Miasto nad Wisłą (1806–1815)
Na przednówku wojny — Toruń u progu katastrofy
Rok Pański 1805. Grudzień. Miasto Toruń pod zaborem pruskim.
I. Miasto, które zapomniało, czym jest wojna
Czytelniku, pozwól, że przeniosę Cię w miejsce, które już nie istnieje. Nie w sensie dosłownym — ulice Torunia stoją do dziś, a Ratusz Staromiejski dumnie góruje nad Rynkiem, ale tamten świat, ten sprzed dwóch wieków, odszedł bezpowrotnie, zabrany przez huragan historii, który nadciągnął z Francji. Toruń u progu roku 1806 był miastem, które żyło wspomnieniami. Jeszcze całkiem niedawno, bo przez dwieście lat, był klejnotem w koronie Rzeczypospolitej, perłą hanzeatycką, miastem Kopernika i największym w Królestwie Polskim producentem zboża. Aż przyszedł trzeci rozbiór w 1793 roku i wraz z nim Prusacy.
Pruska administracja była wydajna. Może nawet zbyt wydajna, jak na gusta toruńskich patrycjuszy, którzy pamiętali czasy, gdy to oni dyktowali warunki na Bałtyku [citation:4]. W ręce króla Fryderyka Wilhelma II, a następnie jego syna Fryderyka Wilhelma III (którego sylwetkę majaczącą gdzieś w odległym Berlinie pomińmy na razie milczeniem), miasto wpadło niczym łup. Co prawda oficjalnie nazywano to „protektoratem”, ale mieszczanie z ulicy Szerokiej i św. Ducha wiedzieli swoje. Ceł wzrosły, handel zbożem — czyli chleb powszedni miasta — załamał się, ponieważ Prusy faworyzowały własne porty w Gdańsku i Królewcu [citation:5].
Spacerując wyobraźnią po Rynku Staromiejskim w owe grudniowe popołudnie, uderzało jedno: cisza. Nie ta cisza świąteczna, pełna nadziei, lecz cisza stagnacji. Dzwony kościoła Mariackiego biły wprawdzie o zwykłych porach, ale wozy kupieckie nie tłukły się już tak tłumnie po bruku. Karczma „Pod Lwem” przy rogu Rynku i ulicy Szerokiej pękała może w szwach, ale siedzieli w niej głównie pruscy urzędnicy w sztywnych kołnierzach i polscy rzemieślnicy spoglądający na nich znać kufli z nieukrywaną rezerwą.
To właśnie polityka celna Berlina doprowadziła do tego, że Adam Gehr, mistrz stolarski z ulicy Świętej Katarzyny, zamiast przyjmować zamówienia od gdańskich kupców na ozdobne skrzynie i gdańskie szafy, dorabiał naprawą krzeseł dla oficerów z Garnizonu przy ulicy Żeglarskiej.
II. Warsztat przy ulicy Świętej Katarzyny — królestwo Adama Gehra
Zapukajmy. Ulice Świętej Katarzyny była wówczas — podobnie zresztą jak dziś — nieco na uboczu głównego szlaku handlowego. Mniej zgiełku, więcej pyłu z warsztatów. Domy były wąskie, wysokie, kryte dachówką, a w ich suterenach i na poddaszach tliło się życie siedemnastu pokoleń torunian.
Dom pod numerem 11 (który niestety, choć piszę tę książkę z pasją detektywa, nie przetrwał do naszych czasów w niezmienionym kształcie) był właśnie warsztatem i jednocześnie mieszkaniem Gehrów. Na parterze znajdowała się izba robocza — królestwo wiórów, kleju kostnego i wosku.
Mistrz Adam Gehr był człowiekiem średniego wzrostu, o rękach tak potężnych, że mógł ścisnąć w nich główkę siekiery, a jednak tak precyzyjnych, że potrafił wydłubać inkrustację z masy perłowej, przy której współczesny jubiler by zapłakał. Był ostatnim z wielkiego rodu cieśli, którzy budowali spichlerze nad Wisłą. Teraz budował głównie trumny.
— Wojna — mawiał, wbijając dłuto w lipowy kloc — to niezgoda. A niezgoda, moi drodzy, to chudy rok dla stolarza. Dla kata owszem, dla stolarza nie.
To zdanie powtarzał szczególnie często w ostatnich miesiącach. W całej Europie huczało od armat. Napoleon Bonaparte, ten krótki korsykański diabeł, połknął już Italię, rozniósł Austrię w pył pod Austerlitz (akurat dwa tygodnie temu, w pierwszych dniach grudnia 1805), a teraz patrzył wilkiem na Prusy. Fryderyk Wilhelm III, monarcha tchórzliwy i niezdecydowany, miotał się między sojuszem z Rosją a hołdem dla Francji [citation:5].
Dla Torunia oznaczało to jedno: stanie się barykadą.
III. Trzy twarze niewieściego losu
Tego wieczoru, gdy za oknami warsztatu zapadał mrok, a płomień łojówki rzucał na ściany tańczące cienie olbrzymów, Adam Gehr nie pracował. Siedział na zydlu z fajką w zębach, paląc jakieś podejrzanie tanie liście tytoniu i patrzył na swoje trzy córki. One również wróciły właśnie z wieczornych obowiązków i nabożeństwa w kościele Świętego Jana, gdzie modlono się o deszcz (bo zbiory były marne) i o uleczenie z ran weterana spod Szczekocin.
Córki Gehra. W Toruniu mówiło się o nich „Trzy Gracje z Katarzyny”, ale tylko za plecami, bo Mistrz Adam był wrażliwy na punkcie honoru panien. Każda była inna. Każda jak jeden z gatunków drewna, które starannie układał w swojej suszarni.
Elżbieta, pierwsza z brzegu, najstarsza — miała dwadzieścia trzy lata. Gdyby Adam Gehr był bankierem, nazwałby Elżbietę „dębową”: twarda, prostolinijna, o włosach jasnych, upiętych w ciasny węzeł i oczach chłodnych jak stalowe cyrkiel. Elżbieta kochała struktury. Wiedziała, że świat nie opiera się na uczuciach, lecz na podatkach, kontraktach i znajomościach. Gdyby urodziła się chłopcem, zostałaby może pruskim radcą podatkowym. Urodziła się dziewczyną, więc musiała zadowolić się pomaganiem ojcu w księgowości.
— Ojcze — rzekła Elżbieta, odkładając na bok wełniane robótki, którymi próbowała zabić czas. — To, co mówisz o wojnie, jest głupotą. Przepraszam, ale muszę być szczera. Wojna to nie niezgoda. Wojna to najgorszy możliwy interes. Ale też… najlepszy. Dla stolarza może nie, ale dla dostawcy dla wojska — już tak.
Spojrzała na ojca spode łba.
— Jestem w stanie wyliczyć, że jeśli Francuzi wejdą do miasta, to samych kwaterunków dla oficerów potrzeba będzie co najmniej dwieście nowych łóżek polowych. Stoły do map, skrzynie na amunicję. To są kontrakty. Nie musimy kochać ani Prusaków, ani Francuzów. Musimy sprzedawać.
Adam Gehr chrząknął.
— Elżbieto, ty byś sprzedała powieszenie własnego brata, jeśli by to miało być opłacalne.
— Nie mam brata — odparła bez mrugnięcia okiem. — Dlatego to hipotetyczne.
Marianna klasnęła rękami, śmiejąc się w głos — i w tym momencie wszelkie podobieństwo systematyzujące Elżbietę prysło. Marianna, średnia córka, była niczym ogień. Właściwie to całe jej jestestwo można by zamknąć w jednym zdaniu: miała osiemnaście lat i duszę husarską. Gdzieś w jej żyłach — choć urodziła się już pod pruskim zaborem — tlił się ogień kościuszkowski. Była jeszcze dzieckiem, gdy stary wujaszek, weteran spod Maciejowic (jakiś daleki kuzyn Grylewicz, który zmarł w 1801 roku i którego pamiątkę — brudną, szablą przeciętą opaskę z biało-czerwonymi szlifami — trzymała pod poduszką), opowiadał jej o insurekcji.
— Nie słuchaj jej, ojcze — przerwała Marianna, podskakując z ławy. Rozplotła warkocz, co zawsze drażniło Elżbietę. — Nieprawda, że trzeba milczeć. Prusak nas wyzyskuje, ale gorszy jest Francuz? Pleciesz głupoty, siostro. A jeśli Napoleon to kontynuator rewolucji? Wiesz, co on zniósł w zaborze pruskim? Pańszczyznę! [citation:5]
— Ach, tak — mruknęła Elżbieta. — Niech żyje cesarz, który zaciąga naszych chłopców na śmierć w hiszpańskich górach. I tak, Marianno, pańszczyznę zniósł na terenach, które sam zajął. Pytanie, czy w Toruniu nie wprowadzi czegoś gorszego. Podatku od drzwi i okien. Taki już w Belgii jest.
Marianna prychnęła.
— Wolisz więc Prusaków, którzy każą ci klękać przed królem? Ja wolę własny rozum i wolność. Taki jak Jan.
Tutaj nadeszła cisza. Jan. Jan Woynarowski. Nazwisko to, dotąd tylko szeptane w konspiracyjnych knajpach za Bramą Starotoruńską, było w Toruniu symbolem. On, weteran Insurekcji, uchodził za cudownie ocalonego z rzezi Pragi (choć w rzeczywistości bił się nie tam, lecz pod Chełmem, ale legendy mają to do siebie, że rosną w siłę). Do Torunia wrócił przed rokiem, utykał na lewą nogę, nosił czarny surdut i przy każdej okazji rozpowiadał, że pewnego dnia „Francuz przyjdzie i pomoże nam odzyskać Polskę”. W oczach Marianny był półbogiem.
Adam Gehr zdmuchnął fajkę.
— Tego Jana, co to go jeszcze pruska policja nie złapała za podburzanie, na razie w naszym domu nie ma. I nie będzie, póki ja tu jestem gospodarzem. Kościuszkowiec? Byłem ja pod Kościuszką, ale nie jako żołnierz, tylko jako cieśla od barykad. Wiecie, co zostało z tych barykad? Dym i wspomnienia. A potem przyszli Prusacy i kazali mi płacić podwójne podatki za to, że Polska walczyła. Ja polityki nie lubię. Im więcej polityki, tym więcej dziur w dachu, bo kule przelatują.
Wreszcie Zofia, najmłodsza z sióstr. Miała ledwie szesnaście wiosen i była niczym wierzba — giętka, cicha, spoglądająca na świat spod długich rzęs z uśmiechem, który mógł oznaczać zarówno głębokie zamyślenie, jak i absolutne nic. Siedziała w kącie izby, opierając brodę na dłoni, i patrzyła. Nie mieszała się do kłótni. Ona chłonęła. Naukowcy powiedzieliby, że rozwijała w sobie zdolność obserwacji socjologicznej; my, zwykli śmiertelnicy, powiedzielibyśmy, że Zofia marzyła.
Zofia marzyła o czymś, czego sama nie potrafiła nazwać. Czytałam kiedyś w pamiętnikach z epoki (konkretnie we wspomnieniach jednej z dam dworu Anny Walewskiej), że są takie kobiety, które rodzą się na przekór historii. Nie dlatego, że chcą być jej bohaterkami, ale dlatego, że historia potrzebuje ich jako świadków. Zofia była jedną z nich. Zachwycała się urodą mundurów, które widywała na ulicach — pruskich granatach z czerwonymi wyłogami. Potem, gdy tylko usłyszała od Marianny o francuskich szwoleżerach w zieleni i złocie, natychmiast zapragnęła ich zobaczyć.
— Zofio — wtrąciła się nagle Elżbieta, wyrywając ją z zadumy. — Co ty na to? Wojna. Interes. Honor. Co ty wybierasz?
Zofii powieki zadrgały. Przeciągnęła ręką po blacie stołu, przesuwając opiłki metalu (ojciec dziś lutował też mosiężne okucia).
— Ja? Nic nie wybieram, siostro. Przecież nikt mnie jeszcze nie zapytał.
Uśmiechnęła się, a Adam Gehr pomyślał wtedy: „Tej to jeszcze diabli wezmą. Ale która z nich, do wszystkich świętych, znaczy które?”
IV. Twierdza i generał, którego los wymazał z podręczników
Tymczasem na zamku toruńskim — ponurym, ceglanym molochu górującym nad Wisłą, który wówczas pełnił funkcję więzienia i koszar — zasiadała pruska komendantura. W całym procederze napoleońskiej zawieruchy Toruń był co prawda prowincją, ale jakże kluczową! Był mostem na Wiśle, największym spichlerzem Prus Wschodnich (jeszcze działającym) i kluczem do Gdańska. Dlatego też jesienią 1805 roku, na wieść o klęsce Austrii, do Torunia — na inspekcję — przybył generał von Rüchel.
Von Rüchel. Dziś nazwisko to dla czytelnika nie-specjalisty brzmi jak obcy dźwięk. A jednak w tamtym czasie generał Ernst von Rüchel był ważną figurą: ulubieniec starego króla, bohater wojen z rewolucyjną Francją, człowiek, który jak wierzył Fryderyk Wilhelm III — zdoła uchronić Prusy przed upadkiem.
Był to typowy pruski junkier: sztywny, wysoki, z twarzą czerwoną od wiatru i trunków i fryzurą à la Prince de Condé. Nienawidził Francuzów. Gardził Polakami. A na mieszczan toruńskich patrzył jak na żywy inwentarz.
18 grudnia 1805 roku von Rüchel zwołał naradę w refektarzu poklasztornym na Rynku Staromiejskim (dziś Książnica Kopernikańska). Na naradzie tej padły znamienne słowa:
— Uwaga, panowie. Bonaparte jest kuglarzem. Austrię ogłupił, ale Prusy to nie Austria. Nasze bataliony są najlepsze w Europie. Jeśli Francuz poważy się przekroczyć Ren, zetrze go nasza dyscyplina.
Dziś, czytając protokoły tej narady w Archiwum Państwowym w Toruniu [citation:4], uśmiechamy się gorzko. Von Rüchel, jak wielu pruskich generałów, nie rozumiał, że epoka wojny manewrowej nadeszła. On wciąż wierzył w linie piechoty maszerujące równo w stronę wroga, przy bębnach i fletach. A Napoleon właśnie pod Austerlitz pokazał, że wartością jest nie tyle maszerowanie, co uderzenie.
Czy von Rüchel zdawał sobie sprawę, że jego koń się kończy? Nie. On wierzył, że historia jest po jego stronie.
A jednak jakieś echo niepokoju docierało pod strzechy. Żołnierze pruscy z toruńskiego garnizonu — rekrutowani głównie z Pomorza i Śląska — byli zniechęceni. Pensje zalegali. Mundury (te słynne granatowe kurtki z wysokimi kołnierzami, które dusiły żołnierzy podczas musztry) były dziurawe.
— Oni przegrają — stwierdziła rzeczowo Elżbieta tej samej nocy, przeglądając w warsztacie tabelę stanów magazynowych drewna. — Nie dlatego, że Napoleon lepszy. Dlatego, że nasi mają przestarzały system zaopatrzenia.
— A Francuzi nie? — prychnął ojciec.
— Francuzi rabują — odparła Elżbieta. — To jest wydajniejszy system niż nasz. Nikt nie czeka na rozkaz z Berlina.
V. Dźwięki rozpadającego się świata
Grudzień 1805 roku zmienił się w styczeń 1806. W Toruniu mróz ścisnął Wisłę tak, że jej potężne, leniwe fale stanęły w miejscu, pokryte szronem, który pod światło przypominał srebrne pancerze. Często w dzieciństwie (gdy byłam wybierana na wycieczki do Torunia z moją własną klasą) wyobrażałam sobie, że miasto to zawsze było gotyckie, monumentalne i… spokojne. Ale Toruń sprzed dwóch wieków był przede wszystkim głośny.
Nie muzyką. Nie śpiewem. Był głośny skrzypieniem sani, na które ładowano ostatnie worki zboża, by przez zamarzniętą rzekę wysłać je do Gdańska, zanim Prusacy nałożą nowe cło. Był głośny kłótniami w gospodzie „Pod Czarnym Orłem” (dziś nieistniejącą, mieściła się przy ulicy Mostowej), gdzie polscy szlachcice z okolicznych wsi — Pędzewo, Grębocin, Łysomice — spierali się o to, czy bić w dłonie przed francuskim carem, czy pozostać lojalnym wobec pruskiego króla.
Słychać było też dźwięki zupełnie nieoczekiwane — dźwięki nauki i kultury. Toruń był bowiem, co warto podkreślić, ostoją oświecenia. W Gimnazjum Akademickim (szkole, która pamiętała Kopernika) wciąż wykładano po łacinie, ale dyskretnie, pod pruskim nadzorem, dyskutowano o nowinkach z Paryża: o Kodeksie Napoleona, o równości wobec prawa.
A jednak pod tym wszystkim czaiło się przeczucie. To szczególne brzmienie historii, gdy jedna epoka ustępuje miejsca drugiej, ale jeszcze nie wie, że umiera.
Adam Gehr wstał w nocy 5 lutego 1806 roku. Jak bogowie dają znaki, tak jemu sen nie dał spokoju. Wyszedł przed dom, otulony kożuchem, i spojrzał na niebo. Nad miastem, ciągnące się od zachodu, widać było słabą poświatę. Może zorza? Może pożar na przedmieściu, tliło się gdzieś w stogach? Nie wiedział.
Zwrócił się do wrót warsztatu, ale zrobiło mu się żal wracać do ciepłego wnętrza, gdzie spały jego trzy córki. Spojrzał na kamienicę naprzeciwko. Na szyld: „Gerhard Schmidt — Apteka”. Obok, ciągnęła się pusta parcel.
— Pusto — szepnął. — Ziemia pusta, ludzie czekają.
Tego nie mógł wiedzieć, czytelniku, że za rok jego ulica będzie głównym szlakiem przemarszu Wielkiej Armii. Że w tym warsztacie, gdzie dziś pachniało lipą i cedrem, zaśpią francuscy szwoleżerowie z pułku gwardii, a jedna z jego córek… Ale nie wyprzedzajmy faktów.
VI. Podsumowanie naukowe: Toruń u progu zawieruchy
Zanim zamkniemy ten rozdział i przejdziemy do burzliwego roku 1806, gdzie Napoleon rozbija Prusy w pył pod Jeną-Auerstedt (październik tegoż roku), a Toruń stanie się francuską twierdzą, konieczne jest — w tym dziele naukowym — nakreślenie suchej faktografii.
Na podstawie ksiąg cechowych z lat 1800—1805 archiwum toruńskie odnotowało spadek produkcji w rzemiośle meblarskim o 37% [citation:4; 5]. Liczba czynnych warsztatów spadła z 24 w 1785 roku do 16 w 1805. Mistrz Gehr był jednym z tych, którzy przetrwali — nie dzięki zamówieniom publicznym, ale dzięki serii kontraktów dla garnizonu (krzesła dla kantyny oficerskiej, szafy dla lazaretu).
Demografia: w Toruniu mieszkało wówczas około 8500 osób (w tym około 1500 Żydów, którzy mieli własne jurysdykcje, głównie przy ulicy Żydowskiej). Pod względem wyznaniowym dominowali protestanci (niemieccy luteranie) i katolicy (polscy mieszczanie). Była to enklawa dwujęzyczna i wielokulturowa, choć napięcia na tle narodowościowym narastały.
Z punktu widzenia historii militarnej Toruń był w 1805 roku słabo przygotowany do oblężenia. Bastiony wzniesione przez Prusaków po I rozbiorze były zaniedbane; działa na murach miały kaliber, ale brakowało do nich prochu.
A jednak to właśnie z tej pozornej beznadziei, z naprędce zwożonych do miasta siana, kłótni dwóch sióstr o Kościuszkę i ciszy, w której milczała ta trzecia — z tego miał się wykluć dramat.
Późną nocą Adam Gehr wrócił w końcu do izby. Elżbieta jeszcze nie spała — ktoś zamówił nagły pogrzeb, a ona pisała kwit na trumnę z sosny. Marianna wzdychała przez sen, powtarzając imię Jan w różnych deklinacjach. Zofia zaś, ta najmniejsza, leżała z otwartymi oczami, wpatrzona w sufit, tym wzrokiem, którym badacze epok patrzą na ruinę, która ma dopiero nadejść.
— Nie śpisz, Zośka? — zapytał cicho ojciec.
— Tato — odparła dziewczyna. — Słyszysz? Bębny.
Nad Wisłą, z kierunku Twierdzy, wiatr rzeczywiście niósł odległy łoskot. To nie były bębny. To pruscy saperzy próbowali w nocy łatać dziury w nadszarpniętych mokradłem szańcach.
Ale może to był naprawdę bęben. Historię, która nadchodziła, słychać było już w przestrzeni, zanim jeszcze na dobre nadepnęła na próg miasta.
Nad ranem zbudził wszystkich krzyk gońca, który galopował przez Rynek: Francuski ambasador wyjechał z Berlina. Będzie wojna.
Warsztat Mistrza Gehra przy ulicy Świętej Katarzyny stanął na krawędzi świata, który miał wkrótce spłonąć.
Czas przełomu (listopad 1806)
I. Bębny nad Wisłą
Rankiem 6 listopada 1806 roku Toruń obudził się inny.
Nie było to stopniowe przeobrażenie, które pozwala mieszkańcom przywyknąć do nowej rzeczywistości. To był nagły, brutalny cios — jak uderzenie obuchem w stół, przy którym przez dwieście lat toczono spokojne mieszczańskie rozmowy o cenach zboża, posagach córek i wieczornych nabożeństwach.
Przez cały poprzedni dzień miasto żyło w gorączkowym napięciu. Pruscy urzędnicy pakowali akta. Oficerowie garnizonu, ci, którzy jeszcze w poniedziałek przechadzali się po Rynku Staromiejskim z minami zwycięzców, teraz z bladymi twarzami przeliczali zapasy prochu w Twierdzy. Aż wreszcie nadeszła wieść, od której zamarły serca nawet najtwardszych toruńskich patrycjuszy: Napoleon rozbił Prusaków w pył.
Bitwa pod Jeną i Auerstedt (14 października) nie była zwykłą porażką. To była katastrofa. Cała armia pruska, ta słynąca z niezwyciężoności od czasów Fryderyka Wielkiego, przestała istnieć w ciągu jednego dnia. Król Fryderyk Wilhelm III, którego portret wisiał jeszcze w urzędzie celnym przy ulicy Szerokiej, uciekał na wschód, w stronę Królewca, tracąc po drodze kolejne twierdze.
I teraz, gdy generał von Rüchel — ów dumny junkier, który jeszcze rok temu zapowiadał, że „zetrze Bonapartego dyscypliną” — sam prowadził resztki rozbitych oddziałów przez Korytarz Polski, fala francuskiej armii nadciągała znad Odry, przetaczając się przez Poznań, Kalisz, Bydgoszcz. Celem była Wisła. Celem był Toruń.
II. Ranny orzeł i lis z Gasconii
Mistrz Adam Gehr stał tego ranka na progu swojego warsztatu przy ulicy Świętej Katarzyny i patrzył na zachód. Niebo nad Bydgoskim Przedmieściem było szare, ale nie od chmur. Od dymów.
— Palą — mruknął do siebie, zaciskając dłoń na futrynie. — Zawsze palą. Najpierw Szwedzi, potem Sasi, teraz Francuzi. I każdy powtarza to samo: to dla waszego dobra.
W jego głosie nie było jednak goryczy starego człowieka, który oglądał już niejedną wojnę. Była w nim rezygnacja stolarza, który wie, że meble robi się dla tych, którzy płacą — a ci, którzy teraz nadchodzili, płacili kulami i rozkazami, nie talarami.
Tymczasem przez Bramę Chełmińską, tą samą, którą przed wiekami wjeżdżały koronowane głowy, wchodziły pierwsze oddziały francuskiej awangardy. To był V Korpus Wielkiej Armii, dowodzony przez człowieka, którego nazwisko już wtedy budziło respekt od Paryża po Warszawę — marszałka Jeana Lannesa, księcia Montebello.
Lannes. Syn stajennego z Lectoure w Gaskonii. Chłopak, który uczył się farbiarstwa, a został jednym z największych dowódców w historii wojen. To o nim Napoleon miał powiedzieć: „Znalazłem go pigmejem, a zostawiłem gigantem”. Gaskończyk o płomiennym temperamencie, przyjaciel cesarza, który jako jedyny mógł zwracać się do niego per „ty”, ale też żołnierz brutalny, bezwzględny i niezwykle skuteczny.
To on, a nie kto inny, prowadził przednią straż Wielkiej Armii przez Polskę. To on — jak za chwilę z przerażeniem mieli się przekonać torunianie — nie znosił maruderów, nie uznawał przeszkód i traktował każde miasto jako punkt zaopatrzeniowy, a nie jako dom dla żywych ludzi.
Na Rynku Staromiejskim, pod gotyckim Ratuszem, którego hełm — co warto przypomnieć — nosił jeszcze blizny po szwedzkim bombardowaniu z 1703 roku, Lannes zsiadł z konia i rozejrzał się z wyraźnym niezadowoleniem.
— To ma być twierdza? — zapytał po francusku swojego adiutanta, generała Antoine’a Wedela — postać mniej znaną historykom, ale w tamtym momencie kluczową, bo to właśnie Wedel odpowiadał za logistykę i kwaterunek.
W odpowiedzi usłyszał, że Toruń ma dobre mury, ale działa są przestarzałe, a zapasy prochu — co gorsza — częściowo zmokły w czasie jesiennych deszczów.
Lannes zaklął siarczyście (cenzura historyczna każe pominąć dokładne słowa, ale kroniki odnotowują, że były to „wyrażenia nieprzyzwoite, nawet jak na żołnierza gwardii cesarskiej”). Następnie wydał rozkaz: Ratusz Staromiejski ma być natychmiast przygotowany na kwaterę dla oficerów sztabowych.
III. Kwaterunek — mieszczański koszmar
I tu, Czytelniku, musisz zrozumieć, czym dla mieszkańców Torunia był „kwaterunek” w rozumieniu francuskiej armii.
Nie było to, jak u Prusaków, czytanie list i wyznaczanie gospód z pewnym wyprzedzeniem. Francuski system, wypracowany w krwawych kampaniach włoskich i egipskich, opierał się na prostej zasadzie: żołnierz bierze, czego potrzebuje, a mieszczanin ma obowiązek dostarczyć. Jeśli nie dostarczy… cóż, wtedy dostarczy Francuz, zabierając wszystko, włącznie z pościelą, na której spał.
Przymusowa kwatera dla oficerów w Ratuszu oznaczała nie tylko, że urzędnicy miejscy — ci nieliczni, którzy jeszcze nie uciekli — musieli opróżnić swoje biura. Oznaczała również, że do miasta zaczęły napływać coraz to nowe oddziały: strzelcy konni Gwardii, piechota liniowa, saperzy, a za nimi wozy taborowe, kuchnie polowe, ambulanse. Wszyscy potrzebowali miejsca do spania. Wszyscy potrzebowali jedzenia. Wszyscy mieli broń.
Bydgoskie Przedmieście, ta najsłabsza, najuboższa część miasta, gdzie domy były drewniane, a ulice niebrukowane, zostało zajęte jako pierwsze. Już pierwszego wieczoru Francuzi zaczęli rozbierać płoty na opał. Drugiego wieczoru — jak odnotowuje jedna z zachowanych relacji mieszczańskich — „zabrali konie z pastwisk, krowy z obór, a kury znikały w garnkach, zanim zdążyły zapiać poranek”.
Generał Wedel, odpowiedzialny za logistykę, oficjalnie ogłosił, że rekwizycje będą spisywane, a roszczenia będzie można zgłaszać „po zakończeniu działań wojennych”. Nikt w Toruniu nie miał złudzeń, co to oznacza.
IV. Powrót Albrechta von Falkensee
W tym chaosie, gdy miasto trzęsło się od krokodylich kroków francuskiej kawalerii, do Torunia — pieszo, w zabłoconym mundurze, bez jednego guzika u płaszcza — dotarł Albrecht von Falkensee.
Miał dwadzieścia siedem lat, oczy koloru blednącego błękitu i twarz wygładzoną przez biurkową pracę, a nie przez słońce polnych manewrów. Był z pochodzenia Prusakiem, synem urzędnika z Królewca, który po III rozbiorze otrzymał posadę w toruńskiej komorze celnej. Albrecht urodził się w Toruniu, mówił po polsku z lekkim, ale wyczuwalnym akcentem, i — co najważniejsze — nie chciał uciekać.
Podczas gdy jego przełożeni razem z generałem von Rüchelem wycofywali się na wschód, pakując akta do skrzyń i paląc te, których nie mogli zabrać, Albrecht podjął decyzję, która z perspektywy berlińskich biur była zwykłym zdradą stanu, a z perspektywy jego własnego rozumu — jedynym racjonalnym wyjściem.
— Wrócisz do Torunia? — pytał go kolega, Heinrich Schmidt, gdy spotkali się na poczcie w Bydgoszczy. — To szaleństwo! Francuzi rozstrzelają każdego urzędnika pruskiego, którego złapią.
— Nie rozstrzelają — odparł spokojnie Albrecht. — Potrzebują kogoś, kto zna miasto. Kto wie, gdzie są spichlerze, gdzie apteka, gdzie studnie. Wojna to nie zemsta. Wojna to logistyka.
Heinrich pokręcił głową.
— Jesteś skończony, Falkensee. Twoja kariera w Berlinie legnie w gruzach.
— Moja kariera i tak legła w gruzach — odparł Albrecht z gorzkim uśmiechem. — Jesteśmy po stronie przegranych. Pytanie brzmi: czy chcesz być przegranym, który ucieka, czy takim, który zostaje i próbuje ocalić, co się da?
I wrócił.
Gdy stanął na Rynku Staromiejskim, zobaczył, jak francuscy oficerowie znoszą z Ratusza pruskie orły. Złocone, dębowe, pamiętające czasy Fryderyka Wielkiego — leciały na bruk, a ich miejsce zajmowały trójkolorowe flagi.
Wolność, Równość, Braterstwo.
Czy te słowa coś znaczyły dla żołnierzy, którzy właśnie rabowali aptekę przy ulicy Szerokiej? Albrecht wątpił. Ale nie przyszedł tu po to, by filozofować. Przyszedł, bo gdzieś przy ulicy Świętej Katarzyny mieszkała kobieta, której racjonalny, chłodny sposób patrzenia na świat — bez patriotycznej egzaltacji, bez pruskiej sztywności — poruszył go, gdy zobaczył ją po raz pierwszy pół roku temu, przy okazji sporu o podatek od drewna.
Elżbieta Gehr.
V. Spotkanie przy warsztacie
Gdy Albrecht zapukał do drzwi warsztatu (w które już ktoś wcześniej wyciął siekierą dziurę — zapewne Francuz szukający wódki), otworzyła mu właśnie ona.
Stanęła w progu, w szarej, wełnianej sukni podkasanej do kostek, z rękawami zawiniętymi powyżej łokci, bo właśnie myła podłogę z błota naniesionego przez żołnierzy. Włosy upięte w ciasny węzeł, na twarzy ani śladu makijażu — tylko zmęczenie i ta charakterystyczna dla niej, uważna, analizująca spojrzenie.
— Pan Falkensee — powiedziała bez zdziwienia. Niemal jakby spodziewała się, że się pojawi. — Myślałam, że pan uciekł.
— Ucieczka jest irracjonalna — odparł, przytaczając jej własne słowa sprzed miesięcy. — Nie wiadomo, dokąd się ucieka i czy tam będzie lepiej. Zostaję.
Elżbieta zmierzyła go wzrokiem. Zauważyła zabłocone buty, podarte spodnie, chude policzki — najwyraźniej od kilku dni jadł nieregularnie.
— Wchodzi pan, czy będzie pan stał? — zapytała sucho. — Tylko ostrzegam: w środku nie jest lepiej. Francuzi zabrali nam trzy łóżka polowe, dwa stoły i wszystkie krzesła z wyjątkiem zydla pod piecem. Ojciec mówi, że to „inwestycja w przyszłość”, ale ja to nazywam grabieżą pod płaszczykiem prawa wojennego.
Weszła do środka, gestem zapraszając go za sobą.
Warsztat Mistrza Gehra wyglądał jak pobojowisko. Wióry leżały zmieszane z odłamkami szkła (Francuzi, szukając wódki, wysadzili szybę w kredensie). Na podłodze, w miejscu, gdzie stały pięknie strugane deski lipowe — przygotowane na zamówienie dla gdańskiego kupca — teraz spało trzech żołnierzy z XIX pułku piechoty liniowej. Chrapali tak głośno, że aż drżały ściany.
— Sypiają gdzie popadnie — wyjaśniła Elżbieta, wskazując na nich z wyrazem twarzy, w którym irytacja mieszała się ze zmęczeniem. — Generał Wedel, ten od kwaterunku, powiedział ojcu, że „wojna wymaga poświęceń”. Ojciec chciał protestować, ale ja mu odradziłam. Nie warto kłócić się z człowiekiem, który ma tysiąc bagnetów za plecami.
Albrecht skinął głową.
— Ma pani rację. Swoją drogą, pani ojciec jest w domu?
— Wyszedł szukać desek na nowe łóżka. Francuzi zgłosili zamówienie na pięćdziesiąt sztuk. Pięćdziesiąt, panie Falkensee. Do jutra.
Uśmiechnęła się gorzko.
— I wie pan co? To najlepszy interes, jaki mieliśmy od dwóch lat. Wojna, jak pan widzi, to nie tylko katastrofa. To także kontrakty.
VI. Dwie racjonalności
Usiedli przy stole — tym jedynym, który ocalał, bo stał w samym rogu, gdzie francuscy żołnierze nie chcieli się tłoczyć. Elżbieta nalała Albrechtowi herbatę z kopru (bo na prawdziwą liściastą nie było już stać) i zapytała wprost:
— Po co pan tu wrócił? Niech pan nie mówi, że z patriotyzmu. Do tej pory nie widziałam u pana ani krzty pruskiego sentymentu.
Albrecht odstawił kubek, wpatrując się w opiłki metalu na blacie.
— Bo nie mam sentymentu, pani Gehr. Prusy przegrały. I to nie dlatego, że Napoleon był genialny, choć był. Prusy przegrały, bo były głupie. Uwierzyły we własną legendę. Stały w miejscu, gdy cała Europa się zmieniała.
— A pan nie stał? — zapytała Elżbieta.
— Próbuję nadążyć — odparł. — I myślę, że Toruń też musi nadążyć. Jeśli Prusy mają wrócić do władzy nad tym miastem — a w to wątpię — będą potrzebować ludzi, którzy nie uciekli. A jeśli ma tu rządzić Francja… tym bardziej będą potrzebować kogoś, kto zna język i procedury.
Elżbieta patrzyła na niego długo. W jej oczach nie było podziwu, ale było coś, co przypominało uznanie dla dobrze przemyślanej strategii.
— Czyli chce pan pracować dla Francuzów? — zapytała.
— Chcę pracować dla Torunia — poprawił ją. — Dla kogokolwiek, kto zapewni stabilność. Bo bez stabilności nie ma handlu, a bez handlu nie ma chleba. Pani to rozumie, prawda? Pani, która wyliczyła, że kontrakt na łóżka polowe to lepszy interes niż narzekanie na wojnę.
Elżbieta skinęła głową. To był moment, w którym między dwojgiem ludzi, z których ona nigdy nie przyznałaby się do sentymentów, a on zbyt długo udawał, że kieruje się tylko rozumem — zaiskrzyło.
Nie miłość. Na miłość było za wcześnie i oboje mieli zbyt chłodne temperamenty, by w nią uwierzyć. Ale coś w rodzaju intelektualnego porozumienia. Międzykontynentalna wymiana myśli, w której stwierdzenie „wojna to kontynuacja polityki innymi środkami” brzmiało jak wyznanie.
W tym momencie do izby wpadła Marianna.
VII. Płomień i racjonalizm
Średnia córka Gehra wracała właśnie z miasta i wyglądała, jakby lada moment wybuchła. Jej oczy płonęły, policzki miała zaczerwienione od wiatru i emocji. W ręku ściskała zwitek papieru — najwyraźniej ulotkę, bo w listopadzie 1806 roku, gdy francuska armia wkraczała do Polski, w jej ślad szły tysiące druków wzywających do powstania.
— Francuzi — wykrztusiła Marianna, nie zważając na gościa — ogłosili, że przywracają Polskę! Słyszycie? Przywracają Polskę! Napoleon chce odbudować nasze państwo!
Elżbieta spojrzała na nią spokojnie.
— Przywracają — powtórzyła z naciskiem na ostatnią sylabę. — To znaczy, że nam ją zabrali, a teraz łaskawie oddają. Pytanie tylko, w jakim kształcie i na jakich warunkach.
Marianna nie dała sobie przerwać. Rzuciła ulotkę na stół, aż kurz wzbił się do góry.
— Tu jest napisane: „Legiony polskie walczą u boku Wielkiego Cesarza. Kto ma serce, niech wstępuje w ich szeregi”. Jan mówił, że to nasza ostatnia szansa. Jeśli teraz nie chwycimy za broń, Prusacy nas zniszczą na zawsze.
Przy nazwisku Jan Albrecht drgnął. Wiedział, kim był Jan Woynarowski — weteran Insurekcji, człowiek, który od miesięcy snuł po toruńskich knajpach plany odbudowy państwa. Wiedział również, że ta działalność, jeśli doniesiona do francuskiej żandarmerii, mogła się skończyć dla Jana tragicznie.
Ale nie powiedział nic. Nie jego sprawa.
Elżbieta natomiast odparowała:
— Szansę, która może nas kosztować wszystko, co mamy. Ojciec nie pozwoli ci wstąpić do Legionów, i dobrze. Nie potrzebujemy więcej bohaterów. Potrzebujemy ludzi, którzy umieją liczyć.
— Ty zawsze tylko liczysz! — krzyknęła Marianna, wybiegając z izby. Trzasnęły drzwi od podwórka.
W ciszy, jaka zaległa, Albrecht spojrzał na Elżbietę.
— Mocny charakter — skomentował dyplomatycznie.
— Głupia dziewczyna — odparła Elżbieta, ale w jej głosie zabrzmiała nuta, która nie była ani złością, ani pogardą. To była troska. Siostrzana, twarda, niemal niedostrzegalna troska.
VIII. Noc pod francuskim orłem
Wieczorem do warsztatu wrócił Mistrz Gehr. Nie znalazł dobrych desek — ponieważ Francuzi, w ramach przygotowań do zimy, zdążyli już rozebrać część drewnianych budek na Bydgoskim Przedmieściu i spalić je w ogniskach. Ale przyniósł ze sobą wiadomość.
Na Rynku Staromiejskim, przed Ratuszem, odprawiono pierwszą francuską wartę. Pod gotyckimi łukami, tam gdzie jeszcze kilka dni temu pruscy urzędnicy pieczętowali dokumenty, teraz stał żołnierz w niebieskim mundurze z białymi wyłogami, z karabinem na ramieniu, i patrzył w ciemność.
Nad miastem powiewała trójkolorowa flaga.
— Mówią — rzekł Adam Gehr, siadając ciężko na zydlu — że Napoleon chce z Torunia zrobić swoją bazę. Że będą tu magazyny, szpitale, warsztaty. Że miasto znów stanie się ważne.
— I co ty na to, ojcze? — zapytała Elżbieta, szykując kolację z kaszy i suszonych grzybów.
— Ja na to? — Mistrz Gehr popatrzył w ogień. — Ja na to, że Szwedzi też obiecywali. Za Szwedów też palili przedmieścia. Historia zatacza koło, córko. Tylko my, stolarze, siedzimy w środku i strużemy deski na trumny. Dla jednych i dla drugich.
Zofia, która przez cały dzień milczała, przyglądając się wjazdowi żołnierzy z okna na poddaszu, zeszła teraz na dół i usiadła obok ojca.
— Był dziś jakiś oficer — powiedziała cicho. — Wysoki, z pióropuszem. Przyglądał mi się, gdy niosłam wodę ze studni.
Adam Gehr zmarszczył brwi.
— Mówiłem ci, nie wychodź sama. Teraz tu każdy żołnierz to wilk.
— Nie wyglądał jak wilk — odparła Zofia, a w jej głosie zabrzmiała nuta, która Elżbiecie natychmiast kazała podnieść głowę. — Wyglądał jak… jak ktoś, kto nie musi pytać o pozwolenie.
Cisza. Nawet Marianna przestała sapać.
— Zofio — powiedziała Elżbieta stanowczym, starszej siostrzanym tonem — trzymaj się od Francuzów z daleka. Wojna to nie bal. A mundur nie czyni z człowieka dżentelmena.
Zofia wzruszyła ramionami.
— Wiem, siostro. Ale czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć lepiej?
Odpowiedzi nie było. Tylko trzask ognia w piecu i daleki odgłos kroków — gdzieś po Rynku maszerowały kolejne oddziały, które nie miały pojęcia, że oto wkraczają do miasta, w którym trzy córki stolarza czekają na swój los.
IX. Bilans listopadowego przełomu
Dla czytelnika, który oczekuje naukowego podsumowania, dodajmy niezbędne fakty.
Listopad i grudzień 1806 roku to okres, w którym Toruń przeszedł z rąk pruskich pod kontrolę francuską bez jednego wystrzału z murów miejskich (choć na przedmieściach padło kilka strzałów, gdy zdemoralizowani Prusacy stawiali opór w pojedynczych domach). Straty materialne z pierwszych tygodni okupacji: spalone 23 domy na Bydgoskim Przedmieściu, rozebrane na opał 47 drewnianych budynków gospodarczych, zarekwirowane łącznie 182 konie, 340 krów, nieokreślona liczba drobiu i zapasów zboża.
Ratusz Staromiejski, który jeszcze w październiku gościł pruskich radców, stał się centralnym punktem francuskiej administracji. To tam marszałek Lannes, a później jego następcy, wydawali rozkazy, które zmieniały życie miasta z dnia na dzień.
Mieszkańcy Torunia podzielili się w swojej reakcji. Część — zwłaszcza niemieckojęzyczni protestanci — z niezadowoleniem, ale bez protestów, przyjęła nową władzę, licząc na szybki koniec wojny i powrót dawnych porządków. Inni — głównie Polacy — widzieli w Napoleonie wybawcę, który przywróci utraconą ojczyznę. Byli i tacy — a Adam Gehr był jednym z nich — którzy patrzyli na wszystko z rezygnacją człowieka, który przeżył już kilka wojen i wiedział, że dla zwykłego człowieka nie ma znaczenia, jaka flaga powiewa nad Rynkiem. Ważne, czy ma co włożyć do garnka.
Ale to, co miało nadejść — kampania 1807 roku, oblężenie Gdańska, przemarsz Legionów — to wszystko jeszcze przed nami. Na razie Toruń oddychał ciężko, oswajając się z nową rzeczywistością.
X. Punkt widzenia Zofii
Gdy w nocy w warsztacie zapadła cisza, a Marianna w końcu przestała przewracać się na swoim posłaniu (bo Francuzi zabrali też jej materac), Zofia otworzyła oczy.
Nie spała.
Słyszała, jak Elżbieta szepcze coś do Albrechta — ten, dziwnym trafem, dostał pozwolenie na przenocowanie w komórce z narzędziami. Słyszała, jak ojciec wzdycha przez sen, przeżywając na nowo dzień dzisiejszy. I słyszała coś jeszcze.
Muzykę.
Daleko, od strony Rynku, dobiegały dźwięki skrzypiec. Jakiś francuski żołnierz — pewnie Włoch zaciągnięty do Wielkiej Armii, bo tylko oni tak grają z pasją — wygrywał melodię, której Zofia nie znała. Była smutna, a zarazem dzika. Taka, jakby opowiadała o krajach, których ona nigdy nie zobaczy, o bitwach, które rozstrzygną losy świata, o mężczyznach w pięknych mundurach, którzy rano odjadą, a wieczorem zginą.
— Jutro pójdę na Rynek — powiedziała do siebie w myślach. — Muszę zobaczyć tego oficera. Tego z pióropuszem.
Nazajutrz rano, gdy Elżbieta krzątała się przy śniadaniu, a Marianna wyszła, by spotkać się z Janem, Zofia ubrała swoją najlepszą — choć po matce — suknię z jasnego lnu. Warkocz rozplotła, włosy opadły jej na ramiona. Ojciec nawet nie spojrzał; miał głowę pełną desek i kontraktów.
Wyszła na ulicę Świętej Katarzyny, minęła wartę francuską (żołnierz zagwizdał, ale ona udała, że nie słyszy) i skierowała się w stronę Rynku.
Nad miastem wschodziło listopadowe słońce — blade, zimne, ale jednak.
I gdzieś w tym słońcu, na tle gotyckich szczytów, stał mężczyzna w generalskim mundurze. Nie ten z pióropuszem. Ktoś inny. Wyższy, szczuplejszy, z profilem, który wyglądał jak wycięty z rzymskiej monety.
Spojrzał na nią. Ona spojrzała na niego.
I wtedy — choć jeszcze tego nie wiedziała — rozpoczęła się historia, która zmieni wszystko.
Ale to już opowiemy w następnych rozdziałach.
Krew i ogień (luty–maj 1807)
I. Zima, która nie chciała się skończyć
Czytelniku, zanim opowiemy o ogniu, musimy zatrzymać się na chwilę przy śniegu.
Zima roku 1807 była w Toruniu wyjątkowo sroga. Wisła zamarzła tak mocno, że jej lodowa skorupa dźwigała ciężar francuskich taborów, które ciągnęły od Bydgoszczy w stronę Gdańska. Dla mieszkańców miasta oznaczało to jedno: wojna nie zamarznie razem z rzeką. Przeciwnie — marzec i kwiecień, gdy lody puszczą, przyniosą ze sobą działa, zgniłe kartacze i śmierć.
Mistrz Adam Gehr, stolarz z ulicy Świętej Katarzyny, z ciężkim sercem patrzył, jak jego zapasy drewna topnieją szybciej niż śnieg na dachach. Nie dlatego, że je spalał — choć i to czynił, bo opału brakowało. Drewno szło na stoły, krzesła i łóżka polowe dla francuskiego garnizonu, który rozrósł się w mieście do rozmiarów niewidzianych od czasów szwedzkiego potopu.
Historycy szacują, że na początku 1807 roku w Toruniu stacjonowało około 7 tysięcy francuskich żołnierzy. Dla porównania — ludność cywilna miasta liczyła wówczas zaledwie 8500 dusz. Co czwarty mieszkaniec Torunia nosił więc mundur, mówił po francusku i miał prawo — przynajmniej w teorii — zabrać cywilowi wszystko, czego potrzebował.
Prezydent Torunia Karl Praetorius notował w swoich aktach z rozpaczą: „Miasto Toruń na główny skład obrócone zostało. Cokolwiek Armia, Lazarety i inne Biura potrzebowały, wszystko to z kasy Ekonomii Miasta fasowane być musiało”. Tłumacząc z urzędowego żargonu na język zrozumiały: Francuzi brali wszystko, a rachunki wystawiali miastu. Rachunki, które — jak się później okazało — nigdy nie zostały zapłacone.
II. Generał, którego piekło bało się przyjąć
W lutym 1807 roku do Torunia przybył człowiek, którego samo imię budziło grozę wśród mieszkańców od Kassel po Królewiec. Był nim generał Dominique-Joseph René Vandamme, hrabia d’Unsebourg — postać tak kontrowersyjna, że nawet Napoleon, który nie był świętym, miał o nim powiedzieć: „Gdybym miał dwóch takich jak ty, jedynym rozwiązaniem byłoby nakazanie jednemu z was powiesić drugiego”.
Vandamme urodził się w 1770 roku w Cassel we Flandrii Francuskiej. Rewolucja wyniosła go z nicości — jak tylu innych — ale w przeciwieństwie do Lannesa czy Davouta, on nie miał w sobie ani krzty rycerskości. Był porywczy, niesubordynowany i — co najgorsze z perspektywy mieszczan — miał wyraźną skłonność do rabowania podbitych terenów. Już w 1793 roku stanął przed sądem wojennym za grabieże. Przywrócono go do służby, bo wojna potrzebowała rzeźników, nie poetów.
To właśnie Vandamme otrzymał zadanie upokorzenia pruskich twierdz na Śląsku — Głogowa, Wrocławia, Nysy, Kłodzka. I temu zadaniu sprostał znakomicie, zmuszając do kapitulacji 50-tysięczne załogi pruskie przy pomocy zaledwie 12 tysięcy swoich żołnierzy.
Teraz, w lutym 1807, jego wzrok padł na Toruń.
Adam Gehr widział go raz, gdy generał przejeżdżał przez Rynek Staromiejski w drodze na naradę w Ratuszu. Vandamme siedział na koniu jak worek kartofli — nie miał w sobie gracji typowej dla francuskiej kawalerii. Ale jego oczy… Mistrz Gehr opowiadał potem córkom:
— Widziałem wilki w Borach Tucholskich, com jeździł po drewno. One patrzą tak, jakbyś ty był już ich własnością. Ten generał ma taki sam wzrok. Tylko że wilk patrzy, bo jest głodny. Ten patrzy, bo lubi.
Czy Vandamme rzeczywiście był bestią w ludzkiej skórze? Historiografia jest w tej kwestii podzielona. Wiadomo, że Napoleon cenił go za skuteczność, choć prywatnie nim gardził. Sam cesarz scharakteryzował Vandamme’a w sposób, który przeszedł do legendy: „Gdyby przyszło mu prowadzić walkę przeciw Lucyferowi w piekle, posłałby Vandamme’a jako dowódcę straży przedniej”.
To mówi wszystko.
III. Spichlerze w ogniu
Noc z 19 na 20 marca 1807 roku.
Bydgoskie Przedmieście — ta część Torunia, która najbardziej ucierpiała podczas francuskiego wkroczenia — płonęła.
Nie był to przypadek. Francuzi, przygotowując się do oblężenia Gdańska (które miało się rozpocząć za tydzień), potrzebowali zabezpieczyć swoje linie zaopatrzeniowe. Toruńskie spichlerze na Bydgoskim Przedmieściu, wzdłuż ulicy Mostowej, stały się celem zarówno dla francuskich rekwizycji, jak i dla rosyjskich i pruskich wypadów, które próbowały przerwać francuskie zaopatrzenie.
Historyczne źródła mówią o tym, co działo się tamtej nocy, ale żaden suchy zapis nie odda zapachu palonego zboża, który unosił się nad miastem przez trzy kolejne dni. Zboża, którego brak później, w kwietniu, dał się we znaki każdemu mieszkańcowi.
Elżbieta Gehr, która — jak pamiętamy — miała żyłkę do kalkulacji, obliczyła szybko, że spłonęło około trzech tysięcy korców żyta i pszenicy.
— To chleb dla całego miasta na pół roku — powiedziała do Albrechta von Falkensee, który tego wieczora akurat siedział w warsztacie, pomagając Mistrzowi Adamowi w zatykaniu okien deskami (na wypadek kolejnego ostrzału).
Albrecht spojrzał na nią smutno.
— Francuzi mówią, że to „konsekwencje wojenne”. Że wróg podpalił.
— A ty wierzysz? — zapytała Elżbieta.
— Nie — odparł po chwili. — Widziałem francuskich saperów wczoraj po południu, jak kładli lonty. Ale nawet gdybym powiedział prawdę, co to zmieni? Vandamme rozstrzela każdego, kto go oskarży.
IV. Życie pod ogniem — piwnice Starówki
Ostrzał artyleryjski, który rozpoczął się w drugiej połowie marca, nie był skierowany bezpośrednio w miasto. Rosjanie i Prusacy, którzy próbowali odciąć francuskie linie komunikacyjne w kierunku Gdańska, ostrzeliwali głównie fortyfikacje i przedmieścia. Ale kule armatnie nie znają granic administracyjnych.
W kwietniu 1807 roku życie codzienne Torunia przeniosło się do piwnic.
Historycy odnotowują, że szczególnie ucierpiała wówczas zabudowa wokół Rynku Staromiejskiego i ulicy Szerokiej. Kamienice, które pamiętały jeszcze czasy Kopernika, nagle okazały się śmiertelną pułapką — ich cienkie mury nie stanowiły ochrony przed 12-funtowymi kulami.
Piwnice domów przy ulicy Świętej Katarzyny, w tym piwnica Gehrów, stały się tymczasowymi sypialniami, kuchniami, a czasem i kaplicami. Mieszczanie znosili tam swoje najcenniejsze dobra: srebrne łyżki, rodzinne portrety (zwinięte w rulony), odzież, a przede wszystkim — zapasy jedzenia.
Zofia Gehr, najmłodsza z sióstr, spędzała w piwnicy długie godziny, przysłuchując się rozmowom sąsiadów. To tam usłyszała historię, która zrobiła na niej największe wrażenie — opowieść starego Żyda z ulicy Szewskiej, który przeżył oblężenie Torunia przez Szwedów w 1703 roku.
— Wtedy też palili — mówił starzec, gładząc siwą brodę. — Karol XII kazał ostrzeliwać miasto przez dwa miesiące. Zginęło tysiąc ludzi, a prawie pięć tysięcy wzięto do niewoli. Myślicie, że Francuzi są gorsi? Oni są tacy sami. Wojna nie ma narodowości, moje dziecko. Wojna ma tylko jeden język — głód.
Marianna, która słuchała tej opowieści z mieszaniną politowania i irytacji, prychnęła.
— Szwedzi to Szwedzi. A Francuzi przynieśli nam wolną Polskę!
— Wolną? — starzec uśmiechnął się smutno. — Widziałaś, dziecko, jakie jest to „wolne”? Kwaterunki, grabieże, pobory do wojska, kontrybucje. Czy to twoja wyobraźnia wolności?
Marianna nie odpowiedziała. W jej sercu tliła się jednak iskra niepokoju.
V. Pożar i ratunek
Do zdarzenia, które na zawsze zmieniło losy Elżbiety i Albrechta, doszło w nocy z 17 na 18 kwietnia 1807 roku.
Francuski ostrzał — tym razem odpowiedź na pruski wypad spod Chełmna — trafił w dom przy ulicy Szerokiej, naprzeciwko apteki Schmidta. Drewniane stropy zajęły się natychmiast. Ogień, podsycany kwietniowym wiatrem od Wisły, zaczął szybko przenosić się na sąsiednie budynki.
Albrecht von Falkensee tej nocy nie spał. Od kilku tygodni pomagał nowym władzom — francuskim — w reorganizacji toruńskiej administracji. Vandamme, choć brutalny, doceniał ludzi, którzy znali miasto i mówili po niemiecku (co ułatwiało komunikację z pruskimi urzędnikami, którzy pozostali). Albrecht otrzymał tymczasowe stanowisko w komisariacie wojskowym.
Gdy ogień zajął sąsiednią kamienicę, Albrecht wybiegł na ulicę. Zobaczył płonące dachy, słyszał krzyki kobiet i płacz dzieci. I wtedy przypomniał sobie, że warsztat Gehrów znajduje się zaledwie kilkadziesiąt kroków od źródła pożaru.
Pobiegł.
Gdy dotarł na miejsce, frontowa ściana domu Gehrów już płonęła. Drzwi wejściowe były zatarasowane — spadająca belka z poddasza zablokowała je od wewnątrz. Albrecht okrążył budynek i przez okno od strony podwórka zobaczył Elżbietę, która na rękach niosła nieprzytomnego mężczyznę.
To był Jan Woynarowski.
Weteran insurekcji, kochanek Marianny, ranny podczas potyczki pod Brodnicą (gdzie polskie oddziały walczyły u boku Francuzów), leżał w warsztacie Gehrów od trzech dni, ukrywany przed francuską żandarmerią, która — co ironiczne — ścigała go za działalność patriotyczną, która nie była na rękę nowej władzy.
— Albrecht! — krzyknęła Elżbieta, przerywając wszelkie konwenanse (nigdy dotąd nie zwracała się do niego po imieniu). — Pomóż mi! Jan nie może chodzić, a ja nie dam rady sama.
Albrecht bez wahania wdrapał się przez okno. W izbie panował gęsty dym; płuca paliły go żywym ogniem. Chwycił Jana pod drugie ramię i razem z Elżbietą wyciągnęli go na podwórko.
W tym momencie runęła tylna ściana warsztatu.
Z całego dobytku Gehrów, z warsztatu, w którym Mistrz Adam spędził czterdzieści lat swojego życia, z desek, które wyliczał z miłością ojca — zostały tylko zgliszcza.
Ale wszyscy żyli.
VI. Most ku nowemu życiu
Przez kolejne trzy tygodnie Gehrowie mieszkali w wynajętej izbie u znajomego szewca przy ulicy Świętej Katarzyny (na szczęście po przeciwnej stronie, gdzie ogień nie dotarł). Warsztat był ruiną, ale Mistrz Adam — z uporem godnym lepszej sprawy — dzień po dniu znosił z pogorzeliska ocalone narzędzia: heble, dłuta, strugi, cyrkle.
— Drewno się znajdzie — mawiał. — Ale miłość do rzemiosła? To się nie kupi.
Elżbieta i Albrecht w tym czasie zbliżyli się do siebie w sposób, który zaskoczył ich oboje.
Ona, wdowa po zmarłym przed laty mieszczaninie (małżeństwo z Piotrem Gehrem, kuzynem Adama, trwało zaledwie dwa lata i zakończyło się śmiercią męża na suchoty). On, pruski urzędnik, który zdradził swoją administrację i pracował dla Francuzów, a teraz — ratując polskiego weterana — naraził się dodatkowo i jednym, i drugim.
Rozmawiali godzinami. O polityce, o podatkach, o tym, że stabilność ważniejsza jest od bohaterstwa. Albrecht opowiadał jej o swoim dzieciństwie w Królewcu, o ojcu, który zmarł, gdy miał dwanaście lat, o matce, która była córką pastora i nauczyła go, że „Bóg jest w porządku, nie w cudach”.
Elżbieta słuchała. I po raz pierwszy w życiu — ona, która wszystko ważyła, kalkulowała, analizowała — poczuła, że ten człowiek jest… bezpieczny.
— Albrechcie — powiedziała pewnego wieczoru, gdy siedzieli na progu spalonego warsztatu, patrząc na gwiazdy (Toruń, choć zrujnowany, miał zawsze piękne niebo) — jesteś Niemcem.
— Jestem Prusakiem — poprawił ją. — I nie ma już Prus. Teraz jestem niczym. Albo kimś, kto próbuje nie umrzeć z głodu.
— Jesteś urzędnikiem wrogiej administracji — ciągnęła Elżbieta. — A ja jestem Polką. Wdową. Córką stolarza. Ludzie będą na nas patrzeć krzywo.
— Ludzie i tak patrzą krzywo, kochanie — odparł Albrecht (użył tego słowa po raz pierwszy). — Boimy się tego, co zaraz po nas przyjdzie. Niech sobie patrzą.
Elżbieta wzięła go za rękę.
— To weźmiemy ślub.
To nie było pytanie.
VII. Ślub w Kościele Mariackim
3 maja 1807 roku — w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, co w czasach zaborów miało znaczenie symboliczne, choć pod pruskim zaborem świętowanie było zakazane — w Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu (kościele Mariackim) odbyła się ceremonia.
Kościół Mariacki, gotycka świątynia zbudowana w XIV wieku, pamiętająca czasy krzyżackie, była wówczas w opłakanym stanie. Francuskie rekwizycje pozbawiły ją części dzwonów (przetopionych na kule armatnie), a wilgoć od Wisły, niegdyś powstrzymywana przez ołowiane pokrycie dachu, teraz — gdy dach łatała słoma — wdzierała się do środka, niszcząc freski.
Ale dla Elżbiety i Albrechta nie miało to znaczenia.
Mistrz Adam Gehr był przeciwny temu małżeństwu. Nie dlatego, że Albrecht był Niemcem — w Toruniu małżeństwa polsko-niemieckie nie należały do rzadkości. Przeciwnie, chodziło o co innego.
— On jest urzędnikiem — mówił Adam do Elżbiety. — Francuskim! A ty jesteś córką rzemieślnika. On ciebie zostawi, jak tylko wojna się skończy. Pojedzie do Berlina albo do Paryża, a ty… z czym zostaniesz?
— Z godnością, ojcze — odparła Elżbieta. — I z rozumem. Albrecht nie jest zdrajcą. On jest realistą. A ja wolę realistę niż romantyka, który obiecuje gwiazdkę z nieba, a potem ginie pod Raszynem.
Marianna, która usłyszała tę rozmowę z sąsiedniego pokoju, poczuła ukłucie. Ona właśnie straciła swojego Jana — ranny weteran wyjechał z Torunia tydzień po pożarze, by dołączyć do oddziałów polskich walczących u boku Francuzów w Wielkopolsce. Obiecał wrócić. Ale wrócić miało mu być trudno, bo rana nie chciała się goić.
Zofia, jako świadkowa — bo to ona prowadziła Elżbietę do ołtarza — patrzyła na siostrę z mieszaniną podziwu i lęku.
— Nie boisz się? — zapytała ją cicho, gdy ksiądz kończył modlitwę.
— Boję się głupoty, Zofio — odparła Elżbieta. — A to małżeństwo nie jest głupie. To jest jedyne rozsądne posunięcie w tym szalonym świecie.
Albrecht włożył jej na palec skromną srebrną obrączkę — kupioną za ostatnie oszczędności, które zdążył ukryć przed francuską rekwizycją.
W kruchcie kościoła, ukryty w cieniu filara, stał oficer w mundurze — nie Poznałem go? To był adiutant generała Vandamme’a, który wedle rozkazu miał obserwować wszystkich „podejrzanych” mieszkańców. Uznał, że ślub córki stolarza z pruskim urzędnikiem nie jest interesujący z punktu widzenia bezpieczeństwa. Odnotował jednak coś w swoim notatniku: „Najmłodsza z sióstr — niezwykłej urody. Warto zapamiętać”.
Wówczas nikt nie zwrócił na to uwagi.
VIII. Vandamme i jego rozkazy
Tymczasem generał Vandamme nie próżnował. W kwietniu i maju 1807 roku jego żołnierze systematycznie niszczyli to, czego nie zdążyli zrabować. Z rozkazu dowódcy wyburzono kilka domów na przedmieściach, by oczyścić pole ostrzału twierdzy.
Historycy twierdzą, że Vandamme nakazał zburzenie części fortyfikacji wojennych w twierdzach śląskich i w samym Toruniu, uznając je za „niepotrzebne dla francuskiego systemu obronnego”. Dziś wiemy, że były to działania czysto destrukcyjne — Vandamme nie miał żadnego strategicznego planu. Po prostu wierzył, że im więcej zniszczeń, tym bardziej wróg poczuje się upokorzony.
Mieszkańcy Torunia nauczyli się go omijać szerokim łukiem. Krążyły plotki, że generał ma zwyczaj osobiście nadzorować egzekucje dezerterów. Inna plotka głosiła, że kazał wychłostać jednego z toruńskich rajców za to, że ten „zbyt wolno” dostarczył konie dla kawalerii.
— To nie człowiek — mówiono w gospodzie „Pod Lwem”. — To diabeł w generalskim mundurze.
Napoleon, gdy dotarły do niego wieści o zachowaniu Vandamme’a, miał podobno westchnąć i powiedzieć do swojego szefa sztabu, marszałka Berthiera: „Ten człowiek jest moim najskuteczniejszym narzędziem. I moim największym wstydem”.
Vandamme jednak trwał. I niszczył. Aż do lata 1807 roku, gdy zawarto rozejm.
IX. Pokój, który nie przyniósł spokoju
Pokój w Tylży, podpisany 7 lipca 1807 roku, formalnie zakończył wojnę z Prusami. Toruń — wraz z całą Ziemią Chełmińską — został włączony do nowo utworzonego Księstwa Warszawskiego, marionetkowego państwa Napoleona.
Dla mieszkańców miasta oznaczało to jedno: wojna się skończyła, ale Francuzi nie odeszli. Przeciwnie — stali się stałym garnizonem. Toruń miał być dla Napoleona kluczową twierdzą na Wiśle, bramą do Prus Wschodnich i Rosji.
W sierpniu 1807 roku — gdy Vandamme już wyjechał, a jego miejsce zajął bardziej ludzki (choć nie o wiele) generał Stanisław Woyczyński, Polak z pochodzenia — wydarzyła się kolejna tragedia. Nad Wisłą eksplodował skład prochu. Zginęły dziesiątki ludzi, a około trzydziestu domów legło w gruzach.
Mistrz Adam Gehr, który akurat tamtego popołudnia szedł po deski do odbudowy warsztatu, został ranny w nogę. Gdy Elżbieta i Albrecht odkopali go spod rumowiska, był blady jak ściana.
— Ojcze — Elżbieta była przerażona, chociaż nie okazywała tego po sobie. — Przeżyjesz.
— Przeżyję — wyszeptał Adam. — Ale to miasto nie przeżyje. Nie w tym tempie.
Mistrz Adam przeżył. Toruń też — choć z trudem.
Ale to, co działo się w mieście przez kolejne pięć lat, było tylko ciszą przed burzą. Burzą, która nadejdzie z Rosji.
X. Podsumowanie naukowe: oblężenie Torunia w świetle źródeł
Zamykając ten rozdział, Czytelniku, spójrzmy na suchą faktografię.
Mapy szturmowe Torunia z 1807 roku — które znajdzie Pan/i w aneksie do niniejszej książki — pokazują, jak wyglądało francuskie podejście do miasta. Było to typowe oblężenie w stylu napoleońskim: najpierw odcięcie linii zaopatrzeniowych, potem ostrzał artyleryjski, wreszcie atak piechoty (choć w Toruniu do niego nie doszło, bo Prusacy wycofali się wcześniej).
Straty materialne miasta w okresie luty–maj 1807:
— spalonych lub zburzonych: 47 domów na przedmieściach, 3 spichlerze,
— zarekwirowanych: 1200 koni, 3400 krów (według spisu francuskiego komisariatu),
— liczba ludności cywilnej, która opuściła miasto: około 1500 osób.
Toruń, miasto, które jeszcze w 1805 roku tętniło życiem (choć w stagnacji), w lecie 1807 było miastem widmem. Dziury w murach, spalone dachy, głodne twarze. A jednak — mieszkańcy wracali. Odbudowywali. Bo co innego mogli zrobić?
Mistrz Adam Gehr odbudował swój warsztat do jesieni 1807 roku. Użył do tego desek z rozebranego francuskiego baraku — co Elżbieta skomentowała z typową dla siebie ironią:
— Wojna zabrała nam wszystko, ojcze. Ale przynajmniej nauczyła nas, jak budować z niczego.
A Zofia?
Zofia patrzyła tamtego lata na zachód, w stronę Francji. Czekała.
Nie wiedziała jeszcze na co.
Księstwo Warszawskie — nadzieje i rachunki
I. Nowa rzeczywistość — od Prusaków do Francuzów… po swojemu
Pokój w Tylży, podpisany 7 lipca 1807 roku, zmienił mapę Europy w sposób, który dla mieszkańców Torunia okazał się zarówno wybawieniem, jak i nowym ciężarem. Toruń i cała Ziemia Chełmińska zostały włączone do nowo utworzonego Księstwa Warszawskiego — państwa, które z jednej strony miało być polskie, a z drugiej było marionetką Napoleona.
Listopadowa konwencja elbląska, uzupełniająca tylżyckie ustalenia, ostatecznie rozstrzygnęła przynależność Torunia do nowego tworu. Mieszkańcy Rynku Staromiejskiego budzili się więc odtąd w Księstwie, które na papierze dawało im wolność, a w praktyce — jak to polityka — wymagało podatków, rekwizycji i posłuszeństwa wobec cesarza Francuzów.
Mistrz Adam Gehr, stolarz z ulicy Świętej Katarzyny, przyjął te wieści z typową dla siebie rezygnacją.
— Księstwo — mruknął, struga deskę na nowe łóżko (bo po pożarze miał tylko trzy dłuta i hebel, który ocalił z pogorzeliska). — Czym tu się różni od księstwa, powiedzcie? W Prusach rządził król, tu rządzi kto? Książę?
— Fryderyk August Saski, ojcze — odparła Elżbieta, przeglądając akta, które przyniósł jej Albrecht. — Napoleon go wyznaczył.
— Aha — Adam machnął ręką. — To ten, co to saskie wojska też nas grabili, kiedy tu szli z Francuzami? Świat stanął na głowie, powiadam wam.
Elżbieta spojrzała na męża (bo Albrecht był już jej mężem, od trzech miesięcy, choć wciąż nie mogła przywyknąć do tej myśli).
— Co ty na to?
Albrecht wzruszył ramionami. Jako były pruski urzędnik, który teraz pracował dla francuskiej administracji (a właściwie dla Księstwa), znalazł się w trudnej sytuacji. Prusacy uważali go za zdrajcę, Polacy za kolaboranta, a Francuzi za przydatne, ale podejrzane narzędzie.
— Ja na to, że zmieniła się flaga na Ratuszu — odparł. — Podatki są wyższe niż za Prusaków, ale przynajmniej wiemy, na co idą. Kodeks Napoleona daje szansę na uporządkowanie prawa. A jeśli dobrze pójdzie, to może i handel odżyje.
Elżbieta pokręciła głową.
— Ty zawsze wszystko widzisz przez pryzmat rachunków.
— A ty nie? — zapytał z uśmiechem.
— Ja też. Ale w przeciwieństwie do ciebie nie udaję, że rachunki rozwiązują wszystkie problemy.
II. Prefekt z Guzowa — Feliks Łubieński
Nowym panem na toruńskim zamku — a właściwie nową głową administracji departamentu bydgoskiego, do którego należał Toruń — został hrabia Feliks Franciszek Łubieński, herbu Pomian.
Postać to barwna i budząca skrajne emocje. Czytelniku, pozwól, że przedstawię ci tego człowieka nieco dokładniej, bo bez tego nie zrozumiemy, dlaczego w salonach Torunia mówiono o nim z mieszaniną respektu i niechęci.
Łubieński urodził się w 1758 roku w Minodze pod Olkuszem. Kształcił się w Collegium Nobilium jezuitów w Warszawie, potem studiował prawo w Sienie i Rzymie. Był posłem na Sejm Czteroletni, komisarzem przy Tadeuszu Kościuszce w czasie powstania 1794 roku. Po III rozbiorze jego majątki znalazły się w zaborze pruskim, ale Łubieński — w przeciwieństwie do wielu innych polskich patriotów — potrafił lawirować. W 1798 roku otrzymał od króla Prus Fryderyka Wilhelma III tytuł hrabiowski.
Gdy Napoleon wkroczył do Polski, Łubieński szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości. W 1806 roku wszedł do Komisji Rządzącej jako dyrektor sprawiedliwości i wyznań. To on przygotował wprowadzenie do Polski Kodeksu Napoleona, który — jak z zachwytem mówili reformatorzy, a z obawą konserwatyści — wprowadzał małżeństwa cywilne i rozwody, co w tradycyjnie katolickiej Polsce było rewolucją. Od 5 października 1807 do maja 1813 roku był ministrem sprawiedliwości Księstwa Warszawskiego.
Czy był lubiany? Nie. Współcześni zarzucali mu serwilizm, samowolę w pełnieniu funkcji urzędowych i bigoterię. Diarusz z epoki opisuje go jako człowieka „wysokiego wzrostu, o twarzy długiej, cerze oliwkowej i oczach przenikliwych, które mówiły: „Jestem tu, by rządzić, nie by prosić””.
A jednak — jak to często bywa z postaciami kontrowersyjnymi — Łubieński miał też swoje cnoty. Założył z własnych funduszy Szkołę Prawa w Warszawie (późniejszą Szkołę Prawa i Administracji). Dbał o archiwa, bibliotekę narodową, drukarnię rządową. Był człowiekiem oświeconym, choć trzymającym rękę na pulsie.
Gdy w marcu 1808 roku przyjechał do Torunia z wizytą inspekcyjną („by zbadać stan dusz i budżetów miejskich” — jak zanotował w swoim dzienniku), Adam Gehr miał okazję zobaczyć go z bliska. Hrabia zatrzymał się w Ratuszu Staromiejskim, gdzie kazał sobie podać obiad, a potem zażądał raportu o stratach wojennych miasta.
— Ten to wie, czego chce — mruknął Mistrz Adam do Albrechta, gdy wrócili do warsztatu. — Ale wie też, jak to zrobić, żeby inni za niego pracowali.
Albrecht uśmiechnął się pod nosem.
— I dlatego jest ministrem, a pan stolarzem, szwagrze.
— I dobrze — odparł Adam. — Ja przynajmniej wiem, że to, co robię, zostaje. Deski nie kłamią.
III. Marianna i jej płomienie
Podczas gdy starsza siostra Elżbieta coraz bardziej wtapiała się w burżuazyjną rzeczywistość (zarządzanie domem, pomoc w odbudowie warsztatu, dyskretne doradztwo dla Albrechta), średnia córka Gehra — Marianna — tliła się jak węgiel pod popiołem.
Nie podobała jej się nowa rzeczywistość. Właściwie to nie podobało jej się nic.
— Siedzicie tu jak myszy pod miotłą — mówiła do Elżbiety i Zofii, gdy wieczorami zbierali się w izbie przy ulicy Świętej Katarzyny (warsztat był już odbudowany, choć skromniejszy niż dawniej). — Francuzi obiecali nam Polskę, a dali nam Księstwo. Wiecie, czym jest Księstwo? Takim samym zaborcą jak Prusy, tylko że z francuskim akcentem!
Elżbieta, która właśnie liczyła rachunki za drewno, podniosła wzrok.
— Marianno, przestań. Wojna się skończyła. Mamy spokój. Ojciec ma robotę, ty masz dach nad głową. Czego ci więcej trzeba?
— Wolności! — wykrzyknęła Marianna, wstając od stołu. — Prawdziwej wolności! Nie takiej, którą nam ktoś daje w prezencie, bo akurat mu to na rękę.
Zofia, która siedziała w kącie z książką (mało kto wiedział, że potrafi czytać po francusku — nauczyła ją matka, zmarła przed laty, która była córką zubożałego szlachcica), spojrzała na siostrę z zaciekawieniem.
— A gdzie jest ta prawdziwa wolność? — zapytała cicho.
Marianna otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale w tym momencie do izby wszedł Mistrz Adam, sapiąc i otrzepując spodnie z wiórów.
— Wolność? — rzekł, słysząc ostatnie słowa. — Wolności to ja szukam w deskach. Jak strugam, to mam wolność. A jak przychodzi urzędnik i mówi, że mam zapłacić nowy podatek od warsztatu, to wolność gdzieś ucieka.
— Ojcze, ty nic nie rozumiesz! — krzyknęła Marianna i wybiegła z izby, trzaskając drzwiami.
Adam Gehr spojrzał na Elżbietę.
— Co jej jest?
— Miesiąc, ojcze — odparła Elżbieta sucho. — I miłość.
IV. Spotkanie na Rynku Głównym
Do owej miłości — a ściślej mówiąc, do zarzewia, które wkrótce miało stać się płomieniem — doszło pewnego marcowego popołudnia 1808 roku na Rynku Staromiejskim.
Marianna, jak zwykle niespokojna, wymknęła się z warsztatu pod pretekstem zakupu nici i igieł (w rzeczywistości po prostu chciała oddychać powietrzem, które nie pachniało klejem stolarskim). Szła wzdłuż ulicy Szerokiej, minęła aptekę Schmidta (ciemne okna — aptekarz zbankrutował po francuskich kontrybucjach), i weszła na Rynek.
Ruch był jak zawsze w godzinach popołudniowych — mieszany. Francuscy oficerowie w granatowych mundurach z białymi wyłogami przechadzali się ramię w ramię z polskimi urzędnikami w kontuszach (bo wracano do staropolskiej mody, na znak odrodzenia narodowego). Handlarze na straganach oferowali wszystko: od wstążek po przetopione francuskie kule armatnie.
I w tym tłumie Marianna zobaczyła Jana Kantego Woynarowskiego.
Stał pod gotyckim Ratuszem, oparty o jedną z przypór, z fajką w zębach i miną człowieka, który widział już tyle, że mało co go dziwi. Miał na sobie czarny surdut (jak przystało na weterana, który nie chce nosić munduru), a na szyi — bliznę po szabli, znaczek po insurekcji 1794 roku, o którym mówił mało, ale który mówił za niego wszystko.
Marianna zamarła.
Nie widziała go od pożaru, od tej nocy, gdy Jan — ranny, ledwo żywy — został wywieziony z Torunia przez Albrechta i Elżbietę na wozie słomy. Myślała, że już nie wróci. Że zginął gdzieś w Wielkopolsce, w jednej z potyczek, które — choć formalnie wojna się skończyła — wciąż tliły się na wschodzie.
A on stał tutaj. Cały. Żywy.
— Panie Janie — wyszeptała, podchodząc bliżej. — To pan?
Woynarowski odwrócił się. Jego twarz — poorana blizną od lewego policzka aż po ucho — rozjaśniła się na widok dziewczyny.
— Marianna — powiedział. — Myślałem, że ty już o mnie zapomniałaś.
— Zapomnieć? — Jej głos zadrżał. — Panie Janie, ja…
— Nie mów — przerwał jej, ujmując jej dłoń. — Wiem. Ja też.
I tak zaczęła się historia, która miała zaważyć na losach całej rodziny Gehrów.
V. Kim był Jan Kanty Woynarowski?
Czytelniku, w tym miejscu muszę ci przybliżyć postać tego niezwykłego człowieka — choć przyznaję, że jego biografia w części jest fikcyjna, osadzona jednak w realnych realiach epoki.
Jan Kanty Woynarowski (ur. 1774 w Krakowie) był w 1808 roku trzydziestoczteroletnim weteranem Insurekcji Kościuszkowskiej, w której walczył w stopniu podporucznika w pułku Wolnych Strzelców. Ranny pod Maciejowicami (1794), dostał się do niewoli rosyjskiej, z której uciekł po dwóch latach. Przez pewien czas ukrywał się w Galicji, potem przedostał się do Prus Południowych, gdzie (pod zmienionym nazwiskiem) pracował jako guwerner w dworach szlacheckich.
W 1806 roku, gdy nadciągnęła francuska armia, Woynarowski natychmiast zaangażował się w działalność wywiadowczą na rzecz napoleońskiej sprawy. Nie dlatego, że kochał Francuzów — był zbyt stary, by wierzyć w jakichkolwiek wybawców — ale dlatego, że widział w Napoleonie narzędzie do odbudowy Polski.
Ale z czasem jego entuzjazm ostygł. Bo Księstwo Warszawskie nie było Polską, o której marzył.
— Walczyliśmy pod hasłem „Za naszą i waszą wolność” — powiedział Mariannie tego popołudnia na Rynku, gdy usiedli na ławce pod pomnikiem (nie było jeszcze pomnika Kopernika — miał powstać dopiero w 1809 roku, ale o tym później). — A co dostaliśmy? Księstwo, które jest wasalem Francji. Sami rządzimy? Gdzie tam. Napoleon trzyma rękę na naszej kieszeni i na naszej armii.
— Więc co pan zamierza? — zapytała Marianna, patrząc mu w oczy z mieszaniną podziwu i niepokoju.
Woynarowski rozejrzał się wokół. Nikogo podejrzanego w pobliżu.
— Działamy — odparł cicho. — Nie sam. Jest nas wielu. Tworzymy Związek — nieformalny, konspiracyjny. Nie przeciwko Napoleonowi, nie. Na razie. Przeciwko tym, którzy chcą, żeby Polska była tylko dostawcą mięsa armatniego dla Francji.
Marianna poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.
— Chcę pomóc.
— Wiem — odparł Jan. — Dlatego tu jestem.
VI. Konspiracja — prekursor Związku Kosynierów
Historycy wiedzą, że w latach 1807–1811 na terenie Księstwa Warszawskiego działały liczne tajne organizacje, których celem było przygotowanie gruntu pod pełne wyzwolenie Polski (lub — w zależności od frakcji — pod przyszłe powstanie). Jan Woynarowski działał w jednej z nich — nieformalnej siatce skupiającej weteranów insurekcji kościuszkowskiej i młodych entuzjastów, którzy nie chcieli czekać na łaskawość Napoleona.
Organizacja nie miała jeszcze nazwy (choć w literaturze przedmiotu określa się ją czasem mianem „prekursorskiej wobec Związku Kosynierów”), ale jej cele były jasne: przygotowanie kadr wojskowych, gromadzenie broni, prowadzenie agitacji niepodległościowej. Woynarowski był jednym z jej toruńskich agentów.
Dla Marianny — która od dziecka karmiła się opowieściami o Kościuszce — ta działalność była spełnieniem marzeń.
— Wreszcie coś się dzieje — mówiła do Jana, gdy spotykali się w knajpach na Starym Mieście, zawsze w innych, zawsze pod zmienionymi nazwiskami. — Nie mogę już patrzeć, jak Elżbieta liczy swoje rachunki, a ojciec stroi deski dla Francuzów. To nie jest życie.
— To nie jest życie dla takiej jak ty — zgodził się Jan. — Ale pamiętaj: konspiracja to nie zabawa. To śmierć, jeśli cię złapią.
Marianna spojrzała mu prosto w oczy.
— Wiem. I tak chcę.
VII. Ojciec Gehr i jego rachunki
Tymczasem Mistrz Adam Gehr miał zupełnie inne zmartwienia.
Warsztat przy ulicy Świętej Katarzyny odżył po pożarze, ale nie wrócił do dawnej świetności. Klientela się zmieniła: zamiast zamożnych mieszczan zamawiających mahoniowe komody, Gehr teraz robił głównie na zamówienie wojska — skrzynie amunicyjne, łóżka polowe, proste krzesła dla oficerskich kantyn.
— Płacą? — zapytała Elżbieta, gdy ojciec wrócił pewnego dnia z kancelarii francuskiego kwatermistrza.
— Płacą — odparł Adam, rzucając na stół worek miedzianych monet. — Ale nie całkowicie. Zawsze zostawiają część na później. A to „później” może nigdy nie nadejść.
Elżbieta przeliczyła monety.
— To nie wystarczy nawet na podatek od warsztatu.
— Wiem. Dlatego potrzebuję większego zamówienia. Generał Woyczyński mówił o nowych łóżkach dla garnizonu. Setki sztuk.
Elżbieta pokręciła głową.
— Ojcze, ty wiesz, że oni nie płacą z góry. A deski trzeba kupić teraz.
— Wiem. — Adam Gehr westchnął. — Ale co mam robić? Nie mam innych klientów.
To był problem, który na początku XIX wieku dotykał wielu toruńskich rzemieślników. Nowe władze Księstwa Warszawskiego, choć polskie z nazwy, były tak samo wymagające (jeśli nie bardziej) jak pruskie. Podatki rosły, a rynek zbytu — zniszczony wojną — nie nadążał.
Marianna, która słuchała tej rozmowy z sąsiedniego pokoju, weszła do izby.
— Może powinniście pomyśleć o innych zamówieniach, ojcze? Nie tylko dla wojska.
— Dla kogo? — Adam wzruszył ramionami. — Dla Rosjan? Dla Prusaków? Nie ma handlu, nie ma pieniędzy.
— Dla nas — odparła Marianna. — Dla Polaków. Dla tych, którzy wierzą, że to Księstwo to dopiero początek.
Adam popatrzył na córkę. W jego oczach malował się smutek.
— Marianno, ty i twoje idee. Rozwalą ci serce. Pamiętaj, co mówiłem: wojna to niezgoda. A niezgoda to chudy rok dla stolarza. Dla kata — owszem. Dla stolarza — nie.
— Może czas to zmienić, ojcze — odparła Marianna i wyszła.
Zofia, która w milczeniu przysłuchiwała się całej rozmowie, spojrzała na ojca.
— Tato, ona ma rację.
— Ona ma serce — poprawił ją Adam. — A serce nie jest dobrym doradcą w interesach.
VIII. Małżeństwo wbrew ojcu
Choć Adam Gehr nie był zachwycony pomysłami Marianny, jeszcze mniej zachwycony był jej związkiem z Janem Woynarowskim.
— To awanturnik — mówił do Elżbiety. — Wyszabrowany żołdak, który nie ma stałego zajęcia. On nie zapewni jej przyszłości.
— On zapewni jej to, czego ona chce — odparła Elżbieta. — Przygodę. Sens. Ty jej tego nie dasz, ojcze. Ani ja.
— Ale on też nie da.
— Może. Ale to jej wybór.
Ślub Marianny i Jana odbył się w październiku 1808 roku w małej kaplicy przy ulicy Żeglarskiej (bo kościół Mariacki był w remoncie po francuskich zniszczeniach). Adam Gehr nie przyszedł. Wysłał Elżbietę jako swojego przedstawiciela.
— Powiedz jej — rzekł rano — że jest moją córką. I zawsze będzie. Ale że nie mogę pobłogosławić czegoś, co widzę, że skończy się źle.
Elżbieta przekazała te słowa Mariannie. Ta wysłuchała ich z zimną twarzą.
— Ojciec myśli, że życie to interes — odparła. — A to jest coś więcej.
Po ślubie Jan i Marianna zamieszkali w niewielkiej izdebce przy ulicy Szerokiej, nad sklepem korzennym. Mieli mało pieniędzy, mnóstwo ideałów i — na razie — siebie.
Czy to wystarczyło? Czas miał pokazać.
IX. Rok 1809 — wojna z Austrią
Księstwo Warszawskie nie cieszyło się długim spokojem. W 1809 roku wybuchła wojna z Austrią — kolejne starcie Napoleona z europejską koalicją. Księstwo zostało zmuszone do udziału, a jego terytorium stało się teatrem działań wojennych.
W kwietniu 1809 roku, gdy Austriacy zajęli Warszawę, rząd Księstwa ewakuował się tymczasowo do Torunia. Przez trzy tygodnie miasto nad Wisłą było faktyczną stolicą państwa. W Ratuszu Staromiejskim obradujący ministrowie podejmowali decyzje, które miały kształtować losy kraju.
To właśnie wtedy, 11 maja 1809 roku, zapadła uchwała o postawieniu w Toruniu pomnika Mikołaja Kopernika. Inicjatorem — jak chętnie mówiono — był sam Napoleon, który wizytując miasto w 1812 roku (o czym w kolejnych rozdziałach) miał wyrazić podziw dla wielkiego astronoma. Kamień węgielny pod pomnik wmurowano 20 września 1809 roku.
Dla mieszczan toruńskich te trzy tygodnie były okresem wielkiej gorączki. W mieście zaroiło się od urzędników, wojskowych, dyplomatów. Ceny żywności poszły w górę, ale i zarobki — bo każdy potrzebował noclegu, posiłku, usług.
Adam Gehr dostał wtedy zamówienie na dwadzieścia skrzyń do przewożenia akt rządowych. Płacili dobrze — i to z góry.
— Widzisz, Marianno? — mruknął, gdy córka przyszła go odwiedzić. — Wojna, choć niezgoda, to czasem i stolarz na niej zarobi.
Marianna uśmiechnęła się gorzko.
— Ojcze, to nie jest wojna. To ewakuacja. Prawdziwa wojna dopiero przed nami.
Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo prorocze okażą się jej słowa.
X. Życie codzienne w cieniu orła
Lata 1808–1811 były dla Torunia okresem względnego spokoju — ale spokoju, który wielu porównywało do ciszy przed burzą.
Francuzi formalnie odeszli z miasta we wrześniu 1808 roku, zastąpieni przez polski 12. pułk piechoty pod dowództwem pułkownika Weyssenhoffa. Komendantem twierdzy został generał Stanisław Woyczyński — Polak, co miało poprawić morale mieszkańców.
Ale rzeczywistość nie była tak różowa, jak obiecywały proklamacje. Twierdza toruńska, druga co do ważności w Księstwie po modlińskiej, była intensywnie rozbudowywana. Francuscy fortyfikatorzy (działający według instrukcji samego Napoleona) nadzorowali prace, które wymagały wyburzenia wielu budynków. Zniknął kościół św. Jerzego z domami szpitalnymi, cmentarz i kaplica św. Katarzyny, a także wiele innych domów — łącznie 109 posesji.
Mieszkańcy protestowali, ale bezskutecznie. Wojskowość miała pierwszeństwo przed historią.
A pod tym wszystkim — pod murami, pod podatkami, pod francuskimi i polskimi mundurami — tliły się ludzkie losy. Elżbieta i Albrecht budowali swoje małżeństwo na fundamencie chłodnej kalkulacji (i, ku własnemu zdziwieniu, okazywało się ono trwalsze, niż ktokolwiek przewidywał). Marianna i Jan żyli w konspiracji, z dnia na dzień, z listu gończego na kolejny list gończy. A Zofia? Zofia czekała.
Na co? Sama nie wiedziała.
Ale historia — ta wielka, nieubłagana historia — już się do niej zbliżała.
XI. Podsumowanie naukowe: Księstwo Warszawskie w Toruniu
Zanim zamkniemy ten rozdział, spójrzmy na suchą faktografię.
Lata 1807–1811 to dla Torunia okres:
— włączenia do Księstwa Warszawskiego (konwencja elbląska, 10 listopada 1807),
— odbudowy po zniszczeniach wojennych 1806–1807 (47 domów zburzonych, 3 spichlerze spalone),
— intensywnych prac fortyfikacyjnych (109 posesji wyburzonych, budowa nowych bastionów i lunet),
— ewakuacji rządu Księstwa do Torunia w 1809 roku (3 tygodnie, w tym uchwała o pomniku Kopernika),
— wzrostu znaczenia militarnego miasta (12. pułk piechoty, generał Woyczyński).
Gospodarka miasta powoli się stabilizowała, ale wciąż znajdowała się poniżej poziomu z 1805 roku. Podatki były wyższe niż za Prusaków, a długi miasta — zaciągnięte na potrzeby francuskiego wojska — nie zostały spłacone.
Mimo to Toruń oddychał. Ludzie brali śluby (jak Marianna i Jan), rodzili dzieci, umierali. Historia toczyła się dalej.
A w 1812 roku miała przybrać postać, której nikt się nie spodziewał.
Sułtanka i szeregowiec
I. Wstęp — o tym, jak historia lubi powtarzać się jak zepsuty traktat
Czytelniku, zanim opowiemy o tym, co działo się w Toruniu w latach 1808–1811, musimy na chwilę przenieść się myślą do Warszawy sprzed półtora wieku. Do Warszawy roku 1656, gdy miasto — podobnie jak Toruń później — jęczało pod obcą butem.
Walery Przyborowski, polski powieściopisarz tworzący w czasach zaborów, napisał w 1901 roku powieść „Szwedzi w Warszawie”. Nie mógł otwarcie pisać o rosyjskim ucisku, więc sięgnął do historii — do czasów potopu szwedzkiego, gdy Karol Gustaw trzymał Polskę w żelaznym uścisku. W tej powieści jest scena, która — wierzcie mi — mogłaby rozegrać się równie dobrze w Toruniu roku 1808. Tyle że Szwedów zastąpiliby Francuzi, a zamiast starej Warszawy — nasze gotyckie miasto nad Wisłą.
Oto cytat z pierwszego rozdziału „Szwedów w Warszawie”:
„Czerwcowe słońce miało się ku zachodowi i skryło się już poza wysokie kamienice rynku staromiejskiego, których spiczaste dachy rysowały się wyraziście na gorejącem purpurą niebie. Ruch był niewielki; na przyzbach domów tu i owdzie siedziały z dziećmi na kolanach mieszczki i gwarzyły; pod samym ratuszem w licznych kramach widać było ziewające lub kłócące się przekupki; sklepy w kamienicach, oprócz winiarni i szynków, były na głucho pozamykane. Na mieście leżała jakaś przygnębiająca ospałość i smutek”.
Poznajecie ten obraz? To przecież Rynek Staromiejski w Toruniu w 1808 roku! Ten sam smutek, ta sama ospałość, te same pozamykane sklepy. Tylko że w miejsce dumnych Szwedów w łosiowych kaftanach wkroczyli Francuzi w granatowych mundurach, a na Ratuszu zamiast sztandaru Karola Gustawa powiewała trójkolorowa flaga.
Przyborowski, choć pisał o wieku XVII, doskonale oddał ducha każdej okupacji — nie tyle fizycznej, co moralnej. Bo najgorsze w byciu podbitym nie są rabunki ani kontrybucje. Najgorsze jest to, że zaczynasz wątpić, czy kiedykolwiek będzie inaczej.
Zofia Gehr, najmłodsza córka Adama, czytała tę powieść — nie, nie mogła, bo powstała prawie sto lat później. Ale żyła nią na co dzień. Każdy dzień w Toruniu między rokiem 1808 a 1811 był jak rozdział wyjęty z Przyborowskiego. Tyle że ona nie była tylko czytelniczką. Była świadkiem. I to świadkiem, który zaczynał rozumieć, że podbite miasto to nie tylko zniszczone mury — to zniszczone dusze.
II. Gdzie się podziały przedmieścia? O cenie „postępu”
Lata 1808–1811 to dla Torunia okres pozornego spokoju. Formalnie wojna się skończyła. Prusacy odeszli, Francuzi — większością — także. W ich miejsce wkroczył polski 12. pułk piechoty pod dowództwem pułkownika Weyssenhoffa. Komendantem twierdzy został generał Stanisław Woyczyński — Polak, co miało — przynajmniej w teorii — ułatwić porozumienie między władzą a mieszkańcami.
Ale ten spokój był mirażem.
Toruń, uznany przez Napoleona za „drugą co do ważności twierdzę w Księstwie Warszawskim po modlińskiej”, został poddany gruntownej rozbudowie fortyfikacyjnej. Francuscy inżynierowie — działający według instrukcji samego cesarza — przeciągnęli przez miasto linie nowych bastionów, lunet i fos. Aby zrobić miejsce dla wojskowej infrastruktury, wyburzono 109 posesji.
Sto dziewięć.
Zniknął gotycki kościół św. Jerzego wraz z przyległymi domami szpitalnymi. Zniknął średniowieczny cmentarz. Zniknęła kaplica św. Katarzyny. Mieszkańcy protestowali — pisali skargi do władz Księstwa, wysyłali delegacje do Warszawy. Bez skutku. Wojskowość miała pierwszeństwo przed historią, a postęp — w cudzysłowie lub bez — przed ludzkimi domami.
Zofia Gehr pamiętała dobrze dzień, gdy rozebrano dom jej przyjaciółki z dzieciństwa, Reginy, córki szewca z Bydgoskiego Przedmieścia.
— Gdzie pójdziesz? — zapytała wtedy Regina, pakując do wózka swój skromny dobytek: pierzynę, garnki, dwa krzesełka.
— Gdzie każą — odparła szewcowa, matka Reginy. — Podobno dają nam izbę przy ulicy Szewskiej. Ale ciasną, wilgotną. Czworo nas w jednej izbie z pięciorgiem dzieci.
Zofia miała wtedy siedemnaście lat. Patrzyła na przyjaciółkę — rówieśniczkę — i po raz pierwszy w życiu poczuła, że bogactwo (choć jej własne było względne — stolarz to nie był patrycjusz) to nie tylko kasa. To także możliwość -nie bycia wyrzuconym z własnego domu.
— Przykro mi, Basiu — powiedziała cicho.
— Nie żałuj mnie — odparła Regina, a w jej oczach nie było smutku. Była rezygnacja, gorsza od łez. — Żałuj tych, którzy myślą, że Francuzi nas wyzwolili. Ja tam wolę Prusaków. Ci przynajmniej nie burzyli naszych chałup dla „fortyfikacji”.
Zofia nie odpowiedziała. Ale w jej głowie zrodziło się pytanie, które już nigdy jej nie opuściło: Czy wolność, która burzy twoje mieszkanie, to na pewno wolność?
III. Kolory mundurów — hiszpańscy goście w Toruniu
Wiosną 1810 roku do Torunia wkroczyła jednostka, która wzbudziła większe poruszenie niż wszystkie francuskie i polskie pułki razem wzięte. Byli to hiszpańscy żołnierze — jeńcy wojenni, których Napoleon, po podbiciu Półwyspu Iberyjskiego, wcielił do swojej armii jako „dodatkowe siły”.
Hiszpanie. Mówili słabo po francusku, gorzej po polsku, ale ich mundury — granatowe z czerwonymi wyłogami, wysokie kapelusze — przyciągały wzrok na Rynku. A ich zachowanie — przywykli do wojny domowej, do walki w górach, do brutalności, która wykraczała poza europejskie standardy — siało postrach wśród mieszczek.
Zofia po raz pierwszy zetknęła się z nimi w kwietniu 1810 roku, gdy niosła wodę ze studni na Rynku Nowomiejskim. Dwóch hiszpańskich szeregowców — młodzi, opaleni, o ostrych rysach — zastąpiło jej drogę.
— Señorita — rzekł jeden, uśmiechając się w sposób, który Zofii wydał się nie tyle zalotny, co groźny. — Señorita bonita.
Nie mówiła po hiszpańsku. Ale ton wystarczył.
Zaczęli do niej podchodzić. Jeden chwycił ją za rękaw — suknia była stara, cienka, materiał zatrzeszczał.
— Puśćcie! — krzyknęła Zofia po polsku, potem po niemiecku (w Toruniu wiele osób mówiło po niemiecku, to była norma), wreszcie po francusku — „Laissez-moi!”.
Żołnierze śmiali się.
Wtedy zza rogu wyszedł oficer w polskim mundurze. Wysoki, szczupły, z profil rzymski — taki, jakie Zofia lubiła oglądać na rycinach francuskich generałów. Miał na piersiach krzyż Legii Honorowej i order Virtuti Militari.
— Co się tu dzieje? — zapytał po francusku, ostro.
Hiszpanie momentalnie cofnęli ręce. Jeden z nich wybełkotał coś o pomyłce, o tym, że „tylko pytali o drogę”.
Oficer spojrzał na Zofię. Jego wzrok — zimny, oceniający — nagle się zmienił. Stał się… uważny.
— Nazywam się Hurtig — powiedział. — Pułkownik Józef Hurtig. Służę w sztabie artylerii. Pani jest bezpieczna.
Zofia skinęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
Hurtig odprowadził ją pod same drzwi warsztatu przy ulicy Świętej Katarzyny. Gdy odchodził, odwrócił się jeszcze raz.
— Niech pani unika samotnych spacerów — rzekł. — Czasy są niespokojne, a żołnierze… żołnierze są wszędzie tacy sami.
Zofia stała w progu, drżąc, i patrzyła za nim.
W jej głowie toczyła się walka. Strach — przed tym, co się właśnie wydarzyło. I… fascynacja. Tą pewnością siebie, tym mundurem, tym orderem na piersi. Kim on jest?
IV. Pułkownik Józef Hurtig — portret żołnierza dwóch światów
Kim był Józef Hurtig? Prawda historyczna mówi, że był to człowiek niejednoznaczny, budzący skrajne emocje — zarówno za życia, jak i po śmierci.
Urodził się 19 marca 1770 roku w Warszawie, w rodzinie pochodzącej z Moraw, która osiadła nad Wisłą. Służbę wojskową rozpoczął w 1788 roku w artylerii — tym samym rodzaju broni, który w epoce napoleońskiej decydował o losach bitew. Walczył w powstaniu kościuszkowskim 1794 roku, odznaczając się męstwem i znajomością rzemiosła wojskowego. Awansował na kapitana.
Po upadku insurekcji — podobnie jak wielu jego kolegów — musiał szukać nowej drogi. Odnalazł ją u boku generała Jana Henryka Dąbrowskiego. W 1806 roku był majorem w sztabie Dąbrowskiego, potem dowódcą artylerii w 3. Legii. Wziął udział w hiszpańskiej interwencji Napoleona — walczył pod Somosierrą, gdzie polscy szwoleżerowie zapisali jedną z najpiękniejszych kart w historii oręża polskiego. Za tę kampanię otrzymał awans na pułkownika w 1811 roku.
Czy był bohaterem? Tak — w oczach przełożonych. Odznaczony Orderem Virtuti Militari i Legią Honorową, cieszył się zaufaniem kolejnych dowódców. W 1828 roku został komendantem twierdzy Zamość, awansując do stopnia generała brygady w 1826 roku.
Ale biografia to także cienie. Jako komendant Zamościa zasłynął z „sadystycznego traktowania więźniów politycznych” — szczególnie znęcał się nad członkami Towarzystwa Patriotycznego, w tym nad majorem Walerianem Łukasińskim, jedną z najtragiczniejszych postaci polskiego ruchu niepodległościowego. Był zaufanym wielkiego księcia Konstantego, który — jak pisał generał Prądzyński — „wykonywał jego szatańskie polecenia”. Historycy opisują go jako oficera tępym, surowym, służalczym wobec władzy.
W czasie powstania listopadowego, podejrzewany o konszachty z Rosjanami, został aresztowany. W czerwcu 1831 roku — podczas rozruchów sierpniowych — motłoch wywlókł go na ulicę i powiesił na latarni przy Zamku Królewskim w Warszawie.
Taki był portret. Człowiek, który w jednej chwili mógł ratować Zofię przed hiszpańskimi żołnierzami, a w innej — wydawać na tortury więźniów stanu. Nie czarno-biały, ale szary. I właśnie ta szarość — ta niejednoznaczność — urzekła Zofię najbardziej.
Nie zdawała sobie wtedy sprawy, że stoi przed nią nie tylko oficer. Stał przed nią symbol tego, czym Księstwo Warszawskie było naprawdę — marzeniem o wolności, które z wolnością miało niewiele wspólnego.
V. Między młotem a kowadłem — Elżbieta i Marianna
Tymczasem życie sióstr Zofii toczyło się swoimi torami — równie skomplikowanymi, choć na pozór prostszymi.
Elżbieta, racjonalistka, kalkulatorka, żona Albrechta von Falkensee, coraz bardziej wtapiała się w burżuazyjną rzeczywistość. Prowadziła księgowość warsztatu, negocjowała ceny z dostawcami drewna, spierała się z francuskim kwatermistrzem o zaległe należności. Jej małżeństwo z Albrechtem — początkowo chłodne, oparte na wzajemnym szacunku i — jak sama mówiła — „unikaniu zbędnych emocji” — z czasem przerodziło się w coś głębszego. Może nie w płomienną miłość (na to Elżbieta była zbyt praktyczna). Ale w coś, co ona sama nazywała „kontraktem długoterminowym z klauzulą lojalności”. Działało. Nawet gdy rodzina patrzyła na nią krzywo — poślubiła Niemca, i to jeszcze byłego pruskiego urzędnika!
— Nie rozumiem cię — powiedziała jej Marianna pewnego wieczoru, gdy spotkały się przy ulicy Szerokiej. — Siedzisz tam z Albrechtem, liczysz talary, a świat się pali. Czy ty nie czujesz, że coś się dzieje? Że Polska się odradza?
— Polska się odradza w księgach rachunkowych, siostro — odparła Elżbieta sucho. — Bez podatków nie ma wojska. Bez wojska nie ma państwa. A bez państwa… cóż, wracamy do tego, co mieliśmy za Prusaków.
— Ty zawsze tylko liczysz! — wybuchła Marianna.
— A ty nigdy nie liczysz. I dlatego nie wiesz, że Jan, twój ukochany Jan, zarabia mniej niż pomocnik stolarski. I że jego „działalność konspiracyjna” — jeśli wyjdzie na jaw — skończy się dla was obojga na stryczku.
Marianna zamilkła. W jej oczach zapłonął bunt.
Marianna tymczasem żyła życiem, którego Elżbieta nie mogła znieść — życiem pełnym poświęcenia, ideałów, ale też ciągłego niedostatku. Jan Woynarowski, jej mąż, był weteranem insurekcji, ale w nowej rzeczywistości nie mógł znaleźć stałej posady. Dorabiał jako nauczyciel fechtunku w mieszczańskich domach (gdy francuski kwatermistrz nie blokował mu możliwości). Po nocach spotykał się z innymi konspiratorami — w piwnicach przy ulicy Mostowej, w gospodzie „Pod Gwiazdą”, w opuszczonych spichlerzach nad Wisłą.
Marianna była jego łączniczką. Nosiła zaszyfrowane wiadomości, przewoziła broń w koszach z bielizną, uczyła się, jak zachować się pod przesłuchaniem („Nigdy nie patrz w oczy przesłuchującemu, ale też nie spuszczaj wzroku — patrz na jego czoło, to go dezorientuje”). Żyła w ciągłym strachu. I — co gorsza — w ciągłej nadziei, że ta konspiracja wreszcie coś zmieni.
— Zmieni — powtarzał Jan. — Francuzi i Rosjanie prędzej czy później muszą się starć. A wtedy my… my będziemy gotowi.
Marianna wierzyła. Musiała wierzyć. Bo jeśli przestałaby, pozostałoby jej tylko patrzeć, jak Elżbieta liczy talary, a Zofia gubi się w marzeniach o pięknych oficerach.
VI. Pustka mieszczańskiej moralności — czyli Zofia zaczyna myśleć
Zofia, jak już wspomniałem, była obserwatorką. Ale w latach 1808–1811 jej obserwacja zaczęła się przekształcać w coś więcej — w analizę, w pytanie, w bunt przeciwko schematom.
Widziała, jak Elżbieta ugrzęzła w małżeństwie z Albrechtem — nie nieszczęśliwym, owszem, ale takim, w którym każda decyzja była kalkulacją. Czy opłaci się kupić więcej desek? Czy opłaci się przyjąć zamówienie od francuskiego oficera, który nie wiadomo, czy zapłaci? Czy opłaci się pójść do kościoła, skoro załadunek drewna jest ważniejszy?
Widziała, jak Marianna ugrzęzła w konspiracji — w bieganiu z przesiadkami po zaułkach, w strachu przed donosem, w wierze (ślepej?) że Jan, jej kochanek, weteran, bohater, poprowadzi ich do wolności. Ale jakiej wolności? — myślała Zofia. — Czy to, co oni robią, ma sens? Czy tylko dlatego, że ktoś nazywa się „konspiracją”, to już jest święte?
I widziała swoją matkę — nieżyjącą od pięciu lat, ale wciąż obecną w opowieściach ojca. Matkę, która wyszła za mąż „z miłości” i umarła w połogu, zostawiając męża z trójką córek i długami.
— Miłość — powiedziała kiedyś Zofia do Elżbiety, przy kuflu piwa w „Pod Lwem” (gdzie kobiety wstęp miały ograniczony, ale Elżbieta załatwiła zgodę poprzez Albrechta). — Co to w ogóle jest? Wy z Marianną… wy nie macie miłości. Macie strategie. Ty — kontrakt z Albrechtem. Ona — bunt w pakiecie z niebezpieczeństwem.
Elżbieta podniosła brwi.
— A ty? Co ty masz, siostrzyczko?
Zofia popatrzyła w okno. Na Rynku Staromiejskim akurat przejeżdżał oddział polskich szwoleżerów — piękne mundury zielone z amarantowymi wyłogami, na czele oficer na karym koniu.
— Ja? — odparła Zofia. — Ja nie mam nic. I to jest chyba najgorsze.
VII. O tym, jak Zofia spotkała generała (i co z tego wynikło)
Do kolejnego spotkania z pułkownikiem Hurtigiem (wówczas pułkownikiem — na generała awansowano go później) doszło w 1811 roku, zimą, na ulicy Szerokiej.
Zofia szła do apteki po zioła dla ojca (Adam Gehr miał reumatyzm od wilgoci w warsztacie). Mróz trzymał trzaskający — taki, że Wisła zamarzła na półtora łokcia, a handlarze zwozili z niej lód do piwnic. Hurtig szedł z naprzeciwka, otulony granatowym płaszczem z futrzanym kołnierzem.
— Panna Gehr — ukłonił się sztywno. — Znowu samotnie?
— Proszę pana pułkownika — odparła Zofia, nabierając odwagi (była w końcu córką stolarza, nie dwórki). — Nie jestem damą w krynolinie. Jestem mieszczką. Chodzę sama od dziecka i jakoś przeżyłam.
Hurtig uśmiechnął się — pierwszy raz, odkąd go znała.
— Panna ma charakter. To rzadkie.
— W mojej rodzinie to nie rzadkie. Siostry mają bardziej.
— Wiem. Słyszałem o pani siostrze Mariannie. I o jej mężu.
Zofia zamarła. Wiedza Hurtiga o konspiracji Jana mogła oznaczać tylko jedno: pułkownik albo był w zmowie z władzami, albo… sam w nich działał.
— Niech się pani nie boi — dodał szybko, widząc jej przerażenie. — Nie jestem donosicielem. Jestem żołnierzem. Ale w tym mieście każde uszy słyszą, a każde usta mogą powtórzyć. Radzę pani — niech pani poradzi szwagrowi, by był ostrożniejszy.
— Skąd pan wie o… — zaczęła Zofia.
— Wiem, co się wie. I mówię, co się powinno powiedzieć. Reszta — niech pani zachowa dla siebie.
Hurtig ukłonił się ponownie i odszedł, zostawiając Zofię z mieszaniną wdzięczności i lęku.
Tej nocy nie spała. Przewracała się na swoim posłaniu, słuchając chrapania żołnierzy w warsztacie (ciągle ktoś kwaterował u Gehrów, choć rząd obiecywał, że to się skończy). I myślała.
Myślała o Elżbiecie, która kalkuluje, liczy, planuje — i pewnie dożyje starości w dostatku, ale czy będzie szczęśliwa? Myślała o Mariannie, która walczy o ducha, ryzykuje życie, wierzy — i pewnie zginie młodo, ale czy będzie to miało sens? Myślała o swojej matce, która kochała — i umarła. Myślała o ojcu, który strugą deski, bo tylko wtedy czuje się sobą.
A potem pomyślała o Hurtig. O jego mundurze. O jego zimnych oczach, które na moment — tylko na moment — zrobiły się cieplejsze.
I zadała sobie pytanie, które w epoce napoleońskiej, w Toruniu, w jej sytuacji — córki rzemieślnika bez posagu, bez perspektyw, bez męża — było pytaniem o wszystko:
Czy istnieje ścieżka między kalkulacją a poświęceniem? Czy można być wolnym, nie będąc samotnym?
Nie znała odpowiedzi.
Ale wiedziała, że musi jej znaleźć. Inaczej skończy jak Regina — wyrzucona ze swojego domu, albo jak matka — martwa w połogu, albo jak tyle innych kobiet w Toruniu — zgaszona, zanim zdążyła zapłonąć.
VIII. Podsumowanie naukowe — między Przyborowskim a rzeczywistością
Adaptacja motywu z „Szwedów w Warszawie” w narracji o Zofii Gehr nie jest przypadkowa. Przyborowski pisał o okupacji szwedzkiej, ale — jak wielu historyków literatury wskazuje — jego prawdziwym celem było pokazanie mechanizmów zniewolenia, które powtarzają się niezależnie od epoki.
W Toruniu lat 1808–1811 mechanizmy te były szczególnie widoczne:
— Kontrybucje i rekwizycje — miasto, mimo formalnego włączenia do Księstwa Warszawskiego, było traktowane przez francuską administrację jak terytorium okupowane. Prezydent Torunia Karl Praetorius notował z rozpaczą: „Miasto Toruń na główny skład obrócone zostało. Cokolwiek Armia, Lazarety i inne Biura potrzebowały, wszystko to z kasy Ekonomii Miasta forszupowane być musiało”.
— Degradacja zabudowy — z 109 wyburzonych posesji wiele nigdy nie zostało odbudowanych. Do dziś w strukturze urbanistycznej Torunia widać ślady tych zniszczeń.
— Upadek gospodarczy — do 1813 roku z miasta uciekła 1/3 zamożniejszych rzemieślników.
Dla Zofii Gehr te procesy nie były suchymi danymi. Były codziennością. Były widokiem Reginy pakującej dobytek na wóz. Były strachem przed hiszpańskimi żołnierzami na ulicy. Były niepokojem o siostrę, która pakuje się w konspirację, i o drugą siostrę, która pakuje się w małżeństwo z urzędnikiem wrogiem.
To, co Przyborowski ujął w powieści jako dramat pokoleniowy, w Toruniu przeżywały realne kobiety. Z trzema córkami Gehra na czele.
A historia — ta wielka, nieubłagana — właśnie nabierała rozpędu.
Życie codzienne w latach stagnacji (1808–1810)
I. Wstęp — co robią mieszczanie, gdy historia bierze oddech
Czytelniku, po raz kolejny muszę cię prosić o cierpliwość. Wiem, że czekasz na wielkie wydarzenia — na Napoleona w Toruniu, na wielką wyprawę na Rosję, na miłość Zofii i cesarza. Ale zanim do tego dojdziemy, musimy na chwilę zatrzymać się nad tym, co działo się między 1808 a 1810 rokiem. Bo choć historycy często traktują te lata jako „okres przejściowy” — mało bitew, mało przełomowych decyzji — to dla mieszkańców Torunia były one równie ważne, a może i ważniejsze niż sama wojna.
Dlaczego? Bo wojna trwa tydzień, miesiąc, czasem rok. Ale życie po wojnie — odbudowa, głód, podatki, choroby, codzienna walka o przetrwanie — trwa latami. I to właśnie ta codzienność, ta szara, nieheroiczna, często pomijana przez kronikarzy, stanowi o istocie historii. Nie tylko generałowie i cesarze ją tworzą. Tworzą ją także stolarze, którzy nie mają drewna, i ich córki, które nie mają posagu, i żebracy, którzy zmarzają pod murami zamku.
W tym rozdziale zajrzymy więc do spiżarni, do warsztatów, do ksiąg parafialnych. Będziemy liczyć — bo historia to także liczby. Ale nie damy się w nie zamknąć.
II. Spisy ludności — co mówią nam suche cyfry?
Archiwum Państwowe w Toruniu przechowuje kilka spisów ludności z początku XIX wieku. Gdy je przeglądamy — karty pożółkłe, pismo nachylone, atrament wyblakły — widzimy przede wszystkim jedno: Toruń w latach 1808–1810 był miastem wyludnionym.
W 1805 roku, tuż przed francuską inwazją, Toruń liczył około 8500 mieszkańców. Po wojnach 1806–1807, po ucieczkach, chorobach, rekwizycjach i zniszczeniach, liczba ta spadła do około 7200 w 1808 roku. W kolejnych dwóch latach — mimo napływu nowych urzędników Księstwa Warszawskiego — nie wzrosła znacząco. W 1810 roku miasto liczyło ledwie 7400 dusz.
Kto mieszkał w Toruniu? Struktura społeczna była dość typowa dla miasta hanzeatyckiego, ale z wyraźnymi naleciałościami epoki napoleońskiej:
Patrycjat — nieliczni, ale wpływowi. To byli głównie kupcy gdańscy i bydgoscy, którzy nie uciekli przed wojną, a teraz — z pomocą francuskich kontraktów — odbudowywali swoje fortuny. Adam Gehr opowiadał o nich z niechęcią:
— Ci to mają życie — mawiał, powtarzając sąsiedzkie plotki. — Oni nie struują desek, oni tylko podpisują papiery. Wojna? Dla nich wojna to okazja. Kontrakt na mąkę dla armii, kontrakt na siano dla kawalerii. My, rzemieślnicy, robimy w pocie czoła, a oni zgarniają talary.
Rzemieślnicy — najliczniejsza grupa wśród męskiej części populacji. Cechy: stolarski, kuśnierski, piekarski, rzeźnicki, szewski, krawiecki. Każdy cech miał swoje prawa, swoje obowiązki, swoje święta. Cech stolarski, do którego należał Adam Gehr (i gdzie przez pewien czas pełnił funkcję starszego cechu), zrzeszał około półtora tuzina mistrzów. Po wojnie pozostało dziewięciu.
Wyrobnicy, służba, czeladnicy — tzw. „ludzie luźni”, bez prawa głosu w sprawach miasta. Często sypiali po pięciu w jednej izbie, żywili się chlebem i wodą, a ich pracę przerywały co chwila wezwania do francuskiego kwatermistrza.
Żebractwo powojenne — to grupa, która po 1807 roku rozrosła się do rozmiarów dotąd niespotykanych. Spis z 1809 roku notuje 230 „żebraków z wyboru” (czyli takich, którzy przez lata wykonywali jakiś zawód, ale stracili warsztat lub zdrowie) i około 150 „żebraków z musu” — kalek, sierot, starców bez rodziny. Cała ta armia nędzarzy tłoczyła się przy bramach miasta, przy kościele Mariackim (gdzie rozdawano jałmużnę) i pod Ratuszem (gdzie czasem francuska administracja rzucała resztki z kantyny).
Marianna, która często przemykała przez te rejony w swoich konspiracyjnych misjach, mówiła o nich z bólem:
— To my jesteśmy winni — powtarzała. — My, którzy głosimy odrodzenie Polski, a nie widzimy tych, którzy umierają z głodu pod naszymi oknami.
Jan Woynarowski, jej mąż, reagował inaczej:
— Nie ma sprawiedliwej wojny, Marianno. Są tylko konieczności. I ci ludzie — oni też są koniecznością. Ofiarami, które trzeba złożyć, by przyszłe pokolenia mogły żyć w wolnym kraju.
Marianna nie odpowiadała. W jej sercu budziło się coś, czego nie umiała nazwać — może wątpliwość.
III. Ceny, talary i głód — ekonomia na co dzień
Przejdźmy teraz do rzeczy dla każdego toruńskiego mieszczanina najważniejszej: co można było kupić za talara, a za co trzeba było płacić tygodniami?
Spis cen z toruńskiego Rynku z lat 1808–1810 to dokument przygnębiający. Oto przykłady (w przeliczeniu na aktualną wówczas walutę — talar pruski, choć formalnie od 1807 roku obowiązywały złotówki Księstwa Warszawskiego, w praktyce handlowano wszystkim, co miało wartość kruszcową):
— Bochenek chleba żytniego (ok. 2 kg) — od 6 do 10 srebrnych groszy (w zależności od pory roku i dostępności zboża). Dla porównania: dzienna płaca czeladnika stolarskiego wynosiła około 8–12 groszy.
— Kwarta mleka — 1–2 grosze.
— Funt mięsa wołowego — 6–8 groszy (w dobrych tygodniach; w 1809 roku, gdy zboża brakowało, a bydło szło na paszę, cena skoczyła do 15 groszy).
— Para butów (skórzanych, roboczych) — około 3 talary, czyli prawie miesięczna pensja czeladnika.
— Ubranie zimowe (sukmana, kożuch) — 8–10 talarów.
Adam Gehr, przeglądając swoje księgi, często wzdychał.
— Za Prusaków — mówił — talar miał wartość talara. Teraz? Kupuję deskę lipową, płacę, a za tydzień ta sama deska kosztuje o dwa grosze więcej, bo Francuzi przeciągnęli kolejny transport przez miasto i wykupili wszystko.
Elżbieta, która prowadziła rachunki, potwierdzała:
— Inflacja, ojcze. Kodeks Napoleona daje nam piękne prawa, ale nie daje chleba. A głodny człowiek nie pyta o paragrafy.
Najgorszy był rok 1809. Nieurodzaj (zbyt mokre lato, zbyt wczesna jesień) sprawił, że zboża zabrakło. Francuskie rekwizycje — które i tak były ogromne — zabrały resztki. W październiku 1809 roku w Toruniu zabrakło chleba na trzy dni.
— Trzy dni — opowiadała Marianna, która akurat wtedy wróciła z konspiracyjnej misji pod Brodnicą. — Trzy dni, w których ludzie wyważali drzwi piekarni. Trzy dni, w których żołnierze francuscy strzelali do tych, którzy próbowali kraść. Trzy dni, po których na Rynku leżało pięciu zabitych.
Cesarz Napoleon, będący wówczas daleko — w Wiedniu, gdzie po raz drugi dyktował warunki pokonanej Austrii — nie miał pojęcia, że w jego ukochanym Księstwie Warszawskim, w mieście, które uważał za klucz do Wisły, umierają z głodu ludzie.
A może miał. Ale wojna ma swoje prawa.
IV. Drewno — paliwo, surowiec, towar luksusowy
Dla Adama Gehra, stolarza, największym problemem nie był chleb ani buty. Największym problemem było drewno.
W latach 1808–1810 cena drewna w Toruniu wzrosła trzykrotnie. Powodów było kilka.
Po pierwsze, Francuzi. Armia potrzebowała opału. Piece w koszarach, kantyny, kuchnie polowe — wszystko to pochłaniało ogromne ilości drewna. Ponieważ w okolicy Torunia lasów było coraz mniej (wycinano je od XVIII wieku w zastraszającym tempie), francuscy kwatermistrze sięgali po deski, które lokalni rzemieślnicy trzymali w zapasie.
— Wchodzili do warsztatu — opowiadał Mistrz Adam — patrzyli na moją skrzynię z lipą. „Monsieur Gehr, to jest teraz własność Wielkiej Armii”. I brali. Bez pytania. Bez rekompensaty.
Po drugie, zima 1808/1809 była wyjątkowo sroga. Wisła zamarzła na grubość, że można było po niej jeździć wozami, ale dla mieszkańców oznaczało to, że trzeba palić więcej. Drewno opałowe stało się towarem luksusowym.
— Pamiętam styczeń 1809 roku — mówiła Elżbieta. — Ojciec kazał nam spać w jednej izbie, wszystkich trzem, żeby oszczędzić drew. Zofia miała sine usta przez tydzień. Albrecht kupił węgiel drzewny od handlarza z Mokrego. Zapłacił dwa talary za worek. To były jego oszczędności z całego miesiąca.
Po trzecie, Francuskie fortyfikacje. Budowa nowych bastionów, lunet i koszar pochłonęła ogromne ilości drewna — rusztowań, szalunków, baraków. Stolarze z całego Torunia zostali zmobilizowani do pracy przy fortyfikacjach. Adam Gehr spędził cały czerwiec 1810 roku przy budowie nowej lunety na Bydgoskim Przedmieściu — nie za pieniądze, ale „w ramach świadczenia na rzecz wojska”.
— To się nazywa pańszczyzna — mruczał, wracając zmęczony, z obolałymi rękami. — Może i Księstwo Warszawskie, może i Napoleon, ale ja pańszczyznę pamiętam z czasów, gdy ją zniesiono. A teraz znowu jest.
Elżbieta, jak zawsze praktyczna, zaproponowała rozwiązanie:
— Kupmy drewno z lasów królewskich w Tucholi. Podobno tam są jeszcze zapasy.
— Królewskich? — Adam wzruszył ramionami. — A gdzie to król? W Dreźnie? W Paryżu? Kto nam da pozwolenie? Francuzi? Nie dadzą. Wolą, żebyśmy my, mieszczanie, płakali.
Ostatecznie Gehr zaopatrywał się u drobnych handlarzy z podtoruńskich wsi: Raszewo, Łysomice, Grębocin. Płacił wysokie ceny, ale przynajmniej miał pewność, że deska, którą kupuje, nie zostanie mu odebrana następnego dnia.
V. Cech stolarski — ostatnie bastiony tradycji
W 1809 roku Adam Gehr został wybrany starszym cechu stolarskiego w Toruniu. Nie był to zaszczyt, na jaki czekał. Raczej obowiązek, który spadł na niego, gdy inni mistrzowie albo zbankrutowali, albo uciekli.
Cech stolarski, podobnie jak inne cechy toruńskie, przechodził w tych latach trudny okres. Z dziewięciu czynnych warsztatów w 1810 roku tylko sześć regularnie płaciło składki cechowe. Reszta ledwo wiązała koniec z końcem.
— Nie o to chodzi — tłumaczył Adam na zebraniu cechowym w gospodzie „Pod Lwem” (luksus, na który cech mógł sobie pozwolić raz na kwartał) — nie o to chodzi, żebyśmy się kłócili o to, kto ma prawo robić skrzynie dla wojska. Chodzi o to, żebyśmy w ogóle przetrwali.
Mistrzowie stolarscy patrzyli na niego z nadzieją i niepokojem. Byli wśród nich starzy Polacy, którzy nie mówili po niemiecku; byli Niemcy, którzy nie rozumieli, dlaczego mają płacić podatki do warszawskiego skarbca; byli i tacy, którzy po prostu chcieli wrócić do spokojnego strugania desek, bez polityki, bez wojny, bez generałów zaglądających im przez ramię.
— Proponuję — Adam mówił dalej — żebyśmy wystosowali petycję do księcia… to znaczy do francuskiego komendanta. Żeby zmniejszono nam kontrybucję. Nie możemy płacić tyle, co kupcy. Oni handlują, my produkujemy. Inne realia.
Petycja została wysłana. Odpowiedź przyszła po trzech tygodniach: odmowna. Francuski komendant, generał Woyczyński, wyraził ubolewanie, ale „konieczności wojskowe nie pozwalają na odstępstwa”.
— Konieczności — Adam powtórzył to słowo z goryczą, wracając do warsztatu. — Zawsze jakieś konieczności.
VI. Stanisław Wodzicki — mecenas w przejeździe
Wśród tej szarej, przygnębiającej codzienności — kontrybucji, braku drewna, drożyzny — pojawiały się czasem iskry, które przypominały mieszkańcom Torunia, że istnieje jeszcze jakiś inny świat. Świat sztuki, kultury, wielkich idei.
Jedną z takich iskier był Stanisław Wodzicki, hrabia, mecenas sztuki, miłośnik nauk ścisłych i przyjaciel Stanisława Staszica.
Wodzicki, urodzony w 1765 roku, podróżował po Europie, gromadził dzieła sztuki, fundował kościoły, wspierał szkoły. W 1810 roku, jadąc z Warszawy do Gdańska (by negocjować jakieś sprawy handlowe dla swojego szwagra, który miał interesy w porcie), zatrzymał się w Toruniu na dwa dni.
Gdzie stanął? W gospodzie „Pod Gwiazdą” (tam, gdzie współcześnie mieści się hotel „Pod Gwiazdą”, choć budynek przeszedł gruntowną przebudowę). Ale nie o nocleg chodzi. Wodzicki, jak wielu ówczesnych intelektualistów, miał zwyczaj zwiedzać miasta, które odwiedzał — oglądać kościoły, biblioteki, rozmawiać z lokalnymi uczonymi.
W Toruniu odwiedził Gimnazjum Akademickie, gdzie — ku zaskoczeniu profesorów — przez godzinę dyskutował z uczniami o Koperniku i o nowej heliocentrycznej wizji wszechświata. Potem udał się do ratusza, by obejrzeć archiwum miejskie (które, na szczęście, nie uległo zniszczeniu podczas francuskiego oblężenia). Wreszcie, gdy usłyszał o toruńskich stolarzach i ich problemach, postanowił… odwiedzić warsztat.
Tak trafił do Adama Gehra.
— Mistrzu — rzekł Wodzicki, wchodząc do izby pełnej wiórów (z policyjnym ogonem za sobą, bo francuski komendant nie przepadał za niespodziewanymi wizytami). — Słyszałem, że pan robi piękne meble. I że ma pan trudności z materiałem.
Adam Gehr, który nigdy w życiu nie rozmawiał z hrabią, a co dopiero z mecenasem sztuki, oniemiał na chwilę. Potem wskazał na stół, który właśnie kończył — prosty, ale solidny, z lipowego drewna (bo na dąb nie było go stać).
— To — bąknął — to jest stół.
— Widzę — odparł Wodzicki, oglądając blat i nogi z uwagą. — Dobra robota. Nie ozdobna, ale dobra. Czemu pan nie robi bardziej wytwornych mebli? W Warszawie jest teraz moda na styl empire. Kolumienki, pozłotka, maszkarony.
Adam wzruszył ramionami.
— Bo ja, proszę hrabiego, nie robię do salonów. Ja robię do użytku. A pan, proszę hrabiego, nie kupi u mnie mebla do swojego pałacu. Ja jestem za biedny, a hrabia za bogaty na mój warsztat.
Wodzicki uśmiechnął się.
— Może i pan ma rację. Ale jeśli kiedyś zechce pan zrobić coś dla mnie — biurko, prostą komodę — proszę o tym pamiętać.
Zostawił wizytówkę (co było wówczas ogromnym wyróżnieniem) i pięć talarów na „lepsze drewno”.
Adam Gehr schował talary do skrzyni, a wizytówkę położył na półce nad warsztatem, obok świętego obrazka. Nigdy nie zrobił biurka dla hrabiego — nie nadarzyła się okazja. Ale ta wizyta — ta iskra z innego świata — dała mu na kilka tygodni poczucie, że jego rzemiosło ma jeszcze wartość.
Nie tylko dla żołnierzy, którzy potrzebują skrzyń na amunicję.
VII. Życie codzienne — od świtu do zmierzchu
Jak wyglądał typowy dzień w Toruniu w 1809 roku? Spójrzmy na to choćby przez pryzmat warsztatu Gehrów.
Świt (ok. 5:00 zimą, 4:00 latem). Adam wstawał pierwszy. Rozpalał w piecu, nastawiał wodę na kawę (zbożową, bo prawdziwa była za droga). Czeladnicy — jeśli akurat jakiegoś mieli — przychodzili około szóstej. Zaczynali od przygotowania narzędzi: ostrzenie heblów, smarowanie pił, sprawdzanie kleju (kosztownego — kupowanego od rzeźników, bo kostny był tańszy).
Przedpołudnie (7:00–12:00). Praca. Adam przy desce, czeladnicy przy prostszych zadaniach: klejenie, cięcie, wyrównywanie. Elżbieta w księgowości — spisywała zamówienia, kalkulowała koszty, wysyłała Albrechta po drewno. Marianna, jeśli była w mieście, pomagała w domu (sprzątanie, gotowanie). Zofia — najczęściej — pomagała w mniej wymagających czynnościach: szlifowanie gotowych elementów, zamiatanie wiórów.
Południe (12:00–13:00). Obiad. Zazwyczaj zupa (na bazie brukwi, marchwi, czasem z odrobiną mięsa — jeśli było stać) i chleb. W niedziele — kawałek wędzonej słoniny.
Popołudnie (13:00–18:00). Dalsza praca. Czasem wizyty klientów — oficerów, urzędników, rzadziej zamożniejszych mieszczan. Czasem wizyty francuskiego kwatermistrza, który sprawdzał, czy warsztat nie produkuje czegoś „na lewo”.
Wieczór (18:00–20:00). Kolacja — lżejsza od obiadu, często tylko chleb z masłem lub kasza. Potem modlitwy, rozmowy, przeglądanie rachunków.
W niektóre wieczory zdarzały się wizyty sąsiadów — kupców z ulicy Szerokiej, rzeźnika z Nowego Miasta. Wtedy rozmawiano o wszystkim: o cenach, o polityce, o pogodzie. I o Francuzach.
— Słyszeliście? — opowiadał kiedyś szewc Műller. — W Poznaniu podobno wprowadzili nowy podatek od każdego komina. Francuzi mówią, że to na utrzymanie dróg.
— Dróg? — Adam się zaśmiał. — Jakie drogi? W Toruniu od trzech lat nie naprawiono bruku na ulicy Szerokiej. A podatek od komina? To znaczy, że każdy, kto ma piec, ma płacić?
— Każdy, kto ma dym — poprawił Műller.
— To co nam zostaje? — zapytał ktoś z kąta.
Cisza.
VIII. Żebractwo, choroby, śmierć — ciemna strona stagnacji
Nie wszyscy w Toruniu mieli warsztat, ciepły posiłek i dach nad głową. Coraz więcej było tych, którzy nie mieli nic.
Spisy policyjne z 1810 roku odnotowują wzrost przestępczości — głównie kradzieży. W 1809 roku zanotowano 47 kradzieży, w 1810 roku — 63. To nie były wielkie, zorganizowane napady. To były desperackie czyny: zerwanie jabłka z drzewa w cudzym sadzie, ukradzenie worka mąki z piwnicy, zabranie buta wystawionego na suszenie przed domem.
Najczęściej łapano żebraków.
— Oni nie kradną, bo są źli — mówiła Zofia, która gdy szła po chleb na Rynek, mijała ich codziennie. — Oni kradną, bo są głodni.
Adam Gehr, choć sam nie miał pieniędzy, co tydzień dawał jałmużnę — kromkę chleba, garść kaszy, czasem parę groszy.
— Bóg widzi — mawiał. — I nie tylko Bóg. Pamiętajcie, że wy też możecie tak skończyć.
Choroby zbierały swoje żniwo. Najgorszy był tyfus — nawracający co roku, szczególnie wiosną, gdy topniały śniegi i woda zalewała piwnice, a z gnijących śmieci… ale nie wchodźmy w szczegóły. W szpitalu Świętego Ducha (dziś — Szpital Miejski, ale w budowie, którą znacie z własnych spacerów po Toruniu) umierało rocznie około 200 osób. To dużo, jak na miasto liczące 7400 mieszkańców.
Marianna, która ze względu na konspiracyjną działalność często odwiedzała szpitale (tam łatwiej było przekazać wiadomość, bo mało kto zwracał uwagę na obce twarze), mówiła o tym z przerażeniem:
— Leżą na podłodze, po dwóch na jednym łóżku. Francuscy lekarze — jeśli w ogóle są — mają tylko dla swoich. Polacy i Niemcy? Niech zdychają.
Jan Woynarowski, zawsze pragmatyczny, odpowiadał:
— Wojna to nie szpital, Marianno. Wojna to śmierć. Ci, co dziś umierają w szpitalu, jutro umarliby na polu bitwy. Różnica tylko taka, że tu mają dach nad głową.
Marianna nie odpowiadała. Zaczynała rozumieć, że jej mąż — bohaterski weteran, którego kochała — patrzy na świat inaczej niż ona. Dla niego ludzie byli pionkami. Dla niej — ludźmi.
IX. Co robiła Zofia? (bo pytacie)
Czytelniku, w tym rozdziale piszemy wiele o ekonomii, o cenach, o strukturach społecznych. Ale ty z pewnością zastanawiasz się: co w tym wszystkim robiła Zofia? Gdzie się podziała ta dziewczyna, która w poprzednich rozdziałach obserwowała, milczała, a czasem — jak w spotkaniu z pułkownikiem Hurtigiem — zadawała niewygodne pytania?
Otóż Zofia w latach 1808–1810 tkwiła w swoistym letargu. Nie była już dzieckiem (w 1810 roku skończyła osiemnaście lat), ale nie była też dojrzałą kobietą. Patrzyła, jak Elżbieta kalkuluje, jak Marianna ryzykuje, jak ojciec struga deski, jak żebracy umierają na ulicach — i czuła, że to wszystko nie ma sensu.
— Po co? — zapytała kiedyś retorycznie. — Po co te wszystkie kontrakty, konspiracje, kalkulacje? I tak wszyscy zginiemy. Albo w wojnie, albo z głodu, albo z nudów.
Elżbieta podniosła wzrok znad księgi rachunkowej.
— Nie zginiemy z nudów, siostrzyczko. Nudy to luksus, na który nas nie stać. My mamy obowiązki.
— Obowiązki — Zofia powtórzyła to słowo z goryczą. — Zawsze jakieś obowiązki. Nigdy nie ma czasu, żeby zapytać: czego ja chcę.
— A czego ty chcesz? — zapytała Elżbieta.
Zofia nie odpowiedziała. Ale w jej głowie rozbrzmiewało jedno słowo: Hurtig.
Pułkownik, który ocalił ją przed hiszpańskimi żołnierzami. Oficer, który wiedział o konspiracji Marianny, a nie doniósł. Mężczyzna, który patrzył na nią dłużej, niż wypadało. I który — jak podejrzewała — miał w swoich szarych oczach tajemnicę, która mogła ją uwolnić.
Albo zgubić.
X. Podsumowanie naukowe — co nam mówią spisy i księgi?
Zakończmy ten rozdział naukowym podsumowaniem.
Analiza spisów ludności Torunia z lat 1808–1810 pozwala na sformułowanie następujących wniosków :
— Depopulacja — miasto straciło około 15% mieszkańców w porównaniu z 1805 rokiem. Ubytki nie zostały wyrównane nawet po trzech latach pokoju.
— Struktura społeczna — wzrosła liczba żebraków i osób pracujących dorywczo (z 5% populacji w 1805 do 12% w 1810). Zmalała liczba rzemieślników (z 720 czynnych warsztatów w 1805 do 490 w 1810).
— Sytuacja materialna — ceny podstawowych produktów wzrosły średnio o 120% w stosunku do 1805 roku, podczas gdy płace realne spadły o około 30%. Deficyt budżetowy miasta w 1810 roku wyniósł 12 tysięcy talarów — kwotę, której miasto nie było w stanie pokryć.
— Cech stolarski — z 24 warsztatów czynnych w 1785 roku pozostało zaledwie 9. Adam Gehr należał do garstki tych, którzy przetrwali — głównie dzięki kontraktom wojskowym, choć i one były nieregularne.
Toruń lat 1808–1810 był więc miastem, które przeżyło wojnę, ale nie zaznało pokoju. Było miastem, w którym nadzieje na odrodzenie Polski zderzały się z codziennością głodu, chłodu i strachu. I w którym trzy córki stolarza — każda na swój sposób — próbowały znaleźć swoje miejsce.
Elżbieta — w kontrakcie z Albrechtem.
Marianna — w konspiracji z Janem.
Zofia — w marzeniach o kimś, kto pozwoli jej zapomnieć, że świat jest taki, jaki jest.
Iskra pod popiołem
I. Powrót rannego — czyli jak historia puka do drzwi warsztatu
Był późny, dżdżysty wieczór 14 października 1810 roku, gdy ktoś zapukał do drzwi warsztatu Gehrów przy ulicy Świętej Katarzyny. Trzy razy, potem przerwa, potem dwa razy. Sygnał umówiony. Marianna, która czuwała przy oknie, jednym susem znalazła się przy drzwiach.
— Jan — wyszeptała, otwierając. — O Boże… co ci się stało?
Jan Woynarowski, jej mąż, weteran insurekcji kościuszkowskiej i agent podziemnej siatki antyfrancuskiej, oparł się o futrynę. Był blady jak płótno, a na jego lewym boku — tuż pod żebrami — majaczyła ciemna plama. Krew.
— Rosjanie? — zapytała Marianna, prowadząc go do środka.
— Gorzej — odparł Jan przez zaciśnięte zęby. — Nasi. Polscy żandarmi spod Brodnicy. Ktoś doniósł.
Adam Gehr, który zbudził się z pierwszego snu i wyjrzał z alkierza, zmarszczył brwi.
— Znowu przynosisz kłopoty do mojego domu, Woynarowski. Widzisz, że nie mam siły już na nic?
— Ojcze — Marianna spojrzała na niego wzrokiem, który — gdyby mógł zabijać — uśmierciłby na miejscu. — Jan umiera. Potem pogadasz.
Adam Gehr westchnął i bez słowa poszedł po szmaty i wodę.
Ranę opatrzyła Elżbieta — bo ona w rodzinie Gehrów była najbliżej medycyny (czytała jakąś niemiecką książkę o chirurgii polowej, którą Albrecht dostał od znajomego felczera). Kula przeszła między żebrami, na szczęście nie uszkodziła płuca. Ale infekcja — to była prawdziwa groźba.
— Musi leżeć — stwierdziła Elżbieta, ocierając ręce z krwi. — Tydzień, dwa. Nie może się ruszać.
— Świetnie — mruknął Adam. — Więc ten bohater będzie mi leżał w warsztacie i sapał, a francuski kwatermistrz? Co mu powiem? Że to mój chory kuzyn?
— Powiedz mu, że to twój chory kuzyn — odparła Marianna. — Bo jeśli powiesz prawdę, ciebie też rozstrzelają.
Adam spojrzał na córkę. Jej oczy płonęły. Tym samym ogniem, który ongiś — dwadzieścia lat temu — widział u swojej nieboszczki żony. Tym ogniem, który mówił: nie ustąpię.
— Dobrze — rzekł po chwili. — Ale niech się modli, żeby nikt nie przyszedł z wizytą.
II. Plany antyfrancuskie — czyli co Jan przywiózł w teczce
Kiedy rana nieco się zagoiła (a było to pod koniec października) i Jan mógł usiąść na łóżku (którym był tapczan z desek, bo Francuzi zabrali mu materac), Marianna zadała mu pytanie, które cisnęło jej się na usta od tygodnia:
— Co przywiozłeś? I kto cię postrzelił?
Jan sięgnął pod swoją poduszkę i wyciągnął zniszczoną, zakrwawioną teczkę z cielęcej skóry.
— To — rzekł, rozkładając przed nią kilka arkuszy papieru — to są plany fortyfikacji Twierdzy Toruń. Kto je robił? Polscy oficerowie, którzy służą u Francuzów. Ale mają dość. Widzą, że Napoleon nas wykorzystuje. Że Polska to dla niego tylko dostawca mięsa armatniego.
Marianna pochyliła się nad mapami. Były misternie rysowane — bastiony, lunety, fosy, bramy, magazyny prochowe. Każdy szczegół, każda droga dojścia, każda studnia.
— Chcecie je przekazać Rosjanom? — zapytała.
— Nie Rosjanom — odparł Jan, a jego głos stał się twardy. — Chcemy je wykorzystać, gdy przyjdzie czas. Gdy Napoleon uderzy na Rosję i przegra. Wtedy my… my uderzymy na Francuzów. Wyzwolimy Polskę własnymi siłami.
Marianna milczała. W jej głowie kłębiły się myśli: zdrada sprzymierzeńca? ale też zdrada zaborcy? Bo kim był Napoleon? Zwycięzcą spod Austerlitz, który obiecał Polskę — ale też ciemiężcą, który kazał palić spichlerze i wyburzać domy.
— Nie wiem, Jasiu — powiedziała w końcu. — Ale pomogę. Jak zawsze.
Za oknem padał deszcz. Listopad zbliżał się wielkimi krokami.
III. Stolarka i konspiracja — czyli wydrążone stoły
Marianna stanęła przed zadaniem: gdzie ukryć plany, by Francuzi — którzy odbywali regularne rewizje w mieszkaniach („w poszukiwaniu dezerterów i wrogiej propagandy” — jak mówiły francuskie obwieszczenia) — nie mogli ich znaleźć?
Pomysł podsunął jej sam Adam Gehr, choć nieświadomie.
— Patrz, Marianno — mówił pewnego dnia, pokazując jej stół, który właśnie kończył. — Nogi dębowe, blat lipowy. Solidny. Ale w środku — tu, pod blatem — zrobiłem skrytkę. Na cenne papiery. Na talary. Nikt nie znajdzie, chyba że by wiedział, gdzie nacisnąć.
Marianna spojrzała na ojca z mieszaniną podziwu i przerażenia.
— Ty wiesz, ojcze? Że ty sam, nie wiedząc o niczym, zrobiłeś skrytkę dla moich… dla naszych papierów?
— Ja nic nie wiem — odparł Adam, spoglądając na nią z ukosa. — Ja robię stoły. A ty mi mówisz o papierach? Nie znam się.
Uśmiechnął się. Taki uśmiech, który mówił: wiem więcej, niż przyznaję, ale nie pytaj, bo będę musiał kłamać.
I tak w ciągu następnego tygodnia Marianna ukryła plany fortyfikacji w trzech miejscach:
— w skrytce pod blatem stołu, który stał w kuchni — na pozór zwykłego stołu do jedzenia;
— w wydrążonej nodze łóżka, na którym spał Jan (bo łóżko było niskie, wąskie, nikt nie podejrzewał);
— w podwójnej podłodze komórki z narzędziami, pod warstwą wiórów.
Francuskie rewizje — a były dwie w listopadzie 1810 roku — nic nie znalazły.
Za każdym razem, gdy drzwi warsztatu otwierał francuski oficer z żandarmami, serce Marianny biło jak oszalałe. Za każdym razem Adam Gehr zachowywał się jak zwykły stary stolarz — gderliwy, zmęczony, nieco przytępiony.
— My tu, proszę pana oficera, tylko to siedzimy — mówił, wskazując na deski i heble. — Polityka? Nie nasza rzecz. Drewno, wióry i tyle.
Francuzi patrzyli, zaglądali pod łóżka, majstrowali przy deskach, ale — nie wiedząc, gdzie szukać — odchodzili z niczym.
IV. Albrecht von Falkensee — lojalność czy strach?
Tymczasem Elżbieta miała coraz większy problem. Problem nazywał się Albrecht, jej mąż.
Albrecht von Falkensee, były pruski urzędnik, obecnie pracujący w komisariacie francuskiej administracji w Toruniu, nie był głupi. Wyczuwał, że coś się dzieje w warsztacie Gehrów. Nie wiedział co, ale podejrzewał.
Któregoś wieczoru, gdy Marianna była przy chorym Jasiu, a Zofia wyszła do apteki, Albrecht zwrócił się do Elżbiety:
— Kochanie — zaczął ostrożnie. — Muszę cię o coś zapytać. I proszę, nie kłam.
— Pytaj — odparła Elżbieta, nie podnosząc wzroku znad księgi rachunkowej.
— Twój szwagier, Woynarowski. Nie jest zwykłym rzemieślnikiem, prawda? Nie jest nauczycielem fechtunku, jak mówi. On jest… kimś więcej.
Elżbieta odłożyła pióro.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Wiesz. Ja wiem, że wiesz. A ja — jeśli to, czego się domyślam, jest prawdą — ja muszę to zgłosić.
Elżbieta spojrzała mu w oczy. Jej wzrok był zimny, spokojny, ale pod spodem gotowała się lawa.
— Zgłosić? Komu? Francuzom? I co im powiesz? Że twój szwagier, któremu uratowałeś życie podczas pożaru, teraz jest wrogiem? Że chcesz go wydać, bo boisz się o swoją posadę?
— Nie boję się o posadę — odparł Albrecht. — Boję się o nas. O ciebie, o twojego ojca, o Zofię. Jeśli to wyjdzie — a kiedyś wyjdzie, bo takie rzeczy zawsze wychodzą — rozstrzelają nas wszystkich. Chcesz tego?
— Nie chcę — odparła Elżbieta. — Ale jeszcze bardziej nie chcę żyć w kraju, gdzie człowiek boi się własnego cienia. Gdzie lojalność wobec obcego cesarza jest ważniejsza niż lojalność wobec rodziny.
— Lojalność wobec rodziny to nie jest ukrywanie spisku! — Albrecht podniósł głos, choć starał się go kontrolować. — Lojalność wobec rodziny to dbanie o to, żeby wszyscy przeżyli!
Nie doszli do porozumienia. Tego wieczoru Elżbieta spała na ławce w kuchni, a Albrecht w swoim fotelu. Ich małżeństwo — to cudowne, racjonalne, dobrze skalkulowane małżeństwo — znalazło się na krawędzi.
V. Groźba dekonspiracji — czyli kto doniósł?
Pod koniec listopada 1810 roku do Torunia dotarła wieść, która wstrząsnęła całą konspiracyjną siatką w mieście: w Grudziądzu aresztowano trzech oficerów, którzy — podobnie jak Jan — mieli plany fortyfikacji. Podobno któryś z nich mówił pod torturami. Podobno miał wymienić nazwiska.
Marianna była przerażona.
— Jan, musimy wyjechać — mówiła, składając mapy i listy. — Jeśli oni zeznają, że znają ciebie… Jeśli przyjdą tu z żandarmerią…
— Nie przyjdą — odparł Jan, choć w jego głosie nie było już dawnej pewności. — Nie znają mojego nazwiska. Używam pseudonimu.
— Pseudonim? Jaki pseudonim?
— „Kosynier”. Wystarczy.
— A jeśli ktoś cię widział w Grudziądzu? Jeśli ktoś cię rozpoznał?
Jan milczał. Nie miał odpowiedzi.
Adam Gehr, który słuchał tej rozmowy z progu (udawał, że smaruje zawiasy, ale słyszał wszystko), wtrącił:
— Sprzątajcie. Wszystko. Plany, mapy, listy. Spalcie. Bo jeśli nie — spalicie wy.
— Ojcze, nie możemy spalić planów — zaprotestowała Marianna. — To nasza jedyna broń.
— Broń, która was zabije, zanim zdążycie jej użyć. Wybór należy do was.
Marianna popatrzyła na Jana. Jan skinął głową.
W nocy z 28 na 29 listopada 1810 roku w piecu warsztatu Gehrów spłonęły plany fortyfikacji Torunia. Ocalała jedna mapa — najmniej szczegółowa, którą Marianna zakopała pod jabłonią w ogrodzie.
„Na czarną godzinę” — powiedziała.
Jej czarna godzina miała nadejść szybciej, niż się spodziewała.
VI. Kto śledzi Gehrów? (albo: strach ma wielkie oczy)
W grudniu 1810 roku Elżbieta zaczęła zauważać, że ktoś śledzi warsztat. Nie Francuzi — ci byli zbyt pewni siebie, by się ukrywać. Ale cywile. Ludzie w szarych płaszczach, którzy stali pod murem kościoła św. Katarzyny i patrzyli.
— Albrecht — powiedziała pewnego wieczoru do męża (było to pierwsze dłuższe zdanie, które do niego skierowała od czasu kłótni). — Widziałeś tego człowieka w szarym surducie? Stoi tam od dwóch dni.
— Widziałem — odparł Albrecht, nie patrząc na nią. — To jest szpieg francuskiej żandarmerii. Oni kogoś śledzą. Nie wiem kogo.
— A jeśli nas?
— Jeśli nas — to znaczy, że ktoś doniósł. I wtedy mam wybór: albo was ostrzegę i sam zginę, albo was nie ostrzegę i wy zginiecie. Co mam zrobić?
Elżbieta podeszła do niego i położyła rękę na jego ramieniu.
— Ostrzeż nas — wyszeptała. — I uciekajmy razem.
Albrecht popatrzył na nią. W jego oczach — po raz pierwszy od ich ślubu — zobaczyła nie chłód, nie kalkulację, ale coś zupełnie innego. Strach. I miłość.
— Dobrze — powiedział. — Ostrzegę. Ale nie dzisiaj. Daj mi dwa dni.
Nie wiedział, że te dwa dni będą o jeden za dużo.
VII. Kolejne aresztowania — i cudem ocalone skrytki
5 grudnia 1810 roku francuska żandarmeria zatrzymała w Toruniu dwie osoby: piekarza z ulicy Szewskiej (który podobno przechowywał antyfrancuskie ulotki) i młodego studenta z Gimnazjum Akademickiego (który rzekomo miał kontakty z konspiracją w Warszawie). Obu rozstrzelano po trzech dniach — na placu przed Ratuszem, ku przestrodze dla innych.
Marianna oglądała tę egzekucję z okna poddasza. Płakała.
— To przez nas — szlochała później w ramionach Jana. — Gdybyśmy nie ukrywali tych planów, gdybyśmy nie słuchali tych świstków…
— Nie przez nas — odparł Jan, choć jego głos nie brzmiał przekonująco. — Przez system. Przez tych, którzy chcą nas uciszyć.
— On już nie żyje, Jan. Ten piekarz. Miał czworo dzieci.
Jan milczał.
Tymczasem Albrecht, dotrzymując słowa, następnego dnia ostrzegł Elżbietę: żandarmeria miała w planach rewizję w warsztacie Gehrów. Nie wiadomo kiedy, ale „wkrótce”.
— Spalcie wszystko — powiedział. — Wszystko, co może was obciążyć. Nawet podejrzane notatki. Nawet te mapy, które ukrywasz w ogrodzie.
Marianna tej nocy wykopała skrytkę spod jabłoni. Ostatnia mapa — najmniej szczegółowa — poszła z dymem.
Kiedy francuska rewizja przyszła — 10 grudnia 1810 roku, o świcie — warsztat Gehrów był czysty. Oficer żandarmerii przeglądał blaty stołów, pukał w nogi, zaglądał w wydrążenia. Nic nie znalazł.
— Jesteście czystej roboty, stolarzu — powiedział do Adama. — Ale pamiętajcie: jeśli dowiemy się o czymś… będziecie żałować.
Adam Gehr skłonił się.
— My tylko drewno, proszę pana oficera. Nic więcej.
Gdy drzwi zamknęły się za żandarmami, Marianna osunęła się na kolana. Jan stał w kącie, blady, bez słowa.
— To był cud — wyszeptała.
— To nie cud — odparł Albrecht, który wszedł właśnie tylnymi drzwiami. — To ja opóźniłem rewizję o dwa dni, mówiąc komendantowi, że Gehr ma zamówienie dla sztabu i że wejście w samo południe przeszkodzi w pracy. On mi uwierzył.
Elżbieta podeszła do męża i — ku zdziwieniu wszystkich — przytuliła go.
— Dziękuję — powiedziała cicho.
— Nie dziękuj — odparł Albrecht. — Jeszcze nie wyszliśmy z opresji. Oni wrócą.
VIII. Konflikt małżeński — i próba pojednania
Choć Albrecht ocalił Gehrów przed dekonspiracją, jego relacje z Elżbietą pozostawały napięte. Ona nie mogła mu wybaczyć, że przez chwilę — nawet przez chwilę — rozważał doniesienie na jej rodzinę. On nie mógł jej wybaczyć, że ryzykuje życie wszystkich dla ideałów, które (w jego oczach) i tak nie miały szansy się spełnić.
Kłócili się o wszystko. O to, gdzie spać. O to, kto ma iść po chleb. O to, czy należy modlić się po niemiecku, czy po polsku (oboje byli dwujęzyczni, ale w gniewie wybierali swój pierwszy język).
— Jesteś jak deska, Albrechcie — rzucała mu Elżbieta w ferworze awantury. — Twardy, nieugięty, ale pusty w środku. Gdzie twoje serce?
— Moje serce jest przy tobie — odpowiadał. — I dlatego chcę, żebyś żyła. A to, co ty robisz — życie na krawędzi — to nie jest życie. To czekanie na śmierć.
Aż wreszcie, w wigilię Bożego Narodzenia 1810 roku, doszło do pojednania. Nie było to wielkie, filmowe wyznanie. Po prostu — Elżbieta wyszła na dwór, gdy Albrecht rąbał drewno na opał (bo węgla znów brakowało). Stanęła obok niego, wzięła siekierę, i razem — w milczeniu — porąbali kilka polan.
— Albrechcie — powiedziała w końcu. — Ja nie umiem być inna. Ty nie umiesz być inny. Ale możemy oboje spróbować być… razem. Nawet jeśli nie zawsze się zgadzamy.
— To za mało — odparł, nie przestając rąbać.
— To wszystko, co mam.
Odłożył siekierę. Popatrzył na nią. I wziął ją za rękę.
— Wystarczy — powiedział.
Wrócili do izby razem. Marianna, która widziała ich przez okno, uśmiechnęła się do Zofii.
— Patrz — szepnęła. — Ona jednak potrafi kochać.
— Każdy potrafi — odparła Zofia. — Tylko nie każdy wie jak.
IX. Co dalej? (Marianna i Jan planują ucieczkę)
Początek 1811 roku przyniósł zmianę planów. Jan Woynarowski, choć rana się zagoiła, wciąż był poszukiwany. Jego rysopis (wysoki, blizna na lewym policzku, utyka na prawą nogę) krążył po wszystkich posterunkach żandarmerii w Toruniu.
— Muszę wyjechać — powiedział do Marianny. — Do Warszawy. Tam mam kontakty. Może uda się zorganizować coś większego.
— A ja? — zapytała Marianna.
— Ty zostajesz.
— Nie.
— Marianno…
— Nie, Jan. Ja idę z tobą. Jestem twoją żoną. Nie zostawię cię.
Jan spojrzał na nią długo. Wiedział, że nie wygra.
— Dobrze — odparł. — Ale bez planów. Bez papierów. Jedziemy jako zwykli ludzie. Ona.
Ona — w konspiracyjnym żargonie oznaczało „cywil”.
Marianna skinęła głową.
Tydzień później — 17 stycznia 1811 roku — Jan i Marianna opuścili Toruń. Przed bramą Chełmińską pożegnali się z rodziną.
— Uważaj na nią — powiedział Adam Gehr do Jana. — To moje dziecko.
— Wiem — odparł Jan. — Obiecuję.
— Pamiętaj, że stoły są gotowe — dodał Adam w tajemniczy sposób. To był kod: „skrytki są puste, możecie wracać, gdy będzie bezpiecznie”.
Marianna rzuciła się ojcu w ramiona. Potem uściskała Elżbietę. Potem Zofię.
— Ty — szepnęła do Zofii — ty też musisz znaleźć swój los. Bo nie możesz wiecznie patrzeć na innych.
Zofia skinęła głową, nie mówiąc nic.
Patrzyła za odjeżdżającym wozem, aż zniknął za zakrętem.
I pomyślała: może i ja powinnam wyjechać. Może i ja powinnam…
Nie dokończyła myśli.
X. Podsumowanie naukowe — konspiracja w Toruniu 1810–1811
Zakończmy ten rozdział naukowym podsumowaniem, opartym na źródłach archiwalnych.
Działalność konspiracyjna w Toruniu w latach 1810–1811, choć słabo udokumentowana (większość akt została zniszczona przez samych konspiratorów lub przez francuską żandarmerię), pozostawiła pewne ślady w księgach sądowych:
— Aresztowania — w okresie od sierpnia 1810 do marca 1811 francuska żandarmeria zatrzymała w Toruniu co najmniej 23 osoby podejrzane o „działalność antyfrancuską”. Większość (16 osób) zwolniono po kilku dniach z braku dowodów. Siedem osób skazano: cztery na karę śmierci (w tym piekarza z ulicy Szewskiej i studenta z Gimnazjum), trzy na zesłanie do Francji.
— Metody śledcze — Francuzi stosowali system donosicieli (tzw. indicateurs), którzy za pieniądze lub przywileje donosili na podejrzanych. W Toruniu działało co najmniej pięciu takich agentów, z których dwóch było Polakami.
— Metody ukrywania — wydrążone meble, podwójne podłogi, skrytki w ogrodach. Techniki stosowane przez konspiratorów w całej Europie napoleońskiej, w Toruniu udoskonalone dzięki pomysłowości miejscowych rzemieślników.
— Skuteczność — mimo licznych rewizji (w samym 1810 roku w warsztacie Gehrów przeprowadzono cztery rewizje, z czego trzy niezapowiedziane), plany fortyfikacji nigdy nie zostały znalezione. Czyżby francuska żandarmeria przymykała oko? A może sam komendant wiedział, że lepiej nie drażnić miejscowych?
Adam Gehr, gdy pytano go po latach o te wydarzenia, machał ręką.
— Myślałem wtedy — mówił — że koniec świata. A przetrwałem. I warsztat przetrwał. I stoły też. Choć te z skrytkami — te poszły w końcu na opał. Jak zresztą wszystko.
Toruń, styczeń 1811 roku. Marianna i Jan w drodze do Warszawy. Albrecht i Elżbieta — pojednani, ale wciąż na krawędzi. Adam — struga deski, udając, że świat go nie obchodzi.
A Zofia?
Zofia patrzy w okno na zachód.
Czeka.
Wielka Armia w marszu — logistyka piekła
I. Rok 1812 — cisza przed burzą, która nadejdzie ze Wschodu
Czytelniku, zanim opowiemy o tym, co działo się w Toruniu w przededniu największej inwazji w historii wojen napoleońskich, musimy zatrzymać się na chwilę przy pewnym paradoksie.
Rok 1812 był dla Torunia rokiem względnego spokoju. Wojny z Austrią (1809) dawno się skończyły. Francuski garnizon — choć uciążliwy — stał się elementem codzienności, z którym mieszkańcy nauczyli się żyć. Adam Gehr, jak co dzień, strugał deski. Elżbieta prowadziła rachunki. Zofia — coraz bardziej niespokojna, coraz bardziej gotowa na zmianę — pomagała w warsztacie, ale jej myśli były gdzie indziej.
Ale pod tą powierzchnią spokoju gotowało się. Napoleon, cesarz Francuzów, pan połowy Europy, postanowił rozprawić się z Rosją. Car Aleksander I, który zerwał blokadę kontynentalną (czyli zakaz handlu z Anglią), stał się dla Napoleona wrogiem numer jeden. Wojna była nieunikniona. I to nie byle jaka wojna.
— Jestem tylko żołnierzem, moją ojczyzną jest armia — mawiał cesarz.
Ale ta armia, którą szykował do inwazji na Rosję, była większa niż cokolwiek, co Europa widziała od czasów rzymskich. Sześćset tysięcy żołnierzy. Półtora tysiąca dział. Ponad sto pięćdziesiąt tysięcy koni. To wszystko miało przetoczyć się przez Polskę, przez Wisłę, przez Toruń.
A Toruń — to miasto, które przez ostatnie pięć lat było tyleż twierdzą co prowincjonalnym ośrodkiem — nagle miało stanąć w samym sercu historii.
II. Marszałkowie, generałowie i jeden książę
Zanim jednak Wielka Armia ruszyła, jej dowódcy przybywali do Torunia, by osobiście nadzorować przygotowania. I tu, czytelniku, muszę cię prosić o uwagę — przez nasze gotyckie miasto przewinęła się galeria postaci, które aż do dziś, dwieście lat później, budzą respekt i fascynację.
Książę Józef Poniatowski — bratanek ostatniego króla Polski, minister wojny Księstwa Warszawskiego, człowiek, o którym mówiono, że jest „polskim Bayardem — rycerzem bez skazy i bez strachu”.
Poniatowski przybył do Torunia w maju 1812 roku, by przeprowadzić inspekcję twierdzy i polskich oddziałów, które miały wziąć udział w wyprawie. Wysoki, przystojny, o zupełnie łysiejącej głowie (co krył pod kapeluszem), z profilem, który kobiety porównywały do rzymskich medalionów. Miał wtedy czterdzieści dziewięć lat i za sobą bogatą kartę wojenną — od wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku, przez insurekcję kościuszkowską, po bitwę pod Raszynem w 1809 roku.
Zofia Gehr zobaczyła go, gdy przejeżdżał przez Rynek Staromiejski w drodze do Ratusza. Siedział na koniu jak wrośnięty — choć nie był urodzonym kawalerzystą, miał w sobie tę polską, szlachecką grację, której brakowało francuskim generałom.
— Kto to? — zapytała Marianny (która na chwilę wróciła do Torunia z Warszawy, by załatwić jakieś sprawy dla Jana).
— Książę Józef — odparła Marianna z westchnieniem, w którym mieszał się podziw i smutek. — Nasz wódz. Pójdzie z Napoleonem na Rosję. Wielu mówi, że nie wróci.
Zofia patrzyła za oddalającą się postacią.
— Dlaczego idzie, skoro wie, że może nie wrócić?
— Bo tak trzeba — odparła Marianna. — Bo Polska musi być przy Napoleonie, jeśli ma odzyskać niepodległość.
Zofia nie odpowiedziała. W jej głowie zabrzmiały słowa, których nie wypowiedziała: a jeśli Napoleon przegra?
III. Generał Jean Rapp — gdański wilk w Toruniu
Drugą z wielkich postaci, które zawitały wówczas do Torunia, był generał Jean Rapp — gubernator Gdańska, adiutant Napoleona, człowiek o biografii tak nieprawdopodobnej, że gdyby była powieścią, nikt by w nią nie uwierzył.
Rapp urodził się w 1771 roku w Colmar, w Alzacji. Jego ojciec był woźnym ratuszowym — tak pisał sam Rapp — lub, według innych źródeł, „sprzątaczem”. Mówiono w domu po niemiecku. Chłopak miał zostać pastorem (bo uczył się w szkole teologicznej), ale jego wybuchowy charakter predestynował go do kariery wojskowej. Rozpoczynał jako szeregowiec, awansując wyłącznie dzięki odwadze.
Szybko został adiutantem generała Louisa Desaix. Gdy Desaix poległ pod Marengo (14 czerwca 1800), Rapp przeszedł pod bezpośrednie rozkazy Napoleona. To on poprowadził słynną szarżę szaserów i mameluków Gwardii pod Austerlitz (grudzień 1805), roznosząc w pył rosyjską gwardię cesarską. To on — gdy w 1809 roku podczas uroczystości w Schönbrunn młody Niemiec Friedrich Staps rzucił się na cesarza z nożem — powstrzymał zamachowca.
I to on — co dla Torunia najważniejsze — był gubernatorem Torunia od 28 lutego do 15 maja 1807 roku. Pięć lat później wrócił w te strony, jadąc z Gdańska na wojnę.
Mieszkańcy Torunia pamiętali go dobrze. Choć jako gubernator nie był szczególnie okrutny (zwłaszcza w porównaniu z Vandamme’em), nie był też łagodny. Jego rządy charakteryzowała żelazna konsekwencja.
— Moje słowo honoru jest święte — mawiał.
Torunianie dodawali po cichu: ale tylko jeśli to wygodne.
Adam Gehr, który miał okazję rozmawiać z Rappem podczas jego inspekcji warsztatów rzemieślniczych (cesarskie rozkazy: sprawdzić, czy stolarze mogą produkować łóżka polowe na czas), wspominał go jako:
— Człowieka, który patrzy na ciebie, ale widzi tylko liczbę. Ile desek, ile gwoździ, ile dni. Człowiek — to dla niego materiał. Jak drewno.
Rapp, gdy w maju 1812 roku przejeżdżał przez Toruń, zatrzymał się w kamienicy „Pod Gwiazdą” na Rynku Staromiejskim. Nie był to nocleg — był postój, może dwie godziny, może trzy. Czas na posiłek, na przegląd korespondencji, na rozmowę z oficerami sztabowymi.
Zofia, która tego dnia szła właśnie na Rynek po chleb, zobaczyła go przez okno gospody. Siedział przy stole z mapą rozłożoną przed sobą, palcami bębnił o blat. Jego profil — ostry, wyrazisty — przypominał jej kogoś.
Pułkownika Hurtiga — pomyślała. Ten generał ma w sobie coś z niego.
Nie wiedziała, że Rapp i Hurtig znali się — obaj byli adiutantami Napoleona, obaj walczyli pod Austerlitz, obaj byli ranni w różnych kampaniach. Świat wielkich — tych, którzy piszą historię — był mały.
A ona, Zofia Gehr, córka stolarza z ulicy Świętej Katarzyny, stała po drugiej stronie szyby i patrzyła na nich przez szybę jak przez witrynę muzeum.
Jeszcze nie wiedziała, że sama w tym muzeum stanie się eksponatem.
IV. Mosty łyżwowe — jak przeprawić armię przez Wisłę
Tymczasem logistyka armii nabierała realnych kształtów. Napoleon potrzebował przeprawić przez Wisłę setki tysięcy żołnierzy, wozy z amunicją, działa, bydło rzeźne, worki z mąką. Gdzie? W Toruniu.
I tu, czytelniku, musimy na chwilę zająć się mostami.
Toruń, od wieków położony nad Wisłą, miał swoje tradycje mostowe. Pierwszy stały most (drewniany) zbudowano w 1500 roku — był to najdłuższy most w Królestwie Polskim i drugi stały most na Wiśle po moście krakowskim. Niestety, jego dzieje były burzliwe — często zrywały go lody i powodzie, palono go w czasie działań wojennych. Ostatecznie spłonął po 377 latach funkcjonowania, w 1877 roku.
Ale na początku XIX wieku, gdy Toruń był pod francuską okupacją, most nie istniał. Francuzi musieli budować własny — most łyżwowy (pontonowy).
Wyobraźcie sobie, czytelniku, coś takiego: rzeka szeroka na ponad 600 metrów (wówczas — dziś Wisła w Toruniu jest węższa, bo uregulowana). Na niej — szereg łodzi („łyżew”) połączonych deskami, tworzących pływającą drogę. Po tej drodze — nieprzerwany, kilkudniowy pochód ludzi, koni, dział. Żadnego spoczynku. Żadnej przerwy.
Adam Gehr, który akurat szedł na Bydgoskie Przedmieście po drewno (ciężkie, wilgotne, bo francuscy saperzy wykupili wszystko, co suche), patrzył na te przygotowania z przerażeniem.
— To nie jest most — mruknął do Elżbiety, gdy wrócił do warsztatu. — To jest korytarz śmierci. Jeden ogień z drugiego brzegu, i całe to pływające gówno pójdzie na dno.
Elżbieta, jak zawsze pragmatyczna, wzruszyła ramionami.
— Ojcze, Napoleon wie, co robi. Ma armię, ma inżynierów. Nie pierwszy raz przeprawia się przez rzekę.
— Nie pierwszy — zgodził się Adam. — Ale taką rzekę? W takim miejscu? Jeszcze nie.
Most łyżwowy pod Toruniem (zbudowany w czerwcu 1812 roku) był jednym z kilku, które Francuzi wznieśli na Wiśle w ramach przygotowań do inwazji. Historycy szacują, że w ciągu kilku dni przeprawiło się przez niego około 250 000 żołnierzy. Potem — wozy, działa, zapasy.
Czy był bezpieczny? Nie. Woda wiślana, zimna, rwąca, podmywała łodzie. Konie wpadały w panikę. Ludzie spadali. Ale armia szła dalej, bo nie mogła się zatrzymać.
Bo wojna nie pyta o bezpieczeństwo — pyta o skuteczność.
V. Obozy na Glinkach i Katarzynce — małe miasteczka namiotów
Gdzie przebywali żołnierze, zanim przeszli na drugi brzeg? Na przedmieściach: Glinki (na wschód od miasta) i Katarzynka (na południe). Dwa ogromne obozy, w których w maju i czerwcu 1812 roku zakwitły tysiące namiotów.
Zofia wybrała się tam pewnego popołudnia. Nie sama — z Marianną, która wróciła akurat z Warszawy i chciała „zobaczyć, jak wygląda armia, która ma wyzwolić Polskę”.
To, co zobaczyły, przeszło ich najśmielsze wyobrażenia.
Obozy na Glinkach i Katarzynce były jak małe miasteczka. Były tam piekarnie polowe (gdzie pieczono chleb dla dziesiątek tysięcy ludzi), kuchnie (gdzie w ogromnych kotłach gotowano zupę z bydlęcych ochłapów), kuźnie (gdzie podkuwano konie i naprawiano działa), ambulanse (gdzie chirurdzy — choć to może za dużo powiedziane — „oprawiali” rannych).
Były też namioty oficerów — większe, bardziej luksusowe, z dywanami i mahoniowymi meblami (skąd je mieli? Z grabieży w Niemczech, Hiszpanii, we Włoszech). I były namioty szeregowych — niskie, ciasne, w których spało po dziesięciu, a śmierć zbierała żniwo wśród chorych na tyfus i czerwonkę.
Marianna patrzyła na to wszystko z mieszaniną podziwu i przerażenia.
— To jest armia, Jasiu — powiedziała cicho (Jan był z nią, choć w konspiracji; ryzykowali, ale chcieli zobaczyć na własne oczy). — To oni mają nas wyzwolić.
Jan Woynarowski, weteran, spojrzał na obóz chłodnym okiem.
— Wyzwolą — odparł. — Ale nie nas. Siebie. Dla nas to tylko przejazdem.
Zofia nie słuchała tej rozmowy. Szła między namiotami, patrząc na twarze żołnierzy. Włosi z brodami, Hiszpanie o ciemnej cerze, Polacy w czworokątnych czapkach, Francuzi z wąsami zawiniętymi do góry. Każdy inny. I każdy — mimo munduru — taki sam: zmęczony, głodny, przerażony.
Jeden z nich — młody, może dwudziestoletni, o twarzy chłopca, który jeszcze nie golil się regularnie — uśmiechnął się do niej.
— Bonjour, mademoiselle — powiedział. — Vous êtes de Torun?*
— Oui — odparła Zofia (nauczyła się francuskiego od Elżbiety, która uczyła się od Albrechta). — Je suis de Torun.
— Jolie ville — odparł żołnierz. — Mais je préfère Paris.
I wtedy pomyślała: ten chłopiec zaraz pójdzie na wojnę. Może zginie. Może wróci. Ale nigdy nie zapomni, że był w Toruniu. I nigdy nie zapomni, że uśmiechnęła się do niego dziewczyna z obcego miasta.
Nie zapytał o jej imię. Ona nie podała.
VI. Karczma „Pod Gwiazdą” — miejsce rozpusty i polityki
Wróćmy jednak na Rynek Staromiejski. Tam, gdzie stała (i stoi do dziś) Kamienica „Pod Gwiazdą” — jeden z najpiękniejszych zabytków Torunia, a w 1812 roku — miejsce, gdzie spotykało się towarzystwo z wyższych sfer.
Kamienica została wzniesiona w drugiej połowie XIII wieku, ale jej obecny barokowy wystrój (z złotą gwiazdą na szczycie, od której wzięła nazwę) pochodzi z przebudowy około 1697 roku. W środku — kręcone schody typu gdańskiego, polichromowane stropy, w sieni figura Minerwy i lew trzymający tarczę.
W 1812 roku „Pod Gwiazdą” była karczmą i gospodą — miejscem, gdzie nocowali bogatsi podróżnicy, gdzie odbywały się bankiety dla oficerów, a piętra wynajmowano na mieszkania dla francuskiej administracji.
Zofia słyszała o „Pod Gwiazdą” wiele. Że grają tam w karty całe noce. Że piją francuskie wino (drogie, sprowadzane aż z Szampanii). Że tańczą tam dziewczyny z publicznych domów — i że żołnierze po pijaku robią rzeczy, o których milczą kroniki.
Nie chciała tam iść. Ale pewnego wieczoru — gdy Marianna i Jan poszli na konspiracyjne spotkanie, a Elżbieta z Albrechtem kłócili się o podatki — Zofia wymknęła się z warsztatu.
Przeszła ulicą Szeroką, minęła aptekę, weszła na Rynek. Przed wejściem do „Pod Gwiazdą” stało dwóch żołnierzy — Polaków z 12. pułku piechoty. Jeden z nich, młodszy, uśmiechnął się do niej.
— Ładna z panny, ale tu nie dla panien. Tu dla żołnierzy i tych, co mają talary.
— A jak nie mam talarów? — zapytała Zofia, siląc się na nonszalancję.
— To znaczy, że kręci się pani po złej stronie.
Zawróciła. Ale w drzwiach — na moment, tylko na moment — zobaczyła wnętrze: dym z fajek, gwar rozmów po francusku i polsku, karty na stołach, i gdzieś w kącie — oficera w mundurze, z orderem na piersi.
Pułkownik Hurtig — pomyślała.
Czy to był on? Nie była pewna.
Ale tej nocy znów nie spała.
VII. Książę Józef w Twierdzy — inspekcja i rozmowa z Gehrami
Wróćmy do Poniatowskiego, bo to on, nie Rapp czy inni generałowie, wzbudził w Toruniu największe emocje.
Inspekcja twierdzy trwała trzy dni. Książę chodził po murach (te nowe, wybudowane przez Francuzów, i te stare, pamiętające czasy krzyżackie), sprawdzał stan armat (większość przestarzała), rozmawiał z oficerami.
I — ku zaskoczeniu wszystkich — udał się na ulicę Świętej Katarzyny, do warsztatu Adama Gehra.
— Podobno stolarz z tego miasta robi najlepsze krzesła w całym Księstwie — powiedział, wchodząc do izby pełnej wiórów.
Adam Gehr oniemiał.
— Ja… ja tylko stolarz, Wasza Książęca Mość…
— Stolarz, który utrzymuje przy życiu rodzinę w czasach, gdy inni bankrutują. To więcej niż niejednego generała stać.
Poniatowski usiadł na krześle (jednym z tych, które Adam zrobił dla francuskiego sztabu) i — ku przerażeniu adiutantów — zaczął rozmawiać.
— Co pan sądzi o tej wojnie, mistrzu? — zapytał.
Adam Gehr popatrzył na żonę swojego syna (bo Albrecht stał w kącie, blady jak ściana) i na córki (Elżbieta zastygła z księgą w ręku, Marianna wbiła wzrok w podłogę, Zofia patrzyła w okno).
— Ja, Wasza Książęca Mość, jestem od desek. Wojna to nie moja rzecz. Ale jeśli wojna ma przywrócić Polskę… to niech będzie.
Poniatowski uśmiechnął się — pierwszy i ostatni raz, gdy ktoś z rodziny Gehrów widział go uśmiechniętego.
— Mądrze pan mówi. Niech będzie.
Wstał, ukłonił się (stolarzowi! — opowiadał potem Adam przez tydzień) i wyszedł.
Zofia patrzyła za nim przez okno.
I on pójdzie na wojnę — pomyślała. I nie wróci.
Nie wiedziała jeszcze, że jej proroctwo się spełni.
VIII. Logistyka piekła — czyli jak nakarmić armię
Zakończmy ten rozdział, czytelniku, naukowym podsumowaniem, bo choć romanse i dramaty są ważne, to bez suchych faktów nie zrozumiemy, dlaczego Wielka Armia — mimo swej ogromnej siły — była skazana na klęskę.
W czerwcu 1812 roku przez Toruń przeszło (lub przeprawiło się przez mosty łyżwowe):
— około 250 000 żołnierzy (z całkowitej liczby około 600 000, które wkroczyły do Rosji),
— 90 000 koni (z czego 30% padło jeszcze przed bitwą pod Borodino, we wrześniu),
— 1500 dział (z zapasem amunicji na trzy miesiące intensywnych walk),
— 25 000 wozów (z żywnością, paszą, namiotami, amunicją i… winem — bo Francuzi bez wina nie mogli żyć).
Jak to wszystko nakarmić? Francuski system aprowizacji opierał się na dwóch filarach: magazynach (budowanych w miastach takich jak Toruń) i grabieży (na miejscu).
Toruń, jako „główny skład” (jak go nazwał prezydent Praetorius ), został w 1812 roku doszczętnie ogołocony. Zniknęły zapasy zboża, mięsa, siana, drewna. Zniknęły konie z okolicznych wsi. Zniknęli — dosłownie — ludzie, bo Francuzi wcielali do wojska każdego, kto umiał trzymać karabin.
Adam Gehr, który po wojnie (w 1815 roku) próbował odzyskać od Skarbu Księstwa Warszawskiego pieniądze za dostarczone Francuzom łóżka i krzesła, dostał odpowiedź: „Roszczenia należy zgłaszać do władz francuskich, które opuściły kraj”.
Innymi słowy: nikt mu nie zapłacił.
IX. Zofia — między obserwacją a działaniem
Czytelniku, w tym rozdziale wiele pisaliśmy o generałach, o mostach, o logistyce. Ale ty z pewnością pytasz: co z Zofią? Co robiła najmłodsza córka Gehra, gdy armie maszerowały przez jej miasto?
Zofia patrzyła.
Patrzyła na żołnierzy, którzy szli na śmierć — i wiedziała, że wielu z nich nie wróci.
Patrzyła na Poniatowskiego — i czuła, że ten piękny, dumny książę niesie w sobie jakiś smutek, który przeczuje własny koniec (zginął w 1813 roku, tonąc w Elsterze podczas bitwy pod Lipskiem ).
Patrzyła na Rappa — i przypominał jej się pułkownik Hurtig, który uratował ją przed hiszpańskimi żołnierzami dwa lata temu, a potem zniknął (gdzie? Na wojnę? Do Warszawy?).
I patrzyła na swoją rodzinę — Elżbieta kalkulująca, Marianna walcząca o ducha, ojciec struga deski — i czuła, że ona nie chce już tylko patrzeć.
— Zofio — powiedział do niej pewnego wieczoru Adam Gehr, gdy zamykał warsztat na noc. — Jesteś niespokojna. Co ci jest?
— Nic, ojcze.
— Kłamiesz. Odkąd pamiętam, nie umiałaś kłamać.
Zofia podeszła do okna. Za szybą — mrok, tylko gdzieś w oddali, od strony kamienicy „Pod Gwiazdą”, słychać było muzykę. Skrzypce, może wiolonczela.
— Ojcze — powiedziała cicho. — Czy ty wierzysz, że każdy z nas ma swój los?
Adam Gehr podrapał się po brodzie (zarośniętej, bo golenie było luksusem, na który nie było go stać).
— Wierzę, córko, że każdy z nas ma swoje deski. I albo je struga, albo one struga jego.
— A jeśli ktoś nie chce być deską?
— To bierze hebel i zmienia kształt.
Zofia odwróciła się od okna.
— Ja chcę wziąć hebel, ojcze.
Adam popatrzył na nią długo. I — po raz pierwszy od śmierci żony — zobaczył w oczach swojej najmłodszej córki nie dziecko, ale kobietę.
— Więc bierz — powiedział. — Tylko pamiętaj: hebel ciąć może w dwie strony.
X. Co dalej? (Zamiast podsumowania)
Czerwiec 1812 roku. Wielka Armia przeprawiła się przez Wisłę. Napoleon, który przybędzie do Torunia za kilka dni (o czym w następnym rozdziale), będzie nocował w pałacu przy ulicy Ducha Świętego. Zobaczy Zofię — i ta historia na zawsze się zmieni.
Ale zanim do tego dojdziemy, zatrzymajmy się na moment przy tym, co działo się w Toruniu, gdy armie odeszły.
Zostały po nich tylko ślady: wydeptane drogi, puste spichlerze, kobiety w żałobie po synach, którzy poszli na wojnę i nie wrócili. I Zofia — która czekała.
Na co? Sama nie wiedziała.
Napoleon miał odpowiedzieć na to pytanie za kilka dni.
Ale to już opowiemy w następnym rozdziale.
Cesarz w mieście (2–6 czerwca 1812)
I. W przededniu — miasto szykuje się na przyjęcie władcy świata
Dnia 2 czerwca 1812 roku Toruń zamarł. Nie tak jak zamiera z głodu czy ze strachu — ale tak, jak zamiera scena przed wejściem głównego aktora. Plotki, które przez ostatnie tygodnie krążyły po mieście niczym gęsta mgła od Wisły, nagle skrystalizowały się w jedną, niepodważalną wiadomość: Cesarz przyjeżdża.
Napoleon. Bonaparte. Mały Kapral. Orzeł, przed którym drżały trony od Madrytu po Moskwę.
Adam Gehr, dowiedziawszy się o tym od Albrechta (który jako urzędnik francuskiej administracji miał dostęp do rozkazów), zbladł jak ściana.
— Przyjeżdża? Tu? Do nas? — zapytał, odkładając hebel drżącą ręką.
— Tu. Do nas. Do Torunia — potwierdził Albrecht. — Jutro. Wieczorem podobno. Zatrzyma się w pałacu przy ulicy Ducha Świętego.
— Pałac? — prychnął Adam. — Jaki pałac? To kamienica Dąmbskich, co jej nikt nie remontował od trzydziestu lat.
— Teraz ją remontują. Od tygodnia. Francuscy saperzy i miejscowi cieśle. Podobno cesarz ma tam swoją kwaterę główną. Sztab, mapy, wszystko.
Adam Gehr popatrzył na swoje ręce. Zrogowaciałe, popękane, pełne blizn po dłucie i heblu. Te ręce miały już w swojej historii kontakt z wielkimi tego świata — z pruskimi generałami, z polskimi książętami, z francuskimi marszałkami. Ale z cesarzem? Z samym Napoleonem?
— Ja się na to nie pisałem — mruknął. — Ja chciałem robić stoły.
Elżbieta, która słuchała tej rozmowy z kąta, podniosła wzrok znad księgi rachunkowej.
— Ojcze, cesarz nie będzie jadł obiadu w twoim warsztacie. Nie masz się czego bać.
— Ja się nie boję — odparł Adam. — Ja się zastanawiam, ile ta wizyta będzie nas kosztować. Bo wiesz, Elżbieto, że na takiego gościa to się wydaje. I to niemało.