Co się kryje za strumykiem?
Świat pędzi jak szalony. Już atom rozbity, jeden robot kilka biur wyręcza, AI ogłasza zwycięstwo. Któżby ośmielił się twierdzić, że posiadł wiedzę dokąd zmierza świat? Gdy więc się wieczór zbliża przysiądź i odpocznij, posil się przed kolejnym wyzwaniem. Pośród trzech strumyków zapraszam, na skromny podwieczorek — przyrządziła go czysta Natura. Każdy strumyk w potoku znajdzie swoje światło.
Poprzednie edycję prosiły o wznowienie, o drugie wydanie, cóż kiedy obecne wydanie wzbogaca szereg nowych wierszy, a równocześnie umniejsza o te, które dawniej były i nie znalazły się w niniejszym wydaniu. W tej sytuacji wydaje się, że poprawnym rozwiązaniem będzie wydanie obecnej edycji pod własnym tytułem Podwieczorek nad strumykiem.
Trzy strumyki, jak trzy tomiki (trzy odrębne rozdziały). Rozdział pierwszy pt. W ogrodach miłości prezentuje obrazy pobrane z kalejdoskopu zawsze pierwszych, wielobarwnych miłości. W rozdziale drugim pt. Światła nocy na plan pierwszy wysuwa się walka uśmiechu ze smutkiem, dobra ze złem, karnawału z postem. Rozdział trzeci pt. W oku cyklonu jest zbiorem refleksji odnoszących się do współczesności, do dramatycznych losów Polski, od utraty niepodległości do czasu, w którym żyjemy.
Wszystkim Czytelnikom miłej lektury życzy
Autor
W OGRODACH MIŁOŚCI
Miłość jest pierwsza wśród nieśmiertelnych spraw
Dante Alighieri
Przed lekcją
Balkon na którym cię ujrzałem
jak łódź dla jednej pary
staję pod nim w deszczu jesieni
spłyniemy z dala od świata
w morskie przestworza zieleni
Od pierwszego wejrzenia
co dzień być przy tobie
chodzić na lody i do kina
i za ręce trzymać cię obie
Szukałem cię od wczoraj
czyś w górach czy między lasami
może się skryłaś w obłokach
śniłem o tobie już przed wiekami
Ruszymy wkrótce za 7 górę
za oceany i morza
Razem Arkadię znajdziemy
Gwiazdy nam drogę wskażą i zorza
Myśl chłopca świat z posad unosi
serce przebite strzałą Amora
krzyk miasta marzenia zagłusza
i dzwonek na lekcję woła
Z Jodłowej Puszczy
Gdy pustą noc trzymałem w ramionach
obrazy niebieskich sfer
wciskały się bez kolejki
Zeszyt Zielony sfrunął z uwięzi
— twoja kronika wyprawy
liryka jodłowych gór
W stodole po sianokosach
Ciekoty Żeromskiego
spaniem częstowały
noc usta wilży
czułym zabawom w sianie
księżyc zasłaniał oczy
grał z nami w chowanego
Z Masłowej szybowce
na głos jutrzni
w blasku słońca
do lotu gotowe
na lnianym podobrazie
niebo po horyzont
białe owce pasie
wicher dyryguje jodłami
jęki chorałów słychać
I jodłom i górom złotym
pokłon składałaś
i radośniałaś i piękniałaś
gotując dla nas zupę
w garnku.
Na Łysogórskim gołoborzu
staliśmy w chmurach urzeczeni
Wycie orkanu słychać Wtuliłaś
we mnie swe ramiona — grzmot jak gong
sabat ogłaszał — 7 czarownic
na miotłach obok nas leciało
Chciwie złapałem cię za rękę
Srebrna nić na gałązce jodły
świeci do dziś.
Z wiatrem pod rękę
Dziwię się dziewczynie
w figlarnej sukience
co z wiatrem na kawę
chodzi pod rękę
Wiatrowi się nie dziwię —
zazdroszczę wiatrowi
Ciebie oczajduszo
do szeregu
róża wiatrów
wzywa
Bacz jednak gdy zefirowi
randkę ze słodką damą
dajesz
młodzikowi
Wicher zaś szalony
wyślij szybko
złym piratom
za ocean
w darze
A dziewczynę zostaw
Bławatek pyszne lico splata
wierzę że ten brylant
sam zaniosę za horyzont
poza krańce świata
Trzymając za rękę
częstując zachwytem
upojne kolory nieba
rajskim ukażę kalcytem
I ten obraz kuszący
strunę duszy chwyci
Dziewczynę wtedy
w jej słodkim udarze
chciwie milionami całusów
nieskromnie obdarzę
Serce
Miej serce i patrzaj w serce
kieruj się w życiu uczuciem
niosło się przez pokolenia wołanie.
Bacz jednak by w twych wędrówkach
po wertepach dziejów
dni przewrotne świata
nie pojmały duszy
Gorące serce tylko dla człowieka.
Gdy jednym rytmem dwa serca biją
ciało twe i dusza do mnie należą
i cały jestem twój
W tafli snu
Ostry grot promienia słońca
przebija lodowatą taflę snu
i znów bez ciebie
Niebo dzień ogłasza.
Chcę być nadal w tafli lodu
czuć twego serca bicie
jak wczoraj
trzymając za rękę
po wertepach życia prowadzić.
Wrota
Gdy mi otwierasz nadziei wrota
— świat cały wypełniasz czasem i przestrzenią
kwiatom malujesz barwy
Dla każdej chwili z tobą
nawet przydrożny kamień
krzyczeć pragnie hosanna
Lecz gdy u wrót zamkniętych staję
— tonącemu rzucasz szyderstwa dziurawe koło
białą laskę wytrącasz ociemniałemu
i polnym kwiatom kirem zakrywasz
promienie słońca Każdy dzień
leje łzy rozpaczy
Łza
Twoja łza
co jak grom
z hukiem
spadła dziś
po zakwasach
Ogniem niebieskim
spaliła nici
zszywające szramy
Fastryguj z nagła
serca mego rany
bo pęknie
zanim
ze skargą
ulecę w przestworza
Awaria układów
Słodkie motyle
naszych układów scalonych
pyszniły się na bieżąco
Nie zdążyliśmy
ich zapisać przenieść
na twardy dysk
Zabrakło nawet siły
na protokół kopiuj-wklej
W sekretnej porze
czułe nasze układy
które w sercu miałaś
awaria twej duszy
wysadziła w powietrze
A myślałem że jestem w Edenie
Imię Ewy
Gdy na pomoście pożądania
trzewia nasycił do syta
biegł do domu uciech
świeży wątek łapać
Krew stygła — ostro zmysły grały
ropiały wierności guzy
prosząc o skalpela
Nawet rój spadających gwiazd
nie zakłócił nastroju
Dopiero kiedy jesień przyszła
a z nią wiosenna nadzieja
próbowała babiego lata nicią
zszyć przeszłe obrazy
Z nagła
podmuch nowego spotkania
rozerwał płótna białych nici
Gdy łzę wysuszyła
niewierną twarz rzuciła na skały
Puste niebo
Pasjanse kładę nieprzerwanie
odmierzam ciszę twoją jak lunatyk
tak muzykuję Ewo!…
Sputnika śpiew na pustym niebie chwytam
swych ramion moc potwierdzam we śnie
bez ciebie Ewo!…
Błądzę bez celu po znajomych miejscach
szukam twych śladów motylu kochania
wołam cię Ewo!…
Zrywam pęk dziewcząt kawiarnianych
i rozmów pustych godziny liczę
ich kwiat nie płonie Ewo!…
Obecnie nie znam już twego uśmiechu
co dzień odsłaniam trwogę szarym rankiem
o ciebie Ewo!…
Pod powiekami twój portret płonie
zadusi mnie tęsknoty sznur
za tobą Ewo!…
Dzisiaj myślami stopy twe obmywam
pod narty świeży puch ci kładę
słońce zapalam ci Ewo!…
Teraz złorzeczę sobie w twarz pluję
świt jasny w czarną otchłań zmieniam
żyję i umieram —
ciebie tylko wielbię i ciebie całuję
Gdy wstaje dzień
Nocne wędrówki po obłokach
zazdrościć budziły w gwiazdach
złotego runa szukaliśmy w snach
Pod pierzyną chmur grzeszyliśmy
porywająco nawet gdy czarna zamieć
jak górska lawina pochłaniała świat
Wypchnięci z przestworzy nocy
po śladach promieni słońca opadaliśmy
na ziemię łagodnie i nieufnie
jeszcze chwilę razem w objęciach
Patrzyłem gdy ciepłym porankiem
zamiast słońca twe stopy gorące
zbierają błyszczące perły rosy
Parzyłem wtedy kawę słałem ci
krople serca w błękitnym kole płomieni
Piliśmy kawę na powitanie dnia
Na jagody
Po krótkich deszczach na jagody idziemy
ich smak jak skarb trzymamy zazdrośnie
kos i modraszka skrzydła do lotu podniosły
lisek umykał brał mnie za myśliwego
las śpiewał pochwałę lata
polana jak pytajnik na granacie nieba
w krzyku świerszczy migotał nasz zew
Stanęli jak wryci spętani zachwytem
owoce dojrzałe a słońce w zenicie
garściami zrywa smakuje z rozkoszą
smak jagód wciąż mnoży bujny bukiet lasu
dzieli się ze mną zerwaną jagódką
do dłoni wciska i w usta wkłada
jakbyśmy dionizyjskie wino
pucharami pili
dylemat odtąd potężnieje stale
czy były to jagody
czy słodkie usta dziewczyny
Kropla Cabernetu
Z twych ust
pić pragnę
kroplę
gorzkiego Cabernetu
Kropla z twych ust
słodsza
od marcepana
Rozchylonymi
usty
oddam ci nocą
wszystkie boskie smaki
i kolory nieba
Nad morze po renesans miłości
Po renesans miłości
nad morze wracamy.
Na dzikiej plaży dziś bryłę
bursztynu znalazłaś łatwo
cieszysz się i smucisz nad losem
owada uwięzionego przed wiekami.
Mówisz, że skargę przepełnioną bólem
do księgi bursztynu złożył.
Spójrzmy jak rybitwa szybuje nad wodą,
lotem błyskawicy nurkuje po zdobycz.
Ryba miota się w stalowym dziobie,
ogonem bije i płetwy rozkłada
— daremnie.
Łabędzie z powagą suną blisko plaży,
malują godność, pozorują spokój.
Krzyk mewy szum fal zagłusza.
Wiatr śpiewa, ukryte myśli
śle prosto do nieba.
Sierpniowy dzień się chyli,
wieczór nadchodzi.
Morze oddycha ciszą.
Horyzont zasypia w objęciach
bezkresu morza.
Różową tarczę słońca
po stopniach rutyny
zatapia co dzień
głębia morskiej otchłani.
Spłynął mrok z przestworzy.
Szara godzina stanęła obok.
Duch morza za serce chwyta,
prowadzi do świata, którego nie znamy.
Zbliża się noc — wracamy.
Wiosenna noc
Wiosenna noc —
to para zakochanych
gwiazdy spadają do stóp
czułe spojrzenie twoje
trwaj chwilo trwaj po grób
Spragnionych zmysłów czas nadchodzi
płomienie żądz chwytamy chciwie w dłonie
już rozkwitł dla nas kwiat jabłoni
życie powraca i ogień w sercach płonie
Dyskretna woń pierwszych kwiatów
świece kasztanów jak amfory greckie
łaknie kret znów tęgich batów
zniewagi bolą — obelgi niecne
Z wystawy Urbino zaprasza Wenus
magiczność jej do cna już sczezła
Tylko u Ewy oczy jak lazur nieba
i dusza czysta jak łza
Wiosenna noc —
z mchu rozpalam łoże Zatopi noc
twój opór dnia I zmysłów żar
uniesie w niebo nasze ciała
ten krzyk — rajskiej miłości dar
Nad Uplikiem
W rajskim ogrodzie nad jeziorem
wysmukłą łanię wśród sosen
dojrzałem. Jak głodny wilk z oczu cię
nie spuszczam jak byk z porożem
nie oddam nikomu Przepych jej ciała
świat olśniewał wokół
Ryk mego serca kruszy opór łani
— dusza kochana już od zarania
Usta twoje wargami otwieram
łabędzią szyję chciwie całuję
Polne koniki w koncertach się stroją
Piersi twe w mych dłoniach
dojrzałe pełne grona z ciemną
maliną w środku
Leśne echo ciszą powraca
Zwabiony żuk biegnie tu
na zwiady czyżyk szybując nad
wodą pióra przed snem umywa.
Niżej piersi twój brzuch
— pszeniczne łany Van Gogha —
oknem nieboskłonu Wenus
w jedwabnej poświacie
pierwsze promienie rozdaje.
Krok po kroku ma dłoń
słodkie zakamarki twego
ciała całuje i na brzeg
łaknącej gwiazdy prowadzi
Księżyc ruszył znad chmury
w lustrze jeziora swe ciało
brylantami złoci Srebrzyste
światło rozpala kochanie
Zapada noc
Szum planet śpiewa na orbicie
Cisza stanęła wokół.
Serca w ekstazie migocą
— pulsuje muzyka sfer
Tytan
Gdybym choć cząstkę miał
siły tytana
na rękach zaniósłbym cię w przestworza
Gwiazda zaranna na pewno zdziwiona —
ruch planet zatrzymać każe
Nie czas na wędrówki po wertepach nieba
wybiła godzina — nadchodzi zorza
Obłoki będą cię do snu kołysać
a w dole fale błękitnego morza
Uśmiechów moc pogodnych chwil śle ci
Obłok Magellana
Muzyka niebieskich sfer wznosi się
i opada
Anielski chór hosannę śpiewa
i krok tylko do Arkadii nieba
Bez kochania
Czekanie na miłość nosi w sobie
gen okrucieństwa — umierania na raty
Mężczyzna pyszni się i dziwaczy
alkohol mózgi rozwesela
Inny opary propagandy wdycha
Nielicznym badania niebieskich
migdałów wypełniają życie
Kobieta do miłości do wydania
owocu stworzona
Usycha bez kochania jak krzew
spalony na słońcu pustyni
Kania dżdżu pozbawiona zamiera
Serce więdnie i usycha
Wtedy rozkwitać tylko może gdy przyjmie
mikroskop za swój wybór pierwszy
lub gdy przed ołtarz składa kornie dary
Innym praca u podstaw wytycza prostą drogę
Spojrzenie
Gdy przed miesiącem
dałaś mi znienacka spojrzenie
ze źródła palących pragnień,
zwiastując — jestem!
— w salonie, w różanym gaju,
i na sofie.
Spojrzenie jaśniejsze
od zorzy poranka —
kiedy oblubienica przed nocą
wita kochanka.
Szukałem cię w mych myślach
gładkich i kudłatych
— wszak nie sposób usunąć
z męskich tęsknot
głodu czułego spojrzenia.
A może już przed wiekami
dostałem je wprost
z serca twej duszy?
i w żyłach krew ruszyła wtedy
na spotkanie z tobą?
Los sprawił jednak, że przez te
lata głuche ciała nasze i dusze
nie smakowały rozkoszy spotkania.
Te okrycia dusz naszych
płaszcze i kapelusze — niespokojne lica.
Twoje wiatr porwał z kłującego łącza.
Moje zaginęły w czasie.
Dziś spadłaś na krawędź pożądania
i czczej godziny —
Afrodyta luby znak przesyła.
Przyszłaś niepostrzeżenie
jak zagubiony promień słońca,
który błyskiem swym przedarł się
przez czarne skrzydła nocy.
A może to był sen,
cudne manowce
rozkosznego świata zakątek?
W kosmicznym pyle bywają czasem
sny nieodgadnione,
rajskich ogrodów otwarte wrota,
sny tajemne,
jak spojrzenie, które i tak
nawet nie pytając o zgodę
zabiorę, gdy wkrótce wyruszę
w daleką drogę.
Rozmowa z nienarodzonym
Jeszcze wczoraj byłeś maleńki
jak kropelka, brzuch matki
zamieniasz w wielki balon;
przed nami, dziecko,
tworzenia długi czas i ból
i wspólny trud porodu.
Z gejzeru zmysłówś powstał,
pływać się uczysz w bezpiecznym łonie
— wciąż trwają spory kim jesteś,
zatykasz uszy śpiew matki
zachłannie chwytasz w dłonie.
Wczoraj rozmowę miałem
z leśnym ludkiem
co zamek ma pod borowikiem
— trafić na zamek to nie kłopot
czeka na ciebie, mówi,
równa leśna wiara
i żagli śmiechu łopot.
A Poloneza zagra ci twa mama
wkrótce, twój ojciec chwyci cię
w ramiona w tańcu,
lecz teraz luli mój syneczku,
córeczko moja luli.
Zima w błękicie
Do żadnych bogów nie kołatałaś bram,
dotyk twej dłoni jak Marzenie Schumanna
— koi moją duszę.
Zostań proszę po węgiel zejdę sam.
Białe róże w oknach podarował Mróz,
ledwie dostrzec wiszące za oknem sople.
Czarne bryły pędzę do kubła wrzucać,
Erato zagości — najsłodsza z muz.
Mała świeczka jak kandelabr w niebie,
las fajerwerków skrzy się w węgla bryle
w wiadrze nie będzie łuta węgla,
najmniejszą nawet grudkę
okryję wierszem dla ciebie.
M. która maluje obrazy
Czekam na miłość
wytęsknioną
pierwszą jedyną
co trwa na wieki
która w miejsce snu
maluje wiersze
Woń twego ciała
wtedy znów
wdycham z rozkoszą
Pod twoje serce
nowy wiersz
ci wkładam
I gdy ze snu się budzę
— cały w nicość wpadam
Samotna jodła
na drodze którą przemierzałem
spotkałem samotną jodłę
doprawdy całkiem jak ja
czemu tu stoisz taka zagubiona
niemądre pytanie zadaję
a ona tłumaczy
żyliśmy tu od lat wielu
w gromadzie sporej
przyjaźń i miłość na całe życie
blisko mnie silny młodzian
uwodził żółtymi kwiatami
— uścisk jego niósł ukojenie
wszyscy odeszli za sprawą człowieka
piłami strzelali po kolei
mord sakramentalny
na naszych ciałach
leżą teraz krzyżem w sągach
jak przed kremacją pomarli
więc skoroś od nich
po co mi dokuczasz
dziś wiatr bez pardonu
chłoszcze moje włosy
i kibić wygina
wysycham bez przyjaciół
nie pojmiesz tego tyś wróg nasz
— człowiek
protestuję głucho
jam także samotny
ledwie kołaczę między chmurami
przed wszechświata obrazem staję
śpiewu nie słyszę
dotyku dłoni czułej zapomniałem
ciepłego gestu nie widziałem od wieku
mnie czas pocałunkiem zdradził
rdzą pokryty epizod waży dzisiaj
małą łzę
wzrok rzuciła na mnie
spojrzała mi w oczy
zieloną gałązkę w pobliżu serca
trzymam do dziś
Zakonnica
Dziewczę szlachetnej urody
w końcu ujrzałem Biła z niej
siła jak ze źródła woda
Cała była jak kozica
do skoku gotowa
Niosła zapach lilii jak lilie białe
wznoszą czyste dusze
przed wielkie ołtarze
Wszystkie moje zmysły
na spotkanie ruszyły
znalazłem skarb —
dziewczynę marzeń
Wiadomość jak grom
spalił me nadzieje
dziewczyna zajęta —
jest nawet po słowie
To Pan Istnienia
jej wyborem serca
Me nerwy się z nagła
zerwały z uwięzi
wieść rysy na pewno natęża
— pora się było obejść smakiem
Augustyn
To wtedy gdy pierwsze światła
wdarły się na próg dojrzałości
bunt ogłosiła młodość
Mężczyzną jestem krzyczą męskie potrzeby
W przesycie Augustyn skąpany
Rozpaczała matka śmiało się Niebo
Czyżby Niebiosa znały już
losy świętego
Rozmowa z Immanuelem Kantem
kto na ziemi nie kochał ni razu
ten miłości nie zazna i w niebie
Zmrok szybko zapada,
królewskie miasto zastyga ciszą.
Zaciąga chłodem Pregel.
Na granacie nieba
latarnik zapala kolejne gwiazdy.
Zegar na wieży wybija godzinę powrotu.
Służący na posterunku sprawdza,
by godnie przyjąć pana.
Immanuel Kant ze spaceru powraca.
Pora zdać sobie rachunek z podjętych ustaleń.
Każdy mój uczeń moralnością syty,
nie kieruje się sercem ni wrzodem goryczy
— ciemne oba kapryśne duchy.
Słońce tylko nad rozumem świeci.
Czymże moralność, jeśli nie nakazem rozumu
— czyń zawsze dobro, stale zło omijaj.
W potęgę rozumu jedynie wierzę. Celem
jest człowiek, samodzielny punkt odniesienia.
Nie uczucia, nie praca, ani nawet
wiara wyznaczać ma ramy
dla czynów człowieka. Tylko rozum
skłonić może do działania moralnego.
On oparciem dla imperatywnych nakazów.
On ocali świat przed potopem
kłamstw, wojen i niesprawiedliwości.
Rzekł wtedy Pan do Kanta.
Cieszy mnie Immanuelu, bo dar
jaki otrzymałeś, próbujesz
szlachetnie pogłębić. Zdyscyplinowanym
pilnym uczniem byłeś.
Przekraczasz jednak zamysłu miarę.
Człowieka wyposażyłem w rozum,
by krocząc po szczeblach prawdy potrafił
ciemności rozpraszać. Rozum
prawdzie służy. Kolejności
nie waż się przestawiać.
Pośród prawa natury na wyżyny
wyniosłem miłość. Ona, jak wiara,
jest w mocy przenosić góry.
A ty ze szczytu rozumu miłość
do lamusa strąciłeś i smagasz ją
fałszem, ułudą i snem.
Ze szlachetnych swych pragnień
utopię tylko zostawiasz nową
i klerkom znad księgi
duszący pył.
Twój uśmiech
Twój uśmiech
słoneczny balsam
na boleść chorej duszy
Twój uśmiech