E-book
29.4
drukowana A5
50.98
Pocztowym wagonem do „Ameryki”

Bezpłatny fragment - Pocztowym wagonem do „Ameryki”


Objętość:
115 str.
ISBN:
978-83-8104-287-1
E-book
za 29.4
drukowana A5
za 50.98

Część pierwsza:
Rąbek z głowy zdjęła

To już trzecie święta, które spędzam na emigracji. Boże Narodzenie, Sylwester i Nowy Rok 2000. Taka data zdarza się raz na sto lat… a ja jestem tak daleko od rodziny, od Kraju. Nic dziwnego, że dopadła mnie wspominatoza. Fakty i obrazy z życia jak film przesuwają mi się przed oczyma. Tyle przeżyć! Spróbuję ocalić je od zapomnienia…

Był grudzień 1970 roku. Do portów przybiły już statki naładowane cytrusami, nieomylny znak, że zbliżają się święta. Dla mnie takie szczególne, bo to wtedy był nasz ślub.

Grudzień 1970 roku to także data historyczna, data rewolucji na wybrzeżu. Byli zabici i ranni, a w Elblągu „za chleb i wolność Janek Wiśniewski padł…” Martwiłam się, bo sobie ubzdurałam, że to zły znak dla naszego przyszłego życia. Zły znak? Jeszcze nic na to nie wskazywało… Powiało nawet nadzieją! Przyszedł Edward Gierek i zapytał:

— Pomożecie…?

Potem nadeszła nasza pierwsza wiosna i następne… I noce pełne słowików śpiewających pod naszymi oknami. To w tym czasie namalowałam na drzwiach drzewko szczęścia. W radiu ciągle leciały piosenki Marka Grechuty. Bardzo lubiliśmy ich słuchać…

Ile razem dróg przebytych?[…]

Ile deszczów, ile śniegów […]

ciężkich godzin w miastach wielu?

I znów upór, żeby powstać,

I znów iść i dojść do celu (…)

Ta znana piosenka niewiele mi wtedy mówiła. Były to ładnie brzmiące słowa i tyle. Mój mąż, absolwent Politechniki Warszawskiej nie miał kłopotów. Czasy były o tyle nowe, że odeszli w niebyt dyrektorzy po czterech klasach i po Akademii… tej pierwszomajowej. W tych czasach, na młodego inżyniera, praca wraz ze służbowym mieszkaniem po prostu czekały. Oprócz mieszkania mieliśmy tylko stół z powyłamywanymi w transporcie nogami oraz głowy i ręce nie od parady. To, w ilu miastach i w jakim świecie przyjdzie nam żyć, nie wiadomo od kogo i czego zależało.

Na pewno zależało od Gierka. Żyć nam przyszło w Kraju nad Wisłą w systemie dalekim od demokratycznego. Jednak, gdy się ma dwadzieścia lat nawet brzydota szarych osiedli pięknieje, niemożliwe nabiera kształtów. Nie narzekaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć epokę naszej młodości.

Myśleliśmy: Gierek jako realista wpisał do Konstytucji słowa o przywódczej roli Związku Radzieckiego. Ci, co mu to tak bardzo zapamiętali, nie zauważali, że stosował mądrą zasadę „róbmy swoje”. Otworzył Polskę na Zachód, budował osiedla, fabryki, które dawały ludziom pracę. Zresztą już był w historii Polski taki okres. Za cara, w Królestwie Polskim. Wtedy też jedni wywoływali powstania i tu widzieli drogę do istnienia i rozwoju Polski, a inni, jak Drucki-Lubecki, rozwijali gospodarkę, bankowość, budowali kolej i tym samym umacniali Kraj gospodarczo — mówił mój znający historię mąż.

Do dzisiaj te dwa poglądy i światy się ścierają, ten powstańców i ten realistów od pracy u podstaw. Według mnie obydwa są ważne.

Po sześciu latach życia i pracy u podstaw mieliśmy już w tym naszym świecie dwoje dzieci oraz:

Trochę ścieżek przedeptanych,

[…] wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń,

trochę listów oraz rozstań,

trochę chlebów rozkrajanych, pocałunków,

schodów, książek. Ciężkich godzin…

Jednak my, optymiści, wierzyliśmy tak jak Gałczyński, że: najważniejsze są chwile, których jeszcze nie znamy.

Po roku 1976, roku słynnych wypadków radomskich, nastąpiło dziwne pomieszanie do tej pory dość stabilnej ludności. Do podkarpackiego Krosna, gdzie mieszkaliśmy, przybył z Radomia młody zdolny chirurg. Tu na prowincji niewiele osób miało mu za złe, że kiedyś na wiecu potępił „radomskich warchołów”. Szczególnie pacjentów nic to nie obchodziło. Dla nich był tylko dobrym lekarzem.

A Radom po kilku latach pokuty, „rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Niewątpliwie rósł. Tak jak Zamek Królewski, wiele fabryk, zakładów i uczelni w latach osiemdziesiątych. Wyższa Szkoła Inżynierska też się rozwijała, potrzebne były kadry i to do tego „dostatniego” miasta nad Mleczną, los rzucił naszą rodzinę, bo mój mąż był tym potrzebnym specjalistą.

— Czy to jest to jedno z miast wielu? Czy już zbliżyliśmy się do celu w poszukiwaniu miejsca na nasz dom? — zastanawiałam się.

Do tego jednego z miast wielu, przenieśliśmy się z prowincjonalnego miasteczka w chwili, gdy zaczęły tam docierać ruchy patriotyczno-wolnościowe. To chyba nie przypadek, że przed naszą przeprowadzką w roku 1979 odwiedził nasze przyzakładowe miasteczko Daniel Olbrychski. Miał czytać wiersze Jesienina, ale pod wpływem chwili i patriotycznego uniesienia, poparty głosami publiczności zaczął recytować wiersze Norwida. Nastrój zrobił się bardzo patriotyczny… No to „Polsza” Jesienina poczeka. Pomyślałam.

Przystanek Radom

Zakwaterowano nas w hotelu asystenckim. Było brzydko, ciasno i daleko od rodzinnych stron. M-3 w obskurnym wieżowcu w środku dużego osiedla, dziesiąte piętro oraz winda, która na początku była jakąś tam atrakcją dla naszych chłopców. Dla mnie wszystko było nieznane i nieprzebyte. Błądziłam w tej dziwnej plątaninie ulic, a wielki ruch uliczny mnie przytłaczał. Na szczęście poznaliśmy tu wielu życzliwych ludzi, dzięki którym to szarobure otoczenie zrobiło się bardziej przyjazne.

Niedługo po naszej przeprowadzce zaczęły się polityczne wydarzenia sierpnia 1980 roku. Pomimo wcześniejszych sygnałów, wydarzenia te były dla mnie w tym czasie niezrozumiałe. Nie wierzyłam w zmianę ustroju, w nasze oderwanie od ZSRR.

— Przecież sprzedano nas w Jałcie i nie ma odwrotu! Zmieniać należy, ale w ramach obecnego systemu! Trzeba być realistą i żyć tu i teraz! — tak myślałam.

Tego zresztą nauczyło nas do tej pory niełatwe życie. Poza tym nasze przejście ze wsi do miasta wydało się być awansem i potwierdzać to, co mówił pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Edward Gierek i to, co słyszało się w licznych radiowych i telewizyjnych audycjach — będzie lepiej. W Bielsku wybudowano fabrykę i zaczęto produkcję fiata 126p. Podobno to dla nas go produkowano. Żartowano wtedy: szkoda 66, ale my mieliśmy nadzieję, że uzbieramy tę ciągle uciekającą na skutek inflacji sumę. Byliśmy nawet gotowi poprzeć słynny apel Gierka i pomagać!

Czekaliśmy, żyjąc. Wielu znanym nam rodzinom w tym czasie się poprawiło. Wybudowali sobie domy, warsztaty, rozwijali gospodarstwa, budowali chłodnie, ptasie i świńskie fermy, zakładali sady. Brali na to kredyty, które potem prawie same się spłacały przez nasilającą się inflację. A my? Zarabialiśmy stale tracący na wartości pieniądz i mieliśmy tylko zakładowe mieszkanie. Teraz oceniam, że w tych latach tylko jedzenia było dużo. Mięso było wprawdzie na kartki, ale jadło się go znacznie więcej niż teraz. Te kilogramy szynki, polędwica, cielęcina kupowana u sąsiadki — robiłam nawet takie trudne potrawy jak sznycel ministerski, czy faszerowany cielęcy mostek. Albo te wystawne imieniny z lat osiemdziesiątych… Przyjęcie na tyle osób. Skąd były na to pieniądze? No bo jedzenie było wtedy stosunkowo tanie. Jednak kupowanie na zapas, bo zabraknie w sklepie, to było straszne. O kolejkach każdy wie. O „paniach” ekspedientkach, którym trzeba się było kłaniać w pas, też. Stało się więc po wszystko: po meble, lodówki, pralki i po firanki.

Kiedyś chciał odwiedzić nas szwagier. Pytał mojego męża jak ma nas znaleźć.

— Na pewno trafisz… Skręcisz w naszą ulicę w momencie, kiedy zobaczysz długą kolejkę przed sklepem mięsnym.

— Ale ja będę jechał w nocy — stwierdził Wacek.

— Nic nie szkodzi… W nocy też stoją!

Ach te kolejki! A my potrzebowaliśmy tylu rzeczy. Właściwie cały wolny czas spędzaliśmy w kolejkach. Na szczęście byliśmy w wieku, kiedy do zadowolenia potrzeba tak niewiele. Cieszyliśmy się wtedy każdą chwilą, każdą „zdobytą” rzeczą. A jacy byliśmy naiwni…

Pamiętam podanie do fabryki „Polar” o sprzedanie nam pralki automatycznej. Swoją potrzebę uzasadnialiśmy tym, że mamy małe dzieci, a w związku z tym ogromnie dużo prania. Niestety… Nikt się jakoś nie przejął pracującą matką. Ale ile w tym było energii i inwencji! Jaka szkoda, że ta energia przeważnie szła w gwizdek!

Nastała zima 1980 roku. Byliśmy już drugi rok w Radomiu. Tęskniliśmy za rodziną i bliskimi nam osobami. Telefonu nie mieliśmy, (teraz w dobie komórek to jest niewyobrażalne!) mały fiat był jeszcze w sferze marzeń. No to pisałam długie listy, a czasem nagrywałam relacje z naszego życia na taśmę magnetofonową. Ale listy, nawet te dźwiękowe, nie zastąpią bezpośredniego kontaktu, przytulenia, spojrzenia w oczy, widoku rozjaśnionej twarzy mamy czy taty, nie zastąpią widoku rodzeństwa.

Od słowa do słowa w końcu postanowiliśmy, że na Święta Bożego Narodzenia pojedziemy w rodzinne strony. Pociąg Warszawa — Zagórz jechał 16 godzin, (to dłużej niż lot do Ameryki!), ale nam to nie przeszkadzało, problem był nie w długości jazdy, ale w tym, że się nie zabierzemy!

W tamtych latach pociągi były przepełnione niesamowicie. (Gdzie i po co ci ludzie tak jeździli?) Z perspektywy czasu wiem, że PRL był takim kręcącym się perpetum mobile, a ludzie obracali się razem z nim. Zdecydowaliśmy się na bycie trybikiem w tej nie z tego świata maszynie.

Z Radomia do Krosna, przez Warszawę

Postanowiliśmy, że pojedziemy do podkarpackiego Krosna przez… Warszawę.

— Wiesz Jasieńku!? Pokażemy chłopcom stolicę, Pałac Kultury i Muzeum Techniki — mówiłam — aby usprawiedliwić przed mężem ten szalony pomysł.

No i pojechaliśmy. Wysiedliśmy na Dworcu Głównym i od razu skierowaliśmy się w stronę Pałacu Kultury. Był to gmach znany i górujący nad stolicą. O tym, że był wtedy symbolem dominacji ZSRR nad Polską nie myśleliśmy. Dzieci były zachwycone. Nigdy nie mąciliśmy im w głowach ideologią i nienawiścią. Sami też nie byliśmy nią przesiąknięci. Dla dzieci to był tylko pałac, olbrzymia budowla. Pamiętam, jak zaraz po powrocie do domu nasz młodszy synek przelał na papier swoje przeżycia. Narysował Pałac Kultury. Nauczycielka powiedziała słowem i gestem, że ta budowla jest be! Miedzy innymi ten skrytykowany rysunek budowli o tak charakterystycznej architekturze, stał się iskrą do agresji. Po kilku miesiącach od tego incydentu, nasz synek wyszedł ze swoją klasą wystrojony w białą koszulkę na pochód pierwszomajowy. Wrócił, a właściwie przybiegł w biało–czerwonej, czerwonej od krwi z głowy rozciętej kamieniem.

I tak nasz mały synek wkroczył w świat dorosłych, w świat ideologicznej walki, która się dopiero zaczynała.

Wracam jednak do relacji z naszej pamiętnej podróży. Poszliśmy na krótki spacer po Warszawie. Potem bez problemu doszliśmy do Muzeum Techniki. Zwiedzanie pochłonęło nas całkowicie. Do dzisiaj pamiętamy wspaniałe eksponaty, ale najbardziej sztuczkę z kamerami. Widzieliśmy się w telewizji, cieszyli się chłopcy i kilka razy wchodzili, i wychodzili, aby się zobaczyć. Ta miłość do techniki, rozwijana przez koła zainteresowań, funkcjonujące wtedy na osiedlach modelarnie, „Młodego technika”, pozostała im do dzisiaj.

Co do tej słynnej, mistycznej nocy to: ciemnymi, ponurymi ulicami biegali od sklepu do sklepu ludzie. Śpieszyli się — bo może gdzieś coś potrzebnego, (lub niepotrzebnego), rzucili. Nastrój był świąteczny, mimo, że nie było tak błyszczącej tysiącami barw, tak pięknej iluminacji jak dziś. Mieliśmy wiec tą grudniową porą, swoją „Kolędę nockę”… Chciałabym za Ernestem Bryllem zapytać:

— Za czym kolejka ta stoi?

Jednak pytanie o bezsens drogi naszej ojczyzny — Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej — było mi wtedy obce i jakoś mnie, kobiecie z Osiedla 15–lecia PRL–u, nic tej nocy nie psuło dobrego samopoczucia; cieszyłam się, że jadę do domu swojego dzieciństwa.

Mimo, że pociąg odjeżdżał o godzinie 19–tej myśleliśmy już o odjeździe. Mąż studiował w Warszawie i często jeździł pociągami.

— Pojedziemy na Dworzec Wschodni to będziemy mieć miejsca siedzące — powiedział.

Jak się tam znaleźliśmy? Do dziś tego nie wiem. Duże nieznane miasto to dla mnie istny labirynt. Szłam za mężem bezmyślnie, a między nami dzieci. Potem stanęłam spokojnie na peronie — będą przecież miejsca siedzące! Po chwili zauważyłam wokół nas jakieś dziwne poruszenie. Ludzie biegali tam i z powrotem. Okazało się, że pociąg jest na bocznicy i to pełen ludzi! Pobiegliśmy tam. To, co zobaczyłam bardzo mnie przeraziło.

Pociąg stał w zupełnej ciemności, a z drzwi zwisały grona pasażerów — ciemna masa. Przeważnie żołnierze.

— Nie pojedziemy nawet do Radomia, będziemy nocować z dziećmi na dworcu! I tak mają wyglądać święta? — zaczęłam podobno lamentować, ale nie­zbyt głośno, bo ten wyjazd był przecież moim pomysłem.

Mój mąż gdzieś pobiegł. Po chwili wrócił.

— Marysiu! Chodźcie tu wszyscy! Chyba dostawili wagony…

Pobiegliśmy. Okazało się, że „dostawiony wagon” to stary wagon pocztowy siłą otwarty przez zdesperowanych podróżnych. Weszliśmy. Nie muszę tłumaczyć, że takiego luksusu jak miejsca siedzące w pocztowym niestety nie ma.

Pociąg ruszył. Staliśmy człowiek przy człowieku. Przypomniały mi się wojenne filmy i wynędzniali ludzie w bydlęcych wagonach. Jednak długo się nie użalałam. Musiałam myśleć o dzieciach. Chłopcy do tej pory byli bardzo dzielni, ale naraz zaczęli marudzić, potem przysypiać. Za nimi był przecież dzień pełen wrażeń. Jaka będzie noc? Na stojąco dzieci daleko nie pojadą!

Rozglądnęłam się po wagonie i w kącie zobaczyłam coś w rodzaju dużego pieca czy metalowej skrzyni. Zaholowałam tam całą rodzinę posuwając się powoli wśród przysypiających ze zmęczenia miłośników Świąt Bożego Narodzenia. Po chwili chłopcy siedzieli już na piecu, a ja byłam szczęśliwa — jak to matka. Teraz czekała nas decyzja: wysiadamy w Radomiu czy jedziemy dalej. To, że zdecydowaliśmy się jechać można w jakimś stopniu wytłumaczyć niemądrą młodością, ale nie do końca…

Coś dziwnego ciągnęło nas do miejsca, w którym się urodziliśmy. Jakaś magiczna siła pchała nas w tamte strony.

Jeśli powiem, że to Wigilijna noc na wsi, zabrzmi to jak archanielski chór. To nic — dołączam do niego. Tak. Wigilia. Noc pierwszej gwiazdki, a zaraz potem roziskrzonego od gwiazdozbiorów nieba. Patrzyłam kiedyś w nie niesiona na ramionach ojca: grzeczna dziewczynka, wsłuchana w ciszę i w skrzypienie śniegu pod butami. Do dzisiaj została ona w mej pamięci jako noc bezpieczeństwa. Noc ciepła rodzinnego, świecącej choinki, chrupkich babcinych pierożków i maminych uszek. Noc wspólnych kolęd.

No i pojechaliśmy. Pociąg grał swoje tu–tu–tu i tu–tu–tu, a my jak manekiny kołysaliśmy się w jego powolnym rytmie. W pewnym momencie chłopcy zasnęli. Pokładli się na twardym piecu i zasnęli. Wyciągnęłam niebogata wszystko, co miałam w torbie, aby im pościelić. Nie było tego wiele, więc zdjęłam płaszczyk z białym rąbkiem futerka na kapturku i okryłam nim moje dzieci.

Jechaliśmy śpiąc na stojąco. Nikt się nie kłócił i nie rozpychał. Chociaż nie jestem zbyt wytrzymała, to nie marudziłam. Rano dojechaliśmy do Rzeszowa. Chłopcy się obudzili.

— Mamo gdzie jest picie, chce mi się pić! — każdy zawodził w swoim tempie.

Nie mieliśmy już nic, bo to nie były czasy soczków w kartonikach i coca–coli. To był czas oranżady w kapslowanych butelkach. To po tę oranżadę Jasiu wysiadł na stacji.

— Pociąg jest spóźniony, ale musi stać z dziesięć minut — myślałam.

Mąż wysiadł bez palta i czapki. Czapka gdzieś przepadła zadeptana przez tłum, ale dlaczego bez palta? Prawda! On też przecież okrył swoich synów. Zamyślona usłyszałam, jak pociąg nagle ruszył.

— Tata został! Mamo gdzie jest tata!? — wołali z płaczem.

Jasiu został w samej marynarce podczas mroźnej i srogiej zimy w obcym mieście. Zamarłam w bezruchu, ale musiałam szybko się opanować i uspokoić dzieci. Zaczerpnęłam powietrza…

— Zobaczycie chłopcy, że jak dojedziemy do Krosna, to tata będzie na nas czekał na peronie — oznajmiłam.

— Naprawdę? — dopytywali się, bo byli już duzi i nie dla nich takie bajki.

— Naprawdę! — przyrzekłam — ryzykując całym matczynym autorytetem.

Dlaczego byłam taka mądra? Otóż ja „stara” rzeszowianka wiedziałam, że pociąg z Rzeszowa do Krosna jedzie trzy i pół godziny, a autobus tylko dwie. Byłam więc pewna, że mój mąż wiedząc to samo, zdąży. Pamiętałam nawet godzinę odjazdu autobusu.

Jednak, chyba po to, by nie było tak pięknie, mój kochany o mały włos byłby nie przyjechał. Uratowało go o ironio to…, że był bez palta.

Przelotowy autobus przyjechał na przystanek całkiem zapełniony. W drzwiach jak cerber stał kierowca i nie wpuszczał nikogo. Tłum pasażerów nie tracił nadziei i dobijał się do wejścia. To dzięki jednemu z nich, który wstawił się „za tym panem bez palta” — kierowca zabrał męża i… młodego żołnierza. Pewnie przez sentyment dla wojska.

Gdyby wiedział, że prawie dokładnie za rok wojsko spełni wyznaczoną mu przez Radę Ocalenia Narodowego rolę, rozgromi Solidarność i spacyfikuje Kraj, pewnie by tego nie zrobił. A może mimo tego (niewykluczone, że właśnie dlatego) by to zrobił?!

Zdjęcia

Jedyne zdjęcie z dzieciństwa męża autorki. Bracia (Tadek, Jan i  malutki Franek) oraz murowany dom pod strzechą.
Autorka z synkiem i dom z brązowych bali podobny do tego, który spłonął w 1976 roku. Na kolejnym zdjęciu synek z naszym pierwszym telefonem.

Część druga: Historia pewnej ulicy

Zdarza się, że sięganie po wspomnienia nie bardzo nam wychodzi. Przeżycia wyparte z pamięci przez mechanizmy samoobronne schodzą głęboko w podświadomość. Moje wyłoniły się po raz drugi dopiero w grudniu dwa tysiące szóstego roku, w dwudziestą piątą rocznicę stanu wojennego. Po tylu latach nagle coś dziwnego spowodowało, że nadszedł czas na refleksję.

W grudniu, jak we wszystkich rocznicowych dyskusjach były — mówiąc delikatnie — różnice poglądów dotyczące tamtych czasów, ale sondaże nieodmiennie pokazywały, że 60% społeczeństwa uważała, iż stan wojenny w porę obronił nasz Kraj przed nieszczęściem.

Wyższa Szkoła Inżynierska była już Politechniką. To tu zorganizowano konferencję z okazji rocznicy słynnego strajku. Spotkanie się nie udało. Historyk, który starał się obiektywnie przedstawić tamte wypadki, powspominać je wraz z bohaterami tamtych dni, poniósł klęskę. Okazało się, że uczestnicy strajku i anty strajku oraz postronni obserwatorzy, mimo upływu tylu lat, nadal są bardzo skłóceni.

Tak więc, natchnione krajowymi i miejscowymi wydarzeniami, moje myśli pomknęły do czasów protestu robotnicy Anny Walentynowicz o jakość zupy regeneracyjnej i do strajku poprowadzonego przez Lecha Wałęsę, do sierpnia 1980 roku, czyli do momentu zwycięstwa „Solidarności”. Wychodzi na to, że Boże Narodzenie, które opisywałam, to była krótka przerwa od zacietrzewionych dyskusji, towarzyskich rozmów i ciągłych licytacji, kto bardziej ucierpiał, kto więcej stracił.

— Co to za durny ustrój! Gdyby u nas była taka swoboda jak w Ameryce to mielibyśmy wielki dobrobyt… To wszystko przez ZSRR! Oni nas okradają na każdym kroku! Wywożą wszystko. Kosmetyki, mięso, buty, a u nas są puste sklepy! — słychać było co krok.

— Naprawdę?

— Nie wierzysz? Na własne oczy widziałem naładowane wagony jadące na wschód, które z powrotem po zmianie podwozi wracały puste. Czasami wracały wyładowane węglem…(po co nam węgiel?), albo kozaczkami z reklamacji, które potem kupowano „po znajomości” — i tak bez końca. — Sztuczne problemy postawionej na głowie gospodarki.

Na szczęście wtedy już każdy czuł się odważny, od czasów Gierka coraz odważniejszy, niemal zobowiązany „potargać niedźwiedzia za wąsy”.

Skrót Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG) tłumaczono od przodu i od tyłu:

— Ruscy Wybrali Polskiego Gierka — Gierek Podzielił Wszystko Równo — Ruskim Wszystko Polakom G…

Mnie ten kawał jakoś nie śmieszył. Natomiast różnica w szerokości torów między Polską a ZSRR śmieszyła i poruszała wyobraźnię.

— Na …uj szersze? — pytano.

Wiedzieliśmy, że poprzez kawały, których było w latach osiemdziesiątych bez liku, starano się obłaskawiać rzeczywistość. Podejrzewaliśmy zresztą, że te żarty są tworzone na specjalne zamówienie.

Wiele osób w tym czasie dowiadywało się, że Katyń to nie Niemcy tylko Rosjanie, że istniały łagry, a ten „Inny świat” Grudzińskiego istniał naprawdę.

Solidarność

Był koniec lata 1980 roku. Po, jak zawsze za krótkich, wakacjach nastąpił powrót do pracy. A tam panowała ogólna agitacja i ekscytacja. Nieustające dyskusje, ale i niepokój. To wtedy uległam owczemu pędowi i tak jak dziesięć milionów moich rodaków, zapisałam się do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”.

21 postulatów podpisanych w sierpniu w Gdańsku miało charakter bardzo socjalny. Żądano w nich socjalizmu z ludzką twarzą; było coś o jednakowych żołądkach… Osobiście zwracałam uwagę na punkty podkreślające niezależność związku zawodowego od PZPR. Wiedzieliśmy, że związki, Rada Zakładowa zajmowała się przeważnie robieniem paczek dla dzieci, organizowaniem kolonii, wczasów pracowniczych, posiłkami regeneracyjnymi, zakupami na zimę. A niezależność? Niewiele osób wiedziało, co to praktycznie znaczy.

Oprócz postulatów wolnościowych zapamiętałam ten o transmisji mszy świętej w radiu, który to skojarzony z Matką Boską w klapie Wałęsy, drażnił moją wolnomyślicielską duszę.

— Co by było gdyby Anglia i Francja podczas wojny nas nie zdradziły? Co byłoby gdyby nie sprzedano nas w Jałcie? — na co dzień słychać było takie zażarte dyskusje i gdybanie.

Słuchałam tych gdybań i pomimo, że byłam młoda, wiedziałam, iż są bez sensu i że „to se ne wrati”… Trzeba żyć tu i teraz. Chociaż zapisałam się do związku „Solidarność”, widziałam dysonans między jego roszczeniowym charakterem, a twardymi prawami kapitalizmu. O kapitalizmie w praktyce nie miałam zielonego pojęcia. Wyniesione z lektur moje wyobrażenia były dla niego niekorzystne. Żeromski, Steinbeck, Balzak i Reymont…(jego „Ziemia obiecana” sfilmowana przez Wajdę, miała inny wydźwięk za starego ustroju niż teraz w kapitalizmie.)

Wolny rynek. To też była dla mnie abstrakcja nie z tej ziemi. Nigdy na zachodzie nie byłam. Do tej pory starałam się solidnie pracować i zmieniać to, co dało się zmienić, a przyjąć do wiadomości i pogodzić się z tym, czego przeobrazić nie można. Osobiście wyobrażałam sobie, że teraz to będzie naprawa zastanego przez nas ustroju. Dobrze wiedziałam, że u nas nie ma prawdziwej demokracji, ale myślałam:

— Już tyle razy szarpaliśmy się, aby oderwać się od wschodnich wpływów… To za mojego życia w 1956 roku, przechodziliśmy „katar”, który skończył się na Węgrzech „zapaleniem płuc”. Potem był marzec 1968 oraz pamiętny dla mojej rodziny rok siedemdziesiąty. Nie muszę dodawać, że w naszym mieście ciągłym echem odbijał się czerwiec siedemdziesiąt sześć. Nie chciałam, aby moje pokolenie było kolejnym pokoleniem kamieni rzuconych na szaniec dziejów. A tak naprawdę… to bardzo bałam się przemian.

Na Obozisku

Pracowałam na Obozisku przy ulicy Gwardii Ludowej. Nie słyszałam, aby ktoś kwestionował patrona ulicy. Położona nad Potokiem Północnym, obsadzona była ciekawymi drzewami. Z wielką przyjemnością każdego ranka chodziłam tą spacerową alejką. W pobliżu były budynki miejscowej uczelni i targ, z racji swego odległego położenia oraz swej egzotyczności — Koreją zwany. Wszystko przecinała rzeczka, nazywana przez mieszkańców „Sekwaną”. Z obcych widziało się tu tylko handlarzy. Na „naszej” ulicy był na razie spokój.

Miejscowi nad rzeczkę robili piesze wycieczki. Rano zająć kolejkę do lekarza, a od wczesnego ranka do południa pod sklep mięsny, potem pod spożywczy, bo rzucili amerykański ser sprzedawany na podstawie dziecięcych książeczek zdrowia. Każdy zakup był odnotowywany. Mam do dziś dokumenty tamtych dni — kartki żywnościowe, na które kupowało się już wszystko: słodycze, watę, spirytus, papierosy. Do tej pory pamiętam, jak się wściekłam na naszego syna, bo wypalił mi zapas Giewontów pompką do roweru i jak bardzo byłam zmartwiona, kiedy wyprałam kartki na cały miesiąc w mężowskiej koszuli.

Na targu można było kupić nabiał, jajka i owoce… Owoce? To za dużo powiedziane! Jedynymi owocami były jabłka z grójeckich sadów, już wtedy słynny produkt genetycznych eksperymentów profesora Pieniążka. Były też kioski z butami miejscowej fabryki RADOSKÓR. Gdy pod budkami był tłok, znaczyło: rzucili buty.

W czwartki ulica stawała się gwarna, zaludniona i zastawiona furmankami — bo był to dzień targowy. Święto. Ludzie z całego miasta i okolic robili tu zakupy tak, jak teraz robią w marketach. Sprzedawcami byli okoliczni rolnicy oraz sadownicy spod Grójca zwani badylarzami. Nad samą rzeczką był gołębi targ, przynajmniej takie były pozory. Co tam jeszcze sprzedawano? Domyślałyśmy się tylko, że to były pierwotne kantory bo handlowano tam walutą. No bo pod bankami takie „kantory” istniały odkąd pamiętałam. Dotarło do nas, że od pewnego czasu były one w podejrzany sposób przez władzę tolerowane.

Zdobycznych zakupów, po które wychodziło się z pracy, było coraz mniej. Po południu godzinami staliśmy za śmietaną, masłem, jajkami. Rolnicy byli często nieuczciwi. Nie było przecież konkurencji. Wtedy funkcjonowało powiedzenie:

— To nie do jedzenia, to na sprzedaż!

Gdy teraz objadam się pysznym twarogiem z Rolmleczu, to nie wyobrażam sobie jak wtedy można było jeść taki kwaśny ser!

A w kraju wrzało. Demonstracje, bójki uliczne i strajki, to była codzienność. Mimo próśb i apeli władz, opozycja nie przestawała walczyć, nie dawała władzy i nam wytchnienia. Były starcia z ZOMO–wcami, leciały na nich płyty chodnikowe, sypały się kamienie. Z okrzykami:

— Precz z komuną — palono czerwone, a zdarzało się, że i biało–czerwone flagi.

Panowała ogólna agresja i destrukcja. Nie było widać końca tego sporu. Nie dostrzegaliśmy też prawdziwych politycznych przywódców. Wałęsa nam się nie podobał…

— Od biedy jako związkowiec by się nadawał — myśleliśmy.

Sytuacja polityczna w roku 1981 była bardzo napięta. W dziesięciomilionowym związku nie było jedności. Jedni na znak protestu wypisywali się, bo nie chcieli być w organizacji agresywnej i roszczeniowej, drudzy się zapisywali, bo mimo socjalnego i pobożnego charakteru, organizacja ta wyglądała na poważną, cały Zachód się nią interesował (teraz wiemy, że wpakował w nią mnóstwo pieniędzy).

Gdy się teraz słucha wspomnień, to ma się wrażenie, że kombatantem jest co drugi Polak. Taki pozorant nie żył w tych trudnych czasach, nie pracował, nie tworzył, jedynie walczył z „komuną”. Dopiero czasy po transformacji ustrojowej, według niego, to były czasy odpowiednie do życia. Czy nas, ludzi urodzonych zaraz po wojnie, powinno się na te czterdzieści lat uśpić? Zastanawiam się i tak sobie myślę, co by to było, gdyby Polacy jak jeden mąż byli w opozycji do rządu lubelskiego, nie uznali Jałty, nie budowali 1000 szkół, pomników jak Centrum Zdrowia Dziecka, czy zwykłych szpitali, a nauczyciele w ramach protestu nie uczyliby tylko pozorowali uczenie? Gdzie mieszkaliby prawie wszyscy moi znajomi z dzieciństwa, gdyby mój ojciec nie budował krośnieńskich osiedli? Co by było, gdyby wszyscy czekali, aż wybuchnie trzecia wojna światowa?

Podsumowując, wychodzi na to, iż w 1980 i 1981 roku „wszyscy” wiedzieli, że to jest ta przełomowa chwila. Tak czekali na to wyzwolenie… Czuli się przez te 40 lat pod okupacją.

Z aktualnej perspektywy bardzo tym osobom współczuję. W moim przekonaniu ich życie było poczekalnią. Oni (jeśli przeżyli) i wychowane przez nich dzieci — są to w tej chwili ludzie zgorzkniali, pełni nienawiści do tych, co firmowali ten system, bo byli we władzach. Także do tych zrodzonych w niewoli i nie pojmujących, dlaczego ci pierwsi płaczą. Czekali na Generała Andersa, a tu tymczasem… pojawił się papież Polak na swym białym papa mobile, by powiedzieć:

— Niech zstąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi… Tej ziemi.

Moja rodzina „zrodzona w niewoli” nie przespała tych lat, ani bez przerwy nie płakała. Dla nas nasza ziemia była taka, jaką ją rodząc się, zastaliśmy. Z trudnościami losu trzeba było jakoś sobie radzić. W końcu mieliśmy udane dzieci, pracę, mieszkanie i taką małą, własną stabilizację. No to słuchaliśmy niezliczonych kawałów, oglądaliśmy kabaret Olgi Lipińskiej i Laskowika. W czasie festiwalu Opole 1980 roku artysta zaśpiewał piosenkę o słoneczku:

— Co to będzie, gdy słoneczko nasze zgaśnie?

— Co to będzie, gdy słoneczko zajdzie za daleko?

Byłam przekonana, że to o Edwardzie Gierku. Niektórzy mówili, że to było jednak o sztucznie podtrzymywanym przy życiu Breżniewie. Dziwiliśmy się bardzo, że Laskowik jest taki odważny i, że ta osławiona cenzura, która reagowała nawet na słowo „czerwonka” — śpi sobie niedźwiedzim snem, a tu robi się coraz bardziej gorąco. Baliśmy się. Najbardziej o to, że to, co do tej pory z takim trudem zbudowaliśmy, możemy stracić przez rewolucję, którą czuliśmy wszystkimi zmysłami i odbieraliśmy rozumem.

My ze spalonych wsi

My z głodujących miast,

Za głód za krew, za lata łez

Już zemsty nadszedł czas.

Po każdym spojrzeniu na napis: ulica Gwardii Ludowej, przypominałam sobie tę partyzancką pieśń. Wiedziałam, że Gwardia to była organizacja militarna zasłużona w walce z niemieckim okupantem, ramię zbrojne PPR, że jej żołnierze niszczyli transporty wroga, organizowali dywersję administracji. Pamiętałam, że wsławili się wieloma akcjami, z których najsłynniejsza była akcja na Cafe Club. Nie pamiętałam jednak, że była też Gwardia Ludowa PPS–u, której przywódca, Adam Rysiewicz, do czerwonego sztandaru Gwardzistów dołączył nieskazitelną polską biel.

Wiedziałam, że chłopcy z tej wybudowanej na osiedlu XV — lecia, czyli na Obozisku, ulicy: Jarek, Jacek i Krzysztof, to potomkowie pokolenia żołnierzy i partyzantów. Mają teraz swój czas, niemniej powikłany i straszny swoją dwuznacznością. No, bo ich ojcowie walczyli o wolność i odbudowywali zniszczony Kraj, a im się nagle mówi, że są zniewoleni…

Chłopcy z naszej ulicy

— To, co jest kurna grane? — zaklął i podrapał się po bujnej czuprynie Jarek i śmiesznie przewracał swoimi jasnymi ślepiami jakby zwracał się do nieba.

Kiedyś w czerwcu Jarek wyszedł z wzorcowni na zebranie, by potem, razem z całą pierwszą zmianą największego zakładu w mieście, ruszyć na Komitet. Iskrą do tego desperackiego kroku była ostatnia podwyżka cen żywności (rekompensata za nią była dla nich niewystarczająca). Iskrą?

— Sama iskra nie wystarczy — musi być łatwopalny materiał — mówi mój mąż chemik.

W 1976 roku Jarek był łatwopalny. Należał do robotniczej elity. Młody był, ale nie na tyle, by nie widzieć absurdów przyniesionego ze wschodu ustroju. Widział marnotrawstwo, załatwianie wszystkiego po znajomościach… On, świetny fachowiec, był nikim w porównaniu ze zwykłym kierownikiem z administracji. Dla niego nawet buty były nieosiągalne. Kiedyś w zakładzie zrobiono na nie losowanie. Oczywiście — nie wylosował. Potem w ciężką zimę 1980/81 chodził w dziurawych.. Polska Rzeczpospolita Ludowa… To miało być jego państwo, państwo robotników i chłopów. Jarek, robotnik z krwi i kości, nie był jednak z Kraju nad Wisłą zadowolony. Ani z „czerwonego miasta” położonego nad rzeką „mlekiem płynącą”. Mlekiem, nie dla niego. Tak naprawdę to nie umiał tego wytłumaczyć. Ruszając w 1976 roku z kolegami na Komitet myślał, że walczy o naprawę ustroju, o jego ludzką twarz… Marzył, aby tak, jak obiecał Edward Gierek, „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Całkiem nieoczekiwanie doczekał się pomocy ze strony KOR–u, organizacji, która powstała po to, aby takim robotnikom jak on, pomagać.

— Gdyby nie Ursus, gdyby nie Radom, to byś teraz wpieprzał chleb z marmoladą! — odpalano wątpiącym w dobre intencje tych działaczy.

Jacek Kuroń zaś radził:

— Nie palcie Komitetów, zakładajcie własne!

W czasie wydarzeń sierpniowych Edward Gierek przebywał na Krymie. Po powrocie już nie był I sekretarzem, został nim Stanisław Kania. Pamiętam to plenum KC. Byłam wtedy w pracy na koloni TPDz w Polanicy. (Sic! Wczasy i kolonie były w PRL–u dostępne dla wszystkich!) W tym czasie, przyjechał do mnie mąż z kolegą. Poszliśmy na tańce, a potem na spacer. W parku napadli nas bandyci i bardzo pobili obydwu panów. Mój ranny mąż, z wylewem do gałki ocznej, był szyty na słynnej chirurgii plastycznej w Polanicy. Usłyszał w międzyczasie, że i tak miał szczęście! Poprzedniego dnia w tym miejscu zabito dwoje ludzi. Milicjanci stwierdzili, że na patrole to oni do Parku Zdrojowego chodzić i narażać życia nie będą! Przecież trwa na nich straszna, polityczna nagonka. Trwała. Nie tylko na PRL–owskich milicjantów.

Jacek, technik elektronik, przystojny, energiczny brunet z wyrazistymi oczami, zanim się ożenił, mieszkał z matką i braćmi na Gwardii pod „dziesiątką”. Na pozór był zwykłym chłopcem, ale miał w sobie jakąś złość. Może to była nienawiść do ustroju, w którym przedsiębiorczość i zdolności do biznesu są traktowane jako przestępstwa gospodarcze? Obserwował wiele takich absurdów wokół siebie.

— Gdyby taki zakład był prywatny to nie byłoby sprawy; właściciel, kombinując, byłby operatywnym biznesmenem… — myślał.

W mniemaniu Jacka państwo zachowywało się jak pies ogrodnika; samo nie zje i drugiemu nie da.

Po raz pierwszy swoją złość do absurdalnego systemu Jacek wyładował w czerwcu 1976 roku. Wściekał się z bezradności nie mogąc dołączyć do radomskiego buntu. Potem stał się członkiem Konfederacji Polski Niepodległej, założycielem jej oddziału w Radomiu, oraz „Solidarności Ziemia Radomska”. Usłyszano o nim w całym kraju.

Krzysztof był chłopcem nad wiek poważnym, interesującym się fotografią. Wyróżniał się od zawsze w podwórkowym gronie łobuziaków. W latach osiemdziesiątych studiował i odpierał ataki nagabujących go ubeków. Chodził także jako fotograf na pielgrzymki do Częstochowy. Czy wypraszał u Czarnej Madonny wolność dla Kraju?

Komuna

Tymczasem nam się wydawało, że jesteśmy w przededniu wojny domowej.

— A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści — tak skandowali radykałowie z Solidarności Walczącej.

Byliśmy w partii, ale nie byliśmy komunistami i sama na oczy takiego nigdy nie widziałam. (To znaczy, wiele lat później widziałam zdjęcia i szafy z ubraniami jednego z nich. Spałam w jego pokoju, przeglądałam jego książki i czułam jego ducha. To był Enri — włoski komunista, ale on wtedy już nie żył). Mój dziadek Kazimierz, socjalista z przedwojennego PPS–u, wiertacz z Nowogródka i Drohobycza, obrażał się, gdy ktoś z sąsiadów mówił na niego komunista. Przyjaciel dziadka a wujek męża, pewnie nim był. Pamiętam i słyszę jeszcze ich ożywione dyskusje a potem wieść, że spadek zapisał dla PZPR z przeznaczeniem na Dom Ludowy w jego i naszej rodzinnej wsi. W fabrykach Forda wuj Franciszek doświadczył kapitalizmu i… został komunistą, przegonionym ze Stanów przez komisję McCarthy’ego. Ale wujek miał pecha! Po jego śmierci w tej wyśnionej, wytęsknionej Polsce, komunizm został zrównany z faszyzmem, a portret darczyńcy nie wisi na Domu Ludowym, tak jak to widziałam po takich datkach we Włoszech. A więc „komuna”… W Polsce słowo to przez wiele lat było odmieniane na wszystkie rodzaje nienawiści. To pod tym słowem, które w innych językach oznacza po prostu wspólnotę, na przykład mieszkaniową, dla wielu ludzi kryło się uosobienie wszelkiego zła. Mieściła się w nim tragedia Katynia, nieudzielanie pomocy powstańcom warszawskim i wszystkie krzywdy wynikające z nacjonalizacji. Poza tym, „niewierzący” w powszechnym odczuciu, zawsze znaczyło „komunista”. Mnie duch Enrica i wujka Franka nie straszył. Nawet mi się w tych Włoszech dobrze spało, a z nudów oglądałam broszurki i książki przesyłane dla Enrico przez międzynarodówkę. Nie były porywające. Zwykła partyjna agitka.

W 1981 roku, tak jak w kraju tak i nad Mleczną wrzało. Chodziło o ukaranie sekretarza PZPR Prokopiaka i komendanta Mozgawy za „ścieżki zdrowia”. Było kilka postulatów nierealnych. Na przykład „Solidarność” chciała przekazania budynku Komendy Wojewódzkiej Milicji na rzecz Szpitala Wojewódzkiego. Dla opozycji był on zbyt luksusowy jak na potrzeby znienawidzonych funkcjonariuszy. Znający się na rzeczy ludzie, uznawali takie żądania za śmieszne. Taki budynek w żadnym wypadku nie nadawał się na szpital.

Jacek był w centrum wydarzeń. W ramach walki opozycyjnej, postawił brzozowy krzyż na cmentarzu Rzymsko-katolickim z napisem: Ofiarom Katynia w hołdzie. Mam do dziś ten symbol odwagi Jacka pośród płonących zniczy przed oczyma. Kłuje w oczy. Najbardziej tych, co przez długie lata mówili, że Katyń to Niemcy, a nie Rosjanie.

Schyłek Gierka

Kończył się rok 1981 i jak się potem okazało, dobiegała ostatniego kresu epoka Edwarda Gierka. Ta piosenka Laskowika. Zastanawiające… Słońce I sekretarza PZPR chyliło się ku zachodowi? Chyliło się. Jednak ludzie mówili i mówią, że Edward Gierek zrobił wiele dobrego dla kraju. Był otwarty na „zachód” i nie bał się brać pożyczek tak jak Gomułka. Ten zachód mu je zresztą chętnie dawał. Słyszało się też przerażone głosy o zadłużeniu Polski. Ludzie bali się długów.

W czasie zebrania w RWT Jacek wygłosił przemówienie.

— Robotnicy powinni sami wybierać dyrektorów — wynikało z tego wystąpienia.

Jedenastego listopada Jacek urządził w mieście wielką manifestację niepodległościową.

— Nie chodzi o naprawę, ale o to by obalić ten zbrodniczy ustrój! — tak Jacek zradykalizował, albo ujawnił prawdziwe poglądy.

Powiało grozą.

Wiele wydarzeń w Kraju i w mieście bulwersowało, ale byliśmy młodzi, żyliśmy swoim życiem. Mieszkaliśmy wtedy w hotelu asystenckim. Kiedyś wpadliśmy do naszych sąsiadów. Mija była Amerykanką polskiego pochodzenia; on Polakiem, doktorantem na WSI. Oglądaliśmy slajdy, słuchaliśmy ich opowieści o tym amerykańskim eldorado. Zazdrościliśmy im tylko tego, że mogą podróżować. Nie wiem czy Mija rozumiała nasze dylematy. Mieszkała przed przyjazdem do Polski w normalnym demokratycznym kraju. Była pielęgniarką, ale miała artystyczne talenty. Pięknie śpiewała czystym altem. Często zza ściany słyszałam jej wprawki.

Przeprowadzka. Strajk

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.4
drukowana A5
za 50.98