E-book
12.6
drukowana A5
48.51
Pod sycylijskim niebem

Bezpłatny fragment - Pod sycylijskim niebem

Jedna podróż. Siedem dni. I życie, które zaczęło smakować inaczej.


Objętość:
226 str.
ISBN:
978-83-8467-673-8
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 48.51

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, powielana, rozpowszechniana, przechowywana ani przekazywana w jakiejkolwiek formie, elektronicznej lub mechanicznej, bez wcześniejszej pisemnej zgody autorki, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach oraz przypadków dozwolonych przez obowiązujące prawo. Niniejsza powieść jest dziełem fikcyjnym. Wszystkie postacie i przedstawione wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i wydarzeń są przypadkowe. Miejsca przedstawione w powieści istnieją naprawdę, jednak opisana historia oraz występujące w niej postacie są fikcyjne.

ROZDZIAŁ 1

Pomiędzy szarugą a cytrynowym snem

Nie było jednego momentu. Nie stało się nic dramatycznego, co kazałoby mi spakować walizkę i uciec. To był raczej podskórny proces, niemal niewidoczny, dopóki nie zaczął wypełniać wszystkiego. Jak kapanie wody z nieszczelnego kranu. Najpierw prawie nie zwracałam na to uwagi, z czasem jednak nie potrafiłam już tego ignorować.

Dom rodzinny był pełen głosów, ale nie rozmów. Rodzice kłócili się o wszystko — brudne naczynia, ton głosu, o to, kto „znów zaczął”. A kiedy nie krzyczeli, milczeli. Na godziny, czasem na całe dni. Wystarczyło stuknięcie łyżeczki o filiżankę, żeby ktoś podniósł wzrok z wyraźnym zniecierpliwieniem. Siedziałam między nimi, czując znajomy ucisk w brzuchu. Przeraziła mnie myśl, że moje życie kiedyś mogłoby wyglądać właśnie tak.

Wokół mnie wszyscy zdawali się układać życie według podobnego schematu. Etaty, śluby, szybkie śniadania przed komputerem. Każda rozmowa kończyła się tak samo.

— Zejdź na ziemię. Życie to ciężka praca, nie bajka o niebieskich migdałach.

Z każdym kolejnym razem coraz trudniej było mi uwierzyć, że naprawdę wszyscy tego chcą. Praca, weekend, zakupy, poniedziałek i znowu od początku. Patrzyłam na ludzi wokół i coraz częściej zastanawiałam się, czy tylko ja czuję, że życie powinno wyglądać inaczej.

Potrzebowałam przestrzeni, światła i oddechu.

Wieczorami wyobrażałam sobie taras z widokiem na morze, ciepłe powietrze wpadające przez otwarte okiennice i poranki, podczas których nikt niczego ode mnie nie chce. Miejsce, w którym dzień nie kończy się tylko czekaniem na następny wolny weekend.

W pracy wcale nie było łatwiej. Zaczynałam rano od maili i kalendarza, a resztę dnia szybko wypełniały telefony, dokumenty, spotkania i sprawy trafiające na moje biurko. Współpracownicy przyzwyczaili się, że pamiętam o terminach i potrafię szybko rozwiązać większość problemów. Przez lata sama brałam na siebie coraz więcej obowiązków i rzadko prosiłam o pomoc. Nawet kiedy mogłam wyjść z pracy o czasie, często zostawałam dłużej, żeby zamknąć rozpoczęte sprawy i następnego dnia nie zaczynać od zaległości.

Najgorsze było to, że długo uważałam taki sposób życia za zupełnie normalny.

W jeden z takich zimnych dni, z kubkiem rozpuszczalnej kawy i zmęczeniem, które od miesięcy nosiłam w sobie, zobaczyłam to ogłoszenie. Gazeta leżała na siedzeniu autobusu. Pomięta, pachnąca kurzem i czyimiś perfumami. Podniosłam ją bardziej z nudów niż ciekawości.

Konkurs.


„Wygraj tydzień w butikowym hotelu na Sycylii. Czerwiec. Słońce, morze, dolce vita. Napisz, dlaczego właśnie Ty potrzebujesz odpoczynku.”


Przeczytałam ogłoszenie dwa razy. Za trzecim czytałam już wolniej, próbując upewnić się, że nic mi się nie przywidziało.

Za oknem przesuwało się szare miasto, zmęczone i mokre po całym dniu. Schowałam gazetę do torby, zanim zdążyłam pomyśleć, po co właściwie to robię.

Kiedy wróciłam do domu, zupełnie o niej zapomniałam. Przypomniała mi się wieczorem, gdy opróżniałam torebkę i pomięta gazeta wysunęła się spomiędzy portfela a notesu. Podniosłam ją z podłogi i ponownie przeczytałam ogłoszenie o konkursie.

Pomyślałam, że zapytam mamę, co o tym sądzi i czy w ogóle warto wysyłać zgłoszenie. Siedziała jednak w salonie z telefonem przy uchu i rozmawiała ze swoją siostrą. Kiedy one dwie zaczynały rozmawiać, zwykle nie było co liczyć na szybki koniec.

Zajrzałam do taty. Siedział na kanapie pochylony nad telefonem i przesuwał kciukiem po ekranie.

— Tato?

— Mhm?

Poczekałam, aż na mnie spojrzy, ale nawet nie oderwał wzroku od telefonu.

— Już nic.

Wróciłam do kuchni z gazetą pod pachą. Laptop stał na stole dokładnie tam, gdzie zostawiłam go rano. Otworzyłam stronę konkursu, przepisałam adres podany w ogłoszeniu i przez dłuższy czas wpatrywałam się w puste pole formularza.

Dlaczego właśnie Ty potrzebujesz odpoczynku?

Zaczynałam pisać, kasowałam i próbowałam od nowa. Wszystko wydawało mi się zbyt banalne albo zbyt dramatyczne. Jak w paru zdaniach napisać obcym ludziom, że jest się zmęczonym własnym życiem, skoro nawet we własnym domu nie potrafi się o tym powiedzieć?

W końcu zamknęłam komputer i poszłam zrobić herbatę. Kiedy wróciłam, usiadłam w tym samym miejscu i ponownie otworzyłam formularz.

Rodzice już się nie kłócili, jednak atmosfera w mieszkaniu nadal była ciężka. Z pokoju obok dochodził dźwięk telewizora ustawionego tak głośno, żeby zagłuszyć wszystko inne.

Siedziałam przed laptopem i miałam już dość. Nie pracy ani tego jednego dnia. Wszystkiego.

Nagle poczułam potrzebę wyrzucenia z siebie tego, co od dawna trzymałam w środku. Napisałam o życiu, które zaczęło mnie przytłaczać, o zmęczeniu, którego coraz trudniej było nie zauważać, i o tym, że czasem człowiek potrzebuje wyjechać daleko tylko po to, żeby znowu usłyszeć własne myśli.

Kiedy skończyłam, przeczytałam wszystko jeszcze raz. Zastanawiałam się, czy naprawdę chcę wysłać obcym ludziom tak osobiste słowa.

Kliknęłam „wyślij”.

Niemal od razu miałam ochotę cofnąć swoją decyzję, ale było już za późno. O zgłoszeniu nikomu nie powiedziałam.

Później próbowałam o nim zapomnieć. Do dnia, w którym otworzyłam maila i zobaczyłam:


„Została pani wybrana. Czerwiec. Sycylia. Tydzień w butikowym hotelu.”


Siedziałam z telefonem w dłoni i czytałam wiadomość kolejny raz, nadal nie do końca wierząc, że naprawdę wygrałam tydzień na Sycylii.

Kiedy otworzyłam załączone informacje dotyczące wyjazdu, zauważyłam wzmiankę o osobie towarzyszącej. Zatrzymałam wzrok na tym zdaniu.

Osoba towarzysząca. Nie miałam chłopaka, a kiedy zaczęłam w myślach przeglądać listę przyjaciółek, szybko uświadomiłam sobie, że żadna z nich nie będzie mogła z dnia na dzień wziąć urlopu i polecieć ze mną na drugi koniec Europy.

Pierwsza radość zaczęła ustępować znajomemu napięciu. Sama? Do kraju, w którym nikogo nie znam i nie mówię w ich języku?

W tym momencie naprawdę próbowałam przekonać siebie, że najlepiej będzie zrezygnować. Najłatwiej było uznać, że skoro nie mam z kim jechać, najwyraźniej ten wyjazd nie jest dla mnie.

Zanim zamknęłam wiadomość, przeczytałam warunki od początku do końca. Wtedy zauważyłam, że źle zrozumiałam zapis. Mogłam zabrać osobę towarzyszącą, ale wcale nie musiałam. Mogłam polecieć sama.

I właśnie ta możliwość przestraszyła mnie bardziej niż wszystko, co przeczytałam wcześniej.

Bałam się obcego kraju, samotności i języka, którego nie znałam. Tego, że przy kolacji wszyscy będą siedzieli z kimś, a ja sama.

Z drugiej strony nie chciałam pozwolić, żeby strach zdecydował za mnie po raz kolejny.

Następnego dnia wyciągnęłam z szafy walizkę. Dzień wcześniej byłam przekonana, że nigdzie nie polecę, a teraz zaczynałam się pakować.

Przez kolejne dni walizka stała otwarta przy ścianie, a ja każdego wieczoru dokładałam do niej rzeczy, po czym wyciągałam połowę i zaczynałam od początku. Wciąż sprawdzałam, czy paszport leży w tej samej kieszeni, a ładowarkę przekładałam z miejsca na miejsce. Nawet po spakowaniu wszystkiego otwierałam walizkę ponownie, żeby upewnić się, że o niczym nie zapomniałam.

Przecież to był tylko tydzień. Tylko chwilowe wyrwanie się z codzienności. Coraz mocniej czułam, że jeśli odpuszczę, bardzo szybko wrócę do życia, w którym od dawna brakowało mi powietrza.

Po paru tygodniach stałam na lotnisku z biletem w dłoni i walizką przy nodze, nadal nie do końca wierząc, że za chwilę wsiądę do samolotu.

Powietrze pachniało kawą z automatów. Wokół mnie ludzie ciągnęli walizki, zatrzymywali się przed tablicą odlotów, sprawdzali telefony albo stali w kolejkach ciągnących się w stronę kontroli bezpieczeństwa. Co jakiś czas nad naszymi głowami rozlegały się komunikaty, a ja coraz mocniej czułam, że nie ma już odwrotu.

Usiadłam pod tablicą i wpatrzona przed siebie próbowałam opanować ścisk, który wracał za każdym razem, gdy uświadamiałam sobie, że naprawdę lecę sama. Odruchowo spoglądałam na tablicę, później na bilet, a na końcu na telefon, chociaż nic nie wskazywało, żeby godzina lotu miała się zmienić. Schowałam paszport do torebki, po czym znowu go wyjęłam. Sama nie wiedziałam, czy naprawdę sprawdzam dokumenty, czy robię to tylko po to, żeby poczuć się odrobinę pewniej.

W samolocie siedziałam przy oknie. Obok mnie starsza kobieta odezwała się po włosku. Uśmiechnęłam się tylko i skinęłam głową. Nie rozumiałam ani słowa. Wystarczyło to jedno zdanie, żebym zaczęła wyobrażać sobie wszystkie sytuacje, w których podczas pobytu będę musiała radzić sobie sama. Zamawianie jedzenia, pytanie o drogę, rozmowę w hotelu. Nagle pomysł, który wcześniej wydawał mi się odważny, zaczął wyglądać trochę mniej rozsądnie.

Kiedy koła dotknęły ziemi, słońce wlało się do kabiny ciepłym światłem.

Po wyjściu z samolotu uderzyło mnie gorące powietrze, gęste od zapachu kwiatów i morza.

I ten dźwięk.

Cykady.

Słyszałam je pierwszy raz, a jednak od razu wydawały się naturalną częścią tego miejsca.

Do hotelu jechałam małym busem z uchylonymi oknami. Z radia płynęły stare włoskie ballady, a za szybą przesuwały się wzgórza Sycylii, gaje oliwne, pojedyncze domy i morze odbijające ostatnie światło dnia.

Słońce schodziło coraz niżej, gdy bus skręcił w boczną drogę i zatrzymał się przed wysoką kutą bramą. Odruchowo spojrzałam na nazwę wyświetloną w telefonie, żeby upewnić się, że naprawdę jesteśmy na miejscu.

Za bramą ciągnął się szeroki podjazd otoczony palmami, drzewami oliwnymi i cytrusowymi. Sam hotel wyglądał bardziej jak dawna sycylijska rezydencja niż miejsce, które zapamiętałam ze zdjęcia w konkursowym ogłoszeniu. Jasna fasada odcinała się od zieleni ogrodu, wysokie okna miały ozdobne obramowania, a po obu stronach wejścia stały duże ceramiczne donice wypełnione kwiatami.

Ponownie trudno było mi uwierzyć, że naprawdę tutaj jestem. Na żywo hotel wyglądał znacznie piękniej niż na zdjęciach, a widok przede mną przerósł moje oczekiwania.

Weszłam do środka, podałam dokumenty przy recepcji i odebrałam klucz z mosiężną zawieszką z numerem siedem. Po podróży zależało mi głównie na tym, żeby znaleźć pokój, odstawić walizkę i zdjąć buty, dlatego nie przyglądałam się zbyt uważnie temu, co mijałam po drodze.

Kiedy otworzyłam drzwi do pokoju, zatrzymałam się na progu. Jasne ściany kontrastowały z ciemnymi drewnianymi belkami biegnącymi pod sufitem, a wysokie drzwi balkonowe wpuszczały do środka miękkie światło popołudnia. Szerokie łóżko przykrywała lekka narzuta w ciepłym, kremowym odcieniu, a przy jednej ze ścian stała stara drewniana komoda z mosiężnymi uchwytami. Na niej ustawiono ceramiczną lampę ze złotymi detalami, które powtarzały się również w ramie lustra i drobnych ozdobach rozmieszczonych w pokoju.

Całość była elegancka, ale nie chłodna. Stare drewno, jasne tkaniny i subtelne złote akcenty nadawały wnętrzu własny charakter i sprawiały, że nie przypominało żadnego hotelu, w którym wcześniej nocowałam.

Najbardziej przyciągnęły mnie wysokie drzwi balkonowe. Otworzyłam je i wyszłam na taras. Poniżej rozciągał się ogród pełen cytrusowych drzew i bujnej zieleni, a ponad nią widać było morze rozświetlone ostatnimi promieniami słońca.

Oparłam dłonie o balustradę.

Rano byłam w Polsce. Teraz stałam na Sycylii, w miejscu, którego sama prawdopodobnie nigdy nie zarezerwowałabym dla siebie.

Wróciłam do pokoju i usiadłam na brzegu łóżka. Pierwszym odruchem było sięgnięcie po telefon. Sprawdzić godzinę, wiadomości, może pogodę na następny dzień. Zrobić cokolwiek, co dałoby mi poczucie, że wiem, co będzie dalej. Telefon został jednak w torebce.

Przez otwarte drzwi balkonowe wpadało ciepłe powietrze, a z ogrodu dochodził jednostajny dźwięk cykad. Miałam przed sobą siedem dni i po raz pierwszy od bardzo dawna żadnego planu na następny poranek.

Nie wiedziałam jeszcze, czy bardziej mnie to cieszy, czy przeraża.

ROZDZIAŁ 2

Pierwszy poranek

Obudziłam się wcześniej, niż planowałam, i leżałam nieruchomo, wsłuchując się w budzący się hotel. Z dołu dochodził stuk talerzy, gdzieś na korytarzu skrzypnęły drewniane deski, a zza uchylonych okiennic wpadało ciepłe powietrze. Przez pierwsze sekundy nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jestem.

Spojrzałam na jasne ściany pokoju.

Sycylia.

Odsunęłam lekką firankę i otworzyłam okiennice szerzej. Powietrze było już ciepłe. Wyszłam na niewielki balkon. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, chwilę później rozległ się dźwięk przejeżdżającego skutera.

To wszystko wydawało się zupełnie inne niż poranki, które znałam z domu. Nie było pośpiechu, klaksonów ani ludzi biegnących na autobus. Nawet odgłosy miasta brzmiały spokojniej.

Przymknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Pomyślałam, że może właśnie tak pachnie początek wakacji.

Zeszłam na dół późnym rankiem.

Restauracja była prawie pełna, więc usiadłam przy małym stoliku obok otwartego okna. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i może właśnie dlatego poczułam ulgę.

Kelner postawił przede mną wodę z lodem i mały koszyk z pieczywem. Odruchowo zaczęłam jeść szybko, tak jak zwykle przed pracą. Po paru kęsach uniosłam wzrok. Przecież nigdzie nie musiałam się spieszyć. Odłożyłam pieczywo, sięgnęłam po szklankę z wodą i pierwszy raz naprawdę rozejrzałam się dookoła.

Ze stolika widziałam sporą część ogrodu. Pomiędzy palmami i wysokimi iglastymi drzewami połyskiwała tafla basenu, a dalej wznosiły się łagodne wzgórza. Jeden z pracowników poprawiał poduszki na leżakach, przygotowując je na kolejny ciepły dzień.

Przy jednym ze stolików siedziała rodzina z dwójką dzieci, a kawałek dalej starsze małżeństwo jadło śniadanie, rozmawiając ze sobą od czasu do czasu. Im dłużej się rozglądałam, tym bardziej zauważałam, że niemal wszyscy przyjechali tutaj z kimś. Znowu poczułam się niekomfortowo.

Po powrocie do pokoju wyciągnęłam z torby notes. Miał miękką, czerwoną okładkę i lekko zaokrąglone rogi od ciągłego noszenia w torebce. Towarzyszył mi od dawna. Zapisywałam w nim przypadkowe myśli, cytaty z książek, listy zadań i plany odkładane na „kiedyś”. Większość z nich nigdy nie wyszła poza kartki tego notesu.

Otworzyłam go, obracając długopis między palcami. Potem napisałam:


Plan na sycylijski tydzień:

Wypić kawę na tarasie bez pośpiechu

Zobaczyć wschód i zachód słońca

Odwiedzić winiarnię poza miastem

Pójść na lekcję robienia makaronu

Kupić pamiątki

Zjeść kolację z widokiem na morze

Spróbować sycylijskich specjałów


Przeczytałam tę listę od początku. Od dawna układałam swoje dni pod pracę, terminy albo innych ludzi. W tym momencie nie było na niej ani jednego obowiązku. Same rzeczy, których chciałam doświadczyć. Patrzyłam na kartkę z lekkim zdziwieniem. Nigdy wcześniej nie układałam takiej listy tylko dla siebie.

Podciągnęłam nogi na łóżko i popatrzyłam w sufit, gdzie stary wiatrak obracał się leniwie nad moją głową.

Nie musiałam od razu decydować, co zrobię dalej. Zamknęłam notes i obróciłam go w dłoniach. Zaczęłam zastanawiać się, od czego zacząć, ale zaraz uśmiechnęłam się do własnych myśli. Przecież ta lista nie miała być kolejnym planem do odhaczenia. Miała po prostu przypominać mi o rzeczach, na które chciałam sobie pozwolić.

Kiedy ponownie wyszłam z pokoju, zwróciłam większą uwagę na hotel. Poprzedniego wieczoru zależało mi głównie na tym, żeby znaleźć pokój, odłożyć walizkę i odpocząć po podróży, a rano zeszłam prosto na śniadanie.

Na korytarzu zwolniłam kroku. Wzdłuż jasnych ścian ciągnęły się dekoracyjne malowidła otoczone misternymi zdobieniami, które przechodziły wyżej, aż pod sam sufit. Uniosłam głowę. Tam wzory stawały się bogatsze, pełne ornamentów i drobnych detali, których wcześniej nawet nie zauważyłam. Z wysokiego sufitu zwisał ogromny kryształowy żyrandol, a światło wpadające przez okna odbijało się w jego szklanych elementach i rozsypywało drobnymi refleksami po ścianach.

Na klatce schodowej zauważyłam stare lustro w złoconej ramie, elegancką sofę ustawioną pod ścianą i kolejne malowidła. Wczoraj przeszłam tę samą drogę, skupiona głównie na numerze swojego pokoju, i nie zauważyłam prawie niczego.

Im niżej schodziłam, tym bardziej miałam wrażenie, że znalazłam się w domu należącym kiedyś do zamożnej sycylijskiej rodziny, a nie w hotelu. Wszystko było zadbane, odrestaurowane i przygotowane dla gości, a jednak nie straciło tego, co musiało być tutaj od dziesiątek lat. Zdobione sufity, wysokie drzwi, ciężkie żyrandole i złocone ramy przypominały o czasach, kiedy po tych samych korytarzach chodzili zupełnie inni ludzie.

Recepcja była prawie pusta. Na ladzie stały filiżanki po porannej kawie, obok leżała niedbale złożona gazeta. Przeszłam przez chłodny hol i wyszłam przed hotel.

Minęłam niewielką piekarnię i skręciłam w pierwszą uliczkę, która wydała mi się ciekawa. Na kolejnych skrzyżowaniach wybierałam drogę właściwie przypadkowo, nie próbując nawet jej zapamiętać.

Uliczki były wąskie, miejscami tak bardzo, że balkony po obu stronach niemal stykały się nad moją głową.

Z otwartych okien dochodziły rozmowy i dźwięk naczyń, a pomiędzy budynkami wisiało pranie, które poruszało się lekko przy każdym podmuchu wiatru. Co jakiś czas mijał mnie skuter, zmuszając do przyciśnięcia się bliżej ściany, po czym znikał za kolejnym zakrętem.

Po kilku minutach znowu minęłam ten sam mały plac z fontanną.

Zatrzymałam się.

No pięknie.

Rozejrzałam się. Fontanna, niewielka kawiarnia na rogu i balkon z czerwonymi pelargoniami wyglądały znajomo. Miałam ochotę zirytować się na samą siebie, ale zamiast tego tylko westchnęłam.

Pierwszy dzień na Sycylii, a ja już zdążyłam zatoczyć koło. Sięgnęłam do torebki po telefon i sprawdziłam mapę. Niebieska kropka uparcie pokazywała miejsce, z którego przed chwilą przyszłam.

Pokręciłam głową z rozbawieniem i ruszyłam w przeciwnym kierunku.

Idąc dalej, zauważyłam mały sklepik i weszłam do środka. Pachniało cytrynami, świeżym pieczywem i lekko słodkim aromatem.

Przeszłam powoli między półkami.

Kolorowe opakowania makaronów, butelki oliwy, słoiki z pesto i ciasteczka z włoskimi nazwami wypełniały półki. Większość produktów wyglądała znajomo, choć tutaj prezentowały się zupełnie inaczej niż w Polsce.

Przy lodówce zauważyłam rząd szklanych butelek.

Wyjęłam jedną z nich i przeczytałam etykietę.

Limonata.

Przede mną przy kasie stała starsza kobieta. Rozmawiała ze sprzedawczynią, a co jakiś czas obie się śmiały. Nie rozumiałam ani słowa, ale z przyjemnością słuchałam melodyjnego włoskiego, który brzmiał dokładnie tak, jak wyobrażałam go sobie przed wyjazdem.

Kiedy przyszła moja kolej, postawiłam butelkę na ladzie.

Młoda sprzedawczyni uśmiechnęła się do mnie.

— Una… — zaczęłam niepewnie.

— Limonata? — dokończyła.

Skinęłam głową.

— Sì.

Zapłaciłam, schowałam resztę do portfela i wyszłam na ulicę z butelką w dłoni i mimowolnym uśmiechem. Przed wyjazdem potrafiłam od rana przejmować się tym, czy zdążę na autobus do pracy. Na Sycylii cieszyła mnie zwykła lemoniada i jedno krótkie słowo wypowiedziane po włosku. Ta drobna rzecz wywołała we mnie niemal dziecięcą satysfakcję.

Wracając do hotelu, zwolniłam przy ogrodzie pełnym drzew cytrynowych. Owoce wisiały nisko nad kamienną ścieżką. Podeszłam do drzew i wyciągnęłam rękę. Ostrożnie przesunęłam opuszkami palców po chropowatej skórce jednego z owoców. Nigdy wcześniej nie widziałam cytryn rosnących na drzewie. Były większe, niż sobie wyobrażałam, a ich intensywny zapach mieszał się z ciepłym powietrzem. Stałam tak przez chwilę, wsłuchując się w delikatny szelest liści poruszanych wiatrem.

To było dziwne uczucie. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz pozwoliłam sobie zatrzymać się tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Ruszyłam dalej, nie zastanawiając się, ile czasu minęło.

ROZDZIAŁ 3

Miasteczko, które tętniło życiem

Nie potrafiłam długo zostać w pokoju.

Chodziłam od balkonu do łóżka i z powrotem, poprawiając rzeczy w walizce, choć wszystko było już poukładane. Wyciągnęłam sukienkę, złożyłam ją ponownie i w końcu zaczęło mnie drażnić, że nadal niczego nie rozpakowałam, więc otworzyłam szafę i zaczęłam rozwieszać ubrania na drewnianych wieszakach ze zdrapanym lakierem.

Bluzki, sukienki, kosmetyczka, ładowarka. Każda rzecz wydawała się pilna i konieczna do uporządkowania.

Po wypakowaniu wszystkiego zamknęłam pustą walizkę, usiadłam w fotelu i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę przez cały ten czas szukałam sobie zajęcia. Nawet tutaj nie potrafiłam usiąść i nic nie robić.

Sięgnęłam po telefon.

Mama wysłała zdjęcie rachunków zostawionych na kuchennym blacie i krótką wiadomość:

„Pamiętaj o przelewie po powrocie.”

Odruchowo otworzyłam aplikację bankową. Wpisałam kod, zatwierdziłam przelew i odłożyłam telefon.

Rachunki mogły poczekać do mojego powrotu. To ja nie potrafiłam poczekać. Przyjechałam na Sycylię odpocząć i zwolnić. Minął zaledwie jeden poranek, a ja zdążyłam już znaleźć sobie kolejny obowiązek.

Telefon zawibrował ponownie. Tym razem napisała koleżanka z pracy.

„Szef od rana chodzi wściekły. Klient znowu robi problem.”

Przeczytałam wiadomość i od razu chciałam odpisać. Palce same ułożyły się na klawiaturze, ale zatrzymałam się w ostatniej chwili.

Nie.

Praca poradzi sobie beze mnie przez ten tydzień. Nic się nie stanie, jeśli przez jakiś czas nie będę dostępna dla wszystkich.

Schowałam telefon do torebki, chwyciłam ją i wyszłam z pokoju.

Miasteczko zaczynało się zaraz za hotelem. Dość strome schody prowadziły między jasnymi domami z kolorowymi okiennicami i ciężkimi drewnianymi drzwiami. Przy wejściach stały donice z bazylią i rozmarynem, a na murkach spały psy wygrzewające się w słońcu.

Było ich tutaj dużo. Leżały w cieniu albo przeciągały się na rozgrzanym bruku. Przed niektórymi domami stały miski z wodą zostawione przez mieszkańców.

Skręcałam w boczne uliczki, zaglądając do witryn i przez otwarte drzwi małych sklepów.

Na jednym z balkonów starsza kobieta podlewała kwiaty, zupełnie nie przejmując się wodą spływającą na schody. Niżej ktoś wystawił przed drzwi drewniane krzesło, a na parapecie otwartego okna stała filiżanka po kawie.

Patrzyłam na ludzi siedzących przy kawie i coraz bardziej drażniło mnie, że nikt nie wyglądał na kogoś, kto za chwilę musi gdzieś biec.

A ja od rana próbowałam wypełnić sobie każdą wolną godzinę.

Zatrzymałam się na niewielkim placu i rozejrzałam dookoła.

Odchodziły od niego wąskie uliczki. Każda wyglądała niemal tak samo, a po ponad godzinie chodzenia przed siebie nadal nie miałam pojęcia, dokąd właściwie prowadzą.

Pomyślałam:

Co ja właściwie robię?

Przyleciałam sama na drugi koniec Europy, a teraz spaceruję po obcym miasteczku, nie mając najmniejszego pojęcia, gdzie iść ani co ze sobą zrobić. To wcale nie było do mnie podobne.

Przez całe życie wszystko planowałam. Zawsze wiedziałam, co będzie za godzinę, jutro albo za tydzień. Tutaj nagle zostałam sama z ogromną ilością wolnego czasu i zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić.

Obróciłam się wokół własnej osi. Po drugiej stronie placu dostrzegłam niewielką trattorię ukrytą między dwiema uliczkami.

Miała tylko trzy stoliki ustawione pod jasną markizą i menu zapisane kredą na ciemnej tablicy.

Pomyślałam, że obiad będzie całkiem dobrym początkiem.

Usiadłam przy stoliku stojącym najbliżej ulicy.

Podszedł do mnie kelner. Miał opaloną twarz, siwiejące włosy i uśmiech, który od razu wzbudzał sympatię.

Podał mi kartę.

Przejrzałam ją szybko i spojrzałam na niego z bezradnym uśmiechem.

— Angielski?

Rozłożył ręce.

— Trochę.

Wskazał jedno z dań w menu i zaczął zachwalać dzisiejszą propozycję. Mówił z takim entuzjazmem, że przez chwilę próbowałam nadążyć, ale z całej wypowiedzi wyłapałam tylko jedno znajome słowo: pasta. Uznałam więc, że przynajmniej wiem, że zamówiłam makaron.

— Okej. Wezmę to.

Wyraźnie zadowolony z mojego wyboru skinął głową i odszedł w stronę restauracji. Ja wiedziałam tylko tyle, że zamówiłam makaron. Cała reszta była niespodzianką.

Kiedy kelner postawił przede mną talerz, mój początkowy entuzjazm trochę osłabł. Makaron był posypany pecorino, pomiędzy nim widziałam kawałki grillowanego bakłażana i świeże listki mięty.

Mięta? Z makaronem?

Patrzyłam na talerz z coraz mniejszym przekonaniem. W mojej głowie mięta pasowała do herbaty, lemoniady albo deseru, ale na pewno nie do obiadu. Przez sekundę rozważałam, czy nie zawołać kelnera i nie zamówić czegoś innego, jednak szybko przypomniałam sobie, jak wyglądała nasza poprzednia próba porozumienia.

No dobrze.

Skoro już zaryzykowałam z zamówieniem, mogłam przynajmniej spróbować.

Pierwszy kęs całkowicie mnie zaskoczył. Pecorino nadawało całości wyrazisty, lekko słony smak, mięta dodawała świeżości, a grillowany bakłażan był miękki i delikatny. Wszystko łączyła aromatyczna oliwa, wyraźnie wyczuwalna przy każdym kęsie.

Spróbowałam drugi raz, tym razem już bez wahania. Było naprawdę dobre. Mięta, której najbardziej się obawiałam, okazała się jednym z najlepszych elementów całego dania.

Po chwili uniosłam wzrok. Przy sąsiednich stolikach ludzie siedzieli tak długo, jak mieli na to ochotę. Jedni kończyli obiad, inni zamawiali deser, a nikt nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego godziną. Wciąż nie potrafiłam wyobrazić sobie, że można tak funkcjonować każdego dnia. Dla mnie obiad od dawna był tylko krótką przerwą pomiędzy obowiązkami. Jadłam szybko, myśląc już o tym, co czeka mnie później. Nawet siedząc przy stole, rzadko byłam naprawdę obecna.

Wróciłam do jedzenia. Próbowałam jeść wolniej i zwracać większą uwagę na smak zamiast zastanawiać się, co zrobię później. Okazało się, że nawet tak prosta rzecz wymagała ode mnie więcej uwagi, niż się spodziewałam.

Gdy skończyłam, zapłaciłam za obiad i wyszłam z restauracji, nie zastanawiając się specjalnie nad trasą.

Wracając inną ulicą, trafiłam na targ.

Weszłam między stragany ustawione po obu stronach wąskiej uliczki. Nad głową powiewały wyblakłe materiałowe daszki, które dawały odrobinę cienia. Z każdej strony dochodziły nawoływania sprzedawców, a między skrzynkami z owocami i warzywami przeciskały się dzieci, biegając od jednego stoiska do drugiego.

Zwolniłam.

Nigdy wcześniej nie widziałam tylu kolorów w jednym miejscu. Na stołach leżały morele, pomidory, oliwki i cukinie, pomiędzy nimi powykręcane ogórki, bakłażany o najróżniejszych kształtach i papryki, z których żadna nie wyglądała tak samo.

Przy jednym ze stoisk mężczyzna układał brzoskwinie w drewnianej skrzynce, a ich słodki zapach mieszał się z aromatem bazylii i rozmarynu.

— Buongiorno — przywitał mnie życzliwie sprzedawca.

Odpowiedziałam nieśmiało i wskazałam kilka brzoskwiń oraz garść wiśni.

Zapakował je do papierowej torby, po czym dorzucił jedno jabłko i gestem pokazał, że to prezent.

Podziękowałam i ruszyłam dalej.

Usiadłam później na starej drewnianej ławce stojącej pod drzewem oliwnym przy końcu placu.

Oparłam się wygodniej o ławkę i jadłam brzoskwinię, pozwalając, żeby sok spływał mi po palcach. Nie trwało długo, zanim zaczęłam układać w głowie plan dalszego dnia. No cóż, nawet odpoczynek próbowałam zamienić w zadanie do wykonania.

Mogłam pójść na plażę, przejść się do portu albo usiąść w jednej z małych kawiarni, które mijałam po drodze, ale siedząc na tej ławce, czułam, że zmiana miejsca niewiele tu pomoże. Problem nie leżał przecież w tym, dokąd pójdę za chwilę.

Widząc ludzi przechodzących przez plac, pomyślałam, że dobrze byłoby dzielić ten dzień z kimś, komu mogłabym po prostu powiedzieć:

— Chodź. Zobaczymy, co jest za następnym rogiem.

Wstałam z ławki i ruszyłam w stronę hotelu. Zamiast siedzieć tam dłużej i pozwolić, żeby to nieprzyjemne uczucie rozgościło się we mnie na dobre, wolałam iść przed siebie i zająć myśli czymkolwiek innym. Robiłam tak od lat. Kiedy robiło się niewygodnie, znajdowałam sobie zajęcie.

Słońce schodziło coraz niżej, a ulice wypełniało ciepłe, złote światło. Właściciele restauracji ustawiali stoliki przed wejściami, rozwieszali lampki nad ogródkami i szykowali je na wieczór.

Weszłam na ścieżkę prowadzącą przez ogród i usłyszałam gitarę. Odwróciłam głowę w stronę tarasu.

Z oddali płynęły pierwsze akordy gitary, a zaraz po nich usłyszałam męski głos. Nie rozumiałam ani jednego słowa. Melodia i tak zatrzymała mnie w miejscu. Stałam tam, wsłuchując się w nią, zanim ruszyłam do swojego pokoju.

ROZDZIAŁ 4

Między ruinami a muzyką

Dzisiaj postanowiłam pojechać do Solunto.

Wieczorem poprzedniego dnia przeczytałam krótki opis ruin ukrytych wysoko nad morzem. Podobno z tego miejsca widać było całą zatokę i wodę rozlewającą się szeroko poniżej wzgórz. Zdecydowałam, że chcę tam pojechać. Od przyjazdu znałam właściwie tylko najbliższą okolicę. Nie chciałam wrócić do Polski z poczuciem, że przez cały pobyt nie odważyłam się ruszyć trochę dalej.

Długo stałam przed otwartą szafą.

Najpierw sięgnęłam po czarną sukienkę, po chwili odłożyłam ją z powrotem. Potem wyciągnęłam białą koszulę, ale i ona zaraz wróciła na wieszak. Ostatecznie wybrałam lekką lnianą sukienkę w kolorze piasku. Do torebki spakowałam krem z filtrem, butelkę wody, okulary przeciwsłoneczne i książkę. Zasunęłam zamek, zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi, po czym zawróciłam.

Otworzyłam torebkę po raz kolejny, chociaż dobrze wiedziałam, co przed chwilą do niej włożyłam. Okulary były na swoim miejscu. Krem również. Patrzyłam na jej zawartość, próbując przypomnieć sobie, czego właściwie szukam, chociaż tak naprawdę nie brakowało w niej niczego.

Zamknęłam zamek i wyszłam z pokoju, zanim zdążyłam ponownie zajrzeć do środka.

Na przystanek przyszłam trochę wcześniej. Autobus stał już przy krawężniku z otwartymi drzwiami. Weszłam do środka, kupiłam bilet i odruchowo usiadłam blisko wyjścia. Po drugiej stronie było sporo wolnych miejsc, więc przesiadłam się pod okno.

Podczas podróży złapałam się na tym, że nawet wybór miejsca potrafił uruchomić we mnie potrzebę kontrolowania wszystkiego.

Autobus ruszył, a droga zaczęła piąć się przez wzgórza porośnięte suchą roślinnością i niewielkie miasteczka przyklejone do zboczy. Co jakiś czas między domami pojawiały się krótkie błyski morza odbijającego promienie słońca. Za każdym kolejnym zakrętem otwierał się nowy widok na zatokę i coraz trudniej było oderwać wzrok od krajobrazu.

Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się na niewielkim przystanku. Wysiadłam jako ostatnia. Drzwi zamknęły się za mną i po chwili zostałam sama przy wąskiej drodze prowadzącej pod górę.

Rozejrzałam się, sprawdzając, czy na pewno wysiadłam we właściwym miejscu. W pobliżu nie było nikogo poza starszym mężczyzną zamiatającym chodnik przed niewielkim sklepem. Zauważyłam drogowskaz prowadzący do parku archeologicznego i ruszyłam przed siebie.

Po drodze minęłam bar, za którego ladą piętrzyły się ciepłe rogaliki. Kupiłam jednego z miodem i butelkę wody. Postanowiłam zjeść później, gdy znajdę trochę cienia.

Obok mnie spacerowali inni turyści. Szłam między ruinami, zaglądając w kolejne przejścia i przyglądając się pozostałościom dawnego miasta. Zachowały się fragmenty ulic, resztki domów i pojedyncze kolumny, które od wieków trwały w tym samym miejscu, opierając się upływowi czasu.

Lubiłam takie miejsca. Zamiast myśleć o historii, bardziej ciekawiło mnie życie ludzi, którzy kiedyś tutaj mieszkali. Jak wyglądały ich poranki, czym wypełniali czas i jak radzili sobie z codziennością w świecie tak bardzo różnym od naszego. Chyba właśnie ta zwyczajna część ich życia ciekawiła mnie najbardziej.

Wiatr przynosił zapach dzikiego tymianku. Ciepło rozgrzanej ziemi przenikało przez cienkie podeszwy sandałów. Schodziłam w węższe przejścia prowadzące niżej, a pomiędzy ruinami otwierał się widok na zatokę rozciągającą się daleko poniżej.

Gdy słońce zaczęło mocniej przypiekać, znalazłam miejsce w cieniu drzewa. Usiadłam na starym stopniu, wyjęłam z torebki rogalika i butelkę wody. Jedząc powoli, otworzyłam książkę.

Po kilku stronach nie potrafiłam powiedzieć, o czym właściwie czytam. Wzrok przesuwał się po kolejnych linijkach, ale moje myśli nieustannie uciekały gdzieś indziej. Zamknęłam książkę i odłożyłam ją obok siebie.

Odchyliłam głowę i popatrzyłam w niebo. Nad ruinami krążyły mewy, a wiatr poruszał wysuszoną słońcem trawę. Siedziałam pod drzewem, wsłuchując się w szelest roślin i odległy śpiew ptaków. Myśli nadal pojawiały się w głowie, ale nie próbowałam już ich porządkować. Pozwalałam im płynąć.

Schowałam książkę do torebki i ruszyłam dalej, wybierając kolejne ścieżki według tego, co akurat przyciągnęło moją uwagę.

Wieczorem wracałam w stronę przystanku autobusowego. Powietrze zdążyło już trochę ostygnąć, ale słońce wciąż zalewało uliczki Solunto ciepłym, złotym światłem. Kilka restauracji powoli zapełniało się ludźmi, z otwartych okien dochodził zapach pieczonych ryb i świeżych ziół.

Zatrzymałam się przy niewielkim sklepie z pamiątkami. Na szybie, między pocztówkami i mapami okolicy, wisiało kilka lokalnych ogłoszeń. Jedno z nich od razu przyciągnęło mój wzrok.

LUNGO MARE LIVE — TONIGHT

21:00 — Luca M. & Mare Nero

Qvivi — Palermo

Byłam przekonana, że za chwilę przestanę o nim myśleć. Tymczasem nazwa baru nie dawała mi spokoju, chociaż uparcie próbowałam zająć myśli czymś innym. Zerknęłam jeszcze raz na godzinę koncertu i ruszyłam w stronę przystanku. Przecież nie musiałam tam iść. Mimo to przez całą drogę powrotną wracałam myślami do Qvivi.

…


Weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i cały gwar ulic został po drugiej stronie. Zdjęłam sandały i usiadłam na łóżku. Nogi przyjemnie pulsowały po całym dniu chodzenia. Zostałam sama. Plan był prosty. Wziąć prysznic, dokończyć rozdział książki, którego nie udało mi się przeczytać w ruinach, i położyć się wcześniej spać. Problem polegał na tym, że perspektywa kolejnego wieczoru spędzonego wyłącznie we własnym towarzystwie wcale mnie nie cieszyła.

Zamiast wejść do łazienki, zaczęłam krążyć po pokoju. Poprawiłam ubrania wiszące w szafie. Przesunęłam kosmetyki stojące przy lustrze, chociaż wszystko stało dokładnie tam, gdzie je zostawiłam. Zamknęłam szafę, po chwili znowu ją otworzyłam. Sama nie wiedziałam, czego właściwie szukam.

Na wieszaku wisiała granatowa sukienka. Zdjęłam ją i przyłożyłam do siebie przed lustrem. Jasne, lekko falowane włosy sięgały mi za ramiona, a niebieskie oczy wydawały się bardziej intensywne dzięki delikatnej opaleniźnie, którą słońce zostawiło na mojej twarzy. Kilka piegów rozsianych na nosie i policzkach stało się bardziej widocznych niż zwykle.

Przyjrzałam się swojemu odbiciu. W rysach twarzy było mniej zmęczenia, a skóra nabrała od słońca cieplejszego koloru.

Wyjście do baru pełnego obcych ludzi wydawało się ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Z drugiej strony siedzenie w pokoju tylko dlatego, że bałam się wyjść samej, wcale nie brzmiało lepiej. Coraz bardziej męczyło mnie to ciągłe przeciąganie każdej decyzji na dwie strony. Chciałam wyjść, ale się bałam. Chciałam zostać, ale wiedziałam, że później będę miała do siebie pretensje. Nawet zwykły wieczór potrafiłam skomplikować tak, że sama miałam już tego dość.

Odłożyłam sukienkę na łóżko i weszłam pod prysznic. Ciepła woda spływała po ramionach, zmywając zmęczenie po całym dniu. Oparłam dłonie o chłodne płytki i zamknęłam oczy. Wciąż mogłam zrezygnować. Nikt nie wiedział, że planowałam tam pójść.

Wytarłam ciało miękkim ręcznikiem i założyłam granatową sukienkę. Rozpuściłam włosy i wsunęłam na nie czarną opaskę.

Zamknęłam drzwi pokoju i zeszłam na dół.

Do centrum Palermo dotarłam tuż przed rozpoczęciem koncertu. Qvivi okazał się niewielkim barem schowanym w jednej z bocznych uliczek niedaleko portu. Zatrzymałam się przed wejściem.

Już z zewnątrz słyszałam muzykę, brzęk szkła i głosy dochodzące z wnętrza.

Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby zawrócić.

Właśnie wtedy drzwi otworzyły się od środka. Z baru wyszła para w średnim wieku. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i przytrzymał drzwi.

— Grazie — powiedziałam cicho.

Skoro już stałam przy wejściu, głupio było się wycofać, więc weszłam do środka.

Kelnerka przeciskała się między stolikami z tacą pełną kieliszków, a przy barze trudno było znaleźć wolne miejsce. Początkowo cały ten gwar trochę mnie przytłoczył. Usiadłam przy stoliku stojącym z boku sali, skąd dobrze było widać scenę.

Kelnerka podeszła niemal od razu.

— Spritz?

Skinęłam głową.

Kelnerka uśmiechnęła się i zniknęła między stolikami, a ja w tym czasie rozejrzałam się po sali.

Na scenie muzycy przygotowywali się do koncertu. Basista stroił instrument, perkusista poprawiał ustawienie mikrofonu, a nieco z boku stał gitarzysta w ciemnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Nie rozglądał się po sali ani nie próbował zwracać na siebie uwagi. Skupiał się na gitarze, sprawdzając kolejne dźwięki.

Kiedy odsunął włosy z czoła, przyjrzałam mu się uważniej. Był wysoki i szczupły, miał ciemne, lekko niedbałe włosy, kilkudniowy zarost i skórzaną bransoletkę na lewym nadgarstku. Najbardziej przyciągał jednak spokój, z jakim trzymał gitarę. Było widać, że czuł się swobodnie. Wszystkie ruchy wykonywał z pewnością człowieka, który robił to setki razy.

Stał trochę z boku, a jednak coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę właśnie w jego stronę.

W tej samej chwili podniósł głowę.

ROZDZIAŁ 5

Pierwsze spotkanie

Koncert się skończył, ale ludzie nawet nie myśleli o wychodzeniu. Muzycy schodzili ze sceny, kelnerki zbierały puste talerze, a między stolikami mieszały się śmiech i głośne rozmowy. Widocznie tutaj wieczór dopiero się zaczynał.

Siedziałam przy swoim stoliku, obracając w dłoniach szklankę, na której dnie zostały już tylko kostki lodu, i chyba jako jedyna nie wiedziałam, co zrobić dalej. Mogłam wrócić do hotelu albo zostać. Żadna z tych możliwości nie przekonywała mnie na tyle, żebym naprawdę się na nią zdecydowała.

Popatrzyłam w stronę sceny. Basista zniknął już gdzieś między ludźmi, perkusista rozmawiał przy jednym ze stolików, a gitarzysta został przy instrumentach. Powoli zwijał kable, schował gitarę do futerału i sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. Robił to z taką samą uważnością, z jaką przed chwilą grał.

To mnie zaskoczyło. Na scenie od razu przyciągał wzrok, a teraz zajmował się instrumentami z taką swobodą, że cała reszta sali zdawała się dla niego nie istnieć.

Jeśli wyjdę, wrócę do pokoju. Jeśli zamówię kolejnego drinka, kupię sobie trochę czasu. Sama nie wiedziałam, na co właściwie czekam. Czemu podejmowanie decyzji zawsze musiało być dla mnie takie trudne. Wyjście miałam tuż przed sobą. Wystarczyło przejść przez drzwi i wrócić. Zamiast tego wstałam od stolika i podeszłam do baru.

Barmanka z ciemnymi lokami spiętymi wysoko i tatuażami na przedramionach spojrzała na mnie pytająco.

— Jeszcze jeden Aperol?

Miałam ochotę odmówić, ale skoro i tak nie byłam gotowa wracać do hotelu, skinęłam głową.

— Tak.

Czekając na drinka, obejrzałam wnętrze. Nie było tu idealnie równych półek ani starannie dobranych dekoracji. Obok starych fotografii Palermo wisiały plakaty koncertów z różnych lat, na jednej z półek stały ceramiczne sycylijskie głowy, a kilka butelek miało już lekko wytarte etykiety. Za barem dziewczyna sprawnie przesuwała kolejne szklanki, zamieniając przy tym kilka słów z gośćmi. Patrząc na nią, pomyślałam, że większość osób zagląda tutaj nie tylko na drinka, ale również dla swobodnej, serdecznej atmosfery.

Barmanka postawiła przede mną szklankę.

W tej samej chwili obok mnie stanął gitarzysta, którego przed chwilą obserwowałam na scenie.

— To co zwykle? — zapytała, spoglądając na mężczyznę stojącego przy barze.

— Tak, poproszę.

Sięgnęła po butelkę ginu i niską szklankę. Nie musiała pytać o zamówienie. Najwyraźniej bywał tu często.

Odwrócił się w moją stronę.

— Aperol?

Stał tak blisko, że musiałam lekko unieść głowę, żeby na niego spojrzeć. Przez sekundę nie byłam nawet pewna, czy naprawdę mówi do mnie.

Serce mi przyspieszyło.

Świetnie. I co teraz?

Nagle wyleciały mi z głowy nawet te włoskie słowa, których zdążyłam się nauczyć.

— Mi dispiace… Non parlo italiano.

Byłam przekonana, że na tym ta rozmowa się skończy.

— Możemy rozmawiać po angielsku.

— Naprawdę?

— Tak. Nie mówię perfekcyjnie, ale myślę, że wystarczy.

Odruchowo poprawiłam włosy za ucho.

— To dobrze. Mój angielski też nie jest idealny.

— Czyli mamy podobnie.

Słuchał uważnie, nie przerywając, a kiedy zabrakło mi słowa, czekał spokojnie, aż sama je znajdę.

Barmanka postawiła przed nim niską szklankę.

— Negroni? — zapytałam.

— Tak.

— Dobry wybór.

— Lepszy niż Aperol.

Zerknęłam na bursztynowoczerwony kolor Negroni, a potem na szklankę, którą trzymałam w dłoni.

— Widzę, że masz bardzo zdecydowane zdanie na ten temat.

Uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony moją odpowiedzią.

— Tylko w ważnych sprawach.

Przez sekundę patrzyłam na niego, nie wiedząc, czy mówi poważnie.

— Jestem Luca.

Wyciągnął do mnie rękę.

— Liliana.

Uścisnęłam ją.

Jego uścisk był pewny, ale delikatny. Kiedy mnie puścił, poczułam lekki dreszcz i od razu zirytowała mnie własna reakcja. Przecież tylko podał mi rękę. Żaden z moich planów nie zakładał tej rozmowy, a jednak z każdą kolejną minutą coraz mniej miałam ochotę ją kończyć.

Teraz mogłam przyjrzeć mu się uważniej. Docierał do mnie delikatny zapach perfum z nutą cytrusów i morskiej świeżości. Sama nie wiedziałam, dlaczego zwracam uwagę na takie drobiazgi.

— Pierwszy raz na Sycylii?

— Tak.

— I na jak długo?

— Tylko tydzień.

— To zdecydowanie za krótko, żeby naprawdę poznać Sycylię.

— Zaczynam dochodzić do tego samego wniosku. Przez pierwsze dni zdążyłam zobaczyć Palermo i Solunto. Im więcej jednak odkrywam, tym dłuższa robi się lista miejsc, które chciałabym odwiedzić.

— Masz już jakiś plan?

Przed wyjazdem miałam plan na niemal każdy dzień. Tutaj jednak już od pierwszego poranka wszystko zaczęło układać się inaczej.

— Mam w notesie całą listę miejsc. Problem w tym, że trudno zdecydować, od czego zacząć. Chciałabym spróbować miejscowej kuchni. Nie tej, którą polecają przewodniki, tylko takiej, którą wybierają sami mieszkańcy. Nie mam jednak pojęcia, od czego zacząć.

— Jadłaś już arancini?

Pokręciłam głową.

— Jeszcze nie.

— Widziałam je już wcześniej, ale za każdym razem wybierałam coś, co znałam. Chyba nadal boję się zamawiać rzeczy, których nie potrafię nawet wymówić.

— To pierwsza rzecz, którą powinnaś zrobić.

Roześmiałam się.

— Aż tak?

— Gdybyś wyjechała z Sycylii, nie próbując arancini, ominęłaby cię połowa podróży.

— W takim razie dopisuję je do listy.

— Nie dopisuj.

Odwróciłam się do niego, czekając na wyjaśnienie.

— Jest takie miejsce niedaleko stąd. Po zamknięciu baru miałem wpaść tam na kolację.

Zawahał się, po czym dodał:

— Jeśli masz ochotę, możesz pójść ze mną.

Wyjście na kolację z kimś, kogo właśnie poznałam, zdecydowanie nie było w moim stylu. Luca nie próbował mnie przekonywać. Po prostu czekał.

Zwykle znalazłabym wystarczająco dużo powodów, żeby odmówić. Zamiast szukać kolejnego powodu, żeby wrócić, chciałam zobaczyć, dokąd zaprowadzi mnie ten wieczór.

Podniosłam na niego wzrok.

— Chętnie.

ROZDZIAŁ 6

Proste chwile

Ledwie wyszliśmy z baru, Luca ruszył przed siebie i skręcił w jedną z bocznych uliczek.

Szłam obok niego i właśnie wtedy dotarło do mnie, że naprawdę zgodziłam się na kolację z kimś, kogo poznałam tego wieczoru. W barze wszystko wydarzyło się tak naturalnie, że nie zdążyłam się nad tym zastanowić. Gdy zostaliśmy sami, nie wiedziałam, co powiedzieć.

Nie lubiłam tej pierwszej niezręczności, kiedy jeszcze nie wiadomo, o co można zapytać ani jak się zachować. Zaczynałam wtedy układać w głowie kolejne zdania, zanim zdążyłam je wypowiedzieć, przez co zamiast poczuć się swobodniej, tylko bardziej się spinałam.

Luca zdawał się nie mieć podobnego problemu. Szedł obok mnie pewnym krokiem, wybierając kolejne uliczki, podczas gdy ja szukałam czegokolwiek, od czego mogłabym zacząć rozmowę.

Było już późno, a miasteczko wciąż tętniło życiem. Mijaliśmy rodziny wracające z kolacji, starszych mieszkańców siedzących przed domami i grupki młodych ludzi stojących przed barami. Na środku placu dzieci nadal grały w piłkę. Krzyczały, śmiały się i biegały za nią, nie zwracając uwagi na nic poza grą.

— Nikt nie każe im wracać do domu?

— Pewnie matki wołają ich już od godziny.

— U nas o tej porze na ulicach zostają głównie ci, którzy wracają z imprez albo właśnie się na nie wybierają. Tutaj mam wrażenie, że całe miasto wyszło z domów.

— Wieczorem wreszcie można odetchnąć. W dzień jest za gorąco. Jak tylko robi się chłodniej to prawie wszyscy wychodzą.

Rozejrzałam się po otwartych oknach i balkonach, na których wciąż suszyło się pranie.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego nikt tutaj nie chce wcześnie chodzić spać.

— Poczekaj, aż spędzisz tu sierpień.

— Jest gorzej?

— O tej porze będziesz marzyła tylko o cieniu i zimnej wodzie.

Pokręciłam głową i ruszyłam za nim, kiedy skręcił na niewielki plac. W jego rogu stał food truck, z którego unosił się zapach świeżo smażonych arancini. Obok ustawiono trzy metalowe stoliki, a na ciemnej tablicy wypisano kredą rodzaje nadzienia.

Zatrzymałam się przed menu.

— Chyba będziesz musiał mi pomóc.

Luca stanął obok.

— Masz ragù, szynkę z mozzarellą, pistacje, szpinak…

Przeczytałam wypisane na tablicy nazwy.

— I co wybrać?

— Ragù.

— Tak od razu?

— Pytałaś, co wybrać.

— Widzę, że nie masz problemu z podejmowaniem decyzji.

— W sprawie jedzenia? Nigdy.

— Ragù… Co to właściwie jest?

— Mięso, pomidory, warzywa, trochę wina. Wszystko długo się dusi, a później tym nadziewa się arancini. Każda rodzina robi ragù trochę inaczej i oczywiście każda twierdzi, że jej przepis jest najlepszy.

— A dlaczego polecasz właśnie to?

— Najbardziej przypomina to, które robi moja mama. Kiedy byłem mały, zawsze przygotowywała je w niedzielę.

— W takim razie biorę to samo.

Usiadłam przy jednym z metalowych stolików, a Luca podszedł do okienka, żeby złożyć zamówienie.

Starszy mężczyzna przyniósł nam dwie tacki z gorącymi arancini, a razem z nimi butelkę pomarańczowej oranżady, Chinotto i niewielki papierowy kubek.

Zobaczyłam dwie butelki stojące na stole. Jednej z nich zupełnie nie znałam.

— Nie wiedziałem, czy będzie ci smakowało. — Luca odkręcił Chinotto, nalał odrobinę do papierowego kubka i podał mi go. — Spróbuj.

Ostrożnie upiłam niewielki łyk.

Najpierw poczułam delikatne bąbelki, a zaraz potem wyraźną gorycz, która szybko rozeszła się po ustach.

Skrzywiłam się odruchowo.

Luca przesunął w moją stronę butelkę pomarańczowej oranżady.

— Wiedziałem.

— Wiedziałeś?

Sięgnął po Chinotto.

— Jedni je uwielbiają, inni nie potrafią wypić nawet paru łyków.

Odkręciłam oranżadę.

— Chyba należę do tej drugiej grupy.

— Dlatego wziąłem też to.

— Czyli podejrzewałeś, że mi nie zasmakuje?

— Była taka możliwość.

— I mimo to kazałeś mi spróbować?

— Chciałem zobaczyć twoją reakcję.

Pokręciłam głową.

— Następnym razem dwa razy się zastanowię, zanim cię posłucham.

— A jednak spróbowałaś.

Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu.

Sięgnęłam po arancino i delikatnie przełamałam panierkę. Ze środka uniosła się gorąca para i intensywny zapach sosu. Poczekałam, aż trochę ostygnie, po czym odgryzłam kawałek.

Cienka, chrupiąca panierka ustąpiła pod zębami, a zaraz potem poczułam miękkie wnętrze z ryżu, mięsa i gęstego sosu. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio zwykłe jedzenie sprawiło mi tyle przyjemności.

Spojrzałam na Lukę.

— Teraz rozumiem.

Uniósł pytająco brwi.

— Co?

— Dlaczego wszyscy mówią, że jedzenie we Włoszech jest takie smaczne.

— Chyba dlatego, że nie próbujemy go komplikować. Najważniejsze są dobrej jakości składniki. I to w zupełności wystarczy.

Sięgnął po swoje arancino.

— W dzieciństwie mama kupowała je czasem w drodze do domu jak nie miała czasu gotować. Były tak gorące, że parzyły w dłonie, a i tak nie mogliśmy się doczekać, żeby je zjeść.

— U mnie jedzenie było raczej częścią dnia. Nigdy nie zastanawiałam się nad nim aż tyle. A przecież w Polsce też mamy mnóstwo pysznych potraw. Tyle że większość z nich przygotowuje się długo, raczej na rodzinne święta albo weekendy niż na zwykły dzień.

Luca skinął głową.

— U nas nikt nie zastanawia się, czy jest okazja. Wystarczy, że wszyscy są w domu.

Pomyślałam o naszych wspólnych obiadach, które najczęściej kończyły się szybkim sprzątaniem stołu i powrotem do codziennych obowiązków.

— Chciałabym kiedyś trafić na taki zwykły rodzinny obiad.

— Myślę, że by ci się spodobał. Chociaż po godzinie z moją rodziną mogłabyś zmienić zdanie.

— Aż tak?

— Wszyscy mówią jednocześnie i każdy uważa, że to właśnie jego trzeba słuchać.

— Brzmi trochę chaotycznie.

— Trochę?

W jego głosie usłyszałam rozbawienie.

— Dobrze. Bardzo chaotycznie.

Dokończyliśmy arancini, a mimo to żadne z nas nie zbierało się do wyjścia. Luca opowiadał mi o najlepszej granicie w Palermo i próbował przekonać mnie, że pistacjowa nie ma sobie równych.

— Znowu próbujesz decydować za mnie?

— Tylko oszczędzam ci rozczarowania.

— Tak jak z Chinotto?

Zamilkł na sekundę.

— To był eksperyment.

Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu.

Dobrze mi się z nim siedziało. To zaskoczyło mnie najbardziej. Przestałam układać odpowiedzi w głowie i coraz częściej mówiłam to, co przyszło mi na myśl. Przy nim zaczynałam czuć się zaskakująco swobodnie.

Luca odstawił butelkę na stół i podniósł się.

— Chodź. Chcę ci jeszcze coś pokazać.

Ruszyliśmy przed siebie.

Chwilę później wyszliśmy z jednej z uliczek prosto na Piazza Pretoria.

Zatrzymałam się.

Pośrodku placu wznosiła się monumentalna fontanna otoczona marmurowymi rzeźbami. Szerokie schody prowadziły na kolejne poziomy, a wokół wyrastały fasady pałaców i kościołów. Oświetlone balkony, kolumny i wysokie okna odcinały się od granatowego nieba.

— Pięknie tu — powiedziałam, rozglądając się po placu.

— Najbardziej lubię to miejsce właśnie o tej porze. W dzień nie robi takiego wrażenia.

Przyjrzałam się oświetlonej fontannie.

— Rozumiem, dlaczego chciałeś mi je pokazać.

Ruszyliśmy wzdłuż fontanny.

— Kiedy byłem młodszy, często spotykaliśmy się tutaj z kolegami — powiedział Luca. — W weekendy zdarzały się koncerty. Sam też parę razy tutaj grałem. To był dobry czas.

— A teraz już tutaj nie grasz?

— Nie. Gramy w barach znajdujących się w innych miastach i klubach. Tutaj jakoś przestaliśmy.

Przeszliśmy na drugą stronę placu i przez jakiś czas spacerowaliśmy między oświetlonymi budynkami. Zatrzymałam się jeszcze przy fontannie, żeby przyjrzeć się marmurowym rzeźbom z bliska, po czym ruszyliśmy dalej.

— Odprowadzę cię.

— Nie musisz.

— Wiem.

— I tak to zrobisz?

— Tak.

Nie protestowałam.

Ruszyliśmy w stronę hotelu. Przy murach stały skutery, których tutaj chyba nigdy nie brakowało. Czarne, kremowe, błękitne i czerwone, jedne zupełnie nowe, inne noszące ślady wielu lat codziennej jazdy.

Vespy zawsze kojarzyły mi się z włoskimi filmami i pocztówkami.

— Nigdy nie miałam odwagi wsiąść na Vespę. Właściwie to na żaden motor.

Luca spojrzał na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.

— Naprawdę?

Skinęłam głową.

— Zawsze trochę się bałam.

— Nie spodziewałem się.

— Dlaczego?

— Przyleciałaś sama na Sycylię. Pomyślałem, że raczej łatwo cię nie przestraszyć.

— To, że tu przyleciałam, nie znaczy, że niczego się nie boję.

— Słusznie.

— Poza tym nigdy nie powiedziałam, że nie wsiądę na skuter. Powiedziałam tylko, że się boję.

— To zmienia sytuację.

— Jaką sytuację?

— Moja Vespa jest u mechanika. Kiedy ją odbiorę, może dam ci okazję sprawdzić, czy naprawdę jest się czego bać.

Nie przyszło mi wcześniej do głowy, że możemy spotkać się ponownie. Byłam przekonana, że wszystko zakończy się tego wieczoru. Tymczasem Luca mówił o kolejnym spotkaniu z taką naturalnością, że przez sekundę zastanawiałam się, czy dobrze go zrozumiałam.

— Mogłabym dać się namówić.

— Pomyślałem, że mogłoby ci się spodobać.

Kiedy zatrzymaliśmy się przed wejściem, nagle zabrakło mi tej swobody, którą udało mi się złapać podczas spaceru.

— Dzięki za arancini.

— Wiedziałem, że zmienisz zdanie.

— O Chinotto nie zmieniłam.

— Dam ci jeszcze czas.

— Dobranoc, Liliana.

— Dobranoc.

Odwróciłam się i weszłam do środka. Czekając na windę, zobaczyłam swoje odbicie w lustrze i uświadomiłam sobie, że nadal się uśmiecham.

ROZDZIAŁ 7

Dzień bez planu

Dzisiaj wstałam późno. I dobrze, bo nigdzie nie musiałam się spieszyć.

Siedziałam na łóżku, odkładając moment, w którym naprawdę zacznę dzień. W końcu wstałam i otworzyłam szafę. Nie zastanawiałam się długo. Założyłam jeansowe szorty, sportową koszulkę i związałam włosy w luźny kucyk.

Sięgnęłam po notes leżący na stoliku nocnym. Pierwszego dnia wyjazdu zapisałam w nim wszystko, co chciałam zrobić podczas pobytu na Sycylii.

Wypić kawę na tarasie bez pośpiechu

Zobaczyć wschód i zachód słońca

Odwiedzić winiarnię poza miastem

Pójść na lekcję robienia makaronu

Kupić pamiątki

Zjeść kolację z widokiem na morze

Spróbować sycylijskich specjałów ✓

Jeden punkt odhaczony, a przede mną nadal tyle rzeczy do zrobienia. Jeśli tak dalej pójdzie, nie uda mi się zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Zamknęłam notes, wsunęłam go do torby i wyszłam z pokoju. Pora było zejść na śniadanie.

Po otwarciu drzwi zauważyłam niewielką kartkę.

Schyliłam się i podniosłam ją z podłogi.


„20:00. Spotkajmy się przed Teatro Massimo. Stamtąd zabiorę Cię do miejsca z najpiękniejszym widokiem na Palermo. L.”

Schowałam ją do kieszeni i zeszłam na taras restauracji. Usiadłam z filiżanką cappuccino oraz talerzem pełnym ciepłego pieczywa, ricotty, świeżych fig i lokalnych wędlin.

Po śniadaniu ruszyłam w stronę miasta, próbując nie myśleć o wieczornym spotkaniu z Lucą. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale zaczynało mnie stresować.

Zaglądałam do różnych sklepików i zatrzymywałam się przy witrynach pełnych ręcznie malowanej ceramiki oraz owoców ułożonych w drewnianych skrzynkach. A mimo to co jakiś czas odruchowo zerkałam na godzinę. Do wieczora zostało jeszcze sporo czasu.

Przechodząc jedną z bocznych uliczek, zauważyłam niewielką tablicę opartą o ścianę budynku.

Warsztaty robienia świeżego makaronu

Dzisiaj — 11:00

Zwolniłam kroku.

Zajrzałam przez otwarte drzwi. W środku stał długi drewniany stół, na którym leżały worki z mąką, drewniane wałki i miski przygotowane dla uczestników. Przyglądałam się przygotowanej sali, zastanawiając się, czy nie jest już za późno.

— Szukasz warsztatów? — usłyszałam za plecami.

Odwróciłam się lekko zaskoczona.

Przede mną stała drobna kobieta z burzą siwych loków. Miała duże niebieskie kolczyki, czerwoną szminkę na ustach i kolorowy fartuch przewiązany na eleganckiej sukience.

— Właściwie tak… Zastanawiałam się nad nimi, ale nie zapisałam się wcześniej.

Zaprosiła mnie ruchem dłoni do środka.

— A kto powiedział, że trzeba? Chodź, mamy jeszcze dwa wolne miejsca.

— Naprawdę? Nie chcę robić kłopotu…

— Kłopotem byłoby zmarnować przygotowane ciasto! — klasnęła głośno w dłonie.

Warsztaty makaronu miałam przecież na swojej liście, choć nie byłam pewna, czy uda mi się je zrealizować. Tymczasem trafiłam na nie zupełnie przypadkiem.

— No już, nie stój w drzwiach. Zostaw torbę tutaj, fartuszek jest na wieszaku, a resztą zajmiemy się później. Za pięć minut zaczynamy.

Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć. Kobieta z wyraźnym entuzjazmem położyła dłoń na moich plecach i lekko popchnęła mnie w stronę sali.

— Idź, idź. We Włoszech najpierw robi się makaron, a później się zastanawia.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, zdjęłam torbę z ramienia i powiesiłam ją przy wejściu. Chwilę później zawiązywałam już biały fartuch, zastanawiając się, jakim cudem dałam się w to wszystko wciągnąć.

Przy długim stole siedziało już osiem osób. Niektórzy rozmawiali ze sobą, inni z wyraźnym zaciekawieniem przyglądali się przygotowanym składnikom. Zajęłam jedno z dwóch wolnych miejsc.

Usiadłam, poprawiając fartuch.

Rudowłosa dziewczyna siedząca obok przesunęła w moją stronę miskę z mąką.

— Emily.

— Liliana.

— Pierwszy raz?

Skinęłam głową.

— Mój też.

— To dobrze. Będzie mi raźniej, jeśli nie tylko ja będę uczyć się od podstaw.

Właścicielka podeszła do głośnika stojącego na parapecie i włączyła muzykę. Po sali od razu rozbrzmiały włoskie piosenki, a ona, nucąc jedną z melodii, zaczęła pokazywać nam krok po kroku, jak przygotować ciasto. Jej ruchy były tak płynne i naturalne, że wszystko wydawało się dziecinnie proste.

Po kilku minutach cienka warstwa mąki pokrywała już cały blat. Miałyśmy ją na dłoniach i fartuchach, a niektórzy nawet na policzkach.

— Myślę, że dodałam za dużo wody — powiedziała Emily, przyglądając się swojemu ciastu.

Zerknęłam na jej ciasto.

— Moje wygląda niewiele lepiej.

Właścicielka podeszła do naszego stołu.

— Nie bójcie się go. Ciasto lubi pewne dłonie.

Delikatnie poprawiła sposób, w jaki je ugniatałyśmy, po czym z zadowoleniem skinęła głową.

— O, teraz będzie z niego makaron.

Atmosfera szybko zrobiła się swobodniejsza. Odrywaliśmy wzrok od blatów, wymienialiśmy się uwagami i podpowiadaliśmy sobie nawzajem, kiedy komuś ciasto zaczynało przyklejać się do dłoni.

Po przygotowaniu wszystkich porcji właścicielka podzieliła je na dwie części.

— Połowę zabierzecie ze sobą do domu. Drugą ugotujemy teraz.

Przed każdym z nas pojawił się talerz świeżego makaronu wymieszanego z pachnącym bazyliowym pesto i obficie posypanego parmezanem. Pozostała część została starannie zapakowana do papierowych torebek, które mogliśmy zabrać ze sobą.

Spróbowałam pierwszego kęsa.

W końcu zrozumiałam, dlaczego Włosi powtarzają, że makaron najlepiej smakuje al dente.

Przy stole szybko zaczęliśmy porównywać nasze porcje i żartować z tego, komu udało się zrobić najrówniejsze kawałki. Emily stwierdziła, że jej ciasto wyglądało lepiej przed ugotowaniem, a ja nie mogłam się zdecydować, czy bardziej cieszy mnie smak, czy sam fakt, że naprawdę zrobiłam ten makaron własnymi rękami.

Po skończonym posiłku podziękowaliśmy właścicielce i wyszliśmy na zewnątrz.

— Masz teraz jakieś plany? — zapytała Emily.

— Chciałam trochę pochodzić po mieście.

— To wybierz się ze mną na lody.

— Masz już upatrzone jakieś miejsce?

— Tak. Prowadzę profile podróżnicze i pokazuję miejsca, które naprawdę warto odwiedzić. Wczoraj moi obserwatorzy polecili mi tę lodziarnię. Podobno ostatnio zrobiła się bardzo popularna w internecie. Pokazała mi zdjęcie w telefonie.

— Czyli będę mogła spróbować ich z kimś, kto naprawdę wie, gdzie warto zjeść lody.

Emily uśmiechnęła się.

— Albo z kimś, kto po prostu lubi dobrze zjeść.

— Dobrze, przekonałaś mnie.

Za jakiś czas doszłyśmy na miejsce i weszłyśmy do La Delizia.

Stałyśmy przed długą witryną, próbując zdecydować się na dwa smaki spośród kilkudziesięciu. Były klasyczne wanilia i czekolada, ale obok nich pistacje z Bronte, ricotta z figami, migdały, cytryna, czerwone pomarańcze, słony karmel i wiele innych smaków, których wcześniej nie znałam.

Emily wybrała pistację z Bronte i sycylijską cytrynę.

Ja ostatecznie zdecydowałam się na pistację i ricottę z figami.

Lody podano nam w kolorowych sycylijskich kubeczkach ozdobionych tradycyjnymi wzorami. Zapłaciłyśmy i przeszłyśmy na dziedziniec znajdujący się za lodziarnią.

Rozejrzałam się dookoła.

Piaskowe ściany otaczały dziedziniec wypełniony dużymi glinianymi donicami z bujną zielenią. Pomiędzy nimi ustawiono proste drewniane ławki i pieńki drzew pełniące rolę siedzisk. W jednym z narożników stała tradycyjna sycylijska kareta pomalowana na intensywne odcienie czerwieni, żółci i błękitu, przy której niemal każdy zatrzymywał się na zdjęcie.

— Mogłabym siedzieć tutaj godzinami.

— Dlatego właśnie wybrałam to miejsce — odpowiedziała Emily. To było trafione polecenie.

Spróbowałam pierwszej łyżeczki i od razu zrozumiałam, skąd brały się kolejki przed lodziarnią.

Emily wyjęła telefon i zaczęła nagrywać. Przesuwała kamerę po kolorowej karecie, zielonych roślinach i stolikach ustawionych na dziedzińcu, a później skierowała obiektyw na siebie.

— Wielu z was polecało mi La Delizia, więc oczywiście musiałam sprawdzić ją sama. I mieliście rację. Jeśli ktoś jeszcze tu nie był albo planuje wyjazd na Sycylię, koniecznie dopiszcie to miejsce do swojej listy.

Emily zaproponowała, żebyśmy zrobiły wspólne zdjęcie. Za pierwszym razem obcięłyśmy pół karety, za drugim ktoś wszedł nam w kadr, ale kolejne wyszło dokładnie tak, jak chciałyśmy.

Patrząc na Emily, też wyjęłam telefon.

Zrobiłam zdjęcia dziedzińca i kolorowej karety, a później nagrałam krótki film, obracając telefon tak, żeby uchwycić całe miejsce. Na koniec odwróciłam kamerę w swoją stronę.

— To miejsce naprawdę było warte kolejki.

Obejrzałam nagranie i schowałam telefon.

Pomyślałam, że od tej pory będę częściej robiła zdjęcia i krótkie filmy. Było tu zbyt wiele pięknych miejsc, żeby zachować je wyłącznie w pamięci.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 48.51