Tę książkę dedykuję wszystkim, którzy trzymają swoje historie w szufladzie. Nie bójcie się marzyć i pisać.
Prolog
— Pomożesz mi się z nią umówić?
Pamiętam dokładnie moment, w którym to powiedział. Zwykła sala wykładowa, ostatnie zajęcia przed wakacjami, a ja siedziałam obok chłopaka, przy którym przez ten miesiąc pierwszy raz od początku studiów czułam się zauważona.
Joffrey Gray.
Najpierw zaczął siadać obok mnie przypadkiem. Potem rozmawialiśmy. A potem zaczęłam wierzyć, że to coś znaczy.
— Znasz Lauren Bill? — zapytał z nadzieją.
I wtedy wszystko się rozsypało. Nie o mnie chodziło. Nigdy nie chodziło.
— Świetnie! Pomożesz mi się z nią umówić?
Powinnam była coś powiedzieć. Odmówić. Wyjść. Cokolwiek. Zamiast tego tylko skinęłam głową. Tego samego dnia zostałam swatką własnego złamanego serca.
Kilka miesięcy później siedziałyśmy z Lauren na kampusie.
— Lecimy do Paryża — oznajmiła nagle.
Zaśmiałam się.
— Jasne. A potem na Marsa.
— Nie żartuję, Em. Obiecałyśmy sobie przecież.
I przypomniałam sobie. Dwie piętnastolatki oglądające francuski film, nic nie rozumiejące z dialogów i przekonane, że życie zacznie się dopiero gdzieś indziej.
— Pakt śliny — powiedziałam wtedy.
— Obrzydliwe.
— Skuteczne.
Splunęłyśmy w dłonie i uścisnęłyśmy je, przysięgając, że kiedyś polecimy do Paryża razem.
— W kolejne wakacje — powtórzyła Lauren, wyciągając rękę.
Popatrzyłam na nią. Na dziewczynę, przez którą ktoś złamał mi serce, i jednocześnie jedyną osobę, której nigdy nie potrafiłam mieć za złe. Westchnęłam.
— Dobra. Jeszcze raz.
Splunęłyśmy w dłonie i przybiłyśmy obietnicę. Nie wiedziałam wtedy, że ta decyzja zmieni absolutnie wszystko. Bo do Paryża nie leci się tylko zwiedzać. Czasem leci się tam po nowe życie.
Część I
Rozdział 1 — Z JFK do CDG
Każda historia ma swój początek. Moja zaczęła się od jednej obietnicy złożonej dawno temu.
Kończył się kolejny rok studiów, a przede mną były ostatnie wolne wakacje. W przyszłym roku, po zdanych egzaminach, miałam ukończyć studia. Był to ostatni moment, by spełnić swoje młodzieńcze marzenie. W te wakacje miałam polecieć do Paryża, tak zwanego miasta miłości albo, jak niektórzy mówią, miasta świateł — z moją najlepszą przyjaciółką Lauren. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik: bilety na samolot kupione, mieszkanie wynajęte na kilka miesięcy.
Przed wyjazdem pożegnałam rodziców oraz młodszego brata i ruszyłam taksówką na międzynarodowe lotnisko JFK w Nowym Jorku. Na lotnisko dostałam się szybko, pomimo popołudniowych korków, które były nieodłącznym znakiem rozpoznawczym tego miasta. Po przejściu kontroli bezpieczeństwa weszłam do hali odlotów. Wtedy mój telefon zaczął głośno dzwonić w plecaku. Zebrałam szybko wszystkie rzeczy z taśmy i stanęłam obok słupa kawałek dalej. Włożyłam rękę do plecaka w poszukiwaniu komórki. Telefon jak zwykle grał ze mną w grę: „szukaj mnie, aż znajdziesz”. Po wysypaniu wszystkich rzeczy z plecaka na podłogę w końcu go znalazłam. Na ekranie widniało jedno nieodebrane połączenie od Lauren.
Jednym ruchem upchnęłam wszystko z powrotem do plecaka i odzwoniłam do przyjaciółki. Wiedziałam, że tak będzie. Na pewno dzwoniła powiedzieć, że się spóźni… A przecież jeszcze wczoraj przypominałam jej, żeby była na czas. Po paru sygnałach w końcu odebrała telefon.
— Mam nadzieję, że jesteś gdzieś blisko i tylko dlatego dzwonisz do mnie — powiedziałam, starając się, by mój ton nie zdradzał irytacji.
Po drugiej stronie usłyszałam ciszę. Spojrzałam na ekran telefonu. Połączenie się nie rozłączyło. Ponownie przyłożyłam telefon do ucha.
— Halo? Jesteś tam? — krzyknęłam do słuchawki, mając złe przeczucie. Coś musiało się stać.
— Hej, tak, jestem — odezwała się. Jej głos brzmiał dziwnie nerwowo.
— Gdzie jesteś? — zapytałam, starając się zachować spokój.
Kolejna pauza. Po chwili w słuchawce usłyszałam westchnięcie.
— Muszę ci coś powiedzieć… ale nie wiem jak… proszę tylko się nie denerwuj.
Zawsze tak jest — gdy ktoś mówi,,nie denerwuj się’’, od razu zaczynasz się denerwować.
— Co się dzieje? — zapytałam, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.
— Obiecasz, że nie będziesz zła? Proszę obiecaj.
— Zależy, o co chodzi. Jeśli o to spóźnienie, to już je wybaczam — powiedziałam, próbując zachować spokój.
— Obiecaj, proszę…
— Obiecuję.
— Nie lecę z tobą do Paryża… — rzuciła jak granat.
Kiedy w końcu to powiedziała, miałam wrażenie, że świat na chwilę zwolnił. Ludzie poruszali się jak w zwolnionym tempie, a po chwili wszystko wróciło do normalnego rytmu. Dopiero wtedy dotarły do mnie jej słowa: „Nie lecę z tobą do Paryża”. To nie mogła być prawda.
— Co?!
Krzyknęłam zbyt głośno, zwracając na siebie uwagę przechodzących obok ludzi, w tym pracowników ochrony lotniska. Cała zaczerwieniona ze wstydu schowałam się na drugą stronę filara.
— Co?! Jak to nie lecisz?! Żartujesz sobie, prawda? Wszystko jest już zarezerwowane!
— Wiem Em, ale naprawdę nie mogę. Poza tym obiecałaś, że nie będziesz się denerwować…
— Już nieaktualne. Zwariowałaś? Czekam na ciebie na lotnisku, a ty mi mówisz, że nie lecisz?! Co niby takiego się zmieniło?!
Byłam na nią wściekła. Miałam ochotę się rozłączyć, ale nadal czekałam na jej wytłumaczenie.
— Pamiętasz, mówiłam ci ostatnio, że Marco starał się, o przedłużenie kolejnego roku na naszym uniwersytecie?
— Tak…
— Dziś otrzymał decyzję, że nie przedłużą mu kolejnego roku na wymianie studenckiej. Za miesiąc musi wyjechać i chcieliśmy te ostatnie parę tygodni spędzić razem.
Nie mogłam w to uwierzyć. Moja najlepsza przyjaciółka, którą znałam od zawsze, wybrała jakiegoś chłopaka zamiast mnie. Znała go raptem rok i wybrała jego? W końcu wydusiłam z siebie nędzne:
— Co?
— Wiem. Wszystko jest już opłacone. Nie będę domagać się zwrotów kosztów. Przecież możesz polecieć sama, a ja ci to wszystko wynagrodzę, jak wrócisz… obiecuję, Em…
Nie mogłam dalej słuchać tych żałosnych tłumaczeń. Na ekranie nacisnęłam guzik zakończenia rozmowy. Poczułam się zdradzona — tym razem zdrajcą była moja przyjaciółka. Patrzyłam na dzwoniący telefon, ale nie miałam zamiaru go odebrać. Musiałam pomyśleć, co robić dalej. Przyłożyłam głowę do filara i zamknęłam oczy. W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli, ale gniew zagłuszył wszystkie.
SMS — Emma
Nie dzwoń do mnie. Nasza przyjaźń jest skończona.
Po wysłaniu wiadomości włączyłam tryb samolotowy. Nie chciałam czytać marnych przeprosin. Spojrzałam na tablicę odlotów. Do wylotu miałam jeszcze półtorej godziny. Podniosłam się z podłogi, chwyciłam rączkę walizki, założyłam plecak na plecy i ruszyłam w stronę stanowiska odprawy. Kolejka na szczęście nie była duża. Kiedy nadeszła moja kolej, miła pani odprawiła mój bagaż bez zbędnych pytań. Po wszystkich formalnościach weszłam jeszcze do księgarni, w której kupiłam książkę pod tytułem Patagonia in Love. Opowiadała historię dziewczyny, która przeżyła niezapomniane wakacje w tym rejonie świata. Było to typowe romansidło, jakich wiele, ale lubiłam taką literaturę — niewinną, piękną, przepełnioną miłością, jakiej sama nigdy nie doświadczyłam. W kolejnym sklepiku kupiłam coś do picia, parę batonów i chipsy serowe na poprawienie humoru. Po zakupach ruszyłam w stronę bramki, gdzie zaczynał się już boarding.
W samolocie zajęłam swoje miejsce w rzędzie czternastym przy oknie. Po zakończonym boardingu oba miejsca zostały puste. No tak, obok miała siedzieć moja przyjaciółka… Przed wystartowaniem wysłałam jeszcze wiadomość rodzicom, informując ich o wylocie. Podczas sześciogodzinnego lotu udało się zobaczyć jeden film, poczytać książkę i trochę się zdrzemnąć. Ze snu wybudził mnie głos pilota informujący pasażerów o przygotowaniu się do lądowania. Usiadłam ponownie na swoim siedzeniu, spoglądając przez okno samolotu. Zza chmur powoli wyłaniało się miasto świateł.
Po bezproblemowym wylądowaniu, stewardesa powitała nas na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Po zaparkowaniu samolotu przy rękawie, naszły mnie wątpliwości. Może powinnam jednak kupić bilet powrotny, wrócić do domu i spędzić wakacje u dziadków? Tam nie czułabym się taka samotna i obca. Te myśli nie zostawiały mnie do momentu odebrania bagażu z taśmy. Nie tak to wszystko miało wyglądać, w tym momencie powinnam odbierać bagaż z Lauren, śmiać się, cieszyć się naszymi wspólnymi wakacjami. Kiedy rozejrzałam się dookoła, zorientowałam się, że nikogo poza mną nie było już obok kręcącej się taśmy. Wszyscy pasażerowie z mojego lotu już dawno poszli, a na tablicy znajdował się już nowy kierunek.
— Idę! — rzuciłam do siebie, dodając sobie otuchy.
Złapałam rączkę walizki i ruszyłam w kierunku wyjścia. Szłam za znakami umieszczonymi na ziemi, które miały doprowadzić mnie do postoju taksówek. Niestety złapanie o tej porze taksówki graniczyło z cudem, nie byłam jedyną osobą chcącą dojechać do miasta samochodem. Ustawiłam się grzecznie do kolejki, w której wystałam pół godziny. Gdy przyszła moja kolej, zatrzymała się przede mną taksówka, z której wysiadł mężczyzna na oko około siedemdziesięcioletni. Starszy pan jednym sprawnym ruchem włożył do bagażnika moją dużą walizkę i razem wsiedliśmy do auta. Mężczyzna spojrzał na mnie w lusterku i zapytał:
— On va où — gdzie jedziemy?
Z plecaka wyjęłam kartkę z adresem.
— Ici — tutaj.
Mój francuski nie był wcale jakiś doskonały, uczyłam się go w szkole oraz na studiach i jedynie co potrafiłam powiedzieć było: dzień dobry, dziękuję i do widzenia. Z mówieniem może miałam problem, ale za to więcej rozumiałam. Mój bardzo gadatliwy taksówkarz oddał z powrotem kartkę kiwając głową. Na tablecie wpisał adres, włączył taksometr i w końcu ruszyliśmy w drogę. Podczas jazdy wyglądałam przez okno. Wszystko tutaj wydawało się takie inne. Były tu inne drogi, budynki, a w szczególności auta, które wydawały się mniejsze niż te w Stanach. Spojrzałam na godzinę w telefonie, było już po dwudziestej trzeciej.
— Powinnam zadzwonić do rodziców… — westchnęłam.
Wyłączyłam tryb samolotowy i poczekałam chwilę, aż telefon złapie zasięg. Sekundę później ekran zapełnił się wiadomościami. Większość z nich pochodziła od Lauren, tak jak przypuszczałam. Było również kilka od rodziców z zapytaniem czy wylądowałyśmy i jak minął nam lot. No przecież, rodzice nic nie wiedzieli o mojej solo podróży. Nie wiedziałam, co im powiedzieć czy rzucić żartobliwie: „hej jestem sama na innym kontynencie”. Wzięłam głęboki oddech i wybrałam numer mamy. Po paru sygnałach w końcu odebrała.
— Kochanie! — w słuchawce rozbrzmiał jej ciepły głos. — Tak się martwiliśmy o was! Dzwoniłam do was, ale żadna nie odbierała…
Lauren nic im nie powiedziała. Świetnie… Teraz musiałam dalej kłamać.
— Jedziemy dopiero do mieszkania. Przepraszam, że dopiero teraz odzwaniam, ale musiałyśmy odebrać bagaże, złapać taksówkę. Nie miałam nawet chwili, aby odblokować telefon.
— No dobrze… cześć kochanie! — w tle rozbrzmiał głos taty.
— Cześć tato.
— Martwiliśmy się już z mamą o was, tak długo się nie odzywałyście.
— Właśnie mamie wytłumaczyłam. Słuchajcie, zadzwonię do was jutro… — musiałam jak najszybciej zakończyć rozmowę, zanim zaczną coś podejrzewać.
— No dobrze — odezwała się mama. — Zadzwoń, jak już się tam spokojnie ogarniecie.
— Dobrze, do jutra.
Po zakończonej rozmowie, od razu wybrałam numer Lauren. Jeżeli rodzice nic nie wiedzieli o mojej solo wyprawie do Paryża, tym bardziej nie chciałam, aby ona im to zdradziła.
SMS — Emma
Powiedziałam rodzicom, że jesteś ze mną w Paryżu.
Taką samą wersję trzymaj.
Była mi to winna. Po wysłanej wiadomości znowu włączyłam tryb samolotowy, nie chciałam czekać na jej odpowiedź. Z moich myśli wyciągnął mnie taksówkarz.
— Nous sommes sur place — jesteśmy na miejscu — oznajmił kierowca, kiedy się zatrzymaliśmy.
— D’accord — dobrze — odparłam krótko, ledwo podnosząc wzrok z telefonu.
Mężczyzna wskazał palcem tablet — do zapłaty miałam sto euro?! Przyłożyłam telefon do terminala… Była to moja najdroższa taksówka, którą kiedykolwiek jechałam. Wysiadłam z samochodu i podziękowałam kierowcy, gdy wyjął moją walizkę. Kiedy odjeżdżał, patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę, ale kiedy straciłam go z oczu, swój wzrok skierowałam na budynek znajdujący się przede mną. Blok był wysoki, miał chyba z jedenaście pięter, ale dokładnie nie liczyłam. Stałam chwilę bez ruchu. Może to był błąd, ale było już za późno na odwrót. Numer na budynku się zgadzał — 122. Złapałam walizkę, pociągnęłam ją do furtki i weszłam w ciemności korytarza.
Rozdział 2 — Paryż…? Witaj!
Ciemnym korytarzem doszłam do szklanych drzwi. Szarpnęłam nimi, ale ani drgnęły. Spojrzałam w lewo. Na ścianie wisiał domofon z klawiaturą.
— Potrzebny był kod… — mruknęłam. — Kod.
Odblokowałam telefon i odszukałam mail od właścicielki. Na klawiaturze domofonu wklepałam kombinację 92E65 i drzwi w końcu się otworzyły. W skrzynce numer szesnaście miał znajdować się klucz. Otwór był niewielki, ale na szczęście udało mi się wsunąć palce i go wyjąć. Z kluczem w ręku weszłam do niewielkiej windy i wcisnęłam dziewiąte piętro. Po dotarciu na górę chwilę siłowałam się z ciężkimi drzwiami, a kiedy w końcu wyszłam i stanęłam na korytarzu, dopiero zaczęły się schody. Mieszkania nie miały numerów.
— Świetnie… Które jest moje? — westchnęłam ciężko.
W tym momencie marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie wejść do mieszkania i położyć się spać. Ponownie otworzyłam mail i jeszcze raz przeczytałam instrukcję. Według niej od windy miałam skręcić w prawo, w kolejny korytarz, a po lewej stronie miały znajdować się drzwi do mieszkania. To nie mogło być przecież takie trudne… Kiedy weszłam w kolejny korytarz, zobaczyłam drzwi na wprost i dwa kolejne po lewej stronie. Które jest moje? Musiałam wybrać któreś z nich. Czułam się jak przy wyborze domu w Hogwarcie — tylko brakowało kapelusza. Najpierw spróbowałam pierwszych drzwi. Klucz wchodził, ale nie chciał się przekręcić. Drugie — to samo. Wróciłam do poprzednich. Znowu nic. Powtarzałam ten absurd jeszcze kilka razy, aż miałam ochotę się rozpłakać. Ten dzień powinien już dawno się skończyć, a od odpoczynku dzieliły mnie tylko te cholerne drzwi. Musiałam zadzwonić do właścicielki. Mogłam ją obudzić, ale przestało mnie to obchodzić. Gdyby jasno napisała, które to drzwi, nie musiałabym tu stać i się męczyć. Wyłączyłam tryb samolotowy, nie przejmując się przychodzącymi wiadomościami i wybrałam numer. Czekałam, czekałam i nic. Nie odebrała. Musiałam radzić sobie sama. Po kolejnych próbach jedne drzwi w końcu ustąpiły. W duchu dziękowałam za nieobecność sąsiada, który mógłby pomyśleć, że próbuję się włamać. W środku zapaliłam światło, które rozjaśniło niewielki korytarz i kuchnię naprzeciwko.
— W końcu — wyrzuciłam z siebie z ulgą.
Przyciągnęłam walizkę do środka i zamknęłam drzwi na zasuwkę. To było na razie moje nowe mieszkanie na nadchodzące miesiące. Weszłam głębiej, zapalając kolejne światło. Następne pomieszczenie okazało się salonem. Stała tu kanapa, a naprzeciwko niej komoda z niewielkim telewizorem. Obok, bliżej okna, znajdował się szklany stół z dwoma krzesłami. Poszłam dalej i po lewej stronie zobaczyłam niedużą sypialnię z łóżkiem, krzesłem pełniącym funkcje stolika nocnego, komodą oraz dwiema szafami wkutymi w ścianę. Po przekątnej mieściła się niewielka toaleta, a na końcu korytarza łazienka z prysznicem. Po obejrzeniu mieszkania wróciłam po walizkę i wciągnęłam ją do sypialni. Ze środka wyjęłam dwa ręczniki, kosmetyki oraz piżamę z nadrukiem Snoopy’ego. Z tym wszystkim poszłam do łazienki, w końcu się umyć. Po tylu godzinach podróży woda była prawdziwym lekarstwem na moje zmęczenie. Po krótkim prysznicu byłam gotowa położyć się spać. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale nie było to wcale ważne. Teraz liczyło się wyłącznie to, że w końcu mogłam zasnąć.
* * *
Następnego dnia po obudzeniu czułam się jeszcze bardziej zmęczona. Uniosłam lekko głowę i spojrzałam na zasłonięte okno — przez szpary w żaluzjach wpadało słońce.
— Muszę je podnieść i zobaczyć, jaki mam widok — wyszeptałam, przecierając oczy.
Sięgnęłam po telefon z krzesła. Było już po dwunastej. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spałam tak długo. Musiałam wstać, doprowadzić się do porządku, zrobić zakupy i wreszcie wyjść na miasto. Przecież po to tu przyjechałam. Wygrzebałam się z łóżka i poszłam do łazienki. Nacisnęłam włącznik światła, ale nic się nie zapaliło. Spróbowałam jeszcze kilka razy, bez skutku. Przecież wczoraj działało. Podeszłam do skrzynki rozdzielczej i sprawdziłam korki. Wszystkie przełączniki były włączone, ale dla pewności przełączałam jeszcze w górę i w dół. Bez efektu. W telefonie wybrałam numer właścicielki, chcąc poinformować ją o zaistniałej sytuacji w mieszkaniu. Mijał sygnał za sygnałem, już prawie traciłam nadzieję, że odbierze, gdy w końcu usłyszałam głos w słuchawce.
— Allô — halo? — odezwała się kobieta.
Odetchnęłam z ulgą.
— Halo? Dzień dobry, Emma Benet z tej strony. Dzwonię w sprawie wynajmowanego mieszkania.
— Ah… Oui, oui — tak, tak. Witam. W czym mogę pomóc?
— Dzwonię w sprawie światła. Niestety nie działa. Sprawdziłam skrzynkę rozdzielczą, ale nic to nie dało. Czy można kogoś…
— D’accord — dobrze — ktoś…
— Co?! — jęknęłam, patrząc na wygaszony ekran.
Telefon rozładował się dokładnie w tym momencie. Świetnie… Zdążyłam tylko usłyszeć, że kogoś wyśle. Ale kiedy? Tego już nie dosłyszałam… Pierwszy dzień w Paryżu i już byłam uwięziona w mieszkaniu. Pozostało mi tylko czekać na jakiegoś francuskiego fachowca, który na pewno nie znał żadnego słowa po angielsku. Odłożyłam telefon obok telewizora i podeszłam do dużych okien, chcąc otworzyć żaluzje. Nacisnęłam kolejny przełącznik. Nawet nie drgnęły. W głowie natychmiast stworzyłam ranking moich niepowodzeń. Oto jak prezentowała się moja lista:
nie było światła
żadna żaluzja ani drgnęła
było ciemno
Nie mogłam wyjść z domu, bo musiałam czekać na elektryka.
Kolejny dzień pięknych niepowodzeń. Te wakacje zapowiadały się wręcz wyjątkowo. Czytać książki też nie mogłam — patrz punkt trzeci. Z plecaka wyciągnęłam niedużą paczkę chipsów serowych i zaczęłam się nimi zajadać. Czekając na elektryka, czułam, jak mija wieczność, a w ciemnym mieszkaniu nachodziły mnie różne myśli. Może jednak wrócić do domu? Spakować walizkę, zadzwonić po taksówkę… No tak telefon był rozładowany. Zawsze mogłam złapać jakiś transport publiczny. Mogłabym wyjść, wrzucić klucze do skrzynki na listy, wrócić do domu i napisać opinie o apartamencie zatytułowaną: Wynajmij mieszkanie z koszmaru. Pięknie brzmiący opis na stronie nijak miał się do rzeczywistości, a właśnie na jego podstawie — oraz na podstawie starannie wykonanych zdjęć — wynajęłam to mieszkanie. Teraz byłam pewna tylko jednego: nigdy więcej nie wynajmę żadnego mieszkania i nigdy nie wyjadę sama. Co najwyżej do dziadków na ranczo. Z moich negatywnych myśli wyrwał mnie dzwonek do drzwi. To zapewne był ten francuski elektryk, który miał mnie uratować z tych ciemności. Wstałam z kanapy, nie zauważając, że nadal paraduję w piżamie. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Na progu stał wysoki mężczyzna o ciemnoblond włosach i jasnych oczach. Ubrany w garnitur? Patrzył na mnie, a ja na niego. Przyglądając mu się, zaczęłam się zastanawiać, czy wszyscy elektrycy we Francji chodzą w garniturach. Szczerze mówiąc, spodziewałam się stereotypowego fachowca — trochę przygrubego, z brzuchem wylewającym się z przymałych spodni, z torbą pełną narzędzi, żującego gumę i rzucającego tekstem w stylu: „W czym mogę Paniusi pomóc?” Nie chcę mówić, że wierzę w stereotypy, ale tak wyobrażam sobie zwykłego elektryka czy innego fachowca. W domu rodzinnym wszystko zawsze naprawiał tata i nigdy nie wzywaliśmy nikogo do awarii. Taki obraz utrwaliły we mnie różne filmy. Tymczasem przede mną stał młody — nie powiem przystojny — Francuz w garniturze, bez potrzebnych narzędzi. Widać jaki kraj, taki elektryk. Mężczyzna przyglądał mi się jeszcze chwilę, po czym odezwał się z wyraźnym francuskim akcentem.
— Cool — powiedział, wskazując na moją różową piżamę z nadrukiem Snoopy’ego.
Spojrzałam na piżamę, a potem na nieznajomego, który wszedł do mieszkania i zaczął się po nim rozglądać, nie czekając na zaproszenie. Zamknęłam drzwi i zerknęłam w lustro. W tej chwili żałowałam, że nie zabrałam z domu szlafroka — mogłabym się nim przynajmniej zakryć. Czułam, jak policzki zaczynają mi płonąć. Nie wiedziałam, czy bardziej przez piżamę i różowe kapcie, czy przez fakt, że obcy mężczyzna po prostu wszedł do mojego mieszkania bez pytania. Nie chciałam męczyć się po francusku, bo i tak nie potrafiłabym mu tego wszystkiego wytłumaczyć, więc jak najprościej się dało — gestami i po angielsku — spróbowałam pokazać, w czym był problem.
— Tak… więc światło… — zaczęłam.
Wskazałam na włącznik i nacisnęłam go kilka razy. Mężczyzna milczał, więc mówiłam dalej.
— Okej… — westchnęłam i podeszłam do żaluzji — One też nie działają. Może pan to naprawić? To bardzo ważne…
Zawahałam się przez ułamek sekundy, po czym słowa same zaczęły się ze mnie wylewać.
— A jeśli nie, to zostawię panu te klucze i niech pan sobie zamieszka w tym koszmarnym mieszkaniu w waszym koszmarnym mieście, gdzie nie można się dogadać w normalnym języku. Na całym świecie ludzie mówią po angielsku, ale niestety tylko wy, Francuzi, nie możecie się go nauczyć…
Miałam nadzieję, że nic z tego nie zrozumiał. Potrzeba wygadania się była silniejsza ode mnie i właśnie wylałam ją na tego biednego elektryka. Było już za późno na refleksję — powiedziałam prawie wszystko, co leżało mi na sercu i nagle zrobiło mi się lżej. I tak miałam go już nigdy nie zobaczyć. Usiadłam na kanapie i pozwoliłam fachowcowi działać. Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu, po czym wyszedł za drzwi.
— Świetnie. Jeszcze sobie wyszedł — mruknęłam na głos.
W tej samej chwili mężczyzna wrócił do mieszkania, podszedł do włącznika i nacisnął go. Światło zapaliło się natychmiast.
— Dziękuję — powiedziałam szybko.
— Nie ma sprawy — odparł spokojnie. — Tylko następnym razem, może nie zostawiaj mieszkania jakiemuś obcemu mężczyźnie. Moja mama wpadłaby w furię.
O nie, nie, nie… On… znał angielski… I na dodatek był synem właścicielki. W tej chwili naprawdę chciałam zapaść się pod ziemię i już nigdy z niej nie wychodzić. Poczułam, jak policzki znowu płoną mi ze wstydu. Mężczyzna chyba tego nie zauważył, bo spokojnie mówił dalej.
— Poza tym miasto jest piękne, jeśli się je pozna. A z tego, co mówiła mi mama, przyjechałaś dopiero wczoraj, więc raczej nie miałaś jeszcze czasu zobaczyć czegokolwiek poza mieszkaniem. Zwłaszcza, że czekałaś tu na mnie, wciąż ubrana w brudną piżamę — spojrzał na nią. — Przypuszczam, że są to okruszki po chipsach.
Był bezczelny, ale trafił w punkt. Miał prawo tak zareagować — to ja pierwsza zaczęłam na niego naskakiwać. Ale na tym się nie skończyło… O nie. Kontynuował:
— Chcę przypomnieć, że francuski był kiedyś językiem elit — powiedział spokojnie niemal z wyższością. — Więc może ty mogłabyś się go nauczyć. Poza tym jesteś we Francji i powinnaś mówić po francusku, a nie w waszym wywyższonym angielskim.
Na moment zrobił krótką pauzę.
— I tak, uczymy się angielskiego od szkoły podstawowej. Ale po co mamy w nim mówić, skoro jesteśmy we Francji?
Kolejne trafienie w punkt. Brawo.
— Dobrze — dodał, przechodząc obok mnie w stronę korytarza. — Wracając do światła: sama mogłabyś to zrobić wcześniej, gdybyś odebrała ode mnie telefon. Wytłumaczyłbym ci, jak włączyć światło w szafie na korytarzu.
— Nie mogłam… — wydukałam w końcu, unosząc rękę z telefonem. — Rozładował mi się, kiedy rozmawiałam z twoją mamą.
— Ah… super… — mruknął. — Mais bon — no cóż.
Wzruszył lekko ramionami.
— Już działa, więc możesz podładować telefon. Żaluzje też są na prąd, dlatego wcześniej nie reagowały. Teraz wszystko będzie działać.
— A mogę zapytać, czemu się rozłączyło? — zapytałam z ciekawością.
— Może korki wyskoczyły w nocy. Albo jakiś sąsiad przypadkiem wyłączył ci prąd. Nie wiem.
Przypomniało mi się wczorajsze włamanie do sąsiada, ale nie miałam zamiaru mu o tym mówić.
— Aha… no dobra.
Syn właścicielki podszedł do ściany i nacisnął przycisk. Drewniane żaluzje zaczęły się powoli unosić. Za szybą stopniowo odsłaniał się widok. Wzięłam głęboki wdech, gdy moim oczom ukazała się… Wieża Eiffla. Najprawdziwsza Wieża Eiffla. Nie taka jak na plakacie, który wisiał w moim pokoju nad łóżkiem. W ogłoszeniu nie było ani słowa o tak zapierającym dech w piersiach widoku. Podeszłam bliżej szklanych drzwi balkonowych i je otworzyłam. Wyszłam na balkon, zapominając o mężczyźnie w mieszkaniu. Teraz zapomniałam o wszystkim. Byłam zakochana w tym widoku. Syn właścicielki również do mnie dołączył. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło — tylko patrzyliśmy na tę magiczną wieżę.
— Widzę, że nie spodziewałaś się takiego widoku, non — nie? — odezwał się w końcu cicho.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że w jego angielskim było słychać ten francuski akcent. Dokładnie taki, jak w filmach. Pamiętam, jak z Lauren zawsze się nim zachwycałyśmy… A teraz? Sama tego doświadczałam.
— Nie, nie spodziewałam się — przyznałam, nie odrywając wzroku.
— Specjalnie nie wstawiamy zdjęć widoku — powiedział, opierając się o balustradę. — Jeśli znajdzie się ktoś, kto wynajmie to mieszkanie, sam zobaczy go na własne oczy. Comme toi — jak ty.
W tym momencie poczułam się prawdziwą szczęściarą, że mogłam tego doświadczyć. Przypomniało mi się, jak z Lauren kłóciłyśmy się o to mieszkanie w noc sylwestrową. Nie chciała go, bo podobało się jej inne. Ale dzięki rzuconej wtedy monecie to ja wygrałam i mogłam je zarezerwować. Kiedy w końcu doszłam do siebie i przestałam wydawać z siebie jedynie „woo” i inne niezidentyfikowane dźwięki zachwytu, zwróciłam się do syna właścicielki.
— Dziękuję za pomoc. I przepraszam za to, co mówiłam wcześniej. Powiedzmy, że mam po prostu gorsze dni.
— Ça va, ça va, — w porządku — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Nic się nie stało.
— Przyznaję się — dodałam, spoglądając na swoją bluzkę. — To są okruszki po chipsach serowych.
Spojrzeliśmy na siebie i razem parsknęliśmy śmiechem. Otrzepałam z bluzki resztki chipsów i oparłam się o balustradę, patrząc przed siebie. Wtedy ponownie mój towarzysz wyrwał mnie z zamyślenia. Nie wiem już, który raz z rzędu.
— Jean-Baptiste — powiedział, wyciągając w moją stronę dłoń.
Uścisnęłam ją. Mówiąc:
— Emma Benet, ale możesz mi mówić po prostu Em.
— W takim razie — uśmiechnął się szerzej. — Możesz mówić do mnie po prostu Jean.
Rozdział 3 — Nowy znajomy i nowa okolica
— Miło cię poznać, Em.
— Mi ciebie też, Jean.
Po przedstawieniu się znów zamilkliśmy, patrząc na piękną damę Paryża. Słońce ogrzewało balkon, powietrze było ciepłe, a miasto pod nami wydawało się niemal nierealne. Z Lauren zawsze byłyśmy zafascynowane tym miejscem. Wyobrażałyśmy sobie ludzi wychodzących rano po bagietki do ulubionej boulangerie — piekarni, eleganckie kobiety spacerujące z psami po alejach pełnych drzew i tę lekkość życia, którą widziałyśmy w filmach. I teraz wszystko było tutaj. Na wyciągnięcie ręki. A mimo to czułam złość. Marzenie, które miałyśmy spełnić razem, spełniałam sama. Byłam na nią wściekła, że wybrała kogoś, kto za chwilę i tak zniknie z jej życia. Kiedy Marco wróci do Mediolanu, to ja — mimo wszystko — będę tą osobą, która ją poskłada. Zawsze tak było. Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która rozpacza po rozstaniach. Miałam kilka związków, ale żaden nie zostawił po sobie pustki. Nie to, co Lauren — ona kochała całą sobą, a potem rozpadała się na kawałki. A ja zawsze byłam obok. Była dla mnie jak siostra. Znałyśmy się od ósmej klasy. Poznałam ją pierwszego dnia w nowej szkole, kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku z rodzicami i młodszym bratem. Otoczyła mnie przyjaźnią i sprawiła, że szkoła stała się dla mnie mniej straszna. Potem były wspólne wieczory i stare francuskie filmy na płytach DVD. I obietnica, że kiedyś razem tu przyjedziemy. Ale zamiast wybrać mnie — swoją najlepszą przyjaciółkę — wybrała jakiegoś chłopaka. A teraz byłam tu sama, ale nie miałam zamiaru się poddać. Nie poddam się. Spędzę ten czas jak najlepiej. To będą najlepsze wakacje mojego życia, mimo że jestem tu sama. Taki był plan. Koniec użalania się nad sobą. Podniosłam się od balustrady i spojrzałam na syna właścicielki.
— Nie chcę brzmieć niemiło — zaczęłam, trochę niepewnie. — Ale chciałabym się wyszykować i wyjść na miasto. Zrobić jakieś zakupy do mieszkania i takie inne… wiesz.
Miałam nadzieję, że nie brzmię, jakbym chciała się go pozbyć z jego własnego mieszkania. Miało to zabrzmieć jak luźna sugestia, w której ukrywało się głębsze znaczenie: dziękuję za pomoc, ale teraz już sobie spadaj. Niestety mężczyzna chyba tego nie zrozumiał.
— Ah oui, bien sûr — tak, oczywiście… Możesz iść się szykować.
Hmm… No dobrze. W takim razie luźna sugestia, z ukrytym znaczeniem, nie zadziałała. Musiałam powiedzieć to wprost.
— Tak, ale chciałabym jednak zostać sama… — spojrzałam na niego i sztucznie się uśmiechnęłam.
— No co ty, szykuj się! Pokażę ci okolice. Pokażę ci ten vrai beau — prawdziwy, piękny Paryż.
Po jego słowach nie miałam już nic do powiedzenia, a tym bardziej żadnego wyboru. No trudno — nie mogłam go przecież wykopać z własnego mieszkania. Na dziś w sumie przydałby mi się taki lokalny przewodnik. Mógł mi pokazać okolicę, a jutro mogłam wybrać się sama, dokąd tylko chciałam. Ten jeden dzień mogłam z nim przeżyć. Przecież nie mogło być to aż takie trudne.
— No dobrze… — rzuciłam. — To pójdę się wyszykować, umyję się i wrócę gotowa.
— D’accord — w porządku.
Wróciłam do mieszkania. Po drodze z komody zabrałam rozładowany telefon i pomknęłam do sypialni po ubrania oraz ładowarkę. Schowałam się w łazience, zamykając się na klucz. Czułam się trochę niezręcznie, wiedząc, że młody Francuz chodzi po mieszkaniu. Szybko się umyłam, ubrałam, nałożyłam trochę pudru na twarz, żeby nie być taką bladą, i wyszłam z łazienki. Za cel postawiłam sobie trochę się opalić podczas zwiedzania. Rzuciłam piżamę na łóżko i wróciłam do salonu. Spodziewałam się, że Jean nadal jest na balkonie, ale go tam nie było. Siedział teraz na kanapie, a w tle leciał włączony telewizor. Rozmawiał przez telefon. Kiedy mnie zobaczył, powiedział do swojego rozmówcy:
— Ok, nous parlerons plus tard — porozmawiamy później.
— Oui, allez, bisou — tak, śmiało, buziaki.
Czułam się trochę niezręcznie, przerywając jego rozmowę, ale nie wyglądał, jakby się tym przejął. Rozłączył się, zablokował telefon i patrząc na mnie, powiedział:
— On y va — idziemy?
Kiwnęłam głową, potwierdzając gotowość. Wróciłam jeszcze do sypialni po plecak i wyszliśmy razem. Teraz oficjalnie zaczęła się moja prawdziwa paryska przygoda. Zjechaliśmy windą na parter, po czym skierowaliśmy się na ulicę. Nie wiedziałam, czy można mu ufać — przecież go nie znałam i nie miałam pojęcia, gdzie mnie zabierze. Na razie chciałam tylko odwiedzić najbliższy sklep, wrócić do domu, ugotować coś na obiad i może trochę odpocząć. Jetlag niestety nadal doskwierał. Musiałam ukierunkować mojego kolegę, jeśli w ogóle mogłam go tak nazwać.
— Jean, słuchaj… — zaczęłam.
— Oui — tak? — spojrzał na mnie.
— Bardzo doceniam, że chcesz mi pokazać okolice i tak dalej…
— Mais — ale? — dopytał, czekając na ciąg dalszy.
— Chciałabym dziś tylko zrobić najpotrzebniejsze zakupy i wrócić do mieszkania. Nadal odczuwam lekki jetlag po podróży…
— Mais bien sûr — ależ oczywiście! — Jean klasnął w ręce, jakby się ucieszył. — Obok jest mały sklepik, nazywa się Franprix.
— O, świetnie się składa. W takim razie możesz mnie tam zaprowadzić, a potem zostawić. Zresztą na pewno dam sobie radę.
— Mais non — ależ nie! Nie zostawię cię. Pomogę ci ugotować obiad. Super pomysł, non — co? A po obiedzie możemy się jeszcze przejść. Przy okazji pokażę ci okolicę, tak jak obiecałem.
Świetny pomysł… Niedokładnie o to mi chodziło. Bardzo doceniałam jego zaangażowanie i chęć pomocy, ale dając mu dwa razy do zrozumienia, że sama dam sobie radę, on naciskał jeszcze bardziej. Zdawał się już trochę męczący i nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu wróci do miejsca, z którego przyszedł.
Po kilku minutach spaceru, na końcu ulicy ukazał się obiecany przez Jeana sklep Franprix.
— To co będziesz robić na obiad? — zapytał, spoglądając na mnie z uśmiechem.
— Hmm… — westchnęłam, wciąż nie mając żadnego pomysłu.
Od momentu, kiedy się pojawił, nie miałam czasu nawet się nad tym zastanowić. Lubiłam włoską kuchnię, więc mogłam na szybko zrobić makaron z przepisu Marco.
— Może zrobimy spaghetti? — zaproponowałam w końcu.
— D’accord — dobrze. Idę po makaron i sos, a ty weź warzywa.
— Dobrze.
Jean zniknął za półkami sklepowymi, a ja w końcu zostałam sama ze swoimi myślami. Moje zakupy nie mogły opierać się wyłącznie na produktach na dzisiejszy obiad — musiałam również pomyśleć o kolejnych dniach. Wzięłam wózek stojący przy wejściu i zaczęłam wybierać produkty. W alejce z przyprawami znalazł mnie Jean, trzymając w dłoniach makaron oraz sos pomidorowy i oznajmił, że jest to najlepszy sos do makaronu. Kiwnęłam głową — nie miałam zamiaru się temu sprzeciwiać. Jeszcze kilka razy znikał mi z pola widzenia, przynosząc kolejne produkty, w tym gazowaną Pepsi oraz cydr. Kiedy spojrzałam na ten ostatni produkt, nie byłam przekonana, ale Jean przekonywał mnie, że będzie się dobrze komponował z dzisiejszym obiadem. Twierdził, że cydr to typowy alkohol, który Francuzi piją do obiadu — nie licząc oczywiście wina. Nie przepadałam za alkoholem, ale byłam przecież we Francji i chyba mogłam zrobić wyjątek. Nie spodziewałam się tego, ale zakupy poszły nam bardzo sprawnie. Problemy zaczęły się dopiero przy kasie. Po zeskanowaniu wszystkich produktów, przez kasjerkę oboje wyjęliśmy swoje karty płatnicze. Każde z nas chciało zapłacić. Oczywiście nie miałam zamiaru się na to zgodzić, ale Jean argumentował swoją chęć tym, że wprasza się na obiad. Trochę późno to zrozumiał. Kiwałam przecząco głową — nie chciałam, żeby płacił za moje zakupy.
Naszą wymianę zdań przerwała kasjerka, zwracając się do nas.
— C’est votre femme — to pańska żona?
Skierowałam zdziwione spojrzenie z Jeana na kobietę. Na szczęście tyle jeszcze rozumiałam. Może w tym momencie trochę wyglądaliśmy, jak para, ale tak naprawdę znałam go od godziny.
— Non — nie — odpowiedziałam zdecydowanie.
W tym samym momencie Jean dodał, z lekkim uśmiechem.
— Oui, oui — tak, tak. Cinq ans déjà — pięć lat już.
Dalsza rozmowa potoczyła się już beze mnie. Stałam obok, patrząc to na jedno, to na drugie i nic nie rozumiałam z tego, co do siebie mówili. Kasjerka śmiała się, patrząc na mnie, więc ja też się uśmiechnęłam, udając, że wiem, co ją rozbawiło. Ewidentnie Jean musiał powiedzieć coś zabawnego na mój temat — ją to rozśmieszyło, mnie wręcz przeciwnie. Byłam na niego trochę zła za to, co powiedział wcześniej. Znałam tego mężczyznę raptem godzinę, a on już rozpowiadał obcym ludziom, że jestem jego żoną? To było wręcz niewiarygodne. Jean odpuścił walkę o płacenie zakupów, chyba widząc moje wkurzenie na twarzy. W końcu kobieta wskazała ręką terminal, do którego przyłożyłam kartę płatniczą. Po otrzymaniu paragonu wzięłam jedną torbę z zakupami i bez pożegnania wyszłam ze sklepu. Jean jeszcze coś powiedział do kasjerki i wybiegł za mną.
— Eh, attendez-moi — poczekaj na mnie! — krzyknął, zrównując się ze mną.
Nie chciałam na niego czekać. Chciałam być teraz sama, ale nic nie wskazywało na to, żeby było to możliwe.
— Czemu mam na ciebie czekać? — wyrzuciłam z siebie, lekko podirytowana.
— Bo idziemy chyba w tym samym kierunku, non — nie? — zapytał lekko zdziwiony.
Uśmiechnął się do mnie, a jego białe zęby błyszczały w słońcu. Miał nawet uroczy uśmiech. Nie! Musiałam się ogarnąć — nie mógł mnie oczarować tym uśmiechem.
— Co takiego śmiesznego powiedziałeś przed chwilą?
— O, chcesz wiedzieć? — uniósł brwi, uśmiechając się kątem ust.
— Być może?
— Oui ou non — tak lub nie? Nie ma „może” — zaśmiał się.
I znowu ten jego uśmiech.
— Peut-être — być może, jeżeli nie rozumiesz — odpowiedziałam z lekkim francuskim akcentem.
— Non, non — nie, nie. Musisz jedno wybrać.
— Niech będzie… tak. Teraz możesz mi powiedzieć?
— Dobrze, ale najpierw musisz się uśmiechnąć. Wtedy ci powiem — mrugnął do mnie.
Chyba sobie żartował w tym momencie. Nie miałam zamiaru się do niego uśmiechać. Przyśpieszyłam kroku, ale mimowolnie się uśmiechnęłam. Nie chciałam tego — było to silniejsze ode mnie. Musiał to zauważyć, bo kiedy znowu się ze mną zrównał, zaczął mówić.
— Powiedziałem, że jesteśmy…
— Tyle to zrozumiałam. Co potem — przerwałam mu.
— Potem powiedziałem, że jesteś Amerykanką i że przyjechaliśmy na wakacje do Paryża, do mojej rodziny. I że zawsze się tak kłócimy, bo nie pozwalasz mi płacić.
— No i? Nic w tym śmiesznego?
— Śmiała się, bo według niej wyglądaliśmy uroczo.
— Bardzo… — wymamrotałam, próbując ukryć rumieńce na policzkach.
— Ej, to tylko żarty… — dodał szybko, śmiejąc się.
Wpisałam kod do drzwi, a Jean otworzył je i przytrzymał wpuszczając mnie pierwszą do środka. Z jednej strony byłam zła na to co powiedział wcześniej, ale z drugiej strony poczułam ciepło na policzkach — i na pewno nie było to spowodowane gniewem. To były rumieńce i miałam nadzieję, że on tego nie zauważy. Było w nim coś, co zaczynałam lubić. Wróciliśmy do mieszkania gotowi ugotować nasz wspólny obiad. Jean w kuchni okazał się bardzo pomocny. Na początku pomógł mi rozpakować zakupy, a po chwili każde z nas było czymś zajęte. Przez jakiś czas żadne z nas nic nie mówiło i poczułam niezręczną ciszę.
— Przydałoby się jakieś radio w kuchni — rzuciłam w końcu, przerywając milczenie.
Po tych słowach Jean od razu się rozpromienił. Lodowiec, który przez chwilę był między nami, właśnie się przełamał. Opuścił stanowisko w kuchni i poszedł do salonu włączyć jakiś kanał muzyczny na telewizorze.
— Mogę przynieść ci radio, jeśli chcesz — powiedział, uśmiechając się. — Będę miał pretekst, żeby tu jeszcze wrócić. A na razie musi nam wystarczyć kanał muzyczny à la télé — w telewizorze.
Czyli chciał wrócić. To nie było nasze ostatnie spotkanie.
— Dobra. Gotowałeś kiedyś spaghetti? — zapytałam, spoglądając na niego.
Pokiwał głową przecząco. Mhm, czyli będę musiała sama wszystko zrobić. Przynajmniej pokażę Francuzowi, że my Amerykanie też umiemy gotować. Nie żywimy się jedynie fast foodem. Gotować nauczyła mnie babcia. W naszej rodzinie tylko ona naprawdę dobrze gotowała. Reszta wolała kupować gotowe potrawy, które można było szybko podgrzać w mikrofali. Kiedy ja nauczyłam się gotować jak ona, skończyło się podgrzewanie sklepowego jedzenia. Byłam z tego bardzo dumna — chyba każdemu smakowało, przynajmniej nikt nie narzekał. Potrafiłam ugotować chyba wszystko.
— Okej, to zaczniemy od makaronu… — powiedziałam, zabierając się do pracy.
Dalej poszło nam już sprawnie. Jean dzielnie dotrzymywał mi kroku w gotowaniu — pomagał i nie przeszkadzał. Ja, Emma Benet, uczyłam gotować Francuza. Nigdy bym się tego nie spodziewała. W trakcie rozmowy poznawałam Jeana coraz bardziej. Brak jego umiejętności kulinarnych wynikał z tego, że od dziecka towarzyszyła mu pomoc domowa, która była też jego opiekunką. Przykro było mi słuchać, że większość życia on i jego młodszy brat byli wychowywani przez opiekunki, najczęściej pochodzenia imigranckiego. Jego opiekunka, którą — jak sam powiedział — kochał najbardziej ze wszystkich, nazywała się Anne-Sophie. Kobieta pochodziła z Senegalu i wyemigrowała do Paryża w poszukiwaniu lepszej pracy oraz wyższych zarobków, żeby utrzymać swoje dzieci i rodzinę, która została na miejscu. Każdy zarobiony cent wysyłała na ich utrzymanie. Sama mieszkała z Jeanem i jego rodziną w wielkim apartamencie. Oszczędzała każde euro, by pewnego dnia móc ściągnąć swoje dzieci do siebie i dać im lepsze życie, którego sama nigdy nie doświadczyła. Niestety los chciał inaczej. Anne-Sophie ciężko zachorowała na raka piersi i nie było już dla niej ratunku. Lekarze wykryli chorobę zbyt późno — rak był już w ostatnim stadium. Rodzice Jeana obiecali opiekunce, że po jej śmierci zaopiekują się jej dziećmi. Mieli zadbać o ich przyszłość. Po śmierci Anne-Sophie wzięli odpowiedzialność za jej rodzinę — opłacili transport ciała do jej rodzinnej wioski i zapewnili dzieciom edukację w najlepszych prywatnych szkołach w kraju. Po ukończeniu nauki ściągnęli je do Francji, aby mogły kontynuować studia na uniwersytetach. Po ich ukończeniu podjęły pracę na kierowniczych stanowiskach w różnych zakątkach świata. Wyedukowali całą szóstkę. Jean i jego rodzina do dziś utrzymują z nimi kontakt. Dali dzieciom szanse, a one ją wykorzystały. Po odejściu Anne-Sophie nie mieli już żadnej innej opiekunki. We Francji opiekunki były widoczne na każdym kroku — zajmowały się dziećmi, kiedy rodzice ciągle pracowali. Smutne było to wszystko. U mnie rodzina zawsze była blisko. Nigdy nie miałam opiekunki — zawsze ktoś z rodziny był, aby się mną zaopiekować, a później także moim młodszym bratem, kiedy się urodził. Czas szybko mijał przy gotowaniu i rozmowach. Dzięki niemu dowiedziałam się dużo o kulturze francuskiej. Był to dla mnie zupełnie inny świat, którego wcześniej nie znałam. Kiedy wszystko było już gotowe, Jean zorganizował stolik i krzesła na balkonie. Było idealnie — jak w pięciogwiazdkowej restauracji. Jedzenie było przepyszne, mieliśmy widok na wieżę, a ciepłe popołudniowe powietrze nas otulało. Cydr okazał się rzeczywiście pyszny. Jean miał rację — do obiadu pasował idealnie.
— Jean? — zapytałam.
— Hmm…? — odpowiedział, nakładając makaron na widelec. Patrzył na mnie swoimi jasnymi jak ocean oczami.
— Chyba nie zadałam najważniejszego pytania?
— Quelle — jakiego? — zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony.
— Ile ty właściwie masz lat? — powiedziałam w końcu.
Z początku patrzył na mnie zdziwiony, ale po chwili roześmiał się na moje zadane pytanie. Nie rozumiałam, co go tak rozbawiło — przecież nie powiedziałam nic śmiesznego.
— Co cię tak bawi?
— Non, non, rien — nie, nie, nic — odpowiedział, potrząsając głową.
Nie wyglądało to dla mnie na „nic,” więc drążyłam dalej.
— Co?
Przez chwilę spoważniał i spojrzał na mnie ponownie.
— Znamy się już całe popołudnie. Pani ze sklepu myśli, że jesteśmy małżeństwem od pięciu lat, a ty dopiero teraz pytasz, ile mam lat?
— No i? — wzruszyłam ramionami. — Nie było wcześniej okazji, żeby zapytać…
— A na ile wyglądam? — mrugnął do mnie.
I znowu ten uśmiech. Ten szczery, piękny uśmiech.
— Nie wiem — przyznałam, patrząc mu w oczy.
— Non, non, non — nie, nie, nie… na ile? — nalegał.
Strzelałam na oślep.
— 26? — rzuciłam na początek.
— Non — nie, ale blisko.
Nie mógł mieć chyba więcej… a jeśli miał, to na pewno nie wyglądał.
— 28? — próbowałam dalej.
— Non — nie.
— Więcej?
— Mhm.
— 30? — rzuciłam.
— Bingo! — zaśmiał się.
— Naprawdę?
— Oui — tak. Może nie wyglądam, ale jak chcesz, pokażę ci dokument.
— Nie, wierzę ci — odparłam, nadal lekko zdziwiona.
— A ty? — spytał, nachylając się lekko w moją stronę.
— Strzelaj — odpowiedziałam, biorąc łyk cydru, gotowa do gry.
— 40? — rzucił, uśmiechając się szeroko.
— Co? — prawie się zakrztusiłam kolejnym łykiem. Nie mogłam chyba wyglądać aż tak staro. Na pewno nie.
— Non, non, je rigole — nie, nie, żartuję oczywiście — zaśmiał się.
— Bardzo śmieszne… — prychnęłam, kręcąc głową.
— Donc — więc 24?
— Tak… skąd wiedziałeś? Tak wyglądam?
— Non — nie, wyglądasz na dziewiętnaście.
— To skąd?
— Na twoim profilu przy wynajmie mieszkania było napisane.
— Aa… stąd wiesz. — mruknęłam.
No tak, mogłam się domyśleć, że sprawdza profile osób wynajmujących. Na moje szczęście nie wstawiłam żadnego zdjęcia, więc nie mógł wcześniej zobaczyć, jak wyglądałam.
— W takim razie pracujesz tak? — zapytałam zaciekawiona.
— Oui — tak — odpowiedział krótko.
— A mogę wiedzieć, gdzie? Jeśli to nie tajemnica.
— Bien sûr — oczywiście. Jestem lekarzem.
— Zwykłym czy z jakąś konkretną specjalizacją? — dodałam, ciekawa szczegółów.
— Nie wiem, jak się mówi po angielsku, ale po francusku oncologiste — onkolog.
— Onkolog — powtórzyłam.
— Oui, c’est ça — tak, dokładnie — przytaknął z uśmiechem.
— Pięknie.
— Tak. Kiedy Anne-Sophie odeszła, wiedziałem, że chce zostać lekarzem. Chciałem pomagać innym. Teraz prowadzę akcje prewencyjne i zapraszam opiekunki na badania, aby uchronić jak najwięcej osób przed losem, który ją spotkał.
— Niesamowite — patrzyłam na niego z podziwem.
— A ty? — spojrzał na mnie z ciekawością.
— Kończę studia na kierunku kreatywnego pisania w Nowym Jorku.
— O… a co to dokładnie? — zapytał zdziwiony.
— Uczą nas kreatywnego pisania. Coś w stylu: jak napisać dobrą książkę i takie tam.
— Bardzo ciekawe.
— Zgadzam się. Może brzmi to banalnie, ale w rzeczywistości jest to dość trudny kierunek.
— Peut-être — może… kiedyś napiszesz książkę o mnie? — mrugnął z uśmiechem.
— Być może… nigdy nie wiadomo — zaśmiałam się cicho.
Czy on naprawdę chciałby kiedyś znaleźć się w mojej książce? Ciekawe, jak bym go tam opisała.
— No więc tak. Na razie zdałam czwarty rok i dlatego te wakacje. — odchrząknęłam.
— W takim razie świetnie wybrany kierunek wakacji.
Powoli kończyliśmy obiad, dalej rozmawiając i śmiejąc się. Po posiłku posprzątaliśmy ze stołu, a Jean zaproponował, że pozmywa naczynia. To było bardzo miłe — nie musiał tego robić, ale skoro chciał, nie zabraniałam mu. Ja wróciłam na balkon, popijając resztkę cydru. Tak, teraz czułam smak prawdziwych wakacji. Nawet złość na Lauren powoli gdzieś ulatywała. Gdyby nie splot wcześniejszych zdarzeń, nigdy nie poznałabym Jeana i nie przeżyła tak uroczego popołudnia. Niedługo miało się ściemniać, więc Jean zaproponował obiecany spacer nad Sekwanę, żeby pokazać mi zachód słońca. Po raz kolejny tego dnia wyszliśmy razem z mieszkania. Tym razem skierowaliśmy się w przeciwnym kierunku niż rano. Szliśmy powoli, wcale się nie spiesząc. Ulica, przy której znajdował się mój blok, była jednokierunkowa, więc też niezbyt szeroka. Po obu stronach znajdowały się sklepiki, piekarnie, a nawet szkoła. Wszystko było już zamknięte, ale Jean zapewniał, że normalnie panuje tu duży ruch — szczególnie w boulangerie — piekarniach. Francuzi uwielbiają świeże pieczywo i kupują je głównie właśnie tam. Minęliśmy też spore centrum handlowe, oddalone zaledwie dziesięć minut od mieszkania. Drzewa były zielone, kwiaty kwitły w doniczkach na parapetach i balkonach. Na niektórych kamienicach, na dachach, widać było ogrody z drzewami — prawdziwymi drzewami. Po dwudziestu minutach spaceru dotarliśmy nad Sekwanę. Przy deptaku cumowały barki zamieszkałe przez podróżujących ludzi, którzy przemieszali się od miasta do miasta. Słychać było szum wody oraz przejeżdżający podmiejski pociąg — RER. Samochody jeździły po drugiej stronie rzeki, w szesnastej dzielnicy. Słońce powoli zachodziło. Usiedliśmy na murku i patrzyliśmy na zachód słońca w ciszy. Nic nie mówiliśmy — miałam wrażenie, że oboje chcemy nacieszyć się tą chwilą. Nie wiem, jak długo tak siedzieliśmy, ale z zamyślenia wyrwał nas telefon Jeana. Oboje aż podskoczyliśmy. Jean wyjął telefon z kieszeni marynarki i zerknął na ekran. Spojrzał przepraszająco i wstał, żeby odebrać. Jego telefon uświadomił mi, że i ja niedługo będę musiała zadzwonić do rodziców, kiedy wrócę do mieszkania. Oddalił się trochę dalej, chodząc w kółko. Z tej odległości nie byłam w stanie usłyszeć jego rozmowy. Odwróciłam się, żeby mu nie przeszkadzać. Było wspaniale. Nie chciałam wracać do mieszkania. Chciałam zostać tu jak najdłużej — nawet z nim. Czułam jednak, że to nie będzie możliwe. Wiedziałam o tym, ale gdzieś głęboko liczyłam, że jeszcze chwilę tu posiedzimy. Niestety nie mogłam zatrzymać tej chwili. Kiedy skończył rozmowę, ponownie do mnie dołączył. Spojrzał w głąb miasta i powiedział:
— Muszę już wracać …
Nic mu nie odpowiedziałam. Kiwnęłam tylko głową, dając mu do zrozumienia, że rozumiem. Było mi trochę przykro, że nie możemy zostać tu dłużej. Podał mi rękę, pomagając wstać z murku. Kiedy ją chwyciłam, po moim ciele przeszedł lekki dreszcz. Robiło się coraz chłodniej. Jean to zauważył i jak prawdziwy dżentelmen zdjął z siebie marynarkę zarzucając ją na moje ramiona.
— Dziękuję — uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam w jego oczy.
Widziałam w nich małe błyszczące iskierki. Uśmiechnął się do mnie i ruszyliśmy w stronę mieszkania w kompletnej ciszy. Słychać było tylko szum przejeżdżających obok samochodów. Wracaliśmy tą samą trasą, ale miałam wrażenie, że wszystko dzieje się szybciej — jakby świat nieubłagalnie przyśpieszył. Kiedy doszliśmy do bloku, chciałam wydusić z siebie zaproszenie na górę. Żeby wszedł jeszcze na chwile. Na herbatę. Żebyśmy mogli posiedzieć razem na balkonie. Mogliśmy nawet siedzieć w ciszy — to nie było ważne. Chciałam tego. Po raz pierwszy od momentu, kiedy wszedł bez zaproszenia do mieszkania. Teraz chciałam, żeby wszedł na moje zaproszenie. Ale jedyne, co udało mi się powiedzieć, to.
— Dziękuję…
— De rien — nie ma za co.
Oddałam marynarkę, pchnęłam furtkę i weszłam do środka. Wróciłam do mieszkania. Podbiegłam jeszcze do balkonu, chcąc sprawdzić, czy może stoi na dole. Ale już go nie było. Tylko jakieś auto wyjeżdżało z garażu. Wróciłam do salonu i zaczęłam chodzić po nim nerwowo. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. W końcu wzięłam telefon i zadzwoniłam do rodziców. Chcieli, żebym opowiedziała im wszystko, ale nie miałam ochoty na długą rozmowę. Chciałam się położyć i odpocząć. Było dopiero po dwudziestej pierwszej, a ja już czułam się zmęczona. Obiecałam rodzicom, że opowiem im wszystko następnego dnia, kiedy trochę pozbędę się jetlagu. Po zakończonej rozmowie szybko się umyłam i położyłam do łóżka. Patrząc na oddaloną wieżę za moim oknem, w końcu zasnęłam.
Rozdział 4 — Napoleon, Inwalidzi oraz mokra niespodzianka
Następny dzień nadszedł bardzo szybko. W końcu czułam się wypoczęta, a po wczorajszym jetlagu nie pozostało nic. Leżąc w łóżku i gapiąc się w biały sufit nade mną, rozmyślałam o wczoraj. Czas spędzany z Jeanem był pełen zaskoczeń i wrażeń, ale mimo różnych zawiłości był to bardzo miło spędzony dzień. Dzisiejszy dzień powinnam wykorzystać produktywnie, a nie marnować go na leżenie plackiem w łóżku. Sięgnęłam po telefon leżący na krześle. Było wpół do dziewiątej — wczesna godzina, ale wystarczająco dobra, żeby zaplanować cały dzień. Podniosłam się z łóżka i oparłam głowę o ścianę. Dziś wieża Eiffla była ledwo widoczna, a za oknem padał deszcz. Dzisiejsza pogoda nijak nie przypomniała wczorajszego pięknego, słonecznego dnia. Aura za oknem nie zachęcała do zwiedzania, ale nie mogłam marnować dnia na siedzenie w domu. Musiałam znaleźć jakąś zadaszoną atrakcję — w grę wchodziło jakieś ciekawe muzeum. Po kolejnych kilkunastu minutach bezsensownego wpatrywania się w wieżę postanowiłam w końcu wygramolić się spod ciepłej kołdry. Zapalając światło w łazience, miałam nadzieję, że odmówi posłuszeństwa, ale niestety — jak na złość — zaświeciło się bez problemu. Po porannej toalecie poszłam do kuchni przygotować kakao, żeby trochę się dobudzić. Do napoju dorobiłam jeszcze musli z owocami i rodzynkami, które zalałam ciepłym mlekiem. Siedząc przy kuchennym stole, patrzyłam na bloki znajdujące się naprzeciwko. Obserwowałam ludzi w ich mieszkaniach — jedni biegali, szukając czegoś przed wyjściem, inni, podobnie jak ja siedzieli w kuchni sami lub ze swoimi rodzinami. Dla wielu Paryżan był to pracujący środek tygodnia, ale dla mnie — drugi dzień wakacji. Po skończonym śniadaniu pozmywałam naczynia i poszłam do walizki odszukać przewodnik z mapą Paryża. Kiedy w końcu udało mi się wygrzebać go z dna walizki, wróciłam do salonu i usiadłam na sofie. Przewodnik nie był najnowszy, ale miałam nadzieję, że nie zdążył się zdezaktualizować. Książkę dostałam w prezencie od Lauren na moje osiemnaste urodziny. Po jej otrzymaniu od razu wzięłyśmy się za wertowanie i zaznaczanie przylepnymi karteczkami strony z najważniejszymi zabytkami do zobaczenia oraz innymi atrakcjami, których nie mogłyśmy pominąć. Na spełnienie marzenia musiałam czekać kolejne kilka lat, ale… w końcu się udało. Przeglądając przewodnik, wpadło mi w oko muzeum Luwr. To właśnie tam znajdowały się najsłynniejsze dzieła takich artystów jak Leonardo da Vinci — w tym najważniejsze, Mona Lisa — a także rzeźby Nike z Samotraki czy Wenus z Milo. Luwr był najważniejszym punktem do zobaczenia, ale na początek miałam ochotę odwiedzić coś mniejszego. Miejsce, gdzie nie byłoby aż tylu turystów, a które nadal byłoby warte zobaczenia. Przeglądając kolejne strony przewodnika, natknęłam się na coś bardzo interesującego — Pałac Inwalidów. Obiekt stanowił zespół budynków z XVII i XVIII wieku. Początkowo powstał jako pensjonat i szpital dla weteranów wojennych, a dziś mieściły się w nim między innymi muzea poświęcone I i II wojnie światowej oraz sarkofag Napoleona Bonaparte. Było to idealne miejsce do zwiedzania przy takiej pogodzie. Miałam już plan na cały dzień. W telefonie otworzyłam nawigacje, szukając najszybszej trasy dojazdu. Kilka minut pieszo od mieszkania znajdowało się metro, które jechało bezpośrednio do Pałacu Inwalidów, a samo muzeum otwierało się dopiero o godzinie dziesiątej. Do jego otwarcia miałam jeszcze chwilę, więc nie musiałam się spieszyć. Po zrobieniu i wypiciu jeszcze jednego kakao poszłam się ubrać i spakować plecak. Wrzuciłam do niego najpotrzebniejsze rzeczy:
butelkę wody
maślane bułeczki
telefon
oraz przewodnik z mapą Paryża
Gotowa na cały dzień wyszyłam z mieszkania. Pogoda na szczęście się poprawiła, a z porannego deszczu pozostały jedynie kałuże na ulicach. W telefonie ponownie otworzyłam nawigacje, żeby wyznaczyć sobie najszybszą trasę. Do Pałacu Inwalidów miałam dostać się metrem linią numer osiem, której stacja znajdowała się stosunkowo blisko mojego mieszkania. Jeszcze raz spojrzałam na nawigację i ruszyłam w dół ulicy, mijając sklep Franprix, w którym jeszcze wczoraj robiłam zakupy z Jean-Baptiste ‘em. Wychodząc z małej, jednokierunkowej uliczki na główną aleję, od razu dało się zauważyć znacznie większy ruch. Czuć było tętniące życiem miasto. Po obu stronach ulicy znajdowały się różne sklepiki: la boucherie — rzeźnik, warzywniaki oraz boulangeries — piekarnie, które o tej porze były oblegane przez lokalnych mieszkańców, kupujących świeże pieczywo. Tak jak wspominał dzień wcześniej Jean-Baptiste, w tygodniu ulica żyła pełnią życia. Na stacji metra kupiłam karnet z dziesięcioma biletami, żeby nie musieć za każdym razem kupować pojedynczego. Przechodząc przez bramki, skasowałam swój pierwszy paryski bilet i zeszłam na peron w kierunku Pointe du Lac. Do celu miałam zaledwie pięć stacji. Rozglądając się po stacji Félix Faure, nie zauważałam większych różnic w porównaniu ze stacjami w Nowym Jorku. Peron był zbudowany owalnie, a na ścianach wisiały plakaty reklamujące sztuki teatralne oraz nadchodzące albumy muzyczne. Do ścian przymocowane były zielonkawe krzesełka. Widać było, że metro swoje lata świetności miało już dawno za sobą, a na torowisku można było zobaczyć swobodnie biegające szczury, które niczym się nie przejmowały.
— Prawie jak w domu — wyszeptałam.
Stacja powoli zapełniała się ludźmi. Kiedy metro w końcu wjechało na peron, a drzwi się otworzyły, rozpoczął się istny armagedon. Na mojej stacji mało kto wysiadał, za to do już przepełnionego wagonu wsiadało mnóstwo pasażerów. Czas na wyjście i wejście był bardzo krótki — trwało to zaledwie kilka sekund. Stałam na peronie, zastanawiając się, jak mam się tam zmieścić, gdy nagle usłyszałam sygnał zamykających się drzwi. Ściągnęłam plecak i ostatnim rzutem wskoczyłam do wagonu. To była prawdziwa walka o życie. Przez przepełnienie drzwi miały problem z domknięciem się, ale po kilku próbach w końcu się zamknęły i pociąg ruszył. Metro przez całą drogę trzęsło się niemiłosiernie, co sprawiało, że tłum napierał na mnie ze wszystkich stron. Byłam przyklejona do rozsuwanych drzwi jak sardynka. Wagony nie należały do najnowszych, co dało się odczuć już po kilku minutach jazdy. W środku robiło się coraz bardziej duszno i parno. O takim luksusie jak klimatyzacja można było tu zapomnieć. Jej namiastką były pootwierane, małe okienka, które nie dawały żadnego przewiewu. Jadąc w tym tłumie przez kolejne pięć stacji, zastanawiałam się nad tymi, którym nie udało się wysiąść na czas. Na każdej następnej stacji dosiadali się kolejni pasażerowie, a ja byłam coraz bardziej wciągana w głąb wagonu. Kiedy z głośnika usłyszałam komunikat o następnej stacji: Invalides — Inwalidzi, przygotowałam się do wyjścia. Gdy wjechaliśmy na peron i drzwi się otworzyły, z wagonu wylał się tłum, pchając mnie razem ze sobą. Na peronie odetchnęłam z ulgą — ta przyjemność była już za mną. Metro odjechało niemal puste i aż żałowałam, że nie mogłam tego doświadczyć wcześniej. Na plecy zarzuciłam plecak i ruszyłam z tłumem w stronę wyjścia. Kolejnymi korytarzami dotarłam do ruchomych schodów prowadzących na górę.
— Świeże powietrze.
W końcu byłam na dworze. Niestety na zewnątrz nie było żadnego oznakowania wskazującego drogę do muzeum. Z kieszeni spodni ponownie wyjęłam telefon. Cieszyłam się, że nikt wcześniej go nie wyciągnął i nie ukradł. Według nawigacji miałam dwie opcje:
przejść nieco ponad kilometr pieszo
albo
złapać autobus numer trzydzieści pięć i podjechać jeden przystanek.
W grę wchodziła więc druga opcja. Gdy wyszłam z budynku, deszcz zaczął ponownie kropić. Oczywiście — jak zwykle — nie miałam parasolki, bo po co mi ona? Szłam wzdłuż budynku przypominającego dworzec kolejowy. Być może kiedyś pełnił taką funkcję, ale obecnie był przekształcony w niewielką kawiarenkę z ogródkiem. Pod parasolami siedzieli ludzie, popijając kawę i zajadając się croissantami. Od przystanku dzieliły mnie już tylko pasy ze światłami. Odwróciłam się za siebie, sprawdzając czy mój autobus nie nadjeżdża. Na moje nieszczęście bardzo szybko zbliżał się do przystanku. Wpatrywałam się w czerwonego ludzika na sygnalizacji, próbując wymusić zmianę na zielone. Coraz bardziej się niecierpliwiłam. Musiałam złamać prawo i przejść na czerwonym świetle. Podeszłam do krawężnika, nie patrząc czy coś nadjeżdża — i wtedy… zobaczyłam, jak ogromna fala wody leci prosto na mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. W chwili, gdy chciałam przejść, samochód wjechał w największą kałużę, jaka mogła się tam znajdować. Po drugiej stronie ulicy autobus właśnie podjechał na przystanek. Nie było czasu, by znaleźć winnego i powiedzieć mu kilka niemiłych słów. Rzuciłam się, cała mokra, pędem w stronę autobusu. W ostatniej chwili wskoczyłam do środka i weszłam w głąb, szukając jakiegoś miejsca. Idąc przez autobus, czułam na sobie spojrzenia kierowcy i innych pasażerów. Musieli być przerażeni tym, jak teraz wyglądałam. Gdybym sam zobaczyła się w lustrze, zapewne, miałabym taki sam wyraz twarzy. Czułam, jak woda spływa z moich ubrań. Nie wiedziałam, co dalej robić — wracać do domu czy jednak kontynuować zwiedzanie. W głowie szybko przekalkulowałam swoje „za i przeciw”:
argumentem za pozostaniem — było uniknięcie jazdy metrem w tłumie,
przeciw — chodzenie po muzeum w mokrych ubraniach i ryzyko przeziębienia.
Hmm… jednak opcja pierwsza wygrywała. Nie miałam zamiaru tak szybko ponownie przeżywać tego koszmaru. W muzeach zawsze znajdowały się sklepiki z pamiątkami, a w takich miejscach zazwyczaj można było kupić jakąś bluzkę albo chociaż suche skarpetki. Zdjęłam plecak, żeby sprawdzić, czy nie ucierpiał. Na szczęście był suchy — choć nie wiadomo czemu był otwarty. Rozsunęłam go jeszcze szerzej, upewniając się, że nic z niego nie wypadło. Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu. Na następnym przystanku wysiadłam, zostawiając na podłodze mokrą kałużę. Po deszczowej chmurze nie było już śladu — pogoda się poprawiła, a zza chmur powoli przedzierało się słońce. Przeszłam przez kolejną ulicę i wtedy przede mną ukazał się Pałac Inwalidów w całej swojej okazałości. Złota kopuła wyłaniała się znad okolicznych budynków. Żeby wejść na teren obiektu, musiałam przejść kontrolę osobistą. Próbowałam nie zwracać uwagi na uśmiechających się do siebie ochroniarzy. Po rewizji ruszyłam do głównego budynku, kupić bilet. W środku pomieszczenie było klimatyzowane, a przede mną ustawiła się kolejka. Rozglądałam się po pomieszczeniu, szukając czegoś na zmianę, ale niestety w tym miejscu sprzedawano wyłącznie bilety wstępu. Kiedy nadeszła moja kolej, podeszłam do okienka. Pani przy kasie wydrukowała mi darmowy bilet, informując, że osoby do dwudziestego szóstego roku życia oraz studenci nie płacą za wstęp. Podziękowałam, a przed odejściem zapytałam jeszcze o sklepik z pamiątkami. Miła kobieta wskazała mi drogę. Ponownie podziękowałam i wyszłam z budynku. W sklepiku od razu ruszyłam na dział z ubraniami. Wybór nie był zbyt duży — jedyne, co udało mi się znaleźć to czarne legginsy w różowe wieże Eiffla w rozmiarze dziecięcym, skarpetki z podobnym motywem oraz bluzkę z napisem I Love Les Invalides oraz bluzę z hasłem I Love Paris. Nie miałam zbyt dużego wyboru — musiałam wziąć to, co było dostępne. Lepsze to niż chodzenie w mokrych ubraniach po klimatyzowanym muzeum. Zarówno bluzkę, jak i bluzę wzięłam w rozmiarze XL, żeby zakryć przymałe legginsy. Pani przy kasie, skanując moje zakupy również się uśmiechała. Zapewne niecodziennie trafiał się klient kupujący cały komplet ubrań. Zapłaciłam, wzięłam torbę i wyszłam — tym razem szukając łazienki. Znalazłam ją obok wejścia do muzeum I i II wojny światowej. Przy wejściu wisiało duże lustro, które bezlitośnie ukazywało mój obecny stan. Nie byłam jedynie mokra — byłam też lekko ubłocona. Patrząc na siebie, nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek dorwę tego kierowcę, uduszę go własnymi rękami na miejscu. Weszłam do pierwszej wolnej kabiny, zdjęłam z siebie mokre ubrania i papierem toaletowym zaczęłam się wycierać na tyle, na ile mogłam. Przemoczone rzeczy włożyłam do plastikowej torby, a zakupione ubrania założyłam na siebie. Poczułam się teraz odrobinę lepiej. Niestety buty nadal były mokre, ale z tym mogłam już żyć. Legginsy — tak jak się spodziewałam — okazały się za małe. Ledwo sięgały pępka i bez wątpienia był to rozmiar dziecięcy. Na szczęście bluzka i bluza skutecznie zakrywały tę niedoskonałość. Po wyjściu z kabiny podeszłam jeszcze do umywalki, opłukałam twarz, spięłam włosy w kok i gotowa do zwiedzania wyszłam z łazienki. Po kontroli biletowej w końcu weszłam do muzeum. W pierwszej sali przywitały mnie mundury z różnych epok, a w kolejnych armaty oraz broń palna. Te ekspozycje z pewnością przypadłyby do gustu mojemu bratu Tomowi. Miał piętnaście lat i był zafascynowany bronią, mundurami i całą wojenną otoczką. Gdyby tu był, pewnie nie wyszedłby z muzeum aż do wieczora. Włączyłam aparat w telefonie i zaczęłam robić zdjęcia. Oglądałam każdą gablotę, a każdy opis czytałam dokładnie. Na szczęście opisy były dostępne w kilku językach, w tym również po angielsku. Przechodząc z jednej sali do drugiej, miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje — a wręcz śledzi. Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy przy kolejnej gablocie po raz kolejny zauważyłam tego samego wysokiego mężczyznę o ciemnych włosach. Czułam na sobie jego wzrok. Początkowo myślałam, że to zwykły przypadek, jednak po kilkunastu gablotach zorientowałam się, że to nie była przypadkowa zbieżność. Czułam się nieswojo. Próbowałam ignorować jego spojrzenia, wmawiając sobie, że zaraz wyjdę i zgubię go gdzieś na zewnątrz. Wchodząc do kolejnej sali poświęconej II wojnie światowej i czytając opis dotyczący Führera, nagle usłyszałam tuż przy uchu wyszeptane słowa:
— Excusez-moi — przepraszam…
Odskoczyłam od gabloty jak oparzona, kompletnie się tego nie spodziewając. Odwróciłam się, a za mną stał ten sam mężczyzna, który od jakiegoś czasu mnie śledził. Nie wiedziałam, jak się zachować — czy nakrzyczeć na niego za naruszanie mojej przestrzeni osobistej, czy spokojnie zapytać, o co chodzi. Niestety wyszła z tego mieszanka jednego i drugiego.
— Co ty chcesz ode mnie?! — wyrwało mi się ostrzej niż zamierzałam.
Mężczyzna aż się cofnął, wyraźnie zaskoczony moim podniesionym głosem, a zwiedzający wokół nas zatrzymali się, patrząc, co się dzieje. Zamknęłam oczy, wypuściłam powietrze i powtórzyłam pytanie — tym razem ciszej:
— Słucham? Coś się stało?
Nieznajomy nic nie odpowiedział, a zwiedzający wrócili do oglądania wystawy. Ku mojemu zdziwieniu przed moimi oczami ukazał się… mój przewodnik. Nie mogłam w to uwierzyć. Jak to się stało, że ten mężczyzna trzymał go teraz w dłoni? Przecież był w moim plecaku. Szybko zdjęłam plecak i przeszukałam go dokładnie — ale go tam nie było. To nie była halucynacja. Ten mężczyzna rzeczywiście trzymał mój przewodnik i przyglądał mi się z lekkim rozbawieniem, obserwując moje niedowierzanie. W końcu odezwał się z wyraźnym francuskim akcentem:
— To twój non — nie?
— Tak… — odpowiedziałam ostrożnie. — Ale jak? Gdzie go znalazłeś?
Mężczyzna otworzył książkę na stronie, gdzie znajdowało się moje zdjęcie z Lauren. Fotografia przedstawiała nas w kawiarni, gdy piłyśmy mrożone herbaty. Zdjęcie zrobił tamtego dnia Marco swoim polaroidem. Byłyśmy takie roześmiane… teraz wszystko wydawało się tak odległe. Ze zdjęcia zrobiłam zakładkę do książki, ale wciąż nurtowało mnie jedno pytanie — skąd miał tę książkę?
— Skąd ją masz? — zapytałam, wskazując na mój przewodnik.
— Hmm… — przeciągał, udając zamyślonego.
— Donc — więc zacznijmy od początku — zrobił krótką pauzę. — C’est toi — to ty?
— Tak, to ja — skrzyżowałam ręce na piersi, zaskoczona jego pytaniem. — Jeśli ją znalazłeś, nie mogłeś po prostu oddać mi jej wcześniej? Musiałeś śledzić mnie po całym muzeum?
— Mais non — ależ nie… — zaprzeczył szybko, unosząc dłonie w obronnym geście. — Nie byłem pewien, czy to ty. Dlatego cię obserwowałem. Na zdjęciu wyglądasz… comment le dire — jak to powiedzieć… inaczej niż maintenant — teraz.
Ponownie spojrzałam na fotografię. Kiedy była robiona, miałam krótkiego boba do ramion i inne ubrania, ale chyba nadal dało się mnie rozpoznać.
— Okej — westchnęłam — To teraz powiedz mi, skąd masz mój przewodnik.
— A więc… — zaczął, po czym urwał.
Zapadła kolejna długa pauza.
— Je l’ai trouvé — znalazłem go — dodał w końcu.
Nieznajomy znów uśmiechnął się wesoło. Zaczynałam powoli tracić cierpliwość. Starałam się jednak zachować spokój, żeby nie robić kolejnego zamieszania. Uśmiechnęłam się również i sarkastycznie zapytałam jeszcze raz:
— Świetnie, to już wiemy. A gdzie go znalazłeś?
— No wiesz… — zawahał się. — Spotkała mnie taka zabawna sytuacja. Jechałem autem i przez przypadek wjechałem w kałużę, która ochlapała…
Dalsze słowa przelatywały przeze mnie, jakbym była duchem. Mówił, że gwałtownie się zatrzymał, gdy zobaczył, co się stało. Cofnął samochód, ale dziewczyna uciekła na drugą stronę ulicy do autobusu. Chciał zaproponować pomoc i przeprosić, lecz zniknęła. Gdy ruszył dalej, w prawym lusterku zobaczył leżącą na chodniku książkę. Wysiadł, podniósł ją, a w środku znalazł zdjęcie użyte jako zakładkę na stronie z Pałacem Inwalidów. Przy kasie zapytał, czy ktoś nie wiedział dziewczyny ze zdjęcia. Wytłumaczył, że znalazł przewodnik i chciał oddać go osobiście. Pani pokierowała go do muzeum, więc chodził za dziewczyną, bo nie był pewien, czy to ona — i dodatkowo, wstydził się podejść.
— Nie zdarzyło mi się wcześniej być tak zawstydzonym… — dodał ciszej, drapiąc się po głowie.
Ten mężczyzna sprzedał mi chyba największą bzdurę, jaką kiedykolwiek słyszałam. Śmiał się nerwowo, wyraźnie speszony. Gdy w końcu wszystkie jego łamane słowa do mnie dotarły, zrozumiałam dokładnie, co się wydarzyło. To on był tym kierowcą.
— To byłeś ty… — powiedziałam powoli, patrząc mu prosto w oczy.
To przez tego dupka zostałam ochlapana. Czułam, jak w środku się gotuję — ten sam gniew, który poczułam wtedy, gdy Lauren powiedziała, że ze mną nie leci. Wtedy nie miałam, jak wyrzucić z siebie złości, ale teraz? Teraz znalazł się idealny cel. Złapałam go za ramiona i zaczęłam nim szarpać. Nie miało znaczenia, że nie dosięgałam mu nawet do brody ani że nie ruszyłam nim choćby o centymetr. W tamtej chwili chciałam tylko wypuścić cały zalegający we mnie gniew. Zaczęłam na niego krzyczeć — dosłownie. Biedny chyba sam już nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Wykrzyczałam wszystko, co leżało mi na sercu. Zaczynając od tego, jakim prawem mógł mnie ochlapać, nawet jeśli był to przypadek, a kończąc na tym, że śledził mnie po całym muzeum, zamiast po prostu oddać przewodnik. W pewnym momencie, gdy bardziej wrzeszczałam niż mówiłam, poczułam na swoich ramionach czyjeś dłonie. Ręce należały do ochroniarza, który odciągnął mnie od zdziwionego nieznajomego. Ja za to… poczułam się o wiele lepiej. Ale tylko przez chwilę. Zaraz potem dotarło do mnie, co właśnie odwaliłam i że musiałam wyglądać jak kompletna wariatka. Jeden z ochroniarzy wciąż mnie trzymał, a drugi — który dobiegł chwilę później — rozmawiał z mężczyzną od przewodnika. Nie rozumiałam dokładnie, co mówili, ale wiedziałam jedno: wpakowałam się w naprawdę duże kłopoty. Po dłuższej wymianie zdań pierwszy ochroniarz mnie puścił, a sprawca — albo wybawca — rzucił szorstko, choć z uśmiechem:
— On y va — idziemy.
Nie wyglądał na złego. Wręcz przeciwnie — wydawał się rozbawiony całą sytuacją. Na końcu języka miałam pytanie, czy dokończymy zwiedzanie, ale coś podpowiadało mi, że raczej nie pozwolą mi na to ani dziś, ani już nigdy. Nieznajomy złapał moją dłoń i pociągnął w stronę wyjścia. Na zewnątrz w końcu mnie puścił, śmiejąc się.
— T’est folle — jesteś szalona.
To akurat zrozumiałam.
— Wariatka… — dodałam, kręcąc głową.
Kiedy emocje trochę opadły, naprawdę poczułam się jak wariatka. Byłam wdzięczna, że nie wynikły z tego większe problemy. Gdyby pojawiła się policja i zabrała mnie na komisariat, nawet nie wiem, jak bym się z tego wywinęła. Przecież napadłam na obcego człowieka. Podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy. Były ciemne, lśniące — i miałam wrażenie, że się do mnie śmieją. A może to tylko mi się wydawało? Mój wybawiciel patrzył na mnie i czekał na jakąkolwiek reakcję. Czułam, jak po raz kolejny moje policzki płoną ze wstydu. Nie wiem, jak długo tak staliśmy. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa. W tym momencie przypomniały mi się filmik z psami. Takie krótkie nagrania, na których pies coś przeskrobał, właściciel na niego krzyczał, a biedny zwierzak spuszczał łepek udając, że to na pewno nie o niego chodzi. Dokładnie tak było ze mną w tej chwili. Czułam, że nabroiłam, ale nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Nie miałam nic na swoje usprawiedliwienie ani żadnego sensownego wytłumaczenia swojego zachowania. W końcu zebrałam w sobie odrobinę odwagi i przerwałam tę niekończącą się ciszę.
— Mmm… No więc… Tak… Przepraszam? Dzięki za wstawienie się? To ja może już sobie pójdę… Tak, to bardzo dobry pomysł.
Zaczęłam powoli się oddalać, ale mężczyzna mnie zatrzymał.
— Eee… To chyba nie były przeprosiny? — powiedział lekko zdziwiony, unosząc brwi.
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam, co jeszcze mam mu powiedzieć. Przecież przeprosiłam… Czego on jeszcze ode mnie oczekiwał?
— Dobra, przepraszam szczerze. Nie powinnam była cię atakować, ale znalazłeś się w złym momencie i… — szukałam w głowie jeszcze jednego słowa, które mogłoby to wszystko jakoś załagodzić. — I przepraszam.
Czułam, że nadal były to marne przeprosiny, ale przynajmniej brzmiały już trochę bardziej wiarygodnie.
— Et — i? — zapytał, nachylając się lekko.
— I co? — prychnęłam.
Co on jeszcze ode mnie chciał? Pieniędzy? Przecież nawet nie zniszczyłam mu tego jego fancy-szmansy garniturku — przynajmniej tak mi się wydawało. Ale jeśli zależało mu na zadośćuczynieniu, mogłam wypłacić jakąś gotówkę z bankomatu. W mojej głowie plan brzmiał zdecydowanie lepiej niż w momencie, gdy wypowiedziałam go na głos.
— Dobra, w takim razie… Na ile wyceniasz swoją stratę moralną? — spytałam, starając się brzmieć poważnie.
— Quoi — co? Chcesz mi zapłacić? — mówił poważnym tonem, ale po jego minie było widać, że sytuacja go bawi.
Dupek…
— Sto euro? Wystarczy? — rzuciłam, podając kwotę.
Roześmiał się. Dla niego mogła to być śmieszna kwota, ale dla mnie były to realne pieniądze, za które mogłam spokojnie przeżyć tydzień w Paryżu. Nie miałam zamiaru płacić więcej temu nowobogackiemu Francuzowi. Sprawiedliwie byłoby, gdyby to on oddał mi pieniądze za ubrania kupione w sklepiku z pamiątkami, ale na to machnęłam już ręką.
— T’est folle — szalona jesteś. Bardzo nisko mnie wyceniasz — patrzył na mnie coraz bardziej rozbawiony.
— To co, chcesz? Nie mam całego dnia na stanie. Mam o wiele ciekawsze rzeczy do robienia.
— A bon — tak? Ciekawe jakie? — patrzył na mnie, jakby mi nie wierzył.
Był bezczelny. Co go w ogóle obchodziło, co ja miałam ciekawszego do roboty?
— Ciekawsze niż stanie z bogatym Francuzem pod muzeum, z którego właśnie zostałam wyrzucona — skrzyżowałam ręce na piersi. — Gdybyś się nie pojawił, skończyłabym zwiedzanie. Ale nie… Musiał pojawić się ktoś taki jak ty…
— A skąd wiesz, że bogatego? — uniósł brew, lekko zaciekawiony.
— Z kieszeni tych twoich fancy-szmansy spodni wystaje brelok od Bentleya…
— Fancy? Quoi — co?
— Nieważne… — przewróciłam oczami.
Spojrzał na swoje spodnie i rzeczywiście — z kieszeni wystawał brelok od Bentleya. Włożył rękę do kieszeni, chowając zawieszkę.
— D’accord — dobrze, ale skąd pewność, że to brelok od kluczy do auta? Może to brelok od kluczy do domu? — machnął ręką, jakby odganiał muchę.
— Słuchaj… — podeszłam bliżej, żeby lepiej mnie zrozumiał. — Może być i od garażu, mało mnie to obchodzi. Cała ta bezsensowna historia zaczęła się od ochlapania mnie właśnie autem. Sam się do tego przyznałeś, więc przejdźmy do konkretu i miejmy to już za sobą. Dziękuję.
Szach-mat, francuski dupku. Z tego nie mógł się już wywinąć.
— D’accord — dobrze… — mruknął w końcu. — Pojedziesz ze mną na obiad. Posiedzimy, pogadamy i każdy rozejdzie się w swoją stronę.
Przez chwilę miałam lekkie zacięcie. Rodzice nazywali to brakiem koncentracji, ja nazywałam to: zacięciami w moim wszechświecie. Bez zastanowienia rzuciłam:
— Dobra, co tam, chcesz.
Kiedy zauważyłam rosnący na jego twarzy uśmiech, dotarło do mnie, na co właśnie się zgodziłam.
— Super — odpowiedział z zadowoleniem.
— Czekaj, co?! Myślałam, że chcesz tę kasę! — jęknęłam, przerażona.
Miałam spędzić popołudnie z tą burżuazją… To nie tak miało wyglądać.
— Quoi — co? — spojrzał na mnie szeroko uśmiechając się. — Zgodziłaś się. Sama powiedziałaś, że jestem bogatym Francuzem. Więc co mi po tych stu euro?
Dupek… Był bezczelny i doskonale o tym widział. A ja? Miałam spędzić z nim czas. Świetnie się zapowiadało. Opcja: zabrania mnie przez policję na komisariat wcale nie wydawała się teraz taka zła. Jeśli to była loteria z nagrodami, czy była jeszcze szansa na wymianę? Reklamację? Cokolwiek innego? Wolałabym spędzić swój czas wolny w celi albo w loch Bastylii. Wszystko — podkreślam, wszystko — inne, tylko nie to…
— On y va — idziemy? — rzucił z lekko rozbawionym tonem.
— Mhm… tak… — mruknęłam, przewracając oczami.
Ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Miałam do niego jeszcze jedną prośbę, zanim poświęcę mu resztę popołudnia.
— Możemy się jeszcze gdzieś zatrzymać?
Szłam obok niego, ale w duchu czułam się jak skazaniec prowadzony na ścięcie gilotyną. Miałam ostatnią prośbę przed odrąbaniem głowy przed wiwatującym tłumem na Place de la Révolution — Placu Rewolucji, a obecnie Place de la Concorde — Placu Zgody, gdzie w 1793 roku stracono Ludwika XVI i Marię Antoninę. W tamtych czasach egzekucje przyciągały gapiów. Było to coś w rodzaju widowiska, rozrywki. Na szczęście w naszych czasach ludzie mieli więcej współczucia, a kary stały się bardziej humanitarne.
— Hmm… Oui — tak. Où ça — gdzie? — spojrzał na mnie zaciekawiony.
— Skoro tu jeszcze jesteśmy, chciałabym zobaczyć sarkofag Napoleona Bonaparte. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze mnie tu wpuszczą. Po dzisiejszym incydencie szczerze śmiem wątpić — spojrzałam na niego, jakbym prosił o ostatnią przysługę.
— Mais oui — oczywiście — skinął głową i roześmiał się cicho. — Chodź, zaprowadzę cię.
Tak, to była moja ostatnia prośba przed: ścięciem — zobaczyć kościół Inwalidów i sarkofag Napoleona. Przeszliśmy kilka korytarzy, dochodząc do drugiej części kompleksu. Po lewej stronie znajdowały się schody prowadzące do budynku ze złotą kopułą. Mężczyzna kilka razy zapewniał mnie, że poczeka przed wejściem, pozwalając mi na swobodne zwiedzanie. Jaki szlachetny dupek… Gdybym nie szanowała danego słowa, wyszłabym innym wyjściem — jeśli w ogóle takie istniało — i nie poszła z nim na ten obiad. Niestety rodzice wychowali mnie inaczej. Umowa była umową. Kiwnęłam głową, że zrozumiałam i udałam się w górę do kościoła, gdzie spoczywał Napoleon. Po burzy i deszczu nie było już śladu, a temperatura zaczęła rosnąć. Chciałam zdjąć bluzę, ale przypomniałam sobie o swoich za krótkich leginsach. Nie było opcji, abym paradowała w koszulce i przymałych, dziecięcych leginsach. Zamiast tego podwinęłam rękawy bluzy maksymalnie, jak się dało. Wchodząc do środka i podając bilet, miałam wrażenie, że pani patrzy na mnie wrogo. Mój incydent w muzeum musiał już obiec cały kompleks, ale na szczęście nic nie powiedziała. Kaplica była owalna, ozdobiona złotem ze wszystkich stron. Kolumny promieniowały blaskiem, a obrazy zdobiły ściany. W centrum, poziom niżej, znajdował się sarkofag Napoleona Bonaparte. Obeszłam całą kaplicę — była przepiękna. Cieszyłam się, że mogłam to zobaczyć. Zdecydowanie było warto. Nie spieszyłam się z oglądaniem, ale też nie czołgałam się po ziemi, żeby oddalić w czasie nasz wspólny obiad. Kiedy wyszłam tym samym wyjściem, którym weszłam, stanęłam na chwilę, podziwiając widok przed sobą. Na placu rozciągały się piękne zielone ogrody pełne kwiatów. Po drugiej stornie szerokiej alei znajdował się skwer z drzewami, ławkami i kawiarnią z małymi stolikami. Zeszłam schodami do siedzącego na nich nieznajomego, który właśnie pisał coś na telefonie. Usiadłam obok niego na kamiennych stopniach i zamknęłam oczy, łapiąc promienie słońca, żeby trochę opalić bladą twarz.
— O… myślałem, że uciekniesz — skwitował mój powrót.
— Uciekają tylko szczury z tonącego statku. — odbiłam piłeczkę. — Ja umiem dotrzymać danego słowa.
— To chodźmy — skinął głową, wciąż uśmiechając się pod nosem.
— Mhm — mruknęłam.
Podał mi dłoń, żeby pomóc mi wstać. Przez chwilę patrzyłam na nią. Nie chciałam jej przyjąć, ale nie był trędowaty — po prostu był miłą osobą. Podałam mu więc swoją rękę, a on zręcznie mnie podniósł. Staliśmy bardzo blisko siebie, a on wciąż ją trzymał. Była ciepła i przyjemna, a moje policzki znowu zaczęły się czerwienić. Nie chciałam, żeby to zauważył. Jakby czytał mi w myślach — puścił moją rękę i ruszył w kierunku wyjścia. Spodziewałam się obiadu w jednej z knajpek w kompleksie muzealnym, więc dogoniłam go i zapytałam.
— Nie jemu tutaj?
— Non — nie. Pojedziemy w lepsze miejsce.
— Ale… — zaczęłam, lecz od razu mi przerwał.
— Zaufaj mi — jego ton był bardzo pewny.
Kiedy nieznajomy mówi: „zaufaj mi”, zwykle nie ufa się mu wcale. Ale w tej sytuacji się go nie bałam. W plecaku miałam gaz pieprzowy, przeznaczony na obronę przed niedźwiedziami. Jeśli działał na drapieżnika takiego jak niedźwiedź, na człowieka też powinien.
— Mhm…
Wyszliśmy na główną aleję i skierowaliśmy się w stronę skweru, po drugiej stronie. Stamtąd skręciliśmy w małą uliczkę, gdzie stał jego Bentley typu SUV. To więc były te jego klucze od domu… Kiedy podeszłam do drzwi auta, mężczyzna otworzył je i poczekał, aż wsiądę. Nie powiem — był to miły gest. Zdecydowanie zapunktował. W środku pachniało nowością. Siedzenia obite białą skórą były bardzo wygodne, a kierownica miała drewniane, lakierowe wykończenie. Po raz pierwszy siedziałam w tak luksusowym aucie. W Nowym Jorku nie mieliśmy samochodu — w większości miejsc można było dojechać metrem, a jeśli potrzebowaliśmy pojechać gdzieś dalej, wynajmowaliśmy auto z wypożyczalni albo pożyczaliśmy samochód od dziadków. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Mój kierowca znów coś pisał na telefonie, a ja rozglądałam się dookoła. Nie ukrywam — uczucie siedzenia w takim aucie było naprawdę świetne. Kiedy w końcu skończył pisać uznałam, że warto zapytać o imię osoby, z którą miałam zjeść dzisiejszy lunch. Wyciągnęłam w jego kierunku rękę.
— Emma. Ale możesz mi mówić Em.
Po raz pierwszy uśmiechnęłam się do niego szczerze, a nie z przymuszenia. W momencie, gdy to powiedziałam ogarnęło mnie dziwne déja vu. Już to mówiłam — dokładnie wczoraj, kiedy poznałam Jean-Baptiste ‘a. Mężczyzna odwzajemnił uścisk dłoni.
— Pierre — skinął lekko głową, patrząc mi w oczy.
— Maintenant — teraz zróbmy to po francusku.
Po francusku?
— Co masz na myśli? — uniosłam brwi.
— Donc — więc…. we Francji, kiedy kogoś poznajesz, nie podajesz mu ręki. Całujecie się w policzek i mówicie sobie imiona. Tak jak na powitanie.
Aha… niech mu będzie. Zabrałam dłoń i przesunęłam się w jego stronę. Dotknęliśmy się policzkami — miał ciepłą skórę, a jego kilkudniowy zarost lekko mnie połaskotał. Pachniał przepięknie. Nie wiem, jakich perfum używał, ale zdecydowanie do niego pasowały. Po formalnościach zapięliśmy pasy i włączaliśmy się do ruchu. Byłam ciekawa, dokąd jedziemy, więc spróbowałam jeszcze raz wyciągnąć z niego jakąś informację.
— To teraz mogę dowiedzieć się, gdzie jedziemy? — spytałam, patrząc na niego.
Nie odrywając wzroku od drogi odpowiedział.
— Zobaczysz. W wyjątkowe miejsce.
Po tych słowach spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Wyjątkowe… czyli pewnie drogie… Po jego odpowiedzi wróciłam do patrzenia przez okno.
Rozdział 5 — Wariatka, Francuz i miłość na wzgórzu Montmartre
Przez dłuższy czas nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Pierre był skupiony na drodze, a ja patrzyłam przez okno. Raz jechaliśmy szerokimi alejami, a raz wjeżdżaliśmy w wąskie jednokierunkowe uliczki. Miasto w większości zbudowane było ze starych kamienic, choć od czasu do czasu pojawiały się też nowoczesne budynki. W tle grało radio — francuska muzyka przeplatała się z popularnymi światowymi hitami. Z moich myśli wyrwał mnie dzwoniący telefon, który przerwał grającą muzykę. Pierre spojrzał na mnie przepraszająco, założył jedną słuchawkę do ucha i odebrał połączenie. Rozmawiał, śmiejąc się, a ja próbowałam wyłapać pojedyncze słowa.
dziewczyna
rendez-vous — randka, spotkanie… nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam. We francuskim słowo miało dwa znaczenia. Oby chodziło o to drugie.
wariatka. Jaka wariatka?!
długa historia
pogadamy potem
Tyle udało mi się wychwycić z tej krótkiej rozmowy. Na ekranie samochodu pojawił się komunikat o zakończonym połączeniu. Czułam na sobie jego wzrok, ale udawałam, że tego nie widzę. W głowie analizowałam jego słowa. Co on miał na myśli, mówiąc randka? Nie… na pewno chodziło o spotkanie. Ale… wariatka? Ten dupek nazwał mnie wariatką? Już oczami wyobraźni widziałam, jak cały Paryż wie o mnie i o tym, co wydarzyło się w muzeum. Po chwili ciszy Pierre nie wytrzymał i odezwał się pierwszy.
— Halo… Co się dzieje?
— Nic — odburknęłam.
Byłam zła i najchętniej wróciłabym do domu, ale nie mogłam. Musiałam dotrzymać tej głupiej obietnicy. Pierre, niezrażony moją reakcją, kontynuował.
— Emmo? — spytał spokojnie.
— Powiedziałam, że nic.
Zaśmiał się cicho.
— To ciekawe, bo brzmisz, jakbyś właśnie planowała czyjeś morderstwo.
Odwróciłam się do niego gwałtownie. Spojrzał na mnie, a potem znów na drogę. Skoro chciał wiedzieć, miał się dowiedzieć.
— Nazwałeś mnie wariatką.
Uniósł brwi.
— Pardon — przepraszam? — spytał, udając zdziwienie.
— Myślisz, że nie rozumiem francuskiego? Dziewczyna. Randka. Wariatka. Chcesz, żebym to powtórzyła?
Spojrzał na mnie, a potem znów na drogę. Na jego ustach pojawił się ten irytująco spokojny uśmiech.
— Powiedziałem,,wariatka’’ w bardzo… czułym znaczeniu.
— Nie ma czułego znaczenia słowa,,wariatka’’.
— Jest — odparł bez wahania. — Właśnie siedzi obok mnie w Bentleyu.
— Zatrzymaj samochód.
— Non — nie.
— Pierre — rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
— Emmo… — zerknął na mnie kątem oka. — Gdybyś była naprawdę zła, już dawno byś wysiadła.
— Może po prostu czekam na idealny moment, żeby wyskoczyć w biegu?
Mężczyzna roześmiał się szczerze.
— Fascynująca kobieta. Krzyczy w muzeum, atakuje ludzi, a potem grozi wyskokiem z luksusowego auta.
— Fascynujący mężczyzna — odbiłam. — Ochlapuje dziewczyny, kradnie im przewodniki i zaprasza je na obiad jakby to była nagroda pocieszenia.
— To nie nagroda — powiedział spokojnie. — To zaproszenie.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy uznam, że straciłem jedną z najciekawszych historii, jakie przydarzyły mi się w tym tygodniu.
Zacisnęłam usta.
— Jesteś bezczelny.
— Wiem — uśmiechnął się — Ale nadal tu jesteś.
I wtedy Pierre z impetem zahamował samochód na wniesieniu.
— Co ty…?! — krzyknęłam — Ktoś nam wpadł pod koła?!
Spojrzał na mnie zupełnie spokojnie.
— D’accord — dobrze. Przepraszam, że nazwałem cię wariatką.
Co?! Patrzyłam na niego pytającym wzrokiem. Skąd te nagłe wyznanie?
— Słucham?
— Przepraszam — powtórzył.
— Pierre, jeśli zatrzymałeś samochód na środku drogi tylko po to, żeby mnie przeprosić, to albo jesteś bardzo odważny, albo bardzo głupi.
— Peut-être les deux — może jedno i drugie.
Spojrzałam w lusterko. Kolejne auta zaczęły do nas dojeżdżać.
— Dobra, przyjęłam. Jedźmy.
— Non — nie.
— Co „nie”?
— To musi być szczere. I musisz się uśmiechnąć.
— Chyba cię pogięło.
— Jeszcze nie — zerknął na korek za nami.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
— Szantaż.
— Négociation — negocjacje — odbił.
W tym momencie, ktoś zapukał w szybę auta. Pierre bez zawahania ją opuścił.
— Monsieur — panie, proszę jechać!
— Je ne peux pas — nie mogę. Cette dame est fâchée — ta pani jest zła.
Co?! Na początku rozmawiali spokojnie, ale po mężczyźnie było widać, że zaraz puszczą mu nerwy. Spojrzał na mnie, potem na korek, znów na mnie i westchnął ciężko, jakby sam nie wierzył w to, co robi.
— Madame — pani — zaczął łamanym angielskim. — Proszę… accepter — zaakceptować przeprosiny… On veut — chcemy jechać dalej…
Chciałam umrzeć. Natychmiast. Klaksony za nami zaczęły wyć.
— Dobrze! — wybuchłam. — Przyjęłam! Jestem szczęśliwa! Promienieję! Jedźmy już!
Wymusiłam sztuczny uśmiech i zakryłam twarz dłońmi. Pierre podziękował kierowcy i ruszył, jakby nic się nie stało. Walnęłam go w ramię.
— To było poniżej pasa.
— Ale skuteczne.
— Jesteś niemożliwy.
— Fou — szalony, pamiętasz?
— Koszmar.
— A wiesz co jest najlepsze? — spojrzał na mnie kątem oka, uśmiechając się pod nosem. — Gdybyś naprawdę była zła, wysiadłabyś.
— Może czekam, aż zawrócisz?
— Albo aż mnie polubisz?
— Nie przesadzaj…
— Jeszcze pięć minut.
Parsknęłam śmiechem wbrew sobie.
— Jesteś kompletnie szalony.
— Oui — tak — uśmiechnął się kątem ust. — Ale nadal jedziesz ze mną na obiad
— W normalnym kraju za coś takiego traci się prawo jazdy — odezwałam się w końcu, patrząc przez okno.
— We Francji traci się cierpliwość — odparł spokojnie.
— To wiele tłumaczy — uśmiechnęłam się.
— Nie lubisz być w centrum uwagi — powiedział nagle.
Spojrzałam na niego.
— To było pytanie?
— Obserwacja.
— A ty lubisz wszystko kontrolować — odbiłam.
— Dotykamy delikatnych tematów jeszcze przed pierwszym obiadem — oznajmił.
— Ty dotykasz. Ja tylko reaguję.
Zatrzymał się na światłach i spojrzał na mnie, jakby mnie analizował.
— Reagujesz bardzo… interesująco.
— To znaczy?
— Większość osób albo by wysiadła, albo zaczęła krzyczeć. Ty zostałaś. I się śmiejesz.
— To mechanizm obronny.
— Ah bon — tak.
Światło zmieniło się na zielone i ruszyliśmy dalej. Uliczki stawały się coraz węższe i bardziej kręte. Musieliśmy wjeżdżać na jakąś górę, tylko jaką? Kiedy w końcu zaparkowaliśmy, rozejrzałam się wokół, nie wiedząc, co dalej robić.
— I co teraz? Mamy jeść na ulicy? — spytałam.
— Mais non — ależ nie… Maintenant on marche — teraz idziemy.
Już chciałam złapać za klamkę, ale Pierre powiedział, że on je otworzy. Nie byłam przyzwyczajona do takiego zachowania. Otworzył je i podał mi rękę. Poniekąd poczułam się jak dama — i było to przyjemne uczucie. Na zewnątrz panowała duchota. W klimatyzowanym aucie nie odczuwałam prawdziwej temperatury. Ubrana w grubą bluzę zaczęłam czuć się jak spieczony indyk na stole w Święto Dziękczynienia. W końcu nastał moment, by zdjąć nieszczęsną bluzę. Po jej ściągnięciu od razu poczułam ulgę. Kiedy delektowałam się chłodem na rękach, Pierre patrzył na moją koszulkę z napisem I Love Les Invalides oraz na legginsy w różowe wieże Eiffla.
— Oho. A ja myślałem, że tylko bluzę masz taką ładną.
— Słuchaj, byłam ubrana lepiej, ale moje rzeczy zostały przemoczone. To jedyne, co udało się znaleźć w sklepiku z pamiątkami.
— D’accord, d’accord — dobrze, dobrze. Oddam Ci pieniądze za nie.
W końcu — pomyślałam — ale mógł sobie darować. Stać mnie było. Pierre uśmiechnął się i dodał.
— Ale powiem jedno — wyglądasz w tym uroczo.
Ale był z niego podrywacz.
— Nie trzeba. Mam już wymuszoną pamiątkę z Paryża.
— Haha, okej.