbym się kimś innym, ale w mojej sytuacji… Nie chcę cię skrzywdzić, Maribel. Zostało mi jednak tak mało czasu, nie potrafiłbym unieszczęśliwić żadnej kobiety wiążąc się z nią na kilka miesięcy przed śmiercią.


— A gdyby ona tego chciała? Gdyby bardzo chciała, nie bacząc na twoją chorobę? — wybuchnęła dziewczyna. — Dlaczego chcesz decydować za kogoś? Dlaczego nie pozwolisz tej kobiecie trwać przy tobie, jeśli ona tego chce?


— Tej kobiecie? Czy ona ma na imię Maribel? — zapytał łagodnie.


— Może i tak! — nie mogła już ukrywać tego faktu ani przed nim… ani przed sobą. Za bardzo był jej drogi, a ona miała tak mało czasu, by dać mu swoje uczucie! — Może naprawdę chodzi o mnie! Rozumiem, że czujesz się zraniony, że wątpisz po tym, co stało się między tobą, a Andreą, ale uwierz, nie jestem twoją żoną i nie postąpię tak, jak ona.


— To nie o to chodzi. Ja… nie mogę już ci nic oferować. Jedynie powolne konanie, będę pluł krwią, będę coraz słabszy, aż któregoś dnia umrę. Jesteś mi za bardzo droga, żebym skazał cię na taki los. Ta choroba zabrała mi wszystko jeszcze przed śmiercią.


— Nie musi tak być! Walcz, nie poddawaj się, żyj, pozwól mi wesprzeć cię i razem przejść tą drogę! — mówiła stanowczo, ale z rozpaczą, bo widziała, że Raul kręci głową.


— Nie, Maribel. Uwierz mi, byłbym szczęśliwy, gdybyś powiedziała te słowa wcześniej. Ale teraz, kiedy jestem chory… To nie ma sensu. Wiem, że to będzie trudne, ale zapomnij o mnie, proszę. Zapomnij i ulokuj w kimś innym uczucia… kimś bardziej tego wartym.


— Czy to, że jesteś chory, czyni cię niewartym miłości?


— Nie. Ale to, co zrobiła ze mną Andrea — tak. Sądzisz, że nie wiem, iż jestem okrutny? — nagle podniósł głos. — Że nie zdaję sobie sprawy, iż nie powinien pozwolić, by żal i rozpacz wzięła nade mną górę, bym cieszył się, że ona cierpi, bo Carlos poszedł siedzieć? Ale tak, cieszę się, sprawia mi to radość, jej ból, bo ja w głębi duszy cierpię jeszcze bardziej po jej odejściu! I przez jej postępek znienawidziłem Santa Marię i nie obchodzi mnie, czy naprawdę był winien, czy nie — teraz modlę się tylko, by dostał szkołę życia i wyszedł jako wrak człowieka!


— Nie poznaję cię, Raulu. Przecież wiedziałeś, że Andrea cały czas go kocha, a jednak wziąłeś z nią ślub. Czego oczekiwałeś? Że o nim zapomni i pokocha ciebie?


— Nie wiem, Maribel! — Monteverde uderzył pięścią w rosnące obok drzewo. — Nie wiem! Ale nie sądziłem, że przy pierwszej lepszej okazji z nim ucieknie! A on powinien uszanować mój związek! Wiesz, że miałem ochotę go zabić, ale nie będę brudził sobie nim rąk?! Dla mnie nie ma już miłości… i wybaczenia! Ani dla niej, ani tym bardziej dla mnie! — Po tych słowach odwrócił się i odszedł wzburzony.


Nie miała tu już czego szukać. Opuściła rezydencję sama, nikt jej nie odprowadził, zresztą ona sama też nie chciała z nikim rozmawiać. Raul Monteverde — tak dobry, taki przyjazny — pałał nienawiścią i mówił o morderstwie. Jej Raul… który nigdy nie był i nie będzie jej.


Antonio de La Vega wylegiwał się na łóżku w swoim nowym domu, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Felipe siedział obok, mówiąc w tej chwili:


— Chciałbym ci podziękować za to, co dla mnie zrobiłeś. Dla mnie, dla Viviany i dla Sonyi. Mogłeś wyrzucić nas stąd, a jednak możemy tu mieszkać.


— Wyrzucić? — De La Vega poprawił się na posłaniu. — W życiu. To przecież dzięki wam odzyskałem wszystko, jestem bogaty. Luis co prawda pewnie zostanie u Perezów, ale będę mógł sprowadzić tu matkę.


Felipe odezwał się dopiero po chwili.


— Matkę? Tą....niespokojną kobietę z chatki?


— Niespokojną? — powtórzył Antonio. — Ciekawe określenie. Ale tak, masz rację, mówię o niej. Przypomniałem sobie już wszystko, to naprawdę Veronica i chcę ją mieć przy sobie. Mam dziwne wrażenie, że ci się to nie podoba? — powiedział wolno właściciel posiadłości.


— Ależ nie, sprowadź sobie, kogo tylko chcesz — odparł prędko brat Carlosa. — Byłem tylko zaskoczony, bo… yyy… nie jestem pewien, czy taka zmiana nie wpłynie destrukcyjnie na jej poczucie bezpieczeństwa. Od wielu lat mieszka w chacie, być może… nie do końca zrozumie, jak należy…


— Felipe! — podniósł głos de La Vega. — Co ty insynuujesz? Że moja matka jest szalona? Może ma swoje dziwne zachowania, ale na pewno potrafi żyć wśród ludzi! Jeśli w jakiś sposób ją obrazisz… — Antonio wstał i patrzył teraz rozmówcy w oczy.


— Będę traktował ją z szacunkiem — obiecał Felipe ze złością, której nie okazał.


Dopiero później mógł wyżyć się do Viviany:


— Antonio to idiota! Przez niego będziemy musieli znosić tutaj wariatkę! On sprowadzi tu Veronicę!


— Veronicę? Tą kobietę z chatki? Czy sam oszalał? Nie zniosę brudnej żebraczki w moim domu!


— To już nie jest nasz dom, niestety. Jest własnością de La Vegi i może tu sprowadzać, kogo chce. To cena, jaką musieliśmy zapłacić na wsadzenie Carlosa do więzienia.


— Właśnie, Carlos. Czy on naprawdę jest winien?


— Viviano… — Felipe zbliżył się do niej i namiętnie pocałował w usta. — A co cię to obchodzi? Ważne, że zszedł nam z drogi.


Mężczyzna położył ręce na jej ramionach i ucałował ponownie.


— Teraz ty i ja… Poprosimy go o rozwód. Zgodzi się na pewno. Będziemy razem, tak, jak marzyliśmy. Chodź ze mną.


Była tak zafascynowana jego urokiem, że poszła prawie bezwolnie na górę, do swojego pokoju. Tam Felipe położył ją na łóżku i rozpiął sukienkę.


— Viviano… Pożądam cię. Tak bardzo, że nie zdajesz sobie z tego sprawy. Pragnę cię. Twego ciała — mówiąc to zaczął całować jej skórę — ciebie, twojej duszy… i serca.


— Masz to wszystko — usłyszał. — Wszystko.


Za kilka chwil nic nie mówili. Śpiew ich ciał mówił wszystko — byli dla siebie stworzeni — połączeni seksem, namiętnością… i czarnymi duszami.


Sonya zamknęła się w swoim pokoju i nie wpuszczała nikogo. Mario obiecał, że zadzwoni, kiedy się czegokolwiek dowie. Wiedziała, że jeśli Dolores Gambone zrobi cokolwiek, co mogłoby pomóc Ricardo, ona, Sonya, będzie musiała wyjść za obleśnego Mario. Zadrżała na samą myśl, że ktoś taki mógłby jej dotykać.


— Julio… Wybacz mi… — wyszeptała. — Ty wiesz, dlaczego to robię.


Bo przecież tak naprawdę nigdy nie przestała kochać Ramireza. Wciąż pamiętała, jak skonał praktycznie w jej ramionach, a ona teraz musi związać się z jego mordercą. Julio został tak straszliwie pobity, że zmarł kilka chwil po uwolnieniu, zdążywszy wziąć cichy, potajemny ślub z Sonyą. Nikt nie wiedział o tym fakcie, zresztą nikt się dowiedzieć nie powinien — to była sprawa tylko dziewczyny, Ramireza i księdza, który poświęcił ich związek. Księdza. Właśnie.


— Nie o to pytam. Chcę się dowiedzieć, po co oddajesz praktycznie wszystko, łącznie z własną przyszłością, dla geja. Nie dosyć, że geja, to jeszcze śmiecia, który napadał i kradł. — Pytanie Gracieli zawirowało jej w pamięci. A potem słowa samego Ricardo: — Jaką rzecz, Sonyu? Cokolwiek chcesz zrobić, pamiętaj, że to źli ludzie. A ja nie jestem wart takiego poświęcenia — widzę w twoich oczach, że zamierzasz coś poważnego.


Tłumaczyła mu wtedy, że jest wart, że nigdy go nie opuści. Że jest gotowa na wszystko, byleby tylko żył, że go potrzebuje. Tym bardziej, iż nadal trzymała list z tymi znamiennymi słowami „W ogień bym za Tobą wskoczył. Kocham Cię, Sonyu.”. Ale ślub z Mario? Unieszczęśliwi ją to na całe życia, będzie musiała znosić jego obecność, udawać, że go kocha, kłamać do matki, że oddała serce komuś tak podłemu, a potem łożyć na wychowanie dziecka, które będzie jej przypominać nie tylko postać Julio… ale i zdradę, jakiej chłopak się dopuścił.


Otworzyła jedną z dolnych szuflad mebla, przy którym stało łóżku i wyjęła zdjęcie Ramireza. Spojrzała na nie z czułością.


— Najdroższy… Krzywdzę cię swoim postępowaniem, wiem. Jeśli mnie widzisz, z pewnością przeklinasz, bo przecież Mario i Graciela mi cię odebrali. To oni zadali ci ból, to oni kopali, bili, aż w końcu zamordowali. Przysięgałam, że ci pomogę, że będę cię zawsze kochać, a teraz zdradzam. Bo to, co chcę zrobić, to jest zdrada — ciebie i naszej miłości. Kochałeś mnie tak bardzo, moje imię było twoim ostatnim słowem… — rozszlochała się na samo wspomnienie tych tragicznych chwil. — Prosiłeś, bym o tobie nie zapomniała… i nie zapomnę. Pozostaniesz w moim sercu — nawet, gdy ręce Mario będą dotykać mojego ciała i… — przerwała. — O Boże! — nagle cicho krzyknęła. — Ja nie chcę! Nie chcę zostać żoną Mario, nie potrafię! Za nic na świecie!


— Uważaj na nią, po prostu. Może cię zdradzić tak samo, jak Gregorio pana Francisca Velasquez, świętej pamięci zresztą.


Jak błyskawica znikąd słowa Pedra na temat Sonyi pojawiły się w umyśle Rodrigueza, ledwo tylko skończył się modlić. Nie zdążył się jednak nawet zdziwić, dlaczego mu się przypomniały i to akurat w tej chwili. Nie wiedział też, że w tej samej sekundzie jego przyjaciółka zrozumiała, że nie jest w stanie wyjść za Mario. I nawet nie czuł eksplodującego bólu w czaszce, kiedy Leopoldo Meier wymierzał mu potężny cios metalową pałką prosto w głowę.

Rozdział 93

Co się czuje, kiedy morduje się człowieka, gdy się wie, że swoim czynem pozbawia się kogoś największego daru od Boga? Jakie to uczucie, gdy jednym ruchem odcina się dopływ tlenu do serca, kiedy się patrzy, jak umiera inna osoba i to z naszej winy?


Leopoldo znał odpowiedzi na te pytania, bo często przeżywał coś podobnego. Dla niego to była ekstaza, radość, że jest panem czyjegoś losu, że rządzi długością czyjegoś istnienia. A dziś miał dodatkową przyjemność, bo od razu nie spodobał mu się ten „kurczaczek”. Przyjaźń, ha! Któżby chciał przyjaźnić się z takim szczurem, jak Rodriguez? I ci ludzie, którzy chcieli go uwolnić — chyba byli szaleni. Ale teraz i tak już to wszystko nie jest ważne — bowiem Ricardo jak szmaciana lalka spadł z ławki, na której siedział i teraz leżał zalany krwią na trawie spacerniaka.


Za kilka sekund zjawili się inni więźniowie, strażnicy, zbiegła się masa ludzi — Meier wiedział, że tak się zdarzy, był na to przygotowany.


— Ja… — roztrząsł się na zawołanie — ja nie wiem, jak to się stało… On się na mnie rzucił, bo odmówiłem mu spędzenia wspólnej nocy… Musiałem się bronić i…


— I walnąłeś go pałką? — sceptycznie stwierdził jeden ze strażników. — A skąd ją miałeś przy sobie, Meier?


— Jak to skąd? Zapomnieliście, że zostałem wyznaczony do remontu dawnego pomieszczenia strażników? To właśnie stamtąd, szedłem zwołać ekipę, bo stoimy z robotą.


— Fakt — odezwał się drugi mundurowy. — Meier ma za zadanie posprzątać w tej budzie.


— Niech ci będzie — odrzekł pierwszy strażnik. — Wracaj do celi.


Leopoldo uśmiechnął się pod nosem, zresztą widział, że pozostali osadzeni też mają świetną zabawę. Wszyscy, łącznie ze strażnikami, wiedzieli, co się naprawdę zdarzyło. Ale kogo obchodzi jeden więzień mniej i to z perspektywą krzesła? Teraz przynajmniej państwo oszczędzi na kosztach rozprawy… i prądu.


Tylko jeden z mundurowych, ten, który odbierał jakiś czas temu list do Sonyi od Ricardo, nachylił się na leżącym ciałem.


— Chwileczkę! — zawołał. — On jeszcze oddycha! — Po czym przez krótkofalówkę nadał komunikat o potrzebie interwencji służby medycznej.


— Zawsze byłeś opiekuńczy — rzucił z drwiną na odchodnym kolega z pracy. Za kilka chwil miejsce zbrodni opustoszało, pozostał tylko nieprzytomny Ricardo i strażnik pochylony nad nieszczęsnym Rodriguezem.


— Nic się nie martw, wyjdziesz z tego — mruknął na wszelki wypadek wartownik, gdyby jakimś cudem ranny go słyszał. Sam jednak nie wierzył we własne słowa — rana była głęboka, krew nadal się lała i była wszędzie wokół głowy. Uciekała tak samo szybko, jak życie z Ricardo. Za moment istnienie skazane od urodzenia tylko na ból zgaśnie jak świeca, której płomień się wypalił.


Graciela Gambone skończyła rozmawiać z matką i zadzwoniła do Sonyi. Przez długą chwilę nikt nie odbierał, aż wreszcie dziewczyna podniosła słuchawkę.


— Śpisz tam, czy jak? — zadrwiła Graciela. — Słuchaj, matka zgodziła się opowiedzieć wszystko przed sądem — nie, żeby chciała uratować tego gnojka Ricardo, ale namówiłam ją przedstawiając korzyści, jakie z tego na nas spłyną. Bardzo się śmiała, że Mario tak na tym skorzysta. Muszę tylko dowiedzieć się, czy na pewno jesteś gotowa zrobić to, co nam obiecałaś.


Odpowiedziała jej cisza.


— Halo? Sonya? Jesteś tam? Jeszcze możesz wszystko odwołać, powiedz tylko słowo, a przekażę matce, że stchórzyłaś.


„W ogień bym za Tobą wskoczył. Dla kogoś takiego, jak ty, polecę na Księżyc i z powrotem.”


— Gracielo… — odezwała się wreszcie Sonya martwym głosem. — Powiedz matce, że… że…


— Wyduś to wreszcie z siebie! — zirytowała się panna Gambone. — Bierzesz ślub z Mario, czy nie?


„Jeśli Graciela lub Mario zażądają ceny, którą będę w stanie zapłacić — czymkolwiek by ona nie była — to zrobię to, co mi każą. A jeśli będą chcieli za twoją wolność czegoś, czego nie będę mogła zdobyć, to i tak to zdobędę.”


— Tak, biorę. Wszystko jest aktualne — wykrztusiła Sonya i rzuciła słuchawkę, jakby ta ją parzyła. Teraz nie było już odwrotu. Przekreśliła własne życie dla kogoś, kto…


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 54.9