E-book
24.57
drukowana A5
85.62
drukowana A5
Kolorowa
139.67
Poetica Historica. Studia kulturowo-etyczne nad kobiecością, tom II,

Bezpłatny fragment - Poetica Historica. Studia kulturowo-etyczne nad kobiecością, tom II,

pod red. Katarzyny Lisowskiej

Objętość:
758 str.
ISBN:
978-83-8245-025-5
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 85.62
drukowana A5
Kolorowa
za 139.67

Zamiast wstępu

Do lektury niniejszego tomu poświęconej perspektywie kobiet — człowieczej (razem tworzymy relacje, wszyscy ludzie), zapraszam krótkim cytatem z Dziadów Mickiewicza, bowiem w pierwszym tomie omówiłam zamysł publikacji szczegółowo, a teraz moim celem nie jest zasłaniać sobą przekazu zasadniczego. Zapraszam do zmierzania się z nim samodzielnie, a raczej odkrywania istoty treści — o cierpieniu, śmierci, ale także miłości, trwaniu i nadziei.

Katarzyna Lisowska, Zebrzydowice, 10.12.2020

katarzyna.lisowska90@onet.com.pl

Bez zmian zapraszam każdą zainteresowaną osobę do współpracy.

Posłuchajcie i zważcie u siebie,

Że według bożego rozkazu

Kto nie doznał goryczy ni razu

Ten nie dozna słodyczy w niebie

Adam Mickiewicz

Fot. Katarzyna Lisowska, barokowy danse macabre z klasztoru Ojców Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej

Hasłem przewodnim numeru jest niniejsza sentencja: „Zbytkiem słodyczy na ziemi jesteśmy nieszczęśliwemi” (Mickiewicz, „Dziady”)

Tom dedykuję wszystkim duchom (w tym umarłym dla świata), wierząc w ich porozumienie, jedność, wspólne przeznaczenie, a duchem jest każdy, ma go w sobie, nieprzemijającym…

Z niepublikowanych pamiętników Haliny Birenbaum

Pamiętnik 5

26.06.00

W samolocie do Polski. Z mężem tym razem. Nie spałam prawie całą noc i czuję się bardzo źle. Jestem śpiąca i zmęczona, w ostatnim tygodniu miałam moc pracy w domu.

Mamy się zatrzymać na dwa-trzy dni u Krysi, na Tamce. Zapraszała gorąco i bardzo szykowała się na przyjęcie nas. Z lotniska odbiorą nas urzędnicy kancelarii prezydenckiej. O godzinie czternastej otrzymam w rezydencji prezydenta Kwaśniewskiego Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski, do którego zostałam polecona przez Towarzystwo Opieki nad Majdankiem.

Prezydent Kwaśniewski zapamiętał mnie z mojego wystąpienia na uroczystości pięćdziesiątej piątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, objął mnie wtedy i pocałował ze wzruszeniem. Lidka, z działu fotografii w Muzeum Oświęcimia, zrobiła mi tak ważne, pamiątkowe zdjęcie.

Anna dzwoniła wczoraj z Polski, że zrobiło się tam zimno, a dyrektor Muzeum na Majdanku napisał o zorganizowaniu pobytu w Kuncewiczówce, w Kazimierzu Dolnym. Anna przyjedzie tam do nas, abyśmy nie byli sami i nie czuli się obco, czego zawsze się boję.

Kuba przez cały czas nie odzywał się, choć pisałam mu, że przyjeżdżamy do Warszawy i dzwoniłam do rodziców, by mu powiedzieli. Ma nową miłość i jest nią chyba całkowicie zaabsorbowany.

Zobaczymy jak się wszystko ułoży. Chcemy pojechać na kilka dni do Pragi. Ksiądz Piotr przyrzekł pojechać z nami swoim autem. Nie będę tym razem jeździć po Polsce z młodzieżą izraelską — wakacje! Ale wczoraj wieczorem (jak zwykle przed wyjazdem) byłam na spotkaniu w kibucu za Hajfą — wynik doskonały, co już nie jest żadną nowością, ale zawsze mnie jednakowo zadziwia i cieszy. Oby wszystko udało się tak dobrze także w Polsce!

Przepisuję teraz w domu swe czerwcowe zapiski. Szare, deszczowe popołudnie, w niedzielę 24 grudnia 2000, w Święto Bożego Narodzenia… Dotąd czekały w zapomnieniu. Może to symboliczne, że dziś akurat wróciłam do nich? Może czyjeś myśli skierowane akurat do mnie, z daleka, przyciągnęły mnie mimo woli? Wierzę w takie intuicje, czuję dziwną bliskość z ludźmi; nawet, gdy nie mam z nimi kontaktu. Rozmowa w sobie, w ciszy, poprzez pisanie, daje głębsze wejrzenie w rozmaite sytuacje, zrozumienie tego, co jest w ludziach.

Ale dość tych przypadkowych refleksji po czasie. Wracam do przepisywania z zeszytu.

12.07.00, godzina dwudziesta trzecia

W hotelu Rosvelt w Litomierzycach, w pobliżu Terezina. Piękne miasto, ale puste! Pogoda dopisuje, jasno i ciepło. Spacerowaliśmy, robiliśmy zdjęcia. Jutro z samego rana pojedziemy z księdzem Piotrem do Pragi. Czekam na to z niecierpliwością. Byłam kilka dni w Pradze w 1946 roku, podczas nielegalnej drogi do Palestyny (nie było jeszcze wtedy państwa Izrael i Anglicy, którzy tu wtedy rządzili, nie wpuszczali Żydów).

Kończę notatki z lipca, w autokarze, w Wilnie, 19 września, o ósmej trzydzieści, po dwóch godzinach snu. Jestem po rozmowie telefonicznej z mężem. Cóż za skok w czasie! Dzień jest szary, bezsłoneczny, zimny, po piekielnym upale, z którego wyjechaliśmy z Izraela… Powtórzę dawno napisane zdanie w wierszu: coś tak bardzo cieszy, coś tak bardzo smuci…

Nigdy przecież nie wiem, co mnie czeka w podróży? Wielu oczekuje mnie, okazuje serdeczność, przyjaźń, a w końcu bywa, że nie mam gdzie być po odjeździe grupy.

Basia powtarzała ostatnio mi i znajomym, że moja walizka jest większa ode mnie!… Było mi przykro i wstyd, zwłaszcza, że to nieprawda. Może drażniło ją coś innego we mnie i wyładowała się na mojej nieszczęsnej walizce?

Dziewiąta dwadzieścia. Byliśmy w kościele Piotra i Pawła. Piszę w Wilnie, w tym samym zeszycie, bo zostało w nim dużo pustego miejsca z podróży czerwcowo-lipcowej, polskiej i czeskiej. Intensywne wycieczki w Pradze, daleka droga i zwiedzanie — w drodze do Czech i z powrotem, do Polski. Nie było czasu na pisanie, więc teraz wykorzystuję miejsce i czas.

Pilotka litewska mówi po angielsku o historii Wilna i okolicach, po których jedziemy autokarem. Mijamy katedrę wileńską, kościół świętego Michała, pomnik Mickiewicza, twierdzę na pagórkach, kościół świętej Anny, w którym ponoć skupiali się przeciwnicy ustroju komunistycznego, rzekę Wilno. Panorama na stare miasto, kościoły katolickie i prawosławne, około stu synagog. Getto wileńskie z jego starymi, wąskimi uliczkami i Geniusz z Wilna. Długi przejazd przez miasto, przy niezbyt zrozumiałych i nieciekawych objaśnieniach pilotki. Młodzież prawie nie słucha. Objaśnienia są płytkie, niepełne, z silnym nastawieniem nacjonalistycznym.

Jedziemy do twierdzy Troki, a potem do Kowna. Ogromne jezioro i starodawne, dobrze utrzymane chatki, drzewa w złotych, jesiennych kolorach. Wychodzimy z autokaru, jest tu pięknie. Nasz izraelski przewodnik (Madrych), opowiada o życiu Żydów w przedwojennym Wilnie.

Wracamy do autokaru. Nasza młodzież marznie. Ja czuję się świetnie w tym klimacie, świeżo. Zwiedziliśmy zamek Witolda. Historia sprzed wieków, jakby we śnie… Dawna potęga brutalnych władców w ciszy przebrzmiałej chwały, w milczeniu śmierci i krokach zwiedzających, odremontowanych szczątkach. Jest czternasta, a na dworze ciemno jak u nas o osiemnastej… Idę po drewnianym mostku nad jeziorem Troki i rozmyślam o ludziach, którzy żyli tu kiedyś, o historii miejsca.

Czuję się obco w tej grupie, ale nie obchodzi mnie to. Przewodnik kazał mi usiąść w autokarze w drugim rzędzie, sam siedział w pierwszym. W zeszłym roku siedzieliśmy razem. Rozmawiałam dużo z kierowcą po polsku, może dlatego posadził mnie tym razem dalej…

Piszę trzymając zeszyt na kolanach, auto trzęsie. Ciekawe jak będzie z młodzieżą w dalszej drodze? Jak odbiorą moją opowieść? Czy zmienią się, gdy mnie poznaję bliżej? Ale to nieważne. Inne sprawy ciążą. Jednak dobrze, że pojechałam (o mały włos nie zrezygnowałam). Stosunek przewodnika od początku był dla mnie rozczarowaniem (znów krętactwo z biletem, jak w ubiegłym roku). Byłby dla nich niemały szok, gdybym zrezygnowała z towarzyszenia im w tej podróży…

Godzina szesnasta czterdzieści pięć

Tutaj już niemal wieczór. Jest mi smutno. Czuję się samotna, mimo że niektórzy pozdrawiają mnie słowem Szalom, gdy przechodzą obok.

Jestem rozczarowana, najbardziej z powodu przewodnika. Jakby stał się innym człowiekiem niż ten, którego poznałam, z którym zaprzyjaźniłam się w ubiegłym roku, na tej samej trasie. Żałuję, że pojechałam z nimi. Jak bardzo nie znam się na ludziach, mimo swej wyostrzonej intuicji! Nikomu też nie opowiem teraz o tym. Nie chcę więcej wypłakiwać się przed nikim. Mój mąż złości się na mnie, że się przejmuję różnymi ludźmi. On woli nie wgłębiać się i mieć swój spokój. To przecież tylko kwestia krótkiego czasu i wrócisz do domu, dlaczego się przejmujesz, co cię obchodzą ci ludzi? — napomina mnie z rozwagą. Obym wiedziała dlaczego!

Litewska przewodniczka mówiła kilka razy o młodych patriotach litewskich, bohaterach, którzy podpalili się na znak protestu przeciw władzy radzieckiej. Mówiła do nas po angielsku. Zapytałam ją czy zna takich patriotów-bohaterów, którzy się podpalili na znak protestu przeciw władzy hitlerowskiej? Powiedziała w złości, że nie rozumie mojego pytania. Powtórzyłam po rosyjsku. Odpowiedziała z wściekłością, że hitlerowcy palili ludzi i nic na to nie można było poradzić, a Rosjanie robili to samo co Niemcy. Dałam przykład powstania w getcie warszawskim i znów zapytałam: jeśli obie władze były jednakowo brutalne, może poda jakiegoś bohatera, który zaprotestował w jakiś sposób przeciw Niemcom? Odkrzyknęła mi, że nie ma takiego.

Potem, w kawiarni, do której zaprowadzili nas niby coś zjeść (bo niczego nie zamówili, prócz marnej zupki, a ja tylko herbatę), przewodnik zwrócił mi uwagę, że dziś jest dzień turystyki, a nie Shoah i my korzystamy z usług litewskiej pilotki. Była to ostra aluzja do tego, że ją zdenerwowałam. Odpowiedziałam, iż mam prawo zadawać pytania także w dzień turystyki…

Przewodnik zmienił swe poprzednie podejście do podróży. Robi teraz to, co mu się opłaca, co służy jego interesom. Szkoda, że i ja będę mu służyć swoim opowiadaniem. Przeszedł ostatnio przeszkolenie jak oprowadzać po miejscach martyrologii Żydów i otrzymał z Yad Vashem oficjalny dyplom profesjonalisty. Jeździ niemal co dwa tygodnie z różnymi grupami, które dobrze mu płacą i bierze sobie do pomocy miejscowych pilotów. Wybiera tańszych, aby mu się bardziej opłacało. Chwilami jest wprost cyniczny. Ale cóż mi do tego… Ale przykro zauważać te zmiany, trudno było mi wydać czterysta pięćdziesiąt dolarów za lot do Polski, w sprawach moich publikacji.

Może lepiej nie wracać w te same miejsce z tymi samymi osobami? Dobre wrażenia bywają zazwyczaj niepowtarzalne. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie drastycznych zmian w zachowaniu się. Być może okazywane początkowo dobro jest tylko wyrachowaniem? Może ja zawiniłam w czymś i spowodowałam zmianę na gorsze? Zawsze w takich wypadkach szukam winy w sobie. Albo są inne powody, których nie mogę odgadnąć, wcale niezwiązane ze mną? Jest mi z tym źle i coś buntuje się we mnie. Najchętniej nagadałabym mu, zerwała kontakt. Ale to niemożliwe. Zapłacili za mój bilet, hotele, ubezpieczenie zdrowia, jestem wynajęta na dziesięć dni. Po ich odjeździe wszystko będzie inaczej. A teraz jeszcze jedna nauczka…

Grupa wróciła ze spaceru po starym mieście i rynku Kowna. Zostałam w autokarze i przez cały czas pisałam. Długi czas minął jak chwila. Gorzej byłoby, gdybym wpadła w depresję, a z dala od domu, w obcym kraju i wśród obcych ludzi nietrudno o to. Przewodnik widzi, że ciągle coś piszę i chyba myśli, że Bóg wie co szpieguję, tak pilnie piszę, by potem przekazać Polakom… Wobec tego dlaczego wziął mnie w podróż?

20.09.00, godzina ósma

W autokarze. Wyjazd z hotelu Neris, z Kowna. Szaro, ciemnawo na dworze. Tej nocy spałam aż sześć godzin! Przed kolacją udało mi się rozładować napięcie między mną a przewodnikiem i teraz jest lepsza atmosfera. Podejrzenia związane z moim pisaniem nie były słuszne. Ale powiedziałam mu wprost, co o nim myślę. Nie mogłam się opanować. Zaczął się gęsto tłumaczyć, że ma więcej obowiązków, a nauczycielki nie pomagają mu. Nie brakło mu pretekstów. Pod koniec powiedział z żalem: ty nie polegasz na mnie, czyli nie ufam mu… Jakby czekał na zaprzeczenie. Lody pękły nieco.

Bywa, że gdy piszę lub myślę źle o pewnych osobach, nagle ukazują mi jakąś dobrą stronę siebie. Chciałoby się wtedy skreślić poprzednie notatki…

Dojechaliśmy do Siódmego Portu, skąd zagnali wszystkich Żydów z Kowna do Dziewiątego Portu i rozstrzelali.

Litewska pilotka unika mnie jak ognia. Nie przyszła z nami, nie wyszła z autokaru. Ciągle starała się opowiadać o kobietach litewskich, które przekradły się do kolumny wyprowadzanych na śmierć Żydów, zabierały dzieci od matek żydowskich, aby je uratować.

Przewodnik pokazywał zdjęcia tłumu Litwinów wiwatujących na cześć wkraczających wojsk niemieckich i znęcających się nad ludnością żydowską. Była w nich odpowiedź na przyczynę złości pilotki względem mnie i mych pytań. Ale dlaczego nasz przewodnik rozzłościł się moim pytaniem, skoro tak dobrze wiedział o stosunku większości Litwinów do Żydów?!

Każdy ma swe złe i dobre strony. Zależy tylko, ile jest tych pierwszych. Które przeważają? Ale i tego nie można uogólniać. Człowiek jest nieprzewidywalny. Reaguje różnie w powstających sytuacjach, ukazuje inne swe oblicza.

Nauczycielki w tej grupie są skromne, nie są władcze. Ale nieciekawe, zimne, suche, wychowane w kibucowym kolektywie. Na szczęście nie drażnią. Słuchają, oglądają — i tyle. Jedna jest w ciąży i nie rozumiem jak się wybrała w tym stanie w podróż. Chciała pewnie być oryginalna, bohaterska. Druga nie jest mężatką, ale ma żonatego przyjaciela… Jestem znów złośliwa.

Jedziemy do Dziewiątego Portu. Po drodze cały czas przejeżdżaliśmy obok nędznych, drewnianych chatek. Przed wojną mieszkała w nich biedota żydowska, potem należały do getta.

Dziś jest już dzień tematu Shoah, według wczorajszego podziału profesjonalnego obecnie przewodnika. Dlatego wczoraj nie wolno mi było pytać pilotki litewskiej o ewentualne wyrazy protestów przeciw zabijaniu Żydów…

Nie jest tak zimno jak wczoraj, ale szaro. Wrócimy jeszcze do Wilna w związku z tematem Shoah. Znów do hotelu Lituania. Co noc inny hotel, można oszaleć! Piszę przez cały czas w autokarze. W hotelu ciągle przewracałam rzeczy w walizce i torbach… Staram się ułożyć je jakoś, by równoważyć ciężar. Chłopcy dźwigają wszystko z autokaru do mego pokoju w hotelu i z powrotem. Przewodnik wyznaczył do tego celu dwóch chłopców. Sami nie zaofiarowaliby się. Jeden robi to z życzliwym uśmiechem, rozmawia ze mną, drugi jest sztywny i milczy jak posąg. Mój mąż dzwonił wczoraj z samego rana.

Nie zanotowałam, że na granicy getta Kowna znajdował się budynek, w którym mieścił się sierociniec litewski. Ukryto tam kilkoro dzieci żydowskich. Budynek stoi do dziś.

21.09.00, godzina dziesiąta

Już w Polsce!

Przejechaliśmy granicę. Litwa za nami. Piękny słoneczny dzień, droga między lasami, wśród jezior. Trudno oderwać oczy od widoków i pisać. Radość wypełnia serce — z niczego osobistego, jedynie od jasności i piękna natury. Mimo wszystko na szczęście bywają i takie chwile.

Wczoraj, w Dziewiątym Porcie, też było słonecznie, wiał przyjemny wiaterek gdy szliśmy. Chodziłam szybko za młodzieżą, sama. Rozmyślałam jakby w oderwaniu od dzisiejszego świata. Zwykle, gdy docieramy do miejsc, w których dokonano najstraszniejszych masakr, natura ukazuje się w swych najpiękniejszych kolorach, w blaskach… Jakby chciała przykryć swym pięknem wszystko co straszne i dowieść, że świat w swej pełni jest wspaniały. Ludzie obrzydzają go swym demonizmem. Nie wiem, co jest potężniejsze: rzeczywistość ludzka czy złudna piękność natury? Często sama sobie wydaję się złudą, w różnych moich sytuacjach życiowych i przeistoczeniach.

Niewygodnie mi pisać, a chciałabym tyle jeszcze zanotować. Potem będę zbyt zajęta i zmęczona. Mieliśmy przystanek, można było się przejść po świeżym powietrzu, w słońcu. Wieczorem wpadłam nagle do hotelowego pokoju. Przewodnik podał mi klucz bez słowa, patrząc gdzieś poza moją głową, jakby mnie w ogóle nie widział. Odstawiłam walizki i wyciągnęłam się na łóżku. Zaczęłam przeżywać zmiany, jedne po drugich… Byłam oburzona na cały świat, a głównie na siebie, bo każdemu wierzę. Jak mi ktoś okaże trochę dobra, jestem w niebie, a gdy się odmieni, zapadam się. Jednak po chwili powiedziałam sobie, że trzeba się uspokoić i spojrzeć na wszystko inaczej. Mówiłam do siebie w duchu, jak do kogoś obcego, młodszego, którego muszę pouczać… Jutro będzie lepiej… Trzeba iść na kolację, odświeżyć się, przebrać i pokazać zadowoloną twarz. Wszystko uprzejmie wyjaśnić, albo udawać, że nic się stało, być jak zawsze. Wstałam, umyłam się, uczesałam, przypomniałam sobie własny uśmiech z filmu, który nagrano ze mną w Yad Vashem. Jest lepszy od różnych słów. Zadzwonił telefon. Przewodnik pytał jak się czuję, czy chcę z nim zejść na kolację…

Staram się słuchać uważnie jego wyjaśnień, chwalę gdy są dobre i zwracam mu ostrożnie uwagę lub podpowiadam, gdy pomija czy nie zna ważnych szczegółów.

Okazało się, że młodzież odebrała mnie doskonale podczas mojego pierwszego spotkania, wieczorem, w kibucu przed wyjazdem. Jak widzą, że chcę coś powiedzieć, natychmiast gromadzą się wokół mnie, wszyscy i słuchają w skupieniu. Czuję się bardzo swobodnie wśród nich, choć niewiele rozmawiam. Wszystko zacznie się dopiero jutro, na Majdanku. Tam będzie moja kolej na opowiadanie (już wyłącznie temat Shoah, nie turystyka…). Udało mi się uzgodnić spotkanie na Majdanku naszej grupy i młodzieży szkolnej z gimnazjum lubelskiego. Nie było łatwo, ale przewodnik zgodził się, jeśli odbędzie się krótko i z ograniczoną liczbą Polaków. Boją się wrogości ze strony Polaków. Pytali mnie, czy nie grozi im niebezpieczeństwo podczas spotkania się z nimi? Wciąż mówi się przecież o nienawiści Polaków do Żydów, o antysemityzmie. Pragnę, by przekonali się o czymś innym. Zdążyłam z samego rana, po przejściu granicy litewskiej. Zadzwoniłam do dyrektora Muzeum na Majdanku, Balawajdera i ustaliłam szczegóły. Tak się cieszę! Dzwoniłam też do Oświęcimia do Basi. Znów wszystko jest tak blisko!

Nieustannie świeci słońce, ciepło, aż usypiająco. Wstaliśmy o trzeciej trzydzieści nad ranem, o czwartej wyruszyliśmy w drogę. Nie napisałam o wczorajszych wrażeniach z Dziewiątego Portu, o kaźni w Ponarach. Muszę opisać to koniecznie, ale teraz nie mogę.

Białystok, 21.09.00, trzynasta piętanacie

Byliśmy w Mac Donaldzie, teraz ruszamy do Lublina. Oprócz centrum miasta nie widzieliśmy w Białymstoku niczego. Szkoda, skoro już jesteśmy po tylu godzinach jazdy z Wilna… Ale taki plan.

Wracam do wczorajszych wrażeń, których nie notowałam. Postanowiłam tym razem wszystko zapisywać od razu, a nie wyłącznie polegać na pamięci. Potem w domu tak często odtwarzam i nie zawsze mogę się skłonić do pisania.

Wczoraj w Wilnie był — według planu przewodnika — dzień wspomnień Holocaustu, a nie turystyki. Wolno było (trzeba było!) mówić o zagładzie Żydów z Wilna i Kowna, o Ponarach. Przedtem zwiedzaliśmy Dziewiąty Port. Na dziedzińcu fortecy rozstrzeliwano Żydów z kowieńskiego getta, a zwłoki wrzucano do dołu i palono. Wykonywali to na początku rosyjscy jeńcy, a potem musieli to robić sami Żydzi, więzieni w celach fortecy. Garstce więźniów udało się uciec, ale tylko nieliczni ocaleli. Ktoś z młodzieży zadrwił, że to więzienie jest absurdalne… Nie potrafił zgłębić grozy. Opowiada się im o okropnych zbrodniach, jakby miały miejsce w czasach prehistorycznych, bez uczuć, próby zrozumienia ówczesnej sytuacji, cierpień. Może i lepiej zwiedzać te miejsca jak inne pozostałości z dawnych czasach, bez emocji? Może źle robię wzbudzając tyle uczuć, łzy, utożsamienie? Przesadzam z wdrążaniem się w ich w pamięć i serca?

Niemal wszyscy piloci i historycy podają te fakty sucho, jak z zamierzchłej przeszłości. Statystyka mordu, śmierci! Dla mnie i poprzez mnie to wszystko jest wciąż żywe, jakby zdarzyło się wczoraj. I tak to odbierają słuchacze, nieważne jacy są, ile mają lat. Kto mnie usłyszał nie zapomni.

Zaczęłam o Wilnie, o Ponarach i znów mówię o sobie, jestem niepoprawną gadułą.

Chodziliśmy po wąskich, schludnych dziś uliczkach dawnej męki i śmiertelnej ciasnoty wileńskiego getta (z początku zagłady Żydów tutejszych i z okolicy). Przewodnik opowiadał o tym dość ciekawie, ale nie dogłębnie, monotonnie, nie wzbudzając wzruszenia. Młodzież przeważnie nie przysłuchiwała się i ciągle musiał upominać się o uwagę. Przed budynkiem szpitala poprosił, abym opowiedziała o swej znajomej, o Lusi, jej straszliwym spotkaniu tutaj, wtedy z morderczym esesmanem Kitlem. Opisałam na jej prośbę o tych przeżyciach i opublikowałam w książce Wołanie o pamięć. Część młodzieży siedziała na trotuarze, po drugiej stronie uliczki, ale gdy zaczęłam opowiadać, natychmiast wszyscy się zerwali i okrążyli mnie ciasnym kręgiem, by nie stracić ani jednego słowa z mej opowieści.

Padał deszcz, gdy stanęliśmy nad dołami w lesie, wśród drzew w Ponarach. Niemcy rozstrzelali tutaj 100 000 ludzi, w tym 70 000 Żydów!

Wiele słyszałam o wywożeniu Żydów na rozstrzał w Ponarach, ale zatkało mnie wprost, gdy sama ujrzałam te doły. Nie wierzyłam własnym oczom, że to na prawdę było!

Młodzież uczciła te niesamowite miejsca wzruszającymi deklamacjami, pieśniami, zapalaniem zniczy nad dołami. Była poważna, ale nie wiem czy smutna… To przecież było dawno, dawno… Nie dotyczy ich ani ich bliskich. Wyobraźnia jest zbyt biedna, by uprzytamniać ogrom popełnionych zbrodni! Może lepiej tak, bo inaczej nie można by było przyjeżdżać do takich miejsc…

Litewska pilotka była wciąż z nami (Ponary to wszak zabytek historyczny…). Znalazła w lesie jakiś rzadki, szczególnie trujący grzyb i objaśniała dziewczętom jego niezwykłe właściwości. Powiedziałam do jednej z nauczycielek, że chyba zna się wyjątkowo dobrze na truciznach, a przydałoby się poznać więcej historii o dokonanych tu mordach. Przewodnik pokazał pilotce wielkie zdjęcie Litwinów entuzjastycznie witających wkraczające wojsko niemieckie.

Widocznie też już zdenerwował się na nią i poszedł moim śladem, choć z pewną uprzejmością, na którą mnie względem niej nie było stać.

Wieczorem w hotelu pożegnała się z nami. Powiedziała, że było jej miło z nami i wiele się od nas nauczyła, potem wskazała na mnie, kierując szczególne życzenia dla tej Lady, która przeżyła wszystkie getta i obozy… Pomyślałam, że podam jej rękę na koniec, ale ona szybko odwróciła się ode mnie i uciekła. Gdyby życzenia były szczere, nie uciekłaby, a ja o mało wybaczyłam…

W Ponarach przewodnik logicznie wyjaśniał procedurę zwożenia i zabijania Żydów w leśnych dołach. Pociągi docierały niemal do samego lasu. Niemcy wyganiali swe ofiary z wagonów, nad dołem kazali rozbierać się do naga, schodzić do dołów od niższej strony, aby za nimi i nad nimi zostało miejsce dla następnych rozstrzeliwanych… Mógł wydawać się dziwny fakt, że słysząc strzały, a potem już widząc dokładnie co ich czeka za chwilę, Żydzi nie uciekali i wykonywali do końca wszelkie rozkazy.

Przeżycie jak to na Umschlagplatzu, w getcie warszawskim, na Majdanku, w Auschwitz. Wiem jak niemożliwa była wtedy ucieczka, czego dziś wielu nie może pojąć. Nie było dokąd uciekać, oprawcy byli wszędzie. Wyrok śmierci był nad wszystkimi, nie do uniknięcia!…

Gdy młodzież wracała w rozproszeniu do autokaru, opowiedziałam przewodnikowi o swych odczuciach z Wtedy. Szliśmy razem. Pragnęłam zmienić atmosferę statystyki w coś namacalnego, realnego.

Wtedy, w chwilach o krok od śmierci, czułam dogłębnie, że już nie należę do tego świata, jestem w jakimś sensie ponad nim, u kresu wszystkiego. Chciałam wykonać każdy rozkaz, bo każdy dalszy krok to jeszcze jedna chwila życia, w przedziwnym oderwaniu, w uniesieniu, w odczuciu potęgi ostateczności. Dopóki jeszcze dokądś idziesz, oddychasz, słuchasz i wykonujesz rozkaz, unikając bicia i znęcania się, jesteś jeszcze na tym świecie, żyjesz, czujesz swe człowieczeństwo, już jedynie właśnie to! Chwila między życiem a śmiercią to jakby poczucie wstąpienia w wieczność, a nie zryw ucieczki. Jest to ponad słowami. Z tym się chyba odchodzi. Otulasz tym człowieczeństwem (czy jego nikłym strzępem) swą nagość, strach, rozpacz, kogoś najbliższego, dziecko. Zakrywasz sobą czyjąś twarz, oczy przed widokiem najgorszego, strzelającego esesmana i wpadasz (czy unosisz się) w milczenie i niemilknący krzyk wieczności, która zagarnia wszystkich kiedyś, ale nie w tak straszliwych okolicznościach…

Wykonanie rozkazów nad grobem nie jest tchórzostwem, upokorzeniem, jest siłą dojrzewania do nieunikniętego losu, od którego nie ma ratunku. Przerośnięcie go i samego siebie, pogodzenie się z nim i przyjęcie tego, czego nie da się ominąć. Zrozumiałam wtedy to niepojęte, przy moich dwunastu, trzynastu latach…

Przewodnik słuchał mnie uważnie, odpowiedział jednak, że o tym może wiedzieć tylko ten, kto sam to przeżył. Myślę, że każdy człowiek może zrozumieć, gdy mu się potrafi opowiedzieć. Chciałabym, żeby to wyjaśnił młodzieży, ale nie zrobił tego, ani mi nie kazał.

Było mi trudno wejść w odczucia, skrystalizować je i opisać. Ale wydobyłam z siebie! Zawsze najpierw pragnę uciec od głębszych refleksji, a gdy je opiszę, czuję ulgę, zwycięstwo nad niemocą, nad wszystkim wydającym się niemożliwym. A to jest wspaniałe.

Dochodzi szesnasta. Jesteśmy jeszcze w autokarze. Słońce nadal towarzyszy. Jestem zamroczona swym pisaniem. Nie mogę się dziś oderwać, a to dawno mi się nie zdarzyło. Są we mnie różne myśli i odczucia, nie dają mi spokoju. Gdzie ucieknę od nich raz na zawsze? Chyba w śmierć, o której myślę ostatnio bez lęku i — sama nie wiem dlaczego — chwilami wprost czekam na nią. Ach piszę głupstwa, ale to prawda. Żyję tak intensywnie, a jest we mnie śmierć, mieszka sobie we mnie i czeka. Obie czekamy na siebie. Już tyle, tyle lat! A zarazem jaki to niesamowity dar, że dotąd jestem zdrowa, sprawna, słyszę dobrze, widzę dobrze, myślę jasno, nieźle wyglądam, mój głos jest nadal dźwięczny jak dawniej. Jestem przydatna ludziom, działam nawet więcej niż przed laty, gdy byłam młoda. Nie wiem jak się to dzieje po tylu strasznych przeżyciach i przy mojej wrażliwości. Jak bardzo powinnam być wdzięczna za to losowi!

Zrobiłam mimo woli rachunek ze swego życia, a wydaje mi się, że wszystko dopiero przede mną. Tak wiele jeszcze do podźwignięcia!

22.09.00, godzina szesnasta czterdzieści

W drodze do Tarnowa. Wczoraj był tak długi dzień! Zwiedzaliśmy jeszybot w Lublinie i stary cmentarz żydowski. Byłam zmęczona, nie mogłam znaleźć niczego w walizce, w torbach, ponosiły mnie nerwy. Dzwoniłam do Oświęcimia. Znów chmura.

Położyłam się spać o północy, ale wciąż się budziłam. Już o czwartej zaczęłam się ubierać i szykować do dalszej drogi. Oby zmiana samopoczucia nie przeszkodziła mi podczas wystąpienia przed młodzieżą na Majdanku! Jednak kiedy wchodzę w świat swych wspomnień, gdy je wydobywam z siebie, wznoszę się ponad bieżące zmartwienia, oddalam się od aktualnych spraw i otaczającej rzeczywistości. Mieszam ją z tą dawną, z Wtedy i staję się naprawdę niezwykle silna.

Spotkanie z młodzieżą polską i dyrekcją Muzeum na Majdanku było bardzo udane. Dyrektor i nasz przewodnik pozdrowili w pięknych słowach polską i izraelską młodzież, zapraszając do współpracy w upamiętnianiu Holocaustu i przyjaźni. Polscy uczniowie i wychowawcy powitali nas kwiatami, towarzyszyli w zwiedzaniu obozu. Służyłam za tłumacza z polskiego na hebrajski i na odwrót.

Opowiadałam obok komory gazowej o oderwaniu od matki, o nocy spędzonej w tej komorze… Wszyscy słuchali mnie bez szmeru, wstrząśnięci do głębi. Młodzież polska była wpatrzona we mnie, płakała, jakby rozumiała o czym opowiadałam po hebrajsku. Czytała w moich oczach, gestach, wyczuwała w głosie. Potem fotografowali się z nami, wymieniali między sobą drobne pamiątki i adresy. Był to mój sukces, ja zorganizowałam!

Zwiedzanie Majdanka trwało pół dnia, potem pojechaliśmy do Zamościa, zwiedziliśmy Rynek i teraz jesteśmy w drodze do Tarnowa. Nocleg będzie w hotelu w Tarnowie, z uroczystym wieczorem szabatowym, z kolacją.

Dzwoniłam do redaktora „Więzi”, opublikują mi trzy wiersze; jeden ostatnio napisany, nie napisałam po nim jeszcze żadnego… Ucieszyłam się bardzo. Zrobiło mi się dobrze na duszy. Dzwoniłam też do Basi, by opowiedzieć o dobrych nowinach.

23.09.00, siódma trzydzieści

Wyjazd z Tarnowa. Przewodnik opowiada młodzieży, jakim pięknym miastem jest Tarnów… Nocowaliśmy w jakimś starym hotelu i niczego nie zwiedzaliśmy. Jest szaro i zimno na dworze. Stare piękne domy obok brzydkich jak klatki bloków z okresu komuny i dwa stare, olbrzymie kościoły. Wspomniałam księdza Piotra, jego ciekawe objaśnienia o starych zabytkach, atmosferę ciszy i wzniosłości, które im towarzyszyły.

Wczoraj wieczorem naszła mnie jakaś wewnętrzna radość, bez żadnej przyczyny. Chciało mi się przymierzyć inne kolczyki, bluzkę. Jednak nie trwało to długo, bo nagle spostrzegłam, że jest późno, a mąż nie dzwonił jeszcze.. Pomyślałam, że ogląda mecz i zapomniał o mnie… Okazało się, że nie mógł się dodzwonić do Tarnowa. Był bardzo zdenerwowany. Samotność jest przykra, nawet gdy nie trwa długo. Henryk lubi czytać, porządkować znaczki, które zbiera od lat, oglądać sport w telewizji, a ja piszę, gospodaruję. Nie myślałam, że moja nieobecność będzie mu tak bardzo doskwierać. Poczułam się winna tego, że wyjechałam z domu, że akurat w tym momencie było mi tak dobrze.

Popsuła się lodówka w domu. Mamy ją ponad dwadzieścia lat i akurat teraz, pod moją nieobecność… Mąż był niepocieszony niespodziewanym kłopotem i wielkim wydatkiem! Chciał czekać z kupnem aż wrócę. Zawsze robimy razem wszystko, ale podczas upałów izraelskich nie można żyć bez lodówki; zwłaszcza, że przygotowałam i zamroziłam tyle jedzenia przed wyjazdem… Dobrze, że zadzwoniłam z samego rana dzisiaj, by sam kupił nową lodówkę. Syn mu pomoże i doradzi.

23.09.00, czternasta

Wracamy ze spływu Dunajcem. Trochę świeciło słońce, było chłodno, ale pięknie. Siedziałam na łódce z młodzieżą, górale wiosłowali, opowiadali żarty, a ja tłumaczyłam na hebrajski. Wspaniałe widoki, spokój, góry. Chciałoby się płynąć wiecznie, z wodą, z czasem, z własnymi myślami i przyglądać się im w przejrzystości wodnego zwierciadła. Inna perspektywa, wizja świata pośród piękna natury i dobre samopoczucie, mimo wszelkich trosk.

Jedziemy do Zakopanego. A jutro Oświęcim, a potem odfrunę do swych ciepłych stron w Izraelu, do domu.

24.09.00, siódma trzydzieści

Wyjeżdżamy z Zakopanego. Wczoraj było pięknie. Wspaniały widok z okna pokoju na góry, tyle piękna potęgi natury! I ja taka malutka wobec nich… Jak dobrze, że tu dotarłam, mogę widzieć, być w pięknie!

Jedziemy do Oświęcimia. Do moich wspomnień z lat komór gazowych i pieców do spalania ludzi! Do duchów moich najdroższych, z których dym rozwiał się w niebie nad Auschwitz.

Będę opowiadać o nich młodym Izraelczykom, w „moim” 27. bloku, w Birkenau, oparta o swą narę z Wtedy. Kto by sobie to mógł wówczas wyobrazić? Czuję w sobie łzy i uśmiech na przemian czy zmieszane razem. Taki ogrom w duszy, do pęknięcia… I przyziemne odgłosy codziennych problemów, którymi żyję w ciszy domowej, za morzem, w dalekim, niespokojnym wiecznie Izraelu — dalekie ode mnie, przez chwilę…

Góry już za mgłą, w autokarze film Lista Schindlera. Większość młodzieży śpi, a ja piszę z zeszytem na kolanach, w trzęsącym autokarze. Jestem zaproszona z całą czterdziestoosobową grupą, na obiad, do katolickiego Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Ciepły obiad podczas takich wędrówek, wyraz przyjaźni księdza Piotra oraz pracowników Centrum Dialogu, ma tutaj niesamowitą wymowę. Byłam dumna, gdy przewodnik oznajmił wszystkim w autokarze o zaproszeniu na obiad przez przyjaciół Haliny…

Po obiedzie wyjazd do byłego obozu w Brzezince (Birkenau).

26.09.00, godzina siódma trzydzieści

Po dwóch dniach zwiedzenia zabytków żydowskich, dawnego getta, starego cmentarza w Krakowie i po zakupach w Sukiennicach, jedziemy do Kielc, Tykocina i Warszawy. Miałam wczoraj wolny dzień. Nie pojechałam z grupą do Wieliczki, nie poszłam na zakupy do Sukiennic, ani do restauracji z folklorem. Spędziłam dzień u Łasoniów. Są to mili, dobrzy, inteligentni ludzie. Poznaliśmy się na promocji mojej książki Każdy odzyskany dzień, w krakowskim KIK-u. Przyjęli mnie bardzo serdecznie, ugościli smacznym obiadem i pyszną, domową szarlotką. Rozmawialiśmy długo na wiele tematów.

Wieczorem przyjechała po mnie Iza S. i odwiozła do hotelu. Młodzież wróciła z miasta rozradowana, pełna wrażeń. Pokazywała krakowskie prezenty, zakupione dla bliskich w Izraelu.

Ruszamy dalej. Znów zmienia się atmosfera.

26.09.00

Już w Warszawie. Przez całą drogę zaczytywałam się Małym księciem. Wspaniały! Jest jasny, piękny dzień, świeci słońce.

Smutno mi trochę, przykro. Znów rozczarowania z powodu przewodnika. Także w Treblince, gdzie zostały popioły mojego ojca, dziadków, większości krewnych, znajomych, kolegów i koleżanek z dzieciństwa w getcie warszawskim… Tyle wspomnień, tyle bólu! Czytał tu jakąś banalną historyjkę o lalce. Tylko na to było go tu stać. A ja nie mogłam się wprost zmieścić w sobie! Treblinkę przeżywam najmocniej i najtrudniej podczas tych podróży. Przeżywam śmierć tutaj i strach przed nią, z czasu łapanek w getcie, wywózki w bydlęcych wagonach do tego piekielnego miejsca.

Wiem, że trudno mu jest zmierzyć się z siłą i głębią moich opowieści. Ogranicza mi czas mówienia do młodzieży (chciałby, abym zostawała w hotelu albo w autokarze i w ogóle nie mówiła). A młodzież przeciwko temu buntuje się. Im bardziej młodzież lgnie do mnie, wychwala mnie, tym on gorzej odnosi się do mnie, a nawet ignoruje moją obecność, znieważa. Boję się pochwał, bo wiem, co za nimi idzie…

Młodzież ucierpi, gdy nie będę z nią jeździć, ale nie będę. W każdym razie nie z tym przewodnikiem. Choć z innymi przeważnie nie jest inaczej — z tego samego powodu… Oni wszyscy mnie bardzo kochają, gdy mogą sami opowiadać moją historię, czytać młodzieży fragmenty z mojej „Nadziei”. Wtedy są oryginalni i młodzież ich słucha. Ale jak ja jestem, nie zostaje im wiele.

Trudno mi z tym, we wspomnieniach, pośród niewygód, podczas uciążliwych wyjazdów. Jednak jestem silna fizyczna, choć duchowo zapadam się przez byle co. Chyba to już starość, o której nie pamiętam. Muszę uciekać od przygnębiających sytuacji, od dręczących ludzi. Pojutrze spotkam się z Teresą, która działa od lat w Telefonie Zaufania i wygadam się przed nią. Możność mówienia o doznanych przykrościach wywołuje ulgę, a to niemało.

Autokar trzęsie niemożliwie, nie mogę dalej pisać, może warto przestać w takim samopoczuciu…

Pamiętnik 6

21.01.00

Lecę samolotem Lufthansa do Polski, przez Frankfurt

W samolocie dużo pasażerów, wąsko, ciasno… Wczoraj miałam jeden ze swych długich dni — piekłam ciasta, przygotowałam różne potrawy dla męża na czas mej nieobecności, odkurzałam mieszkanie, myłam podłogi, spakowałam walizkę i ręczny bagaż (to niekończące się nigdy pakowanie!)…

O osiemnastej pojechałam na spotkanie z czterdziestoosobową grupą młodzieży, która pojedzie w marcu do Polski. Wróciłam do domu o dwudziestej drugiej. Zrobiłam ostatnie porządki, przebrałam się do podróży, ale nie wchodziłam w atmosferę odejścia z domu, długiego, bo tym razem niemal na cały miesiąc; pojadę też do Niemiec na spotkania w szkołach i w różnych instytucjach z dorosłymi. Czeka mnie ponad dwadzieścia spotkań w ciągu dwóch tygodni!

Lał deszcz i dął silny wiatr, gdy jechałam do Hof Hakarmel na spotkanie z młodzieżą. Mimo burzy wszyscy przyszli. Był to jeden z moich najlepszych przekazów. Mówiłam z niesamowitą siłą, dałam z siebie bardzo wiele. Całowali mnie potem, ściskali dłoń. Chcieliby słuchać jeszcze i jeszcze. Podobnie reagowali rodzice uczniów.

Uświadomienie sobie siły otwierania serc wypełnia mnie niewypowiedzianą radością, wyrywa z wątpliwości i jałowych myśli. Jakbym się wspinała wraz z nimi na niemożliwe wyżyny, wdrążając się wraz ze słuchaczami w głębię przeżyć i w to, co najlepsze w duszy — łączenie ludzi z kiedyś i dziś. Wielka satysfakcja, że oni poznają wszystko przeze mnie.

W ostatnich dniach przed wyjazdem miałam aż cztery spotkania, jedno w czasie seminarium nauczycieli. Wszystkie okazały się niesamowitym doznaniem, przeniosły słuchaczy w inny świat, przywróciły im wiarę w człowieka, mimo okropności Holocaustu — tak powiedzieli mi ze wzruszeniem i podziwem.

Zmęczenie i lęk, jakie przed każdą nową wyprawą odstręczają od pisania. Chcę się zatrzymać najpierw w Warszawie, a nie jechać (jak zwykle) prosto z lotniska do Oświęcimia. Odwiedzę znajomych warszawskich. Potem pojadę do Izy, do Krakowa. Muszę pracować z nią nad korektami. Iza zaprasza mnie do Zakopanego, do swych rodziców; prowadzą tam mały pensjonat. Mają też starą kamienicę w Krakowie, gdzie w dwóch oddzielnych apartamentach mieszka Iza ze swą młodszą siostrą. Proponowała, abym się u niej zatrzymała, ale muszę być 27 stycznia na uroczystości wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Zostałam zaproszona do wystąpienia na uroczystości. Napisałam przemówienie, które przetłumaczono na kilku języków dla gości z zagranicy. Jestem tym bardzo wzruszona i zaszczycona. W Izraelu nigdy nie doczekałabym się takich honorów.

Wydawnictwo Znak podało do internetu wywiad ze mną po polsku i angielsku, przeprowadzony przez S. Wilkanowicza, zarejestrowany przez telewizję krakowską, na temat moich spotkań z młodzieżą w różnych krajach. Była to długa rozmowa. Sama nie wiedziałam jak wypadła. Przecież nie czytałam z przygotowanego tekstu. Po długim czasie syn znalazł wywiad w internecie i przyniósł na dyskietce. Dopiero wtedy przeczytaliśmy z mężem.

Płakałam czytając ten tekst. Mąż też był w napięciu, ze łzami w oczach, potem wstał od komputera i pocałował mnie mocno bez słowa.

Dopełnieniem radości była karta od księdza Czajkowskiego. Napisał, że płakał ze studentami, gdy czytali wywiad w internecie… Ucieszyłam się także tym, że sam znalazł tekst.

Zamierzałam nie brać dużego bagażu, ale nie udało się. Zabieram walizki ciężkie ponad możliwości. Boję się, że nie zataszczę ich do Maryli, a potem dalej, pociągiem… Wstydzę się ciężarów przed znajomymi, którzy przyjeżdżają po mnie na lotnisko, ale jakoś sobie poradzę. Będzie radość z izraelskich „cudów”. Każdy zabiera ze sobą w podróż wiele często zbędnych rzeczy. Miałam tym razem szczęście, bo pozwolono mi zdać na bagaż także torby ręczne. Mimo nadwagi nie musiałam niczego dźwigać do samolotu. Nie wiem, na którym piętrze mieszka Maryla (jeśli wysoko i bez windy, nie będzie łatwo). Jednak ona jest bardzo troskliwa, pomocna. Wydaje mi się, że pobyt w jej domu będzie miłym doznaniem, odpoczynkiem przed dalszą drogą i pracą.

Lecę do Frankfurtu, a stamtąd po półtorej godziny przesiadka na samolot do Warszawy. Oby nie było żadnych komplikacji, przez które spóźniłabym się na samolot! Czuję radość na myśl o spotkaniu z ludźmi, którzy zawsze w Polsce okazują mi tyle serca!

Przed wyjazdem zdążyłam przepisać do komputera wszystkie poprzednie notatki z moich licznych podróży, poprawić, uzupełnić i pewne fragmenty usunąć. Długo z tym zwlekałam.

Wracam do pisania po przerwie. Wyczerpały się tematy lub… Odczucie ich sensu… Zapadłam się w rozmaitych dociekaniach, pogubiłam w sprzecznościach, nie mogąc z nich wybrnąć.

W domu moim czysto, ciepło, dobrze pod każdym względem, a ja błąkam się po innych krajach, cudzych domach. Mąż został sam z pieskiem i kotkami. Ile w nim dobroci i zrozumienia! Wiary w ważność tego, co robię, w co sama często wątpię z powodu rozmaitych trudności. Nie wiem jak przechodzę przez nie, jak działam? Mój mąż ceni to i rozumie lepiej ode mnie. Jest stały w swych opiniach i uczuciach, podtrzymuje mnie zawsze na duchu, co pomaga mi wytrwać przy swoim.

W ostatnich latach nie czytam nikomu swoich notatek, nie czuję potrzeby jak dawniej. Ale chciałabym je przekazać komuś młodemu w Polsce, na kim można polegać. Może kiedyś zrobiłby z nimi coś, kiedy mnie już nie będzie. Basia zbiera moje prace i listy. Może ona coś z tym zrobi kiedyś? Często robimy razem korekty moich prac i ona pilnie uważa, bym nie wykreślała za dużo… Szybko zniechęcam się do poszczególnych tekstów i od razu wykreślam, pod wpływem krytycznego sprawdzania lub zmiany samopoczucia.

21.01.00, dwudziesta trzydzieści

To już drugi samolot. Zaczyna lądować w Warszawie. Tak się cieszę!

Nareszcie napięcie we mnie mniejsze. W tym samolocie było dobre jedzenie, nie jak w poprzednim. Zjadłam wszystko i popiłam połową szklanki czerwonego wina oraz dwiema filiżankami czarnej kawy, po czym spokojnie usnęłam… Już nie lękam się ani wstydzę swego bagażu. Obym szybko to znalazła na lotnisku! Musi wszystko być dobrze. Jest dobrze!

Maryla czekała na lotnisku (i razem z kolegą z TONO) odwiozła mnie do swego domu. Oczywiście walizki zabrano mi z rąk. Okazało się jednak, że mieszkanie jest właśnie na czwartym piętrze i bez windy!…

25.01.00, godzina czwarta nad ranem, Oświęcim

Od godziny piszę, leżąc w łóżku. W pokoju jest bardzo zimno, mimo kaloryfera i grubej kołdry. Jestem w Centrum Dialogu. Piszę wstęp do francuskiego wydania „Nadziei”. Serge zawiadomił mnie faksem (do muzeum), bym napisała po angielsku, oni przetłumaczą na francuski. Z początku nie wiedziałam, co pisać, jak się zabrać. A potem jakby samo napisało się, wyciskając łzy z oczu. Przetłumaczyłam od razu na polski. Jutro przepiszę na komputerze u Basi i wyślę do Paryża faksem.

W Warszawie u znajomych było bardzo miło. Krysia przygotowała wspaniałą kolacje na moje powitanie, zaprosiła kilku wspólnych przyjaciół z Towarzystwa Opieki nad Majdankiem. Byłam po pysznym obiedzie rodzinnym u innych znajomych i nie mogłam nic więcej jeść, co zmartwiło Krysię, bo tak bardzo trudziła się przygotowaniem kolacji; ale atmosfera była świetna. U Maryli byłam dwa dni. Rozmawiałyśmy do późna w nocy. Po drodze do jej znajomych podziwiałam oświetloną, budującą się wciąż Warszawę w białym śniegu… Maryla z dumą zwracała mi uwagę na nowe budowle.

A teraz już mi się oczy zamykają, muszę przestać pisać.

29.01.00

W Krakowie u Izy. Od trzeciej nad ranem wybieram i poprawiam wiersze do planowanego tomiku. Już szósta trzydzieści, a położyłam się spać o dwudziestej trzydzieści… Zziębłam bardzo, zmęczyłam… Wielkie pokoje starego mieszkania są ponure i bardzo zimne.

Niektóre wiersze niezmiernie mnie poruszyły; po prostu chciało mi się wyrwać z samej siebie i pobiec do kogoś, podzielić się uniesieniem.

Mam już strasznie zmęczone oczy, piszę na oślep…

Ksiądz Piotr oprowadzał mnie po pięknych miejscach w okolicach Krakowa, wśród cudownych krajobrazów. Opowiadałam mu o Izraelu, książkach przeczytanych ostatnio, moich pracach. Odpowiadałam na jego liczne pytania.

Wciąż jestem jeszcze pod wrażeniem uroczystości 55. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Czułam w sobie nieopisaną potęgę, gdy czytałam swą wypowiedź napisaną z tej okazji.

Na dworze był silny mróz, gęsty śnieg wokoło. Oświęcim w styczniu 2000! Ja tu dziś i ja z Wtedy, ze stycznia 1944 i 1945 roku, uwięziona, skazana, niemające prawa do życia — żydowskie dziecko!…

Ludzie podchodzili do mnie, ściskali mi dłoń, obejmowali, pytali, gdzie można dostać kopię tekstu — „bo jest taki prawdziwy, sprawiedliwy i wzruszający…” Wieczorem opowiadałam Basi wrażenia, nocowałam u niej. Ksiądz Piotr przyjechał po mnie nazajutrz o godzinę wcześniej niż umówiliśmy się. Dobrze było też u Izy (rozmowy z nią, atmosfera w jej domu, także spokój, poszanowanie pisanego słowa!). Wszystko wznowiło chęć pisania, poczucie sensu, wewnętrznie wyzwoliło.

Siedzę na łóżku i piszę na kolanach… rejestruję swe humory. Cisza wprost odrętwia, zamraża. Na dworze śnieg, wiatr i deszcz. A wczoraj był tak piękny dzień! W Izraelu nie bywają tak drastyczne, szybkie zmiany pogody; nie mówiąc o tym, że w ogóle nie ma śniegu!

Spacerowałam wczoraj z księdzem Piotrem po Krakowie. Śnieg skrzypiał pod stopami, świeciło słońce. Ksiądz robił zdjęcia na tle kościoła Mariackiego i pomnika Mickiewicza. Wieczorem byliśmy na kolacji u księgowej z Centrum Dialogu, w jej nowym, dużym domu. Dziś miałam być u Heleny, ale okazało się, że zachorowała na ciężką grypę, która szaleje ostatnio tutaj jak w całej Europie. Nie wiem, co dziś zrobię. Pójdę chyba do Basi. Pogoda jest okropna. Czas dłuży się w samotności. Chciałabym mówić do kogoś… Zaczynam rozumieć gadatliwość osób samotnych, sytuację, gdy mogą wreszcie otworzyć do kogoś usta. Nie jest to mój los na co dzień. Jednak nagle ciąży, przeszkadza. Nie wytrzymałabym sama w hotelu, do czego mąż mnie zawsze nakłania (bym była niezależna od nikogo). Nie jestem kobietą z wielkiego świata…

Piszę o sprawach niepotrzebnych, które przecież potem w większości wykreślę, ale czasem jest mi to niezbędnie potrzebne.

30.01.00

Wczoraj ksiądz, po odprawieniu mszy, niespodziewanie wezwał mnie do ołtarza na rozmowę. Zażenowało mnie to wyróżnienie, choć nie był to pierwszy raz. Zadał mi pytanie dotyczące mych odczuć religijnych, zrodzonych pod wpływem spotkań, przyjaźni z chrześcijanami. Nie odpowiedziałam jednoznacznie, tak jak się chyba spodziewał. Było mi potem przykro, ale nie mogłam skłamać, że się nawróciłam. Jednak dalsza część dnia była naprawdę dobra, w gronie jego przyjaciół i na obiedzie u rodziców, z rodziną, w Krakowie. Czas minął w doskonałej atmosferze, przy smacznym obiedzie i ożywionej rozmowie. Nieczęsto bywają takie dni. Oni też to wyrazili.

Robię teraz tylko krótkie notatki i jak zwykle nie opisuję tego, co było najważniejsze; zrobię to innym razem (w domu albo w Niemczech).

W środę, drugiego lutego, odlatuję do Frankfurtu.

Czas mego pobytu w Polsce mija szybko, mimo że chwilami wydaje się, że stanął w miejscu, w samotności i ciszy. Niejeden wiersz napisałam o milczeniu i ciszy, kiedy niby nic się nie dzieje, ale człowieka wypełnia tyle doznań, odczuć, rozmaitych treści! Jakie różne mogą być cisze!

Za godzinę pójdę do Basi, do biura. Mam wiele spraw do załatwienia w muzeum. Muszę się też trochę „wyspowiadać”… Dobrze, że ktoś mnie tu może wysłuchać.

1.02.00, siódma

Nie śpię od kilku godzin. Napisałam, przepisałam kilka wierszy. Wczoraj też miałam dobry dzień. Odwiedziłam niemal wszystkich przyjaciół w muzeum. W Centrum minął czas na czytaniu wierszy z księdzem Piotrem. Wszędzie było przyjaźnie, serdecznie. Jutro wyjeżdżam do Warszawy, a stamtąd polecę do Niemiec, by pracować… Oderwałam się ostatnio od swych opowieści o Shoah i wydaje mi się, że już nie potrafię do nich wrócić, ale wypełnię wszystko należycie. Dotąd nigdy nie zawiodłam.

Jadę dziś jeszcze do przyjaciół, do Katowic, a od nich wieczorem pójdę do Basi. Dręczy mnie niepokój. Jak wszystko potoczy się dalej w Niemczech? Dlaczego zawsze ten niepokój?!

10.02.00, siódma trzydzieści

Lubeka. Dopiero zaczyna rozpływać się nocny mrok…

Jestem od ośmiu dni w Niemczech. Miałam wiele niezwykle udanych spotkań w kilku miastach, czeka mnie dziesięć dni bardzo intensywnej pracy: wystąpienia, dalekie wyjazdy do różnych miast, uczelni, by mówić, mówić… Niemcom o ich przeszłości, o mojej — naszej przez nich… Słuchają zszokowani, w absolutnej ciszy.

Napisałam kilka wierszy o doznaniach z obecnych podróży. Było mi dobrze. Chwilami nie tak, ale w większości dobrze i chyba dlatego nie pisałam… Ze zmartwieniami uciekam częściej do pamiętników. Dwa dni (a raczej dwie noce) przegadałam z Marianną. Przyjechała do mnie specjalnie do Hagen, z Berlina. Potem towarzyszyła mi do starego, pięknego Erfurtu. Rozmawiałyśmy przez całą, długą drogę, w pociągach do Erfurtu. Ledwie spostrzegłyśmy się jak nam czas przeleciał. W Erfurcie oczekiwał nas na dworcu pastor, który mnie zaprosił. Zawiózł nas na miejsce. Tego samego wieczora miałam świetne spotkanie w starej, wyremontowanej (po czasach komuny) synagodze, zwanej „Kleine Synagoge” (w odróżnieniu od dużej świątyni, w innej części miasta, czynnej od niedawna, odkąd przybyli tu Żydzi z Rosji).

Nawet nie odpoczęłam po podróży. Ale najważniejsze, że wszystko było dobrze. Liczni zebrani dorośli i młodzież niemiecka okazali wielkie zainteresowanie, zafascynowanie mną oraz sposobem mojego opowiadania. Byli ogromnie wstrząśnięci i wzruszeni. Marianna słuchała mnie również z wielkim skupieniem, a ona towarzyszyła mi już w tylu wystąpieniach! Fotografowała wszystko i mam dzięki niej pamiątkę.

W „Kleine Synagoge” miałyśmy oryginalny pokój na poddaszu, z oknem wychodzącym na rzekę Darę. Światełka z naszego pokoju i z innych domów pluskały się w rzece, wzbudzały we mnie dziwny lęk, poczucie czegoś dawnego, jakby zza światów… W pokoju było jasno, ciepło, przytulnie. Stary budynek, z początków średniowiecza, piękna budowa z wąskimi, wysokimi i bardzo krętymi, drewnianymi schodami… — piękno w każdym szczególe. Wiele tu takich miejsc w miastach. Wieki i pokolenia przetrwały pomniki, kościoły, mury obronne, kamienie, domy! Czas, zdarzenia historyczne niewiele zniszczyły. Wszystko jest pieczołowicie pielęgnowane, z niemiecką pracowitością i dyscypliną. Nam spalili wszystko doszczętnie, nie zostało śladu! Nie mogłam wyzwolić się od takich porównań i myśli, mimo że ludzie tutaj byli do nas przyjaźnie nastawieni.

Jeszcze to dziwne mruganie świateł odbijających się w mroku, w ciemnych wodach pod oknem! Jakby duchy minionych pokoleń szeptały ze swych grobów nad rzeką straszne historie w tej ciszy…

Nie odczuwałam zmęczenia. Usiadłam z Marianną w małej, czyściutkiej kuchence, zajadałyśmy różnorodne przysmaki, które szczodrze przygotowano tu; trudno się było opanować, by nie skosztować każdego.

Mąż dzwoni codziennie. Wczoraj przekazał mi dobre wiadomości, które nadeszły z Japonii. Może tam lepiej uda się rozpowszechnić tłumaczenie „Nadziei” po tym, jak cudowny list po przeczytaniu książki wystosował prezydent buddystów Ikeda Dakasu. List jest skierowany do mnie osobiście.

Dalej do Lubeki.

Już się rozwidniło, choć szaro na dworze, niebo zachmurzone, wodniste, jakby słońce w ogóle nie istniało… Przede mną, za oknem zielona równina, spiczaste domki, a za nimi niewysokie góry. Piękny, łagodny widok i głęboki spokój, wielka cisza. Wciąż budziłam się podczas minionej nocy, nie chciało mi się ani wstać po tabletkę ani pisać. Teraz żałuję, czuję jakbym coś zgubiła, jakbym pisała i nie mogła przypomnieć sobie, gdzie jest tekst (co mi się zdarza często, gdy piszę w komputerze). Chyba zapisywałam w pamięci, efektem są napisane wiersze.

Dochodzi godzina ósma. Według planu mojej gospodyni, śniadania i wyjazdy mają zamknąć się w czterdziestu pięciu minutach. Czeka mnie długi dzień. Oby starczyło sił i wszystko się udało!

11.02.00

Rozmawiałam już dziś z mężem — poczułam zapach domu, własnej, dobrej codzienności. Tęsknię już bardzo. Wczoraj było wspaniale na wszystkich spotkaniach z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Jedynie niektórzy nauczyciele historii byli mocno zażenowani moim opowiadaniem i zachowywali się nieprzyjemnie, obco, sztucznie. Nie wiedzieli po tym, co powiedzieć swym zszokowanym, ogromnie wzruszonym uczniom.

Opowieść o moich i nie tylko moich losach, sposób przekazu i utożsamienie się ze mną uczniów, godziły w jakimś sensie w autorytet nauczycieli. Skoro taka jest nowa historia Niemiec, tacy byli ich krewni, ojcowie, tak uczynili milionom ludzi — cóż mogą teraz odpowiedzieć?!

Wśród uczniów znajdowali się też Turcy, Polacy, Palestyńczycy, co tym bardziej mogło żenować nauczycieli niemieckich. Uczniowie zadawali mi pytania, wyrażali swe uznanie, wdzięczność, że chciałam przyjechać do nich i opowiedzieć im o wszystkim. Nauczyciele przeważnie milczeli. Usprawiedliwiali się, że po silnych wrażeniach nie można nic więcej mówić. Przy herbacie, na którą mnie zaprosili do pokoju nauczycielskiego, utrzymywali chłodną rezerwę. Widocznie nie pasowałam do nauczanych przez nich lekcji historii. Nie byli przygotowani do takiej historii jak moja — żywej, doznanej na własnej skórze, wpisanej w krew w getcie, w Auschwitz!

Młodzież odbiera mnie wszędzie doskonale. W Niemczech nie jest inaczej.

W Lubece odwiedziła mnie Ruth z Essen, czytelniczka moich książek, którą znałam dotychczas tylko z listów. Spotkałyśmy się w jadalni ewangelickiego centrum edukacyjnego. Zdębiała na mój widok, jakby zobaczyła ducha z krematorium Auschwitz wraz z całą, mistyczną niemal dla niej, gehenną. Zaczęła strasznie płakać, tuląc mnie i wpatrując się we mnie uporczywie, bardzo długo. Jakby chciała wyczytać z mojej twarzy, dotknąć to, co noszę w sobie z tamtych lat. Nie przestają absorbować jej te dzieje (w sposób niemal chorobliwy). Nie pojmuję dlaczego. Przecież nie ona jest winna, jej ojciec był pastorem, a nie żołnierzem… Może czuje, że musi pokutować za innych? Było mi jej żal. Starałam się być dla niej miła, serdeczna, ale to jeszcze bardziej wzmagało jej poczucie winy, wywoływało płacz.

12.02.00

Siedziałam do późnych godzin nocy z moją gospodynią i z Ruth Schubert (także czytelniczką moich książek, która przyjechała do mnie z bardzo daleka, z Oelsnitz, nad granicą czeską). Musiała zmieniać kilka pociągów w drodze do Lubeki. Ruth pragnęła poznać mnie osobiście. Od pierwszej chwili czułyśmy się bliskie, polubiłyśmy się serdecznie. Znalazłyśmy wspólny język, mimo że ona ma czterdzieści kilka lat, jest w wieku mego młodszego syna… Po zwiedzeniu Auschwitz, po przeczytaniu mojej „Nadziei”, którą tam nabyła, Ruth napisała do mnie list. Odpisałam jej serdecznie, co ją niezmiernie zdumiało. Ledwie spodziewała się odpowiedzi na swój list, nie ośmielała się oczekiwać mojej przyjaźni po wszystkim, co mnie spotkało od Niemców. Była zaskoczona, wzruszona i niezmiernie wdzięczna.

Znów piękny widok przede mną za oknem i cisza taka, spokój. W mieszkaniu jest ładnie, przestronnie, ciepło. Rozrzuciłam rzeczy w walizce. Wzięłam ze sobą za dużo odzieży, a nie mam potrzeby częstego przebierania się. Mąż nie dzwonił dziś. Jest sobota i chyba zadzwoni od syna, gdy wszyscy razem będą na obiedzie. Chciałabym, żeby zadzwonili. Ruth chciałaby porozmawiać z Benim, którego miała okazję poznać, kiedy przyjechał przypadkowo, by kupić w pobliżu Oelsnitz gitarę dla syna. Skontaktowałam ich wtedy (znałyśmy się tylko z wymiany listów) i ona gościła ich u siebie w domu.

Godzina ósma trzydzieści, zejdę na śniadanie. Tyle jeszcze mam do zrobienia w tym tygodniu! Spotkania w różnych miejscowościach, po kilka codziennie, w szkołach, kościołach, różnych organizacjach; dalekie wyjazdy autem lub pociągami.

18.02.00, godzina trzynasta piętnaście

Moja podróż dobiega końca. Jestem w Wiesbaden, w serdecznym domu córki i zięcia Krysi Tarasiewicz, u Basi i Piotra. Ostatnia stacja tej podróży… Oni przyjechali po mnie do Frankfurtu. Dobrze mi jak u rodziny. Jestem przeziębiona, chciałam się zdrzemnąć, ale nie udało mi się chyba z powodu napięcia. Jutro wracam do domu. Nie pisałam ostatnio, było zbyt dużo wysiłku, doznań, wrażeń. Tak wielu Niemców przychodziło mnie słuchać w ciągu dwóch tygodni… Opowiadałam, rozmawiałam z nimi, odpowiadałam na ich pytania.

W Lubece też prawie niczego nie pisałam. Natychmiast zasypiałam ze zmęczenia. Nieraz rozmawiałam do późna w nocy ze swą gospodynią- pastorem, jak przedtem z Marianną. To inteligentna, kulturalna kobieta. Jej mąż jest również pastorem, mądrym, oczytanym człowiekiem, ale ona jest bardziej energiczna i duchowo bogatsza. Było mi u nich dobrze. Jej mąż zajmuje się bardzo dużo domem, lubi gotować, ma bibliotekę książek kucharskich. Jednak ostatni dzień był przykrym rozczarowaniem z jego powodu i wszystko zakończyło się niestety konfliktem (choć nie u nich w domu). Jednak na pewno dalej o mnie myślą jak wszyscy, którzy mnie w tych dniach spotkali i słyszeli moją historię z Shoah, historię moich bliskich, mojego narodu. Widziałam twarze, gdy opowiadałam, oczy i wiem, że nie prędko będę mogli zapomnieć!

Teraz jestem już daleko od nich, ale do domu jeszcze daleko. Wszystko jest we mnie i może dlatego trudno mi zasnąć.

Nie jestem w stanie opisać doznań z dwudziestu dwóch spotkań w Niemczech. To długie historie, może wrócę do nich w domu. Mam przed oczyma ludzi i ich łzy. Także widok pięknych miast w Niemczech! Piszę w łóżku, lewą ręką trzymam zeszyt, prawą długopis… Wolałabym teraz spać niż myśleć i pisać, a nie mogę robić ani jednego ani drugiego… Jutro o tej porze będę w domu! We własnym łóżku, w codzienności, choć jeszcze niezupełnie spokojnej, pod natłokiem świeżych doznań. Czeka mnie moc pracy, obowiązków. Czeka mnie w domu moja rodzina i to jest najważniejsze! W kwietniu święta wielkanocne i goście. Od marca spotkania w szkołach izraelskich, dla uczczenia kwietniowego powstania żydowskiego w getcie warszawskim.

Niedługo ukaże się francuski przekład „Nadziei” i może nowe kontakty? Zamyka się krąg moich przedsięwzięć od 21 stycznia do 18 lutego 2000.

Napisałam kilka wierszy w drodze, ale zostawiłam je podczas licznych wędrówek. Będę miała czym się zagryzać przez resztę nocy. Może odtworzę z pamięci, choć na ogół przebłyski uczuć i myśli nie zostają w pamięci, są niepowtarzalne.

18.02.00

Dochodzi dziewiąta. Basi i Piotra nie ma już w domu, poszli do pracy. Nie chciałam wstać wcześnie, aby im nie przeszkadzać w łazience, w kuchni. Wykonałam kilka telefonów (ze swej komórki). Na dworze sypie gęsty śnieg. Kto wie, jak dojadę na lotnisko. Czy samolot będzie mógł dziś wystartować?!

Miałam kilka przykrych doświadczeń pod koniec pobytu w Lubece. Trudno się z tego otrząsnąć. Próbowałam wyjaśnić przez telefon, ale jeszcze bardziej się zdenerwowałam. Daję się wykorzystywać. Niektórym się zdaje, że można mnie dalej traktować jak więźnia w obozie… Chyba zostało to zakodowane w podświadomości, przeszło w genach. Nigdy nie poznam się na ludziach do końca. Czy tylko ja?

Teraz wstanę. Kto wie ile zapłacę za telefony?! Czy te nerwowe rozmowy mogą w czymś pomóc? Muszę nauczyć się milczenia, zamykania wszystkiego w sobie, nawet w krzywdzących mnie sytuacjach. Nauczyć się podtrzymywania kontaktów na raty, z rezerwą? Zwykle za późno zdajemy sobie sprawę, że czas szybko ucieka. Potem staramy się daremnie dogonić stracone.

6.04.00

Znów nie pisałam tu od ponad dwóch miesięcy. Nic nie przepisałam. Nie czytałam notatek z podróży zimowych do Polski i Niemiec. Wróciłam z Wiesbaden do domu 18 lutego. To było ostatnie miejsce mojej wędrówki po szkołach i klubach w różnych miastach niemieckich, z ciężką grypą (do dziś dręczą mnie jej pozostałości). Nie mogłam z początku nic robić, czytałam jedynie leżąc. Potem zatonęłam w korespondencji, odpisywałam na niezliczone listy, pisałam podziękowania ludziom, którzy mnie gościli u siebie w Polsce i Niemczech, faksy do Japonii, do Polski. Od początku marca czekały mnie spotkania w szkołach i organizacjach młodzieżowych izraelskich. Mimo że byłam na antybiotykach i zachrypnięta, musiałam się z tego wywiązać. Mówiłam ciszej, wolniej; jednak efekt był ten sam co zawsze. Podniosło mnie to bardzo na duchu. Młodzież okazuje mi wprost uwielbienie! Nie wiem jak się to dzieje…

Zabrałam się do odrabiania zaległości w sprzątaniu mieszkania, praniu, gotowaniu… Ciasta nie piekłam odkąd wróciłam do domu (kupujemy gotowe, choć jest droższe i gorsze). Ręce nie układają mi się do tego, do pamiętników tak samo. Wszystko opisałam w listach do znajomych i przyjaciół, przez telefon. Napisałam duży artykuł o wizycie papieża w Izraelu. Byłam ogromnie przejęta jego słowami, osobowością. Płakałam, gdy zjawił się w Yad Vashem, przy Ścianie Płaczu. W tamtej chwili zadzwonił po długim milczeniu ksiądz Piotr, a potem Czarek z „Więzi”.

Obaj prosili, bym opisała swoje wrażenia. Czarek prosił o pisanie do „Więzi”, motywując, że to będzie dla całej Polski i samego papieża.

Zadano mi lekcję do odrobienia… Siedziałam przez dwa dni do późnej nocy nad tą relacją (jeśli mogę tak nazwać). Ciężko było mi wydobyć z siebie wszystkie odczucia, obrazy i refleksje. Wciąż szukałam pretekstów odejścia od komputera, wreszcie pozbierałam wszystkie wątki. Pisałam patrząc na postać papieża w telewizji, jego wyraz twarzy, oczu. Zaglądałam w głąb siebie.

Tekst wysłałam natychmiast faksem do Warszawy, a po godzinie Czarek zadzwonił wzruszony, że przeczytali artykuł w redakcji z przejęciem i wszyscy są mi wdzięczni za napisanie, dziękują… Z początku mówił, że nie muszę się spieszyć z pisaniem, bo publikacja dopiero w maju, ale po przeczytaniu postanowili drukować w najbliższym numerze. Tak bardzo ucieszyłam się, że stało się to możliwe! Płakałam pisząc niektóre fragmenty, myślałam, że czytający też zapłaczą. Tak zwykle dzieje się ze mną. Gdy płaczę pisząc, płaczą potem ci, co czytają… Głos Czarka w słuchawce, również to potwierdził.

Znów zatonęłam w pracach domowych, czytaniu i listach. Dziś przełamałam się. Jak długo wolno marnować czas, ociągać się w pisaniu?!

W ostatnim tygodniu całkowicie zaabsorbowała mnie choroba naszej małej, rudej kotki. Zauważyłam nagle, że nie może prawie oddychać. Leżała niemal sztywna. Wepchnęłam jej siłą do gardła antybiotyk i co godzinę dawałam po kilka łyżeczek wody z cukrem. Zawołałam znajomego weterynarza, aby jej zrobił zastrzyk. Były minimalne szanse, jednak nie zniechęcałam się, choć nie wierzyłam, że uda mi się ją uratować. Po kilku dniach polepszyło się, ale też okazało, że była w ciąży i poroniła… Dalej karmiłam ją wodą z cukrem, wsuwałam miękki ser do pyszczka i antybiotyk. Wreszcie sama piła, a potem myła się i jadła. Zwyciężyłyśmy! Dziś wypuściłam ją na dwór, na słońce. Witała się ze swymi kocimi przyjaciółmi w ogródku, trącali się nosami… Ciężar spadł mi z serca. Jakie to wspaniałe uczucie móc wyrwać śmierci życie stworzenia!

Jest wieczór po niezwykle gorącym dniu, po chamsynie. Bolą mnie plecy od siedzenia przy komputerze. Dawniej mogłam wytrzymać wiele dłużej… Odzwyczaiłam się. A może to jeszcze ślady grypy? Chcę przepisać notatki ze stycznia i lutego. Będzie to ostatni zeszyt pamiętników z podróży. Nie wiem jednak czy zdążę przed świętami.

Za dwa tygodnie Wielkanoc, a seder w tym roku u nas w domu. Będziemy mieli na tej kolacji czternaście osób! Moc gotowania. Oby mi się udało! Zakupy już zrobiliśmy, za kilka dni zacznę wszystko szykować. Dawno nie robiłam takich przyjęć. W ostatnich latach wypadały święta gdy byłam w Polsce. W Rosh Hashana, we wrześniu tego roku, będę tam także. Znów zaprosili mnie do oprowadzania młodzieży po Polsce i Litwie. Ta sama szkoła z kibucu co w ubiegłym roku. Jak zwykle zostanę po ich odjeździe dwa tygodnie w Polsce. Może w tym czasie ukaże się mój tomik wierszy? Po odjeździe grupy planujemy z mężem jego przyjazd. Nie mogłam zorganizować, by pojechał wcześniej, razem. Grupa składa się z wybranych osób. Dołącza się do niej jeden świadek. Jest to słusznie. Konflikty między małżeństwami w drodze mogą źle wpłynąć na młodzież, atmosferę trudnych podróży. Choć ja zapominam o wszystkich i nic poza obrazami z tamtych lat nie widzę, ale rozumiem innych…

Nie wiem jeszcze jak wszystko zorganizuję. Nie będzie to proste ani łatwe i na razie wolę odsuwać od siebie myśli. Tak wiele może się zdarzyć do tego czasu, zwłaszcza w kraju! W polityce znów nie jest dobrze. Ustały pokojowe pertraktacje z Syrią. Nasze wojska mają do czerwca opuścić Liban. Byle iskra na północnej granicy może wywołać wojnę… Cóż tu planować wyprawy w przeszłość?! (Starsza córka brata chce w czerwcu odwiedzić Izrael z mężem i czworgiem dzieci, jeśli tylko będzie spokój). Napracuję się niemało. Do września jeszcze daleko.

Z książką w Japonii podobno nie jest tak dobrze, jak spodziewał się Satoshi. Podobno niezbyt wiele egzemplarzy kupują. Zapewne dlatego, iż jestem z Izraela. Nastawienie buddystów jest zdecydowanie proarabskie, wrogie Izraelowi. Przywódca, prezydent Ikeda, czytał moją książkę i napisał mi o niej piękny list. Uprzejmie życzył mi zdrowia i powodzenia, co oznacza, że nie napisze tych pięknych słów otwarcie w prasie, by pomóc książce dotrzeć do czytelników, do jego wiernych…

Wielkie pochwały i wielkie przeszkody w rozpowszechnianiu — jak zwykle z tą książką. Satoshi zapewnia, że nakład musi być milionowy. On i jego żona, Mutsuku, wiedzą jak się o to modlić. Trzeba cierpliwości i czasu… Nie chciałabym, aby się rozczarowali. Wstyd mi, że książka trudno się sprzedaje. Często myślę, że może wcale nie jest tak dobra jak ludzie o niej piszą i mówią. Ale w Oświęcimiu jednak sprzedaje się bardzo dobrze (w niemieckim i angielskim tłumaczeniu). Polskie wydanie jest od dawna wyczerpane i niewznawiane (choć podobno wielu pyta i szuka książki).

W Niemczech obie książki — „Nadzieja” i „Powrót” — sprzedają się marnie. Fischer Verlag nie jest zainteresowany rozpowszechnianiem niechlubnych dla Niemców historii wojennych i powojennych. Zbyt straszna jest dla nich prawda o zbrodniach, zwłaszcza dotyczących Żydów, drugiej wojny światowej, cierpieniach powojennych. Podczas moich prelekcji w Niemczech dostarczano zwykle niewiele egzemplarzy, choć ludzie rozpytywali o książki… Do wszystkiego trzeba mieć szczęście lub specjalnie zdolności. Nie mam głowy do interesów, a książki też są różnego rodzaju interesami. Nawet przestałam się tym przejmować. Docieram za to do bardzo wielu ludzi ustnymi przekazami i odbieram natychmiastowe, podnoszące na duchu reakcje. Jedni polecają mnie drugim, coraz więcej zaprasza mnie na spotkania z młodzieżą w kraju i za granicą. O tym już pisałam. Nic się nie zmienia, z wyjątkiem tego, że ja się starzeję; co też nie daje się jeszcze tak bardzo we znaki… Ciekawe jak długo tak będzie? Ile jeszcze będę mogła wędrować po szkołach, jeździć po kraju, do Niemiec i Polski?

7.04.00

Znudziłam się sobą… Uciekłam od pisania, od siebie, do gazet, do problemów politycznych, krytyki literackiej, życiorysów sławnych pisarzy… Owładnęło mną dziwne odrętwienie. Nic mnie nie wzrusza, nie boli, nie cieszy, nie chce mi się nawet rozmawiać z kimkolwiek, dzwonić czy odbierać telefony. Czytam czasopisma polskie, hebrajskie. Rano pierwsze jest włączenie radia, ale tak robiłam zawsze i wszędzie. Tam ciągle o zabijaniu, zbrodniach na tle politycznym, prywatnych, złodziejskich czy „tylko” terroru… O przestępstwach ministrów, prezydenta, gwałtach ojców na własnych dzieciach, mordowaniu żon, znęcaniu się na ludziach, zwierzętach!… Gąszcz codziennych okropności, od których nie ma ucieczki nawet w domu, w odosobnieniu, w zobojętnieniu. Nikt się już niczemu nie dziwi, nie wstydzi żadnej podłości, zakłamania. Każde przestępstwo ma natychmiast „rzeczowe” usprawiedliwienie; wszystko jest normalne, cały wyścig brutalności i świństw. Media mają pieniądze z masowego karmienia nimi społeczeństwa. Huczy jak w młynie o zwyrodnieniach, prześcigających się perfidiach, mnogości zła. Jakby urzeczywistniało się piekło na ziemi.

A we mnie wszystko śpi… Pogodziłam się chyba ze śmiercią i tylko mi się wydaje, że żyję i czekam na cokolwiek. Nie rozumiem w tym wszystkim niczego i nie staram się zrozumieć. Jestem zmęczona od wewnątrz, nie mam sił. Nie jest mi źle ani dobrze. Wpadłam w nicość. Nie wierzę w zmianę, bo nawet, gdy przychodzi nie staje się inaczej w naszej sytuacji. Utkwiłam (a może zawsze tkwiłam?) w tym samym. Wydawało mi się, że dokądś docieram, coś osiągam… Zadręczałam się tylko i walczyłam daremnie.

Piszę dziś z siebie, wyciągam zło. Może i to lepsze niż milczenie, niż bezwład myśli, uczuć? Trzeba kiedyś i taki stan ducha zapisać. Zwłaszcza, że mimo wszystko wykonuję (i wykonam!) wszelkie obowiązki. Nadal będę wyczekiwać dobra… Wiem, że jestem potrzebna, choć nie zawsze samej sobie. Lepiej nie pisać o tym. Po co uwieczniać niemoc, zmęczenie, chwilowe zwątpienia?

Jutro będę myć wielkie okna w salonie, sprzątać gruntownie mieszkanie na Pesach, a w przyszłym tygodniu szykowanie uroczystej kolacji rodzinnej i drżenie, aby się udała… Chciałabym mieć to za sobą!

Zawsze chciałoby się mieć za sobą to, co trudne, zdawać kolejne egzaminy i — czekając na wyniki — przeżywać dzień po dniu całe życie. W tęsknocie i oczekiwaniach na spełnienie, wypełnienie, na następne jutro, które nie jest inne niż wczoraj, niż dziś. Wszystko w końcu jednakowo mija, lepsze i gorsze!

15.04.00

Skończyłam przepisywanie notatek z ostatniej podróży do Polski i Niemiec oraz odpisywanie na listy. Napisałam osiem listów, w tym karty życzeń wielkanocnych po polsku i niemiecku. Jest już późno, dwudziesta trzecia, oczy mi się zamykają, ale wypełniłam wszystko!

„Więź” opublikuje mój artykuł o wizycie papieża w Izraelu w maju, a tymczasem rozesłałam go do przyjaciół, jak to ja (w mej niecierpliwości).

Znów miałam kilka spotkań z młodzieżą. Przedwczoraj z dużą grupą studentów przed ich wyjazdem do Polski (ponad sto osób). Polecają mnie ludzie, których nie znam, ale oni mnie znają albo o mnie słyszeli. Wszędzie panowało wzruszenie, skupienie, posłuch, utożsamienie.

Seder Pesach (Wieczerza Wielkanocna) za cztery dni, od jutra wchodzę do kuchni i będę się zajmować wyłącznie przygotowaniem świątecznej kolacji dla czternastu osób. Nie robię gruntownego sprzątania, bo osłabiły mnie pozostałości po grypie. Napracowałam się przestawianiem rozmaitych sprzętów, bo kupiliśmy nową wersalkę do salonu. Resztę zrobię po świętach i po ukończeniu majowej wędrówki po szkołach, w związku z corocznym „Jom Ha Shoah” (Dniem Shoah). Jedno spotkanie z przestępcami, w więzieniu, inne z młodzieżą, w specjalnej szkole, krok od więzienia (z dziećmi przestępców, narkomanów, więźniów). Nie jest to nowe dla mnie, efekt zawsze większy niż u innych ludzi. Kto i co decyduje o tym, że ktoś jest normalny? Ludzie dotknięci ciężkim losem, nawet jeśli jest z ich własnej winy, wczuwają się mocniej w moje urazy życiowe z lat Holocaustu. Wiedzą, czym jest cierpienie. W moim przetrwaniu widzą zwycięstwo człowieka z samego dna upośledzenia i cierpień, nadzieję dla siebie…

23.04.00

Seder, uroczysta kolacja świąteczna w gronie rodziny i kilkoma samotnymi przyjaciółmi synowej już poza mną. Napracowałam się, ale jestem szczęśliwa, że potrafiłam ją przygotować. Wszystko udało się, jedzenie, „Gefulte Fysz” — faszerowana ryba na słodko Żydów polskich, jak kiedyś w domu, w Warszawie u Mamy… Atmosfera naturalna, ciepła — dobro takie! Radości dopełniły listy i życzenia świąteczne od przyjaciół. Dziś specjalnym kurierem otrzymałam od księdza Piotra wspaniały album z pielgrzymki papieża, jako wyraz uznania za mój opis jego wizyty w Izraelu. Czyta mój tekst o Ojcu Świętym młodzieży na rekolekcjach i swym znajomym.

12.06.00

Znów długo nie pisałam dla siebie, jedynie listy w różnych językach i artykuł o wizycie papieża w Izraelu, który opublikowano w „Więzi” i w „Relacjach”, miesięczniku w języku polskim w Sztokholmie (również w kilku miejscach w internecie). Ludzie czytają podobno ze łzami w oczach. Mówią, że przeszłam samą siebie. Redaktor „Więzi” zadzwonił nagle, by zapytać mnie o zgodę na przedruk artykułu w czasopiśmie watykańskim, w tłumaczeniu na angielski i francuski. Ucieszyłam się ogromnie, on również. Nie spodziewałam się takiego wyróżnienia i zaszczytu!

W kwietniu i maju miałam wiele spotkań z młodzieżą. Biegałam całymi dniami po różnych uczelniach, po raz drugi w życiu opowiadałam o Shoah w więzieniu. Stałam przed nimi i mówiłam jednym tchem przez dwie godziny. Słuchali w wielkim skupieniu, wzruszeniu. Byli mi wdzięczni, że zechciałam opowiedzieć im wszystko. Przy okazji usłyszeli opowieść także nadzorcy. Byli zdumieni, wstrząśnięci do głębi. Jeden z więźniów powiedział mi potem, że słuchając o moim życiu z Wtedy, pojął jak nikłe, bez znaczenia są jego problemy. Otrzymałam od władz więzienia oficjalne podziękowanie za gotowość wystąpienia w takim miejscu. Przywieźli mnie i odwieźli karetką policyjną… Przy bramie musiałam zostawić dowód osobisty, komórkę, przejść przez rewizję. Było to w piękny dzień wiosenny, ze słońcem, zielenią… Brama więzienna zamknęła się za mną i otworzyła po sprawdzeniu przepustki… Zwrócono mi dowód osobisty i telefon… Oni, skazani mężczyźni tam zostają, pod kluczem… Moje pojawienie ogromnie ich poruszyło, było doznaniem ludzkim bardzo w więziennych murach. Poznali mnie już wcześniej dzięki filmowi „Z powodu tej wojny”, który wyświetlono przed moim przyjściem. Żegnali mnie z niebywałym uznaniem w oczach i gestach, ze wzruszeniem. Niektórzy nie mieli śmiałości, by do mnie podejść i prosili nadzorczynię, by mi podziękowała w ich imieniu… Nie wiem, za jakie przestępstwa zostali ukarani więzieniem, ale było mi ich żal. Wyglądali jak inni ludzie, których się spotyka na drodze. Gdzieś się potknęli. Różnie się ludziom układa życie. Dla mnie wszystkie bramy obozów kiedyś znów się otworzyły, a nad nimi zatrzasnęły się w normalnych czasach. Może dla niejednego na zawsze? Czułam zażenowanie wobec nich moją szczęśliwą wolnością, jakbym była uprzywilejowana… Ale dość o tym. Każdy ma swoje problemy, nic nie jest wieczne. W końcu się umiera. Każdy: dobry, zły, na wolności, w więzieniu.

W maju miałam dużo gości: Niemców ze „Znaku Pokuty” i pod koniec maja, późnym wieczorem, prawie o północy, odwiedziło nas trzydziestu kilku pracowników redakcji „Więzi”. Przyjechali autokarem po całodziennym, męczącym zwiedzaniu miejsc świętych, podczas ciężkiego upału izraelskiego. Spędziliśmy razem wspaniały wieczór. Atmosfera była niezwykła, z serdecznością i bliskością, z nader ciekawymi rozmowami. Goście pomagali mi przy podawaniu poczęstunku. Albumy i książki z serdecznymi dedykacjami z Warszawy dopełniły radości niezapomnianego spotkania u nas w domu, w Herzliyi.

Przeczytałam w tym czasie kilka książek, a ostatnio te, które mi przywieźli w podarunku Czarek, naczelny redaktor „Więzi”, ksiądz prof. Michał Czajkowski oraz przekazaną dla mnie z piękną dedykacją książkę dawnego premiera RP, Tadeusza Mazowieckiego. A także dwa ostatnie numery „Więzi”. Wchłonęłam ich treść tak jak oddycha się czystym powietrzem. Na niektóre rzeczy chciałoby się odpowiedzieć, wniknąć szerzej niż zostały przedstawione. Szczególnie czuję to w związku z artykułem o książce Pięć dialogów Gustawa Herlinga- Grudzińskiego i arcybiskupa Józefa Życińskiego. Może napiszę na ten temat? Z satysfakcją, ze wzruszeniem czytam publikacje księdza Czajkowskiego, w których najostrzej potępia wszelkie przejawy antysemityzmu. Jasnymi, niezbitymi argumentami odrzuca antysemickie szkalowania Żydów, z głęboką znajomością faktów, wiedzą religijną i historyczną. Szczególne znaczenie ma to, że głosi je katolicki ksiądz, w Polsce, w kręgach religijnych, wśród studentów. Cieszę się, że poznaliśmy się i mogliśmy gościć go w naszym domu.

W lipcu tego roku pojadę z mężem do Polski. Dawno nie wyjeżdżaliśmy razem. Wnuk zostanie w domu i zaopiekuje się naszym psem i kotami. Yonatan ma już 18 lat (a mnie się zdaje, że jestem dopiero na początku wszelkich poczynań…) i bardzo pragnie być samodzielny przez kilka tygodni, z dala od rodziców. Jest odpowiedzialny, cichy, skromny. Gra na gitarze klasycznej i w tym roku otrzymał pierwszą nagrodę w krajowym konkursie. W październiku tego roku wystąpi na konkursie międzynarodowym dla młodzieży w Polsce. Ja też będę wtedy w Polsce, w Oświęcimiu. Konkurs ma odbyć się w Tychach.

Piszę i piszę (także listy), ale wszystko zostaje w komputerze, bo od miesięcy niczego nie przeniosłam na papier… Muszę wreszcie to zrobić, a wciąż odkładam. Uciekam do czytania. Może zdążę coś wydrukować przed wyjazdem dla Basi? Ona gromadzi moje prace, listy. Chyba zawiozę jej dyskietkę… Sporo czasu zabiera mi ostatnio dieta i codzienne, ranne, długie chodzenie. Chcę schudnąć (zawsze mam kłopoty ze swą tuszą) i pozbyć się cholesterolu bez pigułek. Chodzimy z mężem razem na spacery, a wieczorami z naszym pieskiem Lucky.

Jest już niemal północ, nie mam siły więcej pisać, wprost drętwieję. Ale przerwałam kilkumiesięczne milczenie.

Po osiemnastu latach, nasz premier Barak, zdecydował się na wycofanie wojska z Libanu! Ale znów jest kryzys w rządzie z powodu kłótni w koalicji, spowodowanej przez sefaradyjską partię ortodoksów „Szas”. W kraju panuje nieustannie trudna, skomplikowana sytuacja. Nie chciałabym, aby rząd padł i czuję z tego powodu napięcie, jakby to była moja prywatna sprawa. Ale czy mogę mieć jakiś wpływ?

Wczoraj zmarł władca Syrii Asad i ciągle teraz mówią tylko o tym, komentują na różne sposoby. Wydarzenia polityczne bardzo absorbują u nas ludzi, ze względu na nieustanne niebezpieczeństwo wojny. Brat często dzwoni, jest dla mnie bardzo dobry i serdeczny.

Jaki będzie nasz pobyt w Polsce tym razem? Znalazłam nagle zeszyt, w którym w styczniu, w Polsce, napisałam kilka wierszy. Wydawało mi się, że je wpisałam do komputera i wyrzuciłam rękopis. Jednak nie było ich w komputerze i zagryzałam się, że mi przepadły. Teraz odnalazły się — jak dobrze! Nie odtworzyłabym ich z pamięci. Nie mam wielkich szans opublikowania ich, ale chcę je mieć dla siebie i przyjaciół, którzy lubią czytać moje wiersze. Szukałam ich jakby były skarbem…

13.06.00

Piszę dziś niemal cały dzień. Już północ. Mąż ogląda międzynarodowe mecze. Krzyki w telewizji, ale nie przeszkadza mi to w koncentracji. Napisałam dwa wiersze, poprawiłam i wydrukowałam dawniejsze, uporządkowałam kopie, aby posłać niektóre do przyjaciół. Ile czasu to pochłania! Jednak przynosi mi spokój, wypełnia mnie czymś dobrym, mimo zmęczenia. Siedziałabym tak przy komputerze do rana… Odrywa mnie od zewnętrznego świata i wypełnia własnym, w którym jest mi najlepiej, najbezpieczniej.

Pod koniec miesiąca wyjazd. Jeszcze będę musiała przygotować obiad na piętnaście osób… Moja bratanica przyjechała z Ameryki z całą rodziną, ze swą przyjaciółką i jej rodziną. Będzie duże spotkanie u nas w domu, z naszymi dziećmi i wnukami. Jest kilka dni przed podróżą, a upały i wilgotność nie do wytrzymania! Wszystko zwykle spada na mnie naraz…

Bywają chwile, że czuję się tak, jakby mnie otaczała pustynia. Jakby nic nie było przede mną, nic poza mną, jakby trzeba było już wszystko skończyć i odejść w spokój. To nawet nie przepełnia lękiem jak kiedyś. Nareszcie chyba stałam się dorosła i uświadomiłam sobie, że mam tyle lat i niewiele mi zostało, a to jest normalne.

Przepisuję notatki czerwcowe w domu, w szare, deszczowe popołudnie, w niedzielę 24 grudnia 2000, w święto Bożego Narodzenia. Czekały dotąd w zapomnieniu. Może to symboliczne, że właśnie dziś do nich wróciłam? Cisza w sobie i cisza rozmowy ze sobą, z pisaniem. Tworzy bliskość z dalekimi przyjaciółmi. Pozwala na głębsze wejrzenie w siebie i w nich.

Ale dosyć przypadkowych refleksji po czasie. Wracam do zeszytu z podróży lipcowej. Większość została w pamięci, pod powiekami, na zdjęciach, a mało w zeszycie.

W Polsce tym razem nie będę rozjeżdżać z młodzieżą — wakacje! Wczoraj wieczorem (jak zwykle przed wyjazdem…) byłam jeszcze na spotkaniu w kibucu za Hajfą, było doskonale!

Zrealizowaliśmy nasze plany tego lata. Było pięknie na ogół, choć nie od razu wszystko zaczęło się pomyślnie. Niczego nie notowałam przez cały czas. Byłam wciąż czymś zaabsorbowana, co nie pozwalało na skupienie myśli.

8.07.00, północ

Pracowałam przez kilka dni w Brzeszczach do późnej nocy. Przepisywałam i korygowałam pamiętniki z życia zmarłego przed laty ojca Heleny. Sama jej to zaproponowałam. Zrobiłam to należycie i na czas dłuższego zjazdu całej rodziny, na czym Helenie niezmiernie zależało. Ojciec jej spisał swoje wspomnienia, gdy znajdował się w sanatorium, z powodu ciężkiej, długotrwałej choroby. Zeszyt leżał lata, jakby czekał na moje zjawienie się…

Odwiedziliśmy Barańskich w Katowicach. Dzidka przygotowała dla nas wspaniały obiad, moją ulubioną zupę grzybową z prawdziwych, polskich grzybów suszonych i wspaniałe, własnoręcznie upieczone ciasta. Potem z Basią na obiedzie, na działce u Lidki i Staszka, gdzie było nam jak w raju. Lidka (jest świetnym, profesjonalnym fotografem, pracuje od lat w muzeum Oświęcimia), zrobiła piękne zdjęcia. Powiedziałam, że nie mamy zdjęć ślubnych. Nasz ślub przed pięćdziesięcioma laty był mniej niż skromny. Lidka ustawiła nas z kwiatami i sfotografowała, jak na prawdziwym ślubie, tylko bez długiej sukni, welonu i garnituru…

I jeszcze przemiły wieczór razem z Basią u dyrektora muzeum w Oświęcimiu, pysznie przygotowana kolacja przez Alę, gospodynię domu. Nazajutrz, nad ranem, ksiądz Piotr odwiózł nas na lotnisko w Warszawie.

Młoda Bohaterka, poległa w Powstaniu Warszawskim: Krystyna Wańkowiczówna

Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny — Opowieść „Gryfa”

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Ziele na kraterze, książka o rodzinie, ukazała się w Nowym Jorku w 1951 roku, miała 16 wydań w Polsce i stała się jedną z najbardziej popularnych książek wielkiego pisarza. Weszła do lektur szkolnych.

Melchior Wańkowicz przebywając od 1949 roku z żoną w Stanach Zjednoczonych, gdzie osiadła młodsza córka, Marta, pisał książkę o tym, co minęło bezpowrotnie, o dzieciństwie swoich córek, ich dojrzewaniu, dorastaniu. O okupacji niemieckiej, i o Powstaniu Warszawskim. I o śmierci w szóstym dniu Powstania swojej starszej córki, Krystyny.

Po latach pisał: [M. Wańkowicz, Rozmowy w ciemnościach, archiwum pisarza]:

Nie lubię ludzi, którzy nienawidzą jakiegoś narodu. Kiedy w dniach wrześniowych szedłem polem z córką i lotnik niemiecki naleciał i ostrzeliwał bezbronnych pastuszków, córka mi powiedziała: „Niepokoi mnie, że nie umiem nienawidzić Niemców”. Wtedy poczułem się wynagrodzony za lata jej wychowania.

W „Zielu” napisał, że proces dojrzewania u Krystyny był nad wyraz powolny. W szkole i na uniwersytecie była aspołeczna [Ziele, 2009, str.391].

Kolejno pisze, na podstawie opowiadania matki, jak w czasie okupacji Krystyna się zmieniała. Pewnego dnia powiedziała:

Jak ja mogłam tak żyć! Z tą nauką. Z tym gospodarowaniem! Jaka głupia byłam…

Matka słuchała pokornie. Ognie doszły…

Płomień już teraz szedł — niewstrzymany… [str. 398].

W Powstaniu Warszawskim Krystyna, ps. „Anna”, córka Zofii i Melchiora Wańkowiczów, była łączniczką porucznika Stanisława Leopolda, ps. „Rafał”, dowódcy 1. kompanii w batalionie „Parasol”. „Rafał” był bratem ciotecznym kapitana Andrzeja Romockiego, ps. „Morro”.

Na własną prośbę przyłączyła się do ponad czterdziestosobowej grupy szturmowej dowodzonej przez „Gryfa”, Janusza Brochwicz Lewińskiego, która osłaniała wycofujące się z Woli oddziały. Walczyli przy zbiegu Żytniej i Młynarskiej. 6 sierpnia 1944 roku zaczęli się wycofywać Żytnią na cmentarz kalwiński. Po odprawie, ok. godziny 5—6 rano w siedmioosobowej grupie przeszli przez dziurę w cmentarnym murze i ruszyli ścieżką wzdłuż płotu. Tam zostali ostrzelani przez moździerze.

Fragmenty książki pokazujące wiosną i latem 1945 roku poszukiwania Matki grobu poległej Krystyny należą do niezwykle przejmujących i poruszają każdego czytającego. Przywołuję fragment:

W jednej z okolicznych piwnic znalazła na murze napis: ”Żołnierze Parasola”. Przechodzący robotnik powiedział, że pochowano tu siedem ciał. Zula mówiła, że słyszała, iż na tej ścieżce pod cmentarzem, którą wycofywał się ubezpieczający oddziałek Krysi, poległo wówczas siedmiu.

Odnaleźli grób zbiorowy i to miejsce w nim, gdzie złożono tych siedmiu.

Skleciła siedem trumien. Zdobyła dwa prześcieradła dla owinięcia ciała Krysi. Poznałaby je. W lutym, kiedy zaczynała kopać, był mróz, jeszcze by widziała resztki rysów. Potem już może tylko plisowaną spódniczkę. Ale wiosną ziemia była podmokła, więc pewnie już tylko warkocz…, panterkę… krzyżyk od załogi „Śmiałego”.

W grobie było sześciu chłopców i dziewczyna. Krysia była jedyną kobietą w oddziale. Więc — już kres… I pewność.

Nachyliła się nad zetlałymi resztkami. Wie nieomylnie — to nie Krysia. To nie jej układ rąk, to nie Krysia (zwłoki zidentyfikowano następnie jako sanitariuszkę Irenę z grupy „Józka”, też z „Parasola”) [str. 422].

— Ciśnie mi się pytanie… — Czy może Matka nie poznała ciała Córki, która w chwili śmierci nie miała warkoczy, była w mundurze, a nie w plisowanej spódniczce…?

Pisarz pod koniec książki pisze, że na Boże Narodzenie 1945 roku przyjechała z Polski Zofia Wańkowiczowa. Nie widzieli się od września 1939 roku.

Miała ze sobą zawiniątko, w którym była zapasowa koszula i pończochy, futrzana czapka moja, znaleziona w ruinach spalonego domu, i zeznania sanitariuszki i łączniczki Zofii.

Fragment relacji łączniczki „Zofii”:

Leżeli sznurkiem, jeden za drugim, siedmiu zabitych, od strony Żytniej. Wszyscy mieli rany szyi lub głowy. Pierwszy to był młody, piękny chłopak z jasną czupryną, drugi starszy człowiek o grubo ciosanej twarzy…(…). Dalej leżała „Anna”.

Wsunęłam rękę pod panterkę: serce nie biło.

Oczy miała półzamknięte. Usta rozchylone. Płynęła z nich krew. Już małym strumykiem (…) [str. 425].

Relacja łączniczki „Leny”:

Szóstego byłam na cmentarzu kalwińskim z moim punktem sanitarnym pierwszej kompanii ”Rafała”. Widziałam, jak grupa „Gryfa” przebiegała Żytnią. Wyjrzałam przez furtkę: była cisza, formowali się w dwójki. Widziałam, jak przechodzili dziurę w płocie, śpiewali piosenkę „Parasola”: „Pałacyk Michla”. Łączniczka „Rafała”, „Anna”, szła z nimi. Widziałam, że z czegoś się śmieje.

I w tym momencie uderzył pocisk. Padło wielu. „Anna” była najbliżej.

Podbiegłam, chwyciłam ją za rękę, zawołałam jej prawdziwym imieniem.

— Krystyno!.. Krystyno!..

Nie odezwała się. Nie było pulsu, nie było oddechu. Już nie żyła.

Przez dwa dni z powodu obstrzalu nie można się było zbliżyć do nich. Wreszcie podpełzł „Rafał”, „Gryf” i kilku innych, aby ich pochować.

Potem „Rafał” przyniósł mi zegarek „Anny” z wyrytą na nim dedykacją od matki, do oddania rodzinie.

Kiedy zostałam ciężko ranna na Czerniakowie, oddałam zegarek Bożenie, siostrze „Szarego”. Bożena zginęła na Powiślu. „Rafał” zginął przed Pałacem Krasińskich, w obronie Starego Miasta. „Gryfa” nie odnaleziono dotąd.

Więcej nie wiem [str. 425—6].

Ta relacja i zdanie: ”Gryfa” nie odnaleziono dotąd kończy książkę Ziele na kraterze.

Potem jest epilog i prolog, m.in. List Ojca do Krysi.

Pisarz próbował nawiązać kontakt z „Gryfem”, Januszem Brochwicz Lewińskim. Z końcem 1948 roku Wańkowicz mieszkający z żoną w Anglii (wyjechali do Stanów Zjednoczonych w 1949 roku) napisał list:

15 listopada 1948

Do Biura Ewidencji Oficerskiej w Witley

Załączając zaadresowaną ofrankowaną pocztówkę proszę uprzejmie o podanie miejsca pobytu.

Por. Brochwicz Lewiński Janusz

Oficer ten zdemobilizowany z P.K.P.R. w dniu 16.IX. 48 jest jedynym świadkiem śmierci mojej córki w powstaniu i informacje jego są niezbędne dla odszukania zwłok.

M. Wańkowicz

Jak się po latach okazało, „Gryf”, czyli Janusz Brochwicz Lewiński był przez wiele lat nieosiągalny.

*

Późną jesienią 2010 roku w czasie 6-tygodniowego pobytu w Polsce dowiedziałam się, że „Gryf” jest w Warszawie. Dzięki Annie Komorowskiej i Agnieszce Boguckiej (łączyła nas wspólna przyjaźń ze ś. p. Zofią Korbońską) — spotkałam się z „Gryfem”.

Generał Janusz Brochwicz Lewiński wiedział, że będziemy rozmawiać o łączniczce „Annie” i był przygotowany. Rozmowa trwała kilka godzin, odbyła się w jego warszawskim mieszkaniu w obecności także Anny Komorowskiej i Agnieszki Boguckiej.

Kolejno spotkaliśmy się na warszawskim Zamku 13 listopada na koncercie w ramach obchodów 200 rocznicy urodzin Chopina. Siedzieliśmy z mężem obok niego. W przerwie zadawałam Generałowi dodatkowe pytania, które cisnęły mi się po naszym wcześniejszym spotkaniu. Patrzył jakby filuternie i powiedział po angielsku — Twoja żona wciąż coś notuje… — Często to robi, odpowiedział Norman.

To pierwsze spotkanie, 9 listopada 2010 roku, było poruszające. „Gryf” mówił o Krysi ze wzruszeniem. Mówił, że wywarła na nim duże wrażenie dzielnego, prawego człowieka. Był jej dowódcą. Był z nią w ostatnich dniach jej życia. Widział ją poległą, i on ją pochował. Mówił, że jej śmierć przeżył ciężko.

Oboje z generałem zdajemy sobie sprawę, że ten tekst stanowi ostatnie ogniwo dotyczące wspomnień poległej Krysi Wańkowiczówny.

Oto autoryzowana opowieść „Gryfa” zapisana przeze mnie 9 listopada 2010 roku.

— Wcześniej, przed wybuchem Powstania, 10 lipca, przeprowadziłem akcję na aptekę Wendego na Krakowskim Przedmieściu 55, gdzie zdobyliśmy narzędzia chirurgiczne i lekarstwa.

Powstanie zaczęliśmy z odczuciem, że idziemy do walki z okupantem, że „oswobodzimy Ojczyznę”. W pierwszych dwóch dniach walki były niewielkie, budowano barykady. Nasz batalion „Parasol”, w którym byłem od lutego 1944 roku, składał się z młodzieży akademickiej i licealno-gimnazjalnej, mieli 16—25 lat.

Koncentracja batalionu wyznaczona była w Domu Starców na Karolkowej. Będąc na patrolu, 3 sierpnia znalazłem dom na Wolskiej 40. To była solidna willa, którą szumnie nazwaliśmy pałacykiem, zbudowana pod koniec tamtego wieku. Miała mocną, żelazną bramę, była dobrym miejscem na zasadzkę. Walka w pałacyku Michla, to była największa walka na Woli. Odparliśmy 5 szturmów, w czasie których oddziały dywizji pancernej SS, czołgi niemieckie próbowały zdobyć drogę na barykady na ulicy Wolskiej, aby je rozbić.

Niemcy nie wiedzieli, że siedzę w tym domu. Najpierw wydałem rozkazy, by sprawdzić strychy i piwnice, czy ktoś się nie ukrywa, czy nie było tzw. gołębiarzy. Byli oni dobrze wyszkoleni, potrafili siedzieć w ukryciu 2—3 dni. Siedzieli i czekali na ofiary.

Ten dom był czysty, nie było gołębiarzy, ani wybuchowych materiałów, które często Niemcy wstawiali pod schody, albo przy wejściu.

4 sierpnia wieczorem było spokojnie i urządziliśmy małą wieczorynkę. Zaprosiliśmy z sąsiednich oddziałów kilka osób, mieliśmy trochę wina, jedzenia, dziewczęta przygotowały poczęstunek. Było nas około czterdzieści osób, panowała niezwykła atmosfera. Śpiewaliśmy. Wtedy, tam, powstała piosenka

„Pałacyk Michla, Żytnia, Wola…

Bronią jej chłopcy od „Parasola”…

Ziutek Szczepański, utalentowany muzyk i kompozytor skomponował tę piosenkę. Wtedy o 9—9:30 wieczorem pierwszy raz wszyscy ją zaśpiewaliśmy.

Krystynę Wańkowiczównę poznałem 3 sierpnia po południu. Przyszła z meldunkiem od „Rafała”, potem wróciła do niego. Wcześniej, „Rafał” po akcji, którą prowadził w Krakowie, był ranny w plecy i szereg dni się ukrywał w Domeczku na Dziennikarskiej na Żoliborzu, w domu Wańkowiczów. Miał kłopot z niegojącą się raną. Wańkowicz pisze w Zielu na kraterze, że kiedy pokojówka zobaczyła pokrwawione prześcieradła, pytała, co się stało.

Krystyna była też na wieczorynce w Pałacyku Michla. Była dobrze zbudowaną dziewczyną z pięknymi, puszystymi, półdługimi, ciemnoblond włosami. Miała na sobie bluzkę i plisowaną spódniczkę, i szeroki, skórzany pas.

Robiła wrażenie pewnego dystansu, była jakby trochę nieśmiała, skupiona i poważna. Widziałem, że ma notes, w którym coś notuje.

Po wieczorynce cztery dziewczęta poszły do łazienki i się przebrały w mundury. Były to mundury zdobyte na Stawkach przez „Zośkę”, umundurowały się w ten sposób dwa bataliony, i do nas trafiły. Na prawej ręcej nasi żołnierze mieli opaskę powstańczą. Tak, że Krysia nie miała już na sobie spódniczki plisowanej, tylko mundur.

W czasie wieczorynki Krystyna poprosiła „Rafała”, żeby ją przeniósł do mojego oddziału. Miała przydział do oświaty, miała prowadzić gospodarstwo kantynowe, w jadalni opiekować się rannymi. Ale ona sobie wybrała zadanie frontowe.

Jako łączniczka „Rafała” miała dosyć trudne zadania, musiała przenosić meldunki, ale było to bezpieczniejsze od pracy, którą teraz miała mieć, będąc w mojej grupie szturmowej.

Krystyna nie musiała być na pierwszej linii. Miała przydział na zaplecze i zapewne nic by się jej nie stało.

Była zdeterminowana by z nami zostać — i została z nami. Niechętnie się zgodziłem, bo wiedziałem, że nie będzie bezpieczna.

Co ją zachęciło?… Może chciała być z nami na pierwszej linii walk, aby mieć materiał do swoich notatek? Jako córka pisarza, chciała i postanowiła być świadkiem i wszystko opisać?…

Była to bardzo odważna dziewczyna, bardzo bohaterska. Ona odtąd była zawsze ze mną, we wszystkich pięciu szturmach, które odbyłem, we wszystkich akcjach była ze mną. Mam dziennik bojowy, gdzie jest wymieniona.

To była potworna walka, pięć szturmów. Było wielu zabitych po obu stronach, wielu rannych. Było 40—50 zabitych Niemców, wtedy przez radio ściągnęli czołgi. Te podjechały 300 metrów od naszego domu, otworzyły ogień z armat. Był to kaliber 88 mm, każdy czołg oprócz tego miał trzy karabiny maszynowe.

Załoga niemiecka to byli żołnierze z bardzo dobrej formacji Hermann Goering, pancerno-spadochronowej dywizji dobrze zaprawionej w walce we Włoszech i w Afryce. Hitler ją przeniósł do Warszawy, by walczyła z nami. To były dobre załogi, mieli radiową łączność z czołgami

Po piątym szturmie czołgi rozbiły mi bramę, kolejno systematycznie niszczono wszystkie piętra i poddasze.

Była potworna strzelanina. Zniszczyliśmy jeden czołg, drugi był uszkodzony, odjechał. Otworzyłem z dymnych świec — zaporę, Niemcy się nie zorientowali, zaczęli używać większe jednostki pancerne.

Nie mieliśmy wiele amunicji. Każdy pocisk był na wagę złota. Koniec amunicji to był koniec walki, a ja już prawie nic nie miałem.

Dostałem rozkaz od dowódcy batalionu, aby opuścić Pałacyk Michla i przenieść się do sąsiednich domów.

Posuwałem się z moimi żołnierzami z grupą szturmową, którą dowodziłem. Znaleźliśmy się na Żytniej. Niemcy byli po jednej stronie, my po drugiej.

Krystyna była ze mną, w obu domach, i na Żytniej.

Przez kolejne domy szliśmy w kierunku barykady na Wolskiej, która była uszkodzona, ale wciąż trwała. Była solidna i mocna, zbudowana z tramwajów i starych samochodów, wokół były płyty chodnikowe i worki z piaskiem i mnóstwo beczek.

Ale Niemcy mieli działa — 150 mm kaliber, jeden pocisk wystarczył, by cały tramwaj rozerwać.

Była to bardzo trudna walka. 6 sierpnia około 7-8-ej rano zniszczyliśmy jeden czołg i zabiliśmy około 20 żołnierzy niemieckiej piechoty.

Wcześniej, w nocy, był spokój. Dom, gdzie byłem z około 20 moimi żołnierzami to był budynek na rogu Żytniej i Młynarskiej. Miał okna wychodzące na cmentarz. Budynek był częściowo zburzony, można było do niego wchodzić po drabinie. Klatka schodowa powoli się tliła (Teraz tego domu nie ma).

Pamiętam tę noc z 5-go na 6-go sierpnia dobrze. Wiał zimny powiew z cmentarza. W moim niewielkim pokoju były krzesła i foteliki. Krysia była bardzo zmęczona, powiedziałem, by usiadła na foteliku i odpoczęła. Przykryła nogi narzutą i zaczęła rozmowę. Wcześniej nie było okazji do większych rozmów.

Mówiła o „Rafale”, jak go ukrywała w Domeczku, o swoim domu, o rodzicach. Powiedziała mi np. że tuż przed Powstaniem obcięła warkocze. Mówiła też, że się trochę bała…

Rozmawialiśmy chyba dwie-trzy godziny. Byłem naszą rozmową zaniepokojony, poczułem się odpowiedzialny za jej życie.

Widziałem, że wciąż notuje w swoim notatniku.

Około 2-3-ej w nocy przyszła łączniczka od „Jeremiego” (Jerzego Eugeniusza Zborowskiego), który był zastępcą dowódcy batalionu. Dała mi rozkaz na piśmie, bym się wycofał. Niebawem przyszedł drugi rozkaz.

Wtedy posłałem ludzi — by szli na pobliski cmentarz ewangelicki. Nie chciałem, ale był rozkaz.

Poszło sześciu chłopców i Krystyna z nimi. Sama się zgłosiła.

Życzyłem, by spokojnie dostali się na cmentarz i czekali na nas gdzieś w zaroślach.

Wychodzili tylnym wyjściem.

Była 4—5 rano.

Podała mi rękę na pożegnanie, śmiała się.

Śpiewali „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola”…

Pół godziny później zginęli.

Co się stało?…

Obserwator niemieckiej artylerii siedział w kryjówce z lornetką, zobaczył moich siedmiu ludzi. Był około 500 metrów od baterii, drogą radiową podał informację do obsługi granatników. W wyniku tego odpowiedziała bateria granatników z ciężką bronią 81 mm. To była seria z moździerzy — pociski padały 1-2-3-4-5-6…

Wszyscy razem, cała siódemka, zginęli od tych pocisków.

To się działo 50 metrów ode mnie.

Podczołgaliśmy się z „Rafałem”. Zobaczyłem porozrywane w kawałki ciała. Wiedziałem, że tam musi być też Krystyna, rozglądałem się.

Miała poszarpaną lewą rękę, na drugiej był zegarek. „Rafał” go zdjął, był wygrawerowany. Miała ranę koło gardła, i na piersi. Zdjąłem swoją panterkę i nakryłem ją.

Śmierć Krysi odczułem bardzo głęboko. Widziałem umierających moich żołnierzy, łączniczki, sanitariuszki, ale śmierć Krystyny szczególnie mnie dotknęła.

Było siedmiu poległych razem z Krysią, trzeba było ich pochować. Teren był trudny, wkoło płyty.

Godzinę czy półtorej nie było strzelania. Wtedy ich pochowałem, był ze mną „Rafał”.

Wykopaliśmy płytki grób, może 40 cm. Był taki długi jak rynna. Pochowaliśmy ich razem, Krysię i jej sześciu kolegów. Przykryliśmy ten prowizoryczny grób deskami, cegłami, czym się dało. Dwa kawałki drewna związaliśmy sznurkiem i taki krzyż umieściliśmy na wierzchu.

Walki trwały. Dwa dni później, 8 sierpnia, strzelali na cmentarzu i mnie postrzelili w szczękę. Tylko poruszenie ciała sprawiło, że kula wyszła bokiem, a nie z tyłu głowy. Zabrano mnie do szpitala Jana Bożego, miałem strzaskaną połowę twarzy, traciłem przytomność.

„Rafał” przychodził, płakał patrząc na mnie.

Mówił też — Co ja powiem pani Wańkowiczowej… jak ja jej powiem, że jej córka nie żyje…

***

Nic nie zdążył powiedzieć Zofii Wańkowiczowej. „Rafał”, czyli Stanisław Leopold, poległ 25 dnia Powstania w obronie Starego Miasta — w rejonie Reduty Banku Polskiego, przy Bielańskiej 2.


Dowódca Krystyny Wańkowicz, sierżant podchorąży „Gryf”, Janusz Brochwicz Lewiński rozkazem z 13 sierpnia odznaczony Virtuti Militari i awansowany do stopnia podporucznika, jakiś czas przebywał w szpitalu Jana Bożego, miał ropiejącą szczękę i spalony język. Potem znalazł się w prowizorycznym szpitalu na Freta, skąd został przeprowadzony kanałami. Trwało to dwadzieścia godzin. Pamięta krzyki, pamięta biegające szczury, trzeba było odciągać na boki zalegające trupy. Mówi, że życie zawdzięcza żołnierzom i sanitariuszce, którzy go prowadzili, były miejsca, że trzeba było się czołgać. Nie zna ich pseudonimów, ani nazwisk.

We wrześniu umieszczono go w szpitalu na Marszałkowskiej 111, gdzie przebywał do końca Powstania. Kolejno był w obozie przejściowym Lamsdorf (Łambinowice), i potem w jenieckim w Muranu. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów — okres od kwietnia 1945 roku do lutego 1946 — spędził w szpitalu w Szkocji niedaleko Edynburga. Przechodził szereg skomplikowanych operacji przeszczepiania kości. Po wyleczeniu kontynuował służbę w 1 Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej u gen. Stanisława Franciszka Sosabowskiego. W październiku 1947 roku został przyjęty do III Pułku Królewskiego Huzarów. Pracował jako agent wywiadu brytyjskiego, działając m.in. w Palestynie i w Sudanie. Po zakończeniu służby w regularnej armii był przez piętnaście lat kwatermistrzem i oficerem administracyjnym w jednej z angielskich szkół wojskowo-cywilnych na terenie Niemiec. Od 2004 roku „Gryf” mieszkał w Polsce.

W lipca 2007 został honorowym obywatelem Warszawy. 24 kwietnia 2008 roku prezydent Lech Kaczyński awansował „Gryfa” do stopnia generała brygady. 17 czerwca 2009 został włączony do Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari.

***

Tekst ukazał się w:

*Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Opowieść „Gryfa”: Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny, „Rzeczpospolita”, 31 stycznia 2011, nr 23, s. P22-P23;

*Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny, Opowieść Gryfa [W:] „Druga Bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”, Iskry, Warszawa 2014, str. 9—24;

*Aleksandra Ziółkowska-Boehm, The Last Days of Krystyna Wańkowicz, “Gryf’s” Story [W:] „Melchior Wańkowicz the Polish Master of the Written Word”, Lexington Books, USA 2013, str. 145—155;

* Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, PIW, Warszawa 2019, str. 539—547.

[zdjęcia z archiwum M. Wańkowicza i J. Brochwicz Lewińskiego]

Krystyna Wańkowicz


Janusz Brochwicz Lewiński Gryf

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Wańkowicz i córki

W liście do żony z 20 lipca 1921 roku (Krystyna Wańkowiczówna urodziła się 8 października 1919 r., miała więc wówczas blisko dwa lata) Wańkowicz pisał:

To wprost fenomenalne rzeczy, co piszesz — jak jakiś cud Boży, jak kiełkowanie rośliny, ten rozwój dziecka. Z głęboką czcią myślę o Tobie jako o matce. Duszyczka naszego zwierzusia przekształca się pod Twoją ręką we wrażliwą duszę takiego małego człowieczka — małej dziewczynki. Czasem strach o małego, jak wyjdzie w życiu na noszeniu wszystkim »psijemnych«, rzeczy, ale trudno: rozwijajmy w niej miłość do ludzi i tylko hartujmy fizycznie i meblujmy głowę, to da sobie radę i z tym. Jak dobrze, że jej pokazujesz pola i łąki, piękno świata Bożego; wierzę, że to nie marnuje się, i przekonany jestem, że tyle będzie miała Kryśka w życiu szerokości poglądu, prężności umysłu i miłości wszechobejmującej w sobie, ile do lat sześciu te oczki jako niebo jasne zdążą w siebie webrać. To przeżycia najsilniejsze, fundamentowe i najbardziej oryginalne, własne. Potem wraz z abecadłem zmiesza się wszystko z surogatami myśli cudzych, przez dziecinną duszę pójdzie pył dorobków i przewartościowań ogólnych z dużego gościńca. Jeśli chcesz mieć z córki człowieka samoistnego — dbaj o jej pierwsze sześć lat.

I dlatego ja tak się cieszę z każdej wiadomości, że małemu jest wieczorem w polu u figury przydrożnej »psijemnie«. Bóg Ci za to zapłaci, Mateńko.

Córki Melchiora Wańkowicza, Krysia i Tili (Marta) — utrwalone w Zielu na kraterze — są bohaterkami literackimi spopularyzowanymi przez pisarza. Do jakiego stopnia obraz ich został przekazany prawdziwie, a jak dalece ojciec wykreował mit, wzruszony wspomnieniami czasu minionego? Pisał bowiem Ziele na kraterze w Nowym Jorku, przebywając już dziesięć lat poza krajem, kiedy dawne czasy odeszły bezpowrotnie, Domeczek został zburzony w czasie bombardowania Warszawy. Zabrakło także wśród żywych starszej córki, Krystyny, której nawet grobu nie znał.

Wańkowicz wspomina, że kiedy młodej żonie przywiózł wiadomość o śmierci jej brata w 1919 roku (drugi zmarł w odstępie trzech tygodni), była w siódmym miesiącu z tą właśnie Krysią. Padła na dywan, zgięta w bólu: mocując się z sobą. Mąż jej troskliwie starał się odjąć ręce od twarzy, ktoś uprzedzał, by uważać, podając wiadomość o śmierci, bo dziecko zostanie z płomieniem na twarzy od tego dotyku.

Dziecko urodziło się bez płomienia na twarzy, ale ogień gdzieś był głęboko[1].

W pierwszych wydaniach Ziela na kraterze wśród zamieszczonych zdjęć niewiele odnajdziemy fotografii starszej córki Wańkowicza, także więcej miejsca w książce poświęcone jest młodszej, Tili. To młodsza jest współbohaterką najpopularniejszej przed wojną książki Wańkowicza, Na tropach Smętka.

Możemy zastanawiać się, czy ojciec faworyzował jedną z córek? Czy można o tym pisać po latach, kiedy ani ojciec, ani matka, ani córki — nie żyją? Można oprzeć się na słowie drukowanym, na słowie pisanym, na relacjach. Na ile będą one świadczyć prawdziwie — zobaczymy.

W 1927 roku Wańkowicz, przebywając w Mexico City, pisał do pozostawionych w Polsce córek — sześcioletniej Tili i dziewięcioletniej Krysi:

Dududududududule…

To Tata tak z żałości pisze Wam »du-du-du…«, myśląc, że już du-dudni do Was pociążkiem, a tymczasem »figa z tego«, jak by powiedziała Tili.

Jak będziecie siedziały przy Wigilijnym stole, to wyciągnijcie spod obrusa dla Taty wróżby: Tili pierwsza niech ciągnie, bo najmniejsza — wyciągnięte źdźbło to będzie takie Taty życie — czy długie, czy równe; Krysia niech druga ciągnie — to na wróżbę, czy prędko znowu razem będą mieszkać córeczki z Tatusiem — im krótsze będzie źdźbło, tym prędzej… (18 grudnia 1927).

Miłość do córek będzie mu towarzyszyć przez wszystkie lata. W Zielu na kraterze dał ich wizerunek — zdolnych, bystrych, inteligentnych dziewcząt, o dużych ambicjach i pragmatycznym podejściu do życia. Wańkowicz ojciec odgrywał zresztą decydującą rolę w kształtowaniu osobowości córek. Niezwykła symbioza ojca z córkami budzi podziw i zazdrość. Utrwalone w książce sceny z dzieciństwa, czy okresu dojrzewania młodych panienek wywarły wpływ na wielu czytelników, którzy nadsyłali jakże często osobiste w tonie listy. Dokumentujące sukces tej książki teczki z wycinkami i listami są najbardziej obszerne ze wszystkich. W archiwum pisarza znajduje się ogromny zbiór bezpośrednich reakcji czytelniczych przysyłanych pisarzowi po lekturze „Ziela”. Tili i Krysia były bohaterkami literackimi, z którymi wiele młodych osób się utożsamiało, których dzieje były przeżywane, co wyrażano w różnorakiej formie.

Jaka jest Tili-Marta Wańkowiczówna? Nazywana przez ojca „zgodulkiem” z racji swojego łatwego i zgodnego charakteru, była roześmianą, dowcipną, niezależną zwolenniczką ojcowskiego hasła: „By nie mieć nudnego życia”. Wańkowicz porównywał ją chętnie do siebie, nazywał ukochaną córeczką, o podobnych do niego cechach charakteru i podobnym spojrzeniu na życie.

Pisał do Krysi w latach okupacji: Zwykle mama mówiła, że ze mną nie można się nudzić, bo ciągle coś się dzieje. Taki sam wicherek robiła Tilusia (15 lipca 1940).

Zdolna dziewczyna, zachęcana przez ojca, przymierzała się do pisania, przedstawiając pierwsze próby literackie. Entuzjazmem do wszystkiego, ambicją przekonała wszystkich o swojej wyjątkowo pięknie rysującej się karierze młodej pisarki. Wańkowiczowi roją się wielkie plany. Zaczął od wspólnej z córką wyprawy kajakiem „Kuwaką” po Mazurach, która zaowocowała książką Na tropach Smętka. Wojna przerywa mu dalsze plany pisarskie, przelewa je teraz na córkę, do której pisze list zwierzając się, że żal mu czteroletniej pracy nad książką o tematyce kresowej. I że razem to kiedyś napiszą, i że będzie to książka „epokowa”. Ujawnił w tym liście także nadzieje i wiarę w to, że wojna się skończy i Marta wróci do kraju bogatsza o wiedzę innego kontynentu, bogatsza o nowe wykształcenie, a tym samym — jakże cenna dla nowej Polski.

Jak się ułożą na tych ziemiach stosunki, a że będą całkowicie inne, to nie ma wątpliwości, jeśli ja nie będę mógł, to Ty z »Leiką« i notatnikiem pojedziesz po tych kątach, zobaczysz, co się stało z każdym z opisanych ludzi, nauczysz się, jakie były jego losy i jego śmierć, a jeżeli żyje, napiszesz, jakie każdy z tych Krzywców znalazł łożysko. Zredagujesz trzecią epokę w książce. Spojrzysz na to — z wysokości drugiej półkuli, z Twoich przeżyć, z Twoich nawarstwionych analogii. I wydamy książkę jako Marta i Melchior Wańkowiczowie. Będzie to ładne ukoronowanie współpracy zaczętej »Kuwaką« i ładny start dla Ciebie. Nawet mi się roi, że wszystko, co Ty byś pisała, byłoby innym drukiem i tak by biegło w książce kilka współrzędnych prądów. Jeżeli to będzie za kilka dobrych lat — kiedy warunki na tych ziemiach będą całkiem inne, a Ty już zdążysz za sobą mieć nie tylko studia, ale i praktyczną pracę, i praktyczne zetknięcie z życiem w Stanach — no to będzie po prostu książka epokowa. I od razu postawi Ciebie na szczycie świata pisarskiego (…) (4 listopada 1941).

Wańkowicz w tym samym liście wyraźnie formułuje swoje stanowisko co do przyszłości wysłanej początkowo do Szwajcarii, potem do Ameryki na studia córki.

Sądzę, że jeżeli już mówimy o obowiązkach, to Twój obowiązek, abyś przyjechała do kraju jako możliwie najnormalniejsza kobieta, do kraju, w którym tyle się napłodzi nienormalnych patosów i zakłamań.

Stosunki na „tych ziemiach” ułożyły się całkowicie inaczej. I córka, i ojciec wybrali życie na emigracji. Z tym że ojciec ostatecznie wrócił do kraju, córka — pozostała emigrantką.

W archiwum pisarza zachował się list do Marty i Jana Erdmanów pisany w dwa lata po powrocie pisarza na stałe do kraju. Pisarz w swoim i żony imieniu prosi córkę o długie, bo trzymiesięczne odwiedziny. Prosi, by nie czekała, aż jedno z rodziców zachoruje, ale by teraz, gdy jeszcze wszyscy są zdrowi, podarowała im swój czas. Bez męża, bez córek, by przyjechała do rodziców — aby ci mogli z nią pobyć do woli. Z listu widać ogromną nadzieję ojca, że córka po takim pobycie, bez bezpośredniego wpływu na jej opinię Jana Erdmana, postanowi jednak powrócić. Wańkowicz ten list zatytułował „Drodzy Jankowie” i pisał między innymi:

Prosimy bardzo, by odwiedziła nas na trzy miesiące z początkiem lata. Opłacimy bilet w obie strony oraz całkowity pobyt ze wszystkimi kosztami i przyjemnościami. Będzie miała auto do dyspozycji (niech przywiezie międzynarodowe prawo jazdy) i pobyt ile dusza zapragnie w najlepszych możliwie pensjonatach. Przede wszystkim — wyleży się, nie mając żadnych obowiązków na głowie, na plaży za całe 20 lat. Będzie miała do woli tylko siebie, siebie i mamę, siebie, mamę i mnie. Będzie mogła pojechać ze mną na jaką turę odczytową, będzie mogła poznać rodzeństwo Janka. Będzie mogła, jeśli zechce, poznać najwybitniejszych ludzi w Polsce. Wszystko to najzupełniej będzie zależało od jej woli. My nic od niej nie chcemy — jedynie, aby gruntownie wypoczęła nerwowo. Będzie musiała mieć dużo zdrowych nerwów i zapas zdrowej i wyrozumiałej miłości na dorastanie dziewczynek. A zmęczenie nie służy wyrozumiałej miłości. Sądzę, że okaże się to błogosławieństwem dla całego Waszego domu. Ale nie chcę zafałszować listu, wybijając Wasze potrzeby. Natomiast jest to bardzo silna nasza potrzeba. Jeśli macie ostatnie (ilustrowane — teraz wychodzi dalszy nakład w 20 000) Ziele na kraterze, niech Tili przeczyta swój list do mnie na str. 452. Mój Boże!… — nie chcę wypominać jej dziecinnych słów. Ale może jej dobrze będzie z nami.

Dziewczynki?… Owszem, pamiętamy o dziewczynkach. W roku zeszłym wszak wystąpiłem z tak obszerną propozycją — odrzuconą, nawet bez komentarza. Dziewczynki — pamiętamy o nich, będzie na nie czas. Ale bardzo pragniemy mieć teraz tylko Tili dla siebie. Nie myślę, żebyście mogli tę propozycję odrzucić. I, szczerze mówiąc, nie widzę jeszcze jasno, jakby miały się układać nasze dalsze stosunki, gdybyście ją odrzucili. Ach, to nie jest groźba zerwania, które w żadnym wypadku nie nastąpi. Tylko po prostu nie widzę jeszcze, czym by się nasze stosunki żywiły (27 lutego 1960).

Wańkowicz twierdził, że zrobił dobrze decydując się na powrót, że zyskał czytelnika, co dla pisarza było ważniejsze od różnic politycznych i w czym widział swoją literacką przyszłość. Liczył także, że Marta dojrzeje prędzej, czy później do podobnej decyzji. Jak dalece było to jego „chciejstwo”, a jak dalece pragnienie realne — trudno stwierdzić. Wciąż liczył na powrót córki, że przynajmniej po przejściu na emeryturę Marta Erdmanowa z Wańkowiczów przeniesie się do Polski. Mówił o tym, choć trudno dociec, na jakich podstawach opierał swoje nadzieje.

Rozmowy z rodzicami na temat powrotu do kraju musiały wywrzeć wpływ na Martę, skoro ślad ich widnieje w jej drukowanych zapisach.

W opowiadaniu Obojnaki przytaczała argumenty matki, że nie po to ginęli ludzie w Powstaniu Warszawskim, żeby teraz dzieci się wynaradawiały. Bohaterka krzywiła się niechętnie na te stwierdzenia, uważając, że człowiek rośnie jak fasola, na tej grzędzie, na jaką los go rzucił. Tezę — pogłos ojcowskich stwierdzeń, iż „dzieci nie można chować w próżni” — odpierała przekonaniem, że to, jak się żyje, zależy od człowieka, a nie od szerokości geograficznej. Ojciec jednak dowodził, że nie można wychowywać dzieci na kogoś, czym się samemu nie jest. Nie potrafi się wówczas dać tego, co każda amerykańska matka, czy ojciec automatycznie swoim dzieciom dają. Zubożycie dzieci, jeśli ich nie będziecie wychowywać na Polaków, na to, czym sami jesteście.

Jak odpowiada na to bohaterka Obojnaków? Jest nastawiona jednoznacznie negatywnie. Trochę tak, jakby autorka w jej usta wkładała własne przemyślenia i rozważała osobisty problem. Zdaje sobie jednocześnie sprawę, wie o tym, że sztych jest zbyt bolesny dla rodziców, sama niezdolna go zadać, tylko pośrednio wypowiada siebie. Odpowiedź literackiej postaci, wykreowanej przez Martę w opowiadaniu, brzmi ostro i okrutnie:

— Przecież ja już nie jestem Polką. Przecież ja nie jestem Amerykanką tylko z paszportu, dla wygody. Ja ten kraj kocham. Ja do niego tęsknię, gdy wyjeżdżam. Ja się złoszczę na to, co w nim złego. Przecież ja tu większość życia przeżyłam. Tu chodziłam na uniwersytet. Tu pokochałam i wyszłam za mąż. Tu pracowałam. Tu rodziłam dzieci. Tu mam dom. To jest mój kraj.

Ale nawet w chwilach największej irytacji wahała się przed użyciem coup de grace, przed powiedzeniem po prostu, spokojnie, rozsądnie:

— Moi drodzy, mylicie się w samym założeniu. Przecież ja już nie jestem Polką.

Że był to jednak — nawet tak przesłonięty postacią bohaterki opowiadania — sztych zbyt bolesny, pokazało życie. Po wydrukowaniu opowiadania w „Kulturze” paryskiej, co nastąpiło niedługo po jej odwiedzinach w Polsce w roku 1960, Marta czekała na odzew ojca, na ocenę tekstu. Zawsze to robił, cieszył się każdym jej słowem drukowanym i każde komentował. Teraz zapanowała absolutna cisza.

Po śmierci Wańkowicza Marta zapytała mnie, czy wiem coś na ten temat, gdyż sama nie śmiała wcześniej indagować ojca. Pamiętam, że pisarz pokazał mi opowiadanie Marty. Jego tekst znał, ale — jak mi powiedział — nie stać go było na żaden komentarz. Wybrał milczenie.

Potraktował literacki kształt jako kamuflaż dla stosunku córki do kraju, był zdumiony jej wyznaniem. Każda inna kobieta mogła to zrobić, ale nie ona — córka takiego ojca, wychowana w domu z bogatymi tradycjami polskimi, pochodząca z rodziny o niezwykle rozwiniętym poczuciu przynależności narodowej.

Jakże dalekie były słowa włożone przez Martę w usta bohaterki opowiadania od tych, które pisała w liście do ojca poświęconym ostatniemu spotkaniu z Krysią, tuż przed swoim wyjazdem z Polski: Wiedziałam, że jadąc zostawię za sobą coś, czego mi żaden inny kraj i żadne inne życie nie da.

Jaka więc była naprawdę Marta emigrantka? Jak dalece była to wciąż ta sama ambitna córka swojego ojca, zapowiadająca się tak interesująco we wczesnej młodości?

Odpowiedzi udzielić może książka, którą przysłał mi po śmierci Tili Jan Erdman, jej mąż. Wydany pośmiertnie tomik nosi tytuł W oboim żywiole[2]. Egzemplarze są numerowane, z nadrukiem „Druk prywatny nie przeznaczony do handlu księgarskiego”.

Książkę rozpoczyna motto wyjaśniające jednocześnie tytuł — jest to cytat z ody Adama Mickiewicza z roku 1832 Do samotności.

I bez oddechu w górze, bez ciepła na dole,

równie jestem wygnańcem w oboim żywiole.

O samej decyzji pozostania na emigracji we wstępie do książki napisał mąż Marty, że nie przyszła łatwo. Przeszczepienie z bardzo polskiej, bardzo patriotycznej, a nawet nacjonalistycznej atmosfery domowej na grunt amerykański nie odbyło się bezboleśnie. Był to wstrząs, którego reperkusje przeżywała przez dziesiątki lat. Wszyscy płacimy przecież koszty transplantacji, wszyscy tkwimy »w oboim żywiole«, ale Marta przeżywała to intensywniej. Była wrażliwsza.

O tym, że przeżywała to silnie, że bez przerwy mocowała się z — jak to określiła kanadyjska poetka i uczona, Danuta Bieńkowska — „garbem emigranctwa”, że stał się on jednym z jej kompleksów, tematem bolesnym, wciąż na nowo rozpatrywanym, przeżywanym, świadczy właśnie ta jej książka. Z przedmowy dowiadujemy się, że tomik jest zebraniem w całość porozrzucanych w pismach tekstów i że taki wybór wypełnia przedśmiertną prośbę autorki. Życzyła sobie, by je rozesłać znajomym i bliskim osobom.

Dominującą tematyką książki jest emigranctwo; relacja kraj–emigracja. W każdym prawie tekście autorka niejako musi wciąż na nowo udowadniać sobie słuszność wcześniej podjętej decyzji.

Szczególnie ważne dla odczytania polsko-amerykańskich powikłań Marty są dwa opowiadania. Jedno — to cytowane wyżej Obojnaki, drugie: Popatrzcie, proszę, na Barbarę.

To ostatnie pokazuje dwie zaprzyjaźnione kobiety, emigrantki, mieszkające w Waszyngtonie od ponad dwudziestu lat. Obie z obciążeniami, okaleczeniami psychicznymi z przeszłości, ale też obie połączone wspólnym losem i podobną egzystencją. Jedna z kobiet, Barbara, zarabiająca na życie jako manikiurzystka, nagle decyduje się na odwiedziny w kraju. Do swojej dwumiesięcznej wyprawy przygotowuje się starannie, drogą dużych wyrzeczeń, oszczędzając potrzebne pieniądze. Przyjaciółka patrzy na to początkowo niechętnie, ale powoli wciąga się sama w wydarzenia. Pomaga Barbarze we wszystkim, odprowadza ją na lotnisko.

W dwa miesiące potem oczekuje powrotu przyjaciółki. Barbara wraca inna, obca, zgorzkniała. Mówi: to wszystko — machnęła ręką na parkway, samochody, iglicę pomnika Waszyngtona, białą kopułę Kapitolu — to wszystko wydaje się mi dziwnie nieznane. Innych płuc trzeba, żeby oddychać tym powietrzem. Lecąc nad Atlantykiem cały czas myślałam, że dla mnie już w ogóle nie ma miejsca na świecie. I wydało mi się to tak straszne, że przysięgałam sobie kryć się z tym jak z trądem (…). Stamtąd to wszystko razem inaczej, jakoś śmiesznie wygląda. My wszyscy, właściwie bezradne kukły, dyndamy w próżni. Myślimy, żeśmy już w zbroi — a chodzimy nadzy. Stoimy na posterunku, którego już nie ma. Bronimy uparcie tego, co pamiętamy, a nie tego, co jest. Jesteśmy takie żałosne hojne-Wojtki-z-cudzej-torby, skłonni do poświęceń, nie swoich, ofiarni — cudzym kosztem, sędziowie surowi dla innych, ciułacze nieszczęśni na nowe lodówki, bo »złota dla Ojczyzny« już nikt nie zbiera. Ojczyzna się skończyła, a wszystkie Reduty Ordona już nie nasze. Chodzimy smętne Półpanki rozdęte frazesami, które nas mają ratować, i już przestajemy wierzyć nawet w to, czym każdy taki frazes był naprawdę. Budzimy się co rano z abszmakiem winy wobec tej dawnej Ojczyzny i wobec tego, co niektórzy spośród nas pomyleńcy nazywają »nową ojczyzną«. Nowa ojczyzna, a cóż to za dziwny taki twór? Uczeni lekarze dzisiaj umieją rozpłatać klatkę piersiową i wstawić chorym sercom maszynkę do pomocy. Ale serca nie zamienią. Człowiek sobie chodzi po świecie niby ten sam, a przecież są chwile, że ma baterię w piersi, nie własne żywe serce. To mu życie ratuje. Wielka zdobycz nauki. Ale nowego serca nikt nie wymyślił…

Niezwykłe są te słowa, jakże ostre, jakże może niesprawiedliwe i jakże równocześnie prawdziwe. Można przypuszczać, że w ślad za swoją bohaterką Marta — mimo innych uwag porozrzucanych w książce — jest wciąż niepewna swego, jest „ni-rak-ni-ryba”. Określiła siebie wyraźnie: My jesteśmy nieuleczalne obojnaki — Hyphenated people. Faktu, że może mieć „dwie ojczyzny”, nie uważa za wielkie szczęście, czy bogactwo — ale za wielkie ubóstwo.

W końcowym fragmencie opowiadania narratorka-przyjaciółka Barbary spostrzega przywiezioną z Polski w torebce garść ziemi.

Ziemia w trójkątnej tutce była sucha, szara, jałowa. Nic by z niej wyrosnąć nie mogło. Nie przypominała tej ciepłej, soczystej, czarnej ziemi, którą kiedyś przesypywała bezmyślnie między palcami. Była smutna, najsmutniejsza na świecie, jak zwiędłe kwiaty, jak puste oczodoły, jak niepłodna kobieta.

Bohaterka pragnie dotknąć, poczuć ręką ciepło „tamtejszej ziemi”. Klęcząc zbiera „szary proch”. Była go jedynie garstka.

Obok tych fragmentów, przejmujących tęsknotą do swojej ziemi, swojego kraju, dzieciństwa, Marta Erdman umieszcza inne, im przeciwstawne, nie tyle na przekór, ile by pokazać współistniejące odczucia.

I tak Krystyna, bohaterka Obojnaków, wracając po kilkuletniej przerwie do Waszyngtonu, patrzy z największym „na wskroś dreszczem dojmującym wzruszeniem” na Statuę Wolności, nowojorską zaś koronkę drapaczy chmur nazywa „najpoetyczniejszym widokiem na świecie”.

W liście do przyjaciółki trapionej wątpliwościami, czy jako matka będzie mogła dać dzieciom to, co powinna, pisała: Nie chodzi o to, żeby dzieciom dać olbrzymią miłość do Polski, tylko żeby w nich wychować predyspozycję do miłości, cnoty zdumiewająco wszechogarniającej, z której rośnie potem przywiązanie, odwaga, gotowość do poświęceń, prawość sądu. Myślę, że jeśli się w dziecku zachęca zdolności muzyczne i ułatwia rozwój jego talentu, to już potem wszystko jedno, czy gra ono Bacha, czy Beethovena. Myślę dalej, dosyć heretycznie, że jeśli się w dziecku rozbudzi ducha religijnego, to na dobrą sprawę właściwie wszystko jedno, czy będzie ono dobrym kwakrem, katolikiem czy protestantem. I właściwie jest mi całkiem obojętne, czy moje dzieci będą dobrymi Amerykanami, czy dobrymi Polakami. Myślę, że tu i tam predyspozycja psychiczna jest wymagana ta sama i że to o nią właśnie chodzi, i że osiągnąć jej abstraktami nie można na pewno. Jedynym kątem świata, do którego ja mogę przywiązać swoje dzieci naprawdę, nie abstrakcyjnie — jest Ameryka. To więc próbuję zrobić.

Krystyna — którą można w jakiejś mierze utożsamiać z Martą — jest szczęśliwa, że kończą się odwiedziny w kraju, gdzie „rozwiązała w sobie kompleksy tęsknoty”, i że wsiada już na statek wiozący ją do Ameryki, tym razem z wyboru, nie z trafu, nie z musu wojny.

Sama Marta odwiedzała kraj wielokrotnie. Razem było tych odwiedzin jedenaście, licząc od pierwszego powrotu po wojnie. O swoim ostatnim przyjeździe, który nastąpił jesienią 1980 roku i który był właściwie pożegnaniem z Polską, bo Marta była już chora na tę samą co ojciec chorobę, napisała opowiadanie, kończące omawianą książkę. Wydobyła w nim znaczenie pobytów polskich dla siebie. Przyjazdy do Polski nauczyły ją przede wszystkim pokory i tolerancji. Pokory, ponieważ wszyscy mówili jej, że i tak nie zrozumie kraju, nie zrozumie jego surrealizmu, że się wyobcowała mieszkając na innym kontynencie. Wyzwoliła też w sobie tolerancję — jak sądzi — większą od tolerancji ludzi mieszkających na miejscu. Przyznała, że łatwo jej przychodziło być nietolerancyjną dla innych, mając paszport amerykański i bilet powrotny do USA w kieszeni. Martę wciąż nurtowała myśl… — że nie ma sposobu dowiedzenia się, co by zrobiła, gdyby była na czyimś miejscu.

Marta Erdman miała już swoje miejsce, swój zakątek na ziemi wybranej do życia, wybranej jako przyszłość swoich dzieci. Daleka już była od zwątpień towarzyszących jej w czasie pierwszych odwiedzin w kraju, na który patrzyła wówczas oczyma swoich córek. Starała się je wyobrazić idące obok ulicami miast swego dzieciństwa, przebywające z ludźmi, których znała i którzy byli jej wciąż bliscy. I wtedy bywały chwile, kiedy wydawało się, że jej dzieci do żadnego innego zakątka na ziemi należeć nie mogą.

Zaraz potem określiła jednak swoje wzruszenia „przypomnieniem dawnych wzruszeń sflaczałych jak odgrzewana kolacja”.

Jest więc pełna sprzeczności — wyzwalanych i zaraz potem tłamszonych w sobie myśli, uczuć, wspomnień. Emigranctwo jest dla Marty nieustannym problemem, tematem, z którym się zmaga, który ją opanowuje, dręczy, zagarnia całą, podporządkowuje sobie. I który jakby zgasił wszystkie inne, a nade wszystko nie zaowocował niczym wielkim. Marta napisała kilka opowiadań, kilka reportaży, ale kiedy patrzy się na dorobek życia, jaki stanowi pośmiertnie wydana książka W oboim żywiole, zdumiewa i zastanawia szczupłość tomiku, skromna skala rozpiętości zainteresowań. Zapowiadająca się na początku interesująco jako pisarka młoda Wańkowiczówna — Tili — w sumie jednak nie wydała ze siebie ani wielkiego dzieła, ani tak naprawdę nie podjęła żadnej próby — nie czyniła wiele, by coś zmienić. Co było tego przyczyną, że stać ją było tylko na odbicie trwającego latami tematu przeszczepienia?

W liście do córki (19 sierpnia 1944) Wańkowicz żali się, że Marta obniżyła atmosferę swego życia duchowego. Piękna była w Szwajcarii, we wrześniu w Polsce, w pierwszym roku college, w drugim coś już poczęło nie dopisywać i poleciało w dół po pójściu do PIC-u. [Polish Information Center, gdzie Marta pracowała w dziale odczytowym — przyp. A. Z. — B.]. Ty jesteś śliczny, plastyczny, wrażliwy materiał — ale wrażliwy na wszystko, co życie niesie — dobre i złe. Ta sama dziewczynka by była inna oddychając czystą atmosferą Monte Cassino i całkiem już inna oddychając PIC-em (…).

Czemu córka Wańkowicza, po studiach w Szwajcarii i w Ameryce, z dobrze opanowanym językiem angielskim, kiedy wojna się kończyła, nie spróbowała swoich sił w ambitnym przedsięwzięciu, tylko wyszedłszy za mąż osiadła z mężem na farmie i kilka lat życia oddała hodowli kurcząt? Takież farmy zaraz po wojnie zakładali emigranci obciążeni kompleksami, brakiem dostatecznej znajomości angielskiego. Dlatego jakże potem Wańkowicz był zadowolony, kiedy przez kilka lat Marta pracowała jako researcherka w „Time Magazine”.

Pisał do niej w 1941 roku: Myślę, że tajemnica życia to nie żeby za wiele orać, ale żeby żyć intensywnie. To znaczy, żeby było dużo przyjemności, ale żeby każda była zdobyczą, przeżyciem, rozprężeniem. Hasło: aby nie mieć nudnego życia! I tu się o Ciebie nie boję. Jeśli kiedy sobie powiesz, że coś mi zawdzięczasz, to może właśnie to… (4 listopada 1941).

Czy jednak nie przeliczył się, zakładając, że córka będzie na tyle ambitna, by osiągnąć sukces i iść do góry, tak jak ją nauczył?

Wańkowicz zdawał sobie sprawę, że Marta do końca nie spełniła jego oczekiwań, nadziei w niej pokładanych. Tłumaczył to sobie jednoznacznie. Przede wszystkim wiedział, że decyzja pozostania na zawsze na emigracji jakby przycięła ostatecznie skrzydła Tili, a także — o czym mówił niechętnie i rzadko — uznał, że przyczyna tkwiła w małżeństwie córki. Swoisty żal, jaki odczuł w chwili dowiedzenia się o ślubie Marty z Janem Erdmanem, tkwił właściwie w nim do końca. Nie takiego męża wymarzył dla swojego dziecka i zaskoczony nagłą decyzją Marty miał żal, że został przy podejmowaniu tej decyzji pominięty. Wcześniej córeczka słała listy opisujące jej przyjaźń, a później narzeczeństwo z młodym chłopcem, jej rówieśnikiem Pawłem, do czego Wańkowicz właściwie nie miał zastrzeżeń. Panował wciąż nad sytuacją, doradzając córce bardzo praktyczne podejście do sprawy, ale i aprobując jej wybór. Pani Zofia Wańkowiczowa także była wprowadzona w sprawę, do tego stopnia, że kiedy dowiedziała się o ślubie córki, pytała w listach: Jak się miewa mąż Tili, Paweł?

Swego zięcia, Jana Erdmana, Wańkowicz znał wcześniej jako dobrego dziennikarza sportowego, na pewno jednak nie wyobrażał go sobie wówczas jako męża młodszej, ukochanej córki. Później, po latach, mówił niechętnie o doktrynerstwie” Erdmana, który narzucił Marcie swój obraz świata, a ona jako typ „koniugalny” — według wyrażenia Wańkowicza — przystosowała się dość ulegle do roli żony.

Brak większej sympatii istniał także ze strony Erdmana. Musiał wiedzieć o niechętnym mu stosunku teścia. We wstępie do książki Marty pisze wprost o reakcji ojca Tili na jej list powiadamiający o decyzji małżeństwa: Kiedy ustaliliśmy datę ślubu, córeczka zawiadomiła o radosnym wydarzeniu Melchiora Wańkowicza, wojującego wówczas z Drugim Korpusem gdzieś na bucie włoskim. Tymczasem zamiast błogosławieństwa nadszedł telegram, proponujący odroczenie ślubu do czasów pokojowych, czyli innymi słowami i bez dyplomatycznej bawełny — do zerwania naszego związku. Na szczęście telegram nadszedł w 14 dni po złożeniu nierozerwalnej przysięgi. Przeleżał w cenzurze wojskowej.

Brak większego entuzjazmu w stosunkach między Erdmanem i Wańkowiczem zauważyć można w późniejszych, enigmatycznych i czasem zgryźliwych uwagach, jakie czynił autor Monte Cassino. Podobnymi odpłacał mu zięć. W swojej książce (bardzo interesującej!) Droga do Ostrej Bramy Jan Erdman pisząc o oddziale majora Hubala cytował wiele razy Wańkowicza i nie omieszkał jednocześnie przytoczyć z pewną dozą satysfakcji i złośliwości błędu drukarskiego, jaki wdarł się do pierwszego wydania książki o hubalczykach. Jakby wydanie książki na emigracji niedługo po wojnie nie usprawiedliwiało niechlujnej korekty.

Jan Erdman starszy był od Marty o piętnaście lat. Wańkowicz w liście do Erdmana (z 23 września 1944) tłumaczył, że obawiał się, iż był on „zbyt sformowany duchowo, by nie zaciążyć na rozwijającej się do życia Marcie”.

Czy to jednak tylko mąż stłumił w niej ambicje własnej pracy twórczej, własnych dążeń? I w jakim stopniu popularny ojciec wpływał na niemożliwość pełnej kreacji, pełnego wypowiedzenia się Marty, jak dalece nie chciała, nie umiała zmierzyć się z nim pisarsko?

W każdym razie dość szybko zmieniła swoją filozofię życia, do której dochodziła przez lata w rodzinnym domu i głosiła, gdzie i komu się tylko dało. Zapewne wiele się przeobraziło w tej pewnej siebie dziewiętnastoletniej osobie od chwili przyjazdu do Ameryki, to znaczy od 1940 roku, jeśli już w cztery lata później pisała do swojego przyszłego męża, w jaki sposób chciałaby spędzić życie, jakie są jej w tym przedmiocie wyobrażenia. Młoda dziewczyna wyjaśniała swoje ambicje i plany życiowe, jakże odległe od tych sprzed czterech lat:

Dotąd nie bardzo miałam okazję sprawdzić moją filozofię życiową. Ale zasadnicza przesłanka: lubię należeć do jednego świata, a jeśli wszyscy są jednym światem, to lubię czuć swoją przynależność do jednego kącika tego świata.

Tak więc nie odrzucam ojczyzny ani państwa. Wręcz przeciwnie: w czasie wojny chciałabym się przyczynić choćby w nudny sposób do odzyskania tego własnego kącika, w czasie pokoju chciałabym urządzić po swojemu jak własny dom, wymieść kurze, wyprać firanki i ugotować kurczaka na niedzielę. To nie misja może, ale tak chciałabym żyć.

Nie odrzucam rodziny, bo moja własna była taka, że nie musiałam się do niej naginać, że z czystym sumieniem i całą miłością mogłam do niej należeć z wyboru.

Nie odrzucam rodziny także dlatego, że chciałabym mieć dzieci, minimum dwoje. Gdybym miała, chciałabym dać im tyle miłości, zrozumienia, ciekawości życia, ile sama dostałam. I taki sam szeroki oddech światem. I takie samo własne podwórko, do którego nie będą przykute, od którego będą wolne odejść, ale którego porzucić nie zechcą, bo zapamiętają różne takie bez sensu rzeczy, jak te, które ja pamiętam: jakiś świeży ranek, kiedy się siedziało na pługu w obejściu i wierciło bosą piętą dołek w wilgotnej, czarnej ziemi, i kiedy nagle wybuchła jakaś niespodziewanie mocna świadomość rośnięcia i dojrzewania tak jak kłosy na polu, jak jagody w lesie; czyjaś krzywda, którą się chciało naprawić, nie krzywda proletariatu internacjonalistycznego, a ta właśnie maleńka, zasmarkana krzywda z jakiegoś podwórza na Nalewkach; dożynki i Matka Boska Zielna w zapoconym drewnianym kościółku; różne tam takie rzeczy, wszystko naokoło [3].

Marta umierała na tę samą chorobę co ojciec, w osiem lat po nim. Tym samym zmarła ostatnia z czworga bohaterów Ziela na kraterze, książki o losach jednej rodziny. Jako pierwsza odeszła Krystyna, starsza córka Wańkowicza, uczestniczka powstania warszawskiego. W 1969 roku zmarła Zofia Wańkowiczowa, a w pięć lat później — Melchior.

Jak dalece i czy można sądzić, że ojciec faworyzował jedną z córek?

Pod koniec życia pisarz zwierzał się ze swojego stosunku do obydwu córek. Z wielkim bólem mówił o Krysi, z którą nie miał tak łatwego kontaktu jak z młodszą Tili. Krysia — według niego — była dzieckiem trudnym, hardym, nieustępliwym. Została z matką, którą się opiekowała. Wańkowicz, wspominając Krysię, porównując ją z Tili, uważał, że gdyby przeżyła wojnę, zostałaby w kraju, była bowiem ogromnie przywiązana do polskości, do ziemi. Chciała studiować rolnictwo.

— Postawiłem na Tili — mówił — bo była jakby łatwiejsza i prostsza, bo wydawała się rokować większe nadzieje, ale tamtej chyba nie doceniłem. Lepiej pisała, miała niewątpliwy talent literacki.

Pisał do Tili w okresie okupacji: Krysia — to największa moja rana. Dziewczynka ma talent literacki, o którym nie wie, i bardzo słabe dane na rolnika. Jeszcze nadejdzie może taki czas, że jej pomożesz podciągnąć się. Byle nie za późno… (26 sierpnia 1940).

W listach Krysi, które znajdują się w archiwum pisarza, można rozpoznać niewątpliwe zdolności, ogromną wrażliwość, wnikliwe spojrzenie na ludzi i na siebie, i umiejętność precyzyjnego określania własnych odczuć. Krysia wyłania się tu jako szlachetna, głęboka dziewczyna.

Wańkowicz mówił, że Krysia była na co dzień trudna, po latach jednak dostrzegał w niej zadatek na ciekawego człowieka. Żalił się, że w tamtym wczesnym okresie jeszcze tego nie rozumiał. Miał żal do siebie o ostre konflikty z dorastającą córką, nie zapomniał też, że w takim niełatwym okresie napięć rozstali się — jak się okazało — na zawsze.

Utrwalił tę scenę w „Zielu”:

Na trzeci dzień wojny, kiedy jeszcze pociągi kursowały jako tako, Tata odwiózł ją na dworzec, wyprawiając na Kamienną Górę. Wzięła ze sobą pełno skryptów uniwersyteckich. Patriotycznie demonstrujące tłumy napełniały ją odrazą. Było życzeniem ojca, by ją przechować na wsi w ten niespokojny czas, ale dziwiło go, że ona się na to zgadza, podczas kiedy tamta, młodsza, przebija się przez Skandynawię do płonącej Polski. Kiedy pociąg miał ruszać, ojciec dał nieostrożny wyraz swoim wątpliwościom.

— Czy mam zostać?… — spytała.

— Ach, nie, ależ wcale… Wszystko, co możesz teraz zrobić, to uczyć się — skłamał (…).

Kiedy w tydzień potem na wsi szli łąką, wrogi lotnik się zniżył, ostrzeliwując pastuszków. Krysia powiedziała, patrząc za znikającą maszyną: »Niepokoję się, że nie mogę nienawidzić«. Była w tym przekora przeciwko tłumom trzęsącym się po schronach i wyżywającym się w nienawiści. Chciała żyć wolnym, nieskrępowanym życiem duchowym, niezależnym od żadnych zdarzeń. Kiedy bombardowano Serebryszcze, ona jedna nie zeszła do piwnicy i wybrała ten właśnie czas na robienie manikiuru. Czytała książki. Wysypiała się. Chciała żyć, za wszelką cenę, dawnym życiem. Życiem według swego wyboru, niezależnym od żadnych konieczności. Buntowała się, że zdarzenia czy ludzie, swoi czy obcy, mogą jej narzucać jakieś przymusy (…).

Kiedy potem poczęły się szeptania i roznoszenie biuletynów, zmowy i rozmowy, słuchanie tajne radia — nie brała w tym udziału[4].

Krysia — ze swoim jakby chłodnym stosunkiem do życia…

W szkole i na uniwersytecie była aspołeczna. Nie miała przyjaciółek ani żadnych godności w samorządzie szkolnym, kpiła z tajemniczych konspiracji w »Trzynastce« — pisał Wańkowicz w „Zielu”… (s. 353), przeżyła później przełom świadomości patriotycznej. Zniosła wtedy ze strychu portret poległego w wojnie 1920 r. stryja i powiesiła u siebie w pokoju. Jak pisał Wańkowicz: „Ognie doszły”.

W listach do siostry, kiedy pisze o swoich rówieśnikach, chłopcach, którzy siedzą w obozach lub tych, którzy przygnieceni, zdawałoby się, sytuacją nie tracą godności i chęci samokształcenia, przebija ton jakiejś niebywałej dojrzałości, pewnej nuty macierzyństwa. Na tę opiekuńczość wobec chłopców swego pokolenia zwrócił mi też uwagę jej rówieśnik, Jan Strzelecki. Powiedział między innymi: Krysia jest jedną z niewielu osób z tamtych lat, które sobie zachowałem. Uważał, że po wyjeździe Tili Krysia nabrała jakby nowych barw, nowego wyrazu. Odwiedzał Domeczek, pracując wiele godzin w bibliotece. Podziwiał Krysi przyjacielskość, umiejętność zrozumienia, wyczucia atmosfery, wyciszenia, kiedy trzeba.

Zofia Wańkowiczowa pisze do męża i córki:

Melku, Tili — należy się Wam, abym Wam opowiedziała o Krystynie, a przede wszystkim należy się to ode mnie Krystynie. Gdy wyjeżdżaliście, była to jeszcze dziewczynka. Teraz jest to człowiek.

Przede wszystkim cechuje ją prawość. I obrzydzenie do kłamstwa i słabości charakteru. I protest przeciwko kompromisom. Drugą jej cechą jest poszukiwanie: szuka prawdy i wielkich spraw. Wie to o sobie. Napisała kiedyś o sobie żartobliwie ogłoszenie: »poszukuję gotowych światopoglądów«. Bywała szorstka cierpieniem szukania, ale gdy czasem — o jakże rzadko — mówiła o swych wewnętrznych sprawach, była czarująca i słodka. Często była zamyślona i smutna. Trzecią jej cechą jest wielka czystość dziewczęca. I nie łączy Krystyna swej przyszłości z nikim. Jest zamknięta w sobie ze swoim życiem. Nie cierpi wielkich słów i gestów. Kocha życie, lubi życie. Czuje się w niej zasoby wesołości. Mówiła kiedyś, że tak lubiłaby w domu śpiewać. Szczerze i gorąco kocha piękno; zachłannie rozkoszuje się pięknem przyrody, a jej zmysł piękna w sprawach domowych jest niezawodny. Rozkoszuje się czystością i pięknem otoczenia. Cieszy się domeczkiem, w którym gospodaruje samodzielnie, celowo i umiejętnie. Ostatnio pragnie się trochę bawić, tańczyć, cieszy się swymi sukienkami, zaprasza znajomą młodzież, reaguje na rasę ludzi i zalety towarzyskie. Tęskni do Was, ale nigdy o tym nie mówi. Tylko gdy decydowała coś o swym wykształceniu, gdy potem podejmowała swoje wojskowe decyzje, mówiła: »właśnie teraz, gdy mi ojciec potrzebny, nie ma go tu«. Nie skarży się na żadne życiowe rzeczy nigdy. Gdy mówiłam, że pojedzie po wojnie za granicę, będzie podróżowała, nic nie odpowiadała. Bardzo tego pragnęła.

Jest zdrowa i silna; mówi: »Tyle mam sił, taka jestem zdrowa i mocna«. Wyrabia w sobie odwagę fizyczną (pamiętacie „Kozaczego ducha”? ) i męstwo duchowe. Wyrabia w sobie odpowiedzialność za podjęte sprawy. Podjęte obowiązki wykonuje doskonale, systematycznie i cierpliwie (prowadzenie domu, działka, ogródek). Kształci się wytrwale. Inteligencja jej rozwija się, zdolności są takie jakieś czarujące, pełne wdzięku. Tak się troszczy i trwoży, co o niej ojciec powie, gdy wróci. I taka jest podobna do Melka w charakterze, umysłowości i reakcjach życiowych. A jednak jest taka »sama swoja«, jedyna. Tyle się w niej czuje duchowych wartości jeszcze niewydobytych, jeszcze przez nią samą nieuświadomionych (…) (list zachował się bez daty).

W czasie lat okupacji Krysia tęskni do ojca ogromnie. Zwierza się z tego młodszej, przebywającej za oceanem siostrze — z braku ojca, ze swoich rozmyślań o czasach, w jakich przyszło jej żyć, kiedy to „ojcowie są tak potrzebni”.

W czerwcu 1941 roku pisała do Tili: Myślę ciągle o ojcu. Porządkowałam teraz skład i między innymi gratami paki z jego rzeczami i papierami. Układając poszczególne teczki, druki, luźne kartki, książki, statywy, mapy, klisze — miałam wrażenie, że przypominam i odkładam po kawałku całe jego życie, z jego pracą, z jego pasjami, zaczynając od matury, od tomu uczniowskiego „Bez przyłbicy”. Myślę, że wiele spraw o Ojcu teraz dopiero dotarło do mojej świadomości. Tak niewypowiedzianie mi go brak. O chwili spotkania myślę z mieszanym uczuciem: bo człowiek od 19 do 21 lat zmienia się zupełnie i jest już innym człowiekiem. I ja też. A ludziom trudno się spotykać, jeśli gdy się rozstawali, byli zupełnie inni. Pewno wyobrażał sobie, że więcej z siebie zrobię, że dociągnę do jego wymagań. Jak o tym pomyślę, to czasami w nocy wstaję i łapię za kolejną porcję angielskiego, bo cóż innego mogę zrobić! Nic, nic, nic! Wojna jest podła. Zabiera córkom ojców wtedy, kiedy ich najbardziej potrzebują.

Krystyna zdawała sobie sprawę, że się sama zmieniła, że czasy są odmienne i że teraz jej związek z ojcem mógłby mieć całkiem inny charakter, niż wtedy kiedy się rozstawali. Zna jego ambicje względem siebie i chce im sprostać. Zwierza mu się ze swoich planów, ze swoich poczynań, kończonych kolejno kursów gospodarstwa, które jakże przydatne były w okupacyjnej egzystencji. Oczekuje też zachłannie jego listów. Listy te nie są częste. Zofia Wańkowiczowa dopomina się u męża o odpowiedzi na listy Krysi i o łagodne jej traktowanie. Martwi się o córkę:

Krystyna nie jest w dobrym stanie ducha: ma dużą pustkę ducha i dużo rozgoryczeń, trzeba przyznać, że i na siebie. Uważam, żeby nie wytworzył się kompleks niższości pomieszany z młodzieńczą zarozumiałością. Nastrojona jest nieraz tak drwiąco, lekceważąco, to znów tak, jakby powiedzieć, w stylu literatury, której nie uznawałam u naszych wspólników. Jest bardzo szlachetna i dzielnie stara się ze mną walczyć o byt (Zofia Wańkowiczowa do Melchiora, 6 czerwca 1940).

Krysia pisze do ojca: twoje listy są naszym podtrzymaniem, bodźcem do pracy, dowodem miłości, która nam pomaga żyć, i mimo tylu ostrych słów w moim kierunku, po których przepłakiwałam ranki i wieczory (wstrętna żaba, w każdym niemal liście udziabał!), nie wiem, jak ci dziękować za te twoje listy, w których każda literka napęczniała sercem… (2 lipca 1940).

Ojciec rzeczywiście w wielu listach jest „wstrętną żabą, która dziabie”. Podśmiewa się z jej gospodarowania, z jej prac ogrodniczych, hodowania kur. Proponuje, aby hodowała także… króliki: Czy to bardzo nieroztropne by było kupić parę królików? Miałabyś wówczas trzy, ten jeden do hodowania i na skórkę dla Pusia po najdłuższym życiu i te dwie kupione — na rozpłód. Potrawki z ryżu z królika — palce lizać. A może kozę sobie fundniesz? Hę?… Mnie tam nie ma, to Ty powinnaś popełniać jakoweś inicjatywy, żeby się Królikowi życie nie nudziło… (15 lipca 1940).

Podobno po tym liście Krysia, czując się upokorzona, płakała. Listy Wańkowicza do starszej córki są inne niż do młodszej, której zwierza się z zamiarów pisarskich, z ambicji i którą traktuje jak równorzędnego partnera. Krystyna wie, że nie jest w ten sposób wyróżniana. Żali się.

Kiedy teraz jesteś tak daleko — tyle bym Ci rzeczy chciała powiedzieć, zapytać, poradzić. Tak szalenie żałuję, że nie możesz mnie miło pamiętać. Mój kochany!… I potem jest zdanie skreślone, ale czytelne: Od czasu do czasu przypomnij sobie, że masz starszą córkę.

Krystyna wydaje się, cierpiała na poczucie niższości wobec młodszej, zdolnej siostry, wobec jej sukcesów, jej Ameryki. Pisała o swoich dniach w Warszawie z lękiem, że jej listy w porównaniu z korespondencją Tili są blade, nieinteresujące, nie mogą ojca ucieszyć, że nie dorównują listom siostry.

Wstydzę się porównania z listami Tiluszka, bo co to znaczy mój skończony kurs gotowania, pisania na maszynie czy szoferowania w porównaniu do tego, co ona z siebie wydobyła. Zbyt mocna konkurencja w ubieganiu się o Twoje najwyższe, ojcowskie łaski. Mam nadzieję, że nie policzysz mi tego zdania na karb zazdrości czy rozżalenia. Jest w nim tylko podziw i uznanie dla młodszej smyrdy (…) (2 lutego 1941).

Była pełna podziwu dla siostry, z czego się chętnie zwierzała ojcu. Stać ją na obiektywne spojrzenie na Martę. O listach Tili pisze jeszcze raz w tym samym, wyżej cytowanym liście: takie są prawe i serdecznie rozumne i taka w nich wspaniała postawa życiowa i taka uczciwość, i widać, jak wiele wartości skrzętnie potrafiła uzbierać na swoje 19 lat. Bo u niej nic się nie marnuje, wszystko obraca na dobro. Możesz chyba być zadowolony (…).

Przyznawała się jednak także otwarcie — niezależnie od swojego podziwu i miłości do Tili — do zazdrości o uczucia ojca. Sam wyjazd siostry przeżyła głęboko: Mówiąc szczerze, wrzałam z zazdrości, jak Tili wyjeżdżała, i wyjazd jej był złą chwilą życia, ale naturalnie żalu do Ciebie nigdy nie miałam o to. Teraz cieszę się, że tak się stało, jak się stało… (25 kwietnia 1940).

Przyznawała jednak, że było jej ciężko, gdy znajomi i bliscy pytali ją wprost: „Zazdrościsz Tili Ameryki?” Starała się nie widywać ludzi, bo wciąż przyrównywana, wypytywana o siostrę — nie umiała znaleźć w sobie wtedy odporności.

Uważała jednak chyba, że jej miejsce jest w kraju, gdyż: należy tu siedzieć, bo choć serce rwie się stąd i do Ciebie, to chyba tu jest nasze miejsce (12 stycznia 1940).

Kiedy Krystyna zapytała w liście Martę o ewentualność wyjazdu za granicę, Tili z całą szczerością napisała jej o swoich odczuciach, jakże ciężkich przy odnajdywaniu siebie w nowym kraju. Oceniała siostrę jako trudniejszą, „hyrniejszą”, a więc przewidywała, że jej byłoby gorzej. Właściwie wątpiła, czy Krysia w ogóle mogłaby wyjechać z Polski: Chciałam ci powiedzieć po prostu, jak nieskończenie ciężko okazało mi się nagle, zupełnie dla mnie, włóczykija, niespodziewanie, być między obcymi, zupełnie obcymi ludźmi. I dlatego ta część moich rozmyślań »Krystyna za granicą« była, że czułabyś się najmniej tak jak ja, a pewnie jeszcze gorzej, bo jesteś »hyrniejsza« i mniej układna. Prawdopodobnie w ogóle byś nie wyjechała. A »nowy rozdział« jest — jak byś sobie ułożyła życie i warunki tutaj? Czy umiałabyś dać sobie radę z tymi ludźmi, a raczej nie z nimi, a z samą sobą w stosunku do nich (27 sierpnia 1940).

Jakby przeciwstawienie pojawiających się od czasu do czasu tęsknot Krystyny do innego życia, do zagranicy, można odnaleźć w przejmującym liście z Kamiennej Góry. Młoda dziewczyna objawia w nim zarówno niepośledni dar obserwacji, dając tak piękny opis przyrody, jak i jednocześnie pogodzenie ze wszystkim, z samą sobą. Wart też jest przytoczenia:

Kochany Tatuśku — wczoraj Króliczek odprowadził mnie do pociągu. Jechałam sama w przedziale, więc miałam dość czasu na rozmyślanie, tym bardziej że przed samym wyjazdem na pociąg dostałyśmy list Tili, z wyciętą z jakiegoś pisma fotografią, na której jest uwieczniona. Wsiąkła tam zdaje się z całą swoją zdolnością asymilowania się w obcych środowiskach. Dzień był wczoraj słoneczny i zabawiałam się przyglądaniem się płaskim nudnym polom, które znam tak dobrze, spłowiałym od dojrzewającego żyta, ścieżkom wąziutkim, wytartym w białych sapach, dzieciakom mocującym się z krowinami po przytorowych rowach. Nie chciałabym od tego odjeżdżać. Nawet za cenę Ameryki. Niech już sobie Tiluchna zbiera wiedzę po świecie i niech wraca do tychże sapów i piachów z odpowiednio naładowaną mózgownicą. Piszę, jakbym przynajmniej miała sto dróg do wyboru, ale zawsze to lżej wmawiać sobie, że coś się czyni wedle własnej woli (…) (13 czerwca 1940).

Krystyna, w której Wańkowicz dostrzegł w końcu, chociaż za późno, niewątpliwe zdolności literackie, pisywała do siostry dość rzadko, ale zawsze były to listy dojrzałe, przejmujące i wyraziste. Umiała pisać i umiała odczuwać.

Przedwczesna śmierć w powstaniu nie pozwoli już nikomu zweryfikować opinii, jaką byłaby pisarką — jeśli by była — Krystyna. Skromnym dowodem jej wrażliwości mogą być dzisiaj tylko listy. Jak chociażby te do Tili:

(Nowy Rok 1941)

Czasami przychodzi na człowieka taka ostra świadomość niepowracalności każdej chwili, świadomość, że każdy dzień przeżyty staje się cyfrą po stronie »habet« albo »debet« w bilansie życia, cyfrą, której się nie da już nigdy (okropne słowo!) przemazać i która musi zaważyć na końcowym podsumowaniu. W takich chwilach, kiedy pewne wytarte komunały stają się żywe i uczuwalne i nawet nie można znaleźć innych słów na ich określenie niż te, które od wieków im służą (»stracona chwila«, »niepowracalne dnie«, »przemijająca młodość« itd.) — w takich chwilach człowiek z przerażeniem pochyla się nad uciekłym i uciekającym czasem, żałuje za grzechy i obiecuje poprawę…

W dniu, kiedy uzyskała pełnoletność, pisze: Staram się czasem myślą przebijać przez przyszłość i wyobrażam sobie nasze spotkanie. Kiedy? Gdzie? Jak? — nie mogę. Jak będziemy obchodzić Twoją pełnoletność? Mam nadzieję, że dzień ten będzie mniej gorzki od mojego. Daj Ci Boże!

Zwierzała się siostrze z myśli o wojnie i wciąż — z tęsknoty do ojca: Wierzyłam kiedyś, że wojna jest swobodną grą sił — wielką wirówką, która odrzuca słabszy element ludzki, a selekcjonuje najdzielniejszych. Teraz wiem, że właśnie niszczy najdzielniejszych. Naokoło nas jest coraz puściej, coraz bardziej jałowa pustynia, przez którą się człowiek wlecze z tak śmiertelnym żalem w sercu, którego już ani zmiana, która przyjdzie, ani młodość, która jeszcze nie wygasła, zatrzeć nie potrafi. Myślę o Ojcu. Nigdy jeszcze nie czułam się taka samotna. I nigdy jeszcze nie potrzebowałam go tak bardzo!

Tęsknota do ojca wybuchała z wielką siłą wielokrotnie, jak chociażby po powrocie ze wsi: Śniłam na Kamiennej Górze, że widziałam Ojca, jak był chory i zmęczony. I cały sen miał tak okropną barwę, że budziłam się z poduszką mokrą od łez i przez wiele godzin, do rana, przeleżałam bezsennie, co jest dla mnie fenomenem nie lada. Nie myślałam, że można się tak straszliwie zżyć i zmęczyć przez sen. Tak strasznie mi tęskno do ojca.

Zofia Wańkowiczowa napisała do męża o Krysi (Kraków, styczeń 1945): Do szturmówki poszła z pełną decyzją, samowiedzą i wolą. Nie miała przygotowania bojowego, nie miała poczucia niebezpieczeństwa. Była radosna. Poleciała jak ptak. Rozumiecie: wolność, Ojczyzna (i wyzwolenie z małego codziennego dnia). Ale naturalnie nie powiedziała żadnego z tych słów. Nie chciała żadnych służb pomocniczych. Z obrzydzeniem odrzuciła wszelkie sanitariaty, oświaty, gospody i pomoce społeczne (miała przeszkolenie instruktorki oświatowej i prawo do stopnia podporucznika czy porucznika). Chciała walczyć za Ojczyznę w szturmówce, najgoręcej całą duszą protestując przeciwko wojnie.

Nie wzięła ze sobą nic: ani pierścionka ze szmaragdem, którym tak się cieszyła (na pełnolecie), ani monet zaszytych w małą poduszeczkę i bransoletki z ogniw »na czarną godzinę«. I z odzieży najgorsze szmatki. Swój ekwipunek sportowy przygotowywała starannie, z zamiłowaniem. Dwukrotnie straciła te rzeczy w pierwszych dniach walk. Poszła tak sobie w granatowej układanej spódniczce, w trepkach (bez ukochanych długich butów) i białej bluzeczce. Łączniczka Rafała. Poszli we czworo. Krtystyna była radosna. Niewola ją dławiła, ale teraz powstanie musi się udać — wierzyła. Nie miała poczucia niebezpieczeństwa: ona jest Krystyna i nic jej nie grozi (nie wiem, jak było w dni powstania, ale mówiła mi nieraz: »Pamiętaj, nic mi się nie stanie«).

1 sierpnia odjeżdżała do swych obowiązków na tym samym rowerze, kiedyś wymarzonym, tym z wycieczki po Belgii i Francji. Tilusiu! Rozwiana deszczowa peleryna i rozwiane włosy: »Do widzenia, Mateńko!«. Miałyśmy się tegoż dnia spotkać. Już jej nie widziałam.

Mówią, że szli dwójkami. Krystyna na przedzie, z torbą sanitariuszki, w służbie łączniczki. Pogodna, radosna. Jak ptak. Śpiewali piosenkę. Padł pocisk.

Rana była wielka, w piersi, tuż pod gardłem.

Krystyna Wańkowiczówna, pseudonim Anna, zginęła w szóstym dniu powstania warszawskiego jako łączniczka batalionu harcerskiego „Parasol” w czasie walk na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy ulicy Młynarskiej. Ciała nie znaleziono. Matka przez rok przekopywała Wolę, poczynając od kalwińskiego cmentarza, przewoziła ekshumowane zwłoki na Powązki. Nie było wśród nich ciała córki.

Te części „Ziela” na kraterze, które przedstawiają poszukiwanie ciała Krysi i obecność pani Zofii Wańkowiczowej przy odgrzebywaniu kolejnych grobów, oględziny ciał, są jednym z najbardziej przejmujących obrazów ludzkiego bólu.

W lutym, kiedy zaczynała kopać, był mróz, jeszcze by widziała resztki rysów. Potem już może tylko plisowaną spódniczkę. Ale wiosną ziemia była podmokła, więc pewnie już tylko warkocze… panterkę… krzyżyk od załogi »Śmiałego«. [5]

Słowa te pisał człowiek, który sam nie przeżył tych dni, który wówczas był daleko poza krajem. Czemu więc książka tak bardzo tchnie prawdą? Czyżby opis, który pisarz otrzymał od żony, był tak plastyczny? Czy też ojciec tak bardzo wczuł się w jej opowieść, bo stracił dziecko, które było dla niego „wielką, niezamkniętą raną”, i przejęty bólem chciał sobie tym pisaniem pomóc?

Wańkowicz — wielki pisarz — jako ojciec nie wygrał życia w takim wymiarze, jaki chciał. Starszą córkę stracił w momencie, kiedy mógł i zaczynał nawiązywać z nią bliższy kontakt psychiczny, kiedy dojrzała i ona, i może on, do wzajemnego otwarcia na siebie, do wzajemnej miłości i przyjaźni. Być może to nie Marta, w którą tyle włożył, ale Krystyna byłaby spełnieniem jego pragnień, nadziei?

Stracił również i młodszą, wyobrażając sobie, że wychowa ją dla siebie, według własnych planów, taką, jakiej pragnął. Zawiódł się. Nie dotrzymała albo nie mogła udźwignąć, dorównać jego ambicjom i oczekiwaniom.

Pod koniec życia śmiertelnie chory pisarz, podsumowując własne życie, wyraźnie to wszystko dostrzegał i nazwał. Odczytany na podstawie listów i rozmów z Wańkowiczem jego osobisty dramat, powikłany los ojcowskich ambicji złączonych z życiem obu córek, oparty na pozostawionych przekazach, uzupełnia nie tylko książkę Ziele na kraterze, ale i dopełnia sylwetkę pisarza. Przenika — w części — jedną z wielu tajemnic, które zostawił po sobie. Ten interesujący człowiek, monumentalny pisarz — tak popularny i tak słabo znany i rozumiany.

[w:] Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, Warszawa, PIW 1919, str. 517—539

[1] Ziele na kraterze, s. 361.

[2] Sigma Press, Albany, Nowy Jork, 1983.

[3] W sboim żywiole, s. 6.

[4] Ziele na kraterze, s. 353—354.

[5] Ziele na kraterze, s. 391.

Poświęcona Bogu

Wrzesień 1939 r. nikomu nie kojarzy się z radością. Przerwane marzenia, cele, radość życia prysła na długi wojenny czas. W przypadku rodziny Pańskich, było podobnie. Wincenty Pański, ojciec pięcioosobowej rodziny został zmobilizowany do wojska z końcem sierpnia 1939 r., brał udział w kampanii wrześniowej. Pod koniec września pod Warszawą dostał się do niewoli niemieckiej. Wywieziono go wraz z innymi do Prus Wschodnich i został osadzony w Stalagu 1 A. W trakcie pobytu zorganizował ucieczkę, następnie schwytany został wywieziony w głąb Niemiec do Stalagu 11 B w pobliżu Hanoweru, o czym świadczył wytatuowany numer obozowy na przedramieniu prawej ręki. Pracował m.in. w stolarni przy wyrobie trumien podczas nalotów alianckich. Matka i najstarszy syn, w trudnych warunkach okupacyjnych, walczyli o przeżycie całej rodziny. Nie mogli liczyć na ludzką dobroć i pomoc nawet najbliższych sąsiadów, każdy chciał przeżyć tę wojnę na swój sposób, często sięgając po narzędzia niegodne człowieka i katolika. Rodzinę Pańskich nękały głód i strach na przemian oraz walka o życie maleńkich dzieci. W pewien listopadowy wieczór 1939 r. załomotało do drzwi domu trzech uzbrojonych, zamaskowanych mężczyzn. Kazali przelęknionej matce z dziećmi zamknąć oczy i odwrócić się twarzami do ściany. Złodzieje splądrowali dom, wynosząc wszystko, co uznali za przydatne, a więc ubrania, sprzęt codziennego użytku, bieliznę i przedmioty kuchenne. Wykończona kobieta ledwo dawała radę ustać na nogach z bólu i bezsilności. Sylwetka, charakterystyczny, głośny chód i lekkie pochrząkiwanie przypominały jej sąsiada, który o zgrozo, był ojcem chrzestnym najstarszego syna. Złodzieje, wynosząc swoje łupy, mijając po drodze naczynie z mlekiem, wywrócili je wylewając zawartość. Jednocześnie zagrozili, że jeśli rodzina powie o tym komukolwiek, wrócą i zabiją wszystkich bez wyjątku. Przypuszczenia kobiety o niegodziwości sąsiada potwierdziły się pod koniec wojny. Był początek 1945 roku. Wraz z nacierającym frontem wschodnim, Niemcy w popłochu opuszczali swoje domostwa, kierując się na Zachód. Przy pomocy w ucieczce przymusowo wykorzystywano Polaków z furmankami, którzy mieli ukończone 18 lat. Rankiem zastukał do drzwi nieznajomy mężczyzna, który nakazał stawić się w południe przed jednym z gospodarstw niemieckich, jako podwoda. Samotna kobieta wiedziała, że syn nie ma ukończonych 18 lat, więc nie powinien jechać. Płacz i tłumaczenie, że jest jedynym żywicielem rodziny, bo ojciec nie wiadomo gdzie jest, na nic się zdały. Chłopak pożegnawszy się z rodziną ruszył w nieznane. Po drodze w rozmowie okazało się, że Niemcy mówili mu po imieniu, ale nie wypowiadali jego imienia tylko inne. Wtedy starszy Niemiec zapytał go o nazwisko, okazało się, że miał inne. Wtedy Niemiec wyjął jakiś dokument i głośno odczytał imię i nazwisko powożącego. Okazało się, że było to imię i nazwisko wówczas już 18- letniego syna chrzestnego. Chłopak zalał się łzami i powiedział, że ma dopiero 17 lat, że matka została sama bez środków do życia. Opowiedział historie rodziny i kradzież na początku wojny w domu. Niemiecka rodzina znała wybryki chrzestnego i ojca Pańskich. Przed wojną, żyli wszyscy w zgodzie, pomagając sobie wzajemnie. Przejęci historią chłopaka, obiecali zwolnić go z odwózki do granicy niemieckiej, jak tylko uda im się znaleźć inne rozwiązanie. Tak się też stało. Chłopak szczęśliwie, pieszo po dwóch tygodniach rozłąki wrócił do rodziny. Skończyła się wojna, czas radości z odzyskanej wolności, powroty ojców, braci, matek i córek do domu. Wiosną 1945 r. rodzina Pańskich, pełna nadziei, czekała jak wiele innych, na powrót ojca z niewoli. Nieliczne listy, które rzadko docierały w czasie wojny do rodziny potwierdzały, że ojciec żyje. Syn najstarszy już nie ten wesoły, pogodny chłopak z czupryną zasłaniającą oczy z niecierpliwością wypatrywał powrotu ojca. I maluch ssący kawałek flaneli, skręconej nicią, w środku z cukrem już podrósł. Bóg miłościwy wysłuchał ich codziennej pokornej modlitwy i wrócił ten, tak bardzo oczekiwany wiosną 1946 roku. Z niemieckiej niewoli wracał pieszo, a los nie szczędził mu wielu tragicznych przeżyć. Po drodze mijał błagającą o pomoc dziewczynę gwałconą na moście przez zwyrodnialców, rosyjskich żołnierzy, innym razem o mało nie stracił życia w Poniedziałek Wielkanocny. Wracał z niewoli z kolegą, który także przeżył wojnę w niewoli. Byli zmęczeni trudami wędrówki, kule świszczały im w pobliżu, więc weszli do dużego dołu po bombie. Przytulili się do siebie i zasnęli. Wtedy Wincenty Pański miał sen, przyszła do niego Matka Boska, jak później opowiadał rodzinie i powiedziała stanowczo: „wstań i idź”. Obudzony ze snu, wybudził kolegę i opowiedział mu swój sen. Było ciemno i zimno, kolega przekonywał go, aby jeszcze pospali do rana i wtedy wyruszyli w dalszą podróż. Pański jeszcze raz poprosił kolegę, aby wstał i z nim szedł dalej, widząc, że tamten dalej smacznie śpi i ani myśli słuchać, wyszedł z dołu. Modląc się szedł przed siebie. W pewnym momencie usłyszał straszny huk i krzyk. Pocisk wpadł w dół, w którym wcześniej obydwaj spali, rozrywając ciało kolegi na strzępy. Wtedy właśnie obiecał sobie, że jeśli żywy dotrze do rodziny, będzie w Poniedziałek Wielkanocny pościł do końca życia. Wrócił szczęśliwie do rodziny i słowa dotrzymał, dożywając 80 lat. Radość przeogromna z powrotu męża i ojca rodziny, przerodziła się w piękną miłość i przyszła na świat zdrowa dziewczynka o rozbrajającym, anielskim uśmiechu z włoskami jasnymi jak len. Bardzo wierzący, uradowani rodzice małą Lilijkę, po jej ochrzczeniu, ofiarowali Bogu za dar powrotu ojca rodziny z wojny. Rosła dziewczynka w miłości rodziny, nie mając świadomości przyszłego jej życia. Wesoła, pogodna składała rączki do pacierza modląc się gorliwie, jak reszta rodziny o szczęśliwe życie, o mądrość i dobroć, godząc się ze swoim przeznaczeniem. Była cherubinem wśród innych dzieci, po prostu była święta. Po ukończeniu szkoły podstawowej nadszedł czas wypełnienia przyrzeczenia rodziców i dziewczynka została przekazana wspólnocie zakonnej. Rodzice jak nakazywał zakonny zwyczaj wnieśli spore wiano na dalsze kształcenie dziecka. Lilijka zamknięta w murach zakonnych, tęskniła za rodziną, rodzeństwem i rówieśnikami. Ze swoich tęsknot często spowiadała się zakonnikom, aby wyciszyć swój bunt i ból. Pracowała fizycznie, uczyła się i modliła prosząc Boga, by odwrócił jej los. Rodzice tymczasem pełni ufności w Boga i ludzi, żyli nadzieją spełnionego, pięknego życia ich ukochanego, najmłodszego dziecka. Nie wolno im było odwiedzać córki, jedyną drogą kontaktu były obszerne listy pełne tęsknoty i nadziei na piękne duchowe życie. Lilijki listy były czytane i akceptowane przez matkę przełożoną, zanim trafiły do rąk rodziny. Przepojone były ufnością w Boga, pełne optymizmu, pokory i podporządkowania regułom zakonnym. Rodzice Lilijki, pełni radości spełnionego przyrzeczenia Bogu za dar powrotu ojca rodziny, posyłali niemałe datki na kształcenie dziecka. Uczestniczyli również w ślubowaniu zakonnym ukochanej córeczki. Lilijka zdobyła średnie wykształcenie i samodzielnie mogła pracować w sklepiku z dewocjonaliami. Wreszcie nadszedł upragniony czas dla Lilijki, mogła odwiedzić samodzielnie rodzinę. Jak ona się cieszyła każdym kwiatkiem, który mogła bez zgody przełożonej zerwać przy drodze, spać dłużej po wschodzie słońca, kopnąć nieudolnie piłkę i nieśmiało z rumieńcem na twarzy spojrzeć w oczy chłopca. Były też modlitwy do Boga na kolanach z prośbą o wybaczenie za te ulotne spojrzenia, za marzenia, za wyrazy brzydkie powtórzone za figlarnymi braćmi i siostrami, wreszcie za wilczy apetyt, wynikający z niedostatku. Urlop niestety szybko się skończył i nadszedł czas odjazdu do swojego miejsca przeznaczenia. Lilijka posłuszna rodzicom i przełożonej ze smutkiem w oczach powróciła do domu zakonnego. Zdolna, ambitna dziewczyna poddana władzy przełożonych realizowała jej polecenia buntując się nieśmiało regułom życia zakonnego. Trwała przez lata w modlitwie i milczeniu, nierzadko poniżana i karana za swoje odważne wypowiedzi i czyny. Nie tracąc nadziei na lepsze, inne życie sprytnie, powoli pięła się po szczeblach zakonnego życia, kończąc kolejne etapy edukacji. Utracona w młodości wolność, przeradzała się w samotność, niejednokrotnie skarżyła się na swój los do swojej starszej, rodzonej siostry, nie obarczając przy tym ukochanych rodziców. Los jednak postanowił zadrwić z młodej, pełnej pasji i energii zakonnicy. Spowiednikami dziewcząt, a właściwie wszystkich zakonnic byli i zresztą są dotychczas księża. Dziewczyna ufnie przekazywała na spowiedzi swoje frustracje, pragnienia, myśli niespełnione i nawet swój niepokój i bunt, nie spodziewając się, że ksiądz, któremu ufała przekaże wszystkie treści przełożonej zakonnej. Nie mogła zrozumieć dlaczego kary spadają na nią niespodziewanie, skąd bierze się pogarda i nieufność przełożonej. Przenoszona z miejsca na miejsce w kraju, modliła się i spowiadała z ufnością dziecka, że los się odmieni. Krótkie odwiedziny rodziny i przyjazdy do rodziców kończyły się odbieraniem co lepszych upominków i pieniędzy otrzymanych w prezencie, jako dar dla wspólnoty, w której mieszkała i pracowała. Wreszcie wydawać by się mogło, że nadszedł czas nadziei i oswobodzenia się trudów zakonnego życia. W parafii, w której Lilijka posługiwała pojawił się miły, przystojny ksiądz o oczach czarnych jak heban. Młodzi zakonnicy przypadli sobie do gustu, on był jej spowiednikiem, ona recytowała mu wiersze i pięknie śpiewała. Niestety hormony wzięły górę nad rozsądkiem, a może to była prawdziwa miłość dwojga spragnionych jej ludzi…. I stało się nieoczekiwane, Lilijka była w ciąży. No cóż, ciążę kazano jej usunąć mimo próśb i błagań dziewczyny, że odejdzie z zakonu i wychowa to dziecko, nie chciała zadośćuczynienia od ojca dziecka. Księdza przeniesiono niezwłocznie na inną parafię, aby już nigdy go nie spotkała. Lilijka odarta z czci i uczuć, sponiewierana przez inne siostry zakonne nie mogła poradzić sobie z tym dzieciobójstwem, planowała popełnić samobójstwo. Nauczona posłuszeństwa zwierzyła się na spowiedzi księdzu, którego jej wyznaczono jako spowiednika. Niestety nie otrzymała rozgrzeszenia, zamknięta za karę w celi była przez tydzień o chlebie i wodzie z maleńkim okienkiem na słońce. Całymi dniami płakała i modliła się prosząc Boga o pomoc w niedoli. Pan Bóg wysłuchał chyba jej błagania, bo przyszedł telegram do zakonu, że matka umiera i prosi o spotkanie z córką. Władze zakonne na początku nie bardzo chciały się zgodzić, ale pod namową księdza seniora, który prowadził często z Lilijką rozważania teologiczne, zgodziły się. Był jednak jeden warunek, w drodze do rodziny towarzyszyła jej inna siostra zakonna, ulubienica przełożonej. Wychudzona i zmartwiona z tęsknoty za rodziną i miłością utraconą z nienarodzonego dziecka, Lilijka z koleżanką zakonną wyruszyła do domu rodzinnego. Udało jej się spotkać z ukochaną matką i pożegnać ją na zawsze — wkrótce zmarła. Podczas chwilowej nieobecności koleżanki zakonnej, przekazała swojej siostrze wiadomość, że jest u kresu sił i planuje wystąpić z zakonu. Niestety droga okazała się długa i trudna. Lilijka była wielokrotnie gwałcona i poniżana, gdyż traktowano ją jako nieczystą, choć była atrakcyjna. Kilkukrotne próby samobójcze były nieudane. Przygodny przechodzeń, który odwiódł ją od kolejnej próby samobójczej, zaopiekował się nią i udzielił schronienia przez miesiąc w domu, w górach. Powiedział jej, że w ten sposób chciał spłacić dług za uratowanie jemu życia przez księdza, który utonął ratując go z próby samobójstwa pod wpływem alkoholu. Zakonnice szukały Lilijki w rodzinie bliższej i dalszej strasząc, że będzie obciążona kosztami kształcenia i utrzymania przez zakon oraz, że zakon nałoży na nią ekskomunikę. W końcu zrezygnowały, bo okazało się, że wybawca Lilijki był znanym prawnikiem. Słysząc o takim obrocie sprawy wystosował pismo do zakonu informując, że jeśli będą podejmowane dalsze próby zastraszania, to wystąpi o odszkodowanie za straty moralne Lilijki i utratę zdrowia. Po kilku tygodniach Lilijka otrzymała pismo, że jest zwolniona ze ślubów zakonnych. Przez dwa lata kobieta przebywała u dalszej rodziny w górach lecząc się psychiatrycznie. Ojciec Lilijki nigdy się nie dowiedział, co było prawdziwą przyczyną opuszczenia zakonu. Utrzymywał, że córka jest słabego zdrowia, więc należy ją leczyć w rodzinie. Minął kolejny rok. Lilijka dochodziła powoli do pełni sił, pomogła w tym jej pasja malowania na szkle cudownych wizerunków Matki Bożej, której się w pełni poświęciła. Miała swoje wernisaże i sporą gromadę wielbicieli talentu. Na jednym z takich spotkań w galerii sztuki sakralnej, podszedł do niej przystojny, siwy mężczyzna, w którym poznała swojego przyjaciela z młodości, księdza, ojca nienarodzonego dziecka. Okazało się, że i on także wystąpił z zakonu i był szczęśliwym ojcem dwójki dzieci. Obiecali sobie, że zostaną przyjaciółmi. Lilijka nigdy nie założyła rodziny, zmarła mając zaledwie 48 lat. Na zawsze jednak pozostanie w pamięci rodziny, jako dziecko ofiarowane Bogu, które On przez swą miłość tak mocno doświadczał.

Pamięci Lilijki.

Gabriela

Wywiad

Wywiad z Bratem Romanem Soleckim — Doktorem w zakresie nauk społecznych, pedagogiem, terapeutą, logopedą, profilaktykiem, członkiem wspólnoty Zakonu Franciszkanów i pracownikiem naukowo-dydaktycznym Instytutu Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie — w Katedrze Nauk o Rodzinie i Profilaktyki Społecznej.


„Pamięć tragedii potrafi boleć całe życie i nie da się jej po prostu wymazać, ale to, co możemy zrobić to sprawić, aby mniej bolała i stawała się raczej „siłą napędową” do czynienia dobra niż „siłą niszczycielską” dla nas samych i tych, z którymi wspólnie przeżywamy nasze życie”.

Katarzyna Lisowska: Pamiętam Pana jako zaangażowanego naukowca, młodego badacza, który zaczyna pracę w uczelni i chętnie kontaktuje się ze studentami, jako opiekun roku, mojego roku, studentów pedagogiki. Dziś już Pan realizuje się nie tylko w świecie nauki, ale także w posłudze duchowej. Chciałam porozmawiać o cierpieniu, ponieważ dotyczy czasami każdego z nas. W pierwszym tomie opublikowaliśmy m.in. tematy związane z dojrzewaniem, poszukiwaniem tożsamości, kryzysami młodych ludzi. To było bardzo ważne, bo młodzi ludzie nierzadko mają poważne problemy egzystencjalne. Chcą być sobą, zarazem zmagają się z cierpieniem i oceną innych. Dużym problemem jest samookaleczanie. To bardzo ważne, bo skala tego zjawiska jest duża i wśród studentów. To nie jedyny problem, bo głównie chciałam przeprowadzić na listopad, grudzień, zimowe miesiące rozmowę o przemijaniu, duchowości życia człowieka. Jednak zacznijmy o tego palącego problemu, na dużą skalę maskowanego. Z psychologiem porozmawiałam już na dany temat dla potrzeb publikacji, ale myślę, że potrzebna jest jeszcze perspektywa aksjologiczna. Jak wyprowadzić człowieka z tak dużego cierpienia, bólu psychicznego, w którym szuka ulgi zadając sobie rany?

Roman Solecki: Ranienie siebie jest zawsze reakcją na jeszcze głębszą ranę, ranę braku miłości. Poczucie bycia niechcianym, a w konsekwencji niekochanym boli najbardziej, czasami nawet bardziej niż utrata kogoś bliskiego. To doświadczenie „niebycia” powoduje egzystencjalną pustkę, która staje się źródłem frustracji wielu podstawowych potrzeb, takich jak potrzeba akceptacji, relacji, bezpieczeństwa. Pamiętam jak jeden z moich kolegów opowiadał o pewnym mocnym doświadczeniu terapeutycznym, podczas którego na warsztatach grupowych starali się, leżąc na matach z zamkniętymi oczami, wyobrazić sobie siebie jeszcze przed narodzeniem, kiedy nawet rodzice nie są świadomi ich istnienia. Prowadzący warsztat w pewnym momencie powiedział, że każdy jest przyjęty i kochany jeszcze przed narodzeniem, że bez względu na to jak potoczyło się jego życie i czy otrzymał miłość od swoich rodziców, jest kochany, Bóg chciał, aby zaistniał, świat go oczekiwał i przyjął. Było to tak silne przeżycie, że wiele dorosłych i dojrzałych osób płakało jak małe dzieci. Tego typu ćwiczenia pokazują jak silna jest w nas potrzeba bycia przyjętym i zaakceptowanym. W takich sytuacjach, kiedy czuję się odrzucony przez najbliższe otoczenie, poszukiwanie ulgi często wydaje się jedynym znanym sposobem na bolesne stany emocjonalne, takie jak lęk, smutek, żal czy wstyd. Autoagresja staje się więc niejako próbą „unicestwienia siebie”, ponieważ życie jawi się jako pozbawione sensu i pełne rozpaczy. Pracując z pacjentami uzależnionymi czy „zagubionymi w życiu” zawsze staram się towarzyszyć im w poszukiwaniu źródeł ich myśli, emocji, zachowań, aby mogli lepiej zrozumieć siebie. Nazwanie tego, co teraz przeżywam jest już pierwszym światełkiem w ciemności. Problem w tym, że nie zawsze mamy komu wypowiedzieć to, co aktualnie dzieje się w naszym sercu i duszy. Ale jest też na to sposób, np. autoprezentacja w formie pamiętników, poezji, piosenek, opowiadań, które pozwalają nam się zdystansować do przeżywanej rzeczywistości i popatrzeć na nią z innej perspektywy. To uwalnia dużo emocji. Czasami zadaję osobom, które spotykam pytanie: gdzie jest zakotwiczona twoja nadzieja? To trudne, bo czasami się okazuje, że „statek naszego życia” nie ma żadnej kotwicy i dryfuje bezwiednie na nieprzewidywalnych falach codzienności. A kotwica daje pewną stabilizację, oparcie. Warto się nad tym zastanowić, kto lub co w moim życiu może być taką kotwicą nadziei? Bóg, drugi człowiek, jakaś pasja, marzenie. Ale żeby to odkryć, powinienem się spotkać przede wszystkim z samym sobą, co często bywa najtrudniejsze, ponieważ po prostu boimy się prawdy o naszej słabości i bezradności, o tym, kim jesteśmy i jacy jesteśmy, jaka jest nasza historia i jej ciemne strony. Ujawnienie zranień z przeszłości zawsze wiąże się z lękiem przed oceną, osądem, odrzuceniem. Więc wolimy uciekać w świat używek, wirtualnych światów lub zagłuszać każdą nadarzającą się chwilę ciszy nowymi bodźcami dźwięków czy obrazów. A cisza tak naprawdę jest dla nas naturalnym środowiskiem do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o cel i wartości, a właśnie te przestrzenie są sensotwórcze i motywują do działania.

To co jest chyba największym problemem naszych czasów: brak poczucia sensu życia, egzystencjalna pustka i frustracja, o których pisał Viktor Emil Frankl, twórca logoterapii. Aby je przezwyciężyć, człowiek nie musi szukać sensu na siłę, on jest obecny w każdych warunkach naszego istnienia. Według Frankla „nawet gdy nie jesteśmy w stanie zmienić sytuacji powodującej cierpienie, wciąż możemy wybrać postawę, jaką wobec niej zajmiemy”. I to jest dar wolności, której nikt nam nie może odebrać i który sprawia, że czujemy się odpowiedzialni za swoje życie, czyli mamy moc, aby o nim stanowić. Nawet w tak drastycznych sytuacjach granicznych jak obozy koncentracyjne, których Frankl był więźniem. Twórca logoterapii daje nam jeszcze jedną podpowiedź. „Cierpienie w pewnym sensie przestaje być cierpieniem w chwili, gdy nada mu się sens, choćby sens ofiary”. I nie chodzi tutaj o cierpiętnictwo, egzaltowaną rozpacz czy fatalizm. Po prostu wszystko, co nas spotyka w życiu możemy przyjąć, albo jako niezasłużone zło, krzywdę i porażkę, albo jako wyzwanie, dezintegrację pozytywną, czy doświadczenie egzystencjalne, które może nie tylko nas wzmocnić, ale przede wszystkim otworzyć na dobro i miłość, a tego wszyscy pragniemy. Jak powiedział kiedyś Heidegger, czasami dopiero w nicości możemy odkryć, że coś jest.

KL: Poruszył Pan mnóstwo ważnych tematów, które pogłębiają świadomość życia, siebie, ludzi, ale także dotyczących nadawania sensu cierpieniu i poszukiwania sensu egzystencji. Proszę wybaczyć, dla mnie jest Pan doktorem, badaczem, praktykiem pedagogiem, itd. Jednak mam świadomość, że rozmawiamy już też z Franciszkaninem.

Usiłowałam badając problematykę cierpienia dowiedzieć się od doświadczonej lekarki, psychiatry, jaką można dostać receptę na bóle egzystencjalne, lęki egzystencji. Powiedziała, że nie ma na to lekarstwa. Dodała przy którejś rozmowie, że przynajmniej jeszcze. Nie tylko młodzi ludzie, ale obserwuję, że w każdym wieku co jakiś czas w człowieku odzywają się niepokoje egzystencjalne. Czy mógłby Brat poradzić, co zrobić w takich sytuacjach z sobą? Czy może jest jednak jakiś sposób, aby poczuć się lepiej w takich chwilach kryzysowych? Sądzę, że to kwestie rzeczywiście duchowe, a niekoniecznie medyczne.

RS: Lęk egzystencjalny wynika z pewnej pustki wewnętrznej, która objawia się poczuciem bezwartościowości życia. Człowiek odczuwa brak treści znaczących, które pozwalają „poczuć życie” i które je tworzą. Powoduje to powstawanie tzw. „luk egzystencjalnych”, które są zapychane wydarzeniami oraz rzeczami pozbawionymi wartości. W wyniku tego osoba skłonna jest do podejmowania zachowań ryzykownych, które mają za zadanie podnieść adrenalinę i pozwolić doświadczyć „życia w całej pełni”.

Według Frankla lęk egzystencjalny prowadzi do frustracji egzystencjalnej, która charakteryzuje się niemożnością zrealizowania celów natury egzystencjalnej (np. realizacja jakiejś wartości lub rozwoju duchowego). Blokuje ona dążenie „ku życiu” i „ku pełni”, prowadzi do bolesnych stanów emocjonalnych i kryzysu wiary. Człowiek przeżywa permanentne niezadowolenie, staje się cyniczny wobec innych, zamyka się w cierpieniu przeżywanym jako coś negatywnego, niezrozumiałego i bezsensownego. Towarzyszy mu niezadowolenie, poczucie bezsensu i przegranej oraz brak zainteresowań. Osoba w takim stanie wycofuje się z różnych życiowych aktywności oraz izoluje od innych ludzi. Podobnie jak w przypadku pustki egzystencjalnej, pojawia się szalone pragnienie wypełnienia luki, które z każdą kolejną porażką osłabia siły życiowe i wolę sensu.

Na każdym etapie „zaburzeń egzystencjalnych” człowiekowi towarzyszy subiektywne poczucie braku sensu życia, które na samym końcu wyraża się w poczuciu rozpaczy i beznadziei, oraz przekonaniu, że tego sensu po prostu nie ma. Błędem antropologicznym jest tutaj nadmierna „kontemplacja siebie”, która redukuje osobę tylko do odczuć emocjonalnych, bez uwzględniania rozumu i woli. Czas strapienia emocjonalnego i duchowego, w którym wyobraźnia, odczucia i zmysły wychodzą na plan pierwszy, traktowany jest jako jedyna prawda, mówiąca o kondycji duchowej i życiowej człowieka. Kardynalnym błędem jest podejmowanie ważnych życiowych decyzji, które opierają się wyłącznie na przeżywanych emocjach i wyobrażeniach dotyczących przyszłości. Aby zobiektywizować ten stan, np. logoterapia posługuje się tzw. metodami graficznymi, które analizując doświadczenia egzystencjalnie znaczące, ukazują fragment życia, w którym znajduje się aktualnie osoba, jednak na tle całej historii jej życia. Okazuje się wtedy, że jesteśmy w stanie odkryć momenty znaczące, które prowadziły nas w dół, albo w górę na osi poczucia sensu życia. Ja je nazywam „dźwigniami egzystencjalnymi”, ponieważ mają w sobie potencjał zmiany kierunku życia i samo to daje już nadzieję na przyszłość.

Warto również przyjrzeć się wartościom, które są dla mnie ważne. Zdarza się bowiem, że często tylko je deklarujemy, a wcale ich nie realizujemy, i tutaj pojawia się zgrzyt i poczucie bezsensu. A najlepszym czasem na zmianę jest „tu i teraz”. Uleganie pokusie ciągłego powracania do przeszłości i przeżywania jej na nowo lub „zmieniania” historii w swojej wyobraźni staje się dodatkowym i niepotrzebnym cierpieniem, które zabiera nam to, co jest dziś. Nie jestem zdeterminowany przeszłością, jakakolwiek by ona nie była, dziś należy do mnie, dziś mogę powstać z upadku, dziś mogę zaakceptować siebie, dziś mogę poprosić o pomoc, dziś mogę zacząć wszystko od nowa. Jan Paweł II powiedział kiedyś kapitalne słowa: „Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne… Tylko dziś jest twoje”. I co mogę zrobić z tym dziś, kiedy ono niepokoi i boli? Po pierwsze, bardzo praktycznie, mogę usiąść z kartką papieru i przez chwilę popatrzeć na emocje, które właśnie przeżywam i myśli, które wokół nich krążą i zapisać to. Następnie przeczytać je na głos i zastanowić, co one do mnie mówią? Czemu wracają? Do jakich zachowań mnie prowadzą? Co się za nimi kryje? Gdzie jest ich źródło? Dlaczego tak bolą? A następnie znaleźć zaufaną osobę i jej o tym opowiedzieć. Jest też inny sposób. Wśród 12 kroków, na których pracują grupy samopomocowe dla osób uzależnionych, pierwsze trzy mogą być w sytuacji kryzysowej punktem zwrotnym:

1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec uzależnienia (można tutaj podać konkretną sytuację, zranienie, relację), że nasze życie stało się niekierowalne.

2. Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek.
3. Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy.

Świadomość tego, że nie jesteśmy sami w bólu egzystencjalnym już jest lecząca. Frankl powie, że „wszelki lęk jest ostatecznie lękiem przed nicością”. A my współcześnie tak bardzo pozbywamy się Boga z naszej rzeczywistości, że w wielu kryzysach egzystencjalnych „zostajemy sami”. Taka absolutna wolność rodzi wiele napięć, ponieważ podejmując jakąkolwiek decyzję zostajemy nieubłagalnie skazani na jej konsekwencję. Ten permanentny stres i lęk przed porażką, przed błędem, przed złym krokiem jest nie do udźwignięcia. Nawet, gdy nam się powodzi, boimy się, że taki stan nie będzie trwał wiecznie i za chwilę coś stracimy. Dlatego próbujemy „zaklinać rzeczywistość”, poprzez nad kontrolę nie tylko nad sobą i swoim zachowaniem, ale też zachowaniem i co więcej emocjami innych. I sami stajemy się bogami, którzy dalej lękają się nicości, bo sobą jej nie wypełnią. Czy jest więc jakiś lek na egzystencjalne niepokoje i kryzysy? Myślę, że one muszą być, aby nas skonfrontować i sprowokować do innej perspektywy patrzenia na życie, może do nowych pytań, których nigdy sobie w życiu nie stawialiśmy. A czy jest lekarstwo na egzystencjalne bóle? Oczywiście, że jest — miłość. Tylko nie zawsze ją zauważamy i przyjmujemy.

KL: Bracie Romanie, dotarłeś do istoty. Bardzo mnie to cieszy, że mogę ten przekaz nadziei nieść innym, oparty głęboko na prawdzie egzystencji. W tomie, do którego służy nasza rozmowa — dotykamy kwestii najtrudniejszych: cierpienie, choroba, umieranie. Są ludzie, którzy zatrzymali się, znam ich. Uderzyło ich, że umrą. Rozmawiałam o tym z psychologiem. Powiedziała, że ci ludzie nie mają powodu do smutku. Przestały działać mechanizmy obronne, prymitywne. Jej zdaniem, kto boi się śmierci — to właściwa jego reakcja, gdyż będzie mniej brawury w jego życiu i dobrze pamiętać o swojej śmiertelności, o czym często mają zapominać młodzi ludzie. To taka rozmowa na listopad (prowadzona w listopadzie). Będziemy rozmawiać o lęku, ludzie boją się cierpienia i faktu unicestwienia swojego ciała. Ludzie wypierają te tematy, ale inni odchodzą, konfrontujemy się z ich przemijaniem, może przygotowując się na swoje. To bardzo ważne, bo ludzie uważają, że nawet nie wypada o tym mówić. Myślę, że już z naszej rozmowy wydobyło się wiele nadziei, sensu dla perspektywy wielu osób, które utknęły w rozpaczy. Jak żyć z perspektywą śmierci? Jak Basia Rosiek (przyjaciółka, pisarka, psycholog kliniczna) była w Krakowie ostatni raz, właśnie w listopadzie — zapytałam ją o śmierć, nie bała się trudnych tematów. Odpowiedziała, że się boi i ją czasem też dopadają lęki egzystencjalne, niepokoje, że od tego nie da się uciec. Mówiła, że boi się śmierci, ale odsuwała temat od siebie, cieszyła się chwilą, rozmową, dobrym słowem, książką, ulubioną potrawą. Życie było dla niej darem. Dzień przed śmiercią rozmawiała ze znajomymi. Mówiła mi, że czuje się dobrze, silna, bo ma przyjaciół, wsparcie, podziękowała za nie. Następnego dnia, nad ranem nagle zmarła, niemal we śnie, straciła oddech i już nie odzyskała go. Miała wychodzić z oddziału kardiologicznego. Była pod opieką najlepszych specjalistów. To była wręcz śmierć błogosławiona, bez strachu i cierpienia. Jedna chwila. Jakże jest ulotne życie. To nas przeraża niekiedy. Basia chciała odejść inaczej, mieć czas na pożegnanie, przytulić się do przyjaciela. Znam też ludzi, którzy w chwili odejścia chcą być sami. Co można powiedzieć tym, którzy pogrążyli się w paraliżującym bólu, przygnębieniu, zatrzymali się w swoim życiu i jakby zamiast żyć — za życia pogrążyli się w duchowym grobie? Wiem, że to szalenie trudne tematy, na które ludzie szukają odpowiedzi w każdej epoce. Sądzę, że perspektywa duchowa jest naszym ratunkiem. Uważam osobiście, że nasz świat wewnętrzny nie umiera. Mówię o tym, bo to najlepsze, co można innym dać.

RS: Temat śmierci to coś, co nas przeraża ale także w jakiś sposób ekscytuje, ponieważ jest jednocześnie największą tajemnicą, jak i czymś najbardziej powszechnym, ponieważ wszyscy kiedyś umrzemy. To może brzmieć bardzo pesymistycznie i wtedy staramy się carpe diem, chwytać każdą chwilę, aby jakoś zapomnieć o przemijaniu, albo wykorzystać maksymalnie czas, który został nam dany. Można też popaść w przygnębienie i stwierdzić, że wszystko nie ma sensu, skoro i tak nas kiedyś nie będzie. Jednak o wiele prościej jest to po prostu ze sobą zintegrować. Nie musimy myśleć zero-jedynkowo i stawiać życia naprzeciw śmierci, bo wtedy żyjemy w nieustannym lęku, że ono się kiedyś nagle skończy. Można żyć z perspektywą śmierci, ze świadomością swojej przemijalności, co nie przekreśla właśnie tego niesamowitego potencjału, który niesie ze sobą każdy nowy dzień, każda napotkana osoba, każde wydarzenie, w którym bierzemy udział. Śmierć trzeba po prostu oswoić, jakby powiedział Mały Książe „stworzyć więzy”. Ale jak to zrobić?

Tutaj wchodzimy na grunt wiary w to, że życie nie kończy się z chwilą śmierci, że ona nie jest kresem, ostatnim przystankiem przed nicością. Wieczność zaczyna się już dzisiaj i z taką perspektywą możemy patrzeć na codzienność. Wiemy, że każdy nasz ruch w Internecie pozostawia ślady i tak samo każdy nasz ruch w życiu pozostawia takie ślady, w naszym sercu i w sercach innych, bo ten świat dzięki nam się jakoś zmienia. Kiedyś usłyszałem takie piękne słowa, że celem życia człowieka jest to, aby umierając zostawić świat w którym się żyło choć o trochę lepszym niż był, kiedy się na nim rodziliśmy. I to jest misja każdego z nas: czynić dobro i kochać. Kiedy biorę udział w niezwykłym wydarzeniu, które daje mi wiele radości i satysfakcji głupotą było by myśleć, że ono i tak się skończyć, więc niepotrzebnie się cieszę. A życie to przecież coś więcej niż tylko jedno takie wydarzenie. To, co niejednokrotnie pozwala nam przetrwać kryzysy to właśnie te chwile, w których czuliśmy się kochani, prawdziwi, szczęśliwi. Św. Ignacy z Loyoli, a potem C. S. Lewis mówili o „prawu falowania”, że na przemian w naszym życiu przeżywamy czas strapienia i czas pocieszenia. I z tym trzeba się pogodzić, bo to jest naturalne. Tragedią staje się pozostawanie w czasie strapienia w lęku przed tym, że po kolejnym pocieszeniu i tak przyjdzie strapienie. Ale przecież po kolejnym strapieniu znów przyjdzie pocieszenie. Dlatego najcenniejszym darem, który otrzymujemy jest „dziś”. I mogę to dziś przeżywać z narzekaniem i brakiem akceptacji, albo właśnie z wdzięcznością i otwartością na zmianę. Wybór należy do nas, ale o wiele bardziej dojrzalsze i twórcze jest to drugie wyjście. Bo często skupiamy się na tym, czego nie mamy, a zapominamy o tym, co już otrzymaliśmy.

Tak bardzo boimy się grobów. Zwłaszcza tych, które sami wykopaliśmy, aby pogrzebać w nich bolesne wspomnienia, raniące relacje, zabijające słowa, paraliżujący lęk, przytłaczającą pamięć. A jednak często te emocjonalne groby „odwiedzamy”, zapalamy przy nich symboliczną lampkę, chcemy pamiętać, pielęgnujemy to, co boli. I tak jak groby na cmentarzach stają się miejscem pamięci o tych, których kochaliśmy i których nam brakuje, tak samo te „groby naszych serc” również mogą przemienić się w takie miejsca dobrej pamięci, która nie boli, o ile uwierzymy, że przeszłość może zmartwychwstać w teraźniejszości, że w to, co już dawno umarło, może wejść w uzdrowienie i nowe życie. Świadomość przemijania może również uruchomić potencjały, których byśmy się nigdy w nas nie spodziewali. Pewien mnich zapytany kiedyś o to, co zrobiłby, gdyby się okazało, że jutro ma umrzeć. Odpowiedział spokojnie, że zająłby się tym, co miał zaplanowane na dzisiejszy dzień. Afirmacja codzienności, pogoda ducha, wdzięczność, bycie z innymi, fascynacja codziennością to małe recepty na oswojenie śmierci.

Jest jeszcze jeden wątek. Tym czego zwykle obawiamy się bardziej niż samego momentu śmierci, to ból z nią związany, zarówno tych, co umierają i cierpią, jak i tych, którzy muszą sobie później poradzić ze stratą, z pustką, z osamotnieniem. V. E. Frankl w swojej książce Człowiek w poszukiwaniu sensu przytacza historię pewnego mężczyzny, który stracił swoją żonę i nie potrafił z tym żyć, nie mógł sobie z tym poradzić, jego życie straciło sens. Co pomogło mu w tej sytuacji odkryć na nowo wartość życia? Odkrycie sensu cierpienia, które przeżywał. Zrozumiał, że gdyby on umarł pierwszy, jego żona musiałaby sobie poradzić sama z cierpieniem po jego stracie. Natomiast w tej sytuacji on ją od tego niejako uwolnił. Zmiana perspektywy patrzenia na tragedię, śmierć czy cierpienie potrafi zmienić nasze życie. A to zależy od nas i możemy dokonać takiego wyboru każdego dnia, ale po co czekać. Tym bardziej, że jesteśmy pielgrzymami na tym świecie, a skarb którego całe życie szukamy czeka na nas nieustannie do odkrycia w naszych sercach.

KL: Dostaje wciąż opowieści nieznane obozowe. Znałam sporo osób, które przeżyły Holokaust. Wciąż spotykam się z nimi, teraz rzadziej, bo jest ich coraz mniej — choćby w Muzeum w Oświęcimiu widujemy się. Z Muzeum w Oświęcimiu współpracowałam od 2008 roku intensywnie. Spotkałam bardzo wielu byłych więźniów obozów koncentracyjnych, co chcę zaznaczyć, ale oni odnosili zło, którego doświadczyli do drugiego człowieka. Józef Rosołowski, były więzień Mauthausen powiedział mi, że w obozie najbardziej zmaltretował go współwięzień, Polak, o miskę zupy, do nieprzytomności. W rozmowach ze mną byli więźniowie wskazywali, ile zła doświadczyli od ludzi w obozie, ale też dobra. Bóg nie stworzył człowiekowi obozu, dał mu wolną wolę. To pytania, na które nie ma odpowiedzi, ale poprzez to, co wiemy może spróbujemy zrozumieć wyrzuty do Boga, że ludzie przeszli piekło na ziemi, takie niepojęte cierpienie. Zna Brat Wandę Półtawską (przeszła przez obóz koncentracyjny), jest lekarką psychiatrą, ale też sądzę, że bardzo dobrym pedagogiem, który kieruje się personalizmem chrześcijańskim i perspektywą teologiczną. Jak możemy zrozumieć, że Bóg istnieje w kontekście zła? Święty Augustyn uważał, że każdy byt jest dobry, stworzony przez Boga, ale dokonujemy złych wyborów. Wdzięczna będę jakby Brat mógł wypowiedzieć się w tak trudnym temacie. Co możemy w nim dodać od siebie? A to jest ważne, Halina Birenbaum powiedziała mi, że kolejne pokolenia muszą mówić i pisać o Holokauście, żebym to robiła, by pamięć trwała, więc pochylmy się nad tematem.

RS: Pytanie o możliwość równoczesnego istnienia dobrego Boga i zła w świecie od wieków jest stawiane przez kolejne pokolenia, zwłaszcza kiedy to cierpienie dotyka nas bezpośrednio. Bóg nie jest źródłem zła, Bóg jest Miłością, człowiek w darze wolności może wybierać to, co sprzeciwia się Bogu, czyli Miłości i wtedy ponosi tego konsekwencje i cierpi. Żyjemy w relacjach, więc tak samo jak dobro pomnaża się przez to, że dzielimy się nim z innymi, tak samo zło i jego konsekwencje poprzez jednego człowieka może się rozprzestrzeniać na całe społeczeństwo. Ale co z niezawinionym cierpieniem?

Możemy wobec niego przyjąć 4 postawy: albo się załamać, albo szukać pociechy
w chwilowych przyjemnościach, albo oskarżyć o wszystko Boga, albo wejść w dialog ze sobą, ze światem i z Bogiem, aby spróbować zrozumieć to, co mnie spotkało. I tylko ten ostatni etap przynosi uzdrowienie, choć często przechodzimy przez wszystkie po kolei lub na raz. Samo cierpienie wydaje się nie mieć wartości, ale na pewno otwiera na wartości, jest drogą prowadzącą do ich odkrycia. V. E. Frankl powie, że „cierpienie w pewnym sensie przestaje być cierpieniem w chwili, gdy nada mu się sens, choćby sens ofiary”. A wie, o czym mówi ponieważ przez 3 lata był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych, m.in. Auschwitz i Dachau. Trafił tam już jako lekarz psychiatra, dzięki czemu miał możliwość obserwowania ludzkich zachowań w obliczu wielkiej zagłady i poczucia wszechogarniającej rozpaczy. Kiedy sam został wzięty do obozu stracił cały naukowy dorobek swojego życia, który później próbował odtworzyć w obozowych warunkach. To, co dodawało mu sił to nadzieja, że jego najbliżsi, a więc rodzice, brat i żona ciągle żyją. Jak się okazało po wyzwoleniu obozu, został sam. To doświadczenie osobistej tragedii przekuł na zwycięstwo i tak rozpoczęła się logoterapia, jedna z piękniejszych metod pomocy innym ludziom w poszukiwaniu sensu własnego życia, która oprócz ciała i psychiki zaczęła mocno akcentować również sferę ducha. I tylko w wymiarze duchowym możemy odnaleźć odpowiedź na pytanie o sens cierpienia, a przynajmniej je zadać.

Doświadczenia II Wojny Światowej i systemów totalitarnych ukazały, jak duchowa pustka obecna w człowieku, może przerodzić się w pragnienie śmierci i chęć unicestwienia ludzkiego życia. Była to niewątpliwie wygrana wizji świata, która redukuje osobę tylko do sfery biologii i popędów, nie zostawiając przestrzeni na sferę ducha. Nawet wykształcony i „oświecony” rozum został podporządkowany idei „lepszych i gorszych ludzi”, a przecież słońce świeciło tak samo nad jednymi i drugimi. Sam papież Benedyk XVI, podczas pielgrzymki do Polski w 2006 roku, odwiedzając obóz koncentracyjny w Auschwitz powiedział:

Ileż pytań nasuwa się w tym miejscu! Ciągle powraca jedno: Gdzie był Bóg w tamtych dniach? Dlaczego milczał? Jak mógł pozwolić na tak wielkie zniszczenie, na ten tryumf zła? (…). Nie potrafimy przeniknąć tajemnicy Boga — widzimy tylko jej fragmenty i błądzimy, gdy chcemy stać się sędziami Boga i historii. Nie obronimy w ten sposób człowieka, przeciwnie, przyczynimy się do jego zniszczenia.

Pamięć tragedii potrafi boleć całe życie i nie da się jej po prostu wymazać, ale to, co możemy zrobić to sprawić, aby mniej bolała i stawała się raczej „siłą napędową” do czynienia dobra niż „siłą niszczycielską” dla nas samych i tych, z którymi wspólnie przeżywamy nasze życie.

Doświadczenie obozów koncentracyjnych, które Frankl przeżył i utworzenie na podstawie swoich przemyśleń logoterapii potwierdza założenie, że człowiek rozwinięty duchowo może sprostać trudnością otaczającego świata, nawet gdy jego podstawowe potrzeby fizjologiczne i społeczne są niezrealizowane. Natomiast osoba, która ma zaspokojone wszystkie potrzeby, ale nie posiada poczucia sensu życia, może popaść w kryzys życia, a także w uzależnienia, które będą próbą zagłuszenia bólu istnienia. Może również stać się oprawcą wobec innych, a wyzwalana agresja i przemoc będą drugą stroną lęku i rozpaczy egzystencjalnej.

Kiedy staniemy pod Krzyżem Jezusa w chwili Jego agonii również usłyszmy pełne rozpaczy słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 15, 34). Po ludzku nawet Jezus odczuł na sobie cały ciężar niezawinionego zła i potwornej niesprawiedliwości ze strony ludzi, poczuł tą obezwładniającą samotność i rozpacz. Ale na tym nie kończy się ta historia. Kolejne słowa zmieniają całą perspektywę tej sceny: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46). Gdzie jest Bóg w chwili największego cierpienia? Jest tuż obok, jest wtedy najbliżej nas, jest w nas. I oczywiście możemy zostać wtedy sami, jeżeli dokonamy takiego wyboru, że nie potrzebujemy Boga czy drugiego człowieka, ale możemy również przeżyć chwile największego cierpienia właśnie z Nim, ufając że wszystko jest po coś i ma sens, którego może teraz jeszcze nie widzimy. Potwierdzają to wspaniałe przykłady tych, co przeszli przez „piekło na ziemi” i dają świadectwo zwycięstwa Miłości: Victor Emil Frankl, św. Edyta Stein, św. Maksymilian Maria Kolbe, Wanda Półtawska i wielu innych. Wspaniale, gdy znamy ich historie, ale jeszcze lepiej, gdy potrafimy nasze życie również uczynić tak wspaniałą historią zwycięstwa miłości nad złem i cierpieniem. Jak powie św. Paweł Apostoł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12, 21).

Laura La Wasilewska, „Asymetria dialogu”, Digital art, 2020

Ku jakiemu naprzeciw?

dr Lidia Izabela Lachowska

Pamiętam przytulny dom z gliny i drewna, prawie całkowicie pozbawiony wszystkiego, co nazywamy cywilizacją. Ważne miejsce zajmował w nim piec chlebowy. Raz w tygodniu babcia wyciągała z niego gorące bochny, a my przyglądaliśmy się i ocenialiśmy, który jest bardziej przypieczony. Zachwycały dywaniki wykonywane na krosnach, hafty, malowanki, gliniane naczynia, zapasy przygotowywane na zimę. Wieczory spędzało się w tym domu przy świetle lampy naftowej, słuchało opowieści. Jakby żyło się w innym wymiarze, stawało się częścią innej historii, otwartej na wieczność. Ludzie poruszali się powoli, nieomal dostojnie, bez pośpiechu wykonując swoje obowiązki. Radowali się i tworzyli wspólnotę. Dzień rozpoczynali modlitwą poranną, kończyli wieczorną; nie wstydzili się znaku krzyża. W dowolnym czasie i miejscu zwracali się do Boga, by otrzymać pewność, że nie są sami. Jakże bogaty wydawał się wtedy świat; ileż kryło się w nim niezwykłości i piękna! Choć życie było trudne, dawało poczucie pełni.

Dlaczego dzisiaj czas płynie dużo szybciej; bardziej gorączkowo niż wcześniej? Brakuje go na czytanie książek, wsłuchiwanie się w głos własnego serca, spotkania rodzinne i szczere rozmowy z przyjaciółmi, obserwacje przyrody, rozmyślanie, autentyczne przeżywanie dni świątecznych. Tempo wszelkich procesów wzrosło. A przecież znawcy przedmiotu zapewniali, że maszyny zastąpią pracę ludzką i przybędzie wolnego czasu. Tak, blender ułatwia życie kobietom, lecz poirytowane, cierpią teraz znacznie bardziej z powodu stresu i rozlicznych problemów, niż wtedy, gdy przygotowywały posiłki przy pomocy prostych narzędzi. Wszystko odbywa się w pośpiechu, w szalonym rytmie. W zgiełku świata umyka radość chwili, a ujawnia nasza bezsilność. Często ignorujemy wiele spraw — z założenia oceniając je jako nieistotne. Staliśmy się nieuważni; niedoskonali w tym, co czynimy i czujemy. Podczas modlitwy, z reguły nie potrafimy się skupić, lecz myślimy o czymś innym. Zniecierpliwieni czekamy na to, co będzie później. W nadziei oczekujemy, że nadejdzie czas na uspokojenie i ukojenie. Jednakże tempus biegnie nieubłaganie i w jakiś sposób wypycha nas poza granice naszych dusz. Nie pamiętamy o prostej miłości, o wartościach wyższych. Zapominamy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Przywykamy do tego stanu. Umieramy wśród obcych, zupełnie nieznanych, podobnie jak potomkowie biblijnego Jakuba zniewoleni przez Egipcjan. W ten sposób została przerwana więź z Bogiem, z drugim człowiekiem.

Twórcy społeczności podporządkowanej maszynie, twierdzili, że człowieka można przeobrazić do tego stopnia, że stanie się bezdusznym robotem, reagującym na polecenia systemu. Rozpoczęli ten projekt, jednak nie byli w stanie całkowicie zmienić ludzkiej natury. W konsekwencji ludzie są jakby chorzy; cierpią, nie zdając sobie sprawy, dlaczego i, skąd bierze się to schorzenie. A owo cierpienie wiąże się ściśle z bolesnym upływem czasu. Im trudniej znosimy go, tym bardziej czujemy się samotni. Nie znajdujemy sensu i radości, więc zatracamy się w pracy, w obowiązkach, w zmartwieniach, w pogoni za posiadaniem, konsumpcją. Odpoczynek polega na oglądaniu telewizji, czytaniu gazet, spędzaniu czasu przed komputerem. Gardząc Bogiem, aż do całkowitego zapomnienia o Nim, żywimy się sensacją, erotyzmem, przemocą, emocjami, aby zapomnieć, że życie stało się zbyt krótkie i nudne. W efekcie godzimy się na egzystencję zastępczą. Większość nie przywiązuje wagi do tego, że człowiek składa się nie tylko z ciała, lecz także z duszy. Jak więc rozpoznać i zrozumieć jej udrękę? Tak. Czas nie mierzy już życia z Bogiem. A przecież to On jest jego źródłem.

Musimy znaleźć nasz stracony czas, aby go odzyskać. Miejmy obowiązek na nowo go odkryć, aby stać się wrażliwymi na nieszczęście i ból przyjaciela, krewnego, sąsiada, na głos własnego serca, na rzeczy niewielkie, które przynoszą radość. Dusza potrzebuje poświęcanego jej czasu, tak jak dziecko i miłość. Dusza posiada swój własny rytm — rytm głębokiej i spokojnej komunii z Bogiem i innymi duszami. Przerwijmy ten wyścig pustki. W jaki sposób? Dajmy sobie czas poprzez wyłączenie telewizora, komputera. Czyż nie jest lepiej zrezygnować z nadmiernej eksploatacji tych urządzeń, niż cierpieć z powodu utraty tak cennych chwil naszego życia; chwil, które odchodzą i już nie wracają? Czyż nie lepiej odkrywać nowe pasje, rozwijać talenty, zatrzymywać się, aby pobyć z Bogiem, z Jego Słowem, wziąć czynny udział w Liturgii. Nasz czas podobnie jak wszystko, co zostało stworzone na tym świecie, karmi się łaską Bożą. Spróbujmy coś zmienić w naszej egzystencji, a odmieni się życie.

Porzekadła

Zastanawiam się

które porzekadło jest

bardziej prawdziwe

Świat się zmienia

a my

razem z nim

czy może raczej

Świat się zmienia

lecz my

pozostajemy

tacy sami

Pole widzenia

Idziemy zwykłą rozmową

a drzewa oślepiają

przełamując gałęzie

ziarnistego powietrza

rankiem

uporczywie

pod wiatr

zżyci z niepokojem

trzymamy się za ręce

bez spójników

bez znaków szczególnych

Jesteśmy jak uliczki

w jesiennym mroku

które nie uległy

wpływowi czasu

wyciszeni

patrzymy sobie w oczy

i tracimy się z pola

widzenia

Wróżby

Bądź tak dobry

i poproś mnie o co

tylko zechcesz

Nocami pejzaż statyczny

no może spadnie czasem

kilka gwiazd

ale to przecież naturalne

Teraz już wiem na pewno

że tych kilka kropli seledynu

wyzwoli motyla wymazanego

przed laty z pamięci

Czeka cię podróż

jak mówi Cyganka

Wystawiamy dłonie

jakby z kropli deszczu

ktoś czerpał jasność

i odchodzimy

aby spotkać się znowu po latach

jak po zwykłym rozstaniu

Dziennik

Mamy jeszcze czas

na wspólną samotność

przy filiżankach kawy

Ptaki kołyszą horyzont do snu

Meteory omijają nasze zmęczenie

i piszą dziennik pokładowy

Wskrzeszenie Judasza

Niewykluczone że stoisz tam jeszcze

czas ściętego słońca

odrasta w twoich

oczach

drzewo jest zaprzeczeniem wiatru

nasza ostrożność

poprzedzająca stworzenie

niewykluczone

że jesteś

może to gałąź zapłakała

może pętla

* * *

Dwie

nad brzegiem rzeki

bo

w sąsiedztwie

zapomnienia

godziły się na lęk

przeobrażając swoje

amen

dwie cesarskim cięciem

przywracały ziemi

urodzaj

i

przyklękając w bazylikach

zmawiały powoli

codzienność

dwie

uniewidocznione

a mimo to

kiwali głowami szepcząc

z politowaniem

że takie jeszcze

się rodzą

* * *

Po obu stronach

widzenia

jest mój dom

strąk

który pęka

o każdej porze dnia

wysypując

marnotrawne dzieci

Wracamy

straciwszy wszystko

do ostatniego kamienia

_ _ _

ciż sami

to samo

Kres

Kresem wędrówki

jest spojrzenie wstecz

A my tylko jak noce

pośrodku neonów

spotykamy się w nietkniętym lustrze

które z pewnością

nie zatuli naszego snu

A my

z pośpiechem

chwytamy się za dłonie

bo za chwileczkę świat

i pierwsze słowa

zostawią nieśmiałość

Teraz z czystym sumieniem

możemy zamieszkać

w starej fotografii

Starajmy się nie myśleć o niczym

cisza pozwoli wyrównać oddech

Bóle egzystencjalne

Źródło: https://www.facebook.com/nauczyciele.to.twardziele

Z pamiętnika dojrzałej? — nauczycielki

23.11.2014

Widzę, że każdy ma braki w wiedzy podstawowej. Nie zastanawiam się, co to znaczy.

Widzę kondycję nauczycieli. Po cóż daleko szukać. Jest piątek, ja na dnie kieliszka… Rozkładam się, rozprężam, nie muszę mobilizować. Poszła tylko jedna butelka czerwonego wina. Jutro będzie białe.

12.12.2014

Napiłam się wódki. Jest sobota, rozprężam się, nie muszę mobilizować, spinać. Ta praca jest stresująca, ale nie chodzi o to.

Wracam do domu, nie zapowiadam żadnych prac, jest weekend, też chcę odpocząć. A niektórzy tak mają, że przez weekend siedzą, sprawdzają. Po co mi to. Wolę patrzeć w kieliszek. Przez kieliszek. Nie piję dużo. Jakbym miała z kim przez weekend pogadać, to może nie piałabym wcale. Ale co to, parę kieliszków przez weekend. Mam słabą głowę, choć piję już długo…

Kondycja ludzi ogólnie jest zła, a więc też nauczycieli. Normalna sprawa, ludzka. Czemu się dziwić.

24.12.2014

Byłam na spacerze. Wigilię spędzam przed telewizorem. Co tu pisać dużo.

26.12.2014

Zbliża się kolejny Sylwester marzeń przed telewizorem… Hucznie witamy zawsze nowy rok. Tylko widzę same smętne twarze ludzi na mieście.

Nowa Huta ma swój klimat, taki osiedlowy. Lubię małe sklepiki. Plac centralny. Niebieskie tramwaje jadące w jedną i drugą stronę, mijające się, zataczające pętle. Choinka. Niebo. Perspektywa nauczyciela to perspektywa człowieka. Ale nie wszyscy się tak plączą, zanim dotrą do mieszkania. Zaglądam do kilku sklepów na osiedlu. Patrzę w kolorowe wystawy. Może kupię sobie nowy komputer? Dla jaj w weekendy będę czatowała z ludźmi na laptopie w łóżku. Będę udawała kogo chcę, że mam 19 lat, jędrne, duże piersi, a nie 54 l., wdowa i flaki. Brzuch już zwiotczały, zresztą, to tylko dla hecy. Dla tych, co ruszyli na wirtualne łowy szukać dziewic, by się pośmiać z tego jacy są łatwowierni…

14.01.2015

Nowy rok jak oszalały, a ja jeszcze czuję się pijana. Na weekend idzie u mnie teraz — trzy butelki wina. W końcu — piątek, sobota, niedziela. Wierzcie lub nie. Lubię opowiadać bajki. Za dużo siedzę na forum. Wszyscy kłamią. Głupio mówić tylko prawdę. Wiadome jest, że to zgubne i nie trzeba w temacie rozpraw filozoficznych. W ogóle to nie trzeba tak wiele słów, by wyrazić sens. Nie, nie uczę filozofii ani etyki. Nie ważne, czego uczę. Jestem po prostu Wiola.

Wiola

Zgasło mi światło. W całym domu. Poczułam klimat ciemności. Siebie. Poczułam, że jestem, tylko w sobie, a świat jest fikcją…

K.

Samookaleczanie i cierpienie egzystencjalne

W pierwszym tomie poruszyliśmy problem samookaleczania. Powracamy do tego tematu, by pogłębić wiedzę w tak kluczowym temacie. Zanim zaprezentujemy rozmowy z okaleczającymi się w przyszłości młodymi kobietami (30solatki), przedstawiamy myśli z bloga dziewczyny, która zmaga się z omawianymi trudnościami i wyraża ową rzeczywistość, szczególnie to, co dzieje się w człowieka, który tak się zmaga z bólem psychicznym, że szuka ukojenia w bólu fizycznym: [1]

Żartujecie z samookaleczenia, a później, kurwa, zdziwienie, „skąd te rany?”

Siedziałam z żyletką w ręce, wmawiając sobie, że tego nie zrobię.

Wiesz, że jest naprawdę źle, kiedy nie wiesz już, gdzie zrobić sobie krzywdę.

Nie wiem, co robić, więc tłukę nadgarstki aż nie zrobią się sine.

Nie umiem już płakać.

Gdyby nie to, że mnie sprawdzają, już dawno moje ręce byłyby całe we krwi.

Brak mi zimna żyletki.

— Ja: opowiada o problemach, o okaleczaniu, o wszystkim.

— Psycholog: To dojrzewanie.

Z każdym dniem coraz bardziej tęsknię za tępym bólem na nadgarstkach. Coraz częściej chcę znów go poczuć.


[1] https://totalmess1.tumblr.com/post/159643179295/

siedzia%C5%82am-z-%C5%BCyletk%C4%85-w-r%C4%99ce-wmawiaj%

C4%85c-sobie-%C5%BCe [Dostęp: 10.10.2020].

Rozmawiajmy o problemie

„Szkiełko zachowałam na pamiątkę pierwszego samookaleczenia”

Katarzyna Lisowska: Kiedy to się zaczęło? Pamiętasz pierwsze okaleczenie?

Magdalena: Pamiętam dokładnie, jako 16latka rozpoczynałam pierwszą klasę liceum. Wracałam ze szkoły, miałam za sobą koszmarny dzień, przeżywałam trudny okres, moi rówieśnicy upatrzyli sobie we mnie ofiarę, drwili z mojej wrażliwości, utrudniając życie na każdym możliwym kroku, stanowiłam obiekt wybitnego żartu, który bawił wszystkich poza mną, ogromnie przytłaczała mnie ta sytuacja, lecz nie był to ostateczny powód pierwszego samookaleczenia. Gdy przekroczyłam próg drzwi, planowałam porozmawiać z mamą, zastałam jednak awanturę wszczętą przez pijanego ojca, nie chciałam obarczać mamy moimi problemami, w obawie, iż zostaną uznane za błahostkę, ponadto nie zamierzałam dokładać jej dodatkowych zmartwień. Pamiętam swoją złość, bezsilność, niemoc, pod wpływem silnych emocji wymknęłam się z domu i udałam do opuszczonego budynku niedaleko mojego miejsca zamieszkania, wybiłam szybę i jednym z tych brudnych, szklanych odłamków rozcięłam wewnętrzną część lewej dłoni, nie do końca wiedziałam, co robię, cała się trzęsłam, jednak musiałam dać upust gromadzonemu od kilku tygodni napięciu, dokonując tego aktu nie czułam ani bólu fizycznego, ani psychicznego, na krótką chwilę opuściły mnie codzienne troski.

KL: Co daje okaleczanie?

M: Wolność, stanowi chwilową odskocznię, pozwala na moment oderwać myśli, od sytuacji, które ciągną mnie w dół, ponadto ogromnie uzależnia, przynajmniej mnie. Z upływem lat sądzę, że okaleczając się, karałam samą siebie za bezsilność wobec zastanej w domu i szkole sytuacji.

KL: Czy okaleczanie siebie uzależnia?

M: Tak, bardzo, fascynował mnie ból i widok krwi, było to moje jedyne uzależnienie, jakiemu w życiu się poddałam, a próbowałam wielu rzeczy.

KL: Ktoś wiedział o Twoim problemie, pomógł?

M: Wiedziała przyjaciółka, czasem robiłyśmy to wspólnie, nie miała łatwego życia, kilka anonimowych osób z internetu i mama, która przypadkiem zauważyła jedno ze świeżych cięć, zbyłam ją, tłumacząc się nieuwagą podczas krojenia. Od tego momentu stałam się uważna i okaleczałam się w mało widocznych miejscach, jak uda czy plecy. Pomocy nie szukałam, w obawie, że mogłabym zostać zamknięta w jakimś psychiatryku.

KL: Jak można pomóc komuś, kto zadaje sobie rany, by nie skrzywdzić? Jak sądzisz?

M: Ciężko mi cokolwiek doradzić, ponieważ ja długo nie widziałam problemu w cięciu się. Wiele czasu zajęło mi uporanie się z nim, bazując na tym jak czułam się wtedy i co pchnęło mnie do takich, a nie innych działań. Mogę powiedzieć, że jeśli zauważymy blizny u takiej osoby, na pewno nie powinniśmy jej pouczać i ganić, możemy okazać uwagę, wsparcie, stać się bratnią duszą, spróbować dotrzeć do sedna problemu, dając osobie kilka słów wsparcia, poczucie, że nie jest sama, myślę, że to pomoże.

KL: Co mogłabyś powiedzieć osobom, które się tną w tajemnicy?

M: Poleciłabym odnaleźć pasje, coś, co będzie alternatywą dla samookaleczania się, co w podobny sposób pozwoli rozładować negatywne emocje i doznać ukojenia, jest wiele możliwości, ekstremalne sporty, uprawianie sztuki. To trudne, bo dobrze wiem jak ciężko opanować się przed sięgnięciem po ostre przedmioty, ale warto próbować. Mnie się udało, mogę powiedzieć, że „wyszłam” z tego sama.

KL: Jakie wybierałaś narzędzia okaleczania?

M: Szkiełko, które zachowałam na pamiątkę pierwszego samookaleczenia się, najczęściej nożyk do tapet, cyrkiel, bardzo często spiłowane w szpic paznokcie.

KL: Czy zdarzało się, że zraniłaś się bardzo mocno?

M: Tak, poddawałam swoje ciało pewnego rodzaju testom, za każdym razem cięłam głębiej, pewnego dnia przedobrzyłam i zacięłam wewnętrzną część uda zbyt mocno. Straciłam wiele krwi, usnęłam i kolejnego dnia ledwie podniosłam się z łóżka, rana nie chciała się goić, podejrzewam, że nadawała się do szycia. Nie chciałam pozbawić siebie życia, więc od tego zdarzenia nieco przystopowałam.

KL: Czy okaleczanie jest sposobem, by choć przez chwilę poradzić sobie z jakimś problemem? Czy kiedyś tak czułaś?

M: Niestety nie, nie rozwiązywało żadnych problemów, na moment pozwalało o nich zapomnieć, jednak nie sprawiło, że to, co mnie dręczy znikało.

KL: Czy przeszłość wraca, jak zadawałaś sobie rany? Co powodują takie wspomnienia? Czy są rodzajem traumy?

M: Nie, samych chwil cięcia się nie wspominam źle, chociaż myślę, że mam to za sobą, niejednokrotnie, gdy przypadkiem się zranię, fascynuje mnie widok krwi. Jednak doświadczenia, które wtedy pchnęły mnie do okaleczania się wciąż do mnie powracają, cięcie się nie sprawiło, że zniknęły.

KL: Znasz sposób, by skutecznie wyzwolić się z okaleczania?

M: Mnie pomagało czytanie, pisanie wierszy i szkicowanie, długo pracowałam nad sobą, czytałam wiele książek psychologicznych. Starałam się jak najczęściej korzystać z twórczych sposobów dla odreagowania. Zaprzestałam cięcia się, lecz czasem w stresujących sytuacjach nie panuje nad sobą i rozdrapuje dawne blizny na plecach.

„Mówimy tutaj o potężnej sile emocji”

Katarzyna Lisowska: To jest trudne, ale proszę opowiedz ze swojej perspektywy, jak to jest, że człowiek zaczyna ranić swoje ciało…

Beata: Nie wiem jak jest z innymi, jednak u mnie zaczęło się od bardzo trudnego emocjonalnie momentu w życiu. Dużo osób mówiło o samobójstwach, gdzieś stało się modne pokazywanie sobie ran, nigdy mnie to nie interesowało. Któregoś dnia kroiłam chleb, zraniłam się w palec, zapiekło, ale poczułam ulgę. Wpatrywałam się w krew, która zaczęła wypływać z rany, czułam jak piecze mnie w miejscu zranienia. Rozchodzące się ciepło, dało mi dziwne odczucie ulgi.

KL: Jakbyś mogła określić, co dzieje się w człowieku, że postanawia ranić swoje ciało?

B: Mówimy tutaj o potężnej sile emocji. Ja osobiście czułam się nimi przytłoczona, przerażona. Cięcie się sprawiało mi ulgę, odreagowywałam w ten sposób, „karałam” siebie. Często (kiedy już cięcie się stało się dla mnie czymś codziennym) dochodziły do mnie myśli, że nie jestem godna życia. Chciałam mocno siebie zranić, używałam do tego noża, cyrkla, drutu, gwoździa, papieru ściernego — cokolwiek w danym momencie miałam pod ręką. Z jednej strony czułam ulgę, z drugiej czułam się usatysfakcjonowana patrząc na swoje rany. Momentami, co teraz mnie zaskakuje — byłam z siebie nawet dumna, że „porządnie” się zraniłam. Dziś patrzę na swoje blizny i jest mi smutno na myśl, że sprawiałam sobie takie cierpienie. Jestem osobą nadwrażliwą (teraz to wiem), wtedy nadmiar emocji dosłownie dusił mnie w środku, czułam się koszmarnie samotna i niezrozumiana. Jakbym miała w sobie coś ciężkiego i wielkiego, coś, co tylko za pomocą przecięcia skóry mogło ulżyć.

KL: To przejmujące, to karanie… Mógłbyś rozwinąć myśl, co się czuje… Dlaczego?

B: Mogę powiedzieć, co czułam ja, nie mam pojęcia, co czują inni. Co czułam? Odrazę do siebie, czułam strach wobec nowego dnia. Zupełnie niechcący stawałam się pośmiewiskiem w szkole, bałam się iść do szkoły. W domu byłam tym trudniejszym dzieckiem, pełna emocji, nadpobudliwości, nadwrażliwości, wszystko brałam do siebie i w sobie przeżywałam, nie mogłam okazywać emocji na zewnątrz. Nieustannie chciało mi się płakać, czułam się słaba. Widząc gojące się rany czułam się silniejszą, że „coś” przeszłam. Bolało, piekło, a ja czułam spełnienie. Do czasu to była moja tajemnica, czułam łączność z moim ciałem. Czułam każdą chwilę gojenia się rany. Co dziwniejsze, kiedy pojawiła się blizna, czułam do siebie coś na wzór szacunku.

KL: Skąd tak negatywne emocje do siebie?

B: Byłam jak gąbka, przyjmowałam wszystko z otoczenia i brałam głęboko do siebie. Każdą niechęć, zwrócenie uwagi, negatywny komentarz. Nieustannie popełniałam błędy, myliłam się, nieustannie robiłam coś, co złościło innych, bądź dawało powód do naśmiewania się. W szkole chciałam bardzo się wykazać, zależało mi tak bardzo, że robiłam z siebie „głupka”. W domu często irytowałam mamę, złościła się na mnie. Nie mogłyśmy długo nawiązać takiej relacji ze sobą, aby usiąść i porozmawiać. Złościła się na mnie, kiedy płakałam, kiedy coś przeżywałam, często powtarzała mi, że sama jestem sobie winna. Nie mam do niej pretensji, nie została nauczona rozmów w dzieciństwie. Górę brała frustracja i bezradność. W nas obu.

KL: Pomógł Ci ktoś?

B: Któregoś dnia „zaprzyjaźniłam się” z jedną nauczycielką, bardzo dobrze nam się rozmawiało. Właściwie to głównie słuchała mojego żalenia się. Kiedyś pokazałam jej te rany. Myślałam, że mnie pochwali, zdobędę jej uznanie, a ona zabrała mnie do pedagoga. Pani Pedagog bardzo chciała mi pomóc, rozmawiała ze mną. Zaczynało do mnie docierać, że są inne sposoby odreagowania i wcale nie muszę być wszystkiemu winna. Któregoś dnia do gabinetu weszła moja wychowawczyni. Dowiedziała się o celu mojej wizyty, wezwała moją mamę. Wszystko się popsuło. Nie chciałam nigdy więcej rozmawiać z nikim ze szkoły, bo mama nastraszyła mnie, że zabiorą mnie z domu, jeśli ktokolwiek się dowie o moim cięciu się. Któregoś dnia sama dyrektor szkoły (podczas przygotowywaniu sali do matury) powiedziała parę słów, przyznała się, że wie o moim „problemie”, ale zlekceważyła to. Znajoma z biblioteki, skierowała mnie do poradni, poszłam. Rozmawiała ze mną kobieta, która pracowała z ludźmi uzależnionymi. Znalazłam sobie zajęcie — chodziłam do Warsztatów Terapii Zajęciowej, odnalazłam się tam, mama chciała zabronić mi chodzenia tam, za karę. To było w gimnazjum, w technikum zdarzało mi się parę razy zranić siebie celowo, jednak znalazłam pomoc. Do dzisiaj mam takie dziwne uczucie w sobie, nawet kiedy niechcący się zranię czymś czuję w sobie dziwną satysfakcję.

KL: Czy cięcie działa jak uzależnienie?

B: W pewnym sensie tak, tak było w moim przypadku. Naprawdę odczuwałam brak, głód przed uczuciem zranienia, gojenia się. Kiedyś usłyszałam, że podczas palenia najbardziej odprężający jest moment samego odpalania papierosa. Tak samo dla mnie najbardziej odprężające było samo zranienie się.

KL: Jak wygląda terapia, pewnie ciężko Ci było opowiadać terapeutce o problemie. Wskazujesz, że jeszcze w technikum wróciła chęć cięcia i zdarzały się powroty do przeszłości.

B: Nigdy nie byłam poddana terapii, wszystko opierało się na zaledwie 2—3 rozmowach. Ta Pani chciała mi pomóc, ale zajmowała się terapiami ds. uzależnień. Ja byłam zbyt młoda, aby samodzielnie się zapisać do poradni. Nie chciałam mówić w domu, jednak mama dowiedziała się, że co jakiś czas pojawiałam się w tej poradni, po odkryciu tego faktu przestałam.

KL:
Jeszcze ktoś Ci pomagał? Na tym sprawa w szkole się zakończyła?

B:
W szkole sprawa zakończyła się na powiadomieniu moich rodziców. Teraz wiem, że mama nie wiedziała zupełnie co zrobić, brat mi powtarzał, że jeśli przybędzie mi ran to zabiorą mnie z domu. Poszłam do innej szkoły, zmieniłam otoczenie, zaczęłam odnajdywać się w świecie internetu i tam poznawać znajomych, różnych ludzi. Pomagała mi znajoma z biblioteki oraz internetowe znajomości.

KL: Dużo mówi się o tym, co można spotkać w sieci, a raczej kogo. Są przestrogi. Ale, co Ciebie spotkało w sieci? Kogo poznałaś? Jakich ludzi? Jakie mieli dla Ciebie znaczenie?

B:
Nie miałam trudności z odnalezieniem tego, czego szukałam, a że sama nie wiem czego szukałam, to poznawałam różne osoby. Znalazłam stronę na której była dokładna instrukcja jak popełnić samobójstwo i jak wygląda ciało po danym „sposobie”. Szukałam takiego sposobu, aby moje ciało nie było zniekształcone i żebym sama nie cierpiała. Poznałam mężczyznę na wózku z którym planowaliśmy samobójstwo. Kupił nawet kamerę, aby to nagrać. Stchórzyłam, parę dni przed planowanym samobójstwem zrezygnowałam. Spotkałam też dobrych ludzi, którzy rozmawiali ze mną, nie śmiali się ze mnie, rozumieli mnie i to co miałam w sobie, mimo że sama nie rozumiałam siebie.

KL: To trudne. Co działo się w Tobie, że aż planowałaś samobójstwo?

B: Niemoc, pustka, strach. Uśmiechałam się, wiedząc, że nie będą już dla tego świata, dla bliskich ciężarem. Czułam się bez jakiejkolwiek wartości, uważałam, że moja śmierć będzie dla świata poświęceniem, bo oddam życie i ktoś inny zajmie moje miejsce na świecie i lepiej wykorzysta swoje życie.

KL: Bardzo trudne emocje. Jak je przezwyciężyłaś?

B: Dużą pomocą były znajomi z internetu, zmiana szkoły, klasy. Znalazłam się w pomocy innym i chodziłam codziennie do Warsztatów Terapii Zajęciowej, gdzie byłam wolontariuszką. Ludzie tam byli dla mnie ratunkiem, ich niepełnosprawności mocno uświadomiły mnie jak bardzo nie doceniam swojego życia.

Maria Pęcak (M. M. Bathorska): „To ja fenomen, przewrotnie niechlubny”

Rany

To ja fenomen

przewrotnie niechlubny,

najdrobniejszy przytyk

jest mi zgubny.

Otwartych ran budzi mnie wołanie,

mojego ciała lament,

pieśni recytowanie.

Wszystko to w co się przeistoczyłam,

gdy z rozpaczliwą histerią walczyłam;

To szpetne zakrzepłe grudy,

moje własne, nabrzmiałe brudy,

przyschnięte do posłania,

które krew ochoczo ze zgrozą wchłania.

Zrywam z pasją, skalne prześcieradła,

by wraz z nimi ma zgryzota przepadła.

Obnażam plecy podrapane do krwi,

moje umęczone ciało ze mnie drwi.

Purpurowymi łzami zalany grzbiet,

przeszłości pamiątka, wymierza odwet.

Popękanymi paznokciami otwieram stare rany,

prezencji wizerunek został zaprzedany.

To moje tajemne uzależnienie,

głęboko w świadomości rozwinęło korzenie.

Strudzone oczodoły w agonii wyschnięte,

od wylanych łez napuchnięte.

Tak dokonuje się kresu cierpienia geneza,

z nowym początkiem synteza.

Nocte Tacere

O nocy nieprzenikniony aksamicie

Gwiezdnymi lampionami usłany faworycie

Niechże twe ciemne szafirowe otchłanie

Ułożą mi na mchu posłanie

Smukłe onyksowe cienie

Pozwolą wyśnić marzenie

Twa moc w księżyca tarcze wtopiona

Sprawi bym koszmarem nie została udręczona.

Odegnaj bezsenności sidła

Ukaż błogiej opowieści

Widma

A gdy brzask rozjaśni twe sklepienie

I jego widokiem nasycę wspomnienie

Zechciej z troski uczynić tajemnice

I z obiec wypuść mnie o świcie.

Ja w jesieni

Kim jestem tej jesieni?

Osamotnionym liściem na gałęzi życia…

Zaczepiona agonalnie… przywarła ostatkiem sił,

Do zgniłego konaru nawyków.

To ja…

Przekwitły sentyment matki natury.

Wyczekuje wichrowej zawiei…

Pragnę gradu emocji…

Doświadczyć więcej…

Więcej niż…

Rozmyślnie nakreślony bieg losu.

Odgórnie konturowany…

Pragmatyczny…

Nieprzejednany.

Czekam.

A niebawem poddam mu się…

Wbrew sobie…

Czując jak sama,

Przejmuje role upadłych chwatów.

Zgasnę na chodniku,

Niezauważona,

Pominięta.

A pozbawiona empatii hałastra

Niczym krwiożercze ogary teraźniejszości

Zetrze mnie w pył,

Zepchnie w niebyt.

Nie będę jak on! Jak ten liść…

Upadek jest domena słabych.

Nie dam się podporządkować

Nie skapituluje bez walki.

Czy mam przyjąć utarte schematy?

Aprobata rzeczywistości ma być mą drogą?

Mylne przeświadczenia!

To moje życie! Moje ścieżki!

Kim jeszcze mogę być,

O tej porze uśpienia?

W letargu spowita.

Nagą gałęzią cierniem nabitą?

Grzmiącą o brudna szybę

Niezrozumienia…

Łaknąca uwagi,

Upraszająca bezgłośnie choć krztyny siebie.

Poszukuje zapewnienia,

Że znaczę więcej niż kwiecie którym byłam przyodziana

W okresie swej świetności.

A może kroplą deszczu

Drążącą uparcie posągi przodków.

Pozostać zapamiętaną…

To jej nadrzędny zamysł.

Kto dostrzeże jej potencjał,

Chęć i pragnienie…

Podczas przewlekłej walki z czasem.

Cała truchleje… Na widmo wieczność…

Permanentnie wypiętrzającej się…

Ponad horyzont życia.

Czym jeszcze mogę być?

Dymem z domowego paleniska

Ciepłym i tak przyjaznym

Ulatującym strzeliście

Iskrą niespełnionych snów

Ponad najwznioślejszą z myśli.

Drwię z was… głupcy albowiem mianujecie mnie

Niepożądanym ubytkiem… odwiecznego procesu,

jakim jest życie. Skazując na katorgę…

Współistnienia z wami,

W świecie zatrutym

Przez wasze niespełnione oczekiwania.

Maria Pęcak (M. M. Bathorska)

Sara Romska: Rozmowa pomaga każdemu człowiekowi

Moją rozmówczynią jest Sara Romska, autorka bardzo popularnych książek, które dotyczą życia dzieci na oddziale psychiatrycznym, ale to także studia przypadków, które wyjaśniają ich problemy, rokowania na przyszłość.

Pani Sara — właściwie Czesława jest pielęgniarką, która ma doświadczenie w pracy w szpitalach psychiatrycznych. Chętnie dzieli się bardzo dużą wiedzą, także w obszarze psychologii i psychiatrii. Jest przyjaciółką młodych, zagubionych w życiu ludzi, mogą liczyć na jej wsparcie w starcie w dorosłe życie.

Katarzyna Lisowska: Napisała Pani przejmujące książki, o dzieciach ze szpitala psychiatrycznego. Przedstawiła Pani wcześniejsze życie tych dzieci, często ich losy są wstrząsające, ile doświadczyły krzywd. Nie tylko Pani pisze, ale pomaga wchodzić w dorosłość pokrzywdzonym nastolatkom. Mogłaby Pani opowiedzieć, jakie największe problemy zdarzyły się w Pani pracy z młodymi osobami na oddziale psychiatrycznym?

Sara Romska: Napisane książki miały posłużyć do zwrócenia uwagi narastającego problemu dzieci potrzebujących pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Przerzucanie z jednego ośrodka do drugiego, z jednego szpitala psychiatrycznego do innego niekoniecznie służyło procesowi resocjalizacji, a dzieci stawały się „kukułczymi jajami”, z którymi jest tylko problem. Stały się balastem dla niewydolnych rodziców i wadliwego systemu. Ta wadliwość systemu charakteryzuje się tym, że w pewnym momencie wyłamał się trybik, którego nikt nie zauważył, albo nie miał go kto naprawić. Taka ilość dzieci nie musiałaby znaleźć się pod kuratelą państwa, gdyby była powszechna dostępność do psychologów i psychiatrów. W takim stopniu jak jest dostępny lekarz pediatra, tak powinni być dostępni w skrócie „lekarze duszy”. Ludzie winni nauczyć się wzajemnego szacunku, słuchania innych i w tym duchu traktowania swoich dzieci. Dorośli obarczeni własnymi frustracjami nie chcą, są głusi, nie potrafią wyłapywać sygnałów idących od dzieci. Bywało, że dziecko obierało sobie na powiernika nauczyciela, księdza, trenera, czy zaprzyjaźnioną sąsiadkę, czy rówieśnika, mając w zasięgu ręki swoich rodziców. Na pierwszym miejscu jest to kwestia zaufania. W mojej pracy z dziećmi trzeba było zbudować nowe relacje, a przede wszystkim zaufanie. Nie było to łatwe, bo poranione i wielokrotnie zdradzone dzieci wytwarzały barierę, którą trzeba było forsować miesiącami, a nawet latami. Dopiero wówczas można było realizować i wpajać im wiarę w siebie, dowartościowanie, w które zaczynały wierzyć. Potrzebowały ogromnego wsparcia, ponieważ ich dawne i obecne lęki były trudną przeszkodą do ich pokonania. Dawne dotyczyły ich traumatycznych przeżyć, a obecne pochodziły z niskiej samooceny, braku wiary w przyszłość i osamotnienia. Ta walka o ich „dusze” była jak orka na ugorze. Z powodu nielicznej kadry personelu i nie zawsze odpowiedniego, była bardzo trudna. Brak zaangażowania, pseudoterapia, ciasnota na oddziale, okrojone środki na psychiatrię skutkowały zamianą na częstsze stosowanie przymusu bezpośredniego, czy ilości podawanych leków. To nie tak miało wyglądać.

KL: W publikacji poświęcam sporo uwagi bólom psychicznym młodych ludzi, jest ich sporo. Koncentruję się choćby na problemie cięcia. Z Pani perspektywy, dlaczego młodzi ludzie na taką skalę tną się?

SR: Niedojrzałe emocjonalnie dzieciaki podejmują różnego rodzaju próby zwrócenia uwagi, na swoje problemy. Są to drobne kradzieże, ucieczki z domów, stosowanie używek, ale także samookaleczenia. Dorośli nie rozumieją, że właśnie w taki sposób dziecko wyraża ból, cierpienie psychiczne. Starają się je zamienić na ból fizyczny, co przynosi im chwilowe ukojenie. Ostry przedmiot jest łatwo dostępny. Mimo rygorystycznego regulaminu i przechowywania niebezpiecznych przedmiotów pod zamknięciem, często osiągały swój cel. Jeśli dziecko zapragnęło zrobić sobie krzywdę to do tego celu użyło rozgniecionego, plastikowego długopisu, zszywki z zeszytu, plastikowej butelki, itp. Nie sposób było pozbawić dzieci przedmiotów codziennego użytku. Czasami były to tylko zarysowania, które wołały: „Porozmawiaj ze mną. Jest mi ciężko i źle. Także jestem człowiekiem” i w podobnym tonie. Rzadko, kiedy przebywając już na oddziale chciały zrobić sobie prawdziwą krzywdę, czy odebrać sobie życie, chociaż w pierwszej części opisałam skrajny przypadek, który mógł się zakończyć śmiercią nawet nie jednej osoby.

KL: Jak można pomagać młodym osobom, które się okaleczają? Pani ma doświadczenie nie tylko medyczne, ale i Pani praca sprowadza się do relacji terapeutycznej. Pielęgniarka jest bardzo blisko człowieka cierpiącego, znajduje sposoby na ulgę, stąd m.in. tak cenna jest Pani perspektywa.

SR: Rozmowa pomaga każdemu człowiekowi. Dzieci na oddziale dzieliły się na dwie grupy. Te, które chętnie rozmawiały i mogłyby to robić godzinami. Krótka zachęta i już z szybkością karabinu maszynowego wypowiadały nawet bolesne słowa. Trzeba było je nauczyć wielu podstawowych zasad dotyczących zwierzania się, opowiadania o intymnych sytuacjach, wybierania właściwego rozmówcy, korzystania z terapii, itd. Inną grupą były dzieci mocno zamknięte w sobie, niepotrafiące przerobić swojej traumy i bez postępów. Im był potrzebny nienachalny rozmówca i wysublimowany słuchacz. Każdy rodzaj terapii indywidualnej i zajęciowej odrywał je na pewien czas od przeszłości. Dawał możliwość dokonania czegoś pożytecznego dla innych i siebie. Zajęcia plastyczne odkrywały niesamowite talenty. Odpowiednio dobrany film wzruszał do łez, a tym samym zbliżał i wyzwalał drzemiące frustracje i pytania. Przypominały sobie, czym są uczucia wyższe, a drobne pochwały uskrzydlały do dalszej pracy. Oczywiście każde dziecko to indywidualność. I tu właśnie brakowało pracy z indywidualistami.

KL: Jakie sytuacje Pani podopiecznych najbardziej Panią poruszyły?

SR: Pracując wiele lat było bardzo dużo takich sytuacji, ale rzeczywiście niektóre zapadają w pamięć na całe życie. Bardzo przeżyłam wyczyn dziewczynki, przez który mogła umrzeć. Przez dłuższy czas gromadziła leki, które dostawała przepisane przez psychiatrę. Kiedy już zebrała według siebie odpowiednią ilość to połknęła je wszystkie naraz. Przyznała się na zajęciach wychowawczyni, bo zaczęła się źle czuć. Miała tylko tym faktem zwrócić na siebie uwagę, a stało się coś więcej. Nieudolne działania lekarza dyżurnego zmusiły mnie do ofensywy, nie bacząc na swoje konsekwencje. W rezultacie dziewczyna pojechała na oddział ostrych zatruć ocalając swoje życie. Bardzo osobista sytuacja doprowadziła mnie do łez, kiedy dzieci dowiedziały się, że mam urodziny i same od siebie zaśpiewały na stołówce „Sto lat” i wszystkie na raz podbiegły się do mnie przytulić. Zaznaczam, że mogły się przytulać tylko w określonych sytuacjach. Tu odniesienie do rozdziału „Regulamin” mojej książki.

Poruszyło mnie wyznanie chłopca po sześciu latach przebywania na oddziale. Nigdy nie mówił o swoich przeżyciach, a jego obrona przed światem polegała na wyzwalaniu agresji. W pewnej sytuacji zapytałam go, dlaczego taki miły chłopiec musi przebywać tak długo w takim miejscu i co takiego wydarzyło się w jego życiu, że tu trafił. Mimo wielu opowieści skrzywdzonych dzieci to zdanie mnie zmroziło: „Pili, bili, gwałcili”. Nigdy już więcej nie powiedział nic o sobie. Takich przejmujących sytuacji było mnóstwo. Z ostatnim, wspomnianym chłopcem miałam kontakt z cztery lata temu. Odzywał się do mnie poprzez Fb, ale ciągle się gdzieś spieszył, wspominał, że wiele ludzi go oszukało, i że jest bezdomny. Potem kontakt się urwał. Tak bardzo pragnęłam mu pomóc, ale on chyba już nie ufał nikomu.

KL: Jak wygląda życie młodych ludzi na oddziale? Buntują się? Jaka jest codzienność?

SR: Jak już wspomniałam wcześniej młodzi ludzie pod opieką personelu musieli stosować się do regulaminu. Pozwalało to na utrzymaniem porządku, a ich temperamenty w pewnych ryzach. Było to bardzo trudne, gdyż większość z nich wychowywała tak naprawdę ulica, a pozostali łatwo ulegali złym nawykom swoich kolegów i koleżanek. Stąd niekończące się konflikty i zatargi. Burza hormonów, izolacja, zmiana trybu życia i oczekiwania względem niepoprawnego zachowania doprowadzała nawet do buntu. Takie wypowiedziane nieposłuszeństwo to demolka oddziału i konsekwencje dla całej młodzieży. Zabranie im na pewien czas przywilejów, dla przywódców i największych agresorów zabezpieczenie mechaniczne oraz zastrzyki uspokajające. Buntowali się również z innych przyczyn, jak: ciasnota na oddziale (ja określałam to, że chodzili jak lwy w klatce, ale nie było to wcale zabawne), brak zajęcia, brak możliwości wyjścia na powietrze, traktowanie ich jak dzieci „gorszego Boga” i wiele innych przyczyn. Nie chcę się chwalić, a przez te kilka lat pracy udało mi się zapobiec przynajmniej trzem buntom. Moja konsekwencja w działaniu, wiarygodność i charyzma temu podołały. Gdyby poprawić warunki ich pobytu w placówce może nie dochodziłoby tak często do chęci buntowania się, a na pewno sprzyjałoby to lepszym efektom terapeutycznym.

KL: Jakie metody pracy sprawdzają się na oddziale zamkniętym z młodymi ludźmi? Pacjentów jest dużo, a potrzebują uwagi. Jak Pani sobie radzi na oddziale z takimi sytuacjami? Pytam, bo wiem, że Pani jest bardzo zaangażowana w pomoc młodym ludziom.

SR: Może to zabrzmi dziwnie, ale bardzo ważna jest dyscyplina. Kiedy nowe dzieci przyzwyczają się do nowych warunków, oczekiwań w stosunku do nich i zasad panujących na oddziale mija sporo czasu. Bywa, że trudno im się pogodzić z zamknięciem, ograniczeniami nową sytuacją. Kiedy ten stan rzeczy w większym, czy też mniejszym stopniu zaakceptują można wkroczyć z dalszymi działaniami. To nie jest jak w więzieniu. Personel stara się przygarniać te dzieciaki i tworzyć im namiastkę rodziny. W szczególnych okolicznościach jak święta, Dzień dziecka i podobnych okolicznościach mogą liczyć na szczególne traktowanie. Poza tym mają kontakt telefoniczny z rodziną, opiekunami, a nawet swoimi dawnymi rówieśnikami. Funkcjonują odwiedziny dla członków rodziny, czy opiekunów. Ale tak naprawdę na pierwszej linii są zawsze pielęgniarki, sanitariuszki i sanitariusze. Ci z otwartym sercem poza swoimi obowiązkami wspierają dzieci, pomagają w życiu codziennym, dużo rozmawiają i czuwają nad ich bezpieczeństwem. Niestety jak w każdej grupie zawodowej znajdzie się czarna owca, która może zrobić wiele złego.

KL: Co najtrudniejszego jest w pracy na oddziale zamkniętym?

SR: Inaczej do tej pracy podchodzą mężczyźni, a inaczej kobiety. Kobiety obdarzone instynktem macierzyńskim nie raz i nie dwa były narażone na manipulację ze strony młodych pacjentów. Trzeba było mocno rozgraniczyć uczucia i obowiązki, by tak naprawdę dzieciom pomóc wrócić do społeczeństwa, a nie szkodzić. Okiełznać tak sporą grupę mocno zaburzonych dzieciaków, na dodatek w zdrowych relacjach, z poczuciem odpowiedzialności, ale dozą empatii i zrozumienia. Haniebny przypadek opisany przeze mnie wykorzystywania relacji personel — pacjent to skaza na zwyczajnym poczuciu przyzwoitości. Profesjonalista nigdy nie wykorzysta takiej zależności, przypadkowy pracownik jest niepotrzebnym balastem i niedoskonałego systemu. Nie dość, że trzeba sprowadzać na właściwe tory pogubione dzieciaki, to jeszcze „patrzeć na ręce” nietrafionym pracownikom. Pracując w takim miejscu czułam się jak matka zastępcza, nauczyciel, ochroniarz, strażnik więzienny, a dopiero na końcu jak pielęgniarka. Bardzo to było trudne i obciążające.

KL: Wiem, że praca z młodymi osobami, choć trudnych problemów jest wiele — daje i często powody do radości. Pani przeżywa życie młodych ludzi z nimi, walczy o to, by go nie stracili i mimo największych ran psychicznych — pomaga im Pani się zagoić. Jakby Pani mogła opowiedzieć o radościach w pracy, byłabym wdzięczna.

SR: Największą radością w mojej pracy było dowiedzieć się, że dzieci, które opuściły szpital zaczęły sobie radzić samodzielnie i jak to się mówi potocznym językiem wyszły na ludzi. Przy wsparciu różnych ludzi dobrej woli. Przy moim, skromnym udziale są szczęśliwe. Część z nich wyjechała za granicę, by tam poszukać swojej szansy i odciąć się od swojego destrukcyjnego środowiska, część wyjechała do innego miasta, inni natomiast znaleźli drugą połówkę jabłka, czasami równie pokiereszowaną, tworząc szczęśliwy związek. To mnie najbardziej cieszy, że umieli odszukać swoje miejsce na ziemi. Może to prozaiczny przykład, ale wcześniej wspomniana dziewczyna, która połknęła te nieszczęsne pigułki wyszła ze szpitala jako pełnoletnia osoba i nie miała tak naprawdę gdzie się podziać. Zamieszkała w placówce opiekuńczej dla młodzieży. Pewnego dnia zwierzyła mi się, że tak naprawdę nigdy nie miała urodzin, a zbliżały się jej dziewiętnaste, więc zaczęłam działać. W porozumieniu z wychowawcą uknułyśmy niespodziankę. Ja przelałam pieniądze na tort i wysłałam paczkę z prezentami. O resztę zadbała pani wychowawczyni. Radości dziewczynki nie było końca. A przy tym moja również. I takich momentów było całkiem sporo. A dla takich chwil warto żyć. Wiem, jestem niepoprawną romantyczką i chciałabym, żeby wszyscy mieli to, na co zasługują, i żeby każde dziecko było szczęśliwe. Każdemu wolno marzyć. Część dzieciaków nie odnalazło swojej właściwej ścieżki, ale to bardzo smutne, niestety prawdziwe.

KL: Dziękuję za poruszającą rozmowę, szerzmy wiedzę w tak ważnych tematach, domagając się zmiany sytuacji. Dziękuję za Pani pracę i dobro.

Grzech zatajony

Siedzę sobie przy kominku i moje dotychczas poukładane życie, zburzyła informacja o emisji filmu braci Siekielskich Zabawa w chowanego. Zapowiedź tematyki poruszyła moje dotychczas uśpione wspomnienia, choć bałam się, że tej nocy pewnie nie zasnę, postanowiłam obejrzeć materiał. Łzy cisnęły mi się do oczu, bo ożyły dawne koszmary, zakopane gdzieś w zakątku mojego ja.

Pochodzę z rodziny o katolickich korzeniach, nie może fanatycznie poddanych doktrynie katolickiej, ale jednak wierzących w Ewangelię oraz w Stary i Nowy Testament. Byliśmy jako rodzina mocno związani z kościołem poprzez posługę kapłańską i zakonną kilkoro osób z rodziny. Z tej to okazji, jako dziecku siedmio czy ośmioletniemu, nie wydawało mi się dziwne goszczenie księży i zakonnic w naszym domu z okazji różnych świąt, uroczystości rodzinnych i zwykłych dni tygodnia. Myślę nawet, że pewnie to lubiłam, przy okazji dostawałam słodycze, zabawki i książki z bajkami a moja mama płyty winylowe, książki kucharskie, a nawet biżuterię, oczywiście zawsze z wizerunkami świętych. Dzięki tym rozległym znajomościom udawało mi się bywać też w kurii biskupiej, jako przyszły „materiał” na zakonnicę. Wielokrotnie recytowałam wiersze, albo śpiewałam pieśni z okazji wizytacji ojca kościoła, czyli biskupa z diecezji w mojej pięknej parafii. Tym chętniej uczestniczyłam w tych przeróżnych wydarzeniach kościelnych, także z okazji świąt i odpustów, im więcej „łupów” udało mi się zgarnąć. Były to słodycze, zabawki, a nawet wycieczki do pobliskich miast — oczywiście zawsze z odwiedzaniem kościołów i uczestnictwie we mszach świętych. Wydawało mi się, że było cudnie. Lubiłam razem z rodzicami i bratem chodzić do naszego sanktuarium, było duże i piękne, trochę przypominało miejsce kultu narodowego Polaków — Jasną Górę. Pielgrzymki z okazji odpustu składały się z niezliczonej ilości wiernych, oznajmiających bębnami swoje nadejście do cudownego miejsca. Bardzo lubiłam przepięknie udekorowane wizerunki Matki Bożej i tysiące ludzi modlących się u jej stóp. Jedni jedli kanapki i odpoczywali pod starymi drzewami, inni, ubodzy i niby kalecy żebrali przed kościołem, a później cudownie ozdrowionych widywano w pobliskiej karczmie. Tak wiele radości we mnie drzemie, ale myśl o ukrytym grzechu zżera tę radość minioną, aż do obecnej „publicznej spowiedzi”.

Jak wcześniej wspominałam, moja rodzina mocno była związana korzeniami z rodziną kościelną. Lubiłam przyjazdy hierarchów kościelnych do naszego domu, choć jednych bardziej, innych mniej. Nasza parafia, jak pewnie inne w Polsce, często miała zmiany księży, którzy posługiwali na określony czas. Parafianie lubili mniej lub bardziej słuchać kazań księży. Ja tak średnio, bo często nie bardzo w tym czasie rozumiałam, co mają za znaczenie wykrzykiwane słowa z ambony, bo właśnie w tym czasie kazania były z tego miejsca mówione do wiernych. Przybył właśnie taki ksiądz, podobno niezły kaznodzieja, który wykrzykiwał z ambony, grzmiąc na postawę i życie wiernych. Mały grubasek w średnim wieku był bożyszcze, szczególnie kobiet. Opowiadał o zbawieniu duszy, o grzesznym życiu niewiast, o roli kobiety w życiu mężczyzny i takie inne… Mnie śmieszyły te jego opowiadania, nie chodziło mi o treści, bo pewnie nie do końca rozumiałam, ale o sposób wypowiadania niektórych myśli i tembr głosu. Zawsze czekałam na momenty, kiedy przywali pięścią w ambonę i starsi wierni, zmęczeni trudami życia, podskoczą obudzeni z lekkiego snu. Ten właśnie grubasek, ulubieniec parafian, także zawitał do naszego domu. Na początku wydawał mi się dość zabawny, ubrany w dość mocno zniszczoną sutannę i w sandały, nieco zdarte od spodu z rozwalonymi podeszwami, które sklejał często mój ojciec. Denerwowało mnie jego sapanie i wilczy apetyt, jadł tak jakby był głodzony co najmniej od tygodnia. Bardzo lubił wędkować, więc zawsze jak do nas przyjeżdżał, prosił, żeby zawozić go nad pobliskie jezioro, gdzie łowił jedynie malutkie płotki, które i tak później wypuszczał. Najbardziej śmialiśmy się z moim bratem jak przywoził nam prezenty, a były to malutkie buteleczki po lekarstwach, my mówiliśmy, że są to buteleczki do siusiu, za co nie raz od naszej mamy dostawaliśmy ścierką po głowie. Pewnego razu zostaliśmy z tym księdzem grubaskiem nad jeziorem, bo nasi rodzice byli zajęci inną pracą, więc ufni, że jesteśmy w dobrych rękach zostawili nas na kilka godzin. Księżulo, nie wzbudzając podejrzeń mojego nieco starszego brata, dał mu wędkę i kazał iść na kolejną plażę położoną nieco dalej od tej, na której wcześniej ochoczo biwakowaliśmy w trójkę. Ja zachęcona opowieściami o dobrym samarytaninie i innych opowieściach ochoczo jak zwykle usiadłam na kolanach księdza. W pewnym momencie poczułam się dziwnie zakłopotana i zaskoczona. Oszołomiona wynikiem sytuacji próbowałam coś z siebie wydusić, ale ten włożył mi język do ust, mocno przycisnął moje ręce do siebie jedna ręką, a druga powędrowała w moje intymne miejsce. Bolało, nie mogłam się oswobodzić z tego duszącego uścisku. Poczułam jakby coś grubego niczym kłoda wciskało mi się między nogi i oblepiało moje uda. Poczułam śmierdzący zapach z ust grubasa, gdy wreszcie usłyszałam krzyk zza krzaków mojego brata; „udało się, mam rybkę”… Byłam bardzo wystraszona, nie wiedziałam, co mam z tym zrobić napastnik, jakby nigdy nic się nie stało, uśmiechał się błogo do mnie i brata. Pamiętam, zanurzyłam się w wodzie jeziora, aby obmyć mój wstyd i nawet nie umiałam płakać. Po tamtym wydarzeniu, przez kilka tygodni księżulo nie pojawiał się w moim domu, a ja starałam się wymazać to wydarzenie z pamięci, bo nie miałam tak naprawdę komu się zwierzyć. Moi rodzice w tamtym czasie szanowali księży i myśl taka, że któryś próbowałby zrobić krzywdę dziecku była nie do przyjęcia. Ja coraz bardziej zagłębiałam się w swoich myślach. Przypomniałam sobie, że wtedy przed tym incydentem grubas księżulo opowiadał mi, że wszystko co czyni ksiądz pochodzi od samego Boga i nie wolno się mu sprzeciwiać, ani o tym nikomu opowiadać, bo to grzech ciężki. Ja byłam w tamtym czasie jeszcze przed Komunią, więc ciężki, czy lekki grzech był po prostu tylko grzechem i tyle. W tamtym czasie pobudzenie erotyczne księdza grzesznika było tak wielkie, że na szczęście nie doszło do gwałtu, a ból, który odczuwałam był wynikiem silnego skrępowania mojego tułowia i nóg. Mimo, ze miałam chyba siedem lat, zastanawiałam się dlaczego ten ksiądz tak krzyczy na tej ambonie, a ludzie go uwielbiają, dlaczego opowiada o grzechach, które sam też popełnia i dlaczego tak wiele otacza go dzieci. Starałam się go unikać, ale nie na długo mi się to udawało.

Minęło kilka miesięcy i do naszej parafii przyjeżdżał na wizytację biskup. Ja jak zwykle miałam śpiewać i recytować wiersz, przygotowywał mnie i inne dzieci inny wspaniały duszpasterz, który świetnie grał na gitarze jak mieliśmy ogniska przykościelne. Moja mama lubiła mnie ubierać w jasne kolory i białe rajstopki, ja za to niekoniecznie, bo musiałam bardzo uważać, żeby ich nie pobrudzić. W moim wykonaniu to było bardzo trudne. Często lubiłam sprawdzać głębokość kałuży i wysokość drzew, a to nie szło w parze z białymi rajstopkami. Mój ojciec przywiózł mnie na próbę do kościoła trochę wcześniej, bo miał coś pilnego do załatwienia w pobliskim miasteczku. Siedziałam sobie beztrosko na dziedzińcu kościoła i czekałam na inne dzieci. Z kościoła wyszedł młody kleryk i powiedział, że ksiądz mnie zaprasza na ciasto do refektarza. Bywałam tam nie raz, więc z ochotą pobiegłam. Moje zdziwienie było wielkie, kiedy zza drzwi wynurzył się ksiądz grubas, drzwi się zamknęły, a on z anielskim głosem podszedł do mnie, zacisnął jedną rękę wokół szyi, a drugą zdarł ze mnie część garderoby. Nie mogłam oddychać, czułam śmierdzący pot i oddech napastnika. Słyszałam jakiś pisk gumy nieudolnie wpychanej mi między nogi. Próbowałam krzyczeć, szamotałam się jak oszalała. W końcu półprzytomna resztkami sił udało mi się oswobodzić usta i wtedy z całych sił ugryzłam ucho napastnika aż do krwi. Wściekły i poraniony puścił mnie z uścisku. Miałam nad nim mała przewagę, błagałam płacząc, że jak mnie puści to nikomu nic nie powiem. Wtedy stało się nieoczekiwane, grubas otarł zranione ucho, kazał mi uklęknąć i przyrzec, że nikomu nigdy o tym nie powiem, bo jeśli to się wyda to ja nie będę mogła nigdy przystąpić do I Komunii świętej. Oczywiście przysięgłam. Powiedział mi jeszcze, że diabeł mnie opętał, że to moja wina, to ja popełniłam grzech świętokradztwa, że sprowadzałam go na grzeszną ścieżkę kapłańskiego życia. Zmęczona, wystraszona, z brudnymi białymi, podartymi rajstopkami wróciłam z tatą do domu i na próbie już nie byłam. Dostało mi się od mamy za kolejne zniszczone rajstopki, choć tym razem nie była to moja wina. W niedługim czasie po tym zdarzeniu księdza oprawcę przeniesiono do innej parafii, a starsze gorliwe parafianki opłakiwały jego odejście. Ja czułam się przez długi czas winna, choć doprawdy nie rozumiałam dlaczego… Tamta sytuacja przez wiele lat dręczyła moje myśli, z jednej strony czułam się upokorzona i podeptana przez człowieka, któremu wcześniej ufałam, a z drugiej strony winna, że nie powiedziałam nikomu o moim wstydzie i bólu. Myślałam też, że może się wyzwolę jak wyjawię swoją tajemnicę na spowiedzi, ale bałam się, że nikt mi nie uwierzy i zamiast pomocy dostanę karę za „świętokradztwo”, jak nazwał to mój oprawca. Po latach, teraz wreszcie pisząc to opowiadanie poczułam ulgę i spokój wewnętrzny. Czuję się oczyszczona i rozgrzeszona przez samą siebie z winy, której przecież nigdy nie popełniłam. Ale oprawca, choć nie jedną dziewczynkę skrzywdził, nigdy kary nie poniósł i nie wiadomo, czy Bóg go przyjął do swojej Chwały.

Gabriela

„Donikąd najdalej”

Patrząc na Wydawnictwo — Mamiko — publikacja od razu stwarza nadzieję. Wydawnictwo jest kierowane bardzo dobrze, przez ludzi, którzy znają się na rzeczy. Apolonia Maliszewska posiada dobry zmysł poetycki.

Tomik Donikąd najdalej (Adam Gałbas, rocznik 1987) ukazał się w 2019 roku. To nie jest poezja elitarna, to jest język nawet nie codzienności. Zawiera prostą grę słów.

żyję na niby,

a tępe dzidy,

myślą że jestem

taki prawdziwy,

nie jestem taki,

jestem leniwy,

lekko szurnięty,

i nieszczęśliwy

Możemy tu odczytać małą litanię antycnot — autora? Uosabia się on ze swoją poezją, daje temu czytelny wyraz. Chciałoby się napisać, że autor oferuje nam zestaw swoich negatywnych cech, ale jak czytamy choćby daną wyliczankę — przechodzimy od oceny skrajnie negatywnej do — na końcu — nawet współczucia. Ale czy ono nie ma szerszego wymiaru? Czy tomik nie jest o tym jak czujemy się, jak nam jest w XXI wieku? Manifest nieszczęśliwości? Manifest to słowo nadużyte, jak poezja wysoka. Choć się wzbraniam, jednak ten język z pozoru nieambitny — wyraża mimo wszystko egzystencjalną prawdę i powinniśmy to docenić. Razi nas w oczy, ale język jest komunikatywny, nie prowokuje nas, zdaje się nie ambitny. Jednak oddaje stan człowieka naszej epoki. To jest jakiś dekadentyzm, jakiś czas przejściowy, trudny, igramy sobie z nim trochę i sobą, zdobywamy się na dystans z trudem, a jednak jesteśmy w centrum bólu, którego tak chcielibyśmy się wyzbyć… Spojrzenie z boku daje możliwość diagnozy i powzięcia porób wyjścia z sytuacji.

Autor porusza tematy ważne, choć prozą życia trąci — traktuje o chwiejnym sumieniu. A może sednem sztuki dziś powinno być, jaka nas uleczy — odwołanie się do tego, jacy jesteśmy. Na pozór byle jakość, bez wielu chwil namysłu, kreacji wizerunku — szczerość — czy nie jest wartością? Jeśli oddaje fakty o nas, a tak jest — to potrzebna nam jest taka diagnoza, forma wyrazu, traktując siebie w nawiasie. Potrzebne jest wyjście z kreacji słów, ukazanie siebie w prawdzie. To duża wartość, gdy umiemy się przyznać do ludzkiego wymiaru siebie (tego, co czujemy), bo wszędzie chcemy ogłaszać sukces i perfekcyjność. Te wiersze nie niosą abstrakcyjnej nadziei, nie silą się na pocieszanie na siłę. Zawierają aprobatę nas — jacy jesteśmy. Niemniej jest to sarkazm.

„Umęczony dzień dogasa” — czy taki nie jest wiek XXI? Pierwsza powoła jest taka, jesteśmy umęczeni, nie czujemy się dobrze, dlaczego to kryć? Zbudowaliśmy sobie świat i relacje, które niszczą nas. Potrzebujemy popatrzeć na to wszystko, jakie jest. Tak czyni autor.

Można dopatrzeć się i uroku w wierszach autora:

Byłem

Byłem artystą, byłem gapiem,

widziałem ludzi, na świata atrapie.

Pisałem wiersze, byłem żebrakiem,

byłem tuż obok i byłem ptakiem,

byłem nie sobą, byłem łajdakiem,

byłem Ci bogiem, a będę robakiem.

Kim byliśmy wcześniej? Autor z prostych symboli w zasadzie nie buduje, a tworzy skojarzeniami metafory, jakie są bardzo subtelne. W tym „łajdactwie” i spowiedzi jest dobro, i z pierwszej nonszalancji, którą można odebrać z tomiku — doszliśmy do zrównania swojego życia, siebie z robakiem. Chcieliśmy bardzo ewoluować, zmienić się, ulepszyć, upiększyć, a zeszliśmy nie na psy, tylko w świat mniejszy. I uznanie tego, że są w nas małości jest drogą do siły i budowania relacji w świecie, które nie zahaczą znowu o tendencje do uważania się za nadczłowieka, który ma prawo decydować, jakie życie jest warte życia, a jakie nie…

Pytanie o wartości — odpowiada Milena Morajda

Katarzyna Lisowska: Jak obserwujesz Twoje pokolenie, to najmłodsze, jakie ma wartości? Co jest ważne dla młodej osoby dziś przed startem w dorosłość?

Milena Morajda: Pytanie o wartości, jakimi kierują się osoby z mojego pokolenia, jest w swej istocie bardzo ogólne, bowiem personalne doświadczenia każdego człowieka konstruują jego system wartości w sposób indywidualny. Myślę, że okres nastoletni należy określić czasem poszukiwania. Są to lata, w których zaczyna się wiele, wcześniej pojmowanych bezkrytycznie zagadnień, kwestionować. Wyrusza się w drogę odkrywania własnej tożsamości, konstrukcji społecznych czy sporów światopoglądowych i w zależności od finalnej destynacji owej drogi, kształtują się konkretne wartości, jakimi dany człowiek kieruje się w życiu. Można niestety odnieść wrażenie, iż moje pokolenie żyje dość powierzchownie, nie doceniając wzniosłej sztuki czy istotnych problemów, spojrzałabym na tę kwestię jednak bardziej optymistycznie. Warto rozróżnić dwa typy osób — takie, które są świata ciekawe oraz takie, które tylko z niego korzystają. Te pierwsze kierują się wnioskami wysnutymi na podstawie własnych doświadczeń zdobytych metodą prób i błędów, i w dorosłość wkraczają z pewną pulą zasad moralnych i świadomością, te drugie zazwyczaj wolą skupiać się na chwilowych powodach do radości i beztroskim, a zarazem niezwykle niebezpiecznym poczuciu braku świadomości. Idąc jednak w stronę generalizacji, z moich obserwacji wynika, że najważniejsze jest poczucie bycia zrozumianym. Młodym ludziom często wydaje się, że są osobną jednostką, której prywatnych emocji nikt nie potrafi pojąć, w ten sposób sami często tworzą barierę między sobą a światem. To dogłębne analizowanie rzeczywistości jest potrzebne, lecz w zbyt dużej ilości może prowadzić do osamotnienia. Niektórzy desperacko poszukują zrozumienia wśród mało wartościowych znajomości, inni, jak ja, zwracają się w stronę sztuki, która co prawda nie sprawia, że negatywne emocje znikają, lecz doskonale objaśnia mechanizmy ich działania. Niektórzy w poczuciu bezradności odnajdują nadzieję na lepszą przyszłość, inni gubią się w demonach własnego umysłu. Myślę, że to właśnie owo poszukiwanie własnego miejsca na świecie jest dla młodych osób najważniejsze — stanowi bowiem ekspresję ich oczekiwań względem przyszłości. Ekspresję pełną wątpliwości, lecz dostojną w swoich skazach.

Poetyując pod gwiazdami Krakowa — Milena Morajda

Konfabulacja

To jest wiersz abstrakcyjny

o hipnozie istnienia,

o domku z drewnianych kart,

o rytualnym wielbieniu słów

— wyrazów korespondencji jaskółek i milczenia ludzi,

o schyłku iluzji,

o potencjalnej miłości

zawzięcie nieobecnej,

o hiobowym bólu do łez radości,

o szlachetności ubłoconych liści

i upadku na kresy fal morskich,

o lękach przed wiecznością sentymentalnych poematów

i o imaginacyjnej jawie,

fantazji dnia codziennego

— ta bywa esencją rzeczywistości.

Mara

Resztki ciszy po wybuchu.

Trzeba było dozować niewiedzę słowami.

Widział obraz na prawej ścianie komnaty,

las i pagórki

pożółkłe od wieczności,

oczy

obolałe od obserwowania duchów,

diamentowych łez.

Dostrzegł ukryty wyłącznik,

nie szukał, nie widział,

ślepota, głupota, czy niechęć?

Upadam na pożółkłe kafelki,

ślizgam się

wraz z listami,

zaszyfrowanymi wyznaniami okrucieństwa.

Alchemia nostalgii

Zatańczmy z poezją

po dźwiękach nokturnów Satiego,

przekształćmy tę melodię

w głos rozdzierający metafizykę.

Poległ bohater naszej miłości,

jest teraz orłem

zagubionym w locie do utopii.

Wciąż słyszy szepty

odciśnięte czerwoną szminką

na naiwnych morałach.

Nie zapominajcie o mnie,

zardzewiałe uczucia!

Spalcie piękno

błyszczące blado w soczewce buntu

w zwęglone płomienie wolności.

Miłość i nienawiść odgrodzone

barierą tafli czarów.

Ta ściana jest nawiedzona

— ta ściana to twoja wyobraźnia.

Klatka wybawienia

Zatrzaśnięto mnie w poezji.

Lazurowe firmamenty łzy

schylają się ku krainie

ociekającej miodem, migotem mgły

i człowieczeństwem…

Słychać śmiech

w ułamku blasku słońca.

Niechże te słowa ożyją,

wybawią ludzkość przez niepamięć!

Destruktywna rosa skrapia wargi kłamców,

znających prawdę tak dobrze, iż się jej lękają.

Uciekaj — mawiali,

szaleństwem jest zapalać pochodnię wygasłą wieki temu,

lecz drzwi pozostały zatrzaśnięte.

Szukając klucza,

znalazłam deficyt bytu.

Porozmawiajmy o cierpieniu — rozmowa z Katarzyną Dominik

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 85.62
drukowana A5
Kolorowa
za 139.67