E-book
6.3
drukowana A5
35
Podwieczorek nad strumykiem

Bezpłatny fragment - Podwieczorek nad strumykiem

Wybór wierszy trzy tytuły


Objętość:
150 str.
ISBN:
978-83-8455-600-9
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 35

Co się kryje za strumykiem?

Świat pędzi jak szalony. Już atom rozbity, jeden   robot kilka biur wyręcza, AI ogłasza zwycięstwo.   Któżby ośmielił się twierdzić, że posiadł wiedzę dokąd zmierza świat? Gdy więc się wieczór zbliża przysiądź  i odpocznij,  posil się  przed  kolejnym wyzwaniem.    Pośród trzech strumyków zapraszam, na skromny      podwieczorek — przyrządziła go czysta Natura. Każdy strumyk w potoku znajdzie swoje światło.

Poprzednie edycję prosiły o wznowienie, o drugie wydanie, cóż kiedy obecne wydanie wzbogaca szereg nowych wierszy, a równocześnie umniejsza o te, które dawniej były i nie znalazły się w niniejszym wydaniu. W tej sytuacji wydaje się, że poprawnym rozwiązaniem będzie wydanie obecnej edycji pod własnym tytułem Podwieczorek nad strumykiem.

Trzy strumyki, jak trzy tomiki (trzy odrębne                   rozdziały). Rozdział pierwszy pt. W ogrodach miłości prezentuje obrazy   pobrane  z  kalejdoskopu  zawsze          pierwszych, wielobarwnych miłości. W rozdziale drugim pt. Światła nocy na plan pierwszy wysuwa się walka   uśmiechu   ze    smutkiem,   dobra  ze    złem,    karnawału z postem. Rozdział trzeci pt. W oku            cyklonu    jest zbiorem   refleksji   odnoszących   się        do współczesności, do dramatycznych losów Polski, od utraty niepodległości do czasu, w którym żyjemy.

Wszystkim Czytelnikom miłej lektury życzy

Autor

W OGRODACH MIŁOŚCI

Miłość jest pierwsza wśród nieśmiertelnych spraw

Dante Alighieri

Przed lekcją

Balkon na którym cię ujrzałem

jak łódź dla jednej pary

staję pod nim w deszczu jesieni

spłyniemy z dala od świata

w morskie przestworza zieleni


Od pierwszego wejrzenia

co dzień być przy tobie

chodzić na lody i do kina

i za ręce trzymać cię obie


Szukałem cię od wczoraj

czyś w górach czy między lasami

może się skryłaś w obłokach

śniłem o tobie już przed wiekami


Ruszymy wkrótce za 7 górę

za oceany i morza

Razem Arkadię znajdziemy

Gwiazdy  nam  drogę wskażą i zorza


Myśl chłopca świat z posad unosi

serce przebite strzałą Amora

krzyk miasta marzenia zagłusza

i dzwonek na lekcję woła

Z Jodłowej Puszczy

Gdy pustą noc trzymałem w ramionach

obrazy niebieskich sfer

wciskały się bez kolejki

Zeszyt Zielony sfrunął z uwięzi

— twoja kronika wyprawy

liryka jodłowych gór


W stodole po sianokosach

Ciekoty Żeromskiego

spaniem częstowały

noc usta wilży

czułym zabawom w sianie

księżyc zasłaniał oczy

grał z nami w chowanego


Z Masłowej szybowce

na głos jutrzni

w blasku słońca

do lotu gotowe


na lnianym podobrazie

niebo po horyzont

białe owce pasie

wicher dyryguje jodłami

jęki chorałów słychać


I jodłom i górom złotym

pokłon składałaś

i radośniałaś i piękniałaś

gotując dla nas zupę

w garnku.


Na Łysogórskim gołoborzu

staliśmy w chmurach urzeczeni

Wycie orkanu słychać Wtuliłaś

we mnie swe ramiona — grzmot jak gong

sabat ogłaszał — 7 czarownic

na miotłach obok nas leciało

Chciwie złapałem cię za rękę

Srebrna nić na gałązce jodły

świeci do dziś.

Z wiatrem pod rękę

Dziwię się dziewczynie

w figlarnej sukience

co z wiatrem na kawę

chodzi pod rękę

Wiatrowi się nie dziwię —

zazdroszczę wiatrowi


Ciebie oczajduszo

do szeregu

róża wiatrów

wzywa


Bacz jednak gdy zefirowi

randkę ze słodką damą

dajesz

młodzikowi


Wicher zaś szalony

wyślij szybko

złym piratom

za ocean

w darze


A dziewczynę zostaw


Bławatek pyszne lico splata

wierzę że ten brylant

sam zaniosę za horyzont

poza krańce świata


Trzymając za rękę

częstując zachwytem

upojne kolory nieba

rajskim ukażę kalcytem


I ten obraz kuszący

strunę duszy chwyci


Dziewczynę wtedy

w jej słodkim udarze

chciwie milionami całusów

nieskromnie obdarzę

Serce

Miej serce i patrzaj w serce

kieruj się w życiu uczuciem

niosło się przez pokolenia wołanie.


Bacz jednak by w twych wędrówkach

po wertepach dziejów

dni przewrotne świata

nie pojmały duszy


Gorące serce tylko dla człowieka.

Gdy jednym rytmem dwa serca biją

ciało twe i dusza do mnie należą

i cały jestem twój

W tafli snu

Ostry grot promienia słońca

przebija lodowatą taflę snu

i znów bez ciebie

Niebo dzień ogłasza.


Chcę być nadal w tafli lodu

czuć twego serca bicie

jak wczoraj

trzymając za rękę

po wertepach życia prowadzić.

Wrota

Gdy mi otwierasz nadziei wrota

— świat cały wypełniasz czasem i przestrzenią

kwiatom malujesz barwy


Dla każdej chwili z tobą

nawet przydrożny kamień

krzyczeć pragnie hosanna


Lecz gdy u wrót zamkniętych staję

— tonącemu rzucasz szyderstwa dziurawe koło

białą laskę wytrącasz ociemniałemu

i polnym kwiatom kirem zakrywasz

promienie słońca Każdy dzień

leje łzy rozpaczy

Łza

Twoja łza

co jak grom

z hukiem

spadła dziś

po zakwasach

Ogniem niebieskim

spaliła nici

zszywające szramy

Fastryguj z nagła

serca mego rany

bo pęknie

zanim

ze skargą

ulecę w przestworza

Awaria układów

Słodkie motyle

naszych układów scalonych

pyszniły się na bieżąco


Nie zdążyliśmy

ich zapisać przenieść

na twardy dysk


Zabrakło nawet siły

na protokół kopiuj-wklej


W sekretnej porze

czułe nasze układy

które w sercu miałaś

awaria twej duszy

wysadziła w powietrze


A myślałem że jestem w Edenie

Imię Ewy

Gdy na pomoście pożądania

trzewia nasycił do syta

biegł do domu uciech

świeży wątek łapać


Krew stygła — ostro zmysły grały

ropiały wierności guzy

prosząc o skalpela

Nawet rój spadających gwiazd

nie zakłócił nastroju


Dopiero kiedy jesień przyszła

a z nią wiosenna nadzieja

próbowała babiego lata nicią

zszyć przeszłe obrazy


Z nagła

podmuch nowego spotkania

rozerwał płótna białych nici

Gdy łzę wysuszyła

niewierną twarz rzuciła na skały

Puste niebo

Pasjanse kładę nieprzerwanie

odmierzam ciszę twoją jak lunatyk

tak muzykuję Ewo!…


Sputnika śpiew na pustym niebie chwytam

swych ramion moc potwierdzam we śnie

bez ciebie Ewo!…


Błądzę bez celu po znajomych miejscach

szukam twych śladów motylu kochania

wołam cię Ewo!…


Zrywam pęk dziewcząt kawiarnianych

i rozmów pustych godziny liczę

ich kwiat nie płonie Ewo!…


Obecnie nie znam już twego uśmiechu

co dzień odsłaniam trwogę szarym rankiem

o ciebie Ewo!…


Pod powiekami twój portret płonie

zadusi mnie tęsknoty sznur

za tobą Ewo!…


Dzisiaj myślami stopy twe obmywam

pod narty świeży puch ci kładę

słońce zapalam ci Ewo!…


Teraz złorzeczę sobie w twarz pluję

świt jasny w czarną otchłań zmieniam

żyję i umieram —

ciebie tylko wielbię i ciebie całuję

Gdy wstaje dzień

Nocne wędrówki po obłokach

zazdrościć budziły w gwiazdach

złotego runa szukaliśmy w snach

Pod pierzyną chmur grzeszyliśmy

porywająco nawet gdy czarna zamieć

jak górska lawina pochłaniała świat

Wypchnięci z przestworzy nocy

po śladach promieni słońca opadaliśmy

na ziemię łagodnie i nieufnie

jeszcze chwilę razem w objęciach


Patrzyłem gdy ciepłym porankiem

zamiast słońca twe stopy gorące

zbierają błyszczące perły rosy

Parzyłem wtedy kawę słałem ci

krople serca w błękitnym kole płomieni


Piliśmy kawę na powitanie dnia

Na jagody

Po krótkich deszczach na jagody idziemy

ich smak jak skarb trzymamy zazdrośnie

kos i modraszka skrzydła do lotu podniosły

lisek umykał brał mnie za myśliwego

las śpiewał pochwałę lata

polana jak pytajnik na granacie nieba

w krzyku świerszczy migotał nasz zew


Stanęli jak wryci spętani zachwytem

owoce dojrzałe a słońce w zenicie

garściami zrywa smakuje z rozkoszą

smak jagód wciąż mnoży bujny bukiet lasu

dzieli się ze mną zerwaną jagódką

do dłoni wciska i w usta wkłada

jakbyśmy dionizyjskie wino

pucharami pili

dylemat odtąd potężnieje stale

czy były to jagody

czy słodkie usta dziewczyny

Kropla Cabernetu

Z twych ust

pić pragnę

kroplę

gorzkiego Cabernetu

Kropla z twych ust

słodsza

od marcepana

Rozchylonymi

usty

oddam ci nocą

wszystkie boskie smaki

i kolory nieba

Nad morze po renesans miłości

Po renesans miłości

nad morze wracamy.

Na dzikiej plaży dziś bryłę

bursztynu znalazłaś łatwo

cieszysz się i smucisz nad losem

owada uwięzionego przed wiekami.

Mówisz, że skargę przepełnioną bólem

do księgi bursztynu złożył.


Spójrzmy jak rybitwa szybuje nad wodą,

lotem błyskawicy nurkuje po zdobycz.

Ryba miota się w stalowym dziobie,

ogonem bije i płetwy rozkłada

— daremnie.

Łabędzie z powagą suną blisko plaży,

malują godność, pozorują spokój.

Krzyk mewy szum fal zagłusza.

Wiatr śpiewa, ukryte myśli

śle prosto do nieba.


Sierpniowy dzień się chyli,

wieczór nadchodzi.

Morze oddycha ciszą.

Horyzont zasypia w objęciach

bezkresu morza.

Różową tarczę słońca

po stopniach rutyny

zatapia co dzień

głębia morskiej otchłani.


Spłynął mrok z przestworzy.

Szara godzina stanęła obok.

Duch morza za serce chwyta,

prowadzi do świata, którego nie znamy.

Zbliża się noc — wracamy.

Wiosenna noc

Wiosenna noc —

to para zakochanych

gwiazdy spadają do stóp

czułe spojrzenie twoje

trwaj chwilo trwaj po grób


Spragnionych zmysłów czas nadchodzi

płomienie żądz chwytamy chciwie w dłonie

już rozkwitł dla nas kwiat jabłoni

życie powraca i ogień w sercach płonie


Dyskretna woń pierwszych kwiatów

świece kasztanów jak amfory greckie

łaknie kret znów tęgich batów

zniewagi bolą — obelgi niecne


Z wystawy Urbino zaprasza Wenus

magiczność jej do cna już sczezła

Tylko u Ewy oczy jak lazur nieba

i dusza czysta jak łza


Wiosenna noc —

z mchu rozpalam łoże Zatopi noc

twój opór dnia I zmysłów żar

uniesie w niebo nasze ciała

ten krzyk — rajskiej miłości dar

Nad Uplikiem

W rajskim ogrodzie nad jeziorem

wysmukłą łanię wśród sosen

dojrzałem. Jak głodny wilk z oczu cię

nie spuszczam jak byk z porożem

nie oddam nikomu Przepych jej ciała

świat olśniewał wokół

Ryk mego serca kruszy opór łani

— dusza kochana już od zarania


Usta twoje wargami otwieram

łabędzią szyję chciwie całuję

Polne koniki w koncertach się stroją

Piersi twe w mych dłoniach

dojrzałe pełne grona z ciemną

maliną w środku


Leśne echo ciszą powraca

Zwabiony żuk biegnie tu

na zwiady czyżyk szybując nad

wodą pióra przed snem umywa.


Niżej piersi twój brzuch

— pszeniczne łany Van Gogha —

oknem nieboskłonu Wenus

w jedwabnej poświacie

pierwsze promienie rozdaje.


Krok po kroku ma dłoń

słodkie zakamarki twego

ciała całuje i na brzeg

łaknącej gwiazdy prowadzi


Księżyc ruszył znad chmury

w lustrze jeziora swe ciało

brylantami złoci Srebrzyste

światło rozpala kochanie


Zapada noc

Szum planet śpiewa na orbicie

Cisza stanęła wokół.

Serca w ekstazie migocą

— pulsuje muzyka sfer

Tytan

Gdybym choć cząstkę miał

siły tytana

na rękach zaniósłbym cię w przestworza

Gwiazda zaranna na pewno zdziwiona —

ruch planet zatrzymać każe

Nie czas na wędrówki po wertepach nieba

wybiła godzina — nadchodzi zorza


Obłoki będą cię do snu kołysać

a w dole fale błękitnego morza

Uśmiechów moc pogodnych chwil śle ci

Obłok Magellana

Muzyka niebieskich sfer wznosi się

i opada

Anielski chór hosannę śpiewa

i krok tylko do Arkadii nieba

Bez kochania

Czekanie na miłość nosi w sobie

gen okrucieństwa — umierania na raty

Mężczyzna pyszni się i dziwaczy

alkohol mózgi rozwesela

Inny opary propagandy wdycha

Nielicznym badania niebieskich

migdałów wypełniają życie


Kobieta do miłości do wydania

owocu stworzona

Usycha bez kochania jak krzew

spalony na słońcu pustyni

Kania dżdżu pozbawiona zamiera

Serce więdnie i usycha


Wtedy rozkwitać tylko może gdy przyjmie

mikroskop za swój wybór pierwszy

lub gdy przed ołtarz składa kornie dary

Innym praca u podstaw wytycza prostą drogę

Spojrzenie

Gdy przed miesiącem

dałaś mi znienacka spojrzenie

ze źródła palących pragnień,

zwiastując — jestem!

— w salonie, w różanym gaju,

i na sofie.


Spojrzenie jaśniejsze

od zorzy poranka —

kiedy oblubienica przed nocą

wita kochanka.


Szukałem cię w mych myślach

gładkich i kudłatych

— wszak nie sposób usunąć

z męskich tęsknot

głodu czułego spojrzenia.


A może już przed wiekami

dostałem je wprost

z serca twej duszy?

i w żyłach krew ruszyła wtedy

na spotkanie z tobą?


Los sprawił jednak, że przez te

lata głuche ciała nasze i dusze

nie smakowały rozkoszy spotkania.

Te okrycia dusz naszych

płaszcze i kapelusze — niespokojne lica.

Twoje wiatr porwał z kłującego łącza.

Moje zaginęły w czasie.


Dziś spadłaś na krawędź pożądania

i czczej godziny —

Afrodyta luby znak przesyła.


Przyszłaś niepostrzeżenie

jak zagubiony promień słońca,

który błyskiem swym przedarł się

przez czarne skrzydła nocy.


A może to był sen,

cudne manowce

rozkosznego świata zakątek?


W kosmicznym pyle bywają czasem

sny nieodgadnione,

rajskich ogrodów otwarte wrota,

sny tajemne,


jak spojrzenie, które i tak

nawet nie pytając o zgodę

zabiorę, gdy wkrótce wyruszę

w daleką drogę.

Rozmowa z nienarodzonym

Jeszcze wczoraj byłeś maleńki

jak kropelka, brzuch matki

zamieniasz w wielki balon;

przed nami, dziecko,

tworzenia długi czas i ból

i wspólny trud porodu.


Z gejzeru zmysłówś powstał,

pływać się uczysz w bezpiecznym łonie

— wciąż trwają spory kim jesteś,

zatykasz uszy śpiew matki

zachłannie chwytasz w dłonie.


Wczoraj rozmowę miałem

z leśnym ludkiem

co zamek ma pod borowikiem

— trafić na zamek to nie kłopot

czeka na ciebie, mówi,

równa leśna wiara

i żagli śmiechu łopot.


A Poloneza zagra ci twa mama

wkrótce, twój ojciec chwyci cię

w ramiona w tańcu,

lecz teraz luli mój syneczku,

córeczko moja luli.

Zima w błękicie

Do żadnych bogów nie kołatałaś bram,

dotyk twej dłoni jak Marzenie Schumanna

— koi moją duszę.

Zostań proszę po węgiel zejdę sam.


Białe róże w oknach podarował Mróz,

ledwie dostrzec wiszące za oknem sople.

Czarne bryły pędzę do kubła wrzucać,

Erato zagości — najsłodsza z muz.


Mała świeczka jak kandelabr w niebie,

las fajerwerków skrzy się w węgla bryle

w wiadrze nie będzie łuta węgla,

najmniejszą nawet grudkę

okryję wierszem dla ciebie.

M. która maluje obrazy

Czekam na miłość

wytęsknioną

pierwszą jedyną

co trwa na wieki

która w miejsce snu

maluje wiersze

Woń twego ciała

wtedy znów

wdycham z rozkoszą

Pod twoje serce

nowy wiersz

ci wkładam

I gdy ze snu się budzę

— cały  w nicość wpadam

Samotna jodła

na drodze którą przemierzałem

spotkałem samotną jodłę

doprawdy całkiem jak ja


czemu tu stoisz taka zagubiona

niemądre pytanie zadaję

a ona tłumaczy


żyliśmy tu od lat wielu

w gromadzie sporej

przyjaźń i miłość na całe życie


blisko mnie silny młodzian

uwodził żółtymi kwiatami

— uścisk jego niósł ukojenie


wszyscy odeszli za sprawą człowieka

piłami strzelali po kolei

mord sakramentalny

na naszych ciałach


leżą teraz krzyżem w sągach

jak przed kremacją pomarli

więc skoroś od nich

po co mi dokuczasz


dziś wiatr bez pardonu

chłoszcze moje włosy

i kibić wygina

wysycham bez przyjaciół

nie pojmiesz tego tyś wróg nasz

— człowiek


protestuję głucho

jam także samotny

ledwie kołaczę między chmurami

przed wszechświata obrazem staję

śpiewu nie słyszę

dotyku dłoni czułej zapomniałem

ciepłego gestu nie widziałem od wieku

mnie czas pocałunkiem zdradził

rdzą pokryty epizod waży dzisiaj

małą łzę


wzrok rzuciła na mnie

spojrzała mi w oczy

zieloną gałązkę w pobliżu serca

trzymam do dziś

Zakonnica

Dziewczę szlachetnej urody

w końcu ujrzałem Biła z niej

siła jak ze źródła woda

Cała była jak kozica

do skoku gotowa

Niosła zapach lilii jak lilie białe

wznoszą czyste dusze

przed wielkie ołtarze

Wszystkie moje zmysły

na spotkanie ruszyły

znalazłem skarb —

dziewczynę marzeń

Wiadomość jak grom

spalił me nadzieje

dziewczyna zajęta —

jest nawet po słowie

To Pan Istnienia

jej wyborem serca

Me nerwy się z nagła

zerwały z uwięzi

wieść rysy na pewno natęża

— pora  się było obejść smakiem

Augustyn

To wtedy gdy pierwsze światła

wdarły się na próg dojrzałości

bunt ogłosiła młodość

Mężczyzną jestem krzyczą męskie potrzeby

W przesycie Augustyn skąpany

Rozpaczała matka śmiało się Niebo

Czyżby Niebiosa znały już

losy świętego

Rozmowa z Immanuelem Kantem

kto na ziemi nie kochał ni razu

ten miłości nie zazna i w niebie

Zmrok szybko zapada,

królewskie miasto zastyga ciszą.

Zaciąga chłodem Pregel.

Na granacie nieba

latarnik zapala kolejne gwiazdy.

Zegar na wieży wybija godzinę powrotu.

Służący na posterunku sprawdza,

by godnie przyjąć pana.


Immanuel Kant ze spaceru powraca.

Pora zdać sobie rachunek z podjętych ustaleń.

Każdy mój uczeń moralnością syty,

nie kieruje się sercem ni wrzodem goryczy

— ciemne oba kapryśne duchy.

Słońce tylko nad rozumem świeci.

Czymże moralność, jeśli nie nakazem rozumu

— czyń zawsze dobro, stale zło omijaj.


W potęgę rozumu jedynie wierzę. Celem

jest człowiek, samodzielny punkt odniesienia.

Nie uczucia, nie praca, ani nawet

wiara wyznaczać ma ramy

dla czynów człowieka. Tylko rozum

skłonić może do działania moralnego.

On oparciem dla imperatywnych nakazów.

On ocali świat przed potopem

kłamstw, wojen i niesprawiedliwości.


Rzekł wtedy Pan do Kanta.

Cieszy mnie Immanuelu, bo dar

jaki otrzymałeś, próbujesz

szlachetnie pogłębić. Zdyscyplinowanym

pilnym uczniem byłeś.

Przekraczasz jednak zamysłu miarę.

Człowieka wyposażyłem w rozum,

by krocząc po szczeblach prawdy potrafił

ciemności rozpraszać. Rozum

prawdzie służy. Kolejności

nie waż się przestawiać.

Pośród prawa natury na wyżyny

wyniosłem  miłość. Ona, jak wiara,

jest w mocy przenosić góry.

A ty ze szczytu rozumu miłość

do lamusa strąciłeś i smagasz ją

fałszem, ułudą i snem.

Ze szlachetnych swych pragnień

utopię tylko zostawiasz  nową

i klerkom znad księgi

duszący pył. 

Twój uśmiech

Twój uśmiech

słoneczny balsam

na boleść chorej duszy


Twój uśmiech

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 35