E-book
11.03
drukowana A5
26.72
Pocztówka bez adresu

Bezpłatny fragment - Pocztówka bez adresu

Niektóre prawdy wracają po latach


Objętość:
107 str.
ISBN:
978-83-8467-413-0
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 26.72

PROLOG

Wałbrzych, sierpień 1989

Pocztówka była tandetna.

Tak przynajmniej pomyślała, kiedy wyjęła ją z obrotowego stojaka ustawionego tuż przy wejściu do kiosku. Na przedniej stronie ktoś zmieścił niemal wszystko, czym miasto mogło się pochwalić: zamek, Rynek, góry i jeszcze kilka mniejszych fotografii otoczonych białą ramką. Nad nimi ciągnął się czerwony napis: „POZDROWIENIA Z WAŁBRZYCHA”. Jakby samo umieszczenie tych słów wystarczało, żeby człowiek naprawdę miał stąd dobre wspomnienia.

Maria obróciła kartkę.

Miejsce na znaczek. Kilka cienkich linii przeznaczonych na adres. Po lewej pustka czekająca na kilka banalnych zdań o pogodzie, spacerach i tym, że wakacje mijają zdecydowanie za szybko.

— Bierzesz ją czy będziesz tak stała do jutra?

Odwróciła głowę. Aleksander czekał przed kioskiem. Miał ręce wsunięte w kieszenie jasnych spodni, rozpiętą pod szyją koszulę i ten uśmiech, przez który przez ostatnie trzy tygodnie zrobiła kilka rzeczy, których rozsądna dziewczyna nigdy nie powinna robić.

Jedną z nich było zakochanie się w człowieku poznanym przypadkiem. Drugą — uwierzenie mu, że trzy tygodnie mogą znaczyć więcej niż całe lata spędzone z kimś innym.

— Kupuję — powiedziała.

— Komu ją wyślesz?

Spojrzała ponownie na pocztówkę.

— Nikomu.

— To po co ci pocztówka? — Roześmiał się.

— Żeby pamiętać.

Tym razem się nie uśmiechnął.

Maria zapłaciła i wyszła z kiosku.

Sierpniowe powietrze było ciężkie od upału. Nad miastem wisiały ciemniejsze chmury, ale deszcz wciąż nie nadchodził. Od kilku godzin zbierało się na burzę.

Aleksander wyjął jej pocztówkę z ręki.

— „POZDROWIENIA Z WAŁBRZYCHA” — przeczytał z przesadną powagą. — Naprawdę chcesz tak zapamiętać to lato?

— A jak?

Popatrzył na nią długo.

— Jak lato, kiedy wszystko się zaczęło.

Serce zabiło jej mocniej. Jeszcze miesiąc wcześniej roześmiałaby się, gdyby ktoś powiedział jej, że będzie stała na wałbrzyskiej ulicy obok niemal obcego mężczyzny i zastanawiała się, czy można zmienić całe życie w ciągu kilku tygodni.

Przyjechała tylko na wakacje. Miała zostać do końca sierpnia. Potem wrócić do domu. Do rodziców i do rozpoczętych planów. Do życia, które jeszcze niedawno wydawało się oczywiste. Aleksandra nie było w żadnym z tych planów.

— Chodź — powiedział.

— Dokąd?

— Pokażę ci coś.

— Znowu?

— Narzekasz?

— Jeszcze nie zdecydowałam.

Ruszył pierwszy. Maria patrzyła przez chwilę na jego plecy, a potem schowała pocztówkę do torebki i pobiegła za nim. Nie wiedziała jeszcze, że zachowa ją przez resztę życia.

*

Szli długo. Miasto stopniowo zostawało za nimi. Kamienice ustępowały zieleni, odgłosy ulic cichły, a powietrze stawało się chłodniejsze.

Aleksander znał tutaj każdą ścieżkę. Przynajmniej tak twierdził. Maria natomiast podejrzewała, że połowę z nich wymyślał tylko po to, żeby móc powiedzieć: „Zaufaj mi”. I żeby potem podać jej rękę.

Tym razem również ją wyciągnął.

— Dam sobie radę.

— Wiem.

— To dlaczego ciągle próbujesz mi pomagać?

— Bo lubię, kiedy trzymasz mnie za rękę.

Przewróciła oczami, ale podała mu dłoń.

Ścieżka prowadziła coraz wyżej. Między drzewami prześwitywało miasto.

W pewnym momencie Aleksander się zatrzymał.

— Tutaj.

— Co tutaj?

— Popatrz.

Stanęła obok niego.

Wałbrzych rozciągał się poniżej, częściowo ukryty w letniej mgle. Dachy domów, wieże, ulice, kominy. Dalej wzgórza. Zieleń otaczała miasto ze wszystkich stron, jakby próbowała je przed czymś ochronić.

Maria milczała.

— Ładnie? — zapytał.

— Pięknie.

— Wiedziałem.

Usiedli na trawie. Przez kilka minut żadne z nich się nie odzywało. Aleksander wyjął aparat.

— Nie. — Maria zasłoniła twarz.

— Jedno zdjęcie.

— Powiedziałam nie.

— Mario.

— Wyglądam okropnie.

— Wyglądasz jak ty.

— To właśnie miałam na myśli.

Zaśmiał się, a ona opuściła dłonie dokładnie w chwili, kiedy nacisnął spust migawki.

— Aleksandrze!

— Za późno.

Rzuciła się na niego, próbując odebrać mu aparat. Przyciągnął go do piersi, odwrócił się, a po chwili oboje leżeli na trawie i śmiali się jak dzieci.

Pierwsza kropla deszczu spadła Marii na policzek.

Potem druga.

— Będzie burza — powiedziała.

— Mamy czas. — Aleksander spojrzał w niebo.

— Zawsze tak mówisz.

— Bo zawsze mamy.

Maria nagle spoważniała.

On również.

Deszcz padał coraz gęściej.

— Nie mamy — powiedziała cicho.

— Co?

Odwróciła wzrok. Miała mu powiedzieć poprzedniego wieczoru. Potem rano. A później podczas śniadania. Za każdym razem brakowało jej odwagi.

— Mario? — Poczuła jego dłoń na swojej.

— Muszę wrócić wcześniej.

— Jak wcześniej?

— Za kilka dni.

Przez moment słyszała tylko deszcz uderzający o liście.

— Dlaczego?

— Nie mogę zostać.

Maria zacisnęła palce.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem. — Spojrzała na niego. W jego twarzy nie było już uśmiechu. — Jest coś, czego ci nie powiedziałam.

— Co? — Aleksander zamarł.

Poczuła mdłości. Od kilku dni budziła się z nimi każdego ranka. Najpierw próbowała wmówić sobie, że to upał. Potem jedzenie. Nerwy.

Ale wiedziała.

Jeszcze zanim poszła do apteki i zanim zobaczyła wynik, wiedziała.

Przez kilka dni nosiła tę wiadomość sama. Bała się ją wypowiedzieć, jakby samo nazwanie jej mogło zmienić wszystko.

— Jestem w ciąży.

Deszcz spływał jej po włosach i twarzy. Nie wiedziała, co było zimniejsze — krople czy cisza, która zapadła między nimi.

Aleksander patrzył na nią bez słowa.

— Powiedz coś — wyszeptała.

— Od kiedy wiesz?

— Od kilku dni.

— I nic mi nie powiedziałaś?

— Bałam się.

— Mnie?

Podszedł bliżej.

Maria pokręciła głową.

— Tego, co będzie potem.

Aleksander odwrócił wzrok. Przez chwilę patrzył na miasto.

— Dlatego chcesz wyjechać?

Maria nie odpowiedziała. Nie potrafiła.

— Mario…

Jego spojrzenie przesunęło się na jej brzuch. Oczywiście niczego jeszcze nie było widać.

Maria zamknęła oczy.

To było pytanie, którego bała się najbardziej.

— Nie wiem, co mam zrobić. — Pokręciła głową.

— Możesz zostać.

— Aleksandrze… To nie takie proste — odparła i spojrzała na niego.

— Nie wiesz jeszcze, co mówisz.

— Wiem, że nie chcę, żebyś wyjechała — powiedział prawie szeptem.

Maria zamknęła oczy.

— To nie wystarczy.

— A co wystarczy?

Nie było w jego głosie gniewu.

Nie odpowiedziała, bo sama tego nie wiedziała.

*

Wieczorem siedziała przy małym stoliku pod oknem wynajętego pokoju.

Burza przeszła. Miasto pachniało mokrym asfaltem, ziemią i latem.

Na stole leżała pocztówka POZDROWIENIA Z WAŁBRZYCHA

Maria wzięła długopis. Długo nie wiedziała, co napisać.

W końcu postawiła pierwsze słowo:

Aleksandrze…

Zatrzymała się. Skreśliła je.

Odwróciła pocztówkę i spróbowała ponownie:

Jeśli kiedyś będziemy się z tego wszystkiego śmiać, zachowam tę kartkę, żeby udowodnić ci, że naprawdę chciałam zostać.

Znów przestała pisać.

Z korytarza dobiegły czyjeś kroki i zatrzymały się przed jej drzwiami.

Maria uniosła głowę.

Pukanie.

Trzy krótkie uderzenia.

— Kto tam?

Odpowiedziała jej cisza.

Podeszła do drzwi.

— Aleksander?

Nikt nie odpowiedział.

Otworzyła.

Korytarz był pusty.

Już chciała zamknąć drzwi, kiedy zobaczyła białą kopertę leżącą na podłodze.

Nie było na niej nazwiska.

Podniosła ją.

W środku znajdowała się tylko kartka.

Jedno zdanie.

Przeczytała je raz. Potem drugi.

Za trzecim razem ręce zaczęły jej drżeć: „Wracaj do domu, Mario. On wie o dziecku.”

Maria stała nieruchomo. Nie wiedziała, kto zostawił wiadomość, ale wiedziała, o kim była mowa.

O nim.

O mężczyźnie, który dowiedziawszy się o ciąży, odsunął się od niej i nie chciał słyszeć o dziecku. O człowieku, którego miała nadzieję zostawić za sobą.

Teraz ktoś dawał jej do zrozumienia, że on jednak wie.

I właśnie tego bała się najbardziej.

Podeszła do okna.

Na ulicy nie było prawie nikogo. Tylko po przeciwnej stronie, pod latarnią, stał mężczyzna.

Nie widziała jego twarzy.

Zrobiła krok w tył.

Kiedy ponownie spojrzała przez szybę, już go nie było.

Maria zacisnęła palce na kartce.

Na stole wciąż leżała niedokończona pocztówka.

Nie wiedziała jeszcze, że nigdy jej nie wyśle. Że za kilka dni wyjedzie z Wałbrzycha, a przez następne lata będzie robiła wszystko, by zapomnieć o tym mieście. O Aleksandrze. O tamtym lecie.

I o pytaniu, na które pewnego dnia będzie musiała odpowiedzieć własnemu synowi.

Ale zanim ten dzień nadejdzie, minie prawie czterdzieści lat.

A pocztówka, której nie wysłała, przetrwa znacznie dłużej niż jej tajemnica.

Miasto, którego nie pamiętam

Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Wałbrzych Miasto, Maks Radecki spał.

Nie był to prawdziwy sen. Raczej ten płytki stan pomiędzy zmęczeniem a czuwaniem, w którym człowiek słyszy wszystko, ale nie ma ochoty otwierać oczu.

Obudził go kobiecy głos z głośnika.

— Wałbrzych Miasto. Stacja Wałbrzych Miasto.

Otworzył oczy i przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest.

Naprzeciwko siedziała starsza kobieta w słomkowym kapeluszu. Trzymała na kolanach materiałową torbę, z której wystawała szyjka butelki z wodą i zwinięta gazeta. Kiedy zauważyła, że Maks się obudził, uśmiechnęła się.

— To już.

— Słucham?

— Wałbrzych. Pan tu wysiada, prawda?

— Tak. — Spojrzał na plecak leżący obok.

— To niech pan się zbiera. Ten pociąg długo nie stoi na stacji.

Podziękował, zarzucił plecak na ramię i sięgnął po walizkę.

Dopiero stojąc przy drzwiach wagonu, poczuł coś, czego się nie spodziewał.

Niepokój.

Przecież przyjechał tylko na wakacje.

Tak przynajmniej powiedział wszystkim.

Koledze z pracy, który zapytał, dlaczego zamiast Grecji albo Hiszpanii wybrał Wałbrzych. Sąsiadce podlewającej mu kwiaty. Nawet sobie.

Potrzebuję kilku tygodni spokoju.

Brzmiało rozsądnie.

Nie mówił tylko, że w kieszeni jego plecaka znajdowało się stare zdjęcie.

Ani że na odwrocie tego zdjęcia jego matka zostawiła wiadomość.

*

Peron przywitał go upałem.

Ostatni dzień lipca rozgrzał miasto do granic cierpliwości. Powietrze drżało nad torami, a niebo miało ten intensywny błękit, który zwykle pojawia się na wakacyjnych pocztówkach. Słońce odbijało się od szyb wagonów i metalowych elementów peronu, przez co wszystko wydawało się jaśniejsze, niemal nierzeczywiste.

Nawet odgłosy miasta dochodziły jakby z większej odległości — przytłumione przez żar unoszący się nad torami.

Przez chwilę stał nieruchomo z torbą w dłoni, pozwalając, by znajome miejsce powoli wróciło do niego wszystkimi zapachami i dźwiękami.

Ciepły asfalt, kurz, rozgrzany metal.

I gdzieś w tle charakterystyczny stukot pociągu, który właśnie odjeżdżał.

Maks postawił walizkę obok ławki i rozejrzał się.

Pierwsze wrażenie?

Zieleń.

Spodziewał się szarości. Może przez opowieści o kopalniach, przez stare fotografie. Może przez własne wyobrażenie miasta, którego właściwie nie znał.

Tymczasem wszędzie widział wzgórza. Drzewa. Zieleń wciskającą się pomiędzy domy.

Wyjął telefon.

Miał zamówić taksówkę.

Zamiast tego otworzył aparat w telefonie i zrobił zdjęcie.

Jedno.

Drugie.

Przy trzecim opuścił telefon.

— Świetnie — mruknął. — Nawet nie wysiadłem z dworca, a już pracuję.

Fotografowanie było jego zawodem i przekleństwem.

Od piętnastu lat patrzył na świat przez prostokąt kadru. Śluby, kampanie reklamowe, portrety, wnętrza, produkty, ludzie udający przed obiektywem szczęście.

Kiedyś uwielbiał aparat.

Ostatnio coraz częściej zostawiał go w torbie.

Matka powiedziała mu kiedyś, że fotografowie mają paskudny zwyczaj.

— Jaki?

— Zamiast żyć, zbieracie dowody, że żyliście.

Wtedy roześmiał się.

Teraz to zdanie wracało do niego zbyt często.

*

Mieszkanie wynajął na trzy tygodnie.

Drugie piętro starej kamienicy, wysokie okna, skrzypiąca podłoga i balkon tak mały, że mieściło się na nim właściwie tylko krzesło.

Właścicielka, pani Teresa, oprowadziła go po mieszkaniu w pięć minut.

— Tu łazienka. Tu kuchnia. Ciepła woda jest, tylko trzeba chwilę poczekać. Internet ma pan zapisany na lodówce. Jakby coś się działo, proszę do mnie dzwonić.

— Dobrze.

— Na długo pan?

— Trzy tygodnie.

— Urlop?

— Coś w tym rodzaju.

Pani Teresa spojrzała na niego uważniej.

— „Coś w tym rodzaju” brzmi jak odpowiedź człowieka, który nie chce powiedzieć prawdy.

Maks uśmiechnął się lekko.

— Możliwe.

— Fotograf?

Spojrzała na aparat przewieszony przez jego ramię.

— Tak.

— To będzie pan miał co robić.

— Podobno.

— Jakie „podobno”? Wałbrzych jest fotogeniczny. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć.

— Każdy fotograf tak mówi.

— Fotografowie może tak. Ja nie jestem fotografem — Podeszła do drzwi. — I jeszcze jedno.

— Tak?

— Jak będzie pan chodził po mieście, niech pan czasem schowa aparat.

— Dlaczego?

Pani Teresa zawahała się na moment.

— Bo są rzeczy, których lepiej nie oglądać przez obiektyw.

Zamknęła za sobą drzwi.

Maks przez chwilę stał w przedpokoju.

— Czy wszyscy tutaj mówią zagadkami? — zapytał pustego mieszkania.

Odpowiedziała mu cisza.

*

Rozpakował tylko część rzeczy.

Koszulki trafiły do szafy. Kosmetyczka do łazienki. Laptop na stół. Aparat położył na parapecie.

Na samym końcu wyjął z plecaka kopertę.

Położył ją przed sobą.

Nie otwierał.

Znał jej zawartość na pamięć. Przez trzy miesiące oglądał ją niemal codziennie.

W końcu wsunął palec pod papier.

W środku znajdowała się fotografia.

Młoda kobieta stała na tle kamiennego muru. Miała może dwadzieścia kilka lat. Długie włosy. Letnią sukienkę.

I śmiała się do osoby stojącej za aparatem.

Jego matka.

Maria Radecka.

Maks widział tysiące jej zdjęć, ale nigdy takiej.

Na rodzinnych fotografiach zawsze była spokojna. Elegancka. Trochę poważna.

Tutaj wyglądała, jakby świat dopiero się zaczynał.

Odwrócił zdjęcie.

Na odwrocie znajdowało się kilka słów zapisanych jej charakterystycznym pismem: „Wałbrzych, lato 1989”.

Niżej dopisała znacznie później: „Maks, jeżeli kiedyś będziesz chciał dowiedzieć się, dlaczego wyjechałam, pojedź tam”.

Tylko tyle.

Żadnego wyjaśnienia, nazwiska ani adresu.

Typowe dla matki.

Nawet po śmierci potrafiła pozostawić mu zadanie zamiast odpowiedzi.

Maks schował fotografię do koperty.

— No dobrze, mamo — powiedział cicho. — Przyjechałem.

*

Nie planował wychodzić.

Miał wziąć prysznic, zamówić coś do jedzenia i przespać pół dnia.

Godzinę później szedł jednak bez celu przez miasto.

Aparat zostawił w mieszkaniu. Sam nie wiedział dlaczego.

Może przez panią Teresę. A może chciał sprawdzić, czy jeszcze potrafi patrzeć bez niego.

Wałbrzych nie przypominał miasta z fotografii znalezionej po matce.

Oczywiście nie mógł.

Minęło prawie czterdzieści lat.

A jednak co jakiś czas Maks doświadczał dziwnego wrażenia, że coś rozpoznaje.

Narożnik kamienicy. Układ ulic. Schody prowadzące pomiędzy budynkami.

Za każdym razem zatrzymywał się, a rozsądek podpowiadał mu to samo: Nigdy tutaj nie byłeś.

Matka również nigdy go tu nie przywiozła.

Przynajmniej tak twierdziła.

Pocztówka

Antykwariat zauważył przypadkiem.

Gdyby szedł po drugiej stronie ulicy, prawdopodobnie minąłby go bez zainteresowania.

Witryna była zastawiona książkami, starymi zegarami, porcelaną, fotografiami i przedmiotami, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć.

Na szybie wisiała niewielka kartka: STARE KSIĄŻKI, POCZTÓWKI, FOTOGRAFIE.

Maks przeszedł kilka kroków.

Zatrzymał się.

Cofnął.

Nie miał żadnego powodu, żeby wejść.

Dlatego wszedł.

W środku pachniało kurzem, papierem i drewnem.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał.

— Dzień dobry — odezwał się ktoś zza stosu książek.

Maks odpowiedział i zaczął oglądać półki.

Nie szukał niczego konkretnego.

Po kilku minutach znalazł pudełko z pocztówkami.

Kraków. Wrocław. Jelenia Góra. Karpacz. Szczawno-Zdrój. Wałbrzych.

Wyciągnął jedną, potem następną. Większość była niezapisana. Na kilku widniały pozdrowienia: Pogoda piękna, wracamy w niedzielę. Całusy dla wszystkich.

Zwyczajne wakacyjne wiadomości od ludzi, którzy dawno wrócili do swoich domów.

Już miał odłożyć pudełko, kiedy zobaczył pocztówkę z czerwonym napisem: „POZDROWIENIA Z WAŁBRZYCHA”.

Zamarł.

Nie wiedział dlaczego.

Pocztówka była stara i wyblakła. Przedstawiała kilka widoków miasta ułożonych w biały kolaż.

Maks przesunął kciukiem po jej krawędzi.

Odwrócił ją.

Pierwsze słowo było zamazane. Drugie również. Atrament rozpłynął się kiedyś od wilgoci.

Niżej tekst stawał się czytelniejszy.

Przeczytał. Raz. Potem drugi: „Nie przyjeżdżaj tu więcej. On wie o dziecku.”

Maks poczuł nieprzyjemny chłód na karku.

To przecież mogło znaczyć wszystko.

Historia obcych ludzi. Cudzy romans. Cudze dziecko. Cudze wakacje.

Miał odłożyć kartkę i wtedy zauważył datę: „28 sierpnia 1989”.

Serce uderzyło mocniej.

Ten sam rok.

To nadal niczego nie znaczyło.

Tysiące ludzi były wtedy w Wałbrzychu. Tysiące kobiet mogły dostać podobną wiadomość.

Spojrzał na miejsce przeznaczone na adres, ale większość pisma była zatarta.

Został tylko fragment nazwiska: „...decka”.

Maks przestał oddychać.

— Wszystko w porządku?

Podniósł głowę.

Za ladą stał starszy mężczyzna w okularach.

— Ile? — zapytał Maks.

— Słucham?

— Ile pan za nią chce? — Podniósł pocztówkę.

Mężczyzna wzruszył ramionami i odpowiedział:

— Pięć złotych.

Maks położył monetę na ladzie.

— Skąd ją pan ma?

— Pocztówkę?

— Tak.

— Nie mam pojęcia.

— Musi pan wiedzieć.

— Młody człowieku, mam tutaj kilka tysięcy rzeczy. Gdybym pamiętał historię każdej z nich, nie potrzebowałbym książek.

Antykwariusz spojrzał na niego ponad okularami.

— Proszę spróbować. — Maks zacisnął palce na pocztówce.

— Aż tak ważna?

Starszy mężczyzna przyjrzał mu się uważniej.

Maks położył kartkę na ladzie, zapisaną stroną do góry.

Antykwariusz przeczytał.

Nie zareagował.

— Dla mnie chyba tak — powiedział Maks.

— Dlaczego?

Maks zawahał się.

— Nazwisko.

— Niewiele z niego zostało.

Mężczyzna spojrzał ponownie.

— Wystarczająco.

Zapadła cisza.

Za oknem przejechał autobus.

— Pocztówki były w pudle — powiedział w końcu antykwariusz.

— Jakim pudle?

— Z rzeczami z mieszkania po starszej kobiecie. Rodzina opróżniała lokal. Książki, dokumenty, trochę porcelany, fotografie. Zwykłe rzeczy.

— Ma pan resztę?

— Możliwe.

— Chcę je zobaczyć.

— Dzisiaj? — Mężczyzna westchnął.

Antykwariusz popatrzył na zegarek.

— Miałem za dziesięć minut zamykać.

— Teraz.

Maks wyjął portfel.

— Zapłacę.

— Nie wszystko da się kupić.

— Nie powiedziałem, że wszystko.

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem.

Wreszcie starszy mężczyzna pokręcił głową.

— Warszawa?

Maks zmarszczył brwi.

— Aż tak słychać? —

— Nie. Aż tak widać, że się panu spieszy.

Antykwariusz zniknął za kotarą prowadzącą na zaplecze.

Maks został sam.

Ponownie spojrzał na pocztówkę z napisem na odwrocie: „On wie o dziecku”.

Przypomniał sobie zdjęcie matki.

Lato 1989.

Jej śmiech.

I zdanie pozostawione dla niego prawie cztery dekady później.

„Jeżeli kiedyś będziesz chciał dowiedzieć się, dlaczego wyjechałam, pojedź tam.

Z zaplecza dobiegł odgłos przesuwanych pudeł.

Po chwili antykwariusz wrócił, trzymając w rękach niewielki karton.

Postawił go na ladzie.

— To chyba wszystko z tamtego mieszkania.

Maks spojrzał do środka.

Kilka książek. Plik starych fotografii. Związane wstążką listy. Zasuszone kwiaty. I kilkanaście pocztówek.

Sięgnął po pierwszą.

Przedstawiała zamek.

Na odwrocie znajdowało się tylko jedno zdanie: „Tutaj zaczęliśmy”.

Maks poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.

— Mogę zobaczyć fotografie?

— Proszę.

Wyjął pierwszych kilka.

Obcy ludzie. Dzieci. Starsza kobieta. Rodzinny obiad.

Następna.

I kolejna.

Przerzucał je coraz szybciej.

Nagle znieruchomiał.

Fotografia była niewielka, czarno-biała, lekko zagięta na jednym rogu.

Przedstawiała młodą kobietę siedzącą na kamiennym murku.

Długie włosy.

Letnia sukienka.

Śmiech skierowany do osoby stojącej za aparatem.

Maks znał to zdjęcie.

Miał identyczne w mieszkaniu.

Tyle że na tym egzemplarzu ktoś dopisał coś na odwrocie: „Maria”. Niżej: „Sierpień 1989”. I jeszcze jedno zdanie: „Najpiękniejsze lato mojego życia.”

Maks zamknął oczy.

Nie zauważył, że antykwariusz przygląda mu się z drugiej strony lady.

— Zna pan tę kobietę? — zapytał.

Maks otworzył oczy.

Popatrzył jeszcze raz na uśmiechniętą dziewczynę.

Na matkę, której takiej nigdy nie znał.

— Tak.

— Kto to?

— Moja matka.

Antykwariusz pobladł.

Maks zauważył to natychmiast.

— Co?

— Nic.

— Pan ją znał.

— Nie.

— Właśnie pan skłamał.

Starszy mężczyzna zdjął okulary i przetarł szkła kawałkiem materiału.

— Nie znałem jej.

— Ale?

Antykwariusz milczał przez chwilę.

— Znałem człowieka, który zrobił to zdjęcie.

Maks poczuł przyspieszone bicie serca.

— Jak się nazywał?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu.

Podszedł do drzwi antykwariatu, przekręcił klucz i odwrócił tabliczkę: ZAMKNIĘTE.

Dopiero wtedy wrócił za ladę.

Spojrzał na Maksa.

— Aleksander — powiedział.

To imię nic Maksowi nie mówiło. Jeszcze.

— A Aleksander ma nazwisko?

Starszy mężczyzna popatrzył na niego tak, jakby zastanawiał się, czy odpowiedź nie wyrządzi więcej szkody niż milczenie.

W końcu powiedział:

— Aleksander Wierzbicki.

Maks zapamiętał nazwisko.

Nie mógł wiedzieć, że następnego dnia usłyszy je ponownie.

Od kobiety, którą spotka zupełnie przypadkiem.

Kobiety, która przedstawi mu się jako Lena Wierzbicka.

Dziewczyna z aparatem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 26.72