E-book
24.57
drukowana A5
79.46
drukowana A5
Kolorowa
128.6
Poetica Historica. Studia kulturowo-etyczne nad kobiecością, tom II,

Bezpłatny fragment - Poetica Historica. Studia kulturowo-etyczne nad kobiecością, tom II,

pod red. Katarzyny Lisowskiej

Objętość:
758 str.
ISBN:
978-83-8245-025-5
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 79.46
drukowana A5
Kolorowa
za 128.6

Zamiast wstępu

Do lektury niniejszego tomu poświęconej perspektywie kobiet — człowieczej (razem tworzymy relacje, wszyscy ludzie), zapraszam krótkim cytatem z Dziadów Mickiewicza, bowiem w pierwszym tomie omówiłam zamysł publikacji szczegółowo, a teraz moim celem nie jest zasłaniać sobą przekazu zasadniczego. Zapraszam do zmierzania się z nim samodzielnie, a raczej odkrywania istoty treści — o cierpieniu, śmierci, ale także miłości, trwaniu i nadziei.

Katarzyna Lisowska, Zebrzydowice, 10.12.2020

katarzyna.lisowska90@onet.com.pl

Bez zmian zapraszam każdą zainteresowaną osobę do współpracy.

Posłuchajcie i zważcie u siebie,

Że według bożego rozkazu

Kto nie doznał goryczy ni razu

Ten nie dozna słodyczy w niebie

Adam Mickiewicz

Fot. Katarzyna Lisowska, barokowy danse macabre z klasztoru Ojców Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej

Hasłem przewodnim numeru jest niniejsza sentencja: „Zbytkiem słodyczy na ziemi jesteśmy nieszczęśliwemi” (Mickiewicz, „Dziady”)

Tom dedykuję wszystkim duchom (w tym umarłym dla świata), wierząc w ich porozumienie, jedność, wspólne przeznaczenie, a duchem jest każdy, ma go w sobie, nieprzemijającym…

Z niepublikowanych pamiętników Haliny Birenbaum

Pamiętnik 5

26.06.00

W samolocie do Polski. Z mężem tym razem. Nie spałam prawie całą noc i czuję się bardzo źle. Jestem śpiąca i zmęczona, w ostatnim tygodniu miałam moc pracy w domu.

Mamy się zatrzymać na dwa-trzy dni u Krysi, na Tamce. Zapraszała gorąco i bardzo szykowała się na przyjęcie nas. Z lotniska odbiorą nas urzędnicy kancelarii prezydenckiej. O godzinie czternastej otrzymam w rezydencji prezydenta Kwaśniewskiego Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski, do którego zostałam polecona przez Towarzystwo Opieki nad Majdankiem.

Prezydent Kwaśniewski zapamiętał mnie z mojego wystąpienia na uroczystości pięćdziesiątej piątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, objął mnie wtedy i pocałował ze wzruszeniem. Lidka, z działu fotografii w Muzeum Oświęcimia, zrobiła mi tak ważne, pamiątkowe zdjęcie.

Anna dzwoniła wczoraj z Polski, że zrobiło się tam zimno, a dyrektor Muzeum na Majdanku napisał o zorganizowaniu pobytu w Kuncewiczówce, w Kazimierzu Dolnym. Anna przyjedzie tam do nas, abyśmy nie byli sami i nie czuli się obco, czego zawsze się boję.

Kuba przez cały czas nie odzywał się, choć pisałam mu, że przyjeżdżamy do Warszawy i dzwoniłam do rodziców, by mu powiedzieli. Ma nową miłość i jest nią chyba całkowicie zaabsorbowany.

Zobaczymy jak się wszystko ułoży. Chcemy pojechać na kilka dni do Pragi. Ksiądz Piotr przyrzekł pojechać z nami swoim autem. Nie będę tym razem jeździć po Polsce z młodzieżą izraelską — wakacje! Ale wczoraj wieczorem (jak zwykle przed wyjazdem) byłam na spotkaniu w kibucu za Hajfą — wynik doskonały, co już nie jest żadną nowością, ale zawsze mnie jednakowo zadziwia i cieszy. Oby wszystko udało się tak dobrze także w Polsce!

Przepisuję teraz w domu swe czerwcowe zapiski. Szare, deszczowe popołudnie, w niedzielę 24 grudnia 2000, w Święto Bożego Narodzenia… Dotąd czekały w zapomnieniu. Może to symboliczne, że dziś akurat wróciłam do nich? Może czyjeś myśli skierowane akurat do mnie, z daleka, przyciągnęły mnie mimo woli? Wierzę w takie intuicje, czuję dziwną bliskość z ludźmi; nawet, gdy nie mam z nimi kontaktu. Rozmowa w sobie, w ciszy, poprzez pisanie, daje głębsze wejrzenie w rozmaite sytuacje, zrozumienie tego, co jest w ludziach.

Ale dość tych przypadkowych refleksji po czasie. Wracam do przepisywania z zeszytu.

12.07.00, godzina dwudziesta trzecia

W hotelu Rosvelt w Litomierzycach, w pobliżu Terezina. Piękne miasto, ale puste! Pogoda dopisuje, jasno i ciepło. Spacerowaliśmy, robiliśmy zdjęcia. Jutro z samego rana pojedziemy z księdzem Piotrem do Pragi. Czekam na to z niecierpliwością. Byłam kilka dni w Pradze w 1946 roku, podczas nielegalnej drogi do Palestyny (nie było jeszcze wtedy państwa Izrael i Anglicy, którzy tu wtedy rządzili, nie wpuszczali Żydów).

Kończę notatki z lipca, w autokarze, w Wilnie, 19 września, o ósmej trzydzieści, po dwóch godzinach snu. Jestem po rozmowie telefonicznej z mężem. Cóż za skok w czasie! Dzień jest szary, bezsłoneczny, zimny, po piekielnym upale, z którego wyjechaliśmy z Izraela… Powtórzę dawno napisane zdanie w wierszu: coś tak bardzo cieszy, coś tak bardzo smuci…

Nigdy przecież nie wiem, co mnie czeka w podróży? Wielu oczekuje mnie, okazuje serdeczność, przyjaźń, a w końcu bywa, że nie mam gdzie być po odjeździe grupy.

Basia powtarzała ostatnio mi i znajomym, że moja walizka jest większa ode mnie!… Było mi przykro i wstyd, zwłaszcza, że to nieprawda. Może drażniło ją coś innego we mnie i wyładowała się na mojej nieszczęsnej walizce?

Dziewiąta dwadzieścia. Byliśmy w kościele Piotra i Pawła. Piszę w Wilnie, w tym samym zeszycie, bo zostało w nim dużo pustego miejsca z podróży czerwcowo-lipcowej, polskiej i czeskiej. Intensywne wycieczki w Pradze, daleka droga i zwiedzanie — w drodze do Czech i z powrotem, do Polski. Nie było czasu na pisanie, więc teraz wykorzystuję miejsce i czas.

Pilotka litewska mówi po angielsku o historii Wilna i okolicach, po których jedziemy autokarem. Mijamy katedrę wileńską, kościół świętego Michała, pomnik Mickiewicza, twierdzę na pagórkach, kościół świętej Anny, w którym ponoć skupiali się przeciwnicy ustroju komunistycznego, rzekę Wilno. Panorama na stare miasto, kościoły katolickie i prawosławne, około stu synagog. Getto wileńskie z jego starymi, wąskimi uliczkami i Geniusz z Wilna. Długi przejazd przez miasto, przy niezbyt zrozumiałych i nieciekawych objaśnieniach pilotki. Młodzież prawie nie słucha. Objaśnienia są płytkie, niepełne, z silnym nastawieniem nacjonalistycznym.

Jedziemy do twierdzy Troki, a potem do Kowna. Ogromne jezioro i starodawne, dobrze utrzymane chatki, drzewa w złotych, jesiennych kolorach. Wychodzimy z autokaru, jest tu pięknie. Nasz izraelski przewodnik (Madrych), opowiada o życiu Żydów w przedwojennym Wilnie.

Wracamy do autokaru. Nasza młodzież marznie. Ja czuję się świetnie w tym klimacie, świeżo. Zwiedziliśmy zamek Witolda. Historia sprzed wieków, jakby we śnie… Dawna potęga brutalnych władców w ciszy przebrzmiałej chwały, w milczeniu śmierci i krokach zwiedzających, odremontowanych szczątkach. Jest czternasta, a na dworze ciemno jak u nas o osiemnastej… Idę po drewnianym mostku nad jeziorem Troki i rozmyślam o ludziach, którzy żyli tu kiedyś, o historii miejsca.

Czuję się obco w tej grupie, ale nie obchodzi mnie to. Przewodnik kazał mi usiąść w autokarze w drugim rzędzie, sam siedział w pierwszym. W zeszłym roku siedzieliśmy razem. Rozmawiałam dużo z kierowcą po polsku, może dlatego posadził mnie tym razem dalej…

Piszę trzymając zeszyt na kolanach, auto trzęsie. Ciekawe jak będzie z młodzieżą w dalszej drodze? Jak odbiorą moją opowieść? Czy zmienią się, gdy mnie poznaję bliżej? Ale to nieważne. Inne sprawy ciążą. Jednak dobrze, że pojechałam (o mały włos nie zrezygnowałam). Stosunek przewodnika od początku był dla mnie rozczarowaniem (znów krętactwo z biletem, jak w ubiegłym roku). Byłby dla nich niemały szok, gdybym zrezygnowała z towarzyszenia im w tej podróży…

Godzina szesnasta czterdzieści pięć

Tutaj już niemal wieczór. Jest mi smutno. Czuję się samotna, mimo że niektórzy pozdrawiają mnie słowem Szalom, gdy przechodzą obok.

Jestem rozczarowana, najbardziej z powodu przewodnika. Jakby stał się innym człowiekiem niż ten, którego poznałam, z którym zaprzyjaźniłam się w ubiegłym roku, na tej samej trasie. Żałuję, że pojechałam z nimi. Jak bardzo nie znam się na ludziach, mimo swej wyostrzonej intuicji! Nikomu też nie opowiem teraz o tym. Nie chcę więcej wypłakiwać się przed nikim. Mój mąż złości się na mnie, że się przejmuję różnymi ludźmi. On woli nie wgłębiać się i mieć swój spokój. To przecież tylko kwestia krótkiego czasu i wrócisz do domu, dlaczego się przejmujesz, co cię obchodzą ci ludzi? — napomina mnie z rozwagą. Obym wiedziała dlaczego!

Litewska przewodniczka mówiła kilka razy o młodych patriotach litewskich, bohaterach, którzy podpalili się na znak protestu przeciw władzy radzieckiej. Mówiła do nas po angielsku. Zapytałam ją czy zna takich patriotów-bohaterów, którzy się podpalili na znak protestu przeciw władzy hitlerowskiej? Powiedziała w złości, że nie rozumie mojego pytania. Powtórzyłam po rosyjsku. Odpowiedziała z wściekłością, że hitlerowcy palili ludzi i nic na to nie można było poradzić, a Rosjanie robili to samo co Niemcy. Dałam przykład powstania w getcie warszawskim i znów zapytałam: jeśli obie władze były jednakowo brutalne, może poda jakiegoś bohatera, który zaprotestował w jakiś sposób przeciw Niemcom? Odkrzyknęła mi, że nie ma takiego.

Potem, w kawiarni, do której zaprowadzili nas niby coś zjeść (bo niczego nie zamówili, prócz marnej zupki, a ja tylko herbatę), przewodnik zwrócił mi uwagę, że dziś jest dzień turystyki, a nie Shoah i my korzystamy z usług litewskiej pilotki. Była to ostra aluzja do tego, że ją zdenerwowałam. Odpowiedziałam, iż mam prawo zadawać pytania także w dzień turystyki…

Przewodnik zmienił swe poprzednie podejście do podróży. Robi teraz to, co mu się opłaca, co służy jego interesom. Szkoda, że i ja będę mu służyć swoim opowiadaniem. Przeszedł ostatnio przeszkolenie jak oprowadzać po miejscach martyrologii Żydów i otrzymał z Yad Vashem oficjalny dyplom profesjonalisty. Jeździ niemal co dwa tygodnie z różnymi grupami, które dobrze mu płacą i bierze sobie do pomocy miejscowych pilotów. Wybiera tańszych, aby mu się bardziej opłacało. Chwilami jest wprost cyniczny. Ale cóż mi do tego… Ale przykro zauważać te zmiany, trudno było mi wydać czterysta pięćdziesiąt dolarów za lot do Polski, w sprawach moich publikacji.

Może lepiej nie wracać w te same miejsce z tymi samymi osobami? Dobre wrażenia bywają zazwyczaj niepowtarzalne. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie drastycznych zmian w zachowaniu się. Być może okazywane początkowo dobro jest tylko wyrachowaniem? Może ja zawiniłam w czymś i spowodowałam zmianę na gorsze? Zawsze w takich wypadkach szukam winy w sobie. Albo są inne powody, których nie mogę odgadnąć, wcale niezwiązane ze mną? Jest mi z tym źle i coś buntuje się we mnie. Najchętniej nagadałabym mu, zerwała kontakt. Ale to niemożliwe. Zapłacili za mój bilet, hotele, ubezpieczenie zdrowia, jestem wynajęta na dziesięć dni. Po ich odjeździe wszystko będzie inaczej. A teraz jeszcze jedna nauczka…

Grupa wróciła ze spaceru po starym mieście i rynku Kowna. Zostałam w autokarze i przez cały czas pisałam. Długi czas minął jak chwila. Gorzej byłoby, gdybym wpadła w depresję, a z dala od domu, w obcym kraju i wśród obcych ludzi nietrudno o to. Przewodnik widzi, że ciągle coś piszę i chyba myśli, że Bóg wie co szpieguję, tak pilnie piszę, by potem przekazać Polakom… Wobec tego dlaczego wziął mnie w podróż?

20.09.00, godzina ósma

W autokarze. Wyjazd z hotelu Neris, z Kowna. Szaro, ciemnawo na dworze. Tej nocy spałam aż sześć godzin! Przed kolacją udało mi się rozładować napięcie między mną a przewodnikiem i teraz jest lepsza atmosfera. Podejrzenia związane z moim pisaniem nie były słuszne. Ale powiedziałam mu wprost, co o nim myślę. Nie mogłam się opanować. Zaczął się gęsto tłumaczyć, że ma więcej obowiązków, a nauczycielki nie pomagają mu. Nie brakło mu pretekstów. Pod koniec powiedział z żalem: ty nie polegasz na mnie, czyli nie ufam mu… Jakby czekał na zaprzeczenie. Lody pękły nieco.

Bywa, że gdy piszę lub myślę źle o pewnych osobach, nagle ukazują mi jakąś dobrą stronę siebie. Chciałoby się wtedy skreślić poprzednie notatki…

Dojechaliśmy do Siódmego Portu, skąd zagnali wszystkich Żydów z Kowna do Dziewiątego Portu i rozstrzelali.

Litewska pilotka unika mnie jak ognia. Nie przyszła z nami, nie wyszła z autokaru. Ciągle starała się opowiadać o kobietach litewskich, które przekradły się do kolumny wyprowadzanych na śmierć Żydów, zabierały dzieci od matek żydowskich, aby je uratować.

Przewodnik pokazywał zdjęcia tłumu Litwinów wiwatujących na cześć wkraczających wojsk niemieckich i znęcających się nad ludnością żydowską. Była w nich odpowiedź na przyczynę złości pilotki względem mnie i mych pytań. Ale dlaczego nasz przewodnik rozzłościł się moim pytaniem, skoro tak dobrze wiedział o stosunku większości Litwinów do Żydów?!

Każdy ma swe złe i dobre strony. Zależy tylko, ile jest tych pierwszych. Które przeważają? Ale i tego nie można uogólniać. Człowiek jest nieprzewidywalny. Reaguje różnie w powstających sytuacjach, ukazuje inne swe oblicza.

Nauczycielki w tej grupie są skromne, nie są władcze. Ale nieciekawe, zimne, suche, wychowane w kibucowym kolektywie. Na szczęście nie drażnią. Słuchają, oglądają — i tyle. Jedna jest w ciąży i nie rozumiem jak się wybrała w tym stanie w podróż. Chciała pewnie być oryginalna, bohaterska. Druga nie jest mężatką, ale ma żonatego przyjaciela… Jestem znów złośliwa.

Jedziemy do Dziewiątego Portu. Po drodze cały czas przejeżdżaliśmy obok nędznych, drewnianych chatek. Przed wojną mieszkała w nich biedota żydowska, potem należały do getta.

Dziś jest już dzień tematu Shoah, według wczorajszego podziału profesjonalnego obecnie przewodnika. Dlatego wczoraj nie wolno mi było pytać pilotki litewskiej o ewentualne wyrazy protestów przeciw zabijaniu Żydów…

Nie jest tak zimno jak wczoraj, ale szaro. Wrócimy jeszcze do Wilna w związku z tematem Shoah. Znów do hotelu Lituania. Co noc inny hotel, można oszaleć! Piszę przez cały czas w autokarze. W hotelu ciągle przewracałam rzeczy w walizce i torbach… Staram się ułożyć je jakoś, by równoważyć ciężar. Chłopcy dźwigają wszystko z autokaru do mego pokoju w hotelu i z powrotem. Przewodnik wyznaczył do tego celu dwóch chłopców. Sami nie zaofiarowaliby się. Jeden robi to z życzliwym uśmiechem, rozmawia ze mną, drugi jest sztywny i milczy jak posąg. Mój mąż dzwonił wczoraj z samego rana.

Nie zanotowałam, że na granicy getta Kowna znajdował się budynek, w którym mieścił się sierociniec litewski. Ukryto tam kilkoro dzieci żydowskich. Budynek stoi do dziś.

21.09.00, godzina dziesiąta

Już w Polsce!

Przejechaliśmy granicę. Litwa za nami. Piękny słoneczny dzień, droga między lasami, wśród jezior. Trudno oderwać oczy od widoków i pisać. Radość wypełnia serce — z niczego osobistego, jedynie od jasności i piękna natury. Mimo wszystko na szczęście bywają i takie chwile.

Wczoraj, w Dziewiątym Porcie, też było słonecznie, wiał przyjemny wiaterek gdy szliśmy. Chodziłam szybko za młodzieżą, sama. Rozmyślałam jakby w oderwaniu od dzisiejszego świata. Zwykle, gdy docieramy do miejsc, w których dokonano najstraszniejszych masakr, natura ukazuje się w swych najpiękniejszych kolorach, w blaskach… Jakby chciała przykryć swym pięknem wszystko co straszne i dowieść, że świat w swej pełni jest wspaniały. Ludzie obrzydzają go swym demonizmem. Nie wiem, co jest potężniejsze: rzeczywistość ludzka czy złudna piękność natury? Często sama sobie wydaję się złudą, w różnych moich sytuacjach życiowych i przeistoczeniach.

Niewygodnie mi pisać, a chciałabym tyle jeszcze zanotować. Potem będę zbyt zajęta i zmęczona. Mieliśmy przystanek, można było się przejść po świeżym powietrzu, w słońcu. Wieczorem wpadłam nagle do hotelowego pokoju. Przewodnik podał mi klucz bez słowa, patrząc gdzieś poza moją głową, jakby mnie w ogóle nie widział. Odstawiłam walizki i wyciągnęłam się na łóżku. Zaczęłam przeżywać zmiany, jedne po drugich… Byłam oburzona na cały świat, a głównie na siebie, bo każdemu wierzę. Jak mi ktoś okaże trochę dobra, jestem w niebie, a gdy się odmieni, zapadam się. Jednak po chwili powiedziałam sobie, że trzeba się uspokoić i spojrzeć na wszystko inaczej. Mówiłam do siebie w duchu, jak do kogoś obcego, młodszego, którego muszę pouczać… Jutro będzie lepiej… Trzeba iść na kolację, odświeżyć się, przebrać i pokazać zadowoloną twarz. Wszystko uprzejmie wyjaśnić, albo udawać, że nic się stało, być jak zawsze. Wstałam, umyłam się, uczesałam, przypomniałam sobie własny uśmiech z filmu, który nagrano ze mną w Yad Vashem. Jest lepszy od różnych słów. Zadzwonił telefon. Przewodnik pytał jak się czuję, czy chcę z nim zejść na kolację…

Staram się słuchać uważnie jego wyjaśnień, chwalę gdy są dobre i zwracam mu ostrożnie uwagę lub podpowiadam, gdy pomija czy nie zna ważnych szczegółów.

Okazało się, że młodzież odebrała mnie doskonale podczas mojego pierwszego spotkania, wieczorem, w kibucu przed wyjazdem. Jak widzą, że chcę coś powiedzieć, natychmiast gromadzą się wokół mnie, wszyscy i słuchają w skupieniu. Czuję się bardzo swobodnie wśród nich, choć niewiele rozmawiam. Wszystko zacznie się dopiero jutro, na Majdanku. Tam będzie moja kolej na opowiadanie (już wyłącznie temat Shoah, nie turystyka…). Udało mi się uzgodnić spotkanie na Majdanku naszej grupy i młodzieży szkolnej z gimnazjum lubelskiego. Nie było łatwo, ale przewodnik zgodził się, jeśli odbędzie się krótko i z ograniczoną liczbą Polaków. Boją się wrogości ze strony Polaków. Pytali mnie, czy nie grozi im niebezpieczeństwo podczas spotkania się z nimi? Wciąż mówi się przecież o nienawiści Polaków do Żydów, o antysemityzmie. Pragnę, by przekonali się o czymś innym. Zdążyłam z samego rana, po przejściu granicy litewskiej. Zadzwoniłam do dyrektora Muzeum na Majdanku, Balawajdera i ustaliłam szczegóły. Tak się cieszę! Dzwoniłam też do Oświęcimia do Basi. Znów wszystko jest tak blisko!

Nieustannie świeci słońce, ciepło, aż usypiająco. Wstaliśmy o trzeciej trzydzieści nad ranem, o czwartej wyruszyliśmy w drogę. Nie napisałam o wczorajszych wrażeniach z Dziewiątego Portu, o kaźni w Ponarach. Muszę opisać to koniecznie, ale teraz nie mogę.

Białystok, 21.09.00, trzynasta piętanacie

Byliśmy w Mac Donaldzie, teraz ruszamy do Lublina. Oprócz centrum miasta nie widzieliśmy w Białymstoku niczego. Szkoda, skoro już jesteśmy po tylu godzinach jazdy z Wilna… Ale taki plan.

Wracam do wczorajszych wrażeń, których nie notowałam. Postanowiłam tym razem wszystko zapisywać od razu, a nie wyłącznie polegać na pamięci. Potem w domu tak często odtwarzam i nie zawsze mogę się skłonić do pisania.

Wczoraj w Wilnie był — według planu przewodnika — dzień wspomnień Holocaustu, a nie turystyki. Wolno było (trzeba było!) mówić o zagładzie Żydów z Wilna i Kowna, o Ponarach. Przedtem zwiedzaliśmy Dziewiąty Port. Na dziedzińcu fortecy rozstrzeliwano Żydów z kowieńskiego getta, a zwłoki wrzucano do dołu i palono. Wykonywali to na początku rosyjscy jeńcy, a potem musieli to robić sami Żydzi, więzieni w celach fortecy. Garstce więźniów udało się uciec, ale tylko nieliczni ocaleli. Ktoś z młodzieży zadrwił, że to więzienie jest absurdalne… Nie potrafił zgłębić grozy. Opowiada się im o okropnych zbrodniach, jakby miały miejsce w czasach prehistorycznych, bez uczuć, próby zrozumienia ówczesnej sytuacji, cierpień. Może i lepiej zwiedzać te miejsca jak inne pozostałości z dawnych czasach, bez emocji? Może źle robię wzbudzając tyle uczuć, łzy, utożsamienie? Przesadzam z wdrążaniem się w ich w pamięć i serca?

Niemal wszyscy piloci i historycy podają te fakty sucho, jak z zamierzchłej przeszłości. Statystyka mordu, śmierci! Dla mnie i poprzez mnie to wszystko jest wciąż żywe, jakby zdarzyło się wczoraj. I tak to odbierają słuchacze, nieważne jacy są, ile mają lat. Kto mnie usłyszał nie zapomni.

Zaczęłam o Wilnie, o Ponarach i znów mówię o sobie, jestem niepoprawną gadułą.

Chodziliśmy po wąskich, schludnych dziś uliczkach dawnej męki i śmiertelnej ciasnoty wileńskiego getta (z początku zagłady Żydów tutejszych i z okolicy). Przewodnik opowiadał o tym dość ciekawie, ale nie dogłębnie, monotonnie, nie wzbudzając wzruszenia. Młodzież przeważnie nie przysłuchiwała się i ciągle musiał upominać się o uwagę. Przed budynkiem szpitala poprosił, abym opowiedziała o swej znajomej, o Lusi, jej straszliwym spotkaniu tutaj, wtedy z morderczym esesmanem Kitlem. Opisałam na jej prośbę o tych przeżyciach i opublikowałam w książce Wołanie o pamięć. Część młodzieży siedziała na trotuarze, po drugiej stronie uliczki, ale gdy zaczęłam opowiadać, natychmiast wszyscy się zerwali i okrążyli mnie ciasnym kręgiem, by nie stracić ani jednego słowa z mej opowieści.

Padał deszcz, gdy stanęliśmy nad dołami w lesie, wśród drzew w Ponarach. Niemcy rozstrzelali tutaj 100 000 ludzi, w tym 70 000 Żydów!

Wiele słyszałam o wywożeniu Żydów na rozstrzał w Ponarach, ale zatkało mnie wprost, gdy sama ujrzałam te doły. Nie wierzyłam własnym oczom, że to na prawdę było!

Młodzież uczciła te niesamowite miejsca wzruszającymi deklamacjami, pieśniami, zapalaniem zniczy nad dołami. Była poważna, ale nie wiem czy smutna… To przecież było dawno, dawno… Nie dotyczy ich ani ich bliskich. Wyobraźnia jest zbyt biedna, by uprzytamniać ogrom popełnionych zbrodni! Może lepiej tak, bo inaczej nie można by było przyjeżdżać do takich miejsc…

Litewska pilotka była wciąż z nami (Ponary to wszak zabytek historyczny…). Znalazła w lesie jakiś rzadki, szczególnie trujący grzyb i objaśniała dziewczętom jego niezwykłe właściwości. Powiedziałam do jednej z nauczycielek, że chyba zna się wyjątkowo dobrze na truciznach, a przydałoby się poznać więcej historii o dokonanych tu mordach. Przewodnik pokazał pilotce wielkie zdjęcie Litwinów entuzjastycznie witających wkraczające wojsko niemieckie.

Widocznie też już zdenerwował się na nią i poszedł moim śladem, choć z pewną uprzejmością, na którą mnie względem niej nie było stać.

Wieczorem w hotelu pożegnała się z nami. Powiedziała, że było jej miło z nami i wiele się od nas nauczyła, potem wskazała na mnie, kierując szczególne życzenia dla tej Lady, która przeżyła wszystkie getta i obozy… Pomyślałam, że podam jej rękę na koniec, ale ona szybko odwróciła się ode mnie i uciekła. Gdyby życzenia były szczere, nie uciekłaby, a ja o mało wybaczyłam…

W Ponarach przewodnik logicznie wyjaśniał procedurę zwożenia i zabijania Żydów w leśnych dołach. Pociągi docierały niemal do samego lasu. Niemcy wyganiali swe ofiary z wagonów, nad dołem kazali rozbierać się do naga, schodzić do dołów od niższej strony, aby za nimi i nad nimi zostało miejsce dla następnych rozstrzeliwanych… Mógł wydawać się dziwny fakt, że słysząc strzały, a potem już widząc dokładnie co ich czeka za chwilę, Żydzi nie uciekali i wykonywali do końca wszelkie rozkazy.

Przeżycie jak to na Umschlagplatzu, w getcie warszawskim, na Majdanku, w Auschwitz. Wiem jak niemożliwa była wtedy ucieczka, czego dziś wielu nie może pojąć. Nie było dokąd uciekać, oprawcy byli wszędzie. Wyrok śmierci był nad wszystkimi, nie do uniknięcia!…

Gdy młodzież wracała w rozproszeniu do autokaru, opowiedziałam przewodnikowi o swych odczuciach z Wtedy. Szliśmy razem. Pragnęłam zmienić atmosferę statystyki w coś namacalnego, realnego.

Wtedy, w chwilach o krok od śmierci, czułam dogłębnie, że już nie należę do tego świata, jestem w jakimś sensie ponad nim, u kresu wszystkiego. Chciałam wykonać każdy rozkaz, bo każdy dalszy krok to jeszcze jedna chwila życia, w przedziwnym oderwaniu, w uniesieniu, w odczuciu potęgi ostateczności. Dopóki jeszcze dokądś idziesz, oddychasz, słuchasz i wykonujesz rozkaz, unikając bicia i znęcania się, jesteś jeszcze na tym świecie, żyjesz, czujesz swe człowieczeństwo, już jedynie właśnie to! Chwila między życiem a śmiercią to jakby poczucie wstąpienia w wieczność, a nie zryw ucieczki. Jest to ponad słowami. Z tym się chyba odchodzi. Otulasz tym człowieczeństwem (czy jego nikłym strzępem) swą nagość, strach, rozpacz, kogoś najbliższego, dziecko. Zakrywasz sobą czyjąś twarz, oczy przed widokiem najgorszego, strzelającego esesmana i wpadasz (czy unosisz się) w milczenie i niemilknący krzyk wieczności, która zagarnia wszystkich kiedyś, ale nie w tak straszliwych okolicznościach…

Wykonanie rozkazów nad grobem nie jest tchórzostwem, upokorzeniem, jest siłą dojrzewania do nieunikniętego losu, od którego nie ma ratunku. Przerośnięcie go i samego siebie, pogodzenie się z nim i przyjęcie tego, czego nie da się ominąć. Zrozumiałam wtedy to niepojęte, przy moich dwunastu, trzynastu latach…

Przewodnik słuchał mnie uważnie, odpowiedział jednak, że o tym może wiedzieć tylko ten, kto sam to przeżył. Myślę, że każdy człowiek może zrozumieć, gdy mu się potrafi opowiedzieć. Chciałabym, żeby to wyjaśnił młodzieży, ale nie zrobił tego, ani mi nie kazał.

Było mi trudno wejść w odczucia, skrystalizować je i opisać. Ale wydobyłam z siebie! Zawsze najpierw pragnę uciec od głębszych refleksji, a gdy je opiszę, czuję ulgę, zwycięstwo nad niemocą, nad wszystkim wydającym się niemożliwym. A to jest wspaniałe.

Dochodzi szesnasta. Jesteśmy jeszcze w autokarze. Słońce nadal towarzyszy. Jestem zamroczona swym pisaniem. Nie mogę się dziś oderwać, a to dawno mi się nie zdarzyło. Są we mnie różne myśli i odczucia, nie dają mi spokoju. Gdzie ucieknę od nich raz na zawsze? Chyba w śmierć, o której myślę ostatnio bez lęku i — sama nie wiem dlaczego — chwilami wprost czekam na nią. Ach piszę głupstwa, ale to prawda. Żyję tak intensywnie, a jest we mnie śmierć, mieszka sobie we mnie i czeka. Obie czekamy na siebie. Już tyle, tyle lat! A zarazem jaki to niesamowity dar, że dotąd jestem zdrowa, sprawna, słyszę dobrze, widzę dobrze, myślę jasno, nieźle wyglądam, mój głos jest nadal dźwięczny jak dawniej. Jestem przydatna ludziom, działam nawet więcej niż przed laty, gdy byłam młoda. Nie wiem jak się to dzieje po tylu strasznych przeżyciach i przy mojej wrażliwości. Jak bardzo powinnam być wdzięczna za to losowi!

Zrobiłam mimo woli rachunek ze swego życia, a wydaje mi się, że wszystko dopiero przede mną. Tak wiele jeszcze do podźwignięcia!

22.09.00, godzina szesnasta czterdzieści

W drodze do Tarnowa. Wczoraj był tak długi dzień! Zwiedzaliśmy jeszybot w Lublinie i stary cmentarz żydowski. Byłam zmęczona, nie mogłam znaleźć niczego w walizce, w torbach, ponosiły mnie nerwy. Dzwoniłam do Oświęcimia. Znów chmura.

Położyłam się spać o północy, ale wciąż się budziłam. Już o czwartej zaczęłam się ubierać i szykować do dalszej drogi. Oby zmiana samopoczucia nie przeszkodziła mi podczas wystąpienia przed młodzieżą na Majdanku! Jednak kiedy wchodzę w świat swych wspomnień, gdy je wydobywam z siebie, wznoszę się ponad bieżące zmartwienia, oddalam się od aktualnych spraw i otaczającej rzeczywistości. Mieszam ją z tą dawną, z Wtedy i staję się naprawdę niezwykle silna.

Spotkanie z młodzieżą polską i dyrekcją Muzeum na Majdanku było bardzo udane. Dyrektor i nasz przewodnik pozdrowili w pięknych słowach polską i izraelską młodzież, zapraszając do współpracy w upamiętnianiu Holocaustu i przyjaźni. Polscy uczniowie i wychowawcy powitali nas kwiatami, towarzyszyli w zwiedzaniu obozu. Służyłam za tłumacza z polskiego na hebrajski i na odwrót.

Opowiadałam obok komory gazowej o oderwaniu od matki, o nocy spędzonej w tej komorze… Wszyscy słuchali mnie bez szmeru, wstrząśnięci do głębi. Młodzież polska była wpatrzona we mnie, płakała, jakby rozumiała o czym opowiadałam po hebrajsku. Czytała w moich oczach, gestach, wyczuwała w głosie. Potem fotografowali się z nami, wymieniali między sobą drobne pamiątki i adresy. Był to mój sukces, ja zorganizowałam!

Zwiedzanie Majdanka trwało pół dnia, potem pojechaliśmy do Zamościa, zwiedziliśmy Rynek i teraz jesteśmy w drodze do Tarnowa. Nocleg będzie w hotelu w Tarnowie, z uroczystym wieczorem szabatowym, z kolacją.

Dzwoniłam do redaktora „Więzi”, opublikują mi trzy wiersze; jeden ostatnio napisany, nie napisałam po nim jeszcze żadnego… Ucieszyłam się bardzo. Zrobiło mi się dobrze na duszy. Dzwoniłam też do Basi, by opowiedzieć o dobrych nowinach.

23.09.00, siódma trzydzieści

Wyjazd z Tarnowa. Przewodnik opowiada młodzieży, jakim pięknym miastem jest Tarnów… Nocowaliśmy w jakimś starym hotelu i niczego nie zwiedzaliśmy. Jest szaro i zimno na dworze. Stare piękne domy obok brzydkich jak klatki bloków z okresu komuny i dwa stare, olbrzymie kościoły. Wspomniałam księdza Piotra, jego ciekawe objaśnienia o starych zabytkach, atmosferę ciszy i wzniosłości, które im towarzyszyły.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 79.46
drukowana A5
Kolorowa
za 128.6