E-book
7.88
drukowana A5
35.21
Podarunek dla Wszechświata

Bezpłatny fragment - Podarunek dla Wszechświata


Objętość:
99 str.
ISBN:
978-83-8440-305-1
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 35.21

Metrobus wschodniego brzegu Los Angeles sunął cicho jak wielki, stalowy owad. W porannym świetle wytarte siedzenia pachniały kurzem i starym plastikiem, przewożąc pasażerów z zamglonymi oczami i kubkami kawy w dłoniach.


Za oknem po stronie kierowcy migało Eastside — graffiti na murach, podwórka z paletami i figowcami, psy szczekające zza płotów. A nad wszystkim biegł pas srebrzystej rzeki, która raz wyglądała jak lustro, raz — jak blaszana wstążka.


Autobus jechał powoli. Zatrzymywał się często, lecz nie chaotycznie — jakby znał rytm miasta, jego oddech. Ludzie wsiadali milczący, z przeszłością zamkniętą w oczach. Ale byli też młodzi z gitarami, staruszki z kwiatami w torbach, dzieci z rozmarzonym spojrzeniem wpatrzone w niebo. Czasem zza drzew po drugiej stronie rzeki można było dostrzec światła miasta — odległe wieżowce w centrum, niby z innego świata. A jednak tutaj, w tym autobusie, świat był pusty, bliski i prawdziwy.


Leokadia siedziała na jednym z wytartych siedzeń.

Na moment dostrzegła rzekę Los Angeles — uwięzioną w betonowych korytach, lecz oplecioną zielenią, która uparcie wymykała się szarości miasta.


Spojrzenie w tę zieleń wywołało w niej wspomnienia. Czuła zapach polskich łąk, ciepło słońca na skórze, miękkość trawy pod stopami. Słyszała dziadka, jak schylając się nad rośliną, mówił z uśmiechem:

— Patrz, Li, to dziurawiec. On rozjaśnia serce i odpędza smutek.


A potem głos babci, spokojny, pełen troski:

— Li, zobacz, to rumianek. Pomoże na brzuszek, a jego zapach utuli do snu.


W jej oczach pojawiła się wilgoć. Autobus szarpał się i warczał, ktoś obok rozmawiał głośno przez telefon, a ona czuła, jak dwa światy zderzają się w jej wnętrzu — hałaśliwe Los Angeles i ciche, zielone dzieciństwo.


— Li, pamiętaj — słyszała w sobie głos babci — natura ma większą moc, niż myślisz.


Ścisnęło ją w gardle. Tęsknota mieszała się z wdzięcznością. Wiedziała, że to, co otrzymała od dziadków, żyje w niej — jak ukryty skarb, którego nikt nie może jej odebrać.


Za oknem autobusu znów zamigotały kępy trawy wyrastającej spomiędzy betonu. Leokadia odetchnęła głęboko, a w jej sercu odezwało się ciche echo:

— Li, jesteś częścią tego wszystkiego. Nigdy o tym nie zapominaj.

Teraz Leokadia była już lekarką. Czuła, że kontynuuje dzieło swoich dziadków — jakby było jej to pisane. To powołanie wydawało się czymś więcej niż wybór zawodu.


Wiedziała jednak, że współczesna medycyna, choć skuteczna, niosła w sobie pewną dysharmonię. Leki, które miały ratować życie, nierzadko pozostawiały ślady — osłabiały organizm, dawały skutki uboczne, a czasem prowadziły do powikłań. Antybiotyk potrafił zniszczyć chorobę, ale równocześnie zabierał coś delikatnego, co w człowieku było kruche i potrzebne.


Natura działała inaczej. Zioła, napary, nalewki — wspierały organizm, wzmacniały go i harmonizowały, nie odbierając mu sił. Leokadia odczuwała wobec tego głęboką wdzięczność. Uwielbiała naturalne metody leczenia i starała się z nich korzystać wszędzie tam, gdzie mogła.


Miała własną praktykę, dzięki czemu czuła się wolna. Mogła łączyć w swojej pracy różne podejścia — zarówno dorobek współczesnej medycyny, jak i mądrość tradycji przekazaną jej przez dziadków. Wiedziała, że tylko w takiej równowadze leży prawdziwe uzdrawianie.

Leokadia była dobrze wykształcona. Ukończyła studia medyczne, ale jej serce od zawsze biło w rytmie natury. To metody naturalne najsilniej ją pociągały — czuła, że w nich kryje się prawdziwa mądrość.


Z czasem zgłębiła wiele sztuk. Uczyła się masażu, aż jej dłonie stały się czułe i pewne zarazem. Poznała tajniki stawiania baniek, które oczyszczały organizm i uwalniały od chorób. Z biegiem lat opanowała także akupunkturę. Znała punkty na ciele niczym nuty na partyturze — wiedziała, że dotknięcie jednego z nich mogło uspokoić serce, innego — złagodzić ból, a jeszcze innego — przywrócić człowiekowi siłę, gdy wydawało się, że ta zupełnie zgasła.


Kiedy przykładała dłonie do ciała pacjenta, zawsze na chwilę zamykała oczy. Wsłuchiwała się w oddech, w rytm krwi pulsującej w żyłach. Czuła ciepło pod palcami — i subtelny przepływ energii, którego nie sposób zmierzyć ani zobaczyć. To właśnie wtedy, w ciszy gabinetu, wracały do niej wspomnienia.


Widziała babcię, jak wyciąga z kredensu butelkę z bursztynową nalewką. Słyszała dziadka, jak szeptem mówi: „Li, pamiętaj, ciało ma swój język. Jeśli go słuchasz — zdradzi ci, co potrzebne”. Te słowa stawały się jej przewodnikiem.


Lista jej zainteresowań nie miała końca. Każde nowe odkrycie, każdy pacjent, każda historia były dla niej kolejną lekcją. Dzięki temu w swojej praktyce mogła łączyć naukę z intuicją, zachodnią medycynę — z naturalnymi metodami. Wiedziała, że właśnie w tej równowadze kryje się moc uzdrawiająca nie tylko dla ciało, ale i duszę.


W jej gabinecie panowała cisza, którą przerywał jedynie szum klimatyzacji i dalekie odgłosy miasta. Za oknem słońce Los Angeles wlewało się złotym blaskiem, malując na podłodze smugi światła. Leokadia siedziała obok pacjenta — starszej kobiety, która skarżyła się na ból w krzyżu i zmęczenie, które od dawna nie opuszczało jej ciała.


Leokadia ujęła jej dłoń i przez chwilę tylko trwała w milczeniu. Wyczuwała puls, badała oddech, ale jednocześnie słuchała czegoś więcej — subtelnego rytmu, który niósł w sobie całą historię życia tej kobiety.


— Li, wsłuchaj się — rozległ się w jej sercu głos babci, ciepły i spokojny. — Nie tylko w ciało, ale i w to, co niewidzialne.


Zamknęła oczy. Poczuła, jakby babcia stała tuż obok, a za nią dziadek, który lekko skinął głową. W jej wyobraźni widziała ich dłonie — te same, które kiedyś podawały jej zioła i wskazywały drogę po łąkach. Teraz prowadziły ją ku temu, co najważniejsze.


Leokadia sięgnęła po igły do akupunktury. Delikatnie nakłuwała miejsca, które znała jak własne ciało. Kobieta odetchnęła głębiej, a na jej twarzy pojawiło się rozluźnienie, jakby ciężar nagle zelżał.


— Tak, Li — odezwał się znowu głos babci — pamiętaj, że każdy dotyk to nie tylko technika. To troska, miłość i obecność.


Łzy napłynęły Leokadii do oczu. W tej chwili wiedziała, że kontynuuje coś większego niż ona sama. Była mostem między dawnymi łąkami a współczesnym miastem, między mądrością dziadków a cierpieniem pacjentów, którzy przychodzili po ulgę.


Gdy pacjentka po sesji podziękowała jej cicho, Leokadia poczuła, że dziękuje nie tylko jej, lecz także babci i dziadkowi — obecnym, choć niewidzialnym.

W autobusie obok Leokadii było wolne miejsce. Po chwili usiadł na nim człowiek.


— My się chyba znamy — zagadnął. — Czy pani mieszka w tej części Los Angeles? Bo ja tak. Jesteśmy chyba sąsiadami na pobliskich osiedlach.


Leokadia nie przywiązała większej wagi do jego słów. Nie znała go.

— Być może mieszkamy blisko — odparła spokojnie.


— Mam na imię Robert, a pani, zdaje się, Leokadia?


— Tak, zgadza się.

A więc rzeczywiście mnie zna — pomyślała.


Ale nie była zainteresowana rozmową. Robert jednak nie dawał za wygraną. Była od niego starsza, lecz bardzo atrakcyjna — wolna i inteligentna. A on już wtedy skrzętnie zaplanował, jak i kiedy ją okradnie.

Rozmowę przerwał dźwięk telefonu — SMS od Mirka.


Cześć, kochanie. Jak się masz dzisiaj? Czy wróciłaś już z pracy?


Leokadia odpowiedziała szybko:

Jadę właśnie autobusem, będę niedługo.


Chwilę później przyszła kolejna wiadomość:

Wyjeżdżam na tydzień do pracy i nie będę mógł się z tobą spotkać. Ale będziemy w kontakcie.


Leokadia uśmiechnęła się smutno i odpisała:

Dobrze, kochanie. Miłej podróży, pozdrawiam.


— Pani Leokadio, może wpadnę do pani? Potrafię naprawić kran, pomalować ściany… Mogę w czymś pomóc? — zaoferował.


Leokadia uśmiechnęła się lekko.

— Dobrze — odpowiedziała. — Proszę mi opowiedzieć o swojej pracy. I przejdźmy od razu na ty.


Zaczęli się spotykać. Leokadia od pierwszego dnia wiedziała, kim on jest. Rozpoznała w nim złodzieja po jego chodzie i zachowaniu.


Była lekarzem — potrafiła diagnozować po sposobie poruszania się. Obserwując chód człowieka, umiała określić charakter, choroby, a nawet stan narządów wewnętrznych. Miała niezwykłe zdolności i była świetnym diagnostykiem.


Mimo że spodziewała się nieuczciwości, postanowiła wejść w znajomość z Robertem. Chciała sprawdzić siebie — czy sobie poradzi. Chciała zbadać, jaką ma moc i czym tak naprawdę dysponuje.


Byli sąsiadami. Mieszkali w tej samej dzielnicy Eastside, w hrabstwie Los Angeles — w Mieście Aniołów. Było to miejsce pełne parków, lasów i gór. Zaledwie pięćdziesiąt mil na północny wschód od ich dzielnicy rozciągał się ogromny Angeles National Forest — część amerykańskiego systemu lasów narodowych. Ponad siedemset tysięcy akrów chronionej przyrody porastającej zbocza pasm górskich San Gabriel i Sierra Pelona.


Leokadia kochała te miejsca. Często zapuszczała się w dzikie ostępy, wsłuchując się w szum drzew. Szczególnie upodobała sobie brzozy — smukłe, jasne, przypominające jej o kruchości i sile życia zarazem. Nieraz można było ją spotkać nad brzegiem rzeki Los Angeles — szerokiej, potężnej, której nurt odbijał niebo. Lubiła wędrować jej brzegami. Blisko domu miała także park, do którego zaglądała niemal codziennie.


Ale Los Angeles miało również swoją ciemną stronę. Leokadia dobrze ją znała i trzymała się od niej z daleka. Były dzielnice pełne narkomanów i bezdomnych — miejsca, gdzie strach unosił się w powietrzu. Choć samo miasto nie uchodziło za szczególnie niebezpieczne, jak każda metropolia miało swoje strefy mroku: Compton, South Central czy ponure Skid Row — królestwo uzależnionych i bezdomnych. Leokadia unikała takich miejsc. Wybierała naturę — drzewa, rzeki i góry. Tam czuła się sobą.


Z czasem okazało się, że Robert także kocha naturę. To ich zbliżyło. Zaczęli się spotykać — najpierw na kawę, potem na obiady. Czasem Robert pomagał jej w drobnych naprawach w domu. Bywał u niej coraz częściej.


— Leokadio, chciałbym, żebyśmy się zaprzyjaźnili — powiedział pewnego dnia. — Jestem taki samotny. Nie mam nikogo… Mam tylko jedną koleżankę, a tak żyję jak pustelnik. Mieszkamy niedaleko siebie… czy nie zechciałabyś zaprzyjaźnić się ze mną? Jesteś bardzo inteligentna i to mi się w tobie podoba.


Leokadia spojrzała na niego poważnie.

— Robercie, nie wierzę w przyjaźń między kobietą i mężczyzną. Prędzej czy później jedna ze stron będzie chciała czegoś więcej.


Robert zamilkł, zaskoczony. Po chwili jednak skinął głową.

— Masz rację, Leosiu. Moja koleżanka też w końcu chciała być ze mną w związku, a ja powiedziałem jej, że to niemożliwe.


Mimo tych słów zachowywał się tak, jakby nie usłyszał jej przestrogi. Nadal chciał być blisko niej.


— Leokadio — odezwał się po chwili — a może pójdziemy razem na wybory prezydenckie w przyszłą niedzielę? Będzie wybór między Trumpem a Bidenem. Ja głosuję na Trumpa. A ty?


— Ja również — odpowiedziała bez wahania.


To ich jeszcze bardziej zbliżyło. Zgodność poglądów — zarówno politycznych, jak i życiowych — była dla obojga wygodna. Tworzyła poczucie spójności.


— Dobrze, Robercie — powiedziała w końcu. — Pojadę z tobą na wybory.


Umówili się. A kiedy nadszedł dzień głosowania, poszli razem. Po wszystkim Robert zaprosił ją do kawiarni. Siedzieli trzy kwadranse, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Potem odprowadził ją pod dom.


Byli razem na rowerach, więc Robert odprowadził ją niemal pod sam dom. To zdawało się bardzo miłe.

Następnego dnia spotkała się z Mirkiem. Przyjechał wieczorem, jak zwykle, niosąc w sobie tę samą beztroską pogodę ducha. Zawsze coś przywoził — drobne jedzenie, jakąś potrawę, czasem butelkę wina. Wnosił tym samym w jej dom odrobinę prostego, codziennego ciepła.


Wieczory z nim miały swój rytm: wspólna kolacja, muzyka sącząca się w tle, rozmowy o sprawach błahych i powtarzalnych. Dla Mirka były ważne — lubił mówić, dzielić się drobiazgami, nawet narzekać na rodzinne kłopoty, które krążyły wciąż w tych samych słowach. Dla Leokadii były jednak nużące. Siedziała naprzeciw niego, odpowiadała, uśmiechała się, lecz w środku czuła pustkę, jakby jej dusza znajdowała się w innym miejscu. Te rozmowy były tylko dekoracją, cienką warstwą, która miała przykryć milczenie.


A potem przychodziła noc. W niej wszystko się odmieniało — napięcie dnia znikało, zastępowała je cielesna bliskość, intensywna i prawdziwa. To był czas, który naprawdę ich łączył, jakby w półmroku odnajdywali wspólny język, którego brakowało im za dnia.


Leokadia wiedziała jednak, że ten związek miał tylko jedno oblicze. Był wieczorem i nocą — nigdy rankiem, nigdy przyszłością. Ta świadomość bolała, a jednak dawała też pewną ulgę. Byli razem tylko w tej jednej przestrzeni — i oboje się na to godzili.


Robert zadzwonił w południe i zaproponował spotkanie.

— Może pojedziemy na rowery? Albo wpadnę do ciebie, przywiozę ci oleje. Choć na chwilę, naprawdę tylko na krótko. Przed pracą. Nie zostanę dłużej niż godzinę.


Leokadia poczuła lekkie zniecierpliwienie. Zauważyła, że to wszystko jest trochę na siłę.

— Robercie, spotykamy się za często. Nie chcę tak — powiedziała stanowczo.


— Ale ja tylko na chwilę — nalegał. — Przyniosę ci olej z dziurawca. A w niedzielę możemy pojechać na rowery, na wycieczkę.


Zgodziła się. Wiedziała jednak, że wbrew swojej woli. Wyraźnie czuła Roberta. Dostrzegała jego sztuczki, naciągania, nadmierną uprzejmość. Przepuszczał ją ostentacyjnie w drzwiach, a ona odbierała to jako coś sztucznego, śmiesznego. A jednak godziła się na spotkania. Było jej przyjemnie, że ktoś o nią zabiega, że ktoś ją adoruje i troszczy się o nią.


Mimo to czuła, że chce zwolnić tempo. Nie chciała tak częstych kontaktów. Postanowiła zrobić przerwę. Przestała się odzywać, nie odbierała telefonu. Kiedy próbował dzwonić, odpisywała tylko krótko, że jest zajęta. Jej milczenie trwało dwa tygodnie. Robert również milczał.


Pewnego dnia wsiadła na rower. Jechała wzdłuż rzeki, mijając małe sklepiki w dzielnicy Atwater Village, przechodniów zatrzymujących się w lokalnych kawiarniach i butikach. Ona też zatrzymała się na chwilę — przypomniała sobie, że skończyła jej się woda w butelce. Weszła do jednego ze sklepów.


W drzwiach spotkała Roberta z kolegą. Zdziwiony, a zarazem uradowany jej widokiem, uśmiechnął się szeroko, jakby czekał na tę chwilę.

— Poznajcie się — powiedział. — To mój kolega, przyjechał z Europy.


Podała mu rękę.

— Witaj. Miło mi.


— Idziemy właśnie na spacer — dodał Robert. — Teraz nie mam czasu, ale zadzwonię do ciebie wieczorem.


Wróciła na rower i ruszyła dalej. Myśli kłębiły się w jej głowie. To nie koniec tej znajomości. Coś w tym jest. Centrala sprawia, że krążymy wokół siebie, jakby specjalnie prowadziła nas ku sobie. Czy to karma? Przeznaczenie? A może zadanie do wykonania? Nie wiedziała. Czuła jednak, że nie panuje nad tą sytuacją. Chciała zwolnić, ale to tempo narzucało się samo — jakby to ono dyktowało warunki.

Leokadia pedałowała wzdłuż ścieżki rowerowej nad Los Angeles River, w okolicach Frogtown w Eastside. Rower sunął lekko po asfaltowej nawierzchni, a woda w wąskim, betonowym korycie rzeki migotała w słońcu, odbijając błękit nieba i smugi białych chmur.


Po prawej stronie mijała stare magazyny i fragmenty ulicznych murali — eksplozje kolorów na ceglanych ścianach, graffiti pełne energii i scen z życia dzielnicy. Po lewej rozciągały się kępy dzikiej roślinności, z trawami i krzewami, które wdzierały się w betonowe brzegi, przypominając, że natura zawsze znajduje drogę.


Ścieżka wiła się wzdłuż rzeki, prowadząc Leokadię przez mosty i przejścia piesze. W powietrzu unosił się zapach palonego kadzidła z pobliskich domów oraz aromat wilgotnej ziemi, który mieszał się z miejskim kurzem. Czuła wiatr na twarzy i rytm roweru w nogach.

W pewnym momencie skręciła w stronę Fletcher Drive, mijając parę spacerowiczów i biegaczy, którzy salutowali jej lekkim skinieniem głowy. Na krótkim odcinku ścieżki nad rzeką widać było w oddali mosty kolejowe — stalowe konstrukcje przecinające horyzont jak linie w partyturze. Leokadia poczuła, że jest częścią tego miasta i jego rytmu, a jednocześnie — dzięki obecności rzeki, wiatru i zieleni — odnajduje własny spokój, jakby sama była nurtem przepływającym obok świata.


Na chwilę zwolniła, wpatrując się w migoczącą wodę. Poczuła obecność dziadków obok siebie, obecność brata, którego pożegnała, i subtelne mruczenie Loli w domu, jakby cały świat wyszeptał jej: „Li, jesteś dokładnie tam, gdzie powinnaś być”.

Czuła, że jej ciało i umysł stają się jednym z ruchem roweru i rytmem rzeki. Myśli o dziadkach, ich ziołach i czułej opiece przeplatały się z obrazami murali i mostów Eastside. Każdy oddech był zarazem fizycznym i duchowym — wciągał w siebie energię miasta, jej wspomnień i niewidzialnego świata, który zawsze czuła wokół siebie.


Na chwilę zamknęła oczy w ruchu — wiatr muskał jej twarz, a światło odbijało się w wodzie niczym drobne iskry. Poczuła, że rzeka prowadzi ją, jakby sama chciała przekazać coś ważnego. Pedałowanie stało się medytacją, która oczyszczała jej umysł, otwierała serce i pozwalała przyjąć obecność tych, których kochała, w tym brata, który umarł niedawno.


Przejeżdżając pod mostem Fletcher Drive, dostrzegła, że miasto nie jest tylko betonem i hałasem. Było jak żywy organizm, który oddycha razem z nią. Mosty, woda, światło i wiatr tworzyły razem sieć niewidzialnych ścieżek, po których przepływała energia — energia życia, straty, miłości i mocy uzdrawiania.


Leokadia wiedziała, że każda kolejna pedałowa decyzja jest krokiem, w którym łączyła przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, własną moc i energię świata. Rzeka, wiatr i rower stawały się narzędziami, a ona — świadomym uczestnikiem tego cichego, duchowego tańca.


Wieczorem zadzwonił Robert. Cieszył się ze spotkania, z tego, że znowu rozmawiają. Zaproponował kolejne spotkanie za kilka dni. Umówili się.


Leokadia była wtedy bardzo samotna. Po śmierci brata została z bólem, którego nie mogła dzielić z rodziną. Wszyscy mieszkali za granicą. Robert pojawił się w tym czasie, wypełnił pustkę, pozwolił jej mówić o stracie. Był współczujący, bliski. Można powiedzieć, że wyciągnął ją z depresji.


Któregoś dnia zaproponował, żeby zapalili trawkę. Leokadia włączyła muzykę Boba Marleya — tę, którą najbardziej kochał jej brat.


W głośnikach rozbrzmiewał głos Boba Marleya. Melodia płynęła miękko, jakby wiatr niósł ją prosto z dalekich, karaibskich wysp. Rytm pulsował w powietrzu, rozluźniał ramiona, koił myśli.


Leokadia poczuła, że jej serce bije zgodnie z tą muzyką. Każdy dźwięk był jak dotyk słońca — ciepły, lekko rozleniwiający, a jednocześnie budzący do życia. Patrzyła przez okno na ulice skąpane w świetle i miała wrażenie, że Marley mówi do niej osobiście: nie spiesz się, wszystko ma swój czas. Brat kochał tę muzę, łagodziła wszelkie konflikty, dodawała nadziei, kiedy jej brakowało, uspokajała puls.


Gitary i miękki rytm reggae wypełniły pokój, jakby fala słońca wdarła się przez okna, niosąc spokój i wolność. Robert zapalił lufkę, podał ją Leokadii. Zaciągnęła się powoli — a wtedy zapach dymu uderzył w nią nagle, boleśnie znajomy.


To był zapach jej brata. Jego pokoju, jego dłoni, włosów, ubrania, jego śmiechu. W jednej chwili wszystkie obrazy, wszystkie wspomnienia, całe ich wspólne życie przewinęły się jak film: dzieciństwo, rozmowy, ostatnie chwile. I nagle — niczym fala zrywająca tamę — przyszły łzy. Płakała długo, bez oporu, a Marley śpiewał gdzieś w tle o wolności i miłości, jakby dodawał odwagi, by wypuścić to, co zbyt długo pozostawało zatrzymane.


Robert siedział obok w milczeniu, obecny, a to milczenie okazało się ważniejsze niż słowa. Dzięki niemu mogła przeżyć ten żałobny rytuał — pożegnać brata nie w grobowej ciszy, ale w dymie, w muzyce, w tańczących iskrach wolności. Wtedy Leokadia poczuła, że puszcza brata wolno. Że pozwala mu odejść, a tym samym uwalnia i siebie.


Była Robertowi wdzięczna — bo nie każdy mężczyzna potrafiłby unieść taki moment. Była oczarowana: nie nim samym, ale tym, że stał się bohaterem tej chwili, świadkiem i towarzyszem, gdy najbardziej tego potrzebowała.


Ukochana kotka Leokadii, Lola, siedziała na kaloryferze jak mała strażniczka, obserwując każdy ruch w pokoju. Jej smukłe ciało i złote oczy — typowe dla rasy egipskiej — wydawały się promieniować spokojem, który wnikał w przestrzeń niczym niewidzialna aura.


Lola przyglądała się Leokadii i Robertowi. Jakby też słyszała Marleya, który był częścią tej sceny. Choć zwykle ostrożna wobec obcych, teraz zaakceptowała obecność gościa. Kiedy Robert zbliżał się, kotka nieco uniosła głowę, jakby oceniała jego energię, a po chwili opuściła ją, przyjmując go bez słowa.


Jej obecność wprowadzała do pokoju rytm i równowagę. Czasem przesuwała łapę po krawędzi kaloryfera, jakby delikatnie podkreślając swoją aprobatę. Innym razem mruczała cicho, jakby wspierała energię Leokadii w tym, co robiła, tworząc niewidzialny most między ludźmi a tym, co niewidzialne.


Leokadia odczuwała jej uwagę jak ciche błogosławieństwo. Każdy ruch kotki wydawał się zsynchronizowany z jej myślami i oddechem. Lola była jak mały, egipski duch — obecna, świadoma i pełna majestatu. W tej scenie siedziała z nimi, jakby paliła lufkę razem z uczestnikami, chłonąc atmosferę, łącząc światy: codzienność i niewidzialną mądrość, którą przynosiła w swoim rodowodzie.

Lola powoli zeszła z kaloryfera, usiadła tuż przy Leokadii i ocierała się o jej nogi. Jej obecność zdawała się jak zakotwiczony rytuał — subtelny, niemal magiczny, przypominający, że życie i śmierć splatają się w harmonii.


W tym rytuale dymu, obecności kota i bliskości Roberta Leokadia poczuła, że nie jest sama.


Potem wielokrotnie powtarzali ten sposób spędzania czasu. Marley znów wracał, a z nim dym, śmiech i lekkość. To były chwile, kiedy świat wydawał się prosty, a ich obecność przy sobie — naturalna.


Ale Robert lubił grać w swoje gry. Zamiary nie były czyste — próbował osaczać, wiązać ze sobą, odbierać wolność. Leokadia wyczuwała te sztuczki, lecz zamiast się bronić, wyprzedziła go. Dała mu to, czego chciał, nie podstępem, lecz otwarcie. Sama ofiarowała mu swoje skarby — to, co planował wyrwać siłą.


Robert oniemiał. Broń wypadła mu z rąk, a on sam stał się nie złodziejem, lecz obdarowanym. Zaszkliły mu się oczy, nie wiedział, kim jest, co ma zrobić. Po raz pierwszy poczuł, że przyjęcie daru bywa trudniejsze niż kradzież.


Od tego dnia coś w nim pękło. Zaczął myśleć o pracy, o tym, by móc oddawać, a nie odbierać. Spotkania trwały dalej — a Leokadia wiedziała, że w jego cieniu jest także jasność, której się nie spodziewała.


Spotkania nie ustawały.

Robert robił oleje z dziurawca i innych ziół. Pewnego dnia zaproponował Leokadii, aby poszli razem na łąkę. Było to w dzień Świętego Jana, 24 czerwca. Tradycja mówi, że właśnie wtedy należy zbierać dziurawiec, bo kwitnie najpełniej i niesie w sobie moc słońca, zamkniętą w złotych płatkach.


Był poniedziałek. Leokadia pojechała z Robertem rowerami nad Los Angeles River. Łąki przy rzece tętniły życiem — wysokie trawy falowały na wietrze jak zielone morze, dzikie kwiaty rozsiewały swoje barwy, a ptaki i małe stworzenia kryły się w gąszczu. Było w tym miejscu coś ze świętej przestrzeni: oaza natury w samym sercu miasta, pełna ciszy i kolorów.


Zatrzymali się na upatrzonych wcześniej łąkach. Rowery zostawili pod drzewem, a sami poszli w stronę żółtych kępek dziurawca. Tam, pośród zieleni, wydarzyło się coś, czego Leokadia się nie spodziewała.


Zakochała się.


Choć wiedziała, że Robert nie ma czystych zamiarów, że bywa nieuczciwy, a nawet kradnie, w tej chwili zobaczyła go innymi oczami. Patrzyła, jak z niezwykłą delikatnością zbiera kwiaty. Jak chwyta w palce sam koniuszek płatka, jak ostrożnie strząsa owady pijące nektar i jak jednym płynnym, pełnym czułości gestem odrywa kwiat od łodygi, wkładając go do pudełka.


Leokadia nie mogła oderwać od niego wzroku.

Ten prosty człowiek, w oczach wielu być może twardy i niegodziwy, dla niej w tej chwili stał się kimś innym — kimś, kto potrafi dotykać życia z wrażliwością, jakiej nie znała.


— Muszę odpocząć — powiedziała cicho.

Położyła się na miękkiej trawie, a słońce otuliło jej ciało jak ciepły całun. Łąka pachniała słodko, dźwięczała od bzyczenia pszczół i bąków, od śpiewu drobnych owadów ukrytych wśród zieleni. Leokadia wcale nie była zmęczona — coś innego zatrzymało ją w tej chwili.


Nagle poczuła, jak przeszywa ją impuls. Jakby piorun spadł prosto z nieba i wniknął w jej wnętrze. Ugięły się jej nogi, serce zadrżało. To nie był zwykły dreszcz — to było zakochanie, czyste i gwałtowne. Motyle w brzuchu rozpostarły skrzydła.


Robert wciąż stał obok, pochylony nad kwiatami. Zbierał je cierpliwie, skrzętnie, z tą samą delikatnością, która ją wcześniej tak urzekła. A ona myślała tylko jedno — nigdy dotąd nie była z mężczyzną na łące, nigdy nie widziała, by ktoś z taką czułością zrywał kwiaty. Czuła się obdarowana czymś niezwykłym.


Zakochała się w złodzieju.

Zachwyciła się nim do głębi.


Była od niego starsza o dwadzieścia lat, a jednak przy nim czuła się młoda. Jakby czas przestał istnieć, jakby ich wiek się wyrównał. On również nie dostrzegał tej przepaści — istniała jedynie w ich wyglądzie, nie w duszach.


Leokadia leżała i patrzyła na każdy jego ruch. Spokój, skupienie, cierpliwość — wszystko to sprawiało, że serce w niej topniało. Wreszcie wstała i sama zaczęła zbierać kwiaty. Podchodziła do Roberta, wrzucała zerwane dziurawce do jego pudełka. Ich spojrzenia spotykały się w uśmiechach, w prostym porozumieniu, które było jak obietnica.


— Wystarczy — powiedział w końcu Robert. — Mam już ich dość. Teraz trzeba wsadzić je do oleju, by zrobić wyciąg.


Spakowali kwiaty, wsiedli na rowery i odjechali.


Leokadia czuła, że w Robercie kryje się ogromny potencjał. Widziała jego wrażliwość i zaczęła pragnąć go coraz mocniej — pragnęła złodzieja i jego miłości. Dbała o niego tak, by nie musiał już kraść. Sama dawała mu to, czego chciał, wierząc, że w ten sposób oczyszcza wszechświat z odrobiny zła.


On jednak nie umiał odnaleźć się w tym nowym świecie. Dary, które dostawał, nie miały dla niego wartości — były zbyt łatwe, zbyt lekkie, przychodziły same. Nie wiedział, kim teraz jest ani kim naprawdę była kobieta, która nie oczekiwała zapłaty. Był zagubiony, oszołomiony, jakby odebrano mu jego dawną tożsamość.


Leokadia nie zatrzymywała się. Obdarowywała go dalej — aż pewnego dnia podarowała mu naszyjnik z pereł. Perły były symbolem jej miłości, jej dobroci, wyznaniem, że zakochała się w nim na łące, wśród dziurawców.


Kiedy to usłyszał, Robert wykrztusił tylko:

— O Boże… co ja mam teraz z tym zrobić?


Leokadia zdziwiła się jego reakcją, ale o nic nie dopytywała. Zostawiła go z tym ciężarem. Robert bowiem nie znał miłości. Bał się jej. Nie potrafił jej przyjąć. Pierwszy raz serce mu drgnęło, bo wiedział, że kobieta jest szczera, ale właśnie ta szczerość wprawiła go w panikę.


Uciekł. Chciał wrócić do dawnego fachu, skryć się z powrotem w cieniu złodzieja. Ale i tam nie umiał już wrócić — miłość odebrała mu schronienie. Stał na rozdrożu.


Co teraz zrobi złodziej?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 35.21