E-book
7.88
drukowana A5
36.24
Poezje wyszeptane

Bezpłatny fragment - Poezje wyszeptane

Część siódma oraz Nimfa


Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8440-106-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.24

ULICE OBLODZONE 2023 02 21 / 28

Ludzie pokonujący ulice oblodzone

Chodniki śniegiem zasypane

Przejścia nie odśnieżone

Zwałami bryi zabarykadowane


Służby jak zwykle zaskoczone

O zimie najwidoczniej nie pamiętają

Gminy powszechnie zadłużone

Jak to dzisiaj wszystko w nosie mają


Przechodnie jak na łyżwach się poruszają

Ostrożnie by upadku nie zaliczyć

Gdzie ci co przetargi wygrywają

Tylko na siebie można liczyć


Ostatecznie zima jest co roku

Więc dlaczego nie pamiętają

By posypać drogi po zmroku

Chodniki takoż oczyszczając


Politycy na każdym władzy poziomie

Tylko pianę zbyteczną wciąż biją

Wszyscy są mocni w dziobie

Choć tak jak my tutaj też żyją


Jak mały płatek śniegu

Potrafi życie ludziom uprzykrzyć

Spowolnić karierowiczów w biegu

Niekompetentnych upokorzyć


Kilka miesięcy tradycyjnie

Z małym śniegu opadem

Przewidywanym intuicyjnie

Tarmoszący się z transportu rozkładem


Miłośnicy letniego ogumienia

Kontroli nad trakcją nie mając

Pijane sprawiają wrażenia

W skrajnej głupocie trwając


Sople lodowe z rynien zwisają

Często kilku metrowe

Przechodniom zagrażają

Lawiny ciężkie dachowe


Na szczęście zima lada dzień odpłynie

Pewnie szybko ją zapomnimy

Wiosna lato jesień przeminie

I znowu lekcji na przyszłość nie odrobimy

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


PUNKT WIDZENIA 2023 02 21 / 28

Od wszech czasów wiadomo

Że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

I tym razem to udowodniono

W wersji spacerowego spojrzenia


Jeden świerk tuż przy drodze

Cały szyszkami obsypany

Ale dwa pnie na jednej nodze

Widok dość rzadko spotykany


Jak od południa spojrzysz

Tylko jeden pień widzisz

Jak spojrzenie z zachodu dołożysz

Rozdwojeniem jaźni się dziwisz


Drugi pień pasierbem zwany

Niczym druga osobowość

Tak jak człowiek schorowany

Który wspomnienia i marzenia w sobie gości


Obydwa pnie jakby wyrównane

Różnią się tylko szyszek ilością

Te południowe gęściej obsypane

Chełpiące się nasion mnogością


Ten po północnej stronie

Skromniej w te atrybuty zdobiony

Widać słońce w południowej koronie

Ma bardziej promień skupiony


Nieco dalej w podobnej scenerii

Innego gatunku choć też świerkowego

Dłuższe igły pewnie dla galanterii

Doznały losu identycznego


Tylko tu już szczyty oba obumierają

Strasząc swych czubków łysiną

Igły powoli z gałęzi zrzucają

Objawiając światu że giną


Drzewa jak ludzie chorują

Często młodzieńczych lat niedożywając

Szkodniki i zanieczyszczenia je redukują

Powoli żywicę z nich wypijając


Ludzie tuż obok przechodzą

Nieszczęścia drzewa niedostrzegając

Wzrokiem za pojazdami wodzą

Uwagi na nieszczęśnika nie zwracając

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


KUCHENNE GADANIE 2023 02 18 / 28

Fasola się wszem przechwalała

Nad bobem i grochem mając przewagę

Po kim to ona się nie wspinała

Swoimi strąkami przyciągając uwagę


Tu po płocie pchało ja zaciekawienie

Tam po tyczkach specjalnie ustawionych

Różnych zawijasów tworzenie

Zawsze w jedną stronę skręconych


Jakież to ona ma nasiona

Różnych wielkości kolorowych kwiatów

Jakże w świecie jest rozpowszechniona

W ileż się wciela kulinarnych smaków


Bób ją zgasił jednym spostrzeżeniem

Mając już dość jej przechwałek

Zawstydził pyszałka poniżeniem

Wskazując krzaczasty kawałek


A zwykła fasola przy mnie się chowa

Widać do skarlenia stworzona

Czy to na ziarno czy szparagowa

Jego nie dogania a już zakończona


Fasola swe wywody zakończyła

Cicho w woreczku się chowając

Do światowej dyskusji temat otworzyła

Pole do popisu wreszcie innym dając


Teraz już zwykle bez wywyższania

Ten i ów się wypowiadał

Dając innym szansę swojego poznania

Cały magazynek kuchenny się rozgadał


Kto z kim najlepszą parą będzie

Kto komu dodaje siły

I tak trwało to kuchenne przyjęcie

Aż się nasiona kompleksów pozbyły


Po cóż te wszystkie dyrdymały

Kiedy i tak trafią do gara

Czy kształt duży czy mały

Ugotowanie w zupie to nie kara


Posłużą za pokarm ludziom zgłodniałym

Nie ważne skąd mając pochodzenie

Prostym daniom czy doskonałym

Kulinarnej kultury tworzenie

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


KAPUŚNIAKI 2023 02 18

Zwykłe pierogi a tyle zachodu

Tak wiele przygotowań i czasu

Smak kapuśniaków za młodu

O co tyle rzekomo hałasu


Ba to nie sztuka byle co zrobić

Z jakiejś mąki czy kapusty

Trzeba arcydzieło stworzyć

By smak dania trafiał w wyszukane gusty


Zaczynając od głąba zwykłego

Najlepiej by nie był chemicznie goniony

Trzeba wiele kunsztu ogrodniczego

Rzekłbym że smak to bardziej złożony


Gdy nasz głąb do zbioru dotrwa

Trzeba go pieszczotliwie poszatkować

Musi to niestety potrwać

Zanim będziemy mogli jej posmakować


Ważne by w kamionce była

Lub starej beczce dębowej

By swym tempem się kisiła

W smacznej kompanii przyprawowej


Ciasto też ważna sprawa

Mąka najlepsza tortowa

Teraz może zaczynać się zabawa

Zagniatająco stolnicowa


\


Farsz z dodatkami lub bez gotowany

W wykrawane placki się chowa

Najczęściej palcami zagniatany

I pierwsza sztuka już gotowa


Jak takich kilka tuzinów zrobimy

Wodę możemy zagotować

We wrzątku pierożki topimy

Jak wypłyną można wyjmować


Niby takie proste czynności

Łatwo ozorem się mieli

Zdarzają się kulinarne niedogodności

Powód by inni z nas się śmieli


Źle zrobione lub rozgotowane

Każdemu się przydarzyć mogą

Ale jeśli udane ze smakiem zjadane

Z uśmiechem na twarzy nie z trwogą

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


ROZMOWY Z MATKĄ NATRĄ 2020 05 06 / 2023 03 02

Różnie jestem przez ludzi postrzegany

Gdy przemierzam ulice miejscowe

Pewnie przez jednych jako roztrzepany

Dla innych to schorzenie umysłowe


Bo jak zrozumieć kogoś takiego

Jako dziwaka nienormalnego

Kto mówi do psa swojego

Pozdrawia także zwierzaka cudzego


Zagada do kota zdziczałego

Gołębie słowem ciepłym pozdrawia

Przytuli głowę do drzewa starego

Połamane gałęzie poprawia


Z kwiatami zamieni słów kilka

Dla szczeniaka znajdzie czas

Dla jaszczurki też chwilka

Do jabłonki zagadnie nie raz


Takie moje dziwne zachowanie

Dla większości niezrozumiałe

Starych wierzeń roztrząsanie

Szeptuszeniem nazywałem


Czasy techniki nam nastały

Kto dziś się w czasie rozpływa

Szacunek tradycje postradały

Kto nowoczesność na pojedynek wyzywa


Dziś tylko komórki i laptopy

Bzdury za wyrocznię uznane

Najczęściej z tego kłopoty

Awantury i gary niepozmywane


Tu gierka tam polityka

Radio karmiące banałami

Odległy świat się potyka

Z naszymi szarymi komórkami


Nadmiar zbędnych informacji

Do fotela nas przykuwa

Sportowych czy innych rewelacji

A czas niestety ciągle zasuwa


Gdzie to realne na naturę spojrzenie

Życie z nią w zgodzie

Politykierów obietnicami zwodzenie

Opamiętaj się wreszcie otumaniony narodzie

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI

PO BURZY 2020 07 20 / 2023 03 04

Od południa słońce się przebija

Pomiędzy horyzontem a chmur nawisem

Powoli burza swój spektakl zwija

Kończony grzmotów odległym bisem


Na widok promieni świat się raduje

Resztki wody z siebie otrząsając

Owad śmiałym lotem wędruje

Kwiatu do zapylenia szukając


Uśmiech raźniej maluję lica

Dzieci radośnie skaczących po kałużach

Już prawie wyschła ulica

Wróble rozrabiają w różach


Lekki odpar tuż ponad ziemią

Resztki wilgoci ku górze unosi

Na gałęzi Cukrówki drzemią

Kos dżdżownicę grubą tarmosi


Życie powoli swoje tory zmienia

O ulewie zapominając

Słońce rozświetla nowe zdarzenia

O ciepłą oprawę spektaklu dbając


Kot ziewa się przeciągając

Futro z namaszczeniem liżąc

Ptaki chowają się cienia szukając

Ktoś się śmieje ulicą idąc


Mrówki zgubiony cukierek napotkały

Rychło posiłki ściągając

Słodycz do gniazda transportowały

Po drodze się prześcigając


Na trawie jeszcze perliły się krople

Niczym błyskotki magiczne

Błoto i trawy potworzyły groble

Spiętrzające potoki uliczne


Fontanny wody w górę tryskały

Ludzi i chodniki ochlapując

Kiedy koła samochodów w nie trafiały

Przechodniów niezmiernie irytując


Parasole już dawno pozamykane

Teraz jako balast niesione

Kurtki i kaptury pozdejmowane

Od razu miny rozweselone

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


POGOŻELISKO 2020 05 24

Młodej trawy zieleń szmaragdowa

Pogorzelisko zaczyna pokrywać

Czerń okopconych pni smołowa

Powoli zaczyna odżywać


Wielkie puszczy areały

Pożoga onegdaj zniszczyła

Ginął zwierz młody i stary

Młodników też nie szczędziła


Sterczały potężne kikuty okopcone

Drzew mocarnych starych i młodych

Czasami wewnętrznie wypalone

Często jednak już wywróconych


Dołem resztki konarów

I gałęzi niedopalonych

Z ognia niecnych zamiarów

Drzew w męczarniach utraconych


Wokół smród spalenizny

Swe wonie roznosi drażniące

Młode rośliny w odzyskiwaniu ojcowizny

Ku słońcu swe wątłe łodyżki prężące


Każdy krok pyłem ujawniany

Słońcem i kurzem znaczony

Srebrzystych drobinek wzbijany

Oddechu ciężkiego dręczony


Czy zwierz to tamtędy przechodzi

Czy wina to człowieka

Duch lasu wciąż dowodzi

Że na wielkie zmiany czeka


Może od nowa las tu zasadzi

A może kwietne łąki założy

Może do pól uprawnych doprowadzi

Lub osadę tutaj stworzy


Wędrowiec ten kraj przemierzając

Nagle przez ducha nawiedzony

Wytyczne bezgłośnie objawiając

Pomysłem został zauroczony


Wokoło się rozglądający

Ujrzał oczyma wyobraźni

Łan zboża falujący

Miast zgliszcz na jaźni

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


ŚWIEŻE LISTKI 2023 03 04

Świeże listki zielone w ornament składane

Kwiatu niepozornego białe drobiny

Niczym kokardki w zieleni pozawieszane

Koniczyny pod nogami się ścieliły


Nie ma plewy ni pośladu

Cała wieś nie trzyma się składu

Kury poślad by pozjadały

Nasienie chwastu wyeliminowały


Obkaszanie dojrzewającego łanu

Potem snopowiązałką koszenie

Stawianie snopków do składu

Na wietrze słońcu suszenie


Potem na fury ładowanie

Żyta Pszenicy Owsa Jęczmienia

Precyzyjne i równe układanie

Pole w ściernisko się zamienia


Konie ciężkie fury ciągnące

Furmani obok idący

Do stodół w spiekocie dążące

Ktoś z tyłu na wszystko baczący


Na sąsieki snopy zrzucane

Ktoś z wozu widłami podaje

Znów równo pod rząd układane

Złota ściana słomy powstaje


Łyk czegoś do picia ożywczego

Twarzy i rąk wodą ochlapanie

Kawałek ogórka małosolnego

Kromka chleba ze smalcem na podjadanie


I już s powrotem konie ruszają

By pogodę odpowiednią wykorzystać

Wyścigi z deszczem trwają

By wszystkie zbiory pod dach pozyskać


Konie nierzadko pianą pokryte

Ludzie słomą twardą pokłuci

Kilometry drogi odbyte

Już nigdy ten czas nie powróci


Wozy ciężarne po kamieniach terkoczące

Skrzypiąc i trzeszcząc się przemieszczają

Niczym okręty do doku wpływające

Cenny ładunek w stodołach pozostawiają

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


OCZEKIWANIE 2020 06 20

Deszcz bezustannie się lejący

Paraliż w podróży zaprowadzający

Kałużę błocka na trakcie czyniący

Waśliwość pomiędzy podróżnych wikłający


Mężowie nerwowo na zewnątrz zerkają

Chcąc już wyruszyć bo droga daleka

Dosyć siedzenia w bezczynności mają

Ten drzemie a tamten wciąż narzeka


Krople bębnią o gonty drewniane

Chlupią w kałużę nurka dając

Tłuką melodie nostalgicznie zaspane

W stróżki i strugi wzbierając


Kropierze na konie narzucone

Choć trochę przed deszczem chroniące

Smętne oczy w nieboskłon wpatrzone

Słoneczną tarczę do powrotu zaklinające


Strugi deszczu po zadach spływające

Woły flegmatyczne zewsząd zalewają

Powoli kopyta w błocie tonące

Suchego skrawka podłoża szukają


Wozy z towarem płachtami okryte

Na dalszą jazdę czekają uśpione

Kałużami wzbierają drogi poryte

Czekając na nogi obolałe i zmęczone


Już południe a oni uwięzieni

Drogi ni metra nie pokonawszy

Ciągłością opadów zaniepokojeni

Piją nerwowo do gąsiora się dobrawszy


To na rozgrzewkę i dla kurażu

Miód pitny w gardła wlewają

By ująć z duszy ciężar blamażu

Tylko spoglądają i na słońce czekają


Wreszcie ptaki odzywać się zaczynają

Ciemne chmurzyska lekko jaśnieją

Krople deszczu delikatniejsze się stają

Przebłyski na niebie nadzieją widnieją


Wróbel zmoknięty na parapecie przysiada

Piórka z nadmiaru wody otrząsając

Coś przy okazji po swojemu gada

Zapewne zmianę pogody zapowiadając


Potem odfruwa nie wiedzieć kędy

Odprowadzany podróżnych oczyma

Pewnie posłuży do nowej legendy

Kiedy na popas się wyprawa zatrzyma


Ktoś w ciemnym kącie lekko pochrapuje

Inny coś struga nożem w sęku

Tamten swych sił w fujarce próbuje

Ogólnie brak tu kobiecego wdzięku


Ten coś przeplata używając rzemienia

Ów ceruje jakieś opończe

Tamten coś nuci z rozrzewnienia

W koncie popiskują psy gończe


Wstają by wyjść na werandy dyle

To znów się kręcą miejsca nie znajdując

Raz ku przodowi idą raz zostają w tyle

Bezradnie poprawy pogody wypatrując


Ogień wesoło tańczy w palenisku

Radość i ciepło wokół rozsiewając

Uśmiech wywoła na zarośniętym pysku

Do pozytywnego myślenia zmuszając


Zawsze po deszczu słońce wychodzi

Choćby nie wiem jak długo padało

Cierpliwych ciepłem nagrodzi

Błogosławiących że powrócić się udało


Stary Woźnica słoninę kraje

Małymi porcjami połeć odcinając

Pomiędzy siedzących paseczki rozdaje

Wędzonki aromat wokół roztaczając

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


DZIĘKUJĘ 2020 05 24 / 2023 03 05

Dziękuję Menniczkowi za monety znajdowane

Szczęśliwie bo wcale nie szukane

Dziękuję Venie za słowa wyszeptane

Tak czule w me ucho wkładane


Dziękuję Leśnemu Dziadkowi za dary zbierane

Za te piękne grzyby odnajdywane

Za owoce sercem lasu wybarwiane

Za wspaniałe widoki oczom ukazywane


Dziękuję kwiatom za piękne kwitnienie

Za zapach odbierany serca drżeniem

Za bujne pod mą ręką wyrastanie

Za zaufania mej osobie okazanie


Dziękuję pszczołom za ich zapylanie

Za nektaru i spadzi żmudne zdobywanie

Za ciężkich przeciwności przezwyciężanie

Za łagodności żądłem mym dłoniom omijanie


Jest tyle rzeczy pomijanych

Naszemu wzrokowi umykających

Małych cudów niedostrzeganych

Do dzisiejszych standardów niepasujących


Czasami grzyby w lesie podeptane

O nieuwadze czy głupocie świadczące

Śmieci pośród drzew porozrzucane

Wzrok nasz dogłębnie kujące


Dzięki tym którzy chcą czytać

Moje Poezję Wyszeptane

Próbuje świat myślami przenikać

Ale obrazy zbyt często zamazane


Czasy paniki i zakłamania

Testu człowieczeństwa i inteligencji

Prawdy w obłudzie odnajdywania

Do stada baranów tendencji


Dzięki przodkom za język rodowy

Słowiański tak urozmaicony

Za ten bonus taki baśniowy

Ciepły i taki ukwiecony


Dużo by pisać czy gadać

By wszystkie wyczerpać tematy

Trzeba się z życiem dalej zmagać

Na spacer chce wyjść kudłaty

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


KURKI KURECZKI 2023 03 07 / 08

Pokłóciły się wróble z kurami

O to kiedy wiosna przyjdzie

Całe podwórko rozbrzmiewa krzykami

Na czyje racja wyjdzie


Kury stwierdziły że te są głupie

I jako małe takież mózgi mają

I zaczęła się awantura w grupie

Jedne drugim się odwzajemniają


Wróblom sekundowały Mazurki

Wiadomo że wzajem spokrewnione

Kaczki zaś wspierały kurki

Tylko gęsi jadły odosobnione


Indyki też nie dyskutowały

Amorami własnymi zajęte

Dzikie gołębie ziarnka podkradały

Jak zawsze ostrożne i przejęte


Kot najwidoczniej zobowiązany

Swoją przynależnością do podwórka

Chciał nie chciał zdeterminowany

Sięgnął po wróble piórka


Rozgonił całe zgromadzenie

Z wrzaskiem się unoszące

Domowe szybko opadły na ziemię

A dzikie szybko odfruwające


Sroka na gruszy krzyczała

Że gwałt rozbójniczy się dzieje

Lecz gromada kur już zajadała

Wiedząc że sroki to złodzieje


Białe gołębie domowe

W drób nielotny się wmieszały

Poświadczyć widać gotowe

Że stronę kolorowych kur trzymały


Tu złote ziarno rozsypane

Tam stracone pióra lecące

Jak codzień sceny odgrywane

Czy pada deszcz czy świeci słońce


Tyle z tych awantur nauki

Że gdy kury w garach lądowały

Po kolei co do sztuki

To wróble wciąż doskonale się miały

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


DOMEK WINEM OPLECIONY 2023 03 07

Domek stary winem opleciony

Z dala od dróg utartych

W gąszczu krzewów zagubiony

Kilka kamieni przez czas wytartych


Trawa na nich się rozpanoszyła

Prawie całą ścieżkę okupując

Dziurawa rynna się przekrzywiła

Podstawiony garnek oszukując


Kiedyś wodę do niego kierowała

Za starych czasów dobrych

Ale kiedy obejma się obluzowała

Wpada doń kilka kropli drobnych


Brak tu ręki ogrodnika

Bo ogród bardzo zaniedbany

Najwidoczniej z tego wynika

Że stary domek jest niezamieszkały


Tynk dziurawy łat liszajami

Kamienie w murze ukazuje

Na remont oczekujący latami

Trzmiele dziurami prowokuje


Jakąś najwidoczniej tu mieszka rodzina

Gniazdo w murze posiadając

Wątłej nici pajęczyna

Tkwiła obok na nieszczęśnika czekając


Przy murze mrówczy kopczyk

Kolejnych lokatorów afiszuje

Nagle jakiś złowieszczy syk

Zagrożenie nam oznajmuje


Błysk łuski i dźwięk paraliżuje

Cóż tutaj robi żmija

Najwidoczniej też tutaj poluje

W miejscu które ludzkość omija


Dobry to znak choć niebezpieczny

Wedle starych przykazań ludowych

Kiedyś warunek wręcz konieczny

Stawianie domu według wskazówek wężowych


Gad powoli się oddala

W kierunku lasu niedalekiego

Skrzypnięciem okiennica przyzwala

Na wejście do domku wiejskiego

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


DARY LEŚNEGO 2023 03 07

Tradycyjnie do lasu się wybierając

Zawsze coś słodkiego zabieram

Jako prezent Dziadkowi dając

Przychylność sobie wywieram


Najczęściej są to cukierki

Czasami jakieś ciasteczka

Jemu słodycz moje papierki

By udana była wycieczka


Zawsze półgłosem pozdrawiam

Gospodarzowi się kłaniając

Ktoś powie gusła odprawiam

Do średniowiecza się cofając


Ano każdy w co chce wierzy

Ważne by innym nie szkodzić

Człowiek z własnym losem się mierzy

Choćby za nienormalnego uchodzić


Grzyby nosić koszami

Czy choćby nieco w wiaderku

Jagody zbierać garściami

Czy szyszki przy świerku


Omijać zdradliwe zapadliny

By nogi nie uszkodzić

Nie mieć na twarzy pajęczyny

Węże z daleka obchodzić


Trafiać na słodkie jeżyny

Czy poziomkowe polany

Na sok zrywać maliny

Skarb Leśnego wciąż szukany


Jedni tylko niejadalne znajdują

Drudzy mają niebywałego farta

Pełnymi koszami irytują

Rywalizacja trwa zażarta


Ci odsprzedają tamci wekują

Kasę czy zapasy zyskując

Czasami daleko podróżują

Hobby w lesie odnajdując


Dary czasami już nadjedzone

A nawet zepsute robaczywe

Ważne że zapasy poczynione

I gesty nie fałszywe

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


PIĄTEK TRZYNASTEGO 2023 03 10

Uczepili się piątku nie wiedzieć czemu

Czarna łatkę mu przykleili

Tak samo jak kotu czarnemu

Diabelskie moce dołożyli


Trzynaste piętro jak zadżumione

Trzynasta dzielnica wynaturzona

Trzynastki ze zgrozą pomijane

Trzynastka niestety pogardzona


W dzienniku trzynastkę miałem

Zawsze uniku od szkoły szukając

I pewnie dlatego z pustego zeszytu czytałem

Lekcji zadanych nie odrabiając


Czarna koza diabelska

Czarna owca też zdeskrytowana

Biel to kolorystyka anielska

Zawsze prawa i zalecana


Kot ci ulicę przebiegnie

Trzeba obejść lub poczekać

Aż przejdzie kto nie wierzy w brednie

I nie będzie na czarnego narzekać


Dla mnie osobiście to szczęście

Radość na twarzy okazana

Nieznanej przyczyny nadejście

Może nawet przygoda wyczekiwana


Czarny charakter też potępiony

Za diabła wręcz uznawany

Liczbą sześćdziesiąt sześć oznaczony

Za wzór podłości wytykany


Bardzo lubimy zabobony

I pogardę bliźniemu okazywać

Choć niby człek wykształcony

Ciemnotę stadną przyzywać


Zmierzamy ku własnemu upodleniu

Im więcej wiemy tym gorzej

Podążamy ku zezwięrzęceniu

W aureoli pseudo bożej


Kolor czarny tak potępiony

Nie odzwierciedla tego wszystkiego

W postaci sutann jest uwieczniony

Jednak w odróżnieniu od białego

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


POGODOWA KRATKA 2023 03 11

Wczoraj tak pięknie było

Słońce nawet czasami świeciło

A dziś niestety się zachmurzyło

I śniegiem mokrym w twarze rzuciło


Pewnie poduchy wytrzepują

Do wiosny się szykując

Śmieci zaległe w kontach odnajdują

Z przechowywania ich rezygnując


Z pierzyn piórka opadają

W deszcz na ziemi się przemieniając

Podmuchy wichury je porywają

W przechodniów złośliwie ciskając


Tu wirują tam opadają

Ciśnieniu najwidoczniej podlegając

Prędzej czy później na ziemię padają

W nicość się rozpływając


A pantomima wciąż się odgrywa

Kolejne fale aktorów zsyłając

Wiatr w konarach złe moce przyzywa

Nie wiedzieć kogo udając


Tu o parapet stuknie cicho

Czy szybę złośliwie zmoczy

Wredny ten dzień jak licho

Jakoś zbyt wolno się toczy


Już południowa prawie pora

A zmiany żadnej nie widać jeszcze

Zimowa wszak to jeszcze zmora

I ciśnie wicher jak kleszcze


Za kołnierz wodę wlewając

Głowy za grzechy zmywając

Za włosy ludzi poszarpując

Znowu śniegiem w oczy rzucając


To siąpi to przestaje ranek cały

To się nasila to ustaje

Nawet ptaszyska się pochowały

A słońcu się pojawić nie udaje


Kiedy słońce zza chmur wychodzi

Nawet na chwilę się objawiając

Kilka minut po niebie brodzi

W radosnych twarzach się odbijając

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


NIEDZIELNE POPOŁUDNIE 2023 03 12

Rzeka po opadach przybrała

Niosąc wody wezbrane

Głośno się odgrażała

Że łąki będą zalane


Słońce jej nie słuchało

Jasnością las zalewając

Całkiem przyjemnie grzało

Radość w serca wlewając


Wietrzyk był nieco nadgorliwy

Pszczołom w lotach przeszkadzając

Nawet rzekłbym uciążliwy

Owady w ulach trzymając


Tylko nieliczne się decydowały

Wody zapewne szukając

Ciężkie warunki pokonywały

Powoli od ula się oddalając


Stare zeschłe liście szeleściły

Buty nieznośnie zaczepiając

Wyglądały jakby się żaliły

Na wiosnę cierpliwie czekając


Trawy się wiatrowi poddawały

W tańcu dając się prowadzić

W narkotycznym wirze się kłaniały

Nie mogąc nic na wodzireja poradzić


Na rzece ptaka nie uświadczysz

W powietrzu też nic nie lata

Nawet wron nie wypatrzysz

Pewnie wietrzysko je do ziemi przygniata


Pochowały się w ciszy

Piórka swoje oszczędzając

Człek nic konkretnego nie słyszy

Odniesienia jakiegoś szukając


Spokój na drodze panuje

Obiadowa to pora świąteczną

Tylko naród pszczeli pracuje

Tradycją swoją odwieczną


Znów się na przyrodzie skupiłem

Jej małą chwilę uwieczniając

Skończyłem pisać i się zamyśliłem

Niczego na później nie zostawiając

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


DZIWNE PODEJŚCIE 2023 03 12

Dziwne podejście do życia

Pisarze w swych strofach okazują

Tyle aspektów jest do odkrycia

A oni wciąż koloryzują


Myśl mnie nurtuje na spacerze

Czasami stanę gdzieś coś zapiszę

Lub sen myśl odbierze

Bądź pomysł zakłóca ciszę


O wszystkim można pisać

Do tematu powracać wiele razy

Sytuację gniewem podsycać

Tej samej postaci nadawać wiele twarzy


Jedno niebo a pomysłów krocie

Na chmur kolory czy kształty

Ich widok odbijający się w błocie

Krople deszczu odciskające na nich gwałty


Uderzają obraz rozbijając

Falami wzajem się kotłując

Raz za razem widok odmieniając

Swoim widokiem człeka dołując


Kwiaty podobnie się mają

Barwą i aromatem przyciągając

I nagle ot tak sobie przekwitają

O poprzednim pięknie zapominając


Z ludźmi też tak bywa

Jedni się nam objawiają

Nowych twarzy ciągle przybywa

Starzy znajomi często ubywają


Piszesz o przyrodniczych sprawach

Do polityki się nie mieszając

O tym co piszczy w trawach

Efektu końcowego nie znając


Może komuś to pisanie pomoże

W smutku odnaleźć ukojenie

Zapomni na chwilę o doktorze

Uśmiechem zatuszuje zmęczenie


Życie tak szybko przemija

Często wyboru nam nie zostawiając

Nasze plany w puch rozbija

W nos się nam naśmiewając

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


DOMOWY 2023 02 25 / 2023 03 12

Jest taki ktoś bliski choć nie znany

Ktoś kto szczęście rozdaje garściami

Gdzieś w mysiej dziurze schowany

Kto strzeże domu przed nieszczęściami


Domowy duszek Domowym zwany

Ktoś kto ma wszystko na głowie

W dobie nowoczesności odtrącany

Choć szeptem coś podpowie


Kiedyś niezmiernie szanowany

W podaniach różnych rozsławiony

Teraz niestety zapomniany

Siedzi za piecem zgaszony


Dziś inteligentna automatyka

Życiem domu niby kieruje

Czasami Chochlik coś styka

I to czy tamto psuje


Tu baterie już się wylały

Tam brakuje jedynie styku

Upodobania nam się zmieniały

Tradycję stawiając w zaniku


Teraz duszek zwierzęcą postać przyjmuje

W postaci kota czy psa mieszkając

Czasami na skrzydłach przylatuje

W papużki czy kanarka się zmieniając


Jako Wodnik w akwarium pomieszkuje

Czy jako jakaś jaszczurka

Do współczesności się adoptuje

Spogląda oczyma szczurka


Tyle możliwości mają skrzaty

Zwykłe życie obok naszego

Nowe gadżety i szmaty

A odrobina tęsknoty do starego


Im bardziej się starych czasów wypieramy

Odcinając się od zabobonów

Tym bardziej samotność odczuwamy

Brak radosnych kolorów


Szarość nas szybciej dopada

Choroby i inne zgryzoty

A Domowy na poduszce przy nas siada

Próbując odganiać nasze kłopoty

JAN JÓZEF ŁOZIŃSKI


SZNURY GĘSI 2023 02 20 / 2023 03 12

Sznury gęsi wiatrem porozrywane

Po kilka czy sztuk kilkanaście

Wichurą ku jezioru pchane

Wystraszone rozkrzyczane


Tu tuzin tam dziesiątka zaledwie

A tam ptak pogubiony strachem

Słychać je nocą jak i we dnie

Lecące nad wioską i lasem


Żuraw samotny w locie się żalił

Zapewne towarzystwa szukając

Krzycząc szybko się oddalił

Ku południowi zmierzając

Czy to młody partnera nawołuje

A może stary owdowiały

Nie wierzy że rodzinę odbuduje

Rozgoryczony i oszalały

Para łabędzi przeleciała

Kierując się na jeziora

Świstem skrzydeł uwagę zwracała

Choć południowa była pora

Wszyscy przechodnie głowy podnosili

Husarią powietrzną zaciekawieni

Lot olbrzymów śledzili

Może nawet obrazem urzeczeni

Trochę beznadziejnej pogody

Obserwacje ptaków przerwały

Śnieg z deszczem powracające chłody

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.24