E-book
8.29
drukowana A5
25.58
Podróże lokalne

Bezpłatny fragment - Podróże lokalne

Wiersze z lat 1990 — 2003


Objętość:
124 str.
ISBN:
978-83-8126-565-2
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 25.58

Początek /1989/

* * *

Potem będziesz tylko banalny:

„przywieź kawałek waszego chleba”

będziesz mówił „tam”

trwając „tu”.

Ostatnio było tak:

„ciężko, cokolwiek, książkę, zdjęcie”,

talizman przemycony wbrew sobie

zbyt jawnie, by stał się cenny

/celnicy nie pytają o fotografie z dzieciństwa/.

I pocałunki chwytane w otwarte usta,

tuż obok.

Kiedy wsiądziesz będzie za późno,

nikt nie usłyszy twojego krzyku,

nie krzykniesz wcale.

Znacznie później zauważysz

jedną zmarszczkę więcej —

drobnostkę,

która może być przydatna.

Sny wyrzutka

1.

Nie czytam przed snem.

Oglądam kolory papieru, czasem kroje czcionek.

Szukam przeczuć, nie znaków.

Podobno okropności świata

nakazują większą dyscyplinę —

należy utrwalać pamięcią

sińce na obitych bokach,

wyłamany ząb płynący wśród ścieków

i chrapliwe proroctwa z rozmiękłych warg

kleszczące nadzieję w granicach kontynentu.

Nie potrafię.

Zasypiam.


2.

To mógł być sen —

jeżeli był.

Półnadzy gonią ptaka.

Jeszcze nie udomowieni —

kamień, umięśnione nogi,

kwaśna ślina gdzieś z głębi żołądka,

drapanie piór

i pierwszy uśmiech.


Z ciepłymi trzewiami

trudno zwalczyć senność.

Na stole nóż, widelec i szklana solniczka,

maniery, refleksje o przemijaniu.

Podglądanie rozkładu,

po włóknie, wnikliwie,

bez zachwytu.

Taki to sen,

krótki, kolorowy.

I taka historia —

komiks o wielkim żarciu —

do syta.

Bez przebudzenia.


3.

Przed snem.

Najważniejsze —

nie słuchać,

przymykać oczy,

rozluźnić mięśnie,

chronić się w mrok.


Przed snem.

Najważniejsze —

odmówić pacierz,

szeptem kołysać słowa,

nie wierząc,

że się stają.


4.

Śnią ci się kobiety.

I nie masz litości

dla ich ciepłych dłoni,

miękkich ramion,

jedwabistych pieszczot języka.

Nie masz litości dla siebie.


Strach, który cię ku nim skłonił

przybiera postać słońca.

Ogromnieje za oknem.

Zapowiada dzień.


5.

Ręka wpleciona w pościel

wyszarpuje sny. Noc topnieje.

Niepokój. Pora olśnień a usta

banalnie szepcą — Ameryka.


Ameryka? Słońce wschodzi.

Rozbitek tka z promieni

kobierce nadziei. Sól w ustach.

Wspomnienia.

Na falach mapa świata.

Mila za milą, litera po literze

układa pożegnalny wiersz.

Poświęca go sobie i swojej podróży.

Miał dotrzeć tak daleko,

gdzie jeszcze nie był nikt.

I nie ma nikogo, choć nigdzie

nie dotarł.

Kontynent nie odkryty.

Wiersz nie dokończony.

Zostało jedno słowo

kiedy przyszła fala.

Andrzej Bobkowski płynie do Gwatemali

Z Europy, nie z domu, w daleki świat

przez morze.


Linia życia za śrubą okrętu skręca się

i pieni.


Kontynent zwinięty do rozmiarów mapy

trzepocze na wietrze.


Z linii horyzontu wycieka na morze

Nowy Świat.


Między szumem fal świszczące okrzyki

przerażonych małp.

Podróże lokalne /1990/

* * *

to takie łatwe nazwać

ucieczkę pielgrzymką

lepki majak skłonnością do lunatyzmu

przebierać wśród słów szukając

lekkich błyskotek zgrabnych fatałaszków

ślinić palce dyskretnie bez kropli obawy


ostatecznie można to nazwać

powściągliwą troską

o przypadkowe opętanie być może

niechęcią do słów wielkich

zamkniętych literą

zbyt twardą na nasze dziurawe szaleństwo

List do Rodiona Raskolnikowa

Pokój zmatowiały

w bladym świetle lampki

drżącej pod ikoną

Błysk ostrza siekiery

przerzedza na chwilę mrok

Widzę swoje oczy

szukają


„Wiem, to nie w porządku,

tak zapomniałem o Panu.

Nie przez lenistwo, nawet opieszałość —

winna jest ciekawość i chęć porównania

Pańskiego Petersburga i mojego miasta.

Co wieczór wracałem czując obrzydzenie

do widzianych miejsc i własnej odzieży.

Rytm mego oddechu zrównywał się z tłem

gęstego powietrza na chromej ulicy.

Czy czeka Pan na opis? Opis chyba zbędny?

Równie niepotrzebny jak krótka diagnoza

Pańskiego przypadku. Choroba znana

i nieuleczalna”.


Tak szukają

i nie sposobu ucieczki

Ucieczki nie będzie

Są tylko kręte schody

z rozeschłą poręczą

i drzwi


„Krzątanina kolorów, gładź pudrów na twarzach

nie potrafią zmylić wyczulonych zmysłów —

przepowiednię kreśli odór alkoholu

z ust pijaczków nieczułych na szybszy obrót świata.

Tak przestałem wierzyć w dobrodziejstwo pamięci.

Wybrałem zapomnienie, niedbałość o szczegół.

Lecz to ciągle za mało, by bez wstrętu przełknąć

popularną dziś miazgę pokory. Wybaczyć.

Wypada się pożegnać Panie Raskolnikow.

Mądrości nie pomnoży ani słowo więcej.

Dużo Panu zawdzięczam, choć chciałbym zapomnieć.

Nie spotkamy się nigdy. To jedno

jest pewne”.


Gdybym wiedział

znał moc trwania chwili

Za późno

Wszak kończy się życie

zaczyna opowieść

Wypracowanie

Basia — karlica z trzeciej ławki —

opowiada swoją historię.

Nie byłoby w tym nic dziwnego,

gdyby nie jej fizyczne ubóstwo,

odróżniające Basię od nas —

całkiem wyrośniętych karzełków.


Znacie tę wyliczankę imion?

Imiona. Bez czułości,

tak dla porządku.

Powinny przypominać

kostiumy na szkolnej zabawie —

Zorro z plastikową szpadą,

dwóch kowbojów, Araba, wróżkę

i Basię — bez kostiumu —

śmieszną i smutną.


Kochała — stąd smutek,

a obiekt miłości o pół metra wyższy

i do tego prymus.

Popularny układ rumieńców brzyduli

i wzgardliwych spojrzeń szkolnego playboya

daje się rozwiązać z pomocą lektury.

Basia czyta chętnie. Już znalazła nazwę —

„platoniczna miłość”. To pozwala kochać

i być obojętną.


Oto fotografia — Basia absolwentka.

Znów grymas na twarzy, choć powód

już inny. Z poziomu karlicy

łatwiej jest dostrzegać pokraczności miejsca,

w którym przyjdzie żyć.

Tak niedoskonałość zdobywa przestrzenie.

Fotograf się śpieszy, klasa się rozchodzi.

Pozostaje Basia w skrzepłej perspektywie

szkolnych schodów — odlanej z betonu,

ciężkiej metaforze wieku dojrzałego.

Co było potem?

Basia nagle milknie. Nie chce opowiadać.

Jej drobna historia została wessana

przez znane wypadki —

codzienny dziś temat szkolnych wypracowań.


A może nie było Basi.

I drewnianych ławek jak z najlepszych książek.

Nie było długopisów, białych kołnierzyków,

kwiatów z krepy, zeszytów w ceratowych bluzkach.

Nawet gołąb z papieru, choć był przylepiony

do powierzchni szyby, zwyciężył martwotę —

poleciał przez okno. Dawno go nie widać.


Pozostały tylko nasze kruche ręce.

Drżą przed napisaniem

wciąż pierwszego — A.

List do Władysława Sebyły

Kilka pokoleń szczurów poszło w zapomnienie

od chwili, gdy zamilkł Twój flet

wabiszczurze.


Tamtych nie ma. Są inne.

Przysiadły strosząc dobrze wyczesaną sierść

odporne na wszystkie współczesne trucizny

o zapachu, w istocie, bardzo poetyckim.


Tak musiało się stać.

I nie ma w tym winy morderców spod Smoleńska.

Ty wiesz o tym dobrze. Już im wybaczyłeś.

Wszak gwiazda betlejemska i gwiazda postępu

ten sam szlak opromieniają —

aby spełniło się,

muszą być ofiary.


Twój świat już się skończył.

Nasza rozmowa skończy się za chwilę.

Jaki ciąg dalszy? Nieznany.

Ale przyznaję, że budzę się co dzień

z kwaśnym przeczuciem bliskiej katastrofy.

Nie wiem czy światowej, może lokalnej.

Najpewniej osobistej. Bez różnicy —

poranki niezbyt miłe.

Nie chciałbym doczekać tej chwili,

kiedy przeczulenie zamieni kształt w pewność,

a ona syknie — „przetrwać”,

lecz będzie za późno.


Znam Twój los szczurołapie.

Swego znać nie mogę.

I taką naukę wyciągam dla siebie.

Szczury trzeba omijać, nie tropić.

Z daleka patrzeć im w oczy —

to, co nieuniknione błyszczy w nich niechybnie.

Błysk ten trzeba oswajać —

dzień w dzień, po iskierce.

Może nie mam racji?

Sprawdź to, jeśli zdołasz.


POST SCRIPTUM

Mądrym być jest łatwo, gdy się pisze wiersze.

Kiedy czytam Twoje mądrości mi braknie.

Najtrudniej przychodzi mi wyjść na ulicę.

Wtedy milczę. W dali szczur przebiega —

dostojnie, z godnością.

Guziki

Kiedy byłaś mała

bawiłaś się guzikami.

(w jakich drobiazgach

kryją się wspomnienia

i jakich drobiazgów

nam ciągle brakuje

by dotyk z dotykiem

spojrzenie ze spojrzeniem

sen ze snem jawę z jawą

splatać w linię życia)


Stukotały rzucane

na twardą podłogę.

(tyle hałasu

o jeden mały upadek

nieuchronnie przecież

gdy ciepło czyjejś dłoni

przestaje nas prowadzić

potykamy się

żal mamy do dłoni —

że nas opuściła

do świata — że obcy

do ciepła — że nietrwałe)


Jeden perłowy

wirował tęczowo.

(obrót za obrotem

w prawo czy w lewo

bez znaczenia

tak się zaczyna

nasze barwne życie

bez złośliwości —

jest barwne

chwilami aż nazbyt

mieszając kolory

zostawiamy za sobą

tylko mgielne smugi)


Ten był ulubiony.

Chowałaś go do kieszeni.

(ciągły wybór

zwykłe albo-albo

młynki sprzeczności

ścierają nas na pył

to co pozostaje

jest już poza nami

nie do odzyskania

cały wysiłek na nic)


Odchodzisz.

Koniec zabawy.

Podróże lokalne

Starszy referent do spraw niewiadomych

mieszka przy największym z mórz, jakie widział.

Podróżuje.

Na poplamionej koszuli ślady rozmyślań —

kontynenty zbliżające się i oddalające,

czarne dziury wypalone papierosem —

światy tak odległe, że niemal widoczne.

Za oknem ziemia —

kilka błysków, lokalnych nazw.

Nic więcej.


Starszy referent do spraw niewiadomych

ma w pogardzie przymioty lokalnych pejzaży.

Jest smutny. Wątpi.

Piąty rok poszukiwań bez żadnych efektów.

Bukiety refleksów, układanki z liter

tylko męczą oczy, mylą tor dociekań.

Rośnie przerażenie. Złość odbiera siły.


Starszy referent do spraw niewiadomych

zasypia. Śni o własnym życiu.

Znowu jest w podróży, lecz inna to podróż.

Wznosi się nad chmury, potem jeszcze wyżej.

Świszczą gwiazdy, wirują planety,

figlarny kometa swoim świetlnym piórem

wypisuje na niebie prawdy ostateczne.

I nie trzeba czytać. Są tak oczywiste.

Tylko zapamiętać, nie postradać sensu

i można bez lęku rzucić okiem w dół.

Referent spogląda — widzi znany pociąg,

swoją postać z głową opadłą ku ziemi.

Tuż obok ktoś siada i wyciąga nogi.

I tak sen się kończy.


Starszy referent do spraw niewiadomych

budzi się. Żal wykręca krtań.

Osłupiałe oczy śledzą miejsce obok.

Jest puste, to widzi, lecz nie chce uwierzyć.

Po policzku, ku brodzie spływa chłodna kropla,

potem lekko spada

czyniąc dziwny kształt —

jeszcze jeden znak szyfru na brudnej koszuli.

* * *

Nigdy nie chodziłem po trawie

boso nie kalecząc stóp

/to wielka umiejętność/

iść wierząc w przeznaczenie kroku

każdą wypukłość gruntu obdarzać

uśmiechem zdobywcy

i ciepło łączyć z ciepłem

dotyk z dotykiem

jeśli takie pojednanie

to sentymentalne sny poszukiwaczy harmonii

to tam w oddali

drga struna horyzontu

i niebo

i ziemia

razem

Spacer poniżej Akropolu /1991/

Spacer”””

Nie ma w tym krzty powagi,

tylko smutek i litość.

Kamienne bloki, niebo,

muzyka tłucze po grzbiecie —

zachęca do skoku w miasto.


Nie mamy wiele do powiedzenia —

jak przed tysiącem lat,

przed dwoma tysiącami.

Chowamy przeczucie piękna

do pustych kieszeni.

Mykeny

Mykeny — puste miasto

bez śpiewu ptaków.

Jaki ptak chciałby znosić

klekot stu języków

i ruchliwą pstrokaciznę

bawełnianych bluzek.

Natura znów poucza —

odpowiedzią na przesyt

wzgardliwe milczenie.


Mykeny — nudne miasto.

Łazienki królewskie —

kamień śliski jak mydło

i bezużyteczny.

blond nimfa szczerzy zęby,

kusi obiektywem aparatu „Nikon”.

Igraszka techniki

za całą zmysłowość.


Mykeny — durne miasto.

Bałagan spostrzeżeń.

Rumowisko w słońcu.

Żadnego pożytku z kluczenia

wśród ruin.

Brąz opalenizny ustala hierarchię.

Herosem znudzony

sprzedawca wejściówek.

Zatoka

1.

Bura zatoka. Żadnych złoceń słońca

i błękitu nieba.

Chyba bóg się gniewa, ale który

trudno dociec.

Jedynie figowiec z oddali

nieśmiało zaprasza wędrowców.


2.

Bułgar pręży mięśnie. Obiera cebulę.

Rakija w butelce, kochanka u boku

dają pewność ciepłej nocy.

Będzie śpiew i rozpusta —

na złość niepogodzie, żonie i inflacji.


3.

Janie Sebastianie, ty i bez podróży

widzisz wyspy za schodami fal.

I kroczysz po wodzie. Hołdy odbierasz.

Mgły i wiatry tulą ci się do stóp.


4.

Janie Sebastianie — posłuchaj — tam muzyka,

radość. Chrzęst łupanych orzechów,

ktoś pociąga nosem, pękają oliwki.

Na co mi twa harmonia.

Nie odchodź. Poczekaj. Odpocznij.

Noc, morze się chłodzi. Za późno

na kąpiele.


5.

Pycha musi zostać ukarana,

a rozkosz zwykle kończy się drgawkami.

Mrówki zmylone kształtem ucha

pobierają nocne lekcje polifonii:

— Szlachetne dźwięki wydzielają ludzie.

— Patrz, jak ich nadmiar wycieka mu z ust.


6.

Chlap — fala przypływu. Chlup — fala odpływu.

Gościnność — egzotyka. Miłość — rozpasanie.

Świt zlekceważony wrzyna się pod skórę

i poddaje kręgosłup działaniu wilgoci.

— Morze nasze morze! Nie nasze — Egejskie.


7.

Kto mądry nie chłoszcze złym słowem

spienionego morza.

Nie naraża ciała dla nietrwałych doznań.

Nie wzywa nieobecnych dla własnej wygody.


8.

Kto roztropny ma za nic przestrogi żywiołów,

póki własny żywioł gubi go podstępnie.

I nie poucza sam siebie — „nie wiem”

dodać „nie wiem” nie oznacza „wiem”.


9.

Przechadzka po plaży. Powróciło słońce

przywracając właściwe widzenie kolorów

i kształtów.

Na horyzoncie wzdęte brzuchy

niemieckich turystek dialog o wieczności

prowadzą z wyspami:

— Oddaj mi młodość i świetność…

— Przywróć czas, kiedy mój pępek

błyszczał w centrum świata.


10.

Ogrodzenie z siatki. Ani kroku dalej.

Kapitalizm i upał przegradzają zgodnie

marzenia o wędrówce do krańców zatoki.

Odnajdywać wolność w odliczaniu metrów —

do tego potrzebny byłby rybi ogon,

albo pełny portfel.


11.

Figowiec niestrudzenie kusi amatorów

bezpłatnej przekąski.

Łagodny stróż porządku, obrońca słabości

i piewca wszelkich cnót.

Wytchnienie, słodycz, spokój.

Dobrze jest powracać, gdy ktoś czeka.


12.

Kto czeka naprawdę. Jaka nimfa

zaklęta w pniu drzewa zechce wysłuchiwać

spazmatycznych zawodzeń zwarzonego przez słońce

niby-intelektu, od których każdy owoc

psuje się przedwcześnie — jeszcze niedojrzały

spada prosto w piasek.


13.

Fale słonymi językami zlizują miarowo

skroplony na skórze nadmiar emocji.

Sól łączy się z solą. Zatoka zamyka

swe miękkie ramiona i wyrzuca na brzeg

ostudzone ciało.


14.

Nie można ominąć zatoki.

Jej wielka szuflada otwiera się i zamyka.


Do kolekcji — muszelki, piach w bucie,

łupina orzecha, ogonek od pigwy.


Bogata kolekcja — przeziębione nerki,

obtarte kolano, złamany paznokieć.


15.

Kto był nad zatoką nie będzie

przypisywał znaczeń porom roku, dnia i nocy.

Zanurzony w falującą ciecz pominie

gorycz własnego potu.

I nim morze zmieni go w słup soli —

żwawym krokiem wyjdzie na najbliższy brzeg.

Na wzgórzu

Na wzgórzu stoi zamek.

Majestat kamienia wsparty rusztowaniem.

Podziw podparty wskazówkami z książek.

Czytasz. Wiatr pieści kolumny i ochładza twarz,

gubi rachubę stron. Lekko. Przezroczyście.

Błękit unosi ciężar świata.

Bądź ostrożny.

Nie daj się zwieść.


Za wzgórzem wzgórze. Drzewa.

Iglica kapliczki. Płat cienia. Modlitwy.

Niesłyszalne, w obcym języku, a bliskie.

Szklą ci się oczy. Język napiera na wargi.

Bądź ostrożny.

Nim cokolwiek powiesz…


Za wzgórzami miasto. Potoki barw.

Uzbrojone oko dostrzega bez trudu

jak huśtają się biusty przemieniając pośpiech

w erotyczny obrzęd.

Dlaczego nie potrafisz oddychać w ich rytmie.

Pogardę przełykasz na zmianę z łzą żalu.

Kolor, światło, cień.

Bądź ostrożny.

Nic więcej zobaczyć nie możesz.


Nie dla ciebie zbudowano zamek.

I nie za twój spokój modlitwa.

Miasto harcuje bez twego udziału.

Stoisz na wzgórzu i sączysz słowa:

„Gdybym umiał góry przenosić…”.

W teatrze

1.

Brzęk monety słychać na pięćdziesiąt kroków.

Szept na sto, lubieżne wyznanie

niesie się na dwieście. Siarczyste przekleństwo

milknie gdzieś w konarach drzew.


2.

W innym miejscu. Na chodnik

upada pieniążek. Dziewczyna kuca,

chce go podnieść, lecz jego ręka

jest szybsza. Spojrzenie. Uśmiech.

On milczy, jednak ona słyszy:

„Będę Cię dotykał. Męska rzecz

rozpinać guziki i z wilgotnej skóry

pospiesznie wysysać drobiny rozkoszy,

kryć lękliwość w dłoniach owiniętych

Twoimi włosami i krzyczeć tuż

przed drugim brzegiem”.

Ona nic nie mówi. On słyszy odpowiedź:

„Tak. Twoje ciepło jest dla mnie.

Oddam Ci swą siłę, a Ty dasz mi swoją,

tę, o której nie wiesz, że istnieje.

Będę uległa — bo mądrość jest uległa.

Kiedy odejdziesz, będę samotna.

Bowiem samotność jest kresem mądrości”


3.

Piosenka o miłości nucona półgębkiem,

jak piach w upale, przetacza się pośród

rzemiennych sandałów i łaskocze pięty.

Stopy drżą, po chwili dreszcz dosięga łydek,

ud i brzucha. Rozedrgane barki łamią rytm

oddechu. Ramiona poszukują oparcia w powietrzu.

Dłoń trafia na pustkę i wraca spłoszona

do ciasnej kieszeni.


4.

„Teraz powiem wszystko. Wszystko, co potrafię.

Moja nagość wystawiona na próbę ciemności,

która chroni za cenę podwójnego wstydu.

Lecz on przyjdzie później.

Przedtem słowa złudny pakt zawrą z powietrzem —

pełni oddać nie mogąc —

wypełnią ten pokój…”.

Dziewczyna rozwiera pięść.

Składa palec na pokrętle radia.

Piosenka o miłości powraca z podróży.


5.

A gdyby tak krzyknąć jakieś znane hasło.

Z pewnością wypłoszy z liści opór,

ominie powikłane pułapki gałęzi

i rozleje się w sylabach za ścianą zieleni.

Taka jego siła. Zmienić może,

czego nie warto zmieniać i dotrzeć tam,

gdzie niezrozumiałe.


6.

„Ledwo Cię poznałam. Tutaj taki hałas.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 25.58