E-book
6.83
drukowana A5
31.21
Pod maską nocy

Bezpłatny fragment - Pod maską nocy

wiersze zebrane


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8104-226-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.21

* * *

Jesteśmy tylko maleńką kroplą w wodach świata, niesioną często bez wpływu na nurt czy wiatr. Nikt też nie jest jedyny, w bólu, płaczu, uśmiechu, radości — życiu… A wszystko, co mamy jest nieskończenie małym wycinkiem teraźniejszości, który znika z chwilą czasu.

* * *

Czytałem kiedyś o pewnym człowieku, który wyszedł z domu, aby zaspokoić ciekawość tego, co go otacza. Szedł drogą, rozglądając się wokół i nagle wpadł do głębokiej dziury. Cały dzień mu zajęło, zanim się z niej wydostał. Wrócił więc do domu, żeby wyruszyć w drogę następnego dnia. Rankiem dzielnie maszerował, lecz znów wpadł do tej samej nieszczęsnej dziury. I tak mijały kolejne dni, jak wpadał co dzień do dziury, aż do dnia ósmego. Tego ranka kroczył pewnie i ostrożnie, a kiedy zbliżył się, do owej dziury zgrabnie ją ominął. Zadowolony szedł, przyglądając się wszystkiemu ciekawie, gdy nagle wpadł do kolejnej dziury. Wcale się jednak nie zmartwił, tylko ze śmiechem powiedział: nauczyłem się tamtej dziury, to i kolejnej też się nauczę.

Człowiek nie ryba, a pływa

Nie wielbłąd, a dźwiga, lecz najważniejsze,

Aby dnia swego, co dzień się uczył.


To, czego nie ma, nie oznacza, że nie istnieje, a to, co istnieje, nie znaczy, że takie jest.

Piórko…

Nauczyłem się nocy,

Czystej bez farby

Nagiej bez posiadania

— Noc nie jest zachłanna.


Patrzyłem w sny jawy.

Świadectwa śmierci miłości

Stając na krawędzi

Gdzie, budzi się życie.


Teraz próbuję uczyć się dnia,

Kiedy staje się bogatszy

O nowego anioła.

* * * Otwórz usta

otwórz usta, ze słońcem,

aby nie przestraszyć ptaka

— może przyniesie Ci gałązkę.

Sen jawę tuczy

Postrzępione promienie lampy

Poruszały liście drzewa

Dotykając wilgocią drogi,

Niczym językami szepczącej nocy

Tęsknej za echem kroków,

Nim te umilkły w gwiazdach nieba.


Obrazy w kałużach wabiły cienie,

Lecz kiedy wiatr pochylał usta

Marszczyły odbicia jak ciche twarze,

Gdy niemy krzyk dusi marzenia

W zerwanych łańcuchach zegara życia.


Pod maską skóry mrok ukrył skrzydła…


Ktoś ukradł księżyc,

Wieszając bochen chleba.

Cień…

Na niebie chmura spogląda w ziemie,

Szukając oczu rzeźbiących obłoki,

Aby płynęły tchnięte oddechem.


W obliczu szarości zmieszanej z czerwienią

Dnia światła ustępującego ciemności

Rodzą się w szeptach cienie.


Patrzyłem dniem, by zbudzić wiatry

Niosące słowa jak skrzydła,

By śnić jak ćma…

Jak ćma w ustach księżyca,

Kiedy świt szary spisuje pakty

W zamian za rąbek życia.


Patrzyłem mrokiem czarnym

W bezgwiezdne niebo otchłani

Zostawiające strzępy skóry,

Falujące kalectwem odnóży

Próbującym rozłożyć żagle,

Które tonęły w kroplach,

Rozmazując ciemność popiołem.


I wtedy na niebie iskra

Zbudzona z głębi

Rozdarła w nim skrawek

Uwalniając blask srebra.


Cienie leżały wzdłuż fali,

Topiąc zegary pamięci,

Broniące się szeptem kamieni

Zgniatając wilgoć powietrza

W smak bólu i tęsknotę

Dusząc patrzące oczy.


W poświacie nieba

Wschodziły dziwne kształty,

I wielka czerń niczym żywa,

Która wznosiła się w wijącym krzyku:

— Bywajcie! Bywajcie!

I one przyszły…


— Kim jestem?

Skrzypiący głos jak stare koło

Uniosło echo między krąg cieni

— Kim jestem?

Wtórowały głosy,

A wielka czerń milczała.


Cisza jak martwe płuca

Zawisła chwilą.

Strach oczu patrzy wisielcem,

A w srebrnym szalu dłonie powstają.

Potem kontury niczym sen marą

I znowu iskra.


Lunatycy szeregiem jak blade płótno

Podszyte włosem

Wijącym się żywym,

Rzekłbyś siostry Gorgony

Powielone w odbiciach

Dotykające kamieni

Wraz ze słowami

Jakby zaklęciem:

— Żyje i jest ożywiony

Jest martwy i jest uśmiercony

— Żyje i jest ożywiony

Jest martwy i jest uśmiercony…


Wtem gruby cień wyrwał się z kręgu,

Pełznąc niczym wąż w oczach nocy

Po łzach srebrnych tulących ziemię

I wspiął się na plamę czerni,

Opadając na kolana ze słów jękiem:

— Nie wiem, czy śmierć jest snem,

Czy wszystkie noce śmiercią,

Bo jeśli to przebudzenie spełnienia

Poprawia koszmarny makijaż,

Gdzie ból wkłada czarny garnitur,

A białe rękawiczki proszą do tańca,

Prowadząc w tarcze muzyki

Tnące nienawiścią żywe na wióry,

Aby dać innym wskrzeszenie

To wolę dalej tkwić pomiędzy

W zawieszeniu jak cień nędzny.


Na co wielka czerń rzekła:

— Jam jest cień wszystkich cieni

Otchłań życia i śmierci

Plama karmiona myślą i czynem,

Stworzona nie przez Boga,

Lecz człowieka — pana świata,

A tyś jedynie jak strawa

Więc milcz, bo z łatwością przychodzą mi torsje

I wtedy legniesz jak te kamienie,

Gdzie szept w nich wyryty

Pilnują Gorgony, by nigdy nie ożył.


Na niebie chmura odsłania światło,

Słoneczne drzazgi przebijają powieki,

Lecz jakże smutną garść ziemi podnoszę.

Wiem, nie utulę, jedynie łzę uniosę.

Patrząc, jak z małej iskry cień wielki pada.


— Oj biada ci serce i ziemio nasza

Ślepców cień wszystko otacza.

Powietrze i ulica

Gdzież to ja jestem? O kraju dawny,

Kiedy lipa nie wita gości ostoją

Tu gdzie stolicę ma teraz ptak stawny,

Którego nawet góry się boją?


Cóż to ci matko? Bóle i żałości

Krew jeno przemówić zdoła —

Rwąc i dzieląc twoje wnętrzności,

Potem tylko grawer kamieni zawoła:


Ach, bracia pobili braci,

A synów pożarli jak zbójcy!

Teraz, pociecha ostatnia płaci,

Co miesiąc nowemu twórcy?


Nieszczęsna siostro, dziecię też pewnie!

Z tego łona wzięte

Przez słowa płynące rzewnie,

Cieniem niedoli przeklęte.


Spójrz w ulice niezgodą usłane,

Pamięci rany jeszcze nie skrzepły,

Tam leżą ciała krwią zapisane,

Tu gdzie oddech w sercu wciąż ciepły.


Wszystkich donikąd wrogość wyzuje,

Okrutna chciwa zemsta zdobyczy

Jak dziki cień nad mądrość wzlatuje,

Który miłości nie czyni, a jeno rany kaleczy.


Jeśli nikt oczu jutrzenką nie obróci

W niechybnej karze tego zegara

Weź Boże mnie, niech czas śmierć skróci

Niech za wszelki gniew, starczy Ci jedna ofiara.

Politicus

Rozbity jak księżyc w trzosach

Odbija w toni kwiat żonkila,

Folwarku armii ras ewolucji,

Gdzie cicha noc dźwięk niesie,

Mlaskając w korycie znajomego echa.


Weselna była mu uczta,

Dopóty sam daniem się nie stał.


Lecz, nic to…

Nic to za wiele.

Poszedł wół, pójdzie i ciele.

Jutro zapowiedź i kolejne wesele…

* * * Każdy kraj

każdy kraj ma własną scenę życia,

na której od czasu, do czasu

można znaleźć i osła.

Nocna cisza

Nocna cisza rozświetla gwiazdy

Przez tęskne okna marzeń,

Które niczym oczu lustra

Odbijają wędrujące cienie.


Szukałem wiatru w szepcie,

Aby zbudził zmysły nocy

Rozdzierające fartuch mroku

Aż po dno ciemności duszy,

Gdzie leży jawa we śnie,

Lecz tylko krople ciszy

Opadające z twarzy nieba

Tuliły śpiące miasto.


Patrzyłem, jak noc ginęła z brzaskiem.

W ulicy przebudzonych kroków,

Gdzie ludzkie robaczywe słowa

Budując szklane mosty

I zapłakałem,

Stając się ciemną ciszą.

Oj syta ci ja syta

Najadła się i napiła bieda do syta,

Rozłożyła plecy do słońca

I modli w podzięce.


Usłyszała to chmura na niebie

Skąd taka radość u ciebie.


Dwa tygodnie jak byłam na pogrzebie

Obdarli żywego do końca,

Oj syta ci ja syta.


Tydzień temu u babki jak brała rentę,

Oj syta ci ja syta.


Wczoraj latałam po kraju,

Patrzyłam, jak brali po pięćset.

Oj nie udźwignie,

Jaka ci ja syta będę, oj syta, a syta.


Pociemniała chmura przez chwilę,

Później jasną przybrała minę

I rzekła: też mi to nowina.


Oj mówi bieda:

Lęk ci ja chmurko, przez chwilkę miałam

Że zamiast ryby, dostaną po wędce.

* * * Patrzymy w

patrzymy w otaczające nas obrazy

i kiedy one łączą się z myślą,

postrzegamy, jak wiele ukrytej jest

prawdy pomiędzy fikcją…

Na twarzy sen

Noc zgasła w chmurach

Chowając cienie szeptu

W drzewach tęsknych liści.


Milczące krople oczu nieba,

Niczym senne widzenie

Opadają z rosą w ziemie

Zabierając śmierci obrazy

Gdzie świat nieobecny, wplatany

Z oddechu jak mgły, przyodziewa życie.


Mrok śniących murów

Poi zaglądające spojrzenie

Spod powiek skradzionego księżyca

Sznurując srebrem usta

Chodzącym we śnie.


Spoglądam w nocy oblicze,

Szukając gwiazdy, co spada.

Składając w nadziei zaklęcie,

By krew szat jej nie zdarła.

Już tylko sen

Na jawie słońce ślepe

Rozpala ogień w oczach

Zbawiennym kręgiem zemsty

Pomiędzy ludzkie cienie

Szukając klatki blasku.


Z obłoków zimne usta

Zatrute czasem stopy

Kołyszą echo serca

Z nadzieją dawnej drogi,

Gdzie jeno pień wystaje

W letargu ściętej lipy.


Umilkły słowa w deszczu

Chowając wzrok w ciemności,

Odeszły gwiezdne skrzydła

Delikatne jak ciem marzenia

Unoszące uśmiech srebra

Tańczący z wiatrem nocy.


Przez toń czarnego nieba,

W miękkiej wilgoci łez księżyca

Już tylko sen nawleka nici,

Cerując chwile życia.

Wilcze cienie

Wskazówki krew odmierza

Płonące jak ptaki grzechu

W gwałcie ślepego muru nędzy.


Wokoło szkliste cegły

Gonią na wietrze słowa

Pełne soczystych owoców

Malując graffiti zabawienia,

Wypełnione oddechem iluzji.


Z klatki serca popiół nocy

Rozmazuje łzy na niebie

Patrząc w wilcze cienie…


— Wiatr pachnie czerwienią.

* * * Myśli, a czasem

myśli, a czasem słowa,

rodzą uczynki, które rzeźbią duszę ciała,

nie łudź się jednak, że gdzieś to zniknie

i nikt nie zobaczy…

CórUNIA

Była panna, kwitła w gody,

Był też posag nieubogi.

Przyszły swatki i swatowie,

Aby pomóc białogłowie.


Wnet kawaler gdzieś z zachodu

Język słodki jak dzban miodu,

Przypadł w gusta, w tłustej tuszy

Wykarmiony, więc bogaty i być musi.


Najpierw posag panny, bo nie gorsza wcale,

Potem zaręczyny ciągły się przez bale.

Co przeżyli — wytańczyli,

Jak i zniknął też kawaler.

Został bękart…


Alimenty czy dotacje?

Szału nie ma, są owacje,

Nic za darmo papcio mruczy.

Jak wyrośnie, pracą zwróci.

W karuzeli ogniw stołu

Zaproszony niczym wołu,

Na salony jego mości

W karcie menu zamiast gości…

Szkielet-szkliści…

Z szarości powstają szkielety,

Jak nadgryzła warga uśmiechu.


Z kropli deszczu wyrastają szyby

Dzielące w klatkach spojrzenia

Skrzypiących rzęs twarzy,

Sznurując usta zakrzepłą czerwienią

Szukającą w amoku światła.


Wiatr rozciąga obraz chmury,

Pędzlem wyobraźni kształtu

Opadając okiem nieba.


Wilgoć napływa strużką,

Zlepioną ziemią rysując kałuże,

Marszczącą kroki jak echo

W splecionym zgiełku głosów

Mokrego warkotu nie lotu,

Kalekich odnóży głodnych księżyca.


Za szybą lunatyk zlizuje krople

Luna opadła w senną ciemność.


Srebro dotyka ust kielicha,

Budząc dłonie drzewa.


Cienie wiją się w łańcuchu

Spięte wiatrem ruchu,

Gdzie zwiedziona gałąź pęka

Za sekundy skrzydeł uniesienia

Szkła granicy okruch lęku

Dziwnych klatek jak akwaria,

Które pogubiły dawno siebie.


W zabrudzonych oczach szyby,

W starej latarni, żarówka myje cienie.


— Tłum kopie leżącego.

* * * Jeżeli potrafisz

jeżeli potrafisz powiedzieć dzień dobry

to pewno i ciebie ktoś pozdrowi

lub słowa te będą lekcją,

abyśmy byli dla siebie mili.

Jeżeli potrafisz cieszyć się z cudzego szczęścia,

to pewno inni będą cieszyć się z twojego,

albo twój uśmiech będzie

dobrą nauką, żeby cieszyć się szczęściem

drugiego człowieka.

Krzywe usta

Kapiące butów krople

Ciągną się w chmury deszczu,

Płynąc kałużą zlepionej masy,

Kończyn odnóży, coś jak z mrowiska,

Jak kłosy zboża trząsane sitem

Zagłuszonego w werblach czasu,

Peronu w składzie obuwia

Wagonów ust krzywych,

Rozmazujących w chodnikach oczy.


Cień ginie w nocy bez świateł,

Odrywa myśli zlepione z piasku,

Unosząc życie nad skrzydła ciała,

Obracając wrzeciono tworzenia

Przędzy pędzla rzęs obrazu

Jak sen, który jest i zarazem go nie ma.


Ze ścian wychodzą szepty,

Łagodne, kąśliwe, ciche i głośne

Jak igła graffiti na skórze

Odurzona kroplą nieznanej mikstury

W uczcie zaproszenia dla ciała

Zakola nieznanej ci rzeki,

Gdzie za dnia płynie przez stopy

W złudzeniu wodą tą samą,

Bojąc się myśli, jak bardzo jest obca.


Krzywe usta, płyną potokiem kropel,

Kradnąc parasol zamknięty w sobie,

Wieszając lustra ciemnej czerwieni

W łodygach róży zerwanych płatków

Ciężkich jak imiona kamieni,

W przynęcie zrzuconego balastu,

Grzbietu konia przyrośniętej huby

Oręża łez snu kołyski.


Usta smakują wina słońca,

Cierpki smak przepełnia zmysły,

Unosząc ciepło w skronie,

Szumiące jak morskie fale syreny

Nieme w głosie za dotyk ziemi…

O świcie

Krzywe usta spadają z okna

W skradzione oczy, bieli uśmiechu,

Między zęby blaszanych parapetów

Grymaśnych w guzikach ściany,

Niedopiętych i rozerwanych w szacie

Brzemiennej lęku kąśliwego wiatru

Z echa słów śliny lepkiej

Języka oka firanek.

Słońce budzi obrazy,

Przebijając szare szyby

Drzazgami światła.


Milczące cienie kołyszą rzęsy,

Szukając szeptu w otwartych oczach,

Które jakby wpół we śnie

Daleko od ciała

Unoszą nagie tarcze zegarów,

Czekając na kroki wskazówek.


Nadgryzione ściany kapią tęsknotą

Spoglądającą za rozwianą nocą,

Kiedy to snu lekkie dłonie

Tulą oddechem ciepła.


Blaszane powieki w okruchach chleba

Wabią z porankiem szum skrzydeł ptaka,

Jak skrawek obłoku marzenia

Skrywający duszę przed wzrokiem,

Gdy oko patrzy w puste odbicia.


Idę przez miasto skąpane brzaskiem,

Patrząc jak, cienie szukają skóry

W maskach karmiących własną powłokę.


Księżyc na niebie jest taki blady.

* * * Ludzie jak

ludzie jak ćmy

lecą w blask światła,

szukając fikcyjnego szczęścia.

Bez gwiazd

Noc zgasła w chmurach,

Chowając cienie szeptu

W drzewach tęsknych księżyca.


Milczące krople w łzach wina

Wypiły ostatnie okna,

Udając sen życia.

* * * W ciemnym

w ciemnym bezgwiezdnym niebie

anioł budzi gwiazdy,

a diabeł wkręca żarówki,

uzupełniając półki ćmami.

Nokturn niewidomych

Za szybą świt wstaje z echem,

unosząc woal twarzy.


Krzykliwe paznokcie opadają rysą,

niczym ciężkie lemiesze

zagłuszając usta ściany.


Na knocie skrawek rozwianej nocy

tonie w oczach brzasku

wpuszczając kształty i odbicia.


Z kurtyny muru wychodzą kąty,

kąsając myśli snu spłoszone

budzące nokturn niewidomych życia.


Nocne powieki rozwiał wiatr,

blednąc w maskach świtu.

Palce dłoni ziemię noszą

Ziemia kręci się w płonącym stosie,

Topiąc dusze jak w utopii,

Jeden sieje, inny zbiera,

Ziarno gnije, chleba nie ma.


Myszy siedzą w kącie głowy,

Walcząc z kotem w białym mleku,

Czarnej pralki jak krucjaty,

Rozwieszając w sznurkach czyny

Spięte klamrą wraz z medalem.


W stopniach igrzysk wielkość wstaje,

Dając puchar z upojenia,

Jak narkotyk dla szeregu,

Aby dalej walczył z sobą

Niepamiętny już swej woli…


Ważne, aby ciągle w maratonie

Numer przypisany nosił

W statystkach pola zbiorów

I, co więcej, sam je kosił.

Dając zboże myszom oraz mięso wilkom

W zamian za kolejną iskrę łaski

Owiniętą dymem marzeń

Z nadziejami bańki mydła,

By, gdy pęknie, mogła umyć,

Winę w innych przelewając,

Rozgrzeszając to, co w sobie

Przeciągając linę szaty,

Jak w nagrodę krwi pokoju

Dla kolejnych nasion w polu,

Które rosną jak konserwy

Każda w puszce z etykietą

Niczym w wielkiej półce sklepu

Potem koszyk…

Kasa i sprzedana.


Im sklep większy, tym jest lepiej,

Wtedy ściera się granica.

Nie ma cła, celnika, tylko pasza.

Pociąg ciągnie ją w wagonach

W torach prawa spekulacji,

W głodnych stacjach z kloszardami,

Co wygrali myśl z myszami

Na peronach z numerami,

Których nazwy nikt już nie pamięta,

Bo i po co korzeń drzewu,

Kiedy jabłek już nie rodzi.


Lecz nie wina jest jabłoni,

Kiedy małpa banana woli,

Rada w zaproszenie świata stołu,

Aby udać tam przed sobą

Postać ludzką, z bajki znaną.


Z Don Kichotem mądrość leży,

Aby odciąć tryby ziarna mąki

Myśli myszy walki z kotem,

Aby każde żyło w racji

Bez wchodzenia sobie w szkodę,

Ale to kolejna jest utopia,

Kiedy braknie króla, stworzą choćby z chłopa.


Folwark zwierząt z fabrykami,

Ziemię marzeń obiecania

Wraz z kolejną laską strachu,

By przypisać niepowodzeń wolę

I czapeczkę jak niewidkę

Za nagrodę posłuszeństwa

Wyrzeczenia kosztem władcy,

Aby z pola stół go raczył,

Zostawiając czasem kości

Psom broniącym racji.


Gdy pytanie płodne

Myśli rodzą się jak gwiazdy,

W noc bezchmurną powracając,

Lecz gdy znajdzie ktoś właściwą

W stosie płonie szarlatana

Za wygnanie cienia z jaskiń,

Knota świeczki śmierci strachu,

Bata konia swej dorożki,

Garbu z rakiem cnoty rasy

W tronie sakwy głodu brzucha,

Poczynając od kamienia,

Aż po zęby armat, maszyn.


Ziemia kręci się w dwie strony,

Powracając lekcją szkoły

Ten, kto ściągał ocalony.

Rozumiejąc swą głupotę,

Kiedy żabę kijem zabił

Lub całował, by mieć księcia,

Patrząc w los jak na loterii,

Kiedy ślepa kura ziarno trafi.

Niż siadając wroną na gałęzi,

Wypatrując lisa z serem,

Myśląc, że i mu okruszek skapnie,

Kiedy się rozminie z sercem,

Aby rozpiąć czarne skrzydła

Wyrzeczenia jutra światła

W sytej strawie dzisiaj,

Która choćby i zgnić miała

Lub zniszczyć, co zostanie.

Warta jest celu życia

Nieistotnych godzin po śmierci,

Albowiem te nie stanowią jego zmartwienia,

Lecz przyszłych pokoleń.


Czas czyści wszelkie kominy,

Lecz zawsze znajdzie się nowa sadza

Z tego samego ognia wrogości

W ulepszonym składzie spalania,

Prowadzonym przez byka w stadzie

Szukającego nowego pastwiska.

Tratując wszystko w swej drodze,

By rogi przypisać innemu.


Rondo zdaje się być nieskończone,

Kiedy braknie za nim drogi,

Wtedy gęstość czyni w sobie,

Czyniąc kraksy wyludnienia.

Zatem cel jest w lepie muchy

Dać jej tyle, aż już nie poleci,

Potem pająk w uczcie

Zwiąże znów kolejne sieci

Przywiązania sobie matki,

Aby dała żeru dziecię

Głodnych macek brzęku władzy.


Wokół drogi są jaskinie

Jak skarbonki fermy trzody.

Grypa karmi je w wypasie,

By szczepionki były łase

W szczęściu cudu, nie przyczyny

Nieświadome w świadomości,

Co ją karmią spływające śliny

Dzieląc porcję w mięso i wędliny.


Karuzela i łańcuchy

Żeton toczy się po stole.

Pędzel w farbie namoczony

Kolor miesza w żyle,

Płynąc duszą z oczu

Lustro ślepe, ale żyje.


Palce dłoni ziemię noszą

Niczym dzbany pełne wody,

Ciągnąc ucho, póki pęknie,

Rozlewając łzy pustyni

W karawanie śladu stopy.

Rozgrzeszenia biczu piasku

Za aborcję ciepłą serca.


Wzory w drogach pól pastwiska

Spoglądają poprzez okna,

Lecz nie widzą w nich odbicia.

Ciemna lampa kreśli smugę

W stopach biegu jak leminga

Ponad siłę brzegu morza,

Niosąc tratwy, łodzie i okręty

W plusku fali jak chaosie.


Masa zlepia się i wpływa

Każdy sobie swoim wiosłem,

Lub też w pędzie jak po głowie.

Nikt już nie wie, gdzie i czemu,

Aby dalej w letarg celu.


Puenta długa lub też krótka

To zależy od ogródka,

Co posadzi i jak wzejdzie.

Każdy w sobie ma nasiona,

Jeden plewi, inny w chwastach,

Lub też siedzi obok budy.

Sam nie weźmie ani i nie da,

Lecz najgorszy w szkodę wchodzi,

Łzami zdobiąc abordaże,

Budząc sępy z lisią kitą,

Które ziemię odkupują,

Aby oddać ją w dzierżawie,

Na łańcuchu wymuszenia

Dając bilet w jedną stronę,

Gdzie w bagażu dusza siedzi

Zaprzedana chciwą zemstą.

Halo, tu…

Słowa jak cień cichego echa

Na murze wieszaków

Pod maską twarzy kołysze serce,

Śledząc przywarte kształtów odbicia

Splecione iluzją obrazów życia.


Pod kroplą deszczu łza szepty tuli,

Ciche jak oczy dalekiej gwiazdy,

Szukając okien w otwartych ustach

Przez sen na sznurkach zgubionej jawy.


Pod chustą szare wspomnienie świtu

Wzrokiem staruszki dotyka nieba,

Jak kropla deszczu, gdy łza już sucha,

By rodzić łzę w spotkanych oczach.


Wiatr delikatnie dotyka włosów

Niczym pajęczyn łowiących głosu

Samotnej ławki z kawałka drewna.


Nad widnokręgiem krzyk dziatwy wschodzi,

Halo, tu Europa…

Krzywa droga…

Noc snem wypełnia pielesze

W ciemności łagodnej jak owce,

Kiedy dzień lęk wypasa

W trawach namaszczanych popiołem,

Które wiatr echem czesze

Mieszkającym w grawerach kamieni,

Nie mogących zrodzić światła.


Nocna latarnia ćmy unosi,

Gdzie warkot kajdan z martwą spada

Jak niemoc westchnienia,

Które but gniewem naciska

Zatruty w każdej twarzy,

By, dłoń żywą odstraszyć

Chowając oczy palcami

W usta bez krzyku…


Ponury cień w drzewie dojrzewa,

Spijając wilgoć z ziemi

Ze stóp łez korzeni,

Zdradzonego wejrzeń sumienia

Pozornie kalekiego instynktu ciała

W samolubnej miłości tworu,

Gdzie złe oko głuchych karmi

Robakiem w ustach żywota…


Noc usypia o świcie

Tak bardzo obca jemu,

Gdy dzień szuka życia

Zbyt słaby, by zabrać siłę chorobie

I zabić nocy nadzieję,

Czekając, by wdarła się chwila,

Coraz bardziej światu daleka,

Którą jest miłość czy przyjaźń.


Poranek rosą przez twarze wstaje,

Wiatr w chmurach wodę budzi,

Lecz obojętność przywarła jak skóra.

Dzień znowu, plecami umiera…

Bez dłoni

Kikuty postaci z trąbami bez skrzydeł

I tępe widły bezrogie,

W pochodzie na rondzie

Między gliniane rzeźby w bełkocie

Tworzące prawa odpuszczenia,

Dające pracę w bramie portierowi,

Łysemu z brodą i licencją pilota,

By jękiem nie opadł w doliny

Dające z lewa i prawa wiatry

Mające stosunek małżeński

W pozorach płatków owsianych,

Aby koń chciał dalej ciągnąć dorożkę

Aż po koniec dnia jego ulicy.


Grube cygaro wyszło z mody

Przeto ruch jeno w kole wskazany,

Wmawiany, iż zgodnie z orbitą się kręci,

Gdzie zabawienie otępienia jest wielkie

W poglądzie klas dymów z komina

Grzebiąc wszystko za życia w piekle,

Pozwalając jedynie, by ktoś krzyknął amen…


Najwłaściwszym jest jutro czasem,

Aby głupota starczyła przed mądrością,

By woli złudny nadała kierunek

Tak, aby ślepy nie mógł żyć godnie

Oklaskując jedynie krew w teatrze

Nie wiedząc, iż sam jest aktorem,

Za wynagrodzenie tęsknoty,

Które nad nim nie zapłacze.


Dziura w bycie jest jak lustro

Odbijające w oczach kształt własnej duszy,

Jak twór samoistny, niezależny od ciała.

O ile nie jest ono więzieniem

Niedoskonałej skóry bądź odzienia,

Która nie szuka proroka w modzie

Lecz własnej woli nut nieznanych

Tego, co w nim żyje.


Poznanie wyrazu czasem ma smak wstydu,

Aby późniejsze rzeczy zrozumieć

Dające stopą krok ruchu

W poszanowaniu harmonii zależnej

By, dać mu mądrość zaiste prawdziwą

Tak, aby umiał spojrzeć w oczy miłością

Nie ze względu na swoje marzenia

Lecz na miłosierdzie serca.


Ulice jak sznury zgubionej przędzy

Utkane w domy ślepych okien

Cerują drzwiami rozdarte usta,

Gdzie zamiast kołatek wizjer spogląda

Bojący się ucha, aby usłyszeć głosu

Zmieniającego pogląd istnienia,

W którym kolor, różnicy nie ma.


Skłonności łez są pełne w trzosach,

Karmiąc mrocznego pocieszyciela,

Gdzie choćby jedna starczy, aby zaistniał,

Niewdzięczny wszystkim prócz sobie

Wznosząc winorośl bluźnierczą

Czyniącą kikuty bez dłoni,

Niepamiętające nawet imienia.


W kawałkach luster opada zima

Zamykająca szept w taflach lodu,

By później wiosną popłynąć w morze,

Unosząc krę dawnej wody,

Którą jedynie w plusku kamień pamięta

Ciężki i zimny bez dłoni serca,

By poczuć, choć w słowie, objęcie ciepła.

24.05

Farba z pokusy płynie w deszczu

Malując czernią światło

Ukryte w dłoniach twarzy.


Ulica splata się z szeptem

Rozdwojonych słów języka,

Pod maską kupującego marzenie

Za głos wyboru fatamorgany.


Komary walczą o strawę

Z widmem gliny i drzewa

W nabrzmiałych ziarnach klepsydry

Wyjętych z sennej wnętrzności,

Jeszcze ciepłego w jelitach echa.


Kamienne kroki odbija ściana,

Wiatr tuli złamane skrzydła,

Szukając cienia ptaka…

Złamana róża

Noc snem wypełnia pielesze

W ciemności łagodnej jak owce,

Kiedy dzień lęk wypasa

W trawach namaszczanych popiołem,

Które wiatr echem czesze

Mieszkającym w grawerach kamieni,

Nie mogących zrodzić światła.


Nocna latarnia ćmy unosi,

Gdzie warkot kajdan z martwą spada

Jak niemoc westchnienia,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.21