Przedmowa
Są takie książki, które od pierwszych stron nie tylko opowiadają historię, ale od razu przejmują władzę nad wyobraźnią czytelnika. Wchodzą pod skórę. Zostawiają w człowieku osobliwy rodzaj chłodu, który nie ma nic wspólnego z temperaturą powietrza, lecz z rozpoznaniem, że oto obcuje się z opowieścią dotykającą rzeczy pierwotnych: lęku, winy, głodu, pamięci i milczenia. „Pod Tatrami” należy właśnie do tego rzadkiego gatunku powieści, które są jednocześnie pełnokrwistym thrillerem, znakomitym kryminałem psychologicznym i przejmującą rozprawą o ciemnej stronie człowieka.
To książka zbudowana na niezwykle mocnym fundamencie: na kontraście. Z jednej strony mamy Tatry — ogromne, piękne, surowe, obojętne. Góry, które od pokoleń bywają w polskiej wyobraźni miejscem zachwytu, pielgrzymki, oczyszczenia i spotkania z absolutem. Z drugiej strony mamy ciasnotę starego domu, zamurowanego pieca, piwnic, szczelin, jaskiń, schowków i przewodów, którymi niesie się szmer dawnych głosów. Przestrzeń i klaustrofobia. Widok i mrok. Sacrum i rozpad. W tym właśnie napięciu rodzi się najgłębsza siła tej opowieści.
Najbardziej uderzające w tej powieści jest to, że nie poprzestaje ona na intrydze, choć sama intryga jest znakomita. Autor nie zadowala się prostą konstrukcją: oto śledztwo, oto tajemnica, oto odkrycie. Nie. Tu każde znalezisko odsłania kolejną warstwę winy, a każda odpowiedź rodzi nowe pytanie — nie tylko o fakty, ale przede wszystkim o granice prawa, lojalności, sprawiedliwości i człowieczeństwa. W tym sensie „Pod Tatrami” jest książką niepokojąco dojrzałą. Rozumie, że największy horror nie polega na krwi, lecz na moralnym wyborze. Nie na tym, co zrobił potwór, ale na tym, co robią ci, którzy go rozpoznają.
Centralna oś tej książki — spotkanie dwóch śledztw, oddzielonych czasem, ale połączonych krwią i pamięcią — została poprowadzona z dużą wyczuciem. Współczesna opowieść nie jest tylko echem dawnej sprawy. Ona z nią rozmawia, spiera się z nią, wchodzi z nią w konflikt. To bardzo pięknie pokazany motyw dziedziczenia nie tylko traumy, ale i sposobu patrzenia na świat. Matka i córka nie są tu lustrzanymi odbiciami. Są dwiema wersjami tej samej siły: pragnienia dojścia do prawdy, nawet jeśli prawda okazuje się cięższa od wszelkich kłamstw.
Szczególne uznanie należy się sposobowi, w jaki została tu sportretowana kobieca determinacja. Helena nie jest figurą pomnikową ani papierową „silną bohaterką”. Jest wiarygodna właśnie dlatego, że jej siła nie ma w sobie nic efektownego. To nie jest heroizm teatralny. To jest heroizm biurowy, codzienny, cichy, zrodzony z uporu, kompetencji i samotności. Kobieta funkcjonująca w systemie zbudowanym przez mężczyzn i dla mężczyzn, zmuszona udowadniać dwa razy więcej, widzieć wyraźniej i pamiętać dłużej. Ta postać ma ciężar prawdziwego doświadczenia. Czuć w niej nie tylko literacki zamysł, ale i doskonałą intuicję psychologiczną.
Równie przekonująco wypada Dominika, która nie jest prostą kontynuatorką matki, ale kobietą współczesną — wypaloną, zmęczoną, profesjonalnie skuteczną, a zarazem emocjonalnie wyjałowioną przez rytm życia, jaki narzuca wielkomiejski wymiar sprawiedliwości. To, co spotyka ją pod Tatrami, nie jest więc tylko przygodą kryminalną. To także wejście w głąb siebie. W książce bardzo dobrze wybrzmiewa prawda, którą zna każdy, kto pracował z przemocą, śmiercią lub ludzkim cierpieniem: że nie ma czegoś takiego jak bezpieczny dystans. Każde śledztwo w końcu dotyka śledczego. Każda ciemność chce zostać rozpoznana, ale i zostawia na patrzącym swój ślad.
Osobny akapit należy się konstrukcji antagonisty. Powieściowi psychopaci bywają często przerysowani, zbyt efektowni, sztucznie „genialni” lub przeciwnie — pozbawieni tajemnicy, od razu jednowymiarowo odrażający. Tutaj jest inaczej. Ksiądz Klemens — czy raczej Wasyl Sorokin — został pomyślany i napisany jako postać naprawdę przerażająca, bo zarazem wiarygodna. Nie straszy krzykiem. Straszy opanowaniem. Nie jest demonem z legendy, lecz człowiekiem, który znakomicie rozumie mechanizmy zaufania. Wie, jak działa autorytet, religijny rytuał, wspólnota, samotność i wstyd. Wie, kogo wybrać. Wie, kiedy uderzyć. Wie, jak zniknąć. A nade wszystko — wie, jak używać języka świętości do osłaniania tego, co najbardziej potworne.
W tym miejscu dotykamy jednego z najbardziej śmiałych i najbardziej udanych wymiarów tej książki: jej warstwy teologicznej. Autor nie traktuje religii jako taniej dekoracji ani jako prostego rekwizytu grozy. Nie ma tu powierzchownego antyklerykalizmu, nie ma też łatwego moralizowania. Jest coś trudniejszego i znacznie ciekawszego: analiza religijnego wypaczenia. To znaczy takiego momentu, w którym symbol nie zostaje odrzucony, lecz przejęty przez obłęd. Wtedy święte słowa nie tracą znaczenia — przeciwnie, zostają odczytane z dosłownością tak makabryczną, że właśnie ona staje się sednem zbrodni. To zabieg niezwykle ryzykowny literacko, ale tutaj przeprowadzony z wyczuciem, inteligencją i mocą. Dzięki temu ta opowieść wykracza poza ramy kryminału i staje się medytacją nad tym, jak cienka bywa granica między sakramentem a profanacją, między rytuałem a dewiacją, między pragnieniem zbawienia a żądzą zawłaszczenia ciała.
Nie sposób też nie podkreślić znakomitego wyczucia miejsca. Tatry w tej książce nie są pocztówką. Nie są „ładnym tłem”. Są bohaterem. Żyją własnym rytmem, własnym wiatrem, własną meteorologią lęku. Halny nie pełni tu roli ozdobnika folklorystycznego. Jest żywiołem psychicznym, uruchamiającym niepokój, bezsenność, drażliwość, rozpad porządku. Dom z kolei nie jest jedynie scenerią gotycką, lecz organizmem akustycznym i pamięciowym. To bardzo mocne literacko i zarazem bardzo zakorzenione w polskiej tradycji opisywania gór. Autor świetnie rozumie, że krajobraz nie jest w literaturze neutralny. Każdy teren ma swoją psychologię. Tatry mają psychologię surowości, obcości i skrywania.
Wielką zaletą tej książki jest również język. Jest gęsty, ale nie ciężki. Przystępny, ale nie banalny. Tam, gdzie trzeba, potrafi być oszczędny i chłodny jak protokół sekcji zwłok. Gdzie indziej — niemal poetycki, choć nigdy pretensjonalny. W opisach domu, ciemności, wiatru i gór czuć rękę autora, który rozumie zarówno reportażowy konkret, jak i metafizyczny ciężar szczegółu. To właśnie dzięki temu czytelnik nie tylko „wie”, co się dzieje, ale niemal fizycznie doświadcza tej historii: chłodu kafli, smaku pyłu, zapachu starego drewna, oddechu zamkniętego za murem powietrza.
Warto zwrócić uwagę także na to, jak dobrze poprowadzony został wątek małżeński. Dominika i Mateusz nie są schematyczną parą z thrillera, w której kryzys służy jedynie do generowania napięcia. Ich relacja jest prawdziwa, dojrzała i subtelnie rozpisana. To nie romans ratuje tę historię i nie romans ją napędza. Napędza ją wspólne dźwiganie wiedzy. Współobecność wobec grozy. Małżeństwo nie zostaje tu uratowane przez sentymentalny zwrot, ale przez coś znacznie bardziej wiarygodnego: przez ciężar wspólnie uniesionej tajemnicy.
To wszystko sprawia, że „Pod Tatrami” można czytać na kilku poziomach. Jako wciągający thriller — i na tym poziomie książka działa znakomicie. Jako kryminał proceduralny — i tu również jest bardzo przekonująca. Jako opowieść psychologiczną o dziedziczeniu traumy, o wypaleniu, o bezsenności, o cieniu, jaki rzuca przemoc na tych, którzy ją badają. A także jako przypowieść o prawdzie, która bywa za ciężka dla instytucji, ale nie przestaje być prawdą tylko dlatego, że nikt nie chce jej przyjąć.
Jeśli więc szukają Państwo książki, która nie tylko trzyma w napięciu, ale też zmusza do myślenia; książki mrocznej, ale nie efekciarskiej; inteligentnej, lecz nie chłodnej; odważnej, a przy tym znakomicie zakorzenionej w polskiej przestrzeni kulturowej i geograficznej — ta powieść spełnia te oczekiwania z nadwyżką. To jeden z tych rzadkich utworów, po których zostaje nie tyle wspomnienie fabuły, ile stan wewnętrzny: mieszanina niepokoju, podziwu i zadumy.
A to, w literaturze, jest osiągnięciem najwyższej próby.
Proszę wejść do tego domu ostrożnie. Proszę słuchać ścian. Proszę nie lekceważyć halnego. I proszę pamiętać, że pod najpiękniejszym krajobrazem czasem kryje się to, czego człowiek najbardziej nie chce zobaczyć — ale co, raz zobaczone, zostaje z nim na zawsze.
Rozdział 1: Klucze
Ostatni odcinek drogi za Nowym Targiem Dominika zapamiętała jako tunel. Nie dlatego, że jechali tunelem — autostrada kończyła się kilkanaście kilometrów wcześniej i teraz sunęli dwupasmówką przez Szaflary, mijając przydrożne krzyże i billboardy reklamujące oscypki — ale dlatego, że mgła opadła nagle, gęsta i mleczna, jakby ktoś zasunął kurtynę między nimi a resztą świata. Tatry zniknęły. Jeszcze kwadrans temu widać je było nad horyzontem, zimowe, poszarpane, z pierwszym śniegiem na graniach, a teraz nie było nic. Tylko szarość i czerwone światła ciężarówki przed nimi.
Mateusz prowadził spokojnie, obiema rękami na kierownicy, z tą swoją irytującą pewnością człowieka, który zawsze wie, dokąd jedzie. Dominika siedziała na fotelu pasażera z telefonem w dłoni, kciukiem przewijając uzasadnienie wyroku w sprawie Kowalczyka — trzysta osiemnaście stron, czcionka jedenastka, interlinia pojedyncza. Skazany odwołał się w poniedziałek. We wtorek Dominika złożyła wniosek o urlop bezpłatny. Prokurator okręgowy spojrzał na nią tak, jakby mu powiedziała, że zamierza polecieć na Marsa.
— Pani prokurator, pani jest na liście do awansu. Teraz?
— Właśnie teraz — odpowiedziała i wyszła z gabinetu, zanim zdążył zaprotestować.
To było cztery dni temu. Teraz siedziała w samochodzie, czytała uzasadnienie wyroku, którego już nie musiała czytać, i czuła, jak szczęka jej się zaciska przy każdym akapicie. Piętnaście lat w prokuraturze robiło z człowiekiem rzeczy, o których nie pisali w podręcznikach prawa karnego. Nie chodziło o trupy — do trupów się przyzwyczaiła po pierwszym roku. Nie chodziło o zło — zło było przewidywalne, banalne, powtarzalne. Chodziło o papierkową robotę zła. O formularze, które trzeba wypełnić po tym, jak ktoś zabił kogoś siekierą. O terminy, które trzeba dotrzymać, żeby morderca nie wyszedł na wolność z powodu błędu proceduralnego. O ten moment, kiedy po raz setny piszesz akt oskarżenia i zdajesz sobie sprawę, że używasz tych samych zdań co za pierwszym razem, tylko zmieniasz nazwiska.
Mateusz zerknął na nią kątem oka.
— Możesz to odłożyć? Oficjalnie jesteśmy na urlopie.
— Przeglądam tylko.
— Przeglądasz od Krakowa. Mamy jeszcze dwadzieścia minut.
Dominika wyłączyła ekran i wsunęła telefon do kieszeni kurtki. Za oknem mgła zaczęła się rozrzedzać. Przez szarość przebijały kontury domów — drewnianych, z kamiennymi fundamentami, z dachami stromymi jak plecy skulonego zwierzęcia. Podhale wyłaniało się z mleka jak fotografia w wywoływaczu. Dominika pomyślała, że to porównanie jest zbyt literackie jak na prokuratorkę i że matka by się z niej śmiała. Helena Witek nigdy nie używała metafor. Helena Witek mówiła wprost. Do momentu, kiedy przestała mówić w ogóle.
— Będzie dobrze — powiedział Mateusz.
Dominika nie odpowiedziała. Nie dlatego, że się nie zgadzała. Po prostu nie wiedziała, co to słowo oznacza w kontekście ich małżeństwa.
Jedenaście lat. Wzięli ślub na czwartym roku studiów prawniczych, ku rozpaczy swoich promotorów i zachwytowi rodziców. Dwa młode wilki, jak mówił profesor Kaczmarek na seminarium z prawa karnego. Para, która kończyła nawzajem swoje zdania i nawzajem poprawiała sobie akty oskarżenia. Przez pierwsze pięć lat byli nie do rozdzielenia — wspólne sprawy, wspólne śledztwa, wieczory przy winie i kodeksach. Potem coś się zmieniło. Nie nagle — nie było kłótni, zdrad, trzaśniętych drzwi. Było powolne dryfowanie, jak dwie kry na spokojnej rzece, które o milimetr na dobę oddalają się od siebie, aż pewnego ranka budzisz się i widzisz, że między wami jest metr ciemnej wody.
Dom w Zakopanem był pomysłem Mateusza. Dominika usłyszała o nim po raz pierwszy trzy miesiące temu, przy kolacji w ich krakowskim mieszkaniu na Krowodrzy — kolacji, którą jedli w milczeniu, każde nad swoim laptopem, aż Mateusz zamknął pokrywę i powiedział:
— Jest licytacja komornicza. Stary dom pod Giewontem. Cena wywoławcza — śmieszna.
Dominika podniosła wzrok znad ekranu.
— Jaki dom?
— Drewniany. Duży. Wymaga remontu, ale ma fantastyczną lokalizację. Z dala od Krupówek, blisko szlaku na Giewont. Działka dwa tysiące metrów. Las dookoła.
— Mateusz, my nie mamy czasu na dom w Zakopanem.
— Właśnie o to chodzi. Żebyśmy mieli.
Patrzyła na niego przez chwilę. Mateusz miał czterdzieści dwa lata i twarz, która wyglądała na trzydzieści pięć — jasne oczy, krótkie ciemne włosy, szczęka człowieka, który biega po pięć kilometrów dziennie, deszcz czy śnieg. W prokuraturze mówili na niego Kompas, bo zawsze wiedział, gdzie jest północ. Dominika kiedyś kochała w nim tę pewność. Teraz ją drażniła. Albo — i to było gorsze — była jej obojętna.
— Ile? — zapytała.
Mateusz podał kwotę. Dominika uniosła brwi. To rzeczywiście było śmiesznie mało.
— Dlaczego tak tanio?
— Stał pusty od lat osiemdziesiątych. Ostatnia właścicielka zmarła, spadkobiercy się zrzekli. Nikt nie chciał kupić.
— Nikt nie chciał kupić domu pod Giewontem? W Zakopanem? W dzisiejszych cenach?
Mateusz wzruszył ramionami.
— Może wymaga za dużo roboty. Może lokalizacja jest za daleko od centrum. Ludzie chcą blisko Krupówek, blisko kolejki, blisko knajp. Ten dom jest na uboczu. Ostatni przed lasem.
Dominika zamyśliła się. Coś w tym opisie ją przyciągało — ostatni przed lasem. Jakby dom stał na granicy między światem ludzi a czymś innym. Starszym. Obojętnym.
— Dobra — powiedziała. — Jedźmy zobaczyć.
Nie pojechali. Mateusz kupił dom na licytacji online trzy tygodnie później, bez oglądania. Dominika dowiedziała się, gdy wrócił z pracy z kluczami i aktem notarialnym. Powinna być wściekła. Nie była. Poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać — jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju i wpuścił powietrze, którego nie wiedziała, że potrzebuje.
Teraz jechali odebrać te klucze — formalnie. Akt notarialny wymagał jeszcze jednego podpisu, jej podpisu, przy notariuszce w Zakopanem. Potem mogli wejść do domu. Ich domu.
Kancelaria notarialna mieściła się przy bocznej uliczce za Krupówkami, w kamienicy o grubych murach i niskich sufitach. Notariuszka, mecenas Agata Kwiatkowska, była drobną kobietą po sześćdziesiątce, w okularach na łańcuszku i swetrze w norweskie wzory. Uścisk dłoni miała zaskakująco mocny. Dokumenty rozłożyła na biurku z precyzją chirurga — każda strona w odpowiednim miejscu, każda zakładka w odpowiednim kolorze.
— To dom przy ulicy Leśnej trzynaście — powiedziała, wsuwając okulary na nos. — Proszę tu i tu.
Dominika podpisywała, a notariuszka mówiła — profesjonalnie, ale z nutą czegoś, co Dominika, po piętnastu latach przesłuchiwania ludzi, rozpoznawała jako starannie kontrolowany dyskomfort.
— Dom stał pusty od lat osiemdziesiątych — powiedziała mecenas Kwiatkowska, nie podnosząc wzroku znad dokumentów. — Ostatnia właścicielka, pani Zofia Dąbrowska, przeprowadziła się do Krakowa w osiemdziesiątym szóstym roku. Zmarła w dwa tysiące dziesiątym. Spadkobiercy — siostrzeńcy z Gdańska — próbowali sprzedać, ale bezskutecznie. Finalnie zrzekli się spadku. Gmina przejęła, wystawiła na licytację. Państwo Paluch to pierwszy nabywca od trzydziestu ośmiu lat.
Mateusz pochylił się do przodu.
— Wie pani, dlaczego nikt nie chciał kupić?
Notariuszka zdjęła okulary i po raz pierwszy spojrzała na nich oboje. Miała jasne, wodniste oczy i sposób patrzenia, który mówił: wiem więcej, niż zamierzam powiedzieć.
— To stary dom — powiedziała ostrożnie. — Wymaga generalnego remontu. Instalacja elektryczna do wymiany, dach do przełożenia, piec nieczynny od lat. Ludzie liczą koszty i wolą kupić mieszkanie z rynku wtórnego. To czysta ekonomia.
— Ale? — Dominika nie mogła się powstrzymać.
— Słucham?
— Ma pani w oczach „ale”. Widzę to.
Notariuszka uśmiechnęła się lekko — nie ciepło, raczej z rezygnacją kogoś, kto wie, że został przejrzany.
— Nie ma żadnego „ale”, pani prokurator. Po prostu tutaj ludzie mają swoją pamięć i swoje opowieści. Dom stał pusty bardzo długo. Domy, które stoją puste, obrastają historiami. Wie pani, jak to jest na prowincji.
— Jakimi historiami?
— Różnymi. — Notariuszka włożyła okulary z powrotem na nos, sygnalizując koniec tematu. — Proszę tu jeszcze podpisać. I tu.
Dominika podpisała. Mecenas Kwiatkowska wręczyła im komplet kluczy — trzy ciężkie, mosiężne klucze na metalowym kółku, pachnące starym żelazem. Uścisnęła im dłonie przy drzwiach. Kiedy wychodzili, powiedziała jeszcze:
— Życzę państwu powodzenia z remontem. I proszę — jeśli znajdą państwo coś w domu, stare dokumenty, rzeczy osobiste — niech państwo dadzą znać do urzędu gminy. Ludzie czasem zostawiają po sobie różne… pamiątki.
W samochodzie Mateusz przekręcił kluczyk w stacyjce i spojrzał na Dominikę.
— O co jej chodziło z tymi historiami?
— Nie wiem. Pewnie nic. Stary dom, przesądy lokalne, sąsiadki gadające przez płot.
— Ty jej nie uwierzyłaś.
— Nie muszę jej wierzyć. Muszę zobaczyć dom.
Droga do domu prowadziła pod górę, wąską, asfaltową drogą, która po kilku minutach zamieniała się w szutrową ścieżkę między starymi świerkami. Ostatnie dwa domy minęli trzysta metrów wcześniej — pensjonat z zamkniętymi na zimę okiennicami i drewnianą chatę z dymiącym kominem, przed którą stał stary traktor. Potem był już tylko las, ścieżka i na jej końcu — dom.
Dominika zobaczyła go i poczuła coś, co trudno było nazwać. Później, kiedy próbowała opisać ten moment Mateuszowi, powiedziała „dreszcz”, ale to nie było to. Dreszcz jest szybki, przelotny. To, co poczuła, było powolne — jak zanurzanie stopy w zimnej wodzie, stopniowe, od palców po kostki.
Dom był duży. Większy, niż wyobrażała sobie na podstawie zdjęć z licytacji. Tradycyjna konstrukcja — potężne bale drewniane, ciemne od starości i deszczu, na kamiennym fundamencie. Dach stromy, dwuspadowy, pokryty drewnianymi gontami, na których rósł mech tak gęsty, że wyglądał jak zielony futrzany koc. Okna wąskie, głęboko osadzone w grubych ścianach, z okiennicami — większość zwisała na jednym zawiasie, kilka brakowało. Ganek z wyrzeźbionymi w drewnie słoneczkami, których farba złuszczyła się tak dawno, że widać było tylko cień wzoru. A nad tym wszystkim — komin. Ogromny, kamienny komin, masywny jak baszta, wznoszący się ponad kalenicę dachu.
— Jezus Maria — powiedział Mateusz.
Dominika nie była pewna, czy to zachwyt, czy przerażenie.
— Jest… duży — powiedziała.
— Jest piękny. — Mateusz już wysiadał z samochodu, już szedł ścieżką przez zarośnięty ogród, w którym dzika róża i pokrzywy walczyły o każdy centymetr. — Patrz na te bale. To modrzew, Dominika. Modrzew pociemniał, ale jest twardy jak kamień. Ten dom stoi sto pięćdziesiąt lat i będzie stał kolejne sto pięćdziesiąt.
Dominika szła za nim, ostrożnie stawiając stopy na nierównych kamieniach ścieżki. Powietrze było inne niż w Krakowie — ostre, czyste, z nutą żywicy i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła zidentyfikować. Czegoś starego. Potem dotarli do drzwi — masywnych, dębowych, z kutym uchwytem w kształcie lwa — i Mateusz wsunął klucz w zamek.
Zamek nie chciał się przekręcić. Mateusz szarpał, przekręcał, próbował drugiego klucza, trzeciego. W końcu pierwszy klucz wszedł z opornym zgrzytem, jakby mechanizm nie został użyty od dziesięcioleci, jakby dom bronił się przed otwarciem. Mateusz naparł ramieniem i drzwi ustąpiły ze skrzypnięciem, które przeszło Dominice przez kręgosłup.
Weszli.
Pierwszy oddech wewnątrz domu smakował stęchlizną, kurzem i czymś słodkawym — może spleśniałym drewnem, może starą tapetą, może czterdziestoletnim bezruchem powietrza, które nie miało się czym odświeżyć. Dominika zacisnęła usta i oddychała przez nos, próbując się przyzwyczaić. Mateusz zakasłał.
Stali w sieni — ciasnym przedsionku z kamienną posadzką, na której leżały resztki starej, rozsypującej się wycieraczki. Na ścianach wisiały drewniane wieszaki na ubrania, puste, z zardzewiałymi haczykami. Z sieni prowadziły drzwi do trzech pomieszczeń i strome, wąskie schody na piętro.
Mateusz poszedł przodem. Dominika za nim. Przeszli przez kuchnię — dużą, z kamiennym blatem i pustymi szafkami, z których wypadły drzwiczki — do salonu. I tu Dominika się zatrzymała.
Salon był duży — może trzydzieści metrów kwadratowych, z niskim, belkowanym sufitem i podłogą z szerokich desek, które skrzypiały pod każdym krokiem. Na ścianach — resztki kwiecistej tapety, kiedyś pewnie kolorowej, teraz wyblakłej do jednolitej szarości. Pod oknem — stary kredens z potłuczonymi szybkami. W kącie — krzesło bujane z połamanym oparciem. Na podłodze — plamy wilgoci i ciemne ślady, których pochodzenia Dominika wolała nie analizować.
Ale to nie kredens ani krzesło przykuło jej uwagę. Dominował piec. Ogromny, kaflowy piec chlebowy, który zajmował prawie ćwierć pomieszczenia. Sięgał od podłogi do sufitu, zbudowany z szarych i zielonkawych kafli, z których część popękała, a kilka brakowało, odsłaniając ceglane wnętrze. Miał masywne, żeliwne drzwiczki od strony kuchni — zamknięte, zardzewiałe na głucho — i szeroką, kamienną ławę dookoła podstawy, na której kiedyś zapewne siadali domownicy, grzejąc plecy. Piec był zamurowany. Palenisko, otwory wentylacyjne, wszystko — zamknięte cegłami i zaprawą. Jakby ktoś chciał się upewnić, że ten piec nigdy więcej nie zostanie otwarty.
Dominika podeszła i dotknęła kafli. Były zimne — zimne jak kamień nagrobny. Cofnęła rękę szybciej, niż zamierzała.
— Piec jest nieczynny od lat — powiedział Mateusz, zaglądając z kuchni. — Trzeba będzie go albo rozebrać, albo odrestaurować. Ale na to mamy czas.
— Czemu go zamurowali? — zapytała Dominika.
— Co masz na myśli?
— Patrz. Palenisko jest zamurowane. Cegły i zaprawa. To nie jest normalne wyłączenie pieca. Normalnie zamykasz klapę, gasisz rewer. Nie murujesz go cegłami.
Mateusz podszedł i przyjrzał się.
— Może z powodu czadu. Stare piece potrafiły zatruwać. Może właścicielka kazała zamurować z bezpieczeństwa, kiedy się wyprowadzała.
— Może — powiedziała Dominika. Nie brzmiała na przekonaną.
Resztę popołudnia spędzili na rozładowywaniu samochodu i urządzaniu prowizorycznego kąta do spania. Mateusz wniósł materace, śpiwory, termofory, przenośny grzejnik elektryczny — prąd, o dziwo, działał, choć żarówki migotały niepokojąco. Dominika odkurzyła jedną z sypialni na piętrze — małą, z oknem wychodzącym na las, z podłogą, która skrzypiała jak orkiestra smyczkowa pod każdym krokiem. Rozłożyła materace, śpiwory, zapaliła grzejnik. Pokój zaczął się nagrzewać i pachnieć rozgrzanym kurzem.
— Kolacja? — Mateusz stał w drzwiach z reklamówką, z której wystawały bagietka, ser i butelka wina.
Jedli w kuchni, siedząc na starych skrzynkach, przy świetle jedynej działającej żarówki, która rzucała żółte, niespokojne światło. Mateusz otworzył wino — merlot, ich ulubione z czasów, gdy mieli ulubione — i nalał do plastikowych kubków. Dominika piła powoli, patrząc przez kuchenne okno na ciemność za szybą. Noc pod Tatrami nie przypominała nocy w Krakowie. W mieście ciemność była zawsze rozcieńczona — latarniami, ekranami, światłem z okien. Tu ciemność była absolutna, gęsta, nieprzenikniona. Las za oknem nie był widoczny — był tylko czernią, która zaczynała się tuż za szybą i ciągnęła do nieskończoności.
— Cicho tu — powiedziała Dominika.
— O to chodziło. — Mateusz uśmiechnął się. — Cisza, góry, las. Żadnych akt, żadnych terminów, żadnych sądów.
— Nie mówię, że mi się nie podoba. Mówię, że jest cicho. Inaczej cicho niż w Krakowie. W Krakowie cisza to brak hałasu. Tu cisza jest… obecna. Jakby coś było. Nie brak czegoś.
Mateusz spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
— Jesteś zmęczona. Dobrze ci zrobi sen.
— Pewnie tak.
Ale Dominika nie mogła zasnąć.
Leżała na materacu, w śpiworze, z twarzą zwróconą do sufitu, na który padał blady blask księżyca przez szparę w okiennicach. Mateusz oddychał miarowo obok — zasnął w ciągu trzech minut, jak zawsze, z tą swoją irytującą zdolnością do wyłączania się na żądanie. Dominika leżała i słuchała. Dom nie był cichy. Skrzypiał, trzeszczał, wydawał dźwięki, które w ciągu dnia tonęły w hałasie codzienności, ale nocą stawały się wyraźne jak kroki na pustym korytarzu. Drewno pracowało — rozszerzało się i kurczyło pod wpływem temperatury, belki stropowe stękały pod ciężarem dachu, gdzieś w ścianie coś stukało arytmicznie, jakby mały palec pukał w drewno od wewnątrz.
Dominika zamknęła oczy i próbowała myśleć o niczym. Nie potrafiła. Myślała o matce.
Helena Witek zmarła trzy lata temu w domu opieki przy ulicy Wielickiej w Krakowie. Demencja zabrała ją kawałek po kawałku — najpierw krótkotrwałą pamięć, potem nazwiska, potem twarze, potem słowa. Pod koniec Helena leżała w łóżku z otwartymi oczami i nie rozpoznawała córki, która przyjeżdżała co niedzielę z kwiatami i owocami, które Helena nie potrafiła już jeść. Dominika siadała przy łóżku, trzymała ją za rękę i mówiła — o pracy, o pogodzie, o niczym — a Helena patrzyła w sufit i milczała.
Jeden raz — tylko jeden, pod koniec — Helena odwróciła głowę, spojrzała na Dominikę i powiedziała wyraźnie, z perfekcyjną dykcją prokurator, którą kiedyś była:
— Sprawdź piec.
A potem zamknęła oczy i więcej się nie odezwała. Umarła trzy tygodnie później.
Dominika nigdy nie wiedziała, co to znaczy. Złożyła to na karb demencji — losowe słowa, bez kontekstu, bez sensu. Teraz leżała w ciemnym pokoju, w domu pod Giewontem, i te dwa słowa wróciły do niej z siłą, która wypchnęła jej powietrze z płuc.
Sprawdź piec.
Odwróciła się na bok, twarzą do ściany. Zamknęła oczy. Zmusiła się do liczenia oddechów — technika, której nauczył ją terapeuta, u którego była trzy razy, zanim zrezygnowała, bo nie miała czasu. Jeden. Dwa. Trzy. Przy pięćdziesiątym szóstym oddechu zasnęła.
Obudził ją świt — blady, mglisty, wlewający się przez szpary w okiennicach jak rozcieńczone mleko. Mateusz już nie spał — słyszała go na dole, w kuchni, brzęk kubków i szum czajnika podróżnego. Dominika wstała, narzuciła polar na piżamę i zeszła na dół bosymi stopami, czując pod skórą stóp chłód starych desek i drobne nierówności drewna.
Mateusz stał przy oknie z kubkiem kawy, patrząc na las.
— Chodź tu — powiedział. — Musisz to zobaczyć.
Dominika podeszła. Mgła się podniosła. Za ogrodem, za lasem, za dolinami — Tatry. Widok, który odbierał oddech i słowa jednocześnie. Ściany skalne, szare i rude, w porannym świetle wyglądały jak katedra — ogromna, surowa, zbudowana przez kogoś, kto nie miał pojęcia o ludzkim komforcie i nie obchodziło go to. Śnieg na szczytach lśnił blado-różowo.
— Piękne — powiedziała Dominika. I po raz pierwszy od miesięcy miała to na myśli.
— Mówiłem ci. — Mateusz uśmiechnął się. — Będzie dobrze.
Stali tak chwilę, w ciszy, z kubkami kawy, patrząc na góry. Przez może trzydzieści sekund Dominika poczuła coś, co mogłoby być spokojem. Albo przynajmniej jego cieniem. Potem jej wzrok zjechał z gór na ogród, z ogrodu na dom, z domu na ścianę salonu, za którą stał zamurowany piec.
Sprawdź piec.
Odwróciła się od okna.
— Mateusz, muszę ci coś powiedzieć. Przed śmiercią mama powiedziała do mnie dwa słowa. Jedyne wyraźne słowa od miesięcy. Powiedziała: „Sprawdź piec.”
Mateusz opuścił kubek.
— Jaki piec?
— Nie wiem. Wtedy myślałam, że to demencja. Losowe słowa. Ale teraz — stary dom, zamurowany piec, matka, która nigdy nie mówiła o Zakopanem…
— Dominika. — Mateusz postawił kubek na blacie i odwrócił się do niej. Miał twarz człowieka, który bardzo chce być cierpliwy. — Twoja mama miała demencję. Ludzie z demencją mówią losowe rzeczy. To nie jest wskazówka. To nie jest sprawa. To jest stary, nieczynny piec w starym domu, który kupiliśmy, żeby naprawić nasze życie. Nie żeby prowadzić śledztwo.
Dominika patrzyła na niego. Wiedział, że ma rację. Ona też wiedziała, że ma rację. Problem polegał na tym, że Dominika Paluch, prokurator z piętnastoletnim stażem, nigdy w życiu nie potrafiła zostawić pytania bez odpowiedzi.
— Masz rację — powiedziała.
Mateusz odetchnął z ulgą.
— Świetnie. To co, obejrzymy resztę domu?
Zwiedzali dom systematycznie, pokój po pokoju, robiąc notatki — Mateusz w aplikacji na telefonie, Dominika w głowie. Parter: kuchnia, salon z piecem, mała spiżarnia, łazienka (rury zardzewiałe, toaleta nie działa, wanna z żeliwa waży chyba tonę). Piętro: trzy sypialnie, z których jedna miała rozbite okno zabite dyktą, druga — ślady wilgoci na suficie, a trzecia — ta, w której spali — była w najlepszym stanie. Pod dachem — strych, do którego prowadziła drewniana drabina. Strych był pusty poza resztkami słomy i starą, połamaną kołyską.
Kołyska zatrzymała Dominikę. Stała na środku pustego poddasza, samotna jak opuszczony statek. Drewno pociemniałe, jeden biegun złamany, resztki lnianej pościeli w środku — pożółkłej, kruchej. Dominika patrzyła na nią i myślała o dzieciach, których nie miała. Nie z wyboru — z odwlekania. Najpierw aplikacja, potem awans, potem kolejna sprawa, potem następna, i nagle miała trzydzieści osiem lat i kołyska na strychu obcego domu wydawała jej się bardziej intymna niż cokolwiek w jej własnym życiu.
Zeszła na dół. Mateusz był w piwnicy.
Piwnica okazała się większa niż parter — labirynt małych pomieszczeń z kamiennymi ścianami, niskimi sklepieniami i ziemną podłogą. Stara spiżarnia z pustymi półkami, na których stały zakurzone słoiki — puste lub z czymś ciemnym, gęstym, nie do zidentyfikowania. Dawna wędzarnia z zaczernionym sufitem i hakiem w belce. Składzik na narzędzia z resztkami drewna opałowego, które rozsypywało się w dłoniach. I jeszcze jedno pomieszczenie — najgłębsze, za ciężkimi, drewnianymi drzwiami, które Mateusz musiał wyważyć ramieniem.
To pomieszczenie było inne. Mniejsze, bardziej suche, z murowanymi ścianami zamiast kamiennych. Na podłodze — betonowa wylewka, popękana, ale solidna. Na jednej ścianie — drewniany regał z kilkoma starymi książkami, których tytuły Dominika nie mogła odczytać w słabym świetle latarki. I na podłodze, za starymi skrzynkami po jabłkach, z których drewno rozsypywało się w pył — metalowa walizka.
Mateusz podniósł ją. Ciężka, pokryta patyną rdzy, z prostym zamkiem, w którym tkwił klucz. Klucz obrócił się z trzaskiem.
— Co tam jest? — zapytała Dominika, stojąc za nim.
Mateusz otworzył walizkę. W środku, ułożone starannie, leżały teczki. Kartonowe, wiązane tasiemką, z wyblakłymi pieczęciami. Milicja Obywatelska. Prokuratura Rejonowa w Nowym Targu. Na wierzchu — zeszyty w kratkę, trzy sztuki, zapisane drobnym, pochyłym pismem. I fotografie — czarno-białe, krawędzie pożółkłe, formatu pocztówkowego.
Mateusz wziął pierwszą fotografię. Grupa ludzi przed kościołem — kilkanaście osób, kobiety w chustkach, mężczyźni w garniturach, dzieci z przodu. W centrum, o głowę wyższy od reszty, stał mężczyzna w sutannie. Ciemne włosy z siwizną na skroniach, szerokie ramiona, uśmiech, który nawet na wyblakłym zdjęciu promieniował ciepłem i pewnością siebie. Na piersi — drewniany krzyż na sznurku. Na odwrocie, zapisane ołówkiem, wyblakłe, ale czytelne: „Ks. Klemens z wiernymi po Mszy Świętej, Wielkanoc 1984.”
Mateusz odłożył zdjęcie i sięgnął po zeszyt. Otworzył na pierwszej stronie. Przeczytał nagłówek i podniósł wzrok na Dominikę. Miał dziwną minę — nie strach, nie zdziwienie, ale tę specyficzną prokuratorską czujność, którą oboje znali z sal sądowych i przesłuchań.
— Dominika. Chyba powinnaś na to spojrzeć.
Podał jej zeszyt. Dominika wzięła go w dłonie — był lekki, kruchy, pachniał wilgocią i starym papierem. Poświeciła latarką na pierwszą stronę. I zamarła.
Pismo. Drobne, pochyłe literki, z charakterystycznym sposobem stawiania litery „k” — z pętlą u góry, która wyglądała jak mały parasol. Takie samo „k” widniało na kartkach z przepisami kulinarnymi, które Helena wieszała na lodówce w krakowskim mieszkaniu. Takie samo „k” było na podpisach pod szkolnymi usprawiedliwieniami. Takie samo „k” Dominika widziała po raz ostatni na formularzu zgody na pobyt w domu opieki, który Helena podpisała drżącą ręką sześć lat temu.
To był charakter pisma jej matki.
Dominika przeczytała pierwszą notatkę. Data: marzec 1983. „Zaginięcie Janiny Krawczyk, lat 34, turystka z Katowic. Ostatni raz widziana na szlaku w towarzystwie miejscowego duchownego, ks. Klemensa Dąbrowskiego. Przesłuchanie świadków nie przyniosło rezultatów. Milicja traktuje sprawę jako wypadek górski. Ja nie jestem przekonana.”
Dominika podniosła wzrok z zeszytu. Patrzyła na Mateusza. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Widziała swoją matkę — młodą, przed chorobą, przed milczeniem — pochyloną nad tym samym zeszytem, w tym samym domu, czterdzieści lat temu.
— To pismo mojej matki — powiedziała. Głos miała spokojny i równy, jak podczas odczytywania aktu oskarżenia, ale dłonie, które trzymały zeszyt, drżały.
— Jesteś pewna?
— Mateusz. Rozpoznaję pismo własnej matki.
Cisza. W piwnicy było zimno, wilgotno, pachniało ziemią i starym kamieniem. Gdzieś nad nimi, w rurach i przewodach starego domu, coś szumiało — może wiatr, może woda, może echo czegoś, co zdarzyło się dawno temu i nie potrafiło się skończyć.
Dominika usiadła na zimnej betonowej podłodze piwnicy z zeszytem na kolanach. Mateusz stał nad nią z latarką, oświetlając strony. I patrzyła, jak Dominika zaczyna czytać — metodycznie, strona po stronie, z prokuratorską precyzją i córczynym głodem — i wiedział, że dom w Zakopanem nie uratuje ich małżeństwa. Wiedział, że właśnie stracił żonę na rzecz martwej kobiety i jej niedomkniętych spraw.
Nie powiedział tego na głos. Zamiast tego poświecił latarką na kolejną stronę.
Gdzieś nad nimi, za ścianami, za cegłami, za zamurowanym piecem, dom skrzypnął — cicho, głęboko, jakby odetchnął po bardzo długim wstrzymywaniu oddechu.
Rozdział 2: Halny
Stary doktor Tadeusz Romański, który przez czterdzieści lat prowadził praktykę lekarską w Zakopanem i który zmarł w roku 1971, zostawiając po sobie trzy tomy niepublikowanych zapisków, twierdził, że halny jest jedynym wiatrem na świecie posiadającym osobowość. Pisał: „Wiatr zachodni przynosi deszcz. Wiatr północny przynosi chłód. Halny przynosi obłęd. Widziałem ludzi, którzy przy halnym bili żony, rzucali się z mostów, podpalali własne domy. Widziałem kobiety, które przy halnym rodziły przed terminem, a starców, którzy umierali dokładnie w momencie, gdy wiatr się kończył, jakby halny trzymał ich przy życiu tylko po to, żeby mieli świadka swojego odejścia.” Zapiski Romańskiego nigdy nie zostały wydane — rodzina uznała je za przejaw ekscentryzmu. Egzemplarz jednego z tomów trafił do Biblioteki Tatrzańskiej, gdzie leży na półce z napisem „Varia” i nikt po niego nie sięga.
Dominika nie znała zapisków doktora Romańskiego. Nie wiedziała, że halny ma osobowość. Dowiedziała się o tym trzeciej nocy.
Pierwsze dwie noce w domu były niespokojne, ale znośne. Dominika nie spała dobrze — budziła się co godzinę, nasłuchując skrzypienia belek i stukania niezidentyfikowanych źródeł, leżała z otwartymi oczami w ciemności, liczyła oddechy, zasypiała tuż przed świtem. Za dnia funkcjonowała na kawie i adrenalinie, którą dostarczały jej notatki matki. Przeczytała pierwszy zeszyt od deski do deski, siedząc w kuchni przy kawie, podczas gdy Mateusz jeździł do Zakopanego po materiały — uszczelniacze do okien, klej do okiennic, prowizoryczne zaślepki na nieczynne rury. Wracał z pełnym bagażnikiem i entuzjazmem, którego Dominika nie potrafiła podzielać. Nie dlatego, że dom jej nie interesował. Dom ją pochłaniał — ale nie z powodów, które Mateusz miał nadzieję.
Trzeciego dnia Mateusz naprawił trzy okiennice, uszczelnił okno w łazience i odkrył, że rury kanalizacyjne są w lepszym stanie, niż się spodziewał. Wieczorem był w doskonałym humorze. Ugotował makaron na przenośnej kuchence turystycznej, otworzył drugie wino i opowiadał o planach — nowa kuchnia, łazienka z prysznicem, może nawet sauna w piwnicy.
— Wyobraź sobie — mówił, gestykulując widelcem. — Wracasz ze szlaku, schodzisz do piwnicy, sauna rozgrzana, za oknem śnieg. Raj.
— W piwnicy nie ma okien — powiedziała Dominika.
— Wyrobimy. To kamień, ale da się. Znajdę ekipę.
Dominika pokiwała głową, nie słuchając. Myślała o drugim zeszycie Heleny, który zaczęła czytać po obiedzie. Notatki z lata 1983, coraz bardziej gorączkowe, coraz bardziej chaotyczne. Matka pisała o kolejnym zaginięciu — Ryszard Maj, robotnik z Nowej Huty. I o księdzu Klemensie, którego Helena odwiedziła po raz drugi. „Mówi o ofiarach jak o sakramencie” — zapisała Helena i podkreśliła to zdanie trzy razy.
— Dominika?
— Tak?
— Pytałem, czy chcesz jutro pójść na szlak. Do Doliny Strążyskiej, łatwa trasa, dwie godziny.
— Zobaczę. Chcę jeszcze przejrzeć te notatki.
Mateusz odłożył widelec. Miał ten wyraz twarzy, który Dominika znała aż za dobrze — cierpliwość na granicy wyczerpania, uśmiech, który nie sięga oczu.
— Notatki mogą poczekać. Są tu od czterdziestu lat. Jeden dzień na szlaku ich nie zmieni.
— Wiem. Ale chcę je skończyć.
— Chcesz je skończyć, czy nie potrafisz ich odłożyć?
To było dobre pytanie. Prokuratorskie — precyzyjne, celne, trafiające w sedno. Dominika nienawidziła, kiedy Mateusz używał technik przesłuchania w rozmowach małżeńskich. Nienawidziła tego tym bardziej, że było skuteczne.
— Jedno i drugie — powiedziała szczerze.
Mateusz kiwnął głową. Zebrał talerze, umył je w misce z zimną wodą — ciepłej wody jeszcze nie mieli — i poszedł na górę. Dominika słyszała, jak szczotkuje zęby, jak kładzie się na materacu, jak śpiwór szeleści przy jego ruchach. Po trzech minutach — cisza. Mateusz spał.
Dominika siedziała w kuchni jeszcze godzinę, pochylona nad zeszytem Heleny. Potem zgasiła latarkę, weszła po schodach na piętro i położyła się obok męża. Leżała w ciemności, z kolanami podciągniętymi do piersi, i nasłuchiwała.
Dom oddychał. Innego słowa nie potrafiła znaleźć. Skrzypienia belek nie były przypadkowe — miały rytm, jak oddech śpiącego zwierzęcia. Wdech — drewno się rozszerzało. Wydech — drewno się kurczyło. Między wdechami i wydechami — pauzy, w których cisza była tak gęsta, że Dominika słyszała bicie własnego serca.
Zasnęła gdzieś koło pierwszej. Obudził ją huk.
Nie — nie huk. Uderzenie. Jakby ktoś z całej siły trzasnął drzwiami na parterze. Dominika usiadła na materacu, serce w gardle, ręce zaciśnięte na śpiworze. Mateusz spał. Oczywiście, że spał — Mateusz przespałby bombardowanie, gdyby wcześniej zdecydował, że pora na sen.
Drugie uderzenie. Trzecie. Czwarte — rytmiczne, coraz szybsze. Dominika zrozumiała: okiennice. Te, których Mateusz nie zdążył naprawić, walą o ściany domu. Ale dlaczego? Wieczorem było bezwietrznie, niebo czyste, gwiazdy jak na wystawie jubilera.
Piąte uderzenie i wtedy usłyszała wiatr. Nie nadszedł stopniowo, nie narastał. Wpadł na dom jak fala tsunami — jeden moment ciszy, a w następnym świat eksplodował dźwiękiem. Ryk, świst, jęk, łopot, trzask — wszystko naraz, wszystko na pełnej głośności. Dom zatrząsł się w posadach. Okno w sypialni zawibrowało tak gwałtownie, że Dominika była pewna, iż zaraz pęknie.
Halny.
Wiedziała, co to jest — w teorii. Ciepły, porywisty wiatr zstępujący z gór, efekt fenowy, gradient ciśnienia. Czytała o nim w przewodnikach. Ale czytanie o halnym i leżenie w stuletnim drewnianym domu, kiedy halny próbuje ten dom rozebrać na deski, to dwa tak różne doświadczenia, jak czytanie o pożarze i stanie w płomieniach.
Wstała. Mateusz nawet nie drgnął — oddychał miarowo, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Dominika narzuciła polar na koszulkę nocną, wsunęła bose stopy w klapki i wyszła na korytarz.
Korytarz na piętrze był wąski — trzy kroki od ściany do ściany — i ciemny. Latarkę zostawiła na dole. Szła po omacku, jedną ręką dotykając drewnianej ściany, czując pod palcami szorstkość starych bali, nierówności sęków, chłód powietrza wyciskającego się przez szpary. Wiatr za ścianą wył jak coś żywego — nie jak zjawisko atmosferyczne, ale jak stworzenie, duże, wściekłe i desperacko próbujące się dostać do środka.
Dotarła do szczytu schodów. Zatrzymała się.
Dźwięk. Inny niż wiatr. Pod wyciem halnego, pod trzaskaniem okiennic, pod skrzypnięciem dachu — coś jeszcze. Coś cichszego, ale wyraźnego, jak nuta fletu w orkiestrze blachy. Dominika nasłuchiwała, przechylając głowę, marszcząc brwi, tak jak robiła to na sali sądowej, kiedy świadek mówił jedno, a jego głos mówił drugie.
Szepty.
Nie potrafiła tego inaczej nazwać. Ciche, stłumione, nakładające się na siebie — jak rozmowa kilku osób za zamkniętymi drzwiami. Nie rozumiała słów, ale rytm był ludzki — wznoszące się i opadające frazy, pauzy, westchnienia. I coś jeszcze, co zamroziło ją na szczycie schodów — płacz. Cichy, stłumiony, dziecięcy. Albo kobiecy. Nie potrafiła powiedzieć.
Logika prokuratora odezwała się natychmiast — to wiatr w przewodach wentylacyjnych. Stary dom, stary system kominowy, otwory, kanały, szczeliny — powietrze wpychane przez halny tworzy rezonans, wibracje, dźwięki, które ludzki mózg — ten sam mózg, który widzi twarze w chmurach i zwierzęta w plamach Rorschacha — interpretuje jako głosy. Pareidolia akustyczna. Nic więcej. Nic nadprzyrodzonego. Fizyka, akustyka, psychologia percepcji.
Logika prokuratora to powiedziała. Ciało Dominiki — stopy, które nie chciały się ruszyć z miejsca, ręce, które zacisnęły się na poręczy schodów, włosy na karku, które stanęły dęba — mówiło co innego.
Zeszła na dół.
Schody skrzypiały pod jej stopami — każdy stopień inną nutą, jak rozstrojone pianino. Na parterze było ciemniej niż na piętrze, bo okiennice — te naprawione — były zamknięte na głucho. Dominika szła przez sień, mijając puste wieszaki, których haczyki w ciemności wyglądały jak zaciśnięte palce. Weszła do kuchni. W kuchni było zimno — halny wciskał się przez każdą szparę, każdą nieszczelność, i niosł ze sobą dziwne, niespokojne ciepło. Podhalanie mówili, że halny podnosi temperaturę o dziesięć, piętnaście stopni w ciągu godziny. Że przy halnym śnieg topnieje w nocy, że zwierzęta szaleją, że psy wyją, a konie rwą się z uwięzi.
Dominika stała w kuchni i nasłuchiwała. Szepty były głośniejsze. Nie — nie głośniejsze. Wyraźniejsze. Jakby źródło było bliżej. Albo jakby ona była bliżej źródła. Odwróciła się powoli w stronę ściany oddzielającej kuchnię od salonu. Za tą ścianą stał piec.
Przeszła do salonu. Stare deski pod jej bosymi stopami — klapki zostawiła gdzieś po drodze, nawet nie zauważyła kiedy — były lodowate i śliskie od wilgoci. W salonie panował mrok tak gęsty, że Dominika widziała tylko kontury — prostokąt okna, zarys kredensu, kształt krzesła bujanego. I piec. Masywna, ciemna bryła, zajmująca ćwierć pokoju, czarna na tle ciemności, jak studnia wycięta w przestrzeni.
Szepty szły z pieca.
Dominika podeszła. Trzy kroki. Cztery. Stała teraz metr od kafli — wyciągnięta ręka mogłaby ich dotknąć. Nasłuchiwała. Wiatr wył za ścianami, dom trzeszczał jak maszt żaglowca, a z pieca — z tego zamurowanego, nieczynnego, martwego pieca — wydobywał się dźwięk, który jej racjonalny, prokuratorski mózg klasyfikował jako akustyczną anomalię, a który jej ciało, jej skóra, jej kości interpretowały jako głos.
Głos mówił coś. Monotonnie, powtarzalnie, z rytmem, który Dominika znała, zanim zdążyła go rozpoznać świadomie. To był rytm, który miała w pamięci mięśniowej — z dzieciństwa, z kościoła, z niedzielnych mszy, na które Helena zabierała ją, gdy była mała. Nim choroba zjadła Helenie pamięć, nim milczenie zjadło ich relację, chodziły razem na mszę do kościoła Mariackiego. Dominika stała obok matki i powtarzała słowa, których nie rozumiała, ale których melodia wpisała się w nią na zawsze.
Modlitwa. To, co wydobywało się z pieca, brzmiało jak modlitwa.
Dominika poczuła, jak całe jej ciało pokrywa się gęsią skórką — od kostek po kark, fala, która przeszła przez nią jak prąd. Stała boso, w piżamie i polarze, przed zamurowanym piecem w domu pod Giewontem, o drugiej w nocy, podczas halnego, i słuchała modlitwy, która wydobywała się z cegieł.
Wyciągnęła rękę i dotknęła kafli.
Zimne. Gładkie. Martwe.
Przyłożyła ucho.
I wtedy usłyszała wyraźnie — nie cały tekst, nie zdanie, ale fragment, sylaby, które jej mózg złożył w słowa z automatyzmem, jakiego nie kontrolowała: „…odpuść nam nasze winy…”
Cofnęła się tak gwałtownie, że potknęła się o coś — skrzynkę, krzesło, nie wiedziała — i upadła na podłogę. Ból w łokciu był ostry i natychmiastowy, realny, namacalny, i Dominika przylgnęła do niego jak do koła ratunkowego. Ból był prawdziwy. Ból był tu i teraz. Ból nie dochodził z pieca.
Leżała na podłodze, z łokciem pulsującym bólem, z sercem bijącym jak terkot karabinu, i patrzyła na sufit. Wiatr zmienił kierunek — poczuła to intuicyjnie, zanim usłyszała zmianę dźwięku. Halny, który do tej pory uderzał z południa, skręcił na zachód, i dom odpowiedział na to zmianę — inne deski zaskrzypiały, inne okiennice zatrzepotały, inne szczeliny zaczęły gwizdać. I szepty — ucichły. Nie stopniowo, nie wygasając. Po prostu zniknęły, jak wyłączony odbiornik radiowy.
Dominika leżała na podłodze jeszcze pięć minut. Może dziesięć. Potem wstała, otrzepała piżamę, poszła do kuchni po kubek wody — ręce trzęsły się tak mocno, że rozlała połowę — i wróciła na górę. Mateusz spał. Świat był taki, jaki był.
Położyła się. Nie zasnęła.
Kiedy za oknem pojawiło się pierwsze szare światło — nie świt, raczej zmiana odcienia ciemności z czarnej na grafitową — halny ucichł. Tak nagle, jak się zaczął. Jeden moment ryk, następny — cisza. Absolutna, ogłuszająca, niemal fizycznie bolesna cisza. Dominika leżała z otwartymi oczami i słuchała, jak dom się uspokaja — ostatnie skrzypnięcia, ostatnie westchnienia drewna, ostatni szmer w rurach. Potem nic. Jakby ktoś wyłączył świat i włączył go ponownie, ale ciszej.
Mateusz obudził się o siódmej. Przeciągnął się, ziewnął, spojrzał na nią.
— Rano. Dobrze spałaś?
Dominika patrzyła na niego — na jego spokojną twarz, na oczy jasne od snu, na usta lekko rozchylone w uśmiechu porannej beztroski. I pomyślała, że jest mu to na rękę. Że jego sen jest formą ucieczki, tak jak jej bezsenność jest formą obsesji. Że oboje radzą sobie ze światem na swój sposób — on zasypiając, ona nie mogąc zasnąć — i żaden z tych sposobów nie jest zdrowszy od drugiego.
— W nocy był halny — powiedziała.
— Tak? Nie słyszałem.
— Wiem. Spałeś.
— I?
— I słyszałam głosy.
Mateusz usiadł na materacu. Przetarł oczy. Jego twarz przeszła przez kilka wyrazów w ciągu trzech sekund — zaskoczenie, troska, kalkulacja — i zatrzymała się na neutralnym zainteresowaniu. Prokuratorska maska, którą oboje nosili w pracy i zdejmowali w domu. Albo nie zdejmowali. Coraz częściej nie zdejmowali.
— Jakie głosy?
— Szepty. Płacz. Modlitwa. Dochodziły z pieca.
— Z pieca.
— Z zamurowanego pieca w salonie. Przyłożyłam ucho do kafli i słyszałam fragment modlitwy. „Odpuść nam nasze winy.”
Mateusz milczał przez chwilę. Dominika widziała, jak pracuje — jak jego umysł, trybik po trybie, przetwarza informację, szuka wyjaśnienia, konstruuje hipotezę. To samo robiła ona na miejscu zbrodni. To samo robili oboje — rozkładali rzeczywistość na czynniki i składali ją z powrotem w wersji, która miała sens. Różnica między nimi polegała na tym, że Mateusz potrzebował wersji optymistycznej, a Dominika — prawdziwej.
— Halny — powiedział Mateusz. — To halny gra w kominach.
— Wiem, co halny robi w kominach.
— Stary dom, stary system wentylacyjny, kominy, przewody, szczeliny. Halny wpycha powietrze pod ciśnieniem, powietrze rezonuje w kanałach, ludzki mózg interpretuje rezonans jako głosy. To pareidolia akustyczna. Zjawisko jest dobrze opisane.
— Wiem, co to pareidolia akustyczna. Jestem prokuratorem, nie dzieckiem, które boi się duchów.
— Więc o co chodzi?
Dominika zastanowiła się. O co chodziło? Nie o duchy — w duchy nie wierzyła. Nie o modlitwę — modlitwa była projekcją jej mózgu na biały szum wiatru. O co więc? O to, że stała boso w ciemnym pokoju i czuła, jak włosy stają jej na karku. O to, że jej ciało — ciało, które przetrwało piętnaście lat w prokuraturze, które widziało rozkładające się zwłoki, które siedziało naprzeciw morderców i gwałcicieli — jej ciało bało się zamurowanego pieca w starym domu. A Dominika Paluch nie bała się rzeczy, na które istniało racjonalne wyjaśnienie.
Chyba że racjonalne wyjaśnienie nie było całym wyjaśnieniem.
— Chcę, żeby ekipa remontowa sprawdziła system wentylacyjny — powiedziała. — Przewody kominowe, kanały, wszystko. Chcę wiedzieć, jak dokładnie powietrze przepływa przez ten dom.
— Jasne. Poproszę ich, jak przyjadą na wycenę. To rozsądne.
— I chcę, żeby ktoś obejrzał ten piec. Dlaczego jest zamurowany. Co jest za tą cegłą.
— Dominika…
— To nie jest paranoja. To ciekawość. Jestem prokuratorem. Zadaję pytania. Zamurowany piec jest pytaniem.
Mateusz podniósł ręce w geście kapitulacji — łagodnej, nie sarkastycznej. To był jeden z jego talentów, który kiedyś Dominikę rozbrajał: umiał się wycofać bez upokorzenia żadnej ze stron. W sądzie to sprawiało, że świadkowie mu ufali. W małżeństwie sprawiało, że Dominika nigdy do końca nie wiedziała, czy się z nią zgadza, czy tylko strategicznie ustępuje.
— Dobrze — powiedział. — Piec i wentylacja. Umówię ekipę. A teraz — kawa?
Zeszli na dół. Mateusz zagotował wodę na kuchence turystycznej, zalał kawę rozpuszczalną w plastikowych kubkach, podał Dominice jeden. Pili stojąc w kuchni, patrząc przez okno na poranek po halnym. Świat wyglądał, jakby ktoś go przetarł ścierką — powietrze było krystalicznie czyste, niebo błękitne z tą intensywnością, która boli oczy, a Tatry stały w słońcu, ostre, wyraźne, z każdym żlebem i każdą turniczką narysowaną jak piórkiem na tle nieba. Śnieg na szczytach lśnił oślepiająco. Dominika stała z kubkiem w dłoniach, patrzyła na góry i myślała o jaskiniach. O szczelinach. O ciemnych miejscach między skałami, do których nie docierało światło. Helena pisała o nich w zeszycie — o turystach, którzy wchodzili w góry i nie wracali. O szlakach, które prowadziły donikąd. O księdzu, który znał każdą ścieżkę, każdy przełaz, każdą dziurę w skale.
— Chodźmy na szlak — powiedział Mateusz.
Dominika chciała odmówić. Chciała usiąść z trzecim zeszytem Heleny i czytać. Ale Mateusz patrzył na nią z wyrazem twarzy, który nie był prośbą — był ostatnią linią obrony. Jeśli teraz odmówi, jeśli zostanie z zeszytami zamiast pójść z mężem w góry, przekroczą jakąś granicę, której oboje są świadomi, ale o której nie mówią.
— Dobra — powiedziała. — Chodźmy.
Szlak zaczynał się dwieście metrów od domu — wąska, leśna ścieżka, oznaczona czerwonymi paskami na drzewach, prowadząca w górę przez las świerkowy. Mateusz szedł przodem, ze swoim typowym tempem — miarowym, wyćwiczonym na porannych biegach, niezachwianie pewnym. Dominika za nim, z rękami w kieszeniach kurtki, oddychając ciężej niż chciała. Pięć lat bez żadnej aktywności fizycznej poza chodzeniem z parkingu do prokuratury dawało o sobie znać.
Las był piękny — i obcy. Dominika wyrosła w Krakowie, wśród ulic i kamieni, i las traktowała jak scenografię, nie jak środowisko. Tu las był realny — gęsty, wilgotny, pachnący igliwiem i grzybami, pełen dźwięków, których nie potrafiła zidentyfikować. Trzask gałęzi — zwierzę? Wiatr? Szelest w poszyciu — mysz? Wąż? Każdy dźwięk stawiał ją w stan gotowości, ten sam, w którym żyła na co dzień w prokuraturze, i Dominika zdała sobie sprawę, że las działa na nią dokładnie tak samo jak sala sądowa — utrzymuje ją w permanentnym napięciu.
Mateusz tego nie czuł. Mateusz oddychał pełną piersią, rozglądał się z zachwytem turysty, pokazywał jej ptaki — „patrz, orzechówka” — i grzyby — „to chyba borowik, nie, czekaj, to goryczak” — i był szczęśliwy. Szczęśliwy tym prostym, niewymagającym szczęściem, które kiedyś dzielili, a które teraz należało tylko do niego.
Po godzinie marszu dotarli do polany. Szlak tu się rozwidlał — jedna odnoga prowadziła dalej w górę, ku Giewontowi, druga schodziła w prawo, ku Dolinie Strążyskiej. Na rozwidleniu stał drewniany krzyż — wysoki, z ciemnego drzewa, z prostą tabliczką u podstawy. Mateusz podszedł i przeczytał na głos:
— „Pamięci turystów, którzy zginęli w Tatrach.” I lista nazwisk. Data. Data. Data. Widzisz, niektóre z lat osiemdziesiątych.
Dominika podeszła. Krzyż był stary, ale zadbany — ktoś regularnie przynosił kwiaty, bo u podstawy leżały bukiety, jedne świeże, drugie więdnące, trzecie już suche. Między kwiatami — medaliki, święte obrazki, fotografie w plastikowych ramkach wyblakłe od deszczu. Dominika kucnęła i zaczęła czytać nazwiska na tabliczce.
Było ich kilkanaście. Małgorzata Wróbel, 1978. Stefan Czapla, 1980. Tomasz Baran, 1981 — to nazwisko Dominika znała z notatek matki. Student z Warszawy, zaginiony na szlaku. Jan Firlej, 1982. Janina Krawczyk, 1983.
Janina Krawczyk. Turystka z Katowic. Pierwsza wzmianka w zeszycie Heleny. Dominika dotknęła palcem wygrawerowanego nazwiska. Litery były płytkie, zatarte przez deszcz i czas, ale czytelne. A obok nich — coś, co nie było częścią oryginalnej tabliczki. Ktoś — niedawno, sądząc po stanie atramentu — podkreślił nazwisko Janiny Krawczyk grubym markerem. Czerwonym.
Dominika poczuła ten sam dreszcz, co pierwszego wieczoru w domu. Ktoś tu był. Ktoś, kto znał to nazwisko i uznał za ważne. Ktoś, kto zaznaczył je markerem na tabliczce przy szlaku, jak student podkreślający kluczowy fragment w podręczniku.
— Mateusz. Chodź tu.
Mateusz podszedł, kucnął obok niej. Zobaczył marker.
— Może ktoś z rodziny — powiedział. — Bliscy odwiedzają, zaznaczają, żeby nowi turyści widzieli.
— Czerwonym markerem?
— A czemu nie?
— Mateusz, nikt nie jedzie na szlak z czerwonym markerem, żeby podkreślić nazwisko na tabliczce pamiątkowej. To nie jest spontaniczny gest żałoby. To jest celowe, zaplanowane działanie.
— Albo nastolatek z markerem, który mazał po drodze i zaznaczył losowe nazwisko.
Dominika wyprostowała się. Patrzyła na krzyż, na kwiaty, na tabliczkę. Mateusz mógł mieć rację — to mógł być nastolatek, przypadek, nic. Ale Helena nauczyła ją jednego, jeszcze przed chorobą, jeszcze gdy Dominika była dzieckiem i Helena była Heleną — nie, nie słowami. Helena nigdy nie uczyła słowami. Uczyła przykładem, postawą, tym, jak patrzyła na świat ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Nauczyła ją, że przypadki nie istnieją. Że każdy ślad jest komunikatem. Że ktoś, kto podkreśla nazwisko na tabliczce, chce, żeby ktoś inny je zobaczył.
Tylko kto? I dla kogo?
— Chcę wrócić do domu — powiedziała Dominika.
— Ale dopiero co…
— Muszę sprawdzić coś w notatkach.
Mateusz odetchnął ciężko, ale nie zaprotestował. Schodzili w milczeniu — innym milczeniu niż to, w którym jechali z Krakowa. Tamto było milczeniem wyczerpania, przyzwyczajenia, obojętności. To było milczeniem napięcia — dwoje ludzi idących obok siebie, myślących o różnych rzeczach, ale świadomych, że te różne rzeczy ciągną ich w tę samą ciemność.
Po powrocie Dominika usiadła w salonie — plecami do pieca, twarzą do okna — i otworzyła drugi zeszyt Heleny na stronie, którą zapamiętała. Janina Krawczyk, lat 34, turystka z Katowic. Zaginęła na szlaku w marcu 1983 roku. Ostatni raz widziana w towarzystwie ks. Klemensa Dąbrowskiego. Ciała nigdy nie znaleziono. Rodzina — mąż i córka — przez lata pisała do milicji, do prokuratury, do Czerwonego Krzyża. Bez rezultatu.
Pod tym wpisem Helena dopisała, innym atramentem, prawdopodobnie później: „Krawczyk — samotna w tłumie. Mąż alkoholik, córka u babci. Nikt nie szukał natychmiast. Dwa tygodnie, zanim mąż zgłosił zaginięcie. Dwa tygodnie! On miał dwa tygodnie.”
On. Ksiądz. Dwa tygodnie, zanim ktokolwiek zaczął szukać.
Dominika zamknęła zeszyt i patrzyła na ścianę. Myślała o tym, co to znaczy — dwa tygodnie samotności w górach, w jaskini, w szczelinie skalnej. Dwa tygodnie, podczas których nikt nie wie, że cię nie ma. Dwa tygodnie, podczas których ktoś — mężczyzna w sutannie, z krzyżem na piersi i uśmiechem na twarzy — wraca do ciebie na „samotne wyprawy modlitewne”.
Mateusz wszedł do salonu z kubkiem herbaty. Postawił go przy Dominice na podłodze.
— Przyniosłem ci herbatę. I informację. Zadzwoniłem do ekipy remontowej, Kowalski Remonty, poleceni przez notariuszkę. Mogą przyjechać na wycenę w przyszłym tygodniu. Powiedziałem im o piecu i wentylacji.
— Dziękuję.
— Dominika.
— Tak?
— Musisz spać. Nie spałaś porządnie od trzech dni. Widzę to. Cienie pod oczami, drżenie rąk. Znam cię.
— Znam siebie też.
— To nie jest odpowiedź.
— To jest jedyna odpowiedź, jaką mam.
Mateusz usiadł na podłodze obok niej. Przez chwilę siedzieli w milczeniu — ramię przy ramieniu, jak kiedyś, gdy wspólnie analizowali akta skomplikowanych spraw i cisza między nimi była narzędziem, nie barierą. Mateusz wyciągnął rękę i położył ją na jej kolanie. Dominika nie odsunęła się. Nie przysunęła się też.
— Nie wiem, czego szukasz — powiedział Mateusz cicho. — Ale boję się, że to znajdziesz.
Dominika nie odpowiedziała. Patrzyła na piec. Na zamurowane kafle, na popękane fugi, na ciemną bryłę, która dominowała nad pokojem jak sarkofag nad kryptą. Wiedziała, że Mateusz ma rację — że halny gra w kominach, że pareidolia akustyczna jest zjawiskiem dobrze opisanym, że czerwony marker na tabliczce mógł zostawić nastolatek. Wiedziała to wszystko rozumem. Ale ucho, które przyłożyła do kafla o drugiej w nocy, nie kłamało. Coś w tym domu czekało. Od czterdziestu lat czekało, aż ktoś przyjdzie, zada właściwe pytania i nie będzie się bał odpowiedzi.
Sprawdź piec.
Dominika piła herbatę i czytała trzeci zeszyt Heleny. Mateusz siedział obok niej jeszcze chwilę, potem wstał, poszedł do kuchni, zaczął coś naprawiać — szafkę, zawias, cokolwiek. Stukanie młotka mieszało się z szumem wiatru za oknami — łagodnego teraz, dziennego wiatru, który nie miał w sobie nic z nocnego szaleństwa halnego. Dom znów był tylko domem. Stare drewno, stary kamień, stare kafle.
Ale Dominika wiedziała już, że to nieprawda. Dom nie był tylko domem. Dom był pytaniem, które ktoś zadał czterdzieści lat temu i na które nikt nie odpowiedział. Pytaniem, które matka zabrała ze sobą do grobu — albo myślała, że zabrała. Bo pytania nie umierają z ludźmi, którzy je zadali. Pytania żyją w ścianach, w cegle, w zaprawie, w szczelinach, przez które halny wdziera się nocą i przynosi ze sobą głosy.
Dominika piła herbatę i czytała, a za jej plecami, za warstwą kafli, za cegłami, za zaprawą, w ciemności, która nie widziała światła od czterdziestu lat, coś czekało. Cierpliwie. Tak jak góry za oknem — stare, nieruchome, obojętne na ludzki czas. Tatry nie znały pośpiechu. To, co kryły w swoich szczelinach, mogło czekać wieczność.
Piec też mógł czekać.
Ale nie musiał już długo.
Rozdział 3: Piwnica
Istnieje w psychologii pojęcie zwane „efektem piwnicy”. Ukuła je w 1987 roku dr Marta Sowiński z Uniwersytetu Wrocławskiego, badając reakcje ludzi na przestrzenie podziemne. Sowiński odkryła, że nawet osoby deklarujące brak klaustrofobii doświadczają w piwnicach mierzalnego wzrostu poziomu kortyzolu — hormonu stresu. Nie chodziło o ciemność ani o ciasnotę. Chodziło o kierunek. Schodzenie w dół, pisała Sowiński, aktywuje w ludzkim mózgu archaiczne obwody lękowe, starsze niż mowa, starsze niż świadomość. Przez miliony lat ewolucji „w dół” oznaczało jaskinie, nory drapieżników, groby. Schodzenie w dół było schodzeniem ku śmierci. Piwnica, konkludowała Sowiński, jest jedynym pomieszczeniem w domu, do którego człowiek wchodzi wbrew instynktowi.
Mateusz Paluch nie znał badań dr Sowiński. Nie interesował się psychologią ewolucyjną ani archaicznymi obwodami lękowymi. Był pragmatykiem — w prokuraturze, w małżeństwie, w życiu. Kiedy w sobotnie popołudnie, ósmego dnia w Zakopanem, zdecydował, że pora uporządkować piwnicę, jego motywacja była czysto praktyczna: ekipa remontowa przyjeżdżała we wtorek, potrzebowali miejsca na składowanie materiałów, a piwnica była jedyną przestrzenią w domu, która mogła pełnić tę funkcję. Reszta pomieszczeń była albo zajęta ich prowizorycznym obozowiskiem, albo w zbyt złym stanie, żeby cokolwiek w nich trzymać.
Rano tego dnia Dominika siedziała w kuchni nad trzecim zeszytem Heleny. Nie spała kolejną noc — halny wrócił koło trzeciej, słabszy niż za pierwszym razem, ale wystarczający, żeby ożywić dom i jego akustyczne osobliwości. Dominika nie poszła tym razem do salonu. Leżała w ciemności, nasłuchiwała szeptów płynących przez ściany i strop, i patrzyła w sufit z wyrazem twarzy, którego Mateusz — gdyby nie spał — nie rozpoznałby. To nie był strach. To była koncentracja. Dominika słuchała domu tak, jak słuchała świadków na sali sądowej — z chłodną uwagą, szukając wzorca, powtórzeń, struktury.
Wzorzec istniał. Głosy — szepty, modulacje, kadencje — nasilały się, gdy wiatr wiał z kierunku południowo-zachodniego, i cichły przy zmianie na zachodni. To potwierdzało teorię Mateusza o akustyce wentylacyjnej. Ale była jedna anomalia, której Dominika nie potrafiła wyjaśnić: głosy były wyraźniejsze w pobliżu pieca niż przy kominach. System kominowy i system wentylacyjny to dwie różne rzeczy — kominy odprowadzają dym, wentylacja odprowadza powietrze. Piec, zamurowany i nieczynny od lat, nie powinien być częścią żadnego z tych systemów. A jednak to z niego — lub zza niego — dochodziły najwyraźniejsze dźwięki.
O tym Dominika myślała, popijając czwartą kawę tego dnia, kiedy Mateusz stanął w drzwiach kuchni w roboczych spodniach, z latarką w jednej ręce i młotkiem w drugiej.
— Idę do piwnicy. Chcesz pomóc?
— Teraz?
— Ekipa we wtorek. Muszę zrobić miejsce. W piwnicy jest pełno starych gratów — widziałem skrzynki, jakieś narzędzia, rupieciarnia. Trzeba to wynieść.
Dominika zawahała się. Trzeci zeszyt Heleny leżał otwarty na stole — była w połowie, w miejscu, gdzie matka opisywała swoją drugą wizytę na plebanii ks. Klemensa. Helena pisała o butach w sieni — różne rozmiary, różne stopnie zużycia — i o dziwnym uczuciu, które towarzyszyło jej przy wyjściu: „Nie potrafię powiedzieć, co mnie zaniepokoiło. Wszystko, co powiedział, było logiczne. Każde zdanie miało sens. A jednak całość nie pasowała. Jak witraż, w którym każdy kawałek szkła jest piękny, ale kiedy cofniesz się o krok, widzisz, że obraz przedstawia coś potwornego.”
— Dominika?
— Idę z tobą.
Zeszła za Mateuszem po stromych, drewnianych schodach do piwnicy. Schody były wąskie — na tyle, że trzeba było iść bokiem, z jedną ręką na zimnej kamiennej ścianie — i strome, z wysokimi stopniami, które sprawiały, że każdy krok w dół wymagał świadomego wysiłku. Powietrze zmieniało się z każdym stopniem — cieplejsze i suche na górze, coraz chłodniejsze i wilgotniejsze w miarę schodzenia, aż na dole było zimne jak w lodówce, z zapachem ziemi, kamienia i czegoś organicznego — może grzybni, może pleśni, może rozkładu. Dominika poczuła, jak skóra na ramionach pokrywa się gęsią skórką — nie od zimna, lecz od tego, co dr Sowiński nazwałaby „reakcją piwniczną”. Instynkt mówił: zawróć. Rozum mówił: to piwnica, nie jaskinia lwa.
Mateusz poświecił latarką. Piwnica rozciągała się pod całym domem — a może nawet szerzej, bo kamienne ściany ciągnęły się w kierunkach, których Dominika nie potrafiła dopasować do rozkładu pomieszczeń na parterze. Niskie sklepienia — Mateusz, metr osiemdziesiąt trzy, musiał pochylać głowę — wsparte na grubych, kamiennych filarach, na których wilgoć zostawiła białe, solne wykwity przypominające stalagmity. Podłoga ziemna, ubita, miejscami pokryta ceglanymi płytkami, które popękały i poszły w puzzle. W pierwszym pomieszczeniu — dawnej spiżarni — stały puste drewniane regały, na których leżał kurz tak gruby, że wyglądał jak szara filcowa tkanina. Na jednej z półek Dominika zauważyła słoik — duży, litrowy, z metalową zakrętką zardzewiałą na brązowo. W środku coś ciemnego, gęstego, nie do zidentyfikowania.
— Kompoty? — Mateusz wziął słoik do ręki, obrócił. Substancja wewnątrz poruszyła się leniwie, jak smoła.
— Nie otwieraj — powiedziała Dominika.
— Nie zamierzam. — Odstawił słoik. — Dobra, tu jest pusto. Idziemy dalej.
Przeszli do drugiego pomieszczenia — dawnej wędzarni. Sufit był niższy niż w spiżarni i pokryty grubą warstwą sadzy, czarnej i lśniącej w świetle latarki jak obsydian. Z głównej belki stropowej zwisał żelazny hak — duży, masywny, przeznaczony do wieszania mięsa. Hak był czysty — nie pokryty sadzą jak reszta sufitu, jakby ktoś go regularnie używał, albo przynajmniej czyścił. Dominika stała pod nim i patrzyła w górę, na ostry, zakrzywiony koniec, i myślała o tym, co na tym haku wisiało. Szynki, kiełbasy, boczek. Normalne rzeczy. Rzeczy, które wiszą w wędzarniach.
Dlaczego więc patrzyła na ten hak i czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła?
— Dalej — powiedział Mateusz, który albo nie zauważył haka, albo nie przywiązywał do niego wagi. Pragmatycy mają tę przewagę nad analitykami, że nie wszystko muszą interpretować.
Trzecie pomieszczenie było składzikiem — wąskim, długim, z drewnianymi skrzynkami piętrzonymi pod ścianami. Mateusz zaczął je wynosić do pierwszego pomieszczenia, układając przy drzwiach. Dominika pomagała, choć skrzynki były lżejsze, niż się spodziewała — puste lub wypełnione trocinami, z wyblakłymi napisami na bokach: „Jabłka — Nowy Sącz”, „Cukiernia Tatrzańska — Zakopane”, „Owocowa Dolina — Nowy Targ”. Relikty handlu, który kiedyś toczył się w tym domu. Normalny dom, normalni ludzie, normalne jabłka.
Ale dom nie był normalny. I Dominika wiedziała to z każdą kolejną skrzynką, którą wynosiła, z każdym krokiem w głąb piwnicy, z każdym oddechem zimnego, starego powietrza.
Kiedy wynieśli ostatnią skrzynkę ze składziku, odsłoniła się tylna ściana pomieszczenia. I drzwi.
Nie — nie drzwi w normalnym sensie. Ciężka, drewniana zastawka na dwóch żelaznych zawiasach, wpuszczona w kamienną ścianę, z kutą, ręcznie robioną klamką w kształcie pierścienia. Drewno było ciemne, nabrzmiałe od wilgoci, a na jego powierzchni — rysy. Głębokie, pionowe rysy, jak ślady pazurów.
Mateusz stanął przed drzwiami i poświecił latarką.
— Tego nie było widać za skrzynkami. Kolejne pomieszczenie?
— Otwórz — powiedziała Dominika.
Mateusz pociągnął za pierścień. Drzwi nie drgnęły. Pociągnął mocniej — drewno zatrzeszczało, zawiasy pisnęły, ale drzwi trzymały. Mateusz oparł się nogą o ścianę i szarpnął z całej siły. Drzwi ustąpiły z odgłosem, który Dominika zapamiętała na długo — nie trzask, nie skrzypnięcie, ale coś pomiędzy, jak westchnienie czegoś, co było zamknięte zbyt długo.
Za drzwiami — pomieszczenie. Mniejsze niż pozostałe, może sześć metrów kwadratowych. Inne. Ściany nie kamienne, lecz murowane z cegły — równo, starannie, z precyzją, która kontrastowała z prymitywną konstrukcją reszty piwnicy. Podłoga nie ziemna, lecz betonowa — popękana, ale solidna, wylana celowo, z intencją. Sufit niski, ale równy, z jedną drewnianą belką pośrodku. Powietrze suche — znacznie suchsze niż w reszcie piwnicy, jakby pomieszczenie było izolowane od wilgoci, zamknięte hermetycznie.
Na lewej ścianie — drewniany regał z kilkoma książkami. Dominika podeszła i oświetliła grzbiety latarką. Biblia — stare wydanie, w brązowej skórzanej oprawie, z wytłoczonym krzyżem. Breviarium Romanum — brewiarz kapłański po łacinie. Przewodnik tatrzański z 1975 roku, z okładką przedstawiającą Morskie Oko. I jedna książka, która nie pasowała do reszty — „Psychopatologia życia codziennego” Sigmunda Freuda, wydanie polskie z 1965 roku, z pożółkłymi stronami i podkreśleniami ołówkiem na marginesach.
— Kto trzyma Freuda w piwnicy obok Biblii? — powiedział Mateusz.
Dominika nie odpowiedziała. Patrzyła na książki i myślała o człowieku, który je tu zostawił. O człowieku, który czytał brewiarz i Freuda w tym samym pomieszczeniu, pod ziemią, w domu na uboczu, ostatnim przed lasem. O księdzu, który znał góry i ludzką psychikę, który rozumiał mechanizmy lęku i wiary, który potrafił manipulować jednymi i drugimi z precyzją chirurga.
— Mateusz. To była jego kryjówka.
— Czyja?
— Księdza. Tego z notatek matki. Ks. Klemensa. To był jego dom — pamiętasz, co mówiła notariuszka? Ostatnia właścicielka, Zofia Dąbrowska. Dąbrowski — Dąbrowska. Spokrewniona? Gospodyni? Nie wiem. Ale te książki — Biblia, brewiarz, przewodnik tatrzański — to są rzeczy księdza.
— Dominika, to mogą być rzeczy kogokolwiek. W każdym polskim domu jest Biblia.
— Ale nie w każdym polskim domu jest brewiarz kapłański. To książka dla księży. Zwykli ludzie nie mają brewiarzy.
Mateusz zamyślił się. Dominika widziała, jak pracuje — szybko, systematycznie, jak zawsze. Mateusz nie był głupi. Mateusz był jednym z najlepszych prokuratorów w Krakowie, z najwyższym wskaźnikiem skazań w wydziale, z reputacją człowieka, który nie popełnia błędów proceduralnych. Jeśli coś go odróżniało od Dominiki, to nie inteligencja — bo byli równie inteligentni — ale temperament. Dominika szła za intuicją jak pies tropiący za zapachem, nie zastanawiając się, dokąd ją prowadzi. Mateusz budował hipotezy jak inżynier buduje mosty — belka po belce, śruba po śrubie, z zapasem wytrzymałości na każdym etapie.
— Nawet jeśli to dom tego księdza — powiedział Mateusz powoli — to było czterdzieści lat temu. Człowiek zniknął. Sprawa, jeśli była sprawa, jest przedawniona wielokrotnie. Co chcesz z tym zrobić?
— Chcę wiedzieć.
— Co chcesz wiedzieć?
— Wszystko.
Mateusz otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Dominika już się od niego odwróciła. Jej latarka oświetliła podłogę pomieszczenia — betonową, popękaną, z ciemnymi plamami, które mogły być wilgocią, olejem, czymkolwiek. I w kącie, za regałem z książkami, za stosem starych, szarych koców, które rozpadły się w rękach, gdy Dominika je podniosła — metalowa walizka.
Dominika znieruchomiała.
Walizka leżała na podłodze, przy ścianie, częściowo ukryta pod kocem. Prostopadłościan z blachy, może pięćdziesiąt centymetrów na trzydzieści na dwadzieścia, pokryty rdzawą patyną, z prostym zamkiem zatrzaskowym i — Dominika pochyliła się — kluczem tkwiącym w zamku. Klucz był mały, mosiężny, z prostym uchwytem. Tkwił w dziurce od czterdziestu lat.
— Mateusz.
Mateusz podszedł. Zobaczył walizkę. Kucnął.
— Ciężka — powiedział, podnosząc ją jedną ręką i natychmiast dokładając drugą.
— Wynieś na górę. Nie otwierajmy tu.
Dlaczego nie tu? Dominika nie potrafiłaby odpowiedzieć logicznie. Był w tym coś z przesądu, z instynktu, z tego samego archaicznego impulsu, który nakazywał nie jeść w pobliżu grobów i nie otwierać skrzyń w ciemnych pomieszczeniach pod ziemią. Chciała światła dziennego. Chciała okna, za którym widać góry. Chciała wiedzieć, że jest wyjście.
Mateusz wyniósł walizkę po schodach, stawiając ostrożnie każdy krok, bo schody były wąskie, a walizka ciężka. Dominika szła za nim, oświetlając drogę latarką, i czuła, jak z każdym stopniem w górę oddycha lżej — nie dlatego, że powietrze było lepsze, ale dlatego, że oddalała się od tego, co było na dole. Od haka w wędzarni, od rys na drzwiach, od książek w piwnicy, od tego suchego, hermetycznego pokoju, który wyglądał jak schron albo cela.
Postawili walizkę na kuchennym stole. Okno było otwarte — popołudniowe słońce wlewało się do kuchni, rysując na blacie prostokąt ciepłego, złotego światła. Za oknem las, za lasem góry, za górami niebo. Normalny świat. Bezpieczny świat.
Mateusz przekręcił klucz w zamku. Trzask. Zatrzask puścił. Otworzył pokrywę.
Przez pierwszą sekundę Dominika widziała tylko papier — żółtawy, stary, ułożony w równe warstwy. Potem zaczęła rozróżniać. Teczki — kartonowe, wiązane na tasiemki, niektóre z pieczęciami, inne bez. Na wierzchu trzy zeszyty w kratkę — identyczne z tymi, które znalazła wcześniej, ale inne. Te miały okładki w innym kolorze — niebieskie zamiast zielonych. I na wierzchu zeszytów — fotografie.
Mateusz wziął pierwszą fotografię. Czarno-biała, format pocztówkowy, krawędzie pożółkłe i lekko falowane od wilgoci. Zdjęcie przedstawiało grupę ludzi przed kościołem. Dominika pochyliła się i zobaczyła — kilkanaście osób, kobiety w chustkach, mężczyźni w garniturach, dzieci z przodu w odświętnych ubraniach. Niedziela albo święto — Wielkanoc, sądząc po gałązkach bukszpanu w rękach kobiet i po palmach stojących obok drzwi kościoła. A w centrum grupy, o głowę wyższy od najwyższego mężczyzny, z ramionami szerokimi jak u drwala i z uśmiechem tak szerokim, że widać było wszystkie zęby — mężczyzna w czarnej sutannie z drewnianym krzyżem na piersi.
Dominika patrzyła na tego mężczyznę i nie mogła oderwać oczu. Było w nim coś magnetycznego — nawet na starym, wyblakłym zdjęciu, nawet przez dystans czterdziestu lat i warstwy żółknącego papieru, ta twarz promieniowała czymś, co Dominika, po piętnastu latach przesłuchiwania ludzi, rozpoznawała natychmiast: charyzmą. Nie tym tandetnym urokiem osobistym, który miewają sprzedawcy samochodów i politycy drugiego sortu, ale prawdziwą, głęboką charyzmą — rodzajem grawitacji osobistej, która przyciąga ludzi, zanim zdążą zdecydować, czy chcą być przyciągnięci.
Mateusz odwrócił zdjęcie. Na odwrocie, zapisane ołówkiem, wyblakłe, ale czytelne: „Ks. Klemens z wiernymi po Mszy Świętej, Wielkanoc 1984.”
— Ks. Klemens — powiedziała Dominika cicho. — To on.
— Ten z notatek twojej matki?
— Tak. Ks. Klemens Dąbrowski. Ten, z którym ostatni raz widziano zaginionych turystów.
Mateusz odłożył zdjęcie i wziął następne. Krajobraz — szlak tatrzański widziany z góry, z zaznaczonym ołówkiem kółkiem w jednym miejscu. Następne — jaskinia, wejście do niej, ciemna szczelina w skale otoczona kosodrzewiną. Następne — polana, krzyż na rozstaju szlaków, ten sam, który widzieli dwa dni temu. I jeszcze jedno — plebania? Drewniany dom z werandą, z krzyżem nad drzwiami i doniczkami na parapetach.
Pod fotografiami — teczki. Mateusz rozwiązał tasiemkę pierwszej. W środku — dokumenty z pieczęciami: okrągła pieczęć z orłem bez korony i napisem „Milicja Obywatelska — Komenda Rejonowa w Zakopanem”. Protokoły przesłuchań, notatki służbowe, raporty z poszukiwań. Formularze maszynopisane, z odręcznymi poprawkami, na papierze tak cienkim, że przeświecały przez niego litery z drugiej strony.
— To są oryginały — powiedział Mateusz. Miał teraz inny głos — głos prokuratora, nie męża. Ostry, profesjonalny, skupiony. — Albo kopie, ale wyglądają na oryginały. Dominika, ktoś wyniósł akta milicyjne z komendy. To jest przestępstwo.
— Było przestępstwem. Czterdzieści lat temu.
— Nie. Kradzież dokumentów urzędowych nie przedawnia się w…
— Mateusz. Przeczytaj.
Mateusz spojrzał na nią — na jej twarz, na oczy, w których zobaczył coś, co go zaniepokoiło. Nie strach, nie podniecenie. Głód. Dominika patrzyła na te papiery jak wilk na trop — z instynktem, którego nie kontrolowała i nie chciała kontrolować. Mateusz znał ten wzrok. Widział go u niej w prokuraturze, kiedy trafiała na sprawę, która ją pochłaniała — sprawę z zagadką, z lukami, z pytaniami bez odpowiedzi. Przez piętnaście lat nauczył się, że ten wzrok oznacza jedno: Dominika nie odpuści. Niezależnie od kosztów.
Wziął zeszyt — pierwszy z niebieskich — i otworzył na pierwszej stronie. Pismo drobne, pochyłe, znajome. Ta sama ręka, co w zielonych zeszytach, te same charakterystyczne litery „k” z pętlą u góry. Helena Witek. Matka Dominiki. Prokurator. Kobieta, która umarła z demencją, nie rozpoznając córki, ale której pismo było tak wyraziste, że córka rozpoznałaby je spośród tysiąca.
Mateusz czytał na głos, powoli, bo atrament w wielu miejscach wyblakł i trzeba było odgadywać litery z kontekstu:
— „Dwudziesty trzeci marca, rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci. Notatka własna, nie do akt. Zaginięcie Janiny Krawczyk, lat trzydzieści cztery, turystka z Katowic. Ostatni raz widziana na szlaku prowadzącym z Kuźnic w kierunku Hali Gąsienicowej, w towarzystwie miejscowego duchownego, ks. Klemensa Dąbrowskiego, proboszcza parafii pod wezwaniem Świętego Krzyża w Zakopanem-Olczy.”
Przerwał. Spojrzał na Dominikę.
— Czytaj dalej — powiedziała.
— „Przesłuchanie świadków prowadzone przez posterunek MO w Zakopanem, porucznik Czesław Gajda, protokół numer siedemset czternaście ukośnik osiemdziesiąt trzy. Zeznania fragmentaryczne, niespójne. Świadek numer jeden, Anna Marek, lat czterdzieści sześć, Zakopane — zeznaje, że widziała Krawczyk na szlaku około godziny dziesiątej rano w towarzystwie mężczyzny w ciemnej kurtce. Nie rozpoznaje ks. Klemensa ze zdjęcia. Świadek numer dwa, Bogdan Fiut, lat pięćdziesiąt dwa, ratownik GOPR — zeznaje, że tego dnia warunki na szlaku były dobre, brak opadów, dobra widoczność. Nie uczestniczył w poszukiwaniach, ponieważ nie zostały zarządzone.”
— Nie zostały zarządzone? — Dominika zacisnęła szczękę.
— Poczekaj. Jest dalej. „Uwaga własna: poszukiwania Janiny Krawczyk nie zostały formalnie zarządzone przez MO do dnia dzisiejszego, to jest piętnaście dni od zgłoszenia zaginięcia. Porucznik Gajda twierdzi, że »góry same oddają ludzi na wiosnę« i że »turystka pewnie leży gdzieś pod progiem skalnym«. Nie zgadzam się z tą oceną. Profil zaginionej nie wskazuje na osobę nieostrożną — Krawczyk posiadała doświadczenie turystyczne, odpowiedni sprzęt, znała szlaki. Jedynym nowym elementem w jej wyprawie był towarzysz — ks. Klemens Dąbrowski.”
Mateusz podniósł wzrok.
— Twoja matka prowadziła własne śledztwo.
— Równoległe do milicyjnego. Albo zamiast milicyjnego, skoro milicja nie raczyła szukać.
— To jest… Dominika, to jest szalone. Samotna prokurator prowadząca prywatne śledztwo w latach osiemdziesiątych, w PRL-u, przeciwko księdzu? Wiesz, co by się stało, gdyby prokuratura się dowiedziała?
— Wiem. Dlatego pisała „notatka własna, nie do akt”.
Dominika wzięła zeszyt z rąk Mateusza i usiadła na podłodze salonu. Po prostu usiadła — skrzyżowała nogi jak dziecko, położyła zeszyt na kolanach i zaczęła czytać. Mateusz stał nad nią z latarką, bo słońce przesunęło się i kuchnia pogrążyła się w cieniu. Patrzył na żonę — na jej pochyloną głowę, na palce przewracające strony z ostrożnością, jakby dotykała relikwii, na zmarszczkę między brwiami, która pojawiała się zawsze, kiedy Dominika była w pełni skoncentrowana — i czuł dwie rzeczy jednocześnie.
Pierwsza: ulgę. Po miesiącach — nie, po latach — obserwowania, jak Dominika gaśnie, jak jej oczy tracą blask, jak jej głos traci ostrość, jak kobieta, którą poślubił — błyskotliwa, żarliwa, nieustępliwa — zmienia się w zmęczonego urzędnika odliczającego dni do emerytury, Mateusz widział teraz iskrę. Dominika żyła. Był w niej ogień, którego nie widział od tak dawna, że prawie zapomniał, jak wygląda.
Druga: strach. Bo to nie była iskra radości ani pasji. To była iskra obsesji. Mateusz znał tę iskrę — widział ją u kolegów prokuratorów, którzy wchodzili za głęboko w sprawę i nie potrafili wyjść. Jednego z nich — Krzysztofa Madeja z wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej — odwieziono karetką z prokuratury po trzech miesiącach nieprzerywanej pracy nad sprawą gangu narkotykowego. Madej nie jadł, nie spał, nie wychodził z biura. Kiedy go znaleźli, siedział na podłodze otoczony aktami i prowadził rozmowę z człowiekiem, którego w pokoju nie było.
Mateusz patrzył na Dominikę siedzącą na podłodze w otoczeniu akt i notatek i widział Madeja. Widział swoją żonę i widział Madeja, i to nałożenie obrazów wywołało w nim zimny, precyzyjny strach pragmatyka, który wie, dokąd to prowadzi.
Ale nie powiedział tego. Zamiast tego poświecił latarką na kolejną stronę.
Dominika czytała godzinę. Potem dwie. Mateusz przyniósł jej herbatę — wypiła, nie podnosząc wzroku. Przyniósł kanapkę — zjadła połowę, drugą odłożyła na podłogę, gdzie leżała, aż ser stwardniał i chleb wysechł. Mateusz posprzątał resztę rzeczy z piwnicy, wyniósł skrzynki na zewnątrz, zamiatał podłogę w kuchni, naprawił kolejną okiennicę. Robił rzeczy. Konkretne, fizyczne, policzalne rzeczy. To był jego sposób na radzenie sobie — kiedy świat stawał się zbyt skomplikowany, Mateusz naprawiał okiennice.
Dominika podnosiła głowę od zeszytu dopiero wtedy, gdy dotarła do przedostatniej strony trzeciego niebieskiego zeszytu. Podnosiła głowę i miała oczy pełne czegoś, czego Mateusz nie potrafił nazwać — coś między przerażeniem a zrozumieniem, między grozą a spokojem kogoś, kto właśnie złożył puzzle i zobaczył obrazek.
— Mateusz. Usiądź.
Mateusz usiadł obok niej na podłodze. Dominika pokazała mu stronę.
— Patrz. Notatka z listopada osiemdziesiątego trzeciego. Mama pisze: „Wzorzec jest czytelny. K. nie wybiera ofiar przypadkowo. Kryteria doboru: jeden — samotność. Ofiary nie mają bliskich, którzy szybko zaalarmują. Dwa — pora roku. Wczesna wiosna lub późna jesień, gdy szlaki są puste. Trzy — okoliczności. Ofiara zawsze uczestniczy wcześniej w wydarzeniu parafialnym — rekolekcjach, wycieczce, pielgrzymce — na którym K. może ją ocenić, zdobyć zaufanie, zaplanować.”
— Twoja matka stworzyła profil sprawcy — powiedział Mateusz cicho. — W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku. W Polsce nie było wtedy profilowania kryminalnego. FBI zaczęło to robić w siedemdziesiątym ósmym, ale do Polski nie dotarło to przed dziewięćdziesiątym.
— Mama była przed swoim czasem. — W głosie Dominiki była duma, ale podszyta bólem. — I nikt jej nie słuchał.
— Co jeszcze jest w zeszytach?
Dominika przewróciła stronę. Ostatnia notatka w trzecim niebieskim zeszycie. Pismo bardziej chaotyczne niż poprzednie, litery większe, nierówne, jakby Helena pisała w pośpiechu lub w zdenerwowaniu:
— „Grudzień osiemdziesiąty trzeci. Sprawa K. — podsumowanie. Mam trzy przypadki potwierdzone — Krawczyk, Baran, Maj — i dwa podejrzane — Wróbel, Czapla. Pięć osób. Pięć osób, które weszły w góry z tym samym człowiekiem i nie wróciły. Milicja nie działa. Kuria blokuje. Prokuratura nie widzi problemu. Jestem sama.”
Dominika przerwała na chwilę. Oddychała ciężko, jakby te słowa — „jestem sama” — fizycznie ją uderzyły. Mateusz wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. Dominika nie zareagowała. Czytała dalej:
— „Muszę zdobyć nakaz przeszukania domu K. W domu są dowody — buty ofiar, narzędzia, Bóg wie co jeszcze. Ale bez nakazu nie mogę wejść. A nakazu nie dostanę, bo prokuratura boi się Kościoła bardziej niż Boga.”
Dominika zamknęła zeszyt. Położyła go na podłodze obok pozostałych. Teczki, zeszyty, fotografie — rozłożone w prostokącie na deskach podłogi, jak eksponaty w muzeum zbrodni, której nigdy oficjalnie nie było.
Mateusz milczał. Cisza między nimi była inna niż zwykle — nie była pustką, lecz pełnią. Oboje myśleli o tym samym. Oboje wiedzieli, że to, co leży na podłodze, zmienia wszystko. Nie tylko ich wakacje, nie tylko remont, nie tylko dom. Zmienia ich rozumienie Heleny — kobiety, którą Dominika znała jako matkę, a Mateusz jako teściową, i którą oboje pamiętali jako cichą, wycofaną osobę, która pod koniec życia nie rozpoznawała własnej córki. Ta cicha, wycofana kobieta prowadziła samotne śledztwo przeciwko seryjnemu mordercy w sutannie, w czasach, kiedy nikt nie chciał słuchać.
— Oddajmy to policji — powiedział Mateusz.
Dominika spojrzała na niego.
— Akta mają czterdzieści lat. Osoby, których dotyczą, prawdopodobnie nie żyją. Sprawa jest dawno przedawniona. Ale te materiały powinny trafić do IPN-u, do archiwum, do kogoś, kto…
— Nie.
— Dominika.
— Jeszcze nie. Najpierw muszę przeczytać wszystko. Zrozumieć, co mama wiedziała. Co znalazła. I dlaczego to schowała w piwnicy domu, który — Mateusz, słyszysz to? — który był domem tego księdza.
Mateusz słyszał. I rozumiał implikację — Helena Witek, prokurator z Krakowa, schowała materiały śledcze w piwnicy domu człowieka, którego podejrzewała o zabójstwa. Dlaczego? Dlatego, że to było ostatnie miejsce, w którym ktokolwiek by szukał? Dlatego, że ksiądz zniknął i dom stał pusty? Czy dlatego, że Helena była w tym domu i robiła w nim coś, o czym nikt nie wiedział?
Tej nocy Dominika nie poszła spać. Siedziała w salonie — plecami do pieca, przodem do okna, na którym halny rysował szronem fantazyjne wzory — i rozkładała dokumenty na podłodze w porządku chronologicznym. Zeszyty zielone — wcześniejsze notatki, ogólne obserwacje. Zeszyty niebieskie — szczegółowe śledztwo, profil sprawcy, przesłuchania. Teczki z aktami milicyjnymi — protokoły, raporty, korespondencja. Fotografie — miejsca, ludzie, szlaki. Na końcu, na samym dnie walizki, pod warstwą szarego papieru pakowego — coś, czego Dominika nie zauważyła wcześniej. Mała, płaska koperta z brązowego papieru, zaadresowana ręcznie, bez znaczka, bez stempla. Na kopercie — jedno słowo, napisane pismem Heleny: „WASYL.”
Dominika otworzyła kopertę. W środku — kartka wyrwana z zeszytu, z jednym zdaniem, zapisanym drżącą ręką, atramentem, który rozpłynął się w kilku miejscach, jakby na papier spadły krople — deszczu? Łez?
„Wasyl Sorokin. Seminarium w Użhorodzie, 1956. Sprawdzić.”
Dominika trzymała kartkę w dłoniach i patrzyła na nią, i czuła, jak układanka w jej głowie — chaotyczna, fragmentaryczna, pełna luk — powoli, z trzaskiem, jak kości nastawiane przez kręgarza, zaczyna nabierać kształtu. Wasyl Sorokin. Nie Klemens Dąbrowski. Inny człowiek. Inna tożsamość. Fałszywe nazwisko, fałszywe życie, prawdziwe zbrodnie.
Na podłodze salonu, w domu pod Giewontem, o trzeciej w nocy, w kręgu światła latarki, Dominika Paluch siedziała w otoczeniu akt sprzed czterdziestu lat i czuła, jak coś w niej — coś, co przez lata w prokuraturze stępiło się, zmatowiało, pokryło kurzem rutyny — zaczyna na nowo błyszczeć. Ostro, niebezpiecznie, jak nóż wyjęty z pochwy.
Mateusz spał na górze. Mateusz zawsze spał. Dominika nie miała mu tego za złe — nie teraz, nie w tej chwili. W tej chwili była wdzięczna za jego sen, bo oznaczał, że jest sama. Sama z matką, z jej pismem, z jej słowami, z jej samotnością sprzed czterdziestu lat, która teraz — tu, w tym domu, w tej piwnicy pamięci — stawała się jej samotnością.
— Jestem sama — powiedziała Helena w zeszycie.
— Nie — powiedziała Dominika do pustego pokoju. — Ja tu jestem.
Za ścianą, za kaflami, za cegłami, za zaprawą, piec milczał. Halny ucichł godzinę temu i dom był cichy — nie tą żywą, oddychającą ciszą z pierwszych nocy, ale ciszą inną. Ciszą oczekiwania. Ciszą czegoś, co wie, że ktoś wreszcie przyszedł. Że ktoś wreszcie pyta.
Dominika patrzyła na rozłożone na podłodze dokumenty — mapę ludzkiej tragedii, rozpisaną na formularze i notatki, na protokoły i fotografie — i wiedziała, że nie odda ich policji. Nie teraz. Nie, dopóki nie zrozumie. Nie, dopóki nie dojdzie do końca. Była prokuratorem — a prokuratorzy nie oddają spraw w połowie.
Nawet spraw, które powinni oddać. Nawet spraw, które mogą ich zniszczyć.
Gdzieś na górze Mateusz przekręcił się przez sen i mruknął coś niezrozumiałego. Dominika podniosła wzrok ku sufitowi, jakby mogła go zobaczyć przez belki stropowe, i pomyślała: on wie. Wie, że go tracę. Nie na innego mężczyznę, nie na inną kobietę — na martwą matkę i jej niedomknięte sprawy. To gorsze niż zdrada. Ze zdradą można walczyć. Z obsesją — nie.
Wróciła do czytania. Kartka po kartce. Strona po stronie. Aż do świtu, który przyszedł cichy i szary, jak ktoś, kto wchodzi do pokoju na palcach, żeby nie obudzić śpiących.
Ale Dominika nie spała. Dominika tropi.
Rozdział 4: Prokurator Witek
W marcu 1983 roku prokuratura rejonowa w Krakowie zatrudniała czterdziestu siedmiu prokuratorów. Cztery z nich były kobietami. Helena Witek była jedną z tych czterech i jedyną, która pracowała w wydziale śledczym — pozostałe trzy zajmowały się sprawami cywilnymi i administracyjnymi, co w ówczesnej hierarchii prokuratury oznaczało mniej więcej tyle, co prowadzenie korespondencji i pilnowanie terminów. Helena trafiła do wydziału śledczego nie dlatego, że ktoś docenił jej kompetencje, lecz dlatego, że naczelnik wydziału, prokurator Zbigniew Krawiec, potrzebował kogoś do „spraw kobiecych” — alimentów, przemocy domowej, bigamii — i uznał, że kobieta będzie „bardziej naturalna” w kontaktach z ofiarami płci żeńskiej. Helena przyjęła przydział bez komentarza. W ciągu dwóch lat zamieniła swój referent w najskuteczniejszy w wydziale — nie dlatego, że sprawy alimentacyjne były łatwiejsze, lecz dlatego, że Helena Witek pracowała szesnaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, i traktowała każdą sprawę — nawet najprostszą — jak osobistą misję.
W marcu 1983 roku naczelnik Krawiec wezwał ją do swojego gabinetu. Gabinet był ciasny, przesiąknięty dymem papierosowym — Krawiec palił Sporty, jednego za drugim, od rana do wieczora — z biurkiem zasypanym teczkami i portretem generała Jaruzelskiego na ścianie. Krawiec siedział za biurkiem i wyglądał na zmęczonego — ale Krawiec zawsze wyglądał na zmęczonego, to była jego stała kondycja od czasu, gdy żona go zostawiła i zabrała dzieci do Wrocławia.
— Witek, mam dla pani delegację. Zakopanem. Sprawa zaginięcia.
Helena stała przed biurkiem z rękami splecionymi za plecami — nie siadała, kiedy Krawiec nie zaprosił, a Krawiec rzadko zapraszał, bo w gabinecie był tylko jeden krzesło dla interesantów i było zawalone teczkami.
— Zaginięcia?
— Turystka z Katowic, Janina Krawczyk, lat trzydzieści cztery. Zaginęła na szlaku dwa tygodnie temu. Milicja w Zakopanem traktuje to jako wypadek górski, ale mąż zaginionej napisał skargę do prokuratury generalnej, że milicja nie prowadzi poszukiwań. Generalna przesłała do nas — Zakopanem to nasz okręg. Ktoś musi pojechać, przejrzeć akta, porozmawiać z milicją, napisać raport. Sprawa prawdopodobnie do umorzenia, ale formalności muszą być.
— Dlaczego ja?
Krawiec zaciągnął się papierosem. W jego oczach — małych, bystrych, otoczonych siecią zmarszczek — migotało coś, co Helena rozpoznawała jako mieszaninę pragmatyzmu i złośliwości.
— Bo to sprawa kobieca, Witek. Zaginęła kobieta. Mąż się skarży. Pani się nadaje.
Helena nie odpowiedziała. Mogłaby powiedzieć, że zaginięcie człowieka nie jest „sprawą kobiecą” ani „męską”. Mogłaby powiedzieć, że przydzielanie spraw na podstawie płci jest absurdalne. Mogłaby powiedzieć wiele rzeczy, ale nauczyła się — przez osiem lat w prokuraturze, przez trzydzieści osiem lat życia w kraju, w którym kobiety formalnie miały równe prawa, a faktycznie miały prawo do milczenia — że mówienie tych rzeczy na głos nie zmienia niczego. Zmienia się rzeczy przez robienie ich. Przez wyniki. Przez fakty, których nikt nie może zignorować.
— Kiedy mam jechać?
— Jutro. PKS o szóstej z dworca głównego. Wróci pani za dwa, trzy dni.
Helena kiwnęła głową i wyszła.
Tego wieczoru, w swoim mieszkaniu na Podgórzu — dwupokojowe, na trzecim piętrze, z widokiem na komin huty i przedszkole — Helena pakowała torbę podróżną i rozmawiała z siostrą przez telefon. Barbara, młodsza o cztery lata, mieszkała na tym samym osiedlu, trzy klatki dalej, i regularnie opiekowała się pięcioletnią Dominiką, kiedy Helena wyjeżdżała w delegacje. Co zdarzało się coraz częściej.
— Na ile jedziesz? — pytała Barbara przez słuchawkę, a w tle było słychać telewizor i głos Dominiki, która śpiewała coś do siebie.
— Dwa, trzy dni. Najwyżej tydzień.
— Tydzień? Helenko, ja mam swoją pracę.
— Wiem. Przepraszam. Wezmę Dominikę na weekend, jak wrócę. Pójdziemy do Ogrodu Botanicznego, ona lubi te szklarnie z kaktusami.
— To ja lubię kaktusy. Dominika lubi lody.
Helena się uśmiechnęła — szybko, przelotnie, jak ktoś, kto nie ma czasu na uśmiechy.
— Daj mi ją na chwilę.
Szuranie, trzask, a potem głos — wysoki, czysty, z tą bezwzględną pewnością siebie, jaką mają tylko pięciolatki.
— Mamusiu, kiedy wrócisz?
— Za kilka dni, kochanie. Ciocia Barbara się tobą zajmie.
— A dokąd jedziesz?
— W góry. Tam, gdzie są bardzo duże kamienie i bardzo dużo śniegu.
— Przywieziesz mi kamień?
— Przywiozę ci najładniejszy kamień, jaki znajdę.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Helena odłożyła słuchawkę i przez chwilę stała w korytarzu, z ręką na telefonie, patrząc na ścianę. Na ścianie wisiała ramka ze zdjęciem — Helena i Dominika na placu Matejki w Krakowie, lato ubiegłego roku. Dominika na ramionach matki, z watą cukrową w ręce, śmieje się z szeroko otwartymi ustami. Helena też się śmieje — i wygląda na tym zdjęciu na kogoś innego niż kobieta, która teraz stoi w korytarzu. Młodsza. Lżejsza. Mniej.
Mniej — czego? Helena nie potrafiła powiedzieć. Mniej zmęczenia? Mniej samotności? Mniej tego dziwnego, twardego czegoś, co narastało w niej z każdym rokiem, z każdą sprawą, z każdym skonfrontowaniem ze światem, który dawał kobietom równe prawa na papierze i nierówne na podłodze, na ulicy, w biurze, w łóżku?
Zabrała torbę i poszła spać. Następnego dnia o piątej rano szła przez ciemny Kraków na dworzec.
Autobus PKS do Zakopanego był stary, zimny i cuchnął olejem napędowym. Helena siedziała przy oknie, z teczką na kolanach — akta sprawy Krawczyk, dwie cienkie kartki maszynopisu, tyle milicja raczyła przesłać — i patrzyła, jak Kraków zmienia się w Myślenice, Myślenice w Rabkę, Rabka w Nowy Targ, a Nowy Targ w Podhale. Droga trwała cztery godziny. Helena przeczytała akta trzy razy. Za pierwszym razem — szybko, po prokuratorsku, szukając faktów. Za drugim — wolniej, szukając luk. Za trzecim — najwolniej, szukając tego, czego w aktach nie było.
A nie było w nich prawie niczego. Janina Krawczyk, lat trzydzieści cztery, zamieszkała Katowice, ulica Plebiscytowa dwanaście. Przyjechała do Zakopanego ósmego marca na tygodniowy urlop. Zameldowała się w schronisku PTTK. Dziesiątego marca wyszła na szlak — według książki wyjść schroniska — w kierunku Hali Gąsienicowej. Nie wróciła. Schronisko zgłosiło milicji po dwóch dniach. Milicja odnotowała zgłoszenie i — nic. Żadnych poszukiwań, żadnych przesłuchań, żadnego protokołu oględzin szlaku. Jedynie lakoniczny dopisek porucznika Gajdy: „Prawdopodobnie wypadek turystyczny. Wznowienie poszukiwań po odwilży.”
Odwilż w Tatrach następuje w maju. Do maja były dwa miesiące. Dwa miesiące, w których Janina Krawczyk — żywa lub martwa — leżała gdzieś w górach, a milicja czekała na cieplejszą pogodę.
Helena zamknęła teczkę i patrzyła przez okno na góry, które wyłaniały się z horyzontu jak zęby olbrzyma. Tatry w marcu były białe i szare — śnieg na szczytach, nagie skały poniżej, ciemne lasy u podnóży. Piękne i wrogie jednocześnie. Helena nie lubiła gór — wyrosła na płaskim Śląsku, gdzie horyzont ciągnął się do nieskończoności i człowiek zawsze widział, co czai się w oddali. Góry zasłaniały widok. Góry skrywały.
Na dworcu w Zakopanem czekał na nią radiowóz milicyjny — stary Fiat 125p w kolorze milicyjnego błękitu, z białym pasem na boku i orłem bez korony na drzwiach. Za kierownicą siedział młody milicjant — sierżant o twarzy tak gładkiej, że Helena pomyślała, iż nie skończył jeszcze dwudziestu lat. Wysiadł, zasalutował, otworzył jej drzwi. Jechali przez Zakopane — wąskimi uliczkami, między drewnianymi domami, obok kościoła z ciemnego drewna, obok cmentarza na Pęksowym Brzyzku, gdzie nagrobki z kamienia i żelaza stały w cieniu starych lip jak milczący świadkowie setek pogrzebów.
Komenda Milicji Obywatelskiej w Zakopanem mieściła się w piętrowym budynku z szarej cegły przy ulicy, której nazwa Helena natychmiast zapomniała. Wewnątrz — korytarze pomalowane na zielono, linoleum na podłodze, zapach papierosów i kawy rozpuszczalnej, biurka z maszynami do pisania i stosy teczek na każdej powierzchni. Typowa komenda MO, identyczna w każdym mieście w Polsce, jakby ktoś zaprojektował jedną i powielił ją w tysiącach egzemplarzy.
Porucznik Czesław Gajda czekał w swoim gabinecie. Helena wiedziała o nim tyle, ile zdążyła wyczytać z nagłówków dokumentów — komendant posterunku od siedmiu lat, wcześniej służba w Nowym Targu, odznaczony za „wzorową postawę” w 1976 roku, co w milicyjnym żargonie mogło oznaczać cokolwiek od złapania złodzieja po pobicie strajkujących. Gajda okazał się mężczyzną po pięćdziesiątce, niskim, krępy, z wąsami tak gęstymi, że zakrywały mu górną wargę, i z oczami, które patrzyły na Helenę tak, jak pies patrzy na listonosza — z umiarkowaną wrogością i nadzieją, że szybko sobie pójdzie.
— Pani prokurator. — Gajda wstał zza biurka, ale nie wyciągnął ręki. — Proszę siadać. Kawy?
— Dziękuję, nie. — Helena usiadła na krześle naprzeciw biurka. Krzesło było twarde i niższe niż krzesło Gajdy — klasyczny trik przesłuchania, który Helena rozpoznawała, ponieważ sama go stosowała. Zignorowała to. — Panie poruczniku, przyjechałam w sprawie zaginięcia Janiny Krawczyk. Zapoznałam się z aktami, które pan przesłał do prokuratury.
— Tak, tak. Przykra sprawa. Ale to góry, pani prokurator. Góry mają swoje prawa.
— Jakie prawa?
— Naturalne. — Gajda rozłożył ręce w geście, który miał wyrażać bezradność wobec sił natury. — Ludzie się gubią, spadają, zamarzają. Co rok mamy kilka takich przypadków. GOPR szuka, czasem znajduje, czasem nie. Krawczykowa pewnie gdzieś leży pod jakimś progiem skalnym. Przyjdzie wiosna, śnieg puści, ratownicy ją znajdą.
— A jeśli nie spadła? Jeśli nie zamarzła?
— Co pani sugeruje?
— Nic nie sugeruję. Pytam. Czy rozważał pan inne scenariusze?
Gajda zaciągnął się papierosem — długo, głęboko — i wypuścił dym w kierunku sufitu. Helena zauważyła, że jego palce — krótkie, grube — lekko drżą. Złość czy nerwowość?
— Pani prokurator. Z całym szacunkiem — jaki inny scenariusz? Kobieta poszła w góry i nie wróciła. Nie mamy ciała, nie mamy świadków, nie mamy niczego. Co mam zrobić? Przeszukać całe Tatry? Z dwunastoma ludźmi, których mam na posterunku?
— Ma pan świadków. — Helena otworzyła teczkę. — W książce wyjść schroniska PTTK jest wpis: Janina Krawczyk, wyjście godzina dziewiąta trzydzieści, kierunek Hala Gąsienicowa, w towarzystwie — cytuję — „przewodnika, ks. K.D.” Kim jest ks. K.D.?
Gajda zgasił papierosem w popielniczce i natychmiast zapalił następnego. Helena obserwowała jego twarz — zmianę, subtelną, ale czytelną dla kogoś, kto piętnaście lat obserwował twarze kłamców, złodziei i morderców. Mięśnie wokół oczu napięły się. Szczęka zacisnęła się o milimetr. Oczy — na ułamek sekundy — uciekły w prawo.
— To nasz ksiądz proboszcz. Klemens Dąbrowski. Dobry człowiek, Boży człowiek. Prowadzi wycieczki turystyczne, jest licencjonowanym przewodnikiem tatrzańskim. Zna każdy szlak, każdy kamień. Połowa turystów, którzy tu przyjeżdżają, idzie w góry z księdzem Klemensem.
— Rozmawiał pan z nim o Krawczyk?
— A po co miałbym rozmawiać? Ksiądz prowadzi grupy, ludzie się odłączają, giną. To nie jest wina przewodnika.
— Nie mówię o winie. Mówię o informacji. Jeśli ks. Dąbrowski był ostatnią osobą, która widziała Krawczyk żywą, powinien złożyć zeznanie.
— Ksiądz jest zajętym człowiekiem, pani prokurator. Ma parafię, obowiązki, duszpasterstwo. Nie będę go ciągał na komendę jak jakiegoś rzezimieszka.
Helena patrzyła na Gajdę i widziała ścianę. Nie ścianę wrogości — to byłoby prostsze. Ścianę czegoś gorszego: obojętności połączonej z lojalnością. Gajda nie chronił księdza, bo miał w tym interes. Chronił go, bo tak się robiło. Ksiądz to autorytet. Milicja nie ciąga autorytetów na przesłuchanie. Tak jak nie aresztuje się sekretarzy partii i nie kwestionuje decyzji komitetów. Są ludzie, których się nie rusza, i Gajda wiedział, kogo nie ruszać, z takim samym instynktem, z jakim pies wie, którego człowieka nie należy gryźć.
— Chcę z nim porozmawiać — powiedziała Helena.
— Z księdzem?
— Tak. Nieoficjalnie. Jako prokurator prowadzący sprawę. Proszę o wskazanie drogi na plebanię.
Gajda patrzył na nią przez kilka sekund — długich, ciężkich sekund, w których Helena widziała, jak w jego głowie toczą się obliczenia. Odmówić? Nie może — Helena jest prokuratorem, ma upoważnienie, odmowa będzie odnotowana. Zgodzić się? To znaczy wpuścić ją na teren, którego pilnuje — nie formalnie, ale instynktownie. Ostrzec księdza? Pewnie już to zrobił.
— Jak pani sobie życzy — powiedział w końcu. — Plebania jest przy kościele Świętego Krzyża, Olcza. Każdy pokaże drogę. Ale pani prokurator — proszę pamiętać, że to jest Zakopanem. Tu ludzie żyją blisko Pana Boga i blisko gór. Jedni i drudzy mają swoje tajemnice. Lepiej ich nie ruszać.
Helena nie skomentowała. Wstała, podziękowała, wyszła. Na zewnątrz padał mokry śnieg — marcowy, ciężki, zmieniający ulice w rzeki szarej brei. Helena stała przed komendą, zapiętą pod szyję w swój tweedowy płaszcz — jedyny ciepły, jaki miała — i myślała o tym, co powiedział Gajda. „Lepiej ich nie ruszać.” Przez osiem lat w prokuraturze Helena słyszała te słowa w różnych wariantach setki razy. Od milicjantów, od prokuratorów, od sędziów, od sąsiadów, od rodzin ofiar. Lepiej nie ruszać. Lepiej nie wiedzieć. Lepiej nie pytać. Lepiej.
Helena nie umiała lepiej. Helena umiała tylko pytać.
Do plebanii szła pieszo. Dwadzieścia minut przez miasto, pod mokrym śniegiem, z teczką pod pachą i z rosnącym uczuciem, że to, co robi, jest ważniejsze, niż powiedział Krawiec. Krawiec widział w tej delegacji formalność — „pojechać, przejrzeć, napisać raport, wrócić”. Helena widziała coś innego. Widziała kobietę, Janinę Krawczyk, trzydzieści cztery lata, która weszła w góry i nie wróciła. I widziała lukę — dziwną, kształtną lukę w aktach, lukę w kształcie mężczyzny w sutannie, którego milicja nie przesłuchała, o którego nie pytała, którego imienia unikała jak zaklęcia.
Kościół Świętego Krzyża w Zakopanem-Olczy był niewielki — drewniany, z jedną wieżą, z dachem tak stromym, że śnieg ześlizgiwał się z niego w wielkich płatach. Plebania stała obok — tradycyjny podhalański dom, większy niż okoliczne, z szeroką werandą i krzyżem nad drzwiami wejściowymi. Na parapetach stały doniczki z pelargoniami — nawet w marcu, nawet pod śniegiem, ktoś o nie dbał. Ścieżka do drzwi była odśnieżona. Na wycieraczce leżał mokry śnieg i ślady butów — dużych, turystycznych.
Helena zapukała. Odczekała. Drzwi otworzyła starsza kobieta w fartuchu — gospodyni, sądząc po wyglądzie — i spojrzała na Helenę z tym specyficznym wyrazem twarzy, który Helena znała z każdej plebanii w Polsce: mieszanina czujności i uprzejmości, strażnik bramy, który uśmiecha się, zanim zapyta, czego chcesz.
— Dzień dobry. Chciałabym porozmawiać z księdzem proboszczem. Jestem prokurator Helena Witek z Krakowa.
Gospodyni nie mrugnęła okiem. Poprosiła o chwilę cierpliwości, zniknęła w głębi domu. Helena stała na werandzie i rozglądała się. W sieni — wieszak z kilkoma kurtkami i parami butów. Buty zwróciły jej uwagę, ale tylko przelotnie, jeszcze nie w sposób świadomy. Cztery pary. Turystyczne, ciężkie, z grubą podeszwą. Różne rozmiary — Helena oceniła na oko: czterdzieści cztery, czterdzieści dwa, trzydzieści dziewięć, trzydzieści osiem. Cztery pary butów w domu, w którym mieszka jeden mężczyzna.
Gospodyni wróciła. Ksiądz proboszcz zaprasza.
Helena weszła. Korytarz — czysty, pachnący woskiem do podłóg i kwiatami, z obrazami świętych na ścianach. Na końcu korytarza — drzwi, otwarte, a za nimi gabinet. I za biurkiem — on.
Helena Witek przesłuchała w swoim życiu setki ludzi. Złodziei, oszustów, bigamistów, morderców, świadków, ofiary. Widziała twarze wykrzywione gniewem, zalane łzami, zastygłe w masce obojętności. Widziała kłamców tak dobrych, że niemal im wierzyła, i tak złych, że niemal się śmiała. Uważała, że po ośmiu latach potrafi ocenić człowieka w ciągu pierwszych trzydziestu sekund rozmowy — nie jego winę czy niewinność, ale jego temperament, inteligencję, zdolność do manipulacji.
Pierwsze trzydzieści sekund z ks. Klemensem Dąbrowskim powiedziało jej, że nigdy w życiu nie spotkała nikogo takiego.
Ksiądz wstał zza biurka — płynnym, spokojnym ruchem, bez pośpiechu, z gracją człowieka, który wie, że jest obserwowany, i nie ma z tym problemu. Był wysoki — metr osiemdziesiąt pięć, może więcej — z szerokimi ramionami, prostymi plecami, postawą kogoś, kto spędza dużo czasu na świeżym powietrzu i jest z tego dumny. Twarz miał pociągłą, o regularnych rysach, z ciemnymi oczami osadzonymi głęboko pod wyrazistymi brwiami. Włosy ciemne, gęste, z siwizną na skroniach, która nadawała mu wygląd dystyngowany, a nie starczy. Na oko pięćdziesiątka, ale z energią trzydziestolatka. Na szyi — drewniany krzyż na prostym sznurku. Ubrany w czarną sutannę, nieskazitelnie czystą, z białym koloratką.
Ale to nie postawa, nie twarz, nie ubranie sprawiły, że Helena zatrzymała się w progu. To był uśmiech. Ks. Klemens Dąbrowski uśmiechał się uśmiechem, który oświetlał pokój — ciepłym, otwartym, szerokim, z drobnymi zmarszczkami w kącikach oczu, które mówiły: jestem dobrym człowiekiem i cieszę się, że cię widzę. To był uśmiech, któremu się wierzyło. Uśmiech, za którym się szło. Uśmiech, dla którego człowiek otwierał drzwi, podawał rękę, oddawał zaufanie.
Helena nie uwierzyła. Nie dlatego, że zobaczyła w uśmiechu fałsz — nie zobaczyła. Uśmiech wyglądał na autentyczny. Helena nie uwierzyła dlatego, że po ośmiu latach w prokuraturze nie wierzyła nikomu, kto uśmiechał się tak doskonale. Doskonały uśmiech jest jak doskonałe alibi — budzi podejrzenia właśnie dlatego, że nie ma w nim żadnych szczelin.
— Pani prokurator. — Głos niski, ciepły, z miękką modulacją kaznodziei przyzwyczajonego do mówienia do tłumów i do jednostek z równą łatwością. — Proszę, niech pani usiądzie. Herbaty? Jest zimno, a pani przeszła kawałek drogi po śniegu.
— Dziękuję. Chętnie.
Ksiądz nalał herbaty z termosu — miętowej, pachnącej świeżo, w grubym ceramicznym kubku. Helena wzięła kubek w dłonie — ciepły, przyjemny — i piła małymi łykami, obserwując. Gabinet księdza był schludny, ale nie sterylny — biurko z porządnie ułożonymi papierami, regał z książkami, mapa Tatr na ścianie z wbitymi kolorowymi pinezkami, krucyfiks nad drzwiami. Na biurku — oprócz papierów — mały, rzeźbiony w drewnie anioł i fotografia grupowa w ramce, przedstawiająca ludzi na szlaku górskim.
— Panie proboszczu — zaczęła Helena, stawiając kubek na biurku — chciałabym porozmawiać o Janinie Krawczyk.
Zmiana. Subtelna, ale Helena ją wyłapała. Nie w twarzy — twarz pozostała spokojna, ciepła, pełna wyrazu współczucia. Zmiana była w oczach. Na ułamek sekundy — dosłownie na mrugnięcie — ciemne oczy księdza zrobiły coś, co Helena widziała tysiące razy u przesłuchiwanych: poszły w prawo i w dół. Mikroekspresja. Mózg, który przetwarza informację szybciej niż twarz zdąży ją ukryć. Co przetwarzał? Zaskoczenie? Nie — o wizycie prokuratora musiał wiedzieć, Gajda na pewno zadzwonił. Kalkulację? Może. Coś wyliczał, zanim odpowiedział.
— Janina. Biedna kobieta. — Ksiądz pochylił głowę. — Modlę się za nią codziennie.
— Znał ją pan?
— Poznałem ją na rekolekcjach wielkopostnych, które prowadziłem w schronisku PTTK na początku marca. Przyszła na dwa spotkania. Spokojna, miła kobieta. Powiedziała, że przyjechała do Zakopanego, żeby „pobyć z Bogiem w ciszy”. Piękne sformułowanie, prawda?
— I towarzyszył jej pan na szlaku dziesiątego marca?
— Nie towarzyszyłem. Prowadziłem grupę — siedem osób, w tym panią Krawczyk. Wycieczka na Halę Gąsienicową, trasa standardowa, warunki dobre. Wyszliśmy o dziewiątej trzydzieści, tak jak zapisano w książce.
— I co się stało?
Ksiądz westchnął — głęboko, szczerze, z bólem, który wyglądał na prawdziwy, brzmiał na prawdziwy, ale Helena nie potrafiła ocenić, czy był prawdziwy. Był doskonały. Jak uśmiech.
— Na Hali grupa się zatrzymała na odpoczynek. Pani Krawczyk powiedziała, że chce jeszcze zobaczyć wejście do Doliny Pięciu Stawów — „tylko spojrzeć, tylko na chwilę”. Próbowałem ją odwieść — warunki były dobre, ale późna pora, a Dolina Pięciu Stawów to inna trasa, inna trudność. Ale ona miała swój charakter. — Uśmiechnął się lekko, z czułością. — Powiedziała: „Księże, góry nie czekają, a ja czekałam wystarczająco długo.” I poszła.
— Sam?
— Sama.
— I pan jej nie zatrzymał?
— Nie mogłem. Miałem sześć innych osób pod opieką. Nie mogłem ich zostawić i iść za jedną osobą. To byłoby nieodpowiedzialne.
— Ale mogła pan powiedzieć komuś — ratownikom, milicji?
— I powiedziałem. — Ksiądz pochylił się do przodu, z rękami splecionymi na biurku. — Wieczorem, kiedy wróciliśmy z Hali i pani Krawczyk nie było w schronisku, poszedłem do kierownika i poprosiliśmy ratowników GOPR o pomoc. Ale ratownicy powiedzieli, że jest za ciemno, za późno, i że ruszą na poszukiwania rano. Rano padał śnieg. Poszukiwania odłożono.
Helena słuchała i notowała. Notatki robiła szybko, drobnym pismem, w zeszycie w kratkę, który zawsze nosiła w teczce. Każde słowo, każda pauza, każdy gest. Nie dlatego, że podejrzewała księdza — jeszcze nie. Dlatego, że tak pracowała. Rejestrowała wszystko, a filtrowanie zostawiała na później, kiedy będzie sama, w ciszy, z kawą i czystą kartką papieru.
Rozmowa trwała jeszcze dwadzieścia minut. Ksiądz odpowiadał na każde pytanie — spokojnie, wyczerpująco, z detalami, które brzmiały na prawdziwe. Mówił o pogodzie tego dnia, o nastrojach w grupie, o tym, co jedli na przerwę (chleb z masłem i kiełbasą, termos z herbatą), o tym, jak wyglądała Janina, kiedy widział ją ostatni raz (uśmiechnięta, energiczna, z plecakiem na ramionach i kapeluszem na głowie). Mówił po polsku płynnie, ale Helena wyłapała coś — delikatny, ledwo wyczuwalny akcent. Nie góralski — góralski znała, miała kolegów z Podhala. Inny. Wschodni. Miękkie „ł”, lekko ściągnięte samogłoski.
— Jest pan stąd, z Zakopanego? — zapytała, pozornie mimochodem.
— Nie. Z Beskidu Niskiego. Łemkowskie korzenie. — Uśmiech. — Stąd ten akcent, którego nigdy nie wyeliminowałem. Ale to Podhale jest moim domem od dwudziestu lat.
— I jest pan licencjonowanym przewodnikiem tatrzańskim?
— Od piętnastu lat. To moja pasja — góry i duszpasterstwo. Łączę jedno z drugim. Moi parafianie żartują, że bliżej Boga jest na szczycie Giewontu niż w kościele. I mają rację. — Kolejny uśmiech, tym razem szerszy, z błyskiem w oku. — Bóg stworzył Tatry, żebyśmy mieli gdzie się z Nim spotykać.
Helena kiwnęła głową. Zamknęła zeszyt. Wstała.
— Dziękuję, księże proboszczu. Jeśli będę miała dodatkowe pytania, czy mogę się z księdzem skontaktować?
— Oczywiście. Zawsze. — Ksiądz wstał, wyciągnął rękę. Uścisk mocny, ciepły, pewny. — I proszę — jeśli będą jakiekolwiek wieści o pani Krawczyk, niech pani da znać. Modlę się za nią. Modlę się za wszystkich, którzy odeszli w górach.
Helena wyszła z plebanii i stanęła na werandzie. Mokry śnieg przestał padać. Powietrze było czyste, przejmująco zimne, pachnące lasem i dymem z kominów. Helena stała i oddychała, i próbowała złożyć w całość to, co właśnie usłyszała i zobaczyła.
Fakty: ksiądz był ostatnią osobą, która widziała Krawczyk. Prowadził grupę, Krawczyk odłączyła się sama, ksiądz zgłosił to ratownikom. Wersja spójna, logiczna, nie do podważenia.
Wrażenia: coś było nie tak. Helena nie potrafiła powiedzieć co. Nie była jedną z tych osób, które wierzą w szósty zmysł — wierzyła w dowody, fakty, procedury. Ale po ośmiu latach pracy w prokuraturze miała coś, co nie było szóstym zmysłem, ale zbliżoną umiejętnością — zdolność do rozpoznawania wzorców w zachowaniu ludzkim. I wzorzec, który widziała u ks. Klemensa Dąbrowskiego, był wzorcem, który sporadycznie — bardzo sporadycznie — widywała u ludzi, którzy mówili prawdę tak doskonale, że każde słowo lśniło jak wypolerowany kamień. Ludzi, którzy wiedzieli, że będą pytani, i przygotowali odpowiedzi. Ludzi, dla których rozmowa z prokuratorem była przedstawieniem, a oni — aktorami, którzy znali swoje kwestie na pamięć.
Idealny świadek. Zbyt idealny.
Helena wracała do pensjonatu pieszo, przez ciemne już ulice Zakopanego, i powtarzała sobie: to są wrażenia, nie fakty. Wrażenia nie mają wartości dowodowej. Nie stawia się człowieka w stan oskarżenia na podstawie wrażeń. Ale Helena wiedziała też — i to była wiedza, którą zdobyła nie na studiach, nie w prokuraturze, ale w życiu — że wrażenia są początkiem. Że każde śledztwo, które doprowadziła do końca, zaczynało się od wrażenia. Od czegoś, co nie pasowało. Od skrzypnięcia podłogi w pokoju, który powinien być pusty.
W pensjonacie — małym, drewnianym domu z trzema pokojami do wynajęcia, prowadzonym przez panią Halinę, starszą kobietę o twarzy pomarszczonej jak orzech włoski i oczach przenikliwie niebieskich — Helena zjadła kolację (żurek z jajkiem, chleb ze smalcem) i zamknęła się w swoim pokoju. Pokój był mały, czysty, z wąskim łóżkiem, komodą i oknem wychodzącym na ogród, za którym ciemną masą sterczał las.
Helena usiadła przy komodzie, otworzyła zeszyt i zaczęła pisać. Nie notatkę służbową — tę napisze rano, oficjalnym stylem, z numerami i datami. Teraz pisała dla siebie. Myśli, które nie zmieściłyby się w żadnym protokole. Pytania, na które nie miała odpowiedzi.
„Ks. Klemens — idealny świadek. Zbyt idealny? Odpowiada na pytania, zanim je zadam. Zna fakty, pamięta detale, wyraża emocje w odpowiednich momentach. Albo jest niewinny i po prostu inteligentny — albo jest winny i po prostu inteligentny. Jedno i drugie wygląda tak samo.”
„Buty w sieni plebanii — cztery pary. Rozmiary różne. Jeden mężczyzna, cztery pary butów? Może goście. Może turyści zostawiają. Sprawdzić.”
„Akcent — nie łemkowski. Sprawdzić. Zadzwonić do Kurii Przemyskiej.”
„Gajda — chroni księdza? Czy po prostu leniwy? Jedno nie wyklucza drugiego.”
I na końcu — jedno zdanie, podkreślone trzy razy, tak mocno, że ołówek przebił papier:
„Krawczyk nie jest pierwsza.”
Helena odłożyła ołówek. Wstała. Podeszła do okna i patrzyła na ciemność za szybą — na las, na góry, na niebo bez gwiazd. Gdzieś tam, w tej ciemności, w szczelinach i jaskiniach, pod śniegiem i kamieniami, leżała Janina Krawczyk. Albo to, co z niej zostało.
I gdzieś tam — w ciepłym, czystym domu z krzyżem nad drzwiami i pelargoniami na parapetach — siedział mężczyzna w sutannie i uśmiechał się. I modlił się za tych, których nigdy nikt nie znajdzie.
Helena odsunęła się od okna. Otworzyła teczkę z aktami i zaczęła przeglądać archiwalne numery „Tygodnika Podhalańskiego”, które wypożyczyła z biblioteki publicznej w drodze do pensjonatu. Szukała wzmianek o zaginięciach w Tatrach. I znalazła. Małe notki, na ostatnich stronach, między ogłoszeniami o skupie skór i reklamami piwa Okocim. „Turysta z Warszawy zaginął na szlaku” — maj 1981. „Poszukiwania Tomasza Barana, studenta Politechniki Warszawskiej, bezskuteczne” — czerwiec 1981. Helena czytała uważnie, szukając nazwisk, dat, okoliczności. Tomasz Baran, dwudziestoletni student, przyjechał do Zakopanego na wakacje. Zameldował się w schronisku. Wyszedł na szlak. Nie wrócił. Poszukiwania trwały trzy dni — nie znaleziono ciała. Sprawa zamknięta jako wypadek.
W żadnym z artykułów nie pojawiało się nazwisko ks. Klemensa Dąbrowskiego. Ale w jednym — krótkim, trzywierszowym — była wzmianka: „Baran uczestniczył w wycieczce organizowanej przez miejscową parafię.” Miejscowa parafia. Parafia Świętego Krzyża w Zakopanem-Olczy. Parafia ks. Klemensa.
Helena zamknęła gazetę. Była druga w nocy. Za oknem cisza — ta tatrzańska, górska cisza, która nie jest brakiem dźwięku, lecz jego pochłonięciem. Cisza, w której ginęły głosy i w której — Helena była tego coraz bardziej pewna — zaginęli ludzie.
Położyła się do łóżka, ale nie spała. Leżała z otwartymi oczami i myślała o Dominice — o pięcioletniej dziewczynce, która w tej chwili spała w mieszkaniu cioci Barbary w Krakowie, z misiem pod brodą i z obietnicą kamienia z gór. I myślała o sobie — o kobiecie, która leży samotnie w obcym pokoju, w obcym mieście, z przeczuciem, którego nie potrafi udowodnić, i ze sprawą, która prawdopodobnie do niczego nie doprowadzi, bo milicja nie będzie szukać, prokuratura nie będzie naciskać, a ksiądz będzie się uśmiechał i modlił, i prowadził kolejne wycieczki, i kolejne osoby będą wchodzić w góry i nie wracać.
Chyba że Helena je znajdzie. Chyba że Helena — samotna prokurator z Krakowa, z zeszytem w kratkę i ołówkiem w kieszeni płaszcza, bez wsparcia, bez nakazu, bez niczego poza uporem i wściekłością — zrobi to, czego nikt inny nie chce zrobić.
Chyba że Helena nie da się zignorować.
Zasnęła tuż przed świtem. Śnił jej się uśmiech — szeroki, ciepły, doskonały, pełen zębów. Uśmiech bez twarzy, zawieszony w ciemności jak lampa, która oświetla, ale nie ogrzewa. I głos — niski, miękki, z lekko wschodnim akcentem — który mówił: „Proszę. Modlę się za wszystkich, którzy odeszli w górach.” A Helena stała i patrzyła na ten uśmiech, i wiedziała — z tą bezbłędną pewnością, jaką daje sen — że za uśmiechem nie ma nic. Żadnej twarzy. Żadnego człowieka. Tylko ciemność i zęby.
Rozdział 5: Sąsiedzi
Antropolog kultury Bronisław Malinowski, urodzony w Krakowie, ale sławę zdobywający wśród tubylców Melanezji, pisał kiedyś, że każda zamknięta społeczność wytwarza własny system milczenia. Nie chodzi o to, czego ludzie nie wiedzą — pisał — lecz o to, czego wiedzieć nie chcą. Milczenie jest aktem woli. Wymaga dyscypliny, solidarności, zbiorowej umowy, której nikt nigdy nie podpisał, ale której wszyscy przestrzegają. Malinowski obserwował to na wyspach Trobrianda. Helena Witek obserwowała to w Zakopanem. Dominika Paluch miała to zaobserwować czterdzieści lat później, w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi — lub ich dzieci, co na jedno wychodziło, bo milczenie, jak pisał Malinowski, jest dziedziczne.
Drugi tydzień w Zakopanem zaczął się od kłótni.